Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Krzysztof Luft”

Morawiecki, obrotowy Konrad Wallenrod

Wybory samorządowe okazały się ważną lekcją demokracji bezpośredniej. Nie zawsze to „face to face” było oczekiwanym sympatycznym spotkaniem. Wielu polityków doznało poważnych obrażeń w wyniku twardego zderzenia z wyborcą. Ale jaki sens ma obrażanie się na wyborcę? Fakt, że wyborca jest nauczycielem nademocjonalnym, przesadnie skrupulatnym, wymagającym, miewa rozmaite wady i czasem stroi fochy, ale trudno, innego nie mamy.

W koedukacyjnej klasie dla rządzących i opozycji ta ostatnia lekcja była szczególnie ważna, ponieważ poprzednia nie została zapamiętana. A przecież przed nami trzy sprawdziany. Jeśli ugrupowania demokratyczne będą teraz imprezować, pójdą na wagary, albo znowu zapomną o wskazówkach nauczyciela, to wszyscy zostaniemy z PiS na drugą kadencję.

Warto więc odrobić zadanie domowe. Jeśli ktoś nie uważał na lekcji albo nie chciało mu się zanotować, to teraz może sobie odgapić kilka przykładowych pytań i ćwiczeń:

  • Czy prawdziwa jest teza, że wyniki wyborów samorządowych i parlamentarnych są nieporównywalne, skoro również w tych pierwszych wyborca dostaje kartę z listą partii uczestniczących w wyborach i mało prawdopodobne jest, że zagłosuje na kogoś z przeciwnego ugrupowania?
  • Porównaj wyniki wyborów samorządowych z preferencjami ostatnich badań opinii publicznej i wykaż opłacalność organizowania wspólnego frontu partii demokratycznych przeciw niepraworządnej władzy.
  • Na przykładach partii, które wchodziły w koalicję lub współpracowały z PiS, wskaż przyczynę radykalnej obniżki notowań ugrupowania Kukiz 15.
  • Biorąc pod uwagę, że wielu wyborców korzysta wyłącznie z „informacji” partyjnych mediów publicznych oceń opłacalność systematycznego prostowania fałszerstw w Internecie, w sądach i w kampanii ruchomych banerów pod hasłem PiS KŁAMIE!
  • Na przykładzie wyników wyborów samorządowych na Dolnym Śląsku odpowiedz na pytanie, czy szef partii, który sam ma słabą popularność, powinien gmerać w listach kandydatów sporządzonych przez działaczy lokalnych?
  • Na przykładzie wyniku wyborów w Warszawie oceń skuteczność poparcia udzielanego kandydatom przez rządzących, a na przykładzie łódzkim wskaż efektywność ostrzeżeń i gróźb kierowanych do wyborców przez funkcjonariuszy partii sprawującej kierownicza rolę.

Po odrobieniu lekcji wyborca zaleca wyciąć , oprawić w ramkę i powiesić nad biurkiem następujące hasło:

LUDZIOM MYŚLĄCYM PRZYSŁUGUJĄ NAUKI. DURNIE OTRZYMUJĄ NAUCZKI.

Jak bystro zauważył Sławomir Sierakowski Mateusz Morawiecki jest takim Konradem Wallenrodem PO w tych wyborach, a ja myślę, że jest obrotowym Konradem Wallenrodem. Etatowym zdrajcą, co mu się każe powiedzieć, to wypluje własnymi ustami. Wallenzdrajca szlus

Holtei

Jeżeli potwierdzą się wyniki exit poll, Zjednoczona Prawica dostała pierwszą żółtą kartkę

Znaczenie niedzielnego głosowania wybiega daleko poza wybór prezydentów miast, wójtów, burmistrzów, radnych gmin, powiatów czy sejmików. To pierwszy z czterech etapów maratonu wyborczego. Wiadomo było, że jeśli obóz demokratyczny dobrze wystartuje, zwiększy swe szanse na kolejnych etapach, zwłaszcza że kalendarz mu sprzyja.

Podobnie rozumowała władza. Dlatego już na ostatniej prostej obserwowaliśmy objawy paniki. Partia wyprodukowała rasistowski, ksenofobiczny, antychrześcijański spot. Zapewne kierownictwo PiS wcześniej wiedziało z badań to, co dziś już wiedzą wszyscy.

Chociaż PiS uznaje wynik wyborów samorządowych za wielki sukces, to raczej wątpliwe, by w województwach, gdzie ta partia wygrała, była szansa na przejęcie sejmików. Stąd pomysł Jarosława Kaczyńskiego na koalicję. Przed wyborami mówił, że widziałby w niej SLD, jednak kiepski wynik tej partii (SLD lewica razem –  5,7%) nie daje szans na większość decyzyjną, nawet gdyby lewica zgodziła się na współpracę z PiS.

Wydawałoby się, że…

View original post 2 215 słów więcej

100 nagród dla PiS na 100. lecie niepodległości. Okradanie PL

>>>

To Jan Krzysztof Bielecki, mentor Donalda Tuska i były premier, wprowadzał Mateusza Morawieckiego na polityczne salony. – My nie wiemy, kim on jest. Sprawa jest trudna dla naszego elektoratu, bo nie jest tak pragmatyczny jak wyborcy PO – żali się działacz PiS.

– Morawiecki to przede wszystkim duży biznes, a potem duża polityka. Kiedy Onet odpalił taśmy z premierem nagrane w restauracji Sowa i Przyjaciele, Platforma mogła nam naprawdę zaszkodzić. Wystarczyło zagrać kilkoma cytatami. Ci z PO, owszem, krytykowali, ale raczej rytualnie, nie tak, jak potrafią, gdy im zależy – mówi polityk z PiS. – I to jest najlepszy dowód, że Morawiecki ma wciąż wielu wpływowych przyjaciół po tamtej stronie. Tyle że nie należy ich szukać w polityce, ale na jej zapleczu.

– Teorie spiskowe PiS. Morawiecki był u nas promowany i popychany w szeroko pojętym środowisku młodszego pokolenia, które jednak miało podziemną kartę. Sądziliśmy, że mamy te same poglądy. Ale on chciał władzy i poszedł tam, gdzie mu ją dawali. Można powiedzieć, że koncertowo nas ograł – przyznaje polityk PO.

Pytamy, czy się przedstawi. Nie, wolałby pozostać anonimowy, tak jak inni jego koledzy z Platformy, z którymi rozmawiałyśmy.

Morawiecki, nim został ulubieńcem prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, w środowisku liberałów spędził lata. Poznał ludzi, którzy dbali o gospodarcze zaplecze rządu PO: dzielili wpływy w spółkach skarbu państwa, doradzali w gabinetach polityków.

u Jacka Żakowskiego

Nie będzie finansowania inwestycji w jeśli wygra – twierdzi . u Jacka Żakowskiego

#100aferPIS na 💯-lecie: 100.NAGRODY MINISTRÓW PIS Jak wykazał @KrzysztofBrejza rząd PIS przyznał sobie 3.5 mln zł nagród w 2016-17r. Był to system drugich pensji. Jak mówiła Szydło – te pieniądze im się należały.

Dla porównania, rząd PO/PSL przez 8 lat przyznał 38 tys. zł nagród

Holtei

>>>

Zdaję sobie sprawę, że rozmowa ze mną jest smutna czy wręcz beznadziejna, może powinienem przedstawiać jakieś bardziej optymistyczne wizje, żeby pokrzepić, ale realnie nie wiem, co miałbym powiedzieć. Oczywiście jeszcze liczymy na orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu, bo na co jeszcze możemy liczyć, co zrobić?  – mówi sędzia Michał Laskowski, rzecznik Sądu Najwyższego.

JUSTYNA KOĆ: Prezydent powołał 27 nowych sędziów do Sądu Najwyższego, bez udziału kamer, mediów, nagle. Dziwi pana takie zachowanie prezydenta?

MICHAŁ LASKOWSKI: Dla nas niezrozumiały jest ten pośpiech prezydenta w sytuacji, kiedy Naczelny Sąd Administracyjny wydał postanowienie o wstrzymaniu tej procedury. Jeśli tak to rozumieć, adresatem bezpośrednim tego postanowienia NSA jest KRS, ale przecież nominacje są naturalnym dalszym ciągiem tej procedury.

Niezrozumiałe zatem jest dla nas postępowanie prezydenta w tej sytuacji. To ignorowanie orzeczenia NSA.

Ignorowanie orzeczenia NSA czy nieprzestrzeganie prawa?
Można to różnie nazywać, ale jeśli jest orzeczenie sądu i ktoś mówi, że się do…

View original post 4 291 słów więcej

Morawiecki kłamstwo podnosi do rangi chamstwa

„Dowiedziałam się ze sprostowania przeczytanego przez sympatyczną panią przed „Faktami”, że mamy premiera kobietę. Czy Mateusz Morawiecki zmienił płeć, czy ktoś znowu próbuje nas zrobić w konia?” – zapytała na Twitterze Renata Grochal z Newsweeka. To jedna z wielu opinii o formie, w której ukazały się przeprosiny premiera za jego kłamstwa na wiecu wyborczym w Świebodzinie. Odczytała je bardzo szybko sepleniąca kobieta.

Polityków PO takie sprostowanie nie satysfakcjonuje. – „Powiem wprost, to urągało powadze urzędu Premiera RP, jaki Mateusz Morawiecki sprawuje.  Ktoś, kto pełni taką funkcję powinien mieć szacunek tak dla urzędu, jak dla samego siebie. I z tego szacunku dla siebie powinien zadbać o właściwą formę tego sprostowania, przecież on się pod tym podpisał” – stwierdził w onet.pl rzecznik PO Jan Grabiec. Zapytany, czy w związku z tym PO rozważa kolejny pozew, odpowiedział: – „Poddamy analizie prawnej możliwość żądania powtórzenia tego sprostowania. Zbadamy też kwestie finansowania, czyli, kto za przygotowanie tej planszy i damskiego lektora zapłacił”.

„Mam wątpliwość prawną, jeżeli chodzi o interpretację tego, co zrobił pan premier” – ocenił w TVN 24 Roman Giertych. Adwokat uważa, że Morawiecki powinien osobiście odczytać sprostowanie. – „Mamy właściwie do czynienia z obligiem odczytania osobistego. Wydaje mi się, że pan premier będzie musiał składać ponowne oświadczenie już po decyzji sądu, o ile – oczywiście – Platforma zdecyduje się na grillowanie pana premiera. Może miłosiernie mu odpuści” – powiedział Giertych.

Rzecznik PSL i kandydat ludowców na prezydenta Warszawy Jakub Stefaniak też krytykuje formę sprostowania. – „Zamiast szefa rządu mieliśmy syntezator mowy „Beata”. Powiem wprost, w życiu trzeba mieć klasę. Jeśli zamiast stanąć z odkrytym czołem i samemu przeprosić, wysyła się syntezator mowy, to coś jest nie tak z tą właśnie klasą. Być może panu Mateuszowi odwagi zabrakło? Być może prawdziwe jest przezwisko, jakie nadali mu młodzi ludowcy, czyli „Mateuszek-kłamczuszek”?” – powiedział Stefaniak w onet.pl

No i co teraz zrobi Jacek Kurski? Podczas rozgrywanych właśnie, a transmitowanych w TVP mistrzostwach świata w siatkówce, na trybunach zobaczyć można było kibiców w koszulkach z napisem „Konstytucja”.

Polscy siatkarze grają świetnie, więc byłby to doskonały pretekst dla Jacka Kurskiego, żeby po raz kolejny pochwalić się oglądalnością imprez sportowych transmitowanych w TVP. Tym razem próżno szukać entuzjastycznych tweetów prezesa TVP.

Kibiców w koszulkach z napisem „Konstytucja” oczywiście zauważyli internauci. – „Brawo Wy”; – „No i Kurski wylatuje… ;)))”; – „Chyba będzie zmuszony sam siebie wylać…!”; – „Dobrze, że Kurski nie ma czerwonego przycisku jak Putin czy Trump, bo na pewno przerwałby transmisję bez mrugnięcia okiem” – pisali na Twitterze. Jeden z internautów napisał scenkę rodzajową. – „Ach, gdyby to był kamerzysta ode mnie… – powiedział sam do siebie prezes Jacek. – Na zbity pysk, dyscyplinarkę. Bez odprawy. Zgasił papierosa i zasłonił na noc ołtarzyk ze zdjęciem Naczelnika. Czas spać”.

„Mistrzostwa świata w siatkówce. W Turynie. Kibice polscy w koszulkach Konstytucja. Realizuje włoska tv. Retransmisja w tvp sport. Da się jakoś cofnąć obraz i wykasować?” – napisał poseł PO Bartosz Arłukowicz. Odpowiedział mu jeden z internautów: – „W ’82 puszczali mecze z opóźnieniem czasowym, żeby nie było widać napisów „S” na trybunach… Tylko kwestia czasu, aż do tego wrócą :)”.

Kandydaci PiS w kampanii samorządowej nie przebierają w środkach, byle tylko dotrzeć do jak największej liczby wyborców. To zupełnie normalne i nikogo nie dziwi. Gorzej jednak, gdy bezmyślnie promują się w miejscach, gdzie wręcz nie godzi się prowadzić agitacji wyborczej. Wówczas może spotkać ich niezła niespodzianka.

Taka sytuacja miała miejsce w Będzinie, gdzie Arkadiusz Grabowski, kandydat PiS na prezydenta Będzina, i Jarosław Burzawa, kandydat PiS na radnego ze śródmieścia, zawiesili swoje banery wyborcze przed Teatrem Dzieci Zagłębia. Paweł Klica, dyrektor teatru, prosił kandydatów, by usunęli banery, tłumacząc, że to niewłaściwe miejsce do prowadzenia agitacji wyborczej, ale obaj panowie odmówili.

W tej sytuacji zareagowały postaci z bajek, które na banerach polityków zawiesiły swoje własne. Kot w Butach obiecuje mieszkańcom miasta tanie buty, Czerwony Kapturek zapowiada remont dróg, Mała Syrenka chce zbudować port morski na Przemszy a Wilk ogłasza, że zje wszystkie babcie.

Dyrektor teatru odcina się od tej akcji, choć nie ukrywa, że reakcja bajkowych bohaterów wcale go nie dziwi. Natomiast sam Wilk, poproszony o komentarz, tylko kłapnął paszczą, a Czerwony Kapturek uśmiechnął się znacząco.

Trzeba przyznać, że akcja z humorem i budząca uśmiech, a gdyby to ode mnie zależało, to wiedziałabym kogo wybrać do samorządu Będzina. Kot w Butach na prezydenta!

Przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk we wpisie na Twitterze nawiązał do przemówienia wygłoszonego podczas 73. sesji Zgromadzenia Ogólnego Organizacji Narodów Zjednoczonych. Wspomniał m.in. o Lechu Wałęsie i Nelsonie Mandeli.

W Nowym Jorku trwa 73. sesja Zgromadzenia Ogólnego Organizacji Narodów Zjednoczonych. Podczas czwartkowej debaty jednym z prelegentów był przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk.

Podczas przemówienia odniósł się m.in. do trudności, z jakimi obecnie zmagać się Unia Europejska, w kwestiach takich jak handel, bezpieczeństwo, zmiany klimatyczne i prawa człowieka. Wezwał do jedności i wspólnego działania na rzecz nie tylko pokoju, ale również walki z głodem i terroryzmem na świecie.

Nawiązał również do 100. rocznicy urodzin byłego prezydenta RPA Nelsona Mandeli i przypadających w tym roku 75. urodzin Lecha Wałęsy.

Po wygłoszonym przemówieniu na oficjalnym koncie Donalda Tuska na Twitterze pojawił się symboliczny wpis.

„Dzisiaj, kiedy tak wielu ludzi, nawet najpotężniejsi światowi przywódcy, zaczyna wątpić w wolność, solidarność i demokrację, pamiętajmy o przesłaniu Mandeli i Wałęsy, by zło dobrem zwyciężać. I że – bez względu na to, w jak trudnej sytuacji byli – nigdy nie skapitulowali” – napisał Tusk.

Tusk nie wskazał konkretnego przywódcy, którego mógł mieć na myśli. Wszystko wskazuje na to, że jednym z nich jest prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump. Szef Rady Europejskiej już we wcześniejszych wypowiedziach krytykował politykę Trumpa.

Waldemar Mystkowski pisze o kłamczuszku Morawieckim.

Premier pokazał właśnie swoją piętę Achillesa – piętę kłamcy.

Dla wszystkich zrozumiałe jest, że nikt nie chce zaliczać się do grupy, w której samcem alfa jest kłamca. Bo taki alfa nie jest liderem, tylko udaje go, jest więc co najwyżej beta. Co w takim razie robić?

Czy liderem jest alfa, bardzo łatwo sprawdzić. Za samca Alfa w polskiej piłce nożnej uchodzi Robert Lewandowski, który na mundialu w Rosji wydawałoby się zawiódł, gdyż polska reprezentacja szybko odpadła. Ale Lewandowski potem sprawdził się w innej grupie, mistrzu Niemiec Bayernie Monachium. Udowodnił, że jest takim alfa, który strzela trzy gole w jednym spotkaniu – hat tricka. Lewandowski jest więc nawet super alfa. Wartość Lewandowskiego w reprezentacji Polski była przekłamana, niedowartościowana. Potrzebuje zatem zespołu, który zasługuje, aby nim dowodzić, jest z wyższej półki.

Przenieśmy te porównania do polityki. Mateusz Morawiecki – z powodu chorego kolana prezesa – chce być samcem alfa PiS i tak się biedak stara, że kłamie na potęgę. Chce być lepszy od innych. Ale jak to z biedakami bywa, Morawiecki może być lepszy od gorszych. I tak postąpił Morawiecki. Ogłosił, że Platforma Obywatelska jest gorsza od niego, mianowicie nie budowała dróg i mostów. I Morawiecki zaczął przecinać wstęgi na drogach i mostach, które… zbudowane zostały za rządów PO. Partia Grzegorza Schetyny, wcześniej Donalda Tuska, podała Morawieckiego do sądu i ten w nim przegrał.

Sąd powiedział zatem, że Morawiecki nie jest samcem alfa. Co zatem robi stado PiS, któremu nie przewodzi samiec alfa? Powinno zmienić samca albo po prostu politycy winni pojedynczo opuścić stado, w którym lideruje samiec beta, teta czy inny zeta. Tak się nie dzieje, bo członkowie stada samca Morawieckiego twierdzą, że pisowski samiec alfa „nie musi przepraszać opozycji, bo główne zarzuty PO zostały odrzucone” w sądzie. Co jest guzik prawdą.

Zespół Morawieckiego jest więc jego wart, jak nie przymierzając reprezentacja Polski na mundialu, która zasłużenie odpadła. Lewandowskiemu nie dorastali do pięt. W wypadku PiS Morawiecki pokazał swoją piętę Achillesa – piętę kłamcy.

Sąd nakazał Morawieckiemu opublikować w TVN i TVP następującą treść, świadczącą o jego kłamstwie: „Nieprawdziwe są informacje podane przeze mnie w dniu 15 września 2018 roku podczas wiecu wyborczego komitetu wyborczego Prawo i Sprawiedliwość w Świebodzinie, że w ciągu jednego do półtora roku wydawana jest przez nas większa suma na drogi lokalne, niż za czasów koalicji PO i PSL w ciągu ośmiu lat. Mateusz Morawiecki, premier rządu Rzeczpospolitej Polskiej„.

Kaczyński i kler – dwie katastrofy Polski

Nie wierzę w żaden genialny plan naprawy Polski przez zburzenie dotychczasowego ładu. Gdyby taki plan istniał, musiałby być wymyślony, a co najmniej zaakceptowany, przez Jarosława Kaczyńskiego. Tymczasem Kaczyński toleruje narastający chaos i wzywa do jego pogłębienia, ale nad nim nie panuje. Dowodów na to jest wiele.

Reformy tzw. dobrej zmiany powodują coraz większy chaos. Widoczny jest gołym okiem w sądownictwie, edukacji, spółkach skarbu państwa, w polityce energetycznej i zagranicznej. Politycy obozu prawicy udają, że tego nie dostrzegają, mówią, że to naprawa państwa. Wyjątkiem jest Jarosław Gowin, który w wywiadzie dla „Kultury Liberalnej” powiedział: „Chyba mają państwo świadomość, że po naszych rządach nie ma już powrotu do tego, co było. Trzeba maszerować do przodu. Polskę trzeba wymyślić na nowo. Przykładowo: wymiar sprawiedliwości w takim kształcie, jaki istniał przed rządami Zjednoczonej Prawicy, nie zostanie już przywrócony. Jednocześnie obecny stan też ma charakter przejściowy”.

Innymi słowy – chaos jest celowo wprowadzany, by zniszczyć dotychczasowy ład, a dopiero w przyszłości będziemy myśleć o tym, jak wszystko uporządkować. Hipoteza śmiała, ale z dwoma zastrzeżeniami. Po pierwsze, politycy PiS nie zgadzają się z Gowinem, udają, że chaosu nie ma, że wszystko odbywa się zgodnie z planem. Po drugie – z chaosu jakoś można wyjść, ale trzeba pokazać przynajmniej model docelowy i ocenić koszty zburzenia ładu dotychczasowego i tworzenia nowego.

Tak odjeżdża prezes PiS.

Czyli polskie kobiety są zdecydowanie mądrzejsze? – pyta dziennikarz na Twitterze. Chodzi o najnowszy sondaż Millward Brown dla „Wysokich Obcasów”, z którego wynika, że gdyby głosowały same kobiety, PiS miałby zaledwie 28 proc. poparcia, zaś Koalicja Obywatelska zaledwie 1 proc. mniej. Czy ten rząd obalą kobiety? Możliwe…

„Wysokie Obcasy” otwierają cykl sondaży pt. „Liczymy się z Polkami”, którego celem ma być badanie preferencji społecznych i politycznych kobiet. W pierwszym z badań zaprezentowano nie tylko ogólne poparcie dla partii, ale również różnice pomiędzy zwolennikami danej partii wśród kobiet i mężczyzn.

W badaniu obu płci PiS uzyskałby samodzielną większość w Sejmie. W koalicji z Kukizem i Korwinem partia Kaczyńskiego miałby większość konstytucyjną. I tak – PiS mógłby liczyć na 34 proc. poparcia, Koalicja Obywatelska 22 proc., nowa formacja Roberta Biedronia 8 proc., a Kukiz’15 i SLD po 7 proc.

Poglądy mężczyzn są dużo bardziej konserwatywne. Gdyby więc to tylko oni głosowali, przewaga partii rządzącej byłaby miażdżąca. Aż 40 proc. respondentów płci męskiej zagłosowałoby na Prawo i Sprawiedliwość. Koalicja Obywatelska mogłaby liczyć tylko na 17 proc. głosów panów, Kukiz 8 proc, a Biedroń oraz SLD po 7 proc.

Natomiast parlament wybrany przez kobiety wyglądałaby całkiem inaczej. Składałby się z Prawa i Sprawiedliwości (28 proc.), depczącej im po piętach Koalicji Obywatelska (27 proc.), Partii Biedronia (8 proc.), SLD (7 proc.) oraz Kukiza (6 proc.).

– Czyli polskie kobiety są zdecydowanie mądrzejsze? – pyta na Twitterze dziennikarz Paweł Wroński.

Dzień jak co dzień.

Zakończył się Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Jednym z laureatów został „Kler”. Jak poinformowała „Gazeta Wyborcza”, TVP Kultura wycięła wypowiedź Smarzowskiego ze swojej transmisji z gali

Wojciech Smarzowski otrzymał podczas Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni nagrodę publiczności za film „Kler”. Kiedy reżyser wchodził na scenę, rozległy się brawa. – Nie ma co tyle klaskać, bo jeszcze ktoś policzy – powiedział Smarzowski. Reżyser nawiązał do sprawy Złotego Klakiera, czyli nagrody przyznawanej od lat przez Radio Gdańsk na podstawie długości trwania oklasków. W tym roku jednak prezes rozgłośni Dariusz Wasilewski poinformował, że nagroda nie będzie przyznana, ponieważ mamy do czynienia z sytuacją, uniemożliwiająca obiektywną ocenę prawidłowości przeprowadzonych pomiarów długości po poszczególnych pokazach filmów prezentowanych podczas Festiwalu w Gdyni.

Kiedy chwilę później ponownie pojawił się na scenie, po tym jak otrzymał nagrodę specjalną festiwalu powiedział, że „w swojej pysze myślał, że tym razem nagrodę wręczy mu prezes TVP”. Jak poinformowała „Gazeta Wyborcza”, wypowiedzi reżysera nie zobaczyli jednak widzowie TVP Kultura. Na antenie Telewizji Publicznej relacja z gali byłą nadawana z kilkudziesięciominutowym opóźnieniem i wypowiedź Smarzowskiego została po protu wycięta. Dziennikarze próbowali się dowiedzieć, dlaczego doszło do takiej sytuacji, jednak TVP na razie nie skomentowała całej sprawy.

Do kogo trafiły Złote Lwy?

O główną nagrodę Festiwalu Filmowego w Gdyni rywalizowało w tym roku wiele dobrych filmów. W Konkursie Głównym pokazano m.in. „Kamerdynera” Filipa Bajona, „Zimną wojnę” Pawła Pawlikowskiego, „Kler” Wojtka Smarzowskiego czy „Twarz” Małgorzaty Szumowskiej. Jury miało trudy orzech do zgryzienia, jednak finalnie Złote Lwy powędrowały do Pawła Pawlikowskiego. Jego film „Zimna wojna” został już doceniony na festiwalu w Cannes, ma również szanse na nominację do Oscara. Zdobywca głównej nagrody oprócz statuetki otrzymał 100 tysięcy złotych do podziału – 60 tysięcy dla reżysera i 40 tysięcy dla producenta.

Nagrody filmowe na Festiwalu w Gdyni rozdane. „Niech żyje wolność w polskim kinie”

Podczas uroczystej gali w Teatrze Muzycznym w Gdyni od początku kipiało od politycznych nastrojów. Laureaci w kuluarach i ze sceny komentowali rzeczywistość w mniej lub bardziej bezpośredni sposób. Komentarz Wojciecha Smarzowskiego, reżysera filmu „Kler”, który padł ze sceny, został zwyczajnie wycięty.

– Niech żyje wolność w polskim kinie – powiedział reżyser Jerzy Skolimowski, odbierając Platynowe Lwy. Publiczność nagrodziła go owacją na stojąco. Aktor Olgierd Łukaszewicz (nagroda za drugoplanową rolę męską w filmie „Jak pies z kotem”) stwierdził: – My jak pies z kotem w naszym kraju, więc kochajmy się jak bracia i rozpowszechniajmy tę miłość w całej Unii Europejskiej.

Kompozytor Antoni Komasa-Łazarkiewcz (nagrodzony za muzykę do filmów „Kamerdyner” i „Wilkołak”) wszedł na scenę ze znaczkiem „KONSTYTUCJA” w klapie marynarki. – Jestem pod wrażeniem, jak w tych straszliwie ciężkich czasach twórcy filmowi potrafią mówić o wolności – stwierdził Komasa-Łazarkiewcz.

„Kler” chętnie oklaskiwany

Ale polityczna otoczka najbardziej towarzyszyła w tym roku filmowi „Kler”, który porusza problemy polskiego Kościoła katolickiego. Zanim wszedł do kin, już mocno podzielił polskie społeczeństwo na jego zagorzałych zwolenników i przeciwników. Film Wojciecha Smarzowskiego od początku znajdował się w ścisłym gronie faworytów do głównej nagrody. Ostatecznie „Kler” dostał jednak „tylko” nagrodę publiczności. Gdy Smarzowski wszedł po nią na scenę, rozległy się gromie brawa.

– Chciałem służyć Bogu i ludziom, a okazało się, że Kościół w praktyce ma inne priorytety: konformizm i wygodę – mówi Piotr Szeląg, były ksiądz, konsultant filmu „Kler” Wojciecha Smarzowskiego. Podkreśla, że film jest do bólu prawdziwy, a polski Kościół to pełna hipokryzji korporacja.

>>>

Rosja zainstalowała swoje polityczne wtyki, jak na Węgrzech Orbana

Internauci skomentowali rosyjski wątek w aferze podsłuchowej.

Kaczyńskiemu zdrowia, bo za swoje działania powinien odpowiedzieć

Elżbieta Pawłowicz (stowarzyszenia „Wolność Równość Demokracja”, siostra posłanki Krystyny Pawłowicz) była dzisiaj gościem programu „Rzecz o Polityce” (Rzeczpospolita).

Prof. Andrzej Rzepliński był gościem Andrzeja Stankiewicza w dzisiejszym programie Onet Opinie.

„Nie jestem posłem zawodowym. Zrezygnowałem z pieniędzy publicznych. Nie pobieram” – tak napisał Dominik Tarczyński na Twitterze 15 stycznia 2018 r. do Bartosza Węglarczyka z onet.pl. Portal wp.pl ustalił jednak, że poseł PiS wprowadził opinię publiczną w błąd.

Dziennikarz wp.pl. zadał Kancelarii Sejmu pytania: „Czy Pan poseł Dominik Tarczyński pobiera uposażenie poselskie? Jeśli nie pobiera, to kiedy z tego zrezygnował? Kiedy złożył w Kancelarii Sejmu odpowiedni dokument w tej sprawie? Kiedy na jego konto wpłynęła ostatnia pensja z Sejmu?”. Centrum Informacyjne Sejmu odpowiedziało: „Wskazany przez Pana poseł pobiera uposażenie. Ostatnia wypłata została dokonana 23 maja”.

A przecież pamiętamy, jak Tarczyński wielokrotnie na Twitterze zapewniał, że nie pobiera wynagrodzenia jako poseł. 13 kwietnia 2018 r. napisał do innego dziennikarza: „Nie jestem posłem zawodowym. Nie pobieram pieniędzy publicznych. Zatkao kakao?!” [pisownia oryginalna – przyp. mój].

A 25 kwietnia wdał się w taką oto „rozmowę” na Twitterze: – „Nie jestem posłem zawodowym! Nawet tego nie wiesz, szechterowy sługusie. Taki z ciebie dziennikarzyna” – zwrócił się Tarczyński do dziennikarza „Gazety Wyborczej” Bartosza Wielińskiego. Wcześniej napisał on do polityka: – „Dostajesz pensję z moich podatków, więc będę pisał do ciebie i o tobie, kiedy uznam to za stosowne”. A Konradowi Piaseckiemu z Radia Zet odpisał też 25 kwietnia, że zrezygnował z uposażenia poselskiego w 2018 r. No i tak wygląda ta „rezygnacja”, że Kancelaria Sejmu wysyła mu kolejny przelew z poborami.

Wp.pl opisuje, jak Tarczyński „ciężko pracuje” w Sejmie. Zgłosił 2 interpelacje, którym nadano bieg (zajmuje w tym rankingu 406. miejsce na 460 posłów) oraz 3 zapytania poselskie (268. miejsce). Pytanie w sprawie bieżących zadał jedno (338. miejsce w rankingu). Ale za to w obecnej kadencji poseł 29 razy podróżował służbowo. Według wp.pl., całkowity koszt podróży wyniósł podatników ok. 145 tys. zł.

Widzę w tzw. symetryzmie lęk i ucieczkę od nazywania rzeczywistości i ukazywania jej we właściwych proporcjach. Jeśli mówiliśmy o tym, że politycy nieraz starali się wpływać na media publiczne, to w najmniejszym stopniu nie było równoważne z tym, co wyprawia z mediami ta władza, która zamienia je w ordynarną, zakłamaną i bezwstydną propagandę partyjną. Władysław Bartoszewski mówił, że prawda nie leży pośrodku, tylko leży tam, gdzie leży. O tym dziennikarze powinni pamiętać – mówi w rozmowie z nami Krzysztof Luft, były członek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, wcześniej rzecznik rządu Jerzego Buzka. I dodaje: – Coraz częściej mam niestety poczucie, że nie obejdzie się bez likwidacji obecnej struktury i zbudowania jej od nowa. PiS zostawi po sobie pobojowisko, zresztą nie tylko w mediach, i bardzo trudno będzie to wszystko wyprowadzić na prostą

JUSTYNA KOĆ: Oglądał pan materiał „Wiadomości” o 4 czerwca? Poprzedził go pasek: „4 czerwca – symbol zdrady i zmowy elit”.

KRZYSZTOF LUFT: Ten eksces nie jest niczym nowym. Tego rodzaju rzeczy już się zdarzały, chociaż trzeba przyznać, że ten był wyjątkowo obrzydliwy. To jest plucie milionom Polaków w twarz. Jawne bezczelne kłamstwo. Może warto przypomnieć, że

dzięki tej „zmowie i kłamstwu elit” panowie Kaczyńscy zostali parlamentarzystami, później jeden z nich premierem, drugi prezydentem III RP.

Sam premier Morawiecki wydarzenia z 4 czerwca określił jako „ćwierćwybory”.

Historyk Morawiecki zapomina, że dzięki tej zmianie, która wtedy się rozpoczęła, mógł on w III RP zostać prezesem wielkiego banku z zachodnim kapitałem. I zbił na tym pokaźny majątek.

Czy możemy mówić jeszcze o granicy, której dziennikarz nie powinien przekraczać?

Ta granica już dawno została przekroczona. „Wiadomości” i TVP Info przekraczają te granice codziennie po kilkadziesiąt razy.

Poziom zakłamywania rzeczywistości, historii przypomina mi lata PRL, które dobrze pamiętam.

I wówczas nie przyszłoby mi do głowy, żeby pracować w TVP. Trafiłem tam dopiero po 1989 roku.

Porównuje pan te okresy?

Oczywiście i prawdę mówiąc to, co dzisiaj wyrabia się w „Wiadomościach” i TVP, przypomina najgorszą propagandę okresu stanu wojennego, gdzie było szczucie na ludzi, szukanie haków, opluwanie opozycji, tworzenie nieprawdziwych faktów i świata alternatywnego.

Jak antysemickie wypowiedzi pana Ziemkiewicza?

Te obrzydliwe

antysemickie ekscesy, które miały miejsce w Telewizji Polskiej, są czymś tak zadziwiającym, że nawet trudno to skomentować. Stały w sprzeczności z prawem, zdrowym rozsądkiem i moralnością, ohyda po prostu.

Równo rok temu Freedom House ostrzegał, że w polskich mediach zagrożony jest pluralizm. Jak pan ocenia sytuację dziś?

Pluralizmu w mediach publicznych nie ma w ogóle, i oni się tego nie wstydzą, wręcz przeciwnie. Ostatnio słyszałem przewodniczącego Rady Mediów Narodowych, pana Czabańskiego, który mówił, że to dobrze, iż media publiczne reprezentują prawicowy, PiS-owski punkt widzenia, bo media komercyjne są liberalne i sprzyjają opozycji, więc w sumie mamy w Polsce medialny pluralizm. W ustach urzędnika odpowiadającego za media publiczne brzmi to przedziwnie, bo to niezgodne z prawem. Ustawa o radiofonii i telewizji wyraźnie określa, że media publiczne mają być pluralistyczne.

Została zbudowana cała narracja, że PiS był wcześniej dyskryminowany w mediach, dlatego trzeba było tę sytuację naprawić.

Ja tak nie uważam. Można by znaleźć wiele badań i analiz, które przeczą tej tezie. Ale muszę powtórzyć, że nawet gdyby tak było, to nie mogłoby to oznaczać, że w związku z tym mediom publicznym wolno reprezentować punkt widzenia rządzących.

Media publiczne z definicji mają służyć wszystkim, a pluralizm i obiektywizm są wpisane w ich obowiązki ustawowe.

Ale trzeba przyznać, że media zawsze padały łupem rządzących, nie aż tak jak teraz, ale były smacznym kąskiem.

Wszystko jest stopniowalne. Nawet angielska BBC bywa oskarżana o to, że sprzyja rządzącym. A przecież chcielibyśmy mieć taką BBC u siebie. Owszem, w polskich mediach publicznych nieraz dawało się odczuć wpływy ze strony środowisk politycznych, nie zawsze zresztą rządzących. Przypomnę, że w latach 2007-2010 rządziła koalicja PO-PSL, a w tym czasie przez TVP przewinęło się ośmiu PiS-owskich prezesów. W latach rządu AWS-UW, którego byłem rzecznikiem, w mediach publicznych największy wpływ miały środowiska lewicowe. Przez taki lewicowy zarząd zostałem zresztą zwolniony z TVP w kontekście politycznym. Później jako rzecznik rządu Jerzego Buzka odczuwałem brak przychylności TVP. Myślę więc, że mam prawo do porównań. I

tamtych ewidentnych nieprawidłowości nie da się porównać z tym, co się dzisiaj odbywa. Dziś mamy do czynienia z całkowitym zawłaszczeniem tych mediów i z wulgarną, zakłamaną propagandą partyjno-rządową, odwracającą znaczenie słów i pojęć jak za PRL.

PiS chce więcej, bo powrócił temat dekoncentracji mediów.

Tak, bo PiS nienawidzi mediów. Zawsze to środowisko nienawidziło mediów, z wyjątkiem swoich uległych klakierów, którzy są z nimi związani i opisują rzeczywistość tak, jakby chcieli, pomijając to, o czym PiS nie chce mówić. Proszę zauważyć, że o sprawie Stachowiaka dowiedzieliśmy się z mediów prywatnych, tak samo o systemie premii rządowych. O ostatniej aferze z posłem Piętą również napisały media niepubliczne. Wszelkie wolne media są im obce, tak jak i sama wolność.

Co nas czeka po przeprowadzeniu dekoncentracji, koniec wolnych mediów?

Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie. Łatwo było napisać na trzech stronach ustawę o tym, że się odwołuje wszystkie dotychczasowe władze mediów publicznych, a nowe powoła rząd, natomiast tego rodzaju zamach na media komercyjne byłby rzeczą prawnie i politycznie nieporównywalnie trudniejszą. Być może za trudną dla tej władzy, która ma nie tylko złe intencje, ale też jest władzą nieudaczników. Z buńczucznych zapowiedzi wielkich reform struktury i finansowania mediów publicznych nie zostało nic. Proszę też zwrócić uwagę, co się stało, kiedy nałożono tę skandaliczną karę na TVN. Po kilku tygodniach kara została wycofana.

Nie znam takiego przypadku, aby KRRiT najpierw nałożyła karę, a potem stwierdziła, że się pomyliła i ją odwołała.

Przywołał pan przykład kary dla TVN, pamiętam, że wywołała ona wtedy tzw. efekt mrożący. Kara była za „sposób relacjonowania wydarzeń w Sejmie i protestów w grudniu ubiegłego roku”. Przez jakiś czas inne stacje mocno ograniczyły obrazki z sejmowego protestu. Może takie działanie wystarczy Kaczyńskiemu?

Ale kara została zdjęta, zatem nastąpiło „odmrożenie”. A oczywiście, że w tzw. dekoncentracji nie chodzi o żadne górnolotne idee, tylko o podporządkowanie władzy mediów, tak jak podporządkowano jej media publiczne. Mam nadzieję, że to się nie uda. Także dlatego, że dla świata to byłby bardzo poważny sygnał, przynajmniej tej samej wagi, co sprawa praworządności i zamach na sądy. Reakcja USA na karę dla TVN była bardzo znamienna.

Kwestia wolności mediów w całym demokratycznym świecie jest niesamowicie głęboko zakorzeniona. Zamach na niezależność prywatnych, komercyjnych mediów byłby trudny do zaakceptowania.

Jak powinni zachowywać się dziennikarze w czasach tak ogromnej polaryzacji? Powinni jasno opowiedzieć się po którejś ze stron, czy stać się tzw. symetrystami?

Czas jest rzeczywiście wyjątkowy i wymaga jednoznacznych postaw. A w szczególności rzetelności w opisywaniu rzeczywistości. Widzę w tzw. symetryzmie lęk i ucieczkę od nazywania rzeczywistości i ukazywania jej we właściwych proporcjach. Jeśli mówiliśmy o tym, że politycy nieraz starali się wpływać na media publiczne, to w najmniejszym stopniu nie było równoważne z tym, co wyprawia z mediami ta władza, która zamienia je w ordynarną, zakłamaną i bezwstydną propagandę partyjną. Władysław Bartoszewski mówił, że prawda nie leży pośrodku, tylko leży tam, gdzie leży. O tym dziennikarze powinni pamiętać.

Nawet jeśli władze w różnych okresach niepodległej Polski popełniały błędy, to nie da się tego postawić w jednym rzędzie z konsekwentnym rozwalaniem państwa i jego demokratycznych instytucji, niszczeniem naszej pozycji międzynarodowej i wieloletniego dorobku ostatnich 30 lat. Trzeba zachować rzetelność, która nakazuje nazywać rzeczy po imieniu.

Czy gdy zmieni się władza, uda się przywrócić pluralizm w mediach publicznych, czy trzeba je będzie budować na nowo, bo zostaną tylko zgliszcza?

Przede wszystkim moim zdaniem media publiczne są potrzebne w demokracji. Dziś ich po prostu nie mamy, mamy propagandową tubę władzy. A są potrzebne, żeby ułatwiać ludziom rozumienie świata i podejmowanie wyborów, nie tylko politycznych. Także dla całego rynku medialnego media publiczne są ważne, bo poprzez inny sposób finansowania powinny budować jakość i narzucać całemu rynkowi pewien standard, poziom wiarygodności. Tak dzieje się w innych krajach, niestety nie u nas.

Jak to uzyskać?

To samo w sobie jest bardzo trudne, a

w dzisiejszej rzeczywistości zniszczenia wszelkich autorytetów, wspólnych wartości bardzo trudno będzie zbudować instytucję, która będzie dostarczać program akceptowany przez różne strony tej wojny, którą PiS wywołał.

Coraz częściej mam niestety poczucie, że nie obejdzie się to bez likwidacji obecnej struktury i zbudowania jej od nowa. PiS zostawi po sobie pobojowisko, zresztą nie tylko w mediach, i bardzo trudno będzie to wszystko wyprowadzić na prostą.

A KRRiT zostawić? Teraz rządzi Rada Mediów Narodowych.

Tak naprawdę to rządzi Nowogrodzka. Jak PiS-owska większość w Radzie Narodowej chciała odwołać Kurskiego, to po kilku godzinach okazało się, że muszą go przeprosić i przywrócić, bo takie dostali dyspozycje z Nowogrodzkiej. Ale ta instytucja politycznego nadzoru nad mediami publicznymi jest oczywiście w przyszłości do zlikwidowania.

W dzisiejszych czasach nawet przejęcie mediów nie da PiS-owi monopolu na prawdę. Żyjemy w innych czasach. Zatem po co?

Bo

Kaczyński mentalnie żyje w ubiegłym wieku, w kulturze analogowej. Tymczasem świat się całkowicie zmienił, także dzięki Internetowi.

Cenzurowanie czy podporządkowanie Internetu wymaga władzy totalitarnej, jak w Korei Północnej czy w Chinach. Trudno sobie wyobrazić, aby coś takiego było tutaj możliwe. A Internet jest sferą, która mimo swoich wad i ułomności jest wielkim obszarem wolności i nieskrępowanego przepływu informacji.

Morawiecki plecie androny w marnym teatrzyku PiS

Krzysztof Luft (były członek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji) i internauci skomentowali dzisiejsze wystąpienie w Sejmie premiera Mateusza Morawieckiego.

„Chociaż to nie jest sezon na szopki, to politycy PiS zdecydowali się dzisiaj na taką inscenizację. PiS chce znaleźć antidotum na skandal z nagrodami dla członków rządu b. premier Beaty Szydło. Do tej pory nie wiemy, ile ministrowie rządu PiS wypłacili sobie nagród w 2016 roku, nadal premier Mateusz Morawiecki odmawia pełnej informacji na ten temat. Tymczasem PiS szuka czegoś po stronie samorządowców. To jest skandal, to jest prawda o pazerności polityków tej rządzącej formacji i żadne szopki przed urzędami samorządowymi tego nie zmienią” – powiedział rzecznik PO Jan Grabiec. To jego komentarz do dzisiejszej akcji posłów PiS, polegającej na chodzeniu po urzędach miejskich i szukaniu dokumentów m.in. dotyczących nagród dla urzędników.

Rzecznik Platformy przypomniał, że kilka miesięcy temu posłowie PiS wystąpili o ujawnienie danych na temat nagród na stanowiskach politycznych w samorządach i otrzymali na nie odpowiedź. – „Z tych pism wynika jasno, że na stanowiskach politycznych w samorządach nie są wypłacane nagrody”– podkreślił Grabiec.

 „Wizyta posłów nie jest dla nas zaskoczeniem. Gdy są problemy wizerunkowe Prawa i Sprawiedliwości, to zaczynają się tego typu akcje. Nie jesteśmy też zdziwieni tym, że przyszli do Gdańska, bo przecież Gdańsk Prawo i Sprawiedliwość „lubi” w sposób wyjątkowy. Gdyby posłowie Prawa i Sprawiedliwości wysłali do nas wczoraj maila z pytaniami, to dziś wszystkie dokumenty by na nich czekały w urzędzie, ale wtedy nie byłoby takiego przedstawienia i ustawki medialnej. Całą dokumentację, którą otrzymają posłowie, upublicznimy w internecie” – powiedziała rzeczniczka prasowa prezydenta Gdańska Magdalena Skorupka-Kaczmarek. Dodała, że duża część dokumentacji, o które wnioskowali posłowie PiS, jest dostępna w Biuletynie Informacji Publicznej (BIP).

Prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak skomentował, że wolałby, aby politycy PiS skupili się na pracy, a nie na „hucpie politycznej”. W urzędzie miasta pojawili się posłowie Tadeusz Dziuba i Tomasz Ławniczak. – „Poseł Dziuba ma numer mojego telefonu od wielu lat, mógł więc po prostu umówić się na tego typu spotkanie. Na różnego rodzaju kontrole telefonicznie umawia się nawet administracja skarbowa, by nie dezorganizować pracy różnych podmiotów. A tutaj wejście w świetle kamery telewizji publicznej – to dla mnie bardzo zaskakujące. Wolałbym, żeby parlamentarzyści i politycy PiS, szczególnie ci z Poznania i Wielkopolski, koncentrowali się na konkretnych pracach na rzecz miasta i regionu, a nie na jakiejś hucpie politycznej” – powiedział Jaśkowiak.

„Gdy my walczymy o przyszłość Łodzi, gdy na co dzień zmieniamy Łódź, tworząc przyjazną przestrzeń do życia i rozwoju, w tym samym czasie z niezrozumiałych dla mnie powodów mój gabinet został okupowany przez posła Budę. My walczymy o przyszłość Łodzi, a w tym samym czasie radni i posłowie PiS szukają dziury w całym i zalewają nas olbrzymią liczbą interpelacji” – powiedziała prezydent Łodzi Hanna Zdanowska na konferencji prasowej, zorganizowanej po wizycie posłów PiS w jej gabinecie. Jednym z nich był Waldemar Buda – kandydat PiS na prezydenta Łodzi. –„Apeluję, by posłowie zajęli się swoimi sprawami. Dziś jest posiedzenie Sejmu. Dlaczego pan Buda i pozostali posłowie nie są tam, gdzie ich miejsce? Dlaczego nie załatwiają naszych spraw w Sejmie, a robi się wyłącznie teatr i hucpę polityczną” – mówiła Zdanowska. Zaznaczyła, że z tytułu pełnionej funkcji nie otrzymała żadnej nagrody, ponieważ „prezydentowi miasta żadne nagrody w obowiązującym u nas prawodawstwie nie przysługują”.

Podobne „wizyty” posłowie PiS złożyli w wielu urzędach samorządowych w różnych regionach kraju.

„Pani premier, jak było nad Dunajcem? Było słońce? Było dobre towarzystwo? Majówkę 2018 może pani uznać za udaną? Chciałam przypomnieć, że gdy pani oddawała się rozrywkom, to tutaj protestowali ludzie” – powiedziała posłanka niezrzeszona Joanna Scheuring-Wielgus podczas sejmowej debaty nad wnioskiem o odwołanie Beaty Szydło i Elżbiety Rafalskiej. Wymieniła nazwiska wszystkich protestujących przez 40 dni w Sejmie: Anna Glinka, Adrian Glinka, Iwona Hartwich, Kuba Hartwich, Katarzyna i Karol Milewiczowie z córkami, Kinga i Alicja Jochymek oraz Aneta Rzepka. – „Co to za wicepremier ds. społecznych, który rzuca pogardliwe spojrzenie ludziom? Czy pani w ogóle nam powie, czym się zajmuje w tym rządzie? Za co pani bierze pieniądze? Znalazła się pani na tym stanowisku po widowiskowej degradacji. Gdyby Jarosław Kaczyński uważał, że się pani nadaje, to dałby pani jakiś resort. A nie dał. Bo była pani kiepskim premierem” – stwierdziła Scheuring-Wielgus.

Podczas wystąpienia w Sejmie zadzwoniła do Kuby Hartwicha i przyłożyła do mikrofonu telefon. Jeden z protestujących przez 40 dni niepełnosprawnych powiedział: – „Panie premierze, niech pan nie kłamie! W dalszym ciągu mamy 900 zł na życie, a nie trzy tysiące. Proszę przestać kłamać!”.

Do wystąpienia Mateusza Morawieckiego odniosła się także Urszula Augustyn z PO. – „Wygłaszał pan przez 50 min takie bzdury i kłamstwa. Jak pan sobie tego drugi raz posłucha, to sam się pan zdziwi. Pomyliła się panu konwencja PiS z salą sejmową. 50 minut pan mówił, a niepełnosprawnym poświęcił pan 2 zdania. Naprawdę, aby na debacie o niepełnosprawnych opowiadać, że remontują w Kamieniu Pomorskim komisariat, a nie ma tam już ostatniego samochodu i policjanci nie mają czym jeździć?” – powiedziała posłanka PO.

Wicepremier Beacie Szydło posłanka PO też zarzuciła mówienie nieprawdy. – „Gdzie jest obiecywane 5 tys. miejsc pracy dla niepełnoprawnych? Nie ma! Kłamstwo. Za naszej kadencji powstało 60 tys. miejsc pracy dla niepełnosprawnych, a wy nie możecie 5 tys. zrobić. Gdzie pani premier była, gdy pani podwładna, minister Zalewska, jednym ruchem usunęła dzieci niepełnosprawne ze szkół!” – stwierdziła Augustyn.

Odniosła się również do niedawnego protestu w Sejmie. – „Przez 40 dni nie miała czasu, żeby przyjść do niepełnosprawnych, rozmawiać z nimi. 40 nocy nocowali na posadzce. Lekceważyliście te osoby, mówiliście, że to mała grupka, nieznacząca. Potrafiła pani przyznać sobie wielotysięczne nagrody, ale do nich przez 40 dni nie potrafiła pani przyjść i powiedzieć, że nie dacie 500 zł. Od lekceważenia do pogardy jest jeden krok, nie chcę używać mocnych słów; oni panią rozliczą, rozliczą z tej bezduszności” – powiedziała posłanka Platformy.

– „Panie premierze, skoro przez 8 lat było tak źle, to czemu w tym czasie był pan doradcą Donalda Tuska? Było to wyryte na wizytówce. Pan się mieni znawcą polityki społecznej, ale pan się na niej nie za. Program Maluch i program Senior już były. Wy dodaliście do nich tylko plus” – zauważył Władysław Kosiniak-Kamysz z PSL.

Posłanka Nowoczesnej Monika Rosa zwróciła się do Beaty Szydło. – „Była pani wielką nieobecną podczas 40 dni dramatycznego protestu. Wielką nieobecną, gdy Adrian i Kuba prosili panią o pomoc. Wielką nieobecną, gdy pani koleżanki i koledzy partyjni mówili: wynieść i przekazać policji. Pani powinna się spalić ze wstydu za brak czasu dla protestujących, za brak empatii, za brak działań, za brak solidarności i ludzkiego odruchu. Pani powinna się spalić ze wstydu za swoje koleżanki i kolegów. Za marszałka Marka Kuchcińskiego, który jest członkiem pani partii, której pani jest wiceprezesem, za to, że zamknął Sejm przed Janiną Ochojską, przed panią Wandą Traczyk-Stawską, że zakazał spacerów i otwierania okien. To jest pani odpowiedzialność” – podkreśliła Rosa.

>>>

>>>

>>>

>>>

Antychrysty w Polsce zakładaja sutanny, ale nie tylko

Z Jarosławem Kaczyński może być niedobrze. Ludkowie, jest problem!

pikio.pl

(…) Kto zaprzecza, że Jezus jest Mesjaszem? Ten właśnie jest Antychrystem, który nie uznaje Ojca i Syna – mówił Jędraszwski. 

To nie pierwszy przypadek pisowskiej indoktrynacji w szkołach. W Grodzisku Mazowieckim odbył się konkurs wiedzy o „żołnierzach wyklętych”. Jego organizatorami byli grodziski komitet PiS, Powiatowy Klub Historyczno-Dziennikarski oraz Fundacja Ochrony Prawnej Inicjatyw Społecznych – OPIS. Patronat nad konkursem objęły Ministerstwo Obrony Narodowej i Instytut Pamięci Narodowej.

– „Syn wziął w nim udział. Jestem z niego bardzo dumny, że robi coś poza szkolnymi obowiązkami. W nagrodę dostał od organizatorów torbę z książkami i publikacjami. Wśród nich była broszura, której treść wprawiła mnie w osłupienie” – powiedział „GW” Marek Żurawski. Na redagowanym przez siebie portalu Obiektyw.info. pokazuje te „nagrody”, które dostali uczniowie.

W kilkudziesięciostronicowej broszurze, poświęconej jakoby „żołnierzom wyklętym” dzieci znajdą np. zdjęcia ulotek z hasłami „Precz z komuną. Tusk won!”, „KOD – Kapusie Oszuści Dewianci, PO, swołocz UB-ecka i pozostałe WRONy: won do Moskwy na plac Czerwony!”. – „Czy to na pewno odpowiedni komunikat dla młodych ludzi?” – pyta Żurawski.

– „Przekazaliśmy uczniom książki kupione w księgarni IPN i pochodzące z wydawnictwa historycznego. Paweł Kołkiewicz ze Stowarzyszenia Solidarność Walcząca Oddział Warszawa, który wspiera nasz konkurs, poprosił o dołączenie do nagród broszury. Dotyczy ona historii Solidarności Walczącej, którą popieramy. A te hasła to jedynie ilustracja działalności wydawniczej stowarzyszenia”– powiedziała „GW” organizatorka konkursu Edyta Żyła. Ręce umywa także MON. – „W chwili zatwierdzania wniosku o patronat resort nie posiadał informacji o upominkach dla osób uczestniczących w konkursie” – informuje biuro prasowe. Czyli sprawy nie ma?

Wiceszef „Wyborczej” Jarosław Kurski skomentował 800 dni protestu członków Komitetu Obrony Demokracji przed Kancelarią Premiera.

Pułkownik Mirosław Grochowski, były wiceszef Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego, powiedział w TVN 24, że proponowano mu, aby przyznał, że raport komisji Jerzego Millera jest fałszywy. – „Padła taka propozycja. Wręcz pytanie, czy chcę pomóc państwu polskiemu”. Grochowski uczestniczył w pracach komisji Millera jako jej wiceprzewodniczący i szef Inspektoratu MON ds. Bezpieczeństwa Lotów.

Nie chciał wprawdzie podać nazwisk, ale tę propozycję usłyszał po wygranych przez PiS wyborach i objęciu MON przez Antoniego Macierewicza. – „Mało tego, była taka sytuacja, że prawnik pana ministra w pewnym momencie, kiedy byłem w ministerstwie, groził mi, że nie wyjdę z ministerstwa, dopóki nie wznowię badania. To daje obraz, jakie działania były podejmowane wobec mnie, wobec ludzi, którzy stracili pracę, którzy mieli służyć w innych rodzajach wojsk” – dodał Grochowski. On – pilot z ponad 30-letnim stażem – został skierowany do brygady zmechanizowanej w Bartoszycach w czasie, kiedy już złożył wniosek o odejście ze służby.

Pytany o „ustalenia” podkomisji smoleńskiej zwrócił uwagę na słowa Macierewicza, który stwierdził, że komisja Millera była poddawana „presji politycznej”. – „Jeżeli były pan minister Macierewicz określił, że pracowaliśmy pod presją polityczną – nie wiem, na podstawie czego tak stwierdził – to ja dziś zadaję pytanie: czy ta podkomisja nie jest pod presją polityczną, skoro tak jak wynikało z słów pana ministra Macierewicza, przygotowała ten raport techniczny na polecenie pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego?” – pytał płk Grochowski.

Pułkownik powiedział, że jak najbardziej podpisuje się pod raportem komisji Millera. – „Określiliśmy przyczynę katastrofy, określiliśmy okoliczności sprzyjające, czynniki mające wpływ. Wystosowaliśmy 45 zaleceń profilaktycznych, które zostały w pełni zrealizowane, co wpłynęło na poprawę stanu bezpieczeństwo lotów lotnictwa wojskowego RP” – podkreślił.

Gabriela Lazarek

„Po wezwaniach, jakie otrzymali ostatnio ludzie biorący udział w naszym cieszyńskim proteście, przyszła też kolej na mnie. Tyle, że już nie w roli świadka, ale podejrzanej o popełnienie wykroczenia. Stanie z kartką na rynku rodzinnego miasta jednak jak widać, jest nielegalne. W takim to kretyńskim kraju przyszło nam żyć, co głośno wypowiedziane podobno podpada pod kolejny paragraf” – napisała Gabriela Lazarek na Facebooku. Do wpisu dołączyła skan wezwania na przesłuchanie w komendzie policji w Cieszynie.

Gabriela Lazarek od wielu miesięcy codziennie staje na rynku w Cieszynie i protestuje przeciw łamaniu prawa przez rząd PiS. Ten protest opisywał u nas Wojciech Maziarski w tekście pt. „Lekcja wychowania obywatelskiego na cieszyńskim rynku”.

Lista osób sponiewieranych przez PIS obejmuje same zacne nazwiska. Dziś wezwanie do sądu dostała Gabriela Lazarek z Cieszyna, nieprzerwanie protestująca każdego dnia na rynku i tam odczytująca manifest Piotra Szczęsnego – pisze na FB Zbigniew Hołdys.

Policja wezwała Lazarek na przesłuchanie „w charakterze osoby, co do której istnieje podstawa do sporządzenia przeciwko niej wniosku o ukaranie”. Jako podstawę powołano się na art. 52 par.1 pkt.2 Kodeksu wykroczeń: „Kto organizuje zgromadzenie bez wymaganego zawiadomienia lub przewodniczy takiemu zgromadzeniu lub zgromadzeniu zakazanemu, podlega karze ograniczenia wolności albo grzywny”. Gabriela Lazarek ma stawić się w komendzie 24 maja.

Arogancja Kościoła służy faryzeuszowi Dudzie i jemu podobnym

Aktor Włodzimierz Matuszak wypowiedział się na temat pisowskiego pomysłu zaostrzenia prawa aborcyjnego oraz roli duchownych w kontekście osób wierzących.

Andrzej Duda poinformował dzisiaj internautów o wjeździe Jezusa Chrystusa do Jerozolimy.

Tego już nie da się komentować, bo ze śmiechu łzy same spływają po policzkach. Otóż toruński redemptorysta postanowił raz jeszcze powrócić do kompromitującej sprawy samochodów podarowanych przez pana Stanisława z Warszawy, który wygrał kasę w Toto Lotka, kupił samochody i podarował je duchownemu, a następnie zmarł.

„Kiedyś mówiłem w Radiu Maryja czy w Telewizji Trwam o tym, że Radio utrzymują ludzie i zdarzył się nawet taki przypadek. I teraz tę sprawę wyciągnęli. Myślę, że robią to ludzie, którzy sami nie wiedzą, co to znaczy czynić dobrze, a może nienawidzą Kościoła” – stwierdził o.Rydzyk. „Ze względu na pojawiające się kłamstwa, hejt, zwłaszcza w internecie, należy się ludziom normalna informacja” –  oświadczył i rozpoczął wzruszająca opowieść:

„Pamiętam, chyba 15 lat temu, pewnego dnia ojciec Jan Król mówi: „Przyszedł jakiś człowiek, chce dać dwa samochody”. Odpowiedziałem: „Nie wierzę, to może być następna prowokacja”. Przyszedłem do pokoju, gdzie był ten pan. Opowiedział mi swoją historię. Był sierotą, wychowały go ciocie, dobrze go wychowały. Skończył uniwersytet, założył firmę, ożenił się, niestety nieszczęśliwie. W pewnym momencie żona wyrzuciła go z domu, wtedy poszedł do córki, której kupił mieszkanie. Gdy zachorował, znalazł się w szpitalu, a po wyzdrowieniu córka powiedziała: „Nic mi nie dałeś, wynoś się”, i wyrzuciła go z domu. Podczas pobytu w pewnym mieście ten pan zobaczył punkt totolotka i pomyślał: „Wyślij”. Wrócił do siebie, patrzy: jest trójka – już mi się zwróciło, czwórka, piątka – nie jestem bezdomny. Okazała się szóstka – wygrał 1 milion 350 tysięcy złotych”.

Ciekawym intencji szlachetnego ofiarodawcy, redemptorysta oznajmił: „Dziękował nam: „Robicie dobrą robotę, ale potrzebujecie pomocy. Proszę, przywożę wam dwa samochody volkswageny”. Tych samochodów używamy do dziś – podkreślił o. Rydzyk.

Taka se pisowska groteska. Morawiecki na czele rządu Beaty Szydło. Cenzura wraca

Krótko pisząc:

zwykły poseł Jarosław Kaczyński wybrał sobie premiera Mateusza Morawieckiego, a ten stanął na czele rządu Beaty Szydło.

Taka se groteska pisowska.

Jak zauważa publicysta „Polityki” Adam Szostkiewicz.

Wymiana premierów nie oznacza na razie żadnej istotnej zmiany. Ma znaczenie koteryjno-plotkarskie. Strategię i taktykę ustala Kaczyński, a premier i ministrowie są figurami, które on przesuwa po szachownicy. Tym razem nie zadał sobie trudu, by wymienić choćby jednego ministra.

W Polsce zmieniany jest ustrój polityczny: z konstytucyjno-demokratycznego na centralistyczno-autorytarny. Zmienia się radykalnie polską politykę zagraniczną i system przymierzy międzynarodowych.

Jan Parys, współpracownik ministra Waszczykowskiego, obwieścił właśnie, że doktryna Giedroycia o wolnej Ukrainie jako warunku niepodległości Polski jest nieaktualna. To może oznaczać, że przyjmujemy w tej sprawie rosyjski punkt widzenia.

Gdy Morawiecki wygłosi swoje exposé, może się czegoś dowiemy na ten i inne podstawowe tematy polskiej polityki. Przede wszystkim o tym, jak zamierza zaradzić marginalizacji Polski na forum europejskim i złagodzić napięcie między pisowską Warszawą a Unią Europejską na tle łamania zasad demokracji i praworządności w naszym kraju przez obecną władzę. I to będzie testem wiarygodności i skuteczności rządu Morawieckiego, a nie frazesy jego czy prezydenta.

Wracamy także do czasów cenzury. W tej kwestii mamy PRL PiS.

Podczas posiedzenia 7 grudnia 2017 roku Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji upoważniła Przewodniczącego do wydania decyzji o nałożeniu kary pieniężnej dla Spółki TVN SA z siedzibą w Warszawie w wysokości 1 479 000 zł.

I tak oto, proszę szanownych Czytelników, doczekaliśmy się w wolnej Polsce powrotu politycznej cenzury. Póki co jeszcze nie prewencyjnej, ale nie mówmy hop. Teraz to urzędnik partyjny będzie decydował, jaki medialny przekaz jest dopuszczalny. Dały nam przykład paski w TVP Info, jak zwyciężać mamy.

KRRiT po przeprowadzeniu postępowania dotyczącego sposobu relacjonowania w programie TVN24 wydarzeń w Sejmie RP i pod Sejmem RP w dniach 16–18 grudnia 2016 r. stwierdziła, iż Spółka TVN SA, nadawca programu TVN24, naruszyła artykuł 18 ust. 1 i 3 ustawy o radiofonii i telewizji poprzez propagowanie działań sprzecznych z prawem i sprzyjanie zachowaniom zagrażającym bezpieczeństwu.

Były członek KRRiT Krzysztof Luft komentuje dla wiadomo.co.

Krzysztof Luft: To jest sytuacja alarmowa. Przekroczenie rubikonu w kierunku, w jakim funkcjonują media w Rosji i na Białorusi. Tam właśnie takimi metodami próbuje się zakneblować niezależne, prywatne media. Chodzi o to, żeby zastraszyć i wymusić realizowanie programu w taki sposób, jak oczekują władze, a jak nie, to uniemożliwić im działalność. Władzy nie podoba się sposób relacjonowania przez TVN24 tego, co się w Polsce dzieje. O tym wielokrotnie mówili politycy PiS-u, nie ukrywali, że to jest nielubiana przez nich stacja i oczekiwali działań od KRRiT. Teraz mamy decyzję Rady, która jest wprost realizacją politycznego zamówienia.

Oficjalne uzasadnienie jest takie, że „propagowała działania sprzeczne z prawem”. To art. 18 ustawy o radiofonii i telewizji.

Zastosowanie tego artykułu jest bardzo trudne. Rada, w czasie, kiedy byłem jej członkiem, zastosowała go chyba tylko 2-3 razy. Jeden to był przypadek chamskiego wyśmiewania się ze starszych religijnych kobiet, inny dotyczył ordynarnych szyderstw z pracujących w Polsce Ukrainek, ale to była kara w wysokości 75 tys. zł. Wysokość kary dla TVN24 jest więc drugim ważnym elementem oceny tej sytuacji, bo jest to najwyższa kara, jaką kiedykolwiek w Polsce zastosowano. Żaden nadawca nigdy tak wysokiej kary nie otrzymał – jest ona drakońska.

Dlaczego teraz? Czy to ma coś wspólnego z przegłosowaną ustawą o Sądzie Najwyższym?

Oczywiście. KRRiT, pomimo takiego wyraźnego oczekiwania ze strony polityków PiS-u, powstrzymywała się z tego typu decyzjami. Ponieważ każda taka decyzja musiałaby być obroniona przed sądem, a w tym wypadku w normalnych warunkach byłoby to mało prawdopodobne i oni o tym wiedzieli. Teraz jednak sądy są sukcesywnie podporządkowywane partii rządzącej. A przede wszystkim ta akurat sprawa będzie miała swój finał w nowej Izbie Kontroli i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego, którą niedługo PiS wybierze na mocy nowej ustawy już przyjętej przez Sejm. Tak więc to nie jest przypadkowy moment, choć dla podjęcia decyzji o ukaraniu istotny był też fakt, że Rada mogła ją podjąć nie później niż rok od terminu emisji audycji. To był ostatni moment, bo kara dotyczy relacji z wydarzeń 16-18 grudnia 2016.

Czyli sprawdza się zapowiedź: „najpierw sądy, potem media”. I to w ekspresowym tempie.

Dokładnie o tym mówiła pani poseł Krystyna Pawłowicz, która w lipcu straszyła dziennikarza TVN24, że po wakacjach „weźmiemy się za was”. To jest realizacja tego planu.

Będą kolejne kroki, czyli projekt ustawy dekoncentracyjnej? Czy na razie takie kroki PiS-owi wystarczą?

Ta ustawa byłaby trudna, być może za trudna dla tej ekipy, tak jak za trudne były zapowiadane wielkie reformy mediów publicznych i ich finansowania. A ta droga jest w tej chwili mniej wymagająca. Ona daje możliwość realizowania tych celów, o które władzy chodzi, bez specjalnej ustawy, która wywołałaby duży opór i oddźwięk międzynarodowy. To jest metoda krojenia po plasterku – PiS tak właśnie działa. Ale to, co się dzisiaj stało, jest naprawdę bardzo niebezpieczne. Na Białorusi i w Rosji tak właśnie zostały zniszczone media prywatne.

Prof. Zbigniew Cwiąkalski, były minister sprawiedliwości w pierwszym rządzie Donalda Tuska nie watpi.

PiS sam władzy nie odda.

Trójpodział władzy przechodzi do historii?

Trójpodział władzy już właściwie nie istnieje. Chyba, że nazwiemy tak przejęcie władzy przez Jarosława Kaczyńskiego, Mateusza Morawieckiego i Zbigniewa Ziobrę.

Do tej trójcy być może trzeba jeszcze dołączyć nową wicepremier – Beatę Szydło?

Bardzo dziwię się, że zgodziła się, aby ze stanowiska premiera przejść na stanowisko wicepremiera. To nie najlepiej świadczy o jej ambicjach, a właściwie ich braku.

Nie obawia się pan, że też może się znaleźć na celowniku władzy, czyli przejętych sądów?

Tak się może stać. Ale

nie można się wszystkiego bać i wszystkim przejmować. Był już okres PRL-u i ludzie też byli zastraszani, ale jednak w pewnym momencie postawili na zryw, który ich z tego uwolnił.

Każda władza powinna pamiętać o tym, że jest przemijająca. Kiedyś były ustroje, które miały przetrwać tysiące lat, nie wiem, jakie są oczekiwania obecnie rządzącej ekipy, ale często jest tak, że władza zostaje utracona w najmniej oczekiwanym momencie.

Teraz też realny jest zryw, który podważy fundamenty tej władzy?

Polacy do tej pory pokazywali, że jak mają czegoś dosyć, to potrafią się zorganizować. Co prawda jak dochodzą do sukcesu, to zaczynają się odzywać partykularne interesy i tracą solidarność. Ale jak następuje przesilenie, to potrafią się zjednoczyć. Rządzący powinni o tym pamiętać.

Sami władzy nie oddadzą?

Nigdy.

Po wczorajszym zaprzysiężeniu Mateusza Morawieckiego na premiera, nie milkną komentarze, że przejęcie wszystkich ministrów z rządu Beaty Szydło jest jawną kpiną.

Post Navigation