Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Jan Olszewski”

Kiedy Kaczyński odejdzie, PiS się rozpadnie. I szlus

Polska była gotowa zerwać czwartkowy szczyt dotyczący migracji – ustaliła korespondentka RMF FM. Mogłoby do tego dojść, gdyby nie osiągnięto kompromisu ws. relokacji.

W czwartek w Brukseli odbył się unijny szczyt dotyczący migracji. Jak informuje korespondentka RMF FM Katarzyna Szymańska-Borignion w trakcie spotkania Polska była gotowa zerwać szczyt. Miało to być spowodowane początkowym brakiem kompromisu w sprawie zasad relokacji uchodźców.

RMF FM: Polska była gotowa zerwać szczyt

Choć, jak podaje RMF FM, prezydent Francji Emmanuel Macron na początkowym spotkaniu z przywódcami Grupy Wyszehradzkiej miał stwierdzić, że przymusowa relokacja „jest martwa”, podczas samego szczytu przychylał się tej koncepcji. Następnie swoją propozycję przedstawił szef Rady Europejskiej Donald Tusk, ale ta również nie podobała się polskiej delegacji.

Nie było mowy o dobrowolności

Jak informuje dziennikarka RMF FM w akapicie nt. „kontrolowanych centrów” dla uchodźców, była mowa o przyjmowaniu przez kraje UE osób, które wymagają ochrony międzynarodowej. W tym fragmencie nie zawarto informacji o dobrowolności. Wtedy właśnie Polska miała rozważać zerwanie negocjacji. Ostatecznie, po nałożeniu wielu poprawek, udało się osiągnąć kompromis.

Szczyt ws. migracji

Szczyt dotyczący migracji odbył się w czwartek. Donald Tusk informował, że negocjacje miały trudny przebieg i trwały całą noc. Podczas szczytu podjęto m.in. decyzję o tym, że nie będzie przymusowej relokacji migrantów. Kraje UE będą mogły przyjmować ich dobrowolnie.

Szef polskiego rządu znów uprawia propagandę sukcesu. Po spotkaniu Rady Europejskiej w sprawie migrantów oświadczył, że stanowisko jego rządu jest stanowiskiem Unii Europejskiej. Tymczasem żadnego stanowiska UE nie ma.

Jest tylko coś w rodzaju koła ratunkowego rzuconego skonfliktowanej z własnymi koalicjantami Angeli Merkel. Sama kanclerz nazwała ustalenia krokiem naprzód, co w praktyce oznacza, że porozumienia nie osiągnięto.

Zatem Morawiecki, jak to ma w zwyczaju, zaklina rzeczywistość. To, co nazywa tym samym stanowiskiem, jest rażącym uproszczeniem stanu rzeczy. Powzięte ustalenia nie powinny nikogo łudzić: w UE nie ma zgody w kwestii migrantów. Idea solidarnego, kwotowego, rozwiązania problemu, torpedowana głównie przez Polskę i Węgry, jest martwa. Zwycięża krótkowzroczny pragmatyzm wyborczo-polityczny i lęk przed populistami.

Przyjęte ustalenia to jeszcze nie program działania, tylko jego zalążek. Przypomnijmy:
– uszczelnianie zewnętrznych granic UE.
– stworzenie (ale dobrowolne) ośrodków dla migrantów wewnątrz i poza Unią, odsiewających tych, którzy mogą się starać o legalny pobyt jako uchodźcy lub osoby represjonowane politycznie, od tych, którzy na to szans nie mają.

To z kolei miałoby zniechęcić migrantów ekonomicznych do wędrówki do Europy za chlebem i bezpieczeństwem. Tylko że na razie żaden taki ośrodek nie powstał, a wędrówka ludów trwa (choć dużo mniej liczna), a prezydent Macron już zapowiedział, że we Francji takiego ośrodka nie będzie, bo imigranci do niej się nie kierują.

– tworzenie poza UE regionalnych „platform wyładunkowych”, które miałyby zahamować proceder szmuglowania migrantów przez gangi.
– zwiększenie inwestycji w Afryce, aby doprowadzić do radykalnej poprawy społeczno-ekonomicznej na Czarnym Lądzie, skąd dziś idzie główna fala migracji do Europy.

I to jest sedno sprawy, a nie uszczelnianie granic. Ale na to potrzeba lat, jeśli nie dziesięcioleci. Na razie sytuacja jest taka, że wprowadzenie tych ustaleń będzie trudne, a Unia jest nadal w sprawie migrantów podzielona. Wbrew sugestiom Morawieckiego jedności tu nie ma. Bliższy rzeczywistości jest Donald Tusk, kiedy ostrzega, że łatwiej wypracować ustalenia, niż skutecznie je realizować.

Według nieoficjalnych informacji agencji Reuters Komisja Europejska może zaskarżyć do Trybunału Sprawiedliwości UE ustawę, która ma przymusowo wysłać na emeryturę część sędziów Sądu Najwyższego, w tym jego Prezes Małgorzatę Gersdorf. Na razie informacje te nie zostały potwierdzone.

Dopiero trybunał może wprowadzić tzw. środek tymczasowy, czyli zablokować zmiany w polskim SN. Problem w tym, że ustawa wchodzi w życie już 3 lipca, a na ewentualną decyzję unijnego trybunału będziemy musieli poczekać.

Sędziowie Sądu Najwyższego zamierzają rankiem 4 lipca wprowadzić prezes Gersdorf do sądu. Musimy tam być też my, obywatele. Władza może stanowić bezprawne prawo siłą parlamentarnej większości. Ale bez udziału sędziów i obywateli nie da rady go wyegzekwować. Możemy sprawić, by bezprawne prawo było martwe.

Dwie uchwały Sądu Najwyższego

Sędziowie podjęli dwie uchwały w czwartek na ostatnim Zebraniu Ogólnym Sędziów Sądu Najwyższego sprzed wejścia w życie ustawy o „wycince” sędziów. W pierwszej stwierdzają sprzeczność z konstytucją przerwania sześcioletniej kadencji I Prezes Małgorzaty Gersdorf: „Stwierdzamy, że sędzia Sądu Najwyższego prof. dr hab. Małgorzata Gersdorf pozostaje – zgodnie z bezpośrednio stosowanym art. 183 ust. 3 Konstytucji RP (art. 8 ust. 2 Konstytucji RP) – do dnia 30 kwietnia 2020 r. Pierwszym Prezesem Sądu Najwyższego, kierującym instytucją, w której pełnimy naszą służbę społeczeństwu”. W drugiej – że wysłanie na wcześniejszą emeryturę sędziów SN, jeśli na ich pozostanie nie zgodzi się prezydent, narusza konstytucyjną zasadę nieusuwalności sędziów: „Sędziowie, którzy rozpoczęli służbę w Sądzie Najwyższym przed dniem wejścia w życie ustawy z dnia 8 grudnia 2017 r. o Sądzie Najwyższym, powinni pełnić tę służbę do ukończenia 70. roku życia, bez spełnienia jakichkolwiek dodatkowych warunków”.

Od dwóch tygodni Obywatele RP i inne organizacje broniące sądów wzywają sędziów Sądu Najwyższego do stawienia czynnego oporu, czyli do pozostania w sądzie mimo wejścia w życie pisowskiego prawa, które 27 z nich odsyła na wcześniejszą emeryturę. Z uchwał podjętych przez sędziów nie wynika, że taki czynny opór zamierzają stawić. Ale rzecznik SN sędzia Michał Laskowski poinformował dziennikarzy, że sędziowie – także ci „wycięci” – przyjdą w środę rano z togami przed Sąd Najwyższy, by asystować prezes Gersdorf przy wchodzeniu do sądu.

Sąd Najwyższy będzie zamknięty tak jak kiedyś Sejm?

Pytanie, co zrobi straż sądowa. Zatrzyma panią prezes? Zatrzyma sędziów, którzy podlegają „wycince”? Półtora roku temu w Trybunale Konstytucyjnym Straż Trybunalska natychmiast przestawiła się na tryb posłuszeństwa nowym, wybranym z naruszeniem konstytucji i ustawy władzy Julii Przyłębskiej i Mariuszowi Muszyńskiemu.

Straż sądowa nie ma podstawy prawnej, by nie wpuścić sędziów, w tym pani prezes. Do sądu w godzinach urzędowania może wejść każdy, jeśli nie ma przy sobie niebezpiecznych przedmiotów i nie jest agresywny. Zobaczymy, co się stanie. Czy Sąd Najwyższy stanie się takim samym zamkniętym obiektem, jakim stał się polski parlament?

Brońmy sądów i sędziów

Tak czy inaczej obywatele muszą bronić sędziów i sądów do końca. Musimy przyjść rankiem 4 lipca przed Sąd Najwyższy wprowadzić sędziów i prezes Gersdorf. I – jeśli będzie trzeba – przychodzić tam co dzień i towarzyszyć im we wchodzeniu do sądu. Niezawiśli sędziowie i niezależne sądy to nasza najważniejsza obrona przed naruszającą prawo władzą. A dla sędziów najważniejszym obrońcą ich niezawisłości jesteśmy my, obywatele. Ta zależność nigdy nie była tak oczywista. I dramatyczna.

Ale broniąc sędziów Sądu Najwyższego, nie zapominajmy domagać się, by wykorzystali broń, która mają: możliwość zadania pytania prawnego Trybunałowi Sprawiedliwości UE o to, czy sytuacja, gdy sądzą sprawy, będąc zagrożeni „wycinką” i uzależnieni od arbitralnej decyzji prezydenta, nie narusza prawa stron sądzonej przez nich sprawy do rzetelnego sądu? Zadawszy – w każdej chwili – Trybunałowi takie pytanie, powinni zgodnie z orzecznictwem Trybunału Sprawiedliwości UE zawiesić obowiązywanie przepisów o „wycince” sędziów.

Naciskamy na Komisję Europejską, żeby zaskarżyła „wycinkę”. Naciskajmy na sędziów SN, by i oni użyli broni, którą mają w rękach. I nie opuszczajmy sędziów – czyli państwa prawa.

Choć według sondaży w razie odejścia Jarosława Kaczyńskiego z polityki PiS nadal mógłby liczyć na wysokie poparcie, to jednak zdaniem obserwatorów sceny politycznej odejście prezesa spowodowałoby katastrofę. „Bez niego PiS się rozpadnie” – powiedział „Super Expressowi” były premier, Jan Olszewski.

Jak pisze „Super Express”, w niedawnym sondażu Instytutu Badań Pollster dla „SE” -aż 56 proc. wyborców PiS chciało, aby prezes Jarosław Kaczyński przestał rządzić partią, a 45 proc. wyborców wskazywało jako następcę obecnego premiera, Mateusza Morawieckiego. Taka wizja nie napawa jednak optymizmem byłego premiera, Jana Olszewskiego.

– Mam nadzieję, że Kaczyński będzie jeszcze długo rządził partią. I na polityczną emeryturę się nie wybierze. Bez niego formacja może ulec rozpadowi – powiedział były premier.

Jak dodał, to właśnie jemu Jarosław Kaczyński zawdzięcza obecną pozycję polityczną. – W połowie lat 90-tych Jarosław zwrócił się do mnie o to, aby mógł startować z list Ruchu Odbudowy Polski do Sejmu. Zgodziłem się. Uważałem wtedy, że Kaczyński jest przyszłością polityczną w Polsce i wielką, ważną indywidualnością polityczną. Stwarzał nadzieję do odegrania wielkiej roli w przyszłości Polski. I taką rolę odgrywa do dziś – powiedział były premier.

Jak dodał, w przyszłości Jarosław Kaczyński będzie szukał godnego następcy. Mateusz Morawiecki mógłby nim być, jednak nie ma zaplecza politycznego – mówił w „Super Expressie” Olszewski.

Są trzy kategorie prawdy według księdza Józefa Tischnera: prawda, czysta prawda i gówno prawda. Teraz mamy do czynienia zdecydowanie z trzecią kategorią – mówi w rozmowie z nami Eugeniusz Smolar, analityk, członek Rady Centrum Stosunków Międzynarodowych, były dyrektor Sekcji Polskiej Serwisu Światowego BBC. – Ksenofobiczna, wsobna polityka rządu PiS wykopuje ponownie przepaść, którą stopniowo zasypywaliśmy. Także w zakresie stosunków polsko-żydowskich. Politycy PiS-u twierdzą, że dopiero dzięki ich staraniom i kampanii, która została zablokowana przez oburzone elity amerykańskie i izraelskie, odnieśli wielkie zwycięstwo. Proszę, aby nasza biedna ojczyzna nie odnosiła więcej takich zwycięstw – dodaje. Rozmawiamy m.in. o ustawie o IPN, polityce międzynarodowej PiS i upartyjnianiu sądownictwa

KAMILA TERPIAŁ: Zaskoczyła pana decyzja PiS-u w sprawie nowelizacji ustawy o IPN?

EUGENIUSZ SMOLAR: Nie zaskoczyła mnie. Czekałem, kiedy to nastąpi, ze względu na poważną presję nie tylko Izraela i środowisk żydowskich, ale przede wszystkim Stanów Zjednoczonych. Rozmowy prowadzone w Waszyngtonie przez, jak czytaliśmy, m.in. Adama Bielana pokazały, że USA są niewzruszone i uznają, że to, co robi rząd PiS-u, zagraża bardzo ważnym pryncypiom, takim jak wolność mediów i badań naukowych, ale także istotnym interesom Stanów Zjednoczonych. Jeżeli coś mnie zaskoczyło, to sytuacja, w której ugrupowanie polityczne mówiące cały czas o wstawaniu z kolan i suwerenności zgodziło się de facto na to, aby treść porozumienia i polskiej ustawy – a tak przeczytałem w izraelskich mediach – była pisana wspólnie z przedstawicielami rządu w Jerozolimie.

Można by sobie pozwolić na sarkazm, gdyby nie powstała sytuacja, która nie miała miejsca od 1989 roku. Poprzednie rządy działały z większą wyobraźnią i nie doprowadzały do sytuacji, w której istotni aktorzy sceny międzynarodowej, a szczególnie sojusznicy, uznaliby jakieś posunięcie legislacyjne za nie do przyjęcia.

A zaskoczyło pana tempo działań?

Przyznaję, że byłem zaskoczony formą i brakiem wyobraźni przywódców PiS-u, którzy doprowadzili w Sejmie do zablokowania jakiejkolwiek dyskusji, nie próbując nawet przerzucić części odpowiedzialności na opozycję. Przecież marszałek Sejmu mógł zwołać Konwent Seniorów i poinformować, że ze względu na interes państwa należy zająć się nowelizacją ustawy o IPN, a także uzyskać zgodę opozycji. Ale PiS postąpił zgodnie ze swoją tradycją brutalnego stawiania wszystkich pod ścianą. Najpierw pod ścianą postawili naszych sojuszników, a teraz partie opozycyjne.

Mimo że opozycja słusznie głosowała za przyjęciem tych zmian, to pełną odpowiedzialność za wprowadzenie poprzedniej wersji ustawy o IPN i jej zmiany ponosi Prawo i Sprawiedliwość.

Rządzący przyznali się tym samym do błędu?

PiS nigdy nie przyznaje się do błędu. Zdumiewająca i wręcz szalona była wypowiedź premiera Mateusza Morawieckiego po podpisaniu wspólnej deklaracji z premierem Izraela – brak wyobraźni, nieumiejętność formułowania myśli, częste pomyłki, brnięcie w dywagacje historyczne i zapewnianie, że rządzący odnieśli wielkie zwycięstwo, bo nikt nie będzie mówił o „polskich obozach koncentracyjnych”. Przypomnę, że z wyjątkiem pomyłki prezydenta Baracka Obamy, za którą przeprosił w ciągu 24 godzin, mieliśmy do czynienia z okazjonalnymi skrótami myślowymi w różnych mediach na świecie, na które dyplomacja polska od wielu lat skutecznie reagowała.

Prawda jest taka, że tą ustawą rządzący doprowadzili do rozpropagowania pojęcia „polskie obozy śmierci”. Szkodnictwo tego kroku jest ogromne, a PiS przekonuje, że odniósł zwycięstwo. Kolejny przykład gloria victis.

Premier Mateusz Morawiecki przekonywał też, że rozpoczęto „proces przemiany wiedzy o losach Polaków podczas II wojny światowej”. Ile w tym prawdy?

Są trzy kategorie prawdy według księdza Józefa Tischnera: prawda, czysta prawda i gówno prawda. Teraz mamy do czynienia zdecydowanie z trzecią kategorią. Ograniczę się do dziejów najnowszych, bo tym towarzyszyłem, też w Londynie jako dziennikarz i dyrektor Sekcji Polskiej BBC: znajomość spraw polskich niebotycznie wzrosła wśród elit zachodnich dzięki działaniom opozycji demokratycznej (KOR) i popularności „Solidarności” oraz oporowi przeciwko stanowi wojennemu, dzięki Okrągłemu Stołowi i załamaniu się władzy komunistów, bezkrwawej implozji ZSRR i zjednoczeniu Niemiec i Europy, wreszcie dzięki fenomenalnemu rozwojowi po przystąpieniu do NATO i Unii Europejskiej. Sfera polityczna przyczyniała się do zainteresowania Polską, Polakami i naszą historią. I tu z pomocą przyszli wybitni historycy, tacy jak Norman Davis, Timothy Garton Ash, Timothy Snyder czy Adam Zamoyski, dzięki którym w świadomości zachodnich elit udało się doprowadzić do zbliżenia wizji historii obu części kontynentu, podzielonego przez nasze zapóźnienie i zimną wojnę. Każdy naród uznaje swoją historię za wyjątkową, niemniej znajomość spraw polskich i naszej historii bardzo wzrosła w ostatnich dekadach.

Ksenofobiczna, wsobna polityka rządu PiS wykopuje ponownie przepaść, którą stopniowo zasypywaliśmy. Także w zakresie stosunków polsko-żydowskich.

Politycy PiS-u twierdzą, że dopiero dzięki ich staraniom i kampanii, która została zablokowana przez oburzone elity amerykańskie i izraelskie, odnieśli wielkie zwycięstwo. Proszę, aby nasza biedna ojczyzna nie odnosiła więcej takich zwycięstw.

Marszałek Stanisław Karczewski przyznał, że „rzeczywistość nas zaskoczyła”. Myśli pan, że nie spodziewali się tego, jakie mogą być konsekwencje przyjęcia pierwszej wersji ustawy o IPN?

Dotyczy to nie tylko tej sprawy, ale także wielu innych poczynań rządzących. To jest zamknięte środowisko polityczne, partia o charakterze rewolucyjno-bolszewickim, w której decyzje podejmuje Sekretarz Generalny – Jarosław Kaczyński i Biuro Polityczne, które dba o to, aby decyzje zostały wykonane, niekiedy w błyskawicznym tempie, niezależnie od okoliczności, konsekwencji i kosztów. To była jedna ze spraw, które rządzący wnieśli nieprzygotowani na posiedzenie Sejmu, chcąc przykryć inne porażki. Lider PiS stworzył scentralizowany system, który nie dopuszcza do siebie żadnych zastrzeżeń. Gdyby PiS nie wyrzucił doświadczonych dyplomatów i nie naruszył bezcennej pamięci instytucjonalnej, gdyby zwrócił się do poprzednich ministrów spraw zagranicznych, co nie wchodziło w grę, bo to według nich agenci, albo do byłych ambasadorów, co też nie wchodziło w grę, bo to zdrajcy odwołujący się do „ulicy i zagranicy”, to wiedzieliby, że kwestia antysemityzmu przed, podczas i po wojnie, jego wpływu na historię Holocaustu, ale i problem restytucji majątków żydowskich były cały czas na pierwszym planie w kontaktach z dyplomacją amerykańską.

Wcześniej Polska grała w sojuszniczej drużynie, była otwarta na sugestie, ale jednocześnie dbała o własne interesy, polepszała – przy ogromnym udziale organizacji pozarządowych oraz historyków – stosunki polsko-żydowskie, toteż te wszystkie sprawy nie nabierały kryzysowego charakteru.

„Izrael i Polska są przyjaciółmi, którzy współpracują w kwestii pamięci o Holocauście” – napisali w we wspólnej deklaracji premierzy Mateusz Morawiecki i Benjamin Netanjahu. Jaką ma wartość ten dokument?

Przede wszystkim pozwala trzem aktorom: rządowi polskiemu, izraelskiemu i amerykańskiemu uznać, że sprawa została załatwiona pomyślnie dla wszystkich stron. Dla Polski ważne są oświadczenia, które wydają się być oczywiste, że nasz kraj nie jest odpowiedzialny za Holocaust i udzielano pomocy Żydom na miarę możliwości, ale jednocześnie, że historia jest na tyle skomplikowana, bowiem byli i tacy Polacy, którzy Żydów mordowali i wydawali Niemcom na śmierć, że należy ją badać. Dlatego padło zapewnienie, co jednak nie stanowi żadnej gwarancji, że również w przyszłości będzie zapewniona wolność badań.

Z jednej strony Polska może się pochwalić – premier robił to zresztą wielokrotnie – że wreszcie uznano polski punkt widzenia. Ale to jest absurd, dlatego że polski punkt widzenia nigdy nie był podważany. Dyskutowano jedynie o skali udziału niektórych Polaków w mordowaniu Żydów w czasie i po II wojnie światowej.

Dla strony izraelskiej ważne są gwarancje swobody wypowiedzi i badań, co też pozwoli administracji amerykańskiej uznać sprawę za zakończoną. W konsekwencji doprowadzi do osłabienia napięcia z różnymi innymi stolicami i dyplomacjami.

Jest szansa, że Andrzej Duda będzie mógł spotkać się z Donaldem Trumpem podczas szczytu NATO?

To byłoby bardzo istotne w kontekście zapowiedzianego spotkania Trump-Putin. To byłby swego rodzaju gest pokazujący, że nasi zachodni sojusznicy, w tym najważniejszy w dziedzinie bezpieczeństwa, biorą pod uwagę polski punkt widzenia przed spotkaniem amerykańsko-rosyjskim. Ale

obserwując, w jaki sposób funkcjonuje Donald Trump, podejrzewam, że do takiego osobistego i merytorycznego spotkania z prezydentem Andrzejem Dudą nie dojdzie.

Jest szansa, że presja UE będzie skuteczna?

Musimy zdań sobie sprawę, że tu mamy do czynienia z wieloma aktorami: rządem polskim, Komisją Europejską, Radą Europejską i Parlamentem Europejskim. Komisja ma pewną swobodę działania jako strażnik traktatów, ale też działa na podstawie mandatu udzielonego przez państwa członkowskie. Rada jest ciałem znacznie bardziej politycznym i może dojść do zbudowania mniejszości blokującej, która uniemożliwi jakiekolwiek retorsje wobec rządu PiS-u. Parlament działa na podstawie jeszcze innej logiki, w której decydują zgrupowani w różnych „rodzinach” politycznych przedstawiciele partii rządzących w ich krajach, ale i opozycji. Główne cztery obozy (chadecy, socjaldemokraci, liberałowie i zieloni) są bardzo krytyczne, jeżeli chodzi o sprawę łamania praworządności w krajach członkowskich i one będą dążyły do kontynuacji rozpoczętego procesu. Ważna jest też niezależna presja różnych rządów, która może mieć charakter pryncypialny, ale także może wynikać z niechęci, tak jak w przypadku Francji, państw Beneluxu czy Szwecji.

Nawet jeżeli ewentualne dalsze kroki o charakterze prawnym zostaną powstrzymane w Radzie Europejskiej, to nie oznacza, że cały proces będzie skończony. Stopień niechęci wobec Polski i Węgier jest duży i rosnący, dlatego sprawa może mieć ciąg dalszy na różnych planach.

Tym najbliższym może być skierowanie ustawy o SN do Trybunału Sprawiedliwości. Zielone światło do takich działań otrzymał w środę Frans Timmermans. Czasu jest niewiele, bo ustawa wchodzi w życie 3 lipca. Powinien to zrobić?

To może być istotny etap. Trudno będzie PiS-owi przedstawiać działania Trybunału Sprawiedliwości jako polityczne i ideologiczne, chociaż niektórzy propagandyści PiS-u próbują budować taki jego obraz. Czasu jest jednak bardzo mało i obie strony zdają sobie z tego sprawę. Ważne są pytania: jak szybko formalny wniosek zostanie złożony i jak szybko Trybunał się nim zajmie? Może się okazać, że jest już po deserze, a rząd PiS-u postawi KE i państwa członkowskie przed faktem dokonanym.

Komisja Europejska działa zbyt opieszale i za mało radykalnie?

Komisja nie jest w pełni niezależna, działa na podstawie mandatu i tego, co słyszy w stolicach najważniejszych państw członkowskich. Poza tym nie jest tak, że KE i Frans Timmermans chcieliby doprowadzić do kryzysu w stosunkach z Polską. Cały czas szukają porozumienia, wyrażają nadzieję na satysfakcjonujące porozumienie, kurtuazyjnie się uśmiechając. To jest objaw cierpliwości i wyobraźni, ale władze w Warszawie traktują to jako objaw słabości.

Używając tego samego wyzwiska, czyli słowa „neoliberalizm”, krytykuje mnie z jednej strony Adrian Zandberg z Partii Razem, a z drugiej Mateusz Morawiecki z PiS. Ale to nie jest polska specjalność, tylko szersze zjawisko. Wolność w ramach prawa jest atakowana przez różnych kolektywistów, którzy mają swoje źródła albo w marksizmie, albo w skrajnym nacjonalizmie – mówi w rozmowie z nami prof. Leszek Balcerowicz, ekonomista, b. wicepremier i minister finansów. I dodaje: – W każdym społeczeństwie istnieje odsetek oportunistów, którzy chcą uchodzić za bezstronnych. Patrzę na to oczami przyrodnika, ale czasami z pogardą. Takie czasy znakomicie sprawdzają ludzi. To nie jest wystarczająca korzyść, ale ważna. Wychodzą na jaw cechy bardzo pozytywne i bardzo negatywne. Nie można tego zapomnieć. Dlatego wszystko musi być zapisywane i publicznie ogłaszane.

PRZEMYSŁAW SZUBARTOWICZ: W swej najnowszej książce „Wolność, rozwój, demokracja” prezentuje pan zbiór swoich wystąpień i esejów od 1989 roku do czasów współczesnych. Czy to jest rodzaj odpowiedzi na słynne hasło „Balcerowicz musi odejść!”, które obecnie przybiera różne formy dezawuowania pańskiej koncepcji ustrojowej zaproponowanej w czasach przełomu? Mam na myśli zarzuty formułowane głównie przez lewicę, że to flirt, jak mówią, z neoliberalizmem oraz wykluczenie społeczne stoją za tym, że mamy przy władzy populistów.

PROF. LESZEK BALCEROWICZ: Przypomina mi to pytania o to, co czułem, gdy słyszałem Andrzeja Leppera, bo to on chciał przecież, żebym odszedł. Odpowiadałem wtedy, że jeżeli ktoś zajmuje się reformami, to musi patrzeć na politykę jak na świat przyrody, w którym są różne okazy. To samo mógłbym powiedzieć o dzisiejszych naśladowcach tego polityka, którzy uważają, że są od niego lepsi intelektualnie. Ekstrema się stykają i w związku z tym podział na lewicę i prawicę fałszuje rzeczywistość. To nie są odrębne programowo byty. Używając tego samego wyzwiska, czyli słowa „neoliberalizm”, krytykuje mnie z jednej strony Adrian Zandberg z Partii Razem, a z drugiej Mateusz Morawiecki z PiS. Ale to nie jest polska specjalność, tylko szersze zjawisko.

Wolność w ramach prawa jest atakowana przez różnych kolektywistów, którzy mają swoje źródła albo w marksizmie, albo w skrajnym nacjonalizmie.

Było za dużo liberalizmu, dlatego pojawiło się tylu ludzi wykluczonych, którzy zagłosowali na PiS, bo dostali 500 zł do ręki – ile jest prawdy w tego typu retoryce?

To jest żałosne intelektualnie. Staram się wyprowadzać wnioski z analizy porównawczej, czyli im mocniejsze tezy, tym mocniejsze dowody. Problem zaczyna się wtedy, kiedy tezy nie są budowane na dowodach, tylko na sloganach. Słowo „wykluczenie” jest sloganem. Z każdego można zrobić wykluczonego, a winowajcą okazuje się zwykle nadmiar wolności. Ale jeżeli zejść z tego prymitywnego oglądu świata przez wybrane slogany na grunt elementarnych faktów i zdefiniować liberalizm zgodnie z jego klasyczną definicją – czyli jako ustrój wolności w ramach państwa prawa, w tym wolności gospodarczej, bez której nie ma innych wolności – to okazuje się, że nawet przed PiS-em mieliśmy największy udział interwencjonizmu państwowego.

Ci, którzy mówią o „nadmiarze” liberalizmu, opierają się na swoich nienawistnych sloganach. Z tego nie wynika, że ich trzeba lekceważyć, trzeba z tym walczyć. Największe nieszczęścia w historii brały się z tego, że sfrustrowani intelektualiści czy ideolodzy pobudzali nienawistne emocje i napędzali tłumy. Stąd wzięły się komunizm i faszyzm.

Panie profesorze, ale czy to znaczy, że według pana nie ma wykluczonych i biednych, czyli tych, którzy potrzebują wsparcia państwa, bo sami z jakichś powodów nie radzą sobie tak dobrze na wolnym rynku jak inni? Taka jest perspektywa lewicowa.

To jest źle postawiony problem. Bo najwięcej biednych jest przecież tam, gdzie nie było rozszerzenia wolności i państwa prawa. Popatrzmy na Ukrainę i Polskę, czyli kraje, które były w 1989 r. na tym samym poziomie rozwoju, a teraz dzieli je przepaść. Na szczęście oparliśmy się w pierwszych latach próbom zakorzenienia socjalizmu. Oprócz używania sloganów zamulających rozum ci rzekomi obrońcy biednych mają przykład pod bokiem, czyli Białoruś Łukaszenki. W ich wywodach jest brak elementarnej logiki i znajomości faktów.

A czy z punktu widzenia prostej psychologii nie jest logiczne to, że PiS wygrał dzięki programowi 500 Plus, który zadziałał na zasadzie: o, wreszcie ktoś się o nas realnie zatroszczył?

Zamiast precyzyjnej definicji mamy slogany, które dzielą się na nienawistne (neoliberalizm) i pozytywne (troszczyć się). Poza tym ci, którzy je głoszą, nie znają historii.

Być zwolennikiem silnego kolektywizmu, kiedy wiadomo, do czego doprowadził i ile pochłonął ofiar, to jest aberracja moralna. Ślepota na rzeczywistość i oszukiwanie takimi hasłami jest niemoralne, bo nie podejrzewam, że wszyscy cierpią na nieudolność umysłową.

Zwolennicy i generałowie propagandy medialnej Partii Razem przekonują na przykład, że państwo prawa jest ważne, ale ważne są również programy socjalne, więc trzeba w ich realizacji wspierać PiS.

Nie znają faktów, albo nie chcą ich znać. Gdyby znali, to zorientowaliby się, że Polska ma w swoim PKB wyższy odsetek wydatków socjalnych niż Szwajcaria. Ale to by im przeszkadzało, bo prawda jest im niepotrzebna. Twierdzą, że nie było wydatków socjalnych, ale przecież każdy sąd opiera się na porównywaniu danych. Jak ktoś ich nie porównuje z rzeczywistymi zjawiskami, tylko urojonym ideałem, to zawsze potępi. Są ludzie, którzy dowartościowują się przez potępianie i sądzą, że od tego będą lepsi. Oni

odwołują się do nierówności, nie odróżniając nierówności sytuacji od nierówności szans, więc potem przekonują, że jest za dużo bogatych, ale też nie patrzą na źródła bogactwa i żerują na zawiści. Ich nie obchodzą ludzie biedni, bo nierówność to nie to samo, co bieda. Można mieć małą nierówność i dużo biedy. To, co mówią PiS i lewica, to jest import tandety.

III RP przed erą PiS nie miała grzechów?

Ważniejsze pytanie jest takie: czy kraj, który był w podobnej sytuacji do innych krajów, mógł osiągnąć więcej niż tamte kraje? Jeżeli tak na to spojrzymy, to nie zobaczymy żadnego kraju w naszym regionie, który tak zwiększył przeciętną zamożność jak my. Nawet ludzie biedni w Polsce są bogatsi niż bogaci na Ukrainie. To, co moim zdaniem pogłębiło pewne problemy, jest czymś zupełnie innym niż to, co przyjmują czułostkowi nienawistnicy. Nie zdołaliśmy upilnować jako grupa ekonomiczna Jacka Kuronia, który – oczywiście w dobrej wierze – zafundował Polsce ogromny wzrost emerytur, co z kolei doprowadziło w 1991 r. do nawrotu problemu, gdy zaczęliśmy uzdrawiać finanse publiczne.

Nie jest tak, że wydatki socjalne są dobre, bo nazywają się socjalne i jest ich zawsze za mało.

Zatem dlaczego wygrał PiS?

To jest zupełnie inna sprawa. Pisałem o tym w swojej książce „Trzeba się bić z PiS o Polskę”. Z faktu, że PiS wygrał, nie musi wynikać, że teorie socjalnych symetrystów są prawdziwe. Trzeba patrzeć na zdarzenia, które mogły się do tego przyczynić: PO odepchnęła sporą część swoich wyborców atakiem na OFE, który był traktowany jako sprzeniewierzenie się temu, co głosili; przegrana Bronisława Komorowskiego, na czym zaważyła nieudolna kampania wyborcza – bastion obrony państwa prawa został opanowany przez Andrzeja Dudę, a to przyczyniło się do pewnego impetu po stronie PiS; dwie partie o włos minęły się z progiem wyborczym; przed wyborami PiS dostał okazję, żeby demonizować uchodźców. A więc to była seria zdarzeń, które nie musiały nastąpić, ale nastąpiły. Wypadki zdarzają się nie tylko w budownictwie, ale także w polityce. Najgorzej jest dla kraju, gdy „bad guys have good luck”.

Były też elementy oszustwa w tym, co robił PiS. Nie afiszowali się z tym, że dokonają ataku na niezależność sądownictwa. Publicznie zaprzeczali, że Antoni Macierewicz będzie ministrem obrony narodowej. Jarosław Gowin uczestniczył w tym oszustwie.

A nie stoi za tym zwycięstwem głębsza filozofia i analiza polityczna, że w gruncie rzeczy na całym świecie następuje zwrot ku populizmowi i że jest to czynnik bardziej socjologiczny niż socjotechniczny?

Jedna ze współczesnych głupot polega na tym, że nadmiernie się uogólnia i wrzuca wiele zjawisk do jednego worka, dlatego odrzucam takie filozofowanie, bo mówimy o Polsce i konkretnych zdarzeniach. Co do 500 Plus, to zapewne też miało znaczenie, ale nie przesądziłoby o wyniku wyborów, gdyby nie inne sprawy. Nastąpił najgorszy scenariusz, w którym wszystkie ośrodki władzy znalazły się w ręku Kaczyńskiego i kaczystów. Wydaje mi się, że sam prezes PiS-u nie wierzył, że Andrzej Duda wygra wybory, a gdy to się stało, doszedł do wniosku, że nie może stracić okazji i należy opanować państwo, bo tylko wtedy przeciwnicy praworządności i demokracji mogą się utrwalić przy władzy.

A 500 Plus jest potrzebne? Chyba żaden polityk, który uważa się za realistę, nie zdecyduje się tego programu zlikwidować.

Rzeczy, o których mówi się, że są niemożliwe, stają się możliwe, gdy przychodzi kryzys. Nie twierdzę, że kryzys przyjdzie, ale tego nie wykluczam. Wtedy najwięksi populiści przyciśnięci do muru dokonują rzeczy, co do których się wcześniej zarzekali.

Jeżeli potrzebna jest nam większa dzietność, to nie osiągniemy tego dzięki 500 Plus. To była fałszywa propaganda, którą trzeba piętnować. Szli pod tym hasłem i oszukiwali wyborców. Zwiększyli wydatki o prawie 40 mld zł, a to musi być finansowane z długu publicznego i podwyższanych podatków.

Ale za to uszczelniają VAT, czym się chwalą.

Kłamliwa jest propaganda PiS polegająca na przypisywaniu sobie całego przyrostu przychodów z uszczelnienia VAT. To jest co najwyżej 1/3. Większość pochodzi z tego, że dzięki Unii Europejskiej poprawia się koniunktura, konsumpcja rośnie, więc rosną przychody z VAT. Ale gdy koniunktura się pogarsza, to przychody z VAT spadają jeszcze szybciej.

Czy PiS odsunie od władzy tylko poważny kryzys gospodarczy? Prof. Janusz Czapiński jest przywiązany do takiej prognozy.

Jest w tym ziarno prawdy, ale jeżeli ziarno staje się całością, to staje się kłamstwem lub co najmniej prawdą. W każdym kraju, jeżeli poprawia się sytuacja gospodarcza – a w Polsce tak się dzieje wbrew, a nie dzięki temu, co robi PiS – to wiele osób uważa, że wszystko gra i nie zastanawia się nad innymi rzeczami. Na to nie można się oburzać, trzeba przyjąć jako fakt. Nie da się prognozować, kiedy i czy nastąpi wyraźne załamanie, ale z pewnością będzie występować spowolnienie, które nie musi być dramatyczne. Na tym tle największa jest rola mobilizowania poszczególnych grup i to nie jest praca na marne.

Są trzy kategorie ludzi, do stwierdzeń których nie mam wielkiego szacunku: „nie da się nic zrobić”, „samo się zrobi”, „niech inni to zrobią”. Im więcej jest takich, tym większe jest zagrożenie, że bardzo zła zmiana dla Polski będzie dłużej trwała.

Od mobilizacji zależy, jak długo będzie trwać. Mam wrażenie, że ekonomiczni imperialiści nie doceniają tego, że wiele osób jest wrażliwych moralnie. I to nie jest idealizm.

Symetrysta powie, że walcząc z PiS stajemy się tacy sami jak pisowcy, tylko mamy inne poglądy.

W każdym społeczeństwie istnieje odsetek oportunistów, którzy chcą uchodzić za bezstronnych. Patrzę na to oczami przyrodnika, ale czasami z pogardą. Takie czasy znakomicie sprawdzają ludzi. To nie jest wystarczająca korzyść, ale ważna. Wychodzą na jaw cechy bardzo pozytywne i bardzo negatywne. Nie można tego zapomnieć. Dlatego wszystko musi być zapisywane i publicznie ogłaszane. Na przykład to, kim są pseudodziennikarze, którzy w moim przekonaniu są gorsi od tego, co robili pseudodziennikarze w PRL.

Tylko fanatycy nie są wrażliwi. A w mediach pisowskich jest mało fanatyków. Tam są skrajni oportuniści, z których część jest po prostu wrażliwa na pieniądze. Warto ich zapamiętać z imienia i nazwiska.

Co po PiS-ie?

Najważniejsze jest to, aby w sposób demokratyczny odsunąć ich od władzy. I na tym trzeba się skupić. Jednocześnie trzeba opracować drogę do tego, jak przywrócić państwo prawa, odejść od PiS-Trybunału, jak zreformować prokuraturę, żeby prokuratorzy, którzy sprzeniewierzają się państwu prawa, nie czuli się bezkarni, jak sprawić, żeby nie powtarzały się przykłady niewinnych skazań.

Co do gospodarki, sprawa intelektualnie jest prosta: za PiS idziemy w kierunku przeciwnym do tego, czego Polska potrzebuje.

Czyli?

Idziemy w kierunku podważania stabilności finansów publicznych, czego jeszcze nie widać, bo koniunktura na Zachodzie się poprawiła, ale już mamy sygnały z pięciu miesięcy z rzędu, że zacznie się pogarszać. Idziemy w kierunku upartyjniania gospodarki i przywracania państwowych monopoli, a to się zawsze źle kończy. W tym sensie Morawiecki jest gorszy od Szydło. Ona odznaczała się szczerą niewiedzą, a on pyszałkowatą złą wiedzą. A zła wiedza jest zawsze gorsza od niewiedzy.

>>>

Morawieckiemu słoma wystaje ze wszystkiego

To jedno z wielu haseł, które pojawiły się podczas protestu warszawiaków przeciw zawłaszczaniu przez PiS pl. Piłsudskiego, na którym mają stanąć pomniki ofiar katastrofy smoleńskiej i Lecha Kaczyńskiego. Na transparentach pojawiły się także takie napisy: „Nie ma nic wiecznego na pl. Piłsudskiego”, „Tu człowiek ma prawa, tu wolna jest Warszawa”, „Place, ulice, urzędy dla mieszkańców, nie dla polityków”.

Marsz pod hasłem „Tu wolna jest Warszawa” przeszedł z pl. Zamkowego pod pomnik Marszałka Józefa Piłsudskiego. Poprzedziły go wystąpienia. Kandydat PO i Nowoczesnej na prezydenta Warszawy Rafał Trzaskowski powiedział, że w proteście nie chodzi o sam pomnik, tylko o to, w jaki sposób PiS, anektując plac Piłsudskiego, bez żadnych zgód i konsultacji, podejmuje decyzje. – „Jeżeli rządzący będą sobie zabierać kolejne place, ulice, to skończy się tak, że samorząd, ludzie, którzy są wybierani przez was w wyborach bezpośrednich – powoli nie będą mieli nic do powiedzenia, bo rząd PiS zafunduje nam w Warszawie namiestnika, który będzie podejmował wszystkie najważniejsze decyzje. I na to nie może być zgody” – mówił do zebranych Trzaskowski.

Były prezydent Warszawy, poseł PO Marcin Święcicki przypomniał, że za jego prezydentury postawiono pomniki m.in. Armii Krajowej i Polskiego Państwa Podziemnego, Poległym i Pomordowanym na Wschodzie i dwa pomniki Józefa Piłsudskiego. – „Pomnik Ofiar Katastrofy Smoleńskiej powinien być pomnikiem, który nas zjednoczy – tam zginęli ludzie ze wszystkich opcji politycznych, ze wszystkich wyznań, rozmaitych instytucji. Tymczasem komuś zależy na tym, żeby tutaj nie było zgody, żeby te pomniki budować wbrew prawu, wbrew społeczeństwu, wbrew architektom, wbrew konsultacjom społecznym” – powiedział Święcicki.

Święcicki zauważył, że plac Piłsudskiego jest ważnym symbolem, który upamiętnia m.in. ok. 200 zbrojnych czynów oręża państwa polskiego oraz Jana Pawła II. Pomniki ofiar katastrofy smoleńskiej „mają swoimi gabarytami, rozmiarami przytłumić tamte pomniki. Mają być większe niż pomnik marszałka Piłsudskiego, wyższy niż Grób Nieznanego Żołnierza” – mówił poseł PO.

Protest zakończył się złożeniem kwiatów przed Grobem Nieznanego Żołnierza. Manifestujący wysyłali także kartki do wojewody mazowieckiego, w których protestują „przeciw zawłaszczaniu przestrzeni publicznej w Warszawie”. Zapowiedzieli, że będą się spotykać regularnie, organizując przed urzędem wojewody „wojewodnice”, w odpowiedzi na miesięcznice Prawa i Sprawiedliwości.

Pomnik ofiar katastrofy smoleńskiej ma zostać odsłonięty 10 kwietnia, a pomnik Lecha Kaczyńskiego jesienią, najprawdopodobniej 10 listopada.

„Temat stosunków polsko-żydowskich jest zbyt ważny, by mieszać go z innymi sprawami. Oczywiście problem stosunków polsko-ukraińskich też jest istotny, ale to sprawa innego rzędu. Należy ją traktować oddzielnie. Łączenie tych dwóch tematów jest rzeczą co najmniej dziwaczną” – powiedział w rozmowie z „Super Ekspressem” Jan Olszewski premier rządu RP w latach 1991- 92.

Tym samym, polityk odniósł się krytycznie do nowelizacji ustawy o IPN, którą na początku lutego prezydent Andrzej Duda podpisał i wysłał do Trybunału Konstytucyjnego. Czyniąc zarzut z tego, że „Polskim politykom sondażowe słupki przesłoniły racjonalne myślenie i realną twardą politykę”, powiedział o połączeniu kwestii Izraela i Ukrainy w jednej ustawie, że ma ona „charakter czegoś pomiędzy obsesją a dywersją”. Olszewski dodał: „Może to mocne słowa, ale tak to wygląda. Bo trudno znaleźć jakieś inne uzasadnienie”. 

Jeśli dać wiarę Faktowi, nocne głosowania w Sejmie to najgorsze co może się zdarzyć. Posłanki komentują zachowanie kolegów: „Popici już są. Wtedy hamulce puszczają”. Opowiadają o chamstwie i seksistowskich odzywkach, a nawet niewybrednie formułowanych seksualnych propozycjach.

Wicemarszałek Małgorzata Kidawa – Błońska apeluje: Niech wszystkie źle potraktowane przyjdą do mnie! Poseł PiS mówi: Wstyd mi czasem za tych baranów. Chwilami trudno w to uwierzyć, ale np. słowa ważnego polityka klubu Kukiza wywołały ostatnio lawinę komentarzy. I nie tylko wśród kobiet uznawanych za feministki. Słowa posła Jakubiaka skierowane do dziennikarki: „To ja mam być zadowolony”, wywołały prawdziwą burzę.

Wszystko to z wolna staje się w polskim parlamencie normą, bo „Fakt” zwraca uwagę, że bywają gorsze sytuacje i odzywki.

„Te, du**! I rechot do tego. I komentarz, jaką to du** mam” – opowiada gazecie jedna z posłanek.  I dodaje, że musi naprawdę zachowywać zimną krew, aby nie dać się wyprowadzić z równowagi – pisze dziennik.

„No chodź, do PiS cię wezmę, wiesz, kim jestem” – relacjonuje parlamentarzystka „zaloty” posła zapraszającego ją na seks. Ale bym ją wyru*** – usłyszała, gdy wchodziła na mównicę.

Kolejna opowiada „Faktowi”, jak przemawiała, a potem w kuluarach usłyszała: „Szkoda takiej dupusi na gadanie”.  Jeśli gazeta nie przesadza, to bez większego ryzyka można powiedzieć, że w polskim Sejmie robi się gorzej niż w najpodlejszych koszarach.

Potwierdza to poseł PiS, który dość blisko siedzi przy mównicy, a nie jest jednym z „rechoczących” i przyznaje dziennikarzowi:

„Uszy mi czasem więdną. Jakbym był pod przysłowiową budą z piwem. No, ale co mam zrobić?” – opowiada.

Znana parlamentarzystka PiS opowiada Faktowi, że decyzja marszałka Marka Kuchcińskiego o zamknięciu kuluarów dla dziennikarzy także podyktowana była troską o to, aby żurnaliści nie mieli styczności z posłami „pod wpływem”. – No co powiem? No, chamy czasem” – cytuje dziennik.

Wicemarszałek Sejmu Barbara Dolniak z Nowoczesnej dyplomatycznie mówi o tym, że „traktowanie ludzi” w pewien sposób świadczy o nich samych. Pięknie to powiedziane, ale niczego nie rozwiązuje i nie uczy. Zupełnie tak samo jak naiwne westchnienie którejś posłanki:

„…ja bym chciała, żeby prezes Kaczyński, znany ponoć z atencji do kobiet, tak kochający swoją matkę panią Jadwigę, zobaczył, co tutaj się dzieje w ławach jego posłów! Czy pozwoliłby na takie chamstwo, na takie obrażanie? Swojej matki też?” – cytuje „Fakt”.

Pięćdziesięciu żyjących polskich Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata złożyło swe podpisy, pod apelem wystosowanym do rządów, parlamentów i narodów Polski oraz Izraela, nawołującym do powrotu na drogę dialogu i pojednania.

„Nie zgadzamy się na skłócanie Żydów i Polaków. Apelujemy, aby nasze narody budowały przymierze i przyszłość, oparte na przyjaźni, solidarności i prawdzie” – czytamy w dokumencie, który wpłynął do KPRM.

„Nie zgadzamy się na skłócanie Żydów i Polaków. Apelujemy, aby nasze dwa narody połączone blisko 1000-letnią, wspólną historią, budowały w Polsce, Europie, Izraelu i Ameryce przymierze i przyszłość, oparte na przyjaźni, solidarności i prawdzie. My Sprawiedliwi, nosząc w pamięci prawdę o tamtych czasach, prosimy wszystkich o empatię i rozwagę, o wrażliwość przy tworzeniu prawa i odpowiedzialną medialną narrację, o uczciwe i niezależne badania historyczne – gdyż tylko takie służą wyjaśnieniu tego, co wymaga wyjaśnienia – o dialog i serdeczność” – podkreślają sygnatariusze listu.

Jak informuje PAP będzie on przekazany przez ambasadę w Warszawie premierowi Izraela i przewodniczącemu Knesetu. Trafił już do gabinetu premiera Morawieckiego i zostanie przekazany marszałkowi Sejmu Markowi Kuchcińskiemu.

Apel będzie również opublikowany w głównych mediach m.in. w Polsce, Izraelu, Stanach Zjednoczonych, Francji, Niemczech i Wielkiej Brytanii.

Na przełomie roku Ministerstwo Sprawiedliwości poprosiło dziekana Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego o wskazanie kandydata do komisji organizującej egzaminy dla przyszłych komorników. Dziekan zaproponował Bartłomieja Swaczynę, który spełnia wszystkie warunki, by brać udział w pracach tej komisji. Jest on prawnikiem z tytułem dr. hab., specjalistą w zakresie zagadnień związanych z hipoteką, wykłada na UJ i już dwukrotnie był członkiem takiej komisji. Wydawało się więc, że wybór pana Swaczyny jest jak najbardziej słuszny, a jednak po niecałych trzech tygodniach został on odwołany.

Jak mówi Bartłomiej Swaczyna „21 lutego zadzwoniła do mnie dyrektor departamentu, informując, że zostałem odwołany przez pana ministra. Żadnego uzasadnienia (…)  Na pytanie, czy to jedyny sposób poinformowania mnie o decyzji, pani dyrektor odpowiedziała, że dostanę jeszcze zarządzenie ministra”. Na jego miejsce został powołany Czesław Kłak z niepublicznej Rzeszowskiej Szkoły Wyższej, specjalizujący się w prawie karnym i nie mający żadnego związku z postępowaniem egzekucyjnym.

Co ciekawe, nie ma żadnych regulacji prawnych, które pozwalałyby ministerstwu na takie działania. Przepisy mówią tylko o powołaniu komisji co dwa lata, ale nie ma słowa na temat procedury odwołania któregoś z członków. Ministerstwo, w odpowiedzi na zapytanie o podstawy prawne tej decyzji powołało się na Ustawę o komornikach sądowych i egzekucji, która wskazuje jedynie, że „kształtowanie 7-osobowego składu komisji egzaminacyjnej do spraw przeprowadzenia egzaminów konkursowego i komorniczego należy do Ministra Sprawiedliwości”. Bartłomiej Swaczyna ripostuje – „Przepis ustawy wskazuje na jednorazowy akt, zatem swoboda ministra kończy się z chwilą jego dokonania. Natomiast odpowiedź ministerstwa sugeruje, że minister według swojego uznania może zawsze określać skład komisji, także po jej powołaniu”.

Wydaje się, że problemem ministerstwa jest zaangażowanie pana Swaczyny w działalność KOD-u. Jest on członkiem zarządu małopolskiego tego ruchu, brał udział w demonstracjach przeciwko zmianom w sądownictwie, jakie wprowadziło PiS. Wielokrotnie wypowiadał się krytycznie o reformie ministra Ziobry. Danuta Czechmanowska, szefowa małopolskiego oddziału KOD nie ukrywa swojego oburzenia – „Bartłomiej Swaczyna nigdy nie ukrywał swoich poglądów. Reakcja decydentów jest śmieszna, oczywista, banalna i wykonana w stylu tej władzy. Nawet nie postarali się ukryć, że jest to grożenie palcem i ostrzeżenie dla tych, którzy bezkompromisowo i głośno mówią o bezprawnych działaniach obozu rządzącego. Groteskowa twarz władzy – bo Bartłomiej jest lubianym wykładowcą uniwersyteckim.  

Zaskoczony jest też dziekan Wydziału Prawa, profesor Jerzy Pisuliński. „Do tej pory, jeśli ministerstwo miało zastrzeżenia wobec wskazanej przez nas osoby, prosiło o wyłonienie innego kandydata. Takiego pisma w sprawie Bartłomieja Swaczyny nie dostaliśmy”

Cała ta sytuacja świadczy o jednym. Praworządność i sprawiedliwość w dzisiejszej Polsce jest coraz większą fikcją. Sprawa Bartłomieja Swaczyny to kolejny przykład karania obywateli, którzy nie popierają poczynań PiS-u i ostro wyrażają swój sprzeciw wobec łamania zasad demokracji i konstytucji. Wróciły czasy prześladowań za poglądy, które tak świetnie pamiętamy z okresu PRL. Obawiam się, że będzie coraz gorzej…

O premierze Morawieckim pisze Waldemar Mystkowski.

Wydawało się, że Mateusz Morawiecki będzie mniej prowincjonalny, mniej zahukany, niż Beata Szydło, bo jest absolwentem MBA i zna języki obce. Ba, nawet zaliczył epizod w szerokiej ekipie Donalda Tuska, gdzie chciał podrasować karierę. Nie udało się tam, za to wziął go Jarosław Kaczyński, gdyż ten kadr nie ma żadnych.

Morawiecki codziennie daje dowód, iż to polityk w garniturze od Armaniego i w butach od Gucciego, ale słoma wyłazi mu tak, że w oczy kole. Morawiecki zalicza więcej wpadek niż Beata Szydło, którą całkiem trafnie określa wydana dyspozycja dla bezdomnych, aby w mrozy nie wychodzili z domu bez potrzeby. Zdecydowanie gorsze są „rozważania” Morawieckiego o panującym w Polsce ustroju: „demokracja państwa narodowego”.

Dlatego nie bądźmy zdziwieni, iż Morawiecki składa hołd pod pomnikiem kolaborantów nazistowskich – Brygady Świętokrzyskiej. Nie bądźmy zdziwieni, gdy rozmawia z dziennikarzem z „New York Timesa” i pogłębia kryzys dyplomatyczny, o którym mówi cały świat.

Toż to chodzący kryzys, za Morawieckiego będzie płaciła Polska i my, jako obywatele. Gdzie nie otworzy ust, tam zalicza kompromitujace wpadki. Szydło popisywała się logoreą, Morawiecki wpadkami, bo ma luki w wiedzy humanistycznej, o literaturze, kulturze, tradycji. Mogę tylko sobie wyobrazić, jakie używanie mogą mieć unijne elity polityczne w Brukseli, dlatego za pierwszym pobytem dał stamtąd dyla, a za drugim musiał być delikatnie pouczony przez Donalda Tuska.

Morawiecki jest skazany zajmować się nieistotnymi imponderabiliami, przekładając posiedzenia rady ministrów. Rząd w czwartek będzie zajmować się ustawą o odebraniu stopni generalskich członkom WRON Jaruzelskiemu i Kiszczakowi. A także pierwszemu i jedynemu kosmonaucie polskiemu, a będzie nim w podręcznikach pisowskich szeregowy Mirosław Hermaszewski.

Morawieckiemu słoma wystaje ze wszystkiego, szczególnie drażni nieumiejętność posługiwania się językiem polskim. Premier na Twitterze napisał, iż „Dziś 65. rocznica zamordowania przez komunistów gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila”, człowieka, który całe życie poświęcił walce o niepodległość i suwerenność Polski”.

Wynika z tego, iż Fieldorf w okresie międzywojennym poświęcił się walce o niepodległość Polski i mierzył się z Józefem Piłsudskim. Chyba, że Fieldorf walczył… o kolonię dla niepodległej Polski, tj. o Madagaskar (po Beniowskim), który także był rozważany jako zsyłka dla Żydów. Popularnym endeckim hasłem ówczesnych Morawieckich było „Żydzi na Madagaskar”.

Dzięki takim politykom od słomy, jak Morawiecki, ciągle żywy będzie w naszej kulturze Fredro, Bareja, Mrożek. Dzisiaj występuje pilna potrzeba odświeżenia narracyjnej groteski, pokraczności Polski pisowskiej.

PiS zanotowało wyraźny spadek poparcia w najnowszym sondażu pracowni Kantar Public.

PAWŁOWICZ ZAORANA PRZEZ KURSKIEGO :))))

Macierewicz będzie się mścił na Dudzie i Kaczyńskim. On tak ma

Były premier Jan Olszewski twierdzi, że Macierewicz będzie się mścił za zdymisjonowanie.

„Wielka szkoda i przykro, że tak go potraktowano. Antoni Macierewicz może nie wybaczyć prezydentowi Andrzejowi Dudzie dymisji, bo to on stał za tym najpewniej, a Jarosław Kaczyński się na to zgodził” – mówi Olszewski, który jak mało kto zna charakter byłego szefa MON, a także ministra spraw wewnętrznych za czasów, kiedy sam był premierem.

– Myślę, że zbliża się moment krytyczny dla obozu dobrej zmiany. Bez Macierewicza w rządzie obóz dobrej zmiany może się rozpaść – podkreśla w rozmowie z „Super Expressem” byłe premier.

I bardzo dobrze. Niech podła zmiana się rozwala, tlucze nawzajem. Podlecy są przede wszystkim dla Polski.

Macierewicz pozostanie ministrem od Smoleńska.

Maciej Miłosz w „Dzienniku” pisze:

Ale jeszcze ważniejszy był Smoleńsk. Już tydzień po otrzymaniu ministerialnej nominacji minister zapowiedział, że trwają prace nad ponownym zbadaniem katastrofy. Problem polegał na tym, że ta komisja Macierewicza zwyczajnie ośmieszyła. Wacław Berczyński pochwalił się tym, że „wykończył caracale”. Kazimierz Nowaczyk zwoływał konferencje tylko po to, by zaprosić na kolejną konferencję. A za pozyskanym słynnym prawnikiem Luisem Moreno-Ocampo ciągną się związki z ludźmi libijskiego dyktatora Muammara Kadafiego. A co najważniejsze – komisja nie pokazała żadnych przekonujących dowodów na to, że w Smoleńsku faktycznie doszło do zamachu. Trudno oceniać efekty jej pracy inaczej niż jako polityczne bicie piany.

Pozostaje zatem obnażać manipulacje Macierewicza.

Grzegorz Rzeczkowski („Polityka”):

Przypomnijmy więc krótko, dla utrwalenia:

1. Zniszczenie lewego skrzydła tupolewa rzeczywiście nie zaczęło się od zderzenia z brzozą. Samolot już wcześniej, schodząc poniżej bezpiecznej wysokości, niemal dotykając kołami gruntu, ścinał skrzydłami drzewa, co w konsekwencji osłabiło ich konstrukcję.

2. NIE MA dowodów na jakikolwiek wybuch. Wykonane przez polskich specjalistów badania czarnych skrzynek i poszycia samolotu nie stwierdziły ŻADNYCH eksplozji na pokładzie. Nikt, jak na razie, nie przedstawił ekspertyz, które dowiodłyby wybuchu.

3. Nie widać śladów eksplozji skrzydeł na zdjęciach, których w Internecie znaleźć można wiele.

4. Znaleźć za to można zdjęcia pokazujące ścięte – jeszcze przed brzozą – drzewa oraz fragmenty skrzydła wbite w kikut słynnej brzozy, a także fragmenty tejże brzozy wbite w lewe skrzydło tupolewa.

5. BRZOZA NIE BYŁA PANCERNA. Samolot ściął ją skrzydłem, ale jednocześnie pod wpływem OGROMNYCH sił, które na nie oddziaływały, doszło do oderwania końcówki tego skrzydła.

6. Bardziej dociekliwym polecam wywiad z prof. Bohdanem Jancelewiczem, który posiłkując się prawami fizyki, krok po kroku wyjaśnia, jak doszło do tego, że prezydencki tupolew roztrzaskał się o ziemię.

Prof. Paweł Artymowicz obnaża sektę Macierewicza.

Religia smoleńska A. Macierewicza ma szalenie ciekawą, acz mało znaną historię, która z coraz większym mozołem toczy się pod górkę zaufania jego wyborców.

Antoni Macierewicz był przed katastrofą smoleńską posłem obchodzonym z daleka przez znaczną większość polityków – skompromitowanym szantażystą teczkowym, nieudolnym likwidatorem WSI dekonspirującym polsko-amerykańskie tajne operacje. Wg znajomego fotografa, przemykał cichcem pod ścianami sejmu. Lecz oto następuje 10.04.10 a z nim wielka szansa.

Pan Antoni jest w Smoleńsku. Co robi były policmajster? Chyłkiem umyka z miejsca tzw. później ‚największej zbrodni’, pozostawiając Lecha w błocie. Nawet nie fatyguje się na lotnisko Siewiernyj zobaczyć co się stało, zrobić zdjęcia, cokolwiek! – jak to robią inni. Wsiada do pociągu do Wwy, po zjedzeniu obiadu. Wkrótce jednak obiecuje udowodnić, że ten wypadek to Zamach. Ktoś podsuwa Kaczyńskiemu do wierzenia bajkę o pancernym tupolewie i wycince nim lasów, a AM zakłada klub zamachizmu „ZP”, nur für PiS. Robi z katastrofy obrzydliwy cyrk i taniec na trumnach, cynicznie zwierzając się z tego później niektórym (np. generałowi Pytlowi „pan rozumie, ze ‚zamach’ to tylko takie polityczne narzędzie”, a innemu znajomemu „myślisz, że po co ja z siebie durnia robię? tego wymaga mój elektorat”).

Tylko nie może biedak znaleźć ekspertów, którzy by poparli jego polityczny plan, firmując go swymi znanymi nazwiskami (tak było od 2010 do dziś; namawiani byli za władzy PiS profesorowie PAN, ale nie chcieli; może poza jednym, ale ten był już tam wcześniej i niedawno gdzieś się zapodział – trzeba wiedzieć, że grupirowka AM ostatnio gubiła na dosłownie każdym zakręcie członków). Po roku zgłasza się kilku niewydarzonych pomocników, w większości to tzw. idioci techniczni, blogerzy z salonu24. Nie rozumieją dlaczego samolot lata, za to są sprawni we wkręcaniu się na zebrania założycielskie egzekutywy AM+KaNo. Rexturbo w salonie24 określa jednego z nich, arch. M. Dąbrowskiego, jako faceta o wyglądzie i manierach esbeka, po czym sam zachowuje się podobnie w stosunku do M. Jaworskiego. Jedni są z kraju, inni to emigranci. Najużyteczniejszy jest Binenda, mąż polityk polonijnej, która, jak jest spotkanie godzinne z polonią, to oddaje mu mikrofon na 20 minut żeby „poudowadniał” trochę, a resztę czasu bryluje sama, kładąc znak równości między wypadkiem komunikacyjnym (jak już wtedy z badań prawdziwych komisji badania wypadków lotniczych wiadomo) a Katyniem. Przydają się Nowaczyk i Szuladziński, chociaż nie umieją obsłużyć skypa. Gubią się podczas „telemostu” w sejmie, gdy dzwoni użytkownik „putin”. Na spotkaniu Kaczyński pod wpływem monotonnego Nowaczyka zasypia.

Oszukując ciemną masę, jak mawia Kurski (ten dobijający chorą stację TVP), czyli swoich własnych wyborców, Macierewicz nazywa trzech pomocników z zagranicznymi adresami wielkimi naukowcami z zagranicy, wybitymi konstruktorami itd. W istocie to osoby tak słabo wykształcone, że nie mają pojęcia co to jest, ani nawet jak się wymawia słowo aerodynamika albo „równanie Navier-Stokes’a”. Nie umieją wykonać żadnych poprawnych obliczeń inżynieryjnych dotyczących katastrofy, gdyż mają naprawdę niewielkie pojęcie o obliczeniach numerycznych, budowie skrzydeł, modelach materiałowych drewna, regułach lotnictwa, nawigacji, awionice, pilotażu, a ich wiedza fizyczna w kraju niedemokratycznym zaowocowałaby czteroletnim przymusowym dokształcaniem. Z rozpędu także chyba do „amerykańskich ekspertów” zaliczają blogera, dawniej fizyka, M. Jaworskiego (d. nick kaczazupa). Oszustwo miało właśnie polegać m.in. na tym, że odbiorca pisowski nie ma wykształcenia, za granicą – zwłaszcza na uczelni – nie bywał, więc nie połapie się, że ci zagraniczni to żadni słynni naukowcy ani inżynierowie. Ta obłuda udaje się świetnie, a w internecie polskim pojawia sie dwóch ‚naczelnych konstruktorów BEinga’ i jeden z ‚NASA’, który rozwiązał problem katastrofy shuttle’a. NASA na swych stronach milczy o tym.

Są niestety problemy z niektórymi pryncypialnymi, uczciwymi pomocnikami, którzy widząc niezachowanie nawet pozorów solidności i uczciwości intelektualnej w „badaniach”, decydują się opuścić zespół (Jaworski, Czachor). Dosłownie pięć osób, wykorzystując nie mające często wiele wspólnego z profesjonalizmem media w Polsce, i prymitywną socjotechnikę, skupia na sobie parę razy na miesiąc uwagę całego kraju. Macierewicz jest bardzo chętnie zapraszany, szokuje, poprawia oglądalność. Kiedy botanik drzew Cieszewski z jakiegoś miasta lub lasu w stanie Georgia w USA udowadnia, jak to mawia AM „niezbicie”, że brzoza smoleńska, na której tupolew PLF 101 stracił skrzydło nie istniała, że była złamana już wcześniej, że została przestawiona w nocy, czy coś równie absurdalnego, to durne media dają mu drogi czas antenowy przez pół dnia. Nasz Dziennik ojca dyrektora Rydzyka wspiera jednak wyprawę do Smoleńska, która sprawdza i natychmiast obala kretyńskie teorie. Pień brzozy stoi tam bowiem nadal i każdy kogo stać na bilet kolejowy może sobie jej położenie wyznaczać do woli. Za tę bezczelność, uczestnicy niesankcjonowanej przez Macierewicza wyprawy, w tym zaufani Rydzyka, otrzymują z ust guru sekty miano ‚rosyjskich agentów’, o czym opowiadają mi w kuluarach konferencji inżynierii lotniczej Mechanics of Aviation XVI w 2014 r. (do tej pory nie rozumiem mechanizmu politycznego tego incydentu, z udziałem słuchacza Antoniego radia Maryja).

Cyrk w sejmie trwa na całego, na podobnych zasadach, latami. Mija r. 2013, 2014, 2015. Za stołem prezydium zespołu Macierewicza zasiada co miesiąc pan P.Z.P.R. Piotrowicz, na widowni m.in. garstka wdów smoleńskich, robiących bezwstydnie błyskawiczną karierę polityczną w sejmie. Na ekranach i na sali przewija się w kółko krótki, lecz jakże barwny korowód. Nie braknie specjalisty od spawania podwodnego i od gęstego betonu, od wózków kopalnianych i domków jednorodzinnych, a nawet wynalazcy urządzenia do usuwania piegów z Danii. Do uczestnictwa w ZP (Zamachowym Przekręcie) wiedza fachowa w zakresie badania wypadków lotniczych jest kompletnie zbyteczna, bo barany-wyborcy PiS tak czy inaczej wierzą w Zamach, zanim jego obowiązujące tymczasowo szczegóły zostaną omówione. Dochodzi też do przestępstw ściganych kodeksem karnym. Macierewicz daje 9.04.13 do ręki swemu współpracownikowi prof. Rońdzie sensacyjne (sfałszowane) materiały dowodowe w toczącej się sprawie śmierci 96 osób. Po programie, a dokładniej po debacie ze mną i red. Kraśko, Macierewicz odbiera je Rońdzie. Rońda przyznaje się do tego w prokuraturze, a po pół roku ujawnia w TV Trwam, że łgał w TVP; to był „blef”. Ale Antoni jest chroniony w RPIII jakąś carte blanche. Nikt go o sprawę nawet nie pyta: ma wolne pole do PO-PiSu.

Prawie nikt, poza oczywiście byłymi członkami komisji Millera (ale o prawdziwych fachowcach nie będę tu mówił) nie garnie się też, by zaprzeczać oczywistym herezjom techniczno-naukowym jego ludzi. Liczba osób podających się za inżynierów jest w Polsce bardzo duża, ale tylko 1% z nich coś umie na poziomie absolwenta dobrej zachodniej uczelni. Poza tym sorry, taki mamy klimat, że ten 1% też nie garnie się by narażać się pisowcom, dając fachową ocenę wypadku smoleńskiego. Przewidują co stanie się, kiedy tamci przejmą władzę. Tę taktykę chowania się obierają pierwsi gremialnie i to zaraz po 10.04.10 niemal wszyscy piloci polscy, którzy w LOT rozumieją co się stało i dlaczego. Albowiem wiedzą ze słyszenia, jak skandaliczny burdel panował w 36. SPLT na Okęciu przed katastrofą. Ale nie tylko tam, w całych siłach powietrznych. Była przecież w tym tanim i źle zarządzanym lotnictwie wojskowym bardzo podobna co do przyczyn do smoleńskiej, katastrofa dużego samolotu CASA296 nabitego generałami, na podejściu do nie wyposażonego w ILS lotniska w Mirosławcu. W złej widoczności, w chmurach i mgle, w r. 2008.

Trwają polityczne miesięczniczki oraz synchroniczna, seryjna produkcja coraz bardziej wybrakowanych i dziwacznych pomysłów na zamach. Samolot przegubowy, końcówki skrzydła latające jak bumerangi, biniendoloty pancerne do lądowania do góry kołami, mikrowybuchy, makrowybuchy, puszki po piwie, parówki z trotylem, mały kąt natarcia, gaśnica z nitrogliceryną i bomba paliwowa odpalona na końcu wrakowiska gdzie był pożar. Inteligentni pomocnicy ZP Macierewicza odeszli, a lepszych koncepcji NIET, chociaż czasami uśmiecha się szczęście. Udaje się ściągnąć z rosyjskiego forum zmanipulowane zdjęcie skrzydła (o czym Binienda wie, lecz pokazuje dalej, zupełnie tak jak wiedział o 130-metrowym locie koncówki skrzydła DC-7, przeczącym jego 12 metrom, i manipulował dalej). Za każdym razem przedstawiane są przez naczelnego kłamcę jako nowa i znów jakoby niepoważalna Prawda (po tym, jak wszystkie poprzednie są bez wysiłku obalane i ośmieszane m.in. w salonie24 przez blogerów technicznych: paes64, ford prefect, andrzejmat, flyga, (od pocz. 2013) M Jaworski, wywczas, nudna teoria, soundamator, zenon8228, syzyf, klimentowski, józef moneta, pdurys, wotur, jerzyk07, bufon, mirobart, maniek, cheshire cat, wadams i you-know-who.

w 2016 r. ZP zmienia nazwę na Podkomisja Komisji i zaczyna hodować blaszane ptaki. Budują też na klepisku szopę z namalowanymi oknami i drzwiami, lecz coś musi być z nią nie tak, bo ją wysadzają w powietrze. Następny milion do kieszeni. I następny przekręt: WAT robi badania w tunelu aerodynamicznym, wskazujące, choć cichym głosikiem, żeby nie stracić pracy, że w Smoleńsku obrót samolotu był nieunikniony po stracie skrzydła. Podkomisja dopisuje to tego swoje dokładnie odwrotne wnioski końcowe i staje w siódmą rocznicę wypadku w szranki z wytwórnią Walta Disneya na spektaklu, gdzie mundurowi bez honoru klaszczą podkomisjantom bez mózgu. Prapremierę strasznego filmu z wysadzania szopy kończą pytaniem do publiczności: czy tak było w Smoleńsku? Sami nic nie potrafią ustalić. Liczba baranów/zamachistów pisowskich po początkowym stałym przyroście spowodowanym w latach 2010-2014 kompletnym brakiem reakcji państwa polskiego tj. rządu Tuska, spada teraz jednak gwałtownie, do minimalnego poziomu twardego elektoratu Macierewicza i Kaczyńskiego, w sumie rzędu 20% wyborców. Dlaczego? Bynajmniej nie głównie ze względu na działanie za późno utworzonego Zespołu Laska (d.s. wyjaśniania publiczności istoty katastrofy i raportu KBWLLP), który pani Broszka dostaje polecenie natychmiast skasować i pozamiatać po nim ślady w sieci, w ramach dobrej zmiany. Przyczyna była inna.

Otóż wszyscy, a głównie jego baza, oczekiwali od p. Antoniego po wygraniu przez PiS władzy totalnej (dzięki cwanemu ukryciu go w szafie na czas wyborów, co drugi raz się nie uda), zapowiadanych latami DOWODÓW ZAMACHU. Przecież dziesiątki razy twierdził, że poprzednie fachowe śledztwa były sfałszowane, że wina Tuska, że ukryto dowody na zamach (nazywany eufemistycznie wpływem osób trzecich lub wybuchem). Po przejęciu MON powłamywał się nocą do jednych biur, a z innych kazał przynieść na biurko wszystkie dosłownie owe dokumenty lub ich kopie. A tu mija rok, mijają dwa lata i… nic. Po takim czasie oczekiwania nawet barany zaczynają coś kojarzyć. Dociera już do połowy z nich, że Macierewicz zrobił przekręt, że dowodów nie będzie i nigdy nie było. Co gorsza, zaczyna się konflikt między @-z-brzytwą a innymi figurami PiS, związany z drobną pomyłką Macierewicza. Sądził, że to on jest prezydentem a Duda jego podwładnym, takim jak np. pani Szydło. (Dla przypomnienia: premier rady ministrów, która nie miała najmniejszego wpływu na państwo-w-państwie MON. Już wymieniona.) Kaczyński udaje że wszystko jest cool, ale tai swoje uprzedzenie do Antka za większą popularność na wiecach. W dodatku dziwne rzeczy dzieją się z pieniędzmi w spółkach zbrojeniowych, kontrakty są kasowane a żadne nowe nie realizowane i ogólnie w korytarzach MON zaczyna roznosić się niepokojący zapach.

I oto w tym tygodniu, w końcu, układ gwiazd (i to co interesujące gwiazd wyłącznie reżimowych, jako że o opozycji w kraju można mówić raczej tylko umownie) w końcu sprzyja wielkiemu karambolowi. Macierewicz, dotąd wybitny lecz tylko teoretyk latania, otrzymuje niespodziewanie unikalną możliwość empirycznej weryfikacji swej teorii lotu: dostaje silnego kopa i lotem balistycznym opuszcza ministerstwo, w którym się już tak zadomowił, że hodował tam swoje Misie. I teraz zobaczymy, na ile sprawdzą się kretyńskie teorie o 12-metrowym locie dużych fragmentów, autorstwa jego ‚głównych konstruktów BEinga’, tj. jak daleko pan Antoni doleci i gdzie tak naprawdę wyląduje. Na razie od paru dni ciągle szybuje w nieważkości, a na ziemi w sejmie trwają bardzo niespieszne poszukiwania jakieś roboty zastępczej dla niego. Bon voyage i miękkiego lądowania.

Prezes Pis dał dużo sygnałów, że powoli rzuca religię smoleńską, która dobrze służyła aż się zużyła i przeszkadza w zbliżającej się kampanii wyborczej. Wybuchowa teoria dziejów będzie jeszcze przepychana 10.04.18 resztką sił przez ekspertów-inaczej z udziałem byłego strażaka z Anglii, który na starość zajął się pod wpływem blogera s24 M Dąbrowskiego klejeniem za polskie grosiki skrzydeł z papieru i darciem ich (z parówkami w środku i puszką piwa?). Ale nie wiem czy ten teatr kukiełkowy po odejściu Wielkiego Animatora ktoś będzie oglądał. Będziecie?

11.01.18 trzeba w końcu coś ogłosić nt. miejsca lądowania wraku politycznego zastępcy sekretarza generalnego PiS. Opuszczony przez kolegów zwlekających z propozycją jakieś lepiej utytułowanej pozycji zastępczej lub propozycji uczciwszej pracy, poseł Macierewicz nadaje sobie (zawiadamiając nowego ministra) znaczący mniej niż nic tytuł przewodniczącego swej własnej podkomisji komisji KBWLLP, którą i tak zawsze sterował ręcznie. Ma pewien problem, bo tak zmienił prawo lotnicze, że teraz musi się najpierw przyjąć sam do KBWLLP… a to wbrew prawu. Najwyżej powie, że pracuje społecznie. Do kwietnia popilnuje pod-teatrzyk. Później inny ochłap – wicemarszałek (nawet nie marszałek). Antoni Macierewicz wchodzi w buty obecnego przewodniczącego podkomisji, b. wiecznego adjunkta Kazimierza Nowaczyka, wyrzuconego z uniwersytetu Maryland za manipulacje z udziałem AM. O takim awansie Antoni chyba nawet nie marzył. Spieszę z gratulacjami i czekam na jego dalsze występki.

PRZED NAMI BITWA O FRASYNIUKA. PROKURATURA WYCIĄGA PO NIEGO SWOJE PISOWSKIE ŁAPSKA.

Post Navigation