Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Marcin Król”

Ancymonki PiS rżną publikę, jak z cenami prądu, które wzrosną, albo jak szczujący inspektor Kołnierowicz

>>>

Sąd Rejonowy w Suwałkach nakazał prokuraturze wznowić śledztwo w sprawie nadinspektora Daniela Kołnierowicza. Komendant podlaskiej policji na antenie lokalnego radia namawiał do zorganizowania konkursu na najlepszy anonim o posłance PO Bożenie Kamińskiej.

Postanowienie sądu w tej sprawie udostępniła na Twitterze posłanka Kamińska. To reakcja na jej zażalenie: „Posłanka PO skarży decyzję o odmowie śledztwa w sprawie podlaskiego komendanta policji”.

W uzasadnieniu swojej decyzji sąd podkreśla, że prokuratorzy zakończyli postępowanie przedwcześnie. –  „Poza wykonaniem procesu myślowego przez Prokuratora nie podjęto w sprawie żadnych innych czynności procesowych” – czytamy w postanowieniu.

Zdaniem sądu doszło też do naruszenia jednego z paragrafów Kodeksu karnego. Prokuratorzy mieli „zaniechać wyjaśnienia” wszystkich okoliczności sprawy i zignorować niezbędne dowody. W aktach sprawy zabrakło np. nagrania audycji w lokalnym radiu, w trakcie której padły kuriozalne słowa szefa podlaskiej policji. Według sądu, prokuratorzy mieli obowiązek przesłuchać posłankę Kamińską, a tego nie zrobili.

Depresja plemnika

Historyk idei, prof. Marcin Król podczas rozmowy w „Faktach po Faktach” w TVN ocenił, że dziś – nie tylko w Polsce – „mamy do czynienia ze schyłkiem” pewnej epoki – tzw. demokracji proceduralnej. „To był najwspanialszy okres w ludzkich dziejach, nie było nigdy lepiej ludziom”. Jednak „w pewnym momencie wszystko się kończy” – stwierdził. „To, czego zawzięcie broni Koalicja Europejska, czyli to co ja nazywam demokracją proceduralną, to przez pewien długi czas wspaniale działało w Europie”. Oznaczało bowiem „więcej pieniędzy, swobodniej, więcej opieki, mniej głodu”. Jak zauważył, „to było zrozumiałe przez traumę powojenną. Wszyscy chcieli bezpieczeństwa, spokoju, opieki, braku głodu, braku bezrobocia” – ocenił. Jednak teraz „to się kończy. Oczywiście, jak szybko będzie się kończyć, to tylko wróżka może powiedzieć, ale będzie się kończyć” – uważa prof. Król.

Pytany, dlaczego więcej osób zaufało ludziom Jarosława Kaczyńskiego, prof. Król odparł: – „Ja bym to w jednym zdaniu powiedział: jak się chce…

View original post 2 288 słów więcej

 

Morawiecki Ziobrę, czy Ziobro Morawieckiego? Kto zawiśnie za żebro?

Co naprawdę myśli Mateusz Morawiecki o Polakach? Pokazały to . Teraz pokaże to całej Polsce kolejny ! Podajcie dalej!

Ruszył

Największa grupa respondentów (49 proc.) uważa, że premier Mateusz Morawiecki powinien podać się do dymisji po opublikowaniu nagrań z afery podsłuchowej. Przeciwnego zdania jest co czwarty ankietowany, a zdania w tej sprawie nie ma 27 proc. badanych.

>>>

Według politologa prof. Antoniego Dudka wynik tego sondażu to fatalna wiadomość nie tylko dla premiera, ale i prezesa Jarosława Kaczyńskiego, który przeforsował go na to stanowisko. – Odsetek przeciwników dymisji Mateusza Morawieckiego jest znacznie mniejszy od odsetka zwolenników PiS oscylującego wedle innych badań w przedziale 35-45 proc. Jeśli premierowi nie uda się przekonać do swoich racji większości z 27 proc. nie mających zdania w tej sprawie, a podobne wyniki potwierdzą kolejne badania, to premier Morawiecki z wyborczej lokomotywy PiS, może się zamienić w najcięższy wagon do niej przyczepiony – komentuje.

Jeszcze przed wypłynięciem nagrań, dymisji premiera domagał się Grzegorz Schetyna w związku z tym, że Morawiecki musiał prostować swoją wypowiedź na temat inwestycji realizowanych przez rząd PO-PSL.

Od wybuchu afery podsłuchowej prezes PiS Jarosław Kaczyński i premier Mateusz Morawiecki dzwonią do siebie po kilka razy dziennie. Spotykają się co kilka dni. Wszystko ze sobą konsultują – co Morawiecki ma powiedzieć na wiecu, ile pieniędzy może obiecać na inwestycje w regionach podczas podróży po kraju. Kaczyński odetchnął z ulgą, bo według badań zamówionych przez PiS afera podsłuchowa na razie nie załamała poparcia dla partii. Bliski doradca prezesa mówi mi, że zmiany w poparciu dla PiS i premiera są w granicach błędu statystycznego. Zaufanie do Morawieckiego spadło o 1 punkt procentowy, a notowania PiS wzrosły o jeden punkt. Dlatego w PiS uważają, że ujawnienie nagrań raczej nie wpłynie na wynik wyborów samorządowych.

Według mojego rozmówcy Kaczyński początkowo obawiał się, że ujawnione nagrania negatywnie odbiją się na poparciu dla PiS i premiera w twardym elektoracie, bo wyborcy PiS uznają, że Morawiecki jednak nie jest swój i pozostał „banksterem”. Dlatego w PiS zapadła decyzja, że na finiszu kampanii samorządowej trzeba się zająć przede wszystkim utwardzaniem własnego elektoratu. Bo mógł zwątpić w Morawieckiego, który jest twarzą kampanii. Na ujawnionych nagraniach premier chwali kanclerz Niemiec Angelę Merkel, sam siebie nazywa liberałem i mówi, że ludzie powinni obniżyć oczekiwania, bo gdy „po wojnie i w jej trakcie zap… za miskę ryżu, to gospodarka się rozwijała”. Dla wyborców PiS, którzy od trzech lat słyszą szefa rządu popierającego rozdawanie pieniędzy i jego zapewniania, że Polacy powinni zarabiać tyle, co ludzie na Zachodzie, to mógł być szok. W innym fragmencie nagrania Morawiecki, wówczas prezes BZ WBK, komentując reklamę banku z Chuckiem Norrisem, mówi, że „ludzie są tacy głupi, że to działa. Niesamowite”.

Kłopotliwa taśma Morawieckiego

Ziobro stoi za ujawnieniem nagrań premiera?

Według moich rozmówców Morawiecki jest przekonany, że za ujawnieniem nagrań stoi minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Jako prokurator generalny dokładnie wiedział, co jest w materiałach śledztwa w sprawie afery podsłuchowej i co jest w nagraniach. Mógł zainspirować dziennikarzy, żeby je ujawnili. Ziobro od trzech lat wojuje z Morawieckim o wpływy w spółkach skarbu państwa. Zaufany współpracownik szefa rządu zwraca uwagę, że minister sprawiedliwości milczał przez tydzień po ujawnieniu nagrań. Dopiero w poniedziałek tydzień temu wystąpił na konferencji prasowej i mówił, że należy zadać pytanie o apolityczność sędziów Sądu Najwyższego, którzy udostępnili dziennikarzom akta sprawy. Podczas rozmowy z Jarosławem Kaczyńskim Morawiecki przyznał, że podejrzewa Ziobrę o zainspirowanie dziennikarzy. Przekonywał prezesa, że konflikt trzeba wreszcie przeciąć.

Kilku rozmówców w PiS uważa, że jeśli wynik wyborów samorządowych będzie zły albo średni, to zacznie się szukanie winnych. A skoro Morawiecki jest nie do ruszenia, bo ma być twarzą partii nie tylko w kampanii samorządowej, ale także w kampanii do Parlamentu Europejskiego i parlamentarnej w 2019 roku, to może paść na Ziobrę.

– Morawiecki będzie mógł powiedzieć, poprowadzę was do wyborów, ale nie w tych warunkach, kiedy co chwilę ktoś podstawia mi nogę – mówi ważny polityk PiS. Dodaje, że Kaczyński pewnie zgodzi się na wszystkie propozycje Morawieckiego. To może oznaczać, że po wyborach samorządowych wróci pomysł wysłania Ziobry do Parlamentu Europejskiego. Jest pytanie, czy minister sprawiedliwości da się wypchnąć. Gdy powstawała koalicja Zjednoczonej Prawicy, mówił, że chce kandydować do PE. Ale później jego chęć startu osłabła. W umowie koalicyjnej, którą Zjednoczona Prawica odnowiła w grudniu, zapisano jedynkę na Mazowszu do europarlamentu dla wicemarszałka Senatu Adama Bielana z partii Jarosława Gowina, dwójkę na Dolnym Śląsku dla Beaty Kempy z Solidarnej Polski Ziobry i trzecie miejsce w Małopolsce także dla SP. Współpracownicy prezesa pytali wtedy Ziobrę, czy będzie startował. Odpowiedział, że jeszcze nie zdecydował, ale raczej nie.

– Jeśli Zbyszek będzie w stanie się obronić, to zostanie w Polsce. A jeśli uzna, że Morawiecki jest zbyt silny, to ucieknie na pięć lat do Brukseli – mówi doradca Kaczyńskiego.

Ale nawet jeśli Ziobro zostanie w rządzie, to jest praktycznie przesądzone, że za aferę podsłuchową zapłaci osłabieniem wpływów w spółkach skarbu państwa. W otoczeniu Kaczyńskiego coraz bardziej umacnia się przekonanie, że cała kampania przeciwko Morawieckiemu jest zasilana pieniędzmi ze spółek kontrolowanych przez ludzi Ziobry. I nieważne, czy to jest prawda, czy nie. Ważne, że Kaczyński coraz bardziej zaczyna w to wierzyć.

Nie boicie się jeszcze? To już czas zacząć. Kaczyński chce, żeby było gorzej. O jak on chce, to dostaje. „Zależy nam na tym, aby poziom życia zmniejszał się”…

Co naprawdę myśli Mateusz Morawiecki o Polakach?

Pokazały to #TaśmyMorawieckiego. Teraz pokaże to całej Polsce kolejny #KonwójWstydu!

Holtei

Niedziela 7 października. Morawiecki: środki z Unii pomagają naprawiać chodniki

Premier Mateusz Morawiecki stwierdził podczas spotkania wyborczego z mieszkańcami Dębicy, że rząd PiS odzyskał z podatku VAT więcej pieniędzy niż Polska otrzymuje z dotacji Unii Europejskiej. „Pozyskaliśmy więcej środków od bandytów, mafii VAT-owskich, przestępców podatkowych. To jest w budżecie […], więcej środków od tych bandytów, którzy swobodnie sobie hulali po państwie polskim za czasów PO i PSL, więcej środków odzyskaliśmy niż środki unijne. Środki unijne są ważne, cieszymy się z nich. One nam pomagają odnawiać chodniki. Ale dużo więcej dobra przynosi rząd Prawa i Sprawiedliwości”.

Poniedziałek 8 października. III RP według Gadowskiego

Witold Gadowski napisał w „Sieciach”: „III RP nie istnieje – w zamian zaserwowali nam zuchwałą i prostacką podróbkę – coś, co z natury budzi niesmak i zwątpienie. »Spawacza« Jaruzela zrobili prezydentem, Kiszczaka ministrem, Siwickiego ministrem, a na premiera obrali dygota i zaprzańca, który chciał kary dla biskupa Kaczmarka. …

View original post 6 083 słowa więcej

Kaczyński i PiS: tyrania kłamców i głupców

Duda strachem podszyty.

Przeraża mnie myśl, że liderzy największych krajów Unii, na czele z Angelą Merkel pielgrzymującą na Nowogrodzką, robili od 18 miesięcy wszystko, żeby tylko artykuł 7. nie został uruchomiony przeciw Polsce. Nikt w obozie władzy nie przyjął wyciągniętej ręki ani koła ratunkowego.

Kaczyński położył lagę na znaczeniu Polski, dla niwego liczy się tylko rządzenie.

Nagie rządzenia.

Dobrze to ujął prof. Marcin Król – wybitny intelektualista – to jest tyrania kłamców i glupców.

– Moim zdaniem to, co uprawia PiS w tej chwili, to jest granie na poczuciu bezpieczeństwa i jednocześnie na tym, że w każdym z nas jest skłonność do dobra i zła, czyli granie na skłonności do zła. To jest zło. PiS dla mnie uosabia w całości i niektórzy z przedstawicieli PiS-u zło, diabła.

Liczę, że polski rząd pójdzie po rozum do głowy i nie będzie szukać za wszelką ceną konfliktu w sprawie, w której najzwyczajniej w świecie nie ma racji – mówi Donald Tusk.

Komisja Europejska rozpoczyna procedurę wobec Polski z artykułu 7 unijnego traktatu. Komisarze na posiedzeniu w Brukseli zdecydowali o wysłaniu wniosku do krajów członkowskich o stwierdzenie zagrożenia dla praworządności w Polsce. Zaakceptowali tym samym propozycję wiceszefa Komisji Europejskiej.

Ruch Komisji Europejskiej skomentował  Tusk. – Ta decyzja wynika z głębokiej zmiany, jaką zaproponowała większość parlamentarna, więc PiS. Zmiany polegającej na tym, że to władza będzie ponad prawem, a nie prawo ponad władzą. Tak to oceniają instytucje europejskie – mówi były polski premier, który przebywa w Krakowie.

Potem szef Rady Europejskiej mówi jeszcze mocniej:

– Głęboko liczę na to, że polski rząd pójdzie po rozum do głowy i nie będzie szukać za wszelką ceną konfliktu w sprawie, w której najzwyczajniej w świecie nie ma racji.

Jeszcze raz zapewnił, że „zrobi wszystko, żeby żadne kary nie spotkały Polski”. – Ale konsekwencje już są. Z dużym zdziwieniem patrzy się w Brukseli na to, co dzieje się w Warszawie – stwierdził były premier.

Włodzimierz Cimoszewicz bardzo dosadnie o rzadzącym PiS:

„Wszedł cham w zabłoconych gumofilcach do salonu, wypróżnił się i rechocząc, mówi „nic mi nie zrobicie””.

Maciej Stuhr odniósł się do decyzji prezydenta Dudy w sprawie podpisania ustaw o SN i KRS. Wyśmiał głowę państwa na Facebooku.

Strażnik Konstytucji, hahaha! Bardzo śmieszne! Lodów bym mu nie dał potrzymać, bo by na pewno liznął!

 – napisał.

Marcin Król: Kaczyński po podłej stronie ludzkiej natury

marcinKról

jakaPrzyszłość

Za: Wyborcza.pl

Prof. Marcin Król: Koniec multikulti, bo Europa siebie nie rozumie

prof

Od lat 70. XX wieku wielokulturowość była nie tylko faktem w takich krajach jak Stany Zjednoczone, ale także normą. Trzeba ją było popierać, co miało urok polegający na promowaniu różnorodności. Należało zarazem szanować wielokulturowość, gdyż stanowiła ona wyraz zróżnicowanych „tożsamości” rozmaitych grup społecznych, przede wszystkim narodowych i plemiennych, ale też obyczajowych, seksualnych czy pokoleniowych.

W pewnym momencie liczba publikacji i konferencji na temat multikulti przekroczyła wszelkie rozsądne granice i wiele osób (w tym ja) zaczęło ironizować na temat tej kolejnej mody czy wręcz obsesji.

Jednak w ostatnich latach mamy do czynienia z dwoma zjawiskami, które pokazują, iż wielokulturowość, pod warunkiem że – jak wszystko – traktowana z umiarem, była lepsza od tego, z czym mamy dzisiaj do czynienia. Pierwsze z tych zjawisk to zastąpienie wielokulturowości mało krytyczną akceptacją wszystkich fenomenów kultury, obojętnie, skąd pochodzą, jaki jest ich kontekst polityczny, społeczny, duchowy czy religijny. Innymi słowy, równie dobre są skandynawskie powieści, irańskie filmy, hinduska muzyka i wschodnie lecznictwo. Równie dobre to znaczy także, że nie mamy żadnej skali ocen związanych z naszą kulturą (czyli europejską), ale wszystko, co dobre – jest dobre, nawet jeżeli nie bardzo wiemy, dlaczego jest dobre. Żaden produkt kultury nie jest związany z jakąkolwiek tożsamością, wszystkie są zatem porównywalne i niespecyficzne. Doskonałym przykładem są Literackie Nagrody Nobla przyznawane w ostatnich latach.

Drugim zagrożeniem dla wielokulturowości jest monokulturowość związana z nieporadnymi intelektualnie, ale coraz częściej zaskakująco nośnymi ideami nacjonalistycznymi. Wielokulturowość w pewnym stopniu wyrastała ze sprzeciwu w stosunku do niego. Jednak nie tylko nacjonalizm jest przeciwny wielokulturowości. Coraz częściej, czy to z okazji analizy społeczności imigrantów w różnych europejskich krajach, czy to w sformułowaniach – i to czasem oficjalnych – przywódców w krajach islamu, mamy do czynienia z wrogością w stosunku do innych kultur czy cywilizacji. Od setek lat ta wrogość islamu – w każdym razie w sformułowaniach jego liderów – wobec kultury czy duchowości Zachodu nie była tak silna jak ostatnio. I nie myślę tu o terroryzmie, lecz o islamskim centrum.

Wielką i w czasach mody niedocenianą zaletą idei wielokulturowości była – jak to z samej nazwy wynika – świadomość, że istnieje wiele kultur, ale są to kultury odmienne. Do przesady posuwali się ci, którzy sądzili, że nie tylko są odmienne, ale całkowicie równoważne, czyli równie wartościowe. Nie chodzi tu o podkreślanie zalet europocentryzmu, chociaż nawet przy istnieniu i akceptowaniu istnienia wielu kultur nasza kultura właśnie jako nasza jest nam najbliższa, a przynajmniej być powinna. Chodzi raczej o to, że kultury reprezentują czy też promują konkretne wartości i z pewnymi wartościami – jako ludzie Zachodu – po prostu nie możemy się zgadzać. Na przykład z traktowaniem kobiet przez prawo w niektórych krajach islamu czy też z obyczajami kulinarnymi i zjadaniem kochanych przez nas zwierząt w niektórych państwach Dalekiego Wschodu. Znakomicie pisał o tym Leszek Kołakowski w eseju „Szukanie barbarzyńcy”.

Jeżeli zachować roztropność, to wielokulturowość była znacznie trafniejszą ideą niż dzisiejsza postwielokulturowość (jakież to pojęcia wymyślają uczeni!), czyli nie tylko rezygnacja z osadzania rozmaitych ciekawych i czasem ważnych dzieł kultury w tejże kulturze na rzecz rezygnacji z odróżniania kultur. Czasem jest to wyrazem niezrozumiałej fascynacji dziełami innych kultur bez znajomości kontekstu, w jakim powstały, co oznacza zawsze nieuchronne nieporozumienie. Zgoda, może mi się podobać rysunek japoński, ale podoba mi się z punktu widzenia mojej kultury, gdyż nie wiem, co on znaczy i jaki ma sens w obrębie kultury japońskiej, i nie powinienem udawać, że wiem. Kiedy indziej jest to przypadek znacznie gorszy. Otóż ubóstwo kultury europejskiej, jej niskie loty, brak wymiaru transcendentnego oraz nikła pomysłowość jej twórców sprawiają, że podoba nam się to, co jest inne, bo sami nie potrafimy już się zdobyć na taką głębię czy na taki poziom intensywności wzruszenia.

Ciekawe, że postwielokulturowość staje się coraz bardziej powszechna w tych samych społeczeństwach, które mają bardzo trudne doświadczenia z odmiennością kultur i to często takie, z którymi nie bardzo potrafią sobie poradzić. Chodzi głównie – chociaż nie wyłącznie – o imigrantów, którzy wprawdzie pracują i są potrzebni, ale nie mają intencji włączyć się w kulturę czy nawet politykę kraju, do którego przyjechali. Sprawiają oczywisty kłopot, nie tylko dlatego, że muszą dostawać takie same świadczenia jak wszyscy inni obywatele (edukacja, opieka zdrowotna), lecz także dlatego, że nikt nie wie, jak ich włączyć do społeczeństwa, do wspólnoty, jak ich poddać tym samym prawom, co innych obywateli. Zjawisko to w wyjątkowo intensywnej postaci widzimy w Holandii, lecz także w Niemczech i we Francji. Oczywiście, można stosować rozmaite formy miękkiego przymusu (np. jest nim nauka historii danego kraju), ale w liberalnym zachodnim świecie nie budzi to entuzjazmu, a ponadto istnieją poważne wątpliwości, czy przynosi to pożądane rezultaty.

Przecież – a chodzi tu najczęściej o muzułmanów – w ich krajach propagowana jest otwarcie postawa antyzachodnia. Czemuż mieliby nagle stawać się ludźmi Zachodu? A czy można sobie pozwolić na obecność takich ludzi i to obecność milionową? Nikt nie odważa się nawet zaryzykować jednoznacznej odpowiedzi, a nieliczni ryzykanci natychmiast – i często słusznie – są uważani za radykałów, co w Europie szybko prowadzi do potępienia i nawet do oskarżenia o tendencje rasistowskie czy też faszystowskie.

Ale – pada odpowiedź – za Samuelem Huntingtonem i jego „Zderzeniem cywilizacji”: jeżeli różnice cywilizacyjne są faktem, a mogą przerodzić się we wrogość, czy jest jakikolwiek sens w wielokulturowości, czy w ogóle tolerancji innej niż milczenie? Czy zatem mamy potencjalnych wrogów traktować jak współobywateli, jeżeli nie jako braci? A zatem najlepiej wrócić do korzeni, do naszych mitów, naszych symboli, naszych już niekoniecznie europejskich, lecz narodowych tradycji. Okazuje się jednak szybko, że nie bardzo jest do czego wracać. Jeżeli nawet pojawiają się dzieła kultury pochodzące z konkretnych i dotychczas mało na Zachodzie znanych terytoriów Europy, jak szwedzkie powieści sensacyjne, to powrót do tradycji okazuje się wykrywaniem nazistowskiej kolaboracji Szwedów. Bo też dumne słowa o silnych europejskich korzeniach są na ogół równie dumne jak puste. Nawet tradycja chrześcijańska – jak było widać przy okazji sporów o preambułę do konstytucji europejskiej – nie stanowi elementu z przeszłości jednoczącego europejską kulturę. A już wiek XX – to tylko ciąg zdarzeń, myśli i zachowań, o których należy pamiętać, ale nie dla chluby.

Codzienna obserwacja psychologiczna pokazuje, że znacznie lepiej nam znaleźć porozumienie z innymi, jeżeli dobrze wiemy, kim sami jesteśmy, jeżeli w miarę komfortowo czujemy się sami z sobą. Fenomen postwielokulturowości wynika z tego, że nie czujemy się w Europie dobrze z samymi sobą, a zarazem nie wiemy, jak sobie z tym dyskomfortem poradzić.

Nie znajduje już zastosowania bowiem żadna z metod: ani uznanie reszty świata za pogan lub barbarzyńców, ani oświeceniowe zainteresowanie czerwonymi i czarnymi, jako cudami natury czy też rozrywką dla pań, ani imperialistyczne „brzemię białego człowieka”. A wielokulturowość była ostatnią rozsądną – czasem przesadną – próbą rozwiązania tego dyskomfortu. Obecnie jest znacznie gorzej: albo uznajemy, że innych nie ma, co jest nieprawdą, albo że nie należy ich wpuszczać (ani fizycznie, ani duchowo), co może prowadzić tylko do nieszczęścia.

Marcin Król

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Post Navigation