Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Janusz Gajos”

Amoralność Kaczyńskiego. Adam Hofman o parówkach

Partia rządząca nie ma łatwego okresu. Kampania wyborcza, póki co nie jest dla nich łaskawa, a oponenci polityczni okazali się nie być tak łatwym przeciwnikiem, jak wcześniej zakładali. Optymizm z lipcowej konwencji programowej w Katowicach okazał się być dla nich mocno usypiającym, przez co wyraźnie opuścili polityczną gardę.

Taka sytuacja oraz ciągłe medialne informacje dotyczące coraz to nowych afer związanych z obozem władzy, w końcu doprowadziły do spadku ich poparcia w sondażach. Po raz pierwszy zbliżyli się do poziomu 40% poparcia, przy wyraźnym wzroście partii opozycyjnych, co jest niepokojącym sygnałem. Oznacza to bowiem, że na jesień mogą stracić władzę.

Były rzecznik dolewa oliwy do ognia

Przy aktualnej aferze partii władzy, czyli tej w ministerstwie sprawiedliwości, PiS przyjęło taktykę przeczekania, z założeniem, że w końcu coś przykryje tę informacje, a media zajmą się innymi tematami. Niestety znowu nie będzie im tak łatwo, jak to sobie obmyślili.

Były bliski współpracownik PiS i Jarosława Kaczyńskiego, bo tak należy nazwać osobę, która była rzecznikiem zarówno partii, jak i klubu poselskiego, dolewa oliwy do – już coraz wyraźniej – płonącego ognia. Adam Hofman, bo o nim mowa, postanowił na Twitterze skomentować obecną sytuacją w sposób, który na pewno nie spodoba się Kaczyńskiemu, a wręcz może go mocno rozwścieczyć.

Hofman bez ogródek, na podstawie swojego doświadczenia ze współpracy z partią oraz aktualną wiedzą, napisał: „Patrząc z boku i z doswiadczenia: @ZiobroPL i całą jego ekipa pokazał że wie, jak wygląda współczesne pole walki. Dla JK tylko tacy zawodnicy się liczą. Oczywiście ktoś popełnił błąd, że tego nie outsorcował w całości i się wydało. Ludzie nie powinni widzieć jak się robi parówki”. Jasno wskazuję tutaj na to, co jest ważne dla Kaczyńskiego, a są to po prostu bezwzględność w realizacji celów oraz troska – ale o to, by wszystko zostało w zaciszu gabinetów ich władzy.

Dlatego też trzyma przy sobie takich ludzi pokroju Mariusz Kamińskiego, Zbigniewa Ziobry, a nawet Andrzeja Dudę, o których ma pewność, że będą gotowi zrobić wszystko co potrzeba. Natomiast jeżeli media dowiedzą się o jakichś nieprawidłowościach, to należy to uznać jako wypadek przy pracy, a nie rysę na wizerunku konkretnych osób. Stąd na swoim stanowisku wciąż jest Ziobro, a Kamiński dostał kolejny awans i tekę ministra.

„Cały PiS w jednym wpisie”

Do całej sprawy postanowił odnieść się także był minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz, który dosadnie ocenił moralne zachowanie obecnej władzy: „Niezwykły tekst. Czyli problemem nie są jakieś granice etyczności w życiu publicznym, ale to, że zrobiono błąd i się wydało. To wyznanie nihilistów, dla których zło nie istnieje. Cały PiS w jednym wpisie.”

Jeżeli takie zachowanie obecnie rządzącej partii jest prawdziwe, nie wróży to dobrze dla naszego kraju. Takie standardy etyczne cechują obozy władzy autorytarnej, czy systemu władzy na Białorusi, Rosji czy Turcji, gdzie powszechnie wiadomo z demokracją i wolnością nie jest tak jak być powinno w nowoczesnym i wolnym kraju.

Aż strach dziś myśleć, do czego władza tak postępująca może być jeszcze zdolna.

Kmicic z chesterfieldem

Pogram Koalicji Obywatelskiej czytaj tutaj >>>

Program PiS tutaj czytaj >>>

Podczas kolejnej konwencji PiS w Łodzi Jarosław Kaczyński ponownie nawiązał do tematu rodziny. Zebrani usłyszeli, że „normalną” rodzinę tworzą tylko mężczyzna, kobieta i ich potomstwo. – „Prawo i Sprawiedliwość stoi na straży polskiej rodziny. Stoi też na straży normalności i czegoś, co by można było określić jako zgodność z naturą” – grzmiał w Łodzi Kaczyński.

Oczywiście, w przemówieniu nie mogło zabraknąć nawiązania do chrześcijaństwa. Według prezesa PiS, „rodzina, czy to się komuś podoba czy nie, wyrasta z chrześcijaństwa.”

Na szczególną uwagę zasługuje jednak inne zdanie z wypowiedzi Kaczyńskiego. Otóż stwierdził on ni mniej, ni więcej, że kierowana przez niego partia charakteryzuje się dużą dozą tolerancji. – „My jesteśmy tolerancyjni, to jest cecha naszego narodu. I to jest cecha także naszej formacji, ale mówiłem już: tolerancja tak, ale afirmacja wszystkiego, co każdemu do głowy przyjdzie, nie”…

View original post 783 słowa więcej

 

Jak PiS chce przechytrzyć państwo, konstytucję i Unię Europejską

Oddział ZUS w Jaśle „został poproszony przez polityków PiS” o wycofanie zażalenia do Sądu Najwyższego, które stało się podstawą zadania pytań prejudycjalnych Trybunałowi Sprawiedliwości UE. Co więcej – i jest to niespotykane, zdaniem informatora „Gazety Wyborczej” – pismo cofające zażalenie zostało wysłane jednocześnie do SN i Prokuratury Krajowej – czytamy w portalu GW.

Wycofanie zażalenia do Sądu Najwyższego powoduje, że zadanie pytań prejudycjalnych dotyczących czystki dokonanej przez ustawy prezydenta Andrzeja Dudy nie ma już podstaw. W niedzielę sędzia Michał Laskowski, rzecznik SN powiedział mediom: „Jest prawdopodobne, że Sąd Najwyższy wycofa pytania prejudycjalne skierowane do Trybunału Sprawiedliwości”.  Może oznaczać, że TSUE nie zajmie się sprawą czystki i nie zatrzyma wysyłania sędziów Sądu Najwyższego na przymusową emeryturę. „Gazeta Wyborcza” próbowała ustalić, jak do tego doszło. – „Zakład sam nigdy by takiej decyzji nie podjął. Naszym zadaniem jest bowiem dbać o pieniądze publiczne, a tą decyzją działamy wbrew interesom swoim i budżetu państwa” – mówi jej informator w ZUS.

Dlaczego? Sprawa dotyczy fikcyjnego zatrudnienia za granicą i próby uniknięcia płacenia składek ZUS w Polsce. Drobna z pozoru historia obrosła w poważne w skutkach konsekwencje. Mowa o właścicielu firmy, zarejestrowanej w Polsce, który płacił tu miesięcznie ponad 1,2 tys. zł składek na ZUS. Po podjęciu pracy na etacie na Słowacji poinformował on Zakład, że ponieważ podlega tam obowiązkowemu ubezpieczeniu, składek od działalności gospodarczej płacić w Polsce nie musi. Z taką metodą „optymalizacji kosztów” nasz ZUS walczy od lat. W sprawie biznesmena też przeprowadził kontrolę i stwierdził, że mężczyzna jest zatrudniony na Słowacji fikcyjnie- jedynie po to, by płacić niższe składki. ZUS poinformował zatem swego słowackiego odpowiednika, że włącza pana Andrzeja do polskiego systemu ubezpieczeń i każe mu znów płacić składki. Słowacy na pismo nie odpowiedzieli. W takiej sytuacji zastosowanie mają unijne przepisy, które przewidują, że jeśli w określonym czasie organ rentowy danego kraju nie odpowie na pismo innego kraju, to oznacza to, że podziela on opinię wnioskodawcy. Tymczasem biznesmen w reakcji na działania polskiego ZUS… wystąpił on do sądu. Sąd uznał, że Zakład powinien poczekać na opinię strony słowackiej. Ale ZUS – zgodnie z przepisami o koordynacji unijnej – nie musi tego robić i zgłosił zażalenie do Sądu Najwyższego.

>>>

Ostatecznie – czytamy w portalu – sprawą zajął się poszerzony skład siedmiu sędziów SN. Okazało się wówczas, że znalazło się w nim dwóch sędziów, którzy przekroczyli już 65. rok życia i wobec których trwała procedura związana z przeniesieniem ich w stan spoczynku lub ewentualnym umożliwieniem im dalszego orzekania. Przypomnijmy: na mocy pisowskiej nowelizacji ustawy o SN wiek emerytalny sędziów został obniżony z 70 do 65 lat, a zgodę na dalsze orzekanie sędziów wydaje prezydent.SN nie potrafił rozstrzygnąć, czy tacy sędziowie mogą orzekać. Postanowił więc skierować pięć pytań do Trybunału Sprawiedliwości UE i zawiesić stosowanie przepisów ustawy o Sądzie Najwyższym, w tym tego o przymusowych emeryturach sędziów.

Tyle sprawa, natomiast warta dalszej obserwacji jest wspomniana nadgorliwa aktywność oddziału ZUS z Jasła. Krzysztof Michałowski z zespołu prasowego SN informuje zaś, że pismo cofające zażalenie wpłynęło 25 września. Już następnego dnia Prokuratura Krajowa poinformowała SN pisemnie, że … w związku z decyzją ZUS wnosi o umorzenie postępowania oraz uchylenie postanowienia SN o zwróceniu się z pytaniami prejudycjalnymi do TSUE. Co uderzające, SN nawet nie zdążył jeszcze rozesłać odpisów pisma Zakładu do uczestników postępowania (!) – w tym samej Prokuraturze Krajowej (ponieważ przystąpiła ona do sprawy natychmiast po przedstawieniu przez SN pytań prejudycjalnych TSUE).

Z informacji „Wyborczej” wynika, że to sam ZUS poinformował prokuraturę o cofnięciu zażalenia. I na tej podstawie PK natychmiast wniosła o umorzenie postępowania. Odpowiednie pismo podpisała prokurator Henryka Gajda-Kwapień z wydziału sądowego. Prokuratura Krajowa tak się przy tym spieszyła, że nie załączyła odpisów wniosku ZUS, zatem SN zwrócił się do prokuratury o uzupełnienie braków, czytamy w portalu GW. Pisma Zakładu są podpisane przez radcę prawnego oddziału ZUS w Jaśle. Nie zawierają wprawdzie uzasadnienia cofnięcia zażalenia, ale za to wskazują na przepisy, które zobowiązują sąd do umorzenia postępowania. Dziennikarze GW bezskutecznie próbowali skontaktować się z dyrektor oddziału w Jaśle, Krystyną Domaradzką. Rzecznik ZUS w Rzeszowie potwierdza jedynie, że oddział ZUS w Jaśle wycofał zażalenie z SN. Więcej komentarzy udzielić nie chce. Sprawa zainteresowała się tymczasem posłanka PO z Jasła, Joanna Frydrych, która pracowała kiedyś w jasielskim ZUS. Planuje złożyć interpelację poselską.

Ujawnione przez dziennikarzy Onetu szczegóły analizy 40 tomów akt tzw. afery taśmowej mogą pogrzebać marzenia Mateusza Morawieckiego o prezydenturze. Zeznania kelnerów podsłuchujących polityków w restauracji „Sowa i Przyjaciele” obciążają obecnego premiera. Co ciekawe, nie wiadomo gdzie znajduje się najważniejszy z dowodów w tej sprawie, czyli taśma z nagraniem Morawieckiego. Z akt wynika ponadto, że śledczy specjalnie pominęli wątek przestępczego procederu, którego według zeznań oskarżonych miał dopuścić się Mateusz Morawiecki.

Akta sądowe wskazują na trzech bezpośrednich sprawców afery taśmowej. Pomysłodawcą akcji miał być przedsiębiorca Marek Falenta, za samo nagrywanie mieli być odpowiedzialni dwaj pracujący u „Sowy i Przyjaciół” kelnerzy – Łukasz N. oraz Konrad Lasota. Większość z pytań kierowanych podczas przesłuchań kelnerów w prokuraturze i przed sądem tyczyło się personaliów podsłuchiwanych oraz treści nagranych rozmów. Z zeznań dowiadujemy się, że upublicznione nagrania, stanowią niewielką część z dziesiątek, bądź setek, znajdujących się do dziś w nieznanych rękach. Właśnie w tych zeznaniach, składanych niezależnie od siebie i konfrontowanych, pojawia się wątek Mateusza Morawieckiego.

>>>

Podczas jednego z przesłuchań na początku 2015 r. prowadząca sprawę prokurator Anna Hopfer z Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga pyta kelnera Łukasza N.: „Czy zarejestrował pan rozmowę jednego z prezesów banku dotyczącą zawierania pożyczek i kredytów na podstawione osoby, tzw. słupy?”.

Odpowiedź Łukasza N. Jest następująca: „Tak, tak mi się wydaje, bo jakość tego nagrania była słaba, ja je odsłuchiwałem to było nagranie Morawieckiego z jakimś mężczyzną. Ja nie znam tego mężczyzny, w tej rozmowie brały udział tylko tych dwóch mężczyzn. Morawiecki jest z banku BZW BK. Z tego co pamiętam to rozmawiali o jakiś budynkach, tamten drugi człowiek którego nie znam powiedział że jakaś osoba się obawia i chce się wycofać z tego interesu. Rozmawiali o zakupie budynków pod inwestycje i mieli tam wynajmować pod jakieś biznesy ale dokładnie nie pamiętam. Rozmawiali, że dokumenty mają być sporządzone na jakąś osobę. Rozmawiali, że będą mieli te, że oni będą mieli te lokale zakupione na inne osoby, że na inne osoby będą wystawione dokumenty. Nie pamiętam czy w tej rozmowie była mowa o pożyczkach i kredytach na słupy. Oni rozmawiali o tym że będą kupować nieruchomości na podstawione osoby. Ten mężczyzna który się spotkał z Morawieckim powiedział, że prawdopodobnie jakaś kobieta się obawia i chce się wycofać. Nie pamiętam czy on precyzował czego się boi ta kobieta. Marek Falenta dostał ode mnie to nagranie. Ja o tym nagraniu mówiłem [funkcjonariuszce] CBŚ”.

Na pytanie prokurator, czy oskarżony mówił o tej taśmie Morawieckiego swemu wspólnikowi Konradowi Lasocie, nagrywającym w innej warszawskiej restauracji „Amber Room” odparł: „Możliwe że ja o tym nagraniu mówiłem Konradowi Lasocie, ale ja nie kojarzę”.

Wobec tego prokurator Hopfer przeczytała Łukaszowi N. kluczowy fragment z jego zeznania: „Dodatkowo [Łukasz N.] poinformował mnie o nagranej przez niego rozmowie prezesa banku BGŻ albo BH z kimś z jego najbliższego otoczenia dotyczącej zawierania pożyczek i kredytów na słupy, tj podstawione osoby. Oni mieli zaciągać kredyty na słupy i w ten sposób działać na szkodę banku. Nie jestem pewny jaki to był bank. O tym byłem informowany w okolicach września 2013 r.”

Łukasz N. tłumaczy się więc dalej: „Ten fragment dotyczył tej rozmowy Morawieckiego z tym mężczyzną, aczkolwiek ja nie odpowiadam za dosłowność słów Konrada. To jest interpretacja moich słów, ja nie pamiętam co dokładnie powiedziałem Konradowi. Chcę zaznaczyć, że z tych rozmów, które ja odsłuchałem i pamiętam to Morawiecki z drugim mężczyzną spotkał się tylko raz i to kojarzy mi się z tym spotkaniem. […]”.

Różnica w obu zeznaniach tyczy się tego, czy na słupy miały być kupowane nieruchomości (jak mówi Łukasz N.), czy brane kredyty. Należy tu jednak podkreślić, że wersja o kredytach Lasoty pochodzi z zeznań opartych na zasłyszanej od N. wersji. Ówczesne zeznania Łukasza N. dotyczące innych przez niego nagranych, po weryfikacji okazują się dość precyzyjne. Jednak, Lasota jest w swych wypowiedziach konsekwentny. Podczas procesu sądowego, już za rządów PiS, Lasota zeznał, że piastowanie przez Morawieckiego funkcji wicepremiera „budzi jego niesmak”„To osoba, co do której zostały złożone zeznania, że mogła uczestniczyć w procederze przestępczym” – oświadczył w procesie.

Trudno stwierdzić, że obciążenie zeznaniami obecnego premiera przez Lasotę motywowanie było sympatiami politycznymi kelnera. Konrad Lasota utożsamiał Morawieckiego z obozem poprzedniej władzy. Obecny premier należał wówczas do kręgu biznesowo-towarzyskiego Platformy, pełnił wtedy rolę członka Rady Gospodarczej przy premierze Donaldzie Tusku.

Istotne w sprawie jest to, że w aktach nie ma żadnych śladów działań prokuratury, policji czy służb w celu zweryfikowania zarzutów Łukasza N. wobec Morawieckiego, a sam prezes, przesłuchiwany przez ABW jako poszkodowany nie został spytany o oskarżenia kelnera. Rzecznik rządu Joanna Kopcińska pytana o tę sprawę przez dziennikarzy odpowiedziała „Ze względu na toczące się postępowanie, w którym Pan Mateusz Morawiecki ma status osoby pokrzywdzonej, nie jest możliwe udzielenie odpowiedzi na Pańskie pytania”.

Należy wspomnieć, że prokuratura w żadnej z dotąd opublikowanych taśm nie dopatrzyła się naruszania prawa. Mimo tego, publikacja nagrań wyraźnie wpłynęła na wynik ostatnich wyborów parlamentarnych. W aktach śledztwa znaleziono dowody na to, że nagrań z obecnym premierem może być więcej. Te znajdują się w nieznanych rękach i mogą być również wykorzystane w „korzystnym politycznie momencie”. Wiedząc, że politycy Prawa i Sprawiedliwości nie gościli u „Sowy i Przyjaciół”, ani nie byli przez kelnerów podsłuchiwani, możemy się domyślać, kto, bądź na czyją korzyść mogą działać ewentualni szantażyści.

Mateusz Morawiecki, jeszcze jako prezes banku BZ WBK mówił: „Nikt mnie nigdy nie szantażował, że moje ewentualnie nagrane rozmowy zostaną ujawnione. Nikt mi tego nie sugerował. Nikt nie proponował mi zakupu żadnych nagrań. Nikt się ze mną w sprawie ewentualnych nagrań nie kontaktował”. Dziś jednak Morawiecki jest premierem i ponoć namaszczonym przez Kaczyńskiego na prezydenta. Czy obserwując wzmacniającą się dziś pozycję premiera pomyślelibyśmy, że może być on bardziej zależny od Andrzeja Dudy?

ZUS wycofał skargę. Czy dlatego, że kwestia, której postępowanie dotyczyło, straciła aktualność? Nie. Państwowa instytucja poświęca sprawę konkretnego człowieka dla tricku prawnego, którego skutkiem jest zrobienie na złość sędziom. Państwo prawa Dobrej Zmiany. Bliżej ludzi.

Holtei

„Nie dostaliśmy do dzisiaj pozwu, który Komisja [Europejska – dop. Red.] miała zgłosić do Trybunału Sprawiedliwości” – powiedział w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim w Polsat News Mateusz Morawiecki. Premier – w sprawie dialogu Polski z KE i zmianach w sądownictwie – podkreślił, że dopiero wtedy rząd się ustosunkuje do wątpliwości tego gremium, dotyczących reformy sądownictwa w Polsce. Przypomniał, że Polska toczy z KE dialog. Pochwalił się również, że już teraz za sprawą pewnych regulacji, m.in. losowemu przydziałowi spraw sądowych, „słyszy pozytywne komentarze”. – „Jestem chwalony, to zasada, która już dawno powinna być wdrożona” – powiedział.

Premier uważa, że UE nie rozumie historycznych uwarunkowań Polski. – „Jesteśmy krzywdzeni przez Brukselę” – stwierdził, na całego grając na antyeuropejskich sentymentach. – „To dlatego, że Bruksela, ale tak naprawdę też kilka krajów zachodnioeuropejskich, bardzo ważnych, zacnych, nie rozumie sytuacji w Polsce, która jest sytuacją systemu postkomunistycznego” – mędrkował Morawiecki. Zapewnił, że rząd PiS nie…

View original post 8 078 słów więcej

Czy kler z automatu jest pedofilski?

Podczas konwencji wojewódzkiej prezes PiS Jarosław Kaczyński mówił m.in. o sędziach, którzy jego zdaniem nie stanęli na wysokości zadania, wydając wyroki dotyczące zwrotu ziemi osobom pochodzenia niemieckiego wyjeżdżającym z Polski w czasach PRL-u.

Konwencja PiS w Olsztynie została zorganizowana w Parku Naukowo-Technologicznym, który miasto wybudowało kilka lat temu dzięki wsparciu Unii Europejskiej. W sobotę przyjechali tu m.in. Jarosław Kaczyński i premier Mateusz Morawiecki.

Prezes PiS odniósł się m.in. do przeszłości regionu po 1945 roku, zaznaczając, że 73 lata temu zaczęły się „nowe dzieje tej ziemi” – Te dzieje powinny być przez nas opisane – mówił Kaczyński i podkreślał konieczność budowy „wspólnoty opartej na historii i przeszłości”.

Kaczyński mówi o „ojkofobii”

Trudne losy rdzennej ludności, w tym Warmiaków i Mazurów, którzy niemal całkowicie wyemigrowali po wojnie do Niemiec, mają swój ciąg dalszy dzisiaj. Chodzi o „późnych przesiedleńców”, którzy w latach 70. oraz 80. wyjeżdżali i byli zmuszeni przez władze PRL-u do pozostawieni tutaj swojej własności. Części z nich lub ich spadkobiercom udało się w ostatnich latach odzyskać utracone gospodarstwa i grunty.

„Brak słów. Łzy rozpaczy cisną się do oczu. Gniew wzbiera, hierarcha tego formatu opowiada takie rzeczy” – napisał z żalem ks. Stanisław Walczak, komentując wypowiedź arcybiskupa Stanisława Gądeckiego, który stwierdził, że chrześcijanie są „najlepszymi obywatelami”.

Hierarcha zastanawiając się nad tym co to znaczy być wolnym oznajmił: „Nie ma żadnej wolności wewnętrznej innej, która by była prawdziwie sprzeczna z chrześcijańską wolnością. Kto jest wolny jako chrześcijanin i nie poddaje się tym dążeniom przyziemnym tego świata, ten jest automatycznie najlepszym obywatelem Rzeczpospolitej.”

Nawiasem mówiąc nieco wcześniej ten sam Gądecki mówił, że należy wychowywać krytyczny rozum, czyli taki, który potrafi oceniać rzeczywistość i odpowiednio reagować na zewnętrzne sytuacje.

Ksiądz Stanisław Walczak, który skomentował Słowa Gądeckiego to emerytowany duszpasterz, który przez kilkanaście lat przebywał na misji w Zambii, a później w Niemczech.

Duchowny, nie pierwszy raz odniósł się do bieżącej sytuacji w kraju. W ubiegłym roku napisał list otwarty do prezydenta Dudy, po tym, jak ten powiedział o „dzieciach i wnukach zdrajców Rzeczypospolitej”. Gdy zaś Jarosław Kaczyński zarzucił Donaldowi Tuskowi „łamanie elementarnych zasad UE”, duchowny oznajmił, że prezes PiS „łże w żywe oczy”.

Większość ofiar, które były dziećmi, wszystko wypierają. Wstyd, poczucie winy. Potrzebują impulsu, żeby obudzić pamięć. Moją uruchomiła samobójcza śmierć. Ksiądz się utopił, był pedofilem, dużo ofiar. Przeczytałem o tym w prasie i wspomnienia wróciły: przecież on mnie molestował. Z prof. Stanisławem Obirkiem rozmawia Artur Nowak

ARTUR NOWAK: „Kto ma księdza w rodzie, tego bieda nie ubodzie”. Skąd się wzięło to porzekadło?

STANISŁAW OBIREK: Wystarczy poczytać pamiętniki Wincentego Witosa, w których opisywał rzeczywistość końca XIX wieku i międzywojnia. Ten ludowy polityk pochodził z Tarnowa – z miejsca, które do dzisiaj jest uważane za zagłębie kapłaństwa. Mówi się, że Tarnów eksportuje księży nawet za granicę. Ubogi region, rolniczy, ale zagłębie powołań.

Witos zauważył, że chłopi, którzy zostali księżmi, bardzo szybko odcinali się od swojej grupy. Byli świadomi awansu, skoku ekonomicznego i chcieli zaczerpnąć jak najwięcej dla siebie i całej rodziny.

To samo mówi się o księżach w Afryce. Dla nich wejście w kapłaństwo to awans społeczny. No a u nas większość księży wciąż pochodzi ze wsi.

Ksiądz ciągle na coś zbiera, ma swój cennik, po kolędzie trzeba go godnie przyjąć i dać dużo w kopertę. Prawda czy gęba?

– Żądza pieniądza, władzy i seksu – te żywioły napędzają bohaterów „Kleru”. Może w sposób przerysowany, ale Smarzowski uchwycił ten aspekt, który jest społecznie – również wśród wierzących praktykujących – najbardziej dostrzegalny. Przy czym wcale nie chodzi o to, że księża pobierają opłaty za usługi, ale o to, że te opłaty są niewspółmierne do włożonej przez nich pracy.

I że nie mają wrażliwości wobec ubogich. Często konflikty między wspólnotą parafialną a klerem dotyczą spraw materialnych. Na przykład ksiądz bezlitośnie wymaga haraczu na budowę dużego kościoła, zupełnie niepotrzebnego dla małej wsi, albo opłaty za pogrzeby bierze z sufitu, nie biorąc pod uwagę, że parafianin musi się zadłużyć, żeby pochować bliską osobę.

A skąd się biorą ten narcyzm, buta? Księdza nie można skrytykować. Też z korzeni?

– Jak już mówiliśmy, księża to często osoby, które w pierwszym pokoleniu osiągnęły awans społeczny w rodzinie, ukończyły studia. Jednocześnie to wykształcenie jest dość ograniczone, zawężone do teologii, i to pojmowanej po katolicku. Taki człowiek nie ma szerszych horyzontów, ogłady inteligenckiej, nie jest oczytany i pyszałkowatością, pewnością siebie przykrywa kompleksy.

– Prawie nikt jeszcze tego filmu nie widział, a wyrok już zapadł. To bardzo symptomatyczne dla Polski. Film Smarzowskiego nie jest wyłącznie opowieścią o stanie duchownym, ale w ogóle filmem o Polsce. O tym, że ten kler jest taki, jak nasze społeczeństwo – tłumaczy Janusz Gajos.

Kiedy na festiwalu w Gdyni pokazywane są „Kler” Wojciecha Smarzowskiego i „Kamerdyner” Filipa Bajona, dwa filmy z Januszem Gajosem w roli głównej, aktor – zamiast udzielać w Polsce wywiadów – spaceruje po Manhattanie. W dzień fotografuje, wieczorami gra „Garderobianego” dla nowojorskiej Polonii. Stara się nie zaglądać do polskiego internetu.

– Jak „Kler”, bo całości jeszcze nie widziałem? – pyta.

Przez telefon czytam mu, co się o nim pisze w Polsce: „Wstydź się panie Gajos!”; „to jest ścierwo nie film”; „Gajos się zeszmacił”.

– Prawie nikt jeszcze tego filmu nie widział, a wyrok już zapadł. To bardzo symptomatyczne dla Polski – mówi. – Film Smarzowskiego nie jest wyłącznie opowieścią o stanie duchownym, ale w ogóle filmem o Polsce. O tym, że ten kler jest taki, jak nasze społeczeństwo.

Kiedy dzwoni się do niego, to telefon odbiera żona. Każdy wielki aktor ma swój wewnętrzny świat i takie różne „płoty”, za którymi się chroni.

– Podziwiam go, ma prawie 80 lat, a nadal nie wybiera się na aktorską emeryturę. W takim wieku podjął się jednej ze swoich najtrudniejszych ról – mówi reżyser Janusz Zaorski, z którym tego samego dnia rozmawiam.

Do bp. Pieronka nie dzwonił

– Zostałem wychowany w wierze katolickiej. Mama była osobą głęboko wierzącą. Ojciec często miał odmienne zdanie na temat Kościoła, nie zawsze pochlebne. Wyrosłem w takich kleszczach i to mi pewnie zostało do tej pory – Janusz Gajos wspomina swoje związki z Kościołem.

Deklaruje się jednak jako osoba wierząca, uczestniczył w Watykanie w spotkaniu z Janem Pawłem II. Czy dzwonił po radę do swego przyjaciela, biskupa Tadeusza Pieronka?

Były ksiądz, konsultant filmu „Kler”: Polski Kościół to niereformowalna korporacja

– To poszłoby za daleko, gdybym pytał go, czy mogę zagrać w filmie – śmieje się Gajos. – Po prostu wykonuję swój zawód. Przeczytałem scenariusz, uznałem, że jest ważny i trzeba w nim wziąć udział. Nie podważałem wizji Kościoła, jaką przedstawił Smarzowski – sam ją podzielam.

Janusz Zaorski: – Nie podoba mu się to, co dzieje się w Polsce. Ale aktor jest od grania i jeżeli chciał zająć jakieś stanowisko, to zdecydował się przyjąć tę rolę. Zresztą zagrać purpurata to dla aktora świetne wyzwanie. Jasne, że to rola bardzo ryzykowna w dzisiejszych czasach.

Janusz Gajos bardzo uważnie dobiera słowa: – To, że Polak został papieżem, dało Kościołowi w Polsce olbrzymi wiatr w żagle, który sprawił, że w najgorszych latach PRL był oazą wolności. Ale po 1989 r. apetyt na panowanie nad polskimi duszami jeszcze wzrósł, Kościół na pełnych żaglach dalej pędził z przekonaniem, że wszyscy muszą zejść mu z kursu. A jeśli się ma za dobry wiatr w żagle, to człowiek zaczyna się upajać tym i wymagać od innych, żeby schodzili z kursu.

„Zmarnowana szansa”. Znany ksiądz – miłośnik kina obejrzał „Kler”

Egzamin w mundurze

Do szkoły teatralnej zdał za czwartym razem, na egzamin przyjechał w mundurze, bo już od roku służył w wojsku. Potem pierwsza duża rola też w mundurze. Okazała się jego wielkim sukcesem i jeszcze większym przekleństwem. Historia załogi czołgu Rudy i psa Szarika biła rekordy popularności, na niemal każdym podwórku dzieci bawiły się w pancernych. Marian Opania, serialowy kapral Zadra, wspomina, że kręcenie serialu to była przygoda: – Zebrało się doborowe towarzystwo: Pyrkosz, Turek, Michnikowski, Czechowicz… Czasami trudno było utrzymać powagę. Kiedyś kręciliśmy scenę pogrzebu Staszka, czyli Romana Kłosowskiego. Stoimy nad solidnym grobem, a Gołas rzuca: nie za długa ta mogiłka? Gajos i my wszyscy nie mogliśmy się uspokoić, bo Kłosowski nie grzeszył wzrostem. Reżyser nie mógł nas uciszyć, scena poszła do kosza.

Serialowi aktorzy przez lata jeździli z występami po Polsce.

– Szczęściarz. Zdobył sławę, rozpoznawalność i jako młody chłopak z tego korzystał. Kochały go miliony. Proszę tylko nie pisać, że był wtedy nieszczęśliwy, bo ktoś widział w nim Janka Kosa – mówi aktor Olgierd Łukaszewicz. – Aktorzy mu zazdrościli. A potem zawziętością i pracą zbudował swoją pozycję w środowisku.

– Byłem traktowany przez ludzi jako sympatyczny i miły blondyn. Nic więcej. Musiałem sam kombinować, żeby z roku na rok, z roli na rolę udowadniać, że jestem coś wart – opowiada Gajos.

– Publiczność go kochała, ale reżyserzy omijali – wspomina lata 70. reżyserka Olga Lipińska. – Był aktorem z łatką, zaszufladkowany jako Janek Kos.

JACEK BRACIAK

Małomówny, zwykle osobny. W ten sposób kumuluje siłę, żeby na scenie lub na planie móc być kulą energii, skupić na sobie uwagę.

Janusz Zaorski poznał Gajosa w 1973 r. w Moskwie, na festiwalu filmowym. – Był wtedy bogiem, kobiety na ulicach rzucały się na niego, żeby zedrzeć choć kawałek garderoby. Ale w otoczeniu aktorów był milczący i zamknięty. Na jakimś bankiecie koledzy się puszyli, błyszczeli, a on siedział cichutko. Jak oni już się wyprztykali, to Janusz opowiedział jeden dowcip, który zrobił z niego króla wieczoru. Po prostu świetnie siebie wyreżyserował.

Mateusz Morawiecki – mały krętacz

Sawicki: Dziwię się, że prof. Gersdorf z takim doświadczeniem, dorobkiem przyjmuje u siebie w gabinecie premiera, który w ostatnich tygodniach udowadniał, że jest zwyczajnym, małym krętaczem

Jestem zdumiony tym, że szef władzy wykonawczej, premier próbuje w sposób nieformalny, tajny przed społeczeństwem naciskać na władzę sądowniczą, na I Prezes SN. To jest rzecz w państwie demokratycznym niedopuszczalna. Dziwię się także pani profesor, że z takim doświadczeniem, dorobkiem przyjmuje u siebie w gabinecie premiera, który w ostatnich tygodniach aż nadto udowadniał, że jest zwyczajnym, małym krętaczem” – mówił w Polsat News Marek Sawicki z PSL.

Mam wrażenie, że w ostatnim tygodniu w szeregi PiS wdarła się pewna nerwowość, wynikająca z tego, że wiedzą, że przegrali ważną dla siebie bitwę i sprawa praworządności trafi przed TSUE. Tak naprawdę stąd ta nagła, niespodziewana i chyba nie do końca przemyślana wizyta premier u prof. Gersdorf. Stąd też to haniebne wystąpienie prezesa Kaczyńskiego, oburzające, bijące jeszcze bardziej w wizerunek sędziów” – mówiła w „Śniadaniu w Polsat News” Paulina Henning-Kloska z Nowoczesnej.

Post Navigation