Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Jacek Nizinkiewicz”

Morawiecki uznany za kłamcę, teraz dostaje nagrodę od biznesu

Więcej >>>

„Czuję się troszeczkę jak na gali Oskarów. Bardzo serdecznie dziękuję, za tą laudację taką bardzo ciepłą” – powiedział Morawiecki odbierając tytuł. Setki powtarzanych uparcie kłamstw i manipulacji – o sądach, szkołach, uchodźcach, Żydach, gospodarce i klimacie – nie zagroziły kandydaturze premiera. Biznes w Krynicy docenia „wpływ na rzeczywistość”

„Tak się zastanawiałem, czy się rzeczywiście udało tyle zrobić w tak krótkim czasie, w tych 4 latach. Brzmiało to, jakby miało zająć co najmniej 14 lat” – stwierdził Morawiecki po wysłuchaniu laudacji od Zygmunta Berdychowskiego, organizatora Forum Ekonomicznego w Krynicy-Zdroju.

Forum to doroczna impreza, na którą zjeżdżają przedstawiciele świata polityki i biznesu, a także eksperci i dziennikarze. W 2019 roku odbyło się już po raz 27.

Rada Programowa Forum niejednokrotnie podlizywała się rządzącym politykom. W 2000 roku nagrodę Człowieka Roku otrzymał Aleksander Kwaśniewski, w 2007 Donald Tusk, w 2011 Bronisław Komorowski, w 2014 Jarosław Kaczyński, a w 2016 Beata Szydło. Członkowie Rady nie omieszkali uhonorować także kontrowersyjnych polityków z zagranicy – nagrody otrzymali węgierski autokrata Viktor Orbán (w 2015) i słowacki premier Robert Fico (w 2012).

„To nigdy nie była nagroda ekonomiczna. To zawsze była nagroda polityczna. To politycy na przestrzeni ostatnich lat najbardziej wpływali na naszą rzeczywistość” – tłumaczył w 2018 roku założyciel Forum Zygmunt Berdychowski.

Morawiecki był nominowany już dwukrotnie. W 2016 minimalnie przegrał z Beatą Szydło, a w 2017 miał poprosić, by jego kandydatury nie brać pod uwagę. Rok później najwyraźniej nie miał już żadnych obiekcji.

Przypominamy, co o Mateuszu Morawieckim pisaliśmy w OKO.press. Ten artykuł to jednak tylko fragment bogatej antologii jego kłamstw i manipulacji, którą zgromadziliśmy w ostatnich latach. Premierowi chętniej nadalibyśmy tytuł Przodownika Fałszu.

Mistrz kłamstwa

Bo polskiemu premierowi z prawdą nie jest po drodze. W lipcu 2018 roku podsumowaliśmy siedem najbardziej bezczelnych (do tamtej pory) kłamstw szefa rządu.

Jak zaznaczyliśmy – bezczelnych – bo Morawiecki mógł z łatwością dotrzeć do prawdziwych danych. Postanowił jednak tworzyć alternatywną rzeczywistość. I tak premier kłamał, gdy

  • podawał liczbę czeczeńskich uchodźców w Polsce – zawyżając ją, zgodnie z ówczesną strategią polityczną PiS, ponad sześciokrotnie;
  • kłamał i manipulował w sprawie świadczeń dla osób z niepełnosprawnością, mówiąc, że za rządów PiS wzrosły o 50 proc. Tymczasem w latach 2015-2018 świadczenia wzrosły o 28 proc., ale tylko niektóre. Potrzebujących jest znacznie więcej;
  • z ukraińskich migrantów celowo robił uchodźców, by na forum międzynarodowym móc bronić „polityki uchodźczej” rządu PiS. I odpierać krytykę europejskich partnerów, którzy domagali się polskiej pomocy w rozbrajaniu kryzysu uchodźczego;
  • kręcił, gdy mówił o polskiej „pomocy na miejscu”, jako rozwiązaniu lepszym od relokacji uchodźców. Jak pisaliśmy wydatki na ten cel były w 2017 roku śmiesznie małe;
  • kłamał w sprawie luki VAT, która miała zmniejszyć się o 40 mld zł. W rzeczywistości zmalała o 13 mld;
  • twierdził, że płace w Polsce pod rządami PiS wzrosły najbardziej od 25 lat. Tymczasem wyższy wzrost notowano co najmniej kilkakrotnie;
  • znacznie przeszacowywał liczbę nowych miejsc pracy, które powstały w polskim przemyśle w 2017 roku. Twierdził, że było to aż 2/3 takich miejsc pracy w Europie. Utrzymywał, że Polskę chwalą za to w prywatnych rozmowach komisarze UE. Liczba, którą podawał była jednak zwyczajnie fałszywa.

Niezrozumiani przez świat

Premier jest też niezłomnym obrońcą „dobrej zmiany” w polskim sądownictwie. Główna linia argumentacji? Zachód i Unia Europejska reform Zbigniewa Ziobry po prostu nie rozumieją. Bo kraje, które nie doświadczyły komunizmu, nie są w stanie pojąć skali patologii, która dotknęła polskie sądy.

Stąd krytyczne głosy partnerów w UE i stąd konflikt z Komisją Europejską i TSUE.

W OKO.press relacjonowaliśmy m.in. wywiad Morawieckiego dla Polsat News z sierpnia 2018 roku. W tym 33-minutowym wystąpieniu kłamał i manipulował ponad 20 razy, bagatelizując skalę konfliktu z Unią o polską praworządność.

W grudniu 2018 roku oznajmił radośnie, że rząd PiS wniósł „fundamentalne zmiany dla podniesienia niezawisłości sędziów” i że „wystarczy spytać sędziów, czy zwiększyło to ich niezależność”.

Jak pisaliśmy odmiennego zdania jest KE, zaprzeczają polskie stowarzyszenia sędziowskie. Wszystkie wskazują na uparte próby podporządkowania wymiaru sprawiedliwości woli polityków PiS.

Swoje kłamstwa Morawiecki chętnie eksportuje. Podczas wizyty w USA w październiku 2018 udzielił wywiadu telewizji CNN. Powtarzał tam argument o czyszczeniu sądów z postkomunistów. Oraz kłamał bez żadnych ogródek, mówiąc, że polska Krajowa Rada Sądownictwa po reformach PiS jest wybierana w większości przez sędziów. Jak pisaliśmy – jest zupełnie odwrotnie.

W prawicowym francuskim dzienniku „Le Figaro” szkalował sędziów przeciwnych „dobrej zmianie” w lutym 2019. Tłumaczył, że 100 proc. sędziów zostało na stanowiskach po upadku PRL, a polskie sądownictwo jest najmniej wydajne w Europie. „Reformy” Ziobry mają tylko je uleczyć.

Na uniwersytecie nowojorskim w kwietniu 2019 porównał sędziów sprzeciwiających się niekonstytucyjnym zmianom do kolaborantów z Vichy. Potem dementował swoją własną wypowiedź.

W OKO.press wielokrotnie i drobiazgowo demaskowaliśmy kłamliwą narrację premiera.

Jasna Góra – symbol polskości

„Jasna Góro, Czarna Madonno, nasza matko, miej w opiece naród cały, który żyje dla Twej chwały” – tak modlił się Morawiecki w grudniu 2018 roku na 27. urodzinach Radia Maryja. Jak relacjonowaliśmy, pokazał wówczas, że jedyną wersją patriotyzmu i w ogóle wartości w życiu publicznym jest dla niego trójca: ojczyzna-tradycja-katolicyzm. A wszystko inne to „podkop pod Polskę”.

Swoje modlitwy premier kierował do tych „którzy nie kochają Polski aż tak mocno, jak my tutaj, jak Rodzina Radia Maryja”.

„Tradycyjnych wartości” Morawiecki bronił niejednokrotnie. W sierpniu 2019 pisaliśmy, że podczas pikniku rodzinnego premier wychwalał „nasze polskie kobiety”, które tworzą mur przed „fanaberiami ideologicznymi”. Tymczasem z sondaży OKO.press wynika jasno, że „polskie kobiety” mają poglądy znacznie bardziej rewolucyjne niż mężczyźni.

Szef rządu kreuje się na żarliwego katolika. Wiemy np., że ściśle przestrzega cotygodniowego postu. Znana anegdota mówi, że w podróży służbowej odmówił zjedzenia ukraińskich pielmieni. Bo akurat był piątek, a pierożki były z wieprzowiną. Przyszły premier miał obgryźć samo ciasto, nadzienie zostawić.

Ale wiara Morawieckiego, pod pozorem „wszechogarniającej dobroci” nosi znamiona fanatyzmu, a sam premier wyklucza z polskiego społeczeństwa tych, którzy nie podzielają jego religijnych uczuć.

Skromny biznesmen

Bogobojny Morawiecki pokazał też swoją mniej skromną twarz.

Na początku października 2018 roku Onet ujawnił nagranie z restauracji „Sowa i Przyjaciele” z 2013 roku. Rozmówcami byli prezes PKO BP Zbigniew Jagiełło (przyjaciel Morawieckiego), prezes PGE Krzysztof Kilian (wieloletni przyjaciel Tuska), jego zastępczyni Bogusława Matuszewska i… Mateusz Morawiecki, wówczas od pięciu lat prezes banku BZ WBK.

Przytoczone wypowiedzi przeczą obrazowi pokornego i skromnego polityka. Jak się okazało, przyszły premier potrafi soczyście zakląć – nie gorzej niż podsłuchani biznesmeni i politycy PO.

Na jednym z nagrań Morawiecki obiecuje też, że załatwi pracę Aleksandrowi Gradowi z PO. „Pięć dych czy siedem, czy stówkę mu damy na jakieś badania czy na coś” – mówi. Chodziło oczywiście o 50-100 tys. złotych.

Morawicki ukrywał też zasobność własnego portfela, który powiększył się znacznie dzięki akcjom BZ WBK. Premier zachował je po tym, jak wszedł do rządu PiS, co pozwoliło mu wzbogacić się o 1,23 mln zł. Część miał przekazać na cele charytatywne – nie ujawnił jednak, na jakie. Akcje sprzedał dopiero po dwóch latach w fotelu ministra, bo, jak tłumaczył, „nie zdążył”.

Na cele charytatywne miał pójść także zysk ze sprzedaży działki, którą w 2002 roku Morawiecki kupił znacznie poniżej rynkowej ceny od proboszcza podwrocławskiej parafii garnizonowej. Wykryta dzięki śledztwu „Wyborczej” afera poważnie nadszarpnęła wizerunek premiera, który stara się ukryć fakt, że jest człowiekiem majętnym, zaprzyjaźnionym ze światem wielkiego biznesu.

Drzewko dla Polski

W 2017 roku Morawiecki stwierdził, że ma żydowskie pochodzenie (jego ojciec stwierdził natomiast, że nic mu o tym nie wiadomo). Ta deklaracja nie przeszkadza Morawieckiemu przekłamywać polskiej historii tak, by wybielać udział Polaków w Zagładzie.

„Kiedy mówimy o antysemityzmie, to też przychodzi mi do głowy, że coraz częściej spotykamy się z antypolonizmem. Ja chcę walczyć z tym antypolonizmem, tak jak skutecznie nasi żydowscy bracia walczą z antysemityzmem” – rozwodził się premier w rocznicę Marca ’68.

Ofiarą narodowej megalomanii padła prof. Barbara Engelking, którą skreślono Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej w maju 2018 roku. Engelking, wybitna badaczka, która odsłaniała skalę udziału polskiej ludności w Zagładzie, straciła stanowisko, bo zabrakło jej „polskiej wrażliwości”.

Premier, za przykładem ojca, domaga się też międzynarodowego uznania dla polskich zasług w walce z Holokaustem. W 2017 roku stwierdził, że „Instytut Yad Vashem powinien docenić odwagę Polaków i cały naród polski powinien mieć jedno wielkie drzewo Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata”.

W lutym 2019 w OKO.press pisaliśmy, że premier o żydowskich korzeniach został bohaterem polskich antysemitów – gdy odmówił wyjazdu na szczyt Grupy Wyszehradzkiej do Izraela.

Miłość własna mimo wszystko

Ale to nie koniec „sukcesów” rządu, z których musiał tłumaczyć się przed opinią publiczną w Polsce i Europie. I nie koniec kłamstw.

  • Wziął w obronę katastrofalną w skutkach reformę edukacji, którą zafundowała polskim szkołom była już minister Anna Zalewska. Podczas strajku nauczycieli grał też pierwsze skrzypce w deprecjonowaniu żądań protestujących. „Pracują mniej, a chcą zarabiać więcej” – mówił Morawiecki, rozpowszechniając niebezpieczny mit. Rezultat? Rozjuszeni nauczyciele, zmanipulowane społeczeństwo.
  • Kolejnym „sukcesem” było zablokowanie przyjęcia przez UE deklaracji dążenia do pełnej neutralności klimatycznej w czerwcu 2019. „Nie mamy sobie nic do zarzucenia” – skwitował wówczas Morawiecki, pokazując jasno, że jego rząd nie bierze na poważnie zbliżającej się katastrofy.
  • Bronił też Zbigniewa Ziobry, gdy wybuchła tzw. afera Piebiaka. W kuriozalnym wywiadzie dla TVN24 Morawiecki stwierdził, że Ziobro o aferze nic „nie wiedział, bo tak mu powiedział”. Koronny argument!
  • Premier kłamał też obficie o sukcesach polityki demograficznej PiS. Wbrew zapewnieniom Morawieckiego 500 plus nie sprawiło, że w Polsce rodzi się więcej dzieci. Wręcz przeciwnie, liczba urodzeń spada.
  • Okazją do wielu przekłamań były wybory – samorządowe jesienią 2018 i europejskie w maju 2019. I tak we wrześniu 2018 pisaliśmy m.in. o 3000 km drogowych kłamstw Morawieckiego, a w marcu 2019 demaskowaliśmy fałsz, gdy zapewniał, że PiS nie zamierza budować sojuszy z antyeuropejskimi partiami. Zamierzał i zbudował.

Choć jego praca zdaje się polegać na upartym powtarzaniu postprawd i tłumaczeniu się z kolejnych wtop, premier zachowuje sporo uznania dla samego siebie. Pochwał nie szczędzą mu przychylne PiS media, a także – jak się dziś przekonaliśmy – świat biznesu.

Kłamstwa pisowskich czynowników o ruinie Polski. To pod ich władzą jesteśmy dewastowani

W 2015 roku jednym z głównych argumentów wyborczych PiS była narracja o Polsce w ruinie. Otóż III RP miała wyprzedać cały swój majątek za grosze w obce ręce, stając się w zasadzie  gospodarczą półkolonią. W staromodnym spojrzeniu na gospodarkę PiS na prowadzenie wysuwało się wynoszeniem na piedestał zbawiennej wręcz roli przemysłu dla rozwoju, który to jednak miał w czasach III RP tkwić w stanie praktycznie zaniku. Zagraniczne firmy miały bowiem wykupić zakłady komunistyczne, aby je następnie zamykać, a świadomym celem strategii Berlina miała być dezindustrializacja Polski, aby pozbyć się konkurencji. Wiele już mówiono o tym temacie w Polsce, jednak jednym z ciekawych spojrzeń na tę sprawę są dane publikowane przez amerykańską Centralną Agencję Wywiadowczą (CIA), która prowadzi publiczną bazę danych z podstawowymi informacjami o krajach świata.

Wczytując się w zamieszczone liczby, można dojść jednak do zaskakujących wniosków. Otóż amerykanie nie tylko nie potwierdzili czarnej wizji rządzących, ale nawet więcej, wskazali, że nasz kraj cieszy się nadzwyczajnie wysokim w skali świata udziałem przemysłu w wytwarzaniu PKB. W 2017 roku ten miał stanowić aż 40% naszego PKB. Wartość ta może dla wielu nic nie mówić, ale sprawa stanie się jasna, kiedy zestawimy ją z arcywrogiem propagandowym rządu – Niemcami. Nasi zachodni sąsiedzi w myśl prawicowych teorii spiskowych skonstruowali Unię Europejską na potrzeby ekspansji swojego przemysłu, a Polskę uczynili gospodarczą półkolonią. Tymczasem dane wskazują, że niemiecki przemysł nie jest wcale taką wartością dodaną, jak wydaje się prawicy. Udział przemysłu w PKB Polski okazuje się bowiem nie tylko nie być daleko w tyle za Berlinem, co znacznie go wyprzedzać. O ile jak wspomniałem 40% PKB Polski w 2017 roku pochodziło z przemysłu, to w tym samym czasie za Odrą było to 30%. Ten ostatni poziom nie jest oczywiście niski, ponieważ wciąż stanowi jeden z lepszych rezultatów obok Japonii wśród krajów rozwiniętych. Również struktura zachodniego przemysłu opartego na nowych technologiach tworzy zupełnie innej klasy wartość dodaną, jednak między bajki można włożyć wszelkie urojenia o dezindustrializacji Polski. Fakt, że nasz przemysł nie dorównuje wydajnością i zyskami niemieckiemu jest efektem lat gospodarczego zacofania i niskiej innowacyjności. Przetrwanie nawet setek PRL-owskich zakładów przemysłowych w tym stanie rzeczy nie zmieniłoby dużo. Tym co często nam umyka, jest właśnie różnica w wydajności, a w 2017 roku w Polsce ta była niższa w sektorze przemysłu od średniej “Starej Unii” o aż 59%. W przypadku górnictwa było przykładowo jeszcze gorzej, ponieważ przepaść wynosiła aż 74%.

Pokazuje to, że kluczem do zamożności nie jest nacjonalizacja tylko nowoczesne zarządzanie i technologie. Te zaś przynieśli po 1989 roku do Polski w znacznej mierze zachodni inwestorzy. W ocenie sytuacji gospodarczej trzeba zatem zważać na fakty, a nie promować szkodliwe demagogiczne narracje.

Kmicic z chesterfieldem

Ujawniamy, że Jarosław Kaczyński to prawdziwy Ojciec Narodu. Pomaga wszystkim, nawet „Małej Emi”… – napisał na Twitterze Wojciech Czuchnowski z „Gazety Wyborczej”.

Mowa oczywiście o internetowej hejterce Emilii, która brała udział w akcji szkalowania sędziów, krytykujących „dobrą zmianę” w sądownictwie. Artykuł w gazecie zatytułowano „Kaczyński pisał do „Emi”.

Część internautów w komentarzach kpiła z „Ojca Narodu”: – „Kaczyński pisał do Emi z dobrej woli, aby pomóc jej w reformie sądownictwa”; – „Bo w nim jest samo dobro, a o rodziny to już dba ponad życie”; – „Ziobro zdymisjonuje Kaczyńskiego?”.

Inni komentowali dosadniej: – „Za każdym razem jak myślę, że PiS jest na moralnym dnie to okazuje się, że oni jednak kopali znacznie głębiej…”; – „Pazerność na władzę zaślepia. Prezes zaczyna popełniać błędy. I do tego mściwość i chorobliwa obsesja na punkcie Tuska”.

Więcej >>>

W tym samym czasie, gdy Grzegorz Schetyna ogłosił zaskakującą decyzję o usunięciu się w cień…

View original post 1 346 słów więcej

 

Latający Macierewicz i Kuchciński

Analogie niekoniecznie muszą być trafne. Afera samolotowa Marka Kuchcińskiego może być najważniejsza częścią kampanii wyborczej do parlamentu. Jarosław Kaczyński dymisjonując marszałka Sejmu przyznał sie do porażki, choć w swoim stylu szukał usprawiedliwień, że inni też nadużywali władzy – w PRL-u było: „W Ameryce Murzynów biją”, w PRL bis: „wina Tuska”.

Dymisjonując Kuchcińskiego, prezes PiS bez przekonania zwalił winę na Tuska, widać, że nie jest w formie fizycznej, ledwie opuścił scenę i udał się za kulisy, a przecież lubi gaworzyć do mikrofonów. Powód dymisji  Kuchcińskiego był tylko jeden – bożek sondażów. Spada PiS-owi poparcie, publika domaga się prawdy o lataniu Kuchcińskiego, jego rodziny i wszelkich pociotków pisowskich, bo istnieje obawa, że na niebie zamiast gwiazd będziemy mieli latających pisowców.

Więcej >>>

Kmicic z chesterfieldem

Czy poseł Stanisław Piotrowicz kłamał? Być może minął się on z prawdą przy swoich tłumaczeniach dotyczących podniebnych rejsów w towarzystwie marszałka Kuchcińskiego?

Piotrowicz twierdził, że leciał samolotem tylko ze względu na chorą żonę, która miała mieć ze sobą leki otrzymane w warszawskim Instytucie Hematologii i Transfuzjologii. Lek – zdaniem Piotrowicza – znajdował się w stanie silnego zamrożenia. Podróż motywowana była więc jak najszybszą potrzebą umieszczenia cennego lekarstwa w zamrażarce.

Portal gazeta.pl o zasadność tłumaczeń Piotrowicza zapytał doktora Pawła Grzesiowskiego, specjalistę z zakresu terapii zakażeń i immunologii. „Wyobrażam sobie, że w grę wchodzą jakieś preparaty stosowane w chorobach krwi. Obecnie nie wydaje się pacjentowi preparatów krwiopochodnych w stanie zamrożonym. Osocze czy krioprecypitat są przechowywane w stanie zamrożenia, ale stosowane wyłącznie w obszarze medycznym, bo może to zrobić jedynie uprawniona służba krwi” – stwierdził dr Grzesiowski.

Nie wydajemy leków pacjentom w postaci niegotowej do użycia (…). Natomiast są wyjątki, biorąc pod…

View original post 2 219 słów więcej

Takich pokraków u władzy jak pisowcy świat nie widział. Rekord głupoty

>>>

W cieniu #KuchcinskiTravel działały też #KarczewskiAirlines

Po krótkim briefingu prasowym, podczas którego marszałek Sejmu Marek Kuchciński odniósł się do zarzutów o nadużywanie prawa do rządowego samolotu, nie brakowało opinii, że brak dymisji prominentnego polityka Prawa i Sprawiedliwości może się tej partii odbić czkawką. Dziś już gołym okiem widać, że opublikowana lista przelotów formalnie drugiej osoby w państwie potwierdziła jedynie, że ujawnione przez media przy pomocy posła PO Sławomira Nitrasa rewelacje to wierzchołek góry lodowej.

– “Do listy pasażerów dołączane były, moim zdaniem kompletnie nieuprawnione, osoby takie jak Stanisław Piotrowicz, Maria Piotrowicz, Zdzisław Krasnodębski, Anna Krasnodębska, wielokrotnie poseł Bogdan Rzońca, wielokrotnie posłanka Wróblewska i wielu innych, w tym asystenci marszałka Kuchcińskiego. Żadna z tych osób nie spełnia kryterium instrukcji HEAD, która wyraźnie mówi o członkach oficjalnych delegacji” – mówił Robert Kropiwnicki podczas konferencji prasowej w Sejmie.

– “Informacje, które do nas docierają, które będziemy weryfikować w najbliższych dniach mówią, że jednak spora nieobecność marszałka Karczewskiego w ostatnich dniach nie jest przypadkowa. Do tych spraw będziemy wracać. Badamy tę sprawę. Słyszałem wywiad pani Justyny Dobrosz-Oracz z marszałkiem Karczewskim, który mówił, że nie latał z rodziną samolotem. Z naszych informacji wynika, że być może do takich lotów doszło – dodał Cezary Tomczyk.

Sprawę pogarszają niedorzeczne tłumaczenia towarzyszących marszałkowi Kuchcińskiemu posłów PiS i ich bliskich, którzy oczywiście nic nie mają sobie do zarzucenia, albo przekonując (niezgodnie z prawdą), że problem generują nieprecyzyjne przepisy, które zamierzają poprawić (czytaj zalegalizować rządowe taksówki dla braci pisowskiej), albo z bitą i arogancją przekonują, że w zasadzie nic się nie stało i szkoda się silić na tłumaczenia.

“Ja mieszkam na Podkarpaciu, 70 km od Rzeszowa. Zazwyczaj podróżuję albo własnym samochodem, około 6 godzin, albo samolotem należącym do LOT-u. Tego dnia, jak pamiętam, nie było wolnych miejsc w samolotach rejsowych (…). Pewnie bym pozostał w Warszawie i czekał na wolny rejs, ale tego dnia Instytut Hematologii i Transfuzjologii w Warszawie opuściła moja żona. Otrzymała po wyjściu ze szpitala kilkaset sztuk ampułek leku, który trzeba przechowywać w stanie zamrożonym – po rozmrożeniu leki nadają się do wyrzucenia. I zrodził się problem, jak dotrzeć z tymi ampułkami jak najszybciej do domu, tak żeby się nie rozmroziły. (…) Dowiedziałem się, że pan marszałek będzie leciał do Rzeszowa – i skorzystałem z tej sposobności” – mówił w RMF FM Stanisław Piotrowicz. Na uwagę, że codziennie w podobnej sytuacji są też inni Polacy, wzniósł się na Himalaje populizmu przekonując, że marszałek Sejmu każdemu potrzebującemu takiej “przysługi” z pewnością by pomógł.

Jeszcze bardziej kuriozalne tłumaczenie wybrał inny poseł PiS, Bogdan Rzońca, częsty bywalec lotów linią lotniczą “Air Kuchciński”. Stwierdził, że była to jedyna okazja, by spokojnie porozmawiać ze swoim kolegą z regionu o sprawach Podkarpacia, bo w Sejmie nie sposób marszałka uchwycić. Na dodatek arogancko stwierdził, że żadnej ujmy państwu nie przynosi to, że posłowie partii rządzącej wożą swoje rozpasane tyłki samolotem dla VIP. “Poprosił mnie, bym mu towarzyszył. Interesował się sprawami podkarpackiej infrastruktury drogowej– mówił poseł Rzońca. To była szansa na spokojną wymianę informacji potrzebną w naszej pracy dla Podkarpacia” – dodał.

“Dobrze zrobiłem, że wsiadłem do tego samolotu. Jakiejś tam wielkiej ujmy państwu polskiemu ani samolotowi... Bo przecież nie ugryzłem siedzenia ani nie popsułem samolotu, tylko rozmawialiśmy jak ludzie. Bo był czas, naprawdę był czas, spokojnie 30-40 minut porozmawiać” – zapewniał bezwstydnie polityk PiS.

Można odnieść wrażenie, że rządzący kompletnie się już pogubili w rozbrajaniu tej bomby i na każdym kroku pogrążają się coraz bardziej. Nam jedynie pozostaje czekać na kolejne rewelacje w tej sprawie, bo że jest ich bez liku chyba już każdy widzi.

Kmicic z chesterfieldem

Polityk PSL podzielił się tymi informacjami w programie Poranek Radia TOK FM. „Jeżeli dzisiaj dyskutujemy o demoralizacji marszałka Kuchcińskiego, to może warto by było zapytać, gdzie mieszka pracujący syn marszałka. Czy w mieszkaniu sejmowym, które marszałek Kuchciński ma ze środków sejmowych, nie zamieszkuje cała jego rodzina? Zapytajcie państwo, czy przypadkiem w mieszkaniu służbowym Kuchcińskiego nie mieszka cała jego rodzina. Jeśli osoba pracująca, korzysta z mieszkania, które należy do posła, to jest kolejne nadużycie władzy” – stwierdził poseł.

Doniesienia Sawickiego wywołały spore zamieszanie na Twitterze. Większość internautów jest po prostu oburzona postawą Kuchcińskiego. „Panie Krzysztofie Brejza czy można sprawdzić kto mieszka w służbowym mieszkaniu, marszałka Kuchcińskiego? Jak podaje Radio TOK FM podobno lokal na nasz koszt zamieszkuje syn marszałka z rodziną. Czy ich też podatnik ma utrzymywać” – zapytała jedna z użytkowniczek serwisu.

To nie koniec szokujących doniesień. Jak się okazuje, „afera samolotowa” marszałka jeszcze się nie…

View original post 2 568 słów więcej

 

Kuchcińskiemu rozum nie mogło odjąć, czyli nie nastąpiła dysmisja rozumu, bo go po prostu nie ma

>>>

Kuchciński zorganizował dzisiaj w Sejmie konferencję prasową, na której odniósł się do swojej afery samolotowej. Dziennikarze nie mogli zadawać politykowi PiS pytań.

Kmicic z chesterfieldem

O tym, jaka przyszłość czeka marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego, który z przysługujących mu przywilejów postanowił wycisnąć najwięcej jak się tylko da, dowiemy się pewnie na początku nowego tygodnia. “Na mieście” mówi się, że najbardziej prawdopodobny scenariusz to jego rezygnacja “ze względów osobistych”, bowiem każde inne rozwiązanie byłoby dla PiS fatalne w skutkach. Odwołać go nie mogą, bo przyznaliby opozycji rację, bronić z mównicy sejmowej w najbliższy piątek, gdy odbędzie się debata nad jego odwołaniem też nie, bo jego zachowania tłumaczyć po prostu nie sposób. Wyborcy Prawa i Sprawiedliwości są jednak powoli przygotowywani na szok, jakim będzie odejście formalnie drugiej osoby w państwie i dziś w ten proces włączył się także premier Mateusz Morawiecki.

Podczas odbywającego się w Bojszowach na Śląsku pikniku PiS, szef rządu przekonywał swoich sympatyków że drobne błędy, jakie popełnia ekipa rządząca nie mogą przesłonić wielkich sukcesów, jakie odniosła.

“Chcę żeby Polska rozwijała się w najszybszym możliwym tempie…

View original post 2 013 słów więcej

 

TVP to dzisiaj gadzinówka, musi wrócić do społeczeństwa

Joanna Lichocka (PiS, Rada Mediów Narodowych) udzieliła wywiadu Polskiemu Radiu w czasie trwania kongresu polityków PiS w Katowicach. Polityczka wypowiedziała się m.in. na temat planów polityków opozycji względem mediów publicznych.

Kmicic z chesterfieldem

Jak poinformował w mediach społecznościowych Roman Giertych sprawą oszustwa na szkodę Geralda Birgfellnera zajmie się prokuratura w Wiedniu.

„Otrzymaliśmy informację od austriackiej prokuratury, że wpłynął do nich wniosek o przesłuchanie Pana Birgfellnera. Pismo zostało skierowane przez prokuratorów Renatę Śpiewak i Bogdana Święczkowskiego. W porozumieniu z prokuratorem austriackim ustaliliśmy termin przesłuchania. Odbędzie się 12 sierpnia 2019 roku w Wiedniu” – napisał Roman Giertych na swojej stronie na Facebooku.

Cały tekst Giertycha >>>

Dodał również, że zostanie złożony wniosek o wszczęcie postępowania karnego w Austrii. „Po zrealizowaniu wniosku polskiej prokuratury będzie można wyłączyć sprawę naszego zawiadomienia. Pozwoli to przeprowadzić odrębne postępowania i normalne śledztwo” – skomentował Giertych.

Giertych chciałby, aby jako pierwszych przesłuchano Jarosława Kaczyńskiego i ks. Rafała Sawicza. Całą sprawę podsumował wpisem „Tak więc 12 sierpnia tego roku zaczynamy nowy rozdział tej historii”.

Nowa eurodeputowana w PE, Beata Szydło, która swego czasu wyprowadziła flagę UE, pojawiła się w studiu Polskiego Radia…

View original post 1 676 słów więcej

 

Pisowski klozet, szambo

Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad podała, że w ciągu ostatnich dwóch lat w Polsce nie wybudowano ani jednego kilometra autostrady. Równie tragicznie wyglądają statystyki dotyczące dróg krajowych i ekspresowych.

Jako pierwszy o sprawie poinformował internetowy portal Ciekaweliczby.pl. Dane zostały rozpowszechnione przez byłego ministra Janusza Piechocińskiego (PSL), który udostępnił je na swoim Twitterze.

Jak się okazuje, od 2017 r. do czerwca bieżącego roku w naszym kraju nie powstał ani jeden kilometr autostrady. Dla porównania, za czasów rządów koalicji PO-PSL w 2012 r. oddano rekordowe 212 kilometrów autostrad.

Obozowi „dobrej zmiany” mocno się oberwało. Do ataku na niego przystąpiła naprawdę duża liczba użytkowników Twittera. W tym gronie znalazła się m.in. Iza Leszczyna z Platformy Obywatelskiej.

Hej #PiSie, jak nie umiecie budować dróg i autostrad, to spytajcie #PO jak to się robi, bo wybudowaliśmy ponad 2 tys. km autostrad i dróg ekspresowych i 14 tys. 800 km «schetynówek» Za waszych rządów kierowcy stoją w korkach, a place budów są puste #ObwodnicaCzęstochowy” – napisała w swoim poście polityczka opozycji.

Co najśmieszniejsze, brak dróg, mostów i autostrad stanowił główny lejtmotyw kampanii wyborczej PiS w 2018 r. „Pamiętacie, jak nasi poprzednicy mówili: budujmy nie politykę, tylko drogi i mosty. Nie było ani dróg, ani mostów” – mamił wtedy naród Mateusz Morawiecki.

Twierdzenia premiera były fałszywe. W trakcie rządów Platformy wybudowano bowiem prawie 2,5 tysiąca mostów, a tylko w okresie 2007-2013 zbudowano 835 km autostrad, 213 km obwodnic i 955 km dróg ekspresowych.

Zgodnie z zapowiedziami GDDKiA, do końca 2019 roku ukończony ma zostać odcinek S17 pomiędzy Lublinem i Warszawą, odcinek A1 pomiędzy Pyrzowicami a Częstochową, fragment S6 w zachodniopomorskim i ostatni odcinek obwodnicy olsztyńskiej.

Biorąc pod uwagę wcześniejsze problemy związane z budową dróg, można wątpić w zasadność obietnic GDDKiA.

Kmicic z chesterfieldem

„Pani prezes TK Julia Przyłębska jest wybitną postacią świata prawniczego. Absolutnie niezależnie podejmuje swoje decyzje” – tak obwieścił narodowi Mateusz Morawiecki w wywiadzie dla Polsat News. Ta wypowiedź nie mogła przejść bez echa.

Internauci przypominali prawnicze „sukcesy” Przyłębskiej. – „Wybitną…. na jej koncie sędziego ma wybitnie dużo błędów przy wydawaniu orzeczeń, wybitnie dużo uchylanych wyroków i wybitnie wysoką absencję w pracy. Samodzielnych wyroków TK zero”;

„Mgr Przyłębska zdała egzamin sędziowski na ocenę dostateczną. Sędzia wizytator A. Rusek w 2001 wskazała, że w/w często miała uchylane wyroki, bo nie przeprowadziła postępowania dowodowego, nie ustaliła istotnych faktów i pisała błędne uzasadnienia. Zaiste, wybitna postać. Szacun”; – „Przyłębska i wybitna postać świata prawniczego. Nie…nie…nie… te dwa sformułowania się wykluczają”.

Pozostali kpili ze słów Morawieckiego i zarzucali mu mówienie nieprawdy. – „Taaa… a Ryszard Czarnecki jest wybitnym sportowcem!!!”; – „Tak samo można powiedzieć, że pan Morawiecki nigdy nie został przez Sąd uznany kłamcą i…

View original post 2 085 słów więcej

 

Krystyna Pawłowicz puszcza juchę

Krystyna Pawłowicz wezwała na Twitterze do powszechnej mobilizacji przed zbliżającymi się wielkimi krokami jesiennymi wyborami. Posłanka namawia oczywiście do tego, by głosować na Prawo i Sprawiedliwość. Pawłowicz w swoim wpisie zdradziła też, po co partia Jarosława Kaczyńskiego chce tak naprawdę wygrać wybory.

POLACY ! PAMIĘTAJMY ! NIE ŚPIMY! Akcja MOBILIZACJI innych do udziału w jesiennych wyborach do Sejmu i poparcia Prawa i Sprawiedliwości TRWA! Potrzebna większość ustawowa, a najlepiej KONSTYTUCYJNA!” – w ten charakterystyczny dla siebie Krystyna Pawłowicz postanowiła zagrzewać wyborców Prawa i Sprawiedliwości do walki.

Początek wpisu to w zasadzie standard. Pawłowicz przyzwyczaiła bowiem internautów, że na Twitterze zachęca do głosowania na PiS, mobilizując przy tym elektorat.

Analizując powyższy wpis, jak na dłoni widać, że zwycięstwem w wyborach, politycy PiS chcą przypieczętować 4-letnią akcję demontażu polskiej demokracji. Najlepiej poprzez zmianę Konstytucji.

Wygląda na to, że Pawłowicz chcąc nie chcąc uchyliła rąbka tajemnicy. Dobrej zmianie marzy się zmiana Konstytucji tak, żeby zabetonować zbudowany przez siebie układ na lata. Czy wyborcy obozu demokratycznego jej na to pozwolą? Miejmy nadzieję, że nie…

Kmicic z chesterfieldem

Jestem pełen uznania dla administracji IKEA, nie dlatego, że zwolnili pracownika, ale że nie pozwolili na wykorzystanie agresji wiary przeciwko innym ludziom.

Jeśli pracownik chowa się za Biblią i nawołuje do karania śmiercią za preferencje seksualne, szkaluje innych obywateli naszego kraju i nawet po zwróceniu mu uwagi, nie zaprzestał nawoływania do przemocy, to znaczy, że wyznacza on, a w zasadzie wymusza na pracodawcy nowe granice ludzkiej nietolerancji.

Czy to nie jest tak, że „przymykanie oka” administracji sieci sklepów dla jego agresji światopoglądowej podzieliłoby klientów na tych, którzy mogą korzystać z usług sklepowych bez problemów i tych, którzy mogą spotkać się z agresją, a nawet śmiercią w imię Boga?

Każdy powinien czuł się szanowany i doceniany za to, kim jest i ceniony za swój wyjątkowy wkład, niezależnie od jego orientacji seksualnej lub tożsamości płciowej. Każdy współpracownik ma prawo do obrony swojej indywidualności, ale jednocześnie szanując ją u innych.

Wszyscy pracownicy powinni dbać…

View original post 5 715 słów więcej

 

Odsunąć PiS od władzy nie będzie tak łatwo, wygrywając z nimi wybory, trzeba się liczyć z przemocą, której użyją

Początek szaleństwa

W połowie grudnia 2015 zapytany przez dziennikarza tvn24 o to, czym dla niego jest tzw. „drugi sort Polaków” prezes Jarosław Kaczyński odpowiedział również pytaniem:

„Czy według pana współpracownicy gestapo i AK-owcy to ten sam sort ludzi? Według mnie nie”!

To do polskich sędziów, których absolutnie nikomu do gestapowców porównywać nie wolno. Nawet albo szczególnie komuś takiemu jak prezes Kaczyński! Komuś, kto nie ma ani moralnego, ani honorowego prawa do takich pomówień! Sam się tymi słowami zdezawuował na zawsze! Jakim prawem ktoś taki bezpodstawnie obraża ludzi lepszych od siebie; mądrzejszych i w większości przyzwoitych? Czy może ze względu na to, że ma kompleksy (i słusznie), czy też z powodu braku uczuć wyższych, co źle rokuje?!

Tak hucznie rozpoczął wódz swój długi marsz ku hańbiącemu go jednak „zwycięstwu” nad narodem polskim. Hańbą jest pobić własny naród przy pomocy spolegliwej policji, bezrefleksyjnej prokuratury oraz innych służb i instytucji, łamiąc przy tym konstytucję, i wynikające z niej prawa! Pan Kaczyński chciał obrazić naród i to się mu (tylko póki, co mam nadzieję) bezkarnie udało! Przyjdzie czas, że w symbolicznym worze pokutnym „uda się do Canossy”, jaką będzie dlań Sąd Okręgowy w Warszawie. Ten sam, który na jego rozkaz rozwalił – równie szkodliwy wspólnik – niejaki Zbigniew Ziobro!

Destrukcja instytucji państwa prawa

Wkrótce po tym, jak padły obraźliwe słowa, rozpoczęły się też prace nad przebudową dwóch innych instytucji: Trybunału Konstytucyjnego i Sądu Najwyższego, które stały samozwańczemu „naczelnikowi państwa ością w gardle”. Jarosław Kaczyński chciałby według mnie stać się w Polsce kimś na wzór „polskiego cara Putina” (ale nie uda się to z wielu, także merytorycznych względów)! Już dwa lata później (2017) w życie weszła pierwsza z pisowskich ustaw o systemie sądów powszechnych, a już połowie grudnia kolejne! Żoliborski kacyk zaczął marsz ku władzy absolutnej w środkowoeuropejskim państwie, należącym do Unii Europejskiej, NATO, Rady Europy, ONZ, OBWE etc!
Przypuszczam, że główną tego przyczyną była tutaj jakaś urojona wizja z dzieciństwa o przywództwie, być może, na wzór dyktatorów XX i XXI w. Pamiętam film „O dwóch takich, co ukradli Księżyc”, w którym główną rolę odegrali bracia Kaczyńscy. Nie sądzę, aby dzisiejszy „drogi przywódca” był szczególnie dumny z fabuły tego obrazu, która opowiada o bliźniakach Jacku i Placku, chcących na zawsze uniknąć pracy. Postanowili ukraść księżyc, a następnie go sprzedać. Proszę, tacy mali, a jacy cwani! Wychowywani bezstresowo, w luksusowych jak na ówczesne czasy warunkach, zapewne i w życiu chcieli się ustawić równie wygodnie. I udało się im tego dokonać. Jeden z nich został prezydentem, drugi zaś niezastąpionym „ojcem i przywódcą lepszego sortu Polaków”! Dobrze, że ja jestem „gorszego sortu”, bo ze wstydu bym się spalił, stając po stronie wcielonego zła!

Panie Kaczyński, a gdyby tak na wzór Napoleona mianować się Cesarzem Polaków?!

Parcie do władzy – pierwsze oznaki paniki

To, że Jarosław Kaczyński i jego dwór niemal zupełnie zniszczyli Polskę, jest truizmem, czyli rzeczą powszechnie znaną. Dlaczego? O tym już też napisałem – chciwość, żądzą władzy, kompleks Herostratesa, cynizm, brak poczucia patriotyzmu, partykularyzm czy to, co najbardziej w tym człowieku przeraża; nieokiełznana nienawiść do innych ludzi! Teraz przed nami wybory do Parlamentu Europejskiego, na jesieni do sejmu i senatu, a w 2020 prezydenckie. Nagle, w ciągu tygodnia partia rządząca diametralnie zmieniła swoją retorykę. W Internecie pojawił się film braci Sekielskich obnażający obrzydliwe zależności, układy i przestępstwa wśród sprzyjającego władzy, części polskiego kleru! Po chwilowej próbie obrony tego, co niegodne nagle ludzie PiS i SP, którzy musieli mieć przecież bogatą wiedzę na ten temat „stanęli po stronie ofiar” (sic!). Czy można w to im uwierzyć?! Na pewno nie; to obłuda i strach o ewentualną przegraną w wyborach!

Puste obietnice prezesa

„Fatalna zmiana” zaczęła jednocześnie obiecywać wszystkim wszystko (a więc nikomu nic) i potępiać tych, których dotąd pochwalała i broniła jak oblężonej twierdzy; kler, a zwłaszcza wysoką hierarchię kościelną. Jako osobie racjonalnie myślącej, wydaje mi się niemożliwe to, żeby ktoś w pełni władz umysłowych mógł uwierzyć w język prezesa, który pozornie tylko stonowany, naładowany jest agresją, jego spojrzenie nienawiścią, a myśli chęcią zemsty i rozliczenia np. Donalda Tuska, na tle którego sam sobie musi wydawać się, osobą mało wartościową! No, ale wiemy wszyscy o tym, że racjonalne myślenie nie jest przywilejem każdego z ludzi. Za nami marsz zjednoczonej opozycji i uzasadniony wzrost optymizmu. Myślę, że możemy sobie zatem pozwolić na luksus, pozostawienia prezesa w nierealnym świecie jego niespełnionych marzeń. Niech się jeszcze trochę pobawi we władcę, a my sami róbmy swoje, nie zaniedbując niczego, bo te i następne wybory musimy wygrać dla Polski, Polaków, a także Europy i demokracji we współczesnym świecie. Pamiętajmy słowa przyszłego Prezydenta Donalda Tuska: nasze dzieci i wnuki nie wybaczyłyby nam pozostawienia Polski w „ich” rękach!

Więcej o Donaldzie Tusku >>>

Depresja plemnika

Od dziewięciu lat partia rządząca wykorzystuje katastrofę w Smoleńsku, grając na emocjach wyborców. Miesięcznice, komisje, symulacje lotu, dochodzenie prawdy, to stały element polityki PiS. Jednak jak się przekonujemy, to tylko fasada, za którą zwyczajnie nic nie ma.

Okazuje się bowiem, że ostatnim przedstawicielem rządu, który był na miejscu katastrofy jest nikt inny, jak znienawidzony przez partię rządzącą – Donald Tusk.

Było to dokładnie 10 kwietnia 2010 r., czyli w dniu tragedii. Od tamtej pory nikt wyżej postawiony nie kwapił się do tego, by w Smoleńsku oddać honor ofiarom.” Te dość bulwersujące informacje zostały pozyskane przez posła PO, Krzysztofa Brejzę, który wystosował pytanie o obecność przedstawicieli polskiego rządu w Smoleńsku w rocznice katastrofy.

Odpowiedź szokuje, bo nikt z przedstawicieli Zjednoczonej Prawicy nie oddał hołdu ofiarom w ciągu czterech minionych lat. „W tym roku jedynym oficjalnym przedstawicielem Polski w Smoleńsku, w rocznicę tragedii, był ambasador RP w Moskwie – Włodzimierz…

View original post 813 słów więcej

 

III wojna właśnie się rozpoczęła

Jedno jest dziś pewne: bezpieczna, przyjazna i przewidywalna rzeczywistość lat dziewięćdziesiątych, a może i pierwszego dziesięciolecia naszego wieku, należy do bezpowrotnej przeszłości. Przemija postać świata. Niebo się chmurzy – pisze Jerzy Surdykowski w miesięczniku „Odra”, gdzie pierwotnie się ukazał (3/19). „Nasz wiek zaczął się może w 2005 roku, kiedy narody Zachodu odrzuciły projekt dalszej integracji Unii Europejskiej, może w 2016, z chwilą zwycięstwa Trumpa w USA, a może trochę wcześniej, gdy na Węgrzech zwyciężył Orbán, w Grecji „Syriza”, a wkrótce potem w Polsce rządząca dziś partia” – podkreśla autor

Powiada się, że miniony wiek XX wcale nie zaczął się w 1900 roku, lecz czternaście lat później, z chwilą wybuchu pierwszej wielkiej wojny. Wtedy dopiero zaczął odsłaniać swe prawdziwe, ludobójcze i totalitarne oblicze. Nie inaczej z obecnym stuleciem, które bynajmniej nie rozpoczęło się w roku 2000, ani nawet 11 września 2001, kiedy tak tragicznie i spektakularnie ujawnił się światowy terroryzm. Nie on jednak zadecyduje o nadchodzącej przyszłości. Nasz wiek zaczął się może w 2005 roku, kiedy narody Zachodu odrzuciły projekt dalszej integracji Unii Europejskiej, może w 2016, z chwilą zwycięstwa Trumpa w USA, a może trochę wcześniej, gdy na Węgrzech zwyciężył Orbán, w Grecji „Syriza”, a wkrótce potem w Polsce rządząca dziś partia.

Albo inaczej: zapomnieliśmy, że istnienie ZSRR miało dla świata pożytki, które skończyły się wraz z upadkiem komunizmu. Sowieckie zagrożenie wymuszało bowiem jedność demokratycznego Zachodu, integrowało Europę i USA, było spoiwem tak dla NATO, jak Unii Europejskiej. Co więcej, cywilizowało kapitalizm, przymuszało, by pokazywał „ludzką twarz”, by sprostał wyzwaniu rzuconemu z Moskwy nie tylko na polu technologii i dochodu narodowego, ale codziennego życia obywateli. To wszystko przestało działać wkrótce po euforycznym i pełnym fałszywych prognoz roku 1989.

Ale może to wszystko jest drugoplanowe. Bo na pierwszym planie jest wyrośnięcie w niebywale krótkim czasie nowego supermocarstwa, które właśnie dościga – dotąd tak pewną swojej przewagi – Amerykę. W tamtym historycznym dla nas roku 1989 Chiny były jeszcze rezerwatem biedy i zacofania, borykającym się nie tylko z dziedzictwem nieszczęsnej „rewolucji kulturalnej” przewodniczącego Mao, ale z krwawo stłumionym buntem na placu Tian’anmen. Czym Chiny są dziś – wiadomo. Nikt w tamtych czasach nie był w stanie wyobrazić sobie postępu, jaki dokonał się w tym olbrzymim kraju. To obrazuje bezsilność i fałsz przewidywań przyszłości. Ale jedno jest dziś pewne: bezpieczna, przyjazna i przewidywalna rzeczywistość lat dziewięćdziesiątych, a może i pierwszego dziesięciolecia naszego wieku, należy do bezpowrotnej przeszłości. Przemija postać świata. Niebo się chmurzy.

Słońce zachodzi na zachodzie

Historyczny rok 1989 otworzył zniewolonym dotąd narodom drzwi na Zachód. W czasach komunizmu marzeniem Polaków była ucieczka do „wolnego świata”, co udawało się nielicznym, teraz w tej bajkowej krainie swobody i dobrobytu mogliśmy znaleźć się wszyscy. Ale naszą drogę do NATO i Unii Europejskiej zwiastowały już wtedy złe omeny, których woleliśmy nie dostrzegać. Ledwie prezydent Clinton ogłosił w Warszawie zaproszenie nas do Sojuszu, już trzeba było poprzeć bombardowanie Belgradu, choć sympatyczni „Jugole” nie budzili wrogich uczuć.

Wkrótce potem musieliśmy wziąć udział w dwu zamorskich, niepotrzebnych i źle przygotowanych amerykańskich wojnach w Iraku i Afganistanie, pieczętując to krwią polskich żołnierzy. Ledwie w 2004 roku zostaliśmy po długotrwałych negocjacjach przyjęci do Unii Europejskiej, a już referenda we Francji i Holandii odrzuciły projekt europejskiej konstytucji, stanowiący podstawę dalszej integracji. Rządzący Polską po 2005 roku przyjęli to z ulgą, a wielu z nas też obawiało się europejskiego „superpaństwa”. Ale właśnie wtedy Unia straciła swój dalekosiężny cel i rozpoczęło się dreptanie w miejscu, a niezbyt wydarzone pomysły brukselskiej biurokracji pogłębiały rozczarowanie. Wkrótce potem wybuchł kryzys finansowy lat 2008‒2009 i okazało się, że Grecja – ale nie tylko ona – oszukuje Brukselę, zaciągając kredyty na cudzy (zwykle niemiecki) koszt. Unia pozbawiona celów dalekosiężnych i akceptowanych przez większość Europejczyków stała się dla nas tylko bankomatem do pobierania dotacji, a dla czołówki Zachodu – jak Niemcy, Francja czy opuszczająca właśnie Unię Wielka Brytania – tylko ciężarem, a w najlepszym razie rynkiem zbytu.

Sojusz Północnoatlantycki miał kiedyś cel oczywisty: był tarczą i mieczem Zachodu wobec możliwej w każdej chwili sowieckiej agresji. Teraz sam nie wie, czym chce być: obrońcą demokracji w świecie czy zbrojnym ramieniem przeciw watażkom i dyktatorom? Dotkliwie sparzył się na tym nie tylko w Afganistanie. Może powinien być tylko obwarowanym obozem bogaczy przerażonych zalewem głodnych rzesz z Południa? A może tylko amerykańską grupą sojuszniczą, w której pomniejsi partnerzy uczestniczą w zamian za doraźne korzyści?

Ale wtedy obrona Europy zejdzie na dalszy plan, bo Ameryka ma dziś interesy gdzie indziej. Nie inaczej z Unią: jeśli ma być tylko strefą wolnego handlu i współpracy gospodarczej, jak niegdyś jej poprzedniczka EWG, to nadal politycznie będzie zerem. Będzie niezdolna przeciwstawić się Rosji, Chinom czy Ameryce, będzie bezsilna nawet wobec wielkich ponadnarodowych koncernów i banków. Jest jedyną w dziejach i bardzo zaawansowaną próbą stworzenia politycznego organizmu ponadnarodowego, w sytuacji gdy zglobalizowana gospodarka już dawno stała się ponadnarodowa i nie napotyka w tej sferze żadnych granic. Jeśli nie uda się Unii, nie uda się już nikomu.

Nie ma już dziś „wolnego świata”

Ale kogo właściwie należy dziś bronić, w czyim interesie występować? W drugiej połowie minionego wieku słowa „Zachód” czy „wolny świat” były czymś oczywistym, „żelazna kurtyna” oddzielała wolność od zniewolenia. Dziś Zachód utracił nie tylko przewagę technologiczną, bo depcą mu po piętach Chiny, a za nimi nawet Indie, ale także ideał wolności uległ rozmyciu. Nie ma już prostej antynomii: tu dobro, a tam totalitarna dyktatura. Żadna licząca się siła polityczna w jakimkolwiek kraju nie proponuje już ideologicznej utopii jako recepty na zbawienie świata. Za to demokracji mamy różnobarwną obfitość, choć coraz częściej to kamuflaże. Dawniej wiadomo było, że demokracja ma być liberalna, dziś ten ideał zbrzydł, bo okazał się trudny i wymagający, więc ludzie garną się do łatwiejszych podróbek. Byle watażka reklamuje się jako demokrata i otula owczą skórą, głosząc, że uszczęśliwi wszystkich, byle tylko oddali nań głos w najbliższych wyborach. Oczywiście nie mówi, że następne sfałszuje. Więc wolność – choć nadal mamy ją za wzniosłą i piękną – straciła siłę przyciągającą.

Zresztą dzisiejszy „wolny świat” – jeśli jeszcze sięga po te zużyte miano – nie przypomina tego sprzed półwiecza. Na czele londyńskiej metropolii stoi dziś Pakistańczyk, islamscy ministrowie nie są już szokiem, ale oczywistością w Wielkiej Brytanii, Francji, a nawet w Szwecji. Ameryka poszła w tę stronę jeszcze szybciej, anglosascy WASP-owie to dziś mniejszość; przewagę osiągnęli łącznie traktowani Latynosi i Afroamerykanie. Europa nie jest dziś na czele tamtejszych zainteresowań nie tylko ze względu na interesy gospodarcze i militarne, także z powodu korzeni i sentymentów ludności. Nie inaczej w Europie: brak sowieckiej presji – wymuszającej jedność i rozmycie integrujących całość dalekosiężnych celów Unii – sprawił, że na wierzch wychodzą interesy poszczególnych państw. Rozgrywane w Brukseli w jak najbardziej XIX-wiecznym stylu, choć pod kamuflażem europejskich frazesów.

Nie ma już „wolnego świata”, nie ma już „Zachodu” w starym rozumieniu. „Biała Europa braterskich narodów” istnieje tylko na transparentach niesionych w marszach lokalnych nacjonalistów. Oni także nie przyjmują do wiadomości przemijania znanego im świata.

Upadek amerykańskiego przodownictwa

Jak powiadają historycy gospodarki, „epoka stali i stalówek skończyła się wraz ze śmiercią Stalina”. Dziś to oczywistość: konsekwencją kresu tamtej epoki dymiących kominów i ciężkiego przemysłu był kres Sowietów odwleczony o kilkadziesiąt lat. Nadeszła trwająca do dziś epoka elektroniki i mikrotechnologii zaklętej w kryształkach krzemu albo galu. Jej symbolem była amerykańska „dolina krzemowa” w Kalifornii, gdzie miały siedzibę najcenniejsze firmy komputerowe i technologiczne. Tak jak dwa odmienne światy rozdzielała niegdyś „żelazna kurtyna”, tak dziś w jej miejsce powstała „kurtyna krzemowa”, choć podziały okazują się inne i nie tak drastyczne. Ale to już przeszłość: w raczkującym obecnie systemie superszybkiego Internetu zwanego „5G”, dające się zastosować urządzenia oferują przede wszystkim Chińczycy, potem Koreańczycy (oczywiście z Południa) i na okrasę drepce za nimi parę firm europejskich; nie ma tam jednak nikogo z „doliny krzemowej”. Oto zwiastujący globalną zmianę obraz jednej tylko dziedziny.

W tatach dziewięćdziesiątych, kiedy pracowałem w USA, mogłem odwiedzać wiele amerykańskich instytucji naukowych. Czy to w największym wtedy na świecie akceleratorze cząstek elementarnych Fermilab, zbudowanym na prerii na zachód od Chicago, czy w laboratoriach Seattle albo „doliny krzemowej” dominowały twarze żółte i skośnookie, czasem oliwkowe, hinduskie i arabskie, zdarzali się nawet Polacy, ale najmniej było Jankesów. Tak niepostrzeżenie wykluwał się niedaleki już upadek amerykańskiego przodownictwa. Dzisiaj Chiny rzucają Ameryce wyzwanie nie tylko w elektronice, czego symbolem jest budząca tyle kontrowersji firma Huawei, ale w kosmosie i motoryzacji. Pierwsze osiągnęły ciemną stronę Księżyca i wybierają się na Marsa, mają swoje samochody elektryczne nie gorsze od Tesli, a w uboższych państwach Afryki i Azji już dawno wyparły Europę i Amerykę z roli inwestora, dawcy pożyczek, a tym samym beneficjenta wpływów. Nie było w historii świata przykładu równie szybkiego i skutecznego awansu.

Europa po pekińsku?

Ale Chiny to nie wyłącznie technologia, także styl życia i sposób organizacji społeczeństwa. Pozornie tylko Chińczycy – bogacąc się, zapełniając miasta imponującymi wieżowcami, a przestrzenie pomiędzy nimi nitkami autostrad i szybkiej kolei – coraz bardziej upodabniają się do ludzi Zachodu. Przecież ubierają się według zachodniej, a nie mandaryńskiej mody, korzystają z tych samych udogodnień technicznych, podróżują do tych samych kurortów i podziwiają te same zabytki, a nawet oglądają amerykańskie filmy. Lecz Internet w ich smartfonach jest cenzurowany, a każdy obywatel „państwa środka” podlega stałej ocenie, nad czym pracuje system komputerów, kamer monitorujących i jakie tylko można sobie wyobrazić nowinek technicznych. Każdy jego ruch, każde użycie karty kredytowej, każda wypowiedź na chińskich odpowiednikach Facebooka i Twittera są odnotowywane; za poprawne zachowanie i polityczną lojalność otrzymuje punkty dodatnie, za warcholstwo – ujemne. Potem albo może łatwiej otrzymać kredyt i lepsze mieszkanie, albo uniemożliwią mu zagraniczną wycieczkę bądź nawet przejazd pociągiem. Przysłowiowy „wielki brat” ma zawsze oczy i uszy nie tylko otwarte, ale wspomożone osiągnięciami chińskiej technologii. W takim państwie żyje się całkiem wygodnie, o ile nie bajdurzy się o wolności i o innych zakazanych owocach, klaszcze, kiedy należy, milczy przy innych, stosownych okazjach. Takie państwo nie używa na prawo i lewo brutalnej przemocy dla samego postrachu, jak to czyniły dyktatury w starym stylu. Przemoc jest tu selektywna, skryta, dobrze przygotowana technicznie, a więc słabo dostrzegalna.

Człowiek w takim społeczeństwie może być nawet szczęśliwszy niż w niegdysiejszym „wolnym świecie”, bo nie musi o niczym trudnym decydować, niczego wybierać, popadać w moralne dylematy i rozterki. Każdy wie, co mu wolno, czego ma unikać i jak będzie nagrodzony. Co sobie myśli we własnej łepetynie, o czym pogaduje z kumplami, jak spędza wolny czas i nawet co czyta, na to „wielki brat” nie traci czasu, jego zajmują tyko sprawy ważne dla stabilności ludzkiego mrowiska. Człowiek w takim społeczeństwie ma swój kawałeczek swobody i zagwarantowany jaki taki dobrobyt. Dla wielu Europejczyków zmęczonych rozhukaną wolnością i nieznającym granic liberalizmem może się to okazać atrakcyjne. Także dla Polaków, których tak wielu głosowało i głosuje nadal na daleki od liberalizmu PiS.

Chiny mają więc zapewnioną przyszłość, nie tylko technologiczną i nie tylko w Chinach. Dotąd przez kilka stuleci Europa i potem Stany Zjednoczone jako jej nieodrodna córka, były centrum świata. Teraz staje się nim Azja, a Europa powoli przyzwyczaja się do statusu peryferii. Czy pogodzi się także z chińskim stylem życia?

Ostatnie gwiazdy lepszej przyszłości

Kiedy Polska świętowała 100-lecie niepodległości, przywódcy europejscy zgromadzili się nie na Placu Zamkowym w Warszawie, lecz pod Łukiem Triumfalnym w Paryżu. W Warszawie rządząca partia jak zwykle straszyła uchodźcami, antypolską „ulicą i zagranicą”, wszeteczną laicyzacją, na którą jedynie słuszną receptę ma mieć polski Kościół. W Paryżu Emmanuel Macron usiłował porwać ich wizją zintegrowanej, silnej Europy. Pod Łukiem Triumfalnym odwoływano się do nadziei, na Placu Zamkowym – do strachu. No i co z tego zostało na dłużej? Strach oczywiście! Porywające wizje Macrona zdruzgotała z jednej strony chłodna obojętność Angeli Merkel, która woli stosunki dwustronne, z drugiej bunt „żółtych kamizelek”. Tylko strach okazał się trwałą opoką. Chociaż w naszej świadomości fundamenty dla nadziei jeszcze istnieją i wciąż się bronią. Jeszcze 56 proc. Europejczyków (wedle fundacji Bertelsmanna) uważa globalizację za szansę. Wciąż 65 proc. wierzy, że niekorzystne zmiany klimatyczne można powstrzymać, jeśli tylko rządy porozumieją się w tej sprawie i zaczną skutecznie współpracować. Jeszcze świecą nam ostatnie gwiazdy lepszej przyszłości.

Już 350 lat temu Baruch Spinoza powiadał, że ludźmi można rządzić, dawkując im umiejętnie strach i nadzieję. Współcześni politycy wiedzą o tym doskonale, ale nie wszyscy pojmują, że coraz mniej miejsca jest dla nadziei, a na opuszczone tereny niepowstrzymanie wpełza strach. Mieć nadzieję to znaczy być gotowym na to, co się jeszcze nie narodziło, ale przy tym nie ulegać rozpaczy, gdy nie możemy doczekać się tych narodzin – napisał Erich Fromm. Albo inaczej: Trzeba zawsze zaprząc swój pług do jakiejś gwiazdy. Ale w połowie XIX wieku, gdy Ralph Waldo Emerson, pierwszy wielki filozof, jakiego wydała Ameryka, pisał te słowa, gwiazdy świeciły jeszcze mocno. Od tamtej pory wiele z nich przygasło, ale gwiazda postępu najbardziej.

Ambrozja populistów

Warunkiem wiary w postęp jest przekonanie, że jutro będzie choć trochę lepsze od dnia dzisiejszego. W świecie skłóconych państw, rosnących nierówności, niezrozumiałej polityki, coraz niższych emerytur to, co dopiero ma się narodzić, jawi się jako zagrożenie. Ale nie wypływa stąd tradycyjny konserwatyzm, czyli rozumna troska o zachowanie dorobku przeszłości, lecz podszyta strachem nostalgia. Niech wrócą stare, dobre czasy! Niech politycy zaczną wreszcie słuchać nas, ciężko pracujących obywateli! Dotąd rządziły elity i patrzcie, co z tego wynikło; teraz k… my!

Strach jest ambrozją populistów, nigdy nie mieli tak łatwo jak dzisiaj. Leszek Kołakowski napisał już dawno: Kłopot z demokracją jest taki, że nie wydziela żadnych ideologicznych czadów zniewalających umysły młode i naiwne. Był optymistą, jeszcze wierzył w dorastanie umysłów. Demokracja wymaga dojrzałości i nadziei; populizm tylko złości i nostalgii. Dlatego rozrasta się jak rakowy guz.

Może miałoby tu coś do zaproponowania chrześcijaństwo, ta ostoja i kolebka europejskich i amerykańskich wartości? Niektórzy widzą ratunek w powtórnej ewangelizacji Europy, z rolą Polski jako nowego Mesjasza. Tymczasem język wiary – obojętnie jakiego wyznania – jest wciąż językiem przedkopernikańskim. „Bóg z wysokości spogląda na ziemię” – śpiewany w popularnym psalmie. Kościół już dawno stracił okazję do opowiedzenia językiem nowoczesnym najbardziej poruszającej, przejmującej i pełnej miłości historii, jaką kiedykolwiek usłyszał człowiek: ewangelii Chrystusa. Wciąż opowiadamy ją tak, jak trafiała do umysłów palestyńskich pasterzy i greckich handlarzy oliwą przed dwoma tysiącami lat. Trzeba byłoby tu pójść o wiele dalej niż sformułowanie Jana Pawła II: „człowiek jest drogą Kościoła”, albo dzisiejsze wezwanie jego następcy Franciszka, aby Kościół stał się „szpitalem polowym dla poranionych dusz”. Jedyne nawrócenie, któremu uległa Europa, to z heroizmu na konsumeryzm.

III wojna światowa właśnie się rozpoczęła

Jest taka niepocieszająca teoria, że zło i agresja tkwiące w człowieku musi się okresowo wyładować, byśmy potem czas jakiś mogli żyć w pokoju i znowu odbudowywać zgliszcza. Jeśli jest w tym choć ziarno prawdy, to wyjaśnia przyczynę wzbierającej jak świat długi i szeroki złości, pogardy i żądzy niszczenia. Po kolejnym całopalnym paroksyzmie będzie znowu lepiej. Rozum budzi się na pogorzelisku. Przyjaźń odrasta jak ziele na kraterze po erupcji złowrogiego wulkanu.

Ale może III wojna światowa już się rozpoczęła, tylko my – jak zawsze otumanieni przez wielomówne media – jeszcze tego nie pojmujemy. Stratedzy i generałowie wykazują na dziesiątkach historycznych przykładów, że żadna nowa wojna nie jest rozgrywana przy pomocy środków wojny poprzedniej, że jej planowanie i przebieg będą zupełnie inne, zwłaszcza w dzisiejszym świecie szybko rozwijającej się techniki. Ale zwykle życie ich zaskakuje, tak jak tych, którzy u początków II wojny światowej wysyłali na front kawalerię, i jak zaskoczy tych, którzy dziś przechwalają się liczbą czołgów i rakiet. Ponieważ rozpętanie wojny na pełną skalę doprowadzi do nuklearnej zagłady, a więc jest przeciwskuteczne, trzeba próbować innych, bardziej skrytych, metod walki. Przede wszystkim cybernetycznych: przez Internet można dziś szpiegować skuteczniej niż przez nasłanych agentów, uszkadzać elektrownie i fabryki, paraliżować służby państwowe, siać dezinformację, a nawet panikę.

Bezpieczne i tanie jest nasycenie mediów społecznościowych w Afryce pogłoskami o tym, jak dobrze jest uchodźcom w Europie. Dobrze jest wciągnąć potencjalnego przeciwnika w wyniszczający konflikt w jakimś odległym i niezrozumiałym kraju. Przecież smartfon z dostępem do Internetu ma dziś każdy łatwowierny biedak marzący o lepszym życiu i zaczynający pojmować własną godność. Nie jest też tak odległą możliwość wywoływania klęsk żywiołowych w odległych nawet stronach, tak aby przyczyny wyglądały na naturalne. Najcenniejsze w takiej wojnie są dywizje nie czołgów, ale szeregowych internetowych trolli siejących zamęt i pomieszanie pojęć, sprawnych w posługiwaniu się kłamstwem. Genialni hakerzy włamujący się do banków i ministerstw to nieliczna elita, tu potrzebna jest armia; nie wystarczą – w kółko powtarzające tę samą głupotę – zautomatyzowane „boty”. Chodzi o to, żeby złamać wolę oporu i trwania przy bliskich nam wartościach, otumanić przysłowiowego „pana Biedermanna” z proroczej sztuki Maxa Frischa, który dla zachowania świętego spokoju ufa, że jego to nie dotyczy, że podpalacze ominą jego własne gniazdko.

Dobry humor pana Biedermanna

Tak w dzisiejszym świecie trwa wielka wojna toczona przy pomocy skromnych środków. Nie wiadomo, kiedy się rozpoczęła i jak się zakończy. Może trwa już od czasów Korei i Wietnamu z krótką przerwą na złudzenia pięknych lat dziewięćdziesiątych… Może ruszyła dopiero w bieżącym stuleciu wraz z rozwojem Internetu, który dostarczył jej środków. Nie jest potrzebny w tej wojnie zabór terytorium, wystarczy jego obezwładnienie. Nawet osamotnionego i pozbawionego sojuszy państwa nie trzeba okupować, wystarczy wysłać tam „zielonych ludzików” lub zmanipulować terrorystów. Dowodzą tego przykłady Gruzji, Ukrainy czy Syrii albo Libii. Bombardowania z powietrza nie pomogą, tak jak nie pomogły w Wietnamie. Jest to wojna asymetryczna, w której zwycięzcą nie musi być państwo silniejsze i lepiej uzbrojone.

Tego wszystkiego nie chcemy dostrzegać. Nie chcemy o tym wiedzieć. Karmieni internetowym i politycznym strachem, czepiamy się resztek słabnącej nadziei. Pan Biedermann już wie, że świata nie zmieni, ale nie przyjmuje do wiadomości jego obecnej postaci, bo chce dożyć swoich lat w jako tako dobrym humorze i konsumpcyjnej wygodzie, dlatego zaciska na własnej szyi pętlę gazociągu Nord Stream 2. Ale świat dryfuje w swoim kierunku niezależnie od nadziei jego mieszkańców, tak jak dryfował w starożytności, w średniowieczu i będzie dryfował zawsze. Przemija postać świata, tylko my tego nie przyjmujemy do wiadomości.

Kto zrozumie ducha zrozpaczonych mas?

Czy któryś z dzisiejszych przywódców, albo któryś z kandydatów na nich, wie, jak nas wyprowadzić na spokojniejsze wody? Wątpię. Nostalgiczne obietnice powrotu do czasów, kiedy „Polska była wielka” albo chwackie pokrzykiwanie, że „uczynię Amerykę znowu potężną”, to tylko znieczulające plasterki nakładane na ranę, która może okazać się śmiertelną. Prawdziwe oblicze właśnie rozpoczętego wieku XXI – pełne strachu, złości, buntu przeciw elitom, władzy i wszystkiemu dookoła – nie jest „przelotnym epizodem”, jak niedawno powiedział pewien nasz sympatyczny, ale do szpiku kości XX-wieczny polityk. Rozchwianie struktur, do jakich przywykliśmy, utrudnia poród nowych. Tylko ten przywódca utrzyma się jak surfer na szczycie wzbierającej fali, który zrozumie ducha zrozpaczonych mas. Zanim – tak jak niejednemu surferowi – fala pogruchocze mu kości.

Depresja plemnika

Europoseł Jacek Saryusz-Wolski (dawniej PO, obecnie pupilek prezesa) przyznał niedawno, że to bracia Kaczyńscy wprowadzili Polskę do Unii Europejskiej. Teraz twierdzi, że jego słowa zostały zmanipulowane przez „Rzeczpospolitą”.

(…) również bracia Kaczyńscy, jako architekci naszej drogi do niepodległości, wprowadzali Polskę do UE, będąc aktywnymi uczestnikami tego długiego procesu, od NSZZ Solidarność poczynając. Już w 1991 roku ówczesne PC (Porozumienie Centrum) poprzednie wcielenie dzisiejszego PiS, jako pierwsza partia deklarowało wejście Polski do struktur NATO i EWG, jako priorytet w swoich postulatach politycznych, w przeciwieństwie do wielu polityków dzisiejszej Koalicji Europejskiej, optujących wówczas za zakonserwowaniem starego porządku geopolitycznego w postaci NATO-bis i EWG-bis” – mówił w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Saryusz-Wolski.

Teraz europoseł twierdzi, że jego słowa zostały zmanipulowane. W rzeczywistości – jak twierdzi Saryusz-Wolski – treść niektórych pytań została zmieniona.

Było 12 pisemnych pytań i odpowiedzi. Zamiast: 1/3 wywiadu, dot.4 oryg pytań > teraz 7 pytań 1,2,4,5 zmienione, 6,7…

View original post 1 565 słów więcej

 

Post Navigation