Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Małgorzata Wassermann”

Krzyże wymierzają wolność w kraju narodowo-katolickim, w Polsce

Jest taki kraj, w którym wszyscy mówią o Bogu, ale niewiele o nim wiedzą i wcale im nie przeszkadza, że ten Bóg nauczał o miłości, równości i że nie wykluczał. Że w Nowym Testamencie miał na imię Jezus i był żydowskim nauczycielem z rzymskiej Judei. Nie przeszkadza to nikomu w tym, żeby w szkolnych klasach cytować Dmowskiego, żeby wieszać na szubienicach gwiazdy Dawida pokracznie malowane na murach kamienic, żeby na wezwanie katolickiego księdza dezynfekować miasto po jego nieheteronormatywnych mieszkańcach, żeby słuchać jak biskupi wzywają do nienawiści, lżą i kłamią, a wszyscy i tak do kościoła. Nie przez „złość” – jak napisałby Dygat. Ale ot tak, po prostu – „przyzwyczaili się”.

Jest taki kraj, w którym tyle mówi się o honorze, w którym przez honor wybuchały wojny i konflikty, że „nie oddamy guzika od munduru”, ponieważ – „honor” – „honor” ponad wszystko. „Polska Pany” i ogólnie „Polacy – nic się nie stało”.

Tymczasem politycy przyłapywani są na kłamstwie, na nieprawości. Chwyta się ich za rękę, kiedy biorą łapówki, kiedy nie wywiązują się ze zobowiązań i wyborczych obietnic, kiedy ponad dobro publiczne wynoszą prywatne interesy, kiedy mówią „wystarczy nie kraść”, a później nie mogą się doliczyć publicznych pieniędzy. W prywatnych rozmowach, które ktoś „niehonorowo” rejestruje w modnej restauracji, okazują wzgardę i lekceważenie tym, którzy dają im pracę na kolejne kadencje. Bez specjalnego uszczerbku na honorze.

Nikt nie porządkuje papierów. Nie przystawia sobie rewolweru do skroni. Nikt zawstydzony w łeb sobie nie strzela. Nikt się nie rzuca do Wisły w upokorzeniu i sromocie – jak Wanda, która nie chciała Niemca. Nikogo ten honor nie uwiera, kiedy okazuje się, że za publiczne pieniądze cała rodzina drugiej osoby w państwie latała po Polsce jego służbowym samolotem.

Jest taki kraj, w którym tyle mówi się o „Ojczyźnie”. Że znaczona „krwią i blizną”, że „są w Ojczyźnie rachunki krzywd”, „że ja i Ojczyzna to jedno”. Kraj, w którym od przedszkola wmawia się dzieciom, że nic piękniejszego jak za tę Ojczyznę umierać. I tak od pokoleń. Co nie przeszkadza i nigdy nie przeszkadzało jej mieszkańcom, żeby w miarę możliwości tę Ojczyznę oszukać, wyciągnąć co się da i ile się da, „ponieważ przecież nam się należy”. „Komu ma się należeć jak nie nam”. Od przedsiębiorcy do polityków wszyscy z tą Ojczyzną wyrównują swoje prywatne „rachunki krzywd” i jakoś nikomu w tym cytaty z Mickiewicza i Norwida, nie zawadzają. Bawi się jeden z drugim Dyzma na bankiecie, ponieważ niczego ten ludek tak nie umiłował jak dobrej zabawy.

Jest taki kraj, nareszcie, w którym wszyscy mówią o „wolności”, w którym „za Wolność naszą i waszą” wyszywało się na sztandarach, tymczasem ludzie w tym kraju dobrowolnie, w demokratycznym trybie, głosując, rezygnują ze swojej wolności i nawet tego nie widzą, ponieważ (taki im się wydaje) ta „wolność” nie jest im potrzebna do robienia zakupów w sieciówkach, do oglądania seriali w telewizji, do trwonienia czasu w sieci, wyjeżdżania na wakacje i picia wódki, kiedy polska kiełbasa skwierczy na grillu. Nie jest im ta wolność, w ich przekonaniu, potrzebna, żeby czuć się „wolnymi”, ponieważ miska jest wciąż pełna, a w telewizji jest kolorowy obraz w wysokiej rozdzielczości. Jest taki kraj, w którym „wolność krzyżami się mierzy”, co oznacza, mniej więcej, tyle że w kraju, który od trzydziestu lat jest niepodległy i niezawisły w kościołach wciąż śpiewa się „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”. Co wszędzie indziej wydałoby się odrobinę niedorzeczne, ale nie tutaj.

Tutaj to co jest białe nie jest białe, a to co jest czarne nie jest czarne. Tutaj jest Polska. A to nie są żarty.

Pogram Koalicji Obywatelskiej – tutaj czytaj >>>

Kmicic z chesterfieldem

– Nie pisałam raportu w sprawie Amber Gold ku zadowoleniu kogokolwiek. Nie pracuję pod opinię publiczną. Jestem prawnikiem i cenię sobie swoje nazwisko – powiedziała w Radiu ZET Małgorzata Wassermann. Sam raport ma być “porażający”, ale poznamy go po wyborach.

Wassermann zapowiada raport, jakby mówiła o dobrym kryminale.

– Jak się go przeczyta, to proszę mi uwierzyć, on jest porażający bez naciągania czegokolwiek – twierdzi.

Ponadto dodaje, że nie jest on polityczny

– Jeśli oczekiwania opinii publicznej były takie, że Donald Tusk wyjdzie w kajdankach, to przykro mi. Ja nie pracuję na opinię publiczną. Jestem prawnikiem i cenię sobie swoje nazwisko – powiedziała.

Co udało się ustalić?

Jeśli ktoś wierzy Wassermann, musi zadać sobie pytanie, dlaczego ten „porażający” dokument nie ujrzy światła dziennego teraz? W końcu zapewne mógłby pozytywnie wpłynąć na pozycję PiS w wyścigu do Sejmu. W kwestii samego Donalda Tuska ponoć można mu zarzucić – ponownie…

View original post 1 545 słów więcej

 

Polowała na Tuska Zerówna Wassermann

– „Nie zbliżyliście się do żadnej prawdy” – podsumował Krzysztof Brejza z PO raport komisji śledczej ds. Amber Gold autorstwa posłów PiS. Brejza stwierdził, że celem prac komisji, której przewodniczącą jest Małgorzata Wassermann, było „upolowanie Donalda Tuska, Michała Tuska, Pawła Adamowicza”. – „Ale każdego dnia pracy komisji odkrywaliście fakty niewygodne dla was i niestety nie ma to odzwierciedlenia w tym raporcie. Polowanie jest nieudane, ja pod tą powieścią nie mogę się podpisać. Raport może mieć 700 stron, ale i tak jest jednym wielkim zerem – powiedział poseł PO. Zapowiedział w związku z tym złożenie zdania odrębnego.

Brejza zarzucił Wassermann niewłaściwe prowadzenie obrad oraz niedopuszczenie niektórych wniosków dowodowych. Dodał, że w raporcie nie ma np. informacji, że jedną z przyczyn afery były niewystarczające kompetencje KNF w wyniku kształtu ustawy przyjętej z inicjatywy PiS w 2006 roku. – „Nie ma nic o karierach prokuratorów, którzy tą sprawą się zajmowali, karierach za rządów PiS” – powiedział Brejza.

Zdanie odrębne złoży także Witold Zembaczyński. Poseł Nowoczesnej powiedział, że zrezygnował ze zgłaszania poprawek do projektu raportu, by nie dawać Wassermann okazji do powielania „mistycznej opowieści”. – „Powstało to autorskie dzieło pani przewodniczącej, taki kryminał archeologiczny, z którego założenia miało wynikać, że super-złoczyńcą był Marcin P., a we wnioskach końcowych okazuje się, według pani przewodniczącej, że super-złoczyńcą jest Donald Tusk. Wnioski końcowe komisji są polityczne i wykraczają poza zadania komisji” – podkreślił Zembaczyński.

Poseł Nowoczesnej stwierdził, że w raporcie pominięto odpowiedzialność ówczesnego ministra sprawiedliwości Jarosława Gowina, dziś wicepremiera w rządzie PiS. Dodał, że sprawozdanie zawiera „medialne tezy”, które nie mają podstaw w materiale dowodowym: – „W raporcie znalazło się np. stwierdzenie, że nad szefem Amber Gold Marcinem P. był parasol ochronny, na co nie ma dowodów.To jest wszystko w zakresie wyobrażeń, konfabulacji, jakichś opowieści. Szczególnie bulwersujące jest to, że takie zaangażowanie aparatu biurokratycznego państwa do pracy w tej komisji, posłów, mediów, doradców i wszystkich waszych urzędników, właściwie nie doprowadziło do niczego” – powiedział Zembaczyński.

Zbigniew Hołdys skomentował wystąpienie prezydent Andrzeja Dudy w Waszyngtonie. Prezydent zaatakował w obecności prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa sędziów Sądu Najwyższego.

Prof. Jadwiga Staniszkis o Dudzie:

Więcej >>>

O Dudzie jako Dupie tutaj >>>

ALARM! Dobry Znajomy premiera, miliarder Tomasz Misiak chce zakazać sprzedaży książki „Morawiecki i jego tajemnice”. Misiak twierdzi, że obrażają go informacje o jego powiązaniach z Mateuszem Morawieckim, Markiem Falentą i Rosją” – napisał na Facebooku Tomasz Piątek autor książki „Morawiecki i jego tajemnice”.

Okazało się bowiem, że – choć trafiła już ona na półki księgarskie – do sądu wpłynął właśnie wniosek o zakazanie jej sprzedaży. Nie złożył go jednak ani sam premier, ani nikt…

View original post 433 słowa więcej

 

Litość dla Wassermann

>>>

„To oczywiste. Mając serce dżentelmena i widząc jak Pani tonie musiałbym jakoś okazać litość. A tak tylko podczas przerwy błagałem PDT, aby miał dla Pani miłosierdzie. Tylko tyle mogłem dla Pani zrobić” – napisał na Twitterze Roman Giertych.

To jego reakcja na atak na niego Małgorzaty Wassermann z PiS.

Przewodnicząca komisji śledczej ds. Amber Gold w wywiadzie dla Polsat News nie przebierała w słowach. – „Zakładałam, że premier nie wziął dzisiaj ze sobą Romana Giertycha, bo się bał, że on zrobi „hop, hop, hop” na komisji jak na manifestacji KOD. Taki poziom, taka klasa Giertycha, że premier Tusk doszedł do wniosku, że to będzie dzisiaj dla niego wizerunkowe obciążenie, jeżeli ten człowiek usiądzie koło niego i dlatego przyszedł sam” – powiedziała Wassermann.

Na Facebooku Giertych umieścił także… bajkę na dobranoc o Eskimosach, którzy chcieli złapać białego niedźwiedzia. – Na czele wyprawy stała dzielna Eskimoska, która wprawdzie nie została wybrana na królową igloo, ale bardzo chciała niedźwiedzia dopaść, bo marzyła o jego białej skórze. Od tego marzenia taką dostała obsesję, że budziła się i zasypiała z imieniem niedźwiedzia na ustach”– napisał Giertych.

Eskimosi, aby złapać niedźwiedzia, wykopali dół i długo czekali. Wreszcie niedźwiedź się pojawił, zjadł mięso umieszczone w dole a potem samych Eskimosów. – „W każdej bajce jest jakiś morał. I w tej też jest. Brzmi on tak. Nie masz strzelby, to nie idź na niedźwiedzia. Bo cię zeżre” – zakończył Giertych.

>>>

>>>

„Milczenie nie jest złotem, jest ratunkiem” – napisał Leszek Miller do członków komisji ds. Amber Gold. Sam nazwał się „weteranem komisji śledczych”.

Leszek Miller to polityk słynący z ciętych ripost. Jedna z nich stała się słynna – a jej popularność była tak ogromna, że prawdopodobnie zaskoczyła samego autora – dzięki komisji śledczej. – Pan jest zerem, panie Ziobro – powiedział ówczesny premier do Zbigniewa Ziobry 15 lat temu, podczas przesłuchania Millera przed komisją śledczą w sprawie afery Rywina.

Ale to nie jedyna komisja, przez którą przesłuchiwany był Miller – w 2004 roku zeznawał przed komisją ds. PKN Orlen, rok później przed komisją ds. PZU, a jeszcze pięć lat później – przed komisją hazardową.

Również niektóre wypowiedzi Donalda Tuska podczas przesłuchania na komisji śledczej ds. Amber Gold zapewne zostaną zapamiętane na dłużej:

Przy dzisiejszych standardach moje wnuki byłyby w radzie nadzorczej Orlenu

Uśmiechnąłem się do pani przewodniczącej, dodając jej otuchy

Pani szósty raz sugeruje, że jestem zdenerwowany, ja znam tę technikę, ale naprawdę jestem spokojny. Równie dobrze mógłbym powiedzieć: rozumiem pani zły nastrój

Mogę się zwracać bezpośrednio do kamery jak pani przewodnicząca? – pytał Tusk. – Wiemy, że pan to lubi – mówił członek komisji. – Ja to umiem – odpowiedział były premier.

Leszek Miller zwrócił się do komisji śledczej z nieco złośliwą radą. „Jako weteran komisji śledczych mam dla członków komisji przesłuchujących dziś Donalda Tuska małą radę: milczenie nie jest złotem, jest ratunkiem” – napisał na Twitterze były premier.

Działacze PiS są rozczarowani wynikami drugiej tury w miastach. Porażka źle wróży przed wiosennymi wyborami europejskimi. I kolejnymi – do parlamentu.

Kandydaci spod szyldu PiS wygrali w czterech miastach, ci w barwach Koalicji Obywatelskiej – w co najmniej 22. Dwa miasta dla SLD, po jednym dla Kukiz’15 i PSL. Resztę wzięli kandydaci startujący z własnych komitetów. Łącznie wybraliśmy 107 prezydentów.

W PiS nieoficjalnie przyznają, że na powodzenie kandydatów w Krakowie czy Gdańsku nie liczyli. Bolesna jest jednak strata miast, w których do tej pory partia rządziła.

– To były punkty, gdzie na papierze powinniśmy wygrać – mówi jeden z doradców Jarosława Kaczyńskiego. Na liście są Biała Podlaska, Ostrołęka, Nowy Sącz czy Świebodzice.

Te porażki partia przeanalizuje szczegółowo. Na przykład Siedlce. Przegrał – jak mówią w PiS – „ukochany syn ministra energii” Karol Tchórzewski. – Zawiodła analiza polityczna w sztabie – mówi polityk PiS. – Tchórzewski wygrał w pierwszej turze, a przegrał w drugiej. To znak, że kampania nie była tam prowadzona jak należy.

Leszek Miller do pisowców z komisji Amber Gold: Jako weteran komisji śledczych mam dla członków komisji przesłuchujących dziś Donalda Tuska małą radę: milczenie nie jest złotem, jest ratunkiem.

Depresja plemnika

Moją pierwszą reakcją było uczucie radości, że koszmar, który wydawał się nieuchronny i nienaruszalny, może się zatrzymać. Wierzę, że przełoży się to na kolejne wybory i jest początkiem przegranej PiS-u. Mam nadzieję, że w imię wolności i poczucia, że agresja wdrukowywana w społeczeństwo jest niebezpieczna, nastąpi polityczna zmiana poprzez demokratyczne procedury – mówi socjolog prof. Jadwiga Staniszkis. – Myślę, że tak musiały wyglądać polityczne procesy członków elity w latach 30. w Rosji. Wtedy kończyło się obozami i wyrokami śmierci, a tutaj chodzi o to, aby zdyskwalifikować Donalda Tuska – mówi o przesłuchaniu szefa Rady Europejskiej.

KAMILA TERPIAŁ: PiS przegrał w II turze wyborów samorządowych prawie we wszystkich miastach. Nawet w swoich matecznikach: Radomiu i Nowym Sączu. To jasny sygnał – Polacy nie chcą tej władzy?

JADWIGA STANISZKIS: PiS ewidentnie przegrał te wybory. To jest bardzo istotne. Po pierwsze, wszyscy oportuniści, którzy wspierali pisiaków dla stanowisk, spostrzegli, że oportunizm…

View original post 7 728 słów więcej

Andrzej Duda jako pomazaniec Hieny Cmentarnej

>>>

Mieszkańcy Nowego Sącza, którzy wybrali się wczoraj na groby swoich bliskich, przeżyli szok, gdy na cmentarzu zobaczyli prezydenta Polski. Zapewne nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Andrzejowi Dudzie towarzyszyła Iwona Mularczyk, kandydatka PiS na prezydenta Nowego Sącza wraz z rodziną.

Dziennikarz portalu sadeczanin.info miał możliwość porozmawiania chwilę z prezydentem i nie omieszkał zapytać, czy przypadkiem jego nieoficjalna wizyta w tym miejscu i w takim właśnie towarzystwie nie jest rodzajem „przypieczętowania kampanii wyborczej Iwony Mularczyk?”.

Prezydent udzielił dość wymijającej odpowiedzi, twierdząc, że „to rzeczywiście nieoficjalna wizyta, ale można tak powiedzieć. Jestem w końcu synem tej ziemi, a pani Iwona Mularczyk i pan poseł [Arkadiusz Mularczyk – red.] są moimi serdecznymi przyjaciółmi od wielu lat”.  

Czy rzeczywiście tylko chęć zapelenia znicza pod pomnikiem powstańców w towarzystwie posła Mularczyka i jego żony, kierowała prezydentem? Wśród wielu budzi to spore wątpliwości. Marek Migalski komentuje tę sytuację na Twitterze, pisząc – „Uszczypnijcie mnie. Nie wierzę, że prezydent RP wykorzystał Dzień Wszystkich Świętych do prowadzenia kampanii wyborczej na cmentarzu. Auć!”, a Krzysztof Luft dodaje – „Myśleliście, że dno zostało już osiągnięte? Nic podobnego – w Nowym Sączu zapukało od spodu. Prezydent Polski na cmentarzu w Nowym Sączu wspiera kampanię żony posła Mularczyka kandydującej na prezydenta tego miasta”.

W niedzielę II tura wyborów na prezydentów miast. Kampania trwa w najlepsze, ale czy cmentarz to idealne miejsce, by ją prowadzić? Kandydaci na włodarza Krakowa słusznie uznali, że tego dnia po prostu nie godzi się walczyć o glosy.  Jacek Majchrowski, pytany czy będzie można spotkać go podczas kwest na cmentarzu, poinformował, że „nie będę jutro kwestował. Nie chcę, by ktokolwiek pomyślał, że wykorzystuję odwiedziny krakowian na grobach najbliższych, by prowadzić kampanię wyborczą. Wiem, że wiele osób z takiej okazji cztery dni przed wyborami chętnie by skorzystało, ale takie zachowanie nie jest w moim stylu. Od lat wspieram zbiórki na cmentarzach. Sam niejednokrotnie kwestowałem na Rakowicach i Starym Cmentarzu Podgórskim, co roku pamiętam też, by kwestującym dołożyć coś do puszki! Bardzo Państwa też do tego zachęcam”.

Również Małgorzata Wassermann uznała, że w dzień Wszystkich Świętych „nie ma mowy aby w tym dniu prowadzić kampanię. Uważajcie na siebie i w tym dniu szczególnie lepiej wybrać komunikację miejską”.

Czy obecność prezydenta na cmentarzu w Nowym Sączu pomoże pani Mularczyk, dowiemy się już w niedzielę. Jedno jest pewne, sam fakt promowania kandydatki PiS w takim miejscu i tego właśnie dnia, ma prawo budzić spory niesmak.

 

Holtei

>>>

Marsz 11 listopada pod znakiem neofaszystów. Będzie prelekcja włoskiej organizacji oskarżonej o zabójstwa na tle rasowym, a dla relaksu koncert z pieśnią: „Mein Kampf drogę nam wskazało, na której końcu czeka ład aryjskiego człowieka”

Rok temu w Marszu Niepodległości faszyści śpiewali o „białej Europie”, nieśli ksenofobiczne transparenty. Nikt nie został za to ukarany. W tym roku ich „program” będzie jeszcze bardziej rozbudowany.

Autonomiczni Nacjonaliści, jedna z grup, która podpięła się pod marsz sprzed roku, zapowiada: „Obowiązuje czarny ubiór i strój. Chusty, szaliki i kominy [kominiarki] mocno wskazane”, „flagi, banery i wszelkie symbole organizacji, ekip i kolektywów mogą być swobodnie prezentowane”. To ostatnie z zastrzeżeniem, że usuwane będą te, które wymierzone są w „bratnie narody”.

Ale już dzień przed marszem, w Centrum Konferencyjno-Szkoleniowym przy ul. Wilczej, w centrum stolicy, neofaszyści organizują konferencję, na której wystąpią działacze skrajnej prawicy z Serbii, Czech i Włoch. Ostatnich reprezentować będzie Nicola Piscopello, działacz organizacji…

View original post 5 003 słowa więcej

Rafał Trzaskowski wygrywa w Warszawie

  • W pierwszej turze wyborów na prezydenta Warszawy zwyciężyłby Rafał Trzaskowski. Kandydat Koalicji Obywatelskiej zdobyłby 42,1 proc. głosów.
  • Za nim uplasowałby się Patryk Jaki (Zjednoczona Prawica) z poparciem na poziomie 31,9 proc
  • W drugiej turze przewaga Trzaskowskiego wyniosłaby 13,5 punktów procentowych
  • Sondaż przeprowadził Instytut Badań Rynkowych i Społecznych w dniu 13 października bieżącego roku

>>>

>>>

Prawie 3/4 czasu wypowiedzi kandydatów w wyborach samorządowych w „Wiadomościach” TVP to słowa polityków obozu rządzącego. Opozycja, jak jest przedstawiana, to tak, aby ją ośmieszyć lub zdeprecjonować. Takie są wyniki analizy głównego programu informacyjnego dokonanej w Telewizji Polskiej przez Towarzystwo Dziennikarskie. Wnioski zaś są takie, że jest to bezprawie i że Jacek Kurski powinien odejść.

Analiza objęła wydania „Wiadomości” o 19.30 w okresie od 24 września do 7 października. Dostrzeżono przy tym kilka dominujących kategorii informacji serwowanych przez TVP, m.in. pozytywki (pozytywne dla rządzących), utrwalacze (powtórki informacji pozytywnych dla rządzących), zohydzacze (krytyka opozycji lub jakiejś grupy społecznej), czy pobudzacze (pobudzające dumę narodową).

Przekopana Mierzeja Wiślana, pogłębiona Wisła, kanał Suski i w końcu upragniony Radom. A stąd to już cały świat!!!

Jaki chwyta się brzytwy spieprzył do Madrytu, Rafał Trzaskowski wykarbuje mu pisowską skórę.

Holtei

Małgorzata Wassermann (kandydatka PiS na stanowisko prezydenta Krakowa) zorganizowała swoje spotkanie wyborcze w jednym z krakowskich kościołów.

Patryk Jaki i jego sztab chyba powinni cofnąć się do szkoły podstawowej i jeszcze raz zapoznać się z zasadami polskiej ortografii. Na plakatach bliskiego współpracownika Jakiego przeczytać bowiem można, że Sebastian Kaleta kandyduje z PiS do rady warszawskiej dzielnicy Praga- Połódnie!

„Ze sztabu kandydata Patryka Jakiego wyciekły tajne mapy Farszafy” – napisał Szymon Komorowski i dołączył do wpisu „nowe” prześmiewcze nazwy warszawskich dzielnic. – „Intelektualny szturm na Warszawę pisowskich elit kadrowych”; – „To przekaz skierowany do ciemnego lódó”; – „To jest ta nowa dzielnica Jakiego?” – komentowali internauci.

Kaleta tłumaczył się, że to nie on jest winien, tylko… grafik. Nie jest jednak dla nikogo tajemnicą, że przed wysłaniem czegokolwiek do druku, zlecający dostaje projekt do zaakceptowania. No, ale może te reguły nie obowiązują w świecie Sebastiana Kalety i Patryka Jakiego…  – „Nie potrafią…

View original post 1 966 słów więcej

Misia pisia Wassermann

Jedna z czołowych funkcjonariuszek PiS Małgorzata Wasserman, walcząc o głosy wyborców w Krakowie, strzeliła sobie „samobója,” znacznie przesadzając z zastosowaniem Photoshopa.  Grafika zapowiadająca jej udział w wyborach samorządowych i zachęcająca do obejrzenia transmitowanego na Facebooku programu „Poznaj Gosię” wywołała falę drwin i uszczypliwych komentarzy.

„Szpachlowanie, kitowanie, wprowadzanie w błąd, mijanie się z prawdą to ulubione zajęcia prawdziwego pisiorka. Przy czym ważne jest, aby wymienione czynności wykonywać z godnościom osobistom i oczami wzniesionymi ku niebu” – czytamy wśród licznych złośliwości.

PiS–owska posłanka wygląda faktycznie na niej zupełnie inaczej, a niektórzy twierdzą nawet, że trudno ją rozpoznać.

„Dlaczego Gosia Wasserman kandyduje w Krakowie? Ponieważ jest nie do Poznania” – kpi były poseł KPN Krzysztof Król.

„To niedźwiedzia przysługa sztabowców i ewidentna wpadka sztabu wyborczego” – powiedział w rozmowie z „Super Expressem” specjalista ds. wizerunku dr Mirosław Oczkoś.

„W przypadku młodych osób z dobrą prezencją, a taką ma Małgorzata Wassermann, nie powinno się robić takich rzeczy i na siłę poprawiać tego, co jest dobre, bo się to po prostu pogorszy. Teraz pani poseł Wassermann powinna wycofać tę grafikę i zastąpić ją nową, na której wyborca nie będzie miał problemu z rozpoznaniem jej twarzy” – dodaje dr Oczkoś.

Reakcje na przerobioną fotografię Wassermann są powszechnie negatywne. „Codziennie mijam billboard z panią Wassermann, jak ją lubię i popieram, to tu nie rozumiem, jak takie coś mogła zatwierdzić” – komentuje jeden z użytkowników Twittera.

To nie pierwszy przedwyborczy blamaż Małgorzaty Wasserman. W internecie krąży nagranie, w którym z niepotrzebnym patosem opowiada o planach PiS co jest zaprzeczeniem wszystkich zasad, jakie powinny cechować dobrego mówcę.

PiS posadził Polskę w oślej ławce w UE. Rządzą nami matoły

>>>

„W obecnym czasie przestała już działać w społeczeństwie – nie tylko naszym – tzw. szczepionka Holokaustu. Budzą się demony nacjonalizmów, takich jak PiS, z których mogą wyrastać dyktatury. To niezwykle groźne. Jeżeli Europa ulegnie destrukcji, to trzecia wojna światowa jest czymś bardzo realnym” – powiedziała w TVN Agnieszka Holland. Reżyserka uważa, że marzeniem premiera Węgier Viktora Orbana czy prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego „jest to, żeby cała Europa stała się taka jak oni, to znaczy autorytarna, nacjonalistyczna, ksenofobiczna, zamknięta, nietolerancyjna, nie rozumiejąca problemów współczesności, nienawidząca wszystkich poza nimi”.

Odniosła się do niedawnej propozycji Mateusza Morawieckiego, dotyczącej wspólnego marszu w rocznicę 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości. – „To jest oczywiście kłamstwo. To jest udawanie, że jesteśmy tacy wspólnotowi, otwarci, chcemy wszystkich zjednoczyć pod biało-czerwoną flagą i wszystkich kochamy, a jednocześnie w tym samym czasie prokuratura umarza postępowanie wobec narodowców, którzy skopali, opluli i pobili grupę kobiet” – stwierdziła Holland. O umorzeniu w „Ci, co byli opluwani, bici i kopani, mogą składać pozwy z prywatnego oskarżenia”.

Holland uważa, że marsz 11 listopada nie jest marszem niepodległości, tylko narodowców. – „Oni są hołubieni, nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za ewidentnie faszystowskie hasła czy zachowania. Ta władza obecna, czyli PiS z premierem, prezesem (…) zapłaci za to. Ale niestety zapłacimy za to my wszyscy. W momencie, kiedy zło się hoduje, kiedy pozwala się złu rosnąć, to w pewnym momencie nie można go zatrzymać normalnymi metodami” – powiedziała reżyserka.

Skomentowała też antyunijne wystąpienie Andrzeja Dudy w Leżajsku – „To są słowa haniebne, bardzo niemądre i bardzo szkodliwe. Nikt rozsądny nie ma złudzeń co do moralnej i intelektualnej klasy pana prezydenta. Jeśli Andrzej Duda jest wyrazicielem tego, czego chce władza, to znaczy obrzydzenia Polakom Unii Europejskiej i obrzydzenia Europejczykom Polski, to jest to straszliwie niebezpieczne” – podsumowała Agnieszka Holland.

Na opozycji znowu dramat, prawie szekspirowski. Czyli „wiele hałasu o nic”. Tym razem poszło o leżajskie wystąpienie pana prezydenta i słowa o „wyimaginowanej wspólnocie”. Klasyczne widły z igły.

No a poza tym, to pan prezydent miał – jak zawsze – rację. Bo jaką „wspólnotę” może stworzyć nasz swojski suweren z – dajmy na to – Turkiem, który udaje Niemca? Albo Algierczykiem przebranym za Francuza, nawet jeśli ów od pokoleń mieszka w Paryżu?

Bratać się z liberałem czy lewakiem z Zachodu też strach, bo liberalizm– jak każde zło – kusi. Mówi taki: wolność, równość, tolerancja, a myśli – rozwiązłość, upadek obyczajów i puste tace. Ale nie z nami te numery. Dla nas – czego ostatnio dowiodła interwencja IPN w sprawie tablicy pamiątkowej ku czci Bronisława Geremka – „Europejczyk” to epitet. Mocno obraźliwy.

My wiemy swoje, toteż doskonale rozumiemy, że z tej „teoretycznej wspólnoty” nic dla nas dobrego nie wynika. Euro są – owszem – akurat prawdziwe. No, ale sami przyznacie, te pieniądze się nam po prostu należały! Za poniesione straty.

Bo Europa odebrała nam suwerenność, jaką cieszyliśmy się pod radzieckim protektoratem. Zniszczyła gospodarkę, świetnie funkcjonującą przecież – jak przypomniała wszystkim premier Szydło w Krynicy – za Peerelu. Przekupiła dobrze ponad milion młodych, wykształconych, co bardziej przedsiębiorczych Polaków, którzy zamiast pracować na pomyślność „dobrej zmiany” wyjechali z kraju i teraz budują bogactwo obcych narodów. A poza tym chciwi europejscy kapitaliści wykorzystują naszą tanią siłę roboczą i sprzedają nam proszki gorszej jakości.

No, a przecież – gdyby nie ten wredny Timmermans – mogło być tak pięknie… Partia aktualnie rządząca, raz zdobywszy władzę, mogłaby sobie spokojnie powsadzać do paki całą opozycję, a jej zwolenników wysłać na trwałe bezrobocie i eksmitować do mieszkań socjalnych. I jeszcze odebrać 500 plus aż zmądrzeją. Mogłaby – przez nikogo nie niepokojona – pozamykać nieprzychylne media, a pieniądze z budżetu rozdać tylko „swoim”. Mogłaby także polikwidować sądy, a sprawiedliwość wymierzać i prawo stanowić „po uważaniu”, bo kto suwerenowi zabroni. A oszczędności poczynione na rozpędzeniu na cztery wiatry Sejmu przekazać na Caritas.

Więc po jakie nieszczęście tak się pchaliśmy do tej Europy? A zresztą – nie do takiej Unii wstępowaliśmy. A jeśli nawet, to te podpisy pod traktatami i tak są nieważne, bo siedząc za żelazną kurtyną nie mogliśmy wiedzieć, na co się, tak naprawdę, decydujemy.

Nie mieliśmy pojęcia, że akcesja oznacza bratanie się z podejrzanym moralnie lewactwem, nastającym na nasze obyczaje, wiarę i metody rządzenia. Że jakiś „trójpodział”. Że konstytucja, a nie „wola ludu”. Więc między „nimi” i nami, jaka może być w ogóle wspólnota? Jeśli już, to wyłącznie „wyimaginowana”.

Czy premier Morawiecki w pełni uznaje wyższość prawa unijnego nad polskim? Czy popiera działania SN, który zawiesił stosowanie trzech przepisów z pisowskiej ustawy o wieku emerytalnym sędziów? Dziś – absolutnie nie. Jadnak – jak się okazuje – w podręczniku do prawa europejskiego wydanym w 1999 roku, którego współautorem jest obecny premier, wprost czytamy, że w sytuacji kolizji prawa krajowego z prawem wspólnotowym, to „właściwy sąd krajowy może (…) dojść do wniosku, że prawo krajowe nie może być stosowane”.

>>>

Trzy kłamstwa Andrzeja Dudy na temat Europy

Polexitowe przemówienie Dudy w Leżajsku po raz kolejny pokazuje, że zarówno on, jak też premier Morawiecki czy prezes Kaczyński od dawna porzucili w swojej propagandzie półprawdy, dialektyczne wygibasy, w ogóle jakieś trudniejsze figury retoryczne. Wybrali najprostsze kłamstwa, bo wierzą, że w dzisiejszych czasach tylko one działają.

W wystąpieniu prezydenta pierwszym kłamstwem było to, że Europa jest „wspólnotą wyobrażoną” (czyli fikcyjną). Dla większości swoich mieszkańców, w tym dla większości Polaków, Europa jest dzisiaj bardzo konkretną instytucją, która nazywa się Unia Europejska. Prawo do obecności w tej konkretnej wspólnocie zostało przez Polaków wywalczone w latach 1939-1989. A od 2004 roku Polacy tę instytucję budują współtworząc unijne traktaty, współtworząc najważniejsze europejskie polityki (m.in. politykę solidarności energetycznej, dzięki której nawet rosyjski gaz możemy dziś reeksportować na Ukrainę, kiedy Putin próbuje brać Kijów głodem i chłodem).

Z Europy wynika wszystko, co było i jest dla Polaków ważne. Kiedyś Europa dała nam chrześcijaństwo, później Oświecenie, a teraz – jako Unia Europejska – dała nam procedury, instytucje, pieniądze, czyli cały ogromny zastrzyk cywilizacyjny i finansowy, jakiego wychodząc z ruin „realnego socjalizmu” bardzo potrzebowaliśmy, żeby realnie zmartwychwstać.

Ale także my Unii Europejskiej coś ważnego daliśmy. Przynajmniej zanim przyszedł PiS wraz z całym swoim zepsuciem i dekadencją. Daliśmy Unii ogromną energię świeżo wyzwolonego narodu budującego dobrobyt i wolność. Daliśmy też Unii zrozumienie, że ma nie tylko zachodnią granicę (atlantycką) z USA, czy południową granicę (śródziemnomorską) z Afryką. Ale też bardzo ważną granicę wschodnią – z Ukrainą, Białorusią, Rosją. To zrozumienie Unia zdołała przekuć na program Partnerstwa Wschodniego, którego współautorem był Radosław Sikorski, tu akurat podążający śladem Giedroycia, Skubiszewskiego, Geremka.

Trzecie kłamstwo prezydenta było historyczne. Powiedział, że „Europa zostawiła nas w 1945 roku na pastwę Rosjan”, tymczasem głównym i jedynym istotnym reprezentantem Zachodu handlującym ze Stalinem najpierw w Jałcie, potem w Poczdamie była Ameryka. Europa – podobnie jak Polska – została przez wojnę zniszczona, podzielona, sprowadzona do roli politycznego i ekonomicznego pariasa. Nawet jej zachodnia część broniła się po wojnie przed komunizmem próbującym ją destabilizować i niszczyć od środka. I wygrała ten bój z ogromną trudnością.

Selfik z Trumpem w zamian za atak na Unię

Duda kłamie na temat Europy, bo jedzie do Trumpa, żeby sobie z nim zrobić selfika. Na potrzeby własne i na potrzebny kampanii wyborczych PiS. Innych rzeczy niż selfik z Trumpem dziś załatwić nie sposób (chyba że tak, jak Duda załatwił fregaty w Australii, gdzie to raczej jego Morawiecki załatwił za pomocą tych fregat). A po jesiennych wyborach do amerykańskiego Kongresu Trump będzie zbyt zajęty bronieniem się przed impeachmentem, żeby nawet selfiki z Dudą czy z podobnej rangi sojusznikami z gwatemalskiej czy salwadorskiej prawicy miał czas sobie robić.

Duda kłamie na temat Europy, bo jedzie do Trumpa, żeby sobie z nim zrobić selfika. Na potrzeby własne i na potrzebny kampanii wyborczych PiS. Innych rzeczy niż selfik z Trumpem dziś załatwić nie sposób

Więc faktycznie, żeby w ostatniej chwili dostać od Trumpa wspólnego selfika, Duda jedzie do niego z przesłaniem, że rząd PiS-u i prezydent PiS-u są tak samo żarliwymi i autentycznymi wrogami Europy jak obecny amerykański prezydent. Ale to niestety oznacza, że są także takimi samymi żarliwymi wrogami jedności atlantyckiej, którą Trump niszczy codziennie, bo po to został przez Putina wsparty w wyborach na prezydenta USA. Jedność atlantycka Zachodu – od której zależy samo przetrwanie Polski jako suwerennego kraju – wymaga bowiem jak najściślejszego sojuszu jak najsilniejszej Unii Europejskiej z jak najbardziej przewidywalną Ameryką.

Targowica zawsze wybiera Polexit

W ostatnich dniach toczą się jednocześnie dwie dyskusje o przyszłości Europy. Jedna toczy się w Brukseli i Strasburgu (ważne wystąpienie Junckera o stanie Unii zawierające m.in. propozycje wzmocnienia Fronteksu, uszczelnienia granicy zewnętrznej UE, rozwiązania kryzysu imigracyjnego, a także wezwanie do wzmocnienia własnej politycznej, gospodarczej i militarnej siły Europy wobec kłopotów z Brexitem i Trumpem). Druga toczy się w obozie władzy. Pierwsza jest faktycznie poważną dyskusją o przyszłości Unii, druga – mimo że słowo Europa pada w niej codziennie – jest tylko sporem o to, czy  po odejściu Kaczyńskiego Brudziński i Morawiecki zagryzą Dudę, czy też Duda przeżyje.

Duda (ale wcześniej także Jarosław Gowin z jego dziwacznym polexitowym wystąpieniem) uważa, że wyścig do ucha Prezesa wygrywa się dzisiaj atakując Unię Europejską jako instytucję, w której Kaczyński widzi przeszkodę na drodze do dalszego łamania Konstytucji i gromadzenia całej władzy w swoich rękach. Zarówno Duda jak i Gowin zostali wcześniej totalnie zmarginalizowany przez tandem Brudziński-Morawiecki. Brudziński dostał od Kaczyńskiego realną władzę, kontroluje aparat partii rządzącej i jako minister spraw wewnętrznych i administracji faktycznie kontroluje rząd. Morawiecki dostał od Kaczyńskiego prawo do codziennego głoszenia swojej gierkowskiej propagandy (bez żadnych gierkowskich inwestycji, bo nie ma nawet mieszkań z programu Mieszkanie Plus, nie wspominając o promach, stoczniach czy mitycznej elektromobilności). Oprócz propagandy Morawiecki dostał także dostęp do fruktów w spółkach skarbu państwa. Natomiast Dudzie i Gowinowi pozostało już tylko pajacowanie.

To jednak, że zaczęli pajacować antyeuropejsko, antyunijnie i polexitowo jest niepokojące. Problem, kto w PiS-ie przejmie władzę po Kaczyńskim przeminie wraz z władzą PiS-u. Po rządach PiS-u pozostanie jednak w Polsce bardzo silna prawica, którą Kaczyński wykarmił publicznymi pieniędzmi, wyposażył w media i która go teraz opluwa jako „zbyt miękkiego starca, którego czas się kończy”. Polska prawica z czasów Sikorskiego, Buzka, nawet Olszewskiego – była prozachodnia. Prawica z czasów Kaczyńskiego, Morawieckiego, Dudy i Gowina jest faktycznie i efektywnie proputinowska. W głowach tej nowej prawicy liberalny Zachód, Unia Europejska, nawet USA (za wyjątkiem Trumpa i Tea Party, czyli najbardziej antyzachodnich sił w Ameryce, które Putin słusznie wykorzystał jako swoją piątą kolumnę) nie występują już jako oczywisty sprzymierzeniec Polski przeciwko azjatyckim zamordyzmom. Przeciwnie, Zachód występuje w głowach nowej prawicy jako główny wróg Polski, wróg naszej tożsamości, tradycji, duchowości.

Polska prawica z czasów Sikorskiego, Buzka, nawet Olszewskiego – była prozachodnia. Prawica z czasów Kaczyńskiego, Morawieckiego, Dudy i Gowina jest faktycznie i efektywnie proputinowska.

Zatem sojusz z Rosją staje się oczywistością. Jeden z czołowych ludzi prawicy w świecie akademickim, Piotr Nowak, który wraz z synem Jarosława Marka Rymkiewicza stworzył kiedyś dzieło „Wawelska skała” fundujące religię smoleńską, jeździ teraz regularnie do Moskwy, gdzie nawiązuje kontakty z najbardziej antyzachodnimi postaciami w rosyjskim świecie intelektualnym i Cerkwi. A w Warszawie prowadzi seminarium „Ojczyzną Boga jest Rosja”.

Kaczyński odejdzie, ale ukształtowana w ten sposób prawica w Polsce pozostanie. Jako wygodne dla Putina ultrakonserwatywne narzędzie nowej Targowicy. Właśnie dlatego polexitowe wystąpienia Gowina i Dudy są groźne. Oni uważają, że wrogość wobec Europy da im władzę na dzisiejszej polskiej prawicy. A dzisiejszą polską prawicę bardzo dobrze znają.

Małgorzata Wassermann to typowa blondynka z kawałów o… blondynkach.

Mają po Kaczyńskim – boją się wilczych oczu Tuska, Donalda Tuska

Przewodniczący Rady Europejskiej nie stawi się 5 listopada przed sejmową komisją śledczą do sprawy Amber Gold – informuje Radio ZET. Taki termin przesłuchania byłego premiera podała wczoraj posłanka PiS Małgorzata Wassermann, przewodnicząca komisji.

„Otrzymałem dziś pismo z Komisji ds. Amber Gold informujące o odwołaniu posiedzenia w dniu 2.10. W imieniu PDT zaproponowałem termin 23.10.2018, który był datą wyznaczoną alternatywnie przez Komisję” – napisał na Twitterze Roman Giertych, pełnomocnik Donalda Tuska.

Na to z kolei nie chce zgodzić się Wassermann i upiera się przy 5 listopada.

Giertych zaznaczył również, że w przypadku, gdyby niemożliwe było przesłuchanie 23 października, Tusk wskaże inne możliwe terminy. Prawdopodobnie po 5 listopada – podaje Radio Zet.

„Strach zajrzał w oczy pis! Doszli do wniosku, że nie ta liga: Wasserman – liga trampkarzy; PDT – liga mistrzów!” – skwitował jeden z internautów. A Tomasz Lis z „Newseeka” dodał: – „W dziedzinie sportu pewna ciekawostka. Pani Wassermann przegrała pojedynek z D. Tuskiem dwa miesiące przed jego rozpoczęciem”.

>>>

PiS buduje swoje kasty

Kiedyś się mówiło: „czy się stoi czy się leży 2000 się należy”. Dziś wierszyk byłby inny, ale zostawmy poezję, tak czy owak, będąc przy PiSie, łatwo dwójkę skołować. Wystarczy mieć znajomego w ministerstwie, np. takiego Łukasza Piebiaka.

Jak ustalił Tomasz Marzec reporter TVN24 w „Czarno na białym” sędzia Jerzy Daniluk 8 stycznia tego roku został delegowany z Sądu Okręgowego w Lublinie do Sądu Apelacyjnego w Lublinie. Tam na polecenie wiceministra Łukasza Piebiaka został mianowany wiceprezesem tego sądu.

Pan sędzia Daniluk natychmiast zwrócił się do dyrekcji, żeby ta przyznała mu dodatek mieszkaniowy, gdyż jako przeniesiony ma do niego prawo. Okazało się jednak, że przeniósł się z Lublina do Lublina, więc nie zmienił miasta, więc się nie należy.

Tragedia!

Ale od czego mamy główki na karku… Dwóch mądrych panów, czyli Jerzy Daniluk oraz wiceminister Łukasz Piebiak znaleźli prosty sposób; sędziego Daniluka przenieśli formalnie do Sądu Okręgowego w Siedlcach. W efekcie na papierze przestał być sędzią z Lublina, a stał się sędzią z Siedlec delegowanym do Lublina. No, teraz kasa nareszcie się należy!

Pan sędzia wybrał ryczałtowy dodatek, w wysokości 2120 złotych miesięcznie. No i dzięki mądrej głowie wiceministra Piebiaka, dostał do dziś ponad 14 tysięcy złotych dodatku mieszkaniowego.

Autorytety, takie jak sędzia Krystian Markiewicz ze Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia” nie mogą uwierzyć: „Chciałbym bardzo wierzyć, że nie jest jedynym celem to, żeby wypłacić sędziemu dodatek mieszkaniowy” (…) „Jeżeli by tak było, to mielibyśmy do czynienia z czystym bezprawiem cywilnym, bo ktoś otrzymywałby świadczenie, które mu się nie należy, na szkodę skarbu państwa”.

Nie ma co się moralnie wzburzać, bo to już od dawna nie robi wrażenia na PiSie. Czy to już jest skandal? Ależ skąd. To zwykle standardy obowiązujące w obecnej Polsce.

Jednak sędzia Dariusz Mazur nie wytrzymuje: „Dopiero teraz możemy mówić o tworzeniu kasty” – mówi. A sędzia Krystian Markiewicz przypomina: „Jak była sprawa 50 złotych, czy sędzia przekroczył pięć kilometrów na godzinę prędkość, to dyskusja w mediach trwała w najlepsze, ministerstwo robiło 17 konferencji i mówiło o tym, jak trzeba przykładowo takich sędziów karać. Jest to absolutny demontaż sądownictwa jako instytucji niezależnej, kierującej się zasadami prawa i uczciwości”. I dodaje „Ważne, żeby swoi się najedli”.

Czy teraz sędzia Daniluk się przestraszył? Z przykrością stwierdzam, że opinie publiczną pan sędzia ma w głębokim poszanowania. Na plus jednak trzeba przyznać, że od początku nie ściemniał, bo nie tworzył pozorów, nie miał i nie ma w Siedlcach nawet pokoju i nigdy w tamtejszym sądzie nie orzekał.

Ale to nie koniec tej historii! Powiedzmy sobie szczerze, co to jest 2000 złotych. To żaden grosz. W PiSie to trzeba się dużo bardziej postarać, żeby wyjść na swoje. Więc…

Sędzia pracujący w Lublinie, a formalnie zatrudniony w Siedlcach, dostaje jeszcze dodatek na dojazdy na weekendy do domu w Białej Podlaskiej. Kilometrówka może tu wynieść nawet 600 złotych miesięcznie. Sędzia został także przez rząd PiS mianowany komisarzem wyborczym i z tego tytułu ma jeszcze ponad 5 tysięcy złotych miesięcznie.

„Wszystkie stanowiska, wszystkie funkcje, które są związane z dodatkami finansowymi, to jest często wiele tysięcy złotych miesięcznie, są na dodatek kumulowane przez tą wąską grupę osób, tę kastę sędziów ministerialnych. Oni po prostu żyją z tej dobrej, dojnej zmiany” – zauważa sędzia Krystian Markiewicz.

Na koniec pragnę poinformować suwerena, że ani wiceminister Piebiak, ani sędzia Daniluk nie zamierzają się z tego tłumaczyć. Dla dziennikarzy są niedostępni.

(fragment)

Tusk dla pisowców jest jak piorun z jasnego nieba dla Balladyny. I zdaje się, że tym kieruje się Małgorzata Wassermann, która pierwotny termin przesłuchania Tuska w komisji ds. Amber Gold przeniosła z 2 października na 5 listopada, na dzień po wyborach samorządowych.

Przesłuchanie Tuska może się zakończyć dla Wassermann tylko porażką. Ale to nie byłaby jej porażka w terminie 2 października, lecz innych kandydatów PiS w wyborach samorządowych. O przesunięciu przesłuchania więc nie ona decydowała, ale Nowogrodzka. Biedna Wassermann tłumaczy, że nie chce wykorzystywać komisji do swojej kampanii samorządowej (kandyduje na prezydenta Krakowa), co samo w sobie jest śmiechu warte, temat na skecz kabaretowy. Który polityk PiS nie wykorzystuje okazji? Uśmieliście się?

Przesłuchanie Tuska dzień po wyborach będzie politycznie bez znaczenia, gdyż Wassermann przybita porażką w pojedynku z Jackiem Majchrowskim, jako przewodnicząca komisji jest skazana na los Balladyny, zostanie podczas przesłuchania dobita piorunem. Tak działają nie tylko metafory literackie, taka jest siła Tuska, Donalda Tuska.

PiS wraz z klerem dalej będą bzykać Polskę?

Najnowszy felieton posła Stefana Niesiołowskiego m.in. o abp. Głódziu.

Przemówienie Kaczyńskiego, wbrew zapowiedziom, zwłaszcza szefa sztabu PiS-u, było banalne, a przynajmniej rozczarowujące. Prezes zamiast mówić o wyborach samorządowych mówił o europejskich. Wykorzystał okazję, aby osłabić czy zaprzeczyć argumentom podnoszonym przez opozycję, że PiS szykuje nam Polexit. Skoro premier i prezes muszą dementować te informacje, to znaczy, że musiało im wyjść w sondażach wewnętrznych, że jest to poważny problem czy wręcz zagrożenie dla PiS-u – mówi w rozmowie z nami dr Marek Migalski, politolog. Pytamy też o strategię na kampanię w nadchodzącym maratonie wyborczym. – To prawda, że tu mamy do czynienia z tą samą sytuacją co w 2015 roku. Kaczyński, Macierewicz schodzą na dalszy plan, a na czoło wypuszcza się kogoś popularnego. Lokomotywą kampanii będzie premier Morawiecki.

JUSTYNA KOĆ: Za nami konwencja PiS-u, gdzie przemawiał od dawna niewidziany prezes, jednak widać było, że to Mateusz Morawiecki grał pierwsze skrzypce.

MAREK MIGALSKI: Przemówienie Kaczyńskiego, wbrew zapowiedziom, zwłaszcza szefa sztabu PiS-u, było banalne, a przynajmniej rozczarowujące. Nie było strategiczne, nie wyznaczyło nowych kierunków, ono było interesujące z jednego chyba tylko powodu; prezes zamiast mówić o wyborach samorządowych mówił o europejskich. Wykorzystał okazję, aby osłabić czy zaprzeczyć argumentom podnoszonym przez opozycje, że PiS szykuje nam Polexit. Ten sam element znalazł się zresztą w wypowiedzi premiera Morawieckiego. Wnoszę stąd, że ten argument opozycji wydaje się skuteczny. Skoro premier i prezes muszą dementować te informacje, to znaczy, że musiało im wyjść w sondażach wewnętrznych, że jest to poważny problem czy wręcz zagrożenie dla PiS-u. Całkowicie zgadzam się też z pani opinią, że

głównym aktorem tej konwencji był premier Morawiecki, zatem to jest pomysł PiS-u na kampanię.

Nawet w spocie zaprezentowanym podczas konwencji bardzo charakterystyczne jest to, że nie pojawia się inny polityk niż premier Morawiecki i to kilkanaście razy. Wnioskuję z tego, że kampania samorządowa będzie oparta na premierze, a nie prezesie Kaczyńskim czy innych kandydatach. Oczywiście lokalnie kampanie będą oparte na swoich kandydatach, jednak ta ogólnopolska będzie oparta na premierze.

Z tym wiąże się kolejna sprawa. Proszę zauważyć, że i z ust premiera, i prezesa pojawiło się powtórzenie tego szantażu, który wcześniej został sformułowany m.in. przez Tomasza Porębę czy innych polityków, choć wtedy wydawał się dość przypadkowy. Dziś wiemy, że nie, że

te samorządy, w których zwyciężą kandydaci PiS-u, będą dofinansowane z budżetu państwa. Te, które okażą się opozycyjne, mogą zostać za to ukarane. Oczywiście obaj – premier i prezes – mówili to dość zawoalowanie, ale widać, że to będzie główna narracja tej kampanii.

To chwyt poniżej pasa?
Gdyby pani zapytała etyka, pewnie on znalazłby na to tylko najostrzejsze słowa. Politolog, oprócz tego, że może wyrazić swoje oburzenie, to musi przyznać, że to może być skuteczne. Czy ten „chwyt poniżej pasa” skłoni wyborców do postąpienia tak, jak ten komunikat i szantaż brzmi, tego nie wiem. Opozycja znalazła się w bardzo ciężkiej sytuacji, bo ten chwyt jest tyleż podły, co może okazać się skuteczny.

Opozycja powinna próbować uświadomić wyborcom, że ten szantaż może być skuteczny tylko wtedy, kiedy PiS zwycięży w wyborach parlamentarnych, a tak przecież nie musi się stać.

Wtedy efekt może być odwrotny, bo ta broń jest obosieczna; może się okazać, że nowa władza, która odsunie PiS od rządzenia, może zachować się równie brutalnie jak dziś partia Jarosława Kaczyńskiego.

Wróćmy do wątku europejskiego. Czy to znaczy, że słowa Jarosława Gowina o możliwym nieuznaniu wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE, które zapoczątkowały dyskusję o Polexicie, mogły nie być uzgodnione z Nowogrodzką?
Jestem przekonany, że ta wypowiedź Gowina była charakterystycznym dla niego „strzelaniem z automatu” po wszystkich, bez uzgodnienia z Kaczyńskim. Jarosław Gowin ma taką tendencję do mówienia rzeczy, które ściągają nie tylko na niego, ale i cały obóz polityczny kłopoty. To zresztą bardzo szybko wyczuła opozycja, bo gdyby tak nie było, to byśmy dziś jeszcze o tym nie rozmawiali. Przecież Grzegorz Schetyna i Katarzyna Lubnauer zapowiedzieli, że będą składać wniosek o dymisję Gowina właśnie w kontekście jego wypowiedzi o TSUE, a to znaczy, że „poczuli krew”.

To też oznacza, że opozycja także dysponuje badaniami, które pokazują, że możliwy Polexit jest dziś kłopotliwy dla PiS-u. Elektorat PiS-u jest w materii europejskiej skomplikowany. W większości jest jednak proeuropejski. Jeżeli opozycji uda się przykleić PiS-owi łatkę partii eurosceptycznej, będzie to duży problem dla Kaczyńskiego i jego partii.

Premier Morawiecki, główna gwiazda konwencji, złożył kolejne obietnice. Ukierunkowane na samorząd, ale każdy coś dostał – seniorzy, samorządy, gospodarstwa domowe. Pytanie, czy ktoś w to wierzy. 
Zacznę od wyrażenia żalu, że nie mamy 200-letniej rocznicy, bo w zapowiedziach premiera okazało się, że na 100-lecie odzyskania niepodległości będzie 100-bajtowy internet. Rozumiem, że gdybyśmy niepodległość uzyskali 200 lat temu, bo byłby 200-bajtowy internet. A mówiąc poważnie, to premier sformułował nową „piątkę Morawieckiego” i będzie z nią tak jak z pierwszą piątką.

Możemy przeprowadzić taki test: kto z czytelników pamięta cokolwiek z pierwszej „piątki”? Ja już nawet nie pytam, czy to zostało przeprowadzone, zrealizowane, czy nie, oprócz 300 Plus. Odpowiadając na pytanie, czy ktoś to kupi, to będą to ci sami, którzy kupili pierwszą opowieść Morawieckiego.

Sondaże pokazują, że PiS nie wygra wyborów samorządowych, nie przejmie dużych miast. PiS przestał być teflonowy?
Z wyborami samorządowymi to jest tak, że każdy będzie przekonywał, że te wybory wygrał, bo te wybory mają to siebie, że nie ma jasnych wygranych i przegranych. Natomiast rzeczywiście wiele wskazuje na to, że ten walec PiS-owski nie rozjedzie już opozycji. Gdyby się okazało, że PiS nie tylko nie przejmie dużych miast, ale też nie będzie w stanie stworzyć większości koalicyjnych w sejmikach w większej ilości niż w 8, to można będzie powiedzieć, że PiS jest do pokonania. To będzie znak, że PiS to nie są Niemcy w piłce nożnej. To drużyna, która zaliczyła sukces w 2015, ale po 3 latach rządów nie powtórzyła już tego sukcesu. Przypomnę tylko, że

to będą pierwsze wybory od 3 lat, więc będzie chęć wyrażenia niechęci wobec PiS-u. Podejrzewam, że elektorat anty-PiS się zmobilizuje, bo będzie mógł pokazać sprzeciw, a nie tylko złościć się przed telewizorem. Z drugiej strony będzie też mobilizacja elektoratu PiS-owskiego, bo te wybory będą pewnego rodzaju plebiscytem.

Wysuwanie na czoło kampanii premiera Morawieckiego to powtórzenie manewru z poprzednich wyborów, gdzie też nie prezes, a Beata Szydło i Andrzej Duda wiedli prym w kampanii?
To prawda, że tu mamy do czynienia z tą samą sytuacją co 2015 roku. Kaczyński, Macierewicz schodzą na dalszy plan, a na czoło wypuszcza się kogoś popularnego. Ciekawe jest jeszcze co innego,

w przemówieniu Kaczyński zawarł jeszcze jeden komunikat, bardzo ważny, który był powtórką z ostatniej kampanii – że nie będzie rozliczeń, represji itd. Dokładnie to samo zrobił na dwa miesiące przed wyborami 2015 roku, ukazując łagodną twarz.

Robert Biedroń już oficjalnie potwierdził, że nie będzie startował w wyborach na prezydenta Słupska. – Czas zacząć nowy rozdział – powiedział.
Ja też nie będę kandydował na prezydenta Słupska, ale mówiąc poważnie – jasne jest, że on ma plany ogólnopolskie. Jasne jest też, że nie mógł startować w wyborach samorządowych. Gdyby je wygrał, to musiałby zrezygnować za pół roku, gdyby przegrał, to byłoby jeszcze gorzej, zważywszy że chciał budować coś ogólnopolskiego.

Biedroń wie, że jemu lepiej będzie w Brukseli niż w Słupsku.

A w Warszawie, w polskim parlamencie?
Jeśli ma plany na Sejm i Senat, to tym bardziej musi wystawić listę w wyborach europejskich, zwłaszcza że te wybory będą dla niego najłatwiejsze. W nich jest relatywnie niski próg wyborczy, jest niska frekwencja – około 25 proc. – głosować chodzą raczej duże miasta i elektorat wykształcony. Jeśli taka socjalliberalna czy lewicowa inicjatywa ma powstać, to największe szanse ma właśnie w wyborach europejskich. Biedroń musi też przetestować siebie i wyborców i pokazać, że są w stanie zrobić przynajmniej 10-proc. wynik.

PiS jest brutalnie szczery. Chce mieć wpływ na wszystko. Chce nowoczesnej dyktatury, choć mówi o samorządności.

Kiedyś nazywało się to numerem „na cegłę”. Z zaułków warszawskiej Pragi wyskakiwał na ulicę Czarny Maniuś (albo jeden z jego kolegów) i rzucał do przechodnia propozycję nie do odrzucenia: kup pan cegłę. Inteligentny spacerowicz cegłę rzecz jasna nabywał, płacąc całą zawartością portfela. No i uchodził, zwykle cały i zdrów. Idiota zadawał najgłupsze w tej sytuacji pytanie: ale dlaczego? Zostawał bez portfela oraz (w najlepszym razie) istotnej części uzębienia.

Dykteryjka przypomniała mi się, kiedy zobaczyłem wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego, otwierającego kampanię samorządową PiS. Prezes, wsparty przez Premiera, złożył Polakom propozycję z podobnego gatunku. Takich, co to padają tylko raz. Albo w wyborach samorządowych zagłosujecie na nas, czyli na PiS, (i możecie liczyć na rządową kasę) albo oddacie głos na totalną opozycję. A wtedy my was tak urządzimy, że się przez 5 lat nie poznacie.

W oryginale brzmiało to tak: musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy chcemy samorządów, które będą współpracować z rządem czy takich, które będą ten rząd atakować. Czy chcemy samorządu warczącego na rząd, czy z nim współpracującego. 

No więc słuchaj Polaku: albo zagłosujesz na PiS albo współpracy w terenie nie będzie – czyli rządowej kasy tam nie zobaczysz.

Ten uroczy szantaż ma niestety, spore szanse powodzenia. Ubrany w szaty rozsądnej propozycji jest składany Polakom przez partię, która albo już ma w rękach wszystko albo nie ukrywa, że chce wkrótce mieć. Partia na pewno ma pieniądze, publiczne, które bez żadnego skrępowania albo rozdaje na prawo i lewo albo obiecuje rozdać. To może skusić.

Dlatego warto przestać posługiwać się wytrychami. I nazwać rzeczy wprost. Dla Kaczyńskiego nie istnieje coś takiego jak samorządność i samorząd. Na kpinę zakrawają hasła, jakie w ramach nowego (którego to już…?) planu przedstawia PiS. Czy Kaczyński z Morawieckim naprawdę wierzą, że z Nowogrodzkiej albo z Kancelarii Premiera załatwią mi ciepły dom, chodnik przed szkołą i atrakcje dla mnie – seniora?

Odpowiedź brzmi: wierzą. Bo są święcie przekonani, że centralizm demokratyczny (czyli coś między komitetem centralnym partii a aktywem w terenie) to znakomity sposób na rządzenie Polską. Bo uznają, że ludzie w miastach i wsiach albo są z PiS, albo są za głupi, żeby dostać jakąkolwiek realna władzę. Bo nie wierzą, nie ufają i nie dopuszczają myśli, by ktokolwiek poza nimi samymi, był zdolny unieść ciężar władzy. A poza tym nie ufają nikomu, bo skoro kilku zdolniejszych zawodników z Wałęsą na czele, lata temu, wykiwało Kaczyńskiego, to znaczy, że nikomu ufać nie można.

To myślenie jest w totalnej kontrze do tego, po co powstał samorząd. Do dzielenia się władzą, do przenoszenia kompetencji na niższy szczebel, do pozwalania ludziom, by decydowali, na co idzie publiczny grosz.

PiS w tym wszystkim jest jednak – co należy odnotować – brutalnie szczery. Chce silnej władzy – choć nie mówi, że pełnej, absolutnej i przez nikogo nie kontrolowanej. Chce decydować o każdej publicznej złotówce – choć nie dodaje, że nie toleruje odmiennych opinii, co z nią zrobić. Chce mieć wpływ na wszystko – choć nie przyznaje, że gdyby mógł, pogoniłby to opozycyjne warcholstwo w cholerę. Krótko mówiąc – chce nowoczesnej formy dyktatury, choć usta ma pełne frazesów o wolności i demokracji.

Konwencja samorządowa PiS była jednocześnie początkiem wielkiego objazdu po kraju, jaki rozpoczął, rajdem do Łowicza, premier Morawiecki. Trzeba się przygotować na zalew obietnic, deklaracji i deszcz wirtualnych pieniędzy. Ale zanim 21 października ktoś uwierzy w te miliardy rzucane na stół, wizje mostów, linii kolejowych, autostrad w każdej gminie i cholera wie czego jeszcze, warto powiedzieć: sprawdzam.

I zapytać, jak się mają obiecywane niedawno polskie, elektryczne samochody, co z rozwojem energii jądrowej, budową połączenia gazowego z Norwegią czy nowoczesnym systemem transportowym, otwarty na transport autonomiczny czy kolej próżniową???

Halo! Czy leci z nami pilot? Kolej próżniową obiecywał Morawiecki, ktoś wie co z tym wynalazkiem…?

Koniec żartów. Obywatelu! Sprawdź stopień swojego zidiocenia i powiedz – czy wierzysz w te wszystkie kolejne, tym razem samorządowe, cuda?

Pełnomocniczka wojewody dolnośląskiego przy biernej postawie żandarmerii spoliczkowała publicznie protestującą pokojowo kobietę. Oto efekt szczucia rządu PiS-u na obywateli gorszego sortu, który zapoczątkował i kontynuuje Jarosław Kaczyński.

Pełnomocniczka wojewody dolnośląskiego niczym SS-manka z obozu koncentracyjnego, przy biernej postawie żandarmerii spoliczkowała publicznie protestującą pokojowo kobietę. Oto efekt szczucia rządu PiS-u na obywateli „gorszego sortu”.

Nie słyszałem, żeby ktoś z KOD-u lub Obywateli RP zrobił coś podobnego. Zapewne natychmiast byłby skuty, aresztowany, wywieziony na komisariat i po chwili miałby postawione zarzuty najcięższego kalibru typu: dokonanie aktu terrorystycznego, czynnego napadu na funkcjonariusza państwowego, lub coś równie absurdalnego.

Tymczasem prezes opowiada na konwencji PiS, że to jego partia jest atakowana w sposób wykraczający poza normalną krytykę polityczną. Prawda jest jednak taka, że to publiczne spoliczkowanie jest efektem szczucia, który zapoczątkował i kontynuuje Jarosław Kaczyński.

Sami zobaczcie jak przedstawicielka tej władzy jest chroniona w zamkniętej strefie dla VIP-ów.

https://www.facebook.com >>>

Tymczasem w PiS-owskich mediach ta agresorka została okrzyczana bohaterką „dobrej zmiany”. Dla mojej teściowej natomiast, która przeżyła obóz koncentracyjny w Majdanku, scena ta przeniosła ją w okres, gdy była tak własnie policzkowana przez obozowe funkcjonariuszki.

Co prawda, podobno ta pani złożyła rezygnację z zajmowanego stanowiska, jestem jednak przekonany, że w nagrodę znajdzie się dla niej miejsce na wyjątkowo dobrze płatnej posadzie.

Maciej Lasek, ekspert badający katastrofę smoleńską, będzie kandydatem Koalicji Obywatelskiej do sejmiku wojewódzkiego na Mazowszu. Taką informację przekazał PAP Andrzej Halicki, szef struktur PO w woj. mazowieckim.

W poniedziałek Koalicja Obywatelska, czyli Platforma Obywatelska i Nowoczesna, ogłosiła listy kandydatów do sejmiku wojewódzkiego na Mazowszu. W rozmowie z Polską Agencją Prasową Andrzej Halicki, szef struktur PO w tym regionie, przekazał, że w wyborach samorządowych wystartuje m.in. Maciej Lasek.

Maciej Lasek otrzyma drugie miejsce na liście Koalicji Obywatelskiej w okręgu podwarszawskim.

Maciej Lasek to inżynier specjalista od mechaniki lotu, który po katastrofie smoleńskiej brał udział w pracach tzw. komisji Millera, która analizowała tragedię.

Stał też na czele  Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych. Po objęciu władzy przez PiS został z niej odwołany.

Polscy prokuratorzy pojechali do Smoleńska, by razem z Rosjanami obejrzeć wrak Tu-154M. Podkomisja Smoleńska Antoniego Macierewicza żadnego zaproszenia od Prokuratury Krajowej nie dostała. Szef podkomisji uznał to za niezręczność, ale w istocie to zręczne spychanie go na margines.

Wizyta nie ma wielkiego znaczenia dowodowego. Zespół Śledczy Nr 1 w Prokuraturze Krajowej, który prowadzi śledztwo smoleńskie, już dawno wnioskował do Rosjan o to, aby prokuratorzy mogli obejrzeć wrak. Strona rosyjska ignorowała wniosek o pomoc prawną – aż do teraz. Polscy śledczy i technicy kryminalistyczni mają obejrzeć elementy konstrukcyjne samolotu. W Smoleńsku będą do 7 września.

Po co ten wyjazd? W śledztwie smoleńskim brakuje trzech podstawowych rzeczy, które bardzo uwiarygodnią dotychczasowe ustalenia prokuratury. A jak do tej pory nic – wedle śledczych – nie wskazuje, aby 10 kwietnia doszło do zamachu. Nie przeszkadza to jednak Macierewiczowi twierdzić, że już udowodnił wybuchy.

Brakujące klocki

Pierwszym jest umiędzynarodowienie śledztwa – to dokonuje się, bo PK finalizuje powołanie zespołu biegłych (głównie z USA) zawodowo zajmujących się badaniem katastrof lotniczych.

Drugi element: wyniki masy badań nad próbkami wraku i ciał ofiar, które PK wysłała do zagranicznych ośrodków kryminalistycznych i czeka na ich wyniki. Badania wykonują: Laboratorium Badań Materiałów Wybuchowych dla Celów Sądowych Ministerstwa Obrony Narodowej Wielkiej Brytanii, włoskie Laboratorium Kryminalistycznego Korpusu Karabinierów oraz Instytutu Nauk Sądowych Irlandii Północnej.

Wedle naszych informacji, zagraniczne ośrodki badawcze zwróciły się do polskiej prokuratury o uzupełnienie materiału dowodowego – próbek bądź np. zdjęć – wraku. Ponadto z pierwszej kompleksowej opinii biegłych (stworzonej pod wodzą płk. Antoniego Milkiewicza i dostarczonej śledczym w 2015 r.) wynikły nowe pytania.

I trzeci brakujący element: ponowne zbadanie wraku przez polską prokuraturę już pod rządami PiS – to ma się dziać w ciągu kilku najbliższych dni. Za rządów PO śledczy byli w Smoleńsku i oglądali wrak, ale po zmianie władzy – nie.

Aspekt polityczny: wyborcy PiS nie wiedzą co sądzić o Smoleńsku

Pierwszy i drugi klocek utrącają argument, że prokuratorzy dysponują jedynie „spadkiem” po śledczych z czasów rządów PO-PSL.

Trzeci utrąca zarzut, że dzisiejszy zespół śledczych nie miał dostępu do wraku tupolewa. Wyjazd można oczywiście tłumaczyć jedynie tym, że sztuka nakazuje prokuratorom przyjrzenie się wrakowi i wysłanie zachodnim instytutom materiałów z oględzin, których sobie życzą.

Ale nie sposób uciec od politycznego aspektu. I tu sondaż sprzed roku (dla „Rzeczpospolitej”): aż 53 proc. wyborców PiS trudno powiedzieć, co się stało w Smoleńsku. Zatem: w interesie obozu rządzącego, któremu podlega prokuratura, jest utrącić wszystkie argumenty, które mogą podważać ustalenia prokuratury. Wyjazd śledczych na oględziny wraku sprawia, że argument „nawet nie badali wraku” upada. A jest on ważny w wewnętrznym sporze władzy: między prokuraturą Zbigniewa Ziobry a podkomisją Macierewicza.

Najważniejsza opinia w śledztwie smoleńskim

Wyniki obecnych oględzin będą także jednym z materiałów, na podstawie których międzynarodowy zespół biegłych wyda – w zamiarze PK – ostateczną już opinię co do przyczyn katastrofy z 10 kwietnia. Co prawda, z dotychczasowych opinii nie wynikało, że katastrofę wywołały wybuchy czy też wprost zamach, ale opinia polskich biegłych to za mało – śledczy uznają ją po prostu za niewiarygodną. Na „międzynarodową” opinię przyjdzie czekać rok albo i dwa – gotowa będzie więc, ale dopiero w kolejnej kadencji.

A to właśnie śledztwo prokuratury ma dziś znaczenie dla Nowogrodzkiej oraz -personalnie – dla Jarosława Kaczyńskiego. Dochodzenie podkomisji Macierewicza – już nie.

Już niemal roku temu Gazeta.pl pisała, że prezes PiS nie wierzy w wybuchowe teorie Macierewicza. Teraz – choć publicznie nikt tego nie powie – prezes wolałby, aby odkleić Macierewicza od Smoleńska. Były szef MON nie pozwolił „umrzeć” sprawie w czasach rządów PO – taką zasługę oddają mu politycy PiS. Ale już – taka opinia dominuje w partii – jako minister obrony i szef Podkomisji nie podołał zadaniu, a wręcz ośmieszył wyjaśnianie katastrofy.

Kolejne spięcie Macierewicza z prokuraturą

Teraz Prokuratura Krajowa nie dopraszała przedstawiciela Podkomisji Smoleńskiej do uczestniczenia w oględzinach wraku.

Umowa polsko-rosyjska o pomocy prawnej zakłada współpracę organów wymiaru sprawiedliwości, a Podkomisja Smoleńska nie jest takim organem. A ponadto obecność Macierewicza albo jego zastępcy – Kazimierza Nowaczyka – przy wraku, to dla śledczych wyłącznie ryzyko. Mogliby potem przecież ogłaszać, że w Smoleńsku byli i dowody na wybuchy widzieli.

Członkowie podkomisji uczestniczyli już zresztą w ekshumacjach i sekcjach zwłok ciał ofiar katastrofy. Co mogli w nie wnieść? Właściwie nic. A zresztą patomorfolog podkomisji, ppłk Szczepan Cierniak, zrezygnował z zasiadania w niej tuż przed ogłoszeniem przez Macierewicza kategorycznego wniosku – a nie tezy – że Tu-154M eksplodował w powietrzu. Pod wybuchami się nie podpisał.

Macierewicz na antenie TV Trwam już bije w prokuraturę

Antoni Macierewicz już się obruszył w TV Trwam, że prokuratura zignorowała jego Podkomisję – zarzuca jej brak współpracy z podkomisją, a wręcz łamanie prawa i poddawanie się rosyjskiej grze.

Zarzut Macierewicza o braku współpracy prokuratury z nim jest o tyle kuriozalny, że Podkomisja ignoruje prokuraturę, o czym pisaliśmy.

Śledczy już są w Rosji, a Macierewicz w telewizji o. Tadeusza Rydzyka podkreśla, że konieczne jest zrekonstruowanie wraku ze szczątków – jeśli nie w Polsce, to na terytorium Rosji. To oczywiście jest poza zasięgiem polskiej prokuratury, bo Rosjanie mówią „niet”.

Macierewicz odgraża się za to, że jego podkomisja już wkrótce przedstawi rekonstrukcję wraku na podstawie góry zdjęć. Prócz tego szykuje symulacje z użyciem cyfrowego modelu Tu-154M.

Różnica jest jednak taka: podkomisja Macierewicza klei modele z papieru, wykonuje symulacje na komputerach, rekonstruuje wrak na podstawie zdjęć. A prokuratorzy z technikami kryminalistyki jadą na własne oczy oglądać wrak, którego żaden ekspert Macierewicza na żywo nie widział.

Wyjazd prokuratorów do Smoleńska zbiega się też z publikacją „Gazety Polskiej” (dla której Macierewicz pozostaje guru), która ma ujawnić „szokujące szczegóły”. Mają one wskazywać, że Rosjanie tuż po katastrofie smoleńskiej podmienili czarne skrzynki.

Im bardziej więc prokuratorzy popychają śledztwo do przodu, tym mocniej bliskie Macierewiczowi media i on sam starają się podkopać wiarygodność dowodów i biegłych. Zderzenie dwóch narracji jest nieuniknione. Nastąpi ono, gdy prokuratura zakończy śledztwo, a Macierewicz wyda (co wcale nie jest pewne) ostateczny raport.

Gdy wybucha skandal finansowy, państwa potrafią się zmobilizować i zmusić Microsoft do zapłacenia podatków. Dlaczego do niczego nie potrafią zmusić Kościoła katolickiego?

Gdy w ramach wyjaśniania słynnej afery Watergate natrafiono na wątek przekupywania urzędników obcych państw przez amerykańskie spółki, uchwalono słynną ustawę Foreign Corrupt Practices Act. Gdy w 2002 roku wybuchła afera Enronu, wprowadzono w USA ustawę Sarbanesa-Oxleya, na mocy której biegli rewidenci sprawdzają księgowość spółek giełdowych. Gdy wybuchł kryzys na rynku kredytowym w USA, wprowadzono Dodd-Frank Act – ustawę liczącą bagatela 2300 stron, która przeorała zasady działania sektora finansowego. Gdy wybuchła jedna, druga, trzecia afera pedofilska w Kościele katolickim, rząd USA, Irlandii, Austrii wprowadził… No właśnie, nic nie wprowadził.

Wiele ostatnio się mówi o skandalach pedofilskich, o tuszowaniu zbrodni, o odwracaniu wzroku przez kapłanów i coraz bardziej kontrowersyjnej roli Jana Pawła II będącej wyrazem co najmniej rażącego niedbalstwa, ale niewiele się mówi o roli jednego, drugiego czy trzeciego państwa w tej materii. Niewiele się mówi o roli zwłaszcza władzy ustawodawczej, której przecież podstawowym zadaniem jest ochrona instytucjonalna swoich najmłodszych obywateli. Otóż państwa krajowe tego egzaminu nie zdają. Państwa potrafią wymuszać na korporacjach daleko idące zmiany, państwa potrafią swoimi orzeczeniami zmuszać Microsoft do takich, a nie innych zachowań, ale do niczego nie potrafią zmusić Kościoła katolickiego. Mimo że rozwiązania są gotowe i testowane od lat w korporacjach.

Olbrzymie kary i konfiskata mienia

Wyobraźmy sobie, że jedno, drugie, trzecie państwo wprowadza ustawodawstwo, na mocy którego słaba jakość lub brak przestrzegania przez Kościół katolicki odpowiednich procedur zapobiegających pedofilii skutkuje olbrzymimi karami, z konfiskatą mienia włącznie. Czy wobec takiej groźby Kościół katolicki wciąż byłby tak obojętny na los gwałconych dzieci i wciąż słychać by było głosy hierarchów o dobrych proboszczach i kuszących ofiarach? Wyobraźmy sobie, że powstałby wyspecjalizowany państwowy urząd kontrolny badający, w jaki sposób rok do roku Kościół walczy w pedofilią. Wyobraźmy sobie kary finansowe i odszkodowania dla ofiar pedofilów w sutannach, które obowiązkowo miałaby płacić diecezja.

Że konkordat? Że odrębna władza kościelna? Przecież odrębne od państwa są także spółki handlowe, oddzielne są fundacje, a mimo to muszą spełniać określone wymogi. Ponadto w przypadku głośnych skandali korporacyjnych mówimy „ledwie” o stratach finansowych, w przypadku pedofilii zaś – o gwałceniu tysięcy dzieci. Powtórzmy: tysięcy dzieci!

Dlaczego więc tak się dzieje? Dlaczego państwa nie reagują, chociaż reagować potrafią przy skandalach finansowych? Ano nie reagują, bo państwa to nie są pojedyncze osoby fizyczne, to tylko zorganizowane zbiorowości ludzi na danym terenie. Dopóki więc obywatele tego państwa, dopóki my sami nie uświadomimy sobie, że problem pedofilii to nie żaden wewnętrzny problem Kościoła katolickiego, ale problem nas samych, naszego państwa, naszego prawa i wreszcie naszego bezpieczeństwa, dopóty sami będziemy współwinni tego, co się dzieje. Dopóki nie wymusimy na partiach politycznych ustawodawstwa, które rzeczywiście ma na celu chronić, dopóty i na nas ciąży współodpowiedzialność.

Nie Kościół, my jesteśmy temu winni

Jesteśmy wszyscy temu winni. Nie Kościół katolicki, my sami, albowiem ta stajnia Augiasza sama nigdy się nie oczyści, nie dlatego, że księża są jacyś gorsi od reszty, ale dlatego, że są właśnie do tej reszty podobni. A my tutaj, w Polsce, doskonale wiemy, że wszelkie postulaty o samooczyszczeniu się jakiegokolwiek środowiska zwykle kończyły się porażką. Dlaczego z organizacją, która tolerowała gwałcenie tysięcy dzieci, ma być inaczej?

Jesteśmy winni (niech będzie że grzechowi) bierności w sprawach pedofilii w Kościele tak samo, jak jesteśmy winni bierności przy smogu, globalnym ociepleniu i każdej kolejnej katastrofie, która bardziej lub mniej dotknie w przyszłości nasze dzieci i wnuki. I one wtedy zapytają: gdzie wtedy byłeś i dlaczego nic nie zrobiłeś?

– Rozpadamy się jako państwo – powiedział prof. Andrzej Rzepliński w programie „Tomasz Lis.”. Ocenił również, że w Polsce „nie mamy prezydenta”.

– Państwo to przede wszystkim prawo, które pozwala ludziom mieć zaufanie, że ich interesy będą zawsze chronione, a mamy coraz mniej prawa stanowionego w Sejmie i do tego prawo stanowione w trybie kilku sekund”, ze złamaniem wszystkich procedur, nie jest prawem – podkreślił były prezes Trybunału Konstytucyjnego w rozmowie z redaktorem naczelnym „Newsweeka”.

– Państwo polskie nie jest obecnie ani twarde, ani silne, ale podobne ustrojowo do Białorusi, a nie do państwa należącego do Unii Europejskiej – zauważył prof. Rzepliński.

– Ważni i mądrzy ludzie w UE zastanawiają się co zrobić z Polską i Węgrami. Oba kraje stanowią bowiem realne zagrożenie dla integralności Unii Europejskiej, także jeśli chodzi o system wartości – powiedział Rzepliński.

Były prezes TK ocenił, że obecnie w Polsce „nie mamy prezydenta”. Chodzi o to, że na stanowiska tego nie zajmuje osoba, która podejmowałaby decyzje zgodne z treścią przysięgi, którą złożyła, odwołując się także do Boga. Nie ma również prezydenta „niezłomnego”, jak przedstawiał się Andrzej Duda.

>>>

PiS nie tylko w Polsce realizuje swoiście pojmowany program „Rodzina na swoim”, czyli zatrudnia członków swoich rodzin. W Parlamencie Europejskim pracuje na przykład Magdalena Czaputowicz, córka szefa MSZ – informuje portal natemat.pl. Jest asystentką Gabriela Beszłeja – zastępcy sekretarza generalnego frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, do której należy PiS. Beszłej to bliski współpracownik Jarosława Kaczyńskiego.

Z kolei w zespole prasowym, obsługującym polskich europarlamentarzystów, zatrudnione są Katarzyna Ochman-Kamińska i Marta Lipińska. Pierwsza to córka szefowej Krajowego Sekretariatu Ochrony Zdrowia NSZZ „Solidarność” Marii Ochman, przyjaciółki posłanki PiS Jolanty Szczypińskiej. Druga – jest córką jednego z najbardziej zaufanych osób w otoczeniu prezesa PiS, wiceszefa partii Adama Lipińskiego.

Z kolei męża Lipińskiej – Rafała jako asystenta zatrudnia w Brukseli Kosma Złotowski. Syn ministra koordynatora ds. służb specjalnych Mariusza Kamińskiego Kacper też znalazł zatrudnienie w PE – zasiada m.in. w komitecie ds. terroryzmu. Wcześniej był radnym PiS w Otwocku. Na liście zatrudnionych w sekretariacie EKR jest też Marcin Skrzypek, czyli syn sekretarki Jarosława Kaczyńskiego.

W biurze EKR pracuje także Mateusz Kochanowski, syn Rzecznika Praw Obywatelskich Janusza Kochanowskiego, który zginął w katastrofie smoleńskiej. Mateusz Kochanowski współpracuje z „Gazetą Polską”, dla której przeprowadza wywiady z europosłami PiS. – „Nie pada przy tym wyjaśnienie, iż owi posłowie są de facto jego pracodawcami, bo to dzięki nim ma posadę w Brukseli”– czytamy w natemat.pl.

Kampania wyborcza nabiera tempa. PO kolejny raz zorganizowała „konwój wstydu” pod hasłem „PiS wziął miliony”. Tego samego dnia odbyła się konwencja wyborcza PiS-u, na której wystąpił Jarosław Kaczyński, a premier Mateusz Morawiecki złożył kolejne obietnice. PiS w nowym spocie przekonuje, że „dotrzymujemy słowa w rządzie, dotrzymamy w samorządzie”. – PiS wziął miliony w rządzie, a teraz chce wziąć w samorządzie. Tak wygląda praktyczny program PiS-u – komentuje w rozmowie z wiadomo.co rzecznik PO Jan Grabiec. Koalicja Obywatelska, czyli PO i Nowoczesna, swoją konwencję zaplanowały na najbliższą sobotę.

Kolejny „konwój wstydu” ruszył w Polskę

– To jest element kampanii wyborczej dotyczący oceny pracy rządu. Uważamy, że PiS zanim złoży nowe obietnice musi rozliczyć się ze stylu rządzenia przez ostatnie 3 lata. Afery dotyczące nagród i milionerów, którzy obsiedli stanowiska w spółkach Skarbu Państwa, nie zostały zamknięte. To bulwersuje wyborców, dlatego cały czas będziemy domagać się pełnego rozliczenia – mówi w rozmowie z wiadomo.co rzecznik PO Jan Grabiec.

Platforma uruchomiła w niedzielę kolejną akcję z cyklu „konwój wstydu” PiS, w ramach której w całej Polsce jeździć będą mobilne billboardy pod hasłem „PiS wziął miliony”. Tym razem politycy opozycji domagają się m.in. wyjaśnienia tzw. afery radomskiej.

Takie billboardy zawisły już kilka miesięcy temu. W akcji „PiS wziął miliony” PO zarzucała partii rządzącej m.in. brak obiecanych tanich mieszkań na wynajem czy drożejący prąd. Pierwszy „konwój wstydu” ruszył wiosną tego roku i dotyczył przede wszystkim nagród dla ministrów rządu Beaty Szydło.

„Obiecanki cacanki”, czyli konwencja PiS

Podczas konwencji wyborczej PiS w niedzielę premier Mateusz Morawiecki zaprezentował pięć nowych obietnic związanych z samorządami. PiS zamknęło je w hasłach: #CiepłyDom, #DobraOkolica, #NowoczesnaGmina, #InternetSzybciejWięcej i #MieszkaszDecydujesz.

– Te obietnice mają dotyczyć pieniędzy dla samorządów, w których będą zasiadali działacze partyjni PiS-u. To pokazuje, jaki stosunek do samorządu ma partia rządząca. Samorząd ma być likwidowany i zastąpiony administracją lokalną, ale podległą władzom rządowo-partyjnym – komentuje Jan Grabiec.

Rzecznik PO tłumaczy, że PiS nie będzie brał pod uwagę głosu mieszkańców: – PiS chce, żeby o być lub nie być samorządowców decydowały pieniądze, które dostaną z centrali na Nowogrodzkiej. A pieniądze będą przydzielane na podstawie uległości. To nie głos mieszkańców ma się liczyć, tylko wola partyjnego działacza, który dotrze do prezesa.

– To jest demontaż systemu samorządowego i powrót do systemu administracji lokalnej z czasów Rad Narodowych – podsumowuje polityk PO. A same propozycje premiera? – Są oderwane od rzeczywistości – mówi Grabiec. I dodaje: – W Zjednoczonej Prawicy toczą się kłótnie o władzę i pieniądze. Dlatego potrzebna taka demonstracja w postaci podpisywania porozumienia, które już nie raz było podpisywane.

„Absurdalny” nowy spot PiS-u

Po konwencji wyborczej PiS zaprezentował w poniedziałek rano nowy spot wyborczy.

– To hasło brzmi absurdalnie, zwłaszcza w zestawieniu z naszą kampanią „PiS wziął miliony”. Można powiedzieć, że PiS wziął miliony w rządzie, a teraz chce wziąć w samorządzie. Tak wygląda praktyczny program PiS-u – komentuje Jan Grabiec.

Według polityka opozycji widać wyraźnie, jak PiS działa w rządzie i jak działa w samorządzie. – Na listach wyborczych są ludzie, którzy z kariery partyjnej przeskoczyli do spółek Skarbu Państwa, a teraz starają się przeskoczyć na fotele samorządowe, po tym jak napaśli się w spółkach. To jest system korupcji politycznej – tłumaczy rzecznik Platformy.

Pierwsza krajowa konwencja Koalicji Obywatelskiej

Konwencja Koalicji Obywatelskiej ma być de facto startem kampanii wyborczej Platformy i Nowoczesnej. Tego dnia odbędzie się wspólne spotkanie Rad Krajowych tych partii.

– Będziemy chcieli opisać sytuację, w jakiej znajduje się Polska, podkreślić jakie znaczenie mają wybory samorządowe. Sięgając do naszego programu samorządowego opowiemy także, jak powinna wyglądać Polska po rządach PiS-u – zapowiada poseł Jan Grabiec. Przyznaje, że politycy Koalicji Obywatelskiej cały czas myślą o poszerzeniu formuły także o inne ugrupowania polityczne.

Podczas konwencji planowane jest wystąpienie niektórych kandydatów na prezydentów miast. Od przyszłego tygodnia rozpoczną się także konwencje regionalne.

Rzecznik PO przypomina, że partia pokazała już program samorządowy, dotyczący reformy instytucji państwowych i decentralizacji państwa w październiku zeszłego roku. – Możemy nad nim dyskutować, ale temperatura sporu politycznego jest taka, że nie sprzyja debacie merytorycznej. PiS chce tylko kusić Polaków kolejnymi obietnicami, a za tą zasłoną wyprowadzać pieniądze publiczne na cele partyjne i prywatne – mówi Grabiec.

Waldemar Mystkowski o bojaźni PiS.

Przesłuchanie Tuska może się zakończyć dla Wassermann tylko porażką.

W istocie to pytanie retoryczne. Donalda Tuska boi się całe PiS, począwszy od wierchuszki – prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Nie tylko z tytułu tego, iż w debacie – tak, dawniej takie coś się odbywało – zwykł przegrywać z byłym premierem RP i obecnie szefem Rady Europejskiej.

Bez mityzowania osoby Tuska i nadmiernych oczekiwań, należy stwierdzić, iż to obecnie najlepszy polski polityk, którego słucha Europa i ma wśród przywódców innych państw przyjaciół, a więc w polityce wartość bezcenną. Z naszego kraju długo nikt tak wysoko wespnie się w hierarchii globalnej – na pewno nie za naszego żywota.

Wartość Tuska w kraju to pochodna siły opozycji, dla której on jest ponadto wysoką premią, wartością dodaną. A więc PiS w jakiejkolwiek konfiguracji przegra każde wybory, gdy w tle będzie Tusk (nie musi kandydować na prezydenta), jeżeli przy urnach nie dojdzie do „cudu” przekrętów, które zaakceptuje Sąd Najwyższy.

Dlatego Tuska partia Kaczyńskiego chce wyeliminować, skompromitować. Ale niczego na niego nie mają, nawet zegarka za 30 tysięcy. Gdy porównamy rządy PO-PSL z dzisiejszą korupcją polityczną, chwytamy się za głowę, że mogło być normalnie, a teraz jest jak w szambie.

Tuska może przestał się bać Jarosław Kaczyński, bo on naprawdę już odchodzi. Boi się jego były doradca Mateusz Morawiecki, który zresztą z żadnym znaczącym politykiem Platformy już nie wejdzie w polemikę, bo za dużo kłamstw i szachrajstw stworzył w krótkim czasie swego premierostwa, a ten brud za paznokciami będzie mu rósł i rósł.

Tusk dla pisowców jest jak piorun z jasnego nieba dla Balladyny. I zdaje się, że tym kieruje się Małgorzata Wassermann, która pierwotny termin przesłuchania Tuska w komisji ds. Amber Gold przeniosła z 2 października na 5 listopada, na dzień po wyborach samorządowych.

Przesłuchanie Tuska może się zakończyć dla Wassermann tylko porażką. Ale to nie byłaby jej porażka w terminie 2 października, lecz innych kandydatów PiS w wyborach samorządowych. O przesunięciu przesłuchania więc nie ona decydowała, ale Nowogrodzka. Biedna Wassermann tłumaczy, że nie chce wykorzystywać komisji do swojej kampanii samorządowej (kandyduje na prezydenta Krakowa), co samo w sobie jest śmiechu warte, temat na skecz kabaretowy. Który polityk PiS nie wykorzystuje okazji? Uśmieliście się?

Przesłuchanie Tuska dzień po wyborach będzie politycznie bez znaczenia, gdyż Wassermann przybita porażką w pojedynku z Jackiem Majchrowskim, jako przewodnicząca komisji jest skazana na los Balladyny, zostanie podczas przesłuchania dobita piorunem. Tak działają nie tylko metafory literackie, taka jest siła Tuska, Donalda Tuska.

Post Navigation