Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Kamil Durczok”

Pijany Durczok jest trzeźwiejszy niż gadzinówka TVP

Prof. Jan Hartman o problemach z prawem Kamila Durczoka.

Kmicic z chesterfieldem

Nie milkną echa ostatniego wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego, w którym zachęcał do zakończenia wojny polsko-polskiej. Abstrahując od wiarygodności tej tezy, warto zwrócić uwagę, że coraz więcej osób głośno komentuje pogodne usposobienie lidera Zjednoczonej Prawicy

Jedną z takich osób jest jest Joanna Kluzik-Rostkowska, była szefowa sztabu Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich w 2010 roku, która swego czasu zaliczana była to tzw “aniołków prezesa“. To właśnie jej wpis na Twitterze zdradza czarne kulisy tamtej kampanii wyborczej.

Kluzik-Rostkowska w następujących słowach odniosła się do całej sytuacji:

Halo PiS? Pamiętacie kampanię prezydencką 2010r? Ja pamiętam. Jarosław Kaczyński deklarował trwałą zmianę (wierzyłam w nią). Skończyła się w wieczór wyborczy. Okazało się, że miękką retorykę JK zawdzięczamy farmakologii. W 2015 była powtórka. Kogo chcecie nabrać po raz trzeci?!”

Była szefowa sztabu prezesa PiS podczas wyborów prezydenckich w 2010 roku twierdzi, że za potulnym i spokojnym wizerunkiem Kaczyńskiego stoi farmakologia. Co więcej polityczka zasugerowała,  że podobna…

View original post 1 259 słów więcej

 

Pedofilia w Kościele napiętnowana przez protestujących, ale wierni akceptują pedofilów w sutannach

Uroczystości związane z obchodami święta Trzech Króli w Krakowie. Na Rynku Głównym, u wylotu ul. Szewskiej, zebrała się trzydziestoosobowa grupa członków organizacji „Dość milczenia”, którzy postanowili wykorzystać sytuację i zademonstrować swój sprzeciw wobec pedofilii w kościele.

Uczestnikom uroczystości bardzo przeszkadzała ta grupka protestujących, a szczególnie tabliczki z napisem „winny” i „pedofil”,  transparenty : „Myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem zgrzeszyliście”, „Twoje milczenie to zgoda na pedofilię”, „Dość bezkarności księży i biskupów” oraz fotografie kilku duchownych oskarżonych o pedofilię. Jak mówi Katarzyna Wójtowicz, „Przechodnie trącali nas łokciami, szturchali, pluli w naszą stronę. Gdyby nie policja, która zabezpieczała naszą manifestację podczas orszaku, mogłoby dojść do jeszcze bardziej nieprzyjemnych incydentów”.

W pewnym momencie, do protestujących podszedł mężczyzna, który wyrwał jednemu z uczestników transparent, rzucił go na ziemię i poważnie uszkodził. W tym przypadku policja zareagowała szybko. Mężczyzna został wylegitymowany, przewieziony na komisariat i spisany. Jednak w drugim przypadku policjanci już nie znaleźli w sobie chęci i siły, by interweniować. Gdy młody człowiek, stanął przed  manifestantami i odmawiając modlitwę „Ojcze nasz” jednocześnie podniósł rękę w nazistowskim pozdrowieniu, policjanci już nie interweniowali, mimo że byli o to poproszeni. Na szczęście ów mężczyzna (ok 19 min.) został  nagrany przez Video – KOD i filmik z tego wydarzenia już krąży w internecie.

Katarzyna Cisło z małopolskiej policji, pytana o hajlującego odpowiedziała, że jeśli tylko dostaną zgłoszenie w tej sprawie, to jej się przyjrzą.

Oczywiście uczestnicy protestu zgłoszą zajście na policję, bo zachowanie obu mężczyzn ewidentnie wskazuje na propagowanie faszyzmu oraz zakłócanie zgromadzenia i niszczenie mienia, a na to są odpowiednie paragrafy KK, czy jednak można wierzyć, że rzeczywiście obie sprawy znajdą swój finał w sądzie, a winni zostaną ukarani? Mam co do tego spore wątpliwości.

Tamara Olszewska

Depresja plemnika

Na Twitterze doszło do kłótni między Kamilem Durczokiem a Joachimem Brudzińskim. Dziennikarz zarzucił ministrowi, że „wykorzystał tragedię w Koszalinie do swoich politycznych celów”, na co szef MSWiA odpowiedział, że się za niego pomodli.

W piątek w tzw. escape roomie (lub „pokoju zagadek”) w Koszalinie doszło do pożaru. Zginęło pięć nastolatek, które brały udział w zabawie z okazji urodzin jednej z nich. Ranny został pracownik escape roomu.

Tragedia wywołała reakcje czołowych polityków. Zarówno premier, jak i prezydent składali kondolencje rodzinom ofiar. Rządzący zapowiedzieli też nie tylko wyjaśnienie tragedii, ale i kontrole w innych tego typu miejscach w Polsce. – Strażacy przegrali tę walkę nie z powodu braku profesjonalizmu, kompetencji czy doświadczenia. Tę walkę strażacy przegrali z tymi, którzy, kierując się chęcią łatwego, szybkiego zysku, narazili na śmierć Bogu ducha winne dzieci – mówił szef MSWiA Joachim Brudziński. Zapowiedział konsekwencje dla właścicieli łamiących prawo.

Sprawa jest też szeroko komentowana w mediach społecznościowych…

View original post 1 915 słów więcej

 

PiS rozliczyć z każdej złotówki, z każdego przestępstwa i niegodziwości

W Sejmie późnym wieczorem toczyła się debata nad konstruktywnym wotum nieufności dla rządu Mateusza Morawieckiego. – „Wiecie, kto się boi prawdy? Kłamcy. Przez lata wmawialiście Polakom, że walczycie z układami. Dziś nie ma wątpliwości, że ten układ istnieje, ale to wy go stworzyliście. Próbowaliście wmówić Polakom, że wszyscy oprócz was są złodziejami. A to wy jesteście patronami afer. (…) Rozliczymy was. Rozliczymy z każdej złotówki, z każdego przestępstwa, z każdej niegodziwości. Nie upiecze się żadnemu z was” – mówił uzasadniając wniosek w tej sprawie przewodniczący PO Grzegorz Schetyna.

Zarzucił Morawieckiemu kłamstwa i przypomniał, że po wyrokach sądu premier musiał dwukrotnie publicznie przyznać się do nich. – „Kłamał pan na temat podatków – według szacunków sporządzanych przez pana własnych urzędników z podwyżek podatków i nowych podatków, które wprowadziliście, wydrenujecie z kieszeni Polaków o ponad 20 mld zł więcej, niż oddacie im w obniżkach, którymi tak się chwalicie” – powiedział Schetyna do Morawieckiego.

„Oszukujecie nas, że chcecie Polski w Unii Europejskiej, ale tak naprawdę systematycznie realizujecie pełzający Polexit. Polska jako pierwszy kraj w historii Unii Europejskiej objęta została procedurą z art. 7. Europejski Trybunał Sprawiedliwości musi dziś zajmować się naruszaniem przez was unijnym traktatów i to w sprawach o fundamentalnym znaczeniu. Najlepszym dowodem waszych prawdziwych intencji w tej kwestii jest zaskarżenie przez Zbigniewa Ziobro unijnych traktów do Trybunału Konstytucyjnego. Oficjalne kwestionowanie traktatów unijnych jest kwestionowaniem naszego członkostwa w Unii Europejskiej” – podkreślił Schetyna.

Lider PO stwierdził, że rząd w sposób cyniczny i błyskawiczny zniszczył szacunek i respekt, jakim Polacy cieszyli się w świecie. – „Trudno nawet powiedzieć, że wasza polityka zagraniczna jest nieudolna, chaotyczna czy szkodliwa, czy pozbawiona wizji, ponieważ trudno ocenić coś, czego po prostu nie ma. Politykę zagraniczną zastąpiliście knuciem, a MSZ sprowadziliście do roli partyjnej przybudówki” – mówił.

Zarzucił rządowi, że nie potrafi realizować nawet własnych projektów. Wymienił m.in. Mieszkanie Plus czy modernizację armii. – „Zanim zaczniemy słuchać nowych fantazji, to chcielibyśmy przy okazji posłuchać, co ma pan do powiedzenia w sprawie polskich samochodów elektrycznych. Jak wygląda ten pański program? Udział inwestycji w PKB spadł za waszych rządów do najniższego poziomu od 20 lat. Tak, panie Suski, tak jest. Boli bardzo, boli” – stwierdził Schetyna. – Korupcyjna afera KNF to przykład, jak zamieniliście państwo w partyjny folwark. Ta afera to nie jest plan Zdzisława ani Morawieckiego. Za pana działania w tej sprawie, za spotkania w Świątyni Opatrzności, za manipulacje przy ustawie, za zatrzymanie o 6 rano Wojciecha Kwaśniaka, powinien pan – wraz z całym rządem – podać się do dymisji” – podkreślił szef PO.

Schetyna zapowiedział przygotowanie przez PO pakietu ustaw – „aktu odnowy Rzeczpospolitej, który uchyli wszystkie antydemokratyczne, kompromitujące zapisy, które wasza władza przeforsowała”.  

„Zatrzymamy ten pełzający Polexit. Ale to za mało. Wprowadzimy Polskę znowu do twardego jądra Europy, tam, gdzie jest nasze miejsce. Odzyskamy utracone pieniądze z Unii i uzyskamy dodatkowe fundusze. Nie będziemy robić rewolucji w szkole, ale posprzątamy ten pisowski bałagan. Wróci prawdziwa historia i normalny kanon lektur” – powiedział lider PO.

Przedstawił też pomysły dotyczące przebudowy systemu podatkowego. – „Podatki i składki, czyli PIT, ZUS i składka na NFZ nie przekroczą łącznie 35% zarobków Polaków. Każdy, kto pracuje i zarabia mniej niż dwukrotność płacy minimalnej otrzyma dodatkowe wsparcie. W przypadku osób zarabiających minimalne wynagrodzenie, ta pomoc wyniesie 500 zł miesięcznie” – stwierdził Schetyna. Zapowiedział też utrzymanie 500 plus, ale zostanie ono poszerzone o matki samotnie wychowujące dziecko.

Depresja plemnika

W piątek wieczorem Sejm zajął się wnioskiem PO o konstruktywne wotum nieufności dla Rady Ministrów. Kandydatem na nowego premiera był lider Platformy Grzegorz Schetyna, który jako pierwszy zabrał głos. – Kłamcy boją się prawdy. Zmarnowaliście to, co wam zostawialiśmy, a efekt jest taki, że poziom inwestycji w stosunku do PKB spadł do najniższego poziomu od 20 lat – mówił. Przedstawił też plan, jaki PO ma po wygraniu wyborów. – Przygotujemy Akt Odnowy Rzeczypospolitej, który wycofa antydemokratyczne przepisy, które wprowadziliście – mówił. Zapowiedział też m.in. zatrzymanie pełzającego Polexitu, powrót do Europy, większe środki z funduszy unijnych, naprawę szkolnictwa, armii i polityki zagranicznej, podwyżki, nowy system podatkowy, a także rozszerzenie programu 500 Plus.

Kłamcy boją się prawdy

Mimo późnej pory w Sejmie nie brakowało emocji. – Kłamcy boją się prawdy – rozpoczął Grzegorz Schetyna, informując, że składa konstruktywne wotum nieufności.

Lider PO zaczął od wytknięcia błędów i kłamstw. – Kłamał pan na…

View original post 4 461 słów więcej

 

PiS toleruje neofaszystów, walczy z dziennikarzami śledczymi, którzy mogliby dotrzeć do ich przekrętów

Tego jest za wiele nawet dla mediów prawicowych, które dołączyły do wrzawy wywołanej wejściem agentów ABW do mieszkania operatora TVN Piotra Wacowskiego, który brał udział w pracach nad materiałem o polskich neonazistach z Wodzisławia Śląskiego.

Podniosły się krzyki o łamaniu wolności słowa i przekroczeniu granic zdrowego rozsądku.

Operatorowi TVN zarzuca się, że podczas tamtej głośnej imprezy stał z podniesioną ręką i oddawał hołd Hitlerowi, choć trudno zaprzeczyć twierdzeniu że tylko w taki sposób możliwe było zdobycie zaufania neonazistów, którzy zostali pokazani w materiale „Superwizjera”.

W opinii komentatorów mieszkanie Wacowskiego musiało być obserwowane, a on sam śledzony, bo agenci weszli, jak tylko operator przekroczył próg swojego domu. Wówczas wręczyli mu pismo, na mocy którego Wacowski musi się stawić na przesłuchanie.

Stacja TVN nie daje za wygraną i wydała w tej sprawie oświadczenie: „autorzy reportażu postępowali zgodnie ze wszystkimi standardami dziennikarstwa śledczego. Stawianie tego, który ujawnia działalność przestępczą na równi z przestępcami traktujemy jako próbę zastraszenia dziennikarzy”– brzmi stanowisko stacji.

W tej sytuacji – dowiadujemy się z portalu naTemat – TVN występuje na drogę prawną przeciwko tym, którzy twierdzili, że całe wydarzenie w Wodzisławiu Śląskim zostało zainscenizowane przez jej dziennikarzy.

W sieci zawrzało. Internauci są oburzeni takim obrotem sprawy i zarzucają rządzącym typowe dla nich odwracanie kota ogonem.

„Czy zdaniem PiS i zaprzyjaźnionych z władzą komentatorów TVN wymyślił ONR i Młodzież Wszechpolską, a ponadto zorganizował tegoroczny Marsz Niepodległości? Czy również Jacek Międlar i Piotr Rybak są opłacani przez TVN? A może i wielebny Rydzyk jest dziełem TVN? 🙂  – napisał Piotr Szumlewicz na Twitterze.

>>>

Tomasz Lis poleca:

Autorytarna forma rządu – zastraszać. Tak jest z operatorem TVN, do którego weszła ABW, bo uprzedził pisowskie służby w pokazaniu faszyzmu – a ten istnieje w Polsce, lecz pokraki nie potrafią z nim walczyć, bo go tolerują.

Depresja plemnika

Dialog na Twitterze między Hanną Lis a Brudzińskim z pointą.

Piątkowa nominacja Jacka Jastrzębskiego na szefa Komisji Nadzoru Finansowego – w miejsce skompromitowanego Chrzanowskiego – niesie zmianę układu sił w obozie władzy. Premier nie miał bowiem do tej pory większego wpływu na politykę KNF. Dotychczasowy jej przewodniczący, Marek Chrzanowski, był człowiekiem Adama Glapińskiego, wywodzącego się z tzw. zakonu PC, czyli pierwszej partii Kaczyńskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego. Z naszych informacji wynika, że na początku listopada, kiedy atmosfera wokół KNF zaczęła gęstnieć, weterani PC i PiS próbowali zapewnić sobie długofalową kontrolę nad Komisją – także na wypadek ewentualnych zmian kadrowych.

– Wraz ze słynną poprawką „bank za złotówkę”, dającą KNF prawo do wywłaszczania właścicieli banków, do Sejmu trafiły po cichu także dwie inne propozycje zmian. Chodziło o zapisy, dające marszałkom Sejmu i Senatu prawo do delegowania do władz Komisji swoich przedstawicieli – mówi osoba znająca kulisy sprawy. Poprawki były kwestionowane przez…

View original post 2 341 słów więcej

PiS wraz z klerem dalej będą bzykać Polskę?

Najnowszy felieton posła Stefana Niesiołowskiego m.in. o abp. Głódziu.

Przemówienie Kaczyńskiego, wbrew zapowiedziom, zwłaszcza szefa sztabu PiS-u, było banalne, a przynajmniej rozczarowujące. Prezes zamiast mówić o wyborach samorządowych mówił o europejskich. Wykorzystał okazję, aby osłabić czy zaprzeczyć argumentom podnoszonym przez opozycję, że PiS szykuje nam Polexit. Skoro premier i prezes muszą dementować te informacje, to znaczy, że musiało im wyjść w sondażach wewnętrznych, że jest to poważny problem czy wręcz zagrożenie dla PiS-u – mówi w rozmowie z nami dr Marek Migalski, politolog. Pytamy też o strategię na kampanię w nadchodzącym maratonie wyborczym. – To prawda, że tu mamy do czynienia z tą samą sytuacją co w 2015 roku. Kaczyński, Macierewicz schodzą na dalszy plan, a na czoło wypuszcza się kogoś popularnego. Lokomotywą kampanii będzie premier Morawiecki.

JUSTYNA KOĆ: Za nami konwencja PiS-u, gdzie przemawiał od dawna niewidziany prezes, jednak widać było, że to Mateusz Morawiecki grał pierwsze skrzypce.

MAREK MIGALSKI: Przemówienie Kaczyńskiego, wbrew zapowiedziom, zwłaszcza szefa sztabu PiS-u, było banalne, a przynajmniej rozczarowujące. Nie było strategiczne, nie wyznaczyło nowych kierunków, ono było interesujące z jednego chyba tylko powodu; prezes zamiast mówić o wyborach samorządowych mówił o europejskich. Wykorzystał okazję, aby osłabić czy zaprzeczyć argumentom podnoszonym przez opozycje, że PiS szykuje nam Polexit. Ten sam element znalazł się zresztą w wypowiedzi premiera Morawieckiego. Wnoszę stąd, że ten argument opozycji wydaje się skuteczny. Skoro premier i prezes muszą dementować te informacje, to znaczy, że musiało im wyjść w sondażach wewnętrznych, że jest to poważny problem czy wręcz zagrożenie dla PiS-u. Całkowicie zgadzam się też z pani opinią, że

głównym aktorem tej konwencji był premier Morawiecki, zatem to jest pomysł PiS-u na kampanię.

Nawet w spocie zaprezentowanym podczas konwencji bardzo charakterystyczne jest to, że nie pojawia się inny polityk niż premier Morawiecki i to kilkanaście razy. Wnioskuję z tego, że kampania samorządowa będzie oparta na premierze, a nie prezesie Kaczyńskim czy innych kandydatach. Oczywiście lokalnie kampanie będą oparte na swoich kandydatach, jednak ta ogólnopolska będzie oparta na premierze.

Z tym wiąże się kolejna sprawa. Proszę zauważyć, że i z ust premiera, i prezesa pojawiło się powtórzenie tego szantażu, który wcześniej został sformułowany m.in. przez Tomasza Porębę czy innych polityków, choć wtedy wydawał się dość przypadkowy. Dziś wiemy, że nie, że

te samorządy, w których zwyciężą kandydaci PiS-u, będą dofinansowane z budżetu państwa. Te, które okażą się opozycyjne, mogą zostać za to ukarane. Oczywiście obaj – premier i prezes – mówili to dość zawoalowanie, ale widać, że to będzie główna narracja tej kampanii.

To chwyt poniżej pasa?
Gdyby pani zapytała etyka, pewnie on znalazłby na to tylko najostrzejsze słowa. Politolog, oprócz tego, że może wyrazić swoje oburzenie, to musi przyznać, że to może być skuteczne. Czy ten „chwyt poniżej pasa” skłoni wyborców do postąpienia tak, jak ten komunikat i szantaż brzmi, tego nie wiem. Opozycja znalazła się w bardzo ciężkiej sytuacji, bo ten chwyt jest tyleż podły, co może okazać się skuteczny.

Opozycja powinna próbować uświadomić wyborcom, że ten szantaż może być skuteczny tylko wtedy, kiedy PiS zwycięży w wyborach parlamentarnych, a tak przecież nie musi się stać.

Wtedy efekt może być odwrotny, bo ta broń jest obosieczna; może się okazać, że nowa władza, która odsunie PiS od rządzenia, może zachować się równie brutalnie jak dziś partia Jarosława Kaczyńskiego.

Wróćmy do wątku europejskiego. Czy to znaczy, że słowa Jarosława Gowina o możliwym nieuznaniu wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE, które zapoczątkowały dyskusję o Polexicie, mogły nie być uzgodnione z Nowogrodzką?
Jestem przekonany, że ta wypowiedź Gowina była charakterystycznym dla niego „strzelaniem z automatu” po wszystkich, bez uzgodnienia z Kaczyńskim. Jarosław Gowin ma taką tendencję do mówienia rzeczy, które ściągają nie tylko na niego, ale i cały obóz polityczny kłopoty. To zresztą bardzo szybko wyczuła opozycja, bo gdyby tak nie było, to byśmy dziś jeszcze o tym nie rozmawiali. Przecież Grzegorz Schetyna i Katarzyna Lubnauer zapowiedzieli, że będą składać wniosek o dymisję Gowina właśnie w kontekście jego wypowiedzi o TSUE, a to znaczy, że „poczuli krew”.

To też oznacza, że opozycja także dysponuje badaniami, które pokazują, że możliwy Polexit jest dziś kłopotliwy dla PiS-u. Elektorat PiS-u jest w materii europejskiej skomplikowany. W większości jest jednak proeuropejski. Jeżeli opozycji uda się przykleić PiS-owi łatkę partii eurosceptycznej, będzie to duży problem dla Kaczyńskiego i jego partii.

Premier Morawiecki, główna gwiazda konwencji, złożył kolejne obietnice. Ukierunkowane na samorząd, ale każdy coś dostał – seniorzy, samorządy, gospodarstwa domowe. Pytanie, czy ktoś w to wierzy. 
Zacznę od wyrażenia żalu, że nie mamy 200-letniej rocznicy, bo w zapowiedziach premiera okazało się, że na 100-lecie odzyskania niepodległości będzie 100-bajtowy internet. Rozumiem, że gdybyśmy niepodległość uzyskali 200 lat temu, bo byłby 200-bajtowy internet. A mówiąc poważnie, to premier sformułował nową „piątkę Morawieckiego” i będzie z nią tak jak z pierwszą piątką.

Możemy przeprowadzić taki test: kto z czytelników pamięta cokolwiek z pierwszej „piątki”? Ja już nawet nie pytam, czy to zostało przeprowadzone, zrealizowane, czy nie, oprócz 300 Plus. Odpowiadając na pytanie, czy ktoś to kupi, to będą to ci sami, którzy kupili pierwszą opowieść Morawieckiego.

Sondaże pokazują, że PiS nie wygra wyborów samorządowych, nie przejmie dużych miast. PiS przestał być teflonowy?
Z wyborami samorządowymi to jest tak, że każdy będzie przekonywał, że te wybory wygrał, bo te wybory mają to siebie, że nie ma jasnych wygranych i przegranych. Natomiast rzeczywiście wiele wskazuje na to, że ten walec PiS-owski nie rozjedzie już opozycji. Gdyby się okazało, że PiS nie tylko nie przejmie dużych miast, ale też nie będzie w stanie stworzyć większości koalicyjnych w sejmikach w większej ilości niż w 8, to można będzie powiedzieć, że PiS jest do pokonania. To będzie znak, że PiS to nie są Niemcy w piłce nożnej. To drużyna, która zaliczyła sukces w 2015, ale po 3 latach rządów nie powtórzyła już tego sukcesu. Przypomnę tylko, że

to będą pierwsze wybory od 3 lat, więc będzie chęć wyrażenia niechęci wobec PiS-u. Podejrzewam, że elektorat anty-PiS się zmobilizuje, bo będzie mógł pokazać sprzeciw, a nie tylko złościć się przed telewizorem. Z drugiej strony będzie też mobilizacja elektoratu PiS-owskiego, bo te wybory będą pewnego rodzaju plebiscytem.

Wysuwanie na czoło kampanii premiera Morawieckiego to powtórzenie manewru z poprzednich wyborów, gdzie też nie prezes, a Beata Szydło i Andrzej Duda wiedli prym w kampanii?
To prawda, że tu mamy do czynienia z tą samą sytuacją co 2015 roku. Kaczyński, Macierewicz schodzą na dalszy plan, a na czoło wypuszcza się kogoś popularnego. Ciekawe jest jeszcze co innego,

w przemówieniu Kaczyński zawarł jeszcze jeden komunikat, bardzo ważny, który był powtórką z ostatniej kampanii – że nie będzie rozliczeń, represji itd. Dokładnie to samo zrobił na dwa miesiące przed wyborami 2015 roku, ukazując łagodną twarz.

Robert Biedroń już oficjalnie potwierdził, że nie będzie startował w wyborach na prezydenta Słupska. – Czas zacząć nowy rozdział – powiedział.
Ja też nie będę kandydował na prezydenta Słupska, ale mówiąc poważnie – jasne jest, że on ma plany ogólnopolskie. Jasne jest też, że nie mógł startować w wyborach samorządowych. Gdyby je wygrał, to musiałby zrezygnować za pół roku, gdyby przegrał, to byłoby jeszcze gorzej, zważywszy że chciał budować coś ogólnopolskiego.

Biedroń wie, że jemu lepiej będzie w Brukseli niż w Słupsku.

A w Warszawie, w polskim parlamencie?
Jeśli ma plany na Sejm i Senat, to tym bardziej musi wystawić listę w wyborach europejskich, zwłaszcza że te wybory będą dla niego najłatwiejsze. W nich jest relatywnie niski próg wyborczy, jest niska frekwencja – około 25 proc. – głosować chodzą raczej duże miasta i elektorat wykształcony. Jeśli taka socjalliberalna czy lewicowa inicjatywa ma powstać, to największe szanse ma właśnie w wyborach europejskich. Biedroń musi też przetestować siebie i wyborców i pokazać, że są w stanie zrobić przynajmniej 10-proc. wynik.

PiS jest brutalnie szczery. Chce mieć wpływ na wszystko. Chce nowoczesnej dyktatury, choć mówi o samorządności.

Kiedyś nazywało się to numerem „na cegłę”. Z zaułków warszawskiej Pragi wyskakiwał na ulicę Czarny Maniuś (albo jeden z jego kolegów) i rzucał do przechodnia propozycję nie do odrzucenia: kup pan cegłę. Inteligentny spacerowicz cegłę rzecz jasna nabywał, płacąc całą zawartością portfela. No i uchodził, zwykle cały i zdrów. Idiota zadawał najgłupsze w tej sytuacji pytanie: ale dlaczego? Zostawał bez portfela oraz (w najlepszym razie) istotnej części uzębienia.

Dykteryjka przypomniała mi się, kiedy zobaczyłem wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego, otwierającego kampanię samorządową PiS. Prezes, wsparty przez Premiera, złożył Polakom propozycję z podobnego gatunku. Takich, co to padają tylko raz. Albo w wyborach samorządowych zagłosujecie na nas, czyli na PiS, (i możecie liczyć na rządową kasę) albo oddacie głos na totalną opozycję. A wtedy my was tak urządzimy, że się przez 5 lat nie poznacie.

W oryginale brzmiało to tak: musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy chcemy samorządów, które będą współpracować z rządem czy takich, które będą ten rząd atakować. Czy chcemy samorządu warczącego na rząd, czy z nim współpracującego. 

No więc słuchaj Polaku: albo zagłosujesz na PiS albo współpracy w terenie nie będzie – czyli rządowej kasy tam nie zobaczysz.

Ten uroczy szantaż ma niestety, spore szanse powodzenia. Ubrany w szaty rozsądnej propozycji jest składany Polakom przez partię, która albo już ma w rękach wszystko albo nie ukrywa, że chce wkrótce mieć. Partia na pewno ma pieniądze, publiczne, które bez żadnego skrępowania albo rozdaje na prawo i lewo albo obiecuje rozdać. To może skusić.

Dlatego warto przestać posługiwać się wytrychami. I nazwać rzeczy wprost. Dla Kaczyńskiego nie istnieje coś takiego jak samorządność i samorząd. Na kpinę zakrawają hasła, jakie w ramach nowego (którego to już…?) planu przedstawia PiS. Czy Kaczyński z Morawieckim naprawdę wierzą, że z Nowogrodzkiej albo z Kancelarii Premiera załatwią mi ciepły dom, chodnik przed szkołą i atrakcje dla mnie – seniora?

Odpowiedź brzmi: wierzą. Bo są święcie przekonani, że centralizm demokratyczny (czyli coś między komitetem centralnym partii a aktywem w terenie) to znakomity sposób na rządzenie Polską. Bo uznają, że ludzie w miastach i wsiach albo są z PiS, albo są za głupi, żeby dostać jakąkolwiek realna władzę. Bo nie wierzą, nie ufają i nie dopuszczają myśli, by ktokolwiek poza nimi samymi, był zdolny unieść ciężar władzy. A poza tym nie ufają nikomu, bo skoro kilku zdolniejszych zawodników z Wałęsą na czele, lata temu, wykiwało Kaczyńskiego, to znaczy, że nikomu ufać nie można.

To myślenie jest w totalnej kontrze do tego, po co powstał samorząd. Do dzielenia się władzą, do przenoszenia kompetencji na niższy szczebel, do pozwalania ludziom, by decydowali, na co idzie publiczny grosz.

PiS w tym wszystkim jest jednak – co należy odnotować – brutalnie szczery. Chce silnej władzy – choć nie mówi, że pełnej, absolutnej i przez nikogo nie kontrolowanej. Chce decydować o każdej publicznej złotówce – choć nie dodaje, że nie toleruje odmiennych opinii, co z nią zrobić. Chce mieć wpływ na wszystko – choć nie przyznaje, że gdyby mógł, pogoniłby to opozycyjne warcholstwo w cholerę. Krótko mówiąc – chce nowoczesnej formy dyktatury, choć usta ma pełne frazesów o wolności i demokracji.

Konwencja samorządowa PiS była jednocześnie początkiem wielkiego objazdu po kraju, jaki rozpoczął, rajdem do Łowicza, premier Morawiecki. Trzeba się przygotować na zalew obietnic, deklaracji i deszcz wirtualnych pieniędzy. Ale zanim 21 października ktoś uwierzy w te miliardy rzucane na stół, wizje mostów, linii kolejowych, autostrad w każdej gminie i cholera wie czego jeszcze, warto powiedzieć: sprawdzam.

I zapytać, jak się mają obiecywane niedawno polskie, elektryczne samochody, co z rozwojem energii jądrowej, budową połączenia gazowego z Norwegią czy nowoczesnym systemem transportowym, otwarty na transport autonomiczny czy kolej próżniową???

Halo! Czy leci z nami pilot? Kolej próżniową obiecywał Morawiecki, ktoś wie co z tym wynalazkiem…?

Koniec żartów. Obywatelu! Sprawdź stopień swojego zidiocenia i powiedz – czy wierzysz w te wszystkie kolejne, tym razem samorządowe, cuda?

Pełnomocniczka wojewody dolnośląskiego przy biernej postawie żandarmerii spoliczkowała publicznie protestującą pokojowo kobietę. Oto efekt szczucia rządu PiS-u na obywateli gorszego sortu, który zapoczątkował i kontynuuje Jarosław Kaczyński.

Pełnomocniczka wojewody dolnośląskiego niczym SS-manka z obozu koncentracyjnego, przy biernej postawie żandarmerii spoliczkowała publicznie protestującą pokojowo kobietę. Oto efekt szczucia rządu PiS-u na obywateli „gorszego sortu”.

Nie słyszałem, żeby ktoś z KOD-u lub Obywateli RP zrobił coś podobnego. Zapewne natychmiast byłby skuty, aresztowany, wywieziony na komisariat i po chwili miałby postawione zarzuty najcięższego kalibru typu: dokonanie aktu terrorystycznego, czynnego napadu na funkcjonariusza państwowego, lub coś równie absurdalnego.

Tymczasem prezes opowiada na konwencji PiS, że to jego partia jest atakowana w sposób wykraczający poza normalną krytykę polityczną. Prawda jest jednak taka, że to publiczne spoliczkowanie jest efektem szczucia, który zapoczątkował i kontynuuje Jarosław Kaczyński.

Sami zobaczcie jak przedstawicielka tej władzy jest chroniona w zamkniętej strefie dla VIP-ów.

https://www.facebook.com >>>

Tymczasem w PiS-owskich mediach ta agresorka została okrzyczana bohaterką „dobrej zmiany”. Dla mojej teściowej natomiast, która przeżyła obóz koncentracyjny w Majdanku, scena ta przeniosła ją w okres, gdy była tak własnie policzkowana przez obozowe funkcjonariuszki.

Co prawda, podobno ta pani złożyła rezygnację z zajmowanego stanowiska, jestem jednak przekonany, że w nagrodę znajdzie się dla niej miejsce na wyjątkowo dobrze płatnej posadzie.

Maciej Lasek, ekspert badający katastrofę smoleńską, będzie kandydatem Koalicji Obywatelskiej do sejmiku wojewódzkiego na Mazowszu. Taką informację przekazał PAP Andrzej Halicki, szef struktur PO w woj. mazowieckim.

W poniedziałek Koalicja Obywatelska, czyli Platforma Obywatelska i Nowoczesna, ogłosiła listy kandydatów do sejmiku wojewódzkiego na Mazowszu. W rozmowie z Polską Agencją Prasową Andrzej Halicki, szef struktur PO w tym regionie, przekazał, że w wyborach samorządowych wystartuje m.in. Maciej Lasek.

Maciej Lasek otrzyma drugie miejsce na liście Koalicji Obywatelskiej w okręgu podwarszawskim.

Maciej Lasek to inżynier specjalista od mechaniki lotu, który po katastrofie smoleńskiej brał udział w pracach tzw. komisji Millera, która analizowała tragedię.

Stał też na czele  Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych. Po objęciu władzy przez PiS został z niej odwołany.

Polscy prokuratorzy pojechali do Smoleńska, by razem z Rosjanami obejrzeć wrak Tu-154M. Podkomisja Smoleńska Antoniego Macierewicza żadnego zaproszenia od Prokuratury Krajowej nie dostała. Szef podkomisji uznał to za niezręczność, ale w istocie to zręczne spychanie go na margines.

Wizyta nie ma wielkiego znaczenia dowodowego. Zespół Śledczy Nr 1 w Prokuraturze Krajowej, który prowadzi śledztwo smoleńskie, już dawno wnioskował do Rosjan o to, aby prokuratorzy mogli obejrzeć wrak. Strona rosyjska ignorowała wniosek o pomoc prawną – aż do teraz. Polscy śledczy i technicy kryminalistyczni mają obejrzeć elementy konstrukcyjne samolotu. W Smoleńsku będą do 7 września.

Po co ten wyjazd? W śledztwie smoleńskim brakuje trzech podstawowych rzeczy, które bardzo uwiarygodnią dotychczasowe ustalenia prokuratury. A jak do tej pory nic – wedle śledczych – nie wskazuje, aby 10 kwietnia doszło do zamachu. Nie przeszkadza to jednak Macierewiczowi twierdzić, że już udowodnił wybuchy.

Brakujące klocki

Pierwszym jest umiędzynarodowienie śledztwa – to dokonuje się, bo PK finalizuje powołanie zespołu biegłych (głównie z USA) zawodowo zajmujących się badaniem katastrof lotniczych.

Drugi element: wyniki masy badań nad próbkami wraku i ciał ofiar, które PK wysłała do zagranicznych ośrodków kryminalistycznych i czeka na ich wyniki. Badania wykonują: Laboratorium Badań Materiałów Wybuchowych dla Celów Sądowych Ministerstwa Obrony Narodowej Wielkiej Brytanii, włoskie Laboratorium Kryminalistycznego Korpusu Karabinierów oraz Instytutu Nauk Sądowych Irlandii Północnej.

Wedle naszych informacji, zagraniczne ośrodki badawcze zwróciły się do polskiej prokuratury o uzupełnienie materiału dowodowego – próbek bądź np. zdjęć – wraku. Ponadto z pierwszej kompleksowej opinii biegłych (stworzonej pod wodzą płk. Antoniego Milkiewicza i dostarczonej śledczym w 2015 r.) wynikły nowe pytania.

I trzeci brakujący element: ponowne zbadanie wraku przez polską prokuraturę już pod rządami PiS – to ma się dziać w ciągu kilku najbliższych dni. Za rządów PO śledczy byli w Smoleńsku i oglądali wrak, ale po zmianie władzy – nie.

Aspekt polityczny: wyborcy PiS nie wiedzą co sądzić o Smoleńsku

Pierwszy i drugi klocek utrącają argument, że prokuratorzy dysponują jedynie „spadkiem” po śledczych z czasów rządów PO-PSL.

Trzeci utrąca zarzut, że dzisiejszy zespół śledczych nie miał dostępu do wraku tupolewa. Wyjazd można oczywiście tłumaczyć jedynie tym, że sztuka nakazuje prokuratorom przyjrzenie się wrakowi i wysłanie zachodnim instytutom materiałów z oględzin, których sobie życzą.

Ale nie sposób uciec od politycznego aspektu. I tu sondaż sprzed roku (dla „Rzeczpospolitej”): aż 53 proc. wyborców PiS trudno powiedzieć, co się stało w Smoleńsku. Zatem: w interesie obozu rządzącego, któremu podlega prokuratura, jest utrącić wszystkie argumenty, które mogą podważać ustalenia prokuratury. Wyjazd śledczych na oględziny wraku sprawia, że argument „nawet nie badali wraku” upada. A jest on ważny w wewnętrznym sporze władzy: między prokuraturą Zbigniewa Ziobry a podkomisją Macierewicza.

Najważniejsza opinia w śledztwie smoleńskim

Wyniki obecnych oględzin będą także jednym z materiałów, na podstawie których międzynarodowy zespół biegłych wyda – w zamiarze PK – ostateczną już opinię co do przyczyn katastrofy z 10 kwietnia. Co prawda, z dotychczasowych opinii nie wynikało, że katastrofę wywołały wybuchy czy też wprost zamach, ale opinia polskich biegłych to za mało – śledczy uznają ją po prostu za niewiarygodną. Na „międzynarodową” opinię przyjdzie czekać rok albo i dwa – gotowa będzie więc, ale dopiero w kolejnej kadencji.

A to właśnie śledztwo prokuratury ma dziś znaczenie dla Nowogrodzkiej oraz -personalnie – dla Jarosława Kaczyńskiego. Dochodzenie podkomisji Macierewicza – już nie.

Już niemal roku temu Gazeta.pl pisała, że prezes PiS nie wierzy w wybuchowe teorie Macierewicza. Teraz – choć publicznie nikt tego nie powie – prezes wolałby, aby odkleić Macierewicza od Smoleńska. Były szef MON nie pozwolił „umrzeć” sprawie w czasach rządów PO – taką zasługę oddają mu politycy PiS. Ale już – taka opinia dominuje w partii – jako minister obrony i szef Podkomisji nie podołał zadaniu, a wręcz ośmieszył wyjaśnianie katastrofy.

Kolejne spięcie Macierewicza z prokuraturą

Teraz Prokuratura Krajowa nie dopraszała przedstawiciela Podkomisji Smoleńskiej do uczestniczenia w oględzinach wraku.

Umowa polsko-rosyjska o pomocy prawnej zakłada współpracę organów wymiaru sprawiedliwości, a Podkomisja Smoleńska nie jest takim organem. A ponadto obecność Macierewicza albo jego zastępcy – Kazimierza Nowaczyka – przy wraku, to dla śledczych wyłącznie ryzyko. Mogliby potem przecież ogłaszać, że w Smoleńsku byli i dowody na wybuchy widzieli.

Członkowie podkomisji uczestniczyli już zresztą w ekshumacjach i sekcjach zwłok ciał ofiar katastrofy. Co mogli w nie wnieść? Właściwie nic. A zresztą patomorfolog podkomisji, ppłk Szczepan Cierniak, zrezygnował z zasiadania w niej tuż przed ogłoszeniem przez Macierewicza kategorycznego wniosku – a nie tezy – że Tu-154M eksplodował w powietrzu. Pod wybuchami się nie podpisał.

Macierewicz na antenie TV Trwam już bije w prokuraturę

Antoni Macierewicz już się obruszył w TV Trwam, że prokuratura zignorowała jego Podkomisję – zarzuca jej brak współpracy z podkomisją, a wręcz łamanie prawa i poddawanie się rosyjskiej grze.

Zarzut Macierewicza o braku współpracy prokuratury z nim jest o tyle kuriozalny, że Podkomisja ignoruje prokuraturę, o czym pisaliśmy.

Śledczy już są w Rosji, a Macierewicz w telewizji o. Tadeusza Rydzyka podkreśla, że konieczne jest zrekonstruowanie wraku ze szczątków – jeśli nie w Polsce, to na terytorium Rosji. To oczywiście jest poza zasięgiem polskiej prokuratury, bo Rosjanie mówią „niet”.

Macierewicz odgraża się za to, że jego podkomisja już wkrótce przedstawi rekonstrukcję wraku na podstawie góry zdjęć. Prócz tego szykuje symulacje z użyciem cyfrowego modelu Tu-154M.

Różnica jest jednak taka: podkomisja Macierewicza klei modele z papieru, wykonuje symulacje na komputerach, rekonstruuje wrak na podstawie zdjęć. A prokuratorzy z technikami kryminalistyki jadą na własne oczy oglądać wrak, którego żaden ekspert Macierewicza na żywo nie widział.

Wyjazd prokuratorów do Smoleńska zbiega się też z publikacją „Gazety Polskiej” (dla której Macierewicz pozostaje guru), która ma ujawnić „szokujące szczegóły”. Mają one wskazywać, że Rosjanie tuż po katastrofie smoleńskiej podmienili czarne skrzynki.

Im bardziej więc prokuratorzy popychają śledztwo do przodu, tym mocniej bliskie Macierewiczowi media i on sam starają się podkopać wiarygodność dowodów i biegłych. Zderzenie dwóch narracji jest nieuniknione. Nastąpi ono, gdy prokuratura zakończy śledztwo, a Macierewicz wyda (co wcale nie jest pewne) ostateczny raport.

Gdy wybucha skandal finansowy, państwa potrafią się zmobilizować i zmusić Microsoft do zapłacenia podatków. Dlaczego do niczego nie potrafią zmusić Kościoła katolickiego?

Gdy w ramach wyjaśniania słynnej afery Watergate natrafiono na wątek przekupywania urzędników obcych państw przez amerykańskie spółki, uchwalono słynną ustawę Foreign Corrupt Practices Act. Gdy w 2002 roku wybuchła afera Enronu, wprowadzono w USA ustawę Sarbanesa-Oxleya, na mocy której biegli rewidenci sprawdzają księgowość spółek giełdowych. Gdy wybuchł kryzys na rynku kredytowym w USA, wprowadzono Dodd-Frank Act – ustawę liczącą bagatela 2300 stron, która przeorała zasady działania sektora finansowego. Gdy wybuchła jedna, druga, trzecia afera pedofilska w Kościele katolickim, rząd USA, Irlandii, Austrii wprowadził… No właśnie, nic nie wprowadził.

Wiele ostatnio się mówi o skandalach pedofilskich, o tuszowaniu zbrodni, o odwracaniu wzroku przez kapłanów i coraz bardziej kontrowersyjnej roli Jana Pawła II będącej wyrazem co najmniej rażącego niedbalstwa, ale niewiele się mówi o roli jednego, drugiego czy trzeciego państwa w tej materii. Niewiele się mówi o roli zwłaszcza władzy ustawodawczej, której przecież podstawowym zadaniem jest ochrona instytucjonalna swoich najmłodszych obywateli. Otóż państwa krajowe tego egzaminu nie zdają. Państwa potrafią wymuszać na korporacjach daleko idące zmiany, państwa potrafią swoimi orzeczeniami zmuszać Microsoft do takich, a nie innych zachowań, ale do niczego nie potrafią zmusić Kościoła katolickiego. Mimo że rozwiązania są gotowe i testowane od lat w korporacjach.

Olbrzymie kary i konfiskata mienia

Wyobraźmy sobie, że jedno, drugie, trzecie państwo wprowadza ustawodawstwo, na mocy którego słaba jakość lub brak przestrzegania przez Kościół katolicki odpowiednich procedur zapobiegających pedofilii skutkuje olbrzymimi karami, z konfiskatą mienia włącznie. Czy wobec takiej groźby Kościół katolicki wciąż byłby tak obojętny na los gwałconych dzieci i wciąż słychać by było głosy hierarchów o dobrych proboszczach i kuszących ofiarach? Wyobraźmy sobie, że powstałby wyspecjalizowany państwowy urząd kontrolny badający, w jaki sposób rok do roku Kościół walczy w pedofilią. Wyobraźmy sobie kary finansowe i odszkodowania dla ofiar pedofilów w sutannach, które obowiązkowo miałaby płacić diecezja.

Że konkordat? Że odrębna władza kościelna? Przecież odrębne od państwa są także spółki handlowe, oddzielne są fundacje, a mimo to muszą spełniać określone wymogi. Ponadto w przypadku głośnych skandali korporacyjnych mówimy „ledwie” o stratach finansowych, w przypadku pedofilii zaś – o gwałceniu tysięcy dzieci. Powtórzmy: tysięcy dzieci!

Dlaczego więc tak się dzieje? Dlaczego państwa nie reagują, chociaż reagować potrafią przy skandalach finansowych? Ano nie reagują, bo państwa to nie są pojedyncze osoby fizyczne, to tylko zorganizowane zbiorowości ludzi na danym terenie. Dopóki więc obywatele tego państwa, dopóki my sami nie uświadomimy sobie, że problem pedofilii to nie żaden wewnętrzny problem Kościoła katolickiego, ale problem nas samych, naszego państwa, naszego prawa i wreszcie naszego bezpieczeństwa, dopóty sami będziemy współwinni tego, co się dzieje. Dopóki nie wymusimy na partiach politycznych ustawodawstwa, które rzeczywiście ma na celu chronić, dopóty i na nas ciąży współodpowiedzialność.

Nie Kościół, my jesteśmy temu winni

Jesteśmy wszyscy temu winni. Nie Kościół katolicki, my sami, albowiem ta stajnia Augiasza sama nigdy się nie oczyści, nie dlatego, że księża są jacyś gorsi od reszty, ale dlatego, że są właśnie do tej reszty podobni. A my tutaj, w Polsce, doskonale wiemy, że wszelkie postulaty o samooczyszczeniu się jakiegokolwiek środowiska zwykle kończyły się porażką. Dlaczego z organizacją, która tolerowała gwałcenie tysięcy dzieci, ma być inaczej?

Jesteśmy winni (niech będzie że grzechowi) bierności w sprawach pedofilii w Kościele tak samo, jak jesteśmy winni bierności przy smogu, globalnym ociepleniu i każdej kolejnej katastrofie, która bardziej lub mniej dotknie w przyszłości nasze dzieci i wnuki. I one wtedy zapytają: gdzie wtedy byłeś i dlaczego nic nie zrobiłeś?

– Rozpadamy się jako państwo – powiedział prof. Andrzej Rzepliński w programie „Tomasz Lis.”. Ocenił również, że w Polsce „nie mamy prezydenta”.

– Państwo to przede wszystkim prawo, które pozwala ludziom mieć zaufanie, że ich interesy będą zawsze chronione, a mamy coraz mniej prawa stanowionego w Sejmie i do tego prawo stanowione w trybie kilku sekund”, ze złamaniem wszystkich procedur, nie jest prawem – podkreślił były prezes Trybunału Konstytucyjnego w rozmowie z redaktorem naczelnym „Newsweeka”.

– Państwo polskie nie jest obecnie ani twarde, ani silne, ale podobne ustrojowo do Białorusi, a nie do państwa należącego do Unii Europejskiej – zauważył prof. Rzepliński.

– Ważni i mądrzy ludzie w UE zastanawiają się co zrobić z Polską i Węgrami. Oba kraje stanowią bowiem realne zagrożenie dla integralności Unii Europejskiej, także jeśli chodzi o system wartości – powiedział Rzepliński.

Były prezes TK ocenił, że obecnie w Polsce „nie mamy prezydenta”. Chodzi o to, że na stanowiska tego nie zajmuje osoba, która podejmowałaby decyzje zgodne z treścią przysięgi, którą złożyła, odwołując się także do Boga. Nie ma również prezydenta „niezłomnego”, jak przedstawiał się Andrzej Duda.

>>>

PiS nie tylko w Polsce realizuje swoiście pojmowany program „Rodzina na swoim”, czyli zatrudnia członków swoich rodzin. W Parlamencie Europejskim pracuje na przykład Magdalena Czaputowicz, córka szefa MSZ – informuje portal natemat.pl. Jest asystentką Gabriela Beszłeja – zastępcy sekretarza generalnego frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, do której należy PiS. Beszłej to bliski współpracownik Jarosława Kaczyńskiego.

Z kolei w zespole prasowym, obsługującym polskich europarlamentarzystów, zatrudnione są Katarzyna Ochman-Kamińska i Marta Lipińska. Pierwsza to córka szefowej Krajowego Sekretariatu Ochrony Zdrowia NSZZ „Solidarność” Marii Ochman, przyjaciółki posłanki PiS Jolanty Szczypińskiej. Druga – jest córką jednego z najbardziej zaufanych osób w otoczeniu prezesa PiS, wiceszefa partii Adama Lipińskiego.

Z kolei męża Lipińskiej – Rafała jako asystenta zatrudnia w Brukseli Kosma Złotowski. Syn ministra koordynatora ds. służb specjalnych Mariusza Kamińskiego Kacper też znalazł zatrudnienie w PE – zasiada m.in. w komitecie ds. terroryzmu. Wcześniej był radnym PiS w Otwocku. Na liście zatrudnionych w sekretariacie EKR jest też Marcin Skrzypek, czyli syn sekretarki Jarosława Kaczyńskiego.

W biurze EKR pracuje także Mateusz Kochanowski, syn Rzecznika Praw Obywatelskich Janusza Kochanowskiego, który zginął w katastrofie smoleńskiej. Mateusz Kochanowski współpracuje z „Gazetą Polską”, dla której przeprowadza wywiady z europosłami PiS. – „Nie pada przy tym wyjaśnienie, iż owi posłowie są de facto jego pracodawcami, bo to dzięki nim ma posadę w Brukseli”– czytamy w natemat.pl.

Kampania wyborcza nabiera tempa. PO kolejny raz zorganizowała „konwój wstydu” pod hasłem „PiS wziął miliony”. Tego samego dnia odbyła się konwencja wyborcza PiS-u, na której wystąpił Jarosław Kaczyński, a premier Mateusz Morawiecki złożył kolejne obietnice. PiS w nowym spocie przekonuje, że „dotrzymujemy słowa w rządzie, dotrzymamy w samorządzie”. – PiS wziął miliony w rządzie, a teraz chce wziąć w samorządzie. Tak wygląda praktyczny program PiS-u – komentuje w rozmowie z wiadomo.co rzecznik PO Jan Grabiec. Koalicja Obywatelska, czyli PO i Nowoczesna, swoją konwencję zaplanowały na najbliższą sobotę.

Kolejny „konwój wstydu” ruszył w Polskę

– To jest element kampanii wyborczej dotyczący oceny pracy rządu. Uważamy, że PiS zanim złoży nowe obietnice musi rozliczyć się ze stylu rządzenia przez ostatnie 3 lata. Afery dotyczące nagród i milionerów, którzy obsiedli stanowiska w spółkach Skarbu Państwa, nie zostały zamknięte. To bulwersuje wyborców, dlatego cały czas będziemy domagać się pełnego rozliczenia – mówi w rozmowie z wiadomo.co rzecznik PO Jan Grabiec.

Platforma uruchomiła w niedzielę kolejną akcję z cyklu „konwój wstydu” PiS, w ramach której w całej Polsce jeździć będą mobilne billboardy pod hasłem „PiS wziął miliony”. Tym razem politycy opozycji domagają się m.in. wyjaśnienia tzw. afery radomskiej.

Takie billboardy zawisły już kilka miesięcy temu. W akcji „PiS wziął miliony” PO zarzucała partii rządzącej m.in. brak obiecanych tanich mieszkań na wynajem czy drożejący prąd. Pierwszy „konwój wstydu” ruszył wiosną tego roku i dotyczył przede wszystkim nagród dla ministrów rządu Beaty Szydło.

„Obiecanki cacanki”, czyli konwencja PiS

Podczas konwencji wyborczej PiS w niedzielę premier Mateusz Morawiecki zaprezentował pięć nowych obietnic związanych z samorządami. PiS zamknęło je w hasłach: #CiepłyDom, #DobraOkolica, #NowoczesnaGmina, #InternetSzybciejWięcej i #MieszkaszDecydujesz.

– Te obietnice mają dotyczyć pieniędzy dla samorządów, w których będą zasiadali działacze partyjni PiS-u. To pokazuje, jaki stosunek do samorządu ma partia rządząca. Samorząd ma być likwidowany i zastąpiony administracją lokalną, ale podległą władzom rządowo-partyjnym – komentuje Jan Grabiec.

Rzecznik PO tłumaczy, że PiS nie będzie brał pod uwagę głosu mieszkańców: – PiS chce, żeby o być lub nie być samorządowców decydowały pieniądze, które dostaną z centrali na Nowogrodzkiej. A pieniądze będą przydzielane na podstawie uległości. To nie głos mieszkańców ma się liczyć, tylko wola partyjnego działacza, który dotrze do prezesa.

– To jest demontaż systemu samorządowego i powrót do systemu administracji lokalnej z czasów Rad Narodowych – podsumowuje polityk PO. A same propozycje premiera? – Są oderwane od rzeczywistości – mówi Grabiec. I dodaje: – W Zjednoczonej Prawicy toczą się kłótnie o władzę i pieniądze. Dlatego potrzebna taka demonstracja w postaci podpisywania porozumienia, które już nie raz było podpisywane.

„Absurdalny” nowy spot PiS-u

Po konwencji wyborczej PiS zaprezentował w poniedziałek rano nowy spot wyborczy.

– To hasło brzmi absurdalnie, zwłaszcza w zestawieniu z naszą kampanią „PiS wziął miliony”. Można powiedzieć, że PiS wziął miliony w rządzie, a teraz chce wziąć w samorządzie. Tak wygląda praktyczny program PiS-u – komentuje Jan Grabiec.

Według polityka opozycji widać wyraźnie, jak PiS działa w rządzie i jak działa w samorządzie. – Na listach wyborczych są ludzie, którzy z kariery partyjnej przeskoczyli do spółek Skarbu Państwa, a teraz starają się przeskoczyć na fotele samorządowe, po tym jak napaśli się w spółkach. To jest system korupcji politycznej – tłumaczy rzecznik Platformy.

Pierwsza krajowa konwencja Koalicji Obywatelskiej

Konwencja Koalicji Obywatelskiej ma być de facto startem kampanii wyborczej Platformy i Nowoczesnej. Tego dnia odbędzie się wspólne spotkanie Rad Krajowych tych partii.

– Będziemy chcieli opisać sytuację, w jakiej znajduje się Polska, podkreślić jakie znaczenie mają wybory samorządowe. Sięgając do naszego programu samorządowego opowiemy także, jak powinna wyglądać Polska po rządach PiS-u – zapowiada poseł Jan Grabiec. Przyznaje, że politycy Koalicji Obywatelskiej cały czas myślą o poszerzeniu formuły także o inne ugrupowania polityczne.

Podczas konwencji planowane jest wystąpienie niektórych kandydatów na prezydentów miast. Od przyszłego tygodnia rozpoczną się także konwencje regionalne.

Rzecznik PO przypomina, że partia pokazała już program samorządowy, dotyczący reformy instytucji państwowych i decentralizacji państwa w październiku zeszłego roku. – Możemy nad nim dyskutować, ale temperatura sporu politycznego jest taka, że nie sprzyja debacie merytorycznej. PiS chce tylko kusić Polaków kolejnymi obietnicami, a za tą zasłoną wyprowadzać pieniądze publiczne na cele partyjne i prywatne – mówi Grabiec.

Waldemar Mystkowski o bojaźni PiS.

Przesłuchanie Tuska może się zakończyć dla Wassermann tylko porażką.

W istocie to pytanie retoryczne. Donalda Tuska boi się całe PiS, począwszy od wierchuszki – prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Nie tylko z tytułu tego, iż w debacie – tak, dawniej takie coś się odbywało – zwykł przegrywać z byłym premierem RP i obecnie szefem Rady Europejskiej.

Bez mityzowania osoby Tuska i nadmiernych oczekiwań, należy stwierdzić, iż to obecnie najlepszy polski polityk, którego słucha Europa i ma wśród przywódców innych państw przyjaciół, a więc w polityce wartość bezcenną. Z naszego kraju długo nikt tak wysoko wespnie się w hierarchii globalnej – na pewno nie za naszego żywota.

Wartość Tuska w kraju to pochodna siły opozycji, dla której on jest ponadto wysoką premią, wartością dodaną. A więc PiS w jakiejkolwiek konfiguracji przegra każde wybory, gdy w tle będzie Tusk (nie musi kandydować na prezydenta), jeżeli przy urnach nie dojdzie do „cudu” przekrętów, które zaakceptuje Sąd Najwyższy.

Dlatego Tuska partia Kaczyńskiego chce wyeliminować, skompromitować. Ale niczego na niego nie mają, nawet zegarka za 30 tysięcy. Gdy porównamy rządy PO-PSL z dzisiejszą korupcją polityczną, chwytamy się za głowę, że mogło być normalnie, a teraz jest jak w szambie.

Tuska może przestał się bać Jarosław Kaczyński, bo on naprawdę już odchodzi. Boi się jego były doradca Mateusz Morawiecki, który zresztą z żadnym znaczącym politykiem Platformy już nie wejdzie w polemikę, bo za dużo kłamstw i szachrajstw stworzył w krótkim czasie swego premierostwa, a ten brud za paznokciami będzie mu rósł i rósł.

Tusk dla pisowców jest jak piorun z jasnego nieba dla Balladyny. I zdaje się, że tym kieruje się Małgorzata Wassermann, która pierwotny termin przesłuchania Tuska w komisji ds. Amber Gold przeniosła z 2 października na 5 listopada, na dzień po wyborach samorządowych.

Przesłuchanie Tuska może się zakończyć dla Wassermann tylko porażką. Ale to nie byłaby jej porażka w terminie 2 października, lecz innych kandydatów PiS w wyborach samorządowych. O przesunięciu przesłuchania więc nie ona decydowała, ale Nowogrodzka. Biedna Wassermann tłumaczy, że nie chce wykorzystywać komisji do swojej kampanii samorządowej (kandyduje na prezydenta Krakowa), co samo w sobie jest śmiechu warte, temat na skecz kabaretowy. Który polityk PiS nie wykorzystuje okazji? Uśmieliście się?

Przesłuchanie Tuska dzień po wyborach będzie politycznie bez znaczenia, gdyż Wassermann przybita porażką w pojedynku z Jackiem Majchrowskim, jako przewodnicząca komisji jest skazana na los Balladyny, zostanie podczas przesłuchania dobita piorunem. Tak działają nie tylko metafory literackie, taka jest siła Tuska, Donalda Tuska.

Kaczyński wyprowadza PL z Unii, towarzyszy mu wiernie Rydzyk

Cień unijnej flagi przeszkadza dziś Kaczyńskiemu cieszyć się słońcem wymarzonej dyktatury. Dlatego wyprowadzi nas z Unii Europejskiej.

Na samym końcu tego szaleństwa coś przecież musi być. Odrzucając na moment tezę, że Jarosław Kaczyński sięga po dyktatorską władzę wyłącznie dla chorych emocji, z tumanów psychologicznej wojny domowej, coś się powinno wyłaniać. Tylko co?

Pojęcia zarządzania przez kryzys, chaos i konflikt są stare jak świat. W najnowszej historii Polski po raz pierwszy sięgnął po nie Lech Wałęsa. Słynna „wojna na górze” wydawała się być napędzana wyłącznie osobistą niechęcią byłego prezydenta do byłego premiera, czyli Wałęsy do Mazowieckiego. W istocie stał za nią twardy, polityczny plan.  Latająca zaś po ekranach telewizorów rysunkowa siekierka, miała wyłącznie wymiar symboliczny. To, co łączy tamte obrazki z dzisiejszą, rozrąbaną na dwa obozy Polską, to on – Jarosław Kaczyński. I wtedy (jako najbliższy współpracownik Wałęsy, w co dziś trudno uwierzyć) i dziś, robił i robi to, co w życiu wychodzi mu najlepiej – skłócał, poróżniał i jątrzył. Wtedy celem była prezydentura Wałęsy. A dziś?

Załóżmy, że starzejącemu się w samotności destruktorowi i niszczycielowi nie chodzi wyłącznie o podpalenie kraju. Co zatem może stać za, realizowanym z piekielną konsekwencją, planem podzielenia Polaków na nienawidzące się i zwalczające plemienia?

Odpowiedzi nasuwają się dwie. Obydwie przerażające. Nazwijmy je planem A i scenariuszem B. Plan A jest wprowadzany świadomie. O jego słuszności przekonany jest Prezes, a za nim grupka dworzan, ślepo wykonujących rozkazy króla. Scenariusz B może, choć wcale nie musi, być realizowany mimochodem. Prezes dopuszcza jego prawdopodobieństwo, ale uważa, że potrafi się przed nim obronić. A i B mają wspólny mianownik, całkiem jak w czasach „wojny na górze”. Znowu jest nim osoba Kaczyńskiego.  Bez niego pierwszy nie ma prawa się udać, a przed drugim nie wiadomo jak się bronić.

Plan A to wyjście Polski z Unii Europejskiej. 

Szef PiS jest już wyraźnie  przekonany, że struktury unijne są bardziej obciążeniem, niż wsparciem czy szansą. Cień unijnej flagi przeszkadza Kaczyńskiemu cieszyć się słońcem własnego, wymarzonego modelu dyktatury. Oznacza dla jego marionetek konieczność upokarzających tłumaczeń przed pogardzaną przezeń brukselską elitą. Oznacza, nieakceptowalne w jego rozumieniu pojęcia władzy, kary finansowe. I to za działania, które on sam uważa za właściwe i słuszne. Kaczyński nie może pojąć, że zdobyta władza napotyka jakieś przeszkody, i to – o ironio – nie w kraju, ale za granicą. Despota nie znosi sprzeciwu. A jeśli nie może go zdławić, zrobi wszystko, by się go inaczej pozbyć. Czyli ominąć.

Mówiąc wprost, Bruksela uniemożliwia mu rządzenie we własnym kraju.

Wreszcie, unijne instytucje są najpoważniejszą przeszkodą w brutalnym gwałcie na niezależnym sądownictwie. Ostatnim bastionie demokracji, zdolnym powstrzymać Kaczyńskiego przed pełnią władzy. Czyli przed dyktaturą.

Plan A nie będzie zrealizowany natychmiast. Jego przeprowadzenie musi potrwać. Nie tylko dlatego, że to trudne, skomplikowane czy wymagające referendum (choć na myśl o tym, że Prezes mógłby się przejąć jego niekorzystnym wynikiem, ogarnia raczej pusty śmiech, niż nadzieja na zatrzymanie tego szaleństwa). W perwersyjny sposób Bruksela jest dziś Kaczyńskiemu potrzebna. I jako straszak dla konserwatywnej części wyborców (wyobrażam sobie komentarze proboszczów i wiernych po ostatniej paradzie równości w Amsterdamie) i jako alibi. PiS potrzebuje wygodnego tłumaczenia, dlaczego sprawy nie idą tak gładko jak obiecano. Sformalizowany (i często skostniały) aparat brukselskiej biurokracji to powód znakomity. Jak niewiele innych.

Prezes w dziele wyprowadzania Polski z Unii ma wiernych sojuszników. Na ich czele stoi Tadeusz Rydzyk. To on dyktuje tempo, melodię i tekst antyunijnego oratorium. Dawkuje, wspiera, wyciąga groteskowe, kłamliwe ale chwytliwe pseudo-argumenty, szykując niepewny swego i bezkrytyczny elektorat antyunijny na powrót „prawdziwej, niepodległej Najjaśniejszej”. Kiedy będzie gotów, ogłosi hasło pełnego wyzwolenia spod jarzma brukselskiego dyktatu. Rozpoznanie nastrojów bojem zapewniają jednoosobowe komanda w rodzaju posłanki Pawłowicz czy „obatela” Czarneckiego. Czyli rodzaj użytecznych, ślepo wpatrzonych w wodza i bezmyślnie posłusznych żołnierzy. Takich, co są gotowi powiedzieć i zrobić każde świństwo, byle tylko zasłużyć na łaskę życzliwego spojrzenia prezesa. Albo podziękowania Ojca Dyrektora.

 „Brukselskich szmat” i „tłustych rączek Timmermannsa” będzie zatem coraz więcej. Bo nic nie kosztują, a są wdzięcznym barometrem podatności społecznej na antyunijną retorykę.

Jarosław Kaczyński trafnie przewiduje, że przeciętny wyborca podświadomie czuje, iż największe profity z Unii już za nami. A nawet jak nie czuje, to mu to premier z ministrami wyliczą. Pojawią się księżycowe symulacje oraz z sufitu wzięte analizy. Grono usłużnych „ekspertów”, z ogniem w oczach, wygłosi każdy idiotyzm. Potem już tylko propagandowa gadzinówka ogłosi o 19.30, że Polexit to teraz racja stanu. Gdyby wszystkiego było mało, Ziobro z Kamińskim zamkną kilku polityków Platformy, a Elżbieta Bieńkowska „okaże się” nagle gwiazdą mrocznego układu, dzielącego unijną kasę między swoich.

Unijne korzyści: gospodarka, konkurencyjność, jednolity rynek czy swobodne przepływy – to dla większości abstrakcja. Nikt za nią ginął nie będzie, podobnie jak nikt nie ginął za Trybunał Konstytucyjny czy sądy powszechne. Jedyna dostrzegana przez wszystkich, bez wyjątku, korzyść – swoboda podróżowania – też jest do podważenia. Skoro bowiem ulubionym kierunkiem Polaków przez lata była Wielka Brytania, z witającym na lotnisku oficerem imigracyjnym, to znaczy, że ani te granice nie tak całkiem zniesione, ani trudności z tym związane jakoś szczególnie dotkliwe.

Kaczyński chce być w forpoczcie krajów wybijających się na antyunijną niezależność. W całej swojej niechęci do zagranicy, napędzanej strachem przed obcym, niezrozumiałym światem, nie dostrzega, że jego polityczni idole (z Orbanem na czele) są skrajnie cyniczni nie tylko na krajowych podwórkach. Zdumienie Prezesa „węgierską zdradą” przy głosowaniu w sprawie Tuska, w ogóle nie dało mu do myślenia. Nadal uważa, że bratanki mają nie tylko identyczną wizję wewnętrznego zamordyzmu, ale też wspólną z nami rolę do odegrania w Europie. To wróży tylko gorzej scenariuszom, jakie każdy przytomnie myślący Polak rysuje sobie teraz w głowie.

Ze scenariuszem B sprawa jest nieco bardziej zawiła. To trudna dziś do precyzyjnego opisania groźba powrotu w sferę wpływów Kremla. Jej (na razie) mglistość nie bierze się tylko z nieprzewidywalności głównych rozgrywających globalnej polityki – Trumpa i Putina. To, że nie da się jej jasno opisać, jest wynikiem swoistej, indyferentnej akceptowalności procesów geopolitycznych. To tragifarsa, bo powrzaskująca o wstawaniu z kolan ekipa rządząca, na własne życzenie pozbawiła się niemal wszystkich narzędzi skutecznego rozgrywania naszych interesów na arenie pozakrajowej. Nic nie znaczy, nie ma nic do gadania i nic do zaoferowania.

To, w połączeniu z nieświadomą grą na mało rzewną, rosyjską nutę, sprawia, że większość kwestii rozgrywa się obok nas i bez naszego udziału.

W tej rozgrywce biorą udział dwa rodzaje graczy. Pierwsi to gracze bierni. Wsród nich jest przede wszystkim grupa skrajnych amatorów kierujących dziś czymś, co się nazywa polityką zagraniczną (choć dalibóg, wcale nią nie jest). Przez zaniechanie, skrajną nieudolność, wreszcie śmieszność i groteskowość, tańczą tak, jak Władimir Putin chwilami nawet by sobie nie wymarzył.

Drugi rodzaj to grupka postaci aktywnych.

Kuriozalny, dający się wytłumaczyć tylko upałami, wywiad Morawieckiego – seniora dla Rzeczpospolitej, pokazuje, że dziś można jawnie nawoływać do zaprzedania Polski Moskwie i żadnej kary za to nie ma. Warto w tym miejscu przypomnieć, że za „propagowanie interesów rosyjskich” Mateusz Piskorski, były działacz Samoobrony, został zatrzymany i przesiedział w areszcie 2 lata. W maju tego roku, grupa robocza ONZ ds. arbitralnych zatrzymań, zaapelowała do polskich władz o jego uwolnienie i zakończenie śledztwa.

To niebywałe, że w tej sytuacji marszałek senior zupełnie jawnie broni agresorskiej, łamiącej wszelkie standardy putinowskiej Rosji. I nie ma na to żadnego oficjalnego odzewu. MSZ milczy, a od premiera trudno oczekiwać, by skarcił publicznie tatę. Kornel Morawiecki każe mediom budować pozytywny wizerunek Kremla. A owe media, zamiast ogłosić bojkot Pana M., cmokają i kręcą z niesmakiem głową, czasem puszczając oko, że to już starszy pan, za to z piękną, opozycyjną kartą. Doszliśmy do miejsca, w którym będąc członkiem obozu władzy, wolno absolutnie wszystko.

Wśród realizatorów planu B trzeba oczywiście wymienić także Antoniego Macierewicza. Nie wdając się w analizy, czy były minister obrony robi to całkowicie świadomie, mimochodem czy nieświadomie, trzeba ślepego idioty, by nie widzieć , jak bardzo na rosyjską rękę jest bałagan i osłabienie armii, metodycznie demolowanej  przez Macierewicza przez dwa lata swoich rządów.

Ktoś powie: gdzie tam, jesteśmy przecież członkiem NATO. Tak, to prawda. Ale NATO ma dziś twarz Trumpa. A tę widzieliśmy wszyscy, kiedy zdjęta strachem, czapkowała Putinowi w Helsinkach.

W 1981, po ponad rocznym „festiwalu Solidarności”, Polacy dostali w twarz pięścią Jaruzelskiego. Skończyły się marzenia o wolności. Stalowa pięść wojskowego puczu była pchana siłą rosyjskiego niedźwiedzia. Dziś, po 3 dekadach niepodległości trudno nie widzieć pięści, którą wygraża nam Kaczyński. Nawet jeśli nie stoi za nią Putin, łatwo zgadnąć, z jaką radością będą patrzeć na Kremlu na nokaut polskiej demokracji.

Piotr Osęka, historyk, profesor w Instytucie Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk, przyjrzał się uważnie, w jaki sposób funkcjonują „Wiadomości” TVP, które jeszcze trzy lata temu były jednym z najważniejszych programów informacyjnych. Były jednym z najciekawszych źródeł wiedzy o wydarzeniach politycznych, ekonomicznych, kulturalnych i społecznych. No cóż…trzeba zastosować czas przeszły, bo dzisiaj to już zupełnie inna bajka.

W czasach stalinizmu zasada przekazu była proste. Z jednej strony pokazywano „sukces”, z drugiej zaś porównywano go z wcześniejszą niesprawiedliwością społeczną oraz podkreślano, dla kogo tenże sukces jest solą w oku. Kiedy mówiono o górnikach to natychmiast pokazywał się informacja, że „każda tona węgla to cios w podżegaczy wojennych”. Gdy potępiano publicznie jakiegoś sabotażystę, to wiadomo, że musiał pochodzić z rodziny, w której dziadek miał 30 ha, a kolejny krewny służył w armii Andersa. Podkreślano ciężką pracę robotników, którzy wykonywali nawet 300% normy, budowali MDM, a w tym czasie „kuria krakowska zdradza Polskę za dolary”.

 Przyszła nowa władza (PiS), dziennikarzy wymieniła na całkowicie sobie podległych i teraz „Wiadomości” są tubą propagandową PiS-u, a w oczy rzuca się niezwykła dbałość o światopoglądową spójność przekazu, co ma się nijak z rzetelnym dziennikarstwem.

I teraz ta nowa władza bierze przykład z tej, z czasów PRL i ochoczo wprowadzą zastosowane wtedy mechanizmy w życie. Jak pisze profesor Osęka „Bieżąca polityka staje się pretekstem do codziennego recytowania PiS-owskiego katechizmu. Czy oglądamy materiał o reformie sądów, kampanii samorządowej czy o wynikach makroekonomicznych, dostajemy wciąż te same obrazy i te same zdania. Zamiast pogrupowanego wyboru informacji – jednolity słowotok, złożonych z peanów na część władzy i złorzeczeń pod adresem jej przeciwników”.

Mówiąc o programach prospołecznych, na które żaden z poprzednich rządów nie wydawał tylu milionów, od razu idzie przekaz o kiepskiej opozycji, która nie ma nic konstruktywnego do oferowania. „Uczniowie Leszka Balcerowicza robią, co mogą żeby zdyskredytować reformy wprowadzane przez rząd Zjednoczonej Prawicy” i wspierają ich sędziowie Sądu Najwyższego, którzy „uszczuplają polską suwerenność”. PiS wprowadził w życie program Mieszkanie Plus, za co bardzo wdzięczni są mu niezamożni Polacy, ale taki Rafał Trzaskowski ma te wysiłki za nic i krytykuje, bo ma w nosie rozwój Polski. Liczy się tylko walka z rządem.

Premier i rząd składają hołd mieszkańcom Warszawy, pomordowanym przez Niemców, a w tym czasie profesor Gersdorf u tychże Niemców szuka wsparcia. Gospodarka rozwija się jak szalona, ale nie wolno zapominać o biedzie w czasach, gdy rządziło PO z PSL. Przykładów można by mnożyć.

Zasada jest idealnie prosta. Dobro – zło. „Dokonania” partii rządzącej i jednocześnie „knucie totalnej opozycji; sukcesy – knucie, knucie – sukcesy”.

Profesor Osęka słusznie zauważa, że „narracja „Wiadomości” jest monolitem. Ani jedno słowo, ani jeden komentarz nie mogą wyłamać się z szeregu i naruszyć spójności przekazu. W gruncie rzeczy walka toczy się to, by widzowie zrozumieli, że w Polsce przyszłości dla przeciwników PiS nie będzie miejsca”.

Internauci piszą, „Cóż, stary jestem, pamiętam Gierka, późnego Gierka, Solidarność, stan wojenny, pamiętam ówczesne przekazy z telewizora. Na studiach miałem konwersatorium z „nowomowy naszych czasów”, gdzie wszystkie algorytmy propagandowe rozkładaliśmy na czynniki pierwsze. Mimo to Ku…zji nie jestem w stanie oglądać dłużej, niż parę minut. Już nie te nerwy…”, „Komentator mistrzostw świata wspomniał o 500 +, na antenie w trakcie trwania meczu i to wcale nie naszej reprezentacji. I że inne narody nam zazdroszczą i będą brać przykład, a dowiedział o tym od kolegów z branży. Na własne uszy to słyszałam. Tak, że metody propagandy sukcesu te same od dziesiątek lat. Będzie miejsce w Polsce dla wszystkich. Oczadzenie kiedyś się skończy”, a mnie przeraża, że tak wielu ludzi kupuje ten przekaz i na jego podstawie buduje swoją wiedzę. Trudno z tym walczyć…

>>>

„Cień unijnej flagi przeszkadza dziś Kaczyńskiemu cieszyć się słońcem wymarzonej dyktatury. Dlatego wyprowadzi nas z UE. Prezes w wyprowadzaniu Polski z Unii ma wiernych sojuszników. Na ich czele stoi Tadeusz Rydzyk”.

Earl drzewołaz

>>>

Wiele mówi się ostatnio o zachowaniu Kościoła w naszych pisowskich czasach. Dziwne rzeczy się mówi. A że to jedni biskupi zadowoleni, a inni nie bardzo. I że PiS traktuje Kościół instrumentalnie, a takoż i Rydzyk et consortes traktują PiS. I może prawdę mówią. Ale nie to przecież jest ważne. Tak naprawdę ważne jest to, co się stanie, gdy pewnej pięknej wiosny reżim PiS upadnie i skończy się „reakcyjna rewolucja”.

View original post 4 399 słów więcej

PiS-ie, nadchodzi strach, widać go jak w oczach wilka, po was przyjdzie gajowy Marucha

Kamil Durczok przewiduje kres rządów PiS.

Ponad dwa miliony złotych kosztowały prace tzw. ekspertów podkomisji smoleńskiej, która – zdaniem PiS, a przede wszystkim Antoniego Macierewicza i Jarosława Kaczyńskiego – miały doprowadzić nas do prawdy… 10 kwietnia 2018 r. miał zostać przedstawiony raport końcowy dotyczący przyczyn katastrofy smoleńskiej według PiS („Zamiast raportu końcowego podkomisja smoleńska przedstawi… prezentację”).

W najnowszym wywiadzie, którego Jarosław Kaczyński udzielił „Gazecie Polskiej”, znajdujemy stuprocentowe potwierdzenie, że w ósmą rocznicę katastrofy smoleńskiej będziemy mieli do czynienia z raportem częściowym. – „Wiemy, że końcowego raportu nie będzie na ósmą rocznicę tragedii. Będzie za to raport częściowy, który – tak mniemam – szczegółowo pokaże, co bezsprzecznie zostało już ustalone, i wskaże pytania, na które podkomisja Antoniego Macierewicza będzie szukała odpowiedzi” – powiedział prezes PiS.

Czyli to nie koniec wydawania pieniędzy podatników na udowodnienie wątpliwych tez Antoniego Macierewicza… Co więcej, można się spodziewać, że „badanie” będzie trwało przynajmniej jeszcze rok.

Według Kaczyńskiego, „niezwykle ważne, a może nawet przełomowe”, mogą okazać się wyniki prac amerykańskich ekspertów, którzy kilka tygodni temu pracowali w Mińsku Mazowieckim i skanowali bliźniaczego TU-154 M. – „Jednak na nie jeszcze musimy poczekać. To niezwykle precyzyjne, zaawansowane technicznie analizy wymagające czasu. Według zapowiedzi badania te zajmą około roku, może nawet nieco dłużej” – stwierdził Kaczyński.

W wywiadzie Kaczyński przyznał, że jeden z ekspertów powołanych z kolei przez polską prokuraturę współpracuje z instytucjami propagandy Kremla: Russia Today i agencją Sputnik. – „Słyszałem o tych zastrzeżeniach. Wiem, że ta sprawa jest sprawdzana. Także przez służby specjalne. Zastrzeżenia nie wyglądają na bezpodstawne, dlatego są analizowane. Z tego, co wiem, prokuratura nie zawarła jeszcze ostatecznych umów” – dodał prezes PiS. Retorycznym pozostaje pytanie, skąd i dlaczego skromny poseł – jak ostatnio sam się określił – ma wiedzę na temat działań służb specjalnych.

A tym ekspertem jest Theodore Postol – czytamy w portalu gazeta.pl. W jednym z wywiadów dla „Sputnika” Postol stwierdził, że rozmieszczanie przez USA rakiet w Europie byłoby głupie z wojskowego punktu widzenia. Z kolei w Russia Today stwierdził, że „podstawowa fizyka udowadnia, że amerykański system obrony przeciwrakietowej jest bezużyteczny”.

PiS-owi spada, więc chwyta się czego może. Widać to choćby w sposobie, w jaki premier Mateusz Morawiecki postanowił podnieść notowania swojego rządu. Otóż premier zdecydował, że odniesie się na Twitterze do… rocznicy śmierci Jana Pawła II. – „Służba narodowi musi być zawsze ukierunkowana na dobro wspólne, które zabezpiecza dobro każdego obywatela. Tak mówił Ojciec Święty Jan Paweł II w Sejmie w 1999 r. Dwie dekady później te słowa pozostają dewizą naszego rządu” – poinformował Morawiecki.

Na reakcje internautów nie trzeba było długo czekać. – „A o tym co Papież mówił o praworządności i trójpodziale władzy Pan czytał?” – zapytał nie bez ironii jeden z komentujących. – „Wykorzystywanie słów wielkiego człowieka do marnych żałosnych politycznych gierek jest wyjątkowo wstrętne. Brzydzę się tym” – stwierdził ostro inny użytkownik Twittera. – „Świetna dewiza. Dałbym za nią 65 000 nagrody dla każdego ministra. A może nawet po 70 000″ – to kolejny komentarz, nawiązujący do słynnej afery z nagrodami.

Jak przypomina portal NaTemat, z badania Kantar Millward Brown wynika, że 75 proc. badanych źle ocenia buńczuczną wypowiedź Beaty Szydło o nagrodach, które przyznała ministrom i sobie. Sprawa wraca w komentarzach niczym bumerang. – „Ładnie tak zasłaniać się słowami JP 2? To brzmi jak kpina w sytuacji, kiedy była premier przyznała sobie samej premię w wys. 65 tys. zł” – wypomniał kolejny internauta.

Na słowa Morawieckiego ostro zareagował także były minister sprawiedliwości, wiceprzewodniczący Platformy Obywatelskiej Borys Budka. – „Jakim trzeba być hipokrytą, by – powołując się na naukę św. Jana Pawła II – niszczyć fundamenty państwa prawa, podważać ideę zjednoczonej Europy i wspierać się goebbelsowską propagandą, okłamując własny naród…” – napisał pod tweetem Morawieckiego polityk PO. Do rocznicy śmierci Jana Pawła II nawiązał także były prezydent Lech Wałęsa, pisząc o „podzielonych Polakach” i przytaczając wypowiedź papieża sprzed lat.

Jak widać, do myśli Jana Pawła II można nawiązywać mniej lub bardziej skutecznie, byle z umiarem. A tego obecnym rządzącym brakuje nawet w tak prostych kwestiach.

Brytyjski historyk, specjalizujący się w historii Polski, prof. Norman Davies obecne zależności w obozie władzy porównał do tych, jakie obowiązywały w PRL. Rząd PiS nazwał „reżimem autorytarnym”. – „Zbliżamy się do państwa partyjnego. Chyba każdy obywatel w Polsce pamięta, gdy sekretarz partii się liczył bardziej niż premier czy prezydent i tak dalej. I taka jest obecna sytuacja” – powiedział w wywiadzie dla TVN24. To oczywiste nawiązanie do tego, że Jarosław Kaczyński nie sprawuje żadnego państwowego urzędu.

Kolejnym przykładem zbliżania się do PRL-u jest – zdaniem prof. Daviesa – polityka historyczna prowadzona przez rząd PiS. – „Są oficjalne poglądy i trzeba się trzymać tej linii, bo jeśli nie, to są konsekwencje” – stwierdził. Przypomniał, że na początku tego roku on i Timothy Snyder zostali usunięci z rady programowej Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. Według brytyjskiego historyka, dziś „nie można tam pracować bez zgody na linię historyczną rządzącej partii”. Prof. Davies powiedział, że PiS wykorzystuje politykę historyczną do realizacji celów politycznych. – „Oni chcą przekonać ludzi, że mają politykę bieżącą, ale mają też politykę o przeszłości i przyszłości” – zauważył.

Prof. Davies przyznał, że jest przeciwnikiem znowelizowanej przez PiS ustawy o IPN. Stwierdził jednak, że „więcej niż absurdem” i „wstydem” jest twierdzenie, że wszyscy Polacy byli antysemitami. –„Nie wolno mówić o całych narodach właśnie w tych kategoriach – powiedział. Dodał, że Polacy nie są aniołami. – „Każdy naród ma swoich bohaterów i kryminalistów, a pośrodku zwykłych ludzi”.

Wygląda na to, że przy analizie działań PiS i jego polityki trzeba będzie poważniej brać pod uwagę sprawę pozornie tylko banalną: konflikt między premierem Mateuszem Morawieckim a Zbigniewem Ziobro.  Dlaczego? Otóż jego temperatura zaczyna destabilizować rząd – czytamy w portalu Onet. Każdy z nich widzi się w roli następcy niemal 70-letniego Jarosława Kaczyńskiego, a każdy z nich teoretycznie ma spore szanse.

Minister Morawiecki i jego otoczenie uważa, że Zbigniew Ziobro odpowiada za większość wpadek premiera, kłopotów rządu i przecieków, które stają się utrapieniem PiS. Dlatego też naciska na prezesa Jarosława Kaczyńskiego, by usunął ministra z rządu. Argument numer jeden to oczywiście ustawa o IPN, która już w pierwszych dniach urzędowania Morawieckiego naraziła go na ostre reakcje liderów USA i Izraela. Powstała ona w Ministerstwie Sprawiedliwości wprawdzie już w 2016 r., ale Ziobro przypomniał o niej Jarosławowi Kaczyńskiemu, proponując jej szybkie przyjęcie, na początku 2018 r. Oczywiście nikt – nawet w Ministerstwie Spraw Zagranicznych nie przewidział wybuchu potężnego międzynarodowego skandalu. Chodziło raczej o antidotum na reportaż TVN o polskich neonazistach. Faktem pozostaje, że ze skandalu premier wyszedł mocno osłabiony. A to już było na rękę Ziobrze. Dodać warto, w ślad za portalem, że Morawiecki nie miał pojęcia o tej ustawie! Jako że nie jest posłem, więc nawet nad nią nie głosował. Kiedy pod koniec stycznia podczas obchodów 73. rocznicy wyzwolenia niemieckiego obozu zagłady Auschwitz-Birkenau izraelska ambasador Anna Azari skrytykowała ustawę, Morawiecki początkowo był przekonany, że chodzi jej o ustawę reprywatyzacyjną, dotyczącą zwrotu przedwojennych majątków. Mimo narastającego skandalu Ziobro uparcie bronił ustawy, a podczas spotkania z ambasador Izraela w Ministerstwie Sprawiedliwości, właśnie MSZ obciążał odpowiedzialnością za protesty w Izraelu i USA.

Takie zachowanie Ziobry wywołuje podejrzliwość otoczenia Morawieckiego, które przypisuje ministrowi sprawiedliwości jednolicie złe intencje i większą niż realna sprawczość. Przykład? Zgodnie z plotką krążącą po publikacji w jednym z prawicowych tygodników, ludzie Ziobry mieli przygotowywać przeciek, ujawniający kulisy negocjacji dotyczących zwrotu przedwojennych majątków żydowskich obywatelom Izraela oraz USA. Skutkiem byłoby ogromne napięcie w kraju i kolejna fala antysemityzmu, destrukcyjna dla Morawieckiego. „Ziobrystom” przypisywane jest nawet inspirowanie publikacji dotyczących przeniesienia wartych miliony nieruchomości na żonę, aby nie kuły w oczy elektoratu. Według informacji Onetu, Morawiecki poskarżył się w tej sprawie Kaczyńskiemu, wskazując Ziobrę jako źródło przecieku. Naciskał jednocześnie na odwołanie go z rządu. To nie wszystko. Redukcje na stanowiskach wiceministrów oraz przetasowania w Kancelarii Premiera posłużyły Morawieckiemu jako pretekst do zdegradowania lub przesunięcia ludzi Ziobry i jego sojuszniczki Szydło.

Efektem ubocznym narastającego konfliktu w obozie władzy wydaje się także … zaproponowany Brukseli kompromis w sprawie sądów. Otóż zgodnie z nim bez opinii kolegium sądu oraz Krajowej Rady Sądownictwa minister sprawiedliwości nie będzie mógł odwołać prezesa lub wiceprezesa sądu. Jeśli rzecz przejdzie, Ziobro straci posiadaną pełną dowolność ich dymisji. Zaś prawo do decydowania, którzy sędziowie po osiągnięciu wieku emerytalnego będą nadal sądzić przejmie prezydent. Co więcej –  Morawiecki wymusił na Ziobrze wycofanie się z bezkrytycznego stosunku do ustawy o IPN. To właśnie, jak już wiadomo, pod naciskiem premiera, Ziobro przesłał do badającego tę ustawę Trybunału Konstytucyjnego swą opinię podważającą część zapisów. Morawiecki chce również odbić z rąk ludzi Ziobry państwowy kombinat finansowy PZU-PEKAO SA, bo nie może wg portalu pozwolić na to, by kluczowy holding finansowy w kraju kontrolował jego najpoważniejszy konkurent. Nad ministrem Ziobro powoli zbierają się czarne chmury. Przeciwko niemu coraz bardziej otwarcie występuje także Antoni Macierewicz, idol twardego skrzydła PiS i konkurent o wpływy w środowisku Radia Maryja. Powód? Macierewicz atakuje Ziobrę za śledztwo smoleńskie, w tym dobór zagranicznych ekspertów, których uważa (a jakże) za rosyjskich agentów.

Czego możemy się spodziewać w najbliższym czasie? Raczej narastania konfliktu niż jego uśmierzenia. Sprawa jest względnie prosta – wszystko wskazuje na to, że na razie Jarosław Kaczyński zaciera ręce, bo za sprawą ambitnych konkurentów może skutecznie dzielić i rządzić, wykorzystując ich animozje. Fakt, że cierpi na tym autorytet Polski, najwyraźniej niespecjalnie go przejmuje.

…w taki i podobny sposób internauci komentują na Twitterze nie całkiem poważną utarczkę słowną, do jakiej doszło między rzeczniczką PiS Beatą Mazurek, a znanym z buty posłem tej partii Dominikiem Tarczyńskim.

Polityk, w rozmowie z portalem wpolityce.pl odsłonił cele planowanej na 14 kwietnia konwencji PiS. Podkreślając przełomowy charakter tego wydarzenia oświadczył autorytatywnie:

„Chcemy przedstawić Polakom, jakie mamy plany na przyszłość. Podczas naszych spotkań z obywatelami nie będziemy wyłącznie mówić o wyborach samorządowych, ale także chcemy rozmawiać o przyszłych wyborach do Parlamentu Europejskiego. Konwencja 14 kwietnia będzie w pewnym sensie konwencją przełomową” – zapowiedział.

Słowa te najwyraźniej mocno zirytowały Beatę Mazurek, która nie zważając na rezonans, dość brutalnie skomentowała wywiad Tarczyńskiego: „A skąd wiesz o czym będziemy mówić? Jasnowidz?” – napisała.

To nie wywołało korzystnej reakcji internautów, którzy z kpiną wytykają nadwątloną w ostatnim czasie spójność i komunikację w partii… Dla samej pani rzecznik mają najważniejszą radę: lepiej mądrze milczeć niż głupio się odezwać.

Nie wytrzymali nawet zwolennicy PiS, którzy z niepokojem sugerują swojej partii, że  to ostatni moment, by się pozbierać, po ostatnich wpadkach …

„Jeżeli pierwsza dama miałaby pensję, to miałaby także zakres obowiązków i można by ją z tego rozliczać” – uważa małżonka byłego prezydenta RP Anna Komorowska i postuluje, aby żony głów państwa dostawały pełne wynagrodzenie za swoją pracę „Okres prezydentury mojego męża to był czas, kiedy najintensywniej pracowałam. Ten czas przynajmniej powinien się liczyć jako okres składkowy, do emerytury. I to jest minimum” – zaznaczyła pani Komorowska.

Dziś polskie pierwsze damy nie dostają pieniędzy. „Zerowe wynagrodzenie, przymus rezygnacji z dotychczasowej pracy czy brak składek ZUS – z takimi problemami musi borykać się żona prezydenta Agata Duda” – zwraca uwagę Super Ekspress.

Jednocześnie przypomina, że w 2016 roku PiS był bliski przeforsowania pomysłu, aby pierwsza dama dostawała wynagrodzenie w wysokości ok. 13,2 tys. zł. Projekt ostatecznie jednak upadł, choć zdanie, że żony prezydentów nie powinny być dłużej dyskryminowane, popierają również eksperci.

Wojciech Maziarski pisze o zbliżającym się końcu PiS.

Rewolucyjna dynamika „dobrej zmiany” została złamana. Walec zatrzymał się i dalej już nie pojedzie.

Na Święta zajączek przyniósł prezydenckie weto do ustawy degradacyjnej – Andrzej Duda nie zgodził się, by minister mógł samowolnie degradować (także pośmiertnie) oficerów wojska, którzy jego zdaniem sprzeniewierzyli się państwu polskiemu. Ustawa, pozbawiona trybu odwoławczego, budziła sprzeciwy natury zarówno prawnej, jak i moralnej. Czy – ściślej mówiąc – estetycznej, bo przecież obrzydzenie wobec grzebania w grobach i zrywania naramienników trupom jest przede wszystkim kwestią smaku.

Nie jest do końca jasne, co prezydenta skłoniło do tego kroku. Między bajki można bowiem włożyć oficjalne uzasadnienie weta, zgodnie z którym ustawa była wadliwa z powodów prawnych i etycznych. To jasne, że była, ale równie jasne jest, że prezydent w przeszłości ochoczo podpisywał wiele równie wadliwych aktów prawnych i ręka mu przy tym nie zadrżała.

Podstawowe pytanie brzmi zatem: czy weto było uzgodnione z kierownictwem PiS, czyli Jarosławem Kaczyńskim, czy też było samodzielną inicjatywą Andrzeja Dudy. Paweł Lisicki, redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy”, kojarzonego z obozem prezydenckim, mówił w TVN24, że „trudno mu sobie wyobrazić”, by prezydent podjął taką decyzję bez zgody prezesa PiS.

Partia zwalcza macierewiczowskie odchylenie

Na to, że cała operacja była zawczasu uzgodniona i zaplanowana, wskazuje też rachityczność protestów w obozie władzy. Owszem, Marek Suski, partyjny oficer polityczny w rządzie, oddelegowany przez prezesa do obserwowania poczynań Mateusza Morawieckiego i kablowania na niego, powiedział, że po wecie nie będzie już głosować na Andrzeja Dudę. Jednak ta wypowiedź więcej mówi o zasobach intelektualnych Suskiego niż o stanowisku kierownictwa PiS. Osoby z kręgów decyzyjnych partii milczą, zaś komentatorzy i publicyści z obozu władzy wypowiadają się bardzo oględnie i łagodnie. Nawet w komentarzu harcownika i fanatycznego propagandysty Michała Karnowskiego więcej jest przygnębienia i rezygnacji niż buntu przeciw decyzji prezydenta: – „Kiszczak i Jaruzelski muszą chyba być sowieckimi „generałami” w polskich mundurach. W takim stanie rzeczy się urodziliśmy, w takim umrzemy. Nikogo nie winię, ale szkoda”.

Ostre protesty słychać głównie z ośrodka skupionego wokół Antoniego Macierewicza, który był autorem i promotorem zawetowanej ustawy. Decyzję prezydenta krytykuje zarówno sam były minister obrony, jak i publicyści „Gazety Polskiej”, która cieszy się zasłużoną opinią organu sekty smoleńskiej.

Wygląda więc na to, że zawetowanie ustawy degradacyjnej najprawdopodobniej było elementem wiosennych porządków po zdymisjonowaniu Antoniego Macierewicza. Partia walczy z „macierewiczowskim odchyleniem”, usuwając jego ludzi ze stanowisk i ukręcając łeb jego politycznym inicjatywom.

„Dobra zmiana” ugrzęzła

Tyle tylko, że wszystko to jest kompletnie bez znaczenia. Wewnętrzne przepychanki frakcyjne w obozie „dobrej zmiany” są może interesujące dla hobbystów obserwujących niuanse pałacowego życia na Nowogrodzkiej (dla nazwania ich przydałby się jakiś termin w rodzaju „kremlinologów” z czasów ZSRR), lecz dla ogółu opinii publicznej są drugo- albo i trzeciorzędne.

Dla przeciętnego wyborcy – i to zarówno tego, który głosuje na PiS, jak i przeciw niemu – liczy się tylko jedno: partia władzy, która dotąd parła do przodu niepowstrzymanie niczym walec miażdżący wszystko na swej drodze, utknęła i zaczęła się chaotycznie miotać. Cofnęła się w sprawie degradacji, cofnęła się w sprawie IPN, anulowała gigantyczną karę finansową nałożoną na TVN za nadanie programu, który się nie spodobał PiS-owi, kombinuje, jak udobruchać Brukselę oburzoną zamachem na niezależność polskiego sądownictwa, wykonuje nerwowe i nieskoordynowane ruchy w sprawie nagród dla ministrów rządu Beaty Szydło: najpierw mówi, że premie te były błędem i zapowiada, że odtąd już nie będzie ich przyznawać, a potem „pokazuje pazurki” i krzyczy, że pieniądze się należały…

Wyborca obserwujący te konwulsje rozumie jedno: rewolucyjna dynamika „dobrej zmiany” została złamana. Walec zatrzymał się i dalej już nie pojedzie. Jednoznacznie potwierdzają to sondaże. Na pół roku przed jesiennymi wyborami samorządowymi do Polski dotarły ciepłe wiatry z zachodu, mróz cofa się na wschód.

Przystawki żądają dla siebie większych półmisków

To oczywiście ośmiela przeciwników PiS, dodaje im otuchy i nadziei. Natomiast morale obozu władzy załamuje się, zarysowują się w nim pęknięcia, które w przyszłości – być może niedalekiej – doprowadzą do jego dezintegracji.

Ośrodek macierewiczowski właściwie już został wykluczony z PiS, choć formalny rozwód jeszcze się nie dokonał. Pojawiają się jednak sygnały, że także inne środowiska zaczynają się nieśmiało emancypować i w obliczu osłabienia spójności obozu władzy i zachwiania pozycji centrum decyzyjnego domagają się dla siebie więcej wpływów i większej autonomii. Przed wyborami samorządowymi Zbigniew Ziobro, który stoi na czele partii Solidarna Polska, ale wszedł do Sejmu z listy PiS, domaga się, by na kartach wyborczych obok nazwisk jego ludzi pojawiła się też nazwa ugrupowania.

Polityczną odrębność delikatnie i subtelnie zaczyna także akcentować Jarosław Gowin, lider partii tak znanej, że pisząc ten tekst, jej nazwę musiałem sprawdzić w Wikipedii: „Porozumienie Jarosława Gowina”; słyszeliście kiedyś o takim ugrupowaniu?

Teraz jego lider zaczyna poczynać sobie coraz śmielej. Gdy nieomylny i wszechwiedzący Prezes Tysiąclecia, którego słów nikt dotąd nie odważył się kwestionować, oświadczył, że w sprawie IPN czy sądów wzorem Viktora Orbána trzeba będzie pójść z Zachodem na kompromis, którego cena jest gorzka, Gowin odpowiedział publicznie: – „Cena kompromisu z Brukselą w sprawie reformy sądownictwa nie jest dla mnie gorzka, tak jak dla prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego”. A prezes, zamiast zuchwalca ukarać, próbuje go ugłaskać i pozyskać, deklarując, że zrobi wszystko, by przygotowana przez Gowina ustawa o szkolnictwie wyższym weszła w życie.

Koniec imperium PiS

Tak konają imperia i potęgi polityczne: metropolia traci wpływy, pojawiają się ruchy odśrodkowe, peryferia się usamodzielniają i przestają słuchać poleceń z centrali, która musi się z tym pogodzić, robiąc dobrą minę do złej gry. A z zewnątrz już nadciągają wojska wroga, który widząc słabość za murami, szykuje się do szturmu.

Pytanie, jak zachowa się lud. Będzie wspierać władzę i jej żołnierzy broniących się przed oblężeniem? Czy może raczej sam otworzy bramy przed nadciągającą armią i zaprosi ją do środka?

Idzie wiosna.

Ten moment, gdy w poświąteczny poranek FAKT kruszy w pył grafiki … Spokojnie, w tekście jest przypomnienie na kwotach, ile dostawali urzędnicy za czasów PO-PSL;)

Waldemar Mystkowski pisze o Pawłowicz i Dudzie w konteście świąt.

Od kiedy w Straży Pożarnej pojawiły się kobiety – do parytetów fifty-fifty daleko – strażaczki przejęły inicjatywę w śmigus-dyngus. I leją wodą prosto z pomp strażackich na swoich partnerów w służbie. Największą radochę ma ta przy sikawce, czyli sikawkowa. Co lunie po strażakach, to jej.

Taką sikawkową w PiS jest Krystyna Pawłowicz, która nie przebiera w słowach. Jej retoryka jest zwykle knajacka, a proza na Facebooku i Twitterze podana w kiepskiej polszczyźnie, zwykle z błędami gramatycznymi, interpunkcyjnymi i bez zachowania reguł graficznych. Tak bluzga emocjami, że staje się zrozumiałe, dlaczego nie radzi sobie z polszczyzną. Sikawkowa Pawłowicz zawsze leje swoją brudną polszczyzną na opozycję.

Tym razem lunęła na prezydenta Andrzeja Dudę, bo ten śmiał zawetować ustawę degradacyjną, wg której miano zrywać pagony truchłom generałów (kto ekshumowałby Jaruzelskiego i Kiszczaka, aby zerwać im pagony?). Tym razem Pawłowicz opublikowała list otwarty do Dudy na łamach portalu braci Karnowskich, w którym bluzga na prezydenta z jej formacji. Jako że list przeszedł redakcję, więc nie ma zwykłych dla niej wpadek gramatyczno-interpunkcyjnych, ale za to możemy „podziwiać” niezborność intelektualną, luki w wiedzy, a w zasadzie poznać jej niewiedzę i tak naprawdę odhumanizowane emocje.

Pawłowicz chciałaby urządzić nieboszczykom generałom coś w rodzaju Norymbergi, bo nie było w procesie zbrodniarzy wojennych procedur odwoławczych. Nie trzyma się to żadnej logiki, bo po pierwsze w ustawie degradacyjnej nie było żadnej mowy o sądzeniu, a tylko o wyroku degradującym. Jakby też nie patrzył, Jaruzelskiego i Kiszczaka trudno byłoby podciągnąć pod jakąkolwiek interpretację terminu prawnego ludobójstwa, zdefiniowanego przez polskiego prawnika Rafała Lemkina. No i Pawłowicz odbiera prezydentowi prerogatywę weta, co nawet nie jest śmieszne.

Polecam zapoznania się z listem Pawłowicz, bo pokazuje jak marnej jest ona kondycji intelektualnej. Powstaje pytanie: jak doszło do tego, iż ktoś takiego żenującego pokroju umysłowego wykładał na uczelni?

Posłanka PiS Pawłowicz nadaje się tylko do obsługi bluzgów, do języka godnego podrzędnej knajpy, a nie do obecności w przestrzeni publicznej, acz dopuszczalnym jest, aby w śmigus-dyngus jako sikawkowa PiS lunęła na Dudę, bo temu się należy za wielokrotne złamanie Konstytucji.

Post Navigation