Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Joanna Kluzik-Rostkowska”

PiS w odwrocie. Poczynając od Senatu Kaczyński będzie zaznawał klęskę za klęską, aż ucieknie z Polski, jak Janukowycz z Ukrainy

Prof. Tomasz Grodzki został oficjalnym kandydatem partii opozycyjnych na stanowisko marszałka Senatu.

Wszystko wskazuje na to, że następcą Stanisława Karczewskiego na stanowisku marszałka Senatu zostanie – także lekarz z zawodu – prof. Tomasz Grodzki. Przewodniczący Platformy Obywatelskiej Grzegorz Schetyna zaprezentował Grodzkiego jako wspólnego kandydata partii opozycyjnych.

Bogdan Klich (senator): Opozycyjna większość w Senacie nie da się podzielić, kupić ani zniszczyć. Nie zawiedziemy naszych wyborców

– Wygląda na to, że prof. Grodzki nieźle się spozycjonował, mówiąc otwarcie jako pierwszy, że PiS próbował go przekabacić i się nie udało – komentuje dziennikarz Tomasz Żółciak (Dziennik Gazeta Prawna).

Marcin Kierwiński (poseł): Symboliczna decyzja wskazująca, ze w polityce liczą się pozytywne wartości, a nie draństwo. Gratulacje!”.

– Przywróci Senatowi godność, szacunek i standardy stanowienia prawa – zapewnia poseł Michał Szczerba (PO).

Przemysław Szubartowicz (publicysta, wiadomo.co): Porozumienie senackie było kluczowe. Dzięki niemu „przygniatające” zwycięstwo PiS przestało być przygniatające, a „klęska” opozycji przestała być klęską. Wszyscy liderzy zyskali, a Kaczyński stracił – pewność hegemonii, większość w Senacie, bezczelność panowania. Oby tak dalej”.

Tomasz Lis (Newsweek): Porozumienie w sprawie prezydium Senatu to bardzo dobra wiadomość – liderzy KO, Lewicy i PSL pokazali, że nie dadzą się rozgrywać PiS-owi i w najważniejszych sprawach potrafią działać razem”.

Reakcje internautów:

Polacy wybrali Senat. Krucha większość opozycji, ale jest. Kandydaci: – Tomasz Grodzki – marszałek, Bogdan Borusewicz – wicemarszałek, Gabriela Morawska Stanecka – wicemarszałek. PiS wygrał wybory do Senatu – Sellin. I takich „sukcesów” życzymy PiS. Koniec chuligaństwa.

To może Karczewski w końcu opuści wille????.

Mnie się podoba. Świeży oddech w Senacie. No i PiS-owi też się spodoba, skoro chcieli przeciągnąć na swoją stronę”.

Kmicic z chesterfieldem

Posłowie KO zaapelowali do prezydenta, aby ten zmienił swoją decyzję i wyznaczył kogoś innego na stanowisko marszałka seniora niż Antoniego Macierewicza. – Wierzę w to, że prezydent Duda, kierując się zgodą w Sejmie i odpowiedzialnością za polską demokrację, tę decyzję zmieni – tłumaczył wiceprzewodniczący PO Tomasz Siemoniak. Podobne pismo do prezydenta złożyła też Lewica.

Jest czas na zmianę decyzji

Posłowie Koalicji Obywatelskiej wysłali do prezydenta specjalne pismo w sprawie Antoniego Macierewicza, który ma w nowym Sejmie pełnić rolę marszałka seniora.

– Ma pan kolejny raz szansę być prezydentem nie tylko jednej partii, ale wszystkich Polaków. Do tego wymagana jest zmiana tej decyzji. Nie może być tak, że człowiek, który w ostatnich latach szkodzi polskiej racji stanu, jest nominowany na takie stanowisko – mówił Marcin Kerwiński.

Wiele powodów, aby decyzję zmienić

W obszernym, 3-stronicowym piśmie posłowie opozycji argumentują, dlaczego były szef MON nie powinien piastować tej funkcji.

Posłowie przypominają w nim niejasne powiązania Antoniego Macierewicza z obcymi służbami, miliony wydane na komisję smoleńską i budowanie kapitału politycznego na kłamstwie smoleńskim, a także demolowanie polskiej armii.

– Antoni Macierewicz kłamał z mównicy sejmowej o rzekomych “mistralach za dolara”, a teraz…

View original post 1 533 słowa więcej

Pisowscy gangsterzy

W czasie dzisiejszego programu Kawa na Ławę (TVN24) doszło do dyskusji na temat prezesa Najwyższej Izby Kontroli Mariana Banasia.

Małgorzata Kidawa-Błońska miodzio – czytaj >>>

Program Koalicji Obywatelskiej >>>

Donald Tusk – tutaj >>>

W najnowszym Newsweeku rozmowa Tomasza Lisaa z pisarzem, Jackiem Dehnelem o tym co w Polsce spotyka geja, o faszystowskim języku władzy, tchórzliwych świeckich katolikach i o raczej czarnych scenariuszach dla Polski.

Kmicic z chesterfieldem

Premier wykazuje totalny brak wiedzy o Katowicach, a więc mieście, z którego startuje w najbliższych wyborach do Sejmu. PiS-owski polityk wymyślił teraz nazwę nowej dzielnicy.

Na sobotniej konwencji PiS w Opolu Morawiecki mówił o tym, że górników postrzelonych w kopalni Wujek, przewożono do szpitala w „Ligacicach”. Problemem jest to, że takiej dzielnicy nawet nie ma.

Wpadkę premiera zauważył poseł Borys Budka, który podzielił się informacją z internautami. „Panie Premierze, w #Katowice nie ma takiej dzielnicy jak „Ligacice”. Może chodziło o Ligotę? A może o Bogucice? PS Jeśli mogę w czymś jeszcze pomóc w naszym okręgu, proszę pisać 😉” – napisał na Twitterze działacz Koalicji Obywatelskiej.

View original post 1 123 słowa więcej

 

Pijany Durczok jest trzeźwiejszy niż gadzinówka TVP

Prof. Jan Hartman o problemach z prawem Kamila Durczoka.

Kmicic z chesterfieldem

Nie milkną echa ostatniego wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego, w którym zachęcał do zakończenia wojny polsko-polskiej. Abstrahując od wiarygodności tej tezy, warto zwrócić uwagę, że coraz więcej osób głośno komentuje pogodne usposobienie lidera Zjednoczonej Prawicy

Jedną z takich osób jest jest Joanna Kluzik-Rostkowska, była szefowa sztabu Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich w 2010 roku, która swego czasu zaliczana była to tzw “aniołków prezesa“. To właśnie jej wpis na Twitterze zdradza czarne kulisy tamtej kampanii wyborczej.

Kluzik-Rostkowska w następujących słowach odniosła się do całej sytuacji:

Halo PiS? Pamiętacie kampanię prezydencką 2010r? Ja pamiętam. Jarosław Kaczyński deklarował trwałą zmianę (wierzyłam w nią). Skończyła się w wieczór wyborczy. Okazało się, że miękką retorykę JK zawdzięczamy farmakologii. W 2015 była powtórka. Kogo chcecie nabrać po raz trzeci?!”

Była szefowa sztabu prezesa PiS podczas wyborów prezydenckich w 2010 roku twierdzi, że za potulnym i spokojnym wizerunkiem Kaczyńskiego stoi farmakologia. Co więcej polityczka zasugerowała,  że podobna…

View original post 1 259 słów więcej

 

Mateusz Morawiecki – polski wkład jako wzorzec z Sèvres

To niewiarygodne, ale PiS znowu swoją ewidentną porażkę usiłuje przekuć w sukces. Tym razem chodzi o wyrok Sądu Apelacyjnego, który nakazał Mateuszowi Morawieckiemu przeprosić za wygłoszone przez kłamstwo na wiecu wyborczym w Świebodzinie. Mówił wtedy, że za rządów PO-PSL nie budowano dróg i mostów.

Otóż szef sztabu wyborczego PiS europoseł Tomasz Poręba napisał na Twitterze, że… Sąd Apelacyjny przyznał rację premierowi Morawieckiemu! – „1. Sąd nie nakazał przeprosin. 2. Wniosek został oddalony w części dotyczącej wnioskowanego oświadczenia, jak i zakazu rozpowszechniania informacji o braku budowy przez rząd koalicji PO-PSL dróg oraz mostów. 3. Sąd Apelacyjny przyznał rację PMM w zakresie wypowiedzi „nie było dróg i mostów”. 4. PMM ma wydać jedynie oświadczenie które zostanie opublikowane” – napisał Poręba.

W internecie zawrzało. – Panie Poręba, zmiłuj się, nie zaklinaj już tej rzeczywistości. Morawiecki powiedział nieprawdę, czyli skłamał”; – „Brzydko, panie Poręba, tak manipulować. A i z czytaniem ze zrozumieniem kłopoty”; – „Czyli logika PiS i alternatywna interpretacja rzeczywistości w pełnej krasie. Kto się spodziewał czegoś innego niż kolejne brednie i urojenia, w które będą brnąć?”; – „Panie Poręba, może pan przestać się kompromitować? Mateusz Morawiecki powiedział nieprawdę, musi sprostować, a mówienie nieprawdy, jest kłamstwem, czy ma Pan problem że zrozumieniem tego?” – pisali internauci.

Część przytaczała Porębie treść oświadczenia, do wygłoszenia którego sąd zobowiązał premiera. – „Nieprawdziwe są informacje podane przeze mnie w dniu 15 września 2018 r. podczas wiecu wyborczego komitetu wyborczego Prawo i Sprawiedliwość w Świebodzinie, że w ciągu jednego do półtora roku wydawana jest przez nas większa suma na drogi lokalne, niż za czasów koalicji PO i PSL w ciągu ośmiu lat. Mateusz Morawiecki, premier rządu Rzeczpospolitej Polskiej”.

Innego „wytłumaczenia” spróbował wicemarszałek Senatu Adam Bielan.

W Polsat News stwierdził, że wypowiedź premiera „być może nie była precyzyjna”. – „Taki jest charakter wiecu wyborczego, szczególnie, jak polityk nie czyta z kartki, jak wielu liderów – również Platformy – nie duka, tylko mówi w sposób spontaniczny, mówi z głowy. Pan premier Morawiecki jest świetnym mówcą, natomiast być może, PO złapała go za jakieś słowo” – powiedział Bielan. Nie uściślił, za które…

Wyprowadzane z dolnośląskiego PCK pieniądze przekazywane były politykom PiS nie tylko z okazji kampanii wyborczych, dla części z nich stanowiły stały dodatkowy dochód. Tak „zarabiać” miał m.in. obecny poseł Piotr Babiarz. Prokurator badająca ten przekręt kilka tygodni temu zrezygnowała z prowadzenia śledztwa i poprosiła o dobrowolną degradację.

Dolnośląskim oddziałem Polskiego Czerwonego Krzyża przez lata kierowali politycy PiS. Prezesem był były radny sejmiku wojewódzkiego Rafał Holanowski, jego zastępcą poseł Piotr Babiarz, a dyrektorem – radny obecnej kadencji sejmiku Jerzy G. Ten ostatni podejrzewany jest dziś przez prokuraturę o wyprowadzenie z kasy PCK – wspólnie i w porozumieniu z innymi osobami – 1,2 mln zł.

Przez rok, który minął niedawno od wszczęcia śledztwa w tej sprawie, badaliśmy mechanizm wyprowadzania pieniędzy oraz to, kto z nich korzystał i komu służyły. Rozmawialiśmy z podejrzanymi, ze świadkami, z byłymi i obecnymi pracownikami PCK, a także śledczymi.

Z naszych ustaleń wyłania się obraz dobrze funkcjonującego układu, z którego garściami przez kilka lat czerpali dochody ludzie związani z PiS. Mechanizm był prosty: w latach 2014-17 zwerbowani przez Jerzego G. pracownicy PCK kradli odzież z należących do niego kontenerów, do których zbierana była ona na potrzeby najbiedniejszych. Potem za pośrednictwem firmy zarejestrowanej na „słupa” sprzedawali ją w zaprzyjaźnionych lumpeksach i hurtowniach.

Sąd Apelacyjny w Warszawie orzekł, że premier Mateusz Morawiecki ma sprostować wypowiedź z wyborczego wiecu w Świebodzinie, gdzie stwierdził o rządach koalicji PO-PSL: „Nasi poprzednicy mówili, że budujemy nie politykę, tylko drogi i mosty. Nie było ani dróg, ani mostów”. A także: „W ciągu jednego do półtora roku wydawana jest przez nas większa suma na drogi lokalne niż za czasów koalicji Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego w ciągu ośmiu lat”.

„Ocenna” wypowiedź premiera

Najpierw był spór o to, czy tę wypowiedź można sądzić w 24-godzinnym trybie wyborczym, skoro premier nie jest oficjalnie uczestnikiem kampanii. Sąd Okręgowy uznał, że nie można, Sąd Apelacyjny był odmiennego zdania i sprawa trafiła do ponownego rozpoznania. Tym razem pierwsza instancja uznała, że była to „wypowiedź ocenna”, a takie nie podlegają kategoriom prawda–fałsz, zatem nie podlegają też wyborczemu trybowi. Dziś sąd drugiej instancji uznał, że jednak było to stwierdzenie co do faktów – i że było fałszywe.

Jak PiS rozprawia się z niepokornymi sędziami

Wyrok oznaką lizusostwa?

Wczoraj, komentując wyrok pierwszej instancji (że premier nie musi prostować tej wypowiedzi), napisałam, że dzięki temu, że PiS zastrasza i awansuje sędziów, promując posłusznych i karząc niezawisłych, każdy wyrok jest dzisiaj komentowany nie z punktu widzenia prawa czy słuszności, ale jako efekt politycznego lizusostwa sędziów, ewentualnie strachu z jednej, a niechęci sędziów do PiS z drugiej strony. A to rujnuje zaufanie do wymiaru sprawiedliwości. I o to właśnie chodziło PiS-owi.

Jak się zachowa Mateusz Morawiecki

Mamy kolejny wyrok, tym razem niekorzystny dla PiS. I najbardziej mnie ciekawi, czy premier go wykona. Bo przecież w III RP PiS, już od niemal trzech lat, przypisuje sobie prawo do oceny, który wyrok należy wykonać, bo jest słuszny i prawidłowy, a którego nie. Ostatnio – z wyprzedzeniem – ostrzegł o tym Trybunał Sprawiedliwości UE, w razie gdyby Trybunałowi przyszło do głowy orzec nie po myśli polskich władz w sprawach dotyczących „reformy” Sądu Najwyższego.

No więc ciekawe, czy tym razem premier uzna wyrok. Czy też stwierdzi, że nie jest to wyrok w rozumieniu prawa – jak orzekła premier Beata Szydło o wyrokach Trybunału Konstytucyjnego przed „dobrą zmianą”. Albo, jak sam stwierdził o przyszłym rozstrzygnięciu TSUE – że nie będzie się mieściło w granicach prawa. A może odwoła się do „suwerena” i – jak w przypadku rzekomego poparcia dla swoich „reform” wymiaru sprawiedliwości – pokaże w „Wiadomościach” TVP wyniki sondażu opinii publicznej: „Czy premier ma sprostować wypowiedź: tak / nie / nie mam zdania”?

Zaciera się w masowej kulturze ponowoczesnej tradycyjne pojęcie dobra i zła – coś, co mieściło się w przedwojennej zasadzie przyzwoitości, do czego wracał Bartoszewski, mówiąc, że „warto być przyzwoitym” – mówi nam prof. Zbigniew Mikołejko, filozof i historyk religii, eseista, kierownik Zakładu Badań nad Religią w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Pytamy o kłamstwo w polityce i w życiu, o iluzje i manipulacje elektoratem. – Proszę zobaczyć, kto się dorwał obecnie do władzy. Tam nie ma ludzi, którzy mają specjalne zasługi dla Rzeczpospolitej, a wręcz przeciwnie: są ludzie, którzy nie brali szczególnego udziału w żmudnym i bolesnym wędrowaniu Polski ku wolności (a często byli po stronie upadłego reżimu), są ludzie mali, wszelkiego rodzaju drobnomieszczaństwo, ludzie rozgoryczeni i rozeźleni, którzy przegrali – często jedynie w swej świadomości – na transformacji.

JUSTYNA KOĆ: Wicemarszałek Senatu Adam Bielan mówi: spowodowaliśmy, że Polska nigdy nie była tak silna na arenie międzynarodowej. Premier przekonuje, że nie było dróg za poprzednich rządów i że sam negocjował wejście Polski do UE, minister edukacji twierdzi, że reforma była bezkosztowa i żaden nauczyciel nie stracił pracy, chociaż samorządy musiały dopłacić miliony zł. Czy kłamstwo opanowało politykę?

ZBIGNIEW MIKOŁEJKO: To rozlewisko kłamstwa rzeczywiście jest przerażające i przynosi na myśl najgorsze wzory dziejowe. Chociaż to, co teraz obserwujemy, jest niebywałe, ponieważ środki, przy pomocy których można rozsiewać kłamstwo, uległy spotęgowaniu. Kiedyś instrumentarium kłamstwa nie miało tylu możliwości przenikania do różnych miejsc, do tylu środowisk, chociażby dlatego, że propaganda radiowa nie dotykała wszystkich w czasach nazizmu czy sowietyzmu, bo nie każdy np. miał radio.

Dziś natomiast – czy chcemy tego, czy nie – żyjemy w takiej wirtualnej powięzi, gdzie kłamstwo dopada nas w najgłębszym naszym przytulisku. Wystarczy, że otworzymy w domu komputer – i już możemy się znaleźć w przestrzeni kłamstwa.

Podsumowując ten wątek: łatwość dostępu do narzędzi rozsiewania kłamstwa jest tu bardzo ważna, ale zaraz za nią kroczy druga przyczyna.

Ponieważ znaczna część z nas żyje w tej wirtualnej powięzi, to zostaje zatarta granica między tym, co rzeczywiste, a co nie. Sama przy tym technika przekazu informacji nie jest neutralna i wiele osób staje się z tego powodu zagubiona. Po trzecie, drastycznie nam osłabł system edukacji; polska szkoła jest szkołą, która najmniej w skali świata – jak mówią najnowsze badania – uczy literatury, pisania i czytania.

Zatem ludzie – trochę na własne życzenie, bo łatwiej jest być leniwym umysłowo niż pracować intelektualnie – stali się bezbronni wobec kłamstwa. Sztuka czytania literatury i pisania jest przecież sztuką myślenia, poszerzania własnych horyzontów, wyrażania własnych myśli i rozeznania w świecie itd.

Przychodzi mi na myśl przykład faraonów, którzy za pomocą wiedzy o zaćmieniu słońca manipulowali ludem.
To jest właśnie ten mechanizm, który obnaża w powieści „Faraon” Bolesław Prus. To oczywiście przykład literacki, choć ważny i symboliczny, bo doskonale i dramatycznie pokazuje niszczące uderzenie tego, co irracjonalne, nierozumne i mroczne, w to co racjonalne i pożyteczne – także dla ludu, który jednak idzie za tym, co dla niego zgubne, nieszczęsne. To gorzki obraz z książki Prusa, ale znamy przecież podobne przypadki z historii. Jest ich bardzo wiele. I dziś zresztą obserwujemy ten sam mechanizm, nie tylko w Polsce.

Ludzie bowiem niekoniecznie idą za tym zawsze, co dla nich dobre. I ulegając kłamstwu, często działają na własną zgubę, gdyż zostają zmanipulowani. Zresztą to kluczowe słowo; „zmanipulowani” oznacza, że stają się niewolnikami cudzych iluzji.

Panie profesorze, ale jednak człowiek jest istotą rozumną, a pamięć ludzka sięga dalej niż trzy lata wstecz. Chyba ludzie pamiętają, jak jeździło się wtedy po Polsce. A dziś premier mówi, że dróg nie było. Jak to możliwe?
Bo tu mamy jeszcze jeden mechanizm – dość szczególne przełamanie dysonansu poznawczego w tak szerokiej społecznej skali. Ten sam mechanizm wykorzystują zresztą sekty; zrobiłem coś dobrego dla kogoś albo uległem komuś tylko raz i w jednej sprawie – ot, zagłosowałem na rządzącą formację, bo dała mi 500 zł. Teraz więc, żeby zachować twarz i pozory rozumności i bezinteresowności tego własnego czynu, muszę zamknąć oczy np. na daty, fakty, historię, nawet na elementarną prawdę, choćby była ona niepodważalna, jaskrawa i krzyczałaby wniebogłosy. Jeżeli jeszcze do tego wykazałem się jakąś gorliwością w popieraniu owej władzy, to nie mogę nagle powiedzieć, że ona jest kłamliwa i zła. To wszystko dzieje się nie dlatego, że kocham tę władzę, tylko dlatego, że ja sam w pewnym momencie dałem się kupić, raz zwieść, ale nie mogę się do tego przyznać nawet przed samym sobą. I

tylko najtęższe umysły potrafią zrelatywizować swoje poglądy, wysupłać się jakoś z tego wewnętrznego zapętlenia.

W przypadku PiS-u mamy tylko kilka przykładów. Najgłośniejsze to profesorowie Jadwiga Staniszkis i Ryszard Bugaj, którzy popierali oficjalnie PiS, potem zmienili zdanie.
Bo to niezwykle trudne. Możemy to pokazać przez przykład pewnego eksperymentu dotyczącego przełamywania dysonansu poznawczego. Oto pewien niepalący mężczyzna został wprowadzony w stan hipnozy. I poproszono go, aby w piękny, pogodny dzień włożył płaszcz i wziął parasol, wreszcie udał się do odległego kiosku, chociaż miał taki również pod domem. No i kupił tam paczkę papierosów. Został następnie rozbudzony przy powrocie i zaczęto zadawać mu pytania. – Dlaczego kupiłeś papierosy, skoro nie palisz? – No, pomyślałem, że mogą przyjść do mnie goście i któremuś z nich może zabraknąć papierosów…  – A dlaczego jesteś w płaszczu i z parasolem, skoro jest taka ładna pogoda? – No, bałem się, że może zacząć za chwile padać. – A dlaczego udałeś się do dalekiego kiosku, skoro masz pod domem taki sam? – No bo skoro jest taka ładna pogoda, to chciałem się przejść, bo jest taka ładna pogoda…

To jest ten sam mechanizm, z którym mamy do czynienia w życiu zbiorowym – znajdowania pozornie rozumnych uzasadnień dla naszych nierozumnych czynów i wyborów – tylko pokazany na jednostkowym przykładzie.

Powiedział pan, że podobnie narzędziami operują sekty?
Tak, szczególnie te niebezpieczne. Tam zazwyczaj przyszłych, ewentualnych członków prosi się o drobną przysługę, np. przyniesienie paczki – i dopiero wówczas stopniowo zachęca do rozmowy, do wejścia w relacje. I taka osoba często zostaje oddanym członkiem grupy. Na ulicy bowiem trudno kogoś zachęcić, żeby nagle przyłączył się do sekty, której prawdziwe cele są ukryte.

PiS też zresztą nie mówił, że rozwali system, że nie będzie przestrzegał konstytucji. W kampanii więc uśmiechnięta Beata Szydło mówiła o polskich rodzinach i malowała szkołę, a prezydent Duda opowiadał, że będzie prezydentem wszystkich Polaków.

Kolejne kłamstwo.
Zatem – myśli wyborca – skoro już zagłosowałem na PiS lub jego poplecznika, partię Kukiza, czyli PiS dla małolatów (bo to jest bardziej anarchiczny i nieuporządkowany wariant podobnego populizmu) – to cały czas chcę potem sobie i innym udowodnić, że zrobiłem słusznie, że to, co robi PiS, jest racjonalne, służy dobru mojemu i powszechnemu. Nie liczy się wtedy dookolna rzeczywistość z jej prawdą faktów –

liczy się tylko świat wewnętrzny, gdzie za wszelka cenę próbuje się zachować spójność swoich czynów z ocenami moralnymi. I tu jest sedno sprawy.

To musi działać przede wszystkim na elektorat PiS-u, a co z resztą?
Niekoniecznie tylko na elektorat PiS-u, ale też i na ludzi tzw. obojętnych. Skoro bowiem nie zareagowałem na zło, które wokół mnie się działo czy dzieje, na obłudę, agresję i kłamstwo, to muszę to sobie jakoś wytłumaczyć, jakoś się z tym rozliczyć. I tu mamy również znamienny przykład z obszaru psychologii społecznej: głośne ongiś zabójstwo studentki Kitty Genovese, która została brutalnie zamordowana na jednym z amerykańskich kampusów, a ludzie przyglądali się temu z okien, widzieli zbrodnię i nie zareagowali. Później swą obojętność tłumaczyli tym, że Kitty Genovese była zła i grzeszna. Pojawił się nawet artykuł w uniwersyteckiej gazecie, który opisywał ją jako osobę z gruntu niemoralną. Takie zachowanie nazwano „efektem widza”.

Jest to przykład dyfuzji odpowiedzialności, jej rozproszenia, które powoduje, że obojętni obserwatorzy zdarzeń zaczynają szukać usprawiedliwień w kłamstwie. A do tego przychodzą jeszcze źli i bezczelni manipulatorzy, którzy kłamią i „odwracają kota ogonem”, aby osiągnąć rozmaite korzyści – polityczne, emocjonalne, finansowe.

A nawiasem mówiąc, zjawiska interesu emocjonalnego, którego rolę staram się podkreślać od lat, nasza socjologia polityczna nie brała pod uwagę. I dalej właściwie nie bierze – albo bierze ospale. I dopiero badania prof. Gduli nad Miastkiem trochę uwydatniły ów interes emocjonalny. A tymczasem ludzie – różne ich zbiorowości – mają ważne i trwałe interesy emocjonalne, które niekoniecznie są zgodne z interesami ekonomicznymi czy społecznymi. Ba, często są brutalnie sprzeczne z tymi ekonomicznymi czy społecznymi. To oznacza, że na czystkach w Sądzie Najwyższym, w mediach, na represjonowaniu sędziów „ja” nie zyskuje w sensie bezpośrednim żadnych oczywistych, wymiernych korzyści, ale za to odczuwa silnie schadenfreude, „złą radość” z cudzego nieszczęścia.

Polega to na myśleniu: wprawdzie ja sam nie doznaję niczego korzystnego, ale dobrze tak tym sędziom, tym lekarzom, tym dziennikarzynom wyrzuconym z roboty! Taka „zła radość” stanowi bowiem swoistą uczuciową „zapłatę” za moje rzeczywiste czy – dużo częściej – urojone krzywdy.

To typowo polskie?
Typowe dla ludzi małych i niewiele w swoim odczuciu znaczących, a takich pośród nas jest większość. To dotyczyć może zatem tych wszystkich, którzy nie doznali awansu społecznego z różnych przyczyn i dowartościowują się właśnie cudzym nieszczęściem. Tu także jest istotny poziom szkoły. Przed 1989 rokiem szkoła, jakkolwiek nadmiernie represyjna, stawiała jednak wiele wymagań co do nauki i zasad postępowania. Potem jednak mechanizm ten uległ zdecydowanemu i nadmiernemu rozluźnieniu, serwowanemu pod hasłem demokratyzacji.

Oczywiście, proces demokratyzacji był szkole potrzebny, ale przecież nie przez uwolnienie dzieci i młodzieży od poczucia obowiązku, także wobec siebie samych – od obowiązku nauki, zdobywania wiedzy, rozwoju, stawiania sobie wymagań.

Ten proces jeszcze nasilił się poprzez dostępność do szkół wyższych – zatem mamy trzy razy więcej uczelni niż Stany Zjednoczone. W Polsce jest ich bodaj 450, a w USA – 150. No i dziś mamy mniej maturzystów niż miejsc na uczelniach wyższych. Zatarły się więc progi inicjacyjne, czyli trudne i bolesne momenty, które pozwalały wznieść się jednak wyżej, awansować. Wszystkie społeczności miały takie progi inicjacyjne – i kultury pierwotne, i nowoczesne zachodnie.

Aby stać się więc dorosłym mężczyzną czy dojrzałą kobietą, trzeba było przejść przez bolesny – czasem nawet drastyczny – proces. Wówczas dopiero można było stać się członkiem wyższej grupy społecznej, zwiększyć swe prawa (ale i obowiązki): przejść z kategorii chłopców do kategorii mężczyzn, z kategorii dziewcząt do kategorii kobiet.

Społeczeństwa zachodnie ukształtowały natomiast system inicjacyjny oparty na edukacji szkolnej. Progiem była choćby matura, zwana kiedyś nie bez powodu „egzaminem dojrzałości”. Jeśli więc manipulujemy przy tym progu, łagodzimy go czy niwelujemy, to stawiamy coraz niższe warunki dojrzałości – intelektualnej, emocjonalnej, kulturowej – społeczeństwu. A z drugiej strony coś, co nie wymaga wysiłku, jest nisko cenione. Za tym idzie prosta prawda, że tego, czego nie ma systemie szkolnym, nie ma i w mentalności powszechnej. W obliczu zdegradowania progów inicjacyjnych nie ma się więc co dziwić, że zbiorowości naszej tak brakuje nie tylko elementarnej wiedzy o świecie, wiedzy historycznej, ekonomicznej, prawnej, ale też rozeznania w rzeczywistych hierarchiach wartości, właściwych zasadach egzystencji społecznej i normach moralnych.

Na dodatek brak usankcjonowanej społecznie inicjacji bywa często spontanicznie kompensowany – co obserwujemy nie tylko w szkołach, ale i w wielkich korporacjach – przez tzw. inicjację dziką, drastyczną i nieuporządkowaną.

Czyli sami na to zapracowaliśmy?
Środowiska liberalne i lewicowe, rządzące nami po 89 roku, same zgotowały sobie taki los. Zbudowały bowiem fałszywą paideię, pozorny system wychowania i nauki. Dziś zatem dyplom renomowanej uczelni jest porównywany z dyplomem uczelni, która jest skrzyżowaniem „szkoły pod żaglami” z akademią Lata z Radiem.

Zaciera się ponadto w masowej kulturze ponowoczesnej tradycyjne pojęcie dobra i zła – coś, co mieściło się w przedwojennej zasadzie przyzwoitości (do czego wracał Bartoszewski, mówiąc, że „warto być przyzwoitym”).

No i

kultura kłamstwa jest też kulturą pogardy.

Proszę więc zobaczyć, kto się dorwał obecnie do władzy. Tam nie ma ludzi, którzy mają specjalne zasługi dla Rzeczpospolitej, a wręcz przeciwnie: są ludzie, którzy nie brali szczególnego udziału w żmudnym i bolesnym wędrowaniu Polski ku wolności (a często byli po stronie upadłego reżimu), są ludzie mali, wszelkiego rodzaju drobnomieszczaństwo, ludzie rozgoryczeni i rozeźleni , którzy przegrali – często jedynie w swej świadomości – na transformacji. I oto właśnie ci ludzie, dzięki fatalnie skonstruowanemu mechanizmowi wyborczemu i kłamstwu, zyskali nagle władzę – nad mądrzejszymi, bardziej pracowitymi i zasłużonymi, nad tymi, którzy mają nierzadko piękne, heroiczne karty. Rozkoszują się więc taką władzą, bo wszystko mogą. To jest rodzaj władzy absolutnej i absolutnej bezkarności – bo nie ma takiego mechanizmu, który zabroni kłamać i za to ukarze.

Waldemar Mystkowski pisze o ojkofobii i kaczofobii.

Jarosław Kaczyński niczym tsunami wzbudził falę ojkofobii, która związana jest jednak z jego osobą i winna się nazywać właściwie – kaczofobią.

Ojkofobia rozlała się szerokim nurtem po Polsce i Polakach. Zdaje się, że dotyczy w głównej mierze tego, który ten termin upowszechnia – Jarosława Kaczyńskiego. Otóż prezes Kaczyński zaskarżył Lecha Wałęsę o to, że ten powiedział, iż prezes jest mimowolnym sprawcą katastrofy smoleńskiej, bo telefonicznie ponaglał brata Lecha do lądowania w Smoleńsku, a oprócz tego Wałęsa sugerował niedyspozycję psychiczną prezesa.

Wydawałoby się, że Kaczyński powinien w te pędy lecieć do sądu, gdy już wyznaczono termin rozprawy, lecz nadsyłał usprawiedliwienia, iż jest chory na kolano (acz nie na głowę). Wałęsa upierał się, że Kaczyński kłamie, bo w tym czasie bywał w górach (zdjęcia publikował Joachim Brudziński), a także obwożono go w ruchomym cyrku kampanii wyborczej PiS, aby wygłaszał krótkie przemówienia jako dyrektor pisowskiej menażerii i na dowód, że daleko mu do mauzoleum. Jednak prezes padł, znowu powędrował do szpitala leczyć kolano. Niestety, pojawił się kolejny termin, Kaczyński bohatersko wziął sobie to na klatę i zlecił metodę telekonferencji, stosowaną na świecie w szczególnych wypadkach, gdy przesłuchiwano bossów mafii.

Do zdalnego przesłuchania nie doszło, bo sprzęt też dostał ojkofobii, po prostu zwyczajnie padł, odmówił posłuszeństwa. Ojkofobia zdaje się, że dotknęła też Andrzeja Dudę, który został złapany na dalekim forum ONZ w Nowym Jorku, gdzie gęba mu się śmiała, bo udało mu się przysiąść do Donalda Tuska. Nie dziwię się Dudzie, który spotyka się zewsząd z ostracyzmem, a gdy zobaczył rodaka, to nie mógł powstrzymać się od pozytywnych emocji i dał temu upust z dala od kraju dotkniętego nie tylko ojkofobią.

Radość Dudy może mieć kilka den. Jedno z pytań może brzmieć – ciekawe, z kogo się naśmiewali Tusk i Duda, a jeszcze ciekawsze, czy ten ktoś będzie zadowolony… tym bardziej, że cierpi na kolano. Powyższe pytanie sformułował Roman Giertych.

Marek Migalski zaś postrzega inaczej: Tusk spalił Dudę, bo jeśli ktoś na tych uśmiechach stracił, to przecież Duda, nie Tusk, a zatem prezydent dał się podejść jak dziecko. Ale może być jeszcze inaczej. Duda nie daje już rady w kraju, być prezydentem to nie na jego brzemię. Może przeczytał „Fakt”, w którym piszą, że w wyborach prezydenckich Kaczyński nie wystawi jego, a Mateusza Morawieckiego.

I z kogo się śmiali? Rzecz jasna z prezesa, a Tusk ponadto ze swego byłego doradcy Morawieckiego. Każdy śmiałby się w Nowym Jorku, gdyby uświadomił sobie, jak w kraju męczą się w rynsztoku kłamstw Morawiecki z Kaczyńskim.

Zaś zupełnej ojkofobii dostał Naczelny Sąd Administracyjny, który nakazał wstrzymanie wykonania uchwały Krajowej Rady Sądownictwa z wnioskami o powołanie sędziów Sądu Najwyższego do Izby Karnej SN.

Gdyby ojkofobia miała siłę kołka osikowego, to już mielibyśmy do czynienia z końcem chorych emocji godnych horroru, które wzbudził prezes Kaczyński. Wywołał do tablicy najwyższe gremia władzy sądowniczej, a te postanowiły, iż Zgromadzenia Ogólne sędziów dwóch izb Sądu Najwyższego zgodnie z nową ustawą o Sądzie Najwyższym zebrały się w celu wyboru następców swoich odesłanych w stan spoczynku prezesów Stanisława Zabłockiego i Józefa Iwulskiego. Efekt – sędziowie stwierdzili, że obaj nadal są prezesami izb.

Czyli ta pseudo reforma sądownictwa dokonana przez PiS jest guzik warta, oto legła w gruzach. Władza sądownicza działa zgodnie z zaleceniami Komisji Europejskiej. W kraju prezes Kaczyński niczym tsunami wzbudził fale ojkofobii, która związana jest jednak z jego osobą i winna się nazywać właściwie – kaczofobią. Oj, kaczyzm nie podoba się nam i władzom unijnym, bo to po prostu swojska odmiana autokracji, która jest obca zachodnim wartościom.

>>>

Rządzą nami idioci

Współczesna lewica polska porzuciła ambicje modernizacyjne, ambicje wyniesienia ludu do wyższych ideałów, stymulowania pewnego rodzaju awansu klasy i postanowiła ten lud kokietować takim, jakim on jest. To oznacza sprzeniewierzenie się tradycyjnym ideałom lewicowym. Przykładowo pochwała plebejskiego gustu oznacza, że lewica uważa disco polo za uprawniony sposób manifestacji tożsamości kulturowej – mówi w rozmowie z nami prof. Janusz A. Majcherek, filozof i socjolog kultury, publicysta. – Za tym przysłowiowym słuchaniem disco polo stoi coś więcej. To pogarda dla elit, dla wyższej kultury, odrzucanie wzorów ambitnych, zachodnioeuropejskich. Kult prostoty i chamstwa, co w przypadku ruchów politycznych i ich masowości przybiera niebezpieczną postać autorytaryzmu. Mamy przestrogi w historii, czym to się może skończyć, dlatego powinniśmy odpowiednio wcześnie przed tym ostrzegać – dodaje.

JUSTYNA KOĆ: Czy my, Polacy, jesteśmy głupi?

PROF. JANUSZ A. MAJCHEREK: Nie sądzę, aby bardziej niż inni. Wśród Polaków, których jest 37 mln, znajdziemy geniuszy i durniów, ludzi inteligentnych i głupich. Nie sądzę, aby to się dało w ten sposób zgeneralizować.

Jednak spotykam się czasem z argumentem, że coś musi być nie tak z rozsądkiem Polaków, skoro po tym, co PiS robi z praworządnością, ta partia wciąż notuje tak wysokie poparcie.
Pod tym względem też nie różnią się od innych Europejczyków, a nawet od Amerykanów, którzy ostatnio bardzo życzliwie odnoszą się do wszelkich prawicowych populistów i chętnie głosują na takich polityków. Kilka dni temu mieliśmy też przykład ze Szwecji, gdzie w siłę rosną prawicowi populiści. Można powiedzieć, że w tej chwili ten trend jest obserwowany praktycznie w całym zachodnim, i nie tylko, świecie.

Polacy ulegają pewnemu szerszemu trendowi i trzeba powiedzieć, że oprócz Węgrów, Turków byliśmy jednymi z pierwszych, którzy temu trendowi dali wyraz w swoich decyzjach politycznych.

Mamy inną historię niż przywołane przez pana kraje; Porozumienia Sierpniowe, Okrągły Stół, pierwszy niekomunistyczny rząd. Potem zaczął się zjazd w dół. Może to wina elit III RP?
Fakty, które przywołałem, wręcz temu przeczą. Niezależnie, jaka była historia ostatnich 30 lat, a także historia minionych stuleci, ten sam trend ogarnia kraje, które różnią się praktycznie wszystkim, jak Turcja i Szwecja, Austria i Francja, Niemcy i Węgry, Polska i Stany Zjednoczone. To by wskazywało, że

ostatnie 30 lat, ewentualne błędy, zaniechania, pomyłki nie mają znaczenia. Trend ten jest niezależny od przebiegu ostatnich dekad, nawet stuleci w tych krajach.

Ogólnoświatowy kryzys demokracji?
Z całą pewnością. Precyzyjnie należałoby to nazwać kryzysem liberalnej demokracji, ponieważ mamy wręcz pewien przerost, hipertrofię demokracji; odwoływanie się do woli ludu przez rozmaitych dyktatorów, autorytarnych władców. W Turcji Erdogan bezpośrednio odwołuje się do woli ludu i prezentuje się jako jego przedstawiciel. Coś podobnego widzimy w USA, odległym kraju na innym kontynencie, gdzie Donald Trump powołuje się na wolę ludu rozumianego jako szerokie warstwy czy masy ludowe przeciwstawiane elitom.

Ten trend, o którym mówimy, trend populistyczny, ma kilka cech, wśród których pierwszą i chyba najważniejszą jest właśnie odwoływanie się do woli ludu przeciw dotychczasowym elitom.

Panie profesorze, czy to nie są hasła lewicowe: równość ludu?
Populizm może być zarówno lewicowy, jak i prawicowy. Obecnie obserwujemy ekspansję populizmu prawicowego. Różnica polega przede wszystkim na tym, że populiści lewicowi czy po prostu ludzie lewicy odwołują się do identyfikacji klasowej, socjalnej, wyznaczonej statusem społecznym. Prawicowi odwołują się do wspólnot tradycyjnych, czyli wspólnoty narodowej, która przekracza podziały społeczne, klasowe, ma charakter kulturowy, jest tradycjonalistyczna, konserwatywna, odwołuje się do tego, co narodowe i plebejskie.

W jednym z ostatnich swoich tekstów zauważa pan, że hasła, do których powinna odwoływać się lewica, zostały zawłaszczone przez prawicowych populistów.
To nie do końca moja teza…

Lewica zasadniczo zawsze była modernizacyjna, antytradycjonalistyczna, antykonserwatywna, więc w tym sensie odwoływanie się lewicy do ludu nie wynikało z tego, że lewica tak bardzo była przywiązana do tradycji, tylko dlatego, że miała na sztandarach hasła wyzwolenia ludu z tej tradycji przywiązania do konserwatywnych wartości i elit.

Moje zastrzeżenie jest takie, że współczesna lewica polska porzuciła ambicje modernizacyjne, ambicje wyniesienia ludu do wyższych ideałów, stymulowania pewnego rodzaju awansu klasy i postanowiła ten lud kokietować takim, jakim on jest. To oznacza sprzeniewierzenie się tradycyjnym ideałom lewicowym. Przykładowo pochwała plebejskiego gustu oznacza, że lewica uważa disco polo za uprawniony sposób manifestacji tożsamości kulturowej, akceptuje też niektóre elementy takiego tradycjonalizmu obyczajowego. Rezygnuje z podnoszenia ludu na wyższy poziom, afirmuje go w takiej postaci, jaką on przybiera obecnie, a nie jest to postać, jaka powinna liberałów satysfakcjonować.

Co było pierwsze? Czy to populizm zmusił lewicę do takich zachowań?
Myślę, że najpierw był populizm prawicowy, który uwiódł lud.

Lewica próbowała się temu przeciwstawiać, ale potem, ponosząc kolejne klęski polityczne i nie mogąc się do ludu przebić ze swoim przesłaniem, zaczęła ów lud kokietować takim, jakim jest, i domagać się afirmacji dla niego. W jakimś sensie potwierdza i akceptuje ten plebejski charakter obecnej kultury, co bardzo mnie też oburza, bo oznacza afirmację tego, co chamskie, prostackie i prymitywne.

Te elementy pojawiły się w polskiej „kulturze” politycznej w wyniku oddziaływania prawicowych populistów, którzy mają dość dosadny, niewybredny język. Kiedyś, jak sądzę, w okresie minionego 30-lecia, próbowano ten lud jakoś „zeuropeizować”, zaaplikować mu wzory kultury o charakterze europejskim, które miały go awansować, tymczasem przyszli populiści, którzy nakazali odwrót od tego typu ambitnych przedsięwzięć.

Zaczęli afirmować lud takim, jakim jest, i wmawiać mu, że to, co czyni, jest prawidłowe i właściwe i nie ma się czego wstydzić. Mówiąc krótko: że disco polo nie jest gorsze od utworów w filharmonii.

Afirmacja Edka?
Ta figura Edka z „Tanga” Mrożka jest symboliczna, ale była już przywoływana i odnotowywana przez komentatorów. To jest właśnie afirmacja prostactwa, chamstwa czy – jak to wyraziła prof. Staniszkis – lumpiarstwa.

Wiemy o tym, jaka była baza społeczna różnych tego rodzaju ruchów w latach 30. I wiemy, czym to się skończyło. Dlatego moim zdaniem nie można się temu przyglądać beztrosko i machać na to ręką. Za tym przysłowiowym słuchaniem disco polo stoi coś więcej. To pogarda dla elit, dla wyższej kultury, odrzucanie wzorów ambitnych, zachodnioeuropejskich. Kult prostoty i chamstwa, co w przypadku ruchów politycznych i ich masowości przybiera niebezpieczną postać autorytaryzmu. Mamy przestrogi w historii, czym to się może skończyć, dlatego powinniśmy odpowiednio wcześnie przed tym ostrzegać.

Oskarża pan też lewicę, że flirtując z PiS-em i schlebiając Edkom uderza w liberalną demokratyczną opozycję.
To jest przejaw tego, co bardzo trafnie przez Mariusza Janickiego i Wiesława Władykę zostało nazwane symetryzmem.

Współczesna lewica odżegnując się od tych autorytarnych czy zamordystycznych skłonności prawicowych populistów spod znaku PiS-u, a zwłaszcza ONR-u, jednocześnie w tym samym zdaniu potępia liberalne środowiska, które dominowały w życiu politycznym przez ostatnie 30 lat.

Te same, które moim zdaniem doprowadziły do bezprecedensowego, przynajmniej od XVI wieku, awansu cywilizacyjno-kulturowego Polski. To moja największa pretensja do tych środowisk. Deprecjonowanie tego, co w opinii nie tylko mojej, ale i wielu badaczy jest najlepszym okresem Polski w dziejach.

Biedroń stworzy mądrą lewicę?
Bardzo bym chciał, bo uważam, że rozsądna, światła, ciekawa, jak mówią niektórzy, progresywna lewica jest Polsce potrzebna.

Niestety to, co widzę dziś na lewicy, to na przykład fundamentalizm w wydaniu partii Razem czy Jana Śpiewaka, takie doktrynalne fanatyzmy lewicowe, które uniemożliwiają nie tylko przebicie się do szerszych kręgów społecznych, ale także zintegrowanie tej lewicy. Z drugiej strony mamy stale dobrze zapowiadające się środowiska i ruchy.

To, co zrobiła Barbara Nowacka, jest przejawem zniecierpliwienia i znużenia ciągłym czekaniem na nową siłę polityczną. Czy Biedroniowi się to uda, mam wątpliwości, bo tych środowisk lewicowych jest wiele. Gdyby Biedroniowi udało się pogodzić Czarzastego z Zandbergiem, byłby to wyczyn zasługujący na specjalną nagrodę, tylko mam poważne wątpliwości, czy to się uda. Skoro ruch Biedronia nie byłby czymś, co jednoczy środowiska lewicowe, a tylko jeszcze jednym lewicowym stowarzyszeniem, to nie widzę dla niego miejsca.

Pamiętajmy, że lewica przeżywa ogromny regres, i to nie tylko w Polsce, to trend ogólnoświatowy. Partie lewicowe, w zasadzie z wyjątkiem Hiszpanii, przegrywają wybory, nawet w Szwecji zwycięstwo socjaldemokratów jest umiarkowane.

W Polsce środowisk oczekujących na lewicę jest tak niewiele, że dzielenie ich jeszcze na kilka ruchów grozi totalna marginalizacją.

Dlaczego lewica jest w kryzysie?
Moim zdaniem wynika to stąd, że podziały polityczne przebiegają nie w sferze materialnej, tylko w sferze kultury symbolicznej. Lewica popełnia błąd znany z lat 30. Wytykany np. przez znakomitego niemieckiego filozofa początków XX wieku, Ernsta Cassirera, który pisał o tym po ucieczce z Niemiec na emigrację do USA.

Lewica niemiecka, co można teraz przenieść na lewicę współczesną, uważała, że podziały polityczne, ruchy i konflikty rozgrywają się w sferze materialnej. Oznacza to, że należy ludziom dać pewne materialne benefity i w ten sposób zaspokoić ich ambicje. Tymczasem okazało się, że władza prawicowych populistów w Polsce nastała w okresie największej prosperity.

Lewica wierzy w te materialne czynniki, bo to jest związane z marksistowskim rodowodem koncepcji; że byt kształtuje świadomość, materialne stosunki wpływają na to, co ludzie myślą i jak interpretują świat. Tymczasem wszystkie dane pokazują, że dziś to się rozgrywa w sferze kultury symbolicznej. Ludzie nie patrzą na sytuację materialną i nie bodźcami materialnymi są stymulowani, tylko symbolicznymi. Make America Great Again – hasło Donalda Trumpa nie na tym tylko polegało, że Trump obiecywał, że USA znowu będą potęga ekonomiczną, bo tą Stany Zjednoczone nadal są, choć oczywiście wiele tracą na rzecz Chin. To hasło odnosiło się do wielkości jako narodu w sferze symbolicznej. Z tym mamy też do czynienia teraz w Polsce. To jest to rozbudzanie dumy narodowej, historycznej, podsycanie więzi patriotyczno-narodowych. Generalnie to jest nastawione na patriotyczno-nacjonalistyczną narrację, która lewicy była obca. Zawłaszczenie tych nastrojów i emocji ludzkich wynika z tego, że ta narracja właśnie odwołuje się do tych narodowo-patriotycznych form, które mają w tle żołnierzy wyklętych, oczywiście silny jest też tu klerykalizm i religijność. Konkludując:

narodowo-patriotyczno-religijna narracja dominuje i wielu Polakom ona odpowiada. To ona jest podstawą rozumienia „wstawania z kolan”.

A może zabrakło w Polsce wielkich projektów? Najpierw walka z komuną, potem transformacja, później wejście do NATO, do UE. Wokół tych projektów jednoczyły się zarówno lewica, jak i prawica. Gdy ich zabrakło, zaczął się populizm i degrengolada?
To odwoływanie się do historii jest jednak tendencją w całej Europie, a nawet w świecie. Przecież Węgrzy też odwołują się do krzywdy traktatu z Trianon sprzed 100 lat. Turcy zaczynają wspominać Imperium Osmańskie i odwołują się do chwały dynastii Ottomanów. Towarzyszą temu także religijne przeprawy. Islam w Turcji przeżywa renesans, a dawna świecka republika dzisiaj jest opanowywana w coraz większym stopniu przez rozmaite religijne tendencje. Jak widać, to nie jest tylko specyfika polska, bo ten trend ma pewne cechy uniwersalne, które sugerują, że jest on reakcją na pewne uniwersalne zjawiska ostatnich kilkudziesięciu lat. To kieruje nas w stronę globalizacji jako praprzyczyny.

Ruchy ku swojskim, narodowym tradycjom są właśnie reakcją na globalizację. Z tym wiążę się także ważny czynnik, czyli kryzys uchodźczy. Niebezpieczeństwo, wydumane czy realne, presji kulturowej na tradycyjne wzory, rodzinę w krajach europejskich ze strony imigrantów i przybyszy z zewnątrz jest istotnym czynnikiem.

Przykład Szwecji jest tu niezwykle wymowny. W USA Trump również zdobył wiele głosów obietnicą zamknięcia granic i budową muru z Meksykiem.

Co nas czeka, bo patrząc na doświadczenia z przeszłości Europa chyba podąża w stronę kolejnego wielkiego konfliktu.
To jest niestety wielkie niebezpieczeństwo, z którego nacjonaliści jakby nie zdawali sobie sprawy. Albo są tak naiwni czy głupi, albo się nad tym nie zastanawiają. Nacjonalizm polski jest wyjątkowo na tym tle głupi. Jeżeli się mieszka między dwoma takimi narodami, jak Niemcy i Rosjanie, które to narody przewyższają nas zarówno pod względem potencjału czy to cywilizacyjno-kulturowego, czy militarnego, to bycie nacjonalistą, a więc godzenie się na rywalizację narodów, moim zdaniem jest aberracją.

Gdyby doszło do tego, o czym marzą polscy nacjonaliści, czyli powrotu do państw narodowych i rywalizacji, to Polska przegra na pewno.

Niekoniecznie dlatego, że Niemcy porozumieją się z Rosjanami, jak to już w historii miało miejsce, tylko z tego powodu, że dominują nad nami. Jeżeli to pójdzie w tym kierunku, to jesteśmy skazani na klęskę. W obecnych realiach geopolitycznych to może oznaczać wyrzucenie Polski ze wspólnoty europejskiej i kurs na Wschód. Niekoniecznie podporządkowanie, ale uzależnienie od potężniejszego wschodniego sąsiada.

Jak Ukraina, Białoruś?
Coś takiego. Poza Europą, w ciągłym kręgu oddziaływania Rosji i zagrożeniu. Chyba że dojdzie do odwrócenia tego trendu i nad tym trzeba pracować. Tu właśnie jest mój główny zarzut, wracając do początków naszej rozmowy.

Nie ma co schlebiać ludowi, który idzie za nacjonalistyczno-patriotycznymi hasłami, tylko trzeba się temu przeciwstawiać. Wiem, że jest to trudne, jednak trzeba próbować.

Przeciwstawiać się zarówno politycznie – mówiąc najprościej, jednocząc siły antypopulistyczne – ale także intelektualnie; rozpracowywać te zjawiska i krytycznie się do nich odnosić. Bezmyślna afirmacja ludu moim zdaniem jest w sprzeczności z rozumnym namysłem nad tym, czym jest polskość.

Do tego potrzebujemy mądrych elit, teraz szczególnie brakuje Mazowieckiego, Kuronia, Geremka?
Ja nie do końca wierzę w takich charyzmatycznych przywódców, bo to może być równie niebezpieczne, co pożądane. Charyzmą charakteryzowali się tacy, którzy ciągnęli swoje narody na manowce.

Gdyby się pojawił nowy Piłsudski, to nie wiem, czy byłbym tak bardzo zachwycony. Myślę, że potrzebujemy operatywnych, energicznych, niekoniecznie prowadzących lud na barykady polityków. Niektórzy mówią, że takim ideałem jest Macron, być może to prawda, ale póki co musimy operować siłami, które mamy, konsolidować się wokół tych polityków, których mamy.

Rozumiem, że niektórzy mogą być tymi słowami zawiedzeni, ale wierzę tu raczej w pragmatyczny, realny plan. Polityka to, powiedzmy sobie szczerze, zawsze mniejsze zło. Dlatego pewna roztropność jest tu potrzebna.

Kaczyński wyskakuje z lodówki. Dajesz mu w papę, w ryło. I każesz spieprzać dziadowi

W polityce historycznej PiS dostrzegam próby promowania kilku postaci, które poparły tę partię – mówi politolog Antoni Dudek.

Rzeczpospolita: Czy braciom Kaczyńskim należałaby się specjalna tablica w Stoczni Gdańskiej upamiętniająca ich udział w wydarzeniach Sierpnia’88?

Prof. Antoni Dudek, politolog, były członek Rady Instytutu Pamięci Narodowej: Jest faktem, że w trakcie tego strajku w Stoczni Gdańskiej obaj bracia byli obecni…

Rzeczywiście udział Jarosława i Lecha Kaczyńskich w Sierpniu był tak istotny?

…ale upamiętnianie tego w formie specjalnej tablicy było kuriozum, z którego prezes PiS natychmiast zdał sobie sprawę. W 1988 r. obaj bracia odgrywali istotną rolę w kierownictwie wałęsowskiej Solidarności, ale wciąż była to rola drugoplanowa. Do ścisłej czołówki Lech wszedł na początku 1989 r., gdy znalazł się w solidarnościowej delegacji prowadzącej rozmowy w Magdalence, a Jarosław w kilka miesięcy później, gdy Wałęsa zlecił mu prowadzenie – wraz z bratem – rozmów sondażowych z ZSL i SD nt. koalicji rządowej.

Wspomniał pan o Magdalence. Prezes IPN porównał Okrągły Stół z Jałtą, mówiąc: „Jeżeli w porządku międzynarodowym symbolem porozumienia ponad narodami jest Jałta, to w porządku wewnętrznym jest to Okrągły Stół – porozumienie ponad Polakami”.

Moim zdaniem to absurd, bo nowy porządek polityczny, którzy komuniści uzgodnili z ekipą Wałęsy przy Okrągłym Stole, zaczął się załamywać już po kilku miesiącach, a ostatecznie runął w końcu 1990 r., gdy Jaruzelski przestał być prezydentem.

To dlaczego dr Jarosław Szarek porównał konferencję w Jałcie w 1945 roku, podczas której Zachód oddał Polskę pod wpływy Stalina, z rozmowami Okrągłego Stołu, od których zaczęła się III RP?

Interpretacja szefa IPN mieści się w funkcjonującej od wielu lat radykalnie prawicowej interpretacji Okrągłego Stołu, zakładającej, że ustanowiono tam system polityczny istniejący w Polsce co najmniej do roku 2015. Prezesowi Szarkowi pozostaje odpowiedź na pytanie: skoro przy Okrągłym Stole zawarto „porozumienie ponad Polakami”, to kto z kim je właściwie zawierał?

W jakim świetle prezes IPN postawił architektów Okrągłego Stołu, w tym Lecha Kaczyńskiego?

Traktując rzecz literalnie, odmówił im miana Polaków. W łagodniejszej wersji uznał ich za zdrajców sprawy narodowej lub – w najlepszym razie – za pożytecznych idiotów, legitymizujących diaboliczny kontrakt, którego istoty nie rozumieli. Co ciekawe, mówiąc to podważył wielokrotnie wyrażany przez braci Kaczyńskich pogląd, który zresztą jest mi bliski, że błędem był nie tyle sam kontrakt okrągłostołowy, co brak późniejszej determinacji w dekomunizacji różnych sfer życia widoczny zwłaszcza w polityce wewnętrznej rządu Mazowieckiego.

Czy prezes PiS powinien zareagować na słowa dr. Szarka?

Nie sądzę, by to zrobił, a już na pewno nie zrobi tego publicznie, bo to zdezawuowałoby człowieka, którego pisowska większość w Sejmie wybrała przed dwoma laty na prezesa IPN. A przy obecnym porządku prawnym prezesa IPN jest trudniej usunąć ze stanowiska niż ministra czy nawet premiera. Zresztą sądzę, że Jarosław Kaczyński ma na głowie znacznie poważniejsze problemy niż takie czy inne wypowiedzi prezesa IPN.

Instytut ocenzurował napis na tablicy, która ma upamiętniać prof. Bronisława Geremka. IPN nie spodobało się określanie profesora mianem „Europejczyk” oraz uznanie byłego szefa MSZ za „współtwórcę demokratycznej Polski”. Rzeczywiście o prof. Geremku nie można powiedzieć, że był „współtwórcą demokratycznej Polski” a jedynie „aktywnym uczestnikiem przemian demokratycznych w Polsce”?

W III RP zawsze dość daleko było mi do poglądów politycznych prof. Geremka, ale w moim przekonaniu zasługuje on za miano współtwórcy demokratycznej Polski. Po pierwsze za rolę, jaką odegrał w wydarzeniach z lat 1980–89, po drugie zaś za wkład w budowę suwerennej polskiej polityki zagranicznej, której kamieniami milowymi były wejście do NATO i UE, w czym ma swój osobisty udział. A kwestionowanie słowa „Europejczyk” wydaje się absurdalne, także w kontekście wysiłków obozu rządowego, by przekonać Polaków, że oskarżenia opozycji o dążenia do polexitu są bezpodstawne.

Czy rację mają ci, którzy twierdzą, że PiS i podległe rządzącym instytucje próbują pisać historię od nowa?

Od nowa, to za dużo powiedziane. Poza niespójnym i często przerysowanym do granic śmieszności kultem powojennej antykomunistycznej partyzantki dostrzegam w polityce historycznej PiS głównie próby promowania postaci Lecha Kaczyńskiego oraz kilku jeszcze postaci z peerelowskiej opozycji demokratycznej, które mniej czy bardziej wyraźnie poparły PiS. Równocześnie próbuje się przekonać Polaków, że Wałęsa bardziej szkodził sprawie Solidarności, niż jej pomagał.

Skutecznie?

Nie sądzę, by doprowadziło to do trwałej zmiany dominującej dotąd narracji historycznej, może poza wątkiem suwerenności gospodarczej, o czym wspomniała w Krynicy premier Szydło.

Wicepremier Beata Szydło powiedziała podczas 28. Forum Ekonomicznego w Krynicy-Zdroju, że w 1989 r. Polska straciła niezależność gospodarczą.

Ten punkt widzenia ignoruje jednak fakt, że po 1989 r. jedyną realną alternatywą dla liberalnej polityki gospodarczej, lansowanej przez USA jako optymalna dla całej postkomunistycznej Europy, była ta, którą dla Białorusi wybrał Aleksander Łukaszenka.

Czy PiS może w wyborach prezydenckich postawić na innego kandydata niż Andrzej Duda?

Nie sądzę. Nie przez przypadek w lipcu, dokładnie w dniu, w którym prezydent Duda podpisał kolejną nowelizację ustawy o IPN, prezes Kaczyński osobiście pofatygował się do TVP, by zadeklarować, że pozostaje on kandydatem jego partii w wyborach prezydenckich w 2020 r. Oczywiście po wyborach parlamentarnych to może się – w zależności od wyniku PiS – jeszcze zmienić, ale na razie po fazie szorstkiej przyjaźni, wydaje się, że wzajemne relacje uległy pewnej normalizacji. Podejrzewam, że niebagatelną w tym rolę odegrało usunięcie Antoniego Macierewicza z MON.

Posłanka PO, Joanna Kluzik-Rostkowska w rozmowie z RMF FM oceniła, że „PiS idzie w stronę rządów autorytarnych”.

Była posłanka PiS i była liderka partii Polska Jest Najważniejsza mówiąc o działaniach PiS stwierdziła, że „Prawo i Sprawiedliwość powinno zauważyć, że realizuje doktrynę rosyjskiego szefa sztabu (Walerija) Gierasimowa”.

– To jest człowiek, który w 2013 roku przedstawił swoją doktrynę jak wpływać na przeciwnika. I do najważniejszych punktów zaliczył granie na podziały – na bardzo głęboki społeczny podział. Dewaluację elit. Pisanie historii od nowa. Centralizację administracji. I generalnie podstawą jest chaos, niepewność – wyliczała.

Kluzik-Rostkowska, była szefowa MEN, skrytykowała też reformę edukacji przeprowadzoną przez minister Annę Zalewską. W wyniku reformy i likwidacji gimnazjów w tym roku do szkół średnich będą zdawać dwa roczniki uczniów.

– Stanęliśmy wszyscy przed sytuacją – mówię to zupełnie wprost – niewyobrażalnej głupoty i braku wyobraźni minister Zalewskiej. Ona musiała w 2016 roku zdawać sobie sprawę z tego, że nagle u progu tych szkół staną dwa roczniki dzieci. Nie chciała tego słuchać, mówiła: „Ale kiedyś dzieci chodziły do tego typu szkół i było dobrze”. Ale kiedyś, to znaczy 20-25 lat temu – mówiła posłanka PO.

– To będzie katastrofa. To znaczy ja mówiła o tym w roku 2016, ale w oczywisty sposób byłam słabo rozumiana, bo ktoś, kto nie siedział w tej tematyce, mógł mieć z tym problem – oceniła skutki zmian w szkolnictwie Kluzik-Rostkowska.

„Pomysł godny marketingowców z Polskiej Fundacji Narodowej. Zapomnieli dopisać „Gaz LNG z terminalu w Świnoujściu zbudowanego przez rząd Platformy Obywatelskiej” – napisał na Twitterze Sławomir Neumann z PO. Do wpisu dołączył zdjęcie cysterny, na której widać napis „Gaz LNG z Terminalu im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Świnoujściu”.

Internauci kpią z pomysłu państwowej spółki PGNiG.

 „Powinni jeszcze tam dopisać, że Jarosław Kaczyński przebywał też na tym terminalu” – napisał jeden z internautów. To oczywista aluzja do napisu z tablicy, która miała zawisnąć w hali w Stoczni Gdańskiej o przebywaniu tamże w 1988 r. braci Kaczyńskich.

„Zapomnieli dodać „Świętej Pamięci oraz Profesora”. Ktoś za to powinien ponieść konsekwencje”; – „Jakieś to wszystko komicznie podobne do pomysłów zza wschodnich rubieży”; – Ten kraj staje się podobny do Korei Północnej” – komentowali internauci na Twitterze.

„Panie i Panowie Prokuratorzy Rejonowi. Poproszę o przesłanie faksem jutro do godz. 9 (adresowanej imiennie do mnie) informacji o: 1. Sędziach z Sądów Rejonowych właściwych Wam miejscowo orzekających w sposób stosunkowo najłagodniejszy i najrzadziej uwzględniających wnioski o tymczasowe areszty 2. Sędziach z SR orzekających w sposób stosunkowo najsurowszy 3. Sędziach Sądu Okręgowego Gdańsk w powyższych kategoriach. Potrzebuję przekazać taką informację do Prokuratury Regionalnej” – takiego esemesa z Prokuratury Okręgowej w Gdańsku we wtorek późnym wieczorem otrzymało kilkudziesięciu prokuratorów w Polsce. Jak widać na odpowiedź mieli niewiele czasu.

Prokurator Rejonowa z Gdyni w rozmowie z TVN 24 potwierdziła, że „taki SMS przyszedł”. – Musieliśmy wykonać polecenie, odpowiedź poszła, ale nie mogę dyskutować o poleceniach służbowych. Ja naprawdę nie będę komentowała. Ja działam w systemie hierarchicznym. W tym momencie, czy mnie to dziwi, czy nie, to naprawdę nie ma żadnego znaczenia. Jak dodała, odmowa wykonania polecenia to są konsekwencje dla pracownika. Muszę się uchylić od oceny prywatnej i własnej” – stwierdziła.

Reporterzy programu „Czarno na białym” zadali w związku z tym kilka pytań. Po co szefowie prokuratur z Gdańska zbierali dane o sędziach w tak ekspresowym trybie? Czy chodzi o stworzenie listy sędziów, u których łatwiej będzie prokuratorom uzyskać np. zasądzenie tymczasowego aresztu? – „Ta sprawa powinna być jak najszybciej zbadana i wyjaśniona, by nie pozostało wrażenie, mam nadzieję mylne, że prokuratorzy ingerują w niezawisłość sędziowską” – powiedział reporterom TVN 24 Dariusz Korneluk, prokurator ze Stowarzyszenia „Lex Super Omni. A sędzia Dariusz Mazur ze Stowarzyszenia Sędziów „Themis” dodał: – „Chyba chodzi o to, żeby dostosować moment realizacji w jakiejś sprawie i złożenia wniosku o zastosowanie aresztu tymczasowego do momentu, w którym dyżur będzie miał sędzia, którego możemy uznać za bardziej spolegliwego. Dajcie mi człowieka, a ja znajdę sędziego, który znajdzie na niego paragraf”.

Rzeczniczka prasowa Prokuratury Okręgowej w Gdańsku Grażyna Wawryniuk najpierw mówiła reporterom TVN 24, że nic jej nie wiadomo na temat esemesa z kuriozalnym poleceniem. Po kilku godzinach znalazła „wytłumaczenie” – chodziło tylko o zbieranie danych statystycznych! Stwierdziła także, że treść wiadomości była – tu cytat – „niefortunnie sformułowana”.

Szef Państwowej Komisji Wyborczej Wojciech Hermeliński: Uważam, że prezydent powinien zaczekać do czasu rozstrzygnięcia wątpliwości przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Cała nadzieja jest w prezydencie, że niektóre kandydatury nie zostaną przez niego zaakceptowane.

Waldemar Mystkowski pisze o Polsce po PiS.

Czy Kreml pomógł PiS sięgnąć po władzę, tak jak w USA Donaldowi Trumpowi?

W polityce nie wszystko jest logiczne, ale nielogiczności trzeba logicznie wyjaśniać. I to jest problem podstawowy, zwłaszcza w świecie, który nam się przewraca, nie tylko w Polsce. To samo dotyczy bezprawia, które trzeba zwalczać prawem, a nie jego surogatem – prawem ludowym czy też moralnym.

Od początku afery podsłuchowej padało podejrzenie, iż za podsłuchami w restauracji „Sowa & Przyjaciele” stoją służby rosyjskie. Niemal natychmiast sformułował to Donald Tusk: – „Nie wiem, jakim alfabetem jest pisany ten scenariusz”. Wszak oprócz łaciny, drugim alfabetem w użyciu w Europie jest tylko cyrylica.

W najnowszej „Polityce” Grzegorz Rzeczkowski potwierdza, iż jest „rosyjski ślad na taśmach”. Za taśmami w Polsce stał Marek Falenta, który skazany nie idzie siedzieć, bo go chroni… PiS. Zresztą beneficjentem afery podsłuchowej była partia Kaczyńskiego, której afera walnie pomogła sięgnąć po władzę.

A zatem Kreml pomógł PiS sięgnąć po władzę, tak jak w USA Donaldowi Trumpowi? Znak zapytania jest nieodzowny, bo przecież Kaczyński nie został złapany na gorącym uczynku, choć w przypadku jego kolegi partyjnego Antoniego Macierewicza wiele śladów prowadzi do Moskwy, co zostało opisane w książce Tomasza Piątka.

W wypadku takiego podejrzenia stosuje się jeszcze formułę: ja tylko pytam. I tak w tej kwestii postąpił naczelny „Newsweeka” Tomasz Lis, odnosząc się do materiału w konkurencyjnej „Polityce”: – „Tylko pytam – czy logiczny jest wniosek, że Kreml, używając współpracującego z PiS-em Falenty, pomógł zainstalować w Polsce antyeuropejski reżim? A także wniosek, że w tej kwestii Kaczyński pośrednio współpracował z Putinem? Bo te wnioski wydają mi się całkiem logiczne”.

Rosja nie zna innych systemów politycznych niż reżim. Tylko taki w niej panuje od zawsze, oprócz krótkich epizodów Kiereńskiego i Borysa Jelcyna. Każdy reżim bądź prawica są wsobne, zamknięte, ograniczone nacjonalistycznie, rasowo, a więc niewchodzące w alians z systemami otwartymi, demokratycznymi. W to gra Putin w Europie – w rozerwanie Unii Europejskiej i ten scenariusz też realizuje PiS.

Czy partię Kaczyńskiego powstrzymamy, czy zwyciężymy w nadchodzących wyborach? W pierwszym rzędzie odpowiedzialni za to są politycy z partii opozycyjnych, ale może nawet większą rolę odgrywa społeczeństwo obywatelskie, które nie zgadza się na reżimową ucieczkę od wolności.

W Brukseli w siedzibie Parlamentu Europejskiego odbył się wernisaż wystawy zdjęć Chrisa Niedenthala i Wojciecha Kryńskiego z naszych protestów przeciwko władzy PiS „Poland’s Street Pulse”. Po nim miała miejsce debata „How Poles defend democracy?”, która cieszyła się bardzo dużym powodzeniem. W panelu uczestniczyli m.in. reżyserka Agnieszka Holland, prof. Marcin Matczak i lider Obywateli RP Paweł Kasprzak.

Matczak zapowiedział, iż pod koniec tego roku Fundacja Batorego opublikuje raport działającego w niej zespołu, który opracowuje scenariusze przywrócenia państwa prawa po rządach PiS. Matczak przestrzega: nie można iść na skróty, nie można po PiS sprzątać bałaganu jedną ustawą.

Ponadto Matczak ujawnił kilka szczegółów, jakimi etapami usunąć pisowskie bezprawie. Otóż Sejm jest władny uchwałą usunąć z Trybunału Konstytucyjnego sędziów-dublerów, a wobec innych, którzy nie trzymali się Konstytucji – w tym nich prezes TK Julii Przyłębskiej – wszcząć postępowania dyscyplinarne i w ten sposób usunąć ich z TK. Uzdrowiony TK będzie mógł wówczas zaskarżyć pisowskie ustawy, likwidujące niezależność wymiaru sprawiedliwości, a ten niechybnie stwierdzi ich niezgodność z Konstytucją. I tak dalej. To samo dotyczy niekonstytucyjności wyboru członków nowej KRS, w konsekwencji powołania nowych sędziów Sądu Najwyższego.

Wcześniej jednak musimy wygrać z autokratycznym PiS. Potem ewentualnie służby państwa dojdą, na jakim to pasku i jak go zastosował Kreml, który poprzez narzędzia dezorganizacji – jak afera podsłuchowa – zainstalował u władzy PiS, partię wrogą Unii Europejskiej, wrogą standardom demokratycznym, Zachodowi.

Post Navigation