Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Marek Borowski”

Ruskie onuce PiS

Sztaby opozycyjnych kandydatów na prezydenta na podsłuchach. W tle toczy się gra wywiadów, która ma jeden cel: zagwarantować obecnemu prezydentowi ponowne zwycięstwo. Brzmi jak głupawy scenariusz równie niemądrego filmu Patryka Vegi? Może i tak, ale gdy taki wariant naszej rzeczywistości przedstawia poważny polityk, człowiekowi mrozi to krew w żyłach.

Senator Marek Borowski w rozmowie z “Rzeczpospolitą” zasugerował, że służby specjalne mogą być dziś zaangażowane w kampanię wyborczą i wspierać urzędującego prezydenta.

Podsłuchy, podglądanie i kontrola

Dziennikarz “Rzeczpospolitej” Jacek Nizinkiewicz rozmawiał z  Markiem Borowskim o tym, czy służby mogą w jakikolwiek sposób zaingerować w wybory prezydenckie na rzecz kampanii Dudy? Odpowiedź senatora mogła wywołać niepokój u każdego.

– Zgodnie z ustawami, które PiS przyjął kilka lat temu, służby specjalne mają nieograniczone możliwości podsłuchiwania, nagrywania, podglądania, bezzasadnej kontroli. W związku z tym sztaby mogą być podsłuchiwane, nagrywane, a informacje przekazywane obecnym rządzącym – stwierdził w rozmowie z “Rz” polityk i były marszałek Sejmu.

Przy okazji wspomniał o ostatnich oskarżeniach byłego agenta Tomasza Kaczmarka ws. nielegalnych działań dotyczących tzw. sprawy “willi Kwaśniewskich”.

– To dość obrzydliwe, że z powodu walki ze swoim byłym pracownikiem publikuje się prywatne rozmowy. To jest nie do zaakceptowania. Tak samo jak afera finansowa w CBA. Biuro stało się swoim przeciwieństwem – stwierdził Borowski. Podkreślił też, że należałoby zmienić ustawy dotyczące kontroli nad służbami specjalnymi. – W Sejmie, tak jak w Wielkiej Brytanii, musi być międzypartyjna (ale bez przewagi rządzących) komisja, która będzie miała szczególne uprawnienia, pozwalające kontrolować służby – dodał.

Atak na Dudę

W rozmowie pojawił się też wątek obecnej, już kończącej się, kadencji Dudy. Borowski nie ma złudzeń – obecny prezydent źle wypełnia swoją funkcję.

– Prezydent Duda nie reaguje na konflikty. Przeciwnie, podgrzewa sytuację. Jego wypowiedzi o sędziach są skandaliczne. Rozumiem, że pomysłodawcą reform był pan Ziobro, pan Kaczyński i to ich odpowiedzialności nie umniejsza. Ale ostatnią instancją powinien być prezydent. Andrzej Duda nie zdał egzaminu – podsumował Borowski.

Służby a kampania

Czy jednak – powracając do głównego wątku – faktycznie politycy opozycji powinni dziś obawiać się inwigilacji ze strony służb? Cały czas żyjemy co prawda w kraju, gdzie istnieją przepisy prawne, które regulują, kiedy te ostatnie mogą kogoś podsłuchiwać, ale historia zna przypadki, gdy rządzący naginali prawi, by osiągać swoje osobiste korzyści.

Dziś stawka jest bardzo wysoka. Jak wielokrotnie podkreślamy na naszym portalu, PiS gra niemal o wszystko. Jeśli Duda przegra walkę o Pałac Prezydencki, partia znajdzie się na prostej drodze ku całkowitej katastrofie. Nie ma już Senatu, rządzenie bez prezydenta będzie jeszcze trudniejsze. Z kolei w Zjednoczonej Prawicy trwa ponoć walka pomiędzy Ziobrą a resztą polityków. Czy w takich okolicznościach można spodziewać się radykalnych kroków ze strony obozu władzy?

Kmicic z chesterfieldem

O Polexicie zadecydował Jarosław Kaczyński. Będzie.

Pytanie jest: kiedy wyjdziemy z Unii Europejskiej? A może zostaniemy po prostu wypchnięci, zmarginalizowani i skutecznie będą odbierane Polsce nabyte prawa członkowskie, jak choćby Schengen (UE bez granic).

Kaczyński (świadomie pisze jego nazwisko, a nie PiS, bo 99,9% tej partii to złamasy i karierowicze, najczęściej o niskim IQ) ma dwa problemy do rozwiązania.

Pierwszy. Przygotować opinię publiczną, że Bruksela jest zła, czyha na odebranie suwerenności Polski. Nazwijmy: pisowskiej PL.

A drugi. Tak zniszczyć społeczeństwo obywatelskie, aby stało się zmarginalizowane, Polacy zaś traktowali rzeczywistość: jak urządzić się w tej dupie.

Może jest i trzeci problem. Acz uważam, że jest on ukryty, niejawny, zaś Tomasz Piątek twierdzi, że cała pisowska wierchuszka wypełnia polecenia Kremla.

Może nie wypełnia, ale dzieje się tak, jakby życzenia Kremla były spełniane.

Walka PiS z Polakami przebiega wielotorowo: bezprawiem, zastraszaniem, przekupstwem, a czynią to Ziobro, Morawiecki (mitoman i superkłamczuch), Gowin et consortes.

View original post 316 słów więcej

 

Policja polityczna, pisowska czerezwyczajka

Do akcji rzucono tysiące policjantów, w tym setki tajniaków, ścigających najgroźniejszych przestępców. Raportowali o każdym kroku manifestujących przeciw pisowskim ustawom o sądach. Dotarliśmy do dokumentów z policyjnej akcji „Rekonesans”. Bianka Mikołajewska: To jeden z moich tekstów w OKO.press, z których jestem najbardziej dumna

Policja polityczna. Operacja „Rekonesans” – setki tajniaków śledziły manifestujących

OKO.press dotarło do dokumentów z policyjnej akcji zabezpieczenia ubiegłorocznych protestów przeciwko pisowskim ustawom o sądach. Do akcji rzucono tysiące policjantów, w tym setki tajniaków, ścigających najgroźniejszych przestępców. Raportowali o każdym kroku manifestujących. Zwłaszcza opozycji pozaparlamentarnej i parlamentarnej oraz młodzieży


Z dokumentów, do których dotarliśmy, wyłania się dość ponury obraz policji i państwa, któremu służy. Latem 2017 roku, podczas pokojowych (początkowo wręcz piknikowych) protestów przeciwko pisowskim ustawom o sądach, bez wyraźnego powodu, odciągnięto od codziennych zadań tysiące funkcjonariuszy z całej Polski i kazano pilnować parlamentu, Pałacu Prezydenckiego i TVP.

Do rzekomo wyłącznie prewencyjnej akcji rzucono setki tajniaków, m.in. z pionów kryminalnych – na co dzień ścigających morderców, handlarzy narkotyków i złodziei. I kazano im „objąć nadzorem” uczestników manifestacji, ale także osoby nieuczestniczące w protestach. W niektórych przypadkach była to klasyczna policyjna obserwacja – jaką wolno stosować tylko wobec przestępców. Policjanci raportowali o każdym kroku „nadzorowanych” i „obserwowanych”, na siłę szukając zagrożeń, które uzasadniałyby ich zaangażowanie w tę przedziwną akcję. Czasami przybierało to formy komiczne, wręcz groteskowe (patrz meldunki na ilustracjach). Nie zmienia to jednak ponurego obrazu całej akcji.

Dziś ujawniamy, jak wyglądały policyjna operacja „Sejm” i podoperacja „Rekonesans”. Już wkrótce:

  • jak zlecono obserwację młodzieży sprzeciwiającej się dewastacji polskiego systemu prawnego i
  •  jak śledzono pozaparlamentarną opozycję.   

Operacja kryptonim „Sejm”

Dokumenty z operacji zabezpieczenia ubiegłorocznych protestów znaleźliśmy w aktach sprawy sądowej, którą wytoczyli policji Ryszard Petru, były szef Nowoczesnej, i jego następczyni – Katarzyna Lubnauer. Politycy chcą, by sąd zakazał policji inwigilowania ich. Pozew złożyli latem 2017 roku – wkrótce po tym, jak „Gazeta Wyborcza” opublikowała artykuł „Policja inwigiluje Obywateli RP i posła Ryszarda Petru” i nagrania rozmów funkcjonariuszy, którzy śledzili ich 21 lipca 2017 roku.

Jak potwierdziła później Komenda Stołeczna Policji, były to skompilowane fragmenty rozmów funkcjonariuszy uczestniczących w operacji kryptonim „Sejm”. Jej celem miało być zabezpieczenie zgromadzeń, które odbywały się w centrum Warszawy od 16 do 21 lipca 2017 roku.

Na wniosek Petru i Lubnauer, reprezentująca w procesie policję Prokuratoria Generalna RP przesłała do sądu setki stron policyjnych planów działania, raportów z operacji, meldunków, notatek służbowych, itd.

Z dokumentów wynika, że operację „Sejm” zarządził komendant stołeczny policji Rafał Kubicki i on też był jej dowódcą. Trzy miesiące później Kubicki pożegnał się z funkcją komendanta (po pół roku jej sprawowania). Jak podawało radio RMF, „zgubiły go zbyt wybujałe ambicje”. Według „Super Expressu”, był pewny, że zostanie szefem całej policji i „chwalił się, że ma za sobą polityczne poparcie”.

16 lipca 2017 roku, w zatwierdzonym przez Kubickiego „Planie działania dowódcy operacji pod krypt. »Sejm«”, napisano, że „brak jest jednoznacznych, potwierdzonych informacji na temat zagrożeń mogących wystąpić podczas planowanego zabezpieczenia”. Jednak „biorąc pod uwagę dotychczasowe doświadczenie w zabezpieczaniu podobnych przedsięwzięć, należy się liczyć z możliwością zakłócenia bezpieczeństwa i porządku publicznego (…)”.

To wystarczyło, by zarządzić gigantyczną operację, z udziałem tysięcy policjantów, w tym setek tajniaków.

Tysiące policjantów, setki tajniaków

Do udziału w operacji kryptonim „Sejm” zaangażowano etatowy i nieetatowy oddział prewencji, policjantów z większości wydziałów KSP i z warszawskich komend rejonowych, a także – codziennie – setki funkcjonariuszy z wielu innych miast z całej Polski. Z raportu podsumowującego tę operację wynika, że

  • 16 lipca 2017 roku brało w niej łącznie udział 1300 policjantów,
  • 17 lipca – 611 policjantów,
  • 18 lipca – 2194,
  • 19 lipca – 2218,
  • 20 lipca – 2341
  • i 21 lipca – 2337.

Operację podzielono na kilka podoperacji.

Policjanci uczestniczący w podoperacji kryptonim „Śródmieście” odpowiadali za zabezpieczenie okolic parlamentu, Pałacu Prezydenckiego, Sądu Najwyższego i budynku TVP przy Pl. Powstańców Warszawy oraz za „niedopuszczenie do [ich] zablokowania lub okupacji”;

  • „Mokotów” – za zabezpieczenie gmachu TVP przy ul. Woronicza;
  • „Proces” – za gromadzenie dokumentacji procesowej i koordynację osadzania osób zatrzymanych,
  •  „Droga” – za zapewnienie bezpieczeństwa ruchu w rejonach protestów,
  • „Odwód” – za wsparcie w przypadku nieprzewidzianych zdarzeń,
  • „Rekonesans” – za „zabezpieczenie operacyjne prowadzonych działań”.

W co najmniej dwóch z tych podoperacji – „Śródmieściu” i „Rekonesansie” – uczestniczyli funkcjonariusze po cywilnemu, czyli po prostu tajniacy.

To w ramach podoperacji „Śródmieście” działali policjanci, którzy 21 lipca 2017 roku śledzili w centrum Warszawy Obywateli RP i Ryszarda Petru. Według wyjaśnień przesłanych w tej sprawie do sądu przez Prokuratorię Generalną, w akcji tej uczestniczyli głównie funkcjonariusze Wydziału Wywiadowczo-Patrolowego KSP (na nagraniach ujawnionych przez „Gazetę Wyborczą” zarejestrowano głosy dziewięciorga). Komórka ta powstała, by zwalczać „najbardziej uciążliwe społecznie przestępstwa pospolite” (kradzieże aut, rozboje, napady, pobicia, kradzieże kieszonkowe) i zatrzymywać ich sprawców na gorącym uczynku.

Z dokumentów dotyczących operacji „Sejm” wynika, że samego tylko 21 lipca na ulice stolicy wysłano 48 nieoznakowanych radiowozów, których załogi stanowili nieumundurowani funkcjonariusze właśnie z Wydziału Wywiadowczo-Patrolowego oraz Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego KSP, Zespołu Antykonfliktowego Policji i Oddziału Prewencji Policji w Warszawie (co najmniej po dwóch w radiowozie).

W pozostałych dniach operacji liczba funkcjonariuszy po cywilnemu była podobna.

„Rekonesans” wśród protestujących

Ale to nie koniec. Do udziału w operacji „Sejm”, w ramach podoperacji „Rekonesans” skierowano bowiem również policjantów kryminalnych, na co dzień ścigających najgroźniejszych przestępców. I oczywiście także pracujących po cywilnemu.

Według dokumentów, do których dotarliśmy, w „Rekonesansie” uczestniczyli funkcjonariusze z wydziałów:

  • do walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw,
  • do walki z Przestępczością Gospodarczą,
  • do walki z Przestępczością Narkotykową,
  • do walki z Cyberprzestępczością,
  • ds. Odzyskiwania Mienia,
  • do walki z Przestępczością Samochodową,
  • do walki z Korupcją,
  • Wywiadu Kryminalnego,
  • i z Wydziału Kryminalnego.

To policyjna elita, specjaliści w swoich dziedzinach, często z wieloletnim stażem i ogromnym doświadczeniem.

W „Rekonesansie” od 16 do 21 lipca 2017 roku pracowali na okrągło całą dobę, na trzy zmiany – od kilku do kilkudziesięciu osób w jednej zmianie. Największą mobilizację zarządzono w pierwszym i ostatnim dniu podoperacji. 16 lipca brało w niej udział 48 policjantów z pionów kryminalnych i dodatkowo, jako wsparcie, 20 z Wydziału Wywiadowczo-Patrolowego, a 21 lipca – 54 policjantów kryminalnych.

W meldunkach do sztabu policjanci z „Rekonesansu” raportowali, gdzie gromadzą się manifestujący przeciwko pisowskim ustawom o sądach i ilu ich jest. Meldowali, jakie hasła wznoszą protestujący, a także jakie mają flagi i transparenty. Informowali dowództwo, kto przemawia ze sceny i co mówi. Na przykład:

  • 16 lipca o 23:23 „Rekonesans zgłasza, że osoby w pochodzie krzyczą »Solidarność naszą bronią«”.
  • 19 lipca o 23:29 „Rekonesans: ze sceny padło hasło palenia światełek zarówno przed Sejmem jak i przed Pałacem Prezydenckim. Zachęca się do udziału w proteście”.
  • 18 lipca o 23:51 sztab dostaje meldunek: „Rekonesans – pan Borusewicz – hasło – siedziałem i będę siedział (ze sceny)”.

To do funkcjonariuszy z „Rekonesansu” kierowano rozkazy ze sztabu, by nasłuchiwali ze sceny lub podsłuchiwali w tłumie, jakie plany mają protestujący.

  • 16 lipca o 22:16 „35701 prosi Rekonesans o podsłuchiwanie, czy padną hasła na temat rozwoju dalszego sytuacji”.
  • 20 lipca o 18:46 „35701 [zaleca] zadaniować Rekonesans celem ustalenia czy pojawią się głosy wśród zgromadzenia żeby przemieszczać się pod Pałac Prezydencki”.
  • 20 lipca o 21:45 „87001 [zgłasza] Piękna ok. 100 wystawione siły na razie spokój, Rekonesans – podejść pod squot [grupę młodzieży ze squatu Syrena – przyp. red.] aby słyszeć ich zamiary”.

„Część tych działań – jak np. odnotowywanie haseł z transparentów czy osób przemawiających ze sceny – w ogóle nie jest zadaniem policji. Część mogła z powodzeniem realizować prewencja, w znacznie mniejszej liczbie. Z praktycznego punktu widzenia, wykorzystanie policjantów operacyjnych do tej akcji miało sens tylko, gdy protestujący chcieli zablokować Sejm. I rzeczywiście bardzo sprawnie zbierali informacje o posunięciach osób blokujących” – mówi emerytowany od niedawna policjant z KSP.

Kasprzak pod obserwacją. Inni Obywatele RP, OSA, squattersi i Frasyniuk pod nadzorem

Ale policjanci „Rekonesansu” i inni tajniacy uczestniczący w operacji kryptonim „Sejm” mieli także inne zadanie do wykonania – obserwować/nadzorować/monitorować wybranych uczestników protestów.

Zagadką jest natura i podstawa prawna tych działań.

W meldunkach pojawiają się informacje o „zabezpieczeniu operacyjnym” i „informacji operacyjnej”. A także o „poleceniu objęcia obserwacją”.

  • 18 lipca o godzinie 8:39 „35 801 zgłasza ok. 10 osób przy KODZIE, 20-25 osób przy namiotach Obywateli RP, przekazano do zabezpieczenia operacyjnego do Rekonesansu”.
  • 20 lipca o godzinie 19:15 „Rekonesans zgłasza telefonicznie, że z informacji operacyjnej wynika, że ze squatu Syrena ma być najście na Sejm, przekazano 35 704”.
  • 17 lipca, o godzinie 10:20 „Z polecenia Dowódcy Podoperacji REKONESANS załoga 102 otrzymała polecenie objęcia obserwacją jednego z liderów KOD [w rzeczywistości Obywateli RP – przyp. red.] Pawła Kasprzaka i jego otoczenia w okolicy Sejmu z uwagi na mogące wystąpić potencjalne zagrożenia z ich strony”.

Zleceń obserwacji było więcej – napiszemy o tym na OKO.press już wkrótce.

Zgodnie z ustawą o Policji, czynności operacyjno-rozpoznawcze (należy do nich m.in. obserwacja) można prowadzić tylko „w celu rozpoznawania, zapobiegania i wykrywania przestępstw i wykroczeń, poszukiwania osób ukrywających się przed organami ścigania lub wymiarem sprawiedliwości, poszukiwania osób, które na skutek wystąpienia zdarzenia uniemożliwiającego ustalenie miejsca ich pobytu należy znaleźć w celu ochrony ich życia, zdrowia lub wolności”. Żadna z tych przesłanek nie odnosiła się do sytuacji opisanych w cytowanych wyżej meldunkach.

W meldunkach z operacji „Sejm” jest też wielokrotnie mowa o objęciu różnych osób „nadzorem” lub „monitorowaniu” ich. Prośby o „objęcie nadzorem” kierowane są zwykle do policjantów z „Rekonesansu”, ale też i „Rekonesans” z własnej inicjatywy zgłasza, że ma kogoś „pod nadzorem”.

Kim najbardziej interesowali się tajniacy? W meldunkach dotyczących „nadzorowania”, ale także w ogóle w meldunkach z operacji „Sejm”, najczęściej wymieniani są Obywatele RP – jako grupa (łącznie co najmniej 57 razy) i poszczególni działacze ruchu m.in. Paweł Kasprzak nazywany czasem Kacprzakiem (59 razy), Wojciech Kinasiewicz (49), Tadeusz Jakrzewski nazywany również Jakszewskim (16). Często pada również nazwa OSA (Obywatele Solidarnie w Akcji) oraz nazwiska jej aktywistów Arkadiusza Szczurka (12) i Macieja Bajkowskiego (15).

Przykłady?

  • 18 lipca o 10:17 sztab odnotowuje meldunek: „35 801 pan Szczurek i Bajkowski odjeżdżają, pod nadzorem”.
  • 20 lipca o 15:31: „35 704 pan Kinasiewicz idzie w kierunku Placu Trzech Krzyży wzdłuż wypłotowania, przekazano do Rekonesansu w celu objęcia nadzorem”.
  • 21 lipca o 13:56 „Sztab przekazał, że do kawiarni przy ul. Wiejska 12a wszedł Wojciech Kiniasiewicz i zlecił objęcie go nadzorem. Zlecono załodze nr 102. Załoga przekazała, że na miejscu jest załoga WWP KSP, która już objęła nadzorem przedmiotowy adres”.

Z dokumentów operacji „Sejm” wynika, że przez kilka dni śledzono właściwie każdy krok liderów opozycji pozaparlamentarnej – i to nie tylko w rejonie zgromadzeń, które miała zabezpieczać policja. O tym, jak to wyglądało, także napiszemy na OKO.press w najbliższych dniach.

Policjanci meldowali również o pojawieniu się różnych polityków partii opozycyjnych i byłych działaczy opozycji. Ale „nadzorować” polecili tylko Władysława Frasyniuka.

  • 21 lipca o 1:14 w nocy policjanci meldują: „Info, ze sztabu 208 że na ul. Frascati 1 pan Frasyniuk zebrał się wraz ze swoim sztabem – objąć nadzorem – przekazano do załogi”.

Zbiorowym bohaterem meldunków są też mieszkańcy warszawskiego squatu Syrena i inni młodzi lewicowcy, którzy brali udział w protestach przeciwko niszczeniu sądownictwa przez PiS, grupowo nazywani przez policję „squatterami”.

  • 20 lipca o 22:31 policjanci biorący udział w operacji zabezpieczania Sejmu dostają „Info ze sztabu 208, że grupa squattersów ma być objęta bezpośrednim nadzorem”.
  • 21 lipca o 21:11 meldują: „Rekonesans grupa squat w całości w parku pod nadzorem Rekonesansu”.
  • A tego samego dnia o 22:45 – „35704 wśród zgromadzonych 6 czarnych flag czyli squat pod nadzorem Rekonesansu”.

Obserwacja, czyli nadzór, nadzór, czyli zapewnienie bezpieczeństwa

Komenda Stołeczna Policji, w o odpowiedzi na szereg szczegółowych pytań OKO.press dotyczących obserwacji i nadzoru podczas operacji „Sejm”, przesłała tylko krótkie stanowisko. Rzecznik KSP, kom. Sylwester Marczak napisał, że „z uwagi na trwające w powyższej sprawie czynności, do ich zakończenia [KSP] nie będzie udzielać komentarza”.

Zapewnił jednak, że „przy działaniach związanych z zabezpieczeniem zgromadzeń nie ma mowy o działaniach o charakterze operacyjnym” i że tak też było podczas operacji „Sejm”.

W dokumentów, do których dotarliśmy wynika, że w ubiegłym roku, gdy wybuchła afera z nagraniami ujawnionymi przez „Gazetę Wyborczą”, a Ryszard Petru i Obywatele RP zarzucili policji, że stosowała wobec nich obserwację, dowódca podoperacji „Rekonesans”, nadkom. Hubert Pełka napisał szybko kilka notatek służbowych. Wyjaśniał w nich, że:

  • jego ludzie nie prowadzili czynności operacyjnych,
  • „zabezpieczenie operacyjne” polega tylko na tym że „funkcjonariusze biorący udział w zabezpieczeniu są funkcjonariuszami pionów kryminalnych i występują w ubraniu cywilnym jak do codziennej służby”,
  • słowo „obserwacja” zostało użyte w meldunkach i rozkazach omyłkowo. Obserwacja, którą prowadzono nie oznaczała czynności opisanej w „Zarządzeniu nr PF-634 Komendanta Głównego policji z dnia 30 czerwca 2006 roku w sprawie metod i form wykonywania przez Policję czynności operacyjno-rozpoznawczych”. Faktycznie chodziło po prostu o nadzór nad wymienianymi w meldunkach osobami,
  • nadzór zaś miał na celu „zapewnienie bezpieczeństwa” osobom wymienianym w meldunkach i „identyfikowanie zagrożeń” dla tych osób oraz zagrożeń z ich strony.

Pełka zapewnił też, że podczas przeprowadzanych odpraw załóg „Rekonesansu” „nie były wydawane żadne polecenia dotyczące objęcia nadzorem konkretnych osób”. Policjantom kazano po prostu ogólnie zwracać uwagę na osoby publiczne. Nie wyjaśnił, skąd wśród policjantów tak świetna znajomość i umiejętność rozpoznawania polityków, byłych działaczy podziemnej opozycji i aktywistów obecnej opozycji pozaparlamentarnej, np. takich jak działacze OSY – Arkadiusz Szczurek i Maciej Bajkowski, którzy prawie nie występują w mediach.

Informacja z FB: Wałęsa jedzie do Warszawy. Polecono nadzorować

Policjanci z „Rekonesansu” nadzorowali jednak nie tylko tych, którzy uczestniczyli z protestach przeciwko niszczeniu sądownictwa, ale także tych którzy dopiero mogli do nich dołączyć.

Jak wspomnieliśmy wcześniej, do udziału w podoperacji oddelegowano m.in. kilku funkcjonariuszy z Wydziału do walki z Cyberprzestępczością KSP. To komórka, która ściga m.in. sprawców ataków hakerskich, ataków przy pomocy złośliwego oprogramowania, szantaży ransomware (blokowanie dysków do czasu wpłacenia „wykupnego”), sieciowych złodziei tożsamości itp.

Podczas protestów w lipcu 2017 roku policjanci z WCB śledzili w internecie, gdzie i kiedy odbywać się będą zgromadzenia oraz kto będzie brał w nich udział. Zlecano im również „pogłębianie” informacji dotyczących planów manifestujących – poprzez przeglądanie internetowych forów i profili, m.in. organizacji z opozycji pozaparlamentarnej. Na przykład

  • 18 lipca o godzinie 11:00 „208 00 przekazuje informację o nawoływaniu przez przedstawicieli KOD pod sejmem do blokady sejmu o g. 17.00 w dniu dzisiejszym, jak to było 16 grudnia. Informacja potwierdzona przez załogę 102. W związku z powyższym stosowne zadania w tym zakresie zlecono WCB KSP” [pisownia oryginalna].

Najwięcej popłochu wywołała znaleziona przez funkcjonariuszy z Wydziału do walki z Cyberprzestępczością informacja o tym, że do Warszawy jedzie niegdysiejszy lider podziemnej Solidarności, były prezydent RP Lech Wałęsa.

18 lipca o 19:45 w „Dzienniku działań dowódcy podoperacji kryptonim Rekonesans” odnotowano:

  • „Z WCB uzyskano informację, że na portalu społecznościowym Facebook profil Obywatele RP pojawił się wpis cyt. ” Prawdopodobnie Wałęsa jedzie do Warszawy” co przekazano do 208 00″.

Później policjanci meldują:

  • 19:46 „Rekonesans na FB info że Wałęsa jedzie do Warszawy, polecono nadzorować
  • 19:54 „Wykonano telefon do dyżurnego operacyjnego BOR, który nie potwierdził, żeby Lech Wałęsa udawał się do Warszawy”,
  • 20:07 „35704 informuje, że przez megafony pada informacja, że Lech Wałęsa jedzie do Warszawy”.

Ostatecznie Wałęsa do Warszawy nie dojechał. Dzięki temu uniknął kolejnego, po kilkudziesięcioletniej przerwie, „nadzorowania” przez tajniaków – tym razem z policji.

***

Komenda Stołeczna Policji nie odpowiedziała nam, jakie siły zmobilizowano w tym roku do zabezpieczenia protestów przeciwko nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym i czy w operacji brali znów udział tajniacy.

W pierwszym dniu protestów – 17 lipca 2018 roku – nadzorujący policję minister Joachim Brudziński napisał na Twitterze: „Nadmiernie pobudzonych zapowiedzią kolejnej awantury przez „demokratów”, którzy od trzech lat nie mogą pogodzić się z demokratycznym wyborem Polaków, uspokajam. KSP jak zawsze zadba o porządek i bezpieczeństwo wszystkich. Obywatela Kasprzaka też”.

Tekst prof. Koncewicza czytaj tutaj >>>

Kmicic z chesterfieldem

Pięć bitew o SKOK. Jak Bierecki, Kaczyński, Duda i politycy PiS blokowali nadzór nad Kasami

Rzeczywiście nadzór nad SKOK-ami był spóźniony. Ale winę za to ponoszą Grzegorz Bierecki, Lech Kaczyński, Andrzej Duda i PiS, a nie pobity przez ludzi Wołomina Wojciech Kwaśniak i inni urzędnicy KNF. Nie damy PiS, Zbigniewowi Ziobrze, prokuraturze i senatorowi Grzegorzowi Biereckiemu zakłamać prawdy o Kasach.

Prokuratura zarzuca byłym urzędnikom KNF spóźnione działania nadzorcze wobec SKOK Wołomin. A minister Ziobro twierdzi, że były wiceszef KNF został pobity przez ludzi z „Wołomina”, bo Komisja rozzuchwaliła bandytów swoją bezczynnością.

To, co dzieje się w sprawie byłych urzędników KNF i SKOK Wołomin, to próba przerzucenia odpowiedzialności za katastrofalną sytuację finansową większości spółdzielczych kas oszczędnościowo kredytowych

  • z tych, którzy do niej doprowadzili i którzy pomagali ją SKOK-om ukrywać, podpowiadając księgowe sztuczki
  • oraz tych, którzy przez lata bronili SKOK-ów przed państwowym nadzorem,
  • na tych, którzy przez 3 lata „wyczyścili” sytuację…

View original post 1 197 słów więcej

 

Sojusz PiS i Kościoła kat.

Zgadzam się z Ignacym Dudkiewiczem, że zrost Kościoła i państwa, który obecnie obserwujemy, jest bardzo szkodliwy dla obu tych podmiotów. Zmiana tego stanu rzeczy nie nastąpi jednak przez prostą zmianę prawa – istniejący stan prawny, przede wszystkim odpowiednie zapisy w konstytucji i konkordat, nie blokują rozsądnego rozdziału. Kluczowym problemem jest kultura polityczna, szczególnie w tej materii zdegenerowana w ciągu ostatnich czterech lat.

Istnieją takie demokracje jak brytyjska, w której głowa państwa jest zarazem głową Kościoła i nie przeszkadza to całkowicie świeckiemu i liberalnemu charakterowi relacji pomiędzy religią a polityką w tym kraju (zapewne także przez całkowicie symboliczny wymiar tej roli brytyjskiego monarchy).

Tymczasem, chociaż autonomia religii i polityki jest wpisana do konstytucji (art. 25), to w ostatnich latach można mieć czasem wrażenie, że to Jarosław Kaczyński jest realną głową Kościoła katolickiego w Polsce – on narzuca tematy, które Kościół podejmuje (jak w przypadku „zarazy LGBT” czy nihilizmu jako jedynej alternatywy dla katolicyzmu w Polsce).

MODEL CHADECKI POGRZEBANY

Charakter relacji pomiędzy religią i polityką we współczesnej demokracji określa aksjologiczne nastawienie państwa. Francja na przykład wybrała laickość w sensie nadrzędności republiki wobec wszelkich religii jako element określający aksjologię państwową. Żadna religia nie może znaleźć się na sztandarach państwa i taki stan rzeczy jest akceptowany przez wszystkich, od de Gaulle’a po Macrona (Marine Le Pen także nie podważa tej konstytucyjnej zasady). Przy czym laïcité nie oznacza wcale, że katolicy nie mogą się angażować w życie publiczne. Przeciwnie – trzech najwybitniejszych, moim zdaniem, polityków francuskich XX wieku – Charles de Gaulle, Robert Schuman i Jacques Delors – było praktykującymi katolikami.

Stany Zjednoczone, wybierając rozdział religii i polityki (także zapisany w konstytucji), wytworzyły pewien rodzaj inspirowanej wyobraźnią chrześcijańską religii obywatelskiej, który jest respektowany przez wszystkich przywódców, od Kennedy’ego, przez Obamę i Clintona, do Trumpa (niezależnie od ogromnych różnic w sprawie ich wizji polityki obyczajowej). Transmitowana na całą Amerykę modlitwa z Białego Domu nie jest szczególnie oburzająca dla zdecydowanej większości Amerykanów, zarówno tych wierzących, jak i tych niewierzących.

Polska, za sprawą konstytucji roku 1997 i konkordatu, także dokonała wyboru – można go określić jako chadecki. Nastąpił przyjazny rozdział Kościoła i państwa, zaprojektowany przede wszystkim przez Tadeusza Mazowieckiego, a wspierany przez kluczowych polityków prawicy (jak Jerzy Buzek i Hanna Suchocka) i lewicy (jak Aleksander Kwaśniewski).

„Rozdział po chadecku” dał Kościołowi katolickiemu pozycję uprzywilejowaną, (religia w szkołach, hojny zwrot majątku, Fundusz Kościelny), odpowiadając na powszechny nastrój wdzięczności po epoce PRL-u, był jednak oparty na nadziei na to, że Kościół będzie umiał samoograniczać swoje przywileje.

Myślę też, że Tadeusz Mazowiecki sądził, że silniejszą dominantą publicznego przekazu Kościoła będzie bliski mu personalizm i tradycja katolicyzmu intelektualnego, osadzonego w środowiskach „Więzi” (którą przez dziesięciolecia kierował) i „Znaku”. To się jednak nie wydarzyło – polska teologia poszła drogą mało odkrywczego neotomizmu, pozostając daleko od debat Kościoła powszechnego.

KATOLICKO-NARODOWE PAŃSTWO WYZNANIOWE

Samoograniczenie Kościoła nie nastąpiło, o czym szczególnie boleśnie przekonujemy się w ciągu ostatnich czterech lat, kiedy nasze życie publiczne zdominowała koncepcja katolicko-narodowego państwa wyznaniowego, w którym cały rząd jeździ na uroczystości religijne do o. Tadeusza Rydzyka, a krakowski arcybiskup Marek Jędraszewski sprawia wrażenie, jakby był członkiem Komitetu Politycznego PiS, a nie kluczową postacią chrześcijańskiego Kościoła (przerażająca niechrześcijańskość słów o „zarazie LGBT” chyba na stałe zapisze się na kartach długiej historii Kościoła).

Tej sytuacji nie zmienimy jednak przez zakazy prawne – przecież nie będziemy wystawiali mandatu premierowi albo posłowi, który weźmie udział w publicznych uroczystościach religijnych, byłoby to szaleństwem. To kwestia wymuszanej przez wyborców i komentatorów życia publicznego kultury politycznej, w której pewnych rzeczy nie wypada robić: de Gaulle, szanując francuską tradycję laicką, nie przystępował do komunii publicznie, uznając, że manifestacja przekonań religijnych nie jest zadaniem prezydenta.

Całkowity rozdział religii i polityki nie jest możliwy. Religie Księgi mają ambicję nadania całościowego sensu egzystencji i nie abdykują z tego prawa, a ewentualny przymus w tej materii byłby niezgodny z zasadami demokracji liberalnej – nie można i nie powinno się pozbawiać głosu obywateli tylko dlatego, że są religijni (dotyczy to także hierarchów Kościoła).

Jest jednak szereg spraw, w których państwo może wrócić do rozsądnych konstytucyjnych zasad dotyczących rozdziału: chodziłoby przede wszystkim o wyprowadzenie religii ze szkół i zmianę sposobu finansowania Kościoła.

Podobnie jak prowincjał zakonu dominikanów Paweł Kozacki, oceniam polskie doświadczenie nauczania religii w szkole jako nieudane i dlatego jestem zwolennikiem wyprowadzenia religii ze szkół publicznych, zastąpienia jej etyką, na której wszyscy uczniowie uczyliby się także o chrześcijańskich źródłach etyki europejskiej. W przygotowanie podręcznika do etyki mogliby być zaangażowani filozofowie, etycy, religioznawcy, a także ludzie Kościoła katolickiego, ale powinien on być napisany w duchu preambuły konstytucji – wokół wartości, które można wysnuwać zarówno z chrześcijaństwa, jak i z innych źródeł.

Lekcje religii w szkołach to jeden z przykładów bezproduktywnego zespalania Kościoła z domeną usług publicznych – przy stratach z obu stron. Religia w szkole staje się niepotrzebnym przedmiotem o statusie niższym niż język polski czy biologia (mimo prób obecnej władzy podniesienia tego statusu na siłę). Biorąc pod uwagę przyspieszoną sekularyzację młodzieży, widać, że także z punktu widzenia Kościoła ma ona nikły sens.

Finansowanie Kościoła przez odpisy podatkowe na wzór niemiecki też wydaje się rozsądniejszym rozwiązaniem niż dotowanie go z budżetu, bo zastępuje państwowy automatyzm i pozwala obywatelom na dojrzałą decyzję.

Według mnie państwo, które na to pozwala, okazuje zaufanie swoim obywatelom: nie prowadzi ich za rączkę na mszę, ale też im tego nie utrudnia. Niezależnie od tego, czy przyjmie się chrześcijański czy oświeceniowy punkt widzenia, kwestia osobistej decyzji powinna być tu kluczowa.

ZMIANA KOŚCIOŁA ZACZYNA SIĘ OD WIERNYCH

Należy jednak dodać, że podobne decyzje nie powinny zapadać w antykościelnej atmosferze, w której Kościół portretowany jest jako jedyna przeszkoda dla rozwoju Polski. Agresja będzie wzmacniała reakcję obronną i generowała wojnę kulturową, w której nie chodzi o dobro wspólne albo różnorodną sferę publiczną, ale o plemienne zwycięstwo: możemy wygrać my albo oni.

Trzeba zauważyć, że istnieje coraz większa grupa katolików, która nie chce szkodliwego zrostu Kościoła z partią rządzącą. Akcje „Odzyskajmy nasz Kościół” pokazały po raz pierwszy w historii III RP, że wierni chcą zabrać głos przeciw katolicko-narodowej retoryce dużej części kościelnych hierarchów, którzy coraz bardziej oddalają się od ewangelicznego przesłania. Rosnąca popularność blogerki Joli Szymańskiej, wypowiadającej się w tym duchu, pokazuje, że wielu katolików myśli podobnie do niej.

Podobnie oceniam wzrost żywotności części katolickich środowisk intelektualnych w ostatnich latach. Mam na myśli głównie „Więź”, która proponuje ciekawą koncepcję „otwartej ortodoksji” i „krytycznej wierności”, by użyć tytułu artykułu i książki Zbigniewa Nosowskiego. Język konfrontacji po stronie liberalnej mógłby doprowadzić do alienacji tego środowiska ze sfery publicznej, co byłoby szkodliwe, bo jest ono jej szlachetnym komponentem.

Nie trzeba dodawać, że to środowiska mające silnego sojusznika w postaci papieża Franciszka, który na każdym kroku podkreśla niezbędność świeckości polityki. Wierzę też, że zwolennicy liberalizmu, dla których wolność jednostki ma znaczenie kluczowe, mają wielu wspólnego z tymi, którzy odwołują się do dziedzictwa takich postaci jak Józef Tischner czy Stanisław Stomma, dla których wolność stanowiła kluczowy warunek wiary.

Kmicic z chesterfieldem

Premier Mateusz Morawiecki przed rozpoczęciem exposé musiał wiedzieć o porannym wyroku TSUE ws. forsowanych przez PiS zmian w sądach. Jednak – co zdumiewające – nie odniósł się do niego ani słowem. Bił za to w opozycję, powtarzając oklepaną narrację o „donoszeniu na swój kraj

„Lepsze państwo to też lepszy wymiar sprawiedliwości. Będziemy kontynuować reformę w tym obszarze” – zapowiedział w exposé 19 listopada 2019 premier Mateusz Morawiecki. To echo wypowiedzi prezesa PiS z początku października. Jeszcze przed wyborami parlamentarnymi Jarosław Kaczyński obiecywał, że jego partia wróci do reformowania sądów „jeżeli społeczeństwo jej zaufa”.

Ale reformy sądownictwa prowadzone przez resort sprawiedliwości pod egidą Zbigniewa Ziobry były wielokrotnie krytykowane przez instytucje Unii Europejskiej jako zagrażające polskiej demokracji i trójpodziałowi władz. Trybunał Sprawiedliwości UE już dwukrotnie uznał elementy ziobrowskiej rewolucji za niezgodne z unijnym prawem.

We wtorek 19 listopada, tuż przed exposé premiera, TSUE wydał kolejny kluczowy wyrok: odniósł się to statusu powołanej…

View original post 9 239 słów więcej

 

Morawiecki, specjalista od obiecanek cacanek, a głupiemu wyborcy radość

Prawo i Sprawiedliwość będąc w opozycji obiecywało, że jak przejmą władzę to wybuduje dużo więcej dróg szybkiego ruchu, a obwodnice będą rosły jak grzyby po deszczu. Gdy politycy obozu rządzącego pojawiają się na otwarciu nowej trasy, to okazuje się po jakimś czasie, że dużą część wybudowała poprzednia koalicja PO-PSL lub są to ruchy czysto pod publiczkę, bo droga de facto jest niedokończona. Liczy się przecięcie wstęgi, kilka zdjęć, wielkie słowa i materiał dla telewizji publicznej już jest gotowy.

Rzeczpospolita sprawdziła jak to wygląda w rzeczywistości i nie jest już tak różowo, jak mogłoby się wydawać – W tym roku znowu będzie mniej szybkich dróg niż zakładano. Zamiast blisko pół tysiąca kilometrów realne staje się włączenie do ruchu niewiele ponad 300.” – pisze dziennik. W ubiegłym roku do ruchu włączono o 120 km mniej niż zakładano, w 2017 było to tylko 50 kilometrów brakującego planu. Dane z 2017 roku pokazują prawdopodobnie jeszcze siłę rozpędu i dobry stan budów jaki pozostawiono kolejnemu rządowi. Z każdym kolejnym rokiem jest coraz gorzej i gołym okiem widać, że rozbudowa dróg zaczyna się ślamazarzyć.

8 lat temu PiS rozpętał burzę, gdy okazało się, że inwestor z Chin schodzi z budowy i nie dokończy autostrady A2. Chińskie konsorcjum wygrało przetarg, bo zaoferowało cenę dwukrotnie niższą niż kosztorys, domagając się potem podniesienia wartości kontraktu. Dzisiaj powiedzenie o karmie, która zawsze wraca w przypadku dróg jest nad wyraz trafne – Największym problemem w realizacji inwestycji jest wzrost kosztów z powodu drożejących materiałów budowlanych i rosnących kosztów pracy. Efektem są straty firm na kontraktach zawartych 2-3 lata temu i coraz częstsze rezygnacje z podpisywania nowych umów, które okazują się nieopłacalne” – konkluduje Rzeczpospolita.

Jarosław Kaczyński poinformował ostatnio, że będzie stworzony fundusz budowy stu obwodnic, a premier Morawiecki to potwierdził. Koalicja Obywatelska odpowiedziała, że najpierw dobrze by było zająć się opóźnieniami, niż snuciem kolejnych planów. Miało być dziesiątki tysięcy mieszkań, których nie widać, teraz obiecywany jest kolejny wielki plac budowy. Nie wiem kto może brać na poważnie tego typu obietnice, gdy rząd nie jest w stanie wywiązać się z założeń jak pokazała Rzeczpospolita.

Obserwując polską scenę polityczną po stronie opozycji zauważalna jest rosnąca z każdym miesiącem frustracja. Politycy nie lubią o tym mówić, gdyż zawsze w walce należy głosić pewność zwycięstwa, ale zarówno w kuluarach jak i w samym elektoracie rośnie poczucie bezsilności. Uczucie to wynika w znacznej mierze z tego, że nie ma dłużej znaczenia, jakie argumenty zostaną wysunięte, czy fakty przytoczone. Premier jak i cały obóz rządzący udowadniają dziś bowiem, że prawda nie ma w polityce znaczenia, jeszcze bardziej niż kiedykolwiek wcześniej w ciągu ostatnich 30 lat. Kiedyś bowiem politycy również manipulowali, ale złapani na gorącym uczynku ponosili bowiem konsekwencje i kajali się przed mediami. Nie było również tak, że publicznie powtarzano stwierdzenia sprzeczne z faktami, które można sprawdzić w 3 sekundy za pomocą Googla. Mateusz Morawiecki już dziś jest pierwszym urzędującym premierem z wyrokiem za kłamstwo, ale polityk nic sobie z tego nie robi i brnie dalej w kolejne oszustwa, wprawiając bezczelnością w szok. Szef rządu w wywiadzie dla “Rzeczpospolitej” odpierał zarzuty o populistyczne i destrukcyjne dla gospodarki podwyższanie płacy minimalnej powołując się na argument w postaci korelacji zamożności krajów i wysokości najniższego wynagrodzenia:

“Nie bez powodu najwyżej rozwinięte dziś państwa Zachodu, Szwecja, Holandia, Niemcy, Dania, mają najwyższe płace minimalne”.

Był to element podważania wiarygodności całego przekazu oponentów:  “Narracja KO kompletnie się nie klei. Mamy w okresie rządów czterech lat PiS najwyższy przyrost średniego wynagrodzenia w porównaniu z poprzednimi kadencjami wszystkich poprzednich rządów. Generalnie całość wzrostu płac jest spójna z tempem podnoszenia płacy minimalnej”.

Problem jednak w tym, że Mateusz Morawiecki powołał się na przykłady krajów, które nie dość, że nie mają wysokiej płacy minimalnej, to na dodatek… nie mają jej w ogóle zapisanej w prawie. Będące wzorem państw dobrobytu Szwecja i Dania nie posiadają tego typu regulacji, a jednak mimo to nie są strefami głodowych wynagrodzeń. Jest wręcz przeciwnie, te dwa kraje są w czołówce państw jeśli chodzi o udział płac w PKB i niewielkie rozwarstwienie dochodów populacji. Wszystko to udało się bez płacy minimalnej. Jednak warunkiem sukcesów opiekuńczych krajów nordyckich było postawienie na wolność gospodarczą. Uchodzące za oazę socjalizmu kraje północy Europy są bowiem równocześnie swoistymi liderami indeksów wolności gospodarczej i innowacyjności gospodarek. Są to zatem kraje kapitalistyczne, które wtórnie użyły zasoby do prowadzenia szerokich programów socjalnych.

W przypadku Niemiec premier także był daleki od prawdy. Ten kraj uchodzi od dawien dawna w narracji PiS za symbol sfinansowania dobrobytu, jednak za Odrą płaca minimalna pojawiła się dopiero w 2015 roku. Nasz zachodni sąsiad nie zawdzięcza zatem swojej pozycji takiemu rozwiązaniu, ale raczej bogactwo pozwoliło Niemcom sfinansować taką politykę.

Tworzenie tak elementarnych fake newsów przez szefa rządu powinno skończyć się w cywilizowanym kraju dymisją, jednak PiS doprowadził do takiej radykalizacji sceny politycznej, że obywatele są już na wszystko znieczuleni. Premier kłamczuszek, szef Najwyższej Izby Kontroli zamieszany w nielegalny sexbizes czy szef KNF grożący szefowi prywatnego banku. Od upadku standardów oczekiwanych od polityków jest jednak tylko krok do upadku samego państwa.

Kmicic z chesterfieldem

Politycy PiS zaatakowali profil społecznościowy – SOK Z BURAKA krytykujący ich rządy. Jest to reakcja na pisowskie afery związane z hejtem w ich obozie.

Rządzący zareagowali na artykuł Sieci w którym czytamy, że zarządzający Sokiem z Buraka pracuje w warszawskim ratuszu.

– Powszechnie uważa się za stronę z memami, żartami związanymi z polityką. Ale do śmiechu jest tam tylko tym, którzy nienawidzą PiS, uwielbiają PO, nie przeszkadza im knajacki język publicznej debaty i nie silą się na weryfikowanie prawdziwości tego, co czytają. Bo Sok z Buraka to mieszanka drwin, manipulacji i kłamstw – opisuje propisowska gazeta.

Patryk Jaki postanowił zawiadomić prokuraturę. – Warszawski ratusz wycofał się z obietnic wyborczych. Nie było pieniędzy na żłobki, czy niepełnosprawnych, ale znalazły się pieniądze dla osoby, która organizuje Sok z Buraka, największe fekalia, ściek, fabrykę fejków w internecie, finansowaną z pieniędzy warszawiaków. To jest coś nieprawdopodobnego. Jutro skieruję…

View original post 1 648 słów więcej

 

Pisowski klozet, szambo

Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad podała, że w ciągu ostatnich dwóch lat w Polsce nie wybudowano ani jednego kilometra autostrady. Równie tragicznie wyglądają statystyki dotyczące dróg krajowych i ekspresowych.

Jako pierwszy o sprawie poinformował internetowy portal Ciekaweliczby.pl. Dane zostały rozpowszechnione przez byłego ministra Janusza Piechocińskiego (PSL), który udostępnił je na swoim Twitterze.

Jak się okazuje, od 2017 r. do czerwca bieżącego roku w naszym kraju nie powstał ani jeden kilometr autostrady. Dla porównania, za czasów rządów koalicji PO-PSL w 2012 r. oddano rekordowe 212 kilometrów autostrad.

Obozowi „dobrej zmiany” mocno się oberwało. Do ataku na niego przystąpiła naprawdę duża liczba użytkowników Twittera. W tym gronie znalazła się m.in. Iza Leszczyna z Platformy Obywatelskiej.

Hej #PiSie, jak nie umiecie budować dróg i autostrad, to spytajcie #PO jak to się robi, bo wybudowaliśmy ponad 2 tys. km autostrad i dróg ekspresowych i 14 tys. 800 km «schetynówek» Za waszych rządów kierowcy stoją w korkach, a place budów są puste #ObwodnicaCzęstochowy” – napisała w swoim poście polityczka opozycji.

Co najśmieszniejsze, brak dróg, mostów i autostrad stanowił główny lejtmotyw kampanii wyborczej PiS w 2018 r. „Pamiętacie, jak nasi poprzednicy mówili: budujmy nie politykę, tylko drogi i mosty. Nie było ani dróg, ani mostów” – mamił wtedy naród Mateusz Morawiecki.

Twierdzenia premiera były fałszywe. W trakcie rządów Platformy wybudowano bowiem prawie 2,5 tysiąca mostów, a tylko w okresie 2007-2013 zbudowano 835 km autostrad, 213 km obwodnic i 955 km dróg ekspresowych.

Zgodnie z zapowiedziami GDDKiA, do końca 2019 roku ukończony ma zostać odcinek S17 pomiędzy Lublinem i Warszawą, odcinek A1 pomiędzy Pyrzowicami a Częstochową, fragment S6 w zachodniopomorskim i ostatni odcinek obwodnicy olsztyńskiej.

Biorąc pod uwagę wcześniejsze problemy związane z budową dróg, można wątpić w zasadność obietnic GDDKiA.

Kmicic z chesterfieldem

„Pani prezes TK Julia Przyłębska jest wybitną postacią świata prawniczego. Absolutnie niezależnie podejmuje swoje decyzje” – tak obwieścił narodowi Mateusz Morawiecki w wywiadzie dla Polsat News. Ta wypowiedź nie mogła przejść bez echa.

Internauci przypominali prawnicze „sukcesy” Przyłębskiej. – „Wybitną…. na jej koncie sędziego ma wybitnie dużo błędów przy wydawaniu orzeczeń, wybitnie dużo uchylanych wyroków i wybitnie wysoką absencję w pracy. Samodzielnych wyroków TK zero”;

„Mgr Przyłębska zdała egzamin sędziowski na ocenę dostateczną. Sędzia wizytator A. Rusek w 2001 wskazała, że w/w często miała uchylane wyroki, bo nie przeprowadziła postępowania dowodowego, nie ustaliła istotnych faktów i pisała błędne uzasadnienia. Zaiste, wybitna postać. Szacun”; – „Przyłębska i wybitna postać świata prawniczego. Nie…nie…nie… te dwa sformułowania się wykluczają”.

Pozostali kpili ze słów Morawieckiego i zarzucali mu mówienie nieprawdy. – „Taaa… a Ryszard Czarnecki jest wybitnym sportowcem!!!”; – „Tak samo można powiedzieć, że pan Morawiecki nigdy nie został przez Sąd uznany kłamcą i…

View original post 2 085 słów więcej

 

Kaczyński truchleje, co powoduje nadzieje u Polaków

Co więcej, większość narodu – jak wszystko na to wskazuje – jest dziś w nastroju lepszym niż rok temu i ma prawo mieć nadzieję, że za rok będzie w jeszcze lepszym. Od 26 stycznia, czyli od pojawienia się ustawy o IPN, PiS jest niemal bez przerwy w defensywie. Obrazu ogromnej buty, bezbrzeżnej arogancji i skrajnej nieudolności władzy żadna konwencja i żadne deklaracje premiera Morawieckiego nie zmienią. Miłość prezesa Kaczyńskiego do szefa rządu zdaje się namiętna i bezwarunkowa, ale jeden zakochany do wygrania wyborów może nie wystarczyć. Gdy rok temu exposé nowego premiera wskazywało na marsz władzy w stronę centrum, wydawało się to poważną koncepcją polityczną. Teraz na żaden zwrot nie ma już realnych szans. Za dużo się stało. Za dużo powiedziano. Za dużo ludzie widzieli. Do realnego zwrotu w stronę centrum ta władza nie ma ani wiarygodności, ani ludzi, ani pomysłów, już abstrahując od tego, że nie ma nawet takiej woli. Pozostają tanie PR-owskie sztuczki, niezbyt wyrafinowane chwyty i jakieś zaklęcia plus makijaż.

Zasoby tej władzy szybko się kurczą. Zasoby strony demokratyczno-obywatelskiej, jak na wybitnie trudne dla niej trzy lata, są zaskakująco duże. I rosną. Opozycja ma cztery wielkie atuty, które przy – to trzeba bardzo mocno podkreślić – rozsądnej i odpowiedzialnej grze mogą jej przynieść zwycięstwo. Mimo prób i pokus przetrwały wolne media. Mimo brutalnego ataku i wieloletniej nagonki przetrwały też wolne sądy. Mimo różnych ciosów i okrajania kompetencji przetrwały samorządy. A przede wszystkim: przetrwało to, co najważniejsze i co zdawało się w którymś momencie gasnąć – NADZIEJA.

Depresja plemnika

Trudno się z nią zgadzać, łatwo umieszczać w memach, niełatwo ignorować. Niemniej wraz z zapowiedzianym przez poseł Krystynę Pawłowicz (już po raz drugi) odejściem z polityki zniknie najbardziej wyrazisty papierek lakmusowy nastrojów obozu władzy. Oto kilka dowodów… 

Krystyna Pawłowicz mówi to czego boją się powiedzieć jej partyjni koledzy

W lipcu ubiegłego roku, gdy PiS po raz pierwszy usiłował sparaliżować Sąd Najwyższy (przypomnijmy skończyło się na protestach ulicznych, wecie Andrzeja Dudy, drugiej ustawie i ostatecznie sprawie przegranej przez rząd przed TSUE) prof. Pawłowicz, prawniczka z wykształcenia, jedną odpowiedzią zdradziła stan napięcia w obozie władzy oraz plany dotyczące mediów, które będzie można wcielić w życie, po tym, jak PiS podporządkuje sobie sądy.

Zapytana przez dziennikarza „Onetu” o zmiany w sądownictwie odpowiedziała tak:

– W pewnych etapach, w pewnym tempie wprowadza się po prostu reformy, a po wakacjach weźmiemy się za was!. – To znaczy, ja tak mówię – dodała szybko, oddalając się…

View original post 3 121 słów więcej

 

Kaczyński zatruwa opinię publiczną, pogłębia izolację Polski

W niedzielę Mateusz Morawiecki gościł w Toruniu. Swoje spotkanie z mieszkańcami zakończył słowami –  „Tu z tego miasta pochodzi jeden z moich ulubionych zespołów rockowych, bo ja pamiętam bardzo dobrze zespół Republika. Pamiętacie ten refren – „republika marzeń”. To my PiS, Zjednoczona Prawica walczymy o rzeczpospolitą naszych marzeń, o to, żeby była to rzeczpospolita dumna jak polska husaria, szczęśliwa jak uśmiech dziecka i zwyciężymy”.

Na odwołanie się do zespołu i jego utworu błyskawicznie zareagował gitarzysta Republiki, Zbigniew Krzywański.  Na Facebooku zamieścił wpis, w którym napisał – „Panie Morawiecki, ciekawa interpretacja twórczości zespołu Republika. I tak cieszę się, że nie oświadczył Pan, że był założycielem naszego zespołu i pisał Pan teksty. Cała twórczość Republiki nie ma nic wspólnego z tym co Pan mówi i robi”.

Jeden z internautów nie przebiera w słowach i pisze, że „Powoływanie się tego oszusta na „Republikę” to już naprawdę wielki nietakt. Ja bym panu Morawieckiemu zadedykował ten fragment z twórczości Grzegorza Ciechowskiego::”Schowali się po różnych mrocznych instytucjach, pożarła ich galopująca prostytucja”.  Inny uważa, że premier „tak zrozumiał twórczość Republiki, jak Duda twórczość Maanamu”a według kolejnego, lista tematów „które może poruszać premier się kurczy. bo odwołania wywołują tylko wściekłość i protest. problem polega na tym, że to nie jest kwestia wymiany premiera i to nic nie załatwi. w perspektywie zwiastuje to srogie cięgi. nie warto było dzielić ludzi na lepszy i gorszy sort”.

Konferencja Ambasadorów jednoznacznie potępiła sławetne słowa prezesa PiS dotyczące sędziów. Jarosław Kaczyński na konwencji partii w Olsztynie oświadczył, że część sędziów cechuje nienawiść do własnej ojczyzny, czyli właśnie ojkofobia. Mówił zwłaszcza o tych, którzy spory o ziemię na Warmii i Mazurach rozstrzygali na korzyść dawnych właścicieli, czyli Polaków, którzy – bardziej lub mniej dobrowolnie, co było częstsze – wyemigrowali do Niemiec i zrzekli się polskiego obywatelstwa.

  • Konferencja Ambasadorów to zgromadzenie byłych przedstawicieli RP, którego celem jest analiza polityki zagranicznej i wskazywanie pojawiających się zagrożeń dla Polski
  • Wśród członków Konferencji są m.in: Piotr Nowina-Konopka – były ambasador RP przy Stolicy Apostolskiej, Jan Barcz – który reprezentował Polskę w Austrii, Marek Grela – były ambasador RP przy Unii Europejskiej czy Jerzy Maria Nowak, który reprezentował Polskę w Hiszpanii, Andorze i NATO
  • Zdaniem tychże ekspertów, słowa prezesa PiS to „zatruwanie opinii publicznej”

„O tym, kto jest Polakiem decydować ma partia obecnie rządząca”

Wskazują, że najwyraźniej, zdaniem prezesa PiS, o tym, kto jest, a kto nie jest Polakiem, decydować ma partia obecnie rządząca. I także prawo ma zyskać nowy wymiar – wymiar narodowy.

„W państwie praworządnym, jakim do niedawna była Polska, nikt nie wpadłyby na pomysł, aby Polaków – którzy wyemigrowali do Zjednoczonego Królestwa – nazywać Anglikami, Szkotami czy Irlandczykami oraz konfiskować ich pozostawione w Polsce mieszkania, domy i gospodarstwa” – przekonują byli ambasadorzy.

Zaznaczają też, że w państwach demokratycznych systemy prawne opierają się na zasadzie niezależności sądów i niezawisłości sędziowskiej oraz równości wobec prawa wszystkich bez wyjątku: bez względu na narodowość, obywatelstwo, rasę, płeć, przekonania polityczne, wyznawaną religię, wykonywany zawód i stan majątkowy.

Tymczasem – wnioskując ze słów prezesa PiS – ten chciałby, zdaniem byłych ambasadorów, w każdym z toczących się w Polsce procesów preferować tych, którzy są Polakami.

„Prezes Kaczyński, wprowadzając kategorię narodowości, jako kryterium, którym przede wszystkim mają się kierować polscy sędziowie, powinien przy tym zakładać, że proponowany przez niego model może zostać doceniony i upowszechniony na zasadzie wzajemności wobec Polaków przebywających zagranicą” – ostrzegają byli ambasadorzy. „Sędziowie obcych państw będą wydawać wyroki na korzyść swoich rodaków” – zaznaczają.

„Pogłębia izolację Polski”

Jak dodają, dla milionów Polaków mieszkających za granicą, setek tysięcy polskich turystów odwiedzających corocznie atrakcyjne miejsca na całym świecie, ale także polskich biznesmenów prowadzących działalność poza Polską ta „instrukcja” Jarosława Kaczyńskiego byłaby wówczas fatalną wiadomością.

„Pomysł zastąpienia zasady równości wobec prawa kategorią obrony interesów członków własnego narodu mógłby ich w przyszłości – jeśli staną przed zagranicznym sądem – pozbawić prawa do uczciwego procesu i sprawiedliwego wyroku” – zaznaczają.

W ich ocenie wypowiedź prezesa PiS dla Polski w UE może mieć dalekosiężne konsekwencje.

„Pogłębia izolację Polski w społeczności demokratycznych państw, szkodzi pozycji i wizerunkowi Polski na arenie międzynarodowej” – kwitują byli przedstawiciele RP.

Słowa o ojkofobii sędziów poruszyły tak środowisko sędziowskie, jak byłych przedstawicieli Polski za granicą. Byli ambasadorzy w przyjętym wczoraj stanowisku podkreślają, że podejście, jakie zaprezentował Jarosław Kaczyński „nie ma nic wspólnego z praworządnością i jest obraźliwe dla sędziów”. Do tego, jak podkreślili ambasadorzy, słowa prezesa PiS są obraźliwe także dla polskiej, rodzimej ludności rodzimej Ziem Zachodnich i Północnych. To oni w okresie PRL poddani byli presji migracyjnej, bezprawnie pozbawiani obywatelstwa polskiego i pozostawianych w kraju nieruchomości.

„Jarosław Kaczyński zatruwa polską opinię publiczną ojkofobią oraz pogłębia izolację Polski w społeczności państw demokratycznych” – podkreślają byli przedstawiciele RP. Jak dodają, Jarosław Kaczyński „proponuje nowy, nieznany w państwach demokratycznych model wymiaru sprawiedliwości: polscy sędziowie, bez względu na obowiązujące prawo powinni zawsze orzekać na korzyść Polaków” – piszą.

Holtei

Prof. Wojciech Sadurski opowiada się za delegalizacją PiS po przegranych wyborach przez obecnie rządzących.

Platforma Obywatelska złożyła do prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa w związku z agitacją wyborczą Mariusza Błaszczaka podczas koncertu w Legionowie. – „Podczas imprezy finansowanej ze środków unijnych z programu operacyjnego dotyczącego rybołówstwa, podczas imprezy firmowanej przez Ministerstwo Obrony Narodowej i Wojsko Polskie, imprezy, która była również współorganizowana przez Żandarmerię Wojskową, doszło do ewidentnej manipulacji, doszło do prowadzenia kampanii wyborczej przez ministra Mariusza Błaszczaka. Mamy do czynienia ze zwykłem wiecem wyborczym partii PiS i prezentacją kandydata PiS-u na prezydenta miasta. To jest niebywały skandal” – powiedział rzecznik PO Jan Grabiec.

Jako dowód zaprezentowano fragment wypowiedzi Błaszczaka z koncertu. – „Chciałbym podkreślić, że już niedługo, bo już za niecały miesiąc będą wybory samorządowe, więc zapraszam państwa do tego, żeby wziąć udział w wyborach, żeby głosować. Chciałem też zarekomendować państwu świetnego kandydata na urząd prezydenta miasta Legionowa…

View original post 1 456 słów więcej

Kaczyński, PiS i Kościół. Napędzają strachem Polaków

Nasi posłowie będą mieli jedne z najniższych pensji wśród parlamentarzystów z krajów UE. Ale byli politycy zarabiają miliony. Firma związana z Adamem Hofmanem, byłym rzecznikiem PiS, tylko w ciągu roku zarobiła gigantyczną kwotę – ustalił „Newsweek”.

– Grozi nam to, co było na Ukrainie, że wszyscy posłowie będą społeczni, nie będą pobierać wynagrodzenia z Sejmu. Zarobię 15 tysięcy złotych w firmie farmaceutycznej i będę lobbystą. A mój kolega pójdzie do firmy drogowej i będzie składał w Sejmie poprawki firm drogowych. Chyba, że CBA wszystkich pozamyka. I funkcjonariusze CBA będą zarabiać po 20 tysięcy złotych, żeby łapać posłów zarabiających po 5 tysięcy – mówi z goryczą jeden z bardziej znanych posłów opozycji. Nazwiska nie poda, żeby nie narazić się wyborcom, bo według sondaży większość Polaków popiera obniżkę wynagrodzeń parlamentarzystów.

Posłowie, którzy do tej pory dostawali 10 020,08 zł brutto, zarobią brutto 7913,84 zł, co daje 5,5 tys. złotych na rękę. Oprócz tego poseł będzie miał co miesiąc 2505,20 zł diety.

– Osiem tysięcy może się wydać komuś dużą kwotą, ale ja mam dwa tysiące raty kredytu na mieszkanie, niepracującą żonę i dwoje dorastających dzieci. Żyjemy na dwa domy. Muszę się ubrać, coś zjeść w Warszawie, a nie jestem gościem, któremu wystarczy puszka browaru i popcorn wieczorem. Najtańszy garnitur kosztuje 1,3 tys. złotych. Poseł potrzebuje 4-5 garniturów, poczytać książki, żeby się rozwijać. Od kilku lat nie jeżdżę na wakacje, bo mnie na to nie stać – opowiada poseł opozycji.

Jeszcze przed obniżką wynagrodzeń posłowie kombinowali, jak dorobić do pensji. Rzecznik PiS Adam Hofman wyleciał z partii, gdy wyszło na jaw, że wziął z Sejmu tzw. kilometrówkę za jazdę samochodem, a poleciał do Madrytu tanią linią lotniczą. Hofman, pytany o obniżkę zarobków parlamentarzystów, powiedział, że „murarze za tyle na budowę nie przyjdą”. Odkąd odszedł z polityki, wspólnie z kolegami prowadzi firmę PR-ową R4S. Jego wspólnikami są były rzecznik Komendy Głównej Policji Mariusz Sokołowski i eksasystent Jarosława Kaczyńskiego Michał Wiórkiewicz.

– Mogę odpowiedzieć po polsku, że jest bardzo trudno, albo po amerykańsku, że jest doskonale, firma się rozwija, wzięliśmy nowego prezesa Sławka Jastrzębowskiego, byłego naczelnego „Super Expressu”, żeby pozyskiwać nowych klientów – opowiada mi Hofman, pytany, jak mu idzie w biznesie. Nie chce powiedzieć, ile zarabia, ale zastrzega, że do polityki na razie nie wraca. Nie ma się co dziwić. Z dokumentów w Krajowym Rejestrze Sądowym wynika, że tylko w pierwszym roku działalności spółka R4S miała 3,6 miliona złotych zysku. Przychody netto ze sprzedaży usług wyniosły w tym czasie 6,2 miliona zł. Listę klientów Hofman trzyma w ścisłej tajemnicy. Nie chce powiedzieć, czy wśród nich są spółki skarbu państwa. Informacji o tym, z kim firma współpracuje, nie ma także w raporcie rocznym w sądzie.

Tylko w pierwszym roku działalności spółka R4S miała 3,6 miliona złotych zysku. Przychody netto ze sprzedaży usług wyniosły w tym czasie 6,2 miliona zł

Były wicepremier i lider LPR Roman Giertych po odejściu z polityki został wziętym adwokatem. Nie ukrywa, że stał się bardzo zamożnym człowiekiem.

Przez te dziesięć lat zapłaciłem wiele milionów podatków – przyznaje.

Tablice z dekalogiem na szkołach. To bardziej żydowskie niż polskie
O powieszenie tablic na szkołach poprosił wójt Tuszowa Narodowego. I choć pewnie nie to miał na myśli, wyszedł na wielkiego Żyda.

Od gminy noszącej dumne miano Tuszów Narodowy należy wymagać więcej. Tak też zapewne pomyślał sobie jej wójt Andrzej Głaz z PiS, gdy poprosił o umieszczenie u wejścia do każdej z pięciu podległych mu szkół marmurowych tablic z dekalogiem. A właściwie z jego nieco przekręconą wersją, bo w miejsce przykazania trzeciego, mówiącego o obowiązku przestrzegania szabatu, czyli soboty, zapisano katechetyczne „Pamiętaj, abyś dzień święty święcił”.

Odwzorowanie tablic z dekalogiem bardziej powszechne u Żydów

Poza tą, zapewne związaną z katolickim wyznaniem wójta, ingerencją cenzorską w tekst hebrajski, wymowa całego artefaktu jest bardzo żydowska. W świecie katolickim nie często odwzorowuje się tablice mojżeszowe (choć czasami zdarza się to – zwłaszcza na malowidłach o treści biblijnej), za to pośród Żydów jest to nader powszechne. Wizerunek kamiennych tablic z przykazaniami religii mojżeszowej jest jednym z najbardziej typowych znaków żydowskiej tożsamości miejsc ozdobionych w ten sposób oraz ludzi, którzy w tych miejscach przebywają. Być może właśnie dlatego duchowni katoliccy obchodzą się z tym symbolem dość ostrożnie.

W rezultacie szkoła z tablicami mojżeszowymi wygląda bardziej po izraelsku niż po polsku. Pan wójt wyszedł na wielkiego Żyda – i choć zapewne nie to miał na myśli, w dobie szalejącego antysemityzmu trzeba by mu tę niezręczność zapisać na plus. Chciał pewnie po katolicku, a wszyło bardziej po żydowsku. Cóż, starsi bracia w wierze zostawili w spadku Panu Andrzejowi również swoje kamienne tablice i swoje religijne przykazania…

Co z tych przykazań zrozumieją dzieci

Dekalog jest jednym z najstarszych zabytków świadczących o próbach kodyfikacji elementarnych dla danej społeczności norm etycznych, prawnych i religijnych. Jest to tekst bardzo archaiczny i bardzo silnie związany z kontekstem religijnym i kulturowym starożytnego Izraela. Napomnienie, byśmy „nie mieli bogów cudzych” odnosi się do Jahwe i z pewnością z puntu widzenia autorów i adresatów dekalogu oddawanie boskiej czci jakiemukolwiek człowiekowi wyczerpuje znamiona oddawania czci cudzym bogom, czyli idolatrii.

Niemniej jednak kilka innych przykazań ma charakter uniwersalny. Tak jest z zakazem mordowania (w oryginale jest mowa o mordowaniu, a nie zabijaniu – tu znowu przeinaczono sens tekstu hebrajskiego), kradzieży i krzywoprzysięstwa. I chociaż tuszowska dziatwa z pewnością nie weźmie sobie do serca sprawy wierności Jahwe, to może poczuć się mniej skora do mordowania, widząc tak piękną dekorację swojej szkoły.

Nie wiem za to, co sobie dzieci pomyślą, czytając codziennie, by nie cudzołożyły i nie pożądały żony swoich bliźnich. Ja rozumiem że dziesięcioletnim, a już zwłaszcza piętnastoletnim chłopcom może się coś takiego przydarzyć i lepiej te grzeszne myśli o mamach kolegów od razu zdusić w zarodku, zanim przeistoczą się w arcygrzech cudzołóstwa, niemniej jednak niepokoją mnie odczucia dziewczynek, którym zapewne bardzo rzadko zdarza się pożądać czyichkolwiek żon, a za to brak wzmianki o pożądaniu mężów mógłby zostać przez nie zinterpretowany jako przyzwolenie. Czy Pan Wójt Głaz byłby skłonny przystać na taki efekt wychowawczy dekalogu u bram narodowej, polskiej szkoły? Jeśli nie, to powinien dodać jakiś przypis, na przykład „męża bliźniego swego też nie wolno pożądać”. Kolejne przypisy mogłyby dotyczyć pożądania mężczyzn i kobiet niezamężnych oraz zasad, którymi powinno się kierować niesforne pożądanie osób nieheteronormatywnych.

Warto by było również wyjaśnić słowo „cudzołożyć”. Większość dzieci go bowiem nie zna. Na użytek szkół podstawowych uciekłbym się do definicji cudzołóstwa jako spania w cudzym łóżku, natomiast młodzieży licealnej podpowiedziałbym znakomity przepis na przestrzeganie VI przykazania: „Gdy do swego łoża cudzą żonę złożę, to nie cudzołożę”.

Wójt nadużył władzy

Żarty żartami, lecz sprawa jest dość poważna i niełatwo ją ocenić z prawnego i etycznego punktu widzenia. Na pierwszy rzut oka wójt dokonał zamachu na świeckość państwa, którą gwarantuje artykuł 25 konstytucji mówiący o jego religijnej neutralności. Zapewne wójt Głaz nie ma poważania dla tych wartości, na co wskazują jego wypowiedzi tłumaczące motywy, jakimi się kierował. W jego przekonaniu dekalog ma być zaporą na plagi Zachodu, takie jak aborcja, eutanazja i związki homoseksualne. A także (rzekome) ograniczanie prawa katolików w zestawieniu z prawami muzułmanów.

Wójt użył więc swej władzy dla prowadzenia swego rodzaju polemiki kulturowej z religią w tle. I skoro tak, to rzecz jasna władzy nadużył. Nie rozstrzyga to jednak kwestii legalności wywieszania w budynkach szkolnych wizerunku tablic z dziesięciorgiem przykazań. Z pewnością nie jest legalne wywieszanie symboli religijnych (w praktyce – krzyża) w budynkach administracji państwowej i innych miejscach publicznych znajdujących się pod bezpośrednim nadzorem państwa i służących wprost wypełnianiu przez państwo swych funkcji. Krzyże w Sejmie, w kancelarii prezydenta, na policji itp. bezpośrednio obrażają konstytucję. Jeśli eksponowanie symboli religijnych nie jest naruszeniem zasady neutralności religijnej państwa, to w takim razie co nim jest?

Co razi bardziej: krzyż czy dekalog?

A jednak szkoła to nie do końca element państwa. Szkoły prowadzone przez samorządy należą do równoległej w stosunku do państwa struktury publicznej, jaką jest właśnie samorząd terytorialny. A ten, choć nadzorowany przez państwo, cieszy się pewną od niego niezależnością. Wspólnoty lokalne mają prawo kultywować swoje obyczaje i zaznaczać swoją tożsamość kulturową – nie wyłączając tej religijnej. Dlatego krzyż w szkole – choć nie świadczy o wysokiej kulturze demokratycznej szkolnej wspólnoty i władz lokalnych – to jednak da się jakoś obronić w świetle takich wartości, jak wolność religijna i kolektywna wolność wspólnoty mieszkańców (czyli gminy) do manifestowania swojej tożsamości. Krzyż w szkole razi, i to bardzo, lecz być może powinien być tolerowany. My, ludzie myślący w sposób demokratyczny i obywatelski, powinniśmy być bardziej tolerancyjni, niż ci, których nie uważamy za demokratów przywiązanych do idei wolności, równości i rządów prawa. Inaczej, jak mamy ich przekonać?

Jeśli krzyż razi, to dekalog razi znacznie mniej – zwłaszcza zobrazowany w formie mojżeszowych tablic. Przede wszystkim dlatego, że symbolika tablic bardzo silnie skojarzona jest akurat z religią mniejszości, to jest z judaizmem. Jakkolwiek nie taki był zamysł Pana Wójta, to jednak wymowa symbolu jest silniejszym faktem społecznym, niż osobista ignorancja jakiegoś urzędnika.

Eksponowanie symboli mniejszościowych nie zapowiada żadnego rodzaju dyskryminacji i jest mniej niebezpieczne niż eksponowanie symboli tożsamości dominującej grupy wyznaniowej. Ponadto dekalog nie jest zabytkiem czysto religijnym, lecz również, jeśli nie przede wszystkim stanowi cytat z ważnego tekstu kultury, jakim jest Tora. Gdyby u bram szkoły znalazł się cytat z Homera albo z Poematu o Gilgameszu, to pewnie byśmy się zdziwili, lecz nie oburzyli. Nie ma jednak powodu, by Torę traktować inaczej. Jeśli więc wójt zgrzeszył, to raczej pozwalając na kopiowanie zniekształcającego (celowo) tłumaczenia hebrajskiego oryginału Biblii, niż tym, że sławi Torę. Za to ostatnie Haszem być może nawet nagrodzi dzielnego Pana Głaza pośmiertnym nawróceniem na religię, do której niejaką aluzję czyni pierwsze przykazanie.

>>>

Jarosław Kaczyński od chwili śmierci brata pielęgnował mitologię męczeństwa i nacjonalizmu wokół katastrofy smoleńskiej, wykorzystując tragedię do kształtowania polskiej tożsamości – pisze dziennikarz „New York Times” Marc Santora. Jego artykuł „Szokująca śmierć prezydenta. Podejrzliwy bliźniak kształtuje naród” dostępny już w sieci pojawi się w dzisiejszym papierowym wydaniu gazety.

Tekst jest próbą ustalenia odpowiedzi na pytanie, w jakim stopniu sposób postrzegania katastrofy smoleńskiej przez Jarosława Kaczyńskiego wpływa na polską politykę.

Santora przytacza jedną z krytycznych ocen działań prezesa PiS, który ma „używać Smoleńska jako pretekstu do aresztowania politycznych wrogów przed wyborami w 2020 roku”. „Inni zastanawiają się, czy po prostu chwyta go udręka, zemsta i paranoja i wlecze swój kraj wraz z nimi. A może jest to jedno i drugie”- pyta dziennikarz.

W dalszej części tekstu przypomina, że do prokuratury ws. katastrofy smoleńskiej wzywano już na przesłuchania Bronisława Komorowskiego i Donalda Tuska, który „jest powszechnie uważany za głównego rywala partii Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich w Polsce w 2020 roku”.

Zdaniem Marca Santory Prawo i Sprawiedliwość przez lata wskazywało na szereg możliwych przyczyn katastrofy smoleńskiej, które sprowadzają się do dwóch nieudowodnionych oskarżeń: udziału Rosjan i niewystarczającego śledztwa polskich władz, ukrywających swoje zaniedbania. Taka retoryka ma według autora artykułu budować przekonanie, że katastrofa nie była przypadkowa, a Polska wciąż stoi w obliczu zagrożenia ze strony Rosji.

Według dziennikarza „NYT” przed 8. rocznicą katastrofy „urzędnicy obiecali, że przedstawią nowe dowody, które ujawnią prawdę”. „Rocznica nadeszła i minęła bez podawania nowych szczegółów. Wierni pozostali jednak niezłomni” – twierdzi.

Santora nawiązuje też do wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego z lipca 2017 r., kiedy prezes PiS z mównicy sejmowej powiedział: „Wiem, że boicie się prawdy, ale nie wycierajcie swoich mord zdradzieckich nazwiskiem mojego świętej pamięci brata, niszczyliście go, zamordowaliście go, jesteście kanaliami”.

„Był to rzadki publiczny wybuch ze strony człowieka, który najwyraźniej woli rządzić zza kulis. Zajmuje miejsce w parlamencie, ale nie jest ani premierem, ani prezydentem. Nie używa poczty e-mail ani nie ma własnego telefonu komórkowego lub portfela. Rzadko organizuje coś przypominającego konferencję prasową, większość jego wiadomości jest filtrowana przez współpracowników” – uważa autor.

„Za teoriami spiskowymi kryje się głęboko zakorzenione przekonanie pana Kaczyńskiego, że kiedy Polska po raz pierwszy wyłoniła się z rządów komunistycznych, tworząc III Rzeczpospolitą, nie wyparła się tych, którzy pomogli komunistom utrzymać władzę. Ci ludzie, jego zdaniem, nadal infekują system” -pisze w późniejszej części Marc Santora. W tym miejscu podnosi inną z hipotez, która mówi o tym, że Jarosław Kaczyński „próbuje wykorzystać katastrofę smoleńską, by zmienić pamięć historyczną”. Celem ma być przekonanie opinii publicznej, że to Lech Kaczyński – a nie Lech Wałęsa – był prawdziwym przywódcą Solidarności.

Dziennikarz twierdzi, że pobyt prezesa PiS w szpitalu „podniósł pytania o kierunek, w jakim zmierza jego partia i kraj, kiedy odejdzie”. Artykuł podsumowuje stwierdzeniem, że „Polska będąca niegdyś filarem i wzorem w obronie demokracji” przez różne poglądy na temat katastrofy smoleńskiej stała się podzielona.

>>>

Po prostu żyć nie umierać. Taki np. kandydat Prawa i Sprawiedliwości na stanowisko prezydenta miasta Piły, poseł Marcin Porzucek pojechał w podróż służbową jako reprezentant polskiego Parlamentu, ni mniej ni więcej, jak tylko na… Mszę Świętą Matki Bożej Szkaplerznej, którą odprawiono w Berdyczowie na Ukrainie. Podatnicy zapłacili za ten wojaż 1,1 tys. zł. Niby nie tak znowu dużo, ale licząc grosz do grosza…

Mało znana posłanka PiS Anna Paluch w ramach reprezentowania Parlamentu poleciała do Stanów Zjednoczonych, wzięła udział m.in. w otwarciu ulicy im. Jadwigi Kaczyńskiej. Za dziewięciodniowy pobyt w Chicago podatnicy zapłacili 18,1 tys. zł.

Dużo więcej wyłożyliśmy na pasje do dalekich podróży posła Marka Suskiego z PiS, który już dwukrotnie odwiedził Chiny. Poleciał tam, by wziąć udział w „wydarzeniach towarzyszących ogłoszeniu międzynarodowego Turnieju Pianistycznego”. Spotkał się także z chińskimi mediami i lokalnymi przedstawicielami wydziału kultury Pekinu. Dwa wyjazdy kosztowały łącznie 33,5 tys. zł.

Nie byle jaka gratka trafiła się Posłom Jerzemu Maternie i Kazimierzowi Matusznemu z PiS, którzy jakby nie było za frico zwiedzali Australię w ramach wyjazdu na „8. Dzień Parlamentarny organizowany w ramach Międzynarodowego Kongresu Astronautycznego IAC”.

Jak wynika z zestawienia udostępnionego Wirtualnej Polsce przez Kancelarię Sejmu, w ciągu półtora roku podróże zagraniczne posłów kosztowały ok. 4,1 mln zł.

Nie jest to śmierć demokracji, ale jest to zupełnie nowy ustrój. Ja nazwałem go  demokraturą: jeszcze nie dyktatura, ale już nie demokracja – mówi nam były marszałek Sejmu, senator niezależny Marek Borowski. Pytamy też, co się dzieje z parlamentem. – Od momentu przejęcia władzy przez PiS to jest wygaszanie go jako najważniejszego elementu systemu demokratycznego – mówi. Zdaniem Marka Borowskiego później zostanie nam już tylko „kłapanie dziobem”, bo na wprowadzenie zapowiadanego przez PiS pakietu demokratycznego opozycja nie ma co liczyć. I dodaje: – Cały sukces PiS-u polega na tym, że jest zjednoczony, a opozycja nie

JUSTYNA KOĆ: Opozycja mówi, że złamanie zasady rotacji przy informacji bieżącej to ostateczne pogrzebanie parlamentaryzmu w Polsce. Za mocne słowa?

MAREK BOROWSKI: Z mocnymi słowami zawsze trzeba uważać, bo jest ryzyko, że PiS i pan Kuchciński mogą posunąć się jeszcze dalej, a po śmierci już nic nie ma. Niemniej trzeba powiedzieć, że to, co się dzieje z parlamentem od momentu przejęcia przez PiS władzy, to jest wygaszanie go jako najważniejszego elementu systemu demokratycznego.

Wygaszanie to też mocne słowo, tym bardziej, że niewiele już zostało: Trybunał Konstytucyjny, sądy, za chwilę Sąd Najwyższy w rękach PiS-u. Co nam wtedy zostanie?

Zostanie tzw. kłapanie dziobem. Na razie jeszcze istnieją media niezależne, niepisowskie, i można się wypowiedzieć, skrytykować, ujawnić pewne fakty. Dlatego jeszcze nie jest to śmierć demokracji, ale jest to zupełnie nowy ustrój. Ja go kiedyś nazwałem, przewidując takie działanie PiS-u, jeszcze przed wyborami, po artykule, który charakteryzował zamiary PiS-u w stosunku do konstytucji, co wywiesił na swojej stronie internetowej.

Wówczas nazwałem to demokraturą: jeszcze nie dyktatura, ale już nie demokracja.

Czym jest informacja bieżąca i dlaczego jest istotna? Dlaczego opozycja zareagowała tak mocno na tę sytuację?

Dlatego, że to już jedna z niewielu możliwości poruszania w Sejmie tematów, które są dla rządzących niewygodne. Jeśli chodzi o inne możliwości, to one już zostały praktycznie zniwelowane do zera. Wypowiedzi w debatach są ograniczane do 5 minut, każde przekroczenie czasu czy próba protestu jest karana, przyjmowane są nowe ustawy, które pozwalają karać posłów, powiedzmy sobie szczerze – tylko opozycji. Posłów swoich marszałek nie sankcjonuje. Zawsze było tak, że ważne debaty na istotne tematy były bronią w ręku opozycji i oczywiście to nie znaczy, że to musiało się kończyć niekorzystnie dla rządu. Jeżeli rząd miał argumenty i wykorzystywał taką debatę do ich przedstawienia, to często kończyło się to remisem, a nawet sukcesem rządu. Trzeba mieć odwagę i trzeba być uczciwym w swoim postępowaniu. Wtedy nie ma się co bać takich debat. Tymczasem w tej sprawie chodziło o kwestie konfliktu z UE i przedstawienia przez premiera Morawieckiego sytuacji działań, które Polska podejmuje. Ten temat okazał się niewygodny dla PiS-u. Obawiali się, że ich publiczna argumentacja będzie działała na ich niekorzyść.

To kneblowanie opozycji?

Było to złamanie zasady, że jednak co pewien czas to opozycja wyznacza temat debaty i zadawania pytań. Jarosław Kaczyński w kampanii wyborczej obiecywał tzw. pakiet demokratyczny, który PiS wprowadzi, gdy tylko dojdzie do władzy. Obiecywał, że skończy się nieudzielanie głosu opozycji, opozycja będzie mogła wrzucać swoje tematy, skończy się to, że premier będzie miał zawsze ostatnie słowo i będzie pouczał i szkalował opozycję oraz wypowiadał się, kiedy tylko chce.

Nie dość, że się nic takiego nie stało, to jeszcze zaciśnięto pętlę. Marszałek Terlecki wyjaśnił zresztą, dlaczego, szczerze do bólu, oczywiście w sposób kompromitujący to ugrupowanie, że dla „totalnej opozycji” nie może być mowy o żadnym pakiecie demokratycznym. Jak mówią warszawiacy, to wszystko był „pic na wodę, fotomontaż”.

Przykro o tym mówić, bo przez te wszystkie lata jakiś obyczaj się wytworzył. Były oczywiście próby wywracania opozycji argumentów, czasami ograniczania jej możliwości, ale to były drobne próby, jednak podstawowe reguły istniały. Pamiętam, jak sam wprowadziłem godzinę pytań, gdzie opozycja miała możliwość zadania takiej samem liczby pytań jak koalicja rządząca. Premier czy minister musiał się stawiać i tłumaczyć, tematy były proponowane na zmianę przez kluby i to jakoś funkcjonowało. Dziś okazuje się, że PiS się boi konfrontacji z opozycją.

Opozycja zapowiada, że będzie na każdym posiedzeniu składać wniosek o wotum nieufności, bo to jedyny sposób na zabranie przez nich głosu i debatę. To dobry pomysł?

Nawet tu PiS złamał zasadę – przy wniosku o odwołanie pani Szydło i pani Rafalskiej – ponieważ pierwszy zabrał głos premier.

To jest niezgodne z obyczajem, bo pierwszy zabiera głos wnioskodawca, który uzasadnia wniosek.

Premier występuje po wszystkich głosach i jeśli chce, to broni swoich ministrów. Tutaj premier wystąpił pierwszy i to spowodowało także reakcję opozycji, docinki, wypowiedzi. Potem polemikę z panem premierem, który mniej bronił dwóch pań, a bardziej atakował opozycję. To jego wystąpienie spowodowało, że debata stała się dużo mniej merytoryczna.

Prof. Jadwiga Staniszkis powiedziała mi, że takie zachowanie opozycji PiS będzie tłumaczył „anarchizacją totalnej opozycji”. To może jej zaszkodzić?

PiS może sobie mówić, ale opozycja powinna informować na wszelkie sposoby opinię publiczną, że to jedyny sposób, aby odbyła się debata. Oczywiście, że też nie można tego nadużywać – jeśli już zgłaszać wnioski, to uzasadnione, chociaż trudno im nie będzie, bo są ministrowie gorsi i tylko źli.

Z nieoficjalnych informacji wynika, że nie będzie kolejnych ustępstw w stronę Brukseli w sprawie ustaw sądowych, przynajmniej do momentu, kiedy prof. Małgorzata Gersdorf pozostanie na stanowisku. To niebezpieczne dla naszej obecności w UE?

Bardzo niebezpieczne.

Nawet jeśli Komisja Europejska jest wyraźnie zmęczona Polską, na co zresztą gra PiS, nawet jeśli ona skieruje wniosek do Trybunału Sprawiedliwości UE, to czasu jest za mało, aby Trybunał wydał orzeczenie przed 3 lipca. Myślę, że najpierw zostaną dokonane czystki w Sądzie Najwyższym, a potem będzie ewentualnie wyrok Trybunału. To będzie oznaczało stały konflikt między Polską a UE.

Oczywiście PiS będzie uważał, że nic się nie stanie, tymczasem efekty już są. Polska jest osamotniona, kiedy walczy dziś o swoje interesy, oczywiście czasem u boku może mieć Węgry, i tyle. Będziemy tracić w różnych sytuacjach, nie do końca nawet zdając sobie sprawę, że to z tego powodu.

Skoro wszystkie frakcje w Parlamencie Europejskim, poza oczywiście frakcją PiS-u, kierują wezwanie do Junckera, żeby KE skierowała sprawę polski do TSUE, to znaczy, że wszyscy mają już wyrobiony pogląd na to, co PiS wyrabia w Polsce.

Zupełnie inny pogląd mają Polacy, przynajmniej w sondażu CBOS. Wynika z niego, że PiS ma 47 proc., a PO 17 proc.

Proszę pani, CBOS jest tą sondażownią, która zawsze daje dobre wyniki rządzącym, ktokolwiek to jest. Związane to jest z metodologią. Ankieter przychodzi do domu odpytywanego, siada przed nim i pyta, na kogo by głosował. Polacy, którzy generalnie nie mają do nikogo zaufania, najmniejsze mają zaufanie do tych, którzy ich pytają o poglądy polityczne. Zatem, po pierwsze, jest zawyżona frekwencja, bo lepiej nie przyznawać się, że się nie pójdzie na wybory, a po drugie – trzeba być odważnym, żeby powiedzieć, że odda się głos na opozycję. Są inne badania, z IBRiS czy Kantar Millward Brown, które pokazują inne wyniki.

Oczywiście PiS prowadzi, ale zjednoczona opozycja ma więcej niż PiS. Nie mówmy teraz o wyniku wyborczym, w sondażach większość aktywnych Polaków wypowiada się przeciwko PiS-owi niż za. Cały sukces PiS-u polega na tym, że jest zjednoczony, a opozycja nie.

O ile PO z Nowoczesną tworzą koalicję, o tyle lewica rzeczywiście wydaje się bardzo rozdrobniona. Czy na wybory parlamentarne uda się zbudować koalicję po lewej stronie sceny politycznej?

Nie wiem, na dzisiaj powiem pani, że nie sądzę, jak znam to środowisko. Co prawda wyniki wyborów samorządowych mogą to zmienić.

Panie marszałku, zmieniając temat: ruszył mundial w Rosji, polska drużyna swój pierwszy mecz rozegra dopiero we wtorek. Jak daleko zajdą biało-czerwoni?

Ja nie jestem typowym kibicem, który mówi, że dojdziemy co najmniej do finału (śmiech). Trochę studzę te hurraoptymistyczne zapowiedzi, bo potem może być rozczarowanie. Oczywiście uważam, że mamy duże szanse, by wyjść z grupy. Jednak te ostatnie mecze Polaków przed mundialem niestety były nierówne, a Senegal jest bardzo dobrą drużyną. W meczu z Chile, który zakończył się 2-2, widać było, że obrona grała fatalnie. W pierwszym meczu z Senegalem bez Glika mam spore obawy o obronę, a pierwszy przegrany mecz mógłby fatalnie wpłynąć na psychikę naszej drużyny. Remis z Senegalem będzie dobrym wynikiem.

>>>

Demokratura Kaczyńskiego, który załatwia swoje kompleksy; taki jego freudyzm

Jarosławowi Kaczyńskiemu i jego PiS łatwiej jest zaprowadzić ustrój demokratury bez Trybunału Konstytucyjnego, bądź z takim, który będzie posłuszny.

Dlatego odchodzi taka brutalna gra – wbrew konstytucji. PiS nie zmianiając konstytucji wprowadza swoje prawo niekonstytucyjne, to jest właśnie demokratura. Mówi o tym Marek Borowski:

piSSzykujeUstawy

Jakie ustawy, o których z góry wie, że będą niekonstytucyjne, PiS szykuje? Bo w tym szaleństwie jest metoda.

– Po lekturze konstytucji według PiS napisałem, że ta partia szykuje nam demokraturę. I to się właśnie teraz dzieje.

Zapisy w PiS-owskim projekcie konstytucji wymagają zmiany ustawy zasadniczej. Na to PiS jest za słaby. Po opanowaniu lub sparaliżowaniu TK PiS będzie próbował wprowadzać je zwykłymi ustawami. Chodzi przede wszystkim o aparat sądowniczy, który jest kością w gardle PiS. Chodzi o media, wolność słowa, sumienia, wyznania. Te wszystkie dziedziny czeka „dobra zmiana”.

Naczelny „Liberte!”Leszek Jażdżewski zapowiada długą walkę z PiS.

zCzasem

Droga do odebrania władzy uzurpatorom będzie długa i ciężka. To, co obserwujemy teraz, to dopiero początek. Dziś protestują nieliczni, którzy rozumieją rangę wydarzeń. Słusznie, trzeba budzić społeczną świadomość i zło nazywać po imieniu. Jednak szansa na masowe protesty, podziały wewnątrz obozu władzy czy jeszcze inny koniec, jaki tę władzę spotka – a spotka na pewno, bo żaden, nawet najstraszniejszy reżim nie trwa wiecznie – jest wciąż odległa.

Najprawdopodobniej z czasem nieudacznicy, którzy znaleźli się u władzy, zaczną potykać się o własne nogi, szczególnie jeśli utrzymają zapowiedzi „antyreform” z kampanii wyborczej. Wówczas ich decyzje dotkną dziesiątki i setki tysięcy ludzi, którzy dołączą do tych, którzy oburzają się na niszczenie liberalnej demokracji dziś.

Dzień buntu nadejdzie. Bądźmy na niego gotowi.

Zaś Aleksander Kwaśniewski przestrzega PiS, aby nie łamało konstytucji.

kwaśniewskiDopiS1

To próba bardzo zdecydowanej, w wielu elementach na pograniczu prawa, a nawet niezgodnej z prawem, konsolidacji władzy – stwierdził były prezydent. I ciągnął:

– Bo proszę zobaczyć, co się wydarzyło – kierownictwa służb są wymienione, Trybunał jest de facto sparaliżowany na wiele miesięcy, bo ten spór, kto jest uprawniony do orzekania, będzie trwał. No i pytanie, gdzie kończą się te apetyty. Myślę, że media publiczne będą kolejnym bastionem.

A Kaczyńskiemu chodzi o jedno: o zemstę za katastrofę smoleńską.

kaczyńskiOsmoleńsku

– Myślę, że wielką część prawdy, a być może nawet całą prawdę [o tragedii smoleńskiej], można wyjaśnić bez posiadania wraku, bez jego przeniesienia do Polski. W moim przekonaniu wystarczy uczciwie śledztwo. Właściwie dwa śledztwa: ws. katastrofy i ws. śledztwa.

Powiedział to Kaczyński w rozmowie z Dorotą Gawryluk w Polsat News.

Kaczyński poprzez władzę swojej parti załatwia nabyte kompleksy, do tego ma do spełnienia misję, aby zawrócić nas z drogi ku nowoczesności. Spieprzył swoje życie prywatne, nic nie potrafi, nawet kobiety porządnie przelecieć, więc chce spieprzyć Polskę. Czysty freudyzm. Tak jak katastrofa smoleńska była bezwiednym samobójstwem Lecha Kaczyńskiego. Dlaczego w otchań śmierci zabrał ze sobą 95 ludzi? – oto jest pytanie.

Gdyby prezes PiS tym się zajął, byłby z niego jakiś pożytek, a tak jest ogromnym utrapieniem dla Polaków, bo może wyszykować nam katastrofą większą niż smoleńska.

Post Navigation