Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Jacek Sasin”

Arcybiskup, mały drań w purpurze

Dominika Wielowieyska i internauci zareagowali na zwolnienie kobiet z biura prasowego Archidiecezji Krakowskiej.

Oświadczenie krakowskiej kurii 

W związku z pojawiającymi się w przestrzeni medialnej nieprawdziwymi informacjami na temat zmian personalnych w Biurze Prasowym Archidiecezji Krakowskiej, Kuria Metropolitalna w Krakowie informuje, że podjęte działania dotyczą zakończenia współpracy jedynie z koordynatorem Biura, panią Joanną Adamik, i jej dwiema najbliższymi współpracowniczkami, które są osobami niezamężnymi.

Należy zaznaczyć, że pani Joanna Adamik w dniu 10 sierpnia br. w piśmie skierowanym na ręce Księdza Arcybiskupa stwierdziła, m.in.: „(…) wyrażając szczerą wdzięczność za ostatnie lata i miesiące pracy i służby dla Księdza Arcybiskupa, także za wszystkie gesty i słowa osobistej życzliwości wobec mnie i moich bliskich, proszę o zwolnienie mnie z obowiązków”. Ta prośba została ostatecznie przyjęta w dniu 19 bm., przy zachowaniu umownego (miesięcznego) trybu wypowiedzenia i wynagrodzenia, pomimo rezygnacji ze świadczenia pracy.

Natomiast dwie pozostałe osoby, które w życiu prywatnym jako matki tworzą wraz ze swymi mężami katolickie rodziny, nadal pozostają pracownikami Biura Prasowego Archidiecezji Krakowskiej.

Pogram Koalicji Obywatelskiej – tutaj >>>

Kmicic z chesterfieldem

Bardzo często gołym okiem widać, że PiS prowadzi podwójną grę. Ona jest dosyć prosta i zrozumiała, ale nie dla wyznawcy PiS i odbiorcy telewizji Kurskiego. Wszak nie przypadkowo Kurski zauważył, że ciemny lud to kupi: no i regularnie prezes sprzedaje, a lud kupuje.

Przykładów wciskania kitu jest moc. Przez cztery ostatnie lata politycy PiS podgrzewali temat reparacji wojennych, jakie obiecali Polakom otrzymać od Berlina. Ostatnio ze wzmożoną siłą i Morawiecki i Kaczyński wykorzystywali niezabliźnione rany po II wojnie światowej, by zaprezentować się Polakom jako obrońcy narodowych interesów. Tymczasem w rzeczywistości nic w tych sprawach nie zrobili. Ale się do tego nie przyznawali.

Aż tu jeden funkcjonariusz Jacek Sasin coś przebąknął, jakby miał zadanie przygotować lud, że te reparacje wojenne od Niemców to był tylko żart.

Taki wniosek można wysnuć po lekturze wywiadu Sasina dla Rzeczpospolitej. Polityk pytany jak wyglądają rozmowy ze stroną niemiecką o reparacjach mówi wprost – „Formalnie takich…

View original post 1 325 słów więcej

 

Premierka in spe Małgorzata Kidawa-Błońska

Małgorzata Kidawa-Błońska jako kandydatka na premiera i liderka listy w Warszawie to racjonalny ruch ze strony szefa PO Grzegorza Schetyny. Podyktowany kalkulacją, ale i obawą, że Schetyna mógłby ponieść w stolicy porażkę w bezpośrednim starciu z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim.

Analogia między decyzją Schetyny a ruchem Jarosława Kaczyńskiego z 2015 r. jest uderzająca. Wówczas to prezes PiS patrzył w sondaże i widział, że jego partia ma szansę wygrać wybory, ale on sam jako kandydat na premiera jest przeszkodą.

Kaczyński na pytanie, czy będzie premierem, odpowiedział wówczas tak: – Chciałaby dusza do raju, ale grzechy nie pozwalają. Krótko mówiąc, to nie jest to, czy ktoś chce, czy nie chce [być premierem]. Decyzja zapadnie w odpowiednim momencie i tutaj jest tylko jedno pytanie: czy ktoś jest w stanie poprowadzić do zwycięskich wyborów, czy też nie. Właśnie, bo grzechy ciążą.

Dziś Grzegorz Schetyna mógłby zacytować Jarosława Kaczyńskiego. Różnica jest taka, że stawka za poświęcenie własnych ambicji jest już zupełnie inna.

Dla Kaczyńskiego celem była maksymalizacja szansy na triumf w wyborach, bo to było w zasięgu ręki.

Dla Schetyny celem jest ustrzec się porażki, która w konsekwencji zmiotłaby go z fotela szefa Platformy Obywatelskiej.

Niemniej, obaj liderzy wykazali się racjonalnym podejściem do swojej wagi w polityce i świadomości swoich słabości. Schetyna podjął decyzję w ostatniej chwili – tuż przed upływem terminu rejestracji list wyborczych. Po pierwsze: wysunął Małgorzatę Kidawę-Błońską jako kandydatkę Koalicji Obywatelskiej na premiera. A po drugie: umieścił ją na „jedynce” listy KO w Warszawie, a sam przesunął się na czoło listy, ale we Wrocławiu.

I jeszcze jedna różnica między decyzjami liderów PO i PiS. Jarosław Kaczyński zrezygnował z ambicji bycia premierem po ośmiu latach w opozycji. Schetyna – po czterech.

Dla Grzegorza Schetyny, który w polityce jest wyjadaczem, to z pewnością trudna lekcja. Jako lider listy PO w swoim rodzinnym Wrocławiu może być jednak spokojny o dobry wynik. W Warszawie mógł ponieść porażkę w bezpośrednim starciu z prezesem PiS. A to ryzyko było realne. W 2015 r. Kaczyński zdobył w Warszawie 202 tys. głosów, a urzędująca wówczas premier Ewa Kopacz niewiele więcej, bo 230 tys. Kiepskie notowania Schetyny nawet w elektoracie PO sprawiłyby w tegorocznych wyborach, że głosy rozpłynęłyby się po całej liście KO, więc Schetyna mógłby zanurkować poniżej 200 tys. głosów. Przekaz z porażki byłby taki: Jarosław Kaczyński pogromcą lidera opozycji w jej własnym bastionie. Kolejną pochodną byłaby erozja przywództwa Schetyny w partii i zmiana lidera.

Ale są i inne zyski dla PO z nagłego ruchu Schetyny. Platforma w końcu czymś zaskoczyła i przejmuje – choć pewnie tylko krótkotrwale – inicjatywę.

Z drugiej strony roszada Schetyny i Kidawy-Błońskiej to ruch tylko personalny. Owszem pani wicemarszałek Sejmu, a wcześniej także bardzo dobra marszałek Sejmu nie jest typem zadziornej fighterki, jest za to szanowana także w szeregach obozu władzy. To jej duże atuty. O ile Beata Szydło kreowana była na Matkę Polkę z prowincji, to Kidawa-Błońska może uchodzić za kulturalną ciotkę z Warszawy.

Jednak bez wsadu programowego i przede wszystkim odbudowania wiarygodności nie sposób dziś wygrać z PiS-em. Misja Kidawy-Błońskiej – wygrać wybory i zostać premierem – ociera się więc o political fiction. Marsz PiS po władzę trwał dwie kadencje, a J. Kaczyński rezygnował z realnej szansy na fotel premiera. Schetyna w praktyce rezygnuje z mówienia, że chce być premierem.

Wpasowanie Kidawy-Błońskiej w rolę kandydatki na premiera jest dla Schetyny dość bezpieczne. Nie ma ona bowiem charakteru Brutusa ani praktyki we wbijaniu noży w plecy swoim protektorom. Z pewnością jednak – w oczach części członków PO – jej autorytet i znaczenie dla partii wzrosną, co w dłuższej perspektywie obsadzi ją – nawet wbrew jej woli – w roli potencjalnej nowej liderki Platformy.

Kmicic z chesterfieldem

„W związku z nieprawdziwymi informacjami na temat rzekomego zaginięcia korespondencji hejterki Emilii Sz. sugerującymi, że miałyby one zaginąć w prokuraturze, wobec onet.pl i adwokata, który tego rodzaju insynuacje przekazuje – zostanie wytoczony pozew” – napisał na Twitterze Jan Kanthak, rzecznik Zbigniewa Ziobry.

O sprawie w artykule „Ważne pliki, mające związek z aferą hejterską w resorcie Ziobry, „wyparowały” w prokuraturze?”. – „Pozew się składa, wytacza się proces. PS Porada gratis…” – podsumował Borys Budka, były minister sprawiedliwości w rządzie PO-PSL.

„Kanthaku, ja nie sądziłem, że waść taki interdyscyplinarny jest. Przedwczoraj o ściekach, wczoraj o IIWŚ, dzisiaj o papierach Emi. Fiu, fiu. Jeśli pozew będzie, proszę go pokazać. Macierewicz Piątka też miał pozywać i finał wszyscy znamy”; – „Prom, elektryczne auta, mierzeja przekopana i miliard pozwów. A wszystko „zostanie wytoczone”;

„Borze zielony… Wytoczyć można proces. Pozew się wnosi. Na podstawie wniesionego pozwu, zostanie wytoczony proces, o ile prokuratura uzna pozew…

View original post 464 słowa więcej

 

Misiewicz załapał się do filmu. Nie tylko dlatego, że wciąga

Patryk Vega przedstawił nowe fragmenty filmu „Polityka”. Tym razem artysta pokazał widzom sceny z postacią wzorowaną na Bartłomieju Misiewiczu.

W postać Misiewicza wcieli się w filmie aktor Antek Królikowski. Misiewicz jest w produkcji – jak w prawdziwym życiu – bliskim współpracownikiem Antoniego Macierewicza, którego w „Polityce” gra Janusz Chabior.

W 20-sekundowym video zmontowanym z kilku scen ukazane zostało kilka wydarzeń, które częściowo wzorowane były na autentycznych sytuacjach. Wśród nich jest m.in. słynna kwestia „Czołem panie ministrze!”.

Oprócz tego widzowie zobaczą czystą fikcję charakterystyczną dla filmów Patryka Vegi. Fanom twórczości reżysera z pewnością spodobają się gęsto rzucane wulgaryzmy, odważne sceny seksu i konsumpcja kokainy.

Premiera „Polityki” zaplanowana jest na 6 września bieżącego roku. W filmie pokażą się liczni bohaterowie wzorowani na prawdziwych politykach.

Kmicic z chesterfieldem

„Skarga do Trybunału w Hadze zwrotu wraku Tu 154 miała być złożona w lutym 2017. Tak zapowiadał min. Waszczykowski. Ustaliłem, że skargi nie złożyli mimo, że jest gotowa. MSZ przerzuca decyzję na „Radę Ministrów”. Premier Morawiecki nic nie wie i odmawia odp. pod absurdalnymi powodami” – napisał na Twitterze Krzysztof Brejza. Poseł PO publikuje pismo, które otrzymał z Kancelarii Premiera.

Brejza domagał się odpowiedzi w trybie ustawy o dostępie do informacji publicznej. Wcześniej poseł PO usiłował się dowiedzieć, co dzieje się ze skargą w Ministerstwie Spraw Zagranicznych.

Resort odpisał, że „trwają analizy” i odesłał Brejzę do Kancelarii Morawieckiego, twierdząc, że decyzja w tej sprawie „należy do Rady Ministrów”. Tomasz Matynia z Centrum Informacyjnego Rządu stwierdził, że KPRM „nie posiada wnioskowanych informacji”.

„Ciekawe, jaki byłby do tego komentarz „szeregowego posła” – czyżby starania o odzyskanie wraku były poza jego punktem zainteresowań?”; – „Stara dobra sowiecka spychologia… od razu widać skąd biorą…

View original post 1 307 słów więcej

Jak PiS zdobył władzę?

Pytania, kto w rzeczywistości był pomysłodawcą i organizatorem tzw. afery podsłuchowej, która w dużej mierze przyczyniła się do wyborczej przegranej koalicji PO-PSL, dziś już niemal nikt nie stawia. To o tyle dziwne, że z ustaleń części prywatnych mediów wynikało, że tropy w tej kwestii prowadzą za wschodnią granicę i mogą sugerować aktywny udział rosyjskich służb specjalnych. Dla prawicowych wyznawców teorii o tym, że to one rządzą dziś światem, powinny przecież wywoływać strach, że skoro potrafili obalić rząd poprzedni, odpalając aferę w kluczowym momencie roku wyborczego, to w ten sam sposób mogą zakończyć erę “dobrej zmiany”. O tym, że jest ku temu sposobność, mogą świadczyć zeznania kelnerów z restauracji “Sowa i przyjaciele”, którzy wspominali o taśmach obciążających Mateusza Morawieckiego.

Mimo istnienia takiego teoretycznego zagrożenia, pisowska prokuratura tych wątków nie bada, nie podejmując też podsuwanych przez media tropów. Sprawia to wrażenie, że takiego obrotu sprawy się nie obawiają, bo być może sami w przygotowaniu afery i jej medialnym kreowaniu uczestniczyli. Mają też kozła ofiarnego, który został skazany i właśnie trafił do polskiego zakładu karnego.

Problem jednak w tym, że Marek Falenta siedzieć za kratami nie chce, nie poczuwając się do odpowiedzialności. Nie zamierza też być bierny – właśnie złożył do prezydenta Andrzeja Dudy trzeci już wniosek o ułaskawienie. Tym razem jednak mówi już wprost, że jeśli nie zostanie on rozpatrzony pozytywnie, to zdecyduje się on napisać książkę o kulisach afery podsłuchowej, której to przecież nie politycy obecnej opozycji mogą stać się głównymi bohaterami. Być może dowiemy się, jak to naprawdę było z bliskimi kontaktami biznesmena z politykami PiS, obietnicami intratnej fuchy w państwowych strukturach w zamian za pomoc w obaleniu poprzedniego rządu, czy faktyczną treścią nagrań z obecnym premierem. Ta książka niewątpliwie bardzo szybko stałaby się bestsellerem, pokazując to, o czym Prawo i Sprawiedliwość pod żadnym pozorem nie chce głośno mówić.

A może jest też tak, że służby specjalne jednak faktycznie rządzą światem i właśnie podjęły decyzję o uruchomieniu procesu obalania rządów Zjednoczonej Prawicy. Pokażą najbliższe miesiące.

Depresja plemnika

Na jednym z najlepszych uniwersytetów polskich w dużym ośrodku wielkomiejskim na kierunku biologia w ogóle studenci nie uczą się jednej z najważniejszych teorii, jakie powstały w historii nauki. Bo teoria ewolucji – próbują się bronić jej adwersarze – już dawno przestała być hipotezą roboczą, a nawet teorią i jak żadna inna idea nie zdobyła tylu poważnych argumentów i dowodów paleontologicznych.

Problem w tym, że dyskutujący z Kościołem nie znają się ani na biologii, ani filozofii, a tym bardziej – psychologii religii czy teologii, choćby własnego wyznania. Problem w tym, że spada poziom nauki i edukacji – w szkole nie usłyszysz o najnowszych ustaleniach neuroteologii, “hełmie Boga”, poważnych pracach z kosmologii, które nie tylko wykluczają “stwórcę”, czyniąc go zbędną hipotezą, ale wręcz logicznie argumentują, że kosmos stworzony nie byłby taki, jak jest i jaki poznajemy dzięki nauce, a nie dzięki religii.

Nie przeczę, że ważne są “społeczne” i socjalno-bytowe kwestie kościelne…

View original post 1 921 słów więcej

 

Polskie bezpieczeństwo osłabione przez PiS. Dla jakiego wroga Polski działa partia Kaczyńskiego?

>>>

Historia pokazuje, że kiedy w grę wchodzi bezpieczeństwo państwa uzasadnione są różne, nawet najbardziej kontrowersyjne, kompromisy. Coś, co na świecie wydaje się normą, w Polsce wygląda zupełnie inaczej. Przekazanie przez rząd PiS materiałów na oficerów służb specjalnych obcemu państwu jest działaniem bez precedensu w skali całego świata.

Jak się okazuje, rząd Prawa i Sprawiedliwości, powołując się na własną ustawę dezubekizacyjną z 2016 r., przekazał władzom USA materiały archiwalne na temat ludzi pełniących służbę w Departamencie I MSW, czyli w wywiadzie cywilnym PRL. Przekazane dane dotyczą m.in. takich osób jak: Henryk Jasik, Włodzimierz Sokołowski vel Vincent Severski lub Siewierski, Andrzej Olborski, Gromosław Czempiński, którzy pomimo pracy w okresie PRL-u, po 1989 r. tworzyli podstawy wywiadu pracującego na rzecz Polski.

Wykorzystano wówczas ich doświadczenie i wiedzę, tym bardziej, że każdy z nich zna tzw. Las, inaczej szkołę szpiegów w Starych Kiejkutach. Wszyscy oni po upadku komunizmu zostali pozytywnie zweryfikowani, a umowa zawarta z państwem polskim często była łamana przez kolejne rządy. „Najpierw złamało ją poprzez ustawę przyjętą w okresie rządów PO w 2009 r. – pierwszy akt prawny, który obniżał świadczenia emerytalne funkcjonariuszy za okres pracy w PRL. Później ujawniając zbyt dużą ilość danych w ramach otwierania zbioru zastrzeżonego IPN.I w końcu poprzez ustawę dezubekizacyjną PiS z 2016 r.” – czytamy w „GDP”.

Rząd PiS poszedł jednak dalej – przekazał materiały na oficerów obcemu państwu. Polska nie jest jedynym krajem, który korzystał z wiedzy osób, znających od podszewki pracę tajnych służb, ale żaden inny kraj „nie podjął jednak tak naiwnej próby przekonania społeczeństwa, że po 30 latach od upadku komunizmu należy wymierzyć im dziś sprawiedliwość”, a przekazanie dokumentów obcemu państwu miało być swoistą kompromitacją tych osób, uzasadniającą obniżenie ich emerytur.

Kmicic

>>>

Fragmenty.

Jednak wynik Beaty Szydło jest fenomenem. Zagłosowało na nią ponad pół miliona obywateli. Co nam to mówi?

Beata Szydło jest posłuszna i promowana przez mężczyznę. Jej kariera nie jest jej własną zasługą, a ona nie jest zagrożeniem dla kolegów z partii. Gdyby sama coś osiągnęła, przebojowo, zawdzięczając pozycję sobie samej, jak kiedyś Joanna Kluzik-Rostkowska, to byłaby niebezpieczna. A ona jest potulna i wyjmowana z szafy, a potem do niej chowana, kiedy Kaczyński zechce.

Szydło musiała wziąć na siebie największą kompromitację 27:1 i dymisję (kiedy mówiła o nagrodach dla posłów PiS, a potem została odwołana z funkcji premiera przyp. red.), czyli coś, co często robią polskie kobiety, na przykład w rodzinie, żeby mężczyzna mógł zachować twarz. To dowód współuzależnienia – czyli związku patologicznego. Kobieta świeci oczyma – wszystkim wydaje się, że są szczęśliwą rodziną, a za drzwiami dzieje się dramat. I to się może podobać, bo jest zrozumiałe i…

View original post 3 491 słów więcej

 

Partia złodziei – PiS

Nagrody w rządzie Beaty Szydło wstrząsnęły wizerunkiem PiS, obnażając hipokryzję haseł o umiarze i pokorze. W panice rządzący zdecydowali się wówczas gasić pożar radykalnymi środkami. Nagrody miały zostać zwrócone, a zarobki posłów i samorządowców obcięte. Jednak kiedy szeregowi politycy musieli zadowolić się mniejszymi gażami, to wierchuszka partyjna nie ograniczyła wcale swoich apetytów. Ministrowie rządu PiS zgarnęli bowiem nie tylko nagrody. Jak donosi “Super Express”, rządzący nie oszczędzali również na odprawach. Te osiągały znaczne rozmiary.

Sama była premier Beata Szydło otrzymała 58 tysięcy złotych odprawy, a były minister obrony Antoni Macierewicz aż 72 tysiące. Ten ostatni nabył uprawnienia do trzymiesięcznego wynagrodzenia, ponieważ swoją funkcję w MON sprawował dłużej niż 12 miesięcy. Kwoty odpraw pobiły politykom PiS także ekwiwalenty za niewykorzystany urlop, które na stanowiskach ministerialnych są atrakcyjne finansowo. Rekordzistą z odchodzących ministrów okazał się były szef MSZ Witold Waszczykowski, który zgarnął prawie 91 tys. zł.

Powyższe kwoty często są wyższe niż głośne nagrody za czasów Beaty Szydło, ale w przeciwieństwie do tych pierwszych nie wywołały dużych kontrowersji.

Sam fakt odpraw i ekwiwalentów za urlop nie jest czymś karygodnym, ale liczy się uczciwość polityczna, której PiS brak. Warto przypomnieć ataki na sędziów za odbieranie ekwiwalentów urlopu, kiedy próbowano w prorządowych mediach oczerniać ich za takie praktyki. Jest to również policzek wobec elektoratu i szeregowych członków partii. Kiedy radni w samorządach muszą oddać część swojej niewielkiej diety za chciwość liderów, to politycy na szczytach hierarchii partyjnej nie muszą już zaciskać pasa. Jest to przykład elitaryzmu, z którym walkę PiS tak ochoczo deklaruje. Hipokryzja jednak nie od dziś idzie krok za działaniami partii rządzącej. Mówienie o byciu człowiekiem z ludu przychodzi lekko, ale przyjąć taką postawę w życiu codziennym pełnym pokus jest już o wiele trudniej. Z tego względu ironią losu jest rekordowy wynik Beaty Szydło w eurowyborach, gdzie zgarnęła pół miliona głosów w znacznej mierze dlatego, że uchodziła za skromnego, zwykłego człowieka, takiego jak przeciętny wyborca. Jednak odbiór społeczny a rzeczywistość w polityce to często dwie rożne rzeczy.

Kmicic

Jeśli ktoś myślał, że można nałożyć opłaty emisyjne, recyklingowe, mocowe, przejściowe, wodne, handlowe +wiele innych oraz wpuścić na rynek strumień ponad 30 mld zł niepochodzących ze wzrostu produktywności i wydajności pracy, i nie spowoduje to inflacji, to się mylił #500minus

Wzrastające ceny odbijają się na portfelach Polaków, średnio wydatki na żywność stanowią już ponad ¼ budżetu polskich rodzin. #DrożyznaPlus

Roman Giertych odniósł się do opublikowanego niedawno oświadczenia majątkowego posła PiS Jarosława Kaczyńskiego. – „Przeczytałem ze zdumieniem w tym oświadczeniu, że pełnomocnictwo zostało panu prezesowi Kaczyńskiemu wycofane i że on nie podejmował żadnych uchwał w imieniu właściciela spółki Srebrna na zgromadzeniu” – powiedział Giertych w TVN 24. W oświadczeniu Kaczyński napisał bowiem: – „Posiadałem jednorazowo pełnomocnictwo do reprezentowania Fundacji „Instytut Lecha Kaczyńskiego” oraz pozostałych wspólników na nadzwyczajnym zgromadzeniu wspólników Srebrna Sp. z o.o. oraz wykonywania prawa głosu z wszystkich przysługujących wspólnikom udziałów w kapitale zakładowym Spółki. Posiedzenie to nie odbyło się, pełnomocnictwo…

View original post 1 375 słów więcej

 

Anna Zalewska w spodniach, tym jest nowy minister edukacji Piontkowski, który młodzieży ma do zaoferowania Ciemnogród

Ludzie stojący na szczytach aparatu administracji państwa muszą przede wszystkim umieć pracować z ludźmi. Umiejętność doboru doradców, przejrzystego formułowania przekazu, łagodzenia konfliktów i w końcu szukania kompromisów jest podstawą sprawnego działania każdego z dużych resortów. W tym kontekście bardzo zaskakuje początek rządów nowego ministra edukacji narodowej Dariusza Piontkowskiego. Szef MEN postanowił bowiem zmarnować okazuję do resetu w edukacji i budowy na nowo relacji z nauczycielami, na co cień szansy dawało odejście znienawidzonej przez wielu Anny Zalewskiej. Ten cel miał przecież przyświecać wymianie minister, która była podobno krytykowana szeroko za nieudolność nawet wewnątrz PiS. Tymczasem, wbrew oczekiwaniom, Dariusz Piontkowski zaczął urzędowanie od obrażania nauczycieli. Będąc gościem Roberta Mazurka w RMF FM minister protest nauczycieli określił jako “cyrk, a nie strajk”,dodając następnie, że “My tego cyrku nie organizowaliśmy. Nie my byliśmy aktorami w tym cyrku”. Wypowiedź ta została okraszona żelazną obroną postawy poprzedniczki:  “Pani minister wcale nie ucieka. To jest normalna kariera polityczna w tym wypadku”.

Powyższe słowa są przykładem niesamowitej buty i arogancji, ponieważ w czasie trwania protestu nawet w obozie władzy panowała zasada, że grillowaniem nauczycieli miały zająć się głównie prorządowe media, podczas gdy ręce polityków PiS w rządzie miały pozostać “czyste”. Komentarz ministra w tej sytuacji nie tylko nie daje żadnych punktow PiS, ale gwarantuje za to, że konflikt w edukacji będzie dalej trwał .

Nie jest to jednak koniec, ponieważ  Dariusz Piontkowski pozwolił sobie na nawet dalej idącą sugestię. Polityk ocenił edukację seksualną w szkołach jako “wychowywanie przyszłych obiektów zainteresowań pedofilskich”.

“Jeśli ktoś próbuje te malutkie dzieci do tego zmuszać wprowadzając tego typu zajęcia, to może to niestety prowadzić do tego, że będzie to wychowywanie przyszłych obiektów zainteresowań pedofilskich i to wyraźnie potwierdzam”.

Powyższe słowa są szokujące, ponieważ o ile nawet głośne standardy WHO odnośnie edukacji seksualnej są kontrowersyjne, to jednak nawet w największym krytycyzmie w stosunku do nich mówienie o kształtowaniu ofiar dla pedofilów jest przekroczeniem granicy, za którą w większości krajów Zachodu znajduje się wykluczenie z  pełnienia funkcji publicznych. W istocie minister nie atakował bowiem samej edukacji seksualnej, ale ponownie nawiązał do Karty LGBT+ i prowadzonej przez PiS nagonki na mniejszości seksualne.

Jak widać, kierownictwo MEN się zmieniło, ale nie dość, że standardy nie uległy poprawie, to może się okazać, że polska szkoła trafiła przysłowiowo z deszczu pod rynnę. Anna Zalewska była skrajnie arogancką i nieudolną minister, ale jednak były granice, których nie przekraczała. Widać jednak, że w edukacji zaczyna się kolejny etap dobrej zmiany.

Depresja plemnika

Media informują o wzroście cen produktów w sklepach, które są coraz bardziej odczuwalne dla portfeli Polaków.

Wojciech Mann może mieć problemy w pracy po tym, jak subtelnie skrytykował na antenie premiera Mateusza Morawieckiego.

„Złożymy pozew o ochronę dóbr osobistych wraz z zapłatą zadośćuczynienia na rzecz organizacji dobroczynnej, np. WOŚP” – zapowiedział Jarosław Marciniak, sekretarz zarządu KOD. To reakcja na wypowiedź Marka Suskiego, szefa gabinetu politycznego Mateusza Morawieckiego.

Suski w TVP Info komentował przemówienie Donalda Tuska w Gdańsku podczas obchodów 30 rocznicy wyborów 4 czerwca. – Mówił do ludzi pod sztandarami KOD-u, że to wy jesteście ci dobrzy, uwierzcie w to. A tam wielu ludzi w KOD-zie to są osoby, które służyły obcemu mocarstwu i jeszcze mają przeszłość różnych służb PRL-owskich. Do takich ludzi, którzy tworzyli ścieżki zdrowia, bili robotników i byli po tamtej stronie okrągłego stołu, mówi, że to wy jesteście ci dobrzy i obalcie władzę, sugerując, że jest…

View original post 894 słowa więcej

 

Wolni ludzie nie pozwolą na rozwalenie Polski przez PiS

Naszą powinnością jest pamiętać. W historii kryje się prawda o tym, dokąd mogą nas zaprowadzić żądza władzy, nienawiść, kłamstwo, łamanie zasad praworządności – mówiła na placu Solidarności podczas głównej części obchodów rocznicy wyborów 4 czerwca 1989 prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz. Odczytano też Gdańską Deklarację Wolności i Solidarności, którą podpisali byli prezydenci, samorządowcy i byli działacze dawnej „Solidarności”.

Gdańsk centrum obchodów

Punktualnie w samo południe, nawiązując do historycznego plakatu „Solidarności” z 1989 roku, rozpoczęły się główne obchody 30. rocznicy pierwszych częściowo wolnych wyborów 4 czerwca 1989 roku. Najważniejsze, dostępne dla wszystkich obchody trwały na placu Solidarności, przed pomnikiem Poległych Stoczniowców. Po wspólnym odśpiewaniu hymnu głos zabrała prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz, która zaczęła od słów: – Witajcie w Gdańsku, cieszę się, że jesteśmy tu wszyscy razem. Jesteśmy wspólnotą.

Po czym przypomniała, że aby dzisiejsze obchody mogły dojść do skutku, potrzebna była społeczna zbiórka, w której wzięło udział 80 tys. darczyńców. W listopadzie ubiegłego roku minister kultury Piotr Gliński zmniejszył o 3 mln finansowanie ECS, które jest organizatorem obchodów.

Spuścizna po Adamowiczu

Dulkiewicz podkreślała też, że niezainteresowany rocznicą rząd zrzucił organizację obchodów na barki samorządowców. Przypomniała, że organizacja hucznych obchodów była marzeniem tragicznie zmarłego prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. – Uznał, że kiedy władze w naszej ojczyźnie, władze Rzeczpospolitej ignorują tak ważną rocznicę, to odpowiedzialność za jej świętowanie spada na wspólnoty samorządowe, dlatego w przeddzień pogrzebu pana Pawła Adamowicza spotkaliśmy się w Sali BHP, gdzie z braćmi samorządowcami postanowiliśmy spełnić to marzenie pana prezydenta  – mówiła prezydent Gdańska. – Nie marzyłam, że to święto będzie miało taki rozmach. Czuję, że duch pana prezydenta unosi się nad tym placem, uśmiecha się do nas, dlatego że jesteśmy tu razem – dodała.

Aleksandra Dulkiewicz apelowała o pojednanie, szukanie tego, co łączy, a nie dzieli.

– Narodowa przemiana, która marzy się wielu z nas, to osobista odpowiedzialność, rodzi się w pojedynczych wyborach i prywatnie wypowiadanych słowach, przemiana zaczyna się w rodzinie, w gronie przyjaciół, miejscu pracy, wypoczynku. Uśmiechu do drugiego człowieka – mówiła Dulkiewcz, a tłum nagradzał ją brawami.

Prezydent Gdańska mówiła też o spotkaniu z ludźmi przy otwartym dla wszystkich okrągłym stole: – Wielu z nas marzy się, żeby najważniejszą informację w serwisach były narodziny lwa w ZOO, a nie łamanie konstytucji – mówiła.

Wspomniała także o tych, bez których nie doszłoby do przemian w Polsce w 1989 roku. – Cześć i chwała bohaterom wolnej Polski. Naszą powinnością jest pamiętać. W historii kryje się prawda o tym, dokąd mogą nas zaprowadzić żądza władzy, nienawiść, kłamstwo, łamanie zasad praworządności – konkludowała prezydent Gdańska.

Deklaracja Wolności i Solidarności

Po przemówieniu prezydent Gdańska na scenie została odczytana Gdańska Deklaracja Wolności i Solidarności przez jedną z najwybitniejszych polskich aktorek Krystynę Jandę. Następnie deklaracja została podpisana przez prezydent Gdańska Aleksandrę Dulkiewicz, przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska, byłych prezydentów Lecha Wałęsę, Aleksandra Kwaśniewskiego, Bronisława Komorowskiego, samorządowców, prezydentów miast, opozycjonistów, aktorów, działaczy i młodszych gdańszczan.

Święto wolności

W całym kraju już od od soboty trwają obchody organizowane przez samorządowców. W samym Gdańsku odbywał się też cykl debat organizowanych w ramach dwudniowego, rozpoczętego w poniedziałek Międzynarodowego Forum Obywatelskiego, odbywającego się pod hasłem „1989-2019. Narodziny nowej Europy”.

Przed ECS działała też strefa społeczna, gdzie w kilkunastu namiotach swoje stoiska zmieściło ponad 200 organizacji pozarządowych z całego kraju. W ramach strefy społecznej można było spotkać się z ks. Adamem Bonieckim, Leszkiem Balcerowiczem, Agnieszką Holland, Szymonem Hołownią, Tomaszem Sekielskim i Lechem Wałęsa, wziąć udział w debacie, ale też wybić pamiątkową, okolicznościowa monetę.

Depresja plemnika

„Podoba mi się parcie bonzów PiSowskich do wiedzy: Duda się ciągle uczy, Witek będzie się uczyć resortu, Szydło angielskiego, a Kaczyński jak żyć bez Brudzińskiego” – podzielił się refleksją na Twitterze internauta FanTomas SzaroEuropejski. Dodajmy tylko, że Elżbieta Witek, która właśnie została nową szefową MSWiA, tłumaczyła dziennikarzom, że niewiele wie o obejmowanym przez siebie resorcie, ale… szybko się uczy.

„Parcie” do wiedzy pozostałych wymienionych przez internautę osób jest powszechnie znane. Andrzej Duda wielokrotnie zapewniał: – „Ja państwu powiem, że ja pracuję cały czas, cały czas czegoś się uczę, bez przerwy. Ja się uczę w mieszkaniu, w samochodzie jak jadę, w samolocie, kiedy lecę, ja się cały czas czegoś uczę”. Ze znajomością angielskiego u byłej już wicepremier chyba wciąż nie najlepiej, o czym pisaliśmy w „Szydło ma kłopoty z pamięcią i mówieniem po angielsku”.

Najwięcej emocji wśród internautów wywołała kwestia, co pocznie prezes PiS: – „Kto teraz będzie brał Jareczka…

View original post 616 more words

 

PiS zagraża samorządności

„Gdyby nie tamten czerwiec, nie byłoby wolnej Polski, ale nie byłoby także wolnej Polski, silnej Polski, gdyby nie silne samorządy. Dzisiaj nasza władza, nasze prerogatywy są przez cały czas naruszane przez rządzących, a tym samym naruszone są prawa obywateli, którzy mieszkają w naszych małych ojczyznach. My się w temu w sposób jasny chcemy sprzeciwić. Chcemy Polski solidarnej, samorządnej i o to walczymy i stąd nasze 21 bardzo ważnych postulatów. I właśnie dlatego że przyszłość samorządów w naszej ocenie jest dzisiaj zagrożona, chcemy się również włączyć w najbliższe wybory” – stwierdził prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski. Podczas gdańskiego spotkania samorządowców z całej Polski zaprezentowanych zostało 21 tez, zawierających propozycje zmian dotyczących funkcjonowania samorządów.

Samorządowcy domagają m.in. pełnego prawa do decydowania o całokształcie spraw lokalnych, budowy społeczności lokalnej solidarnej i otwartej, przeciwdziałania wykluczeniom, przekształcenia Senatu RP w Izbę Samorządową, zniesienia odgórnego ograniczenia kadencyjności, obowiązkowych konsultacji z samorządami i społecznością lokalną wszystkich projektów ustaw, zwiększenia nakładów na edukację (w tym godne pensje nauczycieli) i decentralizacji służby zdrowia. Chcą też samodzielności w ustanawianiu podatków lokalnych i możliwości prowadzenia działalności gospodarczej, by pozyskiwać „środki na projekty ważne dla mieszkańców”. Wśród postulatów znalazły się także: decentralizacja rozdziału funduszy unijnych, przekazanie społecznościom lokalnym mienia publicznego będącego dziś w dyspozycji agencji państwowych, likwidacja urzędu wojewody i przekazanie wszystkich jego zadań samorządowi województwa oraz odpolitycznienie mediów publicznych.

„Zasługujemy na lepszą Polskę, tylko że jej kształt w dużym stopniu zależy od nas, od nas samorządowców, od naszych mieszkanek i mieszkańców, więc pora na wypełnienie tej powinności i opowiedzenie się po stronie wartości, bo będziemy mieli taką Polskę, na jaką zasługujemy” – powiedziała prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz. Z kolei prezydent Sopotu Jacek Karnowski stwierdził m.in., że „nie możemy dopuścić, aby o rzeczach najważniejszych dla mieszkańców decydowała jedna słuszna partia” – „Gdy w ojczyźnie źle się dzieje, nie możemy milczeć, musimy działać. Jesteśmy samorządowcami, ale także obywatelami i Polakami. Los naszego państwa i naszego narodu nie może być nam obcy. My wiemy, że silny samorząd, to silne państwo, dlatego dziś, 4 czerwca, tu w Gdańsku zwracamy się do wszystkich, którym na sercu leży dobro Polski, którzy są gotowi bronić demokracji, szczególnie polityków, opozycji, o jedność i o pracę dla dobra naszej wspólnoty lokalnych, nas wszystkich, o akceptację tych 21 tez” – powiedział Karnowski.

Więcej >>>

Depresja plemnika

„Już po wyborach! Flagi unijne zniknęły z kancelarii prezydenta. Polska sercem Europy!!!” – podsumował jeden z internautów zdjęcia z dzisiejszej konferencji prasowej w Pałacu Prezydenckim. Ministrowie Kancelarii Prezydenta Krzysztof Szczerski i Błażej Spychalski stoją na tle wyłącznie polskich flag.

„Jakież to obrzydliwie przewidywalne…”; – „Polska – trzecia gospodarcza potęga świata, to po co UE-flagi, taki obraz lansuje teraz TVPiS”;

„Kuźwa człowiek myśli, że już niczym mnie nie zaskoczą i jak zawsze się mylę. Żenada to za mało powiedziane. Tak zachowują się tzw. elity PiS, a ich wpatrzony w nich lepszy sort wszystko łyka”; – „Pojawią być może na jesień na polecenie Naczelnika” – komentowali internauci.

A jak było przed wyborami do Europarlamentu? Nawet była premier Beata Szydło usiłowała dziennikarzom wmówić, że nie kazała usunąć flag unijnych z Kancelarii Premiera. Jak twierdziła zniknęły one tylko (!!!) z sali konferencyjnej. Cóż, po wyborach nie ma ich już w Pałacu Prezydenckim, czekamy więc…

View original post 2 180 słów więcej

 

PiS przyjazny dla Putina

Od roku Karl-Georg Wellmann nie jest już członkiem Bundestagu (2005-2017), wrócił do gospodarki, jest partnerem w dużej kancelarii prawnej w Berlinie, dlatego może pozwolić sobie na szczerość i otwartą krytykę władz w Warszawie. Poglądy Wellmanna, choć są powszechne w politycznym Berlinie, to ze względu na historyczną odpowiedzialność wobec Polski, nie wyrażają ich publicznie niemieccy politycy, unikając w oficjalnych wypowiedziach ostrej krytyki pod adresem polskiego rządu.

Marcin Antosiewicz: Niemieccy politycy zazwyczaj są bardzo zachowawczy, ale pan może mówić bardziej otwarcie, bo od roku już nie jest w aktywnej polityce. Jak pan ocenia dzisiejszy stan relacji polsko-niemieckich?

Karl-Georg Wellmann: Chciałbym krótko zacząć od naszej przeszłości. Kiedy upadł Związek Sowiecki w 1991 roku zastanawialiśmy się, co się stanie z tymi wszystkimi krajami, które leżą między nami a Rosją; czy powinny dołączyć do UE, czy nie. I było bardzo wiele głosów mówiących, że jest nam bardzo wygodnie między sobą, w takiej starej Unii, z krajami Beneluxu, Włochami, Hiszpanią i całą resztą na zachodzie. A Helmut Kohl powiedział: „Nie! Ja chcę pomóc tym krajom dołączyć do UE, ponieważ chcę, żeby te kraje się rozwinęły tak jak my, na Zachodzie. W innym wypadku dojdzie do konfliktów, biedne kraje staną się zależne od Rosji albo dojdzie do niepokojów lub nawet wojen domowych, a potem do fali uchodźców”. I od tego czasu Niemcy pomagały jak mogły, by te kraje przystąpiły do UE.

To wsparcie dla krajów na wschodzie odbywało się w konsensusie w niemieckiej polityce, do Kohla dołączyła SPD.

Tak, to był konsensus, ale w naszym przypadku, Kohl musiał ten konsensus przeforsować w CDU/CSU, ponieważ niektórzy politycy z zachodu kraju, zorientowani na Francję, mówili: „Zostaw ich. Oni mają inną mentalność. Nie wiadomo, jak to się wszystko rozwinie”. A Kohl twardo stał na swoim stanowisku mówiąc, że także kraje na wschód od nas są częścią Europy. Poza tym mówił, że jak te kraje się rozwiną gospodarczo, to przecież wszyscy na tym skorzystamy, będziemy sprzedawać im maszyny, rozwiniemy handel z korzyścią dla obu stron, a najważniejsze – unikniemy destabilizacji. Na marginesie, dziś te same argumenty dotyczą Ukrainy, jej stabilizacja leży w naszym interesie.

To rozumiem, że ci sceptycy z Pańskiej partii dziś tryumfują, jak patrzą na Polskę Kaczyńskiego?

Nie! Bo rozszerzenie UE okazało się sukcesem, a w międzyczasie dla wszystkich stało się oczywistym, że Polska i inne kraje należą do Europy.

Jednak dla wielu polityków PiS wciąż nie jest oczywiste, że rachunki za wojnę są wyrównane.

W sprawie reparacji wojennych, chciałbym przypomnieć, że Polska jest największym beneficjentem unijnego budżetu. Każdego roku otrzymuje 14 mld euro z Brukseli. I dokładnie policzyłem, że w przyszłym roku będzie 15-lecie polskiego członkostwa w UE, a więc w tym czasie Polska otrzymała blisko 200 mld euro wsparcia. Wkład Niemiec w tę sumę to 27 proc., czyli 53 mld euro, które niemiecki podatnik poprzez Brukselę przesłał do Polski. A więc jeśli teraz powraca dyskusja, że Niemcy mają wypłacić odszkodowania wojenne, to wiele niszczymy w naszych relacjach. U nas nikt nie ma wątpliwości, kto ponosi odpowiedzialność za wojnę, i jakich brutalnych zbrodni w Polsce dokonały ówczesne Niemcy, ilu ludzi zabili i ile rzeczy zniszczyli. Ale przez to Niemcy straciły na rzecz Polski jedną trzecią swojego terytorium, ze wszystkimi dobrami: kopalniami, fabrykami, drogami. A więc rozpoczynanie na nowo tej dyskusji jest mało inteligentne.

Chce pan powiedzieć, że na końcu tej dyskusji może być konkluzja: zapłacimy reparacje, ale chcemy znowu nasze ziemie?

Nie, ponieważ już prawie nie ma Niemców, którzy żyją na tych terenach.

Mogą jednak pojawić się nacjonalistyczni politycy, którzy wejdą w taki układ: reparacje za ziemie. Przewodniczący AfD, Aleksander Gauland powiedział, że trzeba być dumnym z osiągnięć Wehrmachtu.

Dokładnie! Nie brakuje tępaków, których można obudzić nieodpowiedzialnymi wypowiedziami. Oni mogą powiedzieć: „OK, to zapłacimy, a wy oddajcie nam nasze tereny”. Na razie nie znam żadnego niemieckiego polityka o zdrowych zmysłach, który by to postulował, ponieważ mamy europejską integrację, która gwarantuje nam dobre współżycie bez granic. Dziś już nie wiemy, kiedy przekraczamy granicę jadąc do Polski, albo do Niemiec. Dziś to już nie odgrywa żadnej roli, czy Szczecin jest polski, czy niemiecki, ponieważ jeśli chcę do niego pojechać, to wsiadam w auto czy pociąg i za godzinę jestem na miejscu. Mogę tam żyć, pracować, studiować. Podobnie Polacy w Niemczech.

Ale Jarosław Kaczyński nie rozumie takiej Europy. A czy pan rozumie politykę wobec Niemiec obecnego rządu w Warszawie?

Kompletnie nie! Ona jest jest po prostu nieinteligentna. Nie rozumiem tej polityki, szczególnie z polskiego punktu widzenia! Polska ma przecież trudną historię. Mam na myśli nie tylko zabory w XVIII i XIX wieku, ale przede wszystkim wiek XX. Do przełomu 1989/1990 Polska była kompletnie osamotniona. Sama walczyła z Rosjanami w 1919/1920, potem została sama w 1939 roku, kiedy zaatakowały ją Niemcy, wspólnie ze Związkiem Radzieckim. Nikt także nie pomógł Polakom w czasie powstań, najpierw w getcie warszawskim w 1943 roku, po czym w powstaniu warszawskim w 1944 roku. Polska była sama także w Jałcie i Poczdamie w 1945 roku, kiedy zachodni alianci zostawili ją za żelazną kurtyną. I przez dziesięciolecia, aż do przełomu, była w strefie panowania Sowietów. A więc myślę, że lekcja z tej historii może być dla Polski tylko jedna. Nigdy więcej sama! Tylko jako część silnej, gospodarczo i wojskowo, rodziny! Z jednej strony Unii Europejskiej, z drugiej strony NATO. Przecież bez UE wzrost gospodarczy w Polsce, by się nie dokonał w ostatnich 20 latach.

Jarosław Kaczyński powiedział, że jak trzeba będzie, to będziemy „samotną wyspą wolności”.

Czy więc polski rząd i Polacy wolą stać sami naprzeciwko Rosji? Sami naprzeciwko agresywnie działającego Putina?

PiS jednak mówi o agresywnej polityce Niemiec.

To absurd! Żaden zdrowy na umyśle człowiek, nie może powiedzieć, że dziś Niemcy zagrażają Polsce. Znam jednak historię, i wiem, że Warszawa była przez chwilę rosyjską prowincją, a Putin powiedział w 2014 roku, po tym jak przejął Krym, że jeśliby chciał, to może być w Warszawie w 48 godzin.

Chcę jednak wrócić do pieniędzy, bo pan wyliczył, ile Polska dostała z UE, ale premier Mateusz Morawiecki stwierdził, że to „Polska jest płatnikiem netto”, a zagraniczne firmy znacznie się bogacą na dostępie do polskiego rynku.

Siemens produkował wcześniej w Berlinie sprzęt AGD. Po wejściu Polski do UE, przeniósł swoje fabryki do was. Siemens produkuje dzisiaj pralki i zmywarki w Polsce i tam daje miejsca pracy, a u nas zwolnił ludzi. Firma jest zadowolona, dobrze współpracuje z fachowcami w Polsce, gdzie płaci podatki, podobnie jak jej pracownicy, których zatrudnia. I tak dzisiaj wygląda podział pracy w Europie, z którego wszyscy korzystają. Czy więc premier Morawiecki wolałby, żeby Siemens wyszedł z Polski i wrócił do Berlina, i tu stworzył nowe miejsca pracy? Jeśli chodzi o mnie, to proszę bardzo! Ale to chyba byłoby wbrew polskim interesom. Premier powinien to chyba przedyskutować z pracownikami, których zatrudnia w Polsce Siemens. I z firmami, które z nim tam współpracują. Moim zdaniem, mamy tu do czynienia z gospodarczą niekompetencją, która jest zdumiewająca.

Jak pan w takim rozumie cele polskiego rządu wobec Niemiec?

To jest całkowicie krótkowzroczna polityka, prowadzona na potrzeby wewnętrzne, żeby może przekonać do siebie pewną część wyborców. Ale ta polityka jest bardzo niebezpieczna. Powtórzę, że każdego roku niemiecki podatki poprzez Brukselę przesyła do Polski od dwóch do trzech miliardów euro. I jeśli ciągle się nas obraża, to niemieccy politycy mogą kiedyś powiedzieć: „Jeśli wam to nie pasuje, coś wam przeszkadza, że dostajecie te pieniądze, to skończmy to!”. Unia Europejska przecież nie jest przymusowym sojuszem. A jeśli ktoś chce wiedzieć, co się dzieje, kiedy się ją opuszcza, to niech spojrzy na chaos w Londynie. Jeśli ktoś chce mieć korzyści z przynależności do silnej europejskiej rodziny, to musi także coś z siebie dać. To jest jak w małżeństwie. Jeśli ciągle obraża pan swoją żonę, wszystko pan krytykuje, i mówi, że dla pana małżeństwo jest beznadziejne, to kiedyś trzeba się rozstać.

Czy pan teraz grozi Polsce?

Nie! W Unii nikt nikomu nie grozi, a już na pewno nikt nie grozi Polsce. Chociaż jesteśmy pełni obaw w sprawie niezależności sądów, czyli trzeciej władzy, ale także wolności mediów. Praworządność nie jest zewnętrznym opakowaniem czegoś, ale jest koniecznym elementem działania nowoczesnego, rozwiniętego państwa. Podobnie jak niezależne media. I jeśli zagraniczni inwestorzy nabiorą wątpliwości co do niezależności wymiaru sprawiedliwości, to pójdą gdzie indziej, bo będą się bali o swoje inwestycje. Ale to jest sprawa dla UE, my – Niemcy nie powinniśmy się w to mieszać. Chcę tylko powiedzie, że nie powinno się ciągle atakować Unii, jeśli jest się od niej zależnym. To wywołuje nastrój, który nie jest dobry, i który jest wbrew polskim interesom. Polski rząd działa wbrew interesom własnego kraju.

Czy w Niemczech politycy tracą cierpliwość do Polski? Czy ten duch przyjaznej polityki wobec Polski od czasów Helmuta Kohla wygasa?

Nie! Obserwuję raczej bezradność ze strony niemieckich polityków, którzy próbują jakoś wychodzić naprzeciw Polsce. Nasz minister spraw zagranicznych, Heiko Maas, wygłosił kilka dni temu bardzo przyjazne i pojednawcze przemówienie o Polsce. A polski ambasador zareagował na nie jak szalony, mówiąc, że „relacje polsko-niemieckie są katastrofą”. Ludzie patrzyli na siebie i się pytali, co się dzieje z tym człowiekiem, czy on się czegoś napił. Zachowanie polskiego ambasadora zostało tutaj przyjęte z kręceniem głowy. Nie mamy nic przeciwko temu, żeby zgłaszać konstruktywne propozycje. W Europie jeszcze wiele pozostaje do zrobienia. I jeśli Polska miałaby swoje propozycje, to przyjęlibyśmy je z zadowoleniem, ale takich propozycji nie ma! A iść na konferencję o relacjach polsko-niemieckich tylko po to, żeby obrażać gospodarza, bez powiedzenia, na co konkretnie się skarżymy, jest niezrozumiałe. Przed tym ambasadorem wiele się działo w polskiej ambasadzie, wiele spotkań, rozmów, wymiany zdań, informowaliśmy się o wzajemnych stanowiskach, otwarcie dyskutowaliśmy o różnicach. Dzisiaj nic takiego się nie dzieje, tak jakby obecny ambasador nie był tym zainteresowany.

Nam w Polsce rząd mówi, że właśnie wstajemy z kolan. Nie zauważył pan jeszcze tego?

Nic takiego nie zauważyłem. A ambasador jest mało tutaj znany. Nie ma żadnych spotkań, żadnej aktywności. Wcześniej polska dyplomacja podejmowała wiele aktywnych działań, ciągle była wymiana zdań, wiele wzajemnych wizyt, poznawania siebie. Wie pan, jak ja zostałem odpowiedzialny za relacje z Polską? Kiedyś ówczesny polski ambasador w Berlinie – Marek Prawda podszedł do mnie w Bundestagu i powiedział: „Panie Wellmann, czy wy nie macie nikogo w CDU, kto mógłby zajmować się relacjami z Polską, czy macie tylko Erikę Steinbach i innych polityków ze Związku Wypędzonych?”. No i tak zostałem odpowiedzialny w mojej frakcji za relacje z Polską.

Od trzech lat Polska jest widziana w UE jako część problemu, nie jako część rozwiązania. Czy pociąg europejskiej integracji odjechał już dla nas na dobre? Czy możemy jeszcze do niego wsiąść?

Nie, jeszcze nie odjechał. To z czym mamy teraz do czynienia, to Europa wielu prędkości. Musimy sobie zdawać sprawę z jednego, jeśli ktoś nie chce się dalej integrować, to i tak nie zatrzyma innych, którzy chcą, jednak wtedy dojdzie do podziału i członków różnych kategorii. Pytanie, czy to jest w polskim interesie. I jeszcze raz pytam, czy Polska lepiej czuje się sama na świecie z Rosją, czy lepiej będąc częścią silnej wspólnoty. Jeśli lepiej będąc częściej silnej wspólnoty, to trzeba coś dla tej wspólnoty zrobić, wziąć za nią część odpowiedzialności, by dobrze działała. Dziś najbardziej zadowolony z polityki europejskiej Polski jest Putin. Pewnie sobie myśli: „Super! Niszczą Europę! Nie może być lepiej!”. Polski rząd działa na korzyść Putina. Dlatego radziłbym przemyśleć tę politykę.

PiS działa na korzyść Putina. Przypadek?

Depresja plemnika

To „sprawdzam” dla ministra Ziobro – mówi opozycja i zapowiada złożenie  zawiadomienia do prokuratury w związku z zeznaniami Piotra P., jednego z głównych podejrzanych w tzw. aferze SKOK Wołomin, który twierdzi, że Jacek Sasin, czołowy polityk PiS-u, oraz dwóch senatorów PiS otrzymywało pieniądze ze SKOK Wołomin. – Padły oskarżenia o to, że osoby, które są oskarżone w tej aferze,  przekazywały wprost pieniądze politykom Prawa i Sprawiedliwości – tłumaczy Arkadiusz Myrcha z PO.

Oskarżenie polityka

Podczas procesów osób oskarżonych w tzw. aferze SKOK Wołomin jeden z głównych oskarżonych Piotr P., były oficer kontrwywiadu WSI, oskarżył kilku polityków PiS-u, w tym szefa Komitetu Stałego Rady Ministrów Jacka Sasina, o przyjmowanie pieniędzy od osób oskarżonych w aferze SKOK.

Jacek Sasin w sprawie oskarżeń Piotra P. wydał oświadczenie, w którym nazwał jego twierdzenia „absurdalnym pomówieniem” – Afera SKOK Wołomin jest aferą WSI. Piotr P., były oficer WSI, to „mózg” tej afery – twierdzi Jacek…

View original post 4 081 słów więcej

Post Navigation