Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Kamila Gasiuk-Pihowicz”

PiS zabezpiecza się, aby nie oddać władzy

Teoretycznie możliwy jest scenariusz, w którym partia Jarosława Kaczyńskiego nie dopuści do zebrania się nowego Sejmu. I wykorzysta do tego wyrok unijnego trybunału. A także samodzielnie zmieni konstytucję.

Niemożliwe? A czy możliwe było niezaprzysiężenie sędziów wybranych do Trybunału Konstytucyjnego? Unieważnienie uchwał poprzedniego Sejmu? Odmowa publikacji wyroków Trybunału Konstytucyjnego? Zablokowanie ułaskawieniem prawomocnego osądzenia Mariusza Kamińskiego?

„Brat bez brata”. Książka o tym, jak działa demiurg Kaczyński [wideo]

Terlecki zawiesza prace parlamentu

Wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki ogłosił, że w prezydium Sejmu na wniosek PiS zapadła decyzja o przerwaniu trwającego posiedzenia i kontynuowaniu go po wyborach. Posłowie chcą się podobno mocniej zaangażować w kampanię wyborczą.

Czy to w ogóle możliwe, żeby stary Sejm obradował po wybraniu nowego? Przepisy tego nie zabraniają. Tak jak nie zabraniają zwołania obrad w Sali Kolumnowej ani nawet na statku morskim, pod warunkiem że będzie on na polskich wodach terytorialnych. Art. 98 konstytucji mówi, że kadencja starego Sejmu i Senatu trwa do dnia poprzedzającego zwołanie nowego. Czyli teoretycznie dopuszcza obradowanie starego Sejmu po wyborach. Do tej pory nie było takiego przypadku.

PiS najwyraźniej sądzi, że będzie rządził dalej

Co szykuje PiS?

Politycy opozycji podejrzewają, że PiS zostawia sobie możliwość uchwalenia jakichś podejrzanych ustaw, w razie gdyby wyniki wyborcze nie dały mu przewagi wystarczającej do stworzenia nowego rządu. Marszałkowie Sejmu Elżbieta Witek i Ryszard Terlecki zapewniają, że nie planują nic dodawać do porządku obrad poza tym, co już w nim jest.

Wniosek o uzupełnienie porządku obrad mogą jednak wnieść posłowie. I będzie przyjęty, bo PiS ma większość. Jeśli przyjmie jakąś nową ustawę, musiałaby ona przejść przez Senat. Ten na razie nie ogłosił, że przerywa obrady na czas po wyborach, bo odbył już ostatnie posiedzenie. Jednak marszałek Karczewski może zwołać posiedzenie nadzwyczajne i je odroczyć.

Trudno się domyślić, jaką nową ustawę miałby PiS wtedy przyjąć. Może chce zmienić regulamin Sejmu, żeby zapewnić sobie fory, w razie gdyby wynik wyborów umożliwiał utworzenie rządu zarówno jemu, jak i opozycji? Ale i tak ma fory, bo premiera wskazuje prezydent.

Jest inna możliwość – że PiS zostawia sobie furtkę, by nie dopuścić do zebrania się nowego parlamentu. Albo znacząco ten moment opóźnić. A może zmienić konstytucję?

Listy PiS do Sejmu i Senatu, czyli spryt prezesa

Czy grozi nam akcja „sfałszowane wybory”

Według art. 109 konstytucji prezydent zwołuje nowy parlament „na dzień przypadający w ciągu 30 dni od dnia wyborów”. A jeśli nie zwoła? Bo np. pojawi się przygniatająca liczba protestów wyborczych i stwierdzi, że „dla dobra Rzeczpospolitej” trzeba poczekać do ich rozpatrzenia?

Akcję pod hasłem „sfałszowane wybory” przerabialiśmy już w 2014 r. po wyborach samorządowych. Pamiętamy m.in. okupowanie siedziby Państwowej Komisji Wyborczej przez zwolenników PiS na czele z Grzegorzem Braunem, dziś współtwórcą skrajnie prawicowej Konfederacji. Tym razem akcja byłaby bardziej masowa niż „marsze smoleńskie” czy Marsze Niepodległości, bo PiS-owi udało się skutecznie nastraszyć ludzi odebraniem im świadczeń socjalnych i planem zniszczenia wiary, rodziny oraz „seksualizowaniem dzieci”. Jeśli tłumy wylegną na ulice, prezydent – jak prezes Kaczyński – może powiedzieć: vox populi, vox Dei.

Stary parlament i dotychczasowy rząd będą pracować, a wybrana przez PiS Izba Kontroli Nadzwyczajnej Sądu Najwyższego będzie rozpatrywać setki tysięcy protestów wyborczych. Według kodeksu wyborczego (art. 244, par. 2) ma na to 90 dni, licząc od dnia po wyborach. Ale może nie zdążyć. Na przykład ważność wyborów do Parlamentu Europejskiego, które były w maju, ogłosiła prawie z końcem terminu (2 sierpnia).

Cóż się stanie, jeśli nie zdąży? Nic. Nie takie rzeczy widzieliśmy. A dla sędziów, których legalność wyboru i działania i tak jest kwestionowana, naprawdę nie jest problemem przeciągać ogłoszenie wyniku wyborów. Ogłoszenie nieważności całych wyborów groziłoby skandalem w Unii Europejskiej. Ale można zakwestionować wybór poszczególnych parlamentarzystów (art. 224, par. 3 k.w.). A wtedy trzeba przeprowadzić ponowne głosowanie w tych okręgach.

Wybory uzupełniające ogłasza prezydent. Trzeba znowu rejestrować kandydatów, prowadzić kampanię wyborczą, organizować głosowanie, liczyć głosy, osądzać protesty wyborcze. Czas płynie, rząd Mateusza Morawieckiego rządzi, stary parlament pracuje.

Sprawdź kandydatów do Sejmu i Senatu

As w rękawie: wyrok TSUE

Jeśli wynik wyborów byłby ciągle niesatysfakcjonujący, można tak do skutku. I jest jeszcze as w rękawie: Trybunał Sprawiedliwości UE i jego wyrok w sprawie legalności powołania i działania Krajowej Rady Sądownictwa, tzw. neo-KRS. Wyrok, który może oznaczać nieważność powołania sędziów przez neo-KRS, także tych do Izby Kontroli Nadzwyczajnej SN.

Wyrok TSUE spodziewany jest przed wyborami, ale może też zapaść później. Jeśli zakwestionuje legalność działania Izby Kontroli Nadzwyczajnej – PiS może go uznać. I stwierdzić, że nie ma komu orzec o ważności wyborów. Któż mógłby zganić PiS za podporządkowanie się wyrokowi TSUE? Zatem uchwała Izby nie zostanie wydrukowana w „Dzienniku ustaw”, co według kodeksu wyborczego (art. 224, par. 5 i 6) jest warunkiem jej wejścia w życie. W przeciwieństwie do niepublikowania orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego o nieopublikowanie uchwały nielegalnej izby SN nikt nie będzie miał pretensji.

I zabawa zacznie się od nowa – trzeba będzie napisać nową ustawę o KRS. KRS wybierze nowych sędziów… Oczywiście można prościej – jednym przepisem oddać orzekanie Izbie Pracy SN, która do tej pory orzekała o ważności wyborów i w której na razie nie ma żadnego neosędziego. Ale PiS-owi może w tym akurat przypadku na prostocie nie zależeć.

Zmiana konstytucji?

Brzmi to wszystko dość fantastycznie, ale cztery lata temu równie fantastycznie brzmiał scenariusz przejęcia Trybunału Konstytucyjnego czy KRS.

To wszystko to jedynie możliwości, które daje PiS-owi uprawiana przez to ugrupowanie specyficzna, antydemokratyczna i antykonstytucyjna interpretacja prawa. Nie twierdzę, że PiS ma przygotowany taki scenariusz. Ale faktem jest, że otworzył sobie do niego drzwi.

I na koniec jeszcze jedne drzwi: do zmiany konstytucji. Jeśli stary parlament nadal będzie obradował, posłowie opozycji prawdopodobnie będą te obrady bojkotować, żeby dać świadectwo sprzeciwu wobec nadużywania prawa do kwestionowania woli wyborców. PiS będzie więc sobie obradował samodzielnie.

Do wprowadzenia poprawek do konstytucji potrzeba dwóch trzecich głosów przy obecności minimum połowy z 460 posłów. Połowa to 230. Posłów PiS jest 240, a więc ponad połowa. Dwie trzecie to 153 głosy. W tej sytuacji PiS może samodzielnie zmienić konstytucję.

I teraz można pisać kolejny scenariusz.

Kmicic z chesterfieldem

Prezes Jarosław Kaczyński zabrał głos w sprawie podniesienia płacy minimalnej; polityk uważa, że reforma jest zasadna i wszelkie głosy jej krytyki są nieuzasadnione. Swoimi przemyśleniami podzielił się w Programie 1 Polskiego Radia.

Kaczyński w pełni popiera zwiększenie płacy minimalnej do pułapu 4 tys. zł brutto. „Powtarzałem od wielu lat, że nie można bez przerwy mówić społeczeństwu, że trzeba zaciskać pasa” – stwierdził prezes Prawa i Sprawiedliwości. Prawicowy polityk twierdzi, że „jeśli zwiększą się płace, tworzy to nacisk na ulepszenie gospodarki” – z taką tezą z pewnością nie zgodzi się zdecydowana większość liberalnych ekonomistów.

Szef „dobrej zmiany” usiłował również wykreować się na obrońcę polskich pracowników, którym z pewnością nie jest. Prezes mówił m.in. o fali „fake…

View original post 1 068 słów więcej

 

Porażka PiS w wyborach do władz unijnych. Zero dla Polski

Jest porozumienie w Radzie Europejskiej. Kandydatem na szefa Komisji Europejskiej została Ursula von der Leyen. To tę niemiecką polityk przywódcy państw Unii Europejskiej widzą na fotelu przewodniczącego KE zamiast Fransa Timmermansa. – Z tego, co już teraz wiemy, kandydatura Ursuli von der Leyen została zaakceptowana w kilka chwil przez całą Grupę V4. Nie jestem pewny, czy w niedzielę, gdyby ta kandydatura została przedłożona, to od razu to spotkałoby się z taką pozytywną reakcją. Nie wierzę w to, że tacy starzy wyjadacze polityczni, jak Merkel, Tusk i Macron, nie wiedzieli, co się kroi. Musieli przewidywać, że V4 będzie się sprzeciwiać, a na pewno musieli sobie zdawać sprawę, że EPP nie przyjmie z zachwytem rozwiązania z Timmermansem, tym bardziej, że od początku obstawała przy swojej kandydaturze. W efekcie dostali to, czego chcieli – mówi dr Kamil Zajączkowski, europeista z Uniwersytetu Warszawskiego. – Jeżeli polski rząd myśli, że te kwestie zostaną schowane i rozmyte, to nie spodziewałbym się tego. Konsekwentnie KE będzie egzekwowała wszystkie kwestie związane z praworządnością – podreśla

Europejskie rozgrywki

O kompromis nie było łatwo. Jeszcze w poniedziałek po 19 godzinach negocjacji sytuacja wydawała się patowa. Prawie pewny kandydat, Frans Timmermans, spotkał się jednak ze sprzeciwem Grupy Wyszehradzkiej z Polską na czele. Niechętni kandydaturze Holendra byli także Włosi.

Teraz kandydatka na przewodniczącą KE będzie musiała uzyskać poparcie eurodeputowanych w Parlamencie Europejskim.

Wybór w Radzie Europejskiej, czyli wśród przywódców państw członkowskich, zapadł jednogłośnie, przy jednym głosie wstrzymującym ze strony kanclerz Niemiec Angeli Merkel.

Oprócz Ursuli von der Leyen Rada Europejska nominowała też Charlesa Michela na przewodniczącego Rady Europejskiej, Josepa Borella na szefa dyplomacji UE i Christine Lagarde na szefową Europejskiego Banku Centralnego.

Kim jest Ursula von der Leyen?

To niemiecka minister obrony, wywodzi się z CDU. Jest polityczną protegowaną Angeli Merkel – to kanclerz wprowadziła ją w świat wielkiej polityki w 2005 roku. Swego czasu była typowana na następczynię Merkel.

Ursula von der Leyen mówi płynnie po angielsku i francusku i porusza się pewnie na międzynarodowej scenie politycznej.

Jeżeli zostanie szefową KE, będzie pierwszą Niemką od 50 lat na tym stanowisku i pierwszą kobietą.

Sukces polskiego rządu?

Jeszcze wczoraj podczas negocjacji kandydaturze Fransa Timmermansa sprzeciwiali się Włosi i V4. Premier Mateusz Morawiecki tłumaczył, że Holender “nie rozumie państw wychodzących z postkomunizmu”, a także, że jest nieprzyjazny Polsce i państwom Europy Środkowej.

We wtorek na konferencji podsumowującej szczyt mówił: – Cele, które zakładaliśmy, jadąc na szczyt, zostały zrealizowane. Pokazaliśmy, że potrzebujemy kandydatów, którzy mają potencjał łączenia, a nie antagonizowania Europy; którzy rozumieją kraje członkowskie. Dlatego sprzeciwialiśmy się kandydaturze Fransa Timmermansa.

Zdaniem Morawieckiego Timmermans “był kandydaturą radykalnej lewicy”.

– Pokazaliśmy, że eskalowanie konfliktu z Polską i atakowanie jej jest drogą donikąd. Polska nie jest państwem, które daje się postawić w kącie. Jesteśmy poważnym partnerem. Daliśmy do zrozumienia, jakie są nasze priorytety – mówił Morawiecki.

Komentatorzy wyśmiali ten samozachwyt, a łyżkę dziegciu do tego garnca miodu zadowolonego premiera dołożył też Grzegorz Schetyna, zwracając uwagę, że w 2009 i 2014 r. rząd polski potrafił wynegocjować stanowiska dla Polaka.

– Moim zdaniem, gdyby to tylko zależało do Polski i Grupy Wyszehradzkiej, to wynik tej całej układanki nie skończyłby się w taki sposób – mówi Kamil Zajączkowski, europeista z UW i autor ostatniej publikacji “Misje cywilne i operacje wojskowe Unii Europejskiej w perspektywie wybranych teorii stosunków międzynarodowych i integracji europejskiej”.

JUSTYNA KOĆ: Polska nie jest państwem, które daje się postawić w kącie. Jesteśmy poważnym partnerem – skomentował premier Morawiecki szczyt RE. Nominacja Ursuli von der Leyen to sukces polskiego rządu?

DR KAMIL ZAJĄCZKOWSKI: Moim zdaniem, gdyby to tylko zależało do Polski i Grupy Wyszehradzkiej, to wynik tej całej układanki nie skończyłby się w taki sposób. W dużym stopniu o tym, że Timmermans nie został szefem KE, zadecydowały dwa czynniki, ale trzeba przyznać rację, że polska dyplomacja je wykorzystała. Po pierwsze, bunt centroprawicowej europejskiej chadecji, czyli EPP, i sprzeciw Włoch. Bunt chadeków wynikał z prostej kalkulacji; socjaliści i chadecy łącznie stracili ponad 100 mandatów w PE. Po drugie, o wyborze z Osaki zadecydowały 4 państwa: Niemcy, Francja, Holandia i Hiszpania, która powróciła do gry po kilkunastu latach.

JESZCZE KILKA LAT TEMU WSZYSCY PATRZYLI NA HISZPANIĘ JAKO PAŃSTWO, KTÓRE CHYLI SIĘ KU KATASTROFIE GOSPODARCZEJ, A TU HISZPANIA ZNOWU JEST PRZY STOLE, A NIE WŁOCHY, KTÓRE JAKO PAŃSTWO ZAŁOŻYCIELSKIE PRZY TYCH WSZYSTKICH ROZGRYWKACH BYŁO BRANE POD UWAGĘ.

Włochy sprzeciwiały się kandydaturze Timmermansa przede wszystkim z tego powodu, a nie z tych samych pobudek, co Polska i V4. To te czynniki głównie spowodowały, że ta kandydatura przepadła. Grupa Wyszehradzka nie jest jednolita, ale myślę, że w tym przypadku zadecydowały też czynniki ambicjonalne i niechęć osobista, która jest w polityce istotna. To wszystko spowodowało, że ta układanka z Timmermansem się nie powiodła.

Długo wydawało się, że jest jednak murowanym kandydatem. To w takim razie oczywisty błąd polityków europejskich?
Mam na ten temat pewną hipotezę, którą będzie można zweryfikować z czasem, gdy wyjdą na jaw szczegóły; na ile Timmermans był najmocniejszym kandydatem, na ile to spięcie niedzielno-poniedziałkowe było przypadkiem, a na ile to, co się stało, było oczekiwane przez największych graczy, aby oczyścić przedpole i położyć na stół nowe karty. Z tego, co już teraz wiemy, kandydatura Ursui von der Leyen została zaakceptowana w kilka chwil przez całą Grupę V4. Nie jestem pewny, czy w niedzielę, gdyby ta kandydatura została przedłożona od razu, to spotkałaby się z taką pozytywną reakcją. Nie wierzę w to, że tacy starzy wyjadacze polityczni, jak Merkel, Tusk, Macron, nie wiedzieli, co się kroi. Musieli przewidywać, że V4 będzie się sprzeciwiać, a na pewno musieli sobie zdawać sprawę, że EPP nie przyjmie z zachwytem rozwiązania z Timmermansem, tym bardziej, że od początku obstawiała przy swojej kandydaturze i dostała to, czego chciała.

Kim jest Ursula von der Leyen i czego możemy się po niej spodziewać?
Oczywiście już się mówi, że to nie jest kandydatura idealna, że nie ma doświadczenia, część osób mówi, że Timmermans był najlepszym kandydatem, ale

NA TYM POLEGA KOMPROMIS, TAKŻE W POLITYCE, ŻE ZAZWYCZAJ WYGRYWA OSOBA, KTÓRA NIE JEST WYRAZISTA, NIE BUDZI EMOCJI, NIE JEST SILNĄ OSOBOWOŚCIĄ.

Tak było w przypadku poprzedniego szefa KE José Manuela Barroso?
To prawda. W 2004 roku było dwóch bardzo silnych kandydatów, a wygrał ten trzeci, podobnie gdy cofniemy się jeszcze bardziej. Po prostu tak wygląda kompromis. Dodałbym tu jeszcze jedno ważne spostrzeżenie; okazało się, że duopol niemiecko-francuski nie pracuje tak sprawnie, jak do tej pory. Te kilka ostatnich tygodni to pokazało, bo wszystko zaczęło się od tego, że to Macron zablokował Webera, czyli zaczęło się od kłótni francusko-niemieckiej. W efekcie poobijana mocno Merkel, która ma dużo słabszą pozycję, nie potrafiła domknąć tej kandydatury. Z drugiej strony Niemcy mają przewodniczącego KE, a Francuzi mają to, czego bardzo chcieli, czyli kontrolę nad strefą euro i gwarancję, że przyszła szefowa EBC będzie kontynuowała linię odchodzącego prezesa.

Wśród nominacji nie ma żadnego Polaka i nikogo z V4. Porażka?
Mimo zachowania jedności V4 nie ma tu żadnego stanowiska nawet dla przedstawicieli Europy Środkowej, i to jest znamienne.

PO TYM SZCZYCIE WIDAĆ TEŻ WYRAŹNIE PRZESUNIĘCIE WŁADZY W RĘCE SZEFÓW RZĄDÓW, STĄD TEŻ TAKA KANDYDATURA NA SZEFA KE.

Komisja za nowej przewodniczącej odpuści walkę o praworządność?
Ursula von der Leyen będzie przewodniczącą, ale wiceprzewodniczącym ma być Timmermans. Chodzą pogłoski, że zachowa on w swej działalności prawa człowieka, praworządności, czyli będzie zajmował się tym, czym do tej pory. To ewenement, bo do tej pory po zakończeniu kadencji zazwyczaj politycy dostawali nowe teki, tu wiele wskazuje, że Holender ma dostać działkę właśnie dotyczącą praworządności.

NIE SPODZIEWAŁBYM SIĘ WIĘC, ŻEBY LINIA KE SIĘ ZMIENIŁA I ZNOWU BĘDZIEMY MIELI “DOBREGO” PRZEWODNICZĄCEGO I “ZŁEGO” ZASTĘPCĘ. DOBRĄ BĘDZIE URSULA VON DER LEYEN, A TYM ZŁYM TIMMERMANS.

Jeżeli polski rząd myśli, że te kwestie zostaną schowane i rozmyte, to nie spodziewałbym się tego. Konsekwentnie KE będzie egzekwowała wszystkie kwestie związane z praworządnością.

Wybory nowych władz Unii Europejskiej pokazały, że Polska i Grupa Wyszehradzka dobrze sobie dziś radzą w burzeniu unijnych porządków, ale nie potrafią w Brukseli niczego zbudować.

  • Na czele UE nie będzie nikogo z Europy Środkowej
  • Co więcej, będą to politycy, którzy publicznie krytykują stan demokracji w Europie Środkowej
  • Oznacza to, że wbrew twierdzeniom Warszawy i Budapesztu, Grupa Wyszehradzka nie odniosła w tych negocjacjach żadnego sukcesu poza zablokowaniem kandydatury Timmermansa
  • „W UE, której idea opiera się na wspólnych wartościach i na kompromisie, zablokować coś i zburzyć jest stosunkowo łatwo. O wiele trudniej jest cokolwiek zbudować”

Bez względu na to, jak bardzo środkowoeuropejscy politycy starają się przedstawić nowe władze wykonawcze UE jako swój sukces, to jest faktem, że Europa Środkowa została całkowicie pominięta przy rozdziale najważniejszych stanowisk w Brukseli. Co więcej, nowi liderzy UE w najmniejszym stopniu nie podzielają wizji Europy Jarosława Kaczyńskiego i Viktora Orbana.

Pan wicepremier Jarosław Gowin komentując decyzje szczytu UE, powiedział dziś w Polsat News, że „okazało się, że Francja i Niemcy nie są już w stanie podejmować decyzji z pominięciem Polski i innych, nowych krajów unijnych”. Popatrzmy więc, jak na tym niepomijaniu Warszawy wyszły Berlin i Paryż, a jak sama Warszawa i cały nasz region.

Przewodniczącą Komisji Europejskiej będzie Niemka Ursula von der Leyen, bliska sojuszniczka Angeli Merkel i członkini jej partii CDU. Francuzi odebrali zaś eurosceptycznym Włochom kluczowe dla ekonomicznej przyszłości UE i niezwykle wpływowe stanowisko szefa Europejskiego Banku Centralnego. Na jego czele stanie pani Christine Lagarde, która jako szefowa Międzynarodowego Funduszu Walutowego wspierała twarde stanowisko Berlina wobec kryzysu finansowego w Grecji.

Berlin i Paryż nie pominęły więc Polski, bo nie mogły tego zrobić w świetle prawa UE. Berlin i Paryż po prostu Polskę ograły.

Dodajmy do tego fakt, że szefem europejskiej dyplomacji zostanie Hiszpan Josep Borrell, a przewodniczącym Rady Europejskiej Belg Charles Michel i widać, że z czterech czołowych stanowisk we władzach wykonawczych Unii Polsce i Grupie Wyszehradzkiej nie przypadło ani jedno. Wszystkie zajęli członkowie UE z Europy Zachodniej. Tej, która nie może już pomijać zdania Polski…

Co więcej, na czele dyplomacji UE stanie socjalista, z którym nijak rządzącej w Polsce partii nie jest po drodze. Żeby jeszcze pogorszyć sytuację, Borrell wywodzi się z tej części UE, dla której z naturalnych powodów ważniejsze było i będzie kierowanie uwagi UE na południe, w stronę Afryki Północnej, a nie na wschód, np. w kierunku Ukrainy.

Obecna szefowa dyplomacji UE Federica Mogherini nie zrobiła dla nas prawie nic. Z punktu widzenia interesów polskiego rządu wybór Borrella nie jest lepszy. Jako szef dyplomacji Hiszpanii wielokrotnie krytykował on stan praworządności w Polsce i na Węgrzech. W ub.r. Borrell tak ostro krytykował stan demokracji na Węgrzech, że węgierski MSZ wezwał do siebie hiszpańskiego ambasadora i oficjalnie wyraził oburzenie tą krytyką.

Kandydatka na szefową Komisji Europejskiej, jeszcze jako minister obrony Niemiec, też otwarcie krytykowała antydemokratyczne, jej zdaniem, poczynania rządu PiS. Dwa lata temu w jednym z wywiadów otwarcie poparła demonstracje polskiej opozycji w obronie niezależności sędziów. Jej słowa były tak ostre, że ówczesny minister obrony Antoni Macierewicz nakazał wezwać na dywanik do MON-u attache obrony ambasady Niemiec, a ówczesny minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski mówił o następczyni Jean-Claude’a Junckera tak: „Słowa Ursuli von der Leyen o potrzebie wspierania zdrowego demokratycznego oporu młodego pokolenia w Polsce to próba ingerencji w wewnętrzne sprawy naszego kraju”.

Przewodniczącym Rady Europejskiej, nazywanym nieco przesadnie prezydentem Europy, zostanie obecny premier Belgii Charles Michel. Ten sam, który rok temu mówił, że brak solidarności krajów Grupy Wyszehradzkiej z resztą UE w sprawie kryzysu imigracyjnego grozi rozpadem strefy Schengen.

To także ten sam polityk, który dwa lata temu po sławnym głosowaniu 27:1 w sprawie wyboru Donalda Tuska na drugą kadencję szefa Rady Europejskiej, komentował samotność Warszawy tak: „Chcemy jedności Europy, ale nie za wszelką cenę. To, co się dziś wydarzyło, pokazuje, że Europa ma możliwość osiągnięcia czegoś w mniejszym gronie tych, którzy chcą więcej”.

Michel, który za chwilę zastąpi Donalda Tuska, zirytowany polityką polskiego rządu, oficjalnie popierał więc stworzenie Europy dwóch prędkości. To pomysł dla nas morderczy i słusznie jest przez Warszawę stanowczo odrzucany.

Jedynym osiągnięciem polskiego rządu przy wyborze nowych władz UE pozostaje więc udział w zablokowaniu kandydatury Franza Timmermansa na stanowisko zajęte ostatecznie przez osobę, która o stanie demokracji w Polsce wyrażała się publicznie bardziej zdecydowanie od niego.

Timmermans nigdzie jednak nie znika. Nadal będzie zajmował stanowisko wiceszefa KE i jako jeden z jej najbardziej doświadczonych członków z pewnością nadal będzie w niej odgrywał kluczową rolę. Co oznacza, że nie tylko będzie nadal komplikował życie Warszawie i Budapesztowi, ale też będzie miał większe wsparcie ze strony swej nowej szefowej, w przeciwieństwie do łagodzącego spory wewnątrz Unii Junckera.

Na pocieszenie dla Prawa i Sprawiedliwości z Parlamentu Europejskiego nadeszła dziś wiadomość, że była premier Beata Szydło stanie zapewne – w wyniku podziału komisji pomiędzy frakcje PE – na czele komisji ds. zatrudnienia, której głównym zadaniem jest walka z dyskryminacją przy zatrudnianiu w krajach UE. O pozycji przewodniczącego PE Polska nie ma co marzyć.

2 lipca 2019 r. stał się dowodem na to, że w Unii Europejskiej, której idea opiera się na wspólnych wartościach i na kompromisie, zablokować coś i zburzyć jest stosunkowo łatwo. O wiele trudniej jest cokolwiek zbudować. Grupa Wyszehradzka właśnie tego boleśnie doświadczyła. Kolejna próba za pięć lat.

Kmicic z chesterfieldem

„Hymn Unii na pierwszym posiedzeniu PE. Partia Brexit tyłem. Waszczykowski i Zalewska nawet nie wstali” – napisał na Twitterze Bartosz Wieliński z „GW”. Byli ministrowie w rządzie PiS, a obecnie europosłowie tak się zachowali podczas inauguracji obrad Parlamentu Europejskiego w Strasburgu.

Podczas odgrywania „Ody do radości” była minister edukacji Anna Zalewska i były minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski nawet nie podnieśli się z foteli. Ociągając się, wstali Anna Fotyga i Patryk Jaki. Natomiast Jacek Saryusz-Wolski robił sobie podczas hymnu UE selfie.

Internauci z oburzeniem komentowali zachowanie europosłów PiS: – „Zalewska i Waszczykowski siedzą podczas hymnu UE. Partia Brexit UK stoi tyłem. Co towarzystwo miernot. Idziemy w bardzo złym kierunku. Hasło Polska sercem Europy to pic na wodę i kłamstwo. PiS właśnie pokazał to „tętniące” serce z kampanii. PiS to Polexit!”;

Robić cyrk i strzelać focha potrafią, ale euro im nie śmierdzi. Jak im tak bardzo UE nie pasuje, to…

View original post 1 233 słowa więcej

 

Je…ć …PiS! Pomnik Polskiego Jabola

Krzysztof Skiba, słynny frontman zespołu Big Cyc, opublikował na swoim profilu na Facebooku informację o tym, co spotkało go w ostatnim czasie.

Do Skiby zapukali bowiem policjanci. Okazało się, że służby w naszym kraju badają temat m.in. antypisowskich okrzyków z koncertu KSU – innego legendarnego zespołu rockowego – który miał miejsce w sierpniu minionego roku w Ustrzykach Dolnych.

Kontrowersyjny koncert?

Na koncercie było – jak wspomina Skiba, który był prowadzącym imprezy – blisko dziesięć tysięcy osób. W jego trakcie cześć widowni wznosiła okrzyki “Je…ć …PiS!”. Ponoć nikt na scenie – ani muzycy ani sam lider Big Cyc – nie krzyczeli w ten sposób.

„W nawiązaniu do słynnej piosenki KSU “Jabol punk” zaproponowałem ze sceny zbudowanie w Ustrzykach Pomnika Polskiego Jabola. Pomnik taki (podobnie jak pomnik “glana” w Jarocinie) z pewnością byłby wspaniałą atrakcją turystyczną miasta. Propozycja miała charakter humorystyczny i tak też przyjął ją burmistrz miasta Bartosz Romowicz, który zespołowi KSU na urodziny podarował butelkę kultowego wina.”

– wspomina Skiba i kontynuuje:

„Okrzykami “Je…ć… PiS” oraz propozycją budowy Pomnika Polskiego Jabola poczuł się obrażony zacny obywatel miasta pan Adam Łukaszyk, który na koncercie co prawda nie był, ale kilka miesięcy później zobaczył jego fragmenty na YouTube. Obrażony obywatel (którego żona mocno udziela się w lokalnym PiS) zgłosił sprawę na policję, a ta wszczęła dochodzenie. Policja przesłuchała już na tę okoliczność organizatorów koncertu, burmistrza oraz także mnie. Sprawa toczy się zgodnie z procedurami. Trwają przesłuchania, sporządza się raporty i dokumenty, trwa analiza materiałów filmowych, dokonuje się oględzin miejsca, w którym krzyczano nieprawomyślne hasła. Policja jak wiadomo nie ma co robić, więc pewnie z radością zajmuje się takimi rozkosznymi sprawami.”

Niepotrzebna sprawa

Badanie takich tematów przez policję jest z pewnością zbyteczne. Pokazuje jednak do jakich napięć społecznych zaczyna dochodzić naszym kraju i jak skonfliktowani są dziś Polacy. Skiba nie jest bowiem ani odpowiedzialny za okrzyki publiki, zaś jego propozycja pomnika – może i infantylna – powinna zostać uznana tylko za głupi żart.

Cały wpis Skiby tutaj >>>

Kmicic z chesterfieldem

Jednym z największych wyzwań XXI wieku przed którymi stoi Polska jest transformacja energetyczna. Odejście od węgla i włączenie się w walkę z globalnym ociepleniem jest obowiązkiem stojącym przed całym obecnym pokoleniem. Jest to także duża bitwa gospodarcza, ponieważ tania i dostępna energia stanowi atut w rywalizacji z innymi graczami światowej gospodarki. Nie bez znaczenia jest także cena energii dla samych konsumentów, co szczególnie pokazało desperackie dążenie rządu do refundacji podwyżek cen prądu. Do realizacji wszystkich powyższych celów potrzeba zatem wydajnego źródła energii. Tymczasem strategia rządu staje się na tle świata coraz bardziej zacofana. Głównym problemem polskich władz jest bowiem opóźnienie w czasie odchodzenia od węgla w celu zadowolenia licznego grona wyborców lobby węglowego, oraz zwalczanie z przyczyn ideologicznych energetyki wiatrowej na lądzie. Absurd obu założeń widać  szczególnie mocno na tle raportu Międzynarodowej Agencji Odnawialnych Źródeł Energii (IRENA) o kosztach produkcji odnawialnych źródeł energii.

Okazuje się bowiem, że te dynamicznie maleją…

View original post 3 701 słów więcej

 

Butny Kaczyński nienawidzi niepełnosprawnych, którzy mu przeszkadzają

 

Depresja plemnika

Ze zdumieniem i niedowierzaniem obserwuję informacje, które pojawiają się w mediach na temat afery pedofilskiej w domu publicznym na Podkarpaciu. Na szczęście nie jestem pełnomocnikiem ani byłego agenta CBA, ani pokrzywdzonych ani nikogo innego w tej sprawie, więc mogę się wypowiadać jako obywatel, a nie adwokat.

Czy myśmy wszyscy przez te ostatnie cztery lata tak zdziczeli, że gwałty na dzieciach organizowane przez służby specjalne (albo za ich przyzwoleniem) nas nie ruszają? Moja wiedza pochodzi wyłącznie ze źródeł medialnych, ale ponieważ nikt nikomu jeszcze procesu nie wytoczył, to mam podstawę sądzić, że prawdą jest iż od lat funkcjonował dom publiczny, który sprowadzał nieletnie dziewczynki z Ukrainy, które były gwałcone przez tysiące „Vipów”, w tym osoby z najwyższych kręgów władzy. Dodam że dla mnie jako obywatela współżycie seksualne nawet za zgodą osoby poniżej 15 roku życia, to zawsze gwałt, mimo że kategoria prawna jest nieco inna. Tak czy inaczej pedofile z najwyższych…

View original post 2 350 słów więcej

 

Kaczyński wraz ze swymi przydupasami wyprowadzają nas z UE

Procesy przed unijnym Trybunałem to pierwszy krok do tego, żeby przywrócić każdej Polce i każdemu Polakowi prawo do niezależnego sądu. Do tego, żeby przywrócić niezależność Krajowej Rady Sądownictwa od polityków.

PiS za wszelką cenę stara się procesy przed unijnym Trybunałem opóźnić. Temu służyło złożenie wniosku o wyłączenie sędziego Koena Laenartsa. Tak naprawdę nie było do tego żadnych podstaw. Nie dziwię się więc, że wniosek został odrzucony.

Przedstawiciele PiS chcieli wyłącznie odwlec w czasie rozpoznanie niewygodnej dla siebie sprawy. Tego typu prawne wybiegi mogłyby sprawdzić się w instytucjach obsadzonych nominatami partii rządzącej, ale nie przed Trybunałem w Luksemburgu.

PiS wyraźnie boi się rezultatu postępowania przed niezależnym, unijnym Trybunałem. Jest to swoiste potwierdzenie, że politycy PiS mają świadomość, że ustawy upolityczniające KRS i SN łamią i polską Konstytucję i unijne prawo. Gdyby mieli przekonanie o zgodności tych ustaw z prawem europejskim to spokojnie czekaliby na rozstrzygnięcie TSUE.

Wychodzenie z UE trwa już jakiś czas. PiS w drugiej kadencji – gdyby miał rządzić – ostatecznie wyprowadzi nas z UE, aby oddać nas w łapy Kremla.

Polish vodka

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Rząd Mateusza Morawieckiego ma być zrekonstruowany. Powiadomiła o tym rzeczniczka PiS Beata Mazurek, a nie rzeczniczka rządu – Joanna Kopcińska. Czy to coś znaczy? Tak! W PiS obowiązują zasady jak reżimach, klaszczą tak długo, aż satrapa powstrzyma aplauz na cześć swojej osoby podniesieniem ręki. Dlaczego o rekonstrukcji nie powiadomił ktoś bliski ucha Morawieckiego, jak choćby Michał Dworczyk, szef Kancelarii Premiera, który wędruje po mediach każdego dnia?

Obawiam się, że o rekonstrukcji rządu Morawieckiego mógł wcześniej nie wiedzieć… sam Morawiecki. Świadczą o tym słowa Mazurek: – „Mam informację, że rekonstrukcja rządu nastąpi jeszcze przed wyborami do Parlamentu Europejskiego”. Od kogo ma informacje? Niewygodnie wszak informować, że prezes decyduje, kogo Morawiecki ma wymienić.

W PiS afera goni aferę, jedna przykrywa drugą, korupcję Kaczyńskiego przykrywa seksafera Kuchcińskiego, a tę z kolei protest nauczycieli. Nim zorientujemy się, o co chodzi w najnowszej aferze, zbliża się inna, jeszcze bardziej demolująca…

View original post 755 słów więcej

Jak PiS chce przechytrzyć państwo, konstytucję i Unię Europejską

Oddział ZUS w Jaśle „został poproszony przez polityków PiS” o wycofanie zażalenia do Sądu Najwyższego, które stało się podstawą zadania pytań prejudycjalnych Trybunałowi Sprawiedliwości UE. Co więcej – i jest to niespotykane, zdaniem informatora „Gazety Wyborczej” – pismo cofające zażalenie zostało wysłane jednocześnie do SN i Prokuratury Krajowej – czytamy w portalu GW.

Wycofanie zażalenia do Sądu Najwyższego powoduje, że zadanie pytań prejudycjalnych dotyczących czystki dokonanej przez ustawy prezydenta Andrzeja Dudy nie ma już podstaw. W niedzielę sędzia Michał Laskowski, rzecznik SN powiedział mediom: „Jest prawdopodobne, że Sąd Najwyższy wycofa pytania prejudycjalne skierowane do Trybunału Sprawiedliwości”.  Może oznaczać, że TSUE nie zajmie się sprawą czystki i nie zatrzyma wysyłania sędziów Sądu Najwyższego na przymusową emeryturę. „Gazeta Wyborcza” próbowała ustalić, jak do tego doszło. – „Zakład sam nigdy by takiej decyzji nie podjął. Naszym zadaniem jest bowiem dbać o pieniądze publiczne, a tą decyzją działamy wbrew interesom swoim i budżetu państwa” – mówi jej informator w ZUS.

Dlaczego? Sprawa dotyczy fikcyjnego zatrudnienia za granicą i próby uniknięcia płacenia składek ZUS w Polsce. Drobna z pozoru historia obrosła w poważne w skutkach konsekwencje. Mowa o właścicielu firmy, zarejestrowanej w Polsce, który płacił tu miesięcznie ponad 1,2 tys. zł składek na ZUS. Po podjęciu pracy na etacie na Słowacji poinformował on Zakład, że ponieważ podlega tam obowiązkowemu ubezpieczeniu, składek od działalności gospodarczej płacić w Polsce nie musi. Z taką metodą „optymalizacji kosztów” nasz ZUS walczy od lat. W sprawie biznesmena też przeprowadził kontrolę i stwierdził, że mężczyzna jest zatrudniony na Słowacji fikcyjnie- jedynie po to, by płacić niższe składki. ZUS poinformował zatem swego słowackiego odpowiednika, że włącza pana Andrzeja do polskiego systemu ubezpieczeń i każe mu znów płacić składki. Słowacy na pismo nie odpowiedzieli. W takiej sytuacji zastosowanie mają unijne przepisy, które przewidują, że jeśli w określonym czasie organ rentowy danego kraju nie odpowie na pismo innego kraju, to oznacza to, że podziela on opinię wnioskodawcy. Tymczasem biznesmen w reakcji na działania polskiego ZUS… wystąpił on do sądu. Sąd uznał, że Zakład powinien poczekać na opinię strony słowackiej. Ale ZUS – zgodnie z przepisami o koordynacji unijnej – nie musi tego robić i zgłosił zażalenie do Sądu Najwyższego.

>>>

Ostatecznie – czytamy w portalu – sprawą zajął się poszerzony skład siedmiu sędziów SN. Okazało się wówczas, że znalazło się w nim dwóch sędziów, którzy przekroczyli już 65. rok życia i wobec których trwała procedura związana z przeniesieniem ich w stan spoczynku lub ewentualnym umożliwieniem im dalszego orzekania. Przypomnijmy: na mocy pisowskiej nowelizacji ustawy o SN wiek emerytalny sędziów został obniżony z 70 do 65 lat, a zgodę na dalsze orzekanie sędziów wydaje prezydent.SN nie potrafił rozstrzygnąć, czy tacy sędziowie mogą orzekać. Postanowił więc skierować pięć pytań do Trybunału Sprawiedliwości UE i zawiesić stosowanie przepisów ustawy o Sądzie Najwyższym, w tym tego o przymusowych emeryturach sędziów.

Tyle sprawa, natomiast warta dalszej obserwacji jest wspomniana nadgorliwa aktywność oddziału ZUS z Jasła. Krzysztof Michałowski z zespołu prasowego SN informuje zaś, że pismo cofające zażalenie wpłynęło 25 września. Już następnego dnia Prokuratura Krajowa poinformowała SN pisemnie, że … w związku z decyzją ZUS wnosi o umorzenie postępowania oraz uchylenie postanowienia SN o zwróceniu się z pytaniami prejudycjalnymi do TSUE. Co uderzające, SN nawet nie zdążył jeszcze rozesłać odpisów pisma Zakładu do uczestników postępowania (!) – w tym samej Prokuraturze Krajowej (ponieważ przystąpiła ona do sprawy natychmiast po przedstawieniu przez SN pytań prejudycjalnych TSUE).

Z informacji „Wyborczej” wynika, że to sam ZUS poinformował prokuraturę o cofnięciu zażalenia. I na tej podstawie PK natychmiast wniosła o umorzenie postępowania. Odpowiednie pismo podpisała prokurator Henryka Gajda-Kwapień z wydziału sądowego. Prokuratura Krajowa tak się przy tym spieszyła, że nie załączyła odpisów wniosku ZUS, zatem SN zwrócił się do prokuratury o uzupełnienie braków, czytamy w portalu GW. Pisma Zakładu są podpisane przez radcę prawnego oddziału ZUS w Jaśle. Nie zawierają wprawdzie uzasadnienia cofnięcia zażalenia, ale za to wskazują na przepisy, które zobowiązują sąd do umorzenia postępowania. Dziennikarze GW bezskutecznie próbowali skontaktować się z dyrektor oddziału w Jaśle, Krystyną Domaradzką. Rzecznik ZUS w Rzeszowie potwierdza jedynie, że oddział ZUS w Jaśle wycofał zażalenie z SN. Więcej komentarzy udzielić nie chce. Sprawa zainteresowała się tymczasem posłanka PO z Jasła, Joanna Frydrych, która pracowała kiedyś w jasielskim ZUS. Planuje złożyć interpelację poselską.

Ujawnione przez dziennikarzy Onetu szczegóły analizy 40 tomów akt tzw. afery taśmowej mogą pogrzebać marzenia Mateusza Morawieckiego o prezydenturze. Zeznania kelnerów podsłuchujących polityków w restauracji „Sowa i Przyjaciele” obciążają obecnego premiera. Co ciekawe, nie wiadomo gdzie znajduje się najważniejszy z dowodów w tej sprawie, czyli taśma z nagraniem Morawieckiego. Z akt wynika ponadto, że śledczy specjalnie pominęli wątek przestępczego procederu, którego według zeznań oskarżonych miał dopuścić się Mateusz Morawiecki.

Akta sądowe wskazują na trzech bezpośrednich sprawców afery taśmowej. Pomysłodawcą akcji miał być przedsiębiorca Marek Falenta, za samo nagrywanie mieli być odpowiedzialni dwaj pracujący u „Sowy i Przyjaciół” kelnerzy – Łukasz N. oraz Konrad Lasota. Większość z pytań kierowanych podczas przesłuchań kelnerów w prokuraturze i przed sądem tyczyło się personaliów podsłuchiwanych oraz treści nagranych rozmów. Z zeznań dowiadujemy się, że upublicznione nagrania, stanowią niewielką część z dziesiątek, bądź setek, znajdujących się do dziś w nieznanych rękach. Właśnie w tych zeznaniach, składanych niezależnie od siebie i konfrontowanych, pojawia się wątek Mateusza Morawieckiego.

>>>

Podczas jednego z przesłuchań na początku 2015 r. prowadząca sprawę prokurator Anna Hopfer z Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga pyta kelnera Łukasza N.: „Czy zarejestrował pan rozmowę jednego z prezesów banku dotyczącą zawierania pożyczek i kredytów na podstawione osoby, tzw. słupy?”.

Odpowiedź Łukasza N. Jest następująca: „Tak, tak mi się wydaje, bo jakość tego nagrania była słaba, ja je odsłuchiwałem to było nagranie Morawieckiego z jakimś mężczyzną. Ja nie znam tego mężczyzny, w tej rozmowie brały udział tylko tych dwóch mężczyzn. Morawiecki jest z banku BZW BK. Z tego co pamiętam to rozmawiali o jakiś budynkach, tamten drugi człowiek którego nie znam powiedział że jakaś osoba się obawia i chce się wycofać z tego interesu. Rozmawiali o zakupie budynków pod inwestycje i mieli tam wynajmować pod jakieś biznesy ale dokładnie nie pamiętam. Rozmawiali, że dokumenty mają być sporządzone na jakąś osobę. Rozmawiali, że będą mieli te, że oni będą mieli te lokale zakupione na inne osoby, że na inne osoby będą wystawione dokumenty. Nie pamiętam czy w tej rozmowie była mowa o pożyczkach i kredytach na słupy. Oni rozmawiali o tym że będą kupować nieruchomości na podstawione osoby. Ten mężczyzna który się spotkał z Morawieckim powiedział, że prawdopodobnie jakaś kobieta się obawia i chce się wycofać. Nie pamiętam czy on precyzował czego się boi ta kobieta. Marek Falenta dostał ode mnie to nagranie. Ja o tym nagraniu mówiłem [funkcjonariuszce] CBŚ”.

Na pytanie prokurator, czy oskarżony mówił o tej taśmie Morawieckiego swemu wspólnikowi Konradowi Lasocie, nagrywającym w innej warszawskiej restauracji „Amber Room” odparł: „Możliwe że ja o tym nagraniu mówiłem Konradowi Lasocie, ale ja nie kojarzę”.

Wobec tego prokurator Hopfer przeczytała Łukaszowi N. kluczowy fragment z jego zeznania: „Dodatkowo [Łukasz N.] poinformował mnie o nagranej przez niego rozmowie prezesa banku BGŻ albo BH z kimś z jego najbliższego otoczenia dotyczącej zawierania pożyczek i kredytów na słupy, tj podstawione osoby. Oni mieli zaciągać kredyty na słupy i w ten sposób działać na szkodę banku. Nie jestem pewny jaki to był bank. O tym byłem informowany w okolicach września 2013 r.”

Łukasz N. tłumaczy się więc dalej: „Ten fragment dotyczył tej rozmowy Morawieckiego z tym mężczyzną, aczkolwiek ja nie odpowiadam za dosłowność słów Konrada. To jest interpretacja moich słów, ja nie pamiętam co dokładnie powiedziałem Konradowi. Chcę zaznaczyć, że z tych rozmów, które ja odsłuchałem i pamiętam to Morawiecki z drugim mężczyzną spotkał się tylko raz i to kojarzy mi się z tym spotkaniem. […]”.

Różnica w obu zeznaniach tyczy się tego, czy na słupy miały być kupowane nieruchomości (jak mówi Łukasz N.), czy brane kredyty. Należy tu jednak podkreślić, że wersja o kredytach Lasoty pochodzi z zeznań opartych na zasłyszanej od N. wersji. Ówczesne zeznania Łukasza N. dotyczące innych przez niego nagranych, po weryfikacji okazują się dość precyzyjne. Jednak, Lasota jest w swych wypowiedziach konsekwentny. Podczas procesu sądowego, już za rządów PiS, Lasota zeznał, że piastowanie przez Morawieckiego funkcji wicepremiera „budzi jego niesmak”„To osoba, co do której zostały złożone zeznania, że mogła uczestniczyć w procederze przestępczym” – oświadczył w procesie.

Trudno stwierdzić, że obciążenie zeznaniami obecnego premiera przez Lasotę motywowanie było sympatiami politycznymi kelnera. Konrad Lasota utożsamiał Morawieckiego z obozem poprzedniej władzy. Obecny premier należał wówczas do kręgu biznesowo-towarzyskiego Platformy, pełnił wtedy rolę członka Rady Gospodarczej przy premierze Donaldzie Tusku.

Istotne w sprawie jest to, że w aktach nie ma żadnych śladów działań prokuratury, policji czy służb w celu zweryfikowania zarzutów Łukasza N. wobec Morawieckiego, a sam prezes, przesłuchiwany przez ABW jako poszkodowany nie został spytany o oskarżenia kelnera. Rzecznik rządu Joanna Kopcińska pytana o tę sprawę przez dziennikarzy odpowiedziała „Ze względu na toczące się postępowanie, w którym Pan Mateusz Morawiecki ma status osoby pokrzywdzonej, nie jest możliwe udzielenie odpowiedzi na Pańskie pytania”.

Należy wspomnieć, że prokuratura w żadnej z dotąd opublikowanych taśm nie dopatrzyła się naruszania prawa. Mimo tego, publikacja nagrań wyraźnie wpłynęła na wynik ostatnich wyborów parlamentarnych. W aktach śledztwa znaleziono dowody na to, że nagrań z obecnym premierem może być więcej. Te znajdują się w nieznanych rękach i mogą być również wykorzystane w „korzystnym politycznie momencie”. Wiedząc, że politycy Prawa i Sprawiedliwości nie gościli u „Sowy i Przyjaciół”, ani nie byli przez kelnerów podsłuchiwani, możemy się domyślać, kto, bądź na czyją korzyść mogą działać ewentualni szantażyści.

Mateusz Morawiecki, jeszcze jako prezes banku BZ WBK mówił: „Nikt mnie nigdy nie szantażował, że moje ewentualnie nagrane rozmowy zostaną ujawnione. Nikt mi tego nie sugerował. Nikt nie proponował mi zakupu żadnych nagrań. Nikt się ze mną w sprawie ewentualnych nagrań nie kontaktował”. Dziś jednak Morawiecki jest premierem i ponoć namaszczonym przez Kaczyńskiego na prezydenta. Czy obserwując wzmacniającą się dziś pozycję premiera pomyślelibyśmy, że może być on bardziej zależny od Andrzeja Dudy?

ZUS wycofał skargę. Czy dlatego, że kwestia, której postępowanie dotyczyło, straciła aktualność? Nie. Państwowa instytucja poświęca sprawę konkretnego człowieka dla tricku prawnego, którego skutkiem jest zrobienie na złość sędziom. Państwo prawa Dobrej Zmiany. Bliżej ludzi.

Holtei

„Nie dostaliśmy do dzisiaj pozwu, który Komisja [Europejska – dop. Red.] miała zgłosić do Trybunału Sprawiedliwości” – powiedział w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim w Polsat News Mateusz Morawiecki. Premier – w sprawie dialogu Polski z KE i zmianach w sądownictwie – podkreślił, że dopiero wtedy rząd się ustosunkuje do wątpliwości tego gremium, dotyczących reformy sądownictwa w Polsce. Przypomniał, że Polska toczy z KE dialog. Pochwalił się również, że już teraz za sprawą pewnych regulacji, m.in. losowemu przydziałowi spraw sądowych, „słyszy pozytywne komentarze”. – „Jestem chwalony, to zasada, która już dawno powinna być wdrożona” – powiedział.

Premier uważa, że UE nie rozumie historycznych uwarunkowań Polski. – „Jesteśmy krzywdzeni przez Brukselę” – stwierdził, na całego grając na antyeuropejskich sentymentach. – „To dlatego, że Bruksela, ale tak naprawdę też kilka krajów zachodnioeuropejskich, bardzo ważnych, zacnych, nie rozumie sytuacji w Polsce, która jest sytuacją systemu postkomunistycznego” – mędrkował Morawiecki. Zapewnił, że rząd PiS nie…

View original post 8 078 słów więcej

Za co powinien siedzieć Duda i inna pisowszczyzna antykonstytucyjna

>>>

Gasiuk-Pihowicz: Prezydent przegrał, może nie całą wojnę, ale bitwę o Sąd Najwyższy. Listy do sędziów to próba usprawiedliwienia się przed swoim środowiskiem

My twardo stoimy na gruncie przepisów konstytucji. Prezydent może wysyłać te listy. Ja to odbieram, że to jest próba usprawiedliwienia się trochę przed swoim środowiskiem, że jednak prezydent ma świadomość tego, że tą ostatnią bitwę o Sąd Najwyższy, nie mówię, że całą wojnę, ale ostatnią bitwę przegrał. I próbuje się w jakiś sposób usprawiedliwić” – mówiła w Poranku Radia TOK FM szefowa klubu Nowoczesnej, Kamila Gasiuk-Pihowicz.

Przed nami wizja kolejnej komisji, która ma udowodnić „szemrane” działania poprzedniej władzy, czyli PO/PSL. Właśnie wczoraj Sejm powołał komisję śledczą ds. ściągalności VAT-u i akcyzy. Na jej czele ma stanąć Marcin Horała, oczywiście poseł PiS. Za jej powołaniem głosowało też wielu posłów PO i PSL.

Komisja Europejska oszacowała, że różnica między planowanymi a faktycznymi wpływami z tego podatku w latach 2007-15 wyniosła ponad 260 mld zł na niekorzyść polskiego budżetu.

W skład komisji będzie wchodziło 9 członków i zajmą się oni właśnie wyjaśnieniem tej sprawy. Marcin Horała nie ukrywa, że przed komisją będą zeznawać ministrowie, wiceministrowie, szefowie służb skarbowych, urzędów skarbowych i służby celnej, bo „To właśnie w finansach publicznych działy się te nieprawidłowości, działy się te wyłudzenia podatku VAT”.

Posłanka PiS, Anna Sobecka, nie zamierza czekać na wyniki pracy komisji. Ona już wie, że miały miejsce wyłudzenia VAT, a to „największa afera finansowa III RP. Mafia VAT-owska okradła państwo na ok. 262 mld”.

Trzeba przyznać, że politycy PiS idealnie wybrali czas na utworzenie tej komisji, która już od września rozpocznie przesłuchanie świadków.  Temat będzie świeży, „jeszcze ciepły”, więc na pewno wzbudzi sporo emocji, co może pomóc rządzącej partii w wyborach samorządowych. Również to wspaniała okazja do wypromowania posła Horały, który jest kandydatem PiS do samorządu w Gdyni.

Internauci, komentując powstanie tej komisji, zastanawiają się, „A kiedy komisja do SKOK’ów i Getback?”, „A do sprawy tego zamachu smoleńskiego nie będzie kolejnej podkomisji?”, „Kiedy komisja w sprawie SKOK- ów i druga w sprawie przekrętów Rydzyka?

Guy Verhofstadt, były premier Belgii, a obecnie szef frakcji liberalnej w parlamencie europejskim jest jednym z najlepszych mówców w Brukseli. Ostatni retoryczny pokaz dał we środę, gdy wytłumaczył premierowi RP na czym polega europejska Wspólnota.

Podczas debaty poświęconej przyszłości Unii Europejskiej w Strasburgu po wystąpieniu premiera Morawieckiego do głosu doszli europarlamentarzyści. Jednym z nich był Guy Verhofstadt, który w swojej pięciominutowej wypowiedzi, skierowanej do szefa polskiego rządu, nie szczędził mocnych i gorzkich słów. Zaczął od przedstawienia wizji Europy jako osamotnionej w realiach nowego światowego porządku, w którym główne role grają Rosja i Chiny z jednej strony oraz USA kwestionujące zasadność istnienia NATO – z drugiej. Dlatego zdaniem Verhofstadta potrzebujemy europejskiej wspólnoty obronnej, aby wzmocnić NATO. Belgijski polityk zaznaczył, że ta wspólnota byłaby czymś więcej niż tylko połączeniem budżetów wojskowych czy “zebraniem razem paru czołgów lub samolotów”. Jego zdaniem może ona funkcjonować tylko wówczas, gdy kraje członkowskie będą się opierać na tych samych europejskich wartościach i tych samych rządach prawa, w tym pełnej niezawisłości sądownictwa. Po tym wstępie próbował wykazać Morawieckiemu, dlaczego Polska się od tych zasad oddala.

6 najważniejszych cytatów z przemówienia Verhofstadta w parlamencie europejskim:

1. UE to wspólnota wartości, a poddawanie sędziów kontroli politycznej jest nie do przyjęcia i nie może być tolerowane. Nie jest to kwestia tradycji, lecz zasad.

2. Reforma sądownictwa to uprawniony cel. Ale zmuszanie sędziów do przejścia na emeryturę, zdawanie ich na kaprys większości rządzącej nigdy nie może być częścią takiej reformy.

3. Komisja wenecka stwierdziła głośno i wyraźnie że państwa reformy – tu cytat – “uderzająco przypominają instytucje Związku Radzieckiego i jego satelitów”. Panie premierze, korzystam z okazji, by wezwać pana osobiście, by nie lekceważył pan dwóch procedur naruszeniowych i nie ignorował ustawicznie orzeczeń Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości.

4. Przez ostatnie trzy lata systematycznie likwidują państwo system demokratycznej kontroli i równowagi.

5. Proszę pana osobiście, aby wykonał Pan zwrot i przywrócił Polskę do rodziny narodów demokratycznych; porzucił rojenia o tak zwanych państwach nieliberalnych i przekierował Polskę do centrum polityki europejskiej. Marzenie o międzymorzu, sojuszu państw od Bałtyku po Morze Czarne, to czysty eskapizm. Miraż, ułuda.

6. Wielkim błędem jest dzielenie naszej Unii na regionalne grupy i grupki. Proszę mi wierzyć, że takie podziały w Europie spodobają się tylko jednemu człowiekowi, jednemu autokracie, Władimirowi Putinowi.

Morawiecki samotny w Strasburgu

Miało być tanio i dla każdego z możliwością dojścia do późniejszego zakupu. Tymczasem rzeczywistość zaczyna skrzeczeć, a warunki na jakich realizowany jest program Mieszkanie Plus, odbiegają znacząco od pierwotnych deklaracji. W takiej np. Białej Podlaskiej mieszkania mają być oferowane – wbrew obietnicom rządu – bez możliwości późniejszego wykupu – podaje portal money.pl. Jakby tego było mało są one wydawane w stanie surowym, co oznacza, że najemcy niespodziewanie muszą wyłożyć kolejne 15-20 tysięcy złotych na ich wykończenie. Ceny również nie są tak atrakcyjne jak zapowiadano, a teraz planowane jest nawet „urynkowienie” stawek.

Ratując twarz rządzący postanowili zamknąć usta wszystkim rozczarowanym oraz niezadowolonym i wymyślili klauzulę poufności… zakazując im udzielenia informacji na temat warunków i realizacji oferowanych umów.

Wśród zainteresowanych udziałem w programie euforia więc wyraźnie mija, a część z nich rezygnuje jeszcze na etapie zawierania umowy, gdy okazuje się, że król jest nagi, a to na co liczyli należy w bajki włożyć i na dodatek cicho siedzieć.

PiS-owska klauza wyraźnie cenzuruje obywateli i mówi:

„Z uwagi na fakt, iż umowa zawiera informacje poufne dotyczące wynajmującego i najemcy, strony niniejszym zobowiązują się zachować poufność odnośnie informacji ujawnionych w związku z zawarciem umowy i nie będą – poza przypadkami wynikającymi z wymogów prawa – ujawniać jej treści osobom trzecim bez pisemnej zgody drugiej strony”.

Klauzula pozwala krytykować publicznie program tylko w odniesieniu do ujawnianych na jego temat informacji przez polityków, podczas gdy same realia nie mogą być już przedmiotem debaty publicznej. Brakuje tylko informacji o rygorze i konsekwencjach komentowania sytuacji.

Jak to się ma do – obowiązującego w normalnym demokratycznym państwie dostępu do informacji – to potrafiłby wytłumaczyć chyba tylko szef PiS-owskiego rządu Mateusz Morawiecki, który nie tak dawno temu na forum Parlamentu Europejskiego – gruntownie mijając się z rzeczywistością -gloryfikował stan praworządności w Polsce.

A wydawało się, że już pozamiatane. Sąd Najwyższy w rękach PiS, pierwsza prezes odesłana na emeryturę, pozostali prezesi również. Cel osiągnięty. Jeszcze tylko rozwiązać problem z niezależnymi mediami i wreszcie Polska będzie taka jak być powinna. Bardzo „pisowska”. Wreszcie „demokracja podług PiS” będzie rządzić, rządzić, rządzić…

No cóż, okazało się, że to wcale nie takie proste. Na ulicach protesty, w Strasburgu debata i pokrętne tłumaczenia premiera Morawieckiego w tej sprawie. Miało być szybko i skutecznie, a zrobił się niezły bałagan.

Pierwszej prezes prof. Małgorzata Gersdorf nie podporządkowała się znowelizowanej przez PiS, ustawie. Zgodnie z konstytucją, zamierza pełnić swoją kadencję do 2020 roku. Poparło ją w tym postanowieniu 63 sędziów SN. Przez ostatnie dwa dni, czyli w czasie, gdy ustawa już weszła w życie, pani prezes pracuje normalnie, przykładnie pełniąc swoje obowiązki. Obawiając się, że obecna władza może chcieć usunąć ją siłą, wyznaczyła na swego zastępcę prezesa Izby Pracy, Józefa Iwulskiego. Oczywiście, tylko na czas jej ewentualnej nieobecności.

Prezydent Duda uznał, że to właśnie Józef Iwulski stoi teraz na czele SN, ale prezes Izby Pracy zaprzecza, jakoby były prowadzone jakiekolwiek rozmowy w tym temacie z głową państwa. Podkreśla, że jest on zastępcą, wybranym przez pierwszą prezes SN, a nie jej następcą.

Są dwa sposoby zmiany kierownictwa SN. Najłatwiejszym wydaje się wybranie przez Andrzeja Dudę „p.o. pierwszego prezesa” spośród sędziów SN. Z tym może być jednak duży problem, bo wydaje się mało prawdopodobne, by znaleźć sędziego, który stanie przeciwko swoim kolegom.

Można też obsadzić SN nowymi sędziami, którzy sami wybiorą spośród siebie nowego pierwszego prezesa oraz prezesów poszczególnych izb. Pan prezydent już ponad tydzień temu ogłosił konkurs na pierwsze 44 miejsca. Do wykorzystania będą też kolejne 27 wakaty, gdy tylko zakończona zostanie czystka wśród najstarszych sędziów. Kiedy już uda się wprowadzić do SN „swoich” ludzi, wówczas problem profesor Gersdorf i pozostałych prezesów się rozwiąże. Tym bardziej, że nowych sędziów wskaże prezydentowi Krajowa Rada Sądownictwa, która już jest narzędziem w rękach PiS.

Sędziowie biorą pod uwagę zablokowanie tego konkursu. Jeden z wariantów zakłada masowy udział sędziów w konkursach, tak by je maksymalnie przedłużyć, a potem zablokować je licznymi odwołaniami od decyzji KRS do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Jednak, jak mówi Krystian Markiewicz, prezes Stowarzyszenia Sędziów Polskich, „Iustitia” „Iustitia jeszcze nie zdecydowała, jakie zajmie w tej sprawie stanowisko. Decyzję podejmiemy pewnie 14 lipca”.

Sędzia Waldemar Żurek, były rzecznik KRS podkreśla, że „W razie sięgnięcia po taką metodę i do sędziów, i do opinii publicznej musiałby popłynąć jasny komunikat: nie chodzi o wyścig szczurów na stanowiska w SN, które zwolniły się w trybie niezgodnym z konstytucją. Chodzi o przedłużenie obecnej sytuacji, utrzymywanie swoistego stanu zawieszenia i uchronienie SN przed dwuwładzą”.

Kolejną zaletą wdrożenia takiego wariantu byłby zyskany czas. Teraz, gdy Komisja Europejska już wezwała polski rząd do usunięcia niepraworządnych zapisów w ustawie i rozważa złożenie skargi do Trybunału Sprawiedliwości UE ten czas działałby na korzyść sędziów.

Odwołanie do NSA dałoby okazję do wstrzymania konkursu, a tym samym do zablokowania możliwości obsadzenia SN swoimi sędziami.  To byłaby również okazja, by pojawiły się wnioski sędziów do Trybunału Sprawiedliwości, dotyczące rozwiązań prawnych właśnie w sprawie KRS i SN. Jak tłumaczy prof. Ryszard Piotrowski, konstytucjonalista z Uniwersytetu Warszawskiego, „To może być czynnik sprzyjający zaniechaniu naruszeń konstytucji, jeśli w rezultacie zostaną podjęte działania Trybunału UE ułatwiające proces powrotu do respektowania konstytucji”.

Jedno jest pewne. Sędziowie nie zamierzają się poddać w walce o Konstytucję i zachowanie zasady trójpodziału władzy, która jest podstawą demokracji. Zrobią wszystko, co możliwe, by Polska nie skręciła już całkowicie w stronę autorytaryzmu, a to oznacza dla rządzącej partii niezły „ból głowy”.

„Andrzej Duda, będziesz siedział!” – tak brzmi jedno z popularniejszych haseł społecznych protestów przeciwko demolowaniu polskiego państwa przez ekipę PiS z Andrzejem Dudą na czele.

Jedynym sposobem na spełnienie tych jak najbardziej zasadnych obywatelskich oczekiwań wobec osoby prezydenta byłoby postawienie go przed Trybunałem Stanu. Dotychczasowe doświadczenia i sama konstrukcja odpowiedzialności nie nastrajają jednak pod tym względem optymistycznie – postępowanie zależy bowiem od aktu politycznego, bo do wniesienia oskarżenia najpierw potrzebny jest wniosek 140 posłów i senatorów, a potem zgoda aż dwóch trzecich głosów Zgromadzenia Narodowego. Lecz akurat w przypadku Andrzeja Dudy jest ku temu cała lista powodów. Ma on bowiem na koncie wiele deliktów konstytucyjnych, czyli po prostu zbrodni łamania ustawy zasadniczej oraz związanych z tym przestępstw przekroczenia uprawnień bądź niedopełnienia obowiązków.

Dlaczego Andrzej Duda powinien stanąć przed Trybunałem Stanu? Powody:

  • Ułaskawienie niewinnych z prawnego punktu widzenia obywateli – bo do tego przecież sprowadzało się zastosowanie w 2015 r. prawa łaski wobec Mariusza Kamińskiego, Macieja Wąsika, Grzegorza Postka i Krzysztofa Brendela. Ci wysocy funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego zostali wprawdzie skazani na kary więzienia za przekroczenie uprawnień i nielegalne działania operacyjne przy tzw. aferze gruntowej, ale wyrok w momencie ułaskawienia był nieprawomocny, więc cała czwórka formalnie była wciąż niewinna (skądinąd sami, ale też równocześnie oskarżyciel posiłkowy, wnieśli apelację do drugiej instancji). Duda, wydając akt łaski, dopuścił się ingerencji w pracę wymiaru sprawiedliwości, a tym samym naruszył konstytucyjną zasadę rozdziału władzy sądowniczej od wykonawczej i ustawodawczej. Zrobił to na dodatek z nader niskich pobudek: chodziło o umożliwienie niedawnym kumplom z partii dalszego zajmowania stanowisk w państwie.
  • Brak reakcji na proceder łamania ustawy zasadniczej przez premier Beatę Szydłouparcie odmawiającą publikacji niewygodnych dla PiS werdyktów Trybunału Konstytucyjnego – wszak jako głowa państwa był zobowiązany do czuwania nad przestrzeganiem konstytucji.
  • Niezaprzysiężenie jesienią 2015 r. legalnie wybranych sędziów Trybunału Konstytucyjnego – a już na pewno przyjęcie potem ślubowania od osób niemogących pełnić tej funkcji, czyli tzw. dublerów. Duda najpierw nie chciał, choć bezwarunkowo nakazuje to prezydentowi konstytucja, odebrać sędziowskiej przysięgi od trójki sędziów nominowanych przez Sejm poprzedniej kadencji. Następnie zaś – w zdumiewający zresztą sposób, bo późną nocą! – powołał na zajmowane przez nich miejsca dublerów wskazanych przez PiS. Tym samym znowu naruszył zasadę rozdziału władz. Więcej, zdezawuował konstytucyjny organ państwa, jakim jest Trybunał, bo rozstrzygnięcia wydane z udziałem owych pseudosędziów trudno uważać za obowiązujące wyroki.
  • Współudział w ustanowieniu nieprzewidzianego w konstytucji stanowiska „pełniącego obowiązki prezesa Trybunału Konstytucyjnego” (podpisał wprowadzające je – i to bez vacatio legis – przepisy niższego rzędu) oraz w przekazaniu osobie je zajmującej (czyli Julii Przyłębskiej) kompetencji należących do organu konstytucyjnego, bo wiceprezesa TK. Na dodatek następnie firmował przeprowadzone ze złamaniem procedur namaszczenie tejże Julii Przyłębskiej na fotel (niby)prezesa tzw. Trybunału.
  • Lansował i podpisał ustawy o Sądzie Najwyższym oraz Krajowej Radzie Sądownictwa, choć znowu w oczywisty sposób łamią one konstytucyjne zasady rozdziału władz. Godzą również w niezależność sądów, niezawisłość sędziów (oraz w ich nieusuwalność) oraz łamią zapisane wprost reguły wyboru KRS i nieskracalnej kadencji I Prezes Sądu Najwyższego.
  • Potulnie podpisywał forsowane przez partię rządzącą ustawy, które w oczywisty sposób godzą w konstytucyjne wolności obywatelskie (chociażby nowelizację poszerzającą możliwości inwigilacji obywateli przez służby specjalne czy też ograniczającą swobodę badań naukowych ustawę o IPN) – nie dość, że lekceważył zastrzeżenia podnoszone przez prawników i organizacje praw człowieka, to nie decydował się nawet na skorzystanie z możliwości przekazania wątpliwych aktów do wstępnej oceny tzw. Trybunału Konstytucyjnego.
  • Ogłaszając plan tzw. referendum konsultacyjnego w sprawie konstytucji, naruszył przewidziany w samej ustawie zasadniczej tryb jej ewentualnej zmiany. Nie mówiąc o tym, że jako prezydent miał być strażnikiem ustawy zasadniczej, a nie ją deprecjonować.

Tę listę antykonstytucyjnych zbrodni Andrzeja Dudy można uzupełnić o mniej jednoznaczne, lecz także szkodliwe dla stanu prawa czy choćby społecznej świadomości prawnej czyny.

Skala destrukcji państwa i lekceważenia konstytucji przez ekipę PiS jest niebywała. Nadzwyczajna jest też wina i odpowiedzialność za ten proceder prezydenta właśnie, jako że to on miał szczególny obowiązek stania na straży ustawy zasadniczej, co zresztą przysięgał, obejmując urząd.

Pozostawienie takiego sposobu sprawowania władzy bez sankcji – także tej karnej w postaci postępowania przed Trybunałem Stanu – byłoby groźną zachętą dla ewentualnych naśladowców. Być może tyleż bezpardonowe, co bezczelne naruszanie konstytucji, którego doświadczają polskie państwo i jego obywatele, jest skutkiem m.in. tego, że po wyczynach poprzedniej ekipy PiS, tej z okresu 2005–07, nikt z jej członków – choćby Zbigniew Ziobro – nie został postawiony przed Trybunałem Stanu. Pobłażliwość wobec polityków zwykle ich niebezpiecznie rozzuchwala.

Dla PiS normalnością jest nienormalność

>>>

W miniony czwartek gościem Moniki Olejnik w „Kropce nad i” był Jacek Sasin. Ponieważ w ostatnich dniach media informowały, że ojciec Rydzyk może liczyć na kolejne, 100 mln. zł, które chce mu przyznać Ministerstwo Kultury na budowę Muzeum im. Jana Pawła II, nie można się dziwić, że ten temat znacznie zdominował spotkanie.  Trzeba przyznać, że było bardzo „gorąco”.

Zaczęło się od tego, że w pewnym momencie Jacek Sasin wspomniał Lecha Kaczyńskiego, oburzając się, że dzisiejsza opozycja, która tak go kiedyś atakowała, teraz na pamięci o nim próbuje realizować swoje cele polityczne. Uznał, że jest to niegodne i haniebne. Wówczas Monika Olejnik przypomniała swemu rozmówcy jak to „poniżany był Lech Kaczyński, jego żona przez dyrektora Radia Maryja. W sposób skandaliczny mówił, że to jest czarownica, która powinna się poddać eutanazji. W skandaliczny sposób mówił o Lechu Kaczyńskim” i to jakoś nikogo nie oburza. Mało tego, ten pan, który w tak niewybredny sposób atakował byłego prezydenta i jego małżonkę otrzymuje kolejną dotację.

Pan Sasin bardzo się zdziwił. Przecież „instytucje państwa powołane do tego, by wspierać różne inicjatywy społeczne, pozarządowe rzeczywiście wspierają je również finansowo. Dzisiaj jest tak, że organizacje prezentujące różne światopoglądy, różne opcje polityczne są traktowane tak samo”. Czy rzeczywiście?

Monika Olejnik przypomniała, że środki na dofinansowanie różnych instytucji biorą się m.in. z naszych podatków i jednocześnie dalej zastanawiała się, jak to możliwe, by osoba, która tak szkalowała Lecha i Marię Kaczyńskich teraz jest hołubiona przez rządzącą partię i obrzucana pieniędzmi. Przypomniała, że Lech Kaczyński mówił, iż nigdy nie poda ręki panu Rydzykowi. Jacek Sasin zdziwił się, skąd ma taką wiedzę „Nie słyszał pan takich wypowiedzi? Nie czytał pan? I pracował pan w kancelarii pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego, i uważa pan, że prezydent Lech Kaczyński mógł sobie pozwolić na obrażanie swojej żony?

Jacek Sasin nie miał zbytniej ochoty ustosunkować się do pytań Moniki Olejnik. Nie przedstawił swego stanowiska w sprawie, natomiast wolał skoncentrować się na pewnym faux pas, które według niego, popełniła dziennikarka. Chodziło o zwrot „pan” w odniesieniu do Rydzyka. „Myślę, że mówienie o osobie duchownej „pan” jest niepotrzebną demonstracją w stosunku do religii i osób duchownych, więc nie ma sensu tak postępować, bo to pokazuje brak szacunku”.  

Wątpię, żeby słuchaczy „Kropki nad i” interesowały dywagacje na temat słuszności lub nie, zastosowania pojęcia „pan” w odniesieniu do ulubieńca obecnej władzy czyli Rydzyka. No ale wyszło jak zawsze. Ważny temat, wymagający wyjaśnienia i …odwrócenie kota ogonem, przeniesienie środka ciężkości na nic nie znaczący drobiazg. Trzeba przyznać, że politycy PiS są mistrzami w omijaniu niewygodnych tematów.

Dziennikarz Polsat News Jan Kunert ogłosił na Twitterze, że rozstał się ze stacją Polsat News i szuka pracy. Choć sam zainteresowany nie chce mówić o przyczynach zwolnienia, według rozmówców Fakt24 dziennikarz nie pasował do nowej koncepcji programu informacyjnego Polsatu, który ma być pod wodzą nowej szefowej informacji i publicystyki Doroty Gawryluk, bardziej wyrozumiały dla rządów „dobrej zmiany”. Kunert jako dociekliwy dziennikarz nie raz zalazł PiS-owi za skórę, więc po jego wpisie szybko znalazł się polityk PiS, który zaczął się z niego naigrywać. Internauci nie kryli oburzenia.

Jan Kunert zwracał na siebie uwagę sumiennością i konsekwencją w pracy. Po tym, jak PiS objął rządy dziennikarze, którzy nie byli bezkrytyczni wobec władzy, znaleźli się na cenzurowanym. A rzecznicy poszczególnych ministerstw i instytucji udzielają krytycznym mediom szczątkowych informacji, bądź nie udzielają ich wcale. Kunert znalazł na to sposób.

Historia ataku na Kunerta ma jeden morał. Że w dziennikarstwie tak jak w życiu, warto być przyzwoitym.

PiS przygotowuje kolejne zakazy dotyczące manifestacji, a zajmuje się tym Jan Klawiter, członek Prawicy Rzeczypospolitej, poseł niezrzeszony, który do Sejmu startował z list PiS. – „W ostatnim czasie miał miejsce szereg manifestacji pod kuriami biskupimi w Warszawie, Krakowie, Gdańsku czy Toruniu, co miało związek z obywatelską propozycją podniesienia standardu ochrony życia ludzkiego na prenatalnym etapie rozwoju” – napisano w uzasadnieniu najnowszego pomysłu nowelizacji ustawy o zgromadzeniach.

Chodzi oczywiście o protesty przeciw projektowi zaostrzającemu obecne przepisy aborcyjne, a firmowanemu przez Kaję Godek. – „Jakkolwiek władze kościelne nie były inicjatorami tego projektu, werbalna, a nawet fizyczna agresja protestujących skierowała się właśnie przeciwko nim, przejawiając się zgromadzeniami odbywanymi w bezpośredniej bliskości (niekiedy pod drzwiami) budynków kurii. Podobny charakter miały wydarzenia pod jedną z czołowych polskich katolickich rozgłośni radiowych” – czytamy dalej w uzasadnieniu. Tym razem autorom projektu chodzi o niedawną manifestację pod hasłem „Chryja pod Radiem Maryja”. Uczestniczki wznosiły hasła: „Fałszywe twoje modły, Rydzyk jesteś podły!” czy „Precz z Rydzykiem! Obłudnikiem!”.

Zgromadzenia nie mogłyby więc odbywać się w odległości mniejszej niż 200 metrów od kościołów, kaplic i cmentarzy. Nie wolno się będzie także gromadzić w pobliżu „innych budynków kościelnych, pomieszczeń służących katechizacji lub organizacjom kościelnym”.

Poseł Klawiter zbiera obecnie podpisy posłów pod projektem tej nowelizacji. Aby zajął się tym Sejm, potrzeba zgody 15 posłów.

Tak o pisowskich zmianach w ustawie o wykonywaniu mandatu posła i senatora mówiła w Sejmie posłanka Nowoczesnej Kamila Gasiuk-Pihowicz. – „Nowelizacja powinna się nazywać ustawą o tresurze posłów przez prezesa PiS. To bat na tych posłów, którzy rzetelnie recenzują obecny rząd. Tu absolutnie nie chodzi o godność Sejmu, tylko o wygodę polityków PiS, którzy nie mogą znieść uczciwego recenzowania ich działań. Stosujecie na co dzień podwójne standardy moralne” – stwierdziła Gasiuk-Pihowicz, zwracając się do posłów PiS.

– „Nie wystraszycie nas obcinaniem diet parlamentarnych” – mówił z kolei Tomasz Głogowski z PO. Podkreślił, że w obecnej kadencji Sejmu karani są prawie wyłącznie posłowie opozycji. Projekt PiS posłuży do karania posłów, mówiących „o złych rzeczach, które robi ten rząd”. – „Nowelizacja nie precyzuje, czym jest rażące naruszenie powagi Sejmu i daje duże pole do interpretacji. To kolejna próba zakneblowania ust opozycji” – powiedział poseł Platformy.

Łukasz Rzepecki z Kukiz’15, a wcześniej poseł PiS, stwierdził, że „w sposób radykalny zwiększane są możliwości przyznawania kar przez Marszałka Sejmu”. Dodał, że kwestia ta nie powinna być regulowana ustawowo. – „Za chwilę posłowie czy senatorowie będą musieli kosić trawę w garniturze, bo do tego doprowadzicie, że każde zachowanie być może będzie podpięte pod to, czy poseł zachował się etycznie czy jednak nie” – ironizował Rzepecki.

Debata – pisowskim „zwyczajem” – odbyła się pod osłoną nocy. Projekt PiS zakłada wprowadzenie możliwości obniżenia uposażenia lub diety parlamentarzystów, których zachowanie „nie licuje z powagą pełnionych przez nich funkcji” poza salami plenarnymi Sejmu i Senatu oraz „na terenie będącym w zarządzie Kancelarii Sejmu”.

>>>

Waldemar Mystkowski pisze o pisowskim dzień, jak co dzień.

Czteropak PiS na dzień dobry plus zamknięcie ust liderowi opozycji.

PiS dzień w dzień wali w nas czołowo. Staliśmy się niewrażliwi, żyjemy w jakiejś pomroczności, bo nie w jasności. Przyzwyczailiśmy się do tej nierzeczywistości, alternatywności. Nienormalność stała się normą. Dzień w dzień jesteśmy uderzani i coraz bardziej obojętni na to, co wokół nas się dzieje, co dzieje się w Polsce i z Polską.

Dzisiaj PiS zaatakował czteropakiem – i to przed trzynastą, że tak się wyrażę. „Wyborcza” ujawniła jeden z trzech listów byłego szefa GetBacku do Mateusza Morawieckiego. Konrad Kąkolewski pisze o kłopotach finansowych tej spółki, która wspierała tzw. środowisko patriotyczne PiS, wykupiła portfele kredytowe upaństwowionych banków za 4 mld zł. Zaś od roku 2017 – za rządów PiS – wypuściła obligacje na kwotę 2,5 mld zł. GetBack upada i prosi o pomoc premiera ze „środowiska patriotycznego”. Przy GetBacku Amber Gold to mały pikuś.

Z Ministerstwa Zdrowia wyciekły wieści po kontroli NIK, iż doszło w nim do zwyczajnej korupcji. Przetarg na dentobusy był tak ustawiony, aby wygrała go firma, która jako jedyna w ofercie miała pojazdy z podgrzewanymi szybami. Mało tego – zakupiono niepotrzebne nikomu szczepionki, które zaraz stracą termin ważności, a do ideologicznego programu prokreacyjnego zastępującego program zapłodnienia in vitro zgłosiło się tylko 100 par, zamiast 1000. Wydano po przeszło 20 mln zł na każdą z tych trzech inicjatyw, ponadto ceny ich są grubo zawyżone. Ktoś ten ogromny szmal przytulił ciepłą rączką.

Zbigniew Ziobro ma swój udział w czteropaku. Przegrał w sądzie sprawę o kasację wyroku dotyczącego drukarza, który odmówił wykonania usługi – druku plakatów LGBT – zasłaniając się “klauzulą sumienia”, aby nie promować ruchów LGBT. Kasacja została oddalona, wyrok utrzymany. Ziobro uznał, iż sąd dopuścił się gwałtu na wolności i zapowiedział, że nie popuści. Skieruje sprawę do Trybunału Konstytucyjnego, w którym pani Julia Przyłębska z pewnością zgodzi się z sugestią pana Zbyszka.

No i ostatnia część składowa czteropaku dotyczy stwierdzenia Morawieckiego, zastępującego z powodzeniem prezesa. Premier w wywiadzie dla „Gazety Polskiej” zaatakował sędziów jednego z sądów krakowskich, których nazwał „zorganizowaną grupą przestępczą”. 13 sędziowskich autorytetów z Warszawy wystosowało do Morawieckiego list otwarty, aby hamował swoje emocje i precyzował zarzuty. Premier szybko doszlusowuje do prezesa, który rzucał podobnymi kalumniami – mordami zdradzieckimi i kanaliami.

Prawda, iż dzień jak co dzień? Jakby tego było mało, Marek Kuchciński wyłączył mikrofon na trybunie sejmowej Grzegorzowi Schetynie, gdy ten domagał się rutynowego prawa do zgłaszania prośby o informację bieżącą. A jest o co pytać, choćby o GetBack, ta władza boi się każdej debaty.

Takim czteropakiem przywalił PiS i do tego zamknął usta liderowi opozycji. Czteropak przywołuje skojarzenia z „Alternatywy 4” Stanisława Barei, tym bardziej że dzisiaj przypada 31 rocznica jego śmierci.

Czego boi się Duda?

Jak tak dalej pójdzie, to okaże się, że Stanisław Pięta jest bez mała „niewiniątkiem”… – „Poseł Pięta sugeruje, że dotknęła go nagonka, bo był przeciwny budowie Nord Stream 2, więc za to atakuje go „niemiecki Fakt”. W naszym kraju zaprawdę można twardemu elektoratowi wciskać każdy kit. Co za kuriozum” – napisał jeden z internautów. To komentarz do najnowszego wywiadu, którego poseł PiS udzielił prawicowemu portalowi niezalezna.pl.

O doniesieniach „Faktu” „Jak poseł Pięta załatwiał kochance pracę w PKN Orlen”. A w rozmowie Pieta utrzymuje, że jedynie pomagał p. Izie w rozwiązaniu problemów prawnych dotyczących jej rodziny. – „Podjąłem interwencję u prezesa spółdzielni mieszkaniowej celem wstrzymania egzekucji komorniczej” – stwierdził poseł PiS. – „To zdumiewające! Poseł Pięta dobrowolnie przyznaje się, że jako poseł interweniował, aby przerwać komorniczą egzekucję wobec kochanki, czy jej bliskich. To autodenuncjacja popełnienia przestępstwa z art. 228 kk.” – tak skomentował na Twitterze ten wątek mec. Roman Giertych.

Poseł PiS w wywiadzie powiedział, że „weryfikował” p. Izę w internecie, gdzie znalazł fotografie, na których pojawiała się jako fotomodelka. – „Doszedłem do wniosku, że jej kariera modelki została dawno temu zakończona. Uważam, że praca w modelingu nie może przekreślać człowieka” – stwierdził. Przyznał, że znajomi go „ostrzegali”. – „Zwracali mi uwagę na pewne niestandardowe zachowania, ale jakby nie przekreślało to jej szczerości i ideowości, angażowała się też społecznie i to wydawało mi się być godne uznania” – dodał Pięta.

Wątek niemiecki został posłowi podany na tacy przez prowadzącą rozmowę Luizę Dołęgowską. – „Krytykował Pan niemiecką politykę historyczną, wykrzywiającą obraz Polski, krytykował Pan Unię Europejską, w której Niemcy wiodą prym… Czy komuś mogło się to nie podobać?” – zapytała. Pięta ochoczo odpowiedział: – „Krytykowałem zachowania i politykę niemiecką odnośnie zgody na przeprowadzenie rurociągu Nord Stream II (…) czy przekazywania turbin Siemensa na Krym. Wchodzę w skład zespołu poselskiego, który zwraca uwagę na konieczność zapłacenia przez Niemcy odszkodowań wojennych Polsce… Więc nie musiałem być szczególnie kochany przez niemiecką, polskojęzyczną gazetę”.

„Tłumaczenia” posła PiS komentują na Twitterze dziennikarze: – „Poseł Pięta otrząsnął się z pierwszego szoku i zaczyna kontratak z pieśnią o niemieckiej prasie na ustach. Czy kiedyś doczekamy się polityka, który w podobnej sytuacji powie „przepraszam, zbłądziłem, proszę wszystkich o wybaczenie?” – napisał Konrad Piasecki z Radia Zet. – „Pięta za swe kłopoty obwinia „niemiecką gazetę”. Piękny umysł” – skomentował Tomasz Lis z „Newsweeka”. A kolejny internauta dodał: – „Pomijając te bzdury, które piszą, dziwne, że Pan Pięta nie wspomina, że jest w partii katolickiej i to, co wyszło na jaw uwidacznia całe zakłamanie #PIS”

„Zupełnie jak pies mojej sąsiadki. W Krakowie jakieś fajerwerki z Bóg wie jakiej okazji, a pies sąsiadki na przemian szczeka, piszczy i skamle” –  to najbardziej złośliwy komentarz internauty z Krakowa, do zachowania zwierzchnika sił zbrojnych Andrzeja Dudy, który na poligonie obserwował ćwiczenia wojskowe.


Pan prezydent wyraźnie był przestraszony hukiem wystrzałów i jako jedyny to okazywał, podczas gdy np. taki stojący nieopodal Mariusz Błaszczak ani drgnął. Kpiarze dodają, że nawet okulary przeciwsłoneczne mu się z nosa nie obsunęły.

Na nagraniu wykonanym podczas ćwiczeń w Ośrodku Szkolenia Poligonowego Wojsk Lądowych widać wyraźnie, że Duda kuli się w reakcji na odgłos wystrzałów.

Internauci mają więc używanie: drwią i pytają, czy tak powinien zachowywać się zwierzchnik sił zbrojnych. Inni złośliwie dopowiadają, że widocznie głowa państwa ma nieczyste sumienie i przestraszył się, że oto stanął przed plutonem egzekucyjnym za łamanie prawa i konstytucji.

Dziwić się nie ma czemu, bo nasz prezydent, będący jednocześnie zwierzchnikiem sił zbrojnych nigdy nie służył w wojsku. Przy okazji wydało się też, że jedyny mundur jaki w życiu nosił, to mundur harcerski. Teraz, wyłącznie dla parady ochoczo stroi się w gustowny wojskowy „przyodziewek”, gdy odwiedza polski kontyngent na dalekim wschodzie.

Aleksander Błok

. w u przekonywała, że politycy są skompromitowani w .

Macierewicz, Kaczyński, Duda – jak żyć w państwie, które nam proponują. Z Polski zrobili Tworki

Kapitalna myśl posłanki Nowoczesnej Kamilii Gasiuk-Pihowicz:

„Jeżeli przejmowanie sądów przez PiS ma się odbyć tylko dlatego, że są jakieś skandaliczne przypadki zachowań sędziów, to tak jakbyśmy mieli zlikwidować uniwersytety, bo profesorem jest pani Pawłowicz”.

Tak prowadzi dialog siostra Ryszarda Terleckiego (przynajmniej siostra z urody) rzeczniczka PiS Mazurek.

Beata Mazurek: Zaskakująca jest aktywność pana Hermelińskiego.  Gdy ostatnio nawalił system wyborczy nie chodził do mediów nie udzielał wywiadów, nie wyjaśniał.

Dziennikarze: Ale on nie był szefem PKW.

Beata Mazurek: Ale to nie ma znaczenia.

Jak uroda, taka głowa.

Zmatolenie.

Ludwik Dorn uważa, że walka o odebranie niezależności sądom toczy się między Kaczyńskim i Dudą o pierwszeństwo dziobania.

Prawo kaduka.

Nie mam też jasności, jaka jest intencja polityczna tego spektaklu: czy mamy do czynienia z przeciąganiem liny między PiS a prezydentem, co by prowadziło do tego, że dojdzie do kolejnego spotkania prezes – prezydent i coś tam się ustali, przy czym prezydent mocno ustąpi? Z jego punktu widzenia będzie to dużo poniżej szkicu porozumienia zrealizowanego przez plenipotentów obu stron. Czyli nie będzie wywieszenia białej flagi, ale mocny i upokarzający odwrót prezydenta. To dla PiS-u może być ważne, bo gra toczy się o przewagę, o to, kto jest najważniejszym kogutem na podwórku władzy i jako pierwszy ma prawdo dziobać sędziowskie kury. Chodzi o kolejność dziobania, o prestiżową przewagę – rzecz w polityce niesłychanie ważną.

Waldemar Mystkowski uważa, że to polityka transakcji – kupczenia.

Dlaczego tak się dzieje? Bo uczestniczymy w spektaklu, który zafundowali nam politycy PiS. Usadzono nas na widowni i farsę nazywają dramatem. Nieudana farsa w rzeczywistości jest tragedią, jak to trafnie, acz nieco knajacko opisał Andrzej Saramonowicz: – „Kiedyś nie bardzo mogłem pojąć, jak te mendy z XVIII wieku doprowadziły Polskę do rozbiorów. A teraz włączam telewizor i widzę”.

Nasze wolności, prerogatywy obywatelskie, sprzedaje się, kupczy nimi. Polityka PiS jest polityką transakcji i to na każdym niemal poziomie. Kupczy się nami, tak jak Polską kupczyła Targowica w XVIII wieku: antydemokratyczna, antynowoczesna, proklerykalna i promoskiewska („alarm” Donalda Tuska). Paweł Śpiewak zamierza od nowego semestru na UW prowadzić kurs „Socjologia Jarosława Kaczyńskiego”, bynajmniej fakultet niedowartościowujący prezesa PiS, tylko dekonstruujący jego mało zbożne zamiary – transakcji.

Beata Szydło ma pewny Trybunał Stanu.

Kluczowi świadkowie zgodnie zeznali, że to premier Beata Szydło osobiście poleciła nie drukować wyroków Trybunału Konstytucyjnego. Mimo to prokurator nie przesłuchał szefowej rządu. Umorzył śledztwo w sprawie domniemanego przekroczenia uprawnień i niedopełnienia obowiązków w związku z nieopublikowaniem wyroków. 

Antoni Macierewicz rozpaczliwie broni się przed dymisją.

Ten pacjent polityki bredzi w mediach Rydzyka, jak po lobotomii i katastrofie smoleńskiej. Niebywały głupiec, nierób, który zmarnował zycie i teraz smrodzi, jak sowieckie onuce.

– Mamy do czynienia z niebywałym zjawiskiem, takim, które można by porównać wyłącznie do czasów stalinowskich, wyłącznie do czasów, w których okupanci wymuszali na Polakach, którzy się poddawali decyzjom, fałszowanie najważniejszych spraw bytu narodu polskiego. Ta kwestia została skierowana do prokuratury- mówił minister obrony w felietonie „Głos Polski” w Radiu Maryja i Telewizji Trwam.

Takimi onucami estycznymi jest jego Misiu Misiewicz.

Można sobie z tej pary pobrechtać: Macierewicz i jego Misiu.

W nowym „Newsweeku” o naszym pacjencie piszą Michał Krzymowski i Paweł Reszka.

Antoni Macierewicz zachowuje się, jakby kierował obroną oblężonej twierdzy. Polityk PiS: – Nikomu nie ufa. Uważa, że ktoś na niego czyha.

Nasze źródła w MON mówią, że Macierewicz zarządził przebudowę bezpiecznego pomieszczenia – tak zwanego bunkra – w budynku przy ulicy Klonowej, gdzie urzęduje. Ma być wyposażone w dodatkową aparaturę eliminującą możliwość podsłuchu. – Pomieszczenie było wyposażone dobrze, ale pan minister uważa, że budynek jest zbyt blisko rosyjskiej ambasady i nie jest bezpiecznie. Ma obsesję sprawdzania wszystkiego – opowiada nasz rozmówca.

Taki głupiec odpowiada za bezpieczeństwo kraju.

Odjazd godny Tworek.

O Jarosławie Kaczyńskim w tym samym „Newsweeku” pisze Cezary Michalski.

Jarosław Kaczyński radykalizował konflikt wewnętrzny w Polsce, kiedy walczył o zdobycie władzy. Nie ma w tym niczego dziwnego, podobnie postępował Wałęsa w czasie wojny na górze, Miller w okresie rządów AWS czy Tusk po wyborczej klęsce 2005 roku.

Jednak Kaczyński – jako pierwszy polski przywódca po 1989 roku – ten konflikt wewnętrzny celowo jeszcze bardziej zradykalizował już po zdobyciu władzy. Zmusił cały swój obóz do prowadzenia wyniszczającej wojny domowej. Jego ludzie – ministrowie rządu Beaty Szydło, szefowie kontrolowanych przez PiS mediów, nawet nowi prezesi spółek skarbu państwa – są rozliczani nie z realnych osiągnięć, ale z zakresu prowadzonych przez siebie czystek czy z brutalności ataków wobec opozycji i społecznych elit.

A prof. Jadwiga Staniszkis mówi:

– Kaczyński powinien przejść na tę emeryturę wraz z innymi, ale nie ma dokąd pójść – uważa Staniszkis, według której sytuację utrudnia fakt, że prezes PiS nie ma rodziny. – Jest przecież bardzo bystrym człowiekiem, nawet obserwując to, co się dzieje w komisji, mógłby dostrzegać to łamanie konstytucji i prawa. Ale myślę, że on po prostu chce, żeby wszyscy byli zrozpaczeni tak samo jak on. W takim stanie psychicznym nie powinien sprawować władzy.

Niedługo będzie uchwalona klauzula sumienia dla aptekarzy.

Antykoncepcja jako wróg ideowy, bitwa o Polskę, runda kolejna. Minister zdrowia Konstanty Radziwiłł, który jeszcze rok temu dystansował się od pomysłów części farmaceutów, aby i ich zawód objąć prawem do klauzuli sumienia, nawet jeśli prowadzą jedyną aptekę w mieście, teraz zmienił zdanie. Jest za. Nawet jeśli chodzi o jedyną aptekę w mieście.

TVN zapowiada na sobotę sensacyjny reportaż o szpiegu rosyjskim osadzonym blisko Macierewicza.

Jak zyć w takim państwie PiS? – zastanawiała się u Moniki Olejnik wybitna rezyser Agnieszka Holland.

– To są ludzie, którzy mają tak rozbudowany narcyzm, że nie są w stanie pogodzić się z rzeczywistością. Używają wszelkich narzędzi władzy, żeby mścić się na całym świecie za swoje niepowodzenia. To jest ciekawa psychologia dla reżysera, scenarzysty, pisarza. Jednak żyć pod takimi ludźmi jest strasznie niebezpieczne – stwierdziła reżyserka Holland w programie „Kropka nad i” TVN24 mówiąc o Kaczyńskim i Ziobrze.

>>>

Post Navigation