Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Marine Le Pen”

600 pedofilów w sutannach chodzi codziennie między naszymi dziećmi. Kościół pierze mózgi dzieciom i wychowuje ich w przesądach, afery pedofilskie, wieści o przekrętach finansowych. Do tego każda uroczystość państwowa zaczyna się mszą

>>>

>>>

„Chodzi nam o budowanie Kościoła, w którym nie ma zła zamiatanego pod dywan i zła, które się bezkarnie panoszy”

Biskup Piotr Libera podczas poniedziałkowej konferencji prasowej oznajmił, że diecezja płocka walczy ze wszystkimi przejawami pedofilii w Kościele. Zaznaczył, iż do zwołania konferencji, której tematem była „Ochrona małoletnich w praktyce diecezji płockiej” skłonił go m.in. niedawny List do Ludu Bożego papieża Franciszka, a także minione 10 lat od objęcia biskupstwa płockiego. Przypomnijmy: W ogłoszonym w sierpniu Liście do Ludu Bożego papież Franciszek przywołał m.in. słowa św. Pawła: „Gdy cierpi jeden członek, współcierpią wszystkie inne członki”. Pisze w nim o czynach popełnionych przez „znaczną liczbę księży i osób konsekrowanych”. Skala nadużyć zdaniem papieża „wymaga przyjęcia odpowiedzialności w sposób globalny i wspólnotowy”, a uświadomienie sobie tego, co się stało, nie wystarcza.

W odpowiedzi na List do Ludu Bożego papieża Franciszka we wszystkich dekanatach diecezji odbyły się nabożeństwa pokutne w intencji ofiar nadużyć w Kościele. – „Od samego początku pobytu w Płocku, czyli od czerwca 2007 r., wydałem wojnę przestępcom. Nie uchylamy się od odpowiedzialności za popełnione przestępstwa. Egzekwowanie zasady „zero tolerancji” wobec zachowań pedofilnych wśród duchownych było i jest nadal moim priorytetem” – oświadczył bp Libera. – „Skala krzywd, jakie te dzieci, osoby małoletnie, doznały jest wielka. To nie jest złamanie kości czy siniaki. To rany osobowości, z którymi będą musiały żyć latami” – czytamy w portalu Onet.

Od 31 maja 2007 r. do 17 września 2018 r., czyli w okresie 11 lat posługi bp Libery 9 duchownych oskarżonych zostało o nadużycia seksualne względem nieletnich, w tym dwóch z osobami poniżej 15 roku życia. Zaden z nich nie pracuje już z dziećmi lub młodzieżą, a cześć usunięto ze stanu duchownego. Niezależnie od tego, czy sprawa była w sądzie cywilnym umarzana, to sądy kościelne procedowały i wydawały wyroki. We wszystkich sprawach badanych we wspomnianym okresie poszkodowanych zostało 16 osób, w tym trzy poniżej 15 roku życia.

„Odczuwamy zażenowanie i wstyd, ale konsekwentnie idziemy drogą oczyszczenia i drogą prawdy – mówił biskup pomocniczy płocki Mirosław Milewski, przedstawiając na konferencji powyższe dane. – „Nie chodzi nam o jakieś proste zamknięcie przeszłości, ale o trzymanie się z determinacją drogi, na której jest potępienie dla sprawców i pomoc dla ofiar. Chodzi nam o budowanie Kościoła, w którym nie ma zła zamiatanego pod dywan i zła, które się bezkarnie panoszy”. Kuria diecezjalna nie ma natomiast „jasnych informacji i danych”, co działo się przed objęciem rządów w diecezji płockiej przez bp Liberę.

>>>

>>>

Kler i Morawiecki. Pedofilia, życie na koszt państwa i paranoja władzy

Kolejny świetny projekt plakatu autorstwa Andrzeja Pągowskiego.

– Jestem tylko reżyserem. Ale chciałbym, żeby system finansowania Kościoła był jawny, księża pedofile trafiali do więzienia i żeby polski Kościół wziął wreszcie odpowiedzialność za ofiary – mówi Wojciech Smarzowski. We wtorek 18 września na festiwalu w Gdyni premiera „Kleru”, najgłośniejszego polskiego filmu tej jesieni.

Tadeusz Sobolewski: „Kler” będzie polskim „Spotlight”? Oscarowy film z 2015 r. opowiadał o pedofilskim skandalu w amerykańskim Kościele.

Wojciech Smarzowski: To inna sytuacja. Trzeba pamiętać o tym, że w żadnym kraju Kościół sam z siebie nie oczyścił się z win. Musiała być pomoc państwa, instytucji świeckich. Zresztą „Kler” nie jest filmem tylko o pedofilii. Ważne było dla mnie, aby zrobić film o ludziach, których wyróżnia tylko to, że noszą sutanny. Są trzy wektory napędzające tę historię: żądza pieniędzy – chciwość, żądza władzy, no i żądza seksualna.

A skoro od tego zaczęliśmy, zajmijmy się tym grzechem. Badania w Niemczech, które przeprowadziły świeckie komisje na zlecenie episkopatu, wykazały, że wśród księży jest 4 proc. pedofilów. Ale tam episkopat dostarczał archiwa komisjom. W Australii episkopat udostępnił wszystkie kościelne archiwa i wyszło, że to 7 proc. U nas oczywiście żadnych badań nie było, ale nawet jeżeli tylko – jak w 2014 r. stwierdził papież Franciszek – 2 proc. wszystkich księży jest pedofilami, to i tak mniej więcej 600 pedofilów w sutannach chodzi codziennie między naszymi dziećmi.

W ostatni weekend Mateusz Morawiecki najpierw stwierdził, że w czasach rządów PO-PSL „nie było dróg ani mostów”, a potem zażartował z szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska. Morawiecki opowiedział zmyśloną historyjkę, jak to kuzyn dzwoni do Tuska i pyta: „Co robisz?”. A Tusk na to: „Nic, jestem w pracy”. Według Morawieckiego „właśnie tak rządzili. To była ta gnuśność, pasywność, ta inercja, to nicnierobienie. Oni byli rządem pasywności, my jesteśmy rządem aktywności”. O poprzednikach mówił też kilka miesięcy temu tak: „Przestępcy podatkowi przestali w Polsce, że tak powiem, wytyczać kierunki polityki gospodarczej”.

Mateusz Morawiecki był jednym z nich

W związku z powyższym trzeba premierowi przypomnieć, że przez dwa lata był – używając jego słów – jednym z tych „przestępców” wytyczających kierunki, którzy nie budowali mostów ani dróg i nic nie robili, kiedy byli w pracy. Był, bo w 2010 r. (na dwa lata) Donald Tusk powołał go na jednego z 11 członków swojej Rady Gospodarczej. Zgodnie z zarządzeniem Rada była organem pomocniczym prezesa Rady Ministrów w sprawach dotyczących bieżących zagadnień rozwoju społecznego i gospodarczego kraju.

A Morawiecki był dość aktywnym jej członkiem, spotykali się co dwa tygodnie. „Zastanawialiśmy się, jaka polityka makroekonomiczna i jakie działania planowane przez rząd byłyby korzystne, by nie wpuścić kryzysu do Polski. Premier Morawiecki w tych pracach brał aktywny udział. Jego kontrybucja była konstruktywna” – wspominał w rozmowie z serwisem NaTemat.pl Adam Jasser, który był sekretarzem Rady. Dodawał, że poglądy Morawieckiego były wówczas zbieżne z tym, jak działał rząd Tuska.

Morawiecki nie ma w PiS wielu sympatyków

Co więc każe Mateuszowi Morawieckiemu wypierać się swojej przeszłości, jednak dość mocno związanej z poprzednim rządem, na którego temat tak niewybrednie dziś „żartuje”?

Choć do PiS zapisał się już ponad 2,5 roku temu, to nie ma tu wielu sprzymierzeńców. Kiedy Kaczyński zakomunikował przy Nowogrodzkiej, że wymienia Szydło na niego, to ona otrzymała gromkie brawa na pocieszenie. Morawiecki nie został powitany oklaskami. I tak w partii nie klaszczą mu do dziś. Posłowie PiS wciąż wytykają mu, że był w Radzie Gospodarczej Tuska, i kłują ich w oczy pieniądze, które premier zarobił w bankowości.

Ale Morawiecki ma kilka atutów, które imponują prezesowi i wywołują zazdrość partyjnego aktywu. To poukładana rodzina, czworo dzieci, karta opozycyjna, dobre wykształcenie, konserwatywne poglądy i – najważniejsze – zna się na gospodarce, o której prezes nie ma większego pojęcia. Kiedyś już Kaczyński, z powodu braku własnych zasobów, zaimportował sobie z obozu Platformy gospodarcze kompetencje Zyty Gilowskiej. Teraz sięgnął po Morawickiego, który chce się sprawdzić w polityce, bo w biznesie już swoje zrobił i zarobił. Twardy elektorat PiS nigdy do końca nie zaakceptował w szeregach partii nieżyjącej już wicepremier Gilowskiej, która zakładała z Tuskiem PO. Z Morawieckim ten elektorat też ma problem, i to większy, bo przecież kiedyś to on zastąpi wodza.

Premier wypiera się przeszłości

Morawiecki robi wiele, aby uwiarygodnić się w oczach ludu zapatrzonego w Kaczyńskiego. Dlatego pojawił się obok prezesa na miesięcznicy smoleńskiej, choć podobno nie wierzy w zamach. Dlatego pierwszy wywiad, którego udzielił – kiedy tylko został premierem – miał miejsce w telewizji o. Tadeusza Rydzyka. To tam mówił o swoim marzeniu rechrystianizacji Europy.

Wreszcie, aby przypodobać się elektoratowi PiS, Mateusz Morawicki jest w stanie wyprzeć się swojej przeszłości i całkiem sensownej współpracy z rządem Donalda Tuska, z którego teraz tak ochoczo żartuje.

Tymczasem przez prawie dwie dekady Morawiecki był częścią elit tak teraz krytykowanej przez siebie III RP – najpierw jako młody samorządowiec, zasiadający w sejmiku województwa dolnośląskiego z ramienia AWS, następnie jako jeden z najbardziej prominentnych, udzielających się publicznie menadżerów sektora bankowego.

Na konwencji samorządowej Zjednoczonej Prawicy 1 września premier Morawiecki oznajmił, że spakował się na dobrych kilka tygodni podróży i rusza w Polskę. Od razu wsiadł do partyjnego busa i pojechał do Łowicza. Od tego czasu jest ciągle w trasie. Co tydzień media przynoszą informację o kolejnym kampanijnym przystanku premiera.

Cuda i ruiny

Słuchając tego, co premier mówi w kolejnych miastach, nie sposób nie zadać pytania: do kogo szef rządu próbuje dotrzeć? Widać już bowiem bardzo wyraźnie, żeMorawiecki nie zmiękcza ani trochę partyjnego przekazu, nie próbuje specjalnie sięgnąć do tego elektoratu, u którego Kaczyński, Błaszczak, czy inne osoby z twardego jądra obozu władzy nie budzą wcale szczególnego zaufania.

Morawiecki, walcząc dla swojej partii o kolejne miasta i województwa, powtarza niemal dokładnie to samo, co PiS mówił przez ostatnie trzy lata. Ze wszystkich wystąpień premiera na kampanijnej trasie da się skonstruować jedną narrację, zbudowaną wokół pięciu figur: Polski w ruinie; leniwych, skorumpowanych i gardzących prostym człowiekiem elit; cudu gospodarczego, jaki przynieść miała „dobra zmiana”; prostego człowieka, któremu PiS przywrócił godność; wreszcie wrogów dobrej zmiany z „totalnej opozycji” i zagranicy, którzy zrobią wszystko, by odsunąć PiS od władzy i ponownie odebrać Polakom dumę z tego, kim są i szanse na godne życie.

Premier mówi więc o likwidowanych połączeniach kolejowych, upadłych zakładach, niegdyś tętniących życiem przystankach, dziś porośniętych trawą (Opole), o tym, jak przez „25 lat prywatyzowano polski przemysł i banki” (Szczecin). Jasno wskazuje też winnego tego stanu rzeczy: „elitę III RP”, z politykami PO na czele. W Szczecinie Morawiecki opowiedział żart o rządzącym przez siedem lat premierze, który gdy ktoś do niego dzwonił z pytaniem „co robisz”, odpowiadał „nic, przecież jestem w pracy”. W Gorzowie Wielkopolskim premier w denuncjacji swoich konkurentów uderzył w wizyjne, poetyckie tony: „Tutaj w Gorzowie macie takie urokliwe schody donikąd. To piękna osobliwość Gorzowa, ale jednocześnie taka metafora polityki naszych poprzedników. Droga donikąd – tak prowadzili polską gospodarkę, polskie społeczeństwo”.

W przeciwieństwie do PiS. Rządząca partia, jak powtarza w każdym odwiedzanym miejscu Morawiecki, już przyniosła Polsce „mały cud gospodarczy”. Rządy partii z Nowogrodzkiej rozbiły mafie vatowskie, przyniosły miliardy finansom państwa, przywróciły godność rodzinom, objętym 500+, a wszystko to dopiero początek. W Szczecinie premier obiecywał odbudowę przemysłu stoczniowego, drogi, obwodnice i połączenia kolejowe, inwestycje w zrównoważony rozwój i bogactwo sięgające najdalszych zakątków Polski. „Wiatr historii musi teraz zawiać w każdej gminie” – przekonywał w Gorzowie.

By jednak zawiał PiS musi odsunąć od władzy w samorządach konkurentów. Ci bowiem tylko knują, jak powstrzymać dobrą zmianę. Samorządy najchętniej by – zdaniem premiera – sprywatyzowali. Dobra zmiana tych knowań się jednak nie boi. „Nam niestraszne są te wszystkie pomruki z zagranicy, pomruki naszych konkurentów politycznych, tych, którzy albo nie rozumieją zmiany albo chcą doprowadzić do fragmentacji Polski, do rozczłonkowania [takiego] jak dawne rozbicie dzielnicowe” – straszył i uspokajał zarazem Morawiecki w Szczecinie.

Premier, który spadł na Ziemię

Słuchając wszystkich tych jeremiad premiera Morawieckiego wymierzonych w III RP można by pomyśleć, że szef rządu w 2015 roku przyleciał do Polski po raz pierwszy z jakiejś odległej planety, lub przynajmniej drugiej półkuli. Tymczasem przez prawie dwie dekady Morawiecki był częścią elit tak teraz krytykowanej przez siebie III RP – najpierw jako młody samorządowiec, zasiadający w sejmiku województwa dolnośląskiego z ramienia AWS, następnie jako jeden z najbardziej prominentnych, udzielających się publicznie menadżerów sektora bankowego.

Trudno poważnie traktować utyskiwania na prywatyzacje banków ze strony kogoś, kto w sprywatyzowanym banku zrobił błyskotliwą karierę i wypracował wielomilionowy prywatny majątek. Żart z rzekomego lenistwa Tuska byłyby może mniej żenujący, gdyby Morawiecki nie był doradcą ekonomicznym lidera PO przez cztery lata. Nie sposób nie zapytać też, czy wtedy nie widział problemu z luką VAT i czy informował o nim premiera. Jeśli III RP to faktycznie schody wiodące donikąd, to Morawiecki sam ponosi za to część odpowiedzialności.

Oczywiście, Morawiecki nie jest pierwszym, ani ostatni politykiem, który w kampanii wyborczej nieuczciwie atakuje konkurentów, przemilcza niepasujące do narracji fakty i składa wątpliwe obietnice. Pytanie tylko, na ile język, jaki PiS mówił przez ostatnie trzy lata zadziała w wyborach samorządowych.

Daremna roszada

Po trzech latach PiS utrzymał, a być może nawet lekko poszerzył swój stan posiadania z 2015 roku – co w polskiej polityce, gdzie rządząca partia tylko raz wygrała wybory, jest pewnym sukcesem. Z drugiej strony, mimo świetnej koniunktury i uruchomionych transferów socjalnych PiS ciągle daleki jest od całkowitej hegemonii, a około połowy aktywnych publicznie Polaków i Polek uważa, iż odsunięcie tej partii od władzy jest konieczne do ocalenia demokracji w Polsce.

W samorządach ta polaryzacja może jeszcze pracować na korzyść PiS. Partia Kaczyńskiego jest dziś na poziomie władzy lokalnej bardzo słaba – rządzi w jednym województwie, nie ma prezydenta w żadnym większym mieście. Jesienią PiS z pewnością weźmie co najmniej kilka województw, może uda się też z jakimś dużym miastem. Bliskie partii media ogłoszą wtedy sukces i potwierdzenie mandatu „dobrej zmiany”.

Ale już w następnych wyborach parlamentarnych retoryka, jaką dziś posługuje się Morawiecki, może się zużyć. Jeśli partia nie przyciągnie nowych wyborców, to wystarczy lekkie wahanie poparcia, jeden poważniejszy wizerunkowy kryzys, by jej samodzielna większość w przyszłym Sejmie pękła jak bańka mydlana.

Roszada wymieniająca Szydło na Morawieckiego miała zapobiec temu scenariuszowi. Nowy premier miał przemówić do wyborców odpornych na uroki pisowskiego, twardego aktywu: klasy średniej, przedsiębiorców, elity zawodowe, umiarkowanych wyborców niechętnych stanowi ciągłego politycznego wrzenia.

Dziś jest już jasne, że żaden zwrot ku centrum nie dokonał się i raczej już nie dokona za sprawą Morawieckiego. Premier mówi z grubsza tym samym językiem co Beata Szydło, czy Mariusz Błaszczak i trafia do bardzo podobnego elektoratu. Co z czasem może wywołać u Kaczyńskiego refleksję, czy roszada miała sens i czy ambitny Morawiecki jest najlepszą osobą do walki o drugą kadencję PiS. Ze względu na swój własny polityczny interes wewnątrz obozu władzy premier powinien więc być może rozważniej dobierać słowa.

Społeczeństwami rządzą emocje. Tę lekcję odrobiły prawicowe ruchy populistyczne przejmujące władzę w wielu miejscach demokratycznego świata. Umiejętnie je rozbudzają i eskalują, bazując na podstawowych fundamentach ludzkiej psychiki. Ich ulubionym jest tradycyjnie fundament świętości i upodlenia. Praktycznie zawsze świętością jest tu naród i jego niezależność, którą brukają imigranci mający doprowadzić do zniszczenia kraju. To wspólny mianownik łączący Orbána, Kaczyńskiego, Farage’a i Trumpa. A narracja ta działała wszędzie – nawet tam, gdzie imigrantów praktycznie nie widać, jak choćby w Polsce.

Kim są i czego chcą liderzy populistów w Europie?

Ruchy populistyczne nie gardzą też fundamentem autorytetu i buntu. Pomimo że ich przedstawiciele sami są w polityce od dekad lub zaliczają się do finansowej elity, budują poparcie na potrzebie buntu wobec elity: czy to „waszyngtońskie bagno”, lokalne elity polityczne i społeczne, czy też eurokraci. Ich następny ulubiony fundament to lojalność i zdrada – przeciwnicy są tu przedstawiani najczęściej jako pachołki obcych potęg. Nie da się jednak ukryć, że ten fundament przechodzi w ręce opozycji wskazującej na powiązania populistów – najczęściej z Rosją.

Nowa żelazna kurtyna. Populizm wschodni i zachodni

Trolle dla prawicowych populistów

Nie da się bowiem zaprzeczyć, że rosyjskie trolle internetowe w ostatniej rundzie wyborów wspierały prawicowych populistów (a wiemy, że w niektórych przypadkach pomoc szła o wiele dalej – co wykazuje na przykład komisja Muellera w USA). Czy zatem populiści to Płatni Zdrajcy Pachołki Rosji? Wykluczyć tego nie sposób, ale być może stanowią tylko narzędzie do osiągnięcia przez Moskwę zupełnie innych celów.

Spowiedź rosyjskich trolli w „New York Timesie”: Pracowaliśmy jak roboty

Utracona potęga Rosji

Rosja to kraj trapiony wieloma problemami, jednocześnie od czasu rozpadu ZSRR opłakujący utratę swej potęgi i marzący o odzyskaniu choć jej namiastek. Tymczasem sytuacja w tym kraju jest bardzo trudna przynajmniej na dwóch poziomach. Po pierwsze, transformacja z gospodarki socjalistycznej w oligarchiczną okazała się katastrofą. Jak wielka to katastrofa, najłatwiej dostrzec na przykładzie Ukrainy, która szła bliźniaczą ścieżką. Rosja nie wygląda tak fatalnie tylko dzięki zasobom surowców naturalnych, którymi finansuje społeczny spokój i marionetkowe rządy wasali. Jednak spadki cen ropy to uniwersalna oznaka nadchodzącego kryzysu w Rosji. Zresztą surowce naturalne to jak zwykle mieszane błogosławieństwo, bo rozleniwia, przez co Rosja znalazła się w sytuacji, w której nie jest nawet w stanie wyżywić swoich obywateli – mimo gigantycznych areałów. Drugi zaś powód ma naturę demograficznej zapaści pogłębianej problemem alkoholowym, epidemią AIDS oraz depresji. Perspektywy zaś nie wyglądają różowo – Rosja jest skazana na obniżanie swojej pozycji międzynarodowej.

Ukryci za (prawicowym) portalem

Podkopać innych, pozostać mocarstwem

Niezbędne reformy mogące odwrócić ten trend w samej Rosji są właściwie niemożliwe do przeprowadzenia, gdyż uderzałyby bezpośrednio w interesy rządzącej kleptokracji. Jednak utrzymanie mocarstwowej narracji jest obok zapewnienia minimum socjalnego warunkiem jej popularności. Dlatego jedyną alternatywą jest intensywne podkopywanie pozycji innych aktorów na scenie międzynarodowej. Nadzwyczaj użytecznym narzędziem okazał się internet, gdzie farmy rosyjskich trolli wpływały na opinię publiczną – zwłaszcza przed ważnymi wyborami. Rosja wspierała zwykle ruchy marginalne w celu podkopania pozycji istniejących elit. Efekty zaś były porażające: nagle okazywało się, że postaci niemające szans na zwycięstwo wygrywały z faworytami. Tak wygrał Donald Trump, Andrzej Duda i zwolennicy brexitu.

Czy to był cel działania rosyjskich trolli? Wydaje się, że nie oczekiwano aż tak daleko posuniętych skutków. Liczono na pewno na rozbudzenie tendencji izolacjonistycznych i wprowadzenie napięć wśród tradycyjnych sojuszników, osłabienie instytucji UE. Jednak doprowadzenie do rozpadu UE, kwestionowanie roli NATO przez prezydenta USA chyba przekraczało założone efekty programu. A może to dopiero początek rosyjskiego planu?

Rosjanie oskarżeni o ingerowanie w wybory w USA. Co konkretnie robili?

Trolle w debacie na temat szczepionek

Takie wnioski płyną pośrednio z wyników badań opublikowanego w „American Journal of Public Health” artykułu „Weaponized Health Communication: Twitter Bots and Russian Trolls Amplify the Vaccine Debate”, autorstwa Davida Broniatowskiego et al. Zespół analizował aktywność rosyjskich trolli w zakresie debat o szczepionkach. Pierwszym zaskoczeniem jest to, że rosyjskie trolle w ogóle się w takich kwestiach udzielają – w końcu nie jest to z punktu widzenia Rosji temat politycznie użyteczny. Trudno uwierzyć, że Rosjanie liczą, że trolle masowo przekonają matki do nieszczepienia dzieci, co przełoży się na masowe epidemie, które uderzą demograficznie w państwa Zachodu. Szczególnie że rosyjskie trolle nie wypowiadają się jedynie po stronie antyszczepionkowców – równie często obowiązkowych szczepień bronią. O co więc chodzi?

Rosyjska gra na destabilizację

Wygląda na to, że grę na emocjach Rosjanie opanowali jeszcze lepiej niż prawicowi populiści. I o ile ci pierwsi wykorzystali ją, grając po jednej stronie debaty w celu zdobycia władzy, o tyle Rosjanom chodziło o coś zgoła innego – podniesienie temperatury społecznego sporu, podważenie utartych konsensusów. Markowanie debaty po obu stronach sporu nie tylko angażowało już zainteresowanych, ale przede wszystkim zachęcało do opowiedzenia się po jednej ze stron przez wcześniej obojętnych. Innymi słowy, Rosji zależy na podziałach społecznych, a w dłuższej perspektywie – destabilizacji społeczeństw Zachodu. To, że destabilizacja przyniosła dodatkowo władzę siłom sprzyjającym rosyjskim interesom, wydaje się tylko dodatkową korzyścią. Przemawia za tym fakt, że rosyjskie boty nie zakończyły swojej działalności i penetrują kolejne tematy budzące społeczne emocje.

Rosyjskie fabryki trolli. Zalewają internet prokremlowskim przekazem, ale popełniają również błędy

Czego się zatem możemy spodziewać? Najwyraźniej rozdmuchiwania każdej debaty, która może się okazać kontrowersyjna: tak po stronie konserwatywnej, jak liberalnej. Celem bowiem wydaje się nie zwycięstwo konkretnej siły politycznej, ale destabilizacja. Ta zaś wymusza większe zaangażowanie w sprawy wewnętrzne kosztem spraw międzynarodowych. Co z kolei pozostawi Rosji wolne pole do prób odbudowania swojej mocarstwowości.

Dlaczego coraz częściej dajemy się uwieść populizmowi. Pięć lekcji

Tym razem Krystyna Pawłowicz postanowiła na Twitterze zadać pytanie ministrowi obrony narodowej Mariuszowi Błaszczakowi. – „Panie Ministrze ON, czy Pan wie, że krążą plotki, iż Mazguła i jego koledzy z wojska mają po przegraniu wyborów przez PO, na hasło opozycji o „sfałszowaniu wyborów przez PIS” wyprowadzić wojsko z koszar…? Ale chyba wszystko jest pod kontrolą?” – napisała Pawłowicz.

W kolejnym wpisie zapewniła: – „Nooo, słyszałam to od poważnych osób. Ja tylko pytam…”. Zaiste „mocne dowody” ma posłanka PiS, stawiając to pytanie…

– „Pani Pawłowicz najwyraźniej zaczyna się niepokoić, co będzie, jak wyjdzie na jaw, że PiS istotnie sfałszował wyniki wyborów”;

„Strach przed przegranymi wyborami przez PIS odbiera jej resztki rozumu”; – „Wojskowy zamach to raczej PiS szykuje a nie opozycja (OT, czyli armia Macierewicza na wschodnich terenach); – „A ja słyszałam, że Pawłowicz będzie brała udział w wyborach „Miss Polski”, nie wiem, czy to prawda, ale tak słyszałam… ja tylko pytam” – komentowali najnowszy „odlot” posłanki PiS.

„Uważam, że premier Morawiecki nie rozumie, co to jest prawda. Słuchając go wielokrotnie, w różnych miejscach, mam coraz więcej wątpliwości. On żyje w jakiejś meta-prawdzie czy fake-prawdzie, nie wiem, jak to nazwać. Dla niego świat się zaczął wraz z dojściem PiS-u do władzy. Nic wcześniej nie było” – powiedział Aleksander Kwaśniewski w TVN24. Były prezydent stwierdził, że Mateusz Morawiecki walczy o sukcesję w PiS i chce udowodnić Jarosławowi Kaczyńskiemu, że lepszego następcy od niego nie ma. – „W związku z tym posuwa się do stwierdzeń, które moim zdaniem są dyskwalifikujące. Morawiecki to przykład, jak ambicja i pozycja polityczna może przewrócić w głowie” – zauważył Kwaśniewski.

Były prezydent odniósł się do zawieszenia przez Europejską Sieć Rad Sądownictwa nowej KRS w prawach członka tej organizacji. Przypomnijmy, że w głosowaniu 100 głosów oddano za zawieszeniem, przy 6 przeciwnych i 9 wstrzymujących się. – „Wynik głosowania jest najsmutniejszy. To jest dowód na to, że Polska w strukturach Unii Europejskiej jest osamotniona i nie może liczyć na tych sojuszników, na których rządzący bardzo liczą, np. na Węgrów, Czechów czy Słowaków, bo ten wynik byłby inny, może nie 100 do 6, tylko 90 do 16” – podsumował.

Po raz kolejny Kwaśniewski skomentował słowa o Andrzeja Dudy o UE jako „wyimaginowanej wspólnocie”. – „Te słowa są nieprawdziwe w faktach. Bo Unia dała nam bardzo dużo. Musimy zacząć walczyć z nieprawdą. To, co proponuje dziś PiS ustami swoich najwyższych przedstawicieli, prezydenta i premiera, jest niebywałe. Tak mijać się z prawdą, tak ją omijać, to rzeczy, które znamy z bardzo zamierzchłych czasów. Polska ustami prezydenta wpisuje się w nurt antyeuropejski, na czele którego stoi Władimir Putin.” – podkreślił Kwaśniewski w TVN24.

Waldemar Mystkowski pisze, do czego używane jest PiS i przez kogo.

PiS w sprawowaniu pełnej władzy przeszkadzają obowiązujące na Zachodzie standardy demokratyczne i niezależne sądownictwo.

Liderka francuskiej skrajnej prawicy Marine Le Pen spozycjonowała PiS w dzisiejszej Europie, określając, iż „w Polsce, na Węgrzech i w Austrii nasze idei są u władzy”. Ta przeciwniczka Unii Europejskiej otwartym tekstem powiedziała to, co skrywają Jarosław Kaczyński i Mateusz Morawiecki: wychodzimy z projektu unijnego, aby zasklepić się w tradycji narodów znanej przed 1939 rokiem, a jeszcze lepiej przed 1918.

Nie mamy takich dowodów, jakie mają opozycje we Francji, na Węgrzech, w Austrii czy nawet w USA, iż „nasze idee u władzy” to poręczne ekspozytury uprawiania polityki zagranicznej przez Kreml. „Nasi u władzy” grają na rozbicie Unii Europejskiej, tak jak PiS, któremu w sprawowaniu pełnej władzy przeszkadzają obowiązujące na Zachodzie standardy demokratyczne i niezależne sądownictwo.

Jarosławowi Kaczyńskiemu, który mimo niemocy fizycznej uczestniczy w kampanii samorządowej, przeszkadzają samorządy – w jego wizji partia centralnie powinna zarządzać samorządem. Nawet na tym poziomie mamy do czynienia z kolejnym odwołaniem do tradycji, tym razem do PRL-u.

Prezes PiS postraszył wyborców, iż jeżeli przy urnie nie wskażą na kandydata PiS, to zostanie im oskoma, a nie pieniądze: – „W gminie trzeba budować, poprawiać drogę, to są potrzebne pieniądze z centrali, centrala to z kolei rząd”, czytając wprost znaczy, że tylko samorządy zarządzane przez PiS będą mogły liczyć na finansowe wsparcie rządu. Taka dotacja będzie uzależniona od „naszego człowieka u władzy”, a nie od złożonej odpowiedniej aplikacji, wniosku.

Coś tam bąknął Kaczyński, iż PiS szykuje nam dobrobyt: – „Chcemy, aby w Polsce było najpierw tak jak we Włoszech, a w końcu tak jak w Niemczech”. Stwierdzenie ni przypiął, ni przyłatał, bo z tym rządem raczej zbliżamy się do Grecji i do podobnych gospodarek, które zostały zrujnowane przez podobny pisowskiemu populizm.

Z Kaczyńskim jest jednak tak, iż język zawsze go obnaża, nie tylko poprzez lapsusy („nikt nam nie powie, że białe jest białe…”), ale przede wszystkim przez freudystyczne budowanie pojęć, które obnażają wyobraźnię mówiącego. „Język powie to, co pomyśli głowa” (Słowacki) i ten passus nacjonalistyczny Kaczyńskiego da się odczytać następująco, co zresztą publicyści od razu wychwycili z lekka trawestując autora, który wraz z Morawieckim szykuje nam przyszłość: „Najpierw jak we Włoszech po 1922, a potem jak w Niemczech po 1933…”, chyba bardziej otwartej deklaracji Kaczyński nigdy nie złożył.

Zupełnie dzisiaj bez formy jest Mateusz Morawiecki, zwykle kradnący własność intelektualną. W Zachodniopomorskiem był łaskaw powiedzieć: – „Stoimy w momencie, kiedy nie ma już Polski A i Polski B”. Przepraszam, ale on już nie raz okazał się w ojczystej mowie pokraką, bowiem z powyższego zdania wynika, że obecnie jest Polska C.

Ponadto u Morawieckiego coraz wyraźniej widać jego bardzo złą cechę psychiczną, on nie lubi ludzi sytuowanych gorzej od siebie, Morawiecki gardzi ludźmi. Nawet bardziej niż Kaczyński nadaje się na dużą prozę narracyjną, która obnażałaby małość jako immanentną cechę podobnego człowieka. Dla Morawieckiego liczy się władza, a Polska to nie B, lecz zwykłe be, które można przeciągnąć do bee.

O tym, że wychodzimy z Unii, świadczy przygotowany przez Komisję Europejską pozew do Trybunału Sprawiedliwości UE w związku z ustawą o Sądzie Najwyższym. Wiceszef KE Frans Timmermans zapowiedział, że decyzja zapadnie w środę. Zdziwieni? Kraje europejskie w swoim projekcie cywilizacyjnym nie chcą mieć Białorusi, „naszych u władzy”, w istocie – w najgorszym wypadku – mimowolną ekspozyturę Kremla, bo kto chce być rozwalany od wewnątrz, kto godzi się, aby na salonach szalała V kolumna? Hę?

To nam pierwszym powinno zależeć na umacnianiu europejskiej wspólnoty. W naszym przypadku chodzi o coś więcej niż o infrastrukturę drogową. Stawką jest nasze być albo nie być. Albo będziemy we wspólnocie z innymi takimi jak my, albo nas nie będzie.

>>>

Przez PiS Polska jest wykluczana ze struktur europejskich

„Kłamstwa, którymi operuje nie tylko premier Morawiecki, wszyscy politycy PiS zaangażowani w tę kampanię, przekraczają nie tylko granice dobrego smaku i przyzwoitości, ale w ogóle deformują rzeczywistość i historię. Składamy pozew w trybie wyborczym. Będziemy żądać przeproszenia, sprostowania tych kłamstw, a także gratyfikacji finansowej na WOŚP” – zapowiedział lider PO Grzegorz Schetyna. Pozew trafi we wtorek do Sądu Okręgowego w Warszawie.

Chodzi o wypowiedź Mateusza Morawieckiego na wiecu wyborczym PiS w Świebodzinie w sprawie budowy dróg w czasie rządów Platformy Obywatelskiej. Premier twierdził, że nie budowano wtedy żadnych dróg i mostów. O tym skandalicznym wystąpieniu w artykule „Z Morawieckim już nie daje się wytrzymać. To notoryczny kłamca”.

Schetyna przypomniał, że sam, jako wicepremier i szef MSWiA w rządzie Donalda Tuska, realizował program budowy dróg lokalnych, tzw. schetynówek. – „Ten program trwał tak naprawdę całe osiem lat. On różnie się nazywał, ale był kontynuowany wtedy, kiedy było bardzo ciężko, kiedy przyszedł kryzys finansowy. To było ponad 15 tys. przebudowanych i wyremontowanych dróg, i tych powiatowych, i gminnych” – stwierdził przewodniczący PO. Przeznaczono na to ponad 5 mld zł.

Zgodnie z Kodeksem wyborczym, sąd rozpoznaje wniosek złożony w trybie wyborczym w ciągu 24 godzin.

W ciągu następnych 24 godzin strony mają czas na złożenie zażalenia do sądu apelacyjnego, który rozpoznaje je w ciągu 24 godzin. Od postanowienia sądu II instancji nie przysługuje skarga kasacyjna i podlega ono natychmiastowemu wykonaniu.

Poseł Stanisław Pięta „zasłynął” w maju jako bohater afery obyczajowej. O jego romansie – żonatego mężczyzny o bardzo konserwatywnych poglądach – zrobiło się głośno po publikacji „Faktu”. Okazało się także, że poseł obiecywał kochance nie tylko założenie z nią rodziny, o czym w artykule „Jak poseł Pięta załatwiał kochance pracę w PKN Orlen”.

Po ujawnieniu afery PiS zawiesił posła Piętę w prawach członka partii i klubu oraz odwołał go z komisji śledczej ds. Amber Gold i Komisji ds. Służb Specjalnych. Członkowie tych komisji mają dostęp do ściśle tajnych dokumentów. – „Osoby, które zasiadają w Komisji ds. Służb Specjalnych i mają certyfikat dostępu, nie mogą być podatne na szantaż. Służby powinny wszcząć kontrolę certyfikatu posła Pięty” – mówił Adam Szłapka z Nowoczesnej.

Mimo to, jak ustaliła Rzeczpospolita, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego nie odebrała posłowi Pięcie certyfikatu dostępu do informacji niejawnych.

Na pytanie rp.pl, dlaczego -zespół prasowy ABW poinformował, że nie może odpowiedzieć, zasłaniając się… ustawą o ochronie informacji niejawnych.

Nowa Krajowa Rada Sądownictwa została zawieszona w prawach członka Europejskiej Sieci Rad Sądownictwa (ENCJ). Rady z innych państw nie chcą współpracować z polską Radą, bo uznają ją za narzędzie rządu

O losie KRS przesądziło głosowanie na nadzwyczajnym posiedzeniu Europejskiej Sieci Rad Sądownictwa zwołanym w poniedziałek w Bukareszcie. Uczestniczyli w nim przedstawiciele rad sądownictwa z 22 państw Europy. W głosowaniu większość opowiedziała się za wnioskiem zarządu ENCJ o zawieszenie członkostwa Polaków.

Każdemu członkowi ENCJ przysługuje sześć głosów. Za zawieszeniem Polaków oddano 100 głosów przy sześciu głosach przeciwnych i dziewięciu wstrzymujących się. Głosowanie było niejawne, ale wynik wskazuje, że tylko przedstawiciel KRS był za niezawieszaniem polskiej Rady.

KRS zawieszono, bo polska Rada nie spełnia już podstawowego warunku, który – zgodnie ze statutem organizacji – muszą spełniać wszyscy jej członkowie.

„Nie jest instytucją niezależną od władzy wykonawczej oraz ustawodawczej i co za tym idzie – nie gwarantuje już, że będzie wspierać sądownictwo w misji niezależnego sprawowania wymiaru sprawiedliwości” – uznał w sierpniu zarząd ENCJ. Pod tym stanowiskiem podpisali się przedstawiciele rad sądownictwa z Holandii, Belgii, Chorwacji, Anglii i Walii, Włoch, Litwy oraz Portugalii.

‼️ Jedynym krajem, który zagłosował przeciwko zawieszeniu polskiej KRS w prawach członka ENCJ była Polska. Wstrzymali się . Bułgarzy

Europejska Sieć Rad Sądownictwa zawiesiła polski Komitet Rozbiórki Sądownictwa, czyli przejętą przez polityków Krajową Radę Sądownictwa.

– W ostatnich 10 latach dziewięciu księży diecezji płockiej wykorzystało seksualnie szesnaścioro małoletnich – takie dane na poniedziałkowej konferencji prasowej podał biskup Piotr Libera. I dodał: – Odczuwam upokorzenie, zawstydzenie i gniew, że coś takiego miało miejsce. Ma miejsce. Przed oczyma mam przede wszystkim niewinne ofiary tych nadużyć. Przepraszam za łzy i cierpienia, które spowodowali księża, którzy sprzeniewierzyli się swemu powołaniu.

Do zwołania konferencji skłonił go skierowany niedawno przez papieża Franciszka „List do Ludu Bożego”, a także odprawiane 14 września nabożeństwa pokutne za ofiary przestępstw seksualnych księży wobec nieletnich.

– Od samego początku mojego pobytu w Płocku, od czerwca 2007 r., wydałem wojnę przestępcom. Nie uchylamy się od odpowiedzialności, egzekwowanie zasady „zero tolerancji” wobec zachowań pedofilnych wśród duchownych było i jest moim priorytetem. Powtórzę za papieżem Benedyktem: „Nie pozwolę, by przestępstwo pedofilii spenetrowało wewnętrzny świat wiary” – zwracał się do dziennikarzy ordynariusz diecezji. I kontynuował:

W diecezji płockiej nie ma miejsca na przestępstwa seksualne duchownych wobec małoletnich, niezależnie od tego, czy jest to jeden czy pięć przypadków, czy dopuścił się ich „szeregowy” ksiądz czy ksiądz kanonik. Liczą się przede wszystkim ofiary, ich ochronę i dobro stawiam na pierwszym miejscu. Skala krzywd, jakich doznały, jest wielka. To nie złamana kość czy siniak, to głęboka rana psychiczna, z którą trzeba żyć latami.

>>>

Odjazd Kaczyńskiego. Morawiecki w goebbelsowskiej formie. Smoleńsk ciągle popłatny. PiSizmy

>>>

– My chcemy doprowadzić do tego, żeby Polska naprawdę szybko nadrabiała tę różnicę, która ciągle istnieje, chociaż jest coraz mniejsza, między nami a bogatymi krajami Europy Zachodniej. Tu nawet nie chodzi o przeciętną europejską, bo do tej przeciętnej wchodzą takie kraje, dużo biedniejsze niż Polska, np. Bułgaria. Nam chodzi po prostu o to, żeby w Polsce było przynajmniej najpierw tak, jak we Włoszech, później tak jak we Francji, a w końcu tak jak w Niemczech. Może później jeszcze jak w Holandii – stwierdził Jarosław Kaczyński w Radiu Szczecin.

>>>

Głośne i prowokacyjne obchody rocznicy tragedii prezydenckiego samolotu nad lotniskiem Siewiernyj zostały co prawda stonowane, lecz sama idea stale żyje, a jej „kapłani” niezmiennie są doceniani.

Stowarzyszenie Solidarni 2010 od lat kreujące PiS-owską narrację o spisku i zamachu na prezydencki samolot przekształciło się z czasem w całkiem niezły interes – informuje Super Express. Podaje, że organizacja kierowana przez Ewę Stankiewicz zainkasowała już z budżetu 300 tysięcy złotych.

Towarzystwo solidnie na to zapracowało, aktywnie uczestnicząc we wszystkich miesięcznicach. Głośno domagano się kary śmierci dla Donalda Tuska i podległych mu ministrów, oskarżając ich o przyczynienie się do katastrofy i mnożąc liczne teorie dotyczące spisku na życie prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Dziennik podaje, że Solidarni 2010 już od 2016 dostawali pieniądze z budżetu państwa: MSZ przyznało im 174 tysięcy złotych na projekt „Przyszłość i Perspektywa”, a MON prawie 29 tysięcy złotych na organizację koncertu podczas Dnia Żołnierzy Wyklętych.

Na dodatek, Senat dorzucił swoje 117 tys. na zorganizowanie cyklu wykładów na temat historii Polski, polskiej literatury emigracyjnej i wybitnych osiągnięć polskiej muzyki poważnej, prowadzonych przez uznanych naukowców.

„To stowarzyszenie radykalne w formie i w treści, dziwna jest współpraca tego typu podmiotów z instytucjami państwowymi. A z drugiej strony może PiS chce uspokoić organizację, która rysowała bardzo spiskowe teorie o Smoleńsku, bowiem organy państwowe od 3 lat ośmieszają się w tzw. badaniu przyczyn katastrofy” – tak poseł Krzysztof Brejza z PO komentuje szczodrość państwa wobec Solidarnych.

Fakt ten nie umknął też uwadze internautów, którzy nie szczędzą drwin tej kosztownej „zabawie”.

„Biznes smoleński ma się dobrze. Wkrótce zaczną się pielgrzymki do świętego miejsca, gdzie historia zatoczyła koło. I stanie cud. Pojedynczy pielgrzymi zobaczą srebrzystą poświatę nad miejscem wypadku, ktoś dostrzeże stojącą postać Matki Świętej (Marii) roniącej krwawe łzy, na niebie smoleńskim z ciemnych deszczowych chmur ułoży się korona cierniowa Jezusa Chrystusa, ktoś chory ozdrowieje, ktoś kulejący po przejściu kilku kilometrów po ziemi świętej poczuje poprawę i ból ustąpi” – napisał internauta w reakcji na ostatnie doniesienia w sprawie „prawdy na temat tego co wydarzyło się w Smoleńsku w 2007 roku”.

>>>

(…) stoimy właśnie w takim momencie, kiedy nie ma już Polski A i Polski B.

>>>

Kler będzie słono płacił ofiarom za gwałty pedofilskie. Pisowcom lasują się mózgi z powodu Konstytucji

Zaufanie księdza

„Czasem rodzice tak się upijali, że zapominali otworzyć mi drzwi. Musiałam spać na zewnątrz – opisuje swoje dzieciństwo Katarzyna w reportażu w „Dużym Formacie”. – W szóstej klasie podstawówki ksiądz uczący nas religii zauważył, że płakałam”.

Ksiądz Roman B. z zakonu Towarzystwo Chrystusowe przekonał rodziców, że lepiej Katarzynie będzie w szkole z internatem w innym województwie. Rodzice się zgodzili. Później przed sądem ojciec zeznał: „Zwiodło mnie, że to ksiądz”.

„To nie była szkoła z internatem, tylko puste mieszkanie jego matki – opowiadała dziewczyna. – (…) Był silny, ważył sto kilogramów. Krzyczałam, błagałam, by przestał. (…) Zaczął zmuszać mnie do brania leków. (…) Byłam otępiała, senna. (…) W kolejnych dniach zaczął mnie bić, poniżać, groził, że mnie zabije. (…) Często zabierał mnie na plebanię w Stargardzie. Jedliśmy obiad z księżmi, a potem brał mnie do swojego pokoju. (…) Księża się nie dziwili, że śpię u niego”.

Po kilkunastu miesiącach niewolenia Katarzyna odważyła się opowiedzieć wszystko pedagogowi ze świetlicy. Księdza Romana aresztowano w czerwcu 2008 roku.

Zostaje skazany w marcu 2010 roku przez Sąd Rejonowy w Stargardzie: „Działając w wykonaniu z góry powziętego zamiaru, w krótkich odstępach czasu, wielokrotnie, co najmniej kilkadziesiąt razy, nadużywając zaufania wynikającego z pełnionej funkcji kapłana katolickiego, obcował płciowo z małoletnią, wówczas w wieku 13-14 lat, w ten sposób, że rozbierał ją i odbywał stosunek seksualny, wprowadzając członka do pochwy małoletniej, oraz wielokrotnie doprowadzał do poddania się innym czynnościom seksualnym i do wykonywania takich czynności w ten sposób, że dotykał wyżej wymienioną po piersiach i po kroczu, całował ją po piersiach i po kroczu, kazał małoletniej dotykać swojego członka, przy czym tego dopuścił się, mając ograniczoną w stopniu znacznym zdolność kierowania swym postępowaniem”.

Zawieszenie koszulki z napisem „Konstytucja” na figurze króla Zygmunta III Wazy było kulminacyjnym punktem demonstracji Komitetu Obrony Demokracji w Warszawie. Udało się tego dokonać za pomocą wysięgnika. Uczestnicy manifestacji skandowali m.in. „Zygmunt z nami” czy „Obronimy Konstytucję”. Na przyniesionych transparentach można było przeczytać: „Idę na wybory w koszulce „Konstytucja”.
Figura króla na kolumnie Zygmunta to kolejny pomnik, który ubrano w koszulkę z napisem „Konstytucja”. – „Kodowa akcja Konstytucja obiegła nie tylko Polskę, ale i Europę. Polki i Polacy ubrali setki pomników na całym świecie w koszulki z napisem Konstytucja. To pokazało również, jak napis Konstytucja razi i uwiera tych, którzy od prawie trzech lat ją łamią” – napisali organizatorzy demonstracji. Pierwsza koszulka z tym napisem zawisła na pomniku Lecha Kaczyńskiego w Szczecinie.
Magda Filiks, wiceprzewodnicząca KOD, powiedziała, że na koszulkę, w którą ubrano króla Zygmunta zużyto 6 m materiału. – „Szyło się ją szybko, najwięcej czasu zajęło nam malowanie napisu „Konstytucja” – ok. 12 godz. Chcemy skonfrontować z problemem tych, którzy łamią Konstytucję. Zawstydzić ich. I to się udaje, bo widzimy po stronie rządzących wiele nerwowych reakcji. Dla PiS takie akcje stały się niewygodne i to świadczy o naszej skuteczności” – powiedziała wp.pl Filiks.
Z placu Zamkowego uczestnicy manifestacji przeszli przed Sąd Najwyższy. Na placu przed gmachem sądu ustawili drabinę, na którą nałożyli koszulkę z napisem „Konstytucja”. Demonstracja zakończyła się odśpiewaniem hymnu.
W ramach kampanii samorządowej Jarosław Kaczyński przybył do Szczecina, gdzie wygłosił płomienne przemówienie. Trzeba przyznać, że słowa, które padły, mogą wzbudzić spory niepokój.
Najpierw wskazał, że to właśnie tutaj, na Pomorzu, trzeba postawić „na szybki rozwój gospodarczy tej ziemi, który musi być zintegrowany z innymi częściami Polski”, co mogłoby sugerować, że ten region nadal pozostaje nieco poza Polską, że może ktoś ma jakieś wątpliwości co do jego polskości.
Kiedy prezes mówił o konieczności integracji społeczeństwa tej ziemi „wokół patriotyzmu”, gdy uzupełnił swoją wypowiedź słowami – „trzeba stawiać wymóg patriotyzmu, który jest zrębem motywacji i podstawą zaangażowania w życie publiczne”, niepokój wzrasta.

Integracja społeczeństwa wokół patriotyzmu, odrzucenie „zagranicznego lobby, które często naciska”, to może sugerować, że samorządowcy Pomorza mają duże powiązania z zagranicą, a ich patriotyzm jest bardzo wątpliwy. To wyraźne wskazanie na wewnętrznego wroga, którego trzeba zniszczyć.

Pytanie tylko, kto ma patent na patriotyzm? Kto ma prawo wskazywać kryteria, które pozwolą określić czym jest patriotyzm i kto się w nim mieści? Prezes nie ma wątpliwości, że tylko on. Nikt bowiem lepiej od niego nie wie, co to polskość i jak ma ten polski patriotyzm wyglądać.

To bardzo niebezpieczna postawa, która służy dalszemu pogłębianiu podziału społecznego i wskazywaniu wroga publicznego. To również potwierdzenie autorytarnych zapędów prezesa PiS.

Obywatel, zajęty szukaniem wroga wewnętrznego, dążący do tego, by zasłużyć na bycie patriotą w rozumieniu PiS, nie będzie zwracał uwagi na „dokonania” partii rządzącej i o to właśnie chodzi. Lud dostaje zabawki, by siedział cicho i nie zawracał PiS-owi głowy, gdy ten będzie coraz mocniej sięgał po pełnię władzy.

Jarosław Kaczyński coraz bardziej odkrywa karty…

Andrzej Karmiński na koduj24.pl pisze o Dudzie.

Okazuje się, że za łamanie konstytucji przez Prezydenta Rzeczpospolitej odpowiedzialny jest Pan Bóg. Tak przynajmniej wynika z wypowiedzi Andrzeja Dudy na zebraniu Episkopatów Europy, gdzie wyjaśniał, że inspiracją wszelkich jego działań jest wiara.

PAD nie pozwala zapomnieć o sobie. Od kilku dni politycy i komentatorzy głowią się, o co mu chodziło, gdy w Leżajsku nazwał Unię Europejską „wyimaginowaną wspólnotą, z której dla nas niewiele wynika”.  Szczególne zainteresowanie wzbudziła teza, że skoro w 1945 r. nieistniejąca wówczas Unia Europejska „zostawiła nas na pastwę Rosjan”, to w 2018 roku powinna się odczepić i pozwolić Kaczyńskiemu na dokończenie reform, choćby nie wiedzieć, jak były chore i nielegalne. Równocześnie Andrzej Duda zagroził, że on i jego obóz polityczny zrobią wszystko, żeby zrealizować obietnice wyborcze PiS – te, które spowodowały demolowanie państwa prawa dla zapewnienia zorganizowanej grupie Kaczyńskiego utrzymania i utrwalenie władzy po wsze czasy.

Mnożą się teorie, które próbują wyjaśniać, o co chodzi prezydentowi Dudzie. Strategia to, czy taktyka? – głowią się w mediach politycy i rozmaici eksperci. Jedni mówią, że tak naprawdę PAD chce nas wyprowadzić z Unii i w Leżajsku oficjalnie zainaugurował Polexit. Inni twierdzą, że przeciwnie, prezydent nie tyle chce wyprowadzić nas z Unii, co raczej ją postraszyć, wziąć „na huki”, wypróbować w Europie sprawdzoną w kraju metodę zakrzyczenia rzeczywistości. Jeszcze inni powiadają, że Duda przemawiając w Leżajsku wcale nie myślał o polskiej obecności w UE i chodziło mu tylko o to, by „błysnąć” przed spotkaniem z prezydentem Trumpem i zyskać uznanie tego populistycznego przywódcy wolnego świata, który od dawna nie kryje, że byłby szczęśliwy, gdyby UE – organizacja konkurencyjna dla USA – rozsypała się na elementy, które dałoby się rozgrywać z pozycji ekonomicznej siły.

Moim zdaniem żadna z powyższych teorii nie zbliża nas do zrozumienia rzeczywistych intencji prezydenta, a to dlatego, że wszystkie odpowiadają na źle postawione pytanie: o co chodzi prezydentowi? Tymczasem chodzi o to, że Andrzejowi Dudzie o nic nie chodzi! Błąd komentatorów polega na tym, że analizując występy PAD koncentrują się tylko na jego słowach. A przecież łatwo dostrzec, że teksty głoszone podczas występów prezydenta nie mają najmniejszego znaczenia.  Raz optuje za Unią, raz ją atakuje. Tu prezentuje nabożny stosunek do państwa prawa, a tam bredzi o przegniłym systemie sądownictwa.  Polska przed chwilą w ruinie – za moment płynie mlekiem i miodem. PAD raz nawołuje do jedności, a innym razem pogłębia podział na sorty i kasty. W jednym przemówieniu jawi się jako obiektywny rozjemca, a w innym nie kryje przywiązania do partyjnego projektu PiS. Znienacka wiesza okoliczne psy na przypadkowo zawetowanej ustawie, po czym podpisuje ją w kształcie praktycznie niezmienionym. Dowodów swej politycznej niezborności Andrzej Duda dostarcza niemal codziennie.

Mam wrażenie, że w głowie głowy państwa bezkonfliktowo zalegają zupełnie przeciwstawne koncepcje i sprzeczne formułki, używane przez rozmaite opcje w rozmaitych epokach i w najrozmaitszych parafiach. Prezydent korzysta z nich za pośrednictwem podręcznego magazynku w hipokampie, gdzie przechowuje zestaw komunałów i frazesów, odbezpieczonych i gotowych do strzału.  Nie zauważam tam większego związku ani z rzeczywistością, ani z prawdą. Często w przemowach PAD prawda nie leży tam, gdzie się akurat położyła, tylko tam, gdzie okazuje się przydatna, by dowieść konieczności ratowania rozgrabionej ojczyzny przez dwóch mężów opatrznościowych: Prezesa i Prezydenta.  Tym bardziej więc nie ma najmniejszego sensu dokonywanie egzegezy słów w deklamacjach Andrzeja Dudy. Warto natomiast wsłuchać się w ich melodię.

Podczas występów pana prezydenta usłyszeć można rozczulające nuty ludowych przyśpiewek, gdy opowiada o nędzy Polaków, oszukanych i wykorzystanych przez ekipę Tuska. Rzewne tony legionowych pieśni towarzyszyły wzruszonemu do łez prezydentowi, który starał się ścisnąć słuchaczy za gardło wspominkami o Józefie Piłsudzkim. Zapomniana pieśń „Myśmy przyszłością narodu” ożyła w tle oburzonych okrzyków pana prezydenta, kiedy na inauguracji roku szkolnego ujawniał licealistom całą niegodziwość klanu sędziowskiego i nikczemność ich obrońców, bezczelnie skandujących: „KONSTYTUCJA!”.  Podczas historycznych pogadanek o cierpieniach opozycji w PRL usłyszeć można tony harcerskich piosenek z krakowskiej drużyny „Piorun”, które zawodził drużynowy Andrzej Duda, dając tym samym wyraz swojego bezkompromisowego oporu wobec komunistycznych gnębicieli.  Melodie z zeszłowiecznego „Śpiewniczka Patrioty” towarzyszą licznym odniesieniom prezydenta do życiorysów żołnierzy wyklętych, które prezydent zna tylko połowicznie, z opracowań IPN pomijających bandyckie epizody.  Etiuda rewolucyjna Szopena akompaniuje łgarstwom o obecnych sędziach Sądu Najwyższego, masowo skazujących opozycję w stanie wojennym. Bojowe surmy Bogurodzicy grzmią, gdy PAD bredzi o atakach opozycji na Bogu ducha winnych przedstawicieli władzy. A kiedy plecie o zmowie unijnej przeciw Polsce, w odwecie za odmowę przyjęcia muzułmańskich terrorystów, to nie wiem jak Państwo, ale ja wyraźnie słyszę groźne tony „Pierścienia Nibelunga”. Groźne, bo przypomnę, że Woody Allen, gdy tylko usłyszy Wagnera, natychmiast ma ochotę napaść na Polskę…

Moim zdaniem niezłomny Andrzej Duda nie jest prezydentem na normalne czasy. Nie jest też prezydentem na czasy nienormalne, ani na żadne inne. Jarosław Kaczyński szukał na to stanowisko kogoś przypadkowego, który będzie mu wdzięczny i posłuszny. Udało mu się połowicznie. Nie przewidział, że jego nominat zakocha się w sobie z aż taką wzajemnością. Andrzej Duda dostał szansę by zaistnieć, trochę jak prymus – lizus, którego nauczyciel demokratycznie wybrał na przewodniczącego klasy, ale okazało się, że smarkacz nie chce zaistnieć, tylko błyszczeć. Myślę, że pan prezydent za wszelką ceną poszukuje uznania i łaknie oklasków. Dlatego mówi to, co wydaje mu się, że słuchacze chcą usłyszeć .  Raz to, raz owo, ale szczególnie owo, bo kocha zaskakiwać odbiorców i za nic w świecie nie życzy sobie być politykiem szablonowym.

Kocha przemawiać i kocha aplauz, więc plecie co mu w duszy gra – tyle, że najczęściej gra mu tam w tonacji kurde mol.  Uparcie stara się sprostać oczekiwaniom słuchaczy i udaje mu się o tyle, że nie jest nudny. Zaskakuje akcentowaniem przypadkowych słów. Bawi gestami podkreślającymi banalne formułki.  Natężeniem głosu nobilituje truizmy. Zachwyca się tembrem swego głosu, gdy tonem kaznodziei obwieszcza trywialne prawdy albo odkrywcze kłamstwa. Mnie imponuje szczególnie zasobem min, towarzyszących jego występom. To miny wytrenowane, uporządkowane we właściwych szufladkach pamięci, gotowe do natychmiastowego użytku. Jest ich zatrzęsienie: od zadufanego grymasu Mussoliniego, przez błazeński uśmiech Leppera rechoczącego z własnego dowcipu, aż do min przeciwczołgowych, przyoblekanych w sytuacjach, gdy sięgać trzeba do arsenału słów wagi ciężkiej, takich jak Honor, Godność, Patriotyzm, Wiara, Ojczyzna i Prezes.

Kiedy widzę Pana Prezydenta na otwarciu czegoś, z okazji jubileuszu kogoś albo podczas mszy w jakiejś intencji, gdy obserwuję jego zasępioną twarz emanującą powagą i dostojeństwem, to nie mam dylematu czy głowa państwa trudzi się rozważaniem skomplikowanych spraw państwowych – czy po prostu nudzi się koszmarnie i wkurza, że nie zabrał z domu choćby kawałka folii bąbelkowej.

Waldemar Mystkowski pisze o Morawieckim.

Jeden szczegół z biografii Mateusza Morawieckiego może wyjaśnić wiele, w tym: dlaczego tak szybko został największym kłamcą w polskiej polityce, a także rzuca światło na jego charakter.

Już w 1999 roku ukazała się publikacja „Prawo Europejskie” w szacownym wydawnictwie PWN, a została podpisane dwoma nazwiskami Frank Emmert i Mateusz Morawiecki. Tak jest na okładce, ale nie na karcie tytułowej, bo na niej umieszczono tylko nazwisko wykładowcy Uniwersytetu w Bazylei Emmerta, gdzie Morawiecki studiował. Ten nawet nie jest tłumaczem dzieła, tylko redaktorem weryfikującym przekład i aktualizującym treści.

W świetle własności intelektualnej Morawiecki przypisał sobie to, co nie jest produktem jego intelektu, jest to zwykłe przywłaszczenie, złodziejstwo, acz mogło dojść do niego za zgodą Emmerta.

I to jest sposób na życie Mateusza Morawieckiego. Podpisać się pod cudzą własnością i w ten sposób spijać miód. Podobną rolę pełnił w hiszpańskim banku z grupy Santander Bank Zachodni WBK, gdzie był prezesem z tytułu, iż na polski rynku bankowym łatwiej było się poruszać komuś z nazwiskiem opozycjonisty z PRL-u.

Morawiecki więc jakby miał kulturową wszywkę, gen: podłączę się pod coś, co nie moje, czego nie wypracowałem. To jest najwyższy poziom pisowskiego idiomu Koryta plus, a nawet jest to Koryto podniesione do potęgi koryta.

W dziele Emmerta czytamy (Morawiecki musiał się zgadzać, bo sygnuje je swoim nazwiskiem) treści o bardzo aktualnym znaczeniu dla polskiego sądownictwa, iż „jeżeli w pojedynczym przypadku norma prawa krajowego koliduje z normą prawa wspólnotowego, to właściwy sąd krajowy może (…) dojść do wniosku, iż prawo krajowe nie może być stosowane”.

Krótko pisząc: Morawiecki podpisuje się nazwiskiem, że Sad Najwyższy może zawiesić stosowanie niezgodnych z prawem UE krajowych przepisów. A właśnie z tym mamy do czynienia w wypadku pytania prejudycjalnego zadanego Trybunałowi Sprawiedliwości UE.

Emmert dla „Kultury Liberalnej” określa cechy charakterologiczne Morawieckiego: „Obserwuję to, co mówi publicznie, i widzę sprzeczność w zależności od tego, do kogo się zwraca. Jego celem jest powiedzenie wszystkim tego, co chcą usłyszeć, nawet jeśli to wzajemnie sobie przeczy”.

Morawiecki zawsze skłamie, aby podlizać się prezesowi i elektoratowi. Jego nie interesuje prawda materialna, ale kłamstwo dla władzy.

Pamiętajmy, iż tą drogą chciał dorwać się do władzy poprzez doradzanie Donaldowi Tuskowi, ale ten nie dał się nabrać na tego notorycznego kłamcę, więc Morawiecki reflektor swojego pędu do koryta skierował na Jarosława Kaczyńskiego – może powiedzieć „udało się” i powie każdą brednię.

Bartosz Arłukowicz jako lekarz dopatruje się w podobnej cesze zespołu Delbrücka, tj. patologicznej skłonności do kłamania, zatajania prawdy i opowiadania zmyślonych historii, przedstawiających najczęściej opowiadającego w korzystnym świetle. Osoba opowiadająca sama nie jest w stanie oddzielić prawdy od własnej fantazji, czyli jest to najzwyczajniejsza na świecie mitomania. Tak jest z owym podręcznikiem, którego Morawiecki chciał być współautorem i niedawnym chwaleniem się, że wprowadzał Polskę do UE.

Wklepuję w google hasło „zespół Delbrücka” i wyskakuje mi nazwisko słynnego swego czasu Krzysztofa Kononowicza i Morawieckiego. I myślę sobie tak: gdyby posłać Kononowicza na nauki do Bazylei to też mówiłby jak Morawiecki.

A zresztą, czym się różnią kłamstwa i zapewnienia Morawieckiego od „żeby nie było bandyctwa, żeby nie było złodziejstwa, żeby nie było niczego”. Do niczego wszak zdąża pisowskie rozdawnictwo, przekupstwo populistyczne, aby ciemny lud na nich głosował.

Post Navigation