Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Mateusz Morawiekci”

Morawiecki: szubrawiec, czy zaprzaniec? Jak trzeba nienawidzieć Polski, aby być takim żałosnym. Jankesi to w pełni pojęli

17 kwietnia podczas dyskusji na Uniwersytecie Nowojorskim Mateusz Morawiecki porównał „reformy” rządu PiS w wymiarze sprawiedliwości do powojennych rozliczeń francuskiego reżimu kolaborującego z nazistowskimi Niemcami państwa Vichy.

Morawiecki powiedział, że „duża część tego systemu [sprawiedliwości] jest skorumpowana. Nie możemy dyskutować tutaj o jednym elemencie czy kolejnym elemencie, wybierając je z całości. Dla mnie to jest taka sytuacja, którą możemy porównać z Francją w okresie post-Vichy, kiedy Charles de Gaulle kompletnie przebudował system”.

Jego zdaniem „fakt, że sędziowie nigdy nie byli odpowiednio traktowani w przypadku naruszenia prawa, stworzył taką sytuację, że 80 do 85 procent społeczeństwa popiera nas”. – Chcą, żeby nastąpiła głęboka zmiana wymiaru sprawiedliwości — ocenił.

Jak stwierdził, Polska po 1989 roku była „krajem zdobytym” przez postkomunistów. – My zaczęliśmy robić to 25 lat temu. Szkoda, że nie zaczęliśmy robić tego pięć lat czy pięć minut po rozpoczęciu transformacji, ale sędziowie postkomunistyczni, postkomunistyczni kapitaliści i politycy postkomunistyczni, zdobyli ten kraj. Był to zdobyty kraj do pewnego stopnia – powiedział.

„Uwłacza godności piastowanego urzędu”

„Z głębokim smutkiem i nieskrywanym oburzeniem, odnoszę się do krzywdzących słów, jakie na temat wymiaru sprawiedliwości w Polsce wypowiada Prezes Rady Ministrów Mateusz Morawiecki na forum międzynarodowym” – napisała w przekazanym w środę mediom oświadczeniu pierwsza prezes Sądu Najwyższego Małgorzata Gersdorf.

„Porównanie działań rządu wobec sądownictwa do reformy, jaką przeprowadził Charles de Gaulle wobec kolaborujących z nazistami urzędników Francji Vichy, uderza w dobre imię polskich sędziów i wizerunek polskiego wymiaru sprawiedliwości w demokratycznej Europie i na świecie. Nie znajduje też żadnego uzasadnienia w faktach historycznych” – czytamy w piśmie.

„Nieprawdziwe jest stwierdzenie Premiera, że 80-85% Polaków popiera postępowanie rządu w stosunku do sędziów. (…)” – zaznaczyła I prezes Sądu Najwyższego. „Żadne dane nie potwierdzają również skali korupcji wśród polskich sędziów, o której mówił Premier. Dlatego po raz kolejny zwracam się do Prezesa Rady Ministrów z apelem, że jeśli dysponuje informacjami lub dowodami o konkretnych przypadkach i o konkretnych sędziach, którzy w ten sposób uchybili godności zawodu, to powinien niezwłocznie udostępnić je organom ścigania” – dodała.

„Wystąpienie Premiera Morawieckiego na Uniwersytecie Nowojorskim w USA jest kolejnym, na przestrzeni ostatnich lat, wystąpieniem szefa polskiego rządu na forum międzynarodowym, w którym posługuje się on nieprawdą, manipulując skojarzeniami wzbudza nieufność do polskiego wymiaru sprawiedliwości, ale też narusza autorytet sądów, które sprawują jedną z trzech władz Państwa, które reprezentuje” – podkreśliła prof. Gersdorf. „Sąd Najwyższy wielokrotnie odnosił się do tych wypowiedzi, prostował informacje nieprawdziwe i zwracał się z prośbą o zaprezentowanie konkretnych danych. Spotykało się to niestety z milczeniem i brakiem jakiejkolwiek reakcji. Bierność Premiera, w kontekście jego wypowiedzi, pozostawiam Państwa ocenie” – dodała.

„Tego typu stwierdzenia, porównywanie polskiego wymiaru sprawiedliwości do francuskiego reżimu kolaborującego z nazistowskimi Niemcami przez przedstawiciela najwyższej władzy nie tylko podważa wiarygodność Polski na arenie międzynarodowej, ale też uwłacza godności piastowanego urzędu.” – oceniła prof. Małgorzata Gersdorf.

Dariusz Frach / thefad.pl

Depresja plemnika

Na Nowogrodzkiej odbyła się burza mózgów, w efekcie której prezes zlecił swoim ludziom – odpowiedzialnym za edukację – sformułowanie na piśmie propozycji dla nauczycieli. W największy skrócie oznaczają one powrót do wcześniejszej emerytury i dobrowolnego wyboru czasu pracy. Ma to w efekcie doprowadzić do „bezbolesnego” zwiększenia pensum.

Punktem wyjścia w tym planie jest zwiększenie czasu pracy – nawet do 24 godzin tygodniowo. Jednocześnie, na rok lub dwa, proponuje się przywrócenie w Karcie Nauczyciela przepisu, który pozwoliłby nauczycielom odejść na wcześniejszą emeryturę po 30 latach pracy, w tym 20 lat w oświacie (z tzw. kredą), niezależnie od wieku. Eksperci z PiS szacują, że z takiego rozwiązania mogłoby skorzystać ok. 100 tys. nauczycieli.

Autorzy PiSowskiej oferty, nie są nieświadomi faktu, że jeśli nauczyciele skorzystaliby z niej, to najczęściej odchodziliby ci najbardziej doświadczeni, a więc najlepiej zarabiający. Lukę po nich można by było wypełnić młodymi pedagogami wchodzącymi do zawodu oraz tymi którzy zdecydowaliby się…

View original post 861 słów więcej

 

Kler katolicki należy do jednej z najbardziej zdemoralizowanych grup społecznych na świecie

Filozof prof. Tadeusz Bartoś odniósł się do informacji na temat wykorzystywania seksualnego zakonnic przez księży katolickich.

 

Politycy PiS to wspólnicy kleru, a Morawiecki nadal marzy o rechrystianizacji UE. A fe! Krzyżowcy.

Depresja plemnika

Ujawnienie, że przez ostatnie trzy dekady w najbliższym otoczeniu prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego znajdował się tajny współpracownik służb PRL o pseudonimie “Ryszard” musiało być dla polityków tego ugrupowania olbrzymim szokiem. To, że były prezes spółki Srebrna, a za rządów Prawa i Sprawiedliwości etatowy szef Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, Kazimierz Kujda przez tyle lat zajmował się interesami finansowego zaplecza środowiska skupionego wokół braci Kaczyńskich sprowokowało pytania, czy i inne osoby z najbliższego otoczenia prezesa PiS mają w swoich życiorysach sekrety, których elektorat Zjednoczonej Prawicy mógłby nie zrozumieć i nie wybaczyć.

Drugim, po Kujdzie, ciosem w antykomunistyczny wizerunek lidera obozu rządzącego było ujawnienie przez posła PO Krzysztofa Brejzę kłopotliwej przeszłości słynnej “pani Basi”, czyli Barbary Skrzypek, sekretarki prezesa PiS i szefowej biura prezydialnego tej partii. Już wcześniej pojawiały się pytania, czy pani Basia również ma swoją “teczkę” w IPN, ale najwięcej o jej zawodowej przeszłości można dowiedzieć się…

View original post 2 027 słów więcej

Kleru pedofilia i sojusz z PiS. Bezkarność i amoralność

Właściwe określenie Mateusza Morawieckiego – nijaki, brak osobowości, składający się z samych frazesów.

Polski Kościół – duchowni i wierni – zamiast powiedzieć wprost: „tak, dzieci doznawały i doznają krzywd ze strony księży”, a następnie wziąć się na poważnie za żmudne wyjaśnianie każdej sprawy, woli krzyczeć „to nie my, to homoseksualiści”. To podłość, już nie tylko względem ofiar, ale również niesprawiedliwie oskarżanych.

Wizyta papieża Franciszka w Irlandii przebiegała w cieniu skandali pedofilskich w Kościele Katolickim. Krótko przed nią światło dzienne ujrzał raport komisji, która badała przypadki molestowania w Pensylwanii, przypominano też Boston, czyli historię dziennikarskiego śledztwa, które ujawniło liczne przypadki molestowania i tuszowania pedofilii. A przecież sama Irlandia to najlepszy przykład tego, jak przez lata zamiatano pod dywan piekło, które swoim ofiarom zgotowali księża. To już nie było „tylko” molestowanie. W katolickich szkołach dzieci były niewolnikami – bite, gwałcone i głodzone. Raporty, które rządowe komisje publikowały w latach 2005-2011 nadal bardzo silnie rezonują w społeczeństwie irlandzkim. I było to widoczne podczas wizyty papieża. Z nieprzebranych tłumów, gdy Irlandię wizytował Jan Paweł II, został raptem tłumek, a w nim liczne protesty. Symbolem wizyty papieskiej stanie się zdjęcie Franciszka w papamobile, przed którym stoi kobieta z transparentem „papież jest głową największej siatki pedofilskiej w historii rodzaju ludzkiego”.

I kiedy hierarchowie kościelni posypują głowę popiołem, papież mówi o „odrażających przestępstwach”, „zgorszeniu” i „zdradzie”, w Polsce postępuje syndrom oblężonej twierdzy. Księża w akompaniamencie świeckich aktywistów przekonują, że pedofilia nie jest problemem Kościoła. Obowiązującą narracją jest zrzucanie winy na mityczne „lobby homoseksualne”. Skrajnym przypadkiem wydaje się być rozmowa Kai Godek, jedną z twarzy ruchu anti-choice (czy też pro-life) z naTemat.pl. Redakcja opublikowała tekst bez najmniejszego komentarza, a ja mam silne przekonanie, że tak się zwyczajnie nie godzi. Dlatego wybrane tezy Godek chcę wyjaśnić.

“Pedofilia łączy się z homoseksualizmem”

Aktywistka na wstępie mówi: „Pedofilia łączy się z homoseksualizmem, a lobby homoseksualne usiłuje wchodzić się w różne obszary działalności Kościoła, stopniowo wymuszając tolerancję dla praktykujących homoseksualistów”.

Tu posłużę się autorytetem Polskiego Towarzystwo Seksuologicznego, które w ubiegłym roku wydało bardzo klarowne stanowisko na temat rzekomego związku pedofilii z jakąkolwiek orientacją seksualną.

W odpowiedzi na szerzącą się w debacie publicznej dezinformację, Polskie Towarzystwo Seksuologiczne pragnie dokonać rozróżnienia dwóch odrębnych, lecz nagminnie mylonych pojęć: homoseksualizm i pedofilia. Homoseksualność jest to pociąg erotyczny i uczuciowy wobec osób tej samej płci, analogicznie jak heteroseksualność stanowi pociąg erotyczny i uczuciowy wobec osób płci odmiennej. Pedofilia jest to pociąg erotyczny wobec cech niedojrzałości płciowej, a więc do cielesnych cech dziecięcości. Czyn pedofilny rozumiany jest jako zabronione prawem seksualne wykorzystanie dziecka poniżej lat 15 przez osobę pełnoletnią. Należy podkreślić, że – identycznie jak sama w sobie heteroseksualność – również homoseksualność per se nie implikuje żadnej szczególnej predyspozycji do zakazanego prawem wykorzystywania seksualnego dzieci.

I właściwie na tym można byłoby skończyć, bo stanowisko PTS – a jest to instytucja, w odróżnieniu od Godek, księży czy prezesa Młodzieży Wszechpolskiej (wszyscy niezwykle aktywni w tej debacie) kompetentna w zakresie seksuologii – powinno zamykać dyskusję.

Rzekoma pedofilia Cohn-Bendita

Ale pójdźmy dalej. Godek twierdzi, że środowiska lewicowe nie oczyszczają swoich szeregów, a jednym z przykładów ma być Daniel Cohn-Bendit, który – twierdzi Godek – „potrafił opowiadać, że kiedy rozbiera go 5-latka, jest to fascynujące doświadczenie”.

Posłużę się tu analizą Wojciecha Orlińskiego, który już kilka lat temu rozpracowywał teorię o rzekomej pedofilii Cohn-Bendita. Chodzi o telewizyjne talk show z 1982 roku, kiedy upalony haszyszem polityk podpuszczał mocno już starszego dziennikarza opowieściami o swoich orgiach seksualno-narkotycznych. „Nie jest tak, że Cohn-Bendit przyznał się do jakichś konkretnych czynów, tylko snuł fantazje (…). To jest oczywiście obrzydliwe, ale tu nie ma wyznania, jest fantazja” – pisze Orliński.

Przytacza też oskarżenia Tomasza Terlikowskiego wobec dziennikarzy, którzy nie pytają Cohn-Bendita o „podobnie idiotyczne fragmenty jego książki z lat 70.”. „Ależ pytają, a on odpowiada, że książka była pomyślana jako antymieszczańska prowokacja i dziś uważa, że była nieakceptowalna i nie powinna była być tak napisana” – wyjaśnia dalej.

Na marginesie dodam – Godek twierdzi, że nie słyszy krytyki w kierunki Cohn-Bendita i trudno nie dodać złośliwie, że może słyszałaby, gdyby posiadła umiejętność cofania się w czasie, albo w latach 80. nie była małym dzieckiem. Trudno, żeby dziś na każdym kroku potępiać słowa (podkreślam – tylko słowa) sprzed grubo ponad 30 lat.

WHO z “dokumentem pedofilskim”

Godek stwierdza dalej, że standard edukacji WHO to „dokument pedofilski”. Nie jest to dokument tajny, ma zaledwie 60 stron i każdy może wyrobić sobie własne zdanie na jego temat, ale zastanówmy się, skąd biorą się zarzuty Godek. – Tam jest wprost napisane, że dzieci trzeba uczyć seksu – twierdzi aktywistka. Otóż nie. Nikt nie chce dzieci uczyć kamasutry. Cytat z dokumentu:

Podejście holistyczne opiera się na rozumieniu seksualności jako wymiaru człowieczeństwa i potencjalnie może pomóc dzieciom i młodym osobom w rozwinięciu podstawowych umiejętności umożliwiających im samookreślenie ich seksualności i ich związków na różnych etapach rozwoju. Takie podejście pomaga im w przeżywaniu swojej seksualności oraz partnerstwa w sposób satysfakcjonujący i odpowiedzialny. Te umiejętności są też niezbędne w celu ochrony przed potencjalnymi czynnikami ryzyka.
Ostatnie zdanie jest kluczowe. Dziecko, które będzie wiedziało, że jest jedynym dysponentem swojego ciała, że ma prawo stawiać granice, będzie zwyczajnie trudniejszym celem dla kogoś, kto chce je skrzywdzić. I tak wracamy do punktu wyjścia.

Godek zdaje się nie przyjmować tego do wiadomości i przekonuje, że WHO wpisało do standardów wymóg edukowania w zakresie skutecznej antykoncepcji dla dziewięciolatków, gdyż „zakłada się, że będą w sytuacji, gdy powinny jej użyć”.

Znów – nieprawda. Dla dzieci w przedziale wiekowym 9-12, WHO proponuje cały zakres zagadnień – od zmian związanych z dojrzewaniem, przez zakochiwanie się i wyrażanie uczuć, szacunek dla różnych stylów życia, wartości i norm, informacje o wpływie mediów, kultury czy religii, aż po pierwsze doświadczenia seksualne i “skuteczne stosowanie prezerwatyw i środków antykoncepcyjnych w przyszłości”. Podkreślam – w przyszłości.

I oczywiście możemy zaklinać rzeczywistość i zakładać, że seks dopiero po ślubie, ale, jak wynika z badań, inicjacja seksualna pewnej grupy polskich nastolatków następuje około 13. roku życia. Czy nie lepiej więc, żeby ze szkoły wyniosły rzetelną wiedzę na temat zabezpieczenia się przed niechcianą ciążą, a przede wszystkim – co zakłada dokument WHO również dla dzieci 9-12 – czy nie lepiej, by dowiedziały się, jak „wyznaczać granice” i „unikać niechcianych doświadczeń seksualnych”?

Ten opór przed edukacją seksualną jest spowodowany lękiem i błędnymi wyobrażeniami na jej temat. Niestety im mniej wiedzy, tym więcej szkodliwych bzdur, na których cierpią głównie młode dziewczyny – przekonania, że muszą zgadzać się na seks, a skuteczną metodą antykoncepcji jest przepłukiwanie pochwy wodą po ogórkach (rzeczywisty przykład z zajęć edukacji seksualnej!).

Co za różnica kto gwałci?

Godek pyta dalej: „A czy ofiarę obchodzi, czy gwałci ją ksiądz, czy aktor?”. To absurdalne postawienie sprawy. Aktor, czy jakikolwiek inny celebryta, nie jest osobą, która ma stały “dostęp” do dzieci. Ksiądz, o czym mówią niemal wszystkie ofiary, jest dodatkowo osobą darzoną zaufaniem. Szczególnie w przypadku rodzin wielodzietnych czy ubogich, duchowny, który oferuje, że zabierze dziecko na wakacje, zaoferuje korepetycje, czy pomoże finansowo, jawi się jako ogromne wsparcie. W ten sposób z pełnym błogosławieństwem rodziców, ksiądz dostaje dziecko pod opiekę. Co może dziać się później opisywała m.in. Justyna Kopińska, w której reportażu 13-letnia Kasia została wywieziona do obcego miasta, więziona i gwałcona przez księdza.

Ostatecznie aktor nie jest też osobą, za którą stoi wielka instytucja, która – i nie jest to moje zdanie, a doświadczenie tysięcy ofiar – zawsze staje po stronie oprawcy i tuszuje sprawę. Również oprawca Kasi, dziewczyny, której zniszczył życie, dalej odprawiał msze, a nawet korespondował z dziećmi przez internet.

“Niemcy wspierają pedofilię”

Na koniec słowa Godek, które są, zdaje się, wytworem jej wyobraźni. – Są kraje, np. Niemcy, gdzie obowiązkowa edukacja seksualna polega na tym, że dzieci od wczesnych lat zachęcane są do aktywności seksualnej, a rodziców, którzy się na to nie zgadzają, podaje się do sądu. Państwo wspiera pedofilię – twierdzi.

Trudno dyskutować z takim stekiem bzdur, więc niech przemówią liczby. Według danych Eurostatu, to Polska, a nie Niemcy, znajduje się w pierwszej dziesiątce europejskich krajów z największym odsetkiem nastolatek w ciąży.

W przypadku Niemiec to 2,13 procent wszystkich ciąż, w Polsce – 3,26 procent. W „top 10” znajdujemy się razem z Rumunią, Bułgarią, Węgrami czy Słowacją. W zestawieniu jest też Wielka Brytania, ale w tym przypadku należy dodać, że przez dekadę odsetek ciąż młodych Brytyjek spadł dwukrotnie. I nie dlatego, że – czego chyba chciałaby Godek – zakazano nastolatkom uprawiać seks, ale właśnie dzięki wprowadzeniu rzetelnej edukacji seksualnej i darmowej antykoncepcji.

Bal na Titanicu polskiego Kościoła

Polski Kościół – duchowni i wierni – zamiast powiedzieć wprost: „tak, dzieci doznawały i doznają krzywd ze strony księży”, a następnie wziąć się na poważnie za żmudne wyjaśnianie każdej sprawy, woli krzyczeć „to nie my, to homoseksualiści”. To podłość, już nie tylko względem ofiar, ale również niesprawiedliwie oskarżanych.

Obrona przez atak to złudne przekonanie, że uda się uniknąć tego, co obserwujemy w tak podobnej do Polski Irlandii – zdziesiątkowania liczby wiernych i utraty realnej władzy. Bo Kościół zawsze miał w Polsce ogromną władzę, począwszy od nieustannego wywierania presji na rządzących, przez układ Leszka Millera z biskupami, według którego za poparcie Kościoła dla integracji z Unią Europejską, rząd nie ruszał restrykcyjnej ustawy aborcyjnej, aż po jedno z podejść do ustawy o związkach partnerskich, które wstrzymano w związku ze śmiercią Jana Pawła II.

Ale dziś postawa Kościoła to już bal na Titanicu. Przykłady innych krajów pokazują, że im dłużej hierarchowie będą zwlekali z przyznaniem się do winy, tym większe szkody poniosą i więcej wiernych stracą. A mimo to episkopat udaje – czy jak mówi Marek Lisiński z fundacji Nie Lękajcie Się w książce „Żeby nie było zgorszenia” – „ma swoje autorskie podejście do problemu” – że, choć stoi po kolana w wodzie, okręt wcale nie tonie.

Na zakończenie Forum Ekonomicznego w Krynicy mocno dał o sobie znać antyeuropejski sojusz ołtarza z tronem. Wiceprzewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, metropolita krakowski arcybiskup Marek Jędraszewski straszył „miękkim totalitaryzmem na zachodzie Europy”.

– Europa dała się wpleść w maszynę pracującą przeciw chrześcijaństwu w Europie – wtórował mu redaktor naczelny propisowskiego tygodnika „Sieci” Jacek Karnowski. A marszałek Sejmu Marek Kuchciński wyrokował, że ci, „którzy zapominają o chrześcijańskich korzeniach Europy, stawiają ją nad przepaścią”.

Tej wymiany zdań wysłuchali uczestnicy dyskusji „Europa w poszukiwaniu wartości” 6 września. Oprócz wymienionych osób udział w niej wzięli marszałek Izby Reprezentantów Malty Angelo Farrugia, wicemarszałek Zgromadzenia Narodowego Węgier János Latorcai oraz metropolita ryski abp Zbigniew Stankiewicz. Rozmowę poprowadził prezes Telewizji Polskiej Jacek Kurski. Można do niej wrócić na YouTubie, o jej przebiegu dowiemy się też z relacji na stronie Archidiecezji Krakowskiej.

Kurski pyta, arcybiskup odpowiada

Kurski pytał między innymi o to, co decyduje o wartościach europejskich, kto je wprowadza i kto interpretuje. Zdaniem abp. Jędraszewskiego pytanie to świadczy o przekonaniu, że to ludzie mogą decydować o tym, co jest wartością, a co nią nie jest, co można uznać za dobre, a czego nie. – Za tym kryje się bardzo niebezpieczny subiektywizm, który jest chorobą kultury zachodnioeuropejskiej już od XVII-XVIII wieku, od czasów kartezjanizmu i oświecenia, bo wtedy zakwestionowano chrześcijańskiego Boga, a wraz z Nim (chrześcijańską) koncepcję osoby ludzkiej – mówił.

Wtedy – tłumaczył abp Jędraszewski – zamiast osoby wprowadzono pojęcie podmiotu, który wszystko może i o wszystkim sam decyduje. Zdaniem arcybiskupa doprowadziło to do drugiej wojny światowej, Holokaustu i powstania dwóch systemów totalitarnych, ponieważ „człowiek poczuł, że może decydować, kogo uznaje za człowieka, a kogo nie”. Doprowadziło to także według hierarchy do powstania stale krytykowanej przez niego „ideologii gender”. Ta z kolei stała się powodem „domagania się, że skoro człowiek jest wolny, a zatem o wszystkim może decydować, także o tym, czy ma być kobietą, czy mężczyzną”.

„Nie ma różnic co do istoty między tym, co się dzieje dzisiaj na zachodzie Europy, co się promuje, a systemami totalitarnymi w połowie XX wieku”.

Czy zatem prawdą jest twierdzenie, że albo Europa będzie chrześcijańska, albo nie przetrwa? – dopytywał Kurski. – Jeżeli Europa odrzuci chrześcijaństwo, straci dawną atrakcyjność – odpowiadał abp Jędraszewski i twierdził, że na zachodzie Europy już mamy do czynienia z „miękkim totalitaryzmem”: – Uznaje się jednych za godnych przeżycia, a innym tego prawa się odmawia i w gruncie rzeczy nie ma różnic co do istoty między tym, co się dzieje dzisiaj na zachodzie Europy, co się promuje, a systemami totalitarnymi w połowie XX wieku – mówił.

W czyim imieniu mówi arcybiskup Jędraszewski?

Można powiedzieć: powszechnie znane są poglądy polityków PiS na Europę i Unię. Podobnie jest z prorządowymi mediami. W czyim imieniu jednak wypowiada się abp Marek Jędraszewski? W imieniu Kościoła? Episkopatu, którego jest wiceprzewodniczącym?

Warto wiedzieć, że jesienią ubiegłego roku zgromadzenie plenarne Rady Konferencji Episkopatów Europy (CCEE) wydało przesłanie, którego pierwsze słowa brzmiały: „Kościół kocha Europę i wierzy w jej przyszłość: Europa jest nie tylko pewną ziemią, ale też pewnym zadaniem duchowym”.

Przewodniczący episkopatów podkreślali, że stale trwający proces pojednania prowadzi Europejczyków do wzajemnego poszanowania, głębokiej tolerancji i otwartości religijnej płynącej z Ewangelii. Biskupi zachęcili do podejmowania wspólnych wysiłków wobec budzącego obawy zjawiska migracji. Wezwali do silnej reakcji i sprzeciwu wobec sekularyzmu, „umacniającego zalążki indywidualizmu i rodzącego samotność”. Wobec otaczających zagrożeń i niepokojów biskupi pisali o swojej bliskości i chęci towarzyszenia współczesnym Europejczykom. Język ich przesłania nie ma nic wspólnego ze straszeniem rzekomym totalitaryzmem na zachodzie ani „ideologią gender”…

„Wiceprzewodniczący polskiego episkopatu wypowiada się we własnym jedynie imieniu, w sposób najwyraźniej skrajny i sprzeczny z dokumentem episkopatów Europy, a także ze słowami papieża”.

Sam papież Franciszek mówił, że „Europa ma wyjątkowe w świecie bogactwo ideowe i duchowe, które zasługuje, by zaproponować je na nowo z entuzjazmem i odnowioną świeżością i które jest najlepszym lekarstwem na etyczną próżnię naszych czasów, będącą pożywką dla wszelkich form ekstremizmu”. Tym bogactwem Europy zdaniem papieża „zawsze była jej duchowa otwartość i umiejętność stawiania sobie fundamentalnych pytań o sens istnienia”. Franciszek mówił te słowa 6 maja 2016 roku w Watykanie w obecności przywódców Unii – Donalda Tuska, Martina Schulza i Jeana-Claude’a Junckera – podczas ceremonii wręczenia mu Nagrody Karola Wielkiego, przyznawanej wybitnym osobistościom i instytucjom za zasługi w promowaniu pokoju i jedności w Europie.

Można dziś zapytać: dlaczego podczas tak doniosłego międzynarodowego wydarzenia jakim jest Forum Ekonomiczne w Krynicy wiceprzewodniczący polskiego episkopatu wypowiada się we własnym jedynie imieniu, w sposób najwyraźniej skrajny i sprzeczny z dokumentem episkopatów Europy, a także ze słowami papieża? Czy ktoś upomni arcybiskupa?

>>>

W Łodzi na Kongresie Obywatelskich Ruchów Demokratycznych spotkali się uczestnicy demonstracji przeciw PiS, działacze opozycji z czasów PRL, sędziowie, ludzie kultury i politycy opozycji. – „Nie możemy dalej tak funkcjonować i budować współczesnego kombatanctwa, które wspomina poprzednie sukcesy. To moment, w którym trzeba zmienić sposób myślenia. Nie do pomyślenia jest dla mnie, żebym wrócił do Wrocławia i przeczytał, że demonstracja w sprawie sądów jest o godz. 17, 18 i 19. To na którą mam się wybrać?” – mówił do zebranych Władysław Frasyniuk.

Przekonywał więc, że konieczne jest zjednoczenie opozycji. – „Czy Rosji zależało na tym, żeby wygrał Trump? Nie! Zależało jej, żeby społeczeństwo było podzielone. Bo podzielonym społeczeństwem łatwo się manipuluje. Kaczyński dzieli. Ale do k***y nędzy my też jesteśmy podzieleni. Jesteśmy na kongresie ulicznym, więc trzeba używać stosownych słów. A z tego kongresu musimy wyjść z absolutnym postanowieniem, żeby wymusić wspólne kierownictwo opozycji i koordynację działań” – apelował Frasyniuk.

Głos zabrał też aktor Olgierd Łukaszewicz. – „PiS kpi z naszej godności, której podstawą jest trzeźwy rozum. Wygrana w wyborach nie równa się przekazaniu partii rządzącej władzy totalitarnej” – mówił. Apelował, by Polacy organizowali się nie tylko w obronie sądów i Konstytucji, ale i „dla szerzenia świadomości obywatelstwa europejskiego wśród nas”.

Zdaniem Henryka Wujca, już teraz powinno myśleć się o tym, jaka ma być Polska po rządach PiS. –„Obowiązkiem jest przygotowanie jakiejś koncepcji. Bo to musi być Polska inna niż była. To nie może być tylko powrót – stwierdził.

Były rzecznik Krajowej Rady Sądownictwa sędzia Waldemar Żurek podczas panelu poświęconemu Konstytucji powiedział, że w konieczne będą prawne rozliczenia. – „Musimy każdemu sędziemu, który splamił przysięgę sędziowską, zagwarantować demokratyczny proces i prawo do obrony, ale musimy go osądzić. Musimy osądzić te osoby, które łamiąc wszelkie procedury sejmowe, przyjmują prawo będące antyprawem. A jednocześnie musimy reformować, bo nie jest tak, że sądownictwo nie wymaga reform” – podsumował sędzia Żurek.

„W sytuacji utraty zdolności przez Marynarkę Wojenną, tracenia zdolności przez lotnictwo oraz dewastacji kadrowej i sprzętowej już istniejących dywizji przedstawiona przez MON propozycja jest wysoce nieodpowiedzialna i zakrawa na polityczną hipokryzję, obliczoną na efekt wyborczy” – tak na Twitterze najnowszy pomysł szefa MON skomentował były dowódca generalny rodzajów sił zbrojnych gen. Mirosław Różański. Mariusz Błaszczak ogłosił bowiem powołanie nowej dywizji.

Jej dowództwo mieścić się będzie w Siedlcach. – „Ta dywizja z założenia musi być zlokalizowana na wschód od Wisły” – powiedział Błaszczak.

Nowa dywizja ma się składać z trzech brygad. Na dowódcę został wyznaczony gen. bryg. Jarosław Gromadziński. – „Formalnie w Wojsku Polskim nie przybyło ani jednego żołnierza, ale Siedlcom przybył nowy obywatel. To dowódca nowej dywizji, który oświadczył, że zamieszka w mieście” – napisał Paweł Wroński z „Gazety Wyborczej”.

Pomysł skrytykował także były minister obrony narodowej w rządzie PO-PSL Tomasz Siemoniak.

„Czwarta dywizja” to projekt propagandowy ministra Błaszczaka. W obecnym kształcie (przepisanie 2 istniejących brygad do „nowej” dywizji) nie przyniesie żadnych nowych zdolności obronnych. Będą etaty w biurach, ceremonie i sztandary. Mieszanie herbaty bez cukru. #PusteObietnicePiS” – skomentował na Twitterze.

Andrzej Karmiński na koduj24.pl pisze o wyborcach – PiS.

Po raz kolejny PiS stawia nas przed wyborem, czy być patriotą, czy przyzwoitym obywatelem

W miarę jak słabną zarzuty stawiane Krzysztofowi Kwiatkowskiemu, a sąd traci przekonanie o wiarygodności dowodów przedstawianych przez CBA, powraca temat zamiany prezesa Najwyższej Izby Kontroli – przedostatniego niezdobytego jeszcze bastionu w strukturze państwa – na funkcjonariusza PiS.  Równocześnie prokuratura i pozostałe służby partii rządzącej rozpoczęły wielką kwerendę umorzonych spraw z udziałem przeciwników politycznych, szukając takich, które dałoby się jeszcze reanimować.  W stan pogotowia postawiono policyjnych szpicli, prowokatorów i kapusiów, którzy inwigilują ludzi z opozycji w poszukiwaniu haków i haczyków, niezbędnych do wmontowania ich w jakieś wiarygodne przekręty. Równocześnie szeregowym prokuratorom nakazano sporządzić listę tych sędziów, których najłatwiej będzie skłonić do decyzji o aresztowaniu wytypowanych przeciwników politycznych na podstawie naprędce skleconych zarzutów. Czyli kampania wyborcza wyraźnie się rozkręca.

To dopiero samorządowe preludium prawdziwych wyborów, ale politycy już wróżą z sondaży skład nowego parlamentu. Media wałkują personalia kandydatów i grymaszą nad produktami ich komitetów. Kandydaci licytują się, ile czego dadzą wyborcom w razie, gdyby zostali wybrani. Dożywotni zwolennicy swoich ugrupowań do końca kampanii biorą sobie wolne od myślenia, myślący Polacy domagają się szczegółowych programów, a pozostali interesują się wyborami o tyle, o ile i czego obiecano im w zamian za głos. Tak więc kampania przebiega normalnie. Jedyna różnica jest taka, że ci, którzy kiedyś krzyczeli o fałszowaniu wyborów, sami stworzyli prawo ułatwiające wyborcze przekręty.

Nie spodziewam się, że wzorem PRL w zamkniętych pomieszczeniach obok lokali wyborczych oczekiwać będą gotowe urny pełne głosów na wytypowanych kandydatów. Bez trudu jednak wyobrazić sobie mogę np. żonglerkę kartami zasmarowanymi dowolnymi bazgrołami, których ważność i wskazania na konkretnych kandydatów interpretować będą nowi komisarze i dodatkowe komisje. A jeśli minister Ziobro zdąży obsadzić swoimi ludźmi izbę Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych SN, to można się domyślić, jak to gremium zareaguje, kiedy kandydat PiS pożali się, że przegrał w nieuczciwej konkurencji.

Funkcjonariusze państwowi demonstracyjnie wspierają kandydatów PiS, ostentacyjnie lekceważąc przestrogi szefa PKW Wojciecha Hermelińskiego i kpiąc z groźby odebrania dotacji partiom zastępującym komitet wyborczy.  Ludzie władzy są pewni swego, bo nie takie prawa zmieniali z poniedziałku na wtorek i nie takich ważniaków już usuwali z urzędów, nie bacząc na ich konstytucyjną kadencję. Dlatego bez żenady angażują się w kampanie swoich kandydatów, towarzyszą im w spotkaniach wyborczych i głośno obiecują lokalnym społecznościom wsparcie rządowe pod warunkiem, że wybrany zostanie ich protegowany.  Nie ma znaczenia, że prawie zawsze jest to obiecywanie gruszek na wierzbie. Nieważne, że rządowy wpływ na unijne dotacje dla samorządów jest głównie taki, że jeśli PiS nie zatrzyma procederu demolowania państwa prawa, to fundusze z UE mogą być zawieszone, ograniczone, a może i cofnięte. Nieistotne, że gdyby nawet władza się uparła, to niewiele może zabrać lub dodać konkretnym gminom czy powiatom, bo łatwiej jej wspomóc lub skrzywdzić wszystkie samorządy naraz.

Od niepamiętnych czasów wybory wygrywa się obiecankami. Od bardzo dawna rządzący szukają poparcia, oferując lokalnym społecznościom profity, o jakich „warczący na władzę” mogą tylko pomarzyć. Tak umacniała się pozycja Edwarda Gierka, który rządząc na Śląsku potrafił zdobyć dla swojego księstwa atrakcyjne dobra, kosztem regionów, których władcy mieli mniejszą siłę przebicia w KC PZPR i w rządzie. I wtedy i dzisiaj zdumiewająco niewielu ludzi zwracało i zwraca uwagę, że polityczna korupcja jest moralnie obrzydliwa. Jeszcze mniej rodaków zauważa, że rządzący nie rozdają bynajmniej swoich pieniędzy, tylko wspólne, także z podatków tych, którzy nie dali się namówić na wyborczą łapówkę. I nikt nie pyta, komu rząd zabierze te pieniądze, które obiecał klaszczącym wójtom. Bo przecież komuś zabrać musi.

PiS krzywdzi Polaków nie tylko odbierając im demokratyczne prawa i zawłaszczając ich ojczyznę. Jarosław Kaczyński i jego lokaje demoralizują społeczeństwo. Świadomie utożsamiają patriotyzm z nacjonalizmem. Skutecznie wskazują wrogów w myślących samodzielnie. Systematycznie legitymizują bezprawie. Nagminnie zachwaszczają język nienawistnymi słowami i fałszują słownik, podmieniając znaczenie słów takich jak konstytucja, praworządność czy trójpodział władzy.  Wygrali wybory obiecując wszystkim wszystko i kupując poparcie wyborców za pieniądze wyborców, a teraz bezczelną korupcję polityczną nobilitują do miana „zgodnej współpracy władzy państwowej z samorządową, z korzyścią dla lokalnej społeczności i wszystkich Polaków”.

Po raz kolejny PiS stawia nas przed wyborem, czy być patriotą, czy przyzwoitym obywatelem.  A przecież w pierwszej kolejności jest się człowiekiem, a Polakiem dopiero potem.

Waldemar Mystkowski pisze o Kaczyński, Morawieckim i niedojdzie Jakim.

Politycy PiS znajdują się na finiszu walki o stołek prezesa, który jeszcze może pokwęka na wiecach w kampanii wyborczej, ale będą to 5-10 minutowe wystąpienia, bez większej wartości merytorycznej, raczej z komunikatem „szef ma się dobrze”, co wiadomo, iż odczytuje się – ma się źle. Widać to aż nadto.

Finiszuje dwóch delfinów, którzy wyrwali się całemu peletonowi PiS, w tym Andrzejowi Dudzie, ten ciągle łapie gumy i jest doprowadzany do peletonu przez zawodników z własnej kancelarii, a nawet ci odmawiają współpracy, jak Krzysztof Łapiński, aby na ich plecach wiózł się ten maruder.

Może dojść do sytuacji, iż nie będzie chciał współpracować z Dudą żaden zawodowiec i zostanie skazany na amatorów, a tym samym na niewystawienie do reelekcji.

Finiszują po funkcję prezesa Mateusz Morawiecki i Joachim Brudziński, którzy zawarli tymczasowy sojusz antydudowy – o czym w „Newsweeku” pisze Renata Grochal. Intryga z australijskimi fregatami Adelaide się powiodła. Duda został ograny jak zwykły cienias.

Prezydent już nie dojdzie uciekinierów, nie ma na to szans. Oni zaś są skazani na konflikt, bowiem stołek prezesa jest jeden. I raczej Morawiecki w tym starciu jest przegrany. Prowadzi – to prawda. Lecz na przodzie bierze się wiatr na siebie, a rywal wiezie się na kole, do tego potrzeba tylko 90 procent wysiłku prowadzącego. A zatem Brudziński ma przewagę 10 proc., z której skorzysta, gdy zobaczy kreskę mety i będzie musiał wyminąć Morawieckiego.

Brudziński oprócz tego ma aparat partyjny pod sobą, on go kształtował i zna pisowski beton na wylot, zna ich słabe punkty, staną za nim, a nie za transferowanym Morawieckim. Oczywiście, o wszystkim może zadecydować prezes i zdyskwalifikować, jednak jest uwięziony w sidłach. Sam je zastawił na Nowogrodzkiej, gdzie otoczył się kordonami ochroniarzy.

Brudziński więc zawsze może zachować się jak Beria w stosunku do Stalina. Znajdujemy się w podobnej logice tragedii. Może dojść do innych rozwiązań, ale byłyby one wbrew gatunkowi samospełniającej się tragedii.

Mógłby do gry wejść – na zasadzie bonifikaty – Patryk Jaki, gdyby wygrał wybory samorządowe w Warszawie. Mamy do czynienia z jego desperackimi próbami przekonywania warszawiaków do siebie. Niczym Filip z konopi rzucił na agendę projekt 19. dzielnicy Warszawy, który szybko okazał się humbugiem, fantomem, kitem.

Przecież nie startuje na dewelopera Warszawy, a przy tym ową 19. dzielnicę usadowił na terenach zalewowych, chronionych projektem ekologicznym Natura 2000. Uwagę zwrócił mu Rafał Trzaskowski, że ta 19. dzielnica już jest, gdyż teren zalewowy jest integralny dla działu wodnego Wisły. Oprócz tego wyszła impotencja twórcza Jakiego i jego sztabu, gdyż ów pomysł zastosował Lech Kaczyński, gdy startował z prezydenta Warszawy na prezydenta Polski i obiecywał warszawiakom park technologiczny na Siekierkach. Jaki więc zaserwował ogrzewane kotlety.

Oprócz tego, że 19. dzielnica jest w budowie, ma stronę w internecie, buduje ją hiszpański deweloper Pro Urba. Może zajść podejrzenie, iż to zamierzona wpadka, darmowa reklama, bo mieszkania w tej ekskluzywnej dzielnicy są do kupienia. Jakim zatem powinny zająć się służby, policja, a nawet jego szef Ziobro.

A przy tym zaprezentowany projekt to pół godziny pracy w programie Adobe. Amatorszczyzna, humbug, jak cała partia PiS z delfinami włącznie, z którymi wyborcom tej partii tak czy siak wyjdzie na łyso.

Nowy biskup Kuchciński. Po PiS trzeba zdjąć krzyże z miejsc publicznych, szpecą wolność

Proboszcz niewielkiej wsi Tuligłowy na Podkarpaciu jest pomysłodawcą pomnika dla uczczenia 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości. Pomnik, którego budowa została zrealizowana dzięki hojności liczącej 800 mieszkańców parafii i wsparciu finansowemu Fundacji PGE, został w sobotę uroczyście odsłonięty przez Marszałka Sejmu, Marka Kuchcińskiego i oczywiście poświęcony przez metropolitę przemyskiego abp Adama Szala.

Oświetlony pomnik został usytuowany na najwyższym wzniesieniu w okolicy. Na postumencie w kształcie kielicha i chrzcielnicy stoi 25 metrowy krzyż z 32 metrowym masztem flagowym, na którym powiewa polska flaga. Wdzięczność mieszkańcom Tuligłów, za taką formę uczczenia rocznicy niepodległości kraju, wyraził Kuchciński, a także sam prezes Jarosław Kaczyński, który napisał w liście: „Jestem bardzo wzruszony, że Tuligłowy pamiętają, że w tak szczególny chwytający za serce sposób upamiętniają to niezwykłe wydarzenie sprzed wieku, jakim było odrodzenie się niezależnego państwa polskiego. […] Wielkość tego górującego nad okolicą pomnika symbolizuje moc wiary naszych przodków. Niezłomną ufność, że Ten, co Polskę przez tak liczne wieki otaczał blaskiem potęgi i chwały raczy przywrócić nam wolną Ojczyznę.”

Nie wszyscy jak się jednak okazuje podzielają zachwyt prezesa PiS. Część mieszkańców, a także internauci nie kryją swego oburzenia. „Lepiej niech wymieniają słupy energetyczne”, „Ile ludzi to nakarmi?” – można przeczytać w licznych komentarzach.

Przewyższający swymi rozmiarami krzyż na Giewoncie, monument w Tuligłowach stał się kolejnym dowodem, że Polska pod dyktatem partii PiS, pomnikami stoi.

Analitycy z portalu politykawsieci.pl poinformowali, że po raz pierwszy od 2014 r. Prawo i Sprawiedliwość odnotowuje poważne straty w social mediach.

To ważna informacja, bo kampania przed wyborami samorządowymi nabiera tempa i jak się okazuje opozycja chyba odrobiła lekcje z poprzednich wyborów. Kilka lat temu PiS przejęło rząd dusz na portalach społecznościowych. Było to możliwe dzięki całej rzeszy ludzi zatrudnionych wówczas do obsługi social mediów.

Po wygranych wyborach „trutni, których wielką pracą wystukano, wyklikano i wylajkowano dominację PiS w sieci wynagrodzono posadami w administracji rządowej czy propagandowych mediach, a ich nieoficjalnego szefa Pawła Szefernakera zrobiono nawet wiceministrem, co miało dać gwarancję, że kontrola nad prawicowymi trollami internetowymi, wspierana pieniędzmi z KPRM pozwoli trwale wygrywać potyczki w sieci z pozostającą w tej materii w lesie opozycją.”

Ale jak pokazują wspomniane wyżej analizy ciepłe posadki rozleniwiły pisowców, a opozycja zrozumiała znaczenie mediów społecznościowych. Po ubiegłotygodniowej konwencji partii rządzącej, pomimo „świetlanych” haseł wyborczych, to nie one królowały w sieci, a billboardowe hasło opozycji #PiSWziąłMiliony.

Bitwa hasztagowa #PiSwziąlmiliony zasięg w sieci 9,1mln / 6,4K wzmianek #KonwencjaPiS zasięg w sieci 8,5mln / 9,7 wzmianek #DotrzymujemySłowa zasięg w sieci 5,5mln / 3,9 wzmiankę” – czytamy wpis politykawsieci.pl. Różnica ta jeszcze się powiększyła po sobotnim konwencie wyborczym Koalicji Obywatelskiej w Warszawie i zorganizowanym równolegle evencie PiS we Wrocławiu.

Wychwalana „dobra zmiana” ponownie przegrała bitwę w mediach społecznościowych. „Zasięg 19 mln haseł Koalicji Obywatelskiej w porównaniu do ok. 6 mln partii Kaczyńskiego to prawdziwy łomot.” Pocieszający jest również fakt, że kierujących pisowską kampanią cechuje brak mobilizacji i brak pomysłów.

– Te wybory musimy wygrać, żeby w Polsce nie rozlała się krew. Mówię to z perspektywy mojego pokolenia, które widziało krew na polskich ulicach – podkreśla Bogusław Stanisławski, współzałożyciel Amnesty International. To jeden z uczestników Kongresu Obywatelskich Ruchów Demokratycznych, na który przyjechała „opozycja uliczna” z całej Polski.

„Moja ulica murem podzielona” – śpiewał Kazik w utworze „Arahja”. Odegrany po raz pierwszy ponad 30 lat temu protest song dotyczył muru berlińskiego. Dzisiaj można byłoby napisać go ponownie. Takiego rozłamu w Polsce nie było od dawna.

Ale podziały nie przebiegają jedynie na linii PiS – opozycja. Podzieleni są także ci, którzy od dawna protestują przeciw obecnemu rządowi właśnie na ulicach. Choć każdy robi to na swój sposób, cel mają jednak wspólny: walka o przywrócenie demokracji i praworządności. Jak wspólnie osiągnąć ten cel, zachowując jednocześnie swoją autonomię? I jakiej Polski chcemy, gdy rządy PiS dobiegną końca? Właśnie nad tym debatować będzie „opozycja uliczna” z całego kraju, która przyjechała w niedzielę do Łodzi na Kongres Obywatelskich Ruchów Demokratycznych.

Zjednoczeni w celu, nie pod szyldem

– Ten Kongres jest od nas, przez nas i dla nas. Gdyby nie działalność opozycjonistów na ulicy, gdyby nie troska i miłość do naszej ukochanej, domowej, ciepłej i demokratycznej ojczyzny, tobyśmy tutaj nie byli. Korzystajmy więc z tego, że jesteśmy tutaj razem. Myślę, że większość z nas bardzo martwi, kiedy widzi, jak często i z jaką łatwością potrafimy się ranić i dotykać. Ale my idziemy w tym kierunku, żeby w naszej kochanej ojczyźnie panował pokój, żebyśmy z dumą patrzyli w oczy światu i mówili: „tak, jesteśmy z Polski”. Zróbmy, co w naszej mocy, żebyśmy wyjechali z poczuciem dobrze wykonanego obowiązku – rozpoczął kongres Robert Hojda, pomysłodawca KORD i uczestnik wielu akcji protestacyjnych.

>>>

Post Navigation