Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Jan Rulewski”

Policja polityczna, pisowska czerezwyczajka

Do akcji rzucono tysiące policjantów, w tym setki tajniaków, ścigających najgroźniejszych przestępców. Raportowali o każdym kroku manifestujących przeciw pisowskim ustawom o sądach. Dotarliśmy do dokumentów z policyjnej akcji „Rekonesans”. Bianka Mikołajewska: To jeden z moich tekstów w OKO.press, z których jestem najbardziej dumna

Policja polityczna. Operacja „Rekonesans” – setki tajniaków śledziły manifestujących

OKO.press dotarło do dokumentów z policyjnej akcji zabezpieczenia ubiegłorocznych protestów przeciwko pisowskim ustawom o sądach. Do akcji rzucono tysiące policjantów, w tym setki tajniaków, ścigających najgroźniejszych przestępców. Raportowali o każdym kroku manifestujących. Zwłaszcza opozycji pozaparlamentarnej i parlamentarnej oraz młodzieży


Z dokumentów, do których dotarliśmy, wyłania się dość ponury obraz policji i państwa, któremu służy. Latem 2017 roku, podczas pokojowych (początkowo wręcz piknikowych) protestów przeciwko pisowskim ustawom o sądach, bez wyraźnego powodu, odciągnięto od codziennych zadań tysiące funkcjonariuszy z całej Polski i kazano pilnować parlamentu, Pałacu Prezydenckiego i TVP.

Do rzekomo wyłącznie prewencyjnej akcji rzucono setki tajniaków, m.in. z pionów kryminalnych – na co dzień ścigających morderców, handlarzy narkotyków i złodziei. I kazano im „objąć nadzorem” uczestników manifestacji, ale także osoby nieuczestniczące w protestach. W niektórych przypadkach była to klasyczna policyjna obserwacja – jaką wolno stosować tylko wobec przestępców. Policjanci raportowali o każdym kroku „nadzorowanych” i „obserwowanych”, na siłę szukając zagrożeń, które uzasadniałyby ich zaangażowanie w tę przedziwną akcję. Czasami przybierało to formy komiczne, wręcz groteskowe (patrz meldunki na ilustracjach). Nie zmienia to jednak ponurego obrazu całej akcji.

Dziś ujawniamy, jak wyglądały policyjna operacja „Sejm” i podoperacja „Rekonesans”. Już wkrótce:

  • jak zlecono obserwację młodzieży sprzeciwiającej się dewastacji polskiego systemu prawnego i
  •  jak śledzono pozaparlamentarną opozycję.   

Operacja kryptonim „Sejm”

Dokumenty z operacji zabezpieczenia ubiegłorocznych protestów znaleźliśmy w aktach sprawy sądowej, którą wytoczyli policji Ryszard Petru, były szef Nowoczesnej, i jego następczyni – Katarzyna Lubnauer. Politycy chcą, by sąd zakazał policji inwigilowania ich. Pozew złożyli latem 2017 roku – wkrótce po tym, jak „Gazeta Wyborcza” opublikowała artykuł „Policja inwigiluje Obywateli RP i posła Ryszarda Petru” i nagrania rozmów funkcjonariuszy, którzy śledzili ich 21 lipca 2017 roku.

Jak potwierdziła później Komenda Stołeczna Policji, były to skompilowane fragmenty rozmów funkcjonariuszy uczestniczących w operacji kryptonim „Sejm”. Jej celem miało być zabezpieczenie zgromadzeń, które odbywały się w centrum Warszawy od 16 do 21 lipca 2017 roku.

Na wniosek Petru i Lubnauer, reprezentująca w procesie policję Prokuratoria Generalna RP przesłała do sądu setki stron policyjnych planów działania, raportów z operacji, meldunków, notatek służbowych, itd.

Z dokumentów wynika, że operację „Sejm” zarządził komendant stołeczny policji Rafał Kubicki i on też był jej dowódcą. Trzy miesiące później Kubicki pożegnał się z funkcją komendanta (po pół roku jej sprawowania). Jak podawało radio RMF, „zgubiły go zbyt wybujałe ambicje”. Według „Super Expressu”, był pewny, że zostanie szefem całej policji i „chwalił się, że ma za sobą polityczne poparcie”.

16 lipca 2017 roku, w zatwierdzonym przez Kubickiego „Planie działania dowódcy operacji pod krypt. »Sejm«”, napisano, że „brak jest jednoznacznych, potwierdzonych informacji na temat zagrożeń mogących wystąpić podczas planowanego zabezpieczenia”. Jednak „biorąc pod uwagę dotychczasowe doświadczenie w zabezpieczaniu podobnych przedsięwzięć, należy się liczyć z możliwością zakłócenia bezpieczeństwa i porządku publicznego (…)”.

To wystarczyło, by zarządzić gigantyczną operację, z udziałem tysięcy policjantów, w tym setek tajniaków.

Tysiące policjantów, setki tajniaków

Do udziału w operacji kryptonim „Sejm” zaangażowano etatowy i nieetatowy oddział prewencji, policjantów z większości wydziałów KSP i z warszawskich komend rejonowych, a także – codziennie – setki funkcjonariuszy z wielu innych miast z całej Polski. Z raportu podsumowującego tę operację wynika, że

  • 16 lipca 2017 roku brało w niej łącznie udział 1300 policjantów,
  • 17 lipca – 611 policjantów,
  • 18 lipca – 2194,
  • 19 lipca – 2218,
  • 20 lipca – 2341
  • i 21 lipca – 2337.

Operację podzielono na kilka podoperacji.

Policjanci uczestniczący w podoperacji kryptonim „Śródmieście” odpowiadali za zabezpieczenie okolic parlamentu, Pałacu Prezydenckiego, Sądu Najwyższego i budynku TVP przy Pl. Powstańców Warszawy oraz za „niedopuszczenie do [ich] zablokowania lub okupacji”;

  • „Mokotów” – za zabezpieczenie gmachu TVP przy ul. Woronicza;
  • „Proces” – za gromadzenie dokumentacji procesowej i koordynację osadzania osób zatrzymanych,
  •  „Droga” – za zapewnienie bezpieczeństwa ruchu w rejonach protestów,
  • „Odwód” – za wsparcie w przypadku nieprzewidzianych zdarzeń,
  • „Rekonesans” – za „zabezpieczenie operacyjne prowadzonych działań”.

W co najmniej dwóch z tych podoperacji – „Śródmieściu” i „Rekonesansie” – uczestniczyli funkcjonariusze po cywilnemu, czyli po prostu tajniacy.

To w ramach podoperacji „Śródmieście” działali policjanci, którzy 21 lipca 2017 roku śledzili w centrum Warszawy Obywateli RP i Ryszarda Petru. Według wyjaśnień przesłanych w tej sprawie do sądu przez Prokuratorię Generalną, w akcji tej uczestniczyli głównie funkcjonariusze Wydziału Wywiadowczo-Patrolowego KSP (na nagraniach ujawnionych przez „Gazetę Wyborczą” zarejestrowano głosy dziewięciorga). Komórka ta powstała, by zwalczać „najbardziej uciążliwe społecznie przestępstwa pospolite” (kradzieże aut, rozboje, napady, pobicia, kradzieże kieszonkowe) i zatrzymywać ich sprawców na gorącym uczynku.

Z dokumentów dotyczących operacji „Sejm” wynika, że samego tylko 21 lipca na ulice stolicy wysłano 48 nieoznakowanych radiowozów, których załogi stanowili nieumundurowani funkcjonariusze właśnie z Wydziału Wywiadowczo-Patrolowego oraz Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego KSP, Zespołu Antykonfliktowego Policji i Oddziału Prewencji Policji w Warszawie (co najmniej po dwóch w radiowozie).

W pozostałych dniach operacji liczba funkcjonariuszy po cywilnemu była podobna.

„Rekonesans” wśród protestujących

Ale to nie koniec. Do udziału w operacji „Sejm”, w ramach podoperacji „Rekonesans” skierowano bowiem również policjantów kryminalnych, na co dzień ścigających najgroźniejszych przestępców. I oczywiście także pracujących po cywilnemu.

Według dokumentów, do których dotarliśmy, w „Rekonesansie” uczestniczyli funkcjonariusze z wydziałów:

  • do walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw,
  • do walki z Przestępczością Gospodarczą,
  • do walki z Przestępczością Narkotykową,
  • do walki z Cyberprzestępczością,
  • ds. Odzyskiwania Mienia,
  • do walki z Przestępczością Samochodową,
  • do walki z Korupcją,
  • Wywiadu Kryminalnego,
  • i z Wydziału Kryminalnego.

To policyjna elita, specjaliści w swoich dziedzinach, często z wieloletnim stażem i ogromnym doświadczeniem.

W „Rekonesansie” od 16 do 21 lipca 2017 roku pracowali na okrągło całą dobę, na trzy zmiany – od kilku do kilkudziesięciu osób w jednej zmianie. Największą mobilizację zarządzono w pierwszym i ostatnim dniu podoperacji. 16 lipca brało w niej udział 48 policjantów z pionów kryminalnych i dodatkowo, jako wsparcie, 20 z Wydziału Wywiadowczo-Patrolowego, a 21 lipca – 54 policjantów kryminalnych.

W meldunkach do sztabu policjanci z „Rekonesansu” raportowali, gdzie gromadzą się manifestujący przeciwko pisowskim ustawom o sądach i ilu ich jest. Meldowali, jakie hasła wznoszą protestujący, a także jakie mają flagi i transparenty. Informowali dowództwo, kto przemawia ze sceny i co mówi. Na przykład:

  • 16 lipca o 23:23 „Rekonesans zgłasza, że osoby w pochodzie krzyczą »Solidarność naszą bronią«”.
  • 19 lipca o 23:29 „Rekonesans: ze sceny padło hasło palenia światełek zarówno przed Sejmem jak i przed Pałacem Prezydenckim. Zachęca się do udziału w proteście”.
  • 18 lipca o 23:51 sztab dostaje meldunek: „Rekonesans – pan Borusewicz – hasło – siedziałem i będę siedział (ze sceny)”.

To do funkcjonariuszy z „Rekonesansu” kierowano rozkazy ze sztabu, by nasłuchiwali ze sceny lub podsłuchiwali w tłumie, jakie plany mają protestujący.

  • 16 lipca o 22:16 „35701 prosi Rekonesans o podsłuchiwanie, czy padną hasła na temat rozwoju dalszego sytuacji”.
  • 20 lipca o 18:46 „35701 [zaleca] zadaniować Rekonesans celem ustalenia czy pojawią się głosy wśród zgromadzenia żeby przemieszczać się pod Pałac Prezydencki”.
  • 20 lipca o 21:45 „87001 [zgłasza] Piękna ok. 100 wystawione siły na razie spokój, Rekonesans – podejść pod squot [grupę młodzieży ze squatu Syrena – przyp. red.] aby słyszeć ich zamiary”.

„Część tych działań – jak np. odnotowywanie haseł z transparentów czy osób przemawiających ze sceny – w ogóle nie jest zadaniem policji. Część mogła z powodzeniem realizować prewencja, w znacznie mniejszej liczbie. Z praktycznego punktu widzenia, wykorzystanie policjantów operacyjnych do tej akcji miało sens tylko, gdy protestujący chcieli zablokować Sejm. I rzeczywiście bardzo sprawnie zbierali informacje o posunięciach osób blokujących” – mówi emerytowany od niedawna policjant z KSP.

Kasprzak pod obserwacją. Inni Obywatele RP, OSA, squattersi i Frasyniuk pod nadzorem

Ale policjanci „Rekonesansu” i inni tajniacy uczestniczący w operacji kryptonim „Sejm” mieli także inne zadanie do wykonania – obserwować/nadzorować/monitorować wybranych uczestników protestów.

Zagadką jest natura i podstawa prawna tych działań.

W meldunkach pojawiają się informacje o „zabezpieczeniu operacyjnym” i „informacji operacyjnej”. A także o „poleceniu objęcia obserwacją”.

  • 18 lipca o godzinie 8:39 „35 801 zgłasza ok. 10 osób przy KODZIE, 20-25 osób przy namiotach Obywateli RP, przekazano do zabezpieczenia operacyjnego do Rekonesansu”.
  • 20 lipca o godzinie 19:15 „Rekonesans zgłasza telefonicznie, że z informacji operacyjnej wynika, że ze squatu Syrena ma być najście na Sejm, przekazano 35 704”.
  • 17 lipca, o godzinie 10:20 „Z polecenia Dowódcy Podoperacji REKONESANS załoga 102 otrzymała polecenie objęcia obserwacją jednego z liderów KOD [w rzeczywistości Obywateli RP – przyp. red.] Pawła Kasprzaka i jego otoczenia w okolicy Sejmu z uwagi na mogące wystąpić potencjalne zagrożenia z ich strony”.

Zleceń obserwacji było więcej – napiszemy o tym na OKO.press już wkrótce.

Zgodnie z ustawą o Policji, czynności operacyjno-rozpoznawcze (należy do nich m.in. obserwacja) można prowadzić tylko „w celu rozpoznawania, zapobiegania i wykrywania przestępstw i wykroczeń, poszukiwania osób ukrywających się przed organami ścigania lub wymiarem sprawiedliwości, poszukiwania osób, które na skutek wystąpienia zdarzenia uniemożliwiającego ustalenie miejsca ich pobytu należy znaleźć w celu ochrony ich życia, zdrowia lub wolności”. Żadna z tych przesłanek nie odnosiła się do sytuacji opisanych w cytowanych wyżej meldunkach.

W meldunkach z operacji „Sejm” jest też wielokrotnie mowa o objęciu różnych osób „nadzorem” lub „monitorowaniu” ich. Prośby o „objęcie nadzorem” kierowane są zwykle do policjantów z „Rekonesansu”, ale też i „Rekonesans” z własnej inicjatywy zgłasza, że ma kogoś „pod nadzorem”.

Kim najbardziej interesowali się tajniacy? W meldunkach dotyczących „nadzorowania”, ale także w ogóle w meldunkach z operacji „Sejm”, najczęściej wymieniani są Obywatele RP – jako grupa (łącznie co najmniej 57 razy) i poszczególni działacze ruchu m.in. Paweł Kasprzak nazywany czasem Kacprzakiem (59 razy), Wojciech Kinasiewicz (49), Tadeusz Jakrzewski nazywany również Jakszewskim (16). Często pada również nazwa OSA (Obywatele Solidarnie w Akcji) oraz nazwiska jej aktywistów Arkadiusza Szczurka (12) i Macieja Bajkowskiego (15).

Przykłady?

  • 18 lipca o 10:17 sztab odnotowuje meldunek: „35 801 pan Szczurek i Bajkowski odjeżdżają, pod nadzorem”.
  • 20 lipca o 15:31: „35 704 pan Kinasiewicz idzie w kierunku Placu Trzech Krzyży wzdłuż wypłotowania, przekazano do Rekonesansu w celu objęcia nadzorem”.
  • 21 lipca o 13:56 „Sztab przekazał, że do kawiarni przy ul. Wiejska 12a wszedł Wojciech Kiniasiewicz i zlecił objęcie go nadzorem. Zlecono załodze nr 102. Załoga przekazała, że na miejscu jest załoga WWP KSP, która już objęła nadzorem przedmiotowy adres”.

Z dokumentów operacji „Sejm” wynika, że przez kilka dni śledzono właściwie każdy krok liderów opozycji pozaparlamentarnej – i to nie tylko w rejonie zgromadzeń, które miała zabezpieczać policja. O tym, jak to wyglądało, także napiszemy na OKO.press w najbliższych dniach.

Policjanci meldowali również o pojawieniu się różnych polityków partii opozycyjnych i byłych działaczy opozycji. Ale „nadzorować” polecili tylko Władysława Frasyniuka.

  • 21 lipca o 1:14 w nocy policjanci meldują: „Info, ze sztabu 208 że na ul. Frascati 1 pan Frasyniuk zebrał się wraz ze swoim sztabem – objąć nadzorem – przekazano do załogi”.

Zbiorowym bohaterem meldunków są też mieszkańcy warszawskiego squatu Syrena i inni młodzi lewicowcy, którzy brali udział w protestach przeciwko niszczeniu sądownictwa przez PiS, grupowo nazywani przez policję „squatterami”.

  • 20 lipca o 22:31 policjanci biorący udział w operacji zabezpieczania Sejmu dostają „Info ze sztabu 208, że grupa squattersów ma być objęta bezpośrednim nadzorem”.
  • 21 lipca o 21:11 meldują: „Rekonesans grupa squat w całości w parku pod nadzorem Rekonesansu”.
  • A tego samego dnia o 22:45 – „35704 wśród zgromadzonych 6 czarnych flag czyli squat pod nadzorem Rekonesansu”.

Obserwacja, czyli nadzór, nadzór, czyli zapewnienie bezpieczeństwa

Komenda Stołeczna Policji, w o odpowiedzi na szereg szczegółowych pytań OKO.press dotyczących obserwacji i nadzoru podczas operacji „Sejm”, przesłała tylko krótkie stanowisko. Rzecznik KSP, kom. Sylwester Marczak napisał, że „z uwagi na trwające w powyższej sprawie czynności, do ich zakończenia [KSP] nie będzie udzielać komentarza”.

Zapewnił jednak, że „przy działaniach związanych z zabezpieczeniem zgromadzeń nie ma mowy o działaniach o charakterze operacyjnym” i że tak też było podczas operacji „Sejm”.

W dokumentów, do których dotarliśmy wynika, że w ubiegłym roku, gdy wybuchła afera z nagraniami ujawnionymi przez „Gazetę Wyborczą”, a Ryszard Petru i Obywatele RP zarzucili policji, że stosowała wobec nich obserwację, dowódca podoperacji „Rekonesans”, nadkom. Hubert Pełka napisał szybko kilka notatek służbowych. Wyjaśniał w nich, że:

  • jego ludzie nie prowadzili czynności operacyjnych,
  • „zabezpieczenie operacyjne” polega tylko na tym że „funkcjonariusze biorący udział w zabezpieczeniu są funkcjonariuszami pionów kryminalnych i występują w ubraniu cywilnym jak do codziennej służby”,
  • słowo „obserwacja” zostało użyte w meldunkach i rozkazach omyłkowo. Obserwacja, którą prowadzono nie oznaczała czynności opisanej w „Zarządzeniu nr PF-634 Komendanta Głównego policji z dnia 30 czerwca 2006 roku w sprawie metod i form wykonywania przez Policję czynności operacyjno-rozpoznawczych”. Faktycznie chodziło po prostu o nadzór nad wymienianymi w meldunkach osobami,
  • nadzór zaś miał na celu „zapewnienie bezpieczeństwa” osobom wymienianym w meldunkach i „identyfikowanie zagrożeń” dla tych osób oraz zagrożeń z ich strony.

Pełka zapewnił też, że podczas przeprowadzanych odpraw załóg „Rekonesansu” „nie były wydawane żadne polecenia dotyczące objęcia nadzorem konkretnych osób”. Policjantom kazano po prostu ogólnie zwracać uwagę na osoby publiczne. Nie wyjaśnił, skąd wśród policjantów tak świetna znajomość i umiejętność rozpoznawania polityków, byłych działaczy podziemnej opozycji i aktywistów obecnej opozycji pozaparlamentarnej, np. takich jak działacze OSY – Arkadiusz Szczurek i Maciej Bajkowski, którzy prawie nie występują w mediach.

Informacja z FB: Wałęsa jedzie do Warszawy. Polecono nadzorować

Policjanci z „Rekonesansu” nadzorowali jednak nie tylko tych, którzy uczestniczyli z protestach przeciwko niszczeniu sądownictwa, ale także tych którzy dopiero mogli do nich dołączyć.

Jak wspomnieliśmy wcześniej, do udziału w podoperacji oddelegowano m.in. kilku funkcjonariuszy z Wydziału do walki z Cyberprzestępczością KSP. To komórka, która ściga m.in. sprawców ataków hakerskich, ataków przy pomocy złośliwego oprogramowania, szantaży ransomware (blokowanie dysków do czasu wpłacenia „wykupnego”), sieciowych złodziei tożsamości itp.

Podczas protestów w lipcu 2017 roku policjanci z WCB śledzili w internecie, gdzie i kiedy odbywać się będą zgromadzenia oraz kto będzie brał w nich udział. Zlecano im również „pogłębianie” informacji dotyczących planów manifestujących – poprzez przeglądanie internetowych forów i profili, m.in. organizacji z opozycji pozaparlamentarnej. Na przykład

  • 18 lipca o godzinie 11:00 „208 00 przekazuje informację o nawoływaniu przez przedstawicieli KOD pod sejmem do blokady sejmu o g. 17.00 w dniu dzisiejszym, jak to było 16 grudnia. Informacja potwierdzona przez załogę 102. W związku z powyższym stosowne zadania w tym zakresie zlecono WCB KSP” [pisownia oryginalna].

Najwięcej popłochu wywołała znaleziona przez funkcjonariuszy z Wydziału do walki z Cyberprzestępczością informacja o tym, że do Warszawy jedzie niegdysiejszy lider podziemnej Solidarności, były prezydent RP Lech Wałęsa.

18 lipca o 19:45 w „Dzienniku działań dowódcy podoperacji kryptonim Rekonesans” odnotowano:

  • „Z WCB uzyskano informację, że na portalu społecznościowym Facebook profil Obywatele RP pojawił się wpis cyt. ” Prawdopodobnie Wałęsa jedzie do Warszawy” co przekazano do 208 00″.

Później policjanci meldują:

  • 19:46 „Rekonesans na FB info że Wałęsa jedzie do Warszawy, polecono nadzorować
  • 19:54 „Wykonano telefon do dyżurnego operacyjnego BOR, który nie potwierdził, żeby Lech Wałęsa udawał się do Warszawy”,
  • 20:07 „35704 informuje, że przez megafony pada informacja, że Lech Wałęsa jedzie do Warszawy”.

Ostatecznie Wałęsa do Warszawy nie dojechał. Dzięki temu uniknął kolejnego, po kilkudziesięcioletniej przerwie, „nadzorowania” przez tajniaków – tym razem z policji.

***

Komenda Stołeczna Policji nie odpowiedziała nam, jakie siły zmobilizowano w tym roku do zabezpieczenia protestów przeciwko nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym i czy w operacji brali znów udział tajniacy.

W pierwszym dniu protestów – 17 lipca 2018 roku – nadzorujący policję minister Joachim Brudziński napisał na Twitterze: „Nadmiernie pobudzonych zapowiedzią kolejnej awantury przez „demokratów”, którzy od trzech lat nie mogą pogodzić się z demokratycznym wyborem Polaków, uspokajam. KSP jak zawsze zadba o porządek i bezpieczeństwo wszystkich. Obywatela Kasprzaka też”.

Tekst prof. Koncewicza czytaj tutaj >>>

Kmicic z chesterfieldem

Pięć bitew o SKOK. Jak Bierecki, Kaczyński, Duda i politycy PiS blokowali nadzór nad Kasami

Rzeczywiście nadzór nad SKOK-ami był spóźniony. Ale winę za to ponoszą Grzegorz Bierecki, Lech Kaczyński, Andrzej Duda i PiS, a nie pobity przez ludzi Wołomina Wojciech Kwaśniak i inni urzędnicy KNF. Nie damy PiS, Zbigniewowi Ziobrze, prokuraturze i senatorowi Grzegorzowi Biereckiemu zakłamać prawdy o Kasach.

Prokuratura zarzuca byłym urzędnikom KNF spóźnione działania nadzorcze wobec SKOK Wołomin. A minister Ziobro twierdzi, że były wiceszef KNF został pobity przez ludzi z „Wołomina”, bo Komisja rozzuchwaliła bandytów swoją bezczynnością.

To, co dzieje się w sprawie byłych urzędników KNF i SKOK Wołomin, to próba przerzucenia odpowiedzialności za katastrofalną sytuację finansową większości spółdzielczych kas oszczędnościowo kredytowych

  • z tych, którzy do niej doprowadzili i którzy pomagali ją SKOK-om ukrywać, podpowiadając księgowe sztuczki
  • oraz tych, którzy przez lata bronili SKOK-ów przed państwowym nadzorem,
  • na tych, którzy przez 3 lata „wyczyścili” sytuację…

View original post 1 197 słów więcej

 

PiS szykuje się na przegraną, którą w wyniku krętactw ogłosi zwycięstwem. Mamy do czynienia z patałachami i premierem Grekiem Zorbą

Jak podał „Super Express”, prezes ma już dość niewyparzonego języka polityków PiS, którzy rozsiewają plotki i spekulują na temat jego stanu zdrowia, odejścia z polityki i zakulisowych intryg w stylu „kto kogo”. Kaczyński jest poirytowany do tego stopnia, że jak po daje tabloid, zarządził sprawdzanie bilingów telefonicznych ważnych polityków partii. To może być element typowego dla Jarosława Kaczyńskiego zarządzania przez strach. Ten strach pomaga mu, choć w dość rozpaczliwy sposób, podtrzymywać wszechwładzę. Czy prezes czuje się aż tak bardzo osłabiony (fizycznie i politycznie wewnątrz PiS), że musi uciekać się do kontrolowania bilingów?

W czwartek zdecydował też, co przekazała Beata Mazurek, że żadnych zmian w rządzie ani w prezydium Sejmu nie będzie. Czyli marszałek Marek Kuchciński może spać spokojnie, choć ostatnio mówiło się, że zebrały się nad nim czarne chmury. Mazurek dodała, że „władze partii stawiają na stabilizację polityczną”.

Jarosław Kaczyński nigdy nie miał tylu nieobecności

Chodzi chyba przede wszystkim o stabilizację wizerunku Kaczyńskiego w pisowskim elektoracie i we własnych szeregach, które mają widzieć go w roli męża stanu, w pełni sił, widzącego i wiedzącego więcej, bez którego PiS nie istnieje. Do tej pory prezes osiągał tę stabilizację jednym publicznym występem. Jak wtedy, kiedy wybuchł kryzys z nagrodami dla ministrów. Prezes wyszedł i oświadczył, że obniża politykom pensje. Koniec, kropka.

Teraz jednak publicznie nie przemawia. Przez ostatnie tygodnie, jeśli już był widziany, to na zdjęciach „zza krzaka”, poruszający się o kulach po powrocie ze szpitala. W Sejmie ostatni raz stawił się 13 kwietnia. Jeszcze nigdy w tej kadencji nie miał tak wielu nieobecności na głosowaniach, choć wszystkie są natychmiast usprawiedliwiane. – Skoro Jarosław Kaczyński nie może się pokazać swoim wyborcom, Polakom, to znaczy, że nie nadaje się do pokazania – ocenia dr Mirosław Oczkoś, ekspert ds. marketingu politycznego i autoprezentacji.

Prezesa PiS kłopoty z kolanem i alergią

Jak dowiadujemy się od jednego ze współpracowników prezesa przy Nowogrodzkiej, nie wiadomo, kiedy Jarosław Kaczyński zdecyduje się publicznie wystąpić i przemówić. – Może po niedzieli, a może dopiero na początku lipca. Trudno powiedzieć – słyszymy. Aby przeciąć plotki o tym, że jest bardzo poważanie chory, zgodził się na wydanie przez Wojskowy Instytutu Medyczny w Warszawie komunikatu po „trzydziestosiedmiodniowej hospitalizacji” o zabiegach i terapii związanych z dolegliwościami kolanowymi.

Prezes mógł wcześniej przeciąć te plotki, np. publikując zdjęcia ze szpitala czy udzielając na ten temat wywiadu. Kaczyńskiemu zależy jednak na tym, by o jego chorobie mówiło się jak najmniej, i pokaże się dopiero wtedy, kiedy będzie wyglądał na zdrowego. A tak teraz nie wygląda – nie dość, że jego kolano nie jest nadal w pełni sprawne, to jeszcze cierpi na alergię. Przez pyłki ma czasami kłopoty z mówieniem i swobodnym oddychaniem.

Gdzie zabrakło prezesa

By uspokoić nastroje w elektoracie, Kaczyński planował zaprezentować się publicznie w dobrej formie. Okazją był doroczny zjazd „Klubów Gazety Polskiej”, czyli zaplecza PiS. Ale prezes nie miał czego prezentować, więc tylko wysłał list. Inny list został odczytany przy okazji odsłonięcia pomnika Lecha Kaczyńskiego w Szczecinie. Prezes nie był też obecny 18 czerwca przy grobie swojego brata w dniu ich urodzin ani nie złożył kwiatów w Sejmie pod tablicą upamiętniającą byłego prezydenta.

Polityków z najwyższego szczebla, którzy chcą pozostać w grze, odróżnia od innych ludzi to, że muszą cierpieć w milczeniu. Ich dolegliwości zdrowotne nie powinny stać się publiczne, bo odbierają moc i przymioty silnego władcy, a na takiego kreuje się Jarosław Kaczyński.

Kaczyński nie chce oddać sterów

Beata Kempa kiedyś wyliczała w serwisie wPolityce.pl zalety prezesa PiS: „Jest decyzyjny. Może pracować 24 godziny na dobę. Współpracownicy znajdują w nim oparcie, bo on czuje państwo. My reformujemy państwo, a on przewiduje na trzy kroki do przodu skutki tych reform. Pozostaje on osobą absolutnie kluczową. Uprawia politykę głęboką, wizjonerską i na najwyższym poziomie intelektualnym”. Podobne słowa o Kaczyńskim można usłyszeć od prawie każdego polityka jego partii, szeregowych członków, od sympatyków i w elektoracie.

– Lepiej jest dla prezesa PiS, że kiedy podupada na zdrowiu, to nie pokazuje się publicznie, bo w ten sposób łatwiej mu podtrzymać wizerunek polityka wszechwładnego – mówi Mirosław Oczkoś. Gdyby zdecydował się pokazać publicznie swoje fizyczne niedomaganie, to pewnie od wielu dostałby współczucie. A w pakiecie przekonanie, że już powinien odpocząć i oddać stery partii. Na to prezes PiS nie jest gotowy – i jego partia też. Widać nie przekonują go ostatnie badania dla „Super Expressu”, według których aż 90 proc. wyborców chce zostać przy PiS, nawet jeśli Kaczyński odda tytuł prezesa.

I na koniec wracając do bilingów, które prezes PiS chce kontrolować, to miejmy nadzieję, że to jednak fakenews. Bo jeśli nie, to znaczy, że rządzi nami człowiek, który nie wie, że w XXI wieku, komunikacja nie stoi tylko połączeniami telefonicznymi.

Losy praworządności w Polsce ważą się w tej chwili w Luksemburgu. Czy to, że oczy całego świata są zwrócone na Polskę, ma znów związek z naszą sprawą narodową? Niestety chyba tak, z tym że w tym najgorszym dla naszego kraju wymiarze.

Jak do tej pory kwestia reform wymiaru sprawiedliwości wzbudzała gorące emocje unijnych decydentów politycznych i była przedmiotem debaty w związku z możliwością uruchomienia sankcji wynikających z art. 7 traktatu o Unii Europejskiej. Okazuje się jednak, że dużo dalej idące skutki zmian w polskim sądownictwie są odczuwalne w innych państwach członkowskich.

To, co się dzieje w Polsce, nie pozostaje bez echa w całej Europie. Inne sądy zaczynają kwestionować zdolność polskiego wymiaru sprawiedliwości do zachowania gwarancji rzetelnego procesu. Ich decyzje mają fatalne konsekwencje, gdyż podkopują obraz naszego kraju jako państwa rządów prawa. I nie chodzi tu bynajmniej o ekstradycję jednego przestępcy, lecz o pozycję partnera w dialogu wspólnoty europejskiej.

To wymagałoby ciężkiej merytorycznej pracy – analiz, ekspertyz, badań. Będąc w opozycji znacznie łatwiej po prostu coś obiecać.

– Większość opozycji jest o wiele lepsza od PiS-u. A rządzący powinni przedstawić obywatelom perspektywy dla finansów publicznych w różnych scenariuszach. Łącznie ze scenariuszami gorszymi niż te, które mamy teraz. Bo one nadejdą, to pewne. Nie wygrywa się co miesiąc losu na loterii. Dlatego rządzący powinni społeczeństwu przedstawić przynajmniej te dane, które prezentują Komisji Europejskiej. Z kolei dziennikarze powinni dociekać, dlaczego politycy tu mówią jedno, a tam drugie. Odpowiedzialna opozycja również musi dbać o to, żeby rząd nie mógł ogłupiać społeczeństwa. Powinna domagać się wyjaśnień w sprawach dotyczących gospodarczej przyszłości państwa, punktować nieścisłości i zwykłe kłamstwa. Ludzie mają prawo do rzetelnej informacji o rzeczach, które ich dotyczą. Trzeba dostarczać wiedzę i narzędzia, które uodpornią ich na populizm.

Jak Krzysztof Brejza i jego krucjata przeciwko nagrodom dla członków rządu? To był duży sukces opozycji, tyle że większej liczby takich akcji ciężko się doszukać.

– Jestem pełen uznania dla Krzysztofa Brejzy, to niewątpliwy talent polityczny, ale to nie tak, że jest on i nikt więcej. Ale chcę podkreślić jedną rzecz – irytująca jest maniera, która trochę pachnie „symetryzmem”, żeby walić po równo w PiS za jego atak na państwo prawa oraz w opozycję za brak efektywności. To pomaganie Kaczyńskiemu i jego ludziom, którzy rządzą przez dzielenie ludzi.

Ponieważ nie było w Polsce wroga etnicznego – ileż można straszyć uchodźcami, których u nas nie było i nie ma? – więc wymyślili wroga fikcyjnego. Złowrogie „elity” w kontrze do „uciśnionych”, których oni rzekomo bronią. Tyle że PiS samo stało się elitą w ostatnich 2,5 roku, ale o tym już Polakom nie powiedziało

Zatem nadchodzący maraton wyborczy będzie nową odsłoną starcia Polski liberalnej z Polską solidarną?

– Nie wiem, jakich sloganów rządzący użyją tym razem, ale to przeciwstawienie jest fałszywe. Główną ideą liberalizmu w skali kraju jest wolność jednostki, która jest możliwa tylko w ramach państwa prawa.

Jeżeli solidarność ma być przeciwstawieniem liberalizmu, to mamy solidarność bez wolności, czyli po prostu zamordyzm

W 2018 roku Polska liberalna ma większe szanse w starciu z solidaryzmem społecznym w wydaniu PiS-u, niż to miało miejsce trzy lata temu?

– Na pewno ma tę przewagę, że Polacy poznali się już na rządach PiS-u. Wiedzą, że PiS może obiecać im wszystko, a potem zrealizować rzeczy, o których słowem nie wspomniało. Mają też świadomość tego, jak rządzi PiS-owska władza. Jednak to za mało, żeby pokonać Kaczyńskiego.

Potrzebne są trzy rzeczy. Po pierwsze, odkłamanie języka, bo PiS-media operują brutalnymi kłamstwami, przeinaczając prawdziwe znaczenie słów. „Dobra zmiana”, „patriotyzm”, „polskość” – wszyscy to znamy. Bez cudzysłowów można by pomyśleć, że naprawdę chodzi im o to, o co mówią, że im chodzi. Wielką rolę do odegrania mają tutaj osoby funkcjonujące w mass mediach, które poprzez swoje działania mają wpływ na innych ludzi. Demaskacja kłamstwa. Walka o prawdę obejmuje demaskację kłamstwa.

Druga istotna sprawa to odpowiedzialność za własny kraj. Ten obowiązek spoczywa na wszystkich ludziach, nie tylko na politykach.

Wreszcie trzecia rzecz, czyli silny sojusz sił prodemokratycznych i prowolnościowych. Dzisiaj jego zręby tworzą Platforma i Nowoczesna, ale powinien on być szerszy. Powinien objąć także opozycję pozaparlamentarną – za wyjątkiem Partii Razem, która w sferze gospodarczej niewiele różni się od PiS-u – i generalnie wszystkie podmioty, które chcą bronić państwa prawa i wolności gospodarczej w ramach tego państwa prawa.

>>>

Tyle właśnie dostanie fundacja Rydzyka na budowę Muzeum Pamięć i Tożsamość w Toruniu. 70 mln zł przekaże minister kultury Piotr Gliński z budżetu resortu, czyli z pieniędzy podatników. Przypomnijmy, że posłowie PO domagają się od Centralnego Biura Antykorupcyjnego zbadania okoliczności zawarcia umowy w tej sprawie między fundacją Lux Veritatis Rydzyka a resortem kultury.

Rydzyk przeszedł do kontrataku i w swojej TV Trwam dawał odpór opozycji. – „Głupoty gadają. Jaką my mamy klasę polityczną? Wszyscy powinni się cieszyć każdym dobrem, jakie w Polsce jest zrobione, a nie przeszkadzać. Gorzej niż poobrażane dzieci w piaskownicy. Nie przejmujmy się, że będą na nas pluć, opowiadać. „Rydzykowi dali”, mówią. Boże, jakie to jest żenujące!”.

Muzeum ma się przede wszystkim zajmować swoim patronem, czyli Janem Pawłem II oraz Polakami ratującymi Żydów w czasie II wojny światowej. W związku z tym dla także uczestniczącego w programie TV Trwam byłego posła PiS Andrzeja Jaworskiego sprawa jest „oczywista”: – „Akcja tych posłów PO ma podłoże antysemickie, uderzające w pojednanie polsko-żydowskie, polsko-izraelskie”. A drugi z gości ks. prof. Paweł Bortkiewicz dodał: – „Problem z ukazywaniem piękna i dramatu polskiej historii mogą mieć przede wszystkim ci, którzy nie czują się Polakami”.

Rydzyk i jego akolici mają albo bardzo krótką, albo bardzo wybiórczą pamięć. Przez lata bowiem to właśnie w mediach Rydzyka słychać było antysemickie wypowiedzi. Kilka lat temu w tygodniku „Wprost” opublikowano tzw. taśmy Rydzyka” – nagrania z jego wykładów dla studentów. Można było na nich usłyszeć m.in., że prezydent Lech Kaczyński to „oszust ulegający lobby żydowskiemu”, a spór o Jedwabne to jedynie pretekst, by Żydzi mogli wyłudzić od Polski 65 mld dolarów.

Jacek Sasin, sekretarz stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów spotkał się z mieszkańcami Leżajska. Podczas spotkania padły słowa o niekonsekwencji PiS-u i nielogiczności prezydenta Dudy.  Czyżby stracił na chwilę czujność i przez przypadek powiedział to, co rzeczywiście myśli?

Poszło o nieopublikowane orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego. Trybunał uznał za niezgodne z konstytucją kilkanaście przepisów znowelizowanej przez PiS ustawy o TK. Śledztwo w tej sprawie prowadziła Prokuratura Okręgowa Warszawa – Praga. Szefowa Rządowego Centrum Legislacji Jolanta Rusiniak przyznała w śledztwie, że to premier Beata Szydło podjęła decyzję o wstrzymaniu publikacji, czym złamała prawo. Art. 190 ust. 1 Konstytucji mówi, że „Orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego mają moc powszechnie obowiązującą i są ostateczne” czyli ewidentnie pani premier złamała prawo, bo nie wolno jej było podjąć taką decyzję. Tłumaczenie, że nie opublikowano tych orzeczeń, ponieważ „były podjęte przez TK pod przewodnictwem prezesa Rzeplińskiego z naruszeniem prawa. Nie miały statusu wyroków” jest całkowitym absurdem i złamaniem zasad konstytucyjnych.

Pogubił się w tym również prezydent Duda. Po spotkaniu w KFC, gdzie zadano mu pytanie właśnie związane z tą kwestią, długo myślał, aż na Twitterze zamieścił zaskakującą odpowiedź. Napisał, że Przepis ustawy jest niezgodny z Konstytucją jedynie wtedy, gdy orzeknie tak Trybunał Konstytucyjny. Nikt inny nie jest do tego uprawniony” czyli przyznał, że pani Szydło złamała prawo. Chyba zapomniał, że dwa lata temu miał zupełnie inne zdanie niż teraz.

Jacek Sasin tłumacząc ten problem na spotkaniu w Leżajsku również mocno się zaplątał.  Chciał zapewne wyjaśnić uczestnikom spotkania, dlaczego ostatecznie te orzeczenia zostały opublikowane, choć z adnotacją, że są to „rozstrzygnięcia wydane z naruszeniem prawa” i wypalił – „Te orzeczenia nie powinny być wydrukowane (…) Faktycznie byliśmy niekonsekwentni, ale spowodowane to było chęcią pokazania, że dążymy do kompromisu z Komisją Europejską. Frans Timmermans oczekiwał, że te wyroki zostaną opublikowane. Zrobiliśmy to w imię kompromisu, zależy nam na zakończeniu sporu”.

„Wyszło więc szydło z worka”Jeżeli już poseł PiS mówi o niekonsekwencji swej partii i pomyłkach swego prezydenta to rzeczywiście można być bardzo zaskoczonym. Nieważne czy to „wypadek przy pracy”, jakieś chwilowe zaćmienie. Ważne, że takie słowa padły i nikt ich już nie cofnie. Widać też, że politycy PiS sami gubią się już w gąszczu swoich kłamstw do tego stopnia, że zdarza im się wpadka w postaci odrobiny prawdy.

Waldemar Mystkowski pisze o ordynacji wyborczej, przy której PiS będzie grzebać.

Dlaczego PiS w trybie nagłym – za prezesem: bez żadnego trybu – zwołuje posiedzenie Sejmu, wszak nie ma szczególnie pilnej ani nagłej potrzeby. To styl tej partii: robić przekręty w nocy, gdy nikt się nie spodziewa, a najlepiej w Sali Kolumnowej bez opozycji i poza okiem mediów.

O co może chodzić w tym „bez żadnego trybu”? Na razie wieści są takie, że chodzi o ordynację wyborczą, tę dotyczącą kodeksu wyborczego do Parlamentu Europejskiego. Czyżby? Skąd ten pośpiech, wszak wybory do PE dopiero za rok. Można spokojnie za kilka miesięcy manipulować.

Obawiam się, że ordynacja może być tylko pretekstem, a zupełnie inna kwestia dla PiS paląca. Przyjrzyjmy się, jak PiS chce manipulować – zaznaczam, iż wieści są niepełne i mogą być nieistotne, bo po partii Kaczyńskiego należy spodziewać się najgorszych przewałów.

Jeden z polityków tej partii był powiedzieć o potrzebie nowej ordynacji (talent, który powinien zasilić zespół „Ucho prezesa”): „Uważam, że w Polsce powinniśmy zastanowić się nad całą ordynacją, nie tylko do PE”.

A zatem nie chodzi tylko o ordynację do PE. Śmiesznie też brzmi „w Polsce powinniśmy”. Ten polityk – świadomie nie wymieniam jego nazwiska, bo w takich narracjach nie przepadam za obślizgłymi postaciami (patrz: „Potęga smaku” Herberta) – zawłaszcza przestrzeń wspólną: w Polsce. Niestety w Polsce mieliśmy najeźdźców zewnętrznych – Niemców i Sowietów – w tej chwili mamy najeźdźców wewnętrznych – PiS. Szkody są niepowetowane – szkody plagi i zarazy; PiZ właściwiej brzmi niż PiS. I nie wiadomo, jak skończy się ten bardak.

Z ordynacją zatem będzie jak z ustawami o Trybunale Konstytucyjnym i sądowniczymi. Tak długo będą przy nich manipulować, aż głosowanie okaże się bez sensu, a w wypadku niekorzystnego rezultatu PiS zaskarży wyniki do zawłaszczonych przez siebie sądów.

Ten sam polityk był przyznać się do swego słabego umysłu, bo dla niego „ordynacja do PE jest bardzo skomplikowana. Ja znam niewielu polityków, którzy potrafią wyjaśnić o co tam chodzi”. Głupi zawsze myśli, że inni dorównują jego stanowi umysłu, jak Forrest Gump o IQ 72.

PiS chce ustawić w kraju politykę zerojedynkowo: my kontra oni. PiS kontra antyPiS. To bardzo wygodny podział, gdyż eliminuje mniejsze podmioty polityczne i może zlikwidować lewicę. Nowa ordynacja do PE ma podnieść próg na wysokość 15-20 proc. Praktycznie byłyby to JOW-y (Jednomandatowe Okręgi Wyborcze).

Istnieje jeszcze jedna możliwość manipulacji, która nijak się może mieć z wynikiem w skali krajowej, bo ilość mandatów może być większa w regionach wschodnich, w których PiS ma większe poparcie.

PiS zatem może przegrać wybory, lecz okaże się, że zdobył więcej mandatów. Krętactwa trwają od początku ich władzy, będą się nasilać w miarę, gdy zaglądnie im w oczy katastrofa porażki. Wszak Andrzeja Dudę i Beatę Szydło czeka Trybunał Stanu, a Jarosława Kaczyńskiego jakiś inny Trybunał. Nie może być tak, że niszcząc ojczyznę ujdzie im na sucho, jak komunistom w 1989 roku. Co ostatni mieli usprawiedliwienie, iż na ich miejscach mogli być gorsi – a co pisowcy? Dobrowolnie rozmontowują sprawiedliwość i demokracje oraz wypisują nas z Zachodu. Za to należy się sprawiedliwość.

>>>

>>>

Tuska czeka gorąca jesień

Donalda Tuska czeka najgorętsza jesień w trakcie jego rządzenia. Jeżeli da sobie radę, to będzie najwybitniejszym politykiem po 1989 roku.

z13948763Q,Tadeusz-Chwalka--Forum-Zwiazkow-Zawodowych---Piotr

Związkowcy z trzech central – NSZZ „Solidarność”, OPZZ i Forum Związków Zawodowych – mają już scenariusz czterodniowego protestu w Warszawie, który 11 września rozpocznie strajk generalny. Związkowcy domagają się m.in., by rząd wycofał się ze zmian w kodeksie pracy.

Każdego dnia protest będzie prowadzić inna branża. Jednak strajki i manifestacje nie zakończą się 14 września. – Jesteśmy przygotowani na długą walkę, to mogą być nie tylko dni, ale i tygodnie, a nawet i miesiące – deklarował na czwartkowej konferencji prasowej Piotr Duda, przewodniczący „Solidarności”. Protest będzie odbywać się pod hasłem „Dość lekceważenia społeczeństwa”. Związkowcy nie zdradzili szczegółów wrześniowych protestów, ale poinformowali, że lokalne struktury dostały już zadanie przygotowania się do strajku.

Na prawicowym portalu senator PO, Jan Rulewski, przewiduje, że Tusk ustąpi, nie jest Margaret Thatcher. Rulewski to stary związkowiec i może wiedzieć, co mówi.

Solid

Skąd taki duży ładunek agresji władzy do związku zawodowego i do Piotra Dudy, przewodniczącego „Solidarności” personalnie?

Jan Rulewski: To jest logiczne, że gdy wyrasta duża siła, która jest przeciwnikiem, to usiłuje się ją zwalczyć. Czyli nic z papieża nie zostało i zamiast „Solidarności” mamy walkę. Na dodatek ta siła pojawia się, gdy polityka rządu przechodzi zadyszkę. Jednak najważniejszy powód to taki, o czym ja ciągle mówię, że my nie mamy dobrego planu dla Polski. Kryzys kryzysem, są różne metody walki z kryzysem, można go przeczekać, można z nim walczyć, no i można podać się do dymisji, z tym, że to ostatnie nie jest brane na ogół pod uwagę. To wszystko powoduje nerwowość w obozie władzy.

Ale jest jeszcze jedna rzecz, którą odkryłem, i za brak czego którą winię związki i rządy solidarnościowe. Mianowicie sztuka negocjacji. U nas kończy się na zwykłej rozmowie. Rząd coś oświadcza, związki coś oświadczają. Czy jest tu rzeczywiste pole do negocjacji? Przez gazety można sobie składać oświadczenia.

Czy uważa pan, że wszystkie mosty zostały spalone?

Nie. W demokracji nie ma takiego pojęcia. Za komuny był strach, że jak władza upadnie, to będzie interwencja. Żadna władza, z Tuska włącznie, nie podjęłaby desperackich działań. Podobnie jak nie wierzę, że związek jest w stanie unieruchomić gospodarkę. Nie leży to w jego możliwościach. Nasza gospodarka ma kilkunastu właścicieli, a każdy właściciel stosuje inną politykę.

Jak pan widzi tę jesień? Będzie gorąca?

Powiedzmy sobie szczerze: związek nie jest potęgą. Nie umie obsadzić pola pośredniego – pola negocjacji. Mieliśmy w związku niegdyś ekspertów, doradców, którzy dostarczali na opinii niezwiązkowych. Dzisiaj „Solidarność” nie ma wpływów w różnych środowiskach. Jest zamkniętym związkiem zawodowym. Zresztą inne też, choć OPZZ jest lepiej zorganizowany, bo ma reprezentanta w postaci SLD.

Solidarność stoi w takim rozkroku; z jednej strony obawia się – mając doświadczenie z Januszem Śniadkiem i Jarosławem Kaczyńskim – aby się upolitycznić, bo wówczas traci na skuteczności. A np. Związek Nauczycielstwa Polskiego różnymi metodami wpływów u Tuska wyjednało sobie korzystne warunki płacowe.

Czyli pokaz optymizmu Donalda Tuska ma swoje uzasadnienie? Jesień nie będzie należała do Solidarności?

Nie, ja też uważam, że to tylko napinanie mięśni. Mamy społeczeństwo, w którym występuje bardzo wielu drobnych przedsiębiorców, w tym jednoosobowych. Oni nie mogą strajkować, to miękkie podbrzusze ruchu związkowego. Ta grupa to taki amortyzator protestów. Podobnym amortyzatorem jest kapitał zagraniczny, któremu tu się dobrze wiedzie i oferuje często w w miarę niezłe warunki pracy. Może nie wszystkim, ale wielu tak.

Rząd Tuska jest pragmatyczny. Tusk to nie Margaret Thatcher, która nie ustąpi. Ustąpi. Tak jak w sprawie emerytur górniczych, emeryturach pomostowych, mundurowych.

Jednak wniosek jest ogólny taki, że sytuacja Polski wymaga zmian. Strajki się skończą, a problemy pozostaną, a nawet mogą się powiększyć, o czym świadczy niespodziewana nowelizacja ustawy budżetowej.

Post Navigation