Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Janusz Lewandowski”

Schetyna zapowiada rozliczenia przed sądem i niezależnym trybunałem eksperyment Kaczyńskiego

– Nieudany eksperyment, w którym jeden człowiek chce rządzić wszystkim sam, dobiega już końca. Będzie niezależny sąd, niezależny trybunał i uczciwe wyroki, wynikające z prawa, a nie z emocji czy politycznej woli – mówił Grzegorz Schetyna podczas konwencji Platformy Obywatelskiej w Warszawie.

Grzegorz Schetyna zabrał głos podczas odbywającej się w Warszawie konwencji Platformy Obywatelskiej pod hasłem „Kobieta, Polska, Europa” poświęcona prawom kobiet.

Schetyna: Koniec eksperymentu jednego człowieka

Szef PO Grzegorz Schetyna na początku swojego wystąpienia odniósł się do śmierci zamordowanego prezydenta Gdańska, Pawła Adamowicza.

– Wszyscy bardzo przeżyliśmy śmierć Pawła Adamowicza. Tęsknimy za nim jako przyjacielem, człowiekiem, samorządowcem. Zbrodnia, którą cała Polska na własne oczy, wywołała wśród nas szok i przerażenie. Wszyscy czujemy, że po tym, co się stało, już nic nie będzie takie samo – mówił szef PO.

Schetyna nazwał też zamach na Adamowicza „cezurą w nowej historii Polski”. – Tylko trzeba zapytać, co ta cezura będzie wyznaczać? Co będzie dalej? – mówił Schetyna.

Czy da się zrobić jeszcze coś, skoro została przelana krew? Odpowiedź jest trudna, ale może być tylko jedna: ta śmierć nie może mieć końca. Musi stać się początkiem budowania wspólnoty od nowa. Lepszej, współpracującej, otwartej. Jesteśmy to winni Pawłowi

– podkreślił szef PO podczas konwencji.

Schetyna w ostrych słowach skrytykował rządy Prawa i Sprawiedliwości, które nazwał „eksperymentem jednego człowieka”. Zapowiedział też powrót „niezależnych sądów i trybunału”.

– Nieudany eksperyment, w którym jeden człowiek chce rządzić wszystkim sam, dobiega już końca. Wielokrotnie to mówiłem: nie będzie ślepej zemsty, ale to nie oznacza bezkarności. Będzie niezależny sąd, niezależny trybunał i uczciwe wyroki, wynikające z prawa, a nie z emocji czy politycznej woli. Każde przestępstwo znajdzie swój wyrok, ale w atmosferze skupienia i poszanowania prawa, a nie politycznego i prawnego linczu – mówił przewodniczący Platformy.

Walka z „telewizją partyjną” i delegalizacja Młodzieży Wszechpolskiej

Grzegorz Schetyna zapowiedział również bojkot telewizji publicznej, która „sieje nienawiść”.

– Każdego dnia głośno będziemy nazywać kłamstwo kłamstwem, podłość podłością, a zbrodnię zbrodnią. Nie będziemy też udawać, że partyjna telewizja jest telewizją publiczną. Elementarna przyzwoitość nie pozwala nam na pojawianie się w tym miejscu, które siało i sieje nienawiść –  mówił.

Jak dodał, po wyborach wygranych wyborach Koalicji Obywatelskiej telewizja publiczna przestanie być „telewizją partyjną”

– Przyjdzie taki czas, że telewizję publiczną zmienimy i oddamy twórcom i dziennikarzom – mówił szef PO.

Grzegorz Schetyna zapowiedział również, że w ramach walki z mową nienawiści Koalicja Obywatelska będzie żądać delegalizacji Młodzieży Wszechpolskiej i wszystkich organizacji, które nawołują do agresji.

– Będziemy domagać się bezwzględnego ścigania każdego przypadku stosowania gróźb i mowy nienawiści. Do skutku. Będziemy żądać delegalizacji Młodzieży Wszechpolskiej i wszystkich organizacji nawołujących do agresji. Będziemy bardzo głośno mówić o tym, jak jest i pokazywać jak może i powinno być – podsumował Grzegorz Schetyna.

Depresja plemnika

W piątek po południu, po ponad 2 godzinach, zakończyło się spotkanie premiera z przedstawicielami klubów i kół parlamentarnych dotyczące sytuacji po zabójstwie prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. – Oponent polityczny to nie jest wróg. Trzeba umieć rozmawiać zarówno w świecie politycznym, jak i medialnym – mówił po spotkaniu premier Mateusz Morawiecki. Opozycja jest jednak bardziej sceptyczna. – Spotkanie nie zakończyło się przełomem, ani niczym istotnym – komentował szef klubu PO-KO Sławomir Neumann. W spotkaniu uczestniczyli także m.in. Władysław Kosiniak-Kamysz i Katarzyna Lubnauer.

Morawiecki: Spotkanie w dobrej atmosferze

Spotkanie rozpoczęło się o godz. 15.30 i trwało ponad 2 godziny. – Bardzo dobrze, że to spotkanie się odbyło – podsumował Mateusz Morawiecki, dziękując wszystkim za udział.

– Chcę podkreślić dobrą atmosferę tego spotkania i moje zdanie w tej kwestii, które mam przekonanie, że podzielają uczestnicy tego spotkania, że przecież oponent polityczny to nie wróg. Że trzeba umieć rozmawiać, zarówno w tym świecie politycznym…

View original post 2 208 słów więcej

 

Owsiak: Robimy piękne rzeczy, bo nie jesteśmy z plasteliny

„Kto by pomyślał, że zrobimy coś tak pięknego? Wiecie dlaczego, my Polacy, robimy tak piękne rzeczy? Bo nie jesteśmy z plasteliny. Jesteśmy żywymi ludźmi, jesteśmy wspaniałymi, fantastycznymi, cudownymi, kolesiami, kobietami, mężczyznami, dzieciakami, którzy tworzą wspaniały, polski naród”- powiedział Jerzy Owsiak, inaugurując 27. finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy . Było to z pewnością nawiązanie do haniebnego przytyku z niedawnej „dobranocki” w TVPInfo.

Po niewybrednym ataku PiS-owskiej telewizji w programie „Minęła 20”,szef WOŚP napisał na Facebooku: „Nie jestem Czapajewem, politykiem, ani Supermanem, żeby po tak ohydnym filmie, który tak nieprawdopodobnie próbował dyskredytować mnie i całą akcję, ot tak po prostu zagwizdać wesoło i robić swoje…”

>>>

Owsiak zapowiadał, że w tym roku WOŚP gra dla „50 dużych szpitali pediatrycznych” oraz że „chodzi o gruby sprzęt”. Jeszcze przed godz. 10 na koncie WOŚP znalazło się ponad 13 milionów złotych.

Po skandalicznej produkcji TVPInfo, zatytułowanej „ Metoda na siema”, Telewizyjna Agencja Informacyjna podjęła decyzję o zawieszeniu w obowiązkach służbowych wydawcy programu „Minęła 20”.

W najnowszym „Newsweeku” polecam tekst Renaty Grochal o tandemie, który trzęsie polskim Sejmem.

Depresja plemnika

I znów trwa rytualne symboliczne zabijanie Jurka Owsiaka. Tym razem przy pomocy pisowskiej TVP, która nadała filmik z kukiełkami mający zdyskredytować i byłą prezydent Warszawy, i Owsiaka jako złodziei grosza publicznego.

View original post 2 240 słów więcej

 

Kaczyński i Pawłowicz. Kto jest kobietą, a kto mężczyzną?

Z okazji zbliżającej się setnej rocznicy odzyskania niepodległości przez Polskę, redakcja tygodnika „Wysokie obcasy”, ogłosiła we wrześniu plebiscyt na Polkę Stulecia.

Pojawiło się sto propozycji – od artystki Magdaleny Abakanowicz po Magdalenę Żernicką-Goetz, pierwszą Polkę, która została profesorem w Cambridge. Pod literką „G” znalazło się nawet nazwisko Anny Grodzkiej, pierwszej i jedynej jak dotąd transseksualnej posłanki w polskim Sejmie, co nawiasem mówiąc spotkało się z oburzeniem środowisk konserwatywnych. „Całkiem powariowali?!” – pytał portal wPolityce.pl.

Plebiscyt jak plebiscyt… pomysł dobry, ale sensacja żadna, chyba że swoje trzy grosze dołoży ktoś taki jak np. PiS-owska funkcjonariuszka Pawłowicz. Posłanka przedstawiła bowiem własne kandydatury na Polkę Stulecia. Wymieniła Józefa Piłsudskiego, Ignacego Paderewskiego, Witolda Pileckiego, ojca Maksymiliana Kolbe, kard. Stefana Wyszyńskiego, Jana Pawła II i oczywiście Jarosława Kaczyńskiego.

„Wysokie Obcasy” nie zlekceważyły tego pomysłu i ze śmiertelną powagą odpowiedziały Pawłowicz.

Dziękując jej „za wspaniałe propozycje uwzględniające ideologię gender”. Ani naczelnik Piłsudski, ani prezes Kaczyński nie znajdą się jednak na liście propozycji. Wszystko tylko dlatego, że „niestety zamknęliśmy już zgłoszenia do plebiscytu” – wyjaśniła całkiem poważnie redakcja.

>>>

(fragmenty recenzji)

filmie Wojciecha Smarzowskiego „Kler” arcybiskup Mordowicz, grany przez Janusza Gajosa, mówi: „Ręka podniesiona na Kościół to ręka podniesiona na Polskę”. Są to słowa Jarosława Kaczyńskiego, wypowiedziane przed trzema laty podczas urodzin Radia Maryja. Role zostały więc z góry rozdane, scenariusze napisane, pytanie tylko, o jaką Polskę tu chodzi. Jeśli o taką, w której sojusz tronu z ołtarzem konserwuje nietykalność duchowieństwa i hipokryzję, to zgoda – „Kler” jest filmem z gruntu antypolskim. Wyrasta z gniewu i do gniewu apeluje, stąd jego grubo ciosana forma, posiłkująca się ludowym poczuciem humoru. Właśnie owa plebejskość wzbudza niepokój wśród tych, którzy pod wpływem pospolitego ruszenia Polaków do kin mogliby taką „Polskę” utracić. Jakby zaaplikowana przez Smarzowskiego końska dawka satyry miała przede wszystkim zabijać, a nie uzdrawiać.

Różowa świnka skarbonka z otworem w kształcie krzyża, oczywiście na czarnym tle – plakat Andrzeja Pągowskiego symbolicznym skrótem podsumowuje, o czym będzie i jak będzie. Bo do pewnego momentu jest dokładnie jak w zwiastunie filmu: twórca znany z przerysowań tym samym grubym konturem kreśli obyczajowe obrazki, odhaczając kolejne grzechy, nadużycia i przekręty kleru. Od pazerności po pedofilię, od zblatowania z szemranym biznesem, polityką i policją po intronizację Chrystusa na króla Polski – przypomina to chmurę tagów odsyłających do głośnych skandali czy antyklerykalnych dowcipów. W jednej ze scen filmu Lisowski, ksiądz karierowicz marzący o posadzie w Watykanie, instaluje w kurii ukrytą kamerę, by znaleźć haki na swojego arcybiskupa. Coś na kształt takiej kamerki Smarzowski zakłada w wielu innych miejscach: na wiejskiej plebanii, gdzie proboszcz Trybus (Robert Więckiewicz) romansuje z gosposią (Joanna Kulig), w zakrystii, gdzie wybucha afera pedofilska z udziałem księdza Kukuły (Arkadiusz Jakubik), w ośrodku dla emerytowanych księży, ukrywającym najbardziej kompromitujące przypadki oraz w luksusowym apartamencie Lisowskiego. Ale nie o zaspokojenie naszego podglądactwa tu chodzi. Pokazawszy patologie na różnych szczeblach hierarchii, naśmiawszy się z jakże ludzkich przywar i systemowych anomalii, Smarzowski zaczyna drążyć głębiej. Kiedy pojawia się wątek zgwałconego ministranta, śmiech nagle więźnie w gardle, a kamera zagląda w otchłań.

(…)

Myliłby się jednak ten, kto zobaczyłby w „Klerze” jakąś wyjątkową pod tym względem zjadliwość. 20 lat temu na łamach „Tygodnika” Janusz Tazbir w eseju „Antyklerykalizm po sarmacku” opisywał staropolską satyrę. „Ośmielasz się ograbiać świątynie możnego Boga, ważysz się ozdabiać złotem kochanki (…) polujesz, upijasz się, oddajesz miłostkom, troszczysz się o stajnię, a opłaty kościelne, dochód z mszy i skarbony trwonisz na ladacznice” – cytował adresowane do biskupów słowa XVI-wiecznego poety Sebastiana Klonowica. Lecz co ciekawe, krytyka kościelnych i zakonnych przewin rodziła się nie tylko w duchu reformacji czy oświecenia, ale także w łonie samego Kościoła – „na blisko czterysta lat przed ks. Józefem Tischnerem Piotr Skarga pisał, iż »zły żywot księży« mnoży więcej heretyków aniżeli wszystkie ich kazania”. Już w 1505 r. na sejmie w Radomiu szlachta domagała się, by osoby duchowne, które dopuściły się przestępstwa, były sądzone przez trybunał świecki. Tazbir wspomina też o szkodliwości triumfalizmu. „Prześladowania wychodziły w ostatecznym rachunku Kościołowi na dobre” – przekonuje na przykładzie kontrreformacji i komunizmu, co powinno choć trochę pokrzepić wietrzących w „Klerze” wyłącznie antyreligijno-antypolski spisek.

Jednak – zwraca uwagę Tazbir – piętnując ongiś nieobyczajność kleru, jego polscy krytycy nader niechętnie i jeśli już, to bardzo zdawkowo, dotykali kwestii pokus cielesnych. U Smarzowskiego tematem wiodącym, choć zupełnie inaczej niż w dochodzeniowym „Spotlight” Toma McCarthy’ego, jest pedofilia, która prócz tego, że uchodzi za czyn moralnie odstręczający i ciężkie przestępstwo, jest też kulturowym tabu. W pewnym momencie reżyser włącza do filmu montaż autentycznych świadectw złożonych przez ofiary księży-pedofilów. Jakby chciał w ten sposób powiedzieć, że dopiero rozwiązanie języków, po jednej i po drugiej stronie, rozpocznie proces oczyszczenia. Dlatego wybaczam Smarzowskiemu tendencyjny dobór wątków, przejaskrawione portrety, przyczynkarskie dialogi i deklaratywne wyznania. Ten film drażni i musi drażnić, boli i musi boleć. Śpiewa o tym Kazik Staszewski w piosence „Maria ma syna”, przy której ostro imprezuje trzech kumpli po zdjęciu koloratek. I choć brzmi ona buńczucznie i punkowo, nie jest to bynajmniej piosenka antyklerykalna. Trzeba tylko dobrze się wsłuchać.

PiS idzie na zderzenie z Unią Europejską

Gdzie krytykowane są dopisywanie rady, wzmacnianie władzy rektora, likwidowanie dyscyplin naukowych, tam krytykowane są wartości, nie tylko procedury.

Strajki studenckie w Polsce najczęściej zapowiadają ważne zmiany polityczne. Nie ma lepszego dowodu niż strajk, którego półwiecze dopiero co obchodziliśmy, czyli 1968 rok, od którego zaczęła się tradycja formowania się opozycji demokratycznej w PRL. Nieco zapomniany jest łódzki strajk okupacyjny, który doprowadził do zarejestrowania pierwszego w komunistycznym bloku Niezależnego Zrzeszenia Studentów w 1981 roku. Gdy upadająca komuna odmówiła w 1989 roku analogicznej rejestracji do tej, którą wywalczyła Solidarność, studenci zdobyli to sobie kolejnym strajkiem i okupacją uniwersytetu.

Strajk, który rozpoczęli studenci przed kilku dniami nie uderza w komunę, tylko w patologię jej rzekomego przeciwieństwa. Przyglądając się obecnym rządom w Polsce można odnieść uzasadnione wrażenie, że dla Jarosława Kaczyńskiego i jego obozu jedyną wadą Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej było to, że to nie on stał na jej czele. Stosunek do demokracji, licytacje polityków na wierność przywódcy, prymitywizm i siermiężność telewizyjnej propagandy, wiernopoddańcze pochody i pomnikowy kult jednostki to całkiem wierne kopie pierwowzoru.

I jeszcze jeden wiernie odtworzony element: partyjny intelektualista z ambicjami. Taki, co wyrasta ponad szereg aparatczyków, świadomy i zdeterminowany, żeby być lepszym niż swoje otoczenie, prawdziwą reformą to udowodnić. I pokazać niedowiarkom z opozycji, że to oni się mylą i źle wycelowali swoją krytykę. Jeszcze zaczną go szanować. Dzięki zaufaniu przywódcy dokona tego, co nie mogło się udać się demokratycznym mięczakom. To usprawiedliwi wszystkie jego wstydliwe cyrografy.

Gdy zdał sobie sprawę, że w przedpisowskiej Polsce zawsze będą więksi od niego, poszedł do prezesa. Ma nawet swoją satelicką partię. Owszem musi głosować, ale nie musi klaskać. Gowin nie jest jakimś tam Piotrowiczem czy Błaszczakiem od bezmyślnego wykonywania rozkazów. Nie zeszmacił się tak jak Gliński czy Kurski. Jeśli niszczy razem z nimi, to bez satysfakcji i po to, żeby samemu budować. W swoim wewnętrznym kantorze za resztę, jaka mu zostaje z władzy, kupuje świadectwo poświęcenia dla wyższej sprawy. Właśnie dał Polsce „Konstytucję dla nauki”. I wierzy, że tylko tę kiedyś będzie mu pamiętane.

W projekcie Gowina wyczuć można wyjście ponad pisowski standard. Gowin rozmawiał, Gowin ustępował, uwzględniał, szedł na kompromisy, wyjaśniał. Gowin się sam dla ustawy narażał. Dawno by go w partii rozstrzelali, gdyby nie list żelazny, który od prezesa wywalczył. Tylko prezes Kaczyński tę ustawę popiera, a reszta jest przeciw, czy to nie najlepszy dowód, że Gowin jest po dobrej stronie mocy? Nawet jeśli Gowin nie jest z nami, to nie jest przeciw nam. Ależ on ma pecha, że na koniec posłanka Piotrowicz się wpieprzyć musiała i też zaczęła popierać ustawę. Lepiej to z samym prezesem wyglądało.

W każdym razie nie o wykluczenie słabszych tu chodzi i nie o kontrolowanie silnych. Tu chodzi o doinwestowanie, o dopunktowanie, o ukonkurencyjnienie, o wyrównanie szans, o nagrodzenie wysiłków. Rektor jest za i to nie jeden. Środowiska są za. Opozycja nie grzmi. W ogóle właściwie to tylko PiS jest przeciw.

***

Żadne kompromisy i uwzględnione poprawki nie zlikwidują podejrzeń wobec wpisania w organizację pracy uniwersytetów rady zdominowanej przez zewnętrznych doradców. Tacy to doradcy, co mają wpływ na wybór władz uczelni i jej funkcjonowanie. Jeśli Gowinowi zależy jedynie na usprawnieniu, doinwestowaniu, unowocześnieniu, etc. to po co mu ta rada? Ministerstwo w żadnym ze swoich uzasadnień nie wskazało na pozorny choćby związek między nowym zewnętrznych ciałem a modernizacją pracy uczelni.

Podawane przez ministerstwo uzasadnienie jest takie: rada ma… zwiększyć autonomię uczelni. Tak poprawi, jak ustawa medialna przywróciła pluralizm mediów publicznych, reforma sądownictwa je zdekomunizowała, walka z „polskimi obozami śmierci” poprawiła nam wizerunek, a rządowa kontrola nad finansowaniem ngosów wzmocni społeczeństwo obywatelskie. W sprawie pozostałych „walorów” ustawy odsyłam do przemówień i tekstów wykładowców uniwersyteckich Macieja Gduli i Andrzeja Ledera.

W znanych z historii strajkach studenckich poza krytyką decyzji władz uczelni zazwyczaj chodziło o coś znacznie większego. Maj ’68 we Francji nie sprowadzał się do wprowadzenia koedukacyjności akademików i usunięcia policjantów w cywilu z uniwersytetu w Nanterre, a protesty polskich studentów w marcu do przywrócenia Dziadów, a nawet nie do cofnięcia relegowania Adama Michnika i Henryka Szlajfera z uczelni. To były cele, ale to nie były wszystkie przyczyny. Połączenie możliwości diagnozowania rzeczywistości przez wspólnotę akademicką z bezkompromisowością studentów pozwalało przebić się przez skorupę myślową i obyczajową szerszej grupie społecznej niż tylko środowisku akademickiemu. Czy tak jest dziś i czy to się uda, zależy to od studentów i wspierających ich wykładowców, a także od solidarności społecznej.

Trzydzieści lat uniwersytet doświadczał tych samych procesów, co całe społeczeństwo. Dzikiej konkurencji, komercjalizacji, wyzysku pracy, reprodukcji nierówności, eliminowania krytycznego myślenia, testozy, grantozy i punktozy. Długo lęk przed utratą miejsca w dzikiej konkurencji i reklamowana wszędzie nadzieja na lepszą przyszłość w urynkowionym życiu społecznym pacyfikowały środowisko akademickie. Kilkanaście lat temu zaczęło się to zmieniać na poziomie myślenia, publikowania i organizowania się. Kilka lat temu zaczęły się protesty. A teraz trwa strajk.

Gdzie krytykowane są dopisywanie rady, wzmacnianie władzy rektora, likwidowanie dyscyplin naukowych, tam krytykowane są wartości, nie tylko procedury. To na tym poziomie Gowin nie dogadał się ze studentami i pracownikami naukowymi mimo 699 dni konsultacji i przeczytania wszystkich 3300 poprawek. Ten strajk to najlepsza rada.

Na nas wszystkich spada odium jako na ten kraj ze Wschodu, który spełnił kryteria członkostwa, rokował wspaniale. Krzepił całą Unię Europejską, a teraz jest kłopotem Unii Europejskiej – powiedział w „Faktach po faktach” europoseł PO Janusz Lewandowski.

Janusz Lewandowski mówił w TVN24 o zapowiadanej nieoficjalnie wizycie w Warszawie wiceszefa KE Fransa Timmermansa.

Europoseł ocenił, że jeśli do tej wizyty dojdzie, to zapowiada to „kolejną rundę jałowych rozmów między KE a naszym rządem” – jałowych, bo „obie strony nie mają do tego ani serca, ani przekonania”.  Zaś ani Timmermans, ani UE nie dadzą się nabrać na „kosmetykę w sądownictwie” – jak opisał europoseł przeprowadzane na żądanie KE zmian w rządowych ustawach sądowych.

Fakt, że w najbliższą środę Parlament Europejski ponownie zajmie się sytuacją w Polsce, polityk ocenił jako „kolejne godziny wstydu”.

– Dotyczy to wprawdzie nadużyć władzy przez PiS, ale jakieś odium spada na nas wszystkich jako na ten kraj ze Wschodu, który spełnił kryteria członkostwa, rokował wspaniale. Krzepił całą Unię Europejską, a teraz jest kłopotem Unii Europejskiej – powiedział Lewandowski.

Europoseł stwierdził też, że zauważa w PE pewne „zmęczenie Polską”, w czym dostrzega „jedyną szansę” dla obecnego rządu.

– „A sobie róbcie swoje na wschodzie Europy, bo widocznie jesteście ze Wschodu i tam wam dobrze, a my się zajmiemy rzeczywistymi problemami”  – mówił polityk, zauważając, że te rzeczywiste problemy to m.in antyeuropejska koalicja we Włoszech czy wojna handlowa z USA.

– To są tematy numer jeden, to są wyzwania egzystencjalne Unii Europejska, która w epoce Trumpa musi powoli budować własne zdolności obronne (…). A Polska jest w tej chwili kłopotem, jest krajem specjalnej troski – stwierdził Lewandowski.

– Stan sporu Polski z UE jest coraz gorszy – ocenił w TOK FM Michał Kamiński, poseł klubu PSL-Unia Europejskich Demokratów. – Polska wysyłała sygnały, że chcemy dokonać jakichś ustępstw, później okazało się, że ustępstw nie ma. Ta władza nie ma ochoty na kompromis, wyraźnie idziemy na zderzenie – dodał.

Poseł wyraził obawy, że taka strategia PiS świadczy o chęci ograniczania wolności i demokracji w kraju. – Po co Prawu i Sprawiedliwości ten skok na sądy? Przecież ministrowie Czaputowicz i Szymański są na tyle przytomni, że zdają sobie sprawę, że my tego sporu nie wygramy i będzie on miał gigantyczne konsekwencje dla Polski. To, że są gotowi zapłacić taką cenę za to, żeby trzymać sądy w garści, rodzi w mojej głowie najbardziej niepokojące scenariusze – tłumaczył.

– Być może ich zamiary wobec naszej wolności i demokracji są dużo gorsze, niż najwięksi wrogowie PiS przeczuwają – sugerował Kamiński.

Gra na zmęczenie

Do kwestii sporu z Komisją Europejską w Rozmowach w TOK-u odniósł się też senator Marek Borowski. Przypomniał, że jego kluczową kwestią jest usunięcie sędziów Sądu Najwyższego. Na początku lipca przestaną oni pełnić swoją funkcję, na skutek zmiany granicy ich wieku emerytalnego. – Czegoś takiego w krajach UE nie było, nawet na Węgrzech. To jest łamanie konstytucji, która mówi, że sędziowie są nieusuwalni – stwierdził.

Zdaniem Borowskiego, do wysłuchania Polski w Radzie Unii Europejskiej dojdzie na skutek konfliktu w samej Komisji Europejskiej, ponieważ jej członkowie nie są jednomyślni w kwestii, czy sprawę obniżenia wieku emerytalnego sędziów powinien rozstrzygać Trybunał Sprawiedliwości. – Wysłuchanie jest wyjściem kompromisowym. UE jest w trudnej sytuacji ze względu na liczne wewnętrzne konflikty, więc PiS “gra na zmęczenie” KE. Ale to będzie ze szkodą dla Polski – ocenił senator.

Kościół wspomaga PiS

Duchowny Stanisław Walczak o hierarchach Kościoła legitymizujących kłamstwa polityków PiS.

W październiku 2016 r. odbył się pierwszy „czarny protest”, w którym kobiety wyraziły swój sprzeciw wobec zaostrzenia ustawy aborcyjnej. W Poznaniu część uczestników przeszła pod biuro poselskie PiS, gdzie kilka zamaskowanych osób rzuciła race w stronę policjantów. Doszło do przepychanek, a funkcjonariusze wykazali się wielką nadgorliwością, okładając na chybił trafił obecnych w tym miejscu protestujących.

Prokuratura postawiła zarzuty nie tylko tym trzem osobom, ale i kolejnym, które brały udział w manifestacji, ale nie zostały ani zatrzymane, ani nawet wylegitymowane. Ciekawe, jakimi kryteriami kierowała się policja, wskazując właśnie na tych kilku uczestników? W jaki sposób wyłuskali z ponad półtoratysięcznego tłumu „winnych nadmiernej agresji” wobec funkcjonariuszy?

W akcie oskarżenia znajduje się tylko lakoniczna informacja, że „brały udział w zbiegowisku”, ale dziennikarzom Gazety Wyborczej udało się dowiedzieć coś więcej. Okazuje się, że dwie z tych osób same zgłosiły się na policję, by złożyć doniesienie na agresywne zachowanie funkcjonariuszy prawa, a trzecia miała być świadkiem, potwierdzającym wniesione zarzuty. Oczywiście prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa, a po interwencji sądu i tak sprawę umorzyła. Uznała bowiem, że policja działała legalnie i w pełni słusznie. Natomiast ci, którzy odważyli się złożyć skargę, zostali oskarżeni o napaść na policjantów. Zarzuca się im udział w nielegalnym zgromadzeniu, którego członkowie „wspólnymi siłami dopuszczali się gwałtownego zamachu na funkcjonariuszy policji wykonujących obowiązki służbowe”.

Oskarżeni nie przyznają się do winy, a Agnieszka Rybak–Starczak, adwokatka zatrzymanych, jest przekonana, że „Policjanci bez powodu zaczęli okładać pałkami osoby spokojnie demonstrujące na ul. Święty Marcin. Świece dymne były rzucane wcześniej przez niezidentyfikowane osoby z tłumu, ale moi klienci nie mieli z tym nic wspólnego (…) Policja zareagowała gwałtownie. Moim zdaniem dlatego, że wszystko działo się obok siedziby PiS. Zresztą w aktach sprawy znalazłam potem podziękowania za interwencję od posła PiS Tadeusza Dziuby”.

Prokurator Katarzyna Guźniczak, autorka aktu oskarżenia, niewiele ma do powiedzenia. Choć twierdzi, że akt oskarżenia powstał w oparciu o solidny materiał dowodowy, to jednak nie podaje żadnych szczegółów. Nie potrafi też powiedzieć, dlaczego tym właśnie tym trzem osobom postawiono zarzuty.

Małgorzata, uczestniczka protestu, oskarżona za wybicie kciuka jednemu z interweniujących policjantów zastanawia się, w jaki sposób można się bronić, gdy „osoby składające zawiadomienia same zostały oskarżone. Doszło do absurdalnej sytuacji, bo istnieje ryzyko, że osoby, które chcielibyśmy powołać w sądzie na świadków, też będą stawiane potem w stan oskarżenia”.

Pierwsza rozprawa w tej sprawie odbędzie się dzisiaj, na Starym Mieście.

Andrzej Karmiński na koduj24.pl pisze o lekcji polsko-polskiej.

Lekcja godności 

Kiedy na poprzednich zajęciach („Patrioci z certyfikatem PiS”) zajmowaliśmy się wyjaśnianiem praktycznego znaczenia pojęcia PATRIOTYZM, doszliśmy do zaskakujących wniosków. Okazało się, że wbrew aktualnie obowiązującej doktrynie, polski patriota wcale nie musi być członkiem partii sprawującej kierownicza rolę, nie musi nawet wspierać grupy oburącz trzymającej władzę! Po wnikliwej analizie dostępnych definicji udało się obalić tezę, że patriotyzm polega na głoszeniu bogoojczyźnianych frazesów przez samozwańczych Prawdziwych Patriotów.  W sumie wyszło nam, że patriotyzm, to z grubsza biorąc działanie korzystne dla ojczyzny, wynikające z przyjaznego i ciepłego uczucia obywatela do swojego kraju. Polski patriota po prostu kocha Polskę, a jeśli tak, to i Polaków stara się lubić.  Wie, że tych, których lubi, nie powinien oszukiwać, ani dzielić ich na sorty, na podkategorie czy nienawistne plemiona. Poza tym patriota w miarę możliwości nie demoluje swojej ojczyzny, nie psuje jej mechanizmów, nie kompromituje kraju, nie naraża go na zagrożenia, nie szuka Polsce wrogów i nie zraża do niej przyjaciół.

Dzięki tym ustaleniom każdy może teraz sprawdzić czy sam spełnia wymogi patrioty oraz ocenić kto ich nie spełnia – zatem kwestię uznać już można za zamkniętą.  A teraz proszę otworzyć zeszyt lub umysł, kto tam co ma, i zanotować temat dzisiejszego spotkania: GODNOŚĆ I JEJ OKOLICE

Słowo „godność” zrobiło ostatnio niebywałą karierę, jednak coraz częściej staje się źródłem nieporozumień. Słowniki zgodnie opisują GODNOŚĆ jako «poczucie własnej wartości i szacunek dla samego siebie» oraz «zaszczytne stanowisko, tytuł, zaszczytna funkcja».  Pomijam trzecie znaczenie: «w zwrotach grzecznościowych godność oznacza nazwisko», bo w Polsce żywa jest tradycja radosnego nabijania się z nazwisk, wyglądu i niepełnosprawności.

Godność człowieka wyraża się więc w dążeniu, by zarówno on sam, jak i wszyscy inni, mieli poczucie jego wartości i okazywali mu szacunek. Cóż jednak, gdy komuś brak walorów duchowych, moralnych czy też zasług społecznych? Przyzwoity człowiek w takim wypadku odwołuje się do preambuły i art. 30 Konstytucji, gdzie mowa jest o przyrodzonej godności człowieka , a równocześnie stara się jakoś zasłużyć krajowi, czym potrafi. Nieprzyzwoity człowiek natomiast kontestuje Konstytucję (która o dziwo – nie wyłącza kobiet z prawa do przyrodzonej godności) i twierdzi, że na świecie istnieje ograniczony zasób godności, którą można zdobyć tylko odbierając ją innym.

W polskiej praktyce GODNOŚĆ ma wiele imion. Wspomniana już Osobista przynależy tylko tym, którzy wyzbywają się pokusy samodzielnego myślenia. Wraz z nominacją na Osoby Godne nabywają automatycznie uprawnienie do odbierania godności innym ludziom. I tak jedni Polacy stają się godni zaszczytów, a inni godni pożałowania, krytyki lub w ogóle niegodni.  Ponieważ godność osób uznanych za Godne nie jest poparta żadnymi dowodami, ludzie ci lgną do podobnych sobie i gromadzą się w lokalnych grupach, tworząc nie zdefiniowaną jeszcze w słownikach Godność Grupową.  Jej cechą wyróżniającą jest przekonanie o należnym grupie szacunku, który wynika z samego faktu przynależności do wybranych beneficjentów nowego ustroju –. księży, członków PiS, usłużnych dziennikarzy itp. Każda taka grupa tworzy własny mit władzy. Ksiądz na przykład rządzi duszami swych owieczek bez względu na to, czy jest mądrym pasterzem, czy prymitywnym pastuchem, który nie dostrzega, że jego niedbałe „Bóg zapłać” za przekazywane mu kolejne dobra, brzmi coraz częściej jak „Bóg zapłacz”.

Godność Grupowa przejawia się żądaniem szacunku za cokolwiek, co zdaniem grupy na szacunek zasługuje. Rządzącym należy się więc szacunek wynikający z samego faktu sprawowania przez nich rządów, ponieważ nie sfałszowali wyborów. PiS domaga się szacunku, bo nie kradnie, w odróżnieniu.  Politrukom należy się podziw za utrzymanie niezmiennych słupków poparcia dla PiS mimo coraz bardziej idiotycznych pomysłów władzy. Cynglom Kaczyńskiego dziękuję za to, że moja ulubiona drużyna Lech Poznań nie zmieniła jeszcze nazwy na Jarosław Poznań.

Inną, jakże polską odmianą godności, jest Godność Narodowa.  Autorzy tego pojęcia za nic mają opinię prof. Adama Strzembosza, że naród to bardziej stan psychiczny niż fakt prawny. Dla teoretyków obecnego ustroju Naród, podobnie jak Suweren, jest paramilitarnym fanklubem zdziecinniałego piromana. W rękach nieodpowiedzialnego za nic prezesa Godność Narodowa stała się bronią masowej zagłady demokratycznych reguł funkcjonowania cywilizowanych społeczeństw i wolnościowych idei. W imię tej specyficznej godności funkcjonariusze podłej zmiany gotowi są rozwalać sojusze, atakować przyjaciół i lżyć sąsiadów, równocześnie żądając szacunku od  tych, których obrażają. Utożsamiając Unię z okupantem przemocą domagają się od Europy uznania polskiej godności.   Nie zauważają, że budząc nienawistne upiory starają się budować własną godność kosztem swojego człowieczeństwa.

Coraz częściej Godność staje sie przymiotnikiem, określającym m.in. historię lub politykę. Polityki zwyczajnej już nie ma. Jest albo godnościowa, albo służalcza. Dla partii sprawującej kierowniczą rolę godność jest właściwością panujących i czymś w rodzaju legitymacji uprawniającej do zaszczytów, pieniędzy oraz wyboru dowolnych metod rządzenia.  Przedstawiciel totalnej władzy wyjaśniłby to tak: – Polacy bywają rozmaici. Weźmy przykładowo takiego mnie. Jestem tu, gdzie jestem, bom godny stanowiska, dobrej pensji, dodatków, służbowej karty kredytowej i premii, które mi się zwyczajnie należą. Wyjaśniła to już pani premier w sejmie.  Natomiast ten, co był przedtem na moim miejscu jest oczywiście niegodny i dlatego w demokratycznych wyborach suweren oderwał go od koryta. W ostatniej chwili, bo tamci o mało co całą Polskę by rozkradli. My obiecaliśmy nie kraść i dotrzymujemy słowa. Nie kradniemy, bo i po co, skoro wszystko jest teraz nasze i zawsze możemy sobie wziąć co nam potrzebne…

***

Codziennie przybywa faktów i zdarzeń – wykwitów polskiej polityki godnościowej. Dla mnie symbolem tej choroby jest pomnik na skraju lasu, poświęcony pamięci okolicznych powstańców wielkopolskich, zamordowanych przez hitlerowców. Do niedawna był tradycyjnym obeliskiem z klasyczną tablicą pamiątkową. Dzisiaj pomnik ma kształt piramidy z tandetnych kostek brukowych na postumencie z wmurowanymi uchwytami na dwie flagi. Jedna flaga przybrudziła się i spłowiała, a drugą od razu ukradli.

Dla crowdmedia.pl Cezary Michalski rozmawia z Januszem Lewandowskim.

W Polsce na temat Unii Europejskiej i pozycji naszego kraju w UE mamy dziś dwie kompletnie sprzeczne diagnozy. Pierwsza, powtarzana przez PO, proeuropejskich ekspertów, krytyków polityki PiS-u: „Unia nam ucieka, integracja w strefie euro wypchnie nas ponownie na peryferie Zachodu, w chaos i w ramiona Putina”. Na co antyunijna prawica, nie tylko PiS-owska, odpowiada: „nic nam nie ucieknie, bo Unia się rozpada, Zachód się rozpada, w tym chaosie możemy budować albo przynajmniej udawać suwerenną potęgę, jak Rosja Putina”. Która z tych diagnoz jest prawdziwa?

Mamy za sobą fatalne lata 2015-2016, kiedy dominowały tendencje odśrodkowe, a populizm, głównie prawicowy, dyktował zbiorowe emocje w Unii. Jeszcze nie zagoiły się rany po kryzysie gospodarczym, gdy Europę zalała fala uchodźców, a islamski terroryzm zaatakował Paryż, Brukselę, Niceę i Berlin. Skojarzenie terroryzmu z migracją, a migracji z Europą bez granic było śmiertelnie groźne nie tylko dla UE, ale dla całego liberalnego Zachodu. To był czas Brexitu i zwycięstwa Trumpa. Natomiast już rok 2017 przyniósł otrzeźwienie. Szok Brexitu stał się dla kontynentalnej Europy terapią szokową. Wzrosło zaufanie do wspólnotowych instytucji, czego potwierdzeniem był cykl wyborczy w Holandii, Francji, nawet Austrii. Także w Niemczech mamy ostatecznie proeuropejski rząd. Chorują Włochy, ale Unia jako całość ma się lepiej.

W Austrii do koalicji rządzącej weszła skrajna prawica.

Ale dominujący w tej koalicji konserwatyści są proeuropejscy, a odpowiedzialność za kraj stępiła antyunijny język ich prawicowego koalicjanta. W następstwie Brexitu zaczęło do ludzi docierać coś, co nie jest wcale łatwe do wytłumaczenia, gdy wspólną Europę widzi się jako rzecz oczywistą, zastaną, daną raz na zawsze. Zrozumienie wartości zachodnich instytucji jako zapewniających nam wszystkim na co dzień pokój, wolności obywatelskie, swobodę podróżowania i pozyskiwania pracy, dobrobyt – trochę na zasadzie Mickiewiczowskiego „zdrowia”, które zaczynamy doceniać dopiero wtedy, gdy się je traci. W dzień po referendum Anglicy obudzili się z kacem, a młodzież brytyjska uniemożliwiała prowadzenie lekcji skandując: „my chcemy być w Unii Europejskiej”.

Anglii to już nie pomogło, a na kontynencie ta energia uratowała Holandię i Francję, ale już nie Włochy.

Kryzys we Włoszech jest kryzysem domowym, chociaż doprawionym przez migrantów z Afryki, którym najbliżej do Lampeduzy czy Sycylii. Nie wynika z błędów popełnionych przez Unię, ale z niskiej jakości włoskiej polityki wewnętrznej. Bruksela, lokując nadzieję w premierze Renzim, robiła dla Włochów ustępstwa, rozmiękczając rygory finansowe, ale to nie pomogło. Tamtejsza klasa polityczna całkowicie zawiodła zaufanie obywateli – oddając pole populistom.

Na ile może to zablokować integracyjne projekty Macrona? Czy kryzys polityczny we Włoszech, w połączeniu z koniecznością negocjowania warunków Brexitu, nie wyczerpie politycznej energii Paryża, Berlina, Brukseli?

Macronowi jesteśmy wdzięczni, bo zatrzymał anty-europejski Front Narodowy i wiemy jak trudna jest misja reformowania Francji. Dlatego ze zrozumieniem przyjmujemy jego górnolotne projekty wielkiej reformy strefy euro, tożsamej z wizją „Europą dwóch prędkości”. Europejska „ucieczka do przodu” Macrona, która mu się opłaciła w wyborach francuskich, była ożywczym dla całego kontynentu przypomnieniem wartości europejskiej integracji. Zarazem, szczególnie Polacy nie mogą przymykać oczu na protekcyjny wymiar jego wizji, osłaniany hasłem „dumpingu socjalnego”. Kiedyś pod tym hasłem wylansowano sztucznie problem „polskiego hydraulika”, teraz służy w kampanii przeciw pracownikom delegowanym i generalnie konkurencji z Europy Wschodniej. A ponieważ rząd PiS-u dostarcza dzisiaj alibi dla każdego uderzenia w polskie interesy w UE, oberwaliśmy na wielu frontach, istotnych dla polskiej ofensywy na wspólnym rynku.

Jeśli Włochy przekreśliły nadmierny optymizm w integrowaniu strefy euro, to jaki Unii pozostał scenariusz, poza obroną status quo i łagodzeniem bieżących kryzysów?

W strefie euro nie będzie rewolucji, ale to nie znaczy, że pozostanie bez zmian. Ostrożne reformy wymusi konieczność ubezpieczenia wspólnej waluty na wypadek złej pogody w światowej gospodarce. Lepiej to robić dziś, w czasach koniunktury, niż czekać na kolejny kryzys. Zatem będzie pogłębiana unia bankowa, być może z wspólnymi gwarancjami depozytów. Europejski Mechanizm Stabilizacji (ESM) przekształci się zapewne w pełnokrwisty Europejski Fundusz Walutowy. Przez co ta właściwa UE, wokół strefy euro, będzie nam odjeżdżała.

Czy Polska – tak jak zapewniają Kaczyński i Morawiecki – może zablokować proces tworzenia się „Unii dwóch prędkości”, na przykład znajdując jakichś sojuszników przeciwko Paryżowi, Berlinowi i ostatecznie Brukseli?

Nasza strategia „trzymania nogi w drzwiach”, by mieć wpływ na strefę euro, to już przeszłość. Na ostatnim szczycie Unii Polska po raz pierwszy straciła miejsce przy euro-stole, gdyż premier Morawiecki zechciał opuścić Brukselę, gdy sprawa się rozstrzygała. Nasza zdolność koalicyjna to też przeszłość. W czasie, kiedy byłem komisarzem odpowiedzialnym za tworzenie obecnej perspektywy budżetowej, Polska spinała koalicję Wschodu i Południa, nazywaną „friends of cohesion”, a także różne inne sojusze. Ale to nie były koalicje „przeciwko Brukseli”. Strategiczne interesy Polski – budżetowe, energetyczne, w polityce wschodniej – realizowaliśmy pod sztandarem Unii. Czyli była to sztuka budowania koalicji dośrodkowych, wykorzystujących siłę całej Wspólnoty. Dziś wszyscy wiedzą, że z Polską PiS łatwiej coś stracić, niż wygrać.

Dlaczego, przecież Włosi czy Grecy mogliby w Kaczyńskim szukać sojusznika do wyciskania dodatkowych pieniędzy od Niemiec?

Polskę od krajów Południa Europy całkowicie odcięło nieprzejednane stanowisko rządu PiS w sprawie uchodźców. Włochów, Greków, Hiszpanów szlag trafia, gdy słyszą polskie roszczenia budżetowe. Oczekują solidarności, a słyszą rządowe kłamstwa o setkach tysięcy uchodźców z Ukrainy. Orban zdołał się z tego wywikłać robiąc symboliczne humanitarne gesty, podobnie Czesi. Polski rząd nawet do takiego symbolicznego minimum nie jest zdolny.

Kiedy Grzegorz Schetyna wraz z panem zaproponował w Brukseli podobne humanitarne minimum, jakie później wprowadził Orban – przyjęcie 80 matek z dziećmi z Aleppo, z obozów we Włoszech i Grecji, sprawdzonych już przez europejskie służby – PiS zaatakowało was za „próbę islamizacji Polski”.

Zatem z krajami Południa rząd PiS ma dziś „na pieńku”. Grupa wyszehradzka od święta pozoruje jedność, ale w istocie jest wewnętrznie skłócona i osłabiona. Każdy gra osobno. Rząd PiS tak bardzo skonfliktował się z Brukselą, że inne kraje nie chcą być z tym kojarzone. W dodatku Węgry ostentacyjnie łamią europejską solidarność układając się z Rosją Putina.

Jest pan jednym z czterech sprawozdawców Parlamentu Europejskiego uczestniczących bezpośrednio w pracach nad nowym budżetem Unii. Jak ta polityka rządu PiS wpływa na waszą zdolność obrony finansowych interesów Polski?

To, że wśród czterech sprawozdawców PE w sprawie przyszłego budżetu UE jest dwóch Polaków – Jan Olbrycht i ja – to jest świadectwo naszej skuteczności. Z drugiej strony mamy Czarneckiego i Korwin-Mikkego na krótkiej liście euro-parlamentarnego obciachu. Z jednej strony twarze „dobrej zmiany”, z drugiej, jak to nazywam, reduty dawnego wpływu.

Pozostałości po czasach, kiedy Polska stabilizowała politycznie cały wschodni region UE i budowała dzięki temu pozycję w instytucjach unijnych?

Delegacja PO-PSL w europarlamencie nadal stanowi drugą siłę, po Niemcach, w największej frakcji, chadecko-konserwatywnej. Z naszej frakcji wywodzi się z szef parlamentu – Tajani, szef Komisji Europejskiej – Juncker i szef Rady – Tusk. Najpierw zadbaliśmy z Olbrychtem, by stanowisko budżetowe naszej rodziny politycznej było korzystne dla Polski. Żeby uwzględniało nowe potrzeby, zrozumiałe dla Europejczyków, kontrolę migracji, szczelność zewnętrznych granic, walka z terroryzmem, ale nie kosztem polityki spójności i dopłat rolnych. Potem nadaliśmy idącą w tym kierunku treść rezolucjom całego Parlamentu Europejskiego, przegłosowanym w marcu 2018. Robimy więc wszystko, żeby Polska nie płaciła ceny za politykę Kaczyńskiego, albo żeby ta cena była jak najniższa. Koniunktura w Europie jest dzisiaj dobra, przez co klimat wokół tworzenia budżetu UE jest lepszy, niż w okresie głębokiego kryzysu i zaciskania pasa, kiedy projektowałem budżet 2014-20. Dziś są sygnały z Berlina i Paryża – a to są główni płatnicy netto – że składka do budżetu UE może wzrosnąć. Nie ma premiera Camerona, którego PiS uważał za swojego najlepszego sojusznika, a który cały czas domagał się drastycznych cięć europejskich wydatków.

Miało mu to pomóc wygrać referendum w sprawie Brexitu.

Chciał przekonać Brytyjczyków do pozostania w Unii pokazując Wspólnotę jako instytucję rozrzutną i niewydolną, którą tylko on zdoła zdyscyplinować. Samobójcza strategia! Wiemy jak to się skończyło dla samego Camerona i dla Wielkiej Brytanii. Dziś, bez Camerona, jest zdecydowanie łatwiej bronić dużego budżetu UE.

Tylko że polityka imigracyjna, bezpieczeństwo, w tym także wspólna polityka obronna, na co będą dodatkowe pieniądze w nowym budżecie UE – to akurat obszary, z których rząd PiS Polskę skutecznie wycofał. Macierewicz zniszczył naszą współpracę z europejskimi partnerami w obszarze polityki obronnej. Naszą polityką imigracyjną rządzi Chruszczowowskie „niet!” powtarzane przez Kaczyńskiego i Morawieckiego.

Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, by Polska nie płaciła za grzechy Kaczyńskiego, Szydło i Morawieckiego. Mniej groźna, niż się to wydawało, okazała się perspektywa oddzielnego budżetu dla strefy euro, czyli dwóch unijnych budżetów, a nawet dwóch parlamentów. Tego nie będzie. Wspólny budżet ma zawierać specjalną linię adresowaną do krajów strefy euro, ale szacowaną dziś na 25 miliardów euro. To nie jest rozmiar, który uszkodzi całą konstrukcję budżetu dla 27 państw.

Zatem Polska zyskała trochę czasu, żeby nie musieć później po raz drugi „wchodzić do Unii” – tym razem zdefiniowanej jako strefa euro. Czy jednak Kaczyński i Morawiecki nie dojdą do wniosku, że w kraju mogą już sobie pozwolić na wszystko, bo „Unia i tak da nam kasę”?

Trwają prace, bardzo zaawansowane, jeśli chodzi o powiązanie funduszy europejskich ze stanem praworządności w krajach członkowskich. Południe chciałoby wiązać wypłaty z solidarnością w kwestii uchodźców. W obu wypadkach dzieje się tak za sprawą Polski. Klimat wokół Polski jest fatalny i jest odwrotnością szacunku i zaufania, jakim cieszyliśmy się do roku 2015. Efekty ujawnią się 2 maja, kiedy Komisja Europejska przedstawi propozycję budżetu po roku 2020. Ludzie pracujący w instytucjach unijnych wiedzą jednak, że za grzechy na górze zapłacą ludzie na dole. Zakładnikami polityki Kaczyńskiego są Polacy, którzy w większości na PiS nie głosowali. Stąd zresztą bierze się także nasz dylemat – jak mają głosować europosłowie Platformy w kwestiach zawinionych przez Kaczyńskiego, ale gdzie ofiarą sankcji może paść Polska, czyli wszyscy Polacy.

Można by zrozumieć każdą waszą decyzję – głosowanie za, wstrzymanie się od głosu, nieuczestniczenie w głosowaniu. Kłopot pojawia się wówczas, kiedy jedni wasi europosłowie głosują tak, drudzy inaczej. To osłabia wizerunek przywództwa Platformy, jako największej partii opozycyjnej, która musi się przeciwstawić Kaczyńskiemu w kraju.

Żadna delegacja narodowa nie stanęła wcześniej wobec tak dramatycznego wyboru. Jesteśmy pierwsi, bo Polska PiS to jest poligon doświadczalny, na którym UE wypróbuje art, 7. Stąd próba przeniesienia reguły obowiązującej w Radzie Europejskiej, gdzie delegacja narodowa nie głosuje w kwestii, która dotyczy jej własnego państwa.

Zatem jak ktoś kopie w europejską konstrukcję – jak dzisiaj Kaczyński czy Orban – to kłopot mają jej obrońcy, a nie ci, którzy niszczą.

To jest problem, który prześladuje UE od czasu, gdy w Austrii objawił się nacjonalista Haider. Skoro jednak wspólnota demokratycznych narodów znalazła receptę na kryzys gospodarczy, znajdzie prędzej, czy później metodę radzenia sobie z eurosceptycznymi rządami w krajach, które wypełniły kryteria wstępu do europejskiego klubu, a potem łamią fundamentalne zasady, na których wspiera się Unia. Sankcje idące przez budżet nie dotkną rządu, który „sam się wyżywi”. Restrykcje, które precyzyjnie uderzają w sprawców zła, a nie w ich ofiary, znajdują się w repertuarze UE, ale dotyczą krajów trzecich – Rosji czy Białorusi. Wszystkie warunkowości budżetowe, o których rozmawiamy, nie szkodzą rządowi PiS, stąd dylematy opozycji. Można oczywiście utrudniać wykorzystanie funduszy w zatwierdzonej kopercie narodowej, ale w tej części, która zależy od marszałków województw (ponad 30 mld euro), wystarczającym utrudnieniem jest już atak CBA na urzędy marszałkowskie.

Ale to znowu uderza bezpośrednio w Polskę, a w Kaczyńskiego pośrednio, tylko jeśli Polacy zaczną go politycznie rozliczać.

Niestety, wyborcy PiS nie kojarzą głównego sprawcy zła z porażkami na arenie międzynarodowej. Pranie mózgów przez TVP robi swoje. Kaczyński, Szydło i Morawiecki przegrywają wszystko, co kiedyś wygrywała Polska – ważne funkcje w UE, pracownicy delegowani, ETS, potencjalnie budżet. Jeśli zdarza się sukces, choćby w postaci dyrektywy gazowej, przegłosowanej w komisji ITRE pod przewodnictwem Buzka, która utrudnia budowę Nord Stream II, to żadna w tym zasługa rządu. Nigdy od czasu wstąpienia do UE w roku 2004 nasz kraj nie miał tak słabej pozycji w rozgrywaniu naszych realnych interesów. My w PO odrzucamy zasadę „im gorzej, tym lepiej”. Walczymy o jak najwięcej pieniędzy dla Polski z kolejnego budżetu UE i stoimy na polskie bramce, gdy rząd strzela samobóje. Ale coraz więcej jest do zrobienia. Świadom problemu polskich i węgierskich NGO-sów, zgłosiłem projekt specjalnej linii budżetowej dla organizacji, które stoją na straży unijnych wartości – zarządzanej przez Komisję Europejską, bez pośrednictwa rządów. Teraz jest to oficjalne stanowisko Parlamentu Europejskiego. Mam nadzieję, że komisarz Oettinger uwzględni mój postulat w projekcie Wieloletnich Ram Finansowych 2021-27.

Żeby jedynym NGO-sem w Polsce nie było Radio Maryja – finansowane przez Narodowy Instytut Wolności obsadzony przez ludzi PiS?

Ksiądz Rydzyk zniechęcał Polaków do NATO i UE, ale chętnie sięga po fundusze unijne, a zasilanie rządowe traktuje jako naturalne zadośćuczynienie za polityczne wsparcie PiS. Instrument budżetowy UE jest o tyle istotny, że ubezpiecza społeczeństwo cywilne lepiej, niż wszelkie fundusze spoza UE, w tym fundusze Sorosa. Ani Orban, ani Kaczyński nie są w stanie zakazać finansowania polskich organizacji pozarządowych z budżetu Unii.

Ocalenie NGO-sów jest ważne, jednak państwo postrzega się głównie poprzez politykę jego rządu.

Dlatego ryzyko geopolityczne spowodowane przez politykę Kaczyńskiego będzie rosło. Ten poziom zaufania do Polski i do całej Europy Wschodniej, jaki był jeszcze w roku 2015, nie wróci. Kaczyński, Orban, a ostatnio kryzys na Słowacji – to wszystko sprawia, że w całej Europie Wschodniej trudno dziś znaleźć modelowo działającą demokrację. Może jedynym wyjątkiem jest tu Estonia. Wracamy przez to do sytuacji jeszcze z początku lat 90., kiedy Zachód miał olbrzymie wątpliwości, co do tego, czy w naszym regionie potrafimy zbudować stabilną demokrację.

Od tego zależała decyzja, czy zostawić nas w rosyjskiej strefie wpływów, czy pomóc nam się z niej wydostać – ryzykując konflikt z Rosją, angażując znaczne środki pomocowe, ale w zamian mając perspektywę politycznego ustabilizowania całej Europy.

Walczyliśmy z tymi uprzedzeniami Zachodu długo i skutecznie. Teraz ten dorobek III RP jest w ruinie. Morawiecki nosi lepsze garnitury i mówi po angielsku – co zresztą nieraz, tak jak w Monachium, rodzi kłopoty. Jednocześnie on i Kaczyński codziennie dostarczają argumentów tym wszystkim, którzy chcieliby Polskę i całą Europę Wschodnią wypchnąć ze zjednoczonej Europy. Słyszę od moich kolegów z Europy Zachodniej pytanie: „a może Polska prawdziwa to jest Polska Kaczyńskiego?”. Dlatego Platforma pokazuje inną Polskę – w Brukseli i w kraju. Dlatego proponujemy rozpoczęcie debaty o przyjęciu euro, dlatego szukamy humanitarnego rozwiązania problemu uchodźców, dlatego Platforma złożyła projekt nowelizacji ustawy o IPN, by wybrnąć z katastrofy wizerunkowej, którą spowodował PiS. Musimy uprawiać własną politykę zagraniczną, trochę tak, jak opozycja w latach 80. Żeby pokazać inną twarz Polski, jako kraju i społeczeństwa, które dobrze czuje się kręgu cywilizacji zachodniej.

Rozmawiał Cezary Michalski

Janusz Lewandowski – ekonomista, polityk. W latach 80. doradca podziemnej „Solidarności”. W 1988 współzałożyciel, a potem jeden z liderów Kongresu Liberalno-Demokratycznego. Były minister przekształceń własnościowych odpowiedzialny za przygotowanie Programu Powszechnej Prywatyzacji. Działacz Unii Wolności, a od 2001 roku Platformy Obywatelskiej. Od 2004 roku poseł Parlamentu Europejskiego z PO. W latach 2010-2014 członek Komisji Europejskiej odpowiedzialny za tworzenie i realizację budżetu UE.

Waldemar Mystkowski pisze o Kaczyńskim.

Przynajmniej w jednej kwestii wyprzedziliśmy USA i demokracje zachodnie. Otóż Paweł Śpiewak na początku roku akademickiego był zapowiedzieć, iż na Uniwersytecie Warszawskim studenci mogą wziąć udział w fakultatywnych zajęciach, w seminarium „Socjologia Jarosława Kaczyńskiego”. Co prawda w zajęciach bierze udział tylko 10 studentów, ale od czegoś trzeba zacząć.

Dopiero teraz nauka Jankesów podąża za „dobrą zmianą”. Na amerykańskich uniwersytetach można posiąść wiedzę o władzy PiS, o której nauczają w ramach nowego przedmiotu „Erozja demokracji”. W Polsce myśl „geniusza z Nowogrodzkiej” rozpowszechnia tylko UW, a za Atlantykiem aż 16 uniwersytetów, w tym na sławny Yale. Lepszej rekomendacji umysłowi prezesa PiS nie trzeba.

Jeszcze Kaczyńskiemu nie będą na świecie wystawiane pomniki, a jego „Porozumienie przeciw monowładzy” nie dostąpi porównań z „Księciem” Macciavellego, a raczej z pijarowskimi sztuczkami Goebbelsa, ale kto by się tym przejmował, bo – powtarzając za Julianem Tuwimem – najważniejsze, aby nazwiska nie pomylili.

Acz nie naucza o prezesie, ale przestrzega przed nim, wybitny konstytucjonalista prof. Wojciech Sadurski (Uniwersytet w Sydney), który Kaczyńskiego zna, uważa, iż ten odkrył w sobie niezgłębione pokłady cynizmu i jest tym bardziej niebezpieczny dla życia w Polsce, niż gdyby był tępym fanatykiem.

Sadurski twierdzi, iż Kaczyński uruchomił demony, które nie będzie łatwo cofnąć. Raczej nie pomogą nam kraje Zachodu – ani USA, ani Unia Europejska – jeżeli sami sobie z tym nie poradzimy. Polacy muszą uporać się ze złem, które za sprawą Kaczyńskiego dotknęło politykę i sferę publiczną.

Kaczyński sam w sobie jest przysłowiowy ze swoimi najgorszymi sortami, kanaliami, mordami zdradzieckimi. Nie trzeba więc na jego temat pisać żadnych oryginalnych teoretycznych prac, został zanalizowany choćby przez austriackiego noblistę Konrada Lorentza w dostępnych w języku polskim pozycjach „Regres człowieczeństwa” i „Tak zwane zło”. Zwłaszcza ta ostatnia publikacja mająca u nas kilka wydań opisuje źródła zła zarówna wśród zwierząt i ludzi. Kaczyński może być przykładem laboratoryjnym uruchomienia antyhumanitaryzmu, które u niego i członków PiS działa na zasadzie odruchu Pawłowa, w retoryce choćby otrzymujące miano w stosunku do przeciwników politycznych: „totalnej opozycji”, czy jeszcze bardziej widoczne w stosunku do uchodźców.

Sami sobie wyhodowaliśmy ten polip zła, który może zabić nasz kraj i odebrać w konsekwencji niepodległość.

Śmierć Piotra S., Szarego Obywatela, którego musimy wskrzesić

Obywatel, Szary Człowiek, Piotr S. z Niepołomic.

Nie żyje. Jego akt samospalenia, osobista apokalipsa, jest krzykiem w wieczność, w jego zawsze.

Odszedł na wieczne łowy wolności, a nam zostawił obowiązek wskrzeszenia Obywatela Łazarza.

Zostajemy z Polską zdegradowaną, zmarginalizowaną, ośmieszoną w Unii Europejskiej przez PiS.

Janusz Lewandowski mówi w wywiadzie dla weekend.gazet.pl:

– Nie mamy sojuszników. Sami pozbawiliśmy się pozycji i ważnego głosu w UE. Możemy dostać mniej pieniędzy. Traktujemy UE jak dojną krowę, w dwa lata straciliśmy zaufanie.

Sytuacja w Polsce jest wnikliwie śledzona i doskonale rozpoznana przez europejskich polityków. Ich rozczarowanie jest proporcjonalne do nadziei, jaką wcześniej budził kraj sukcesu na Wschodzie.  Oni doskonale wiedzą, że w Polsce są jeszcze inne kwestie, które już wymagają albo będą wymagały uwagi.

Czyli?

– Samorząd terytorialny, wolność mediów, sytuacja organizacji pozarządowych. Z naciskiem na to ostatnie. Już widać próby odcięcia finansowania całego, niepokornego sektora obywatelskiego.

A niektórym ponoć z oczu spada bielmo, jak publicystom z „Rzeczpospolitej”.

Widzą, iż konflikt Duda – Kaczyński jest pozorny, to gra w bambuko z Polakami.

„Drodzy Bracia, doprawdy nie rozumiem, po co ciągle budujecie napięcie wśród ludu. Wiele osób uwierzyło – przyznam, że i ja dałem się uwieść – w to, że ten spór między Wami Andrzeju i Jarosławie jest głęboki i może doprowadzić do podziału.

Tymczasem wszystko wydaje się sprowadzać wyłącznie do kwestii nieuzgodnionego wcześniej podziału wpływów. ”

To jest walka o łupy.

Przejrzał na oczy także Romuald Szeremietiew, były wiceszef MON, który odszedł z chorej macierewiczowskiej Akademii Sztuki Wojennej.

Spór Macierewicza z Dudą ma negatywne konsekwencje dla bezpieczeństwa państwa – utrzymuje Szeremietiew

Jedyna pociecha, że jednak neptki odkrywają demolowanie Polski, późno odkrywają, a mogliby nigdy.

Odszedł wspaniały aktor Władysław Kowalski.

Wrażliwy intelektualista. Orfeusz w piekle ignorantów.

Dudy drżączka i Szydło padaczka

Andrzej Duda ma się czego bać. Jakie haki ma na niego Jarosław Kaczyński, oprócz podróży na koszt Sejmu do Nowego Tomyśla? Duda rżnął budżet. Ale czy on jeden?

Nad spostrzeżeniem Ryszarda Petru winniśmy wszyscy się zastanowić:

petruOproblemach

– Nie można w kółko zmuszać prezydenta do podpisywania rzeczy, których on nie chce podpisywać. Przecież jemu ręka drży.

Dlaczego Dudzie drży ręka? Przecież nie dlatego, że nie wyszła mu wspólnota wszystkich Polaków. Nie mogła wyjść, bo kłamstwa nie wychodzą. Kłamstwa wychodzą tylko w telewizji.

Z niezłomności ręka nie drży, bo taka ręka jest stalowa. A Duda ma rękę z osiki. Dudzie puszcza ręka, trzeba przyjrzeć mu się bliżej, czy inne części ciała mu też nie popuszczają. W telewizorze tego nie czuć.

polskaOtworzyła

Mniej kłopotów z drżącą ręką ma Beata Szydło. Słychać, że nie przejmuje się specjalnie tym, co mówi. Bo nie wie, o czym mówi. Podrzucą jej doradcy kwestie, jak z Fransem Timmermansem, więc powtarza, że Bronisław Komorowski dał mu order.

A Lech Kaczyński to pikuś? Też dał. No, ale tego nie podrzucili doradcy od wizerunku. Skąd Szydło miałaby wiedzieć, bo nie wie, czy Kaczyński dał order Holendrowi przed członkowstwem Polski w UE, czy już po.

Więc nie drży ręka Szydło. Najwyżej drżą jej kolana, bo ona ciągle klęczy przed geniuszem z Żoliborza.

Nie zadrżała Szydło, gdy wizerunek Polski zaliczył glebę. W Brukseli będzie uzasadniała, że to wina Tuska, Ewy Kopacz i w ogóle PO.

Po powrocie brukselski spicz Szydło powtórzy jeszcze kilka razy, w tym będzie orędzie do narodu. Debata publiczna w Polsce zeszła na psy, na poziom magla. Drżączka i padaczka. Dudy drżączka i Szydło padaczka.

Więcej >>>

Post Navigation