Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Iwona Hartwich”

Spieprzajcie, dziady. Gest Lichockiej do leczących nowotwory

Więcej >>>

Kmicic z chesterfieldem

Chyba już nie mamy wątpliwości, gdzie Kaczyński prowadzi Polskę.

Chciałoby się go zapytać:

– Dokąd towarzyszu, prezesie zmierzamy?

– Na Wschód – taka jest odpowiedź.

Będą się wypierać. Pisowcy jako formacja mentalna nigdy nie weszli do Unii Europejskiej. Nie odpowiada im wolność i decydowanie o sobie przy wsparciu krajów cywilizowanych o tradycji demokratycznej.

Oni muszą być trzymani za mordę. Kaczyński, Duda, Morawiecki, Szydło – nigdy nie wyszli z PRL, tam zostało ich rozumienie świata.

Erich Fromm nazywa to „ucieczką od wolności”. Boją się jej, a jeżeli dodamy taka przypadłość, iż najbliższe im pasożytowanie na obcym ciele, więc ie dziwmy się, że tyle kradną.

Kongresmeni USA apelują do Dudy o odrzucenie ustaw sądowych PiS. „Wejście tego prawa [ustawy dyscyplinującej] w życie stanowić będzie znaczący krok w tył. Erozja zasad demokracji niweczyć będzie wielki postęp, jaki przez dekady uczyniła Polska, budując nowoczesne, demokratyczne państwo”.

O liście kongresmenów USA do Dudy czytaj tutaj…

View original post 387 słów więcej

 

Szydło nie spotkała się z niepełnosprawnymi, za to znalazła czas dla gangsterów

Dziennikarze Bertold Kittel i Anna Sobolewska przygotowali materiał na temat grupy przestępczej w trójmieście.

Napady, wymuszenia, handel narkotykami i sutenerstwo to najbardziej dochodowe gałęzie gangsterskich interesów”.

TVN pokazuje karierę przestępcy Olgierda L.

Bertold Kittel: „Otoczył się najbardziej niebezpiecznymi i doświadczonymi kryminalistami. Bez problemu wchodzi do Sejmu, ma kontakty z biznesem i światem polityki. W Gdańsku coraz więcej ludzi uważa go za nietykalnego”.

– Sugerowanie, że przypadkowe spotkanie z ludźmi, podającymi się w Rytlu za wolontariuszy, było „kontaktami polityków PiS z gangsterami” jest szczególnie obrzydliwym kłamstwem. Wobec osób, rozpowszechniających tego typu pomówienia będą zastosowane kroki prawne – oświadczyła po materiale Beata Szydło.

Robert Maślak (Lewica Razem): Słusznie. Za każdą sugestię, że to spotkanie było przypadkowe zgłaszałbym do prokuratury. Podobnie jak za to, że przypadkowy był telefon pana z łańcuchem do Banasia”.

Jarosław Kurski (Gazeta Wyborcza): Mafijne państwo PiS. Do członków Bad Company podchodzi przywitać się ówczesna premier Beata Szydło, a także minister obrony Antoni Macierewicz oraz minister środowiska Jan Szyszko”.

Robert Biedroń (europoseł): Premier Szydło, ministrowie Macierewicz i Szyszko jowialnie witają się z neonazistami i gangsterami. W tym kontekście Banaś, wynajmując swoją kamienicę krakowskiej mafii na burdel, jest faktycznie kryształowy””.

– Służby i policja powinny jednak uchronić premier Szydło przed taką sytuacją – komentuje dziennikarka Dominika Wielowieyska.

Bartłomiej Sienkiewicz (były szef MSWiA): Jak byście się nagle znaleźli w tłumie łysych karków, na maksa przypakowanych, wytatuowanych i obwieszonych złotem – nie bójcie się! To normalni wolontariusze chcący pomagać PiS”.

Reakcje internautów:

„Mafia VAT-owska w Ministerstwie Finansów i kontakty szefa NIK Mariana Banasia z przestępczym półświatkiem, to dla rządu PiS za mało. Do kolekcji trzeba dorzucić spotkanie premier Szydło, Macierewicza i Szyszko z przywódcą trójmiejskiej grupy przestępczej. Serdecznie gratulujemy”.

„Strugam gościa, którego nic nie zaskoczy, ale przyznam się, że informacje o spotkaniach Szydło i Antka Aviatora z bandziorami to mnie zaskoczyły. Coraz bardziej widać, że Banaś to nie wyskok, tylko reguła”.

„SŁUŻBY nie wiedziały o mafii Vat w MF. SŁUŻBY nie wiedziały o sutenerach w kamienicy prezesa NIK. SŁUŻBY nie wiedziały, że pani Premier Szydło spotyka się z gangsterami. Czyli minister MSWiA i koordynator służb specjalnych jest niekompetentny…albo to jedna, wielka ściema”.

„Odpowiadam wszystkim, którzy pytają, w jakim my kraju żyjemy? Rozumiem rwanie włosów i szeroki wytrzeszcz oczu po reportażu z Szydło, Macierewiczem i gangsterami w roli głównej, ale to nie dziwota, wszak półświatek i polityczna mafia niewiele się od siebie różni! Rąsia w rąsie!”.

Kmicic z chesterfieldem

Wiele wskazuje na to, że miejscem pochówku będzie archikatedra. I trzeba powiedzieć jasno, że jeśli tak będzie to będzie to decyzja skandaliczna i haniebna. Skandaliczna, bo nie licząca się z ofiarami, a haniebna, bo dowodząca, że wina w takiej sytuacji nie ma znaczenia, i że solidarność hierarchii jest ważniejsza niż sprawiedliwość” – taki wpisem na Facebooku Tomasz Terlikowski ocenił decyzję dotyczącą miejsca pochówku abp. Paetza.

Zmarły w piątek duchowny miał zakaz głoszenia kazań ze względu na oskarżenia o seksualne molestowanie młodych księży i kleryków.

Kuria archidiecezjalna w oficjalnym komunikacie poinformowała, że pogrzeb hierarchy kościelnego będzie miał charakter prywatny, a na miejsce pochówku została wybrana poznańska katedra.

Miejsce pochówku oraz forma pogrzebu są zgodne z normami Kodeksu Prawa Kanonicznego i zostały ustalone ze Stolicą Apostolską, Nuncjaturą Apostolską w Polsce oraz rodziną duchownego” – taką informację przekazała kuria.

Zdaniem Tomasza Terlikowskiego ta decyzja jest nieprzemyślana. „Trudno sobie wyobrazić, by te…

View original post 1 530 słów więcej

 

Ziobro puka do Kaczyńskiego

Nikomu bardziej nie zależało na utrzymaniu większości w Sejmie niż Jarosławowi Kaczyńskiemu. Lider PiS doskonale zdaje sobie sprawę, że to u niego najszybciej pojawiłby się prokurator. I wcale nie dotyczy to łamania konstytucji i sprawowania władzy.

Obóz Zjednoczonej Prawicy ma tak wiele za uszami, że boi się utraty władzy jak ognia. A nawet więcej – dla wielu polityków PiS i jego sojuszników z Porozumienia Jarosława Gowina i Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry to gra o polityczne być albo nie być. Wielokrotne łamanie konstytucji, regulaminów Sejmu i Senatu, wątpliwe decyzje ekonomiczne dotyczące spółek skarbu państwa i nieczyste układy na styku władzy i prorządowych mediów… Worek przewin jest ogromny, ale takie postępowania wymagałyby czasu.

Jarosław Kaczyński sprytnie uniknął wikłania się na papierze w delikty konstytucyjne i ustawowe. Miał od tego Beatę Szydło czy Beatę Kempę, które nie publikowały wyroków Trybunału Konstytucyjnego. Miał od tego posłów, którzy zgłaszali ustawy sprzeczne z konstytucją, miał prezydenta Andrzeja Dudę firmującego zamach na wymiar sprawiedliwości.

Ale jest jedna sprawa, która Kaczyńskiego nie ominie, jeśli zmieni się władza i układ sił w Sejmie. To sprawa 50 tys. zł łapówki dla księdza Rafała Sawicza, bez którego zgody nie można było rozpocząć poważnych zabiegów o budowę drapacza chmur na działce należącej do związanej z PiS spółki Srebrna.
Spowinowacony rodzinnie z Kaczyńskim austriacki biznesmen Gerald Birgfellner, któremu prezes PiS zlecił przygotowanie projektu, zeznał w prokuraturze, że osobiście wręczył kopertę z 50 tys. zł na Nowogrodzkiej. Że był tam wraz z żoną, że były inne osoby, w tym sam ks. Sawicz. Słowem kilku świadków. Dostarczył wyciąg z konta bankowego.

Sam Sawicz, który porzucił czynne duchowieństwo jeszcze przed ujawnieniem afery przez „Wyborczą”, a po naszej publikacji zniknął, przez pełnomocnika oznajmił, że jest do dyspozycji organów ścigania. I, co najważniejsze, nie zaprzeczył, że 50 tys. zł dostał.

Prokuratura pod butem Zbigniewa Ziobry od lutego nie podjęła decyzji, czy wszcząć śledztwo ws. oszukania Birgfellnera przez Kaczyńskiego, który ostatecznie odmówił Austriakowi zapłaty za wykonane prace nad projektem. Nie można więc przesłuchać nikogo poza samym biznesmenem i zweryfikować jego zeznań, przesłuchując świadków, w tym samego Sawicza i Kaczyńskiego. To chroni prezesa PiS przed odpowiedzialnością karną.

Dlatego 24 godziny od zamknięcia lokali wyborczych do czasu ogłoszenia oficjalnych wyników głosowania musiały być dla Kaczyńskiego bardzo nerwowe. Łopatologiczna propaganda prorządowych mediów i kolejne miliardy na obietnice ostatecznie dały obozowi władzy niewielką przewagę w Sejmie, ale już nie w Senacie.

Tak, Kaczyńskiemu jako doktorowi prawa najbardziej zależy na tym, by opozycja nie mogła utworzyć rządu i odblokować prokuratury, a w parlamencie nie powstała większość skłonna odebrać prezesowi PiS immunitet.

Bo wtedy nie byłoby mrzonek o Trybunale Stanu dla czołowych polityków Zjednoczonej Prawicy, ale zwykłe postępowanie prokuratorskie w prostej sprawie o wręczenie łapówki.

Kmicic z chesterfieldem

W normalnym państwie można by taki pomysł obśmiać. Ale PiS ze środowisk postulujących taką edukację zrobił wroga publicznego, niszczycieli polskiej rodziny, deprawatorów dzieci i nihilistów.

To do nich wołał prezes Kaczyński: „Ręce precz od naszych dzieci”. To także ich miał na myśli abp Jędraszewski, głosząc o „tęczowej zarazie”. W takiej sytuacji można się spodziewać, że obywatelska inicjatywa mająca błogosławieństwo Kościoła zostanie przez parlament uchwalona. Będziemy wtedy chyba jedynym krajem w Europie i ewenementem na skalę światową, gdzie edukacja seksualna nie tylko nie jest w szkołach wykładana, ale jest zakazana i karana więzieniem.

Nauczanie seksualne jako przestępstwo

Na wznowionym po wyborach posiedzeniu Sejmu jednym z punktów było pierwsze czytanie projektu obywatelskiej inicjatywy Stop Pedofilii, który wprowadza do kodeksu karnego nowe przestępstwo: nauczania seksualnego. Przepis ma brzmieć tak: „Kto propaguje lub pochwala podejmowanie przez małoletniego obcowania płciowego lub innej czynności seksualnej, działając w związku z zajmowaniem stanowiska, wykonywaniem zawodu lub działalności związanych z wychowaniem, edukacją, leczeniem małoletnich lub opieką nad nimi…

View original post 5 130 słów więcej

 

Ziobro i Gowin zagryzą Kaczyńskiego

W partii umocnili się jej sojusznicy – gowinowcy i ziobryści. Słychać, że porachunki z premierem Morawieckim będzie chciała wyrównać była premier Beata Szydło.

Dzień po wyborach z każdym kolejnym komunikatem Państwowej Komisji Wyborczej rzedły miny polityków PiS. Bo ostateczne wyniki są gorsze od spodziewanych. – Liczyliśmy, że pułapem, z którego się wybijemy w tych wyborach, będzie 45-proc. poparcie, a nawet nie doszliśmy do tego progu – tłumaczy polityk PiS.

W nieoficjalnych rozmowach nikt nie kryje, że w partii potrzebna jest refleksja i rozliczenia – nie tylko sztabowców, ale też kandydatów i okręgów. Najważniejszy cios padł, gdy PKW ogłosiła zwycięzców wyborów do Senatu. – To jest największe zmartwienie prezesa PiS. Miał Senat na telefon, teraz senatorowie będą mogli blokować nasze ustawy nawet na kilka tygodni – mówi ważny polityk obozu władzy. – A jeśli opozycja dobrze poukłada się w Senacie, to jego marszałek zostanie liderem opozycji – i to z możliwością robienia własnej polityki zagranicznej.

Dodatkowo wskazują, że to Senat dzieli pieniądze dla środowisk polonijnych. W 2019 r. było to 100 mln zł. – To dla nas ważne. Wygraliśmy w USA, gdzie Polonia jest największa, i to my przenieśliśmy te środki z MSZ do Senatu, a teraz będzie je dzielić opozycja – złości się polityk PiS.

Mocni gowinowcy i ziobryści

W poniedziałek w partyjnej centrali od rana trwały narady. Zebrał się sztab i kierownictwo partii. Politycy na gorąco analizowali wyniki wyborcze, padały pierwsze wnioski z kampanii. – Na Senat nie było żadnej strategii, żadnej pracy w regionach – oskarżał jeden z posłów PiS. Inny bronił kolegów: – Marszałek Stanisław Karczewski, który odpowiadał za Senat, pracował naprawdę ciężko, ale zabrakło wsparcia ze strony kandydatów do Sejmu.

Na razie na Nowogrodzką do siedziby PiS nie zaproszono liderów partii sojuszniczych, ale rozmowy rozpoczną się w tym tygodniu. Partia Kaczyńskiego będzie chciała jak najszybciej powołać rząd i uspokoić nastroje wewnątrz obozu władzy.

Nieoficjalne układanki na rządowym zapleczu już się zaczęły. Zwycięzcami tych wyborów czują się Zbigniew Ziobro z Solidarnej Polski i Jarosław Gowin z Porozumienia. Sojusznicy PiS wychodzą z nich wzmocnieni – i jedni, i drudzy wyliczają, że wprowadzili po 18 posłów, i już myślą, jak poszerzyć swoje strefy wpływów.

– Bez nas PiS nic nie zrobi – mówią zgodnie. Obie formacje łączy sojusz taktyczny. Wspierają się, gdy PiS próbuje kogoś z nich ograć. Ale na tym zgoda się kończy, a zaczynają się wzajemne podgryzania.

Ziobrysta: – Jarosław Gowin dostał w Krakowie ledwie niecałe 16 tys. głosów, jego pozycja negocjacyjna znacznie spadła. Nie to co Zbigniew Ziobro z wynikiem ponad 100 tys. w Kielcach.

Gowinowiec: – To nas nie osłabia. Gowin startował z ostatniego miejsca, żeby inni od nas dostali lepsze miejsca, za chwilę nikt nie będzie pamiętał, kto ile dostał głosów. A nie ma co porównywać wyników z pierwszego i ostatniego miejsca listy.

Polityk PiS: – Niech Ziobro się nie puszy, bo dobry wynik zrobiła też Anna Krupka – prawie 70 tys. głosów. Co pokazuje, że szeryf wcale nie jest taki mocny.

Ze strony ziobrystów dobiegają też sygnały, że do gry chce wejść europosłanka Beata Szydło. Od dawna wiadomo, że w rządzie była premier miała nieformalny alians z ministrem sprawiedliwości Zbigniewem Ziobrą przeciwko Mateuszowi Morawieckiemu. A oba środowiska najchętniej zmieniłyby szefa rządu. To stamtąd padają oskarżenia, że to Morawiecki nie dowiózł oczekiwanego wyniku. – On nie trafia do naszych wyborców w wioskach i małych miastach. Tam powinna być wszędzie Szydło, wtedy PSL dziś by nie świętował – mówi polityk z otoczenia prokuratora generalnego. Irytuje się: – Ale nie! Pchnęli go na wieś, bo tak wymyślił Paruch, który sam nie umie wygrać z pierwszego miejsca.

W PiS ciągle pamiętają, że Waldemar Paruch, szef Centrum Analiz Strategicznych w kancelarii premiera, nie zdobył mandatu europosła w 2014 r., chociaż otwierał listę PiS w Lublinie.

Trudne cztery lata

Zwolennicy Morawieckiego stopują jednak zapędy o wymianie szefa rządu: – Premier zrobił wynik lepszy o 7 proc. niż Szydło cztery lata temu. A poza tym prezes nadal jest z niego zadowolony, skoro ciągle opowiada, że Morawiecki ma przewody zamiast żył.

Na razie w obozie władzy nie ma planów zastąpienia szefa rządu, chociaż słychać, że wynik indywidualny premier mógłby mieć lepszy (ponad 130 tys. w Katowicach). – Ziobryści mogą próbować tym straszyć, by podbić swoją pozycję negocjacyjną i jeszcze więcej ugrać dla siebie – mówi polityk PiS.

W partii wiedzą, że gowinowcy też nie zgodziliby się na wzmocnienie swojego konkurenta. – Szykują się trudne cztery lata. To zwycięstwo, które Jarosława Kaczyńskiego przyprawia o potężny ból głowy. Bo to on będzie musiał za każdym razem wszystko rozstrzygać, a będzie co robić – ocenia polityk PiS. I wylicza: – Wyrazista lewica będzie się upominać o sprawy światopoglądowe, silni sojusznicy będą poszerzać strefy wpływów, Senat będzie blokować, Konfederacja będzie dociskać PiS do prawej ściany.

Polityk PiS: – Konfederaci powinni lecieć z kwiatami do prezesa TVP, bo w Sejmie są dzięki niemu.

Ale nie wszyscy tak sądzą. – Gdyby nie Jacek i telewizja, moglibyśmy mieć gorszy wynik – uważa polityk PiS. Prezes TVP Jacek Kurski był w niedzielę na wieczorze wyborczym PiS.

Więcej >>>

Więcej >>>

Zwycięstwo w Senacie tworzy nową jakość, jeśli chodzi o możliwości legislacyjne, możliwości kontroli nad pracą rządu, jest to szansa na przywrócenie prawdziwego parlamentaryzmu przynajmniej w jednej izbie po 4 latach tłamszenia i duszenia.

Xerofas

Zjednoczona Prawica ma najprawdopodobniej bezwzględną większość w Sejmie, ale opozycja odbiła Senat. To najważniejszy polityczny efekt tych wyborów. Oznacza, że dobrze naoliwiony mechanizm sprawowania władzy przez PiS lekko się zatarł. Czy nastąpi także odpływ fali populizmu w Polsce?

Stonowane wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego podczas wieczoru wyborczego świadczyło o tym, że zdaje on sobie sprawę, iż rządzić przez następne cztery lata będzie trudniej. Nie tylko z powodu obietnic socjalnych, nadchodzącego kryzysu i pytania o wewnętrzną jedność ugrupowania z racji dobrych wyników partii Zbigniewa Ziobry i Jarosława Gowina.

Wbrew nadziejom polityków PiS partia rządząca nie uzyskała w Sejmie większości konstytucyjnej ani większości trzech piątych, która pozwala odrzucać weto prezydenta. Zatem w kolejnych wyborach – wiosną 2020 r. na prezydenta RP – bój ponownie będzie się toczył o wszystko. A przegrana może być dla PiS katastrofą.

8 mln kontra 8,8 mln

Zdobycie Senatu (o ile PiS nie zdoła podkupić któregoś z senatorów opozycji) oznacza…

View original post 2 781 słów więcej

 

Morawiecki, czarci syn Kaczyńskiego

Morawiecki powiedział że pomagają niepełnosprawnym, mówi o wolności od biedy upokarzajacej. Jednocześnie fundujac niepełnosprawnym w Polsce EUTANAZJE w białych rękawiczkach!!

vald2

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Nie jest prawdą, że w naszej historii rodacy byli podobnie podzieleni jak dzisiaj. Prawda, różniliśmy się, co prowadziło do rokoszów i do tak spektakularnego zdarzenia, jak zamach majowy 1926 roku, który był w istocie mini wojną domową, ale nigdy Polak przeciw Polakowi nie występował w polityce z pozycji kłamstw rządowych.

W tej chwili mamy rząd ufundowany na fundamencie kłamstwa, a rządzącą partię na założycielskim micie katastrofy smoleńskiej, które w wydaniu PiS jest kłamstwem w każdym elemencie. Do czego takie kłamstwo prowadzi? Zawsze do jednego i obawiam się, że innego wyjścia dla naszego kraju już nie ma.

Wracam do zdarzenia, do którego nie doszło, ale pokazuje ono, jak kreowane jest kłamstwo. Mianowicie chodzi o tablicę pamiątkową ku czci braci Kaczyńskich, którzy jakoby przebywali wśród protestujących stoczniowców w 1988 roku i domyślnie przyczynili się do zrzucenia kajdanów reżimu komunistycznego.

Inicjatorowi tego kłamstwa – Karolowi Guzikiewiczowi – jeden z…

View original post 1 156 słów więcej

Morawiecki kolejny raz orżnął niepełnosprawnych

Tego jeszcze w Sejmie nie było! Marszałek Marek Kuchciński wprowadził nowy zwyczaj i to… tylnymi drzwiami. Bo sprawa nie stawała ani na komisjach, ani na sali plenarnej. Teraz zwołanie każdej komisji sejmowej może dokonać się jedynie za zgodą marszałka, a pisma składane w tym temacie mogą być… tylko na zielonym papierze!

O nowym zarządzeniu marszałka powiadomili nas sami posłowie PiS. Mówi ono o tym, że komisje sejmowe mogą być zwoływane po pierwsze, tylko za zgodą marszałka, po drugie, w dniach, w których nie ma posiedzeń plenarnych. Wreszcie, po trzecie, cały obieg dokumentów ma się odbywać na papierach w kolorze zielonym!

– On już chyba całkiem zwariował! – mówi nam jeden z polityków PiS i prosi o nieujawnianie nazwiska, bo „to by mu zaszkodziło”. – Nie dość, że teraz w ogóle nie wiadomo, kiedy te komisje zwoływać, to jeszcze zielone papiery mam wypełniać.

Kolejny szef komisji z PiS tylko załamuje ręce:  Kuchciński chyba sam ma żółte papiery, skoro zielonych od nas chce. Politycy PiS są zgodni: marszałek dlatego zarządził korespondencję na zielonych drukach i zwoływanie komisji poza posiedzeniami, bo podczas „plenarek”, ani on ani szef klubu PiS Ryszard Terlecki nie panowali nad sytuacją.

– Ile razy te posiedzenia przez nich były skracane, ile razy cały porządek się wywalał, ile razy z tego powodu na komisjach nie było kworum? Nie ogarniali tego, stąd te nowe przepisy – mówi nam kolejny polityk PiS. Choć, jak dodaje „psu na budę”.

– Byłem zdumiony, gdy dostałem tę korespondencję. Nawet zapytałem sekretarki: „ Co mi tu pani podaje, na zielonym papierze?”. A ona tłumaczy, że to nowe zarządzenie marszałka Marka Kuchcińskiego. Że jako szef komisji w sprawie komisji mam pisać do niego tylko na zielonych papierach – mówi nam zbulwersowany nowymi porządkami Bartosz Arłukowicz z PO, szef komisji zdrowia.

Wiceszef komisji samorządu terytorialnego Piotr Zgorzelski z PSL także jest zdumiony nowymi zarządzeniami. – To jest kolejny dowód na to, że wygasa parlamentaryzm w Polsce. Bo, aby w ogóle zwołać komisję, trzeba zgody marszałka. A co z komisjami zwoływanymi specjalnie w trybie art.152, gdy można było wezwać rząd do tłumaczeń? Każdy do tej pory rząd. To była jedna z ostatnich broni opozycji – mówi nam Zgorzelski. I dodaje: Ja już nie chcę mówić o zielonych papierach, bo i tak idziemy w stronę obłędu w tym Sejmie i można pytać o żółte papiery niektórych.

I to są patrioci? A gdzie tradycyjna polska golonka, kiełbasa i ogórek?

„Złapaliśmy ich za rękę. Te pieniądze muszą wrócić i być wpłacone nie do Caritas czy jakiejś innej organizacji, tylko tam, skąd zostały wypłacone… do budżetu – powiedział w rozmowie z Wirtualną Polską poseł PO Krzysztof Brejza.

W ten sposób skomentował kolejne szokujące odkrycie, którego dokonał wraz z posłami Mariuszem Witczakiem i Marcin Kierwińskim. Cztery miesiące posłowie czekali na to, aż premier uchyli rąbka tajemnicy oraz ujawni listę nagród i premii, jakie rząd Prawa i Sprawiedliwości wypłacił parlamentarzystom w 2016 roku. I wreszcie stało się.

Brejza opublikował w sieci imienne zestawienie drugich pensji wypłacanych politykom PiS tamtego roku. Informacje są szokujące, bo okazuje się, że na nagrody przeznaczono ponad 1 mln złotych.„Nie chodzi nawet o to, że wypłacali sobie po około 20 tys. złotych. Kiedy zobaczyli, że o sprawie jest cicho i można robić co się chce, w 2017 roku odkręcili kurek jeszcze bardziej, a nagrody były już nawet dwa razy wyższe” – skomentował poseł Platformy.
Uważa, że gdyby wysokości nagród nie zostały ujawnione teraz, z każdym kolejnym rokiem rosłyby jeszcze bardziej.

Prawo i Sprawiedliwość w odpowiedzi broni się jak może twierdząc, że Platforma „odgrzewa sprawę wyjaśnioną i zamkniętą”. „Nagrody zostały zwrócone i nikt nie ma w tej sprawie wątpliwości” – skomentował Waldemar Buda z PiS.

Jak pisaliśmy na początku tego roku Brejza ujawnił, że ministrowie w rządzie Beaty Szydło otrzymali w 2017 roku wysokie nagrody – każdy po kilkadziesiąt tysięcy złotych. Dowodził, że przyznawano je wbrew prawu – bez uzasadnienia, czyniąc z nich dodatkowy element regularnego wynagrodzenia. Ostatecznie doprowadził do tego, iż Komitet Polityczny PiS – zdecydował, że ujawnione kwoty będą przekazane na Caritas.

Były opozycjonista z czasów PRL Andrzej Sokołowski, który przewodził strajkowi pracowników WSK Świdnik w 1981 roku, odmówił przyjęcia od Andrzeja Dudy Krzyża Wolności i Solidarności. – „Pierwsze słowo w nazwie tego odznaczenia to „Wolność”. Cóż to za wolność, kiedy Prezydent mojego kraju podejmuje decyzje niezgodne z Konstytucją, niszczy Trybunał Konstytucyjny, podporządkowując go politykom. Cóż to za wolność, kiedy Prezydent mojego państwa przyczynia się do zniszczenia trójpodziału władzy, oddając w ręce polityków niezawisłość sądów” – napisał Sokołowski w piśmie, które wysłał do IPN.

Krzyż nadawany jest od 2011 r. przez prezydenta RP na wniosek prezesa Instytutu Pamięci Narodowej zasłużonym działaczom opozycji demokratycznej. Andrzej Sokołowski za swoją działalność był w okresie PRL wielokrotnie aresztowany. W 1984 r. przez blisko 6 miesięcy był przetrzymywany w areszcie MSW na Rakowieckiej.

W swoim liście Sokołowski podkreślił, że jeszcze kilka lat temu bardzo by się z odznaczenia ucieszył, ale teraz nie może go przyjąć. – „Cóż to za Wolność, kiedy policja wyprowadza w kajdankach bohaterów wolności z lat 80. (w tych latach SB wielokrotnie wyprowadzała mnie z domu na komendę milicji i nigdy nie założono mi kajdanek). Cóż to za Wolność, kiedy radio i telewizja – zwane Narodowymi – zamiast rzetelnie informować uprawiają ohydną propagandę na rzecz jednej partii rządzącej, propagandę, która wielokrotnie przewyższa tę ze stanu wojennego„– czytamy w liście.

Sokołowski odnosi się także do obecnej „Solidarności”. – „Drugie słowo opisujące przyznane odznaczenie to „Solidarność”. Cóż to za Solidarność, która pozwala opluwać na wszystkie możliwe sposoby twórcę tejże Solidarności Lecha Wałęsę. Cóż to za Solidarność, która pozwala na wyprowadzanie jej przywódców z lat 80. i 90. w kajdankach. Cóż to za Solidarność, która nie staje w obronie niepełnosprawnych i pozwala, by rządzący przez 40 dni męczyli ich i ich opiekunów w imię słupków poparcia. Cóż to za solidarność, która pozwala, by 90-latka, opiekunka niepełnosprawnych, Powstaniec Warszawski, kobieta, nie mogła wejść do protestujących, by z nimi porozmawiać”.

Były opozycjonista smutno konkluduje: – „To wszystko wskazuje na to, że nie mamy już dziś Państwa Demokratycznego, o które walczyłem, a jedynie dyktaturę partyjną. To, co dzieje się dziś, działo się również przed rokiem 1989, gdy ja i wielu podobnych mi obywateli, którym bliskie były idee demokratyczne, walczyliśmy w obronie Wolności i Solidarności. Przyjmując Krzyż Wolności i Solidarności, złamałbym wszystkie zasady, jakimi kierowała się moja Solidarność”.

Opiekunowie osób niepełnosprawnych, którzy niedawno przez 40 dni protestowali w Sejmie, nie zostali zaproszeni na dzisiejsze spotkanie „Wsparcie osób niepełnosprawnych i opiekunów. Dokonania i plany”. Uczestniczył w nim – razem z minister rodziny, pracy i polityki społecznej Elżbietą Rafalską – premier Mateusz Morawiecki.

– „Nikt się z nami nie skontaktował. Zapomnieli o nas. Sprawdzałyśmy nasze skrzynki mailowe. Żadnego zaproszenia od rządu na rozmowy, mimo obietnic. Skończył się protest, skończył się problem, tak myślą rządzący. To jest niebywałe” – powiedziała wp.pl. Iwona Hartwich, liderka sejmowego protestu.

Harwtich dodała, że rządzący boją się głosu choćby minimalnie podważającego przekaz władzy na temat działań na rzecz niepełnosprawnych. – „Woleli zaprosić grupy, które tylko się z nimi zgadzają. Cały czas żyjemy w biedzie i nędzy” – stwierdziła matka niepełnosprawnego Kuby.

A Morawiecki podczas debaty w Centrum Partnerstwa Społecznego „Dialog” w Warszawie chwalił się rzekomymi działaniami na rzecz osób niepełnosprawnych i ich opiekunów. Rzeczniczka rządu Joanna Kopcińska, zapytana przez dziennikarzy, dlaczego na spotkanie nie zaproszono osób, które protestowały w Sejmie, odpowiedziała: – „Jak państwo widzicie, jest ograniczona ilość miejsc”!

>>>

>>>

Jak PiS pokonał niepełnosprawnych

Polski Kościół zdemoralizowany do szpiku kości

Krytyka dziennikarza Konrada Piaseckiego (TVN24) za jego rozmowę w programie „Piaskiem po oczach” z posłanką Joanną Scheuring Wielgus.

Prof. Tadeusz Gadacz i inni o strajku osób niepełnosprawnych w Sejmie oraz Kościele katolickim.

TOK FM

Trudno się dziwić, że w tej sytuacji Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar zwrócił się do ministerstwa z prośbą o wyjaśnienie tego zjawiska, pytając jaka działalność tych podmiotów uzasadniała przyznanie im środków z Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej.

Mimo ubiegłorocznych zmian w zasadach funkcjonowania funduszu nadal jest on „ukierunkowany na pomoc pokrzywdzonym i świadkom, przeciwdziałanie przestępczości oraz pomoc postpenitencjarną”.

Zmiana, na którą wskazuje rzecznik pojawiła się tymczasem w rozdziale „Pozostałe zadania finansowane ze środków Funduszu Sprawiedliwości”. I właśnie zgodnie z nimi, środki mogą być przeznaczone m.in. na finansowanie robót budowlanych, zakup urządzeń i wyposażenia, zakup wartości niematerialnych i prawnych czy zakup środków transportu.

Teoretycznie biorąc jest więc wszystko w porządku i nikt nie może się „przyczepić”, że np. są przeznaczone m.in.  na modernizacja zaplecza sportowo-rekreacyjnego Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Raciborzu, na wsparcie dla fundacji Lux Veritatis i Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, czy na zakup sprzętu dla jednostek Ochotniczej Straży Pożarnej (na co resort zamierza przeznaczyć ponad 100 milionów zł), lub na ustawową działalność Centralnego Biura Antykorupcyjnego, co pochłonąć ma 13 milionów zł.

Nie da się ukryć, że Rzecznik Praw Obywatelskich ma „uzasadnione wątpliwości”, czy środki są przeznaczane na cele, o których mowa w rozporządzeniu. Zwrócił się do ministra o przedstawienie pełnego wykazu podmiotów, które były beneficjentami ubiegłorocznego Funduszu. Ponadto poprosił ministra o przedstawienie wyników konkursów już rozstrzygniętych w 2018 r. – ze wskazaniem działalności wygrywających podmiotów, która uzasadnia przyznanie im środków z Funduszu Sprawiedliwości.

– Istotą chrześcijaństwa jest ekspansja. A mówienie o miłości, jej marketingowym narzędziem – ocenił w Godzinie Filozofów dr hab. Tadeusz Bartoś, filozof i teolog, publicysta, były dominikanin.

Waldemar Mystkowski pisze o ojcu PiS.

Jarosław Kaczyński szukał ojcostwa dla swej partii. Wcale nie od razu padło na redemptorystę Tadeusza Rydzyka, o którym miał w latach 90-tych złe mniemanie. Zaliczał Rydzyka do Targowicy, ale przytulił się do niego, aby sięgnąć po władzę.

Spin doktorzy PiS – Adam Bielan i Michał Kamiński – przekonali prezesa, aby skorzystać z wpływów mediów toruńskich. W połowie pierwszej dekady XXI wieku Rydzyk udzielił PiS błogosawieństwo ojcostwa, acz na swoich zasadach.

Cokolwiek ojciec zarządzi, należy mu się podporządkować. Ojciec ma zdanie decydujące i ma prawo do obrugania, do inwektyw, poniżania swego przychówku. I tak żona prezydenta Lecha Kaczyńskiego Maria została nazwana czarownicą, po Jarosławie Kaczyńskim takie deprecjonujące porównanie bratowej spłynęło jak woda po kaczce.

Ojciec Rydzyk co rusz wysyła podobne nieprzyjemne sygnały, bo mu wolno jako ojcu wyznającemu tradycyjne wartości. Ojciec dał PiS propagandę, poprzez nią władzę, więc żąda w zamian bardzo konkretnego zadośćuczynienia, bo ojciec jest ambitny.

Rydzyk jest twórcą dzieł: radia, telewizji, szkoły, geotermii, które są w różnym stadium powstawania, wszystkie klasyfikują się poza normalnym rynkiem medialnym, ekonomicznym i pozarozumowym.

Dzieła Rydzyka są na garnuszki łaski władzy. Co łaska – wyciąga ręce ojciec PiS Rydzyk – i jego przychówek daje z tego, co nie swoje, co wspólne. Innymi słowy, łaska dla Rydzyka jest darowana ze wspólnej kasy Polaków, z podatków wszystkich rodaków, czyli z budżetu państwa.

Jak na ambitnego ojca przystało, Rydzyk kręci nosem i ciągle mu mało. Lecz te ambicje ojca PiS pozwoliły mu wejść do elitarnego grona 100 najbogatszych Polaków.

Oko.press dokonało skrupulatnych obliczeń co do złotówki, ile też dostało się ojcu, gdy jego przychówek jako „dobra zmiana” objął władzę w kraju. Otóż Rydzyk nachapał się  80.921.021 złotych z publicznych pieniędzy. To są pieniądze udokumentowane, czyli takie, jakby złodziej włamał się do naszego sejfu i zostawił pokwitowanie kradzieży.

Ojciec PiS jest drogi do utrzymania przez wszystkich Polaków, który niczym Budda ze złota świeci nam w oczy niewypracowanym bogactwem.

Irlandia dołącza właśnie do grupy europejskich państw, w których aborcja jest jest legalna – pokazują referendalne wyniki exit polls. Jednak piątkowe referendum tak naprawdę nie jest o tym, czy pozwolić na przerywanie ciąży. Bo już dziś tysiące Irlandek to robi – tyle że za granicą. Zwolennikom liberalizacji chodzi o skończenie z hipokryzją i złamanie dominacji Kościoła.

Janet Ní Shuilleabháin od dziecka marzyła o podróży samolotem. Pech chciał, że gdy pierwszy raz wsiadła na pokład, musiała skupić się na tym, by przezwyciężyć poranne mdłości. Miała 18 lat i była w drodze do Londynu, by przerwać niechcianą ciążę. W jej rodzinnej Irlandii za aborcję groziło wtedy dożywocie. – Pracowałam, oszczędzałam na studia. Antykoncepcja zawiodła. Nie byliśmy gotowi na dziecko – opowiada 40-letnia dziś Ní Shuilleabháin „Independentowi”. Poleciała wraz z partnerem; rodzinie i znajomym skłamali, że to romantyczny wypad do Londynu.

Kiedy siedem lat temu Siobhan Donohue dowiedziała się, że jest w ciąży, najpierw się ucieszyła. Niestety w 20. tygodniu USG pokazało, że płód ma bezmózgowie. Z ciężkim sercem Siobhan z mężem podjęli decyzję o przerwaniu ciąży. Ponieważ irlandzkie prawo nie zezwalało na aborcję z powodu ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu (co wciąż dozwolone jest w Polsce), kobieta poleciała na zabieg do Liverpoolu. Wsiadając do samolotu pełnego weekendowych turystów, czuła się strasznie. Wszyscy lecieli, by się zabawić, zaś ona przeżywała życiowy dramat.

Według badania Ipsos dla „Irish Times” 68 proc. wyborców poparło zmiany, a zaledwie 32 proc. było przeciw.

Od dziś takie kobiety jak Janet czy Siobhan nie będą musiały wybierać między więzieniem a tragedią. W przeprowadzonym w piątek referendum Irlandczycy zdecydowali o uchyleniu tzw. ósmej poprawki do konstytucji, która kilka dekad temu zrównała prawa płodu z prawami matki i uczyniła aborcję legalną tylko w jednym przypadku: gdy zagrożone było życie matki. Według badania Ipsos dla „Irish Times” 68 proc. wyborców poparło zmiany, a zaledwie 32 proc. było przeciw.

Centroprawicowy rząd premiera Leo Varadkara obiecał liberalizację przepisów, uzależniając to od wyniku głosowania. Uzgodniony wstępnie projekt zakłada, że kobiety będą mogły „na życzenie” przerwać ciążę do 12. tygodnia, zaś w bardziej zaawansowanym stadium – po uzyskaniu pozytywnej opinii lekarzy. Przed zabiegiem będą miały 72 godziny na ostateczne przemyślenie decyzji.

rp.pl

Morawiecki spieprzał niemieckim BMW

– Mam rękę całą w siniakach i obolały obojczyk. Zastanawiam się, czy to tak zostawię – mówi w TOK FM Iwona Hartwich. Jedna z liderek sejmowego protestu nie ma wątpliwości, że zachowanie Straży Marszałkowskiej było karygodne.

TOK FM

– Karta Atlantycka powołuje się na wartości demokratyczne i zdecydowaliśmy się o nich przypomnieć – mówi Paweł Kasprzak, jeden z liderów Obywateli RP.

TOK FM

Zamiast od początku, zacznijmy wyjątkowo od puenty, bo i „wyjątkowy” w swojej wymowie materiał ukazał się w „Wiadomościach” TVP. A zatem – cytując Krzysztofa Leskiego: – „Wszelkie podobieństwa są przypadkowe”. Dziennikarz do swojego wpisu na Twitterze dołączył dwa zdjęcia.

Pierwsze przedstawia gen. Wojciecha Jaruzelskiego, który ogłasza wprowadzenie stanu wojennego w Polsce. Pod zdjęciem umieszczono cytat: „Awanturnikom trzeba skrępować ręce, zanim wtrącą ojczyznę w otchłań bratobójczej walki”. I datę – 13 grudnia 1981.

Na drugim widać prezenterkę „Wiadomosci” TVP Danutę Holecką, która zapowiada materiał o protestujących w Sejmie niepełnosprawnych i ich opiekunach. Na tzw. pasku widnieje napis: „Awanturnicy nie chcą dialogu i porozumienia”. I data 24 maja 2018.

Autor materiału Dominik Cierpioł tokował: – „Straż Marszałkowska, tłumacząc sytuację kwestiami bezpieczeństwa, zakazała protestującym wychylania się przez okna i wieszania banerów. Kobiety nie chciały się jednak podporządkować poleceniom strażników i same zaczęły je wydawać”. Potem usiłował udowodnić, że posiniaczone ramię Iwony Hartwich to dzieło nie strażników, a innej protestującej! Według „Wiadomości”, kobiety zostały więc brutalnie potraktowane przez same siebie…

W komentarzach internauci piszą o swoich skojarzeniach: – „Marzec 1968”; – „Tak jak „warchoły z Radomia i Ursusa” – PRL bis”; – „Mogli iść po bandzie i napisać „zaplute karły reakcji”; – „Rząd prowadzi politykę porozumienia, a warchoły – przeciw. Nie sądziłem, że rządowa propaganda może upaść tak nisko. Czy oni są szkoleni przez powstałych z grobów instruktorów wydziału propagandy KC PZPR?”; – „Jako syn „warchoła z Ursusa” mogę powiedzieć tylko jedno ludziom, którzy strajkują w Sejmie: możecie być dumni, kiedy rządowa telewizja nazywa Was „awanturnikami”.

A na koniec wpis, którego nie sposób skomentować bez używania wulgaryzmów. – „Jestem za natychmiastowym spacyfikowaniem tego syfu” – napisał czołowy prawicowy publicysta Stanisław Janecki.

Traktowanie PiS-u jak „normalnej strony sporu politycznego” to symetryzm, czyli groźna dla Polski ślepota. Sprawia ona, że dotknięci nią nie dostrzegają kursu kraju ku autorytarnemu państwu partyjnemu – pisze Marcin Bosacki

Na Twitterze od kilku dni toczę z redaktorem Konradem Piaseckim spór o symetryzm (zwłaszcza dziennikarski). Sprawa jest na tyle ważna, że czas wyjść z krótkiej formy, stąd i mój tekst.

Konrad Piasecki twierdzi, że symetryzm nie istnieje, że to epitet przyklejany „obiektywizmowi i zdrowemu rozsądkowi”, używany jako obelga wobec profesjonalistów. Ja twierdzę, że symetryzm nie tylko istnieje i zatruwa media, ale jest on groźny dla Polski.

Najpierw dookreślę, czym – moim zdaniem – symetryzm medialny jest. Polega on na bagatelizowaniu skali niszczących działań PiS, poprzez zrównywanie ich z (prawdziwymi, i nie prawdziwymi) winami poprzedników, zwłaszcza PO. Według symetrystów wielokrotne złamanie konstytucji, upartyjnianie prokuratury, sądów, mediów przez partię Kaczyńskiego nie różni się od działań poprzedników. Umiarkowani symetryści (do których zaliczam Piaseckiego) różnicę widzą tylko w skali przewin.

Moim zdaniem porównania nie ma, choć winy poprzedników są oczywiste. Jednak skala zagrożenia dla reguł demokracji, państwa prawa, wolności słowa jest największa od 1989 (dużo większa niż za SLD) i jesteśmy na ścieżce ku skorumpowanemu monowładztwu (autorytaryzmowi), podobnemu do węgierskiego, tureckiego i rosyjskiego, choć te państwa są dużo dalej w dławieniu demokracji.

Takie od dawna były instynkty polityczne Jarosława Kaczyńskiego, teraz nie hamowane już przez jego śp. brata i koalicyjne reguły gry. A tymczasem dziś w świecie, a zwłaszcza w naszym regionie, toczy się bój między światem demokracji (dla społeczeństw efektywnej, choć niedoskonałej), a światem „demokracji suwerennej”, czyli populistycznym autorytaryzmem (nieefektywnym, to pewne).

Symetryści porównują nieporównywalne

Symetryści – zaprzeczając, że są symetrystami – naklejają sobie sztuczne blizny tych, którzy są „brutalnie atakowani” za chwalenie pewnych posunięć PiS-u, czy krytykę rządów obecnej opozycji. Tymczasem chodzi o to, że porównują oni nieporównywalne. Niszczące fundamenty państwa prawa działań PiS z występującymi w demokracji błędami i szkodliwymi zachowaniami, które jednak nie są wymierzone w istotę demokracji, a wynikają z chciwości, niekompetencji, lenistwa.

Symetryści na równi traktują newsy i komentarze o złamaniu konstytucji czy upartyjnieniu sądów przez PiS z tym np. o planie miliona aut elektrycznych. Zapraszają do audycji ludzi, którzy mają na sumieniu łamanie konstytucji, ustaw czy regulaminu Sejmu, i traktują ich z równą atencją jak tych uczciwych.

Piasecki pisał do mnie na Twitterze, że jedynie pamięta, iż „historia Polski nie zaczęła się w 2015 roku”. To wygodny banał. A sedno w tym, że w 2015 roku historia Polski zmieniła się fundamentalnie. Kolejne władze RP naginające reguły pod siebie (to naganne ale powszechne w świecie i naprawialne przez wybory) zastąpiła władza łamiąca wszelkie reguły dla dobra partii. Partii, która władzy raz zdobytej nie zamierza oddać. By ten zamiar zrealizować próbuje tak ustawić reguły, by atrybuty demokracji traktować fasadowo i np. wybory prowadzić tak, by wynik ich był z góry przesądzony. To proste, wystarczy zapewnić sobie przewagę w otoczeniu wyborczym: w mediach, finansach i sądach.

W wywiadzie dla serwisu NaTemat Piasecki wyłuszczył – moim zdaniem – credo symetrystów, co pozwala jak w soczewce zobaczyć fundamentalną różnicę między nami: „Nie można wszystkiego podporządkowywać zaklęciu, że skoro władza łamie konstytucję, to nie może mieć racji w żadnej sprawie”. Taka postawa jest całkowicie sprzeczna z inną deklaracją Piaseckiego (i innych symetrystów): „zachowywać jakiś dystans, jakiś zdrowy rozsądek, jakąś umiejętność chłodnej, analitycznej oceny rzeczywistości”.

Właśnie ze zdrowego rozsądku i chłodnej analizy rzeczywistości wynika, że win władzy, która łamie konstytucję, upartyjnia sądy, zmienia reguły wyborcze i opanowuje dużą część mediów nie można traktować tak samo jak innych win polityków. Tymczasem symetryści dokładnie tak robią. To, że na Białorusi za Łukaszenki ulice są czyste, nie zmienia faktu, że panuje tam dyktatura. Można oczywiście głównie mówić o czystych ulicach (co robią media Łukaszenki, w Polsce mówiłyby PiS-owskie), można po równo (jak symetryści), a można skupiać się na dyktaturze (co robiliby dziennikarze profesjonalni i rozsądni).

W warunkach ograniczania wzorce dziennikarstwa się zmieniają

Uważam, że dla większości symetrystycznych dziennikarzy ich postawa jest po prostu przykrywką tchórzostwa (a nuż do mojego medium przyjdą tamci…) a często braku profesjonalizmu (puszczanie dwóch sprzecznych opinii bez badania, co jest prawdą, to proste zadanie). Redaktorowi Piaseckiemu, którego warsztat cenię, tego nie zarzucam. Ale zarzuciłem mu coś innego.

Rolą mediów jest pilnowanie równych szans na boisku idei, a tym samym polityki. Są jak sędzia piłkarski. On nie może (co moim zdaniem robi Piasecki) dalej normalnie sędziować, gdy widzi, że jedna z drużyn zmniejszyła swoją bramkę, przekupiła sędziów bocznych i zasłoniła większość kamer, które mecz dokumentują. Gdy na boisku polityki rządzący radykalnie zmieniają szanse na swą korzyść, symetryzm – traktujący ich tak jak zawsze – to zatwierdza. W warunkach ograniczania wolności (też w mediach) wzorce dziennikarstwa się zmieniają. Coś, co jest cnotą w demokracji, czyli zachowanie równej odległości od aktorów sporu, staje się błędem, gdy jeden z graczy wolność zabiera.

Gdy to napisałem, Redaktor odpowiedział tweetem, który mnie zdumiał: „Proszę napisać, które medium jest dowodem utraty wolności słowa w ciągu ostatnich dwóch lat”.

Redaktor stosuje mało elegancki chwyt: wzywa mnie do obrony tezy, której nigdy nie wygłosiłem. Nie twierdzę, że nastąpiła już całkowita „utrata wolności słowa”. Twierdzę, że Polska doświadcza „ograniczania wolności” – systematycznego i przemyślanego, po to, by PiS władzy nigdy nie oddał (i że w takich warunkach obowiązki tych, co zostają w wolnych mediach, są inne niż zachowywanie równej odległości).

I tej tezy będę w kilku punktach bronił:

1. Media publiczne. Totalnej kontroli partyjnej poddane zostały w całości kanały: TVP, TVP Info, TVP Polonia, wszystkie ośrodki lokalne, Polskie Radio, również w terenie, PAP. Redaktor Piasecki to przyznaje, ale jednocześnie bagatelizuje sprawę. Po pierwsze pisze: „TVP zawsze miała tendencje do służenia władzy”. Tymczasem były okresy, gdy TVP – lub część jej programów – było władzy nieprzychylne w wyniku innego rozdziału sił w Krajowej Radzie (np. trzy pierwsze lata PO). A „tendencje”, były raczej do przychylności niż służenia. Wystarczy się zapoznać ze statystykami zapraszanych do TVP gości za SLD czy PO z obecnymi – gdy odsetek gości z PiS wśród polityków to ponad ¾, a wśród „komentatorów” nie ma już ludzi krytycznych wobec władzy. Zaorane zostało fenomenalne „popularne radio inteligentne” i pluralistyczne, czyli Trójka. Nikt tej roli w skali kraju nie przejmie.

Po drugie. Zdaniem Piaseckiego, totalne zawładnięcie przez PiS mediami państwowymi nie jest tak straszne, gdyż mają one tylko „niecałą jedną trzecią rynku radia i telewizji”. Pomijając fakt, że udział TVP w rynku informacji i komentarzy jest dużo wyższy, bo media komercyjne nadają informacji i publicystyki dużo mniej, to cóż to za argument, który nie odnosi się do meritum tylko do skali problemu.

Po trzecie, te media prywatne, które publicystykę polityczną nadają (Tok FM, TVN24), są odbierane głównie w dużych miastach. Tak więc w terenie przekaz jest agresywnie jednostronny, bo na rynkach lokalnych bardzo rzadko oddziały TVP i PR mają jakąkolwiek poważną informacyjną alternatywę, na rynkach regionalnych nie mają jej w ogóle. W telewizji naziemnej z kanałów informacyjnych jest jedynie TVP Info.

Po czwarte – wiele mediów lokalnych informacje krajowe i zagraniczne czerpie z PAP, który nie jest aż tak stłamszony jak TVP, ale jest najbardziej od 1989.

Efekt jest taki, że jeśli mieszkasz ponad 30 km od dużego miasta i nie masz satelity, to publicystycznie jesteś skazany na TVP Info, a gdy chodzi o informacje/komentarze regionalne – na lokalne stacje TVP i PR. A tam polityka i politycy PiS są promowani bez ograniczeń. Redaktor Piasecki tego nie widzi, czy też uważa, że to nic nie zmienia?

Przypomnijmy: PiS wie, że w 10-12 największych miastach w Polsce może wybory przegrać, byle wygrał wszędzie indziej.

2. Polsat. To casus, który udowadnia, że idziemy drogą Węgier i Turcji (nie ma tam już wielkich niezależnych mediów, więc nie mówmy o wolnych wyborach). Metodami ekonomicznymi właściciel został namówiony do zmian w pionie informacji, także w Polsat News i PN2. Efektem – w telewizji, która historycznie była może najbardziej politycznie wyważona – są czystki kadrowe i zmiany już widoczne na wizji – zarówno wśród zapraszanych gości, jak i doborze tematów. Oczywiście w Polsacie będzie to przebiegać łagodniej niż w TVP, ale już tematy niewygodne dla władzy z Wydarzeń (miliony widzów) spadają do Polsat News (setki tysięcy). Wczoraj w kawiarni widziałem, jak nowa szefowa pionu „Informacji” Polsatu przez co najmniej pół godziny słuchała instrukcji spin-doktora PiS Marka Kochana – niemal nie otwierając ust.

3. Naciski ekonomiczne na właścicieli. Przekierowanie reklam wszystkich spółek państwowych do mediów państwowych oraz PiS-owskich. Oferty składane właścicielom na zakup całości lub części telewizji (w tym TVN) gazet, rozgłośni przez PiS-owskie spółki państwowe. Grożenie kontrolami skarbowymi. Uzależnienie koncesji i rządowych kontraktów od „złagodzenia kursu”. Na programie niektórych mediów to się nie odbija, ale na innych owszem – myślę np. o sieci dzienników regionalnych.

4. Nachalna promocja wszelkimi dostępnymi środkami mediów PiS i tępienie innych – przede wszystkim papierowych (stacje Orlenu i Lotosu, poczty), ale i telewizji (urzędy, policja, wojsko itd.).

5. Ograniczenia dla dziennikarzy – nie tylko w dostępie do Sejmu, ale przede wszystkim w dostępie do informacji. Prawda, zawsze były z tym problemy, ale nigdy na skalę choćby zbliżoną do dzisiejszej.

6. Upartyjnianie środowiska idei poza mediami. Czyli propaganda w szkołach, zmiany i naciski na ważne instytucje kultury, pozbawianie dotacji państwowych niepisowskich pism, idei, czy projektów filmowych. To też jest deformowanie boiska wolności i to też nakłada na dziennikarzy wciąż wolnych mediów inne obowiązki niż w normalnych czasach.

Do tego dochodzi segment (co najmniej 10 procent rynku info) mediów niepaństwowych, ale twardo partyjnych PiSu – głównie wybudowanych na pieniądzach darowanych Rydzykowi i wyłożonych przez Skok-i.

Wolności mediów, poglądów, wyborów trzeba bronić

Symetryści z reguły ochoczo podchwytują argument PiS, że każda partia ma swoje media. Nieprawda. Ten kto porównuje stopień bliskości do partii organu Karnowskich z Gazetą Wyborczą na przykład lub TV Trwam z TVN na głowę upadł. PiS po prostu ma media. PO, Nowoczesna, PSL czy SLD (z wyjątkiem „Trybuny”) nigdy mediów nie miały.

To wszystko oczywistości, które aż dziwne, że trzeba w dyskusji z redaktorem Piaseckim powtarzać. Gdy coraz większa część rynku informacji i idei jest zawłaszczana przez partyjne państwo, media, które nadal są wolne – w imię dobra wspólnego – nie powinny dążących do monopolu i niszczących porządek prawny traktować jak normalnych aktorów gry politycznej. A dokładnie to proponuje i praktykuje Piasecki.

Czy dziennikarze powinni się „zapisywać” do obozów politycznych, opowiadać po którejś ze stron sporu politycznego? Nie. Wystarczy, by aktywniej zaczęli bronić zasad. A nie – jak Piasecki – zapraszali częściej do studia tych, co je łamią niż wszystkich innych razem wziętych. A na razie praktyka jest taka, że gdy kandydat Trzaskowski jest przez media PiS-owskie niszczony, w tych symetrystycznych trwa festiwal kandydata Jakiego. Największym wkładem tego polityka do historii Polski jest współsprawstwo ustawy o IPN – najbardziej szkodliwego dla międzynarodowej pozycji kraju aktu prawnego od 1989 roku. Tymczasem w mediach symetrycznych ten temat żył kilka dni, teraz pana Jakiego pyta się o (skopiowane z programu PO) plany nowych przedszkoli.

Zgadzam się z tym, co pisze redaktor Piasecki, że „media w dużej części zachowują wolność”. Jeszcze. Piasecki dodaje: „I ja jako dziennikarz też. Jeśli przestanę – spotykamy się w podziemnej drukarni”.

Doceniam. Ale jako ktoś, kto zna zapach farby drukarskiej z lat 80., mam bardziej ambitną wizję Polski.I nie uważam, że wolność słowa trwa tak długo, jak ma ją redaktor Piasecki. Bo on pewnie będzie miał – jak „Echo Moskwy” w Rosji czy „Nepszabadsag” na Węgrzech – najdłużej. Ale w końcu jego medium, tak jak tam, kupią lub zamkną, jeśli zdołają.

Piasecki proponuje – w dobrej polskiej, sarmacko-sanacyjnej tradycji – strategię: udawajmy, że nic się nie dzieje, a potem być może rzucimy się „na stos”. Nie. Wolności mediów, poglądów, wyborów trzeba bronić teraz, gdy jeszcze można. Trzeba bić się o Polskę z tymi, którzy ją niszczą.

Marcin Bosacki

PS. Dopisek po napisaniu tekstu: symetryści mogliby np. zacząć od zaproszenia, miast n-ty raz pana Czarneckiego, pierwszy raz kogoś z Obywateli RP, których stowarzyszenie PiS-owska władza de facto chce rozwiązać.

Posłowie złożyli oświadczenia majątkowe za zeszły rok. Najbogatszym posłem jest Marek Jakubiak, który ma udziały warte ponad 61 mln zł. Z kolei z oświadczenia Kaczyńskiego wynika, że otrzymuje prawie 6,5 tys. zł emerytury.

gazeta.pl

Krystyna Pawłowicz pogłębia moralne dno

Prezenterka Wiadomości Danuta Holecka określiła niepełnosprawnych strajkujących w Sejmie jako awanturników.

Wykręcanie rąk i szarpanie matek osób niepełnosprawnych – od ponad miesiąca protestujących w Sejmie – zakończyło się udzieleniem pomocy medycznej kobietom. W sieci pojawiły się zdjęcia Iwony Hartwich z posiniaczonymi ramionami. A kobiety chciały tylko zawiesić transparent za oknem budynku sejmowego.

Jednym z bardziej „aktywnych” podczas szarpaniny okazał się ubrany w garnitur Krzysztof Pręgowski. To on wykręcał ręce Iwonie Hartwich i brutalnie odciągał ją od okna. – „To jest pracownik Kancelarii Sejmu, osoba związana ze Strażą Marszałkowską” – powiedział o nim Andrzej Grzegrzółka, dyrektor Centrum Informacyjnego Sejmu.

Nazwisko Pręgowskiego pojawiło się w mediach w styczniu 2017 r., kiedy to ubiegał się o stanowisko szefa Straży Marszałkowskiej. Wcześniej zajmował się w Kancelarii Sejmu wydawaniem przepustek i układaniem grafików pracy Straży Marszałkowskiej. Ostatecznie nie został jej szefem i nie pomógł w tym fakt, że jego żona jest zatrudniona jako sekretarka w klubie parlamentarnym Prawa i Sprawiedliwości.

Warszawska prokuratura Praga-Południe potwierdza, że przeciwko Sławomirowi J. toczy się postępowanie w kierunku prowadzenia samochodu w stanie nietrzeźwości. Były redaktor naczelny „Super Expressu” w odpowiedzi dla Gazeta.pl twierdzi, że jest niewinny.

gazeta.pl

Jerzy Owsiak w emocjonalnym wpisie na Facebooku postanowił odpowiedzieć Krystynie Pawłowicz, która wczoraj opisywała „trudny do zniesienia smród” w Sejmie. – „Choroba, cierpienie – nie pachną. Pani to określiła słowem „smrodu”. Ja może powiem delikatniej – słabo pachnie. (…) Myślę, że być może, po prostu, nic Pani o tym nie wie. Dlatego tak to Panią dziwi. Niewykluczone, że świat cierpienia jest Pani kompletnie obcy. Żyje Pani na kompletnie innej planecie, która też, można powiedzieć, dla kogoś być może nie pachnie dobrze” – napisał Owsiak. Odwołał się też do osobistej sytuacji i opisał pobyt jego mamy w hospicjum.

Miał dla Pawłowicz oraz jej koleżanek i kolegów partyjnych radę, jak pozbyć się rzeczonego „smrodu”. – „Wystarczy, abyście zaczęli z tymi ludźmi poważnie rozmawiać i abyście poważnie spróbowali rozwiązać ich, a tak naprawdę wszystkich niepełnosprawnych, problem. Jeżeli tego nie zrobicie, to ten problem jak bumerang wróci do Waszego oblężonego i zamkniętego na 4 spusty gmachu z jeszcze większą mocą, jeszcze większą złością i determinacją, która tylko pogłębia ból, a w Pani świecie zrobi jeszcze więcej smrodu, niż ma to miejsce dzisiaj” – czytamy we wpisie Owsiaka.

Odniósł się także do większych uprawnień dla Straży Marszałkowskiej, wprowadzonych niedawno dzięki przegłosowanej przez PiS ustawie. – „Straż, która została uzbrojona w broń naładowaną ostrą amunicją. Jest to coś tak nieprawdopodobnego, jak wyobraźnia Wellesa, który w „Wojnie światów” ściągnął na ziemię stwory z przestrzeni kosmicznej. W najbardziej szalonej wyobraźni nie zbudowałbym sobie formacji, która mając służyć pracującym w sejmie i tym, którzy odwiedzają (bardziej – odwiedzali) budynek parlamentu, byłaby czymś więcej niż służbą informacyjno-porządkową. A tu nagle uprawnienia jak wojsko, jak policja” – napisał szef WOŚP.

Owsiak zakończył jakże prawdziwą konstatacją: – „Tak, Pani Krystyno. Choroba, cierpienie, śmierć – jak to Pani określiła – „śmierdzą”. Ma Pani rację”.

W uchwale, podjętej na specjalnym zebraniu, sędziowie Sądu Okręgowego w Krakowie wyrazili wotum nieufności dla prezes Dagmary Pawełczyk-Woickiej. Domagają się, aby nominatka Zbigniewa Ziobry, natychmiast ustąpiła ze stanowiska. Za uchwałą głosowało 71 sędziów, tylko dziewięciu było przeciwnych.

Niemal wszyscy, którzy uczestniczyli w zebraniu mieli w klapach „sędziowskie oporniki”. – „To paragraf z wiadomym symbolem. W ten sposób chcemy pokazać, że są w Polsce niezawiśli sędziowie, którzy nie godzą się na to, co dzieje się w wymiarze sprawiedliwości. W tym – na działania nowej prezes” – powiedział w rozmowie z onet.pl sędzia Dariusz Mazur.

– „Przyjęcie przez nią funkcji prezesa Sądu Okręgowego w Krakowie nastąpiło wbrew stanowisku środowiska sędziów i jest wyrazem lekceważenia porządku konstytucyjnego w państwie, gdyż wspiera zmiany, których celem jest zniszczenie trójpodziału władzy i niezależności sądownictwa” – czytamy w uchwale. Sędziowie podkreślają, że Dagmarze Pawełczyk-Woickiej brakuje wystarczających kwalifikacji i doświadczenia oraz, że nie potrafi ona współpracować z pozostałymi organami sądu. Zarzucili mianowanej przez Ziobrę prezes, że „w swoich działaniach zmierza ona do zastraszenia sędziów w celu ich podporządkowania czynnikowi politycznemu, którego interesy reprezentuje”.

Sędziowie piszą o „pozamerytorycznej czystce”, jakiej Pawełczyk-Woicka dokonała wśród przewodniczących wydziałów. Sześcioro sędziów straciło stanowiska. Doprowadziło to do dezorganizacji pracy sądu, bo nowa prezes odwołując jednego szefa wydziału, nie powoływała jego następcy. Potępili też „podejmowanie prób wywierania nacisku na sędziów m.in. poprzez grożenie im postępowaniami dyscyplinarnymi w celu zmuszenia ich do rezygnacji z pełnionych funkcji bądź wręcz przeciwnie – zmuszenia ich w ten sposób do obejmowania wskazanych stanowisk”.

Sędziowie zdają sobie sprawę, że ich uchwała ma głównie wydźwięk moralny, bo realnie nie mają możliwości wpływania na sposób obsadzania fotela prezesa. – „Ja w takich warunkach i w takiej atmosferze nie chciałbym dalej pracować jako prezes sądu. Tyle że rezygnacja z funkcji wymagałaby klasy” – powiedział onet.pl jeden z krakowskich sędziów.

Dagmara Pawełczyk-Woicka to szkolna koleżanka ministra Zbigniewa Ziobry. Po objęciu przez nią w styczniu stanowiska prezesa Sądu Okręgowego z funkcji rzecznika tego sądu odwołała Waldemara Żurka, który sprzeciwiał się pisowskim zmianom w sądownictwie. Później wydała bulwersujące rozporządzenie, które zabraniało sędziom rozmawiania z dziennikarzami bez zgody prezes i znacząco ograniczało możliwość fotografowania czy filmowania wnętrz sądu. Całkowity zakaz rejestracji obowiązuje w okolicach gabinetu Pawełczyk-Woickiej oraz jej zastępców. Czegoś się wstydzi, coś ma do ukrycia…?

Waldemar Mystkowski pisze o Sejmie Dzieci i Młodzieży.

Osiągnięcia PiS są fenomenalne. Naród został podzielony na z grubsza gorszy i lepszy sort. W klasyfikacji Jarosława Kaczyńskiego ten gorszy sort przynosi imieniu Polaka chwałę i dumę, bo za takie należy uznać najwyższe nagrody dla reżyserów Małgorzaty Szumowskiej na festiwalu w Berlinie i Pawła Pawlikowskiego w Cannes oraz literacki Booker dla Olgi Tokarczuk.

To jest ta polska gorszość. A jak wygląda lepszość? To antypody dla wspomnianych, gdyby istniał festiwal najgorszych filmów to na najwyższą nagrodę mógłby liczyć „Smoleńsk”, a antyBookera mogliby zdobyć Wildstein bądź Ziemkiewicz. Najlepszość pisowska to czerwona latarnia – tak określa się w klasyfikującej tabeli pierwsze miejsce od tyłu, ostatnie – i taka jest ta lepszość, za którą należy się wstydzić, ale nie wstydzą się tego „prawdziwi Polacy”.

Ten podział dotyczy polityki, kultury, społeczeństwa. Dotyczy świata dorosłych. Niestety pęknięcie na lepszych i gorszych – której aksjologię opisałem wyżej – dotarło do dzieci i młodzieży. To jest fenomen, który na świecie jest niespotykany, dostępny tylko tutaj w kraju nad Wisłą, specialite de PiS.

Dzieciom i młodzieży została odebrana możliwość ekspresji politycznej, której dawano upust podczas Parlamentu Dzieci i Młodzieży, a sesja odbywa się w Dniu Dziecka. Marszałek Kuchciński uzasadnia to bezpieczeństwem dzieci. Co i kto miałoby zagrażać młodym Polakom?

Można się domyślać, iż zagrożeniem jest protest niepełnosprawnych. A więc Kuba Hartwich i Adrian Glinka zostali potraktowani jako niebezpieczni dla innych, choć sami są młodzieżą. Użyto w stosunku do nich strychulca wroga, kogoś niebezpiecznego. Czyli jako kogoś w rodzaju terrorystów.

Po imigrantach, których nie przyjęliśmy, pałeczkę terrorystów przejęli niepełnosprawni. Tak ex katedra przyjął dla najmłodszych Polaków marszałek Kuchciński. Jakim on może być autorytetem dla dzieci i młodzieży? Boję się, że autorytetem z obniżoną oceną. Gdyby przyjęto skalę od 1 do 10, to Kuchciński byłby w niej czerwoną pisowską latarnią.

Aby nie odebrać młodzieży frajdy w Dniu Dziecka organizację posiedzenia Parlamentu Dzieci i Młodzieży podjął się Uniwersytet Warszawski. Odezwała się jednak młodzieżówka PiS, która opublikowała oświadczenie, a w nim czytamy, że alternatywne obrady będą miały charakter „antyrządowy”, bo będzie na nich mowa o „demokracji i wrażliwości społecznej”.

Dla młodzieży wychowywanej przez PiS demokracja jest zagrożeniem, a wrażliwość społeczna niepożądana. Na taki podział wśród dzieci i młodzieży nie godzi się Polska Rada Organizacji Młodzieżowych, która w oświadczeniu pisze: „Decyzja o odwołaniu Sejmu Dzieci i Młodzieży sprawia, że wielomiesięczna praca 460 młodych Posłów i Posłanek, włożona w przygotowania do Sesji została zaprzepaszczona. Od 24 lat misją Sejmu Dzieci i Młodzieży jest kształtowanie postaw obywatelskich oraz szerzenie wśród młodzieży wiedzy na temat zasad funkcjonowania polskiego Sejmu i demokracji parlamentarnej. Decyzja ta uderza w tę misję, nie pozwalając młodym ludziom zabrać głosu w sprawach istotnych dla polskiego społeczeństwa. Ponadto, zwracamy uwagę, że podjęcie takiej decyzji bez konsultacji z samymi zainteresowanymi, jest wyrazem braku uznania podmiotowości młodych ludzi współtworzących to wydarzenie.”

PiS tworzy podziały wśród młodzieży na podstawowym poziomie – edukacji. Na lekcjach historii i literatury otrzymują wiedzę ze świata alternatywnego, w którym założycielami „Solidarności” byli bracia Kaczyńscy, a literaturę piękna reprezentują grafomani Wildstein i Ziemkiewicz.

Gdyby PiS miał dłużej rządzić, polskie społeczeństwo musiałoby sięgnąć po sprawdzone w czasie II wojny światowej metody edukacyjne – komplety. Uczyć wiedzy, a nie propagandy.

Post Navigation