Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Jarosław Zieliński”

Jarosław Zieliński – komuch z gęby i umysłu

„Doprawdy nie wiem, kto go tam wysyła, ale wczoraj w Suwałkach Jarosław Zieliński przyjął przysięgę żołnierzy Podlaskiej Brygady Obrony Terytorialnej. Przemówił, rękę podał i do zdjęcia przypozował. Ktoś sobie tylko jaja z niego zrobił, bo mównicę na tle zakładu pogrzebowego ustawił”– napisał na Twitterze stumbras. Internauta przedstawia się jako „Społeczny Samozwańczy Biograf Jednego Wiceministra – w skrócie SSBJW”.

Jak wiadomo, Zieliński jest wiceministrem spraw wewnętrznych i administracji. WOT podlegają ministrowi obrony narodowej, więc pytanie internauty jest ze wszech miar zasadne. Stumbras dołączył zdjęcia z rzeczonej uroczystości. Na jednym z nich widać przemawiającego Zielińskiego, a za nim witryna zakładu pogrzebowego z wyszczególnionym zakresem usług.

„Mistrzostwo marketingu. Bardzo eleganckie lokowanie produktu. Miejmy nadzieję, że przemówienie nie miało charakteru „ostatniego tchnienia lata”, ale porwało tłumy. Chyba że to specjalne rozwiązanie na wypadek, gdyby ktoś pękł ze śmiechu”; – Brylant!”;

„Nieoszlifowany do końca…”; – „Zawsze to będę powtarzał… nie nazywajcie tego „żołnierzami”… obrażacie żołnierzy, którzy służą i służyli…” – komentowali internauci.

Polska Fundacja Narodowa od samego początku swojego funkcjonowania wzbudzała niemałe kontrowersje. Do tej pory nie było w naszym kraju instytucji pozornie pozostającej w sektorze pozarządowym, która otrzymywałaby z państwowych spółek tak gigantyczne pieniądze na swoje cele statutowe, które obejmować miały przede wszystkim promowanie dobrego imienia Polski poza jej granicami oraz budowanie pozytywnego wizerunku naszego kraju. Bardzo szybko okazało się jednak, że obsadzona pisowskimi nominatami fundacja miała przede wszystkim wspomagać ze swoich niemałych środków rządową narrację w sprawach, które dzieliły polskie społeczeństwo. Najsłynniejszą z takich akcji była kampania “Sprawiedliwe Sądy”, w ramach której PFN przeprowadziła akcję billboardową, mającą zohydzić obywatelom trzecią władzę i jako jedynie słuszne rozwiązanie wskazać “reformę” ministra Ziobry.

Dziś sprawa złamania statutu fundacji przez jej kierownictwo znalazła swój finał w postaci prawomocnej decyzji sądu. Sąd Okręgowy w Warszawie odrzucił apelację PFN w związku z wcześniejszym postanowieniem sądu rejonowego stwierdzającym, że działania Fundacji polegające na finansowaniu kampanii medialnej pod nazwą “Sprawiedliwe Sądy” były niezgodne z jej celami określonymi w statucie. Następnego dnia po odrzuceniu przez sąd apelacji ówczesny prezes PFN Filip Rdesiński złożył rezygnację, choć tak naprawdę to nie on jest tu głównym zawinionym. O tym, kto i jak powinien odpowiedzieć za to naruszenie, mówili dziś w Sejmie posłowie Platformy Obywatelskiej.

W ostatnich dniach Polska Fundacja Narodowa przegrała apelację w sądzie, dotyczącą kuriozalnej kampanii pod hasłem „Wolne sądy”. Otóż PFN próbowała udowadniać, że ta kampania, to jest kampania, która spełnia warunki promocji i ochrony wizerunku Polski. To jest oczywista głupota i sąd to potwierdził, że ta kampania nie była realizowana zgodnie ze statutem fundacji. W związku z tym wnosimy do ministra Piotra Glińskiego o to, żeby przeprowadził kontrolę w tej fundacji. Ta fundacja jemu podlega. Będziemy też wnosić o to, żeby wcześniej prezesi tej fundacji, pan Cezary Jurkiewicz i Maciej Świrski zwrócili 8,5 mln zł, które wydali z pieniędzy fundacji, która jest utrzymywana ze spółek Skarbu Państwa – mówił Robert Kropiwnicki podczas konferencji prasowej w Sejmie.

Oczywiście wątpliwe jest, by wicepremier Gliński przychylił się do wniosku polityków opozycji i nagle zaczął wykonywać swoje obowiązki przez pryzmat obowiązku względem państwa, nie partii rządzącej, ale prawomocna decyzja Sądu Okręgowego to krok milowy w kierunku rozliczania partyjnych nominatów “dobrej zmiany” z nieodpowiedzialnego i podporządkowanego interesowi partyjnemu zarządzania fundacją obracającą publicznymi pieniędzmi. Prędzej czy później PiS władzę utraci, a zagrabione na niezgodne ze statutem wydatki pieniądze będą musiały wrócić do budżetu państwa. Także wtedy, gdy pomóc będzie musiał komornik.

Kmicic z chesterfieldem

Morawiecki minął się z prawdą przy okazji ogłoszenia planu walki z zanieczyszczeniem powietrza. Polityk w trakcie konwencji PiS w Katowicach zapowiedział, że jeszcze w bieżącym roku posadzone zostanie pół miliarda drzew.

Wykonanie tego planu jest po prostu niemożliwe. Leśnicy, zakładając, że akcja zakończona ma zostać w Sylwestra, musieliby sadzić aż 33 drzewa na sekundę…

Prawo i Sprawiedliwość jest formacją antyekologiczną. PiS-owcy jak dotychczas wycięli tysiące drzew i pozbyli się elektrowni wiatrowych. Rządzący nie ustają przy tym w promocji energetyki węglowej, choć problem zanieczyszczenia środowiska jest w Polsce coraz bardziej widoczny.

Zdaniem wielu polityków partii rządzącej, problemy związane ze zmianami klimatycznymi stanowią wymysł „lewackich” mediów.

View original post 2 884 słowa więcej

 

Za paranoję pisowską płaci państwo. Macierewicz i Kaczyński wciągają fetor

Wdowy po dwóch ofiarach katastrofy smoleńskiej – Arkadiuszu Rybickim oraz Leszku Solskim – nie zgadzały się na  ich ekshumację i złożyły w tej sprawie skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Trybunał orzekł, że naruszono art. 8 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Zgodnie z jego treścią, „każdy ma prawo do poszanowania swojego życia prywatnego i rodzinnego”.

„Gdyby Polska odwołała się od wyroku, który zapadł 20 września ubiegłego roku przed ETPCz w Strasburgu, nie zyskałby on statusu prawomocnego – tłumaczy mec. Tomasz Snarski cytowany przez „Dziennik Bałtycki”. Polska jednak nie odwołała się od wyroku.

Teraz musi zapłacić 16 tys. euro odszkodowania skarżącym rodzinom.

Przypomnijmy: w październiku 2016 r. prokurator prowadzący postępowanie w sprawie katastrofy smoleńskiej postanowił powołać zespół biegłych w celu przeprowadzenia autopsji ciał ofiar tej katastrofy. Tym samym planowano dokonać ekshumacji 83 ofiar – ciała 9 ofiar zostały ekshumowane wcześniej, zaś w czterech przypadkach doszło do kremacji zwłok.

Depresja plemnika

W plebiscycie na słowo roku 2018 wygrała „Konstytucja”. Ja stawiałam na „serce”. A na drugim miejscu na „żarówkę”. Tym bardziej, że za sprawą przedstawicieli partii aktualnie rządzącej, serce z żarówką nieoczekiwanie wpisały się nam w kontekst europejski.

Bo tak: pan premier Morawiecki, w ramach kampanii przed wyborami do PE, dokonał analizy europejskiej anatomii pod kątem etnicznym i wyszło mu, że Polska to Serce Unii. I to by się zgadzało. Bo Zachód od stuleci utożsamiany jest z Rozumem.

Serce jest też symbolem miłości, która owładnęła partią aktualnie rządzącą. To niespodziewane uczucie spadło na formację władzy akurat tuż przed wyborami. No, ale z miłością tak właśnie bywa, że kto się czubi, ten się lubi.

Gwałtowność uczucia ku Unii może też, po trosze, wynikać ze specyfiki naszego Serca, bo funkcjonuje ono nieco na przekór oficjalnej wiedzy medycznej. Mamy je – otóż – po prawej stronie, bowiem trudno, żeby cokolwiek pod rządami aktualnej władzy…

View original post 2 382 słowa więcej

 

Krystyna Pawłowicz na Mont Evereście podłości wbija proporzec PiS

Bogusław Stanisławski zareagował na komentarz Krystyny Pawłowicz pod zdjęciem, na którym stoi z tabliczką z napisem „Konstytucja” zawieszonym u szyi. „Kto szukałby definicji na określenie szczytu podłości, odsyłam do haniebnego komentarza pod moim zdjęciem” – napisał.

W mediach społecznościowych po Marszu Niepodległości pojawiło się zdjęcie Bogusława Stanisławskiego, działacza społecznego, obrońcy praw człowieka i założyciela Amnesty International w Polsce. Na fotografii mężczyzna stoi z tabliczką z napisem „Konstytucja” oraz Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, który otrzymał w 2011 roku, zawieszonymi u szyi.

Zdjęcie to dostrzegła i skomentowała Krystyna Pawłowicz, posłanka PiS. „Co oni z tego starszego człowieka zrobili …? Zamiast nakarmić i odprowadzić do domu,to ledwo stojącemu na zimnie starszemu człowiekowi zawiesili jakiś śmieć na szyi by publicznie poniżał sam swą godność… Pewnie robi to za jakieś marne grosze… Łobuzy!” – napisała.

Bogusław Stanisławski odpowiada

W sobotę, 17 listopada, na portalu Skwer Wolności pojawiła się odpowiedź Bogusława Stanisławskiego na komentarz Krystyny Pawłowicz. „Kto szukałby definicji na określenie szczytu podłości, odsyłam do haniebnego komentarza pod moim zdjęciem, skreślonego na tweeterze, autorstwa p. Krystyny Pawłowicz [pis.oryg.]” – stwierdził we wpisie.

Wytłumaczył, że 11 listopada razem z przyjaciółmi stali naprzeciw pochodu „radykalnych narodowców powiewających biało-czerwonymi przemieszanymi z flagami ze znakiem nacjonalistycznej falangi i faszystowskiej (włoskiej) Forza Nuova, niosących płonące flary, od czasu do czasu odpalających w naszym kierunku płonące race”.

„Pogarda zawarta w tym komentarzu nie jest w stanie mnie obrazić, daje za to świadectwo o stanie człowieczeństwa istoty, która ten komentarz skreśliła” – napisał. Podkreślił jednocześnie, że wpis Krystyny Pawłowicz obraża nie tylko jego, ale również Rzeczpospolitą, Konstytucję i pamięć o odrodzeniu Polski.

Zaznaczył, że nie kieruje tej odpowiedzi bezpośrednio do posłanki PiS. – Jakakolwiek interakcja wydaje mi się odrażająca – napisał. Dodał, że w pewien sposób, czuje się zaszczycony, że skierowała wobec niego tego typu komentarz, bo to „nobilituje [go] poprzez znalezienie się w gronie wspaniałych osób, które pozostaną na zawsze zapisane złotymi literami w polskiej historii, a których godność zdążyła swoimi słowami znaczne wcześniej podeptać”.

Wielu broniło Stanisława Bogusławskiego

Tuż po pojawieniu się w sieci komentarza Krystyny Pawłowicz, wiele osób wyraziło oburzenie jej wpisem. Na Facebooku zareagował m.in. Jurek Owsiak, który stwierdził, że taki brak szacunku wobec starszego człowieka jest „wstrząsający”. „Oddawajmy szacunek ludziom, którzy bronią praw ludzi upodlonych i często bestialsko traktowanych na całym świecie, a mimo to są w Polsce traktowani z takim szyderstwem” – zaznaczył.

Do słów Pawłowicz odniósł się również m.in. mecenas Jacek Dubois. „Szanowny Panie, jako działacz praw człowieka wie Pan, że Pani Pawłowicz podjęła haniebną próbę naruszenia pana dóbr osobistych. Zapewne uzna Pan, że nie warto podejmować polemiki z bełkotem nienawiści, gdyby jednak uznał Pan, że z przyczyn wychowawczych warto wystąpić w tej sprawie na drogę sądową, uprzejmie informuje, że pozostaję w tej sprawie do pełnej Pana dyspozycji z pomocą prawną” – napisał na Facebooku.

Po stronie Bogusława Stanisławskiego stanęli także m.in. Draginja Nadażdin, dyrektorka polskiego oddziału Amnesty International, oraz Adam Bodnar, Rzecznik Praw Obywatelskich, który zapowiedział skierowanie odpowiedniego wniosku do Komisji Etyki Poselskiej.

Podłość – godło PiS.

Depresja plemnika

Nie wierzę w wymuszanie „indywidualnej” łapówki na sumę 40 mln, dlatego że takiej kwoty żadna osoba fizyczna nie ukryje. Wydaje się więc, że zaczął się systemowy proces wywłaszczania i szantażowania, że to jest odgórny plan, by w ten sposób gromadzić wielką fortunę na zapleczu tego obozu politycznego. To, co zobaczyliśmy, jest systemowe: władza PiS robi to, co kilka lat temu zaczął robić na Węgrzech Orbán – tam grupa skupiona wokół premiera zaczęła wywłaszczać ludzi z własności prywatnej – mówi prof. Radosław Markowski, politolog. – Od dawna tłumaczę, że ośrodki badania opinii publicznej, które pokazywały poparcie dla tej partii na poziomie 45-48 proc., mają kłopoty z bazową umiejętnością ważenia i szacowania poparcia dla partii politycznych. Takiego poparcia nigdy nie było. PiS miał w ostatnich wyborach 5 mln 700 tys. głosów, w październiku 2015, i takiego poparcia już dawno nie ma. Dziś mają ok. 5 mln, raczej z tendencją spadkową –…

View original post 3 111 słów więcej

Pisowski dygnitarz od policji zlecił poilicji pilnowanie swojej prywatnej posesji

Suwalscy policjanci chcą być szanowani i dlatego zwrócili się z prośbą o interwencję do posłanki Platformy Obywatelskiej Bożeny Kamińskiej.

Sytuacja w miejscowej komendzie zakrawa na szyderę, funkcjonariusze czują się pogardzani i pytają wprost w lokalnym Kurierze Suwalskim:„Dlaczego jeden z patroli policji od blisko trzech lat pilnuje całą dobę posesji wiceministra Jarosława Zielińskiego? Z jakiego powodu miejscowi policjanci przebierają się w garnitury, zakładają okulary i podczas uroczystości, w których bierze udział wiceminister udają, że są Służbą Ochrony Państwa? Jaką pracę wykonuje ksiądz, który został zatrudniony w komendzie i nie przychodzi do pracy? – pytania te rzuciła szefom resortu z mównicy sejmowej pani Bożena Kamińska., podkreślając, że na pieniądzach problem w policji się nie kończy. Funkcjonariusze chcą być szanowani

Jak wynika ze słów posłanki, w Suwałkach oburza fakt, że „naczelnikami i zastępcami naczelników wydziałów w suwalskiej komendzie zostali m.in. sierżant sztabowy z kilkuletnim doświadczeniem lub młodszy aspirant, który nigdy nie prowadził poważnej sprawy”.

Dodaje, że policjancie czują się wystawieni na pośmiewisko w całej Polsce tzw.  akcją „błysk” i pytają czemu ma ona służyć. Polega ona na ustawianiu przez pół godziny radiowozów w widocznych miejscach z włączonymi światłami błyskowymi …Po co? – pytają

„Policjanci mają dość być pogardzani i traktowani zgodnie z potrzebami politycznymi wiceministra Jarosława Zielińskiego” – powiedziała Bożena Kamińska w Sejmie.

Pisowskie rządy jak mafijne.

Depresja plemnika

„Gazeta Wyborcza” ujawniła nagranie z rozmowy szefa Komisji Nadzoru Finansowego Marka Chrzanowskiego z właścicielem Getin Noble Banku Leszkiem Czarneckim, w której padła – tak przynajmniej to na pierwszy rzut oka wygląda – propozycja złożenia okupu przez biznesmena w zamian za to, że Komisja nie będzie utrudniać procesu restrukturyzacji jego grupy bankowej: „Więc ja uważam, że jesteśmy w stanie ten bank wyprowadzić na prostą i pomóc po prostu zrealizować ten transfer panu” – mówi szef KNF.

View original post 2 805 słów więcej

Dudę należy przebadać. Jest psychicznie wybitnie niestabilny

Wybitna pisarka Maria Nurowska zaleca przebadanie Dudy.

W czasie śledztwa dotyczącego marca 1968 r. Antoni Macierewicz obciążył w zeznaniach cztery osoby – wynika z ustaleń autorów biografii byłego szefa MON.

Książkę „Antoni Macierewicz. Biografia nieautoryzowana” wydaje wydawnictwo „Znak”. Z ustaleń autorów wynika, że w trakcie śledztwa po marcu 1968 r. Macierewicz obciążył w swych zeznaniach cztery osoby. Chodzi o kolegów z opozycyjnej działalności studenckiej: Wojciecha Onyszkiewicza (późniejszego założyciela KOR), Piotra Bachurzewskiego (pasierba prof. Władysława Bartoszewskiego), a także Elżbietę Bakinowską, córkę Stefana Bakinowskiego, w czasie wojny żołnierza Armii Andersa, później współtwórcy i redaktora katolickiego miesięcznika „Więź”, oraz doc. Henryka Samsonowicza, dziś emerytowanego profesora historii.

Macierewicz ujawnia szczegółowe okoliczności przygotowywania i kolportowania ulotek w okresie marca 1968 r. z Onyszkiewiczem i Bachurzewskim. Szczególnie niekorzystne zeznania dotyczą Onyszkiewicza. Macierewicz zeznaje, że Wojciech przechowywał u niego 800 ulotek pt. „Robotnicy” przeznaczonych dla pracowników fabryk. Mówi, że schował te ulotki do szafki pod oknem, miało być na jeden dzień, wyszło na trzy albo cztery.

To bardzo poważny zarzut. Władza wyjątkowo negatywnie patrzy na kontakty opozycji z robotnikami. Podprokurator Lewandowska pisze: „18 czerwca na podstawie wyjaśnień Macierewicza Wojciech Onyszkiewicz stanął pod zarzutem popełnienia przestępstwa z art. 170 kodeksu karnego”. Przepis mówi, że kto „rozpowszechnia fałszywe informacje mogące wywołać niepokój publiczny”, podlega karze do dwóch lat więzienia.

O tym, że Macierewicz mógł świadomie szkodzić kolegom, świadczą zeznania przebywającego z nim w celi agenta o kryptonimie „Krzysztof”.

„Wracając do sprawy ulotek wzywających do strajku, Macierewicz powiedział mi, że ujawnił drugą osobę mającą związek z tą sprawą, a mianowicie Piotra. Macierewicz opowiadał, że w trakcie i po składaniu wyjaśnień, którymi obciąża kolegów, stara się specjalnie stworzyć wrażenie wstrząsającego go przeżycia tego faktu, chcąc zachować wobec oficera śledczego «twarz»”.

Oprócz Onyszkiewicza i Bachurzewskiego, Macierewicz obciąża podczas swoich przesłuchań jeszcze dwie inne osoby: Elżbietę Bakinowską i docenta Henryka Samsonowicza. Potwierdza, że Bakinowska na jego prośbę ukrywała maszynę do pisania, na której sporządzał ulotki. Tymczasem ona sama, zgodnie z przyjętą wcześniej wersją, twierdziła, że maszynę kupiła na bazarze. Macierewicz mówi też o ukrywanych przed SB swoich kontaktach z doc. Samsonowiczem.

Na zeznania Macierewicza kilka lat temu natknął się profesor Andrzej Friszke, gdy zbierał materiały do książki „Anatomia buntu. Kuroń, Modzelewski i komandosi”. Treść dokumentów go zaskoczyła.

– Jego postawa w śledztwie jest nietypowa – mówi nam profesor Friszke. – Macierewicz składał zdecydowanie zbyt obszerne zeznania, ale to w marcu 1968 roku nie było niczym wyjątkowym. Większość aresztowanych studentów mówiła wtedy za dużo. Cóż, byli młodzi, chcieli się zapewne w ten sposób ratować. Jednak Macierewicz zdradzał wątki, o których bezpieka nie mogła mieć wiedzy. Dotyczy to ulotek, które mieli kolportować Onyszkiewicz i Bachurzewski, ale też wątku maszyny do pisania. W ten sposób wsypał trzy osoby: Onyszkiewicza, Bachurzewskiego i Bakinowską. Onyszkiewiczowi wystarczyło na ukręcenie aktu oskarżenia. Zeznania Macierewicza obciążyły też docenta Henryka Samsonowicza, choć w tym przypadku jestem skłonny uznać, że wielkiej szkody mu nie wyrządziły. 

Zaskakujące jest także to, że obciążając innych, w zasadzie nie odciąża siebie. „Logika sypania” w śledztwie jest zwykle taka: zrzucę część winy na innych, w zamian uzyskam łagodniejszy wymiar kary. Macierewicz tego nie robi. Ujawniając „grzechy” innych, nie wybiela siebie.

W 2010 r. profesor Friszke wydaje książkę „Anatomia buntu”. Kilka akapitów poświęca Macierewiczowi i jego zeznaniom obciążającym Wojciecha Onyszkiewicza. Macierewicz wpada w panikę. Zapewnia Wojciecha, że jego zeznania nie wyszły poza to, co SB już o nim wiedziało. Pod wpływem presji Onyszkiewicz wydaje oświadczenie, w którym usprawiedliwia Antoniego. Antek proponował, żebym opublikował konkretny tekst, ale ja go mocno zmieniłem – wspomina Onyszkiewicz. – Pisanie oświadczenia to był dla mnie duży stres. Przekaz był mniej więcej taki: to ja sypnąłem na Antka, a nie odwrotnie.

Macierewicz upowszechnia tekst Onyszkiewicza, gdzie się da. Ale z Onyszkiewiczem kontaktuje się wtedy profesor Friszke. Pokazuje nieznane Onyszkiewiczowi dokumenty. Wynika z nich, że wbrew swoim zapewnieniom Macierewicz mówił funkcjonariuszom dużo. I że były to rzeczy mocno obciążające.

– Rozmowa z Onyszkiewiczem w 2010 roku nie była łatwa – opowiada prof. Friszke. – To prawda: on w śledztwie prawdopodobnie powiedział o dwa zdania za dużo. Śledczy, zgodnie ze swoimi regułami, przytoczyli zapewne te słowa Macierewiczowi tak, by ten odniósł mylne wrażenie, że przyjaciel go zdradził. Odpowiedzią były jednak tak szczegółowe zeznania dotyczące Wojciecha, że można to wyjaśnić chyba tylko chęcią zemsty.

Znacznie gorsze wydaje mi się jednak to, co dzieje się później. Macierewicz wychodzi z więzienia i przez kolejne pięćdziesiąt lat przedstawia się w oczach przyjaciela jako jego ofiara. Podtrzymuje w Onyszkiewiczu poczucie winy, wzbudza nieprawdziwe przekonanie, że ten, w chwili próby, nie zdał egzaminu. Przepraszam, być może wyjdę z roli chłodnego historyka, ale dla mnie to moralnie obrzydliwe.

Onyszkiewicz nie lubi wracać do sprawy. Mówi, że postawę Antoniego trzeba oceniać przez pryzmat późniejszych zasług, które są przecież niepodważalne. – Przez lata sytuacja była dla mnie czarno-biała: ja jestem sprawcą, Macierewicz ofiarą.Dziś wiem, że Andrzej Friszke miał prawo napisać to, co napisał.

Te wybory samorządowe będą inne, niż wszystkie, które odbywały się w Polsce od 1990 roku, czyli od czasu, kiedy demokratyczny samorząd w ogóle w Polsce powstał. W PRL samorządy były tylko „lokalną emanacją Partii”. Reforma samorządowa i pierwsze demokratyczne wybory do samorządu wszystkich szczebli w maju 1990 roku były pierwszymi w pełni wolnymi wyborami, w jakich Polacy mogli głosować po pół wieku „realnego socjalizmu”. Dopiero rok później zagłosowaliśmy w pierwszych w pełni wolnych wyborach do Sejmu i Senatu RP.

Przez następne 30 lat samorząd stał się w Polsce codziennością. Miał swoje gwiazdy, wielokadencyjnych prezydentów miast czy wójtów, ludzi spod różnych znaków, wybieranych nie ze względu na partyjne logo, ale dzięki zdolności zarządzania gminą czy miastem. Miał też swoje skandale. W jednych samorządach rządziły partie, w innych lokalni liderzy, ale wszędzie władza samorządowa była bliżej obywatela i lepiej przez obywatela kontrolowana. Tak przynajmniej uważali Polacy i Polki, we wszystkich sondażach, od blisko trzydziestu lat.

Rzeczpospolita niesamorządna

Jednak wybory samorządowe 2018 roku to nie będzie walka o to, kto będzie kontrolował samorząd. Ale będzie to walka o to, czy samorządność w Polsce w ogóle przetrwa – jako zasada ustrojowa, jako codzienna praktyka rządzenia.

Jarosław Kaczyński przemawiając na konwencji otwierającej kampanię PiS przed wyborami samorządowymi rzucił typowe dla siebie hasło, będące jednocześnie autorytarnym szantażem i kłamstwem. Zapytał: „czy chcemy takich samorządów, które będą wojowały, warczały na rząd?”.
Czemu to autorytarny szantaż? Dlatego, że każda autorytarna partia, każdy autorytarny władca uważają, że jedynym przepisem na „spokój”, na „zakończenie konfliktu”, jest oddanie im całej władzy – w państwie i w społeczeństwie. Kaczyński mówi Polakom, że dopóki w kraju pozostanie choćby jedna instytucja nie przejęta przez PiS – w polityce, w gospodarce, w kulturze, na szczeblu centralnym, w samorządach – tak długo będzie „warczenie”, „wojowanie”, „konflikt”.

Dlaczego jednak słowa Kaczyńskiego są kłamstwem? Otóż on mówi o „samorządach warczących na rząd”, podczas gdy od trzech lat to rząd – najpierw Szydło, później Morawieckiego, ale zawsze na rozkaz Kaczyńskiego – nie tylko warczał na samorządy, ale próbował je zagryźć. Wszędzie tam, gdzie na poziomie lokalnym nie rządziło PiS, a PiS na poziomie lokalnym nie rządziło prawie nigdzie, rząd zabierał samorządom pieniądze, odbierał im kompetencje. Przez trzy lata w urzędach miast, gmin i województw grasowali prokuratorzy Ziobry i agenci Kamińskiego. Od samorządowców żądano dokumentów z ostatnich kilkunastu lat, przeprowadzano nieustanny „audyt”, blokowano pracę urzędników, blokowano podpisywanie umów na wykorzystanie środków unijnych. Mateusz Morawiecki, który o tym wszystkim wiedział kłamał mówiąc, że to samorządy są winne opóźnień w wykorzystania środków unijnych pod władzą PiS. Winny był rząd PiS-u. Winna była prowadzona przez ten rząd totalna obstrukcja na poziomie budżetowym i ustawowym, która miała samorządy zniszczyć, bo nie były PiS-owskie.

W tych wyborach partia Kaczyńskiego nie walczy o władzę w samorządach. Ona walczy z samorządami. I znowu nie ma tu żadnego zaskoczenia. Kaczyński od lat mówił, że niezwisłe sądy będą krępować jego osobistą władzę, więc pierwsze, co zrobi po zdobyciu władzy, to niezawisłe sądy w Polsce zniszczy. Tak właśnie robi. Powtarzał też często, że Unia Europejska utrudnia sprawowanie w Polsce niekontrolowanej władzy, więc kiedy zdobędzie władzę, przeciwstawi się unijnym prawom, normom, instytucjom. Nawet za cenę marginalizacji Polski w Europie. Także tę swoją „obietnicę” realizuje. Jarosław Kaczyński powtarzał także od lat, że reforma samorządowa 1990 roku, a później decentralizujące państwo reformy z czasów rządu Jerzego Buzka to „demontaż państwa”. Samorząd terytorialny to był dla niego „demontaż państwa”, „uszczuplenie władzy”, ponieważ wyobrażenie Kaczyńskiego o władzy to wyobrażenie Władysława Gomułki. Totalna centralizacja, decydowanie o wszystkim. Bycie „wiecznym dyrektorem”, którego Jerzy Dobrowolski genialnie zagrał w komedii Stanisława Barei „Poszukiwany, poszukiwana”. „Wieczny dyrektor”, wieczny sekretarz partii, siedzi w swoim gabinecie w Warszawie i przesuwa miniaturowe makiety szpitali, szkół, żłobków, wieżowców… z miejsca na miejsce, ze środka lasu na środek jeziora i z powrotem. W ten sposób decyduje o wszystkim, w każdym powiecie, w każdej gminie. To jest dla Kaczyńskiego władza, więc samo istnienie samorządu władzę mu odbiera.

Nawet obietnice Mateusza Morawieckiego na kampanię samorządową są Gomułkowskie do bólu. Nie mają nic wspólnego z polską rzeczywistością, z rzeczywistością Samorządnej Rzeczypospolitej istniejącej od trzydziestu lat. Premier obiecuje drogi i chodniki, ocieplenie budynków, place zabaw i ośrodki sportowe. Tymczasem polskie samorządy – wybrane przez Polaków władze miast, powiatów, województw – od kilkunastu lat to właśnie robią. Dzięki funduszom unijnym, które wykorzystują lepiej niż rządy centralne. I dzięki podatkom płaconym na dole, które również wydają zazwyczaj lepiej, niż rząd. Szczególnie rząd PiS, który z tych pieniędzy uwłaszcza swoich partyjnych działaczy na skalę wcześniej w Polsce nieznaną.

Nawet „schetynówki” (drogi lokalne) i „orliki” (boiska w gminach) były – niezależnie od nazw, niezależnie od tego, jaka partia i jaki polityk tym programom patronowały – przede wszystkim dziełem samorządów. PiS przejmując władzę na szczeblu centralnym potrafił tylko te programy sparaliżować – blokując fundusze, rozpoczynając trwający już od trzech lat „audyt”, żeby udowodnić, że polscy samorządowcy to złodzieje, bo nie są z PiS.

Kaczyński, Morawiecki, cała ich partia – mają wyobrażenie Polski jako wielkiego przedpokoju do gabinetu Jarosława Kaczyńskiego na Nowogrodzkiej. Gdzie wszyscy Polacy stoją w niekończącej się kolejce do ucha Prezesa. Stoją w niej także prezydenci polskich miast, marszałkowie województw, wójtowie i radni. A Kaczyński łaskawie „obdarowuje”, „przydziela” – temu plac zabaw, temu chodnik, temu drogę, a ten… nic nie dostanie, bo się Prezesowi nie spodobał. Z taką wizją Polski PiS idzie do wyborów samorządowych. Ale to od nas zależy, czy taką Polskę chcemy po tych wyborach mieć.

Afera taśmowa z restauracji ‚Sowa i Przyjaciele’, która miała miejsce w 2014 roku bez wątpienia miała ogromny wpływ na przegraną PO w wyborach. Komu na tym zależało? Kto skorzystał na wywróceniu demokratycznego i liberalnego, proeuropejskiego rządu? Trop widzie nie tylko do ludzi PiS-u, ale także na wschód do Rosji. Okazało się, że Marek Falenta, główny bohater afery, miał powiązania z ludźmi Putina i rosyjską mafią. Dlaczego nie siedzi w więzieniu?

„Zieliński strzela (zasłużonego) gola Włochom, a my z @ArturZasada świętujemy 5-lecie wyjścia z PO. I jak tu nie lubić piątków/eczków?” – napisał na Twitterze wicepremier i minister nauki w rządzie PiS Jarosław Gowin. Wywołał tym wręcz lawinę komentarzy internautów, z których jeden jest szczególnie celny: – „Przechodząc z PO do PiS podniósł pan średnią IQ w obu partiach”.

Tylko, że w PO był Pan miłą odmianą, a teraz jest Pan przeźroczysty. Jeżeli PiS to partia konserwatywna, to już chyba wolę bolszewików, bo oni nie kłamali, że chcą komunizmu”; – „Żeby Pan nie przeholował z tym świętowaniem, bo może zabraknąć do „pierwszego”; – „A wejścia do PiS-u pan już nie świętuje? Wchodziłem, ale się nie cieszyłem?” – komentowali internauci.

Głos zabrali także politycy PO. – „Jarku my też świętujemy ten dzień” – napisał Sławomir Neumann.

A Borys Budka dodał: – „Jarku, a ja wspominam jak dziesiątki godzin pracowaliśmy w zeszłej kadencji nad reformą procedury karnej, która skracała postępowanie sądowe, a którą wspólnie z prof. Królikowskim firmowałeś swoim nazwiskiem. Tę reformę do kosza wyrzucił Ziobro. Fajnych masz nowych kolegów…”.

 „Mój ulubieniec min. Jarosław Confetti Zieliński postanowił mieszkańcom Suwałk uzmysłowić wojnę i bił z armat o 4 na ranem. Jak dobrze, że nie jest on w rządzie Japonii i nie odpowiada za obchody uroczystości upamiętniających Hiroszimę i Nagasaki…” – napisał Roman Giertych na Twitterze. O tym w artykule „Wiceszef MSWiA Zieliński zorganizował… własne obchody rocznicy wybuchu II wojny światowej”.

Nazwanie Zielińskiego „Confetti” to oczywiście nawiązanie do wydarzeń z listopada 2016 r., kiedy to podczas obchodów Dnia Niepodległości w Augustowie zrzucono na niego z helikoptera konfetti. Wcześniej funkcjonariusze oddziału prewencji z Białegostoku przez wiele godzin cięli nożyczkami białe i czerwone kartony na malutkie kawałki.

Na pytanie internauty, czy Giertych zna osobiście Zielińskiego, były wicepremier odpowiedział: – „Znam. Był moim wiceministrem jeden dzień. I go wywaliłem”. Pojawiły się też inne pytania internautów. – „Ja się zastanawiam, czy oni w PiS-ie mają jakiś konkurs na największy idiotyzm?!”; – A już za kilka dni policjanci mu będą „oddawać honory” w stolicy… Jak on ogarnia te wszystkie imprezy?”.

Tamara Olszewska na koduj24.pl pisze o katolickich łapach.

Czy Polska pod rządami PiS wkracza na drogę państwa wyznaniowego?

Początek roku szkolnego już za nami. Uczniowie uczą się w jakichś wydzielonych pomieszczeniach, bo w budynku szkolnym brakuje miejsca dla wszystkich. Liczba godzin sięga w niektórych przypadkach 40 tygodniowo, lekcje zaczynają się nawet o 6 rano, w podręcznikach coraz więcej treści związanych z religią. Tak właśnie wygląda polska szkoła w drugim roku „deformy” Zalewskiej. Miało być wspaniale, a jest totalny bajzel na kółkach.

Pozwólcie, że dorzucę do tego kolejny „kwiatek” – to „Rodzicielskie Oświadczenie Wychowawcze”. Dech mi zaparło z wrażenia, gdy wpadło ono w moje ręce. Pomysłodawcą jest organizacja Ordo Iuris, która w „Imię Boże” walczy z całym złem Polski, dążąc, by prawo, obyczaje i polska mentalność oparte były tylko na wierze katolickiej, która ma być ponad wszystko. Twórcy skrajnie aborcyjnej ustawy chcą nie tylko bronić życia poczętego, ale i dzieci, które straszny świat naraża na różnego typu bezeceństwa.

I stąd właśnie to oświadczenie. Można je sobie ściągnąć ze strony Ordo Iuris albo wpaść do najbliższej parafii, bo niektórzy księża chętnie je rozprowadzają wśród wiernych. Dostaję sygnały, że już te oświadczenia krążą po szkołach, a nauczyciele, z którymi rozmawiałam, nie kryją zaskoczenia.

Ordo Iuris przekonał część rodziców, że zgodnie z art. 48 ust. 1 Konstytucji (prawa rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami) mogą zabronić szkołom narażania ich potomstwa na to, co według nich, wypaczy dzieciaczkom właściwy sposób myślenia. Stąd nie życzą sobie, by bez ich zgody dziecko było narażone na udział w zajęciach, warsztatach, spotkaniach, pogadankach, odnoszących się do edukacji seksualnej, profilaktyki ciąż i chorób przenoszonych drogą płciową wśród nieletnich, płci „kulturowej” lub „społecznej”, tożsamości płciowej, równości, tolerancji, różnorodności w odniesieniu do płci i seksualności, przeciwdziałania dyskryminacji i wykluczenia w odniesieniu do płci i seksualności, przeciwdziałania przemocy w powiązaniu z tematyką płci, seksualności i rodziny, afirmowania stylu życia subkultur i grup definiujących się w oparciu o takie pojęcia jak tożsamość seksualna lub tożsamość płciowa.

Szkoła ma więc psi obowiązek pytać każdorazowo rodzica, czy jego dziecko może uczestniczyć w tego typu zajęcia, a jak nie, to do sądu i po sprawie. Młodzi prawnicy fanatycy religijni wesprą i pomogą taką szkołę załatwić. Oświadczenie powołuje się na tzw. ochronę dóbr osobistych, które w rozumieniu art. 23 Kodeksu cywilnego brzmi: „Dobra osobiste człowieka, jak w szczególności zdrowie, wolność, cześć, swoboda sumienia, nazwisko lub pseudonim, wizerunek, tajemnica korespondencji, nietykalność mieszkania, twórczość naukowa, artystyczna, wynalazcza i racjonalizatorska, pozostają pod ochroną prawa cywilnego niezależnie od ochrony przewidzianej w innych przepisach”.

Rozumiem, że demokracja kieruje się swoimi prawami. Że każdy ma prawo mieć swoje zdanie, ale zastanawiam się, jak ma się to oświadczenie do ogólnie rozumianej roli wychowawczej szkoły. Jak się ma do Konwencji o Prawach Dziecka, przyjętej przez Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych 20 listopada 1989 roku i ratyfikowanej przez Polskę 7 czerwca 1991 roku. W preambule znajdziemy zapis, że „dziecko powinno być w pełni przygotowane do życia w społeczeństwie jako indywidualnie ukształtowana jednostka, wychowana w duchu ideałów zawartych w Karcie Narodów Zjednoczonych, a w szczególności w duchu pokoju, godności, tolerancji, wolności, równości i solidarności”, a w art. 29 Konwencji jest wyraźnie zapisane, że „Państwa-Strony są zgodne, że nauka dziecka będzie ukierunkowana na (…) b) rozwijanie szacunku dla praw człowieka i podstawowych swobód oraz dla zasad zawartych w Karcie Narodów Zjednoczonych; c) rozwijanie szacunku dla rodziców dziecka, jego tożsamości kulturowej, języka i wartości, dla wartości narodowych kraju, w którym mieszka dziecko, kraju, z którego dziecko pochodzi, jak i innych kultur; d) przygotowanie dziecka do odpowiedzialnego życia w wolnym społeczeństwie, w duchu zrozumienia, pokoju, tolerancji, równowartości płci oraz przyjaźni pomiędzy wszystkimi narodami, grupami etnicznymi, narodowymi i religijnymi oraz osobami rdzennego pochodzenia; e) rozwijania poszanowania środowiska naturalnego”.

A może Polska już wypowiedziała Konwencję i tylko ja nic o tym nie wiem? Może nie musimy już jej przestrzegać, bo dumnie kroczymy drogą państwa wyznaniowego? Przecież to nieszczęsne oświadczenie mieści się idealnie w dążeniu Polskiej Instytucji Kościelnej, która chce zrobić z dzieci zaściankowe kmiotki, które ani myśleć nie potrafią, ani nie dostrzegą niczego poza ślepym posłuszeństwem i wiernością Kościołowi.

Jeszcze chwila, a „kontrowersyjne” treści zostaną usunięte z biologii, chemii, geografii, historii, wiedzy o społeczeństwie. Polska nie potrzebuje światłych obywateli. Polska potrzebuje głupców, bo łatwiej takimi rządzić i trzymać ich na religijnej smyczy. Jak twierdzi pan Kopeć, od 2016 podsekretarz stanu w Ministerstwie Edukacji Narodowej, „prawo oświatowe nie definiuje szkoły jako instytucji świeckiej. Instytucja szkoły określana jest jako szkoła publiczna, wspomagająca rodziców w ich funkcji wychowawczej”.

Uwierzcie mi, to jeszcze nie koniec. Dzisiaj „Rodzicielskie Oświadczenie Wychowawcze”, obowiązkowe msze zamiast lekcji, spowiedź w szkołach, Dekalog wmurowany przy wejściu. Jutro usuwanie ze szkół nauczycieli zbyt słabo deklarujących swoją miłość do Kościoła, stworzenie gett szkolnych dla dzieci z domów niewierzących, zwiększona liczba godzin z religii, indeks ksiąg zakazanych i ostracyzm wobec każdego, kto spróbuje pozostać sobą. Jeśli się ostro temu nie sprzeciwimy, to taka będzie przyszłość naszych dzieci i wnuków…

Waldemar Mystkowski pisze o Ziobrze.

Były rzecznik ministra sprawiedliwości Sebastian Kaleta przyznał, że w rejestrze pedofilów „nie znajdują się księża” (tweet z 5 września), gdyż „księża nie popełniają najbrutalniejszych przestępstw (tam się znajdują brutalne gwałty)”. Gwałt na dziecku nie należy do brutalnych? Zaiste, przewrotna to moralność. Kaleta, który zrezygnował z rzecznika na rzecz zasiadania w komisji ds. reprywatyzacji w Warszawie zabezpieczył się w tym tweecie nawiasem, w którym umieścił zastrzeżenie „w rejestrze niejawnym”.

Mniej więcej sens tego jest taki, iż złodziej sądzony o kradzież miliona złotych twierdzi, że nie mógł ukraść miliona, bo jest biedakiem, o czym świadczą jego konta bankowe, na których ma debety. A sąd mówi, że ich śledczy odkrył konto złodzieja w raju podatkowym na Kajmanach, na którym ma ukradziony milion. Złodziej jednak zapiera się, że to konto niejawne.

Otóż jawne jest, że kler dopuszcza się pedofilii (przemocy wobec najsłabszych, wobec dzieci) z racji perturbacji seksualnych spowodowanych celibatem, o czym świadczą „rejestry jawne” w USA, bardzo głośne ujawnione ostatnio akty pedofilii kleru w Pensylwanii (określono to zjawisko jako katolicka mafia pedofilska), także w Irlandii. Pedofilia w tym kraju – już byłym katolickim – spowodowała masowe odejście wiernych z Kościoła.

„Rejestr niejawny” ma taki sam sens, jak biskupi niejawnie przerzucający z parafii do parafii księży pedofilów. Bodaj najpowszechniejszy proceder krycia kumpli w sutannach, zmowa zawodowa klerykalnej kasty. Bliski współpracownik Ziobry twierdzi – logicznie interpretując jego tweeta – że resort ukrywa pedofilów w sutannach na niejawnych rejestrach, o czym pisze w „Wyborczej” Marcin Kącki – „Księża wyjęci z rejestru pedofilów”. Czyli znaleźli się na Kajmanach zakłamania ministerstwa sprawiedliwości.

No i Ziobro obudził się, przeczytał „Wyborczą” i ten magister prawa dostał piany na ustach. Nie jest oczywiście zdolny do stworzenia metafory z Kajmanami, ale do parcianej dosłowności owszem. Mianowicie – do zastraszania. Nazwał artykuł Kąckiego kłamstwem, a innym dziennikarzom i mediom zapowiedział pozwy, jeżeli „rozpowszechniać będę kłamliwe informacje w sprawie”.

Mógłbym zacytować retorykę medialną Ziobry, ale nie narażę czytelników na słowotok ministra (jawną logoreę), w każdym razie zastrasza pójściem do sądów, bo mniema, iż sądy stały się już pisowskie, partyjne. Ale i one zaczynają się wyłamywać spod partyjnego zawłaszczenia pytaniami prejudycjalnymi do Trybunału Sprawiedliwości UE.

Bozia katolicka będzie wymierzać sprawiedliwość w imieniu PiS

Bogdan Święczkowski (Prokurator Krajowy) był gościem na antenie propisowskiej TV Trwam.

„Kontakty byłego szefa MON z najbardziej prorosyjskim kongresmenem, czyli: Dana Rohrabacher – pożyteczny przyjaciel Putina i Macierewicza?” – pod takim hasłem odbyło się szóste spotkanie posłów PO w ramach parlamentarnego zespołu śledczego, który zajmuje się niejasnymi powiązaniami byłego ministra Antoniego Macierewicza. – Kongresmen Dana Rohrabacher, nazywany przyjacielem Putina, był przeciwny wejściu Polski do NATO, był też za aneksją Krymu przez Rosję – mówi Tomasz Siemoniak. I pyta: – Dlaczego doszło do spotkania z ministrem i prezesem Kaczyńskim?

Przyjaciel Putina

Parlamentarny zespół śledczy ds. zagrożeń bezpieczeństwa państwa powołany przez klub PO od kilku miesięcy zajmuje się powiązaniami byłego już ministra obrony narodowej Antoniego Macierewicza. W piątkowym posiedzeniu brał udział m.in. były ambasador RP w Waszyngtonie Ryszard Schnepf. Posłowie Platformy pytali ambasadora zarówno o spotkanie, jak i o samego kongresmena.

Dana Rohrabacher odwiedził Polskę w kwietniu 2016 roku. Spotkał się wówczas zarówno z ministrem Macierewiczem, jak i samym Jarosławem Kaczyńskim. Ambasador Schnepf powiedział, że polska ambasada w USA ostrzegała przed spotkaniem z Rohrabacherem. Kongresmen znany jest ze swoich prorosyjskich poglądów.

JUSTYNA KOĆ: Podczas kolejnego posiedzenia zespołu śledczego zajmowano się kongresmenem Daną Rohrabacherem i jego kontaktami z Macierewiczem. Dlaczego?

TOMASZ SIEMONIAK: Kongresmenem Daną Rohrabacherem, nazywanym przyjacielem Putina. Chcieliśmy zapytać ambasadora Schnepfa o to, co to za postać, bo chociażby z Internetu wiadomo, że jest to polityk, który mocno szkodził Polsce. Był przeciwny wejściu Polski do NATO, był za aneksją Krymu przez Rosję. Powstało pytanie, dlaczego właśnie jego przyjmował w Polsce minister Antoni Macierewicz, dlaczego przyjmował go prezes Kaczyński na Nowogrodzkiej w kwietniu 2016 roku, dlaczego wiceminister obrony Tomasz Szatkowski jeździł z wizytą.

Niesłychanie ważną informacją było to, że ambasada RP, kiedy pan Schnepf był ambasadorem w Waszyngtonie, ostrzegała, że nie należy się z takim politykiem spotykać, że jego reputacja w Stanach Zjednoczonych jest znana i ogólnie wiadomo, że jest związany z Rosją. Zastanawialiśmy się, co tam się wydarzyło, że takie spotkanie miało miejsce. Tym bardziej, że kongresmen Rohrabacher przyjechał do Polski bezpośrednio z Moskwy. Wiadomo też, że prezes Kaczyński rzadko przyjmuje gości zagranicznych.

To było pierwsze posiedzenie zespołu po dymisji ministra Macierewicza, czyli będziecie nadal się spotykać?
Tak, i dzisiejsze spotkanie pokazało bardzo dobitnie, że te posiedzenia zespołu trzeba kontynuować, bo pozostało mnóstwo ogromnych znaków zapytania nad ministrem Macierewiczem. Również Jarosław Kaczyński w końcu musiał dostrzec ogromne dwuznaczności w działaniach Macierewicza, skoro został odwołany. Natomiast nie możemy tego tak teraz zostawić, tym bardziej, że Macierewicz jest wiceprezesem PiS-u, partii rządzącej, istotną postacią. Dlatego powinniśmy dalej pracować.

Przygotowaliście też raport „785 dni Antoniego Macierewicza w MON”, który pokazuje, co zostawił po sobie Macierewicz.
W tym raporcie pokazujemy skalę ruiny armii, ministerstwa, przemysłu obronnego, jakiego on dokonał. To pewien bilans. Jak źle jest, pokazuje chociażby minister Błaszczak, który codziennie dokonuje czystki, wyrzucając ludzi Macierewicza. Tylko on nie mianował sam siebie na ministra, za to odpowiada prezes Kaczyński, premier Szydło i premier Morawicki, który jeszcze niedawno chwalił Macierewicza za modernizację i politykę kadrową, i oczywiście prezydent Duda, który jest zwierzchnikiem sił zbrojnych.

Znając plany zespołu, mogę powiedzieć, że będzie jeszcze wiele posiedzeń, na których będziemy pokazywali różne rzeczy podobnej wagi, co te z obecnego spotkania.

Czy wiadomo, po co były spotkania z kongresmenem?
Pytaliśmy ambasadora Schnepfa, o co tam mogło chodzić. Takiej wiedzy niestety nie ma, będziemy się zatem domagali notatek, informacji ze strony MSZ czy MON. Jest to niesłychanie dziwne, że ktoś taki jest na najwyższych szczeblach przyjmowany w sytuacji, gdy ambasada jednoznacznie ostrzega przed tym spotkaniem. Ambasador Schnepf powiedział, że zorganizował spotkanie w ambasadzie większego zespołu, chciał, żeby ta rekomendacja była poważna i szeroko przedyskutowana przez fachowców, i wszyscy byli absolutnie za tym, że do spotkań nie powinno dojść. Dlaczego ten głos został zlekceważony?

Przypomnę, że Rohrabacher jest obiektem przesłuchań w komisji wywiadu. Jest obiektem zainteresowania w ramach śledztwa dotyczącego powiązań amerykańskich polityków.

„Wolność zgromadzeń jest źrenicą wolności; tymczasem jest ona dziś w Polsce naruszana  przez obecną ustawę o zgromadzeniach oraz wskutek działań władz. Podczas manifestacji w całej Polsce dochodziło do licznych naruszeń konstytucyjnej wolności zgromadzeń przez organy władzy publicznej” – napisał Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar. W liczącym 216 stron raporcie RPO podsumował lata 2016-2018.

Adam Bodnar przypomniał, że wolność zgromadzeń była jednym z najważniejszych postulatów, o który w PRL walczyła demokratyczna opozycja i „Solidarność”. – „Manifestacje były wtedy rozbijane przez uzbrojone po zęby oddziały MO i ZOMO. Dzisiaj nikt nie może twierdzić, że państwo polskie równie opresyjnie traktuje swoich obywateli. Podkreślić jednak należy z całą mocą, że wolność zgromadzeń publicznych jest źrenicą wolności w demokratycznym państwie prawa i wszelkie próby jej ograniczenia, tłumienia aktywności obywateli, zniechęcania ich do udziału na skutek represji wykroczeniowej czy działań administracji państwowej, muszą spotkać się ze stanowczym sprzeciwem organu stojącego na straży konstytucyjnych praw i wolności” – napisał Bodnar.

Zdaniem rzecznika, przepisy znowelizowanej przez PiS ustawy ograniczają wolność zgromadzeń publicznych. Zastosowanie np. zasady pierwszeństwa w stosunku do zgromadzeń cyklicznych stanowi ograniczenie prawa do pokojowej kontrmanifestacji i jest przejawem nierównego traktowania organizatorów zgromadzeń. Zwrócił uwagę, że mimo wielu niekorzystnych działań władz (m.in. policji, straży leśnej, wojewodów) i stosowania wobec demonstrantów mandatów  i wniosków o ukaranie, często byli oni uniewinniani.

RPO przywołuje sprawy sądowe przeciw Obywatelom RP. – „W jednym z uzasadnień sąd podkreślił, że zachowanie polegające na używaniu megafonu nie było zakłóceniem „miesięcznicy”, gdyż było to realizacją prawa do wyrażania opinii i krytycznej polemiki wobec sąsiedniego zgromadzenia. Ponadto sąd uznał też, że siadanie na bruku przed pochodem „miesięcznicy” nie jest wykroczeniem, tylko realizacją konstytucyjnego prawa do wyrażania poglądów. Uniewinnieni zostali też protestujący Obywatele RP, oskarżeni o naruszenie miru domowego Sejmu” – czytamy w raporcie.

Adam Bodnar kończy swój raport rekomendacjami. – „Trzeba zmienić prawo o zgromadzeniach i przywrócić stan sprzed nowelizacji w 2016 r. Zgromadzenia cykliczne powinny być usunięte z prawa, bo nieuzasadnione jest ich pierwszeństwo wobec innych manifestacji. Powinien też zniknąć przepis, że kontrmanifestacja może się odbywać nie bliżej niż 100 m od manifestacji” – napisał RPO.

Konfetti sypane na jego głowę, dywan rozścielony u stóp, pokaz skąpo ubranych cheerleaderek, a wiceministrowi spraw wewnętrznych i administracji Jarosławowi Zielińskiemu ciągle mało. Zastępca Brudzińskiego tym razem zorganizował… własne obchody wybuchu II wojny światowej w Suwałkach.

O godz. 4.45 mieszkańców miasta obudziła salwa honorowa i dźwięk syreny alarmowej. Zieliński na swoją uroczystość zaprosił radnych PiS i wojsko. W państwie PiS bez odpowiedzi pozostanie pytanie, dlaczego wiceminister spraw wewnętrznych wydaje rozkazy żołnierzom?

A przecież mógł wziąć udział w uroczystościach organizowanych w południe przez miasto. Prezydent Suwałk Czesław Renkiewicz wydał w sprawie podwójnych obchodów oświadczenie. – „Od dwóch lat obserwujemy nieakceptowalne przez suwalczan postępowanie, które wprowadzają do naszego miasta, podziały na „my i oni”. Suwalczanie nas pytają: dlaczego wspólnie nie możemy obchodzić w naszym mieście ważnych dla narodu polskiego i suwalczan świąt i rocznic? W innych miastach wspólne świętowanie wychodzi” – napisał prezydent miasta.

Zieliński podczas swojej uroczystości oczywiście przemawiał. Nawet przepraszał mieszkańców Suwałk za zakłócenie ciszy nocnej. Może jednak zamiast przepraszać, należało wcześniej pomyśleć…

Waldemar Mystkowski pisze o absurdach PiS.

Zarówno Fundusz Obrony Narodowej, jak i Pracownicze Plany Kapitałowe są z repertuaru jakiegoś kabaretu na specjalnych papierach.

Generał Waldemar Skrzypczak udzielił wywiadu-rzeki, który ukaże się 19 września i nosi wręcz złowieszczy tytuł „Jesteśmy na progu wojny”. Raczej generałowi chodzi o konflikt globalny, lecz Polska separująca się od Zachodu jest tym bardziej narażona na ugodzenie odłamkiem.

Należy zawierać sojusze i zbroić armię, która potrafiłaby odstraszać i współdziałać z nowoczesnymi armiami NATO. A mamy stan armii po Macierewiczu taki, iż zastał armię z kontraktem na zakup nowoczesnych Caracali, a pozostawił wojska terytorialne wyposażone w karabiny na sznurkach i w domowych łapciach.

Na armię idzie spory grosz, bo 2 proc. PKB, ale nie są ogłaszane przetargi na nowoczesną broń. Tym samym Polska nie korzysta z nowoczesnych technologii via offset, który można przy takiej formie zakupu utargować. Pieniądze rozłażą się, bo nawet wspomniany Szwejk Macierewicz i jego następca takiż sam Szwejk Błaszczak nie opracowali planów modernizacji armii.

Już mamy do czynienia z historycznym déja vu. Jak przed II wojną światową ma być utworzony Fundusz Obrony Narodowej. W 1936 roku powołał go prezydent Ignacy Mościcki, obecnie nad możliwością jego reaktywacji trwają prace studyjne. Pieniądze pozyskiwano by poza budżetem, czyli patriotyczną zrzutką różnych podmiotów plus obywateli. W II Rzeczpospolitej w ten sposób nabywano sprzęt wojskowy, w tym karabiny maszynowe.

W tej groteskowej wizji można dopatrzeć się, jak patrioci z jakiegoś miasta zakupują dla armii karabiny na porządnych rzemykach, a dzieci z przedszkola im. Lecha Kaczyńskiego dwie paczki nabojów. Gdy ukaże się wywiad z gen. Skrzypczakiem można będzie snuć historyczne porównania, czy już znajdujemy się w roku 1936, a więc mamy 3 lata do wojny. Zaś Macierewicz, Błaszczak, Morawiecki tudzież Kaczyński winni wzorem przedwojennych notabli wyznaczyć sobie Zaleszczyki, przez które dawaliby patriotyczną nogę.

Fundusz Obrony Narodowej, który ma cedować odpowiedzialność państwa na społeczeństwo, przypomina inny zwodniczy pomysł rządu – Pracownicze Plany Kapitałowe. Jeszcze nie powstały, a już są w rządzie obiektem targu. Powtórzmy, FON jest powtórką z rozrywki OFE (Otwartych Funduszu Emerytalnych), które padły łupem państwa. Po nieistniejące jeszcze pieniądze emerytów z FON już zgłosił się minister energii Krzysztof Tchórzewski, który ma pomysł, jak je zainwestować – mianowicie ulokować na kontrolowanym przez niego TFI Energia.

Zarówno Fundusz Obrony Narodowej, jak i Pracownicze Plany Kapitałowe nie poddają się poważnej krytyce. Są z repertuaru jakiegoś kabaretu na specjalnych papierach, gdyż Mrożek ani Bareja by za PiS-em nie nadążyli. Tym specjałem groteskowym mógłby być Latający Cyrk Ferdynanda Kiepskiego, nie muszę wszak wskazywać, kto w nim byłby – phi, jest! – prezesem.

Ze śmiechu właśnie wytrącił mnie Mateusz Morawiecki, który powtórzył swój „genialny” pomysł, aby wszyscy razem – w tym „nasza opozycja” jak się wyraził – uczestniczyli w Marszu Niepodległości. I jak Paździoch wymyślił, że wszyscy pójdą pod jedną flagą. Ludzie walczący o trójpodział władzy, o niezależność sądów, o zachodnie standardy demokratyczne, mają iść z akolitą Paździochem Morawieckim w jednym marszu, który na życzenie prezesa Kiepskiego prowadzi nas na Wschód. Paździochu, nie pójdę, postoję!

Frasyniuk niewinny, Gersdorf nie odda Sądu Najwyższego

Sędzia Łukasz Biliński z Sądu Rejonowego dla Warszawy-Śródmieścia uniewinnił Władysława Frasyniuka, który był obwiniony o wprowadzenie w błąd policjanta „co do tożsamości własnej osoby”. 10 czerwca 2017 r. podczas kontrmiesięcznicy smoleńskiej kilkadziesiąt osób, w tym Frasyniuk, chciało zablokować przemarsz zwolenników PiS. Usiedli na jezdni, a policjanci usuwali ich siłą. Frasyniuk poproszony wówczas przez funkcjonariusza o podanie imienia i nazwiska odpowiedział: „Jan Józef Grzyb”. – „Nie da się przyjąć, żeby ktokolwiek racjonalny mógł liczyć na to, że funkcjonariusze uwierzą w to, co mówi obwiniony” – argumentował Biliński.

W uzasadnieniu swojego orzeczenia sędzia powiedział, że z analizy dowodów w sprawie, w tym zeznań policjantów oraz wyjaśnień samego obwinionego, nie wynika, aby Frasyniuk w ogóle miał zamiar wprowadzenia policjanta w błąd. – „Policjant od początku nie traktował informacji przekazywanych przez obwinionego jako wiarygodnych. Słyszał tłum krzyczący „Władek”. Aby skazać obwinionego o to wykroczenie trzeba wykazać, że działa z zamiarem bezpośrednim. Widać, że nie było woli wprowadzenia w błąd funkcjonariusza. Nie liczył na to. To było zachowanie demonstracyjne. Świadczy o tym chociażby mowa ciała Frasyniuka” – powiedział sędzia Biliński.

Stwierdził również, że policja nie powinna w ogóle kierować tej sprawy do sądu. – „Gdyby funkcjonariusze przeanalizowali działanie policjanta, który legitymował obwinionego, tej sprawy w ogóle by nie było. Ta czynność faktycznie została zakończona pozytywnie. A oskarżyciel zajął się sprawą dopiero na podstawie materiału z internetu. Policja musi się zastanowić, jakie są skutki takich postępowań i czy są one konieczne dla utrzymania porządku publicznego. Europejski Trybunał Praw Człowieka wielokrotnie orzekał, że represje należy stosować wtedy, gdy jest to niezbędnie konieczne, a nie by wywoływać efekt mrożący” – zauważył Biliński.

Wyrok jest nieprawomocny. Policja domagała się wymierzenia Frasyniukowi grzywny w wysokości 1000 zł.

Teraz pan Piotrowicz ostatnio powiedział, że powód był taki, żeby wymienić złodziei na innych, niezłodziei. Ja to odbieram jako oskarżenie wobec sędziów Sądu Najwyższego, bo to teraz przy tym procedowaniu nad kandydatami do Sądu Najwyższego [padło], że nazwał wszystkich sędziów Sądu Najwyższego, w tym mnie, jako złodziejkę. Idę [do sądu]. Będę się sądzić, [zarzucając] naruszenie dóbr osobistych, godności zawodowej. No co to jest? Że oni wymieniają dlatego, że ja złodziejka jestem? Na razie będzie gotowe wezwanie do przeproszenia. Jestem absolutnie oburzona tym stwierdzeniem, bo tu żadnych złodziei nie ma” – mówiła w RMF FM prezes Małgorzata Gersdorf.

Gersdorf: Sprawuję swoją funkcję do 30 kwietnia 2020 roku i nic nie może tego zmienić, chyba że bym umarła. Na razie czuję się bardzo dobrze

Myślę, że [prezydent] szuka nowego sędziego do izby pracy. To nie znaczy, że to będzie sędzia, który ma zdaniem prezydenta zająć moje miejsce. Choć ono jest zajęte. Zgodnie z konstytucją sprawuję swoją funkcję do 30 kwietnia 2020 roku i nic nie może tego zmienić – chyba że bym umarła. Ale na razie czuję się bardzo dobrze” – mówiła w RMF FM prezes Małgorzata Gersdorf.

Gersdorf: Będę się sądzić z Piotrowiczem, zarzucając mu naruszenie dóbr osobistych, godności zawodowej. W Sądzie Najwyższym nie ma żadnych złodziei

Earl drzewołaz

Minister Jarosław Zieliński (PiS) udał się do Czerwonego Boru do miejscowego więzienia, aby otworzyć halę produkcyjną.

PiS ma coraz większy problem w nadchodzącej kampanii wyborczej. Akcja billboardowa opozycji, pokazująca prawdziwą twarz obozu dobrej zmiany, w ramach której w całej Polsce pojawiło się kilka tysięcy banerów, wywołała spodziewaną reakcję obozu władzy. Rozpaczliwy spot o “złodziejach, którym odebrano pieniądze, by dać dzieciom” zawierał tak toporny przekaz, że aż trudno uwierzyć w to, że stoi za nim ten sam obóz, który przez ostatnie trzy lata skutecznie kontrolował i narzucał obowiązujące tematy w debacie publicznej. Mleko jednak się rozlało, a machina obrazująca rozpasanie obozu władzy, tak sprzeczne z przedwyborczymi deklaracjami, dominuje w przestrzeni publicznej i daje opozycji amunicję na dobrych kilka tygodni kampanii wyborczej, podając dalej bardzo niewygodny dla PiS przekaz.

Widać zresztą gołym okiem, że obóz władzy niespecjalnie ma pomysł, jak skutecznie przeciwstawić się kampanii opozycji. Zarzut, jaki kierowano pod adresem…

View original post 3 855 słów więcej

Obrzydliwi politycy PiS – intelektualnie, estetycznie. Przede wszystkim amoralni

Andrzej Celiński nie może oglądać Ryszarda Czarneckiego w mediach niezależnych.

Podobnną cofkę mają inni.

Poseł PO Krzysztof Brejza interpelował w sprawie premii przyznawanych sobie przez pisowców.

Były szef MON Tomasz Siemoniak skomentował informację o nagrodach dla ministrów rządu PiS.

Wiceminister spraw wewnętrznych Jarosław Zieliński „słynie” z niekonwencjonalnych zachowań i pomysłów. Wychodzi na to, że nie wystarczają mu miesięcznice smoleńskie. Z inicjatywy Zielińskiego w każdy jedenasty dzień miesiąca w Łapach na Podlasiu będą się odbywać patriotyczne „nowenny niepodległościowe”.

 „Wiceminister zawsze dostrzegał potrzebę spotykania się na wspólnej modlitwie w intencji ojczyzny” – powiedział „GW” proboszcz kościoła w Łapach. Potrzebę taką będą też musieli mieć podlascy policjanci. – „W związku z obchodami 100. Rocznicy Odzyskania Niepodległości, w każdy 11 dzień miesiąca, odbywać się będzie Nowenna Niepodległości. Potrwa ona do 11 listopada. Pierwsza z nich odbędzie się już w najbliższą niedzielę, 11 lutego 2018 roku o godzinie 11.30 w kościele pw. Św. Krzyża w Łapach. Podczas I Nowenny Niepodległości wystąpi Zespół Wokalno-Instrumentalny Komendy Miejskiej Policji w Łomży, który wykona pieśni patriotyczne” – głosi komunikat na stronie Komendy Wojewódzkiej Policji w Białymstoku.

Obecność na „nowennie niepodległościowej” nie jest podobno obowiązkowa. – „Każdy z naszych funkcjonariuszy, jeżeli czuje taką potrzebę, może wziąć udział w tych uroczystościach. (…) Oczywiście nie w umundurowaniu służbowym, ale wyjściowym – galowym” – powiedział „GW” rzecznik białostockiej komendy nadkomisarz Tomasz Krupa.

Wiceministrowi Zielińskiemu chyba jednak trudno będzie odmówić, zwłaszcza że obowiązkowo stawić się będą musieli lokalni szefowie policji, Straży Pożarnej, Straży Granicznej, Służby Więziennej itp.

Wybitna polska reżyserka Agnieszka Holland uważa, że w walce z używaniem określenia „polskie obozy śmierci” bardziej skuteczne od ustawy jest edukowanie. – „Od czasów ministra Geremka wszyscy dyplomaci polscy szalenie to wychwytują i interweniują. Osiągnęli bardzo duże sukcesy. To działanie dyplomatyczne doprowadziło do tego, że w wielu znaczących mediach jak „New York Times” czy „Washington Post” wprowadzono takie algorytmy, że poprawia automatycznie komputer, jak ktoś używa takiego sformułowania” – powiedziała Holland w TVN24.

Jej zdaniem, mamy do czynienia z ogromnym niedouczeniem historycznym, ale nie można z nim walczyć za pomocą takiej ustawy jak ta o IPN. – „Ta ustawa grozi tym, że nie można mówić prawdy” – powiedziała Holland. Dodała, że „ustawa jest fatalna”. – „To, co jest fałszywe i głupie w tej ustawie, to, że próbuje się zrobić z nas mesjański naród zupełnie bez winy. Dojrzałość narodu polega też na przyznaniu się do trudnej historii. Przede wszystkim trzeba być dumnym ze swojej historii, a nie wstydzić się jej tak, żeby ją zakłamywać” – powiedziała Holland.

Holland mówiła, że ustawa o IPN potwierdziła wszystkie najgorsze stereotypy o Polsce. – „Polski rząd, który sobie wziął za zadanie ideologicznie sformować nowego Polaka, przekroczył granice tego, co świat dopuszcza dzisiaj. Po co nam to było?” – pytała reżyserka. – „Żyjemy w czasach, które są bardzo niebezpieczne. (…) W tych czasach jest szalenie łatwo wywołać pożar wokół jakiegoś emocjonalnego wzmożenia. Populiści czy nacjonaliści tym zarządzają bardzo skutecznie. Mąż stanu czy polityk odpowiedzialny nie powinien używać takich narzędzi” – powiedziała Holland.

Tamara Olszewska na koduj24.pl pisze o tym, jak władza buduje negatywne emocje na niskich instynktach Polaków.

Polska cierpi obecnie na rozdwojenie jaźni.

Czy się z tym zgadzamy, czy nie, musimy wreszcie przyjąć do wiadomości i pogodzić się z faktem, że nasza Polska cierpi obecnie na rozdwojenie jaźni. Jeden naród, a w nim bezkrytyczni wielbiciele obecnej władzy – osoby, którym wszystko jedno, byle im się spokojnie żyło i tacy jak ja… wciąż zdziwieni, nie pojmujący do końca, co właściwie się stało, że jest tak, jak jest.

A jest wyjątkowo nieciekawie. Wydawało się, że przez minione 27 lat społeczeństwo okrzepło w budującej się demokracji, nabrało rozumu, wreszcie zmieniło swoje spojrzenie na ludzi i świat. Stało się bardziej otwarte, przyjazne wobec wszelkiej inności. Jak mało trzeba, by jednak okazało się, że była to tylko mrzonka. Ot, jakaś taka iluzja, w którą zapewne bardzo chcieliśmy uwierzyć. To nie kto inny, jak właśnie PiS udowadnia nam każdego dnia, jak bardzo się myliliśmy. Mistrzowie w szukaniu wroga, co zaspokaja najgorsze instynkty części narodu, ruszyli do boju.

Na pierwszy ogień PiS wzięło PO. Logiczne, bo przecież to z nimi trzeba było wygrać wyścig do parlamentu. Nagonka rozwijała się powoli, acz bardzo skutecznie. Ludzie wspaniale odnajdywali się w tym szczuciu przeciwko PO, tym bardziej, że prezes Kaczyński miał sporo punktów do zahaczenia. Politycy partii konkurencyjnej podali mu je dosłownie na tacy. Przekupiony pięknymi słowami i obietnicami naród nawet się nie zorientował, kiedy brzydkie fakty, obciążające PO, przeszły w kłamstwa i manipulację. Polska w ruinie, rządy lobbystów, wiernopoddaństwo wobec UE i w ogóle świata, no i ten Tusk, największe zło Polski. Mity i fakty umiejętnie splecione ze zbrodnią smoleńską zrobiły swoje. PiS zdobyło władzę i te 18% głosujących na nich Polaków zwariowało ze szczęścia.

Po wyborach nadszedł czas na utrwalenie w swoim elektoracie winy PO za całe polskie zło i nastąpiła pierwsza próba przeciągnięcia na swoją stronę tzw. leniuszków, czyli tych, którym się nie chce brać udziału w wyborach, bo mają ciekawsze zajęcie od polityki. Kto zniszczył Polskę? Tusk. Kto źle o Polsce mówi na forum UE? Tusk. Kto ma niemieckie korzenie? Tusk. Kto walczy z polskim Kościołem? Tusk. Kto nie dba o dzieci i ich rodziców? Tusk. Kto wykończył polską edukację i kulturę? Tusk. Kto dokuczył biednemu Jarosławowi Kaczyńskiemu? Tusk. I tak ten biedny Donald Tusk wbił się do głowy wielbicieli prezesa jako synonim największej tragedii, która spotkała Polskę. PiS mogło odetchnąć z ulgą. Ufff, udało się…

W końcu jednak temat się nieco przejadł, spowszedniał, więc trzeba było wskazać kolejnego wroga, który utrzyma wyborców przy PiS-ie. Padło na Niemcy, bo nas nie lubią, coś tam za plecami naszymi kombinują, a ta Angela Merkel to już w ogóle antypolskie dno. Myśleli, myśleli… i wymyślili. Odszkodowania za niemiecką okupację w latach 1939 – 1945, za zabijanie Polaków, za gnębienie. Elektorat wręcz zakwiczał z radości. Jakże pięknie to żądanie wpisało się w ich nastawienie do sąsiadów zza Odry. Jechać tam do pracy czy na handelek jest super, ale sprawiedliwości musi stać się zadość, bo Niemiec odwiecznym wrogiem Polaków jest i basta. Ma nam zapłacić za całe zło i tyle w temacie.

Kiedy kwestia odszkodowań nieco już okrzepła i przestała budzić większe zainteresowanie, przyszedł czas na Żydów i Ukraińców. Zgadzam się z tymi, którzy mówią, iż znowelizowana ustawa o IPN to pic na wodę i praktycznie jest tylko pustym zapisem. Już to widzę, jak ktoś np. na Kanarach powie coś, co narusza polską godność i natychmiast nasza władza ściąga gościa do Polski i zamyka w więzieniu na 3 lata. Słowo daję, nabrać na to może się tylko ten, kto zatracił gdzieś umiejętność realnej oceny świata, w jakim żyje. Ewidentnie ten pomysł z ustawą, skierowany jest do swoich, by znowu dać im kolejną pożywkę, by utrzymać ich przy sobie. W końcu nic tak mobilizująco na prawdziwego Polaka nie działa, jak walka o godność i honor, a przy okazji nakarmienie polskiego antysemityzmu i alergii na co niektóre narody. Tak więc mamy ustawę, która nic nie znaczy i mamy tak pokazowy wybuch nienawiści, że aż dech zapiera. Politycy PiS, niektóre „autorytety” prawicy, kilku historyków pławią się teraz w tej, wywołanej przez brak pomyślunku, histerycznej atmosferze, wbijając do głów jakieś dalekie od prawdy fakty pseudohistoryczne. A wierni PiS-owi obżerają się tą rozbudzoną fobią po uszy i nawet nie widzą, do czego ta sytuacja nas – jako Polskę – prowadzi. PiS się raduje, lud to kupuje, a słupki w sondażach rosną…

Sukcesywnie, gdy robi się zbyt spokojnie i PiS traci na chwilę inwencję twórczą, wskakuje temat UE. Tej złej, antypolskiej, która nas wykończy. Tyle kasy od nas wyciąga, a w zamian, co? Te drogi, autostrady, remonty ulic i zabytkowych kamienic, międzynarodowe projekty naukowe, wymiana studentów, poprawa jakości szpitali, inwestycje to tylko nasza, polska zasługa, bo UE nas okrada i nic więcej. Do tego wtrąca się w nasze wewnętrzne sprawy. Nas, Polaków, chce uczyć praworządności i sprawiedliwości? Hańba! Po prostu hańba!

Ciekawe, kto będzie następny. Jestem przekonana, że PiS znajdzie kolejny cel do atakowania, bo przecież nic tak nie trzyma narodu w ryzach, jak przypomnienie mu, kto jest wrogiem, jak strach przed „obcymi” i wiara w światowy spisek antypolski.

A kiedy już wyczerpią się wszystkie możliwości, to pozostanie tylko jedno. Mocniej jeszcze zadziałać na własnym terenie, wskazując jako wroga tych, którzy nie dają się nabrać na bajeczki PiS-u. Jeszcze władza się nieco kryguje, próbuje zachować pozory, ale przyjdzie moment, gdy jej uderzenie będzie ostre i bezpardonowe. Postawi przeciwko „niepraworządnym” babcie z różańcami, dziarskich staruszków z krzyżami, nacjonalistów i polskich neonazistów. A co sobie sama będzie brudziła łapki. Oddany im elektorat załatwi „gorszy sort” na chwałę prezesowi i reszcie.

No i taką mamy polską rzeczywistość. Jedni są szczęśliwi, bo PiS zaspokaja ich potrzeby materialne i duchowe. Pozwala im być wreszcie sobą, takimi pełnymi agresji, antysemitami i rasistami. Daje swoje przyzwolenie i nagradza dobrym słowem za atakowanie każdego, kto nie należy do tej teatralnej trupy.

Pozostali, którzy jeszcze się uchowali, wciąż nie mogą wyjść ze dziwienia, że wróciła taka Polska, jak z najgorszych, sennych koszmarów. Cały system wartości obywatelskich przestaje się liczyć, a obecna władza stawia tylko na to, co zapewni jej dostęp do koryta na długie lata. No i na tych, którymi łatwo da się manipulować, łatwo wykorzystać, dając im ochłapy w postaci przekonania, że teraz są tacy ważni.

Może więc już czas przestać się dziwić, wziąć tę naszą mroczną rzeczywistość na klatę i skonsolidować siły, by zatrzymać ten pochód „zombie”?

Pisowskie pokraczności: Kempa i Zieliński

Monika Olejnik zaprosiła do „Kropki nad i” Beatę Kempę, osóbkę, która na niczym się nie zna, która nigdy nie powinna się pojawiać w mediach, bo jest obrazą inteligencji.

Ta biedna kobieta okresliła ekologię – ideologiczną. Naród zdycha w smogu, a taka niedojda nazywa śmierć ideologiczną.

Monika Olejnik zapytała Kempę o poniedziałkową decyzję Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, który nakazał polskiemu rządowi natychmiastowe wstrzymanie wycinki w Puszczy Białowieskiej. W razie niezastosowania się do tej decyzji, Trybunał będzie mógł nałożyć na Polskę nawet 100 tys. kary euro dziennie.

– Czy to nie wstyd, że Unia musi dbać o nasze drzewa, a państwo je wycinają? – zapytała Olejnik.

A Kempa w pisowską mantrę uderzyła:

– Przede wszystkim wstydem jest to, że poprzednia ekipa dopuściła do tego, że kornik takie spustoszenie uczynił – stwierdziła.

Śmiech na sali, jaja.

Internauci mieli ubaw po pachy.

Jaki motłoch doszedł do władzy świadczy postawa wiceministra spraw wewnętrznych Jarosława Zielińskiego, który został złapany na kolejnym „konfetti”.

Gościu w niewielkiej miejscowości na Mazurach przechodził przez ulicę to musiano nad nim trzymać parasol, radiowóz tamował ruch uliczny, obok stał policjant i jeszcze zabezpieczono przejście pachołkami.

Ten Zieliński to istna pokraka. Nawet wygląda, jakby przed chwilą odszedł od koryta. Estetyczna ohyda., brrr…

Policja stała się niestety już milicją. Nie jest od bezpieczeństwa społeczeństwa tylko na usługach partyjnych. Tak działa mamrot Mariusz Błaszczaka, człowiek, który w prywatnej formie nie dostałby posady stróża nocnego, bo skradzionoby mu powierzone mienie.

Post Navigation