Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Maria Nurowska”

Kaczyński straszy…

Depresja plemnika

„Ładnie się musi palić, żeby iść już w takie bzdury totalne… To już jest walenie na oślep. Raz weszło straszenie uchodźcami, to pójdziemy jeszcze raz. Mam złą wiadomość: ten temat już wygasł” – skomentował jeden z internatów powrót prezesa PiS do retoryki sprzed prawie czterech lat. Na konwencji w Łodzi Kaczyński znowu wywołał temat zagrożeń, które stanowią uchodźcy.

„Co się dzieje na zachód od naszych granic, to państwo wiecie. Nie chcę tego opowiadać, bo znów będą mówili, że mam jakieś uprzedzenia. A ja mówię po prostu o faktach. Faktach, którym się nie da zaprzeczyć” – twierdził Kaczyński. Jak zwykle – nie przytoczył ani jednego rzekomego faktu. Zapytał działaczy PiS zebranych w sali 4-gwiazdkowego hotelu w Łodzi: – „Czy chcecie państwo, żeby w Polsce były strefy, gdzie rządzi szariat?”. Oczywiście, usłyszał chóralnie „Nie”.

Przypomnijmy – w 2015 r. Kaczyński w Sejmie podczas debaty na temat uchodźców stwierdził, że „W Szwecji są…

View original post 1 199 słów więcej

 

Pinokio Morawiecki

prezydent.pl >>>

Depresja plemnika

Przeciwko Jackowi Międlarowi – narodowcowi i antysemicie – toczyło się lub toczy kilka postępowań w prokuraturze. Jak dotąd byłemu księdzu nie postawiono zarzutów w toczących się śledztwach. Zdaniem reporterów TVN 24, roztoczono nad nim parasol ochronny.

Jednym z przykładów jest sprawa wystąpienia Międlara na obchodach 82 rocznicy powstania ONR. – „Ciemiężyciele i pasywny żydowski motłoch będzie chciał was rzucić na kolana, przeczołgać, przemielić, przełknąć, przetrawić, a na koniec będzie chciał was wypluć, bo jesteście niewygodni” – mówił do zebranych były ksiądz.

Prokuratura w Białymstoku, która najpierw zajęła się sprawą, umorzyła postępowanie. Jednak później prokuratura z Wrocławia włączyła ten wątek do własnego śledztwa w sprawie innych wypowiedzi byłego księdza. Według TVN 24, śledczy z Wrocławia chcieli postawić Międlarowi zarzuty dotyczące mowy nienawiści. Odebrano im jednak śledztwo i przekazano do prokuratury w Białymstoku, czyli tam, gdzie tak łagodnie go potraktowano.

Prokuratorzy białostoccy zażądali „kompleksowej opinii z zakresu tzw. mowy nienawiści”, mimo że…

View original post 3 385 słów więcej

 

Kościół katolicki to dzisiaj czarny charakter. „Kler” obnaża diabelskie zamiary tej instytucji

Trwa krucjata medialna ks. Isakowicza-Zaleskiego, który w „Klerze” Wojciecha Smarzowskiego widzi nieobiektywną i spaloną próbę podjęcia tematu pedofilii w polskim Kościele. W wywiadzie dla „Do Rzeczy” stwierdził, że film ma „na celu pokazanie tylko czarnego obrazu Kościoła, jako instytucji, która powinna zostać wyrugowania z przestrzeni publicznej”. Isakowicz uważa, że Smarzowski, stosując symbolikę przewrotnie nawiązującą do ostatniej wieczerzy, nie przybliży Kościoła do rozwiązania problemu, a obrazi wielu wiernych.

„Kler” nadciąga. Obywatelu, idź na ten film!

Zdjęcia powstawały w Czechach

Jednak ks. Isakiewicz-Zaleski tego filmu nie mógł jeszcze zobaczyć, bo – jak wyjaśnił Smarzowski na festiwalu w Gdyni – nie było żadnych specjalnych pokazów dla polskich duchownych. A reżyser konsultował się na etapie pisania scenariusza, realizacji zdjęć i montażu z innymi księżmi, w tym z byłymi, a także z osobami świeckimi znającymi polski Kościół od środka. Film powstawał zupełnie niezależnie od tej instytucji, bez porozumienia z przedstawianą w nim kurią krakowską, bez zgody na filmowanie w polskich kościołach. Zespół, choć rozważał adaptację zdesakralizowanych obiektów, zdecydował się na mniej kosztowne rozwiązania i zdjęcia wewnątrz kościołów realizował w końcu w Czechach.

„Kler” wybitny, ale nie kontrowersyjny

„Kler” jest filmem wybitnym i mocnym. Smarzowski w symbolicznej i uzasadnionej w przekazie filmu scenie retrospektywnej wiąże przykładowo postać księdza pedofila z jednym z kapłanów „Solidarności”. Ale nie jest filmem kontrowersyjnym – nie mówi też nic nowego, wszak wszystkie przedstawione przez Smarzowskiego problemy polskiego Kościoła są znane i wszyscy zdają sobie sprawę z ich skali.

Oglądanie tych patologicznych zachowań wewnątrz obiektów sakralnych szokuje. Bo zwykle słyszy się o nich z ust ofiar w filmach dokumentalnych, czyta w książkach reportażystów i prasie przy okazji wizyty papieża Franciszka w Irlandii albo publikacji raportu o skali problemu wśród księży w Pensylwanii. Reżyser przeplata zresztą w „Klerze” fikcyjne wydarzenia autentycznymi opowieściami ofiar, które odgrywają aktorzy. Pedofilię księży pokazuje również jako złożone zjawisko, bo jego bohaterowie sami byli molestowani jako małe dzieci. Znaczenie ma dla Smarzowskiego przede wszystkim brak odpowiedzialności i konsekwencji. Dlatego jego film będzie takim polskim, poważnym wkładem w tę przetaczającą się po świecie krytykę tuszowania przestępstw.

Gdynia. Czy czeka nas najciekawszy festiwal filmowy od lat?

Smarzowski zrobił mądry film

Reżyser operuje także innymi współczesnymi kodami – nawiązaniami choćby do przestępstw siostry Bernadetty czy ks. Międlara, a historie te ułożone są w bardzo inteligentny i spójny sposób. Nagle sobie uświadamiamy – i jest to nieprzyjemne – że te kody czyta się bez problemu, automatycznie, ale że nadal nie niosą one konkretnych konsekwencji. Bohaterowie tego filmu, wszyscy w sutannach, są wielowymiarowi, nie są jednoznacznie źli czy dobrzy, reprezentują wiele różnych problemów Kościoła i jego wiernych – to ludzie z problemem alkoholowym, z kochankami i wewnętrznym obowiązkiem naciskania na władzę centralną. Ich zachowania mogą być też małostkowe, zabawne, często mocno abstrakcyjne. Zostają uwzględnieni nawet ci, którzy w tak zepsutej instytucji próbują działać uczciwie (Robert Więckiewicz mówił o nich w Gdyni, że są „obdarzeni łaską”, i mają w związku z tym trudno). Smarzowski zrealizował film, który jest pogłębiony, sprawiedliwy, konkretny, który ma w sobie i mądrość, i empatię.

>>>

Deklaracja z 2008 r. o strategicznym partnerstwie Polski i USA mówi o stworzeniu amerykańskiego garnizonu na terenie Polski. Nowa, podpisana przez Andrzeja Dudę, jedynie o „rozważeniu wariantów wzmocnienia militarnej roli Stanów Zjednoczonych w Polsce”.

Deklarację o strategicznym partnerstwie Polski i USA podpisali w 2008 r. Condoleezza Rice, sekretarz stanu w administracji prezydenta George’a W. Busha, i szef polskiego MSZ Radosław Sikorski. Prezydent Andrzej Duda w czasie wtorkowej konferencji prasowej nie wymienił autorów porozumienia sprzed dziesięciu lat.

Argumentował za to, że dokument, który podpisał z prezydentem Donaldem Trumpem, podniósł strategiczne relacje polsko-amerykańskie na wyższy poziom. Gdyby jednak porównać obie deklaracje, można by odnieść wrażenie, że oba kraje w relacjach uczyniły krok wstecz.

PORÓWNAJ DEKLARACJE Z 2008 i 2018 R.:

Utworzenie bazy „Fort Trump” to odległa przyszłość – przekonują eksperci, w tym szef obrony narodowej USA oraz gen. Waldemar Skrzypczak. Nazwę „Fort Trump” zaproponował Andrzej Duda w trakcie wizyty w USA. Prezydent w ten sposób próbował namówić Donalda Trumpa do stałej obecności wojsk amerykańskich w Polsce.

Podczas wtorkowego spotkania z prezydentem Andrzejem Dudą w Białym Domu prezydent USA Donald Trump podkreślił, że Amerykanie rozważają temat stałych baz w Polsce.

Amerykański przywódca nie powiedział jednak, czy ostatecznie zgodzi się na taki pomysł. Donald Trump eksponował aspekt finansowy przedsięwzięcia. – Pan prezydent Duda zaoferował nam ponad 2 miliardy dolarów więc przyglądamy się tej propozycji – zarówno od strony militarnej jak i kosztów – podkreślił.

Andrzej Duda przekonywał Donalda Trumpa do stałej obecności w Polsce wojsk amerykańskich, dodając żartobliwie, że baza mogłaby nosić nazwę „Fort Trump”. Polski prezydent zaznaczył, że wojskowa obecność oznacza także odstraszanie.

– Jestem przekonany, że jeśli będziemy silnie militarnie obecni w tej części Europy, gdzie występuje niebezpieczeństwo, to nigdy do wojny nie dojdzie – mówił w Białym Domu prezydent Duda.

Eksperci o „Fort Trump”

Tymczasem agencja AFP poprosiła o komentarz resort obrony narodowej USA, w tym sekretarza Jima Mattisa. Według niego jest „bezmiar szczegółów”, które muszą zostać omówione z Polakami, zanim zapadnie jakakolwiek decyzja.

Podobnego zdania jest także wiceszef Mark Esper, którego cytuje AFP. Polityk w styczniu złożył wizytę w Polsce i uznał wówczas, że nie ma wystarczającej przestrzeni do ćwiczeń dla amerykańskich żołnierzy. – Potrzeba dużo miejsca, na przykład do trenowania ostrzału artyleryjskiego – stwierdził. Dodał, że nie byłoby warunków do zapewnienia pełnej gotowości.

Esper wskazał również, że mogłyby występować problemy z transportem sprzętu, m.in. z powodu infrastruktury.

Z kolei były dowódca Wojsk Lądowych gen. Waldemar Skrzypczak w rozmowie z „Super Expressem” wskazał, że decyzja o stałej bazie Amerykanów w Polsce „długo nie zapadnie”.

– Ta decyzja będzie bowiem zależała od relacji prezydenta USA z Putinem. Nie wygląda na to, żeby te relacje miały ulec dramatycznemu pogorszeniu. Trumpowi zależy na odprężeniu z Rosją, a taka baza byłaby kością niezgody między Waszyngtonem a Moskwą – tłumaczył Skrzypczak.

Pan Prezydent nie ma szczęścia do swojego wizerunku. Co rusz zalicza wpadki, albo najzwyczajniej w świecie ma pecha. Jeszcze nie zapomniano mu przerobienia Nowej Zelandii na Irlandię, a tu kolejna wpadka…

Otóż w mediach społecznościowych roi się od komentarzy dotyczących wizyty Andrzeja Dudy w wne zdjęć z tego wydarzenia podzielił się na Stanach Zjednoczonych. Niestety prezydent USA Donald Trump z licznych zapewne zdjęć, dokumentujących spotkanie obu głów państw, na swoim Twitterze podzielił się takim, na którym prezydent Duda stoi przygięty, a prezydent USA siedzi. Ot, zdjęcie, ale w Internetach szum.

Co ciekawe, wcale nie tylko w polskim. Jak pisze portal Crowdmedia, w mediach amerykańskich wielu komentatorów głośno debatuje, czy gospodarz Białego Domu upokorzył swojego gościa celowo i z premedytacją, czy to po prostu kolejny przejaw jego kontrowersyjnego stylu bycia. Dziennik Washington Post zastanawia się nawet, jak to możliwe, że Donald Trump, który ze strony Polski może przecież liczyć na ogromną sympatię, najwyraźniej postanowił ewidentnie obrazić polskiego prezydenta.

Administracja Andrzeja Dudy przekonuje tymczasem, że wszystko jest w porządku, a dyskusja nad feralnym zdjęciem to nastawiona na umniejszanie sukcesu wizyty akcja opozycji. „Podpisanie deklaracji odbyło się w pełnym partnerstwie między dwoma prezydentami. To jest sekwencyjna sytuacja. Pan też może wstawać sprzed stołu i ja powiem, że pan przede mną się kłania” – odpowiadał minister Szczerski na pytania Mariusza Piekarskiego z RMF. Podkreślił też, że samo zdjęcie nie odzwierciedla przebiegu samego aktu podpisywania deklaracji.

Tyle, że prezydent chyba nie podziela tej opinii. Trudno bowiem zrozumiec jego nerwowe reakcje. Oto – być może w celu rozładowania emocji i zmiany tematu gorącej dyskusji na Twitterze postanowił zamieścić zdjęcie swojej żony i Melanii Trump, dodając żartobliwie, że towarzyszył im słynny amerykański prezydent Ronald Reagan.

Tyle tylko, że w pośpiechu przy tej okazji zaliczył kolejną wpadkę, którą skrzętnie wytknęli mu internauci. Tym razem ortograficzną. W ten sposób narodził się kolejny pretekst, zeby ironizowac na temat poczynań prezydenckich. To z kolei wyprowadziło głowę państwa z równowagi. Dowód? Wpis anonimowej sympatyczki, która stanęła w jego obronie, prezydent ochoczo zamieścił na swoim profilu. Dosadny, dodajmy i raczej niestosowny.

Waldemar Mystkowski pisze o zabiegach Morawieckiego, jak orżnąć Komisję Europejską.

Władza PiS polega na udawaniu, a Morawiecki to pierwszy symulant po prezesie.

Przybycie Mateusza Morawieckiego do gabinetu I Prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzaty Gersdorf ma kilka pięter znaczeń, inaczej: kilka den. Premier potwierdził, że mimo uchwał sejmowych, pohukiwań rządu i ministrów prezydenckich prof. Gersdorf jest I Prezes SN, a cała ta reforma sądownictwa nie trzyma się kupy.

Czyn Morawieckiego ponadto potwierdził, że rząd PiS przegrywa z Konstytucją, wg której prof. Gersdorf sprawuje kadencję do 2020 roku, to ona trzyma się litery i ducha prawa ustrojowego. Jest to przykład dla innych sędziów, prawników i społeczeństwa obywatelskiego, że przestrzeganie prawa i opór przynosi pozytywne skutki w starciu z bezprawiem PiS. Służbom państwa podporządkowanym PiS będzie teraz zdecydowanie trudniej usunąć siłą I Prezes.

Do półgodzinnej rozmowy w cztery oczy doszło z inicjatywy Morawieckiego. Rozmowa była tajna, ale jedna sugestia prof. Gersdorf sporo mówi, o czym rozmawiano. Na pytanie Justyny Dobrosz-Oracz, czy wizyta może być grą premiera, który chce powiedzieć Komisji Europejskiej, że toczy się dialog w sprawie SN, Gersdorf odpowiedziała: – „Tak. Może tak być”.

W ciągu pół godziny oprócz perswazji, zaklinań i szantażu, można dużo powiedzieć. I Prezes na razie treść rozmowy zachowała dla siebie: – „To nasza słodka tajemnica”, ale uznała, że warto podkreślić: – „Spotkanie niczego nie zmienia. Podtrzymałam moje stanowisko”.

Do spotkania doszło w kontekście decyzji Komisji Europejskiej, która dzisiaj miała skierować skargę w sprawie Sądu Najwyższego do Trybunału Sprawiedliwości UE, ale została wstrzymana. Dziennikarka Polsatu Dorota Bawołek pisze o kontrolowanych przeciekach z Komisji Europejskiej: – „Komisarze chcą dać szansę na ewentualne ostatnie rozmowy Morawieckiego z Junckerem na marginesie szczytu UE w Salzburgu i nie psuć atmosfery przed spotkaniem przywódców…”.

Szczyt w Salzburgu odbywa się w środę i w czwartek. Nietrudno zgadnąć, iż do decyzji KE nie doszło, bo Morawiecki kanałami dyplomatycznymi („iskrówką”) zasymulował rozmowy w sprawie Sądu Najwyższego z I Prezes prof. Gersdorf. Dlatego Morawiecki zjawił się na półgodzinną rozmowę.

Piszę, iż Morawiecki „zasymulował”. Bo tak jest! PiS nauczył się tej gry pozorów, kłamstw, manipulacji, gry na czas. Używają tej metody na rynku krajowym i zagranicznym. Przecież już w kwietniu miało dojść do ogłoszenia przez szefa Komisji Europejskiej Jean-Claude Junckera i Jarosława Kaczyńskiego rozwiązania sporu o praworządność, szukano już nawet miejsca ogłoszenia tego sukcesu. Szybko okazało się, że strona polska gra na czas, a uzgodnienia podczas rozmów to tylko symulowanie.

I teraz też tak jest! Politykom PiS nie chodzi o żaden kompromis, załatwienie sprawy, ale tworzenie narzędzi, które utrzymają ich przy władzy. I to jest podstawowe dno rządów PiS: władza. Żadne reformy, żadne rządzenie dla powodzenia rodaków i rozwoju kraju, tylko symulacja rządzenia. Władza PiS polega na udawaniu, a Morawiecki to pierwszy symulant po prezesie.

Pociotkowie pisowców rwą się do koryta. Żony, kierowcy i wszyscy bliscy

Powoli ujawniane są listy wyborcze, a wraz z nimi odsłaniane są wszelkie powinowactwa i znajomości kandydatów z partią rządzącą. Interesująco prezentuje się lista PiS w warszawskim okręgu wyborczym na Mokotowie. Na trzecim miejscu pojawiło się nazwisko żony korespondenta TVP w Berlinie, Cezarego Gmyza, który to nazwał I Prezes Sądu Najwyższego „szlampą”.

Żona korespondenta, pani Elżbieta Wronowska-Gmyz – na co dzień zatrudniona w Narodowym Centrum Kultury – zaskarbiła sobie przychylność partii kiedy w 2016 r. zorganizowała w warszawskiej Kordegardzie wystawę o katastrofie smoleńskiej.

Na uwagę zasługuje numer jeden na wspomnianej liście kandydatów. Jest nim były kierowca Jarosława Kaczyńskiego, radny Warszawy Jacek Cieślikowski. Miesięczne zarobki radnego to niebagatelna suma 14 tys. złotych.

Jak podaje portal wiadomości.gazeta.pl, radny Cieślikowski w 2017 r. „zarobił dokładnie 169 tys. 209 zł. Na tę kwotę złożyło się 108 tys. i 18 tys. zł z dwóch umów o pracę, a dodatkowo Cieślikowski zainkasował 21,3 tys. zł z firmy Geranium (jest jej prezesem) oraz 18 tys. zł ze spółki Srebrna (zasiada w zarządzie).”

Lista wyborcza kandydatów PiS z okręgu Mokotów, to tylko jeden przykład układów i partyjnego kolesiostwa.

Wybitna pisarka Maria Nurowska komentowała w programie „Nie ma żartów” (Superstacja) politykę rządu PiS.

Dudę należy przebadać. Jest psychicznie wybitnie niestabilny

Wybitna pisarka Maria Nurowska zaleca przebadanie Dudy.

W czasie śledztwa dotyczącego marca 1968 r. Antoni Macierewicz obciążył w zeznaniach cztery osoby – wynika z ustaleń autorów biografii byłego szefa MON.

Książkę „Antoni Macierewicz. Biografia nieautoryzowana” wydaje wydawnictwo „Znak”. Z ustaleń autorów wynika, że w trakcie śledztwa po marcu 1968 r. Macierewicz obciążył w swych zeznaniach cztery osoby. Chodzi o kolegów z opozycyjnej działalności studenckiej: Wojciecha Onyszkiewicza (późniejszego założyciela KOR), Piotra Bachurzewskiego (pasierba prof. Władysława Bartoszewskiego), a także Elżbietę Bakinowską, córkę Stefana Bakinowskiego, w czasie wojny żołnierza Armii Andersa, później współtwórcy i redaktora katolickiego miesięcznika „Więź”, oraz doc. Henryka Samsonowicza, dziś emerytowanego profesora historii.

Macierewicz ujawnia szczegółowe okoliczności przygotowywania i kolportowania ulotek w okresie marca 1968 r. z Onyszkiewiczem i Bachurzewskim. Szczególnie niekorzystne zeznania dotyczą Onyszkiewicza. Macierewicz zeznaje, że Wojciech przechowywał u niego 800 ulotek pt. „Robotnicy” przeznaczonych dla pracowników fabryk. Mówi, że schował te ulotki do szafki pod oknem, miało być na jeden dzień, wyszło na trzy albo cztery.

To bardzo poważny zarzut. Władza wyjątkowo negatywnie patrzy na kontakty opozycji z robotnikami. Podprokurator Lewandowska pisze: „18 czerwca na podstawie wyjaśnień Macierewicza Wojciech Onyszkiewicz stanął pod zarzutem popełnienia przestępstwa z art. 170 kodeksu karnego”. Przepis mówi, że kto „rozpowszechnia fałszywe informacje mogące wywołać niepokój publiczny”, podlega karze do dwóch lat więzienia.

O tym, że Macierewicz mógł świadomie szkodzić kolegom, świadczą zeznania przebywającego z nim w celi agenta o kryptonimie „Krzysztof”.

„Wracając do sprawy ulotek wzywających do strajku, Macierewicz powiedział mi, że ujawnił drugą osobę mającą związek z tą sprawą, a mianowicie Piotra. Macierewicz opowiadał, że w trakcie i po składaniu wyjaśnień, którymi obciąża kolegów, stara się specjalnie stworzyć wrażenie wstrząsającego go przeżycia tego faktu, chcąc zachować wobec oficera śledczego «twarz»”.

Oprócz Onyszkiewicza i Bachurzewskiego, Macierewicz obciąża podczas swoich przesłuchań jeszcze dwie inne osoby: Elżbietę Bakinowską i docenta Henryka Samsonowicza. Potwierdza, że Bakinowska na jego prośbę ukrywała maszynę do pisania, na której sporządzał ulotki. Tymczasem ona sama, zgodnie z przyjętą wcześniej wersją, twierdziła, że maszynę kupiła na bazarze. Macierewicz mówi też o ukrywanych przed SB swoich kontaktach z doc. Samsonowiczem.

Na zeznania Macierewicza kilka lat temu natknął się profesor Andrzej Friszke, gdy zbierał materiały do książki „Anatomia buntu. Kuroń, Modzelewski i komandosi”. Treść dokumentów go zaskoczyła.

– Jego postawa w śledztwie jest nietypowa – mówi nam profesor Friszke. – Macierewicz składał zdecydowanie zbyt obszerne zeznania, ale to w marcu 1968 roku nie było niczym wyjątkowym. Większość aresztowanych studentów mówiła wtedy za dużo. Cóż, byli młodzi, chcieli się zapewne w ten sposób ratować. Jednak Macierewicz zdradzał wątki, o których bezpieka nie mogła mieć wiedzy. Dotyczy to ulotek, które mieli kolportować Onyszkiewicz i Bachurzewski, ale też wątku maszyny do pisania. W ten sposób wsypał trzy osoby: Onyszkiewicza, Bachurzewskiego i Bakinowską. Onyszkiewiczowi wystarczyło na ukręcenie aktu oskarżenia. Zeznania Macierewicza obciążyły też docenta Henryka Samsonowicza, choć w tym przypadku jestem skłonny uznać, że wielkiej szkody mu nie wyrządziły. 

Zaskakujące jest także to, że obciążając innych, w zasadzie nie odciąża siebie. „Logika sypania” w śledztwie jest zwykle taka: zrzucę część winy na innych, w zamian uzyskam łagodniejszy wymiar kary. Macierewicz tego nie robi. Ujawniając „grzechy” innych, nie wybiela siebie.

W 2010 r. profesor Friszke wydaje książkę „Anatomia buntu”. Kilka akapitów poświęca Macierewiczowi i jego zeznaniom obciążającym Wojciecha Onyszkiewicza. Macierewicz wpada w panikę. Zapewnia Wojciecha, że jego zeznania nie wyszły poza to, co SB już o nim wiedziało. Pod wpływem presji Onyszkiewicz wydaje oświadczenie, w którym usprawiedliwia Antoniego. Antek proponował, żebym opublikował konkretny tekst, ale ja go mocno zmieniłem – wspomina Onyszkiewicz. – Pisanie oświadczenia to był dla mnie duży stres. Przekaz był mniej więcej taki: to ja sypnąłem na Antka, a nie odwrotnie.

Macierewicz upowszechnia tekst Onyszkiewicza, gdzie się da. Ale z Onyszkiewiczem kontaktuje się wtedy profesor Friszke. Pokazuje nieznane Onyszkiewiczowi dokumenty. Wynika z nich, że wbrew swoim zapewnieniom Macierewicz mówił funkcjonariuszom dużo. I że były to rzeczy mocno obciążające.

– Rozmowa z Onyszkiewiczem w 2010 roku nie była łatwa – opowiada prof. Friszke. – To prawda: on w śledztwie prawdopodobnie powiedział o dwa zdania za dużo. Śledczy, zgodnie ze swoimi regułami, przytoczyli zapewne te słowa Macierewiczowi tak, by ten odniósł mylne wrażenie, że przyjaciel go zdradził. Odpowiedzią były jednak tak szczegółowe zeznania dotyczące Wojciecha, że można to wyjaśnić chyba tylko chęcią zemsty.

Znacznie gorsze wydaje mi się jednak to, co dzieje się później. Macierewicz wychodzi z więzienia i przez kolejne pięćdziesiąt lat przedstawia się w oczach przyjaciela jako jego ofiara. Podtrzymuje w Onyszkiewiczu poczucie winy, wzbudza nieprawdziwe przekonanie, że ten, w chwili próby, nie zdał egzaminu. Przepraszam, być może wyjdę z roli chłodnego historyka, ale dla mnie to moralnie obrzydliwe.

Onyszkiewicz nie lubi wracać do sprawy. Mówi, że postawę Antoniego trzeba oceniać przez pryzmat późniejszych zasług, które są przecież niepodważalne. – Przez lata sytuacja była dla mnie czarno-biała: ja jestem sprawcą, Macierewicz ofiarą.Dziś wiem, że Andrzej Friszke miał prawo napisać to, co napisał.

Te wybory samorządowe będą inne, niż wszystkie, które odbywały się w Polsce od 1990 roku, czyli od czasu, kiedy demokratyczny samorząd w ogóle w Polsce powstał. W PRL samorządy były tylko „lokalną emanacją Partii”. Reforma samorządowa i pierwsze demokratyczne wybory do samorządu wszystkich szczebli w maju 1990 roku były pierwszymi w pełni wolnymi wyborami, w jakich Polacy mogli głosować po pół wieku „realnego socjalizmu”. Dopiero rok później zagłosowaliśmy w pierwszych w pełni wolnych wyborach do Sejmu i Senatu RP.

Przez następne 30 lat samorząd stał się w Polsce codziennością. Miał swoje gwiazdy, wielokadencyjnych prezydentów miast czy wójtów, ludzi spod różnych znaków, wybieranych nie ze względu na partyjne logo, ale dzięki zdolności zarządzania gminą czy miastem. Miał też swoje skandale. W jednych samorządach rządziły partie, w innych lokalni liderzy, ale wszędzie władza samorządowa była bliżej obywatela i lepiej przez obywatela kontrolowana. Tak przynajmniej uważali Polacy i Polki, we wszystkich sondażach, od blisko trzydziestu lat.

Rzeczpospolita niesamorządna

Jednak wybory samorządowe 2018 roku to nie będzie walka o to, kto będzie kontrolował samorząd. Ale będzie to walka o to, czy samorządność w Polsce w ogóle przetrwa – jako zasada ustrojowa, jako codzienna praktyka rządzenia.

Jarosław Kaczyński przemawiając na konwencji otwierającej kampanię PiS przed wyborami samorządowymi rzucił typowe dla siebie hasło, będące jednocześnie autorytarnym szantażem i kłamstwem. Zapytał: „czy chcemy takich samorządów, które będą wojowały, warczały na rząd?”.
Czemu to autorytarny szantaż? Dlatego, że każda autorytarna partia, każdy autorytarny władca uważają, że jedynym przepisem na „spokój”, na „zakończenie konfliktu”, jest oddanie im całej władzy – w państwie i w społeczeństwie. Kaczyński mówi Polakom, że dopóki w kraju pozostanie choćby jedna instytucja nie przejęta przez PiS – w polityce, w gospodarce, w kulturze, na szczeblu centralnym, w samorządach – tak długo będzie „warczenie”, „wojowanie”, „konflikt”.

Dlaczego jednak słowa Kaczyńskiego są kłamstwem? Otóż on mówi o „samorządach warczących na rząd”, podczas gdy od trzech lat to rząd – najpierw Szydło, później Morawieckiego, ale zawsze na rozkaz Kaczyńskiego – nie tylko warczał na samorządy, ale próbował je zagryźć. Wszędzie tam, gdzie na poziomie lokalnym nie rządziło PiS, a PiS na poziomie lokalnym nie rządziło prawie nigdzie, rząd zabierał samorządom pieniądze, odbierał im kompetencje. Przez trzy lata w urzędach miast, gmin i województw grasowali prokuratorzy Ziobry i agenci Kamińskiego. Od samorządowców żądano dokumentów z ostatnich kilkunastu lat, przeprowadzano nieustanny „audyt”, blokowano pracę urzędników, blokowano podpisywanie umów na wykorzystanie środków unijnych. Mateusz Morawiecki, który o tym wszystkim wiedział kłamał mówiąc, że to samorządy są winne opóźnień w wykorzystania środków unijnych pod władzą PiS. Winny był rząd PiS-u. Winna była prowadzona przez ten rząd totalna obstrukcja na poziomie budżetowym i ustawowym, która miała samorządy zniszczyć, bo nie były PiS-owskie.

W tych wyborach partia Kaczyńskiego nie walczy o władzę w samorządach. Ona walczy z samorządami. I znowu nie ma tu żadnego zaskoczenia. Kaczyński od lat mówił, że niezwisłe sądy będą krępować jego osobistą władzę, więc pierwsze, co zrobi po zdobyciu władzy, to niezawisłe sądy w Polsce zniszczy. Tak właśnie robi. Powtarzał też często, że Unia Europejska utrudnia sprawowanie w Polsce niekontrolowanej władzy, więc kiedy zdobędzie władzę, przeciwstawi się unijnym prawom, normom, instytucjom. Nawet za cenę marginalizacji Polski w Europie. Także tę swoją „obietnicę” realizuje. Jarosław Kaczyński powtarzał także od lat, że reforma samorządowa 1990 roku, a później decentralizujące państwo reformy z czasów rządu Jerzego Buzka to „demontaż państwa”. Samorząd terytorialny to był dla niego „demontaż państwa”, „uszczuplenie władzy”, ponieważ wyobrażenie Kaczyńskiego o władzy to wyobrażenie Władysława Gomułki. Totalna centralizacja, decydowanie o wszystkim. Bycie „wiecznym dyrektorem”, którego Jerzy Dobrowolski genialnie zagrał w komedii Stanisława Barei „Poszukiwany, poszukiwana”. „Wieczny dyrektor”, wieczny sekretarz partii, siedzi w swoim gabinecie w Warszawie i przesuwa miniaturowe makiety szpitali, szkół, żłobków, wieżowców… z miejsca na miejsce, ze środka lasu na środek jeziora i z powrotem. W ten sposób decyduje o wszystkim, w każdym powiecie, w każdej gminie. To jest dla Kaczyńskiego władza, więc samo istnienie samorządu władzę mu odbiera.

Nawet obietnice Mateusza Morawieckiego na kampanię samorządową są Gomułkowskie do bólu. Nie mają nic wspólnego z polską rzeczywistością, z rzeczywistością Samorządnej Rzeczypospolitej istniejącej od trzydziestu lat. Premier obiecuje drogi i chodniki, ocieplenie budynków, place zabaw i ośrodki sportowe. Tymczasem polskie samorządy – wybrane przez Polaków władze miast, powiatów, województw – od kilkunastu lat to właśnie robią. Dzięki funduszom unijnym, które wykorzystują lepiej niż rządy centralne. I dzięki podatkom płaconym na dole, które również wydają zazwyczaj lepiej, niż rząd. Szczególnie rząd PiS, który z tych pieniędzy uwłaszcza swoich partyjnych działaczy na skalę wcześniej w Polsce nieznaną.

Nawet „schetynówki” (drogi lokalne) i „orliki” (boiska w gminach) były – niezależnie od nazw, niezależnie od tego, jaka partia i jaki polityk tym programom patronowały – przede wszystkim dziełem samorządów. PiS przejmując władzę na szczeblu centralnym potrafił tylko te programy sparaliżować – blokując fundusze, rozpoczynając trwający już od trzech lat „audyt”, żeby udowodnić, że polscy samorządowcy to złodzieje, bo nie są z PiS.

Kaczyński, Morawiecki, cała ich partia – mają wyobrażenie Polski jako wielkiego przedpokoju do gabinetu Jarosława Kaczyńskiego na Nowogrodzkiej. Gdzie wszyscy Polacy stoją w niekończącej się kolejce do ucha Prezesa. Stoją w niej także prezydenci polskich miast, marszałkowie województw, wójtowie i radni. A Kaczyński łaskawie „obdarowuje”, „przydziela” – temu plac zabaw, temu chodnik, temu drogę, a ten… nic nie dostanie, bo się Prezesowi nie spodobał. Z taką wizją Polski PiS idzie do wyborów samorządowych. Ale to od nas zależy, czy taką Polskę chcemy po tych wyborach mieć.

Afera taśmowa z restauracji ‚Sowa i Przyjaciele’, która miała miejsce w 2014 roku bez wątpienia miała ogromny wpływ na przegraną PO w wyborach. Komu na tym zależało? Kto skorzystał na wywróceniu demokratycznego i liberalnego, proeuropejskiego rządu? Trop widzie nie tylko do ludzi PiS-u, ale także na wschód do Rosji. Okazało się, że Marek Falenta, główny bohater afery, miał powiązania z ludźmi Putina i rosyjską mafią. Dlaczego nie siedzi w więzieniu?

„Zieliński strzela (zasłużonego) gola Włochom, a my z @ArturZasada świętujemy 5-lecie wyjścia z PO. I jak tu nie lubić piątków/eczków?” – napisał na Twitterze wicepremier i minister nauki w rządzie PiS Jarosław Gowin. Wywołał tym wręcz lawinę komentarzy internautów, z których jeden jest szczególnie celny: – „Przechodząc z PO do PiS podniósł pan średnią IQ w obu partiach”.

Tylko, że w PO był Pan miłą odmianą, a teraz jest Pan przeźroczysty. Jeżeli PiS to partia konserwatywna, to już chyba wolę bolszewików, bo oni nie kłamali, że chcą komunizmu”; – „Żeby Pan nie przeholował z tym świętowaniem, bo może zabraknąć do „pierwszego”; – „A wejścia do PiS-u pan już nie świętuje? Wchodziłem, ale się nie cieszyłem?” – komentowali internauci.

Głos zabrali także politycy PO. – „Jarku my też świętujemy ten dzień” – napisał Sławomir Neumann.

A Borys Budka dodał: – „Jarku, a ja wspominam jak dziesiątki godzin pracowaliśmy w zeszłej kadencji nad reformą procedury karnej, która skracała postępowanie sądowe, a którą wspólnie z prof. Królikowskim firmowałeś swoim nazwiskiem. Tę reformę do kosza wyrzucił Ziobro. Fajnych masz nowych kolegów…”.

 „Mój ulubieniec min. Jarosław Confetti Zieliński postanowił mieszkańcom Suwałk uzmysłowić wojnę i bił z armat o 4 na ranem. Jak dobrze, że nie jest on w rządzie Japonii i nie odpowiada za obchody uroczystości upamiętniających Hiroszimę i Nagasaki…” – napisał Roman Giertych na Twitterze. O tym w artykule „Wiceszef MSWiA Zieliński zorganizował… własne obchody rocznicy wybuchu II wojny światowej”.

Nazwanie Zielińskiego „Confetti” to oczywiście nawiązanie do wydarzeń z listopada 2016 r., kiedy to podczas obchodów Dnia Niepodległości w Augustowie zrzucono na niego z helikoptera konfetti. Wcześniej funkcjonariusze oddziału prewencji z Białegostoku przez wiele godzin cięli nożyczkami białe i czerwone kartony na malutkie kawałki.

Na pytanie internauty, czy Giertych zna osobiście Zielińskiego, były wicepremier odpowiedział: – „Znam. Był moim wiceministrem jeden dzień. I go wywaliłem”. Pojawiły się też inne pytania internautów. – „Ja się zastanawiam, czy oni w PiS-ie mają jakiś konkurs na największy idiotyzm?!”; – A już za kilka dni policjanci mu będą „oddawać honory” w stolicy… Jak on ogarnia te wszystkie imprezy?”.

Tamara Olszewska na koduj24.pl pisze o katolickich łapach.

Czy Polska pod rządami PiS wkracza na drogę państwa wyznaniowego?

Początek roku szkolnego już za nami. Uczniowie uczą się w jakichś wydzielonych pomieszczeniach, bo w budynku szkolnym brakuje miejsca dla wszystkich. Liczba godzin sięga w niektórych przypadkach 40 tygodniowo, lekcje zaczynają się nawet o 6 rano, w podręcznikach coraz więcej treści związanych z religią. Tak właśnie wygląda polska szkoła w drugim roku „deformy” Zalewskiej. Miało być wspaniale, a jest totalny bajzel na kółkach.

Pozwólcie, że dorzucę do tego kolejny „kwiatek” – to „Rodzicielskie Oświadczenie Wychowawcze”. Dech mi zaparło z wrażenia, gdy wpadło ono w moje ręce. Pomysłodawcą jest organizacja Ordo Iuris, która w „Imię Boże” walczy z całym złem Polski, dążąc, by prawo, obyczaje i polska mentalność oparte były tylko na wierze katolickiej, która ma być ponad wszystko. Twórcy skrajnie aborcyjnej ustawy chcą nie tylko bronić życia poczętego, ale i dzieci, które straszny świat naraża na różnego typu bezeceństwa.

I stąd właśnie to oświadczenie. Można je sobie ściągnąć ze strony Ordo Iuris albo wpaść do najbliższej parafii, bo niektórzy księża chętnie je rozprowadzają wśród wiernych. Dostaję sygnały, że już te oświadczenia krążą po szkołach, a nauczyciele, z którymi rozmawiałam, nie kryją zaskoczenia.

Ordo Iuris przekonał część rodziców, że zgodnie z art. 48 ust. 1 Konstytucji (prawa rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami) mogą zabronić szkołom narażania ich potomstwa na to, co według nich, wypaczy dzieciaczkom właściwy sposób myślenia. Stąd nie życzą sobie, by bez ich zgody dziecko było narażone na udział w zajęciach, warsztatach, spotkaniach, pogadankach, odnoszących się do edukacji seksualnej, profilaktyki ciąż i chorób przenoszonych drogą płciową wśród nieletnich, płci „kulturowej” lub „społecznej”, tożsamości płciowej, równości, tolerancji, różnorodności w odniesieniu do płci i seksualności, przeciwdziałania dyskryminacji i wykluczenia w odniesieniu do płci i seksualności, przeciwdziałania przemocy w powiązaniu z tematyką płci, seksualności i rodziny, afirmowania stylu życia subkultur i grup definiujących się w oparciu o takie pojęcia jak tożsamość seksualna lub tożsamość płciowa.

Szkoła ma więc psi obowiązek pytać każdorazowo rodzica, czy jego dziecko może uczestniczyć w tego typu zajęcia, a jak nie, to do sądu i po sprawie. Młodzi prawnicy fanatycy religijni wesprą i pomogą taką szkołę załatwić. Oświadczenie powołuje się na tzw. ochronę dóbr osobistych, które w rozumieniu art. 23 Kodeksu cywilnego brzmi: „Dobra osobiste człowieka, jak w szczególności zdrowie, wolność, cześć, swoboda sumienia, nazwisko lub pseudonim, wizerunek, tajemnica korespondencji, nietykalność mieszkania, twórczość naukowa, artystyczna, wynalazcza i racjonalizatorska, pozostają pod ochroną prawa cywilnego niezależnie od ochrony przewidzianej w innych przepisach”.

Rozumiem, że demokracja kieruje się swoimi prawami. Że każdy ma prawo mieć swoje zdanie, ale zastanawiam się, jak ma się to oświadczenie do ogólnie rozumianej roli wychowawczej szkoły. Jak się ma do Konwencji o Prawach Dziecka, przyjętej przez Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych 20 listopada 1989 roku i ratyfikowanej przez Polskę 7 czerwca 1991 roku. W preambule znajdziemy zapis, że „dziecko powinno być w pełni przygotowane do życia w społeczeństwie jako indywidualnie ukształtowana jednostka, wychowana w duchu ideałów zawartych w Karcie Narodów Zjednoczonych, a w szczególności w duchu pokoju, godności, tolerancji, wolności, równości i solidarności”, a w art. 29 Konwencji jest wyraźnie zapisane, że „Państwa-Strony są zgodne, że nauka dziecka będzie ukierunkowana na (…) b) rozwijanie szacunku dla praw człowieka i podstawowych swobód oraz dla zasad zawartych w Karcie Narodów Zjednoczonych; c) rozwijanie szacunku dla rodziców dziecka, jego tożsamości kulturowej, języka i wartości, dla wartości narodowych kraju, w którym mieszka dziecko, kraju, z którego dziecko pochodzi, jak i innych kultur; d) przygotowanie dziecka do odpowiedzialnego życia w wolnym społeczeństwie, w duchu zrozumienia, pokoju, tolerancji, równowartości płci oraz przyjaźni pomiędzy wszystkimi narodami, grupami etnicznymi, narodowymi i religijnymi oraz osobami rdzennego pochodzenia; e) rozwijania poszanowania środowiska naturalnego”.

A może Polska już wypowiedziała Konwencję i tylko ja nic o tym nie wiem? Może nie musimy już jej przestrzegać, bo dumnie kroczymy drogą państwa wyznaniowego? Przecież to nieszczęsne oświadczenie mieści się idealnie w dążeniu Polskiej Instytucji Kościelnej, która chce zrobić z dzieci zaściankowe kmiotki, które ani myśleć nie potrafią, ani nie dostrzegą niczego poza ślepym posłuszeństwem i wiernością Kościołowi.

Jeszcze chwila, a „kontrowersyjne” treści zostaną usunięte z biologii, chemii, geografii, historii, wiedzy o społeczeństwie. Polska nie potrzebuje światłych obywateli. Polska potrzebuje głupców, bo łatwiej takimi rządzić i trzymać ich na religijnej smyczy. Jak twierdzi pan Kopeć, od 2016 podsekretarz stanu w Ministerstwie Edukacji Narodowej, „prawo oświatowe nie definiuje szkoły jako instytucji świeckiej. Instytucja szkoły określana jest jako szkoła publiczna, wspomagająca rodziców w ich funkcji wychowawczej”.

Uwierzcie mi, to jeszcze nie koniec. Dzisiaj „Rodzicielskie Oświadczenie Wychowawcze”, obowiązkowe msze zamiast lekcji, spowiedź w szkołach, Dekalog wmurowany przy wejściu. Jutro usuwanie ze szkół nauczycieli zbyt słabo deklarujących swoją miłość do Kościoła, stworzenie gett szkolnych dla dzieci z domów niewierzących, zwiększona liczba godzin z religii, indeks ksiąg zakazanych i ostracyzm wobec każdego, kto spróbuje pozostać sobą. Jeśli się ostro temu nie sprzeciwimy, to taka będzie przyszłość naszych dzieci i wnuków…

Waldemar Mystkowski pisze o Ziobrze.

Były rzecznik ministra sprawiedliwości Sebastian Kaleta przyznał, że w rejestrze pedofilów „nie znajdują się księża” (tweet z 5 września), gdyż „księża nie popełniają najbrutalniejszych przestępstw (tam się znajdują brutalne gwałty)”. Gwałt na dziecku nie należy do brutalnych? Zaiste, przewrotna to moralność. Kaleta, który zrezygnował z rzecznika na rzecz zasiadania w komisji ds. reprywatyzacji w Warszawie zabezpieczył się w tym tweecie nawiasem, w którym umieścił zastrzeżenie „w rejestrze niejawnym”.

Mniej więcej sens tego jest taki, iż złodziej sądzony o kradzież miliona złotych twierdzi, że nie mógł ukraść miliona, bo jest biedakiem, o czym świadczą jego konta bankowe, na których ma debety. A sąd mówi, że ich śledczy odkrył konto złodzieja w raju podatkowym na Kajmanach, na którym ma ukradziony milion. Złodziej jednak zapiera się, że to konto niejawne.

Otóż jawne jest, że kler dopuszcza się pedofilii (przemocy wobec najsłabszych, wobec dzieci) z racji perturbacji seksualnych spowodowanych celibatem, o czym świadczą „rejestry jawne” w USA, bardzo głośne ujawnione ostatnio akty pedofilii kleru w Pensylwanii (określono to zjawisko jako katolicka mafia pedofilska), także w Irlandii. Pedofilia w tym kraju – już byłym katolickim – spowodowała masowe odejście wiernych z Kościoła.

„Rejestr niejawny” ma taki sam sens, jak biskupi niejawnie przerzucający z parafii do parafii księży pedofilów. Bodaj najpowszechniejszy proceder krycia kumpli w sutannach, zmowa zawodowa klerykalnej kasty. Bliski współpracownik Ziobry twierdzi – logicznie interpretując jego tweeta – że resort ukrywa pedofilów w sutannach na niejawnych rejestrach, o czym pisze w „Wyborczej” Marcin Kącki – „Księża wyjęci z rejestru pedofilów”. Czyli znaleźli się na Kajmanach zakłamania ministerstwa sprawiedliwości.

No i Ziobro obudził się, przeczytał „Wyborczą” i ten magister prawa dostał piany na ustach. Nie jest oczywiście zdolny do stworzenia metafory z Kajmanami, ale do parcianej dosłowności owszem. Mianowicie – do zastraszania. Nazwał artykuł Kąckiego kłamstwem, a innym dziennikarzom i mediom zapowiedział pozwy, jeżeli „rozpowszechniać będę kłamliwe informacje w sprawie”.

Mógłbym zacytować retorykę medialną Ziobry, ale nie narażę czytelników na słowotok ministra (jawną logoreę), w każdym razie zastrasza pójściem do sądów, bo mniema, iż sądy stały się już pisowskie, partyjne. Ale i one zaczynają się wyłamywać spod partyjnego zawłaszczenia pytaniami prejudycjalnymi do Trybunału Sprawiedliwości UE.

PiS to kłamstwa, chamstwo i buta

>>>

Spotkanie z Polonią i odznaczenia dla australijskich polityków – w ten sposób prezydent Andrzej Duda rozpoczął wizytę w Australii. Ale część Polonii nie jest z tej wizyty zadowolona.

Prezydent Andrzej Duda jest teraz w Melbourne, a w najbliższych dniach będzie także w Canberze i w Sydney, odwiedzi również Nową Zelandię. To pierwsza wizyta polskiego prezydenta w tych dwóch krajach.

Jednym z jej najważniejszych celów są spotkania z Polakami w roku 100-lecia odzyskania niepodległości – podaje pałac prezydencki. – Jestem szalenie wzruszony, że w tak ważnym dla nas, wszystkich Polaków, roku stulecia odzyskania niepodległości w 1918 roku mogę stać tu, w Australii, po drugiej stronie świata, patrząc na moich rodaków, którzy tutaj żyją – mówił Andrzej Duda podczas uroczystości wydanej przez gubernator stanu Wiktoria.

Andrzej Duda w Australii. Polonia pisze do premiera kraju

Tymczasem, jak donosi OKO.press, Polacy w Australii wystosowali list do premiera Malcolma Turnbulla i szefowej australijskiego MSZ, Julie Bishop.

Premier Australii oraz Pani Minister Spraw Zagranicznych Australii spotykają się za kilka dni z Prezydentem Andrzejem Dudą. Chcemy, aby mieli pełne zrozumienie sytuacji politycznej w Polsce oraz roli, jaką odgrywa Andrzej Duda w niszczeniu demokracji w Polsce

– czytamy na stronie naszademokracja.pl, na której został umieszczony list. Tam też można go podpisać. W treści znajduje się prośba, by władze Australii na spotkaniu z Dudą wyraziły obawę odnośnie sytuacji w Polsce. Chodzi m.in. o zmiany w sądownictwie. Twórcy dokumentu stwierdzają, że prezydent Duda podpisał 26 lipca „niekonstytucyjną ustawę”, która pozwoli rządzącemu PiS uzyskać wpływ na Sąd Najwyższy.

„Radykalne zmiany w sądownictwie (…) są obliczone na to, by skupić w rękach rządzącej partii kontrolę nad władzą sądowniczą” – czytamy. Jest też wzmianka o „wielotysięcznych protestach w obronie demokracji, sądów i wolności słowa w Polsce” oraz o zastrzeżeniach UE do zmian w naszych sądach.

Prezydent Polski nie tylko nie obronił demokracji, nie wetując niekonstytucyjnego prawa, ale dąży do zmiany konstytucji, by zagwarantować prezydentowi większą władzę, a także nadać większe prawa wybranym grupom, przy jednoczesnej dyskryminacji mniejszości religijnych i innych mniejszości w Polsce

– napisano w liście do władz Australii. Na portalu widnieje informacja, że (do momentu publikacji tego artykułu) zebrano pod nim ponad 1200 podpisów.

>>>

NEWSWEEK: Dlaczego zaangażował się pan w czytanie konstytucji podczas ulicznych protestów?

Jerzy Radziwiłowicz: – Dać głos sprawie to minimum tego, co można robić. Piękny tekst preambuły naszej konstytucji czytam publicznie już dwa i pół roku. Pierwszy raz stało się to, gdy rozpoczęło się niszczenie Trybunału Konstytucyjnego. Było dla mnie jasne, że PiS bierze się za bary z tą instytucją nie po to, aby polepszyć jej prace. Od początku miałem poczucie, że rządzi nami chuligańska formacja, która zmierza w złą stronę. Do partii Kaczyńskiego nie mam za grosz zaufania od czasu pierwszych rządów. Już to, co robili w latach 2005-2007 przerażało mnie, ale wtedy mieli za mało czasu i możliwości, aby dokonać tego, co teraz.

Wyciągnęli z tamtych rządów jakieś wnioski?

– Są bardziej brutalni i skuteczniejsi. Nie muszą układać się z nikim w koalicji. Gdy większość sejmowa spadła im z nieba, zrozumieli, że hulaj dusza, więc robią, co chcą.

Dla Birkuta, postaci PRL-owskiego przodownika pracy, którego zagrał pan w „Człowieku z marmuru” i „Człowieku z żelaza” przełomem w myśleniu była podana mu gorąca cegła, która poparzyła mu ręce.

Ta cegła cały czas jest przez władzę podgrzewana. Kwestią czasu jest to, kiedy zacznie parzyć.

Jeden z bohaterów „Człowieka z żelaza” radzi: „Jak siedzisz w gnoju po szyję, to się nie szarp, bo się całkiem utopisz”.

Każdy – nawet ten, kto manifestuje pod Sejmem, musi pracować, płacić kredyty, zajmować się rodziną, układać się z rzeczywistością, która go otacza. To, że trzeba jakoś żyć nie oznacza jednak, że wszystkim będzie w tej rzeczywistości wygodnie, że wszyscy będą chcieli urządzić się w tym – jak pani cytuje – gnoju.

Co pana najbardziej uwiera? 

Trudno powiedzieć co konkretnie. Uwiera wszystko. To, jak ci ludzie się wypowiadają jest okropnie irytujące. Przecież chyba nawet dziecko już rozumie, że nie jest tak, jak próbują nam wmówić. Kłamstwo, szyderstwo, chamstwo i buta tej władzy są nie do zniesienia.

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o Węgrzech.

Coroczne marcowe pielgrzymki sekty smoleńskiej na Węgry przyprawiły Polakom gębę sojuszników orbánowskiej dyktatury.

Na wielkim placu Kossutha przed majestatycznym neogotyckim budynkiem parlamentu w Budapeszcie przy wielkim maszcie z węgierską flagą narodową honorową wartę trzyma dwóch honwedów. Stoją sztywno i nieruchomo, jakby kij połknęli, z karabinami opartymi kolbami o ziemię. Podziwu godne. Upał grubo powyżej 30 stopni, a na nich nie widać śladów potu. Spojrzenia oczu osłoniętych ciemnymi okularami kierują na wprost, ku szerokim kamiennym schodom prowadzącym do budynku.

Gdyby obrócili się nieco w prawo, ujrzeliby kopułki dwóch niepozornych namiotów rozłożonych na granitowych płytach placu. Tu też wartę trzymają dwie osoby – mężczyzna i kobieta. Siedzą na składanych turystycznych krzesełkach i coś czytają. Widać, że nie mają za wiele do roboty. Wokół żołnierzy krążą roje fotografujących się turystów – cudzoziemców i Węgrów z prowincji, którzy przyjechali zwiedzać stolicę. A przy namiotach nie dzieje się nic. Zwiedzający z oddali spoglądają na placówkę demonstrantów, całą swą postawą okazując dystans. Tak jakby ten protest w ogóle ich nie dotyczył – nie nasza sprawa, niech ci dziwacy sami sobie demonstrują.

Dramat frankowiczów na Węgrzech jest o wiele większy niż w Polsce
Na żółtej płachcie opartej o jeden z namiotów widnieje napis: „Reżim Orbána = bankowy terror”. To hasło kredytobiorców, którzy przed laty kupili mieszkanie za pożyczone franki, a teraz lądują na bruku. Wprawdzie na początku roku 2015 rząd Orbána przewalutował wszystkie kredyty walutowe na forinty, ale nie uratowało to wielu zadłużonych rodzin, które zaciągnęły pożyczki przed kryzysem finansowym 2009 roku.

Problem kredytów walutowych ma na Węgrzech o wiele większą skalę niż w Polsce. W 2011 r. wartość portfela kredytów walutowych na Węgrzech stanowiła 20 proc. PKB, a w Polsce 12,5 proc. Średnie oprocentowanie kredytów frankowych na Węgrzech w latach 2008-2014 wynosiło 6,1 proc., a u nas 2,3 proc. To sprawiło, że w 2014 r. aż 40 proc. zaciągniętych kredytów węgierskie banki musiały uznać za zagrożone. W Polsce tych zagrożonych było tylko 3,5 proc. Polscy frankowicze jęczą i dyszą z wysiłku, ale na ogół spłacają swoje zobowiązania, węgierscy – tracą dorobek całego życia.

W ostatnich miesiącach nasiliła się na Węgrzech fala eksmisji – banki sprzedają niespłacane kredyty firmom windykacyjnym, które przejmują mieszkania i eksmitują zadłużonych lokatorów. Eksmisja na bruk jest na Węgrzech prostsza do przeprowadzenia niż w Polsce.

Po kwietniowych wyborach opozycja poszła w rozsypkę
Jako jedyny wyłamuję się z tłumu obojętnych turystów i podchodzę do demonstrantów. Pytam, czy można ich sfotografować i opublikować ich zdjęcie. Jasne, że można. Wręcz dziękują za to. Są wdzięczni, że chcę rozpowszechnić informację o ich proteście. Wstają, żeby pozować do zdjęcia.

Na wielkiej białej płachcie rozłożonej na bruku przed namiotami każdy może wpisać, co mu serce dyktuje. Większość napisów pochodzi od zagranicznych turystów, wśród wielu innych widzę słowo „Poland”, a nawet deklarację, że Kosowo należy do Serbii („Kosovo je Srbija”). Węgierskich wpisów jak na lekarstwo. Widać, że protesty przeciw rządom Orbána nie wywołują spontanicznych odruchów sympatii i poparcia.

– Sytuacja bardzo się pogorszyła po wiosennych wyborach, w których rządzący Fidesz zdobył większość dwóch trzecich miejsc w parlamencie, pozwalającą zmienić konstytucję – mówi mi Bálint Magyar, autor książki „Węgry. Anatomia państwa mafijnego”. – Opozycja się załamała i poszła w rozsypkę. Lajos Simicska, oligarcha, który stawiał opór Orbánowi i utrzymywał ostatnie opozycyjne media, poddał się i sprzedał władzy swoje gazety i stacje radiowe. Młodzież zamiast się buntować woli emigrować.

Demokratyczna Polska musi się zrehabilitować
– My tutaj nie reprezentujemy żadnej partii politycznej – mówi kobieta z namiotu przed parlamentem. Ma na imię Eszter. Informuje, że namioty na placu stoją od kilku tygodni, a ich obsada rotacyjnie się zmienia – zupełnie jak u nas w miasteczku wolności przed Sejmem czy wcześniej w KOD-owskiej „puczepie” w Alejach Ujazdowskich przed siedzibą rządu. Opowiadam Eszter o tych polskich placówkach opozycyjnych. Jest bardzo zdziwiona. Myślała, że większość Polaków popiera Orbána i Kaczyńskiego. Skąd jej to przyszło do głowy?

– Co roku 15 marca przyjeżdżają tu tłumy Polaków, by uczestniczyć w marszu organizowanym przez orbánowski reżim – mówi. Tłumaczę jej, że te wyjazdy organizuje sekta smoleńska zorganizowana w Klubach „Gazety Polskiej”. W istocie to margines polskiego społeczeństwa.

Na pożegnanie daję jej wizytówkę i obiecuję pomóc nawiązać kontakt z ludźmi, którzy w Warszawie zorganizowali miasteczko namiotowe przed Sejmem. Tłumaczę jednak, że rozwiązanie problemu kredytów frankowych nie jest u nas ważnym postulatem opozycji. Są znacznie pilniejsze i ważniejsze sprawy. Chyba nie wyłożyłem tego dostatecznie jasno, bo jeszcze tego samego dnia wieczorem dostaję maila: „Niech żyje przyjaźń polsko-węgierska. Demonstranci z placu Kossutha proszą o zdjęcia warszawskiej demonstracji w sprawie kredytów frankowych”. Będę musiał jeszcze raz to wytłumaczyć.

Przede wszystkim zaś muszę coś zrobić – i to nie tylko ja, wszyscy musimy się w to zaangażować – żeby przeprosić węgierskich przyjaciół za coroczne pielgrzymki sekty smoleńskiej do Budapesztu. Musimy uświadomić im, że demokratyczna Polska ma zupełnie inne oblicze i nie wspiera dyktatury Orbána.

Waldemar Mystkowski pisze o Morawieckim i Dudzie.

W sile 60 chłopa, nie licząc wszak prezydentowej, poleciała do Australii delegacja prezydencko-rządowa, aby nie nabyć fregat rakietowych Adelaide, a jedynie podpisać list intencyjny, bo już raczej wiadomo, że do zakupu nie dojdzie. Tak zadecydował – jak media relacjonują – premier Mateusz Morawiecki, który nie kiwnie palcem w bucie, gdy mu na to nie pozwoli prezes Jarosław Kaczyński.

Jeszcze wczoraj szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Paweł Soloch zarzekał się, że ten 30-letni pływający złom jest OK: „fregaty obronią nas na Bałtyku”, zaś szef kancelarii Andrzeja Dudy Krzysztof Szczerski wycierając pot z czoła zapewniał: „to „polsko-australijsko-amerykańskie porozumienie wojskowe”. Za to nic na ten temat nie mówił minister obrony Mariusz Błaszczak, bo był zajęty lekturą, co też prasa na świecie pisze o nim jako ekspercie od sodomitów.

Prezes Kaczyński mógł dojść do skądinąd słusznych uczuć patriotycznych, po kiego wyrzucać w błoto miliardy na złom australijski, kiedy za darmo jest rdzewiejąca stępka pod prom w Szczecinie.

Do pisowskiego wariatkowa przyzwyczailiśmy się, a nawet jesteśmy na takie newsy gruboskórni, impregnowani, nie wyzwala się w nas już większe oburzenie. Ot, kolejna głupawka rządzących. Australijczycy też mogą podobnie odczuwać, choć negocjacje były długie i wyczerpujące. Ale ambasadę mają przy Nowogrodzkiej, więc z tym klimatem absurdu są aż nadto zaznajomieni.

Prezydent Duda i tak nie miał w planach spotkania na antypodach z kimś ważnym, bodaj tylko z gubernatorem jednego ze stanów. Przynajmniej Agata Kornhauser-Duda będzie mogła zaprezentować kreację koktajlową. Jest problem, czym Duda ze swymi kompanami wypełnią czas, choć w dzień prezydent może poszusować na nartach wodnych. Mogę mu ponadto podpowiedzieć, by wybrał się na koncert Boba Dylana w Sydney, który jeszcze dziś i jutro koncertuje. Rozumiem, że Dylan to nie Doda i zadkiem nie zakręci.

Inny walor antypodów jest jeszcze taki, że na trasie kawalkady Dudy nie pojawią się protestujący z t-shirtami Konstytucja, ani nie będą w nie ubierać pomniki. Choć kto wie. Przy całej niezłomności Dudy można rzec, iż wybrał dobry kierunek rozwoju osobistego: coraz mniej w nim polityka, a więcej celebryty.

O Targowicę oskarża PiS i jego propagandziści tych co zwracają się ku Europie, w walce o utrzymanie Polski na Zachodzie. To pokaz fałszu typowego dla tej formacji, bo PiS i wszystko co się za nim wlecze mentalnie, narracyjnie i politycznie jest bardzo bliskie targowickiej głowy.

Earl drzewołaz

Wybitna pisarka Maria Nurowska o ostatnich wypowiedziach arcybiskupa krakowskiego Marka Jędraszewskiego.

Z należytą pompą i we właściwej oprawie, metropolita gdański arcybiskup Sławoj Leszek Głódź świętował 73. urodziny. Było sympatycznie i wesoło. Był grill. Była orkiestra i sporo gości, a wśród nich ojciec Tadeusz Rydzyk, dyrektor Radia Maryja oraz szef Solidarności Piotr Duda.

Urodzinowe przyjęcie arcybiskup zorganizował w swojej rezydencji przy Parafii św. Ignacego Loyoli w Gdańsku. Jak donosi „Fakt”, nie obyło się bez śpiewów i toastów, a impreza trwała do zmroku.

Arcybiskup słynie ze skłonności do dobrej zabawy i nie stroni od kieliszka. W 2013 roku tygodnik „Wprost” napisał, że duchowny potrafi w takich sytuacjach lekko przesadzać, a czasem wręcz nie kontroluje się.

Jeden z kapelanów opowiadał wtedy tygodnikowi, że arcybiskup budził go w nocy, pijany, i kazał grać na akordeonie do tańca. Podczas pijackich biesiad wysyłał go do miasta na poszukiwania odpowiedniego gatunku kiełbasy, kazał nalewać alkohol, krzycząc: „Co…

View original post 1 092 słowa więcej

PiS rozbraja obronność Polski. Na czyją korzyść działają Macierewicz i Kaczyński?

W dniu Święta Wojska Polskiego, przez Warszawę przejdzie największa defilada w historii Polski po 1989 roku. Szef MON Mariusz Błaszczak w Radiu Maryja stwierdził, że „dzięki tej defiladzie Polacy poczują dumę, że oglądają żołnierza polskiego”. Polityka narodowej dumy służy wyłączeniu racjonalnego myślenia, a odgłos paradnego kroku i grzechot gąsienic mają zagłuszyć rzeczywistość po trzech latach rządów PiS.

Po tych trzech latach w defiladzie nie weźmie udziału wielu generałów i pułkowników szkolonych na zachodnich uczelniach, biorących udział w misjach bojowych, podczas których poznali czołowych dowódców NATO. Zostali zwolnieni lub sami odeszli za czasów Antoniego Macierewicza. W większości wypadków ich jedyną winą było to, że odważyli się wykonywać swoje obowiązki, nie akceptowali smoleńskich ceremoniałów, salutów oddawanych ministerialnym totumfackim.

>>>

>>>

Komorowski: Zamiast realizacji strategicznych zamiarów państwa polskiego mamy defiladę

– Zamiast realizacji strategicznych zamiarów państwa polskiego mamy defiladę. Siłą rzeczy każdy, kto pójdzie tam może się ucieszy, że jadą jakieś czołgi, samochody, ale każdy, kto zna się choć trochę na obronności, będzie się zastanawiał czy nie uczestniczy w imprezie, która ma przykryć to, że nie są realizowane wielkie plany modernizacji sił zbrojnych – mówił Bronisław Komorowski w rozmowie z Piotrem Witwickim w „Politycznym Graffiti” Polsat News. Były prezydent stwierdził również, że sam na defiladę 15 sierpnia się nie wybiera.

„Jedynym nowym sprzętem, który kupiła w ciągu trzech lat ekipa PiS, są samoloty Gulfstream i Boeing – dla VIP-ów. W tym samym czasie zaczęło brakować na buty dla żołnierzy, a z magazynów wyciągnięto stare stalowe hełmy.” – „dorobek” prezydenta Dudy i PiS.

Earl drzewołaz

Ciągle budowane są mity, w większości fałszywe, o rozpoczęciu historycznego strajku w Stoczni Gdańskiej 14 sierpnia 1980 roku. Wspomnę kilka dni przygotowań do strajku, które uruchomiły lawinę. Przypomnę tę historię: dla tych, którzy zapomnieli, i dla kłamców lub mitomanów, aby spojrzeli prawdzie w oczy.

Jako jeden z pięciu organizatorów tego strajku czuję się w obowiązku dać świadectwo i przeciwstawić się fałszowaniu historii. Ograniczę się tylko do bezpośredniej genezy protestu i samego dnia, a w zasadzie poranka, kiedy to zorganizowaliśmy strajk, który – jak się okazało, zgodnie z wypowiedzianym rok wcześniej proroczym wezwaniem św. Jana Pawła II – „zmienił oblicze tej ziemi”. Sam jego przebieg jest solidnie udokumentowany, ale i tak powstają alternatywne wersje, o lata świetlne oddalone od prawdy historycznej. Przypisuje się role ludziom, którzy może na 15 minut pojawili się w Stoczni w trakcie tych ponad dwóch tygodni strajku.

>>>

>>>

Tak jeden z internautów skomentował wieczorne odwołanie…

View original post 2 079 słów więcej

PiS ewidentnie wyprowadza nas z Unii i Zachodu

Europoseł Dariusz Rosati i internauci o imporcie z Rosji gazu przez rząd PiS.

Duda i PiS nie uznają decyzji SN. – Zachowują się jak małe dzieci, którym wydaje się, że jak zamkną oczy, to świat wokół nich przestanie istnieć – mówi nam @bbudka, były minister sprawiedliwości z @Platforma_org. Dodaje, że „PiS to współczesna Targowica”.
Radosław Sikorski: Pamiętajmy. Targowica to był klerykalno-tradycjonalistyczny ruch sprzeciwu wobec europejskiej, oświeceniowej Konstytucji 3 Maja.

Earl drzewołaz

Wszyscy magistrowie prawa z PiS-u, na czele z magister Julią Przyłębską (tak zwaną prezes tak zwanego TK) zapewniają teraz w mediach przychylnych aktualnej władzy, że istnieją takie wyroki sądowe, do których władza może się nie zastosować. A to niby dlaczego?

W uzasadnieniu tego kuriozalnego na skalę całego cywilizowanego świata stanowiska, padają okrągłe zdania o naruszaniu jakichś tam paragrafów, o braku podstaw prawnych, a nawet działaniu wbrew Konstytucji. Tak, tej samej „przejściowej” Konstytucji, którą zazwyczaj prawnicy z formacji władzy traktują mniej więcej tak, jak posłanka Pawłowicz flagę europejską.

Że większość konstytucjonalistów i w ogóle – polskich i zagranicznych gremiów prawniczych, włącznie z unijną Komisją Sprawiedliwości i Trybunałem w Strasburgu, uważa inaczej? A, to nic nie szkodzi.

Pani magister Przyłębska już dawno temu stwierdziła przecież publicznie, że wprawdzie nie jest profesorem, ale zupełnie jej to nie przeszkadza. Podobnie, jak panu prezydentowi w podpisywaniu ustaw jawnie sprzecznych z Konstytucją nic a nic nie…

View original post 3 077 słów więcej

Morawiecki krąży po kościołach

Dziennikarz Szymon Hołownia o przemówieniu Mateusza Morawieckiego w czasie pielgrzymki Radia Maryja na Jasnej Górze w Częstochowie.

Polska Grupa Zbrojeniowa i jej flagowe zakłady MESKO miały dostarczyć armii nowy, innowacyjny system przeciwlotniczy. W 2016 roku podpisano umowę na dostarczenie 420 mechanizmów startowych i 1300 pocisków Piorun. Okazuje się jednak, że wychwalana inicjatywa zakończyła się całkowitą klapą. W spółce dokonano bowiem audytu, który nie zostawił na przełomowej broni suchej nitki.

Okazuje się, że nowy sprzęt jest bardziej niebezpieczny dla jego użytkowników niż potencjalnego przeciwnika. Audytorzy stwierdzili wprost „niebezpieczeństwo dla życia i zdrowia zarówno samych pracowników, jak i żołnierzy posługujących się produktami wytwarzanymi przez MESKO S.A.”.

We wrześniu 2017 roku doszło bowiem do incydentu podczas testów broni, w czasie którego wybuchła komora silnika startowego. Gdyby ta ostatnia zainicjowała eksplozję głowicy bojowej, to zginąć mogło nawet kilkudziesięciu żołnierzy. Jednak nie był to pojedynczy nieszczęśliwy wypadek, ale wada konstrukcyjna nowej rakiety, której cała partia została wycofana. Audytorzy stwierdzili bowiem, że „Na 81 sztuk komór aż 12, tj. około 15 proc., miało ścianki poniżej normy”.

Jak donosi Rzeczpospolita w MESKO brakuje mechanizmu kontroli jakości produkcji, ponieważ w zakładach nie ma wystarczająco dużo sprzętu pomiarowego, a co więcej nie ma nawet pracownika delegowanego do takiego zadania. Okazuje się także, że Pioruny z tego samego powodu nie przeszły testów na poligonie także w kwietniu tego roku oraz pod koniec czerwca, co ponownie pokazuje, że problem nie jest jednostkowy.

Audyt zlecił ówczesny prezes MESKO Mariusz Kolanowski, jednak nie miał on okazji ujrzeć jego zakończenia. Dziwnym zbiegiem okoliczności został on bowiem odwołany 3 kwietnia, a p. o. prezesa został Dariusz Szlafka, dotychczas odpowiedzialny właśnie za produkcję feralnego Pioruna, któremu to, także zapewne zbiegiem okoliczności, były już prezes chciał odebrać nadzór nad omawianym projektem.

Opisana sytuacja pokazuje, że tak faworyzowana przez Macierewicza Polska Grupa Zbrojeniowa nie jest w dobrej kondycji. Polityczne zarządzanie ma swoje konsekwencje, co odbija się w danych z sektora, gdzie nie potężne państwowe zakłady, ale ich prywatna konkurencja dominuje w polskim eksporcie broni.

Wybitna pisarka Maria Nurowska zareagowała na niemrawe zjednoczenie polityków opozycji w walce z PiS.

„Jeżeli dożyję, to będą bardzo aktywnie przeciwko PiS-owi występowała i przeciwko Dudzie. Wiem, jak bardzo go lansowałam przeciwko Komorowskiemu i teraz gorzko żałuję. Parę razy zresztą miałam okazję tutaj Komorowskiego przeprosić, bo on był spokojny jednak, ale miał kręgosłup i styl, który był do zaakceptowania” – zadeklarowała w TVN24 prof. Jadwiga Staniszkis.

Uważa, że prezydent Duda powinien odpowiedzieć przed Trybunałem Stanu. – „Niezależność sądów jest kluczowa dla demokracji. Nie rozumiem, dlaczego to robią. Nie chcę mówić o prezydencie, bo powinien stanąć przed Trybunałem Stanu jak skończy kadencję. To mówienie, że będzie kandydował w drugiej kadencji, to jest mechanizm kontroli, żeby w ciągu tych ostatnich dwóch lat się nie zbuntował przeciwko PiS-owi, więc wabi się go tą przyszłą kadencją. Nie rozumiem absolutnie ludzi, którzy spokojnie na to patrzą” – stwierdziła.

Prof. Staniszkis uważa, że pierwszą Prezes Sądu Najwyższego nadal jest Małgorzata Gersdorf. – „Bo konstytucja jest najważniejszym aktem prawnym w Polsce. Generalnie to jest oczywiste, że powinna być przez sześć lat. I zachowuje się w sposób dzielny” – powiedziała.

Zdaniem socjolog, pod rządami Prawa i Sprawiedliwości Polska staje się krajem autorytarnym. – „Dla demokracji jest jednak ważny podział władzy i ten jest zacierany przez upartyjnianie wszystkiego. Uważam, że PiS powtarza pewne elementy, które były fundamentem bolszewizmu. Z jednej strony, tylko ich cytując, jak oni mówią, że wolność dotyczy sfery tylko prywatnej, a nie publicznej albo kiedy mówią, że dobro i zło to są pojęcia, które można wypełniać różną treścią, albo mówią, że należy dokonać przemiany społeczeństwa, wydobyć coś więcej, to tak właśnie w tym dyskursie bolszewickim było. To jest szokujące, bo nie wiem, skąd to się u nich wzięło” – oceniła.

Odniosła się także do prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. – „Znam go długo, ale słabo, jak większość ludzi. Obserwuję go od bardzo wielu lat. To jest jednak taka destrukcja po śmierci brata. Zostawić po prostu wszędzie taką pustynię i brak zaufania absolutnie do ludzi. To jest dla mnie trudne do zrozumienia” – skonstatowała prof. Staniszkis.

Oto brutalny populizm w pełnej odsłonie. A może coś więcej? Oto Krystyna Pawłowicz na Twitterze zamieściła kuriozalny wpis na temat opozycji parlamentarnej.

Takie słowa na temat legalnej opozycji i polskich obywateli jeszcze nie padły z ust poselskich. Skoro jednak w poniedziałek prezes PiS dał sygnał do nowego ataku na opozycję, Krystyna Pawłowicz posłusznie przystąpiła do wykonania zadania. Dowodem tego są jej ostatnie wpisy na Twitterze, coraz bardziej kontrowersyjne.

Ten jednak przebił chyba wszystkie poprzednie. „Bojówki totalnych zrywające spotkania PIS z wyborcami – to przykład faszystowskich metod działania opozycji. Polacy mogą obserwować na żywo przepoczwarzanie się totalnej opozycji w bandyckie, coraz bardziej agresywne gangi. I oni chcą do władzy… Faszyści” – napisała Pawłowicz.

O co właściwie chodzi? Otóz posłance PiS nie spodobały się osoby, które wyrażają swój sprzeciw wobec władzy Prawa i Sprawiedliwości i czynią to z otwartą przyłbicą na spotkaniach wyborczych członków tej partii zadając niewygodne pytania. Panią „profesor” zainspirowały słowa Jarosława Kaczyńskiego. – „Każda opozycja może być groźna, rywalizacja polityczna w demokracji jest czymś normalnym. Niestety nasz przeciwnik to nie jest normalna opozycja, łamie wszelkie reguły i ma potworne poczucie bezkarności. Rzucili przeciwko nam wszelkie możliwe zasoby, podeptali wszystkie zasady życia parlamentarnego, politycznego” – stwierdził prezes PiS. I pogroził: „w Hiszpanii ludzie, którzy wzywali do buntu przeciw demokratycznemu rządowi, siedzą w więzieniach z perspektywą kilkunastoletnich wyroków”.

Za słowami Jarosława Kaczyńskiego i jego akolitów, z Krystyną „Kąsającą” Pawłowicz w awangardzie, mają drugie dno. Otóż szef PiS, jak zauważają publicyści, przypuszczając atak na Sąd Najwyższy zdecydowanie przekroczył polityczny Rubikon. Cytowane wyżej groźby są tego realnym dowodem i ścisłą konsekwencja zarazem. Rzecz w tym, że nie powinny one paść w normalnej sytuacji. A ta, którą mamy obecnie w Polsce nie pozwala już zbyć ich wzruszeniem ramion. Są sygnałem tego, że zaczyna być naprawdę groźnie. Także dlatego, że te groźby można już uznać za karalne.

Żeby nie zapomnieć.

Waldemar Mystkowski pisze o Wałęsie.

Przeciw podkopującemu Polskę PiS-owi stanął Wałęsa i wsparł go Jagger.

Lech Wałęsa, postać za życia historyczna, w podręcznikach historii wyląduje obok Mieszka I, Władysława Jagiełły, Tadeusza Kościuszki i Józefa Piłsudskiego. Jakoś innych naszych bohaterów nie widzę obok, aby mogli emanować światłem jak pierwszy szef „Solidarności”.

Jak w każdym przypadku, bohater jest silny dzięki innym. Bohaterstwo narodowe to dyscyplina zespołowa. Wałęsa jest emanacją nas wszystkich, nas Polaków, którzy mieliśmy aspiracje wyzwolić się ze zniewolenia („zniewolenia umysłów”, jak to trafnie zawarł w metaforze Czesław Miłosz).

Bohaterstwo Wałęsy jest naszym udziałem, zdobyliśmy się na nie, bo mieliśmy takiego, a nie innego lidera. Śmiem go nazwać niemal nieskazitelnym, choć miał jakiś tam grzeszek w młodości i ma w sobie dawkę narcyzmu, aby nie bał się poniesienia odpowiedzialności. Więc wśród innych bohaterów Wałęsa jest niemal krystaliczny i jak to zawsze bywa w podobnych sytuacjach – ma śmiertelnych wrogów.

Mówiąc o Lechu Wałęsie, można ocenić wartość siebie, nas Polaków, a też jego samego. Nie będą to liczby bezwględne, lecz przybliżone, które trzeba mnożyć – jak to bywa w takich wypadkach.

Wałęsa napisał list do Rolling Stonesów i do Micka Jaggera, aby wsparli nas w obronie niezależności sądów. I w tym momencie wartość Wałęsy eksplodowała. Jagger na koncercie powiedział tylko: – „Polska, co za piękny kraj, jestem za stary, by być sędzią, ale jestem dość młody, by śpiewać”.

Tyle. Eksplozja. To może być nawet Big Bang naszego wyzwolenia się spod PiS, wewnętrznego najeźdźcy. Słowa Jaggera cytują największe dzienniki globu i portale, publikują artykuły, które relacjonują, na jakim wrednym zakręcie historii się znaleźliśmy.

Jaką wartość przedstawia owa promocja naszej walki o demokrację w Polsce? Ogromną. Czy Polska Fundacja Narodowa (której nazwa ma zapaszek brunatności) byłaby w stanie za wszystkie setki milionów złotych przebić się z komunikatem o podobnej sile rażenia na globalnym rynku informacji? Oczywiście, że nie.

Albo inny przykład. Rząd PiS wpadł na genialny pomysł, aby opublikować w mediach światowych treść umowy dotyczącej noweli ustawy o IPN, którą tajemnie zawarły pisowska Polska i Izrael. Nie dość, że się ośmieszyli, nie dość, iż Izrael jako strona gwałtownie zaprotestował, to miliony z naszych kieszeni zostały wydatkowane na naszą hańbę.

Lech Wałęsa jest darem, na który zasłużyliśmy, bo jest emanacją tego najlepszego, co Polska posiada i co ceni w nas świat, a obecna władza PiS – czego by się nie dotknęła – zamienia wszystko w zawartość szamba i niestety – strawestuję słowa Mateusza Morawieckiego – tym rynsztokiem podkopuje Polskę. Przeciw temu podkopującemu Polskę rynsztokowi stanął Wałęsa i wsparł go Jagger.

Mam złe wiadomości dla płynącego Morawieckiego w głównym nurcie rynsztoku podkopującym Polskę. W sierpniu na dwa koncerty przyjedzie do Polski Roger Waters, były lider Pink Floyd. On nie chrzani się w komunikatach politycznych – tak mają Brytole. Więc najlepiej dla PiS byłoby odwołać jego koncerty – np. przy wspomożeniu wszelkich stowarzyszeń Matki Boskiej, w opiekę której oddał premier naszą ojczyznę – bo… wartość Wałęsy znowu wzrośnie i to wielokrotnie.

>>>

Buraki PiS. Chcą wojny, będą ją mieli

Wybitna pisarka Maria Nurowska i inni zareagowali na listy wysłane przez Kancelarię Andrzeja Dudy do pracowników Sądu Najwyższego.

Prokurator krajowy Bogdan Święczkowski, zastępca Zbigniewa Ziobry, złożył zawiadomienie na Romana Giertycha do Rzecznika Dyscyplinarnego Izby Adwokackiej. Chodzi o wypowiedzi medialne Giertycha dla TVN24 i „Gazety Wyborczej”.

– „Odbieram pismo pana Święczkowskiego jako próbę zastraszania adwokata w związku z wykonywaną przeze mnie funkcją pełnomocnika Donalda Tuska. I chcę mu publicznie oświadczyć, że dopóki będę wykonywał ten zawód, żaden prokurator, większy czy mniejszy, mnie nie zastraszy” – przekonuje Roman Giertych.

W październiku 2016 roku w TVN24 Giertych powiedział: – „Ja bym na miejscu Zbigniewa Ziobry bał się jednej rzeczy – jak zostaną przedstawione zarzuty Donaldowi Tuskowi, to ktoś będzie musiał ponieść odpowiedzialność. Na pewno poniesie ten prokurator, który będzie miał to czelność zrobić, ale może i również on”. Natomiast na portalu wyborcza.pl ukazała się jego wypowiedź: – „Jestem ciekaw, czy Jarosław Kaczyński znajdzie prokuratora, który w sprawie Smoleńska postawi zarzuty Donaldowi Tuskowi, bo taki prokurator sam za parę lat zostanie skazany”.

– „Przytoczone wypowiedzi nie mieszczą się w granicach wolności wypowiedzi limitowanych w przepisach prawa o adwokaturze. Nadto przytoczone wypowiedzi adwokata Romana Giertycha mogą być odbierane jako groźby bezprawne w stosunku do prokuratorów” – to argumenty, których w swoim piśmie użył Święczkowski.

Co na to Giertych? – „Powiedziałem, że stawianie zarzutów Donaldowi Tuskowi to przestępstwo. To chyba logiczne, że osobie, która nie popełniła przestępstwa stawianie zarzutów byłoby przestępstwem przekroczenia uprawnień, za które można być skazanym. Temu pan Prokurator nie zaprzeczy. Jeżeli natomiast pan Donald Tusk zdaniem prokuratury popełnił jakieś przestępstwo, to zgodnie z kodeksem postępowania karnego ma ona obowiązek zarzuty natychmiast przedstawić. Skoro tego nie robi, to podziela mój pogląd, że stawianie zarzutów byłoby przestępstwem” – zauważył Giertych.

To nie pierwszy raz, kiedy Bogdan Święczkowski atakuje Giertycha. Wcześniej zawiadomienia zastępcy Ziobry dotyczyły krytycznych uwag mecenasa pod adresem prokuratorów prowadzących smoleńskie śledztwo. Wszystkie postępowania wobec Giertycha zostały umorzone.

>>>

Post Navigation