Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Klementyna Suchanow”

Tusk na czele opozycji – Kaczyński na śmietniku historii

Ciekawie wygląda najnowszy sondaż Kantar Millward Brown, w którym zadano pytanie, kto w II turze zmierzy się w wyborach prezydenckich. 50% respondentów postawiło na Andrzeja Dudą, ale aż 45% na Donalda Tuska.

Coraz więcej osób, związanych z nim mówi, że rzeczywiście przewodniczący Rady Europejskiej zamierza starać się o prezydenturę w kolejnych wyborach. Jeden z ważnych polityków PO nie ukrywa też, iż „Tusk zawarł sojusz taktyczny z liderem Platformy Grzegorzem Schetyną, który ma pomóc opozycji wygrać wybory europejskie i parlamentarne, a Tuskowi – walkę o prezydenturę”.

Wszyscy wiedzą, że relacje pomiędzy Tuskiem a Schetyną nie układały się najlepiej, teraz jednak lider PO może czuć się spokojnym. Donald Tusk nie zamierza rywalizować z nim o przywództwo w partii. Mowa jest tylko o współpracy, której celem pokonanie PiS. Szef Rady Europejskiej zamierza wspierać PO w wyborach do Parlamentu Europejskiego oraz wspomagać szeroką opozycję. Sam Tusk chwali Schetynę za wygraną w samorządowej walce o miasta, co pokazuje, że rzeczywiście stosunki między panami ułożone są na zasadach, korzystnych dla obu.

Powrót Donalda Tuska na polską scenę polityczną na pewno nie podoba się partii rządzącej. Już od dłuższego czasu politycy tej partii robią wszystko, by zminimalizować znaczenie Tuska, zohydzić go w oczach społeczeństwa, zniszczyć jego wizerunek. Był już w obróbce dziadek z Wehrmachtu, były i są rzucane oskarżenia, które mają ponoć zaprowadzić go przed Trybunał Stanu za popełnione zbrodnie, których już przez trzy lata nikt nie jest w stanie udowodnić.

Politycy PiS denerwują się też bardzo, gdy w mediach pokazywany jest Donald Tusk na spacerze, w sklepie, z rodziną, robiące sobie selfie z napotkanym w Brukseli polskim turystą. Ot, zwykłe obrazki z życia zwykłego człowieka, który nie otacza się kordonem ochroniarzy, nie rozbija się rządowymi limuzynami, potrafi sam zrobić zakupy.

Ostatnio obiegła media fotka, przedstawiającego Donalda Tuska, właśnie gdy stał w kolejce do kasy, w jednym z supermarketów. Bez obstawy, jak każdy normalny człowiek. Fotkę wrzucił na swój profil Michał Kolanko i na reakcję nie trzeba było długo czekać. Paweł Rybicki napisał, że to ustawione zdjęcie, bo „Tusk nawet w budynku Rady Europejskiej chodzi z ochroną 2x większą niż premierzy rządów. Mam nadzieję, że jako doświadczony dziennikarz polityczny dobrze sobie zdajesz z tego sprawę i nie nabierasz się na tę dziecinadę. Riposta Pawła Grasia, najbliższego współpracownika Tuska, była natychmiastowa – „Normalnie nie reaguję na wpisy byłych dziennikarzy, obecnie partyjnych funkcjonariuszy. W tym przypadku muszę jednak napisać, że Pan po prostu bezczelnie kłamie”.

Jedno jest pewne. Czekają nas miesiące coraz bardziej ostrej nagonki na Donalda Tuska, bo dla polityków PiS, a szczególnie prezesa tej partii, powrót do polskiej polityki najbardziej znienawidzonej przez nich osoby, jest nie do przyjęcia. Na szczęście, Donald Tusk  est rasowym politykiem nie od dzisiaj i świetnie da sobie z tą nagonką radę. Tym bardziej, że będzie wspierany nie tylko przez członków PO, ale i działaczy innych partii oraz znaczną część Polaków.

* * *

Kwestią jest przekonać pozostałą opozycję do koalicji antypisowskiej.

Depresja plemnika

Według rozmówców „Newsweeka” Tusk na poważnie rozważa start w wyborach prezydenckich w 2020 r. Ale do tego będzie potrzebował PO i wcześniejszej wygranej opozycji w wyborach parlamentarnych. Dlatego – jak mówi ważny polityk PO – Tusk zawarł sojusz taktyczny z liderem Platformy Grzegorzem Schetyną, który ma pomóc opozycji wygrać wybory europejskie i parlamentarne, a Tuskowi – walkę o prezydenturę.

Ten sojusz został przypieczętowany na zjeździe Europejskiej Partii Ludowej w Helsinkach pod koniec października. Tusk przechadzał się między liderami europejskiej chadecji, do której należą w europarlamencie PO oraz PSL, i odbierał gratulacje za wynik wyborów samorządowych w Polsce. Koalicja Obywatelska wygrała wybory w miastach, wypychając z nich zupełnie PiS. Tusk publicznie chwalił w Helsinkach Schetynę, podkreślając, że dobry wynik Koalicji Obywatelskiej to jego zasługa.

Prawicowe tygodniki straszą powrotem Tuska

Kilku moich rozmówców w PO przyznaje, że wzajemne „obwąchiwanie się” trwało dość długo, bo Schetyna wciąż podejrzewał, że Tusk chce…

View original post 3 278 słów więcej

PiS widelcem wydłubuje demokrację w Polsce

Kampania wyborcza do samorządów nabrała już rozpędu. Na razie najbardziej spektakularne pojedynki obserwujemy w stolicy, w wykonaniu pretendentów do fotela prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego z Platformy i Patryka Jakiego ze Zjednoczonej Prawicy.

Tę rywalizację skomentował w portalu wPolityce.pl były człowiek Antoniego Macierewicza, jego zastępca w MON – Bartosz Kownacki. Ten sam, który swego czasu z dumą przekonywał, że Francuzi uczyli się od nas jeść widelcem.

Na podstawie dotychczasowych kampanijnych zmagań Kownacki jest przekonany, że wygrana jest po stronie opolanina. Zadziwiająca jest argumentacja Kownackiego, który uznał, że za porażką Rafała Trzaskowskiego może stać… niedostatek elit w stolicy!

„Bez wątpienia Patryk Jaki pokazał, że ma klasę, determinację i jest dzisiaj najbardziej aktywnym kandydatem w Warszawie. Rafał Trzaskowski okazał się być kandydatem elit, których wbrew pozorom w Warszawie tak wiele nie ma. Tutaj mieszkają normalni warszawiacy, od pokoleń lub przyjezdni, zwykli mieszkańcy. I oni nie identyfikują się z tą elitarnością pana Trzaskowskiego” – powiedział Bartosz Kownacki.

Co przez to chciał wyrazić Kownacki, mało kto wie. Pewne jest natomiast, że część mieszkańców Warszawy ma prawo poczuć się obrażona!

Co to bowiem znaczy, że „normalni” warszawiacy nie identyfikują się z elitarnością kandydata PO. Czyżby popieranie Rafała Trzaskowskiego wiązało się z „nienormalnością”? Jest też pytanie co to za „element”, który popiera kandydata Zjednoczonej Prawicy?

Do sprawy odniósł się Rafał Trzaskowski: „Normalni-nienormalni, lepszy-gorszy sort, Zomo-AK. To szkoła dzielenia ludzi J.Kaczyńskiego. Wybory w Warszawie są właśnie o tym, by nie pozwolić, by nas dzielili na lepszych i gorszych, obrażali, jeśli się z nimi nie zgadzamy. Nie ma na to mojej zgody, bo Warszawa jest jedna!” – napisał na Twitterze kandydat Platformy.

„Hola, mości Kownacki, kto to są ci normalni warszawiacy? – zapytał internauta i dodał poirytowany: „Zastanawiam czy za te słowa, które powiedziałeś pod adresem społeczności warszawskiej nazwanie ciebie Kownacki, pętakiem byłoby nadużyciem, komplementem, czy stwierdzeniem faktu”.

Ohydne. PiS kradnie demokrację jak złodziej, byle szybciej, szybciej, byle się udało, byle zdążyć, zanim złodzieja przyłapią.

Rządzi nami zorganizowana grupa przestępcza, która nie zawaha się przed niczym. Połączenie z KK jeszcze ją wzmacnia. Nie straszę PiSem. On taki jest.

Earl drzewołaz

Szalenie aktualne niestety.

Wiele działań podejmowanych przez Prawo i Sprawiedliwość wydaje się chybionych – choćby te dotyczące gigantycznych zarobków działaczy partii ulokowanych w spółkach Skarbu Państwa – ale to przemyślana strategia. Chodzi o zbudowanie własnej elity, która zastąpi dotychczasową i zapewni prawicy rządy na długie lata – pisze Piotr Gajdziński w tekście, który pierwotnie ukazał się w miesięczniku „Odra” (nr 7-8/2018)

Na początku kwietnia br. Jarosław Kaczyński ogłosił decyzję Komitetu Politycznego PiS o zwrocie nagród przez ministrów rządów Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego oraz o obcięciu pensji parlamentarzystów i samorządowców. Oczywiście w praktyce – jak zawsze w najważniejszych sprawach – podjął tę decyzję sam. „Będzie w tej chwili dużo, dużo skromniej niż było dotychczas” – zapowiedział.

Decyzja Kaczyńskiego spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem – w sondażu przeprowadzonym dla TVN24 przez Kantar Millward Brown przyklasnęło jej 69 procent respondentów, przeciw było zaledwie 25 procent. Ale ten wynik z pewnością wierchuszki partii…

View original post 4 566 słów więcej

PiS unieważnił komunizm, bo sami stali się jego spadkobiercami

Sylwetka Alicji Cichoń dziś w Gazecie Wyborczej.

.: Nie wiem nawet jak to wszystko skomentować. Nie da się. Nie ma takich słów.

Media sympatyzujące z opozycją obiegła hiobowa wieść, że „Biedroń idzie!” – będzie tworzył jakąś partię/formację. Komentarze jednoznaczne – rozbije nam jedność opozycji, będzie działał na korzyść PiS, olaboga, olaboga!

Ten falstart – bo wygląda to na falstart z racji braku udziału czy nawet komentarza głównego bohatera w tych doniesieniach – kończy długi miesiąc miodowy prezydenta Słupska w mediach krajowych. Był fajny, dokąd nie zaburzał ulubionego krajobrazu.

Zjawiska tego doświadczył już wcześniej kandydat na prezydenta Warszawy Rafał Trzaskowski. Dopóki nie był oficjalnie w grze wyborczej, media opisywały go jako nadzieję PO i Warszawy – młody, sympatyczny, wykształcony. Jak tylko został kandydatem, okazuje się w tych samych, teoretycznie przychylnych mu mediach leniwy, zarozumiały i arogancki.

Biedroń będzie miał jeszcze gorzej – bo zamiast grzecznie zaproponować PO, że do niej dołączy, to przebąkuje o własnym pomyśle i lubi zdystansować się od parlamentarnej opozycji.

Tak jak nie bardzo rozumiem, dlaczego Trzaskowski z nadziei stał się z dnia na dzień beznadzieją, tak nie wiem, dlaczego Biedroń z dobrego gospodarza Słupska stał się nagle fatalnym. Wydaje się, że w obu przypadkach mamy do czynienia ze zbiorowym tworzeniem publicystycznych mitów, różnych na różnych etapach, słabo korespondujących z rzeczywistością.

Mitem jest także mantra zjednoczonej opozycji, którą Biedroń ma rozbijać. Ten mit jest obalany każdym sondażem i każdą demonstracją spod znaku „no logo”, z zasady liczniejszą od tych partyjnych – ludzie nie chcą słuchać (z małymi wyjątkami) polityków parlamentarnych. Opozycja nie jest zjednoczona – zjednoczone jest jej konserwatywno-liberalne skrzydło, nawet jeśli na jej listach pojawi się kilku–kilkunastu kandydatów kojarzonych z lewicą czy liberałami, oblicza tej koalicji i jej nieatrakcyjności dla dużej części aktywnych wyborców to nie zmieni. Twór nazywany Koalicją Obywatelską idzie twardo po ok. 150 mandatów w przyszłym Sejmie – to stanowczo za mało, by przestać być opozycją.

Jeśli chcemy myśleć realnie o rządzie innym niż PiS w przyszłej kadencji, to trzeba znaleźć dodatkowe 100 mandatów – nie da ich z całym szacunkiem dla Barbary Nowackiej jej start z list PO. Potrzebny jest pomysł taki jak Biedronia – zagospodarowania wyborców (co nie oznacza partii i partyjek) o prowieniencji liberalnej i lewicowej, „czarnych parasolek”, zwolenników modernizacji i europeizacji Polski. Czy odbierze to głosy PO – w jakimś niewielkim stopniu pewnie tak, ale przede wszystkim zmobilizuje tych, którzy na PO nie zagłosują, a tych głosów właśnie brakuje do pokonania PiS.

Nie znam planów Roberta Biedronia, ale niewątpliwie poznamy je lada chwila – nie sądzę, by kandydował na prezydenta Słupska, jeśli miałby ten mandat zwolnić w trakcie kadencji i pozwolić np. na pisowskiego komisarza w tym mieście. Jeśli zdecyduje się na krok w stronę polityki krajowej – będzie to dużo gorsza wiadomość dla PiS niż dla PO. Wyborcy, którzy są poza zasięgiem partii opozycji parlamentarnej, czekają na propozycję – prędzej czy później taka powstanie, zaklinanie rzeczywistości „że tylko Platforma”, skończy się „tylko PiS-em”.

Warto więc zdobyć się na szerszą refleksję, poza interesem PO i tworzonego przez tę partię bloku politycznego jest jeszcze interes Polski, któremu druga kadencja rządów PiS nie służy. Nie bójcie się Biedronia, on może opozycji dodać, a nie ująć.

PiS chce zmienić reguły wyborów do Sejmu. Prezydent zapowiada sprzeciw.

W wyborach parlamentarnych w roku 2019 posłów możemy wybierać w większej niż dotychczas liczbie okręgów. PiS planuje bowiem zmianę ich granic. Mają być mniejsze, a wybrany w nich poseł ma mieć lepszy kontakt z wyborcami – dowiedziała się „Rzeczpospolita”.

Ale to nie wszystko. Jak tłumaczy jeden z polityków partii rządzącej, projektowane zmiany będą bardzo niekorzystne dla mniejszych ugrupowań. – Nowe projekty, głównie na prawicy, będą miały bardzo ciężko – twierdzi nasz rozmówca i przypomina, że już w roku 2017 pojawiły się pomysły zmiany ordynacji wyborczej. Zakładano wtedy, że Polska zostanie podzielona na 100 sejmowych okręgów.

– Ten pomysł wciąż jest rozważany, ale to niejedyny wariant, nad którym toczą się prace – podkreśla polityk.

Jednak los przygotowywanych zmian stanął pod bardzo dużym znakiem zapytania. Jak twierdzą uczestnicy poniedziałkowego spotkania z Andrzejem Dudą dotyczącego nowej ordynacji do Parlamentu Europejskiego, prezydent zapowiedział sprzeciw wobec zmian w ordynacji do Sejmu, które będą prowadzić do powstania systemu dwupartyjnego. – W rozmowie prezydent sam podniósł tę kwestię – mówi „Rzeczpospolitej” lider PSL Władysław Kosiniak-Kamysz, jeden z uczestników spotkania.

– Jeśli kierunek zmian będzie taki sam, to prezydent będzie konsekwentny – mówi nam jeden z jego doradców.

Nowa ordynacja wyborcza do Sejmu, dzieląc Polskę na 100 okręgów, premiowałaby duże partie. W wyborach do Sejmu w 2015 r. PiS zdobyło 235 mandatów. Z analizy, którą w 2017 r. dla Instytutu Wolności zrobił prof. Jarosław Flis (politolog z UJ), wynika, że gdyby przeprowadzono je w 100 okręgach, partia rządząca zdobyłaby ich o 34 więcej (w sumie miałaby 269 posłów).

– Dziś nieznane są skutki uboczne takiej zmiany. Inaczej będą wyglądać napięcia wewnątrz partii, inaczej może wyglądać motywacja polityków. W grę wchodzi też spory czynnik losowy. Zyski nie są wcale pewne. Pytanie też, czy przeciwnicy PiS się zintegrują – tłumaczy prof. Flis.

W czwartek spodziewane jest weto prezydenta do ordynacji do Parlamentu Europejskiego. Jednym z argumentów Andrzeja Dudy jest właśnie fakt, że przyjęte w lipcu przez PiS zmiany będą prowadzić do sztucznego powstania systemu dwupartyjnego.

W 2005 roku wydawało się, że podział postkomunistyczny, definiujący krajowy system partyjny od 1989 roku ostatecznie się wyczerpał. Dominujące z krótkimi przerwami w polskiej polityce od 1993 roku SLD poniosło w wyborach 2005 roku druzgocącą klęskę, scenę polityczną zorganizował spór dwóch partii post-solidarnościowych – PiS i PO. Na „wyborczy rynek” weszło także pokolenie wyżu demograficznego początku lat 80, które „komunę” pamiętać mogło wyłącznie z jakiejś akademii w przedszkolu, lub we wczesnych klasach szkoły podstawowej. Dziś pokolenie to zbliża się do czterdziestki, a głosują ludzie, którzy nie mogą pamiętać afery Rywina.

Jednak dziesięć lat później język antykomunizmu wraca do polskiej polityki, po drugim zwycięstwie PiS w 2015 roku. Partia nie tylko usiłuje dokończyć „dekomunizację przestrzeni publicznej”, oraz uchwala zawetowaną ostatecznie przez prezydenta ustawę pozwalającą na degradację wojskowej elity PRL, ale także swój spór z przeciwnikami przedstawia jako ostatni bój z „komuną”, który Polska musi wygrać, by naprawdę wyzwolić się z narzuconego jej po wojnie systemu.

To, jak PiS posługuje się antykomunizmem może mieć jeden, niepożądany przez partię efekt – ostatecznie zrobi z antykomunizmu martwy język. Wśród wszystkich manipulacji nowomowy „dobrej zmiany”, nie ma bowiem pojęć bardziej zakłamanych i przeinaczonych niż „komuna”, „antykomunizm” i wszystkie ich pochodne. PiS i bliskie mu media, używa ich w taki sposób, że tracą jakikolwiek związek z rzeczywistością.

Wśród wszystkich manipulacji nowomowy „dobrej zmiany”, nie ma bowiem pojęć bardziej zakłamanych i przeinaczonych niż „komuna”, „antykomunizm” i wszystkie ich pochodne

Kto jest żołnierzem wyklętym

To zakłamanie antykomunistycznego dyskursu PiS przebiega na kilku poziomach. Pierwszym są personalia. Nowogrodzka i jej media malują manichejski obraz sporu politycznego we współczesnej Polsce. Z jednej strony mamy „obóz patriotyczny”, „trzecie pokolenie AK” i „Żołnierzy Wyklętych” XXI wieku, reprezentujący to wszystko, co w tradycji polskiej od zawsze najlepsze, najbardziej szlachetne i wzniosłe. Z drugiej strony obóz „totalnej opozycji”, broniący „postkomunistycznego układu”, „trzecie pokolenie UB”, reprezentujące tradycje narodowego zaprzaństwa i zdrady.

Gdy jednak przyjrzymy się polityce PiS, widzimy, że o tym, kto jest współczesnym „wyklętym” decyduje wyłącznie bieżący polityczny konflikt. To, czy popiera się obecną władzę i atakuje jej przeciwników, czy nie. Twarzą rzekomo kończącej z „postkomunistycznym układem” w sądach reformy trzeciej władzy może być członek PZPR i prokurator z lat 80., Stanisław Piotrowicz.

Od „trzeciego pokolenia UB” przeciwników władzy wyzywa na łamach bliskiego jej tygodnika Wojciech Reszczyński – w latach 80. prowadzący „Teleexpress” i ocieplający tam wizerunek generała Jaruzelskiego. Na czele powołanej przez PiS Rady Mediów Narodowych stoi były członek PZPR, Krzysztof Czabański. Swój staż w partii ma też mianowany przez Nowogrodzką szef TVP2, Marcin Wolski – choć podobnie jak Czabański związał się w latach 80. z demokratyczną opozycją. W KC PZPR do końca zasiadał za to Marek Król, bliski PiS publicysta, przekonujący niedawno na antenie radia PR24, że „dla zdrowia przyszłych pokoleń, trzeba przeprowadzić redukcję osób, profitujących w PRL”.

Od „trzeciego pokolenia UB” przeciwników władzy wyzywa na łamach bliskiego jej tygodnika Wojciech Reszczyński – w latach 80. prowadzący „Teleexpress” i ocieplający tam wizerunek generała Jaruzelskiego.

Od „komunistów i złodziei”, czy „ubeckich wdów” politycy rządzącej partii wyzywają obywateli walczących o niezależność Trybunału Konstytucyjnego i innych sądów. Albo siedzącego w czasach PRL w więzieniu za opozycyjną działalność Piotra Ikonowicza – brutalnie atakowanego niedawno w TVP przez jak posła Tarczyńskiego. Także postrzegany na świecie jako ikona pokojowego oporu przeciw komunistycznej dyktaturze Lech Wałęsa nie jest przedstawiany przez PiS-owskie media inaczej niż, jako TW Bolek.

Komuną w III RP

Zakłamaniu w języku PiS ulegają nie tylko pojedyncze biografie, ale także cała polska historia po roku 1989. Antykomunistyczny język używany jest jako uzasadnienie do niszczenia instytucji i rozwiązań konstytucyjnych III RP.

Nagle okazuje się, że reliktami komuny są polska forma autonomii sądownictwa, Sąd Najwyższy i jego skład, czy konstytucja z 1997 roku.

Nagle okazuje się, że reliktami komuny są polska forma autonomii sądownictwa, Sąd Najwyższy i jego skład, czy konstytucja z 1997 roku. Tymczasem żądania autonomii korporacyjnej sędziów były częścią postulatów solidarnościowej strony przy okrągłym stole. Elity opozycji widziały w nich gwarancję ochrony praw obywateli, przed władzą, która mogłaby mieć pokusę ręcznego sterowania wyrokami. Z Sądu Najwyższego na początku lat 90. usunięto najbardziej skompromitowanych w poprzednim ustroju sędziów. Konstytucję przyjął w pełni demokratycznie wybrany Sejm II kadencji, a naród zaakceptował w referendum.

Atakując III RP za rzekomy „postkomunizm” rządzący obóz prowadzi przy tym politykę, która przypomina raczej standardy bloku wschodniego przed ’89 roku (czy innych autorytarnych państw), nie liberalnych demokracji. Sejm został zredukowany do zupełnie fasadowej funkcji, a rząd podporządkowany kierownictwu partyjnemu. Partia dąży do tego, by obsadzić sądy posłusznymi sobie ludźmi – co już udało się w Trybunale Konstytucyjnym.

Tarcza i pałka skrajnej prawicy

Zarzut „komunizmu” staje się też wygodną pałką, którą związani z PiS liderzy opinii, atakują wszystko to, co drażni panujący w Polsce prawicowy światopogląd. „Komunistyczne” stają się więc nagle wielkokulturowe społeczeństwa zachodu, „ideologia gender”, prawa kobiet, czy wszelka lewica. Łącznie z socjaldemokratyczną i w swoim stosunku do PRL wręcz antykomunistyczną Partią Razem, której delegalizacji domagała się młodzieżówka Gowina, co za absurd uznała nawet podporządkowana Ziobrze prokuratura.

„Komunistyczne” stają się więc nagle wielkokulturowe społeczeństwa zachodu, „ideologia gender”, prawa kobiet, czy wszelka lewica

Ostatnio antykomunistyczną krucjatę bliskie PiS ośrodki rozpętały przeciw Ewie Gawor ze stołecznego ratusza, która w PRL była w szkole milicyjnej. Media i prawicowy Twitter cisnęły sensacyjną narrację: „SB zatrzymało marsz powstania warszawskiego”. Ratusz podpadł bowiem prawicy tym, że rozwiązał marsz ONR i Młodzieży Wszechpolskiej. Skrajnie zinstrumentalizowany antykomunizm staje się tarczą chroniącą skrajną, faszyzującą prawicę.

Sama skrajna prawica chętnie wszędzie tam, gdzie dochodziła do władzy sięgała po antykomunistyczną pałkę, okładając nią każdego, kto stał na drodze jej władzy: działaczy chłopskich, demokratycznych socjalistów, liberałów, feministki. Do tej pory w Polsce antykomunizm nie kojarzył się z podobnymi praktykami reżimów Pinocheta, czy Videli, ale z wolnościową, demokratyczną i anty-autorytarną tradycją.

Skrajnie zinstrumentalizowany antykomunizm staje się tarczą chroniącą skrajną, faszyzującą prawicę.

Choć PiS za mniej, lub bardziej urojony „komunizm” na razie nikogo do więzienia nie wsadza, ani nie torturuje, jest na najlepszej drodze do tego, by także w Polsce antykomunizm zaczął kojarzyć się głównie z paranoiczny polowaniem na czarownice.

Tworzenie wspólnego frontu przeciwko łamaniu praworządności i zabieraniu wolności obywatelskich jest ogromnie istotne nie tylko dla nas, ale i dla następnych pokoleń. PiS realizuję swój plan – to czarny scenariusz dla Polski. Nie czas na spory – czas na współpracę ✌️

Earl drzewołaz

Według I Prezes SN, Komisja Europejska sprawia wrażenie, jakby wierzyła w otwartość polskiego rządu. – „KE uwierzyła, że są prowadzone realne, prawdziwe negocjacje i jakieś ustępstwa naszego rządu, a to było tylko przeciąganie na czas. Aktualna władza nauczyła nas nierespektowania wykładni i reguł, do których byliśmy przyzwyczajeni. Stało się to normalne i dopuszczalne” – powiedziała prof. Małgorzata Gersdorf w wywiadzie dla agencji Reuters.

Wezwała Unię Europejską do szybszego podjęcia działań w sprawie pisowskich zmian w polskim wymiarze sprawiedliwości. W przeciwnym razie nastąpią nieodwracalne zmiany. – „UE podjęła działania zbyt późno. Sędziowie zostaną zwolnieni i wtedy rząd się cofnie, ale nie będzie już jak się cofać, bo sędziów nie będzie” – powiedziała prof. Gersdorf.

W Sądzie Najwyższym pojawią się nowi sędziowie i zdaniem I Prezes przez lata będą tam występować istotne trudności w rozstrzyganiu spraw, ze względu na ich brak doświadczenia i brak ciągłości postępowania sądowego. – „Upolitycznienie polskich sądów, przed…

View original post 1 190 słów więcej

PiS ściga za Konstytucję, bo będzie za nią sądzony

Zbyt radykalna aktywistka, która szkodzi protestom, czy liderka, która przyciąga młodych?

W najnowszym „Newsweeku”rozmowa z Klementyną Suchanow (także o jej własnych granicach). W redakcji dyskusja nt. metod jej działania była gorąca!

Mimo apeli policyjnych związkowców o wycofanie się z angażowania funkcjonariuszy policji do politycznych działań, mających na celu przede wszystkim ochronę wizerunku partii rządzącej, minister Brudziński nie spuszcza z tonu. Z każdym kolejnym doniesieniem o użyciu wyspecjalizowanych komórek śledczych, całego zastępu mundurowych czy stawiania absurdalnych zarzutów typu propagowanie ustroju totalitarnego poprzez napis “PZPR” na elewacji biura poselskiego Prawa i Sprawiedliwości władza z jednej strony przekracza granice śmieszności, z drugiej prowokuje wręcz do zaangażowania w podobne happeningi kolejnych przeciwników obozu rządzącego.

Od kilku dni trwa w całej Polsce akcja Komitetu Obrony Demokracji, polegająca na ubieraniu różnego rodzaju pomników w koszulki z napisem “Konstytucja”. Cel jest oczywisty – już nie tylko wyborcy, ale nawet przedmioty martwe mają przypominać politykom Prawa i Sprawiedliwości, że Konstytucja RP to najwyższe prawo naszego kraju i nawet mimo zdobytej większości w parlamencie nie wolno im deptać jej zapisów. Dziś można już to powiedzieć wprost – sukces akcji zaskoczył pewnie nawet jej organizatorów. Bardziej nieadekwatnej odpowiedzi, niż ta, którą zastosowała władza nie można było sobie wyobrazić. Namierzanie z pełną determinacją sprawców takich czynów (choć oni wcale nie zamierzają się ukrywać), stosowanie przeszukań mieszkań, rewizji osobistych czy stawianie absurdalnych zarzutów o znieważeniu pomników daje efekt dokładnie przeciwny, niż władzy się wydaje. Nie tylko potwierdza słuszność przypominania o Konstytucji i prawach obywatelskich z niej wynikających, które rządzący łamią choćby poprzez stosowanie nieproporcjonalnych do czynu środków przymusu, ale i wręcz zachęca kolejnych obywateli do udziału w takich happeningach. Efekt mrożenia tu nie działa, bo działanie władzy jest tak absurdalne, że trudno traktować je inaczej, niż przejaw bezsilności.

Każdy taki przypadek prędzej czy później skończy się w sądach, gdzie zdecydowana większość spraw upadnie z hukiem, zostawiając usłużnych prokuratorów z ręką w nocniku. Tak długo, jak zmuszeni przez przełożonych będą musieli przekonywać, że koszulka z napisem “Konstytucja” znieważa Misia Uszatka, który został w nią ubrany, tak długo będą stawać się pośmiewiskiem, trafiając na “listę obciachu”, którą ta władza po sobie zostawi.

Śledztwo ws. rasistowskich haseł narodowców w Poznaniu umorzone. Rasiści z Marszu Niepodległości wciąż bezkarni. Koszulkowi oprawcy Misia Uszatka zatrzymani. Polska A.D. 2018.

Earl drzewołaz

Wszystkim PiSowcom polecam słowa ich mentora. Nie idźcie tą drogą!

Procedura przewiduje, że Trybunał najpierw decyduje, na ile pilna jest sprawa, potem wzywa władze Polski do zajęcia stanowiska. Do postępowania przystąpić mogą także inne zainteresowane kraje, jak również Komisja Europejska. Potem swoje stanowisko przedkłada rzecznik generalny, Trybunał na rozprawie wysłuchuje strony i ogłasza wyrok.

– To perspektywa kilku miesięcy – ocenia prof. Robert Grzeszczak z UW, specjalista prawa europejskiego. Przypomina, że TSUE może wybrać, na które pytania odpowie, pozostałe pominąć, a nawet zmodyfikować ich treść – i wskazać, co jego zdaniem w całej sprawie wymaga wykładni.

Znów polityczny manifest na koncercie Rogera Watersa. Artysta wystąpił w niedzielę w Gdańsku.

Na koncercie Rogera Watersa w Gdańsku, podobnie jak w Krakowie, nie zabrakło nawiązań politycznych. Podczas niedzielnego koncertu na telebimie wyświetlono słowa nawiązujące do protestów w Polsce.

Koncert Rogera Watersa w Gdańsku

„Uwolnijcie media, uwolnijcie sądy, konstytucja, konstytucja, konstytucja” –…

View original post 2 344 słowa więcej

Przemoc PiS przyśpieszy tylko ich upadek. Zameldują się przed sądami i odpowiedzą za bezprawie

Reżyser i pisarz Andrzej Saramonowicz o zachowaniu policji wobec protestu przed Sejmem.

W sieci pojawiło się kolejne nagranie z zatrzymania protestującego pod Sejmem. Tym razem chodzi o Bartosza Adamczyka, który twierdzi, że „był podduszany, i to bardzo mocno”.

– Stawiano mi buty na głowie, na lewe ucho i na prawe ucho. Poza tym mnie podduszano, i to bardzo mocno. Panowie policjanci, jeden do drugiego mówili: Podduś go bardziej – tak zatrzymanie na terenie Sejmu opisuje protestujący Bartosz Adamczyk.

Jego relację zarejestrował poseł Michał Szczerba z Platformy Obywatelskiej. Całe nagranie opublikował na Twitterze.

O zatrzymaniach na terenie Sejmu zrobiło się głośno, kiedy do szpitala trafił Dawid Winiarski. Mężczyzna musi leżeć w kołnierzu ortopedycznym. Na razie nie wiadomo jednak, czy obrażenia są poważne.

Komenda Stołeczna Policji komentuje zatrzymanie Dawida Winiarskiego. – Na tę chwilę nie wpłynęła żadna skarga, jeżeli chodzi o zachowanie policjantów. Policjanci podejmowali zdecydowane działania wobec osoby, która została zatrzymana w związku z naruszeniem nietykalności funkcjonariusza publicznego – powiedział w rozmowie z Gazeta.pl kom. Sylwester Marczak, rzecznik KSP.

W sumie po piątkowych manifestacjach funkcjonariusze zatrzymali cztery osoby. Poseł Szczerba poinformował jednak na Twitterze, że cała czwórka została już zwolniona.

„Czterech młodych obywateli protestujących o wolne sądy zostało po 22 godzinach zwolnionych. Policja wykazała się wyjątkową brutalnością. Takie są polityczne rozkazy. Jest też indywidualna odpowiedzialność za przyduszenia, zadawanie bólu. Prędzej lub później będzie wyegzekwowana” – napisał poseł Platformy Obywatelskiej.

Zamach na Trybunał Konstytucyjny i Sąd Najwyższy stał się faktem. Władza jest głucha na protesty obywateli, sędziów i kompletnie ignoruje ostrzeżenia płynące z Brukseli. Budowane z takim trudem państwo prawa, demokracja znalazły się na silnie wzburzonym morzu i coraz trudniej mieć nadzieję, że unikniemy katastrofy. Profesor Marcin Matczak w komentarzu, który ukazał się w świątecznym wydaniu „Gazety Wyborczej” pisze: – „Władza kierująca okrętem, któremu na imię Polska, niewątpliwie oszalała. Od ponad dwóch lat wrzeszczy, szczególnie w czasie przemówień Głównego Kapitana, że mandat demokratyczny otrzymany w zwyczajnych wyborach pozwala jej na wszystko. Konstytucję będącą ograniczeniem jej działań albo deprecjonuje, albo interpretuje w taki sposób, żeby żadnym realnym ograniczeniem nie była”.

Władza często deprawuje, jeżeli trafi do rąk ludzi nieprzygotowanych, u których zwycięża pokusa niczym niekontrolowanego przywództwa. Żeby je osiągnąć, potrzeba posłusznych sędziów, którzy nie sprzeciwią się łamaniu prawa, Konstytucji i tym samym pomogą osiągnąć rządzącym władzę absolutną. Kandydat na sędziego powinien być pozbawiony chęci i umiejętności samodzielnego myślenia, bo jak pisze dalej prof. Matczak: – „Nie o to przecież chodzi, aby podległy władzy sędzia dbał o interes państwa. Ma po prostu potulnie pospieszyć z pomocą, gdy władza zechce wygramolić się z więzów Konstytucji, by lotem koszącym skoczyć sobie na główkę”.

W dalszej części swojego komentarza profesor udowadnia, jak istotna jest rola Konstytucji i niezależnych od władzy sędziów, którzy: „reprezentują interes aktualnej mniejszości, której w danym cyklu wyborczym nie reprezentuje parlament. Gdy przy władzy są liberałowie, sędziowie bronią interesów obywateli o poglądach prawicowych; gdy następnie sytuacja się odwraca, sędziowie chronią obywateli o poglądach liberalnych przed nadużyciami prawicy„. Według prof. Matczaka, destrukcja Trybunału Konstytucyjnego i Sądu Najwyższego jest pierwszym krokiem do zniszczenia państwa demokratycznego. Znaleźliśmy się na równi pochyłej, a skutki działań obecnej władzy będziemy odczuwali jeszcze bardzo długo i to bez względu na wyniki przyszłych wyborów. – „Państwo prawa buduje się jak domek z kart, którego niższe piętra z czasem zamieniają się w skałę” – pisze w komentarzu prof. Matczak. – „Ale jeśli ktoś, jak Polacy, buduje to państwo krótko, jedynie przez 30 lat, to państwo prawa nie ma trwałych fundamentów”.

Sytuację w Polsce prof. Matczak porównał do słynnego mitu o Odyseuszu, który aby nie ulec populistycznym wołaniom syren kazał się przywiązać do masztu, a swoim żeglarzom nakazał włożenie do uszu wosku, aby pozostali głusi na jego wołania. W tym odniesieniu lina krępująca Odysa – władcę to Konstytucja, a żeglarze to niezależni sędziowie. Jak konstatuje w swym komentarzu prof. Matczak: – „Szaleństwo polskiego Odyseusza polega na podcinaniu liny, którą jest przywiązany do masztu, i wymienianiu żeglarzy na takich, którzy w godzinie próby będą zbyt potulni, żeby powstrzymać go przed chęcią rozbicia okrętu na skałach. Szaleństwo to polega na niezrozumieniu, że prawdziwa wyspa syren dopiero majaczy na horyzoncie. Tymczasem władza już się wyrywa z konstytucyjnych więzów, by w jej mniemaniu być lepiej przygotowana na spotkanie z nieznanym”.

Wydaje się, że stawianie pomników staje się jednym ze sztandarowych działań obecnej władzy. Tym razem członkowie komisji ładu przestrzennego i gospodarki nieruchomościami w Radzie Miasta Kielc zdecydowaną większością głosów opowiedzieli się za wzniesieniem pomnika Przemysława Gosiewskiego.

Według radnych, dzięki byłemu wicepremierowi PiS, który zginął w katastrofie smoleńskiej, „udało się w 2007 r. wpisać województwo świętokrzyskie do Programu Operacyjnego Rozwój Polski Wschodniej”. Fakt, że tak naprawdę o wpisaniu województwa do wyżej wspomnianego programu nie decydował Gosiewski, ale wskaźnik PKB na mieszkańca i że decyzja o przyznaniu dodatkowych kwot z unijnych funduszy zapadła w 2005 roku, wydaje się nie mieć najmniejszego znaczenia dla radnych.

Pomnik Gosiewskiego ma stanąć w centrum Kielc, obok „Przystanku Historii” Instytutu Pamięci Narodowej. Odlana z brązu sylwetka byłego wicepremiera ma stać za mównicą.

Ostateczna decyzja o postawieniu pomnika ma zapaść podczas najbliższej sesji Rady Miasta, ale sprawa wydaje się być już przesądzona, bo budowie monumentu sprzeciwiła się tylko radna PO Agata Wojda. – „Moim zdaniem Przemysław Gosiewski został już wystarczająco upamiętniony w Kielcach. Ma tablicę na katedrze, jego nazwiskiem została nazwana jedna z głównych arterii w mieście, a teraz kolejna próba, najmniej sensowna” – powiedziała „Gazecie Wyborczej” Wojda.

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o nieszczęsnym Dudzie.

Andrzej Duda składa PiS-owi zawoalowaną, ale dość czytelną propozycję: sądy za referendum.

W dniu, gdy PiS schowany w Sejmie za kordonami policji dokonywał ostatecznego skoku na niezależne sądownictwo, terroryzując i kneblując opozycję, zaś tłumy obywateli demonstrowały pod parlamentem i sądami w całym kraju, prezydent Andrzej Duda wystąpił przed dziennikarzami. W tak dramatycznej i napiętej sytuacji interwencja głowy państwa byłaby czymś oczywistym i bardzo pożądanym – m.in. po to właśnie jest prezydent, by pomagać politykom i narodowi znajdować wyjście z sytuacji kryzysowych.

Tyle tylko, że pan Duda nawet się nie zająknął o tym, co dzieje się w parlamencie, tak jakby wszystkie te dramatyczne wydarzenia rozgrywały się na innej planecie i w ogóle go nie dotyczyły. Zamiast tego opowiadał o swoim poronionym pomyśle referendum konstytucyjnego i zakomunikował, że złożył wniosek o jego przeprowadzenie.

Wielu obserwatorów mogło odnieść wrażenie, że Duda mówił kompletnie nie na temat i że wystąpił w najgorszym z możliwych momentów, kiedy cały polski świat polityczny ma inne sprawy na głowie. A ja sądzę, że prezydent starannie to przemyślał i nie przypadkiem wybrał taki moment.

Nie jest tajemnicą, że inicjatywa referendum ma na celu wzmocnienie pozycji Pałacu Prezydenckiego jako wpływowego i autonomicznego ośrodka politycznego. Pomysł powszechnego głosowania na temat nowelizacji Konstytucji ani nie był z Nowogrodzką konsultowany, ani nie jest jej specjalnie na rękę. Dlatego liczni politycy PiS jednoznacznie dawali wcześniej zrozumienia, że nie palą się do popierania prezydenckiego projektu. Absurdalne pytania obśmiali nawet publicyści związani z obozem władzy.

Dlatego wystąpienie Dudy właśnie w szczytowym momencie ofensywy przeciw sądom można odczytać jako zawoalowany szantaż i sygnał skierowany do partyjnych towarzyszy: chcecie, żebym podpisał to, nad czym dzisiaj głosujecie? To zatwierdźcie moją inicjatywę referendum.

Nic dziwnego, że pierwsze reakcje pisowskich dygnitarzy były bardzo wstrzemięźliwe: pochylimy się z troską, przeanalizujemy, zastanowimy się. W ten piątek nikt Dudzie nie powiedział tak jak poprzednio: spadaj pan z tym kretyńskim pomysłem. PiS wie, że dla powodzenia swoich planów potrzebuje prezydenckiego podpisu, a Duda raz już zrobił partii paskudnego psikusa, wetując rok temu dwie ustawy niszczące polskie sądownictwo. Lepiej go więc nie zrażać ani nie antagonizować.

W ten oto sposób polskie państwo prawa i polska demokracja stały się zakładnikami mafijnej rozgrywki między konkurującymi ze sobą ośrodkami rządzącej sitwy, które zabiegają o poszerzenie swoich stref wpływów.

Wojciech Maziarski

PS. Oprócz prezydenta jest w Polsce jeszcze jedna wpływowa instytucja, która w przeszłości wielokrotnie zabierała głos w sytuacjach skrajnego napięcia i podejmowała się mediacji między stronami dramatycznych konfliktów grożących wybuchem. To Kościół katolicki. Tym razem jakoś go nie słychać. Ostatnio Episkopat wielokrotnie zabierał głos w sprawach politycznych, nakłaniając polityków, by zdelegalizowali aborcję i zamknęli w niedziele sklepy. A o niezawisłości sądów ani słowa. Szanowni biskupi, waszym zdaniem to mniej ważne niż niedzielny handel?

Waldemar Mystkowski pisze, dlaczego artyści protestują.

Jeden z dziennikarzy „Rzeczpospolitej” pyta rezolutnie, dlaczego aktorzy, pisarze, piosenkarze mieszają się do polityki? Wachlarz zawodów rozszerzyłbym o piekarzy, szewców, informatyków, piłkarzy (spisałbym w tym miejscu wszystkie wykonywane zawody i zadałbym pytanie: dlaczego…).

W duchu paryskiego Maja ’68 zadałbym najwłaściwsze pytanie z punktu wolności obywatelskich: dlaczego politycy mieszają się do polityki? Wówczas młodzież zrzucała z siebie skamieniałą skórę świata, bo uważała, że „zabrania się zabraniać”.

W tej chwili mamy problem niedotyczący bezpośrednio ani pisarzy, ani aktorów, ani piosenkarzy, mianowicie zawierający się w pytaniu: dlaczego ci, którzy uważają się za polityków, knocą politykę, knocą przestrzeń publiczną, knocą wartości demokratyczne i wolność? I w tej odpowiedzi „dlaczego knocą” jest odpowiedź na pytanie dziennikarza: dlaczego wszystkie zawody – bo taki jest wachlarz protestujących w Polsce – mieszają się do polityki? Polityka dotyczy sfery wspólnej, w której zabrania się zabraniać do momentu, gdy naruszona jest wolność drugiej osoby. To jest bodaj główny ogranicznik polityki, reszta jest konsensusem wypracowanym w ramach wolności.

Obecna władza PiS używa samych ograniczników w stosunku do społeczeństwa, czyli do tych, którzy mieszają się do polityki: aktorów, pisarzy, piosenkarzy. Znam przedstawicieli powyższych artystycznych sfer i zapewniam, że zdecydowana większość jest inteligentniejsza, mająca większe pojęcie o polityce od pierwszych z brzegu polityków rządzącej partii: Kaczyńskiego, Morawieckiego, Dudy, Brudzińskiego, że wymienię na razie tych czterech.

Zatem dlaczego aktorzy, pisarze, piosenkarze nie są politykami? Zdaje się, że mamy bardzo prostą odpowiedź przy tym pytaniu z tezą. Tworzymy antytezę i retorycznie pytamy: dlaczego politycy nie mieszają się do aktorstwa, pisania, śpiewania? Dlatego. Bo im bozia nie narobiła na głowę, czyli nie dała talentu. Zatem: czy polityka przyciąga ludzi bez talentu? Odpowiedź znów jest bardzo prosta. Bo odpowiedzi szukamy na przykładach: jaki talent ma Brudziński? Jaki talent ma Kaczyński? Jaki talent ma Kuchciński?

Dlatego wykonujący inne zawody mieszają się do polityki, bo ludzie o wyżej wymienionych nazwiskach nawet do polityki nie mają talentów, a zawłaszczają nam wspólną sferę publiczną. Ba, zniszczyli mechanizmy funkcjonowania tej przestrzeni, która funkcjonuje poprawnie tylko w warunkach demokracji, w mechanizmie trójpodziału władzy.

Aktorzy, pisarze i piosenkarze zawsze będą mieszać się do polityki, bo więcej jest w nich z rasowego polityka niż w politykach, jakich mamy w Polsce. To aktor w swoich rolach na scenie bądź ekranie odgrywa często polityka – i niestety często zaprzańca. To pisarz opisuje pokraków politycznych, a piosenkarz śpiewa o ich marnych talentach.

Dlatego aktorzy, pisarze, piosenkarze i obywatele wykonujący inne zawody wychodzą na ulicę, aby mieszać się do polityki knoconej przez Kaczyńskich, Morawieckich, Brudzińskich, Dudów. Bozia nawet w tej wąskiej powinności wymienionym narobiła na głowę, acz mają nadymane ego do nieprzyzwoitości.

Dlatego Klementyna Suchanow napisała na murze Sejmu: „Czas na sąd ostateczny”. Klementyna mimo młodego wieku jest wybitną pisarką. To ona będzie w podręcznikach jako polska chwała i bohater, a Kaczyński, Morawiecki, Duda, Brudziński przypisami do niej i to tylko w działce o niszczeniu Polski, o zaprzańcach, kłamcach.

Nie wiem, kim z zawodu jest pobity Dawid Winiarski, ale ma większe pojęcie o polityce od Brudzińskiego, bo broni wolności w przestrzeni wspólnej. Winiarski przez policję został potraktowany jak Grzegorz Przemyk, pobity na zapleczu, poza oczyma protestujących. Przemyk został zabity, Winiarski przeżył. To jednak wróży na przyszłość, że ta władza ucieknie się do najbardziej nikczemnych metod.

Aktorzy, pisarze, piosenkarze i wykonujący inne zawody będą mieszać się do polityki, bo mają o niej zdrowsze pojęcie od Kuchcińskich, Brudzińskich, Kaczyńskich, Morawieckich, Dudów.

Kobieton Pawłowicz zachęcała do wyjścia na ulicę – w 2014 roku.

Koniec demokracji. Budzimy się w Białorusi, w Turcji. Kiedy nas wykopią z UE?

>>>

Większość parlamentarna zmiażdżyła polską demokrację. I zrobił to Jarosław Kaczyński państwa rękoma, wrażliwością, biografiami i przyszłością. Jesteście w rękach bezwzględnego manipulatora. Albo wolność nasza i wasza, albo wojna domowa. Faszyści stoją u naszych bram” – powiedział Krzysztof Mieszkowski z Nowoczesnej. Podczas debaty nad ostatecznym przejęciem sądownictwa przez PiS Kaczyńskiego nie było na sali obrad.

– „W tej chwili dorzynacie Sąd Najwyższy, robiąc go na swoją modłę tak, jak wcześniej zrobiliście to z KRS i Trybunałem Konstytucyjnym. Wasza propaganda nic nie da, bo Polacy nie dadzą kolejny raz się oszukać” – stwierdził Borys Budka z PO, mając na myśli kolejne wybory. Poseł Michał Szczerba cytował politykom PiS niedawne słowa przewodniczącego Rady Europejskiego Donalda Tuska o zmianach w polskim sądownictwie: – „Władza, która podporządkuje sobie sąd, przekształci demokrację w rządy złodziei”. A Marcin Święcicki wskazał na prawdziwy cel zawrotnego tempa prac nad nowelizacją ustawy. – „PiS chce zdążyć przyjąć nowe prawo, zanim ustawę o Sądzie Najwyższym rozpatrzy Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, do którego dokument został zaskarżony przez Komisję Europejską”.

Poseł Nowoczesnej Adam Szłapka powiedział, że prezes PiS wydał swoim posłom polecenia, jak mają głosować. – „Przyszedł don Kaczyński, a wy za nim, jak barany”. Wicemarszałek Terlecki przerwał posłowi i odebrał mu głos oraz pouczył, że narusza powagę Sejmu. Tak samo zachował się w stosunku do Moniki Rosy z Nowoczesnej. – „To smutne i przerażające, z jakimi drwiącymi uśmiechami odbieracie obywatelom i obywatelkom im prawa polityczne, człowieka. Myślicie, że jesteście silni, bo jesteście w kupie z drwiącymi uśmiechami. Ale każdy z Was jest indywidualnie odpowiedzialny za to, co dzieje się w tej izbie. Każdy z was jest Piotrowiczem. I tej gęby Piotrowicza, byłego komunistycznego prokuratora, z siebie nie zdejmiecie. Nie schowacie się za Piotrowiczem, za tchórzem Jarosławem Kaczyńskim” – powiedziała Rosa, zanim Terlecki wyłączył jej mikrofon.

– „Prawda jest taka, że wcześniej czy później skończycie przed sądem” – zapowiedziała politykom PiS szefowa klubu Nowoczesnej Kamila Gasiuk-Pihowicz. – „W Polsce są osoby, które ideałów nie sprzedają. Nie zastraszycie wszystkich, bo w Polsce są osoby, które się Was nie boją. Nie będziecie rządzić wiecznie, bo są w Polsce ludzie, którzy wygrają z Wami wybory i przywrócą normalne, demokratyczne rządy” – stwierdziła. – „Jaki los wybraliście dla suwerena? Los niewolników!” – podkreślił Witold Zembaczyński z Nowoczesnej. O działaniach marszałka Terleckiego, nagminnie wyłączającego mikrofon politykom opozycji i komentującego ich wystąpienia, mówi: – „To folwark PiSięcy!„.

Za projektem ostatecznie demolującym polskie sądownictwo głosowało 230 posłów, opozycja w większości opuściła salę posiedzeń i nie wzięła udziału w głosowaniu. – „Była wielka szansa na złamanie kworum, ale uniemożliwili to posłowie Kukiz’15. Kukiz’15 okazało się ponownie koncesjonowaną pseudo-opozycją, to się im odbije czkawką” – powiedział po głosowaniu Borys Budka z PO.

Wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans w wywiadzie dla „Financial Times” przyznał, że Jarosław Kaczyński pozostaje „niezrażony” dotychczasowymi interwencjami ze strony unijnych instytucji w sporze dotyczącym praworządności. Stwierdził, że wiele państw UE jest zaniepokojonych wydarzeniami w Polsce i nie akceptuje argumentacji, że spór KE z Polski wynika jedynie z postawy „jednego lunatyka w Komisji Europejskiej” – jak określają Timmermansa politycy PiS.

– „W pewnej chwili, jeśli nadal będzie się to rozwijało w ten sposób, ktoś przy stole zacznie pytać: „Czy na pewno jesteście z nami? Musicie zdecydować: czy jesteście z nami?” – powiedział Timmermans. Wiceszef KE obawia się ryzyka rozpadu UE na mniejsze bloki państw o podobnych poglądach. – „Nic nie jest już oczywiste; ani demokracja, ani szacunek dla praw człowieka, ani trójpodział władzy” – mówił.

Timmermans zauważył, że Kaczyński to bardziej ideolog. Natomiast węgierski premier Viktor Orban – to taktyk. – „Orban to taki typ faceta, który przy limicie prędkości 120 km/h będzie jechał 140 km/h i nikt nie zareaguje – może trochę pomarudzi – ale jak mu się zwróci uwagę przy 160 km/h, że jedzie zbyt szybko, to zwolni do 140 km/h i powie: „Czyż nie jestem dobrym chłopcem?”.

Ocenił z perspektywy czasu poszerzenie UE w 2004 o dziesięć nowych państw. – „Doszedłem do wniosku – patrząc na liczby i rozmawiając z wieloma ludźmi w Europie Środkowo-Wschodniej – że nie, nie popełniliśmy błędu. Te społeczeństwa – przy wszystkich wyzwaniach, z jakimi się mierzą – czują głębokie przywiązanie do Unii Europejskiej, pomimo tego, co mogą mówić politycy i pomimo wyborczych gierek wokół tego” – stwierdził Timmermans.

Komentarze internautów nie napawają optymizmem. – „Jedno jest pewne – UE poradzi sobie bez Polski – Polska bez UE stanie się łatwym łupem dla każdego”; – „Kaczyński wychowywał się w gomułkowskim PRL. Świata nie widział oprócz wschodu. Dostał się do władzy dzięki populistycznym hasłom i wyborcom, którzy też świata nie widzieli i łatwo nimi manipulować. Jego działania na dłuższą metę zrujnują naszą gospodarkę, która jest uzależniona od eksportu do UE. Widać, że on boi się UE, dlatego tak zaciekle ją niszczy”; – „Przecież Kaczyńskiemu o to chodzi! On ma inne wartości niż obowiązują w UE!”.

PiS – ostatnia partia postkomunistyczna w Polsce.

Pod Sejmem wieczorem odbywały się protesty przeciwników zmian w Sądzie Najwyższym. Ustaliliśmy, że policja zatrzymała cztery osoby. Komenda stołeczna nie potwierdza tej liczby, ale samo zatrzymanie tak.

Pod Sejmem już trzeci dzień gorąco. Protestujący, mimo że zmiany w przepisach dotyczących Sądu Najwyższego już zostały przepchnięte, nie rozeszli się do domów. Wieczorem Obywatele RP poinformowali o zatrzymanych przez policję członkach ich organizacji. Na filmie Obywateli RP widać, jak grupa policjantów ciągnie gdzieś młodego mężczyznę.

Policja: Zatrzymaliśmy najbardziej agresywnych

Innego z zatrzymanych widzimy na filmie zamieszczonym na Facebooku przez posła PO Michała Szczerbę. Mężczyzna został zatrzymany na terenie Sejmu. Na zdjęciach, które polityk zamieścił na Twitterze widać, że leci mu krew z nosa.

Zatrzymani protestujący trafili na komisariat na ul. Wilczej. Skontaktowaliśmy się z Komendą Stołeczną Policji, by zweryfikować te informacje. – Nie mogę potwierdzić liczby osób, ale potwierdzam, że osoby najbardziej agresywne zostały zatrzymane – mówi kom. Sylwester Marczak, rzecznik prasowy KSP. – Do zdarzenia doszło po godz 19., kiedy tłum zaczął napierać na policjantów.

Zgodnie z wersją policji wtedy jeden z policjantów został ranny w bark, drugi z kolei ma „rozcięty kawałek twarzy”. KSP informuje, że o liczbie zatrzymanych powie „po zakończeniu czynności”.

Za komuny gdy ZOMOwcy pacyfikowali, wierchuszka też była rozbawiona. Dziś powraca to co było.

Wśród wielu różnych protestów przeciwko łamaniu praworządności przez PiS, ten na który zdobyli się dwaj niemłodzi już byli politycy, wydaje się szczególnie dramatyczny.

Obaj byli kiedyś posłami. Andrzej Kostarczyk (72 lata) i Jacek Szymanderski (73 lata) weszli w czwartek 19 lipca do gmachu Sejmu, rozwinęli własnoręcznie wykonany baner z napisem „Konstytucja” i wygłosili oświadczenie, w którym sprzeciwili się poczynaniom Prawa i Sprawiedliwości.

Był współzałożycielem PC, ale odszedł

Obaj w okresie PRL działali w opozycji. Andrzej Kostarczyk, prawnik i publicysta, poseł w latach 1991-93, to były wiceminister spraw zagranicznych w rządach Jana Krzysztofa Bieleckiego i Jana Olszewskiego, jeden ze współzałożycieli Porozumienia Centrum. Współpracował wtedy blisko z Jarosławem Kaczyńskim i, jak mówi, szybko zrozumiał, że to polityk, którego plany mogą być groźne dla Polski. Dlatego odszedł z PC, a wkrótce w ogóle z życia politycznego. W wywiadzie udzielonym w 2016 r. „Rzeczpospolitej” powiedział, że Jarosław Kaczyński to człowiek, który „zaczadził umysły Polaków czarną legendą złowrogiego spisku”.

Jacek Szymanderski, socjolog, , kiedyś współpracownik KOR i więzień polityczny, był posłem w latach 1989 – 91 z ramienia Komitetu Obywatelskiego. Działał m. in. w Stronnictwie Konserwatywno-Ludowym, a później w Platformie Obywatelskiej.

Apelujemy do byłych parlamentarzystów

Kiedy stali w Sejmie z napisem „Konstytucja” obok przechodzili parlamentarzyści i dziennikarze, ale mało kto ich rozpoznawał. Wygłosili wzruszający apel, w którym padły m. in. następujące słowa:

„Apelujemy do byłych posłów i senatorów, naszych Koleżanek i Kolegów, którym drogi jest ład konstytucyjny. Jest nas w Polsce ponad dwa tysiące i ciągle mamy prawo wolnego wstępu do Sejmu. Prawo, którego pozbawieni są Obywatele protestujący przeciwko naruszeniom władzy. Apelujemy do Was, Panie i Panowie, abyście przychodzili do Sejmu gremialnie. Pewnie nie zatrzymamy w ten sposób procesu łamania prze obóz <<dobrej zmiany>> Konstytucji i stanowienia złego prawa, ale nasza obecność będzie przypominała rządzącej koalicji, że oni też będą byłymi posłami i senatorami i nie będzie ich chronił poselski immunitet. Przychodźmy do Sejmu Rzeczpospolitej Polskiej z hasłem – Konstytucja!”.

Zdecydowali się na taką formę ekspresji bowiem uznali, że sytuacja w Polsce wymaga reakcji dawnych polityków z różnych obozów i zjednoczenia wysiłków, aby przeciwstawić się destrukcyjnym poczynaniom partii Jarosława Kaczyńskiego. Przypomnieli, że demokracja jest zagrożona i znów, jak przed laty, należy stanąć w jej obronie.

Co się stanie, jeśli pojawi się drugi prezes? Sędziowie nie mają wojska. Sędzia zawsze przegra z władzą. Sędzia może walczyć tylko na prawo, na paragrafy” – powiedziała I Prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzata Gersdorf na konferencji prasowej w Karlsruhe. Zapytana, czy pojawi się moment, w którym ustąpi, odpowiedziała: – „Ja już nie mam z czego ustępować. Jestem przy ścianie. Mogę tylko trwać, trwać w tym swoim mniemaniu, że jestem I prezesem, natomiast nie ma takiej możliwości, żeby sędzia, i to jednak kobieta, według władzy stara, mogła się przeciwstawić wszystkiemu” – stwierdziła.

Prof. Gersdorf stwierdziła, że trwając na stanowisku jako I Prezes SN „broni Konstytucji”, a ona sama przysięgała jej strzec. – „Jestem zdeterminowana swoją przysięgą, ponieważ jestem osobą honorową. Siłę zawdzięczam ludziom, którzy mnie wspierają – tym, którzy przysyłają listy z poparciem, ale także moim współpracownikom. Działania, które są podejmowane przez rządzących, są działaniami przeciw obowiązującej Konstytucji. W pewnym momencie jednak już nic nie będzie można zrobić. Będę pierwszym prezesem na uchodźstwie” – gorzko zażartowała.

Zapytana o uchwalenie przez PiS ustawy o sądownictwie, odparła, że to było oczywiste, że zostaną one przegłosowane. Sposób, w jaki przebiegały prace nad tą ustawą, określiła jako „nieprzyjęty w europejskich sferach prawniczych”. – „My to nazywamy, że „pędzi pendolino” – zauważyła I Prezes.

Prof. Małgorzata Gersdorf była gościem niemieckiego Federalnego Trybunału Sprawiedliwości.
Pełnego wsparcia I Prezes SN udzieliła jej odpowiedniczka w Niemczech Bettina Limperg.

Organizowany przez miasto Karlsruhe od 2000 r. wykład służy zwróceniu uwagi na walkę o wolność zarówno w wymiarze historycznym, jak i w odniesieniu do bieżących wydarzeń o zasięgu światowym. Oprócz Joachima Gaucka, późniejszego prezydenta Niemiec, wykład ten w przeszłości wygłosił m. in. dr Wolfgang Schäuble (wieloletni minister w rządzie Niemiec) oraz m.in. prof. Angelica Nussberger (obecnie wiceprzewodnicząca Europejskiego Trybunału Praw Człowieka).

Wystąpienie okolicznościowe na konferencji zorganizowanej przez niemiecki Trybunał Federalny (Bundesgerichtshof) pt. „Polskie państwo prawne: stracone szanse?”
Karlsruhe, 19–20 lipca 2018 r.

Szanowna Pani Prezes Limperg! Panie i Panowie Sędziowie Trybunału Federalnego! Drodzy Niemieccy Przyjaciele!

Dziękuję bardzo za zaproszenie na tę konferencję. Tę decyzję organizatorów traktuję nie tylko jako przyjazny gest pod moim adresem, który należało uszanować przez zwykłą grzeczność. Jednak moja obecność w tym miejscu ma również dwie inne, głębsze przyczyny. Po pierwsze, chciałabym dać wyraz osobistemu przekonaniu, że właśnie teraz należy bardziej niż kiedykolwiek pielęgnować przyjaźń Niemców i Polaków w zjednoczonej Europie. Nie ma rzeczy ważniejszej niż wzajemne poznawanie się i debatowanie o wartościach, które łączą nas jako obywateli Unii Europejskiej oraz prawników. Po drugie, co się z tym wiąże, pragnę również podzielić się z Państwem moimi obserwacjami i obawami, które wprawdzie dotyczą Polski i Polaków, jednak wydaje mi się, że nie powinny być ignorowane również przez pozornie stabilniejsze politycznie państwa zachodniej części kontynentu i UE, ale mogą być interesujące także dla Państwa.

Zgodnie z art. 2 Konstytucji RP z 1997 r. Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej. To bardzo znacząca norma, która świadczy o tym, że nasz ustrój konstytucyjny jest bliski wizji niemieckiego Rechtsstaat – państwa prawnego w wydaniu Ustawy Zasadniczej RFN. Z jednej strony działa ono na wszystkich szczeblach według procedur prawnych (aspekt formalny), a z drugiej strony chroni prawa podstawowe jednostek (aspekt materialny). Taka sama klauzula od 1990 r. znajdowała się również w poprzednio obowiązujących przepisach konstytucyjnych. Niezliczone orzeczenia polskiego Trybunału Konstytucyjnego oraz sądów napełniły je konkretną treścią przez dwadzieścia pięć lat stopniowego wychodzenia ze stanu komunistycznej dyktatury. Jak zatem doszło do tego, że obecnie możemy mówić o kryzysie państwa prawnego w Polsce?

Otóż moment historyczny, w którym znalazła się nie tylko Europa, ale wręcz cały świat, jest moim zdaniem podstawową przyczyną sytuacji w Polsce. Centrum gosporcze świata przesuwa się na wschód. Wzrasta potęga nowych mocarstw globalnych, oraz zagrożenie wojenne na obszarach okalających Europę, które jest źródłem wzrastającej presji imigracyjnej. Podważany jest powojenny konsens demokratyczny. Przywództwo stało się miałkie, wartości uległy zapomnieniu, a przynajmniej są bagatelizowane. Ważniejsze od nich stają się wyniki ekonomiczne. Społeczeństwa europejskie zostały uprzedmiotowione, sprowadzone do roli maszynek do głosowania. Czują się oszukane, a w najlepszym wypadku zagrożone. W takiej chwili do głosu dochodzą siły skrajne, wrogie zasadom godności człowieka, wolności jednostki i rządów prawa. Przybierają one maski i szermują oszukańczą retoryką, aby przejąć pełnię władzy. Tak było zawsze i tak jest dzisiaj.

Polska jest wciąż młodą demokracją. Jako jedno z najsłabszych ogniw w europejskim łańcuchu narodów, stanowi papierek lakmusowy stanu całej Unii Europejskiej. Mogłabym mówić długo o polskich doświadczeniach historycznych ostatnich dwustu lat, które kładą się długim cieniem na współczesnych sporach narodowych, choć chyba nie ma to sensu, bo takie mroczne zakamarki kryją się w duszy każdego narodu. Nie mam natomiast wątpliwości, że najbardziej rujnujące doświadczenie – okres czterdziestu pięciu lat rządów realnego socjalizmu – nadal ciąży nam jak kamień u szyi. Doświadczenie ruchu „Solidarności” lat 80. poprzedniego stulecia bardzo wiele zmieniło na lepsze. Przeorało świadomość społeczną.

Otworzyło nas na nowe prądy intelektualne i przygotowało grunt pod pokojową transformację do ustroju demokratycznego. Procesowi demokratyzacji kraju nie towarzyszyła wystarczająca debata ani akcja edukacyjna na masową skalę. Obywatelom nie pokazano, co to jest prawo, jak ono działa i dlaczego trzeba go przestrzegać. Przeciwnie: często było ono traktowane jako przeszkoda do szybszej modernizacji państwa, którą nie należy się tak bardzo przejmować, bo najważniejszy jest ostateczny rezultat – wzrost zamożności państwa i jego obywateli. Wprowadzenie Polski do zachodnich struktur politycznych „odhaczono” jako wielki i trwały sukces, patrząc bardzo powierzchownie na różne liczbowe wskaźniki, a nie na głębokie struktury, które zawsze ulegają zmianie w długim cyklu.

Ktoś mógłby w tym miejscu zapytać – a takie pytania są przecież stawiane: czy w takim razie przyjęcie Polski do Unii Europejskiej nie było błędem? Absolutnie nie! Ostatnich czternaście lat polskiej obecności w UE to dla nas wielka i ogólnie pozytywna lekcja. Taką lekcją jest również bieżąca sytuacja. Zrozumieliśmy, że państwo prawa to nie jest stan, który się osiąga, lecz ideał, do którego trzeba stale dążyć. W przeciwnym razie dzisiejsze sukcesy są zapowiedzią jutrzejszej klęski. Nie łudźmy się: postawy nihilistyczne, polityczny ekstremizm, antylegalizm są obecne również w państwach z pozoru stabilnych, o okrzepłej demokracji. Co najwyżej inna jest skala tych zjawisk. W dobie kryzysu społeczno-gospodarczego, który trwa od początku XXI w., dają one o sobie znać. Wie o nich nie tylko Polska lub Węgry, w których praworządność jest otwarcie kontestowana. W każdym narodzie i ustroju, pod każdą długością i szerokością geograficzną, zrodzić się może cyniczny gracz, „rentier rewolucji”1 , perfekcyjnie analizujący słabości społeczeństwa i państwa po to, aby wyzyskać je do zbudowania autokracji. Ofiarą bezwzględnej walki politycznej zawsze są sądy – jako najsłabsza z władz, która stoi na straży praw jednostek.

Na koniec mam jeszcze dwie refleksje, którymi chciałabym się z Państwem podzielić.

Po pierwsze, prawnikom nie wolno milczeć w obliczu zła, które zostało wyrządzone polskiemu wymiarowi sprawiedliwości przez ustawy uchwalone w ciągu ostatnich dwóch i pół roku. Te szkody są niestety bardzo poważne i nic nie zapowiada ich naprawienia w najbliższej przyszłości. Zniszczono niezależność polskiego sądu konstytucyjnego, w którym składy są ręcznie ustawiane pod dyktando oczekiwań partii rządzącej. Minister Sprawiedliwości – Prokurator Generalny w jednej osobie. Ma już w ręku wszystkie instrumenty, które realnie pozwalają wpływać na bieg spraw, szczególnie karnych. Ma poddanych sobie prezesów sądów, a do tego obsadził ponad połowę Krajowej Rady Sądownictwa ludźmi bez mandatu konstytucyjnego, którzy zawdzięczają mu wszystko. Ta maszyna każdego może wynieść na szczyt lub zniszczyć, zależnie od woli rządzących. W Sądzie Najwyższym przeprowadzono czystkę pod pozorem wstecznej zmiany wieku emerytalnego. Treść ważnych ustaw w sprawie sądownictwa zmienia się bezustannie, w ciągu kilku dni od wpływu wniosku, bez żadnych konsultacji i opinii.

Co pozostaje prezesowi najwyższej instancji sądowej? Ma tylko słowa. Nie może jednak pozostać „apolityczny”, skoro przestrzeganie Konstytucji stało się niestety kwestią par excellence polityczną. Tak jest dzisiaj w Polsce i oby nie było tak jutro w Niemczech!

Po drugie, chciałabym z tego miejsca, jako polska sędzia, zaapelować o więcej Europy w Europie. Jesteśmy wdzięczni Komisji Europejskiej, a zwłaszcza osobiście panu wiceprzewodniczącemu Timmermansowi, za to, że tak zdecydowanie broni zasady praworządności. Jednak mandat instytucji europejskich jest zbyt słaby, zwłaszcza w obliczu tendencji autorytarnych i nacjonalistycznych, które dzisiaj obserwujemy nie tylko w Europie, choć niestety również tutaj. Jestem świadoma tego, że niektóre rządy państw członkowskich (choć myślę, że akurat nie dotyczy to Niemiec) mają skłonność do traktowania tak zwanej reformy polskiego wymiaru sprawiedliwości jako kwestii wewnętrznej, do której nie należy zbytnio się wtrącać. Tymczasem mówimy o sprawie priorytetowej, o inwestycji w naszą wspólną przyszłość! Jeżeli Unia i jej członkowie powiedzą „pas!” w sporze o praworządność, to znak firmowy UE, jakim jest poszanowanie praw człowieka i praw podstawowych, jutro może stać się tylko smutnym wspomnieniem.

Potrzebujemy siebie nawzajem. Dlatego chciałabym z tego miejsca zaproponować zorganizowanie Paneuropejskiego Kongresu Prawników, gdzie moglibyśmy lepiej się poznać i przedyskutować przyszłość Europy opartej na rządach prawa. Unia Europejska opiera się na sile jej obywateli; nie powinniśmy pozostawiać jej tylko politykom. Kanclerz federalny Konrad Adenauer, powiedział kiedyś zdanie, które szczególnie wryło mi się w pamięć: „Dzieje świata są również sumą tego, czego można było uniknąć” (Die Weltgeschichte ist auch die Summe dessen, was vermeidbar gewesen wäre).

Panie i Panowie! W trudnym momencie historycznym na nas – europejskich prawnikach i sędziach – ciąży szczególna odpowiedzialność. Nie pozwólmy złym, populistycznym siłom zniszczyć pięknej idei europejskiej. Jeśli to uczynimy, nasze dzieci i wnuki nie wybaczą nam tego. Bądźmy zatem rzecznikami rządów prawa. Z tym przesłaniem przybywam do moich niemieckich przyjaciół z sąsiedniego kraju.

Dziękuję Państwu za uwagę!

*

1 J. Ellul, Autopsie de la révolution, Paris 1969; zob. R. Pipes, The Russian Revolution, New York 1990, s. 146.

Waldemar Mystkowski pisze o Kaczyńskim i Dudzie.

Sekretarz generalny PO Stanisław Gawłowski po trzech miesiącach aresztu, który zaliczył w powodu bardzo a to bardzo wątpliwych zarzutów, poinformował polityków PiS o oczekiwaniach więźniów i strażników, którzy pozostali i pracują za kratami: – „Byłem w miejscu, w którym już bardzo na was czekają„.

Jarosław Kaczyński może wywinąć się od pryczy chorobą – ona zaś zdaje się być groźniejsza niż na pozór to wygląda. W wakacje miało dojść do wszczepienia endoprotezy w chore kolano, ale operacja została przesunięta na dalszy termin – po wyborach. Prezes PiS zalicza serie antybiotyków przeciw gronkowcowi, co w jego wieku bardzo osłabia organizm.

Przesunięcie operacji może być podyktowane dwoma powodami. Kaczyński się boi, bo operacja może się nie udać. Lekarze mogą unikać ostatecznej decyzji, gdyż powikłania przy wszczepieniu grożą gangreną, a następny ratunek to amputacja kończyny. A przy tego rodzaju schorzeniu istnieje ponadto duże zagrożenie, iż organizm pacjenta nie wytrzyma i zatrzyma pracę.

Nie wiem, jak wy, ale ja najgorszemu wrogowi nie życzę źle w kwestii zdrowia. Niech bestia żyje! Jakkolwiek będzie, polityka polska kuśtyka na nodze Kaczyńskiego. Morawiecki czy też Duda niczego samodzielnie nie mogą zrobić, muszą konsultować się z pacjentem Kaczyńskim.

Z pewnością wielu z nas zastanawia się, czy polscy psychiatrzy nie powinni wzorem amerykańskich kolegów bić w tarabany na trwogę. W USA fachowcy od kuku na muniu twierdzą, że Trump jest paranoikiem. A przecież nie raz dostaliśmy sygnały od Kaczyńskiego, iż buksuje mu pod sufitem. Prezes PiS może mieć problem nie tylko z kolanem, acz wiem, że jeszcze nie wszczepia się czipu przeciw paranoidalnego, ale podobno do łask wraca lobotomia.

Andrzej Duda nie kuśtyka na nogę, ale fatalnie zachowuje się jego charakter i rozum. Prezydent zaprezentował 10 pytań referendalnych, na które według jego życzenia mielibyśmy odpowiedzieć w dniu święta stulecia odzyskania niepodległości. Poziom pytań jest żenujący, dotyczy kwestii, które społeczeństwa nie obchodzą. Bo co to za pytanie dotyczące rolnictwa i bezpieczeństwa żywnościowego Polski albo chrześcijańskich źródeł. To są pytanie przedpotopowe, przednowoczesne.

Duda najpierw musi odpowiedzieć za złamanie obowiązującej Konstytucji, a nie proponować pytania referendalne, które są wsteczne nawet do Konstytucji 3 Maja. A poza tym reguł gry nie zmienia się w trakcie jej trwania. Gra w szachy to nie warcaby, a nawet dupniak, bo ta ostatnia gra jest najbliższa nieskomplikowanemu braku charakteru prezydenta Dudy.

Nie wiem, jak skończy się Trybunał Stanu, który czeka Dudę. Ale może ziścić się informacja Gawłowskiego o więźniach i strażnikach, którzy „już bardzo czekają”. Wówczas Duda niech gra sobie do woli w swoją ulubiona grę: dupniaka.

PiS wyprowadza Polskę z Europy

Chyba nie chcielibyśmy, by okazało się to prawdą…

Były już szef MON, Antoni Macierewicz zaledwie w ciągu dwóch lat rządu doprowadził polską armię na skraj katastrofy. Dlaczego? Popsuł zbrojeniowe kontakty z Francją, odwoływane były kolejne przetargi na zakup broni, w efekcie więc nie ma nowoczesnego sprzętu. Jakby tego było mało, z wojska wydalono przeszło połowę wyższych dowódców.

W Internecie nie brakuje spekulacji na temat powodów tamtych fatalnych decyzji. Teraz otrzymały one nowe paliwo. Miały ich dostarczyć wydarzenia ostatnich dni w Stanach Zjednoczonych, czytamy w portalu natemat.pl. Otóż w USA aresztowano rosyjskiego szpiega. To 29-letnia Rosjanka, która zdaniem amerykańskich mediów miała się spotykać z kongresmenem Dana Rohrabacherem. Dla Polaków nie jest to nazwisko obce. Kilkukrotnie spotykał się z nim ówczesny szef MON Antoni Macierewicz.

Tomasz Siemoniak na Twitterze sprawę kwituje bez ogródek (ironizując przy tym, że mowa o „najlepszym ministerze w historii”): „Rohrabacher – kongresmen współpracujący z Macierewiczem. Odwiedzający Macierewicza w MON prosto po wizycie w Moskwie. Prędzej czy później amerykańskie śledztwo dotrze i do powiązań wiceprezesa PiS”. I pyta bez ogródek, czy przypadkiem utrzymywanie kontaktów z Rohrabacherem przez Macierewicza nie było bezpośrednim i jedynie prawdziwym powodem, dla którego wiceszef PiS nagle został zdymisjonowany z MON? – „Prędzej czy później amerykańskie śledztwo dotrze i do powiązań wiceprezesa PiS” – kwituje sprawę Siemoniak.

„Ulica Wiejska to droga publiczna o kategorii drogi gminnej administrowana przez miejski Zarządu Terenów Publiczych. Chodnik to pas drogowy poza terenem Sejmu. Adam Szłapka popychany przez Strażnika Marszałkowskiego, tego samego, który po cywilnemu szarpał panią Iwonę Hartwich!” – informował o sytuacji przed Sejmem poseł PO Michał Szczerba. Do swojego wpisu dołączył krótkie nagranie. Straż Marszałkowska usuwała bowiem osoby znajdujące się nawet na chodniku już poza murem oddzielającym go od terenu parlamentu. Jednej z kobiet strażnicy wykręcali ręce.

To nie jedyna tego rodzaju sytuacja, która rozgrywała się przed Sejmem, gdzie w obronie niezawisłości sądów protestowali Obywatele RP, KOD i Ogólnopolski Strajk Kobiet. Zatrzymana i skuta kajdankami z tyłu została Klementyna Suchanow – pisarka, badaczka twórczości Witolda Gombrowicza i działaczka Strajku Kobiet.

Manifestujący domagają się natychmiastowej nowelizacji ustaw sądowych zgodnie z zaleceniami Komisji Europejskiej. – „To ostatni moment na uniknięcie procesu przed Trybunałem Sprawiedliwości UE, którego spodziewany wyrok będzie oczywisty. Wyrok międzynarodowego Trybunału wykluczy Polskę z rodziny państw praworządnych. PiS odpowiada przyspieszeniem wymiany składu sędziów SN. Trzeba to powstrzymać” – czytamy w opisie wydarzenia na Facebooku.

Klementyna Suchanow skuta przez Ręce skute z tyłu❗️❗️❗️ Niebezpieczny przestępca?

Kornel Morawiecki został zaatakowany przez Obywateli RP podczas akcji „Sejm jest nasz” Lider ruchu: „Zaatakowaliście staruszka szpalerem nienawiści. Nie można tego robić”. Z kolei wieczorem policja skuła kajdankami Klementynę Suchanow ze „Strajku kobiet”.

„Zdrajca”, „precz z komuną”, „będziesz siedział” – takie okrzyki towarzyszyły Kornelowi Morawieckiemu, gdy szedł jedną z ulic prowadzących do Sejmu. W końcu marszałek senior dotarł do budynku w asyście policji.

Obywatele RP do Kornela Morawieckiego „Będziesz siedział”

Przed Sejmem trwa akcja „Sejm jest nasz”. To protest z udziałem m.in. Obywateli RP i KOD, którzy domagają się nowelizacji ustaw sądowych oraz uwzględnienia stanowiska Komisji Europejskiej.

Jak poinformowało Radio ZET, gdy poseł Wolnych i Solidarnych szedł ulicą, został zaatakowany przez protestujących, którzy chcieli uniemożliwić mu wejście na teren parlamentu. Incydent na Twitterze potwierdzili Obywatele RP.

Wychodzący z sejmu Morawiecki senior został przywitany okrzykami: „Będziesz siedział”, „Zdrajca”. Jesteśmy! Sejm jest nasz

– czytamy na Twitterze organizacji.

Do sprawy od razu odniósł się lider Obywateli RP, Paweł Kasprzak, który był na miejscu. Jak relacjonował na Twitterze dziennikarz Polsat News Klaudiusz Ślęzak, Kasprzak miał powiedzieć do protestujących:

Zaatakowaliście staruszka szpalerem nienawiści. Nie można tego robić!
– powiedział lider Obywateli RP. Zaapelował, by zgromadzeni nie zachowywali się w ten sposób. – Pamiętajcie, że walczymy o godność każdego człowieka – dodał.

Do sprawy odniósł się też marszałek Sejmu, Marek Kuchciński.

Bojówkarze spod Sejmu zaatakowali marszałka Seniora. Krzyczeli:„Będziesz siedział”. Tyle że on już siedział. Za totalitarnej władzy komuny, z którą ci bojówkarze kolejny raz się w ten sposób identyfikują…

– skomentował na Twitterze.

W Sejmie ustawa dot. wyboru I prezesa Sądu Najwyższego

Dziś drugi dzień posiedzenia Sejmu. Odbędzie się między innymi pierwsze czytanie poselskiego projektu nowelizacji Prawa o prokuraturze, które de facto wpływa na proces wyboru kierownictwa Sądu Najwyższego. posłowie PiS-u – chcą wprowadzić zmiany w przepisach, które pozwolą przyspieszyć procedurę wyboru sędziów i pierwszego prezesa Sądu Najwyższego. W nowelizacji czytamy między innymi, że do wskazania prezydentowi kandydata na pierwszego prezesa wystarczy obsadzenie 2/3 stanowisk w tej instytucji.

Beacie Szydło trudno odmówić niezaprzeczalnej zasługi – dla twardego elektoratu PiS była wiarygodna. Morawiecki, który podejmuje kolejne próby zbliżenia do jądra elektoratu PiS, dwoi się i troi, ale do Szydło nadal mu daleko.

Zza sztywnych (jak to u premiera) fotek z wiejskich wizyt wyziera tymczasem toporność PiSowskiej polityki propagandowej. Na czym polega? Oto premier występuje – jak dobry gospodarz – w stodole w Głogowie pod Toruniem, i oznajmia: „Rozpoczniemy taki program cywilizacyjny, bardzo duży, bardzo ważny”. Pierwszy jego etapem ma być „Plan dla wsi” – mówi rolnikom.

Obietnice te są bez wątpienia ważne dla rolników, ale w kwestii konkretów Mateusz Morawiecki przezornie przechodzi najpierw do… opisu polityki sprzed PiS. Zero zaskoczenia… Wspomina, krzywiąc się niemiłosiernie, o złych poprzednikach u władzy, którzy nie zapewnili rolnikom wysokich marż na płody rolne. – „Nastąpiła wyprzedaż polskich przedsiębiorstw, jak Hortex i inne przetwórnie spożywcze, chłodnie, wielkie silosy” – mówi.

Na końcu dopiero wyjaśnia, że „opracowywane są mechanizmy kompensacji dla tych, którzy zostali dotknięci suszą”. Apeluje do gmin, by tworzyły wyceny strat. Rząd ma zaproponować w tym celu specjalne mechanizmy w postaci utworzenia krajowej grupy spożywczej. Przybyli na spotkanie mieszkańcy, w różnym weku, obfotografowują premiera smartfonami. Czy wieś kupi opowieści PiS, czas pokaże.

Tymczasem premier Morawiecki wędruje i czaruje, jak potrafi. Głośno było niedawno o jego wizycie w oborze w Rębiszewie Studzianki w gminie Kołaki Kościelne, gdzie w eleganckich butach i garniturze głaskał krowy. – „Dzieciństwo spędzałem zawsze na wsi. Powiedziałem już panu gospodarzowi, że kiedyś byłem wprawny w dojeniu krówek. Są gospodarze w Pęgowie pod Obornikami Śląskimi, którzy to poświadczą jeszcze dzisiaj” – przypomina portal.

Waldemar Mystkowski pisze o tym, co już widać gołym okiem – jesteśmy wyprowadzani z Zachodu.

A według Antoniego Macierewicza, Trump dokonał wielkiego zadania!

Czujecie to drżenie ziemi? Wcale nie trzeba przystawiać ucha sposobem indiańskim, aby „słyszeć”, iż w naszym kraju może nastąpić zmiana sojuszy. Polska polityka zagraniczna zmienia po cichu – ale z drżeniem – bieguny przyszłych sojuszy, jak w „Bohiniu” Tadeusza Konwickiego, mistrza alegorii i metafor.

Znowu z Zachodu przechodzimy na Wschód. Jeszcze sentyment Polaków do Unii Europejskiej jest wielki, ale to może się zmienić. Spotkanie w Helsinkach Donalda Trumpa z Władimirem Putinem pokazało, w jakim znaleźliśmy się miejscu geopolitycznym.

Zachód po spotkaniu w Helsinkach ocenił Trumpa bardzo źle, który zaliczył nie tyle wpadki, co zrealizował zamiary i powiedział, co chciał. Nawet takie jest słynne jego stwierdzenie, iż Rosja ingerowała w wybory USA. Potem Trump nazwał to przejęzyczeniem, jakoby wypadło mu w wypowiedzi słówko „nie”. Ale to w dalszym ciągu jest lapsus, bo „nie” jeszcze bardziej wskazuje na zamierzoną pokraczność wypowiedzi Trumpa.

A jak w Polsce oceniany jest występ Trumpa, zwłaszcza przez PiS? Cała partia Kaczyńskiego tego jeszcze nie przetrawiła (prezes na Nowogrodzkiej nie wydał stosownych komunikatów dla podwładnych), ale Antoni Macierewicz – owszem. Oto w TV Republika rzekł, iż „polskie elity polityczne nie rozumieją polityki amerykańskiego prezydenta. Trump dokonał wielkiego zadania – rekonstrukcji całego kształtu układu międzynarodowego, światowego”.

Równocześnie w USA została aresztowana pod zarzutem szpiegostwa Maria Butina, która była łączniczką z kongresmenem Daną Rohrabacherem, a ten jest „ulubieńcem” Antoniego Macierewicza. Gdy wiceprezes PiS jeździ do USA, zwykle z nim spotyka się.

W swojej książce Tomasz Piątek – „Macierewicz i jego tajemnice” – wpada i na ten trop. Pod koniec publikacji stawia pytanie nr 6, które brzmi: Dlaczego Rohrabacher? Może amerykańskie służby na nie odpowiedzą. I niejako cząstkową odpowiedź dostaje Piątek. Bo Rohbacher blisko współpracuje z Putinem. I dalej trzymajmy się Trumpa, który z tej oto wypowiedzi się nie wycofał: – „Bardziej wierzę Putinowi niż FBI i CIA”.

Nie tylko Macierewicz uważa, że Trumpa polskie elity nie rozumieją. Na portalu gazeta.pl publikuje ekspert prawicowej fundacji Po.Int i Nowej Konfederacji Witold Sokała. On też uważa, że Trumpa nie rozumiemy, a przynajmniej nie wszyscy, bo Macierewicz rozumie. Ba, Sokała pisze, że Trump wciąga Rosję w strefę amerykańskich wpływów przeciw Chinom, a Polska – nie modernizująca się i mało atrakcyjny partner – może być oddana i wrócić do strefy wpływów Kremla.

Sokała w kilku miejscach intelektualnie wyrżnął głową w posadzkę swego publicystycznego krętactwa w imię uwielbienia dla Trumpa, niemniej wskazuje, w jakim kierunku obraca się sympatia prawicy i częściowo PiS. No i przypomnijmy sobie słowa sprzed kilku dni tatusia premiera Kornela Morawieckiego: – „Wielu naszych przyjaciół i partnerów rozumie znaczenie Rosji na świecie i potrzebę nawiązania z nią stosunków”.

Powyższe konteksty wskazują, dlaczego PiS gra na wykluczenie nas z Unii Europejskiej. I nie ugnie się przed Komisją Europejską w sprawie sądownictwa, Sądu Najwyższego i ogólnie standardów demokratycznych.

Polska pod obecną władzą rozmagnesowuje biegun polityki prozachodniej na wschodni. Nie będziemy więc wybierać sobie władzy, bo jeszcze nie wybralibyśmy PiS, więc władzę nam będzie wybierać Kreml.

Na koniec uwaga: pominąłem wiele subtelności, które nadają się tylko do dłuższego materiału, aby pokazać w ostrym konturze, w co gra PiS, bo to jest przed publiką skrywane, ale coraz bardziej widoczne. Orientowani jesteśmy na Wschód.

>>>

Abp Głódź agentem. Słuszny protest studentów

A to ciekawe!

Sobecka jako prezenterka na rurze w klubie go-go.

>>>

Z punktu widzenia osoby biorącej udział w proteście na Uniwersytecie Warszawskim przeciwko tzw. ustawie Gowina za najważniejsze uważam zagrożenie upolitycznienia uczelni. Projekt Gowina zawiera kilka takich zagrożeń. Pierwszym z nich jest stworzenie rady uczelnianej, w której na dziewięć osób pięć będzie pochodziło spoza uczelni z nominowania idącego albo ze świata biznesu, albo polityki. Łatwo sobie wyobrazić, że ich wybory w głosowaniu (a mają większość) będą raźniej skłaniały się w stronę realizacji interesów swoich środowisk niż środowiska akademickiego. Poza tym rada ta będzie wybierać rektorów, a więc uczelniami kierować będą osoby zależne od swoich pozauczelnianych wyborców.

Rektor, czyli menedżer na kontrakcie

Co więcej, rektor będzie traktowany jako menedżer na kontrakcie, co stworzy chorą sytuację finansowego uzależnienia. To jak rekonstrukcja historyczna przypominająca ustawę z 1968 r., która likwidowała kolegialność organów uczelnianych i możliwość oddolnej demokratycznej kontroli. Wziąwszy pod uwagę, co się dzieje w spółkach państwowych, jakie już ideologiczne naciski wywiera się na szkoły i uczelnie – takie obawy nie mogą zostać uznane za przesadzone.

W ten sposób uczelnia straci swoją autonomię, będą nią rządzić osoby, dla których dobro nauki czy budowa zdrowego życia akademickiego nie będzie priorytetem. Nad niezależnością uczelni pojawi się widmo polityki i zapotrzebowań ze świata biznesu.

Mało kto jednak zdaje sobie sprawę, jaki chaos powstanie, gdy przyjdzie nam ujrzeć skutki ustawy, zwłaszcza w Polsce Wschodniej, gdzie nawet renomowany KUL straci statut uczelni. Sama uważam, że poważne badania wymuszają elitaryzację (w tym sensie, że nierealnym jest, by masy studentów stały się Einsteinami), ale sam dostęp do źródeł nauki powinien być egalitarny, dla wszystkich i wszędzie. Dlatego nie jestem w stanie zgodzić się z likwidacją tzw. słabszych instytucji, bo stanowią główne źródło utrzymania dla wielu osób i lokalną bazę kulturotwórczą. Likwidacja gimnazjów pokazała, jak rząd radzi sobie z takimi projektami. Czeka nas straszliwy chaos.

Gdzie prawa dla kobiet na uczelniach?

Ale moja perspektywa jest też perspektywą badaczki, a zarazem aktywistki Strajku Kobiet. Od długiego czasu nie mogę wyjść ze zdziwienia, że w XXI w. kobiety muszą się domagać podstawowych spraw. Inaczej sobie ten wiek wyobrażałam, gdy w 1999 r. zaczynałam studia doktoranckie. Twórcy obecnej ustawy w ogóle nie pochylili się nad problemem kobiet w nauce. A te muszą znaleźć swoje systemowe rozwiązanie. Bo nie chodzi mi w tym momencie o klasyczne zaniedbania, takie jak przedszkola czy żłobki, bo to zagadnienie poza kompetencjami ustawy, ale o to, że cała ścieżka kariery akademickiej, tak jak jest ona ujęta w prawie, jest szyta pod mężczyzn.

Z jednej strony rząd obłudnie zachęca nas, a poprzez klauzule sumienia, wycofanie EllaOne, majstrowanie przy prawie do aborcji wręcz zmusza do rodzenia dzieci. Z drugiej, gdy już je urodzimy, co widać było doskonale w przypadku protestu RON, przestajemy być obiektem opieki państwa. Dlatego moja kariera akademicka jako badaczki po doktoracie i po urodzeniu dziecka przebiega w sposób, który w rubrykach o granty muszę opisywać jako „niezależny”, przy czym ta kwalifikacja często bywa problematyczna w kwestionariuszach, bo w polskich realiach jest atypowa.

Tak więc rozwijam naukę od lat, ale w prywatnym zakresie, opłacając się sama, bez żadnego wsparcia instytucjonalnego. Po poświęceniu kilku lat na wychowanie córki przestałam „łapać się” na granty post-doca, gdzie górna granica wiekowa to 35 lat. To już wybiło mnie z kolein. Potem jako samotna matka nie mogłam myśleć o pracy na uczelni, bo bym się z niej nie utrzymała. Zatrudniałam się u „rynkowych” pracodawców i dzięki temu zebrałam jak na naukowca niebanalne i cenne doświadczenie. Z tym że nie mam komu go przekazać. W moim wieku powinnam mieć habilitację. Habilitacja jest, można powiedzieć, gotowa. Moja ostatnia publikacja, biografia Gombrowicza, w zupełności się kwalifikuje, ale jako „niezależna” musiałabym zapłacić za nią ok. 20 tys. zł.

Dajmy na to, że wezmę kredyt, uda mi się powrócić na łono uczelni, ale zanim się rozpędzę w karierze, gdy córka rozpocznie już samodzielne życie, czeka mnie kolejna niespodzianka zgotowana przez łaskawie panujących. To znaczy emerytura w wieku 60 lat. Jeśli tylko dopisze mi zdrowie, nie zamierzam przestać myśleć, pisać i publikować, gdy osiągnę ten wiek. Plusem niezależności było to, że zajmowałam się tym, czym naprawdę chciałam, nie przejmując się żadnymi punktami za publikacje.

Mniej habilitacji i profesur dla kobiet

Moje koleżanki, pracowniczki uniwersytetów po doktoracie i urodzeniu dzieci, zaczynają wypadać z modelu kariery przewidzianego przez system. Bo nie mają czasu na wyjazdy na konferencje (nie ma z kim zostawić dzieci), nie zbiorą też punktów za wyjazdy na kongresy zagraniczne, nie mówiąc już o zwykłym pisaniu artykułów czy habilitacji. Nie ma już opcji siedzenia do późnych godzin nocnych czy odizolowania się w bezpiecznej bibliotece. Trzeba karmić, wstać do chorego dziecka, zrobić śniadanie do szkoły, zawieźć na basen itd. I tu zaczyna się problem, który powoduje, że z rzeszy doktorantek na wyższych szczeblach kariery znajdziemy ich już dużo mniej, zostają mężczyźni, którym fizjologia nie staje na drodze. Nie lądują nagle na patologii ciąży, nie karmią piersią i przeważnie nie oni biorą urlopy wychowawcze. Skutkiem tego jest od razu widoczna mniejsza liczba habilitacji, a potem profesur wśród kobiet.

Najlepszą egzemplifikacją tego, o czym piszę, jest miejsce, w którym właśnie siedzę. To sala na pierwszym piętrze Pałacu Kazimierzowskiego, gdzie mieści się rektorat UW i obecnie baza protestu Akademickiego Komitetu Protestacyjnego. Obwieszona jest portretami rektorów. Nie zwróciłam na to sama uwagi, ale przed chwilą przechodziła szkolna wycieczka. Przewodniczka, pokazując malunki na ścianach, opowiedziała: „O, a tu wisi portret pani Hałasińskiej-Macugow, jak dotąd jedynej rektorki UW”. Gdzie znikają te wszystkie ambitne studentki, w jakichże czeluściach przepadają? Ano w takich. I ta ustawa, która ma zmodernizować uczelnie, w ogóle do nich nie zajrzała.

Na szczęście jako niezależna nie podlegam przepisom o zawieszaniu w „pełnieniu obowiązków”, które przewiduje art. 303 projektu w wersji po pracach komisji, co może spowodować moja działalność aktywistyczna. Zawiesić można na przykład od razu „z dniem jego [pracownika] tymczasowego aresztowania”.

Kary dla niezależnych akademików

Nie raz byłam już za swoją działalność „zatrzymywana” w sukach, teraz wystarczyłoby – zamiast trzymania na ulicy – żeby wsadzono mnie na chwilę do aresztu. Przepis nie jest nowy, ale przy politycznie usadzonym rektorze dużo łatwiej o zawieszenie. Albo wystarczy, że za wejście na trawnik wokół Sejmu czy naruszenie „miru cmentarza” podczas próby zatrzymania haniebnych ekshumacji smoleńskich wytoczą mi proces z kodeksu karnego – wtedy pracownik może zostać zawieszony do sześciu miesięcy. Czy ktoś w obecnych warunkach politycznych może mieć wątpliwości, czemu służą takie kombinacje przepisów? Jesień może się zacząć od łamania charakterów i pozbywania się co krnąbrniejszych politycznie wykładowców, moich i Państwa kolegów i koleżanek.

>>>

Gowin przekonuje, że jakiekolwiek sugestie związane z upolitycznieniem uczelni nie mają pokrycia w zapisach ustawy.

No to po kolei.

Rzeczywiście w ustawie nie ma zapisów podporządkowujących uczelnie bezpośredniej władzy ministra. Ustawa wprowadza jednak niezwykle kontrowersyjne ciało, jakim jest rada uczelni. Rady mają mieć daleko idące uprawnienia polegające na wyznaczaniu strategii uczelni, kontroli bieżącego zarządzania, akceptacji planów finansowych oraz wyznaczania kandydatów na rektora. To naprawdę nie jest ciało reprezentacyjne czy konsultacyjne, ale organ wyposażony w dużą i realną władzę.

Uniwersytety podporządkowane wpływom

I teraz haczyk: ponad 50 proc. składu rady ma pochodzić spoza uczelni. Czyli będą to np. przedsiębiorcy, menadżerowie albo politycy (chociaż nie ci, którzy aktualnie sprawują funkcje w administracji rządowej i samorządowej). Gowin sam przyznaje, że chodzi o „rozhermetyzowanie” uczelni. Przekładając niedopowiedzenia na język potoczny chodzi o to, żeby uniwersytety nie rządziły się same jak dotychczas, ale podlegały oddziaływaniu sił z zewnątrz.

Koronnym argumentem na to, że takie rady nie ograniczają autonomii jest to, że będą wybierane przez senaty uczelni.

No dobrze, przeprowadźmy sobie eksperyment myślowy. A gdyby parlament wybierał radę rządu podobną do rady uczelni? A gdyby w ponad 50 proc. miała składać się z osób spoza Polski, bo polska klasa polityczna – tu istnieje wśród Polaków szeroka zgoda – jest beznadziejna. Czy rząd „rozhermetyzowany” przez taką radę byłby rządem autonomicznym? Chyba każdy przytomny obywatel zna odpowiedź na to pytanie.

Rady uczelni to organy, które będą podporządkować życie akademickie zewnętrznym wpływom. Będzie to wpływ biznesu, ale bardziej prawdopodobne, że polityki. Bo z polityki płyną do uczelni dużo większe i pewniejsze pieniądze. Uczelnie nie będą głupie. Wybór dobrych członków do rady będzie gwarantował tzw. przełożenie na politykę i w konsekwencji większe szanse na pozyskanie pieniędzy.

Raj dla rektorów, piekło dla naukowców

Jarosław Gowin, żeby uspokoić opinię publiczną przywołuje autorytety znanych osób ze świata nauki np. rektora UW profesora Marcina Pałysa (należą mu się przy okazji ode mnie słowa uznania za sposób podejścia do protestów w Pałacu Kazimierzowskim) czy  prof. Jana Szmidta, szefa Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich, którzy popierają ustawę.

Oczywiście, że popierają. Ustawa daje rektorom ogromną władzę! Przede wszystkim pozostawia inicjatywę kształtowania struktury uczelni. W procedowanej przez Sejm ustawie nie ma zapisów zachowujących strukturę wydziałów. Co oznacza to w praktyce? Jeśli tylko rektorzy dogadają się z senatorami będzie można odejść od wydziałów na rzecz wielkich szkół i np. połączyć w jedno zarządzanie, ekonomię i stosunki międzynarodowe.

Przy okazji dokona się racjonalizacji zatrudnienia. Wprowadzi system rywalizacji o studenta między pracownikami dydaktycznymi. Wprowadzi ściślejszą kontrolę efektów pracy naukowej wedle standardów oczekiwanych przez ministerstwo. Szkoły nie będą już jednostkami samorządności akademickiej, bo nie będą mieć musiały takich rad wydziałów jak dzisiejsze jednostki w strukturach szkół wyższych. Uczelnie w kształcie, jaki umożliwia ustawa to raj dla rektorów i piekło dla zwykłych naukowców, którzy pozbawieni pozostaną naturalnych dziś sieci wsparcia i ochrony.

Poparcie za drobne ustępstwa

Jarosław Gowin jest spokojny dlatego, że dogadał się co do swojej ustawy wewnątrz partii. W zamian za drobne ustępstwa takie jak wprowadzenie kolokwium habilitacyjnego czy usunięcie zapisów o możliwości przyznawania habilitacji za prowadzenie dużego grantu międzynarodowego, przekonał konserwatywnych krytyków z PiS. Przekonał też Jarosława Kaczyńskiego, że lepiej poprzeć ustawę 2.0 niż zastanawiać się, jak uzupełnić pustkę po posłach z partii Gowina.

Tylko, że oprócz partyjnych układanek jest jeszcze społeczny odbiór ustawy. W gruzach legł obraz szerokich konsultacji. Ludzie nie kupują też opowieści o braku zagrożeń dla autonomii uczelni. Studenci i akademicy zmobilizowali się do protestu pierwszy raz od 30 lat. Nawet jeśli ustawa zostanie przegłosowana nie będzie to już żadna Konstytucja dla Nauki tylko Kontrowersyjna Ustawa Gowina. Ja bym w tej sytuacji nie był taki spokojny.

Z akt odtajnionego niedawno zastrzeżonego zbioru Instytutu Pamięci Narodowej wynika, że obecny metropolita gdański, a wcześniej ordynariusz diecezji warszawsko-praskiej i biskup polowy Wojska Polskiego był uważany za informatora wywiadu wojskowego PRL przez co najmniej sześć lat. Z dziennikarskiego śledztwa „Rzeczpospolitej” i onet.pl wynika, że informacje od Sławoja Leszka Głódzia uważano za „cenne i wartościowe” typu agenturalnego.

Głódź miał informować w czasach, kiedy był w Watykanie zatrudniony w Kongregacji ds. Kościołów Wschodnich. Kontakt z nim nawiązał oficer wywiadu PRL płk Franciszek Mazurek, ps. „Barcz” (oficjalnie był kierownikiem przedstawicielstwa PLL LOT w Rzymie). W swoich raportach opisywał Głódzia jako osobę dobrze zorientowaną w tematyce politycznej i społecznej w Polsce, która należy „do grupy młodych księży stanowiących swego rodzaju „lobby”, wywierające wpływ na decyzje papieskie w sprawach polskich, ale nie tylko”. Według Mazurka, Głódź był odpowiednim kandydatem na informatora.

„Barcz” miał nawiązać z Głódziem kontakty nieoficjalne – „bez afiszowania się i bez spotkań przy Watykanie”. Miał uzyskiwać od niego m.in. charakterystyki „pracowników poszczególnych sekcji watykańskich”, członków polskiego Episkopatu, „grup nacisku działających w Watykanie” i ich międzynarodowych powiązań. Jak pisze rp.pl i onet.pl, miał też „zbadać, czy będzie możliwe uzyskiwanie informacji o rozmowach głowy naszego Episkopatu z papieżem i o treści tych rozmów”. W 1984 roku koordynację kontaktów „Barcza” z księdzem Głódziem przejął w Zarządzie II SG specjalny wydział typowniczo-werbunkowy o kryptonimie „SOWA”.

Kolejna obietnica złożona przez PiS okazała się tzw. kiełbasą wyborczą. Posłowie tej partii późnym wieczorem odrzucili cztery projekty ustaw, dotyczące obniżenia stawek VAT do 22 i 7 procent, zgłoszone przez opozycję.

– „Chcemy wprowadzić prawo podatkowe oparte na trzech „P”: prorozwojowe, przejrzyste, proste. Obniżenie VAT do 22 proc., zerowy VAT na ubranka dla dzieci” – to zapowiedź Beaty Szydło, wygłoszona podczas kampanii wyborczej w lipcu 2015 r. A w programie wyborczym PiS można było przeczytać m.in.: – „Aby zapewnić wzrost dochodów budżetowych, trzeba powrócić do niższych stawek VAT”, czyli 22 proc. właśnie. Już po wyborach w grudniu 2015 roku mówił o tym ówczesny szef Komitetu Stałego Rady Ministrów Henryk Kowalczyk, zapowiadając obniżenie VAT od 2017 r.

Teraz PiS blokuje obniżenie stawek VAT, przekonując, że byłoby to… zbyt kosztowne dla budżetu! Dodajmy tylko, że tego samego wieczoru posłowie PiS przegłosowali zwiększenie budżetu dla Narodowego Instytutu Wolności na lata 2017–2026 z 65,7 mln zł do 387,4 mln zł. Według Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, ta NIW stanowi zagrożenie dla niezależnego funkcjonowania organizacji pozarządowych.

Waldemar Mystkowski pisze o lotnisku w Baranowie.

No to sprawa się rypła, że posłużę się idiomem, a dotyczy to planowanego lotniska w Baranowie (koło Grodziska Mazowieckiego), które miało zastąpić warszawskie Okęcie i być postrachem dla lotniska Berlin Brandenburg, które zresztą od lat nie może powstać.

Lotnisko w Baranowie to coś w rodzaju symbolu władzy Jarosława Kaczyńskiego. Jego władzy, a nie PiS. To monument, który ma/miał być odciskiem prezesa, jak Pałac Kultury i Nauki – Stalina. Nikt raczej nie wątpi, że nosiłby imię Lecha Kaczyńskiego, bo pomnik to nic, byle co, przyjdzie następna władza i jak pomnik Dzierżyńskiego zburzy albo przeniesie do plenerowego muzeum IV RP.

Prezes, kontemplując swego kota załatwiającego się w kuwecie – tak ująłbym początek groteskowej narracji, gdybym pisał prozę zainspirowaną osobą Kaczyńskiego – wpadł na pomysł lotniska w Baranowie. Dyktatorzy tak mają, muszą wykuć swoją obecność w trwałym materiale tak, jak zwierzęta oznaczają swój teren uryną. Następcy zwykle się nie wysilają – burzą bądź wymazują imiona poprzedników.

Kaczyńskiemu padło na Baranów, który od razu został okrzyknięty „największą inwestycją w ostatnim 30-leciu”. Inwestycja w Baranowie wraz z przyległościami dostała robocze miano Centralnego Portu Komunikacyjnego, który w chwili otwarcia oznaczałby śmierć (wygaszanie) Okęcia. Ba, został powołany pełnomocnik rządu ds. CPK, wiceminister Mikołaj Wild, który stwierdził bez ogródek, iż zamknięcie Okęcia jest bezwzględnym warunkiem powodzenia lotniska, które ma powstać w gminie Baranów.

Politycy PiS zaczęli snuć na jawie sny o potędze. Berlin upada, a Warszawa może się mierzyć z takim Pekinem. Padały liczby i porównania, które nijak miały się do rzeczywistości, no, ale ta władza jest ze świata alternatywnego. Koszt Baranowa to najmniej 30 mld zł.

No i chyba przyszło otrzeźwienie. Ryszard Czarnecki w TVN24 powiedział, że „nie ma mowy o likwidacji Okęcia. Będzie ważnym i wygodnym dla warszawiaków uzupełnieniem Centralnego Portu Lotniczego”. Podobnie kandydat PiS na prezydenta Warszawy Patryk Jaki, bo PiS rozeźlił warszawiaków, na których padł blady strach, że zostaną bez Okęcia. Baranów i Okęcie się wykluczają, o czym jeszcze niedawno mówił zdecydowanie prezes LOT-u Rafał Milczarski: – „Jeżeli mamy nie zamykać Okęcia, to nie ma sensu budowa CPK”.

A więc mamy do czynienia z woltą Morawieckiego, na razie z taktycznym przeczącym sobie szumem informacyjnym. Nie będzie wygaszane Okęcie, będzie wygaszany temat Baranowa, a to także oznacza oszczędności dla budżetu – 30 mld zł. Acz z tym oszczędnościami bym nie przesadzał, bo Baranów miał być oddany do użytku w 2027 roku. Trudno sobie wyobrazić, aby rząd PiS miał dotrwać do tego czasu, więc „największa inwestycja 30-lecia” uległaby wygaszaniu.

Pisowski Baranów nieodparcie nasuwa skojarzenie z sienkiewiczowską Baranią Głową, w której to toczy się fabuła „Szkiców węglem”. Wójt Burak napisał list do wójta sąsiedniej wsi w sprawie rekrutów. Burak jak to Burak napisał list w stylu kazania w kościele. Pisarz gminny Zołzikiewicz śmieje się ze stylu buraczanego, ale namawia Buraka, aby umieścił wśród rekrutów Rzepę. A to dlatego, że podoba mu się Rzepowa.

„Szkice węglem” to Polska w pigułce, która ma tragiczną pointę. Czy nasze Buraki też doprowadzą do sytuacji, iż Rzepa zabije niewierną Rzepową, a Polskę stanie się Baranią Głową, Baranowem? Nie wątpię, że tak stałoby się, gdyby dotrwali przy korycie+ do 2027 roku.

>>>

Co Macierewicz zamierzał zrobić z Dudą?

Dodać do tego poniżej należy m.in. słynne wrzaski prezesa pana o zdradzieckich mordach i kanaliach oraz wywody .a nt. tego dlaczego mordowanie zwierząt dla zabawy i rżnięcie drzew jest dobre oraz o tym, że smog, to piasek nawiewany z Sahary i efekt palenia niepolskim węglem.

Macierewicz w TV Trwam zapowiada totalny atak Unii Europejskiej na Polskę. Odpowiada mu były szef MON Tomasz Siemoniak.

Filozof prof. Tadeusz Gadacz o hipokryzji polityków PiS ws. uchodźców.

Czy Macierewicz chciał się zamachnąć na Dudę? Pisze o tym Fakt.

Na poniedziałek 18 grudnia zaplanowany był wylot tzw. grupy przygotowawczej, składającej się z oficerów BOR i pracowników BBN; taka jest procedura przed wizytami prezydenta. Ale do startu nie doszło, bo – jak się okazało – nie było sprawnej maszyny.

W tej sytuacji lot przeniesiono na wtorek – tyle, że z Poznania. Nie z Warszawy. Ale i tak maszyna i tak nie wystartowała. Powód? Wyciek z silnika.

„Sprawa zaczynała być kłopotliwa, bo prezydent miał lecieć w czwartek rano. To może inna maszyna? Nie ma! Obie sprawne CASY poleciały z szefem MON do Afganistanu!”, podaje też „Fakt”. „Minister zabrał też nowego Gulfstreama. Drugi ma niekompletną jeszcze załogę. Gdy w końcu Hercules został naprawiony okazało się, że… MON nie dało zgody na wylot!”.

– Z resortu płynęły sprzeczne sygnały, to potęgowało chaos – mówi informator z sił powietrznych.

„W końcu nastąpił wylot. Wtedy jednak, na wysokości ok. 5000 m nastąpiło… rozszczelnienie drzwi samolotu! Pilot zaplótł je sznurkiem i zawrócił. Na lotnisku w Powidzu na maszynę czekała straż pożarna i karetki. Udało się bezpiecznie wylądować”, informuje „Fakt”.

Macierewicz wziął dla siebie 2 CASY. Co z 14. pozostałymi? Czyżby były zepsute. Takiej rozpierdziuch w Wosjku Polskim jeszcze nie było.

Rzeczniczka Macierewicza zaprzecza. Dlaczego jednak nie wyda oficjalnego komunikatu, za który można byłoby w przyszłości pociągnąć ja do odpowiedzialności karnej za kłamstwa, za szajs moralny.

Szef klubu parlamentarnego PO Sławomir Neumann.

Cezary Michalski pisze w „Newsweeku” o siedmiu najważniejszych wg niego zmianach w 2017 roku.

Zacytuję dwie zmiany. Pierwszą i ostatnią.

1. Rządząca partia prokuratorem i sędzią

Polityczny dowcip z czasów PRL-u przypisywał Władysławowi Gomułce słowa: „przed 1939 rokiem sanacyjna Polska stała nad przepaścią, ale naszej władzy udało się zrobić wielki krok naprzód”. Już kiedy w 2016 roku PiS zlikwidowało Trybunał Konstytucyjny jako strażnika konstytucji, Polska jako państwo prawa znalazła się nad przepaścią. Jednak w kończącym się 2017 roku, dzięki faktycznej współpracy Jarosława Kaczyńskiego, Zbigniewa Ziobro i Andrzeja Dudy, władzy udało się w tym obszarze zrobić ogromny krok naprzód.

Podpisana grzecznie przez prezydenta Ustawa o Ustroju Sądów Powszechnych pozwoliła Zoobrze rozpocząć czystkę w polskim sądownictwie. Jej celem ma być możliwość powoływania takich składów sędziowskich, które wykonają wolę Partii w każdym obszarze orzekania. W sprawach gospodarczych, kiedy trzeba będzie bronić partyjnych „biznesmenów” i boleśnie ukarać albo wręcz wywłaszczyć przeciwników władzy. W sprawach przeciwko dziennikarzom i mediom. W sprawach bardziej codziennych, kiedy baron z PiS-u potrąci swoją limuzyną zwykłego człowieka, albo pies barona pogryzie kogoś bezpartyjnego – i trzeba będzie skazać tego drugiego. Wreszcie w sprawach o tzw. areszty wydobywcze, gdzie na wniosek Ziobry czy Kamińskiego będzie można bez procesu zatrzymać na długie miesiące polityków opozycji albo liderów protestów społecznych. Tak jak próbowano to zrobić z Józefem Piniorem, ale bez sądu posłusznego Ziobrze zrobić się nie dało.

Po zniszczeniu niezawisłości sądów i trójpodziału władzy, władza będzie w Polsce zarówno oskarżycielem, jak też sędzią.

Kolejne kroki daleko za próg przepaści to przejęcie przez PiS Krajowej Rady Sądownictwa i Sądu Najwyższego. Ustawy w tej sprawie podpisze już wkrótce prezydent. Andrzej Duda nigdy nie bronił polskiej konstytucji, on tylko chce samemu politycznie skorzystać na jej obalaniu.

Po zniszczeniu niezawisłości sądów i trójpodziału władzy (cech różniących liberalny Zachód od wschodnich satrapii) władza będzie w Polsce zarówno oskarżycielem, jak też sędzią. No chyba, że Ziobro zgłosi w najbliższym czasie projekt ustawy, w myśl której Minister Sprawiedliwości przydzieli nam również obrońców z urzędu.

7. Zmarnowana szansa społecznych protestów

Każdym zwycięstwem antyliberalnej „dobrej zmiany” jest porażka albo zmarnowane zwycięstwo ludzi broniących liberalnej Polski. Letnie protesty przeciwko niszczeniu przez PiS niezawisłych sądów, które mogły stać się punktem zwrotnym w procesie zatrzymania „dobrej zmiany”, zostały zmarnowane w całości. Wylansował się na nich tylko Andrzej Duda.

Największym błędem było podkreślanie ich apolityczności, antypolityczności, antypartyjności. Dystansowanie się, a czasami wrogość, wobec liberalnych partii opozycyjnych. Nie ze strony tysięcy uczestników protestów, ale liderów różnych wyrastających na nich organizacyjek, coraz bardziej radykalnych i coraz mniejszych. Wszystkie one były bardziej zajęte rozszarpywaniem resztek po KOD-zie, a niektórzy z ich liderów bardziej byli zajęci publicznymi atakami na liberalne partie polityczne, niż budowaniem razem z tymi partiami i wspólnie ze sobą jednego frontu obrony demokracji w Polsce.

No i gdyby jeszcze Katarzyna Lubnauer poważniej potraktowała ostatnią propozycję Grzegorza Schetyny – wspólne prezydium klubów i koalicje w miastach to nie żaden wstyd – a mniej uwagi poświęcała „dożynaniu watahy” Ryszarda Petru.

To jest jednak ta część „dobrej zmiany”, którą w 2017 roku zawdzięczamy już nie Kaczyńskiemu, ale trwającym nadal, jakby nic się nadzwyczajnie niebezpiecznego w naszym kraju nie działo, wewnętrznym podziałom i konfliktom Polski liberalnej. A także zwyczajnej ludzkiej głupocie, ambicyjkom, chęci zabłyśnięcia, oportunizmowi i innym ludzkim cechom tak zwyczajnym i codziennym, które jednak w obecnej sytuacji Polski stają się kryminalne.

Oraz o Jwednej kobiecie, ale jakże wspaniałej – o pisarce (już wybitnej) Klementynie Suchanow, autorce dwutomowej biografii Witolda Gombrowicza. Pisze Piotr Pacewicz (oko.press).

Klementyna Suchanow

Zasłynęła – na dobre i na złe – akcją 8 grudnia 2017, kiedy razem z kilkorgiem innych osób obrzuciła jajami limuzyny wyjeżdżające ze spotkania w Pałacu Prezydenckim. „Jeden policjant na walkie-talkie. Słyszę, jak nadaje: Przyszli ludzie z jajami. Tak. Mają jaja w torbach”. Gania się z policjantami, zostaje powalona na ziemię i skuta kajdankami. 22 grudnia nachodzi ją w domu ABW, straszą i szantażują.

Autorka wydanej właśnie wspaniałej biografii „Gombrowicz. Ja, geniusz”, dziwi się histerii wokół rzucania jajami. „Jestem latynamerykanistką i wiem, jak wyglądają protesty na świecie. Jajka to klasyk i dziecinada wobec skali destrukcji kraju, jakiej dopuszcza się partia. Jeśli władza boi się jaj kobiet, to musi naprawdę srać w gacie. Jedno jest ważne: my nie rzucaliśmy w ludzi, a tylko w samochody rządowe. Ktokolwiek tam siedział, były symbolem władzy. To był akt symboliczny”.

Pytam, jak się ma do tego Gombrowicz? „Raczej nijak. Albo inaczej: To pisarz doskonale parodiujący gatunki, wyczulony na groteskę. A czymże jest to zdarzenie z jajami? Gombrowicz na pewno by jajkami nie rzucał. Fizycznie był, jak sam mówił, tchórzem, bał się konfrontacji. Ale nadrabiał w sferze ducha i tu był bezkompromisowy. Ja się jakoś nie boję. To znaczy, przeraża mnie sytuacja w Polsce. Aż się boję  otwierać rano kompa z wiadomościami. Nie mówiąc o tym, że boję się o dorastającą córkę. Ale konfrontacji z władzą się nie boję i nie ustąpię. Ta Ojczyzna, potwór – jak pisał Gombrowicz w „Trans-Atlantyku” – nas przygniata, ten zbiór głupot i uproszczeń wziętych z przeszłości, pielęgnowanych przez ludzi, którzy są u władzy, celebrujących dziada pradziada. Kaczyński jest przecież cały z PRL, nie zna świata, nawet nie chce poznać. Piotrowicz jest z PZPR. Opozycja też raczej oldskulowa.

PiS? Przy stole świątecznym postarajmy się nie myśleć o tych pokrakach

Czy Patryk Jaki wyje? Zastanawia się Daniel Passent.

„Gdyby głupota była bólem, tobyś pan wył” – pomyślałem, słuchając najnowszego przekazu PiS. Patryk Jaki oraz inni oficjele odkryli, dlaczego Europa, w tym Niemcy, nas zwalcza, dlaczego zastosowała broń atomową, czyli art. 7.1 traktatu unijnego…

Z tego mianowicie powodu, że powstająca z kolan gospodarka polska stanowi dla nich zagrożenie ekonomiczne. Tylko patrzeć, jak Polska uderzy Niemcy po kieszeni, a o to nam przecież chodzi, bo to nasz najważniejszy partner handlowy, więc trzeba mu szkodzić.

Niemcy podobno już się boją, że nasz Centralny Port Lotniczy, który budujemy (?) pod Łodzią, i centralny węzeł („hub”) komunikacyjny odbiorą im dochody, bo mamy świetne położenie geograficzne. Frankfurt (ponad 61 mln pasażerów) i Monachium (37 mln) robią już w portki ze strachu przed CPL im. Solidarności. Podobnie pękają Charles de’Gaulle (61 mln) i Heathrow (70 mln).

(…)

Kolejną odpowiedzią Polski na atak na naszą praworządność ma być odbudowa przemysłu stoczniowego. Niestety, transformacja rozłożyła nasz przemysł stoczniowy, co uznawane jest za błąd. Stocznie niemieckie, chińskie, koreańskie dają sobie radę, a my strzeliliśmy sobie w stopę. Ale pamiętajmy, że polski przemysł stoczniowy był chronicznie deficytowy, latami, także z przyczyn politycznych, do stoczni dopłacano, były one nastawione w dużym stopniu na potrzeby ZSRR, który się rozpadł. Utrzymywanie nierentownych stoczni miało rozładować problemy załogi.

Nie jestem specjalistą, jeżeli odbudowa przemysłu stoczniowego ma sens – OK. Ale dlaczego zdaniem ministra Jakiego ma to być zagrożeniem dla Niemiec? I powód, żeby nasz kraj stawiać do kąta za… łamanie praworządności? Może Niemcy w ten sposób mszczą się za nasze drony i elektryczne samochody przyszłości?

Wszystko to razem nie wytrzymuje krytyki. Nie drony, tylko androny.

Radosnych Świąt i głowa do góry, nie dajmy się zwariować.

Leszek Jażdżewski, szef „Libere!” pisze o śpiewaniu kolęd w szkołach.

Organizacja Ordo Iuris apeluje do MEN w sprawie organizacji jasełek w przedszkolach i szkołach. Petycję, pod którą Ordo Iuris zbiera podpisy w internecie, można znaleźć tu.

Organizacja twierdzi, że w Polsce katolikom utrudnia się wychowanie dzieci w duchu ich religii, co samo w sobie może budzić lekkie zdumienie, zważywszy że w szkołach zajęcia z religii są pod względem liczby godzin na czwartym miejscu w ciągu całego cyklu edukacyjnego.

Ordo Iuris powołuje się na konstytucję – art. 48 ust. 1, który gwarantuje, że „rodzice mają prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami”, i art. 53 ust. 3, który stanowi, że „rodzice mają prawo do zapewnienia dzieciom wychowania i nauczania moralnego i religijnego zgodnie ze swoimi przekonaniami”.

(…)

Z prawa do wyznawania i wychowywania dzieci w duchu własnych przekonań uczyniono instrument przymusu, bicz na wszystkich, także tych, którzy woleliby szkołę, która nie zmusza dzieci i ich rodziców do światopoglądowych deklaracji.

Petycja Ordo Iuris przypomina nam, że to obecna pozycja oficjalnego nauczania Kościoła katolickiego podniesionego do rangi szkolnego przedmiotu jest aberracją i złamaniem zasady neutralności światopoglądowej państwa. I kosztuje rocznie miliard trzysta pięćdziesiąt milionów złotych płaconych z kieszeni podatnika Kościołowi, instytucji przecież niebiednej. Może warto za część tych pieniędzy zapewnić dzieciom ciepły posiłek w szkole? Nie tylko od święta?

Wesołych świąt wszystkim, obyśmy częściej mówili do siebie ludzkim głosem.

Robert Biedroń w pojawił się w najnowszym odcinku SNL Polska, nadawanego przez Showmax. Nie mogło zabraknąć politycznych nawiązań.

Później Robert Biedroń pojawił się w kilku skeczach, m.in. w roli Aniołka i samuraja. W skeczu o sylwestrze u Andrzeja Dudy Biedroń rzucił: – Nie wpuścili mnie, ale i tak tu wrócę w 2020 roku (wtedy mają się odbyć wybory prezydenckie – red.).

Fani Biedronia komentowali na Facebooku:

– Panie Biedroń – kocham Pana.

– Robercie, zrób coś z tą Polską. 

– Piękny Anioł.

Ryszard Czarnecki podsłuchał w kiblu Schetyną rozmawiającego z Timmermansem.

Europseł PiS musiał obsikać sobie twarz.

Zaszczany facio – pissing.

Pogłębianie demokracji według Adriana 👇

Wspaniała Klementyna…

👍✌️🇵🇱

Przepis na świąteczne wydanie Wiadomości.

Mamy piękną tradycję wigilijną, o którą powinniśmy szczególnie dbać. Niech świąteczny stół łączy, a nie dzieli.

Post Navigation