Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Michał Boni”

Kaczyński zarządzi wychodzenie z Unii Europejskiej

Kmicic z chesterfieldem

Zawłaszczanie państwa, zaprowadzanie bezprawie – tak wygląda dzisiaj Polska, państwo mafijne.

Niby to wiemy, ale nie uzmysławiamy. Ogromna większość publicystów i dziennikarzy do opisu tego, co się dzieje używa niewłaściwego języka, bowiem zajmuje się tylko wycinkowym problemem, a nie kontekstem.

Polska jest już zmarginalizowana w Unii Europejskiej, nawet gdyby opozycja wygrała, bądź Małgorzata Kidawa-Błońska wygrała starcie z Andrzejem Dudą, wcale nie będzie to wszystko łatwo odkręcić.

Na miejsce Polski wchodzą inne państwa, a wewnątrz kraju zaprowadzając porządek, nie można wszak uciec się do skrótów, prawo ma być prawem. To jest ta słabość liberalizmu wobec autorytaryzmu. Prawo kontra zamordyzm.

Kaczyński mimo że przegra, nie pogodzi się, sfałszuje wybory, a nawet mimo protestów społeczeństwa obywatelskiego wyśle na ulice szwadrony służb i organizacji paramilitarnych (WOT), które łatwo mogą się zmienić w szwadrony śmierci.

Nie potrzeba nazistów, komunistów, mamy pisizm, który jest dwa w jednym. Tak wyhodowaliśmy wroga wewnątrz Polski.

Z prawem PiS czyni…

View original post 438 słów więcej

 

Ziobro puka do Kaczyńskiego

Nikomu bardziej nie zależało na utrzymaniu większości w Sejmie niż Jarosławowi Kaczyńskiemu. Lider PiS doskonale zdaje sobie sprawę, że to u niego najszybciej pojawiłby się prokurator. I wcale nie dotyczy to łamania konstytucji i sprawowania władzy.

Obóz Zjednoczonej Prawicy ma tak wiele za uszami, że boi się utraty władzy jak ognia. A nawet więcej – dla wielu polityków PiS i jego sojuszników z Porozumienia Jarosława Gowina i Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry to gra o polityczne być albo nie być. Wielokrotne łamanie konstytucji, regulaminów Sejmu i Senatu, wątpliwe decyzje ekonomiczne dotyczące spółek skarbu państwa i nieczyste układy na styku władzy i prorządowych mediów… Worek przewin jest ogromny, ale takie postępowania wymagałyby czasu.

Jarosław Kaczyński sprytnie uniknął wikłania się na papierze w delikty konstytucyjne i ustawowe. Miał od tego Beatę Szydło czy Beatę Kempę, które nie publikowały wyroków Trybunału Konstytucyjnego. Miał od tego posłów, którzy zgłaszali ustawy sprzeczne z konstytucją, miał prezydenta Andrzeja Dudę firmującego zamach na wymiar sprawiedliwości.

Ale jest jedna sprawa, która Kaczyńskiego nie ominie, jeśli zmieni się władza i układ sił w Sejmie. To sprawa 50 tys. zł łapówki dla księdza Rafała Sawicza, bez którego zgody nie można było rozpocząć poważnych zabiegów o budowę drapacza chmur na działce należącej do związanej z PiS spółki Srebrna.
Spowinowacony rodzinnie z Kaczyńskim austriacki biznesmen Gerald Birgfellner, któremu prezes PiS zlecił przygotowanie projektu, zeznał w prokuraturze, że osobiście wręczył kopertę z 50 tys. zł na Nowogrodzkiej. Że był tam wraz z żoną, że były inne osoby, w tym sam ks. Sawicz. Słowem kilku świadków. Dostarczył wyciąg z konta bankowego.

Sam Sawicz, który porzucił czynne duchowieństwo jeszcze przed ujawnieniem afery przez „Wyborczą”, a po naszej publikacji zniknął, przez pełnomocnika oznajmił, że jest do dyspozycji organów ścigania. I, co najważniejsze, nie zaprzeczył, że 50 tys. zł dostał.

Prokuratura pod butem Zbigniewa Ziobry od lutego nie podjęła decyzji, czy wszcząć śledztwo ws. oszukania Birgfellnera przez Kaczyńskiego, który ostatecznie odmówił Austriakowi zapłaty za wykonane prace nad projektem. Nie można więc przesłuchać nikogo poza samym biznesmenem i zweryfikować jego zeznań, przesłuchując świadków, w tym samego Sawicza i Kaczyńskiego. To chroni prezesa PiS przed odpowiedzialnością karną.

Dlatego 24 godziny od zamknięcia lokali wyborczych do czasu ogłoszenia oficjalnych wyników głosowania musiały być dla Kaczyńskiego bardzo nerwowe. Łopatologiczna propaganda prorządowych mediów i kolejne miliardy na obietnice ostatecznie dały obozowi władzy niewielką przewagę w Sejmie, ale już nie w Senacie.

Tak, Kaczyńskiemu jako doktorowi prawa najbardziej zależy na tym, by opozycja nie mogła utworzyć rządu i odblokować prokuratury, a w parlamencie nie powstała większość skłonna odebrać prezesowi PiS immunitet.

Bo wtedy nie byłoby mrzonek o Trybunale Stanu dla czołowych polityków Zjednoczonej Prawicy, ale zwykłe postępowanie prokuratorskie w prostej sprawie o wręczenie łapówki.

Kmicic z chesterfieldem

W normalnym państwie można by taki pomysł obśmiać. Ale PiS ze środowisk postulujących taką edukację zrobił wroga publicznego, niszczycieli polskiej rodziny, deprawatorów dzieci i nihilistów.

To do nich wołał prezes Kaczyński: „Ręce precz od naszych dzieci”. To także ich miał na myśli abp Jędraszewski, głosząc o „tęczowej zarazie”. W takiej sytuacji można się spodziewać, że obywatelska inicjatywa mająca błogosławieństwo Kościoła zostanie przez parlament uchwalona. Będziemy wtedy chyba jedynym krajem w Europie i ewenementem na skalę światową, gdzie edukacja seksualna nie tylko nie jest w szkołach wykładana, ale jest zakazana i karana więzieniem.

Nauczanie seksualne jako przestępstwo

Na wznowionym po wyborach posiedzeniu Sejmu jednym z punktów było pierwsze czytanie projektu obywatelskiej inicjatywy Stop Pedofilii, który wprowadza do kodeksu karnego nowe przestępstwo: nauczania seksualnego. Przepis ma brzmieć tak: „Kto propaguje lub pochwala podejmowanie przez małoletniego obcowania płciowego lub innej czynności seksualnej, działając w związku z zajmowaniem stanowiska, wykonywaniem zawodu lub działalności związanych z wychowaniem, edukacją, leczeniem małoletnich lub opieką nad nimi…

View original post 5 130 słów więcej

 

Giertych do Morawieckiego, hopsa, hopsasa

Roman Giertych postanowił odnieść się do publikacji Gazety Wyborczej na temat zakupu przez Mateusza Morawieckiego działki – od Kościoła kat. – we Wrocławiu.

>>>

Depresja plemnika

Joachim Brudziński otworzył filię urzędu pocztowego na jednym ze szczecińskich osiedli. Podczas uroczystości nie zabrakło także księdza, który pobłogosławił urząd. Brudziński kupił dwie lokalne gazety oraz książkę o snajperach z czasów II wojny światowej. Znaczków nie kupił, listu nie wysłał…

Przypominamy, że Brudziński twierdził, że na dwa tygodnie przez wyborami do Europarlamentu bierze urlop jako minister. W jakim więc charakterze był na rzeczonej poczcie? Dziennikarzom odpowiedział, że „jako poseł ziemi zachodniopomorskiej”. – „Oficjalnie jestem na urlopie” – stwierdził Brudziński, ale po chwili dodał, że… wciąż jest przecież ministrem!

„Dla niezorientowanych i obcokrajowców: Pokazana na filmie scenka miała miejsce w dużym państwie UE, w roku 2019! Pan w okularach to konstytucyjny minister tego państwa”;

„Proszę się jeszcze pochwalić, o ile podnieśliście ostatnio ceny znaczków”; – „Będą pobłogosławione listy polecone?”; – „Paczkomaty też pan święci? U mnie na osiedlu kilka takich się pojawiło”

View original post 2 890 słów więcej

 

Odsunąć PiS od władzy nie będzie tak łatwo, wygrywając z nimi wybory, trzeba się liczyć z przemocą, której użyją

Początek szaleństwa

W połowie grudnia 2015 zapytany przez dziennikarza tvn24 o to, czym dla niego jest tzw. „drugi sort Polaków” prezes Jarosław Kaczyński odpowiedział również pytaniem:

„Czy według pana współpracownicy gestapo i AK-owcy to ten sam sort ludzi? Według mnie nie”!

To do polskich sędziów, których absolutnie nikomu do gestapowców porównywać nie wolno. Nawet albo szczególnie komuś takiemu jak prezes Kaczyński! Komuś, kto nie ma ani moralnego, ani honorowego prawa do takich pomówień! Sam się tymi słowami zdezawuował na zawsze! Jakim prawem ktoś taki bezpodstawnie obraża ludzi lepszych od siebie; mądrzejszych i w większości przyzwoitych? Czy może ze względu na to, że ma kompleksy (i słusznie), czy też z powodu braku uczuć wyższych, co źle rokuje?!

Tak hucznie rozpoczął wódz swój długi marsz ku hańbiącemu go jednak „zwycięstwu” nad narodem polskim. Hańbą jest pobić własny naród przy pomocy spolegliwej policji, bezrefleksyjnej prokuratury oraz innych służb i instytucji, łamiąc przy tym konstytucję, i wynikające z niej prawa! Pan Kaczyński chciał obrazić naród i to się mu (tylko póki, co mam nadzieję) bezkarnie udało! Przyjdzie czas, że w symbolicznym worze pokutnym „uda się do Canossy”, jaką będzie dlań Sąd Okręgowy w Warszawie. Ten sam, który na jego rozkaz rozwalił – równie szkodliwy wspólnik – niejaki Zbigniew Ziobro!

Destrukcja instytucji państwa prawa

Wkrótce po tym, jak padły obraźliwe słowa, rozpoczęły się też prace nad przebudową dwóch innych instytucji: Trybunału Konstytucyjnego i Sądu Najwyższego, które stały samozwańczemu „naczelnikowi państwa ością w gardle”. Jarosław Kaczyński chciałby według mnie stać się w Polsce kimś na wzór „polskiego cara Putina” (ale nie uda się to z wielu, także merytorycznych względów)! Już dwa lata później (2017) w życie weszła pierwsza z pisowskich ustaw o systemie sądów powszechnych, a już połowie grudnia kolejne! Żoliborski kacyk zaczął marsz ku władzy absolutnej w środkowoeuropejskim państwie, należącym do Unii Europejskiej, NATO, Rady Europy, ONZ, OBWE etc!
Przypuszczam, że główną tego przyczyną była tutaj jakaś urojona wizja z dzieciństwa o przywództwie, być może, na wzór dyktatorów XX i XXI w. Pamiętam film „O dwóch takich, co ukradli Księżyc”, w którym główną rolę odegrali bracia Kaczyńscy. Nie sądzę, aby dzisiejszy „drogi przywódca” był szczególnie dumny z fabuły tego obrazu, która opowiada o bliźniakach Jacku i Placku, chcących na zawsze uniknąć pracy. Postanowili ukraść księżyc, a następnie go sprzedać. Proszę, tacy mali, a jacy cwani! Wychowywani bezstresowo, w luksusowych jak na ówczesne czasy warunkach, zapewne i w życiu chcieli się ustawić równie wygodnie. I udało się im tego dokonać. Jeden z nich został prezydentem, drugi zaś niezastąpionym „ojcem i przywódcą lepszego sortu Polaków”! Dobrze, że ja jestem „gorszego sortu”, bo ze wstydu bym się spalił, stając po stronie wcielonego zła!

Panie Kaczyński, a gdyby tak na wzór Napoleona mianować się Cesarzem Polaków?!

Parcie do władzy – pierwsze oznaki paniki

To, że Jarosław Kaczyński i jego dwór niemal zupełnie zniszczyli Polskę, jest truizmem, czyli rzeczą powszechnie znaną. Dlaczego? O tym już też napisałem – chciwość, żądzą władzy, kompleks Herostratesa, cynizm, brak poczucia patriotyzmu, partykularyzm czy to, co najbardziej w tym człowieku przeraża; nieokiełznana nienawiść do innych ludzi! Teraz przed nami wybory do Parlamentu Europejskiego, na jesieni do sejmu i senatu, a w 2020 prezydenckie. Nagle, w ciągu tygodnia partia rządząca diametralnie zmieniła swoją retorykę. W Internecie pojawił się film braci Sekielskich obnażający obrzydliwe zależności, układy i przestępstwa wśród sprzyjającego władzy, części polskiego kleru! Po chwilowej próbie obrony tego, co niegodne nagle ludzie PiS i SP, którzy musieli mieć przecież bogatą wiedzę na ten temat „stanęli po stronie ofiar” (sic!). Czy można w to im uwierzyć?! Na pewno nie; to obłuda i strach o ewentualną przegraną w wyborach!

Puste obietnice prezesa

„Fatalna zmiana” zaczęła jednocześnie obiecywać wszystkim wszystko (a więc nikomu nic) i potępiać tych, których dotąd pochwalała i broniła jak oblężonej twierdzy; kler, a zwłaszcza wysoką hierarchię kościelną. Jako osobie racjonalnie myślącej, wydaje mi się niemożliwe to, żeby ktoś w pełni władz umysłowych mógł uwierzyć w język prezesa, który pozornie tylko stonowany, naładowany jest agresją, jego spojrzenie nienawiścią, a myśli chęcią zemsty i rozliczenia np. Donalda Tuska, na tle którego sam sobie musi wydawać się, osobą mało wartościową! No, ale wiemy wszyscy o tym, że racjonalne myślenie nie jest przywilejem każdego z ludzi. Za nami marsz zjednoczonej opozycji i uzasadniony wzrost optymizmu. Myślę, że możemy sobie zatem pozwolić na luksus, pozostawienia prezesa w nierealnym świecie jego niespełnionych marzeń. Niech się jeszcze trochę pobawi we władcę, a my sami róbmy swoje, nie zaniedbując niczego, bo te i następne wybory musimy wygrać dla Polski, Polaków, a także Europy i demokracji we współczesnym świecie. Pamiętajmy słowa przyszłego Prezydenta Donalda Tuska: nasze dzieci i wnuki nie wybaczyłyby nam pozostawienia Polski w „ich” rękach!

Więcej o Donaldzie Tusku >>>

Depresja plemnika

Od dziewięciu lat partia rządząca wykorzystuje katastrofę w Smoleńsku, grając na emocjach wyborców. Miesięcznice, komisje, symulacje lotu, dochodzenie prawdy, to stały element polityki PiS. Jednak jak się przekonujemy, to tylko fasada, za którą zwyczajnie nic nie ma.

Okazuje się bowiem, że ostatnim przedstawicielem rządu, który był na miejscu katastrofy jest nikt inny, jak znienawidzony przez partię rządzącą – Donald Tusk.

Było to dokładnie 10 kwietnia 2010 r., czyli w dniu tragedii. Od tamtej pory nikt wyżej postawiony nie kwapił się do tego, by w Smoleńsku oddać honor ofiarom.” Te dość bulwersujące informacje zostały pozyskane przez posła PO, Krzysztofa Brejzę, który wystosował pytanie o obecność przedstawicieli polskiego rządu w Smoleńsku w rocznice katastrofy.

Odpowiedź szokuje, bo nikt z przedstawicieli Zjednoczonej Prawicy nie oddał hołdu ofiarom w ciągu czterech minionych lat. „W tym roku jedynym oficjalnym przedstawicielem Polski w Smoleńsku, w rocznicę tragedii, był ambasador RP w Moskwie – Włodzimierz…

View original post 813 słów więcej

 

Katecheci nie strajkują, bo godnie zarabiają

MEN informuje, że praca 21,7 tys. nauczycieli religii w 2018 roku kosztowała budżet 1 482 mln. Oznacza to, że katecheci zarabiali średnio 4724 zł brutto, a po styczniowej podwyżce – 4960 zł. Wiceminister Kopeć twierdzi, że są wynagradzani „na takich samych zasadach jak wszyscy”. To nieprawda, o ich awansie decyduje kuria, są w systemie szkolnym ciałem obcym

W odpowiedzi na interpelację posła PO Marka Sowy MEN ujawnia najnowsze (za 2018 rok) dane o nauczaniu religii:

  • koszt nauczania religii wyniósł 1 482 mln zł, o 83 mln więcej niż w roku 2017;
  • liczba etatów w przedszkolach i szkołach publicznych w 2018 roku wyniosła 21,7 tys., o 400 więcej niż w 2017 roku (nauczycieli religii było więcej, bo niektórzy pracują na część etatu).

Ile zarabiają nauczyciele religii?

Dane MEN oznaczają, że rok pracy katechety/katechetki kosztował budżet państwa 68,3 tys., czyli 5,691 zł miesięcznie.

Znając ten koszt pracodawcy można – stosując kalkulator wynagrodzeń – policzyć, że nauczyciele religii zarabiali w 2018 roku średnio (na etat) 4724 zł brutto czyli 3358 zł netto.

Po podwyżce 5 proc. od 1 stycznia 2019 katecheci i katechetki zarabiają zatem obecnie średnio (na etat) 4 960 zł brutto, czyli 3523 zł netto.

Czyli w okolicach średniej krajowej, która wg GUS w IV kwartale 2018 wyniosła 4864 zł brutto, ale cały czas rośnie.

Dane o zarobkach katechetów mają duże znaczenie polityczne. Pojawiają się pogłoski, że katecheci dostali jakieś tajemnicze podwyżki i dlatego nie będą strajkować, a także powtarzana jest opinia, że nauczyciele religii zarabiają wyjątkowo dużo. Obie te informacje najprawdopodobniej są nieprawdziwe.

Minister Maciej Kopeć (na zdjęciu wyżej – obok minister Anny Zalewskiej) podkreśla, że te podane przez  niego liczby są oszacowane na podstawie średnich wynagrodzeń wraz z pochodnymi i że nie są to koszty rzeczywiste. Jest to o tyle interesujące, że w dyskusjach o płacach nauczycieli MEN traktuje te „średnie wynagrodzenia” jako realne zarobki.

Czy katecheci zarabiają lepiej? Raczej nie

Od 1 stycznia 2019 roku podawane przez MEN wynagrodzenie średnie dla nauczycieli wynoszą:

  • dla stażysty – 3045 zł brutto (2188 zł netto);
  • dla  kontraktowego – 3380 zł brutto (2421 zł netto);
  • dla mianowanego – 4385 zł brutto (3121 zł netto);
  • dla dyplomowanego – 5603 zł brutto (3970 zł netto).

Zarobki na poziomie 4960 zł brutto lokują katechetów między średnimi płacami nauczycieli mianowanych (4385 zł) a dyplomowanych (5603 zł), co potwierdza opinię, że katecheci/katechetki lądują na dwóch najwyższych szczeblach awansu zawodowego.

Dodać jednak należy, że nauczyciele dyplomowani stanowią rosnącą większość: wg danych GUS w roku 2017/2018 – aż 55 proc. wszystkich nauczycieli, a mianowani kolejne 22 proc. (w Słupsku odsetek dyplomowanych w marcu 2019 sięga 75 proc.!).

Nie jest celem tego tekstu ocena, ile realnie zarabiają nauczyciele i nauczycielki (będzie to przedmiotem odrębnej analizy, która wymaga uwzględnienia wielu danych). Według niektórych analityków, np. Mikołaja Herbsta, średnie podawane przez MEN (przynajmniej w 2017 roku) mogą być jednak bliskie realnym zarobkom. Z obliczeń Herbsta wynika, że wynagrodzenie zasadnicze stanowi tylko 62 proc. zarobków nauczycieli dyplomowanych, 67 proc. mianowanych, 77 proc. kontraktowych i aż 83 proc. stażystów. Do wynagrodzenia zasadniczego dochodzą bowiem:

  • dodatek za wysługę lat, pobierany przez 97 proc. nauczycieli (1 proc. za 1 rok – maksymalnie 20 proc.);
  • 13-tka (91 proc. nauczycieli), zgodnie z art. 48 Karty Nauczyciela;
  • wynagrodzenie za godziny ponadwymiarowe (w 2017 dostawało je 78 proc.).

W dalszej kolejności: dodatek motywacyjny, kierowniczy (dla dyrektorek i dyrektorów szkół – często wysoki), dodatek za wychowawstwo.

Realne zarobki nauczycieli są zatem znacząco wyższe niż wynagrodzenie zasadnicze, ale też nauczyciele pracują znacznie więcej niż pensum 18 godzin tablicowych.

Według szacunków OKO.press nauczyciele pracują średnio co najmniej 22-23 godziny przy tablicy, a często tyle, ile dopuszcza limit – 27 godzin.

Zarobki katechetów i katechetek nie są zatem zapewne szokująco wysokie na tle innych nauczycieli. Wątpliwości są bardziej zasadnicze.

Nauczyciele religii są wynagradzani zgodnie z oceną Kościoła

Według informacji Episkopatu w 2016 roku 56 proc. nauczycieli religii stanowiły osoby świeckie, 37 proc. – księża i 7 proc. siostry zakonne. Jak twierdzi minister Kopeć:

Nauczyciele religii są wynagradzani na takich samych zasadach jak pozostali nauczyciele.

Maciej KopećOdpowiedź na interpelację poselską – 15/04/2019

To zdanie jest prawdziwe tylko w tym sensie, że katechetki i katecheci są zatrudnieni – jak wszyscy inni nauczyciele – przez szkołę lub zespół szkół, a ich wynagrodzenia – płace zasadnicze i dodatki – regulowane są przez Kartę Nauczyciela zgodnie z zapisanymi tam regułami (np. dodatkiem 1 proc. za każdy przepracowany rok). Wpływ na zarobki ma także polityka samorządów, które starają się dbać o płace nauczycieli sięgając po inne własne dochody niż tylko subwencja oświatowa, i przy ich pomocy zasypując tzw. lukę edukacyjną.

Katecheci pozostają jednak ciałem obcym w szkolnym systemie. Dotyczy to także awansu zawodowego, który ma bezpośredni wpływ na zarobki nauczyciela.

Nauczyciel religii ubiegający się o awans (w praktyce na najwyższy stopień nauczyciela dyplomowanego, bo większość ma co najmniej stopień mianowanego) informuje o tym szkołę, ale

świecka placówka pełni wyłącznie rolę „listonosza”.

Dyrektor na prośbę katechety informuje Wydział Katechetyczny właściwej Kurii Metropolitalnej o rozpoczęciu przez katechetę stażu i zwraca się z prośbą o nadzór merytoryczny nad tym stażem.

Katecheta składa sprawozdanie ze stażu na nauczyciela dyplomowanego w Wydziale Katechetycznym. Załącza też opinię miejscowego proboszcza, choć – przynajmniej teoretycznie – proboszcz nie ma wpływu na jego pracę.

Po zebraniu wszystkich informacji, opinii  dyrektora i hospitującego zajęcia oraz na podstawie rozmowy z katechetą, Przewodniczący Wydziału wystawia ogólną ocenę merytoryczną i przesyła ją na adres szkoły.

I szkoła awansuje katechetę tak, jak zdecydował Kościół.

Jak są zatrudniani i odwoływani katecheci

Sposób awansowania katechetów to tylko jeden z przejawów osobliwej sytuacji tej grupy pracowników świeckiej szkoły, którzy działają w niej na zasadzie ciała obcego.

Zatrudnienie. Nauczyciele religii są

formalnie zatrudnieni i opłacani przez szkołę, ale o zatrudnieniu decyduje biskup, przyznając i odbierając tzw. misję kanoniczną (missio canonica – specjalny certyfikat).

Teoretycznie dyrektor może zwolnić nauczyciela, nawet jeżeli jego misja kanoniczna nie wygasła. Nie są jednak znane takie przypadki. Gdyby dyrektor poszedł na wojnę z biskupem, hierarcha mógłby nie przyznać misji kanonicznej innemu kandydatowi i dyrektor nie miałby nowego nauczyciela.

Minister Zalewska w lutym 2018 przygotowała rozporządzenie, dające nauczycielom/kom religii prawo obejmowania wychowawstwa klasy, ale po protestach wycofała się z niego. Nauczyciele religii biorą natomiast udział w radach pedagogicznych i mają możliwość spotkania z rodzicami uczniów.

Nadzór. Dyrektor nie może w żaden sposób wpłynąć na treści przekazywane podczas lekcji religii. Prowadzi jedynie nadzór pedagogiczny nad nauczaniem religii, czyli kontroluje metody prowadzenia zajęć oraz zgodność z programem nauczania. O wynikach nadzoru dyrektor może poinformować władze kościelne. Ale jak mówią OKO.press nauczyciele, w praktyce nikt świecki nie ingeruje w nauczanie religii.

Do wizytowania lekcji upoważnione są wyłącznie osoby wyznaczone przez biskupa. Wizytator kontroluje katechezę zarówno w szkole (szkołach), jak i w parafii, spotyka się też z dyrektorem. Za przygotowanie wizytacji odpowiada proboszcz.

Programy i podręczniki. Zgodnie z Konkordatem z lipca 1993 roku, to władze kościelne opracowują programy nauczania i „przedstawiają je Ministrowi Edukacji Narodowej do wiadomości”. Tak samo z podręcznikami: zatwierdza je Episkopat, władze świeckie nie mają nic do gadania.

Kościół na terenie świeckiej szkoły

Zasadniczą odrębność stanowi też charakter nauki religii w polskim ujęciu. Jak pokazała nasza analiza „Podstawy programowej katechezy Kościoła katolickiego w Polsce”, która będzie obowiązywać od września 2019, celem 15 letniego nauczania jest „kształtowanie człowieka o religijności żarliwej, pozbawionego wątpliwości, odpornego na prądy laickie »apostoła« gotowego do wychwalania i obrony Kościoła. To także daleko idąca ingerencja w osobowość, oparta na nauce o grzechu, seksualności i tzw. formacji sumienia”.

Kwietniowe strajki (2019) pokazały ponadto, że korzystając z religii w szkole Kościół może – całkiem konkretnie – wpływać na postawę nauczycieli i całych społeczności szkolnych. Nie przypadkiem katecheci nie brali udziału w strajku. Niektóre kurie zajęły w tej sprawie oficjalne stanowisko: kierując do nauczycieli religii apele.

Kuria szczecińska: „w związku ze szczególną misją względem Boga, Kościoła i uczniów [katecheci] nie powinni angażować się w akcje strajkowe” i brać udziału „w działalności związkowej, szczególnie wrogo nastawionego do Kościoła ZNP”;

Kuria Diecezjalna w Gliwicach „Względy ekonomiczne nie usprawiedliwiają rezygnacji z głoszenia Ewangelii. Jedyną formą protestu, jaką można jeszcze zaakceptować, jest postawa solidaryzowania się z innymi nauczycielami. To pozostawanie na uboczu nie może być jednak odbierane jako objaw łamistrajku”.

Kuria w Tarnowie:  Zaangażowanie w strajk pozbawiłoby katechetę „właściwej neutralności, a zarazem mogłyby wystawić na szwank dobre imię Kościoła”.

O niechętnym wobec strajków stosunku abp. Kazimierza Nycza opowiadał OKO.press anonimowo katecheta z warszawskiego liceum im. Żmichowskiej: „No to ja czuję się zniechęcony” – wyjaśnił, dlaczego nie strajkuje.

Depresja plemnika

Mateusz Morawiecki udał się do Stanów Zjednoczonych na dwudniową wizytę.

Podczas pierwszego dnia wizyty szef rządu wziął udział w Okrągłym Stole z udziałem amerykańskich biznesmenów, którego organizatorem był think tank „The Chicago Council on Global Affairs”. Spotkanie miało na celu nawiązanie kontaktów z amerykańskimi inwestorami i pokazanie Polski, jako potencjału do inwestowania. Premier złożył także kwiaty pod pomnikiem Tadeusza Kościuszki w Chicago – informuje Kancelaria Premiera.

W czasie drugiego dnia wizyty premier Mateusz Morawiecki wziął udział w premierze filmu „Poland: The Royal Tour” oraz wystąpił w amerykańskiej telewizji, w której skrytykował polskich sędziów. – Zmiany w polskim sądownictwie są jak rozliczenie z francuskimi kolaborantami-mówił polityk PiS. Na słowa szefa rządu zareagował na Twitterze mecenas Michał Wawrykiewicz.

Do filmu umieszczonego przez MON odniósł się także pułkownik w stanie spoczynku Adam Mazguła, który zwrócił się do ministra Mariusza Błaszczaka.

Panie Mariuszu Błaszczak, zobaczyłem reklamówkę defilady z okazji 3…

View original post 439 słów więcej

 

Karczewski to pokraka pod każdym względem – intelektualnym i moralnym – zachęca innych by pracowali za darmo, tj. dla idei

Swoje trzy grosze do oceny strajkujących nauczycieli wrzucił Stanisław Karczewski, marszałek Senatu.

Kierując się troską o dzieci, przypomniał nauczycielom to, co już raz powiedział, przy okazji strajku rezydentów, czyli… „powinno si pracować dla idei”. Jak podkreślił, on sam kieruje się tą zasadą w swojej pracy, a w sytuacji, gdy stawką jest dobro dzieci to tym bardziej powinno się przyjąć taką perspektywę.

Jednocześnie przypomniał, że nauczycielom nie należy się żadne wynagrodzenie za czas strajku i zaapelował do nich „żeby pamiętali o dzieciach, bo to dzieci denerwują się, nie wiedzą, czy będą egzaminy, czy będą oceniane, czy dzieci będą miały ocenę. Nie możemy w ten sposób postępować z dziećmi”.

Ciekawe, gdzie podziała się ta jego troska o uczniów, gdy jego partia, przeprowadzając deformę edukacji, zafundowała dzieciakom „jazdę bez trzymanki”. Ciekawe, jak do tego przekonania o znaczeniu pracy dla idei mają się jego zarobki.

Internauci nie owijają w bawełnę, komentując słowa marszałka. Piszą, „wypowiedź kacyka, on pracuje dla idei, hehe”, „Ile godzin w miesiącu p. Karczewski pracuje za tę swoją ogromną pensję?” czy też „Panie Karczewski gdybym zarabiała tyle co Pan też miałabym gębę pełną frazesów, nauczyciele od zawsze pracują dla idei a pan rzucił medycynę (ponoć) dla lekkiej kasy , pańska praca polega na opowiadaniu bzdur i obrażaniu ludzi ,którzy płacą podatki również utrzymując tą izbę zadumy (tylko zadumy)”.

Depresja plemnika

Polityka dzielenia społeczeństwa i nastawiania jednych przeciwko drugim nie jest w wykonaniu Prawa i Sprawiedliwości żadną nowością. Nikt chyba jednak nie spodziewał się, że do postawienia silnego akcentu w tej kwestii dojdzie akurat w czasie kampanii wyborczej, w której to zwykle partia Jarosława Kaczyńskiego próbuje grać o wyborców centrum, a sam lider partii nakłada maskę “miłego wujka”, który łączy, a nie dzieli.

Tym razem w roli głównej wystąpił jednak nie naczelnik z Żoliborza, tylko szara eminencja Prawa i Sprawiedliwości, twórca SKOK-ów i senator PiS Grzegorz Bierecki, który wziął udział w obchodach 9. rocznicy katastrofy w Smoleńsku w Białej Podlaskiej.

– Nie ustaniemy, aż nie doprowadzimy do pełnego oczyszczenia Polski z ludzi, którzy nie są godni należeć do naszej wspólnoty narodowej – powiedział.

View original post 2 496 słów więcej

PiS to spadkobiercy endeków. W Polsce odżywa haniebny projekt nacjonalistyczny

Gdyby transport polskich endeków wysadzić na bezludnej wyspie, zaczęliby kopać palmy w przekonaniu, że to przebrani Żydzi. Albo tropić Semitów we własnym gronie. Bez negatywu z garbatym nosem Polacy spod znaku Dmowskiego są jak pijane dzieci we mgle. Fragment nowej książki Macieja Zaremby Bielawskiego „Dom z dwiema wieżami”.

Ledwie zdążyli sami się policzyć, polscy aryjscy doktorzy, kiedy z zachodu wjechali jeszcze lepsi Aryjczycy i rozpędzili ich związek. Było ich wtedy 4 161, jedna trzecia ogółu lekarzy, członków ZLPP. W programie: rugowanie Żydów ze wszystkich fachów mających cokolwiek wspólnego z medycyną. Nie będzie im wolno pracować w aptekach, produkować stetoskopów, drukować podręczników ani recept.

W związkowym piśmie „Życie Lekarskie” doktor Ludwik Dydyński naucza, jak wytropić Żydów. Rejestr lekarzy, ku jego ubolewaniu, nie wyszczególnia rasy ani religii. Ale jeżeli ktoś nazywa się Weinberg, Rotberg, Rabinowicz albo Zelman, to sprawa jest oczywista. Także imiona mogą być wskazówką: Szymon, Bernard, Dawid. I, oczywiście, Aron albo Chana. Doktor Dydyński policzył ich wszystkich, od Poznania na zachodzie po Wilno na wschodzie. 4839. Cztery tysiące osiemset trzydzieści dziewięć osób, jedna trzecia ogółu lekarzy. Lecz przypuszczalnie jest ich więcej, wielu nosi dziś polskie nazwiska.

Na dwa tygodnie przed napadem hitlerowskich Niemiec na Polskę związek lekarzy wysyła dramatyczny apel do rządu: trzeba koniecznie zabronić żydowskim lekarzom przybierania chrześcijańskich imion! Jeżeli ktoś urodził się jako Alter, to nie ma prawa nazywać się Artur. Polscy pacjenci nie mogą być oszukiwani i szukać porad lekarskich u wroga. Związek lekarzy rozkleja plakaty: Oto prawdziwi polscy lekarze! Unikajcie innych! Zdarza się, że afisze są zrywane. Związek domaga się, aby policja położyła kres temu niszczeniu. Niestety są chrześcijańscy lekarze, którym brakuje patriotyzmu i którzy protestują przeciw nowym zasadom. Tych trzeba publicznie napiętnować. Ludzie muszą poznać nazwiska tych zdrajców.

Doktorzy zamieszczają w swoim piśmie ogłoszenia: „Doktór Alkiewicz poszukuje kolegi współpracownika, nieżonatego, Aryjczyka”.

Poświęcam temu trochę miejsca, bo opowiadam nowość. Gdy rozpytuję polskich historyków, żaden o tym nie wie. „Związek lekarzy? Paragraf aryjski? Jest pan pewien? Czemu nikt wcześniej o tym nie napisał?”

Ktoś spytał, czy widziałem to czarno na białym. Tak, lecz nie było to łatwe. Na stronach Biblioteki Narodowej są wszystkie kolejne statuty związku lekarzy, z wyjątkiem akurat tego, z 1937 roku. Aby przeczytać to czarno na białym, trzeba pojechać do Warszawy, wypełnić formularz i zaczekać, aż sprowadzą rarytas z piwnicy. We własnym rysie historycznym związku nie wspomina się o sprawie ani słowem. Nikogo jednak nie można oskarżyć o fałszowanie historii. Dziejopis pomija wszystko, co zaszło w latach 1937–1939.

Żaden prawdziwy antysemita nie mógł być zadowolony ze związkowej definicji „żyda”. Najpierw pisano niedbale: Członkiem ZLPP nie może być lekarz żyd. Oczywiście zaczęły się dyskusje, jak to należy rozumieć. Skończyło się na: Członkiem związku może być tylko lekarz chrześcijanin z urodzenia, być może najoryginalniejszej definicji w historii antysemityzmu, nie do przyjęcia ani dla mistyków krwi, ani dla chrześcijan. Dla tych pierwszych zbyt lekko traktuje rasę, dla drugich podważa sens chrztu. Jezus nie miałby wstępu do związku polskich lekarzy, bo nie urodził się niestety katolikiem. Niezależnie od tych logicznych usterek, czy może właśnie dzięki nim, definicja była strzałem w dziesiątkę: dotknęła co trzeciego polskiego lekarza.

*
Czytam z rosnącym poczuciem absurdu. Odrodzona Polska stoi u progu lat dwudziestych zeszłego wieku przed gigantycznym problemem. Trzy zabory, które przez przeszło sto lat były od siebie oddzielone, każdy z własnym systemem szkolnictwa, językiem urzędowym, walutą, gospodarką i systemem prawnym, należy scalić w jeden kraj. Nowo wytyczone granice amputują dawne rynki – a na nowych drogi biegną w złą stronę. Są kopalnie i są stalownie, ale nie łączy ich kolej. Prawo cywilne jest w chaosie, pięć różnych systemów działa równolegle. Mieszkańców Kalisza obowiązuje ślub kościelny i zakaz rozwodów, trzydzieści kilometrów dalej na zachód ważny jest tylko ślub cywilny. Co trzeci obywatel w nowym kraju nie umie czytać ani pisać, co piąte dziecko umiera w kołysce. Co nie powinno dziwić, bo kraj cierpi na dramatyczny brak lekarzy. Ale co druga gazeta utrzymuje, że głównym obowiązkiem Polaka jest tak obrzydzić życie co trzeciemu doktorowi, żeby z Polski uciekł.

*
„HAMAS, HAMAS, JUDEN AUF DEN GAS!”, skandują kibice piłki nożnej podczas meczu w Warszawie w kwietniu 2011 roku. Siedemnastu z nich rozpoznano na zdjęciach i zostali skazani. Z przesłuchań:

Magazynier: Nie znam historii Żydów. Nie zastanawiałem się, po co to się krzyczy na meczu. Śmiałem się z tego.

Student uczelni technicznej: Z hasła „Hamas…” nie rozumiem dwóch pierwszych słów. Jak krzyczałem, domyślałem się, co znaczy „gas”. „Juden” nie było mi znane. Nie robiłem hitlerowskiego pozdrowienia, tylko coś pokazywałem.

Uczeń technikum informatycznego: Wiem, że Żydzi byli mordowani w komorach gazowych. Skandowałem przeciwko kibicom Widzewa. Kojarzą się oni w środowisku kibiców jako klub żydowski, nie wiem dlaczego. Nie wiedziałem, że to przestępstwo.

Fryzjer: Wiem, co znaczy to hasło, ale krzyczała cała trybuna. Krzyczałem: „Humus”. Nie chciałem, żeby ktoś zauważył, że nie dopinguję drużyny.

Student politologii:  Nie rozumiałem, bo to było po niemiecku.

Bezrobotny elektryk: Wiem, co znaczy „Hamas, Hamas…”, to „Żydzi do gazu”. Nie jestem rasistą. Nie wiem, dlaczego krzyczałem. Wszyscy to krzyczeli.

Fizjoterapeuta: Dałem się ponieść emocjom. Zrobiłem to nieświadomie.

Zawodowy żołnierz: Łódź była traktowana jako żydowskie miasto. Jak ktoś zapowiada doping, to krzyczę.

Wśród skazanych są także magister historii, pracownik sądu i dwaj prywatni przedsiębiorcy. Odmówili składania zeznań. Prokurator nie spytał, czy którykolwiek z nich widział kiedyś Żyda. Chyba dlatego, że z góry znał odpowiedź.

*
Śni mi się, że popełniam fatalną pomyłkę. Zapałałem sympatią do chłopca, chociaż wiem, że nie powinienem. Jest uroczy, ale jego uśmiech powinien był mnie ostrzec. Wraz z nim wdzierają się potwory. Mrówki, wielkie jak szczury, przysysają się do mego ciała. On stoi i przygląda się, nieporuszony. Tak jakby chciał powiedzieć: Dziwisz się? Udaje mi się pozrywać mrówki, ale pozostawiają otwory w skórze. Z niektórych wystają jakieś nici. Z innych coś, co wygląda na robaki. To obrzydliwe, wyciągam je, w bólu jest nuta zmysłowej rozkoszy, tak jak przy wyciąganiu szwów. Największy ma sześć metrów długości. Gdy już się od nich uwolniłem, moje ciało jest pełne wydrążonych kawern i korytarzy, jak gniazdo termitów.

*
„Polski antysemityzm”, tak należy mówić. Nie „antysemityzm w Polsce”. Zupełnie własna paranoja, uszyta na miarę dla Polski. Ekstremalnie odporna na zużycie. Przeżywa, jak się okazuje, w każdych warunkach, nawet bez Żydów. Tak dopasowana, że musiała powstawać w laboratorium.

Nazywał się Roman Dmowski, nasz polski Frankenstein. W grudniu 1919 roku odrodzona Polska ma rok. W Londynie John Maynard Keynes pisze książkę o Europie po wielkiej wojnie. Nie wierzy, że nowej Polsce uda się przetrwać zbyt długo. „Polska to gospodarcza niemożliwość, w której jedyny przemysł to judzenie przeciw Żydom”.

John Maynard Keynes jest niesprawiedliwy, a oprócz tego nie ma racji: istniało wiele innych gałęzi gospodarki. Jednak Keynes spotkał Romana Dmowskiego i mógł odnieść wrażenie, że sensem wolnej Polski było, aby Polacy mogli poniewierać swoje mniejszości bez wtrącania się obcych. Keynes nie był w tym odosobniony. Brytyjski minister Robert Cecil uznał ataki Dmowskiego na Żydów za „odrażające” (repugnant). Pisarz Gilbert Keith Chesterton zapamiętał tylko jedną replikę z rozmów z polskim politykiem. „Żydzi zabili naszego Jezusa”. Brzmiało to, jakby Jezus był Polakiem. Czechosłowacki Edvard Beneš dziwił się, że reprezentant Polski nieomal chełpi się swoimi przesądami.

Mawia się, że historia to suma zdarzeń, z których każdego można było uniknąć. Czemu los musiał wysłać do Wersalu najzdolniejszego z polskich antysemitów, choć tylu było głupich, a jeszcze więcej ani takich, ani takich?

W mojej fantazji Dmowski nie dojeżdża do Paryża. Podobno często chorował w dzieciństwie, choroba mu się odnawia. Sanatoryjne łóżko, exitDmowski. Ktoś inny w naszym imieniu podpisuje traktat wersalski, zabezpiecza granice, zostaje bohaterem narodowym i dożywotnim mężem opatrzności. Dmowski zostaje w cieniu, polski antysemityzm niczym się nie wyróżnia, my zostajemy w Polsce i ta książka nie zostaje napisana.

„Antysemita to osoba nienawidząca Żydów bardziej niż to konieczne”, mówi żydowskie porzekadło. Gdy Roman Dmowski wkracza na scenę około 1890 roku, ludzie z terenów, które kiedyś były Polską, mogą mieć wiele powodów, aby krzywo patrzeć na Żydów. Księża – z troski o swoje zbawienie. Szewc – bo buty Abrama lepiej się sprzedają. Chłop – gdy wyliczył, ile mógłby dostać za żyto, gdyby pośrednik Szymon nie wziął swego. W mieście pan hrabia Kociubiński jest zblamowany w towarzystwie, ponieważ wpuścił Singera do salonu, ale od kogo miałby pożyczać? Nie zapomnijmy też o cierpieniach duchowych: poety wyśmianego przez krytyka z haczykowatym nosem i kuracjusza w uzdrowisku, którego spokój zakłóciła banda hałasujących parweniuszy. „Widać, jak rozmawiają i słychać, jak jedzą!”

Taka jest socjologia w kraju, który przez pięć wieków przyjmował Żydów, ale odmawiał im dostępu do własności ziemskiej, urzędów i cechów. Ale właśnie dlatego, że ludzie nie lubią Żydów z tak różnych powodów, da się żyć. Zawsze się znajdzie ktoś przyjazny czy potrzebujący żydowskich usług. Najprzyzwoitsi są, Bogu dzięki, ci najmożniejsi. To ziemianie, potrzebujący Żydów, aby brali w pacht ich majątki i sprzedawali ich pszenicę.

Stawianie kwestyi żydowskiej, jako całości, ma ten skutek, że się o niej tak traktuje, jakby chodziło o to, czy żydów zasymilować, czy wypędzić lub wymordować. Tymczasem o to chodzić nie może, bo żadne z tych rozwiązań nie leżałoby w naszej mocy, chociażby było najbardziej pożądane. Traktując rzecz realniej, trzeba przyjąć istnienie pewnego odsetku ludności żydowskiej w naszym kraju jako fakt, a wszelkie zagadnienia społeczne i polityczne ztąd wynikające rozpatrywać możliwie przedmiotowo, wyprowadzając z ich oceny wskazania praktyczne, niezależnie od sympatyi lub wstrętu do zakrzywionych nosów i odstających uszów.

Czytam człowieka, którego nauki zrobiły ze mnie uchodźcę, i jestem zdumiony. W jego myśli nie ma porządku. Czasami Żydzi są obcą rasą, czasami tylko kulturą albo religią. Jest w jego antysemityzmie coś wymuszonego. Nie brzmi jak prorok nienawiści, raczej jak księgowy z zatwardzeniem. Bez polotu, bez werwy. Kiedy dochodzę do połowy jego dzieła, nie jestem przekonany o przebrzydłości Żydów, za to pojmuję, że powinienem być, by móc nazywać się Polakiem. I zaczynam rozumieć, że to nie Żydzi są największym problemem Dmowskiego. To Polacy. Jest nas o wiele za mało.

To szczególny gatunek, szukanie najgłębszych motywów antysemity. Czarna pedagogika? Może jakaś trauma z dzieciństwa? Szkodliwa młodzieńcza lektura? Albo coś, co wyłącznie uczniowie Freuda mogliby wyjaśnić? W przypadku Dmowskiego to zbędne pytania. Cechą szczególną jego żydowskiej paranoi jest to, że da się ją zrozumieć także bez namiętności. To nie obsesja jak u Hitlera, nie kategoryczny wniosek jak u Gobineau, nawet nie chrześcijański obowiązek. Dmowski wprawdzie oskarża Żydów o ukrzyżowanie Jezusa, ale sam nie jest chrześcijaninem. To Karol Darwin jest jego prorokiem.

Mamy rok 1901. W Paryżu grają groteskę Alfreda Jarry’ego o królu Ubu, który rządzi „w Polsce, czyli nigdzie”. Minęło sto lat, odkąd królestwo polskie znikło z mapy. Dziadek Izaak rodzi się jako poddany austriacki, tata jako rosyjski, a miasto, w którym ja mam się urodzić, należy do Prus i sprawia wrażenie przedmieścia Berlina: ciężka architektura, solidni rzemieślnicy i wysprzątane ulice.

Ale teraz władza cesarska wszędzie drży w posadach i zaczyna kiełkować nadzieja. Wśród Serbów i Polaków, Litwinów i Estończyków, Słoweńców i Słowaków, Rusinów i Czechów, Chorwatów i Węgrów, i wszystkich innych, którzy albo stracili, albo nigdy nie mieli własnego państwa, z flagą, orderami, teatrem narodowym, znaczkami pocztowymi, uniwersytetem, walutą i własnym królem, albo przynajmniej prezydentem.

Tak pisać nie wypada. Przepraszam wymienione narody. Chodziło wszak o samostanowienie, o język ojczysty i nazbyt długo negowaną odrębność. O demokrację nawet. Ale jak wielu jest w granicach dawnej Polski takich, co marzą o własnym państwie? Którzy potrafią napisać Szczebrzeszyn, noszą żałobę w rocznice przegranych powstań i mówią „pobiliśmy Turka” o bitwie pod murami Wiednia w 1683?

Mniej więcej co dziesiąty, odpowiadają historycy. Gdy sto lat temu spytało się chłopa o przynależność, to mówił „tutejszy” i wymieniał nazwę swojej wsi, w najlepszym razie parafii. A Polacy? „Nie ma ich w domu, panie. Państwo pojechali do miasta”.

„Polacy” to prawie wyłącznie potomkowie ziemiaństwa, jedynej klasy uprawnionych w rzeczypospolitej szlacheckiej. Dziadek Władysław należy do tego małego narodu. Jest wprawdzie tylko konduktorem kolei transsyberyjskiej, lecz jego polskość jest solidnie zakotwiczona w późnym średniowieczu. Nad kominkiem wiszą na pewno pordzewiałe szable. Nie jest jasne, kiedy i jak rodzina straciła majątki. Złośliwcy twierdzą, że przegrano je w karty. W najlepszym razie zostały skonfiskowane za polskie rebelie. Lecz trudno sobie wyobrazić, aby ludzie z Bielewa ronili łzy, kiedy dziedzica Bielawskiego wieziono na Syberię. Polska nie była ich sprawą i być nią nie mogła. Niewolnicy nie mają ojczyzny, a to niewolnicy, dopiero co wyzwoleni, byli ludem w tej części świata. Pańszczyznę zniesiono, gdy dziadek był nastolatkiem, w roku 1864.

Do czego zmierzam? Do tego, że w roku 1901 Roman Dmowski jest narodowcem bez narodu. Lub, dokładnie rzecz biorąc, z malutkim, rozpuszczonym w morzu analfabetów mówiących pięcioma językami. Z tych dwudziestu milionów, które żyją w obrębie dawnych granic Polski, może ze dwa miliony to Polacy, w tym sensie, w jakim od ponad dwustu lat każdy smolandzki parobek czuł się Szwedem.

Jak sprawić, aby na poły zruszczeni warszawscy urzędnicy, śląscy lokalni partrioci z Beuthen, krakowscy kupcy wierni cesarzowi czy muzułmańscy Tatarzy (jak Buczyńscy, antenaci Charlesa Bronsona), przyjęli do wiadomości, że są w pierwszym rzędzie Polakami, dumnymi spadkobiercami królestwa, które ich przodkom odmawiało wszelkich praw? Jak sprawić, aby parobek poczuł, że dzieli los z dziedzicem, lecz nie ze szwagrem, który gada po białorusku i żegna się na opak?

Tako rzecze Roman Dmowski:

Nie wiesz sam, kim jesteś, magistrze Dobrowolski, służąca Jadwigo, szewcze Gontarzu… Ale masz pewnie problem z jakimś Żydem? No, zdarza się – kto nie ma… Więc jesteś Polakiem! Czy te przybłędy nie panoszą się od wieków w kraju, który jest nasz? Kiedyś zwali się Szmul i pasożytowali na tym, co zebrałeś z pola, dziś nazywają się Słonimski i wyśmiewają twoje wiersze w swoim plugawym piśmie. I jest gorzej, niż sądzisz: trzymają sztamę i knują przeciw nam, Żydzi stoją za Stalinem i Żydzi stoją za Hitlerem. I za Haroldem Wilsonem, który zmusił Polskę, by zapisała w konstytucji poszanowanie dla mniejszości. Żeby osłabić nas, rzecz jasna. Dlaczego nas nienawidzą? Czy to nie oczywiste? Bo jesteśmy szlachetni, wielkoduszni i uczciwi, jesteśmy ich przeciwieństwem. Oni nie są Polakami i nigdy nie będą, nawet jeżeli niektórzy udają. Nie, oni mają inny plan. Najpierw wezmą Warszawę, potem wezmą Berlin. A do tych z was, którzy jesteście katolikami: Oni zabili naszego Jezusa!

Tak rozumiem antysemityzm Romana Dmowskiego. Jako projekt integracyjny. John Maynard Keynes może nie całkiem błądził, określając to jako przemysł. Mógł dodać: do produkcji „prawdziwych Polaków”.

Nie jest prawdopodobne, aby Hitler czytał Dmowskiego, chociaż tak mogłoby się zdawać. Podstawową tezę w Mein Kampf, że prawo dżungli jest w stosunkach między narodami prawem najwyższym, nasz narodowy bohater głosi, kiedy mały Adolf jeszcze chodzi do szkoły. W roku 1903 Dmowski ustala to, co po dziś dzień stanowi credo polskich narodowców: że Polak może sobie jeść nożem i widelcem, używać czystej bielizny i słuchać Chopina. Jesteśmy wszak Europejczykami. Lecz gdy natkniemy się na inny sort, to mamy postępować tak jak pawian, gdy spotka szympansa. Bo między plemionami (tak, Polacy są plemieniem) obowiązuje prawo Darwina. „Jesteśmy Polakami i chcemy Polski przede wszystkim dla siebie, chcemy wtedy nawet, gdybyśmy tą Polskę mieli mieć tylko ze szkodą dla wolności ludów i dla postępu, dla cywilizacji i sprawiedliwości społecznej”, głoszą jego uczniowie w „Przeglądzie Wszechpolskim”.

Nieszczęściem Polaka jest, według Dmowskiego, jego kobieca natura. Miękkie serce i słabość do pięknych słówek. Wiara w cywilizację. Wspaniałomyślność i szlachetne gesty. Ogłada i liberalizm. Lecz czym jest humanitaryzm? Oznaką słabości. Tolerancja? Dobra dla pięknoduchów, ale zabójcza dla nacji. Jeśli ma powstać Polska, musimy wpierw nauczyć się deptać inne narody. Rozejrzyjcie się wokół po świecie, czy to nie o to chodzi? Drodzy rodacy, wstyd wam, że życzycie sobie, aby spłonął tartak Abrama i żeby sędzia Izaak Wilhelm skręcił kark. Zawiść, myślicie, to nie po chrześcijańsku. Ale mylicie się! To nie są niskie uczucia. Czujecie patriotyzm, troskę o własny naród!

Jeśli ją obrać z wszelkich dekoracji, myśl Dmowskiego można sprowadzić do następującej tezy: ponieważ jeszcze jesteśmy za słabi, by wierzgać w górę, przeciwko imperiom, wierzgajmy w dół, przeciw mniejszościom, to nabierzemy przynajmniej pewnej wprawy w walce o byt, a przy okazji staniemy się trochę bardziej polscy.

Najoryginalniejsze w antysemicie Dmowskim jest jego uznanie dla żydowskiej kultury. W porównaniu z nią kultura polska jest taka krucha i niepewna siebie samej, że nie znosi bliskości żadnej innej, a już na pewno takiej starej i zahartowanej jak żydowska. Jeżeli Polak ma mieć szansę, by urosnąć, musi zamarynować się we własnym sosie. Bez Żydów, ale też w bezpiecznej odległości od tych, co mówią językiem Tołstoja czy Goethego. Lepiej, by polskie wiejskie dzieci w ogóle nie umiały czytać, niż gdyby miały czytać po rosyjsku, głoszą wyznawcy Dmowskiego.

W uszach wielu brzmiało to oczywiście skandalicznie. Narodowy egoizm, to takie niepolskie, obskuranckie, zupełnie obce naszym tradycjom… I takie niechrześcijańskie! Lecz co, jeżeli właśnie to pogańskość jest najbardziej nęcąca, i wtedy, i teraz?

Jest coś z onanizmu w studiowaniu filozofii nienawiści. Człowiek odnotowuje absurdy, obśmiewa fantazmaty i delektuje się pogardą dla klienteli autora. Żydzi za Stalinem – to może jeszcze ludzie kupią. Ale ile głupoty trzeba, by uwierzyć, że to Żydzi manipulują Hitlerem?

Co za nieporozumienie. Dmowski nie dostarcza ideologii. Dmowski udziela rozgrzeszenia. Sumienie, które potrzebuje ukojenia, nie wymaga logiki ani konsekwencji. Partia Dmowskiego obiecuje wypędzić trzy miliony Żydów, co trzeciego mieszkańca miast. Ile sklepów, młynów, biur adwokackich, gospód, gabinetów lekarskich, gorzelni, mieszkań, warsztatów, kredensów i straganów muszą po sobie pozostawić? Każdy to sobie może wyobrazić, także ci, którzy nie umieją napisać „mojżeszowy”.

Istnieje jakiś inny naród, który ma podobnie? Którego niemal całe narodowe skrzydło, by móc się samookreślić, musi odbić się od „żydowskości”? Po dziś dzień „prawdziwy Polak” nie może chwycić za pióro, nie myśląc zaraz o Semitach, ponieważ polskość jego tekstu wynika z tego, że jest nieżydowski. Wolny od paradoksów, przyziemny, stateczny, pełen szacunku dla przodków. Lecz przede wszystkim platoniczny. „W poezji poznaje się żydów po tym, że wszystkie ich metafory są mięsiste, wilgotne, lepkie, soczyste, woniejące, smakowite”, ustalił już w latach trzydziestych ubiegłego wieku Zygmunt Wasilewski, wyrocznia narodowców w sprawach poetyki.

Niewiele tego na tożsamość, być negatywem fantazmatu. Szczególnie trudno być anty-czymś, czego już nie ma. I trochę niewygodnie, kiedy się pomyśli, jak i dlaczego to zniknęło. Ale nic na to nie poradzisz. Gdyby transport polskich endeków wysadzić na bezludnej wyspie, zaczęliby kopać palmy w przekonaniu, że to przebrani Żydzi. Albo tropić Semitów we własnym gronie. Bez negatywu z garbatym nosem Polacy spod znaku Dmowskiego są jak pijane dzieci we mgle.

Fe, ależ jestem niesympatyczny.

*
Fragment książki Macieja Zaremby Bielawskiego „Dom z dwiema wieżami”

Tusk: „Grzechy, głupota obecnie rządzących mogą nas naprawdę wiele kosztować”

Depresja plemnika

W piątek przed północą poinformowano o tym, że rząd i narodowcy doszli do porozumienia w sprawie organizacji wspólnego marszu w setną rocznicę odzyskania niepodległości. Do działań obu stron w tej sprawie krytycznie odniósł się Władysław Frasyniuk.

To już pewne. W niedzielę 11 listopada we wspólnym marszu pójdą rządzący oraz narodowcy. Inicjatywa to efekt rozmów obu stron, która kończy kilkudniowe zamieszanie związane z organizacją obchodów. Zachowanie rządu i Stowarzyszenia Marsz Niepodległości skrytykował w rozmowie z TVN24 Władysław Frasyniuk, który stwierdził, że „profesjonalizmu w tych uroczystościach w ogóle nie ma”. – Ze zdumieniem dowiedziałem się, że narodowcy rozmawiali siedem razy z marszałkiem Senatu i ministrem Brudzińskim w sprawie wspólnej organizacji marszu – dodał.

„Znika nam z oczu to wielkie święto”

Były opozycjonista odniósł się także do udziału w marszu głowy państwa. – Wierzę w to, że Andrzej Duda zrobi sobie zarąbiste selfie z jakimś faszystą w kominiarce. Czekam bardzo na takie selfie –…

View original post 4 642 słowa więcej

Lech Wałęsa powinien być na defiladzie jako kamień milowy naszej niepodległości

>>>

>>>

„Chciał wypaść inteligentnie – a wyszło jak zawsze” – tak najkrócej można skomentować ostatni błysk myśli ministra Mariusza Błaszczaka. Siedząc w pewnym radiu znanym z miłości bliźniego, minister rządu RP nazwał uczestniczących w poznańskim Marszu Równości „sodomitami”.

Słowo o dużej wadze gatunkowej, uwielbiane przez polską prawicę, zdawałoby się wskazuje na biblijne oczytanie ministra. I wiadomo o jaki grzech chodzi, prawda?

Otóż, jak to zawsze z PiS-em bywa – to głęboka nieprawda.

Historia o zniszczeniu Sodomy i Gomory to w Biblii krótka przypowieść, dość marginalna nawet w samej księdze Genesis. Lot, bratanek Abrahama, zamieszkał z rodziną w Sodomie. Bóg postanowił Sodomę ukarać za jej, niewymieniony z nazwy, grzech (18:21). Pan wysłał posłańców – dwoje aniołów – aby zbadali, czy aby na pewno jest tak źle jak przypuszczał. Lot przyjął aniołów i zaprosił ich do domu. Na wieść o tym, mężczyźni Sodomy (w tym zięciowie Lota) zgromadzili się przed jego domem i zażądali aby im ich wydał – chcieli gości zbiorowo zgwałcić (19:5). Lot próbował ratować gości, i zamiast aniołów zaproponował mieszkańcom własne córki. Przeczytajmy uważnie: zaproponował im dziewczynki młodsze niż 12-letnie, do zbiorowego gwałtu. Ta wstrząsająca propozycja była desperacką próbą otrzeźwienia mieszkańców i wskazania im, że ich czyn jest potworny. Męscy mieszkańcy Sodomy uwzięli się jednak i chcieli publicznie i zbiorowo zgwałcić gości Lota. Historia kończy się cudownym uratowaniem Lota, jego rodziny (w tym dziewczynek) i gości, po czym Bóg niszczy Sodomę i Gomorę, o której grzechu nie wiemy dosłownie nic.

Męscy mieszkańcy Sodomy uwzięli się jednak i chcieli publicznie i zbiorowo zgwałcić gości Lota. Historia kończy się cudownym uratowaniem Lota, jego rodziny (w tym dziewczynek) i gości, po czym Bóg niszczy Sodomę i Gomorę, o której grzechu nie wiemy dosłownie nic.

Uważna lektura przypowieści wskazuje wyraźnie, że rzekomy wątek homoseksualny jest tutaj nieistotny: w zbiorowym gwałcie uczestniczą „wszyscy mężczyźni” (19:5), w tym zięciowie, a więc heteroseksualiści. Lot proponuje im w zamian, bezskutecznie własne małoletnie córki. Jak zresztą wiemy na podstawie badań psychologicznych – w gwałcie chodzi nie seks jako taki, ani o seks z mężczyznami (chodzi przecież o anioły!), ale o władzę. Mężowie Sodomy, chcą pokazać bezbronnym przybyszom, kto ma władzę, a kto jej nie ma. Chcą upokorzyć gości – zbiorowo, publicznie ich gwałcąc. Bo nic nie upokarza mężczyzny tak, jak bycie potraktowanym przez innego mężczyznę jak kobieta.

„Grzech Sodomy” jest w oczach Biblii grzechem potwornym, bo chodzi nie tyle o taką czy inną odmianę seksu między mężczyznami, ale o pogwałcenie świętego prawa gościnności przez gospodarzy. I publiczne upokorzenie bezbronnych.

Tak też właśnie „grzech Sodomy” interpretuje Biblia w trzech (aż trzech!) pozostałych przypadkach, gdy go wymienia. W księdze proroka Ezechiela 16:48 Bóg wyraźnie nazywa grzech Sodomy grzechem „pychy” gdyż jego mieszkańcy „nie wspomagali biednych i tych w potrzebie.” W Ewangelii Mateusza 10:14-15 Jezus ostrzega, że miasta które nie przyjmą, albo źle przyjmą, jego uczniów i nauczanie zostaną potraktowane w dniu Sądu Ostatecznego gorzej niż Sodoma (i Gomora). Zero fiksacji na temat seksu. O nim, jako o przyczynie zniszczenia Sodomy wspomina tylko List Judy 1:7 – ale warto tutaj przypomnieć, że w historii w Genesis 19 mówimy nie o seksie dobrowolnym, ale o zbiorowym gwałcie przez heteroseksualnych mężczyzn, jako o sposobie „przyjęcia” gości.

Tyle Biblia i jej wykładnia. Za wyjątkiem Listu Judy, „grzech sodomii” to brak gościnności, o obojętność wobec biednych i tych potrzebie. W Liście Judy – to używanie seksu do upokarzania innych, słabszych i w potrzebie i przez to budowanie swojego ego.

A zatem cytując pisarza Jacka Dehnela – jedynym sodomitą w czasie wywiadu w radiu był minister Błaszczak.

Człowiek który razem z podłą sodomitką Beatą Szydło rozpętał kampanię nienawiści wobec uchodźców: ubogich, ludzi w potrzebie, wdów, sierot. Ludzi, o których Biblia kilkadziesiąt przypomina nam, że mamy obowiązek ich chronić, pomagać, wspierać, udzielić gościny. Człowiek który uchodźcami straszył, a nie im pomagał.

Sodomitą jest Błaszczak et consortes, którzy odmówili wiz dla ośmiu sierot z Aleppo, bo rzekomo mogły być „zagrożeniem terrorystycznym”. Sodomitą jest Kaczyński, który takiego podłego człowieka trzyma, promuje, i pozwala sączyć ten podły, nienawistny jad.

„Parada Sodomitów” nie miała miejsca w sobotę w Poznaniu. Prawdziwą paradę sodomitów zobaczymy zapewne, gdy rząd i parlamentarzyści PiS zameldują się w świetle kamer na modłach. Będą się chwalić jakim to wielkim, potężnym państwem jest budowana IV RP, i jak wiele mogą, i jak to mogą pokazać bezbronnym i „innym” gdzie jest ich miejsce. Publicznie tych „innych” upokorzyć, zohydzić, odebrać człowieczeństwo. Zupełnie jak mieszkańcy Sodomy kilka tysięcy lat temu.

Tak, jutro w dniu pewnej Żydówki-uchodźczyni, zobaczymy jeden wielki pokaz Polaków-sodomitów. I nie będzie wśród nich żadnego zdeklarowanego geja!

Schetyna: Za 2 lata, po zwycięskich wyborach samorządowych, 15 sierpnia 2020 będziemy wszyscy razem

Za dwa lata w innej rzeczywistości politycznej, po wygranych, zwycięskich wyborach samorządowych i parlamentarnych, będziemy w stanie zorganizować te wybory w taki sposób, że wszyscy staniemy obok siebie. Nie będzie różnych uroczystości. Nie będziemy tego dnia pamięci 15 sierpnia czcić osobno, czy przeciwko sobie tak jak jest dzisiaj. Będziemy wszyscy razem za dwa lata, 15 sierpnia 2020 roku – mówił Grzegorz Schetyna podczas briefingu prasowego przed pomnikiem Piłsudskiego w Warszawie.

Z okazji Święta Wojska Polskiego chciałabym wszystkim żołnierzom podziękować za ich służbę, jednocześnie życzyć im mądrego dowództwa, również cywilnego. Dobrego uzbrojenia, którego im brakuje. Ale przede wszystkim to święto , kolejne podzielone święto pokazuje jak ukradziono nam wspólnotę. Chcemy, żeby święto 2020 roku to była już wspólnota, którą odzyskamy – dodawała przewodnicząca Nowoczesnej, Katarzyna Lubnauer.

Jeśli myślę o Defiladzie Niepodległości, to powinien w niej być Lech Wałęsa – jako osobny kamień milowy w rozwoju i utrzymywaniu Siły Niepodległości. ✌️

Earl drzewołaz

Prof. Jerzy Zajadło o trzech latach „dobrej zmiany”. Z grubsza 27:1.

Kurewstwo jakie prezentuje towarzysz Sekretarz KC PZPR Marek Król (obecnie publicysta „Sieci” i ekspert TVP info) przekracza wszelkie granice. To moralne dno!!!

Rosyjska partia w Polsce czyli PiS wykonała swoją robotę. Die Welt: Europa Środkowa zagraża jedności UE.

Polacy, Czesi i Węgrzy tęsknili długo za zjednoczoną Europą. Wyrazicielami tej tęsknoty byli pisarze i artyści. Teraz Europa Środkowa stała się bastionem nieliberalnej demokracji zagrażającym europejskim wartościom

Autor eseju „Europa Środkowa jest martwa” Wolf Lepenies rozpoczyna swój wywód od przypomnienia, że tęsknota za zjednoczoną Europą była w okresie powojennym szczególnie silna wśród pisarzy, artystów i naukowców w Europie Środkowej i że to właśnie oni odegrali kluczową rolę w „przełomach roku cudów” – roku 1989. To dzięki nim proces jednoczenia Europy przebiegał w atmosferze „pasji i patosu” i oparty był na świadomości wspólnych wartości.

„Dziś Europa Środkowa stanowi zagrożenie dla jedności Unii…

View original post 1 600 słów więcej

Biskupi dali plamę. Co nas czeka po PiS

Europoseł Dariusz Rosati zareagował na kwotę, jaką Polska otrzyma z przyszłego budżetu Unii Europejskiej na lata 2021 -2027.

Abp Gądecki krytykuje prezydenta Poznania, abp Głódź mówi o „pedagogice wstydu”, a abp Jędraszewski o „wyprzedaży majątku narodowego za bezcen po 1989 r.” – uroczystości Bożego Ciała niektórzy hierarchowie Kościoła wykorzystują do głoszenia kazań, niewiele mających wspólnego z katolickim świętem.

Metropolita poznański abp Stanisław Gądecki skrytykował zapowiedzi prezydenta Poznania w sprawie uruchomienia w mieście całodobowego dyżuru ginekologicznego. – „Gdy potrzebna jest fachowa porada i pomoc, kwestie światopoglądowe powinny zejść na drugi plan. Przygotowujemy projekt 24-godzinnego dyżuru ginekologicznego. Poznaniankom, które z niego skorzystają, nikt nie będzie prawił kazań, tylko udzieli koniecznej pomocy” – napisał Jacek Jaśkowiak na Facebooku.

Abp Gądecki, który jest także przewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski, podczas kazania wygłoszonego w Boże Ciało powiedział: – „Tymczasem w Poznaniu słyszymy dziwne zapowiedzi: ginekolog 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu i bez klauzuli sumienia. Projektodawca oświadcza, że w tym przypadku kwestie światopoglądowe powinny zejść na drugi plan. Problem w tym, że zabijanie dzieci w łonie matki nie jest kwestią światopoglądową, aborcja odnosi się do konkretnego człowieka”.

Odniósł się także do projektu „Zatrzymaj aborcję”, który firmuje Kaja Godek. – „Ochronie dziecka poczętego w Polsce nie sprzyja opinia biura analiz sejmowych do projektu „Zatrzymaj Aborcję”. Sejmowi prawnicy wyliczają, że państwu nie opłaca się leczyć i utrzymywać chorych dzieci. (…) To retoryka żywcem wyjęta z nazistowskiej akcji T4, gdzie przeliczano koszty utrzymania jednego niepełnosprawnego i udowadniano w ten sposób konieczność likwidacji osób ułomnych” – stwierdził abp Gądecki.

Z kolei metropolita gdański Sławoj Leszek Głódź uznał, że podczas dzisiejszego święta trzeba zająć się często przywoływaną przez PiS „pedagogiką wstydu”. – „Polska nie zginęła, bo wsłuchała się w mowę przeszłości, która pozwoliła i pozwala na zachowanie wolności ducha. Także poprzez nieuleganie temu, co się nazywa „pedagogiką wstydu”, tak rozpowszechnionej w liberalnych, kosmopolitycznych kręgach. Dlatego trzeba wciąż pamiętać, że jesteśmy przedmurzem chrześcijaństwa” – podkreślał Głódź.

I jeszcze jeden glos kościelnego hierarchy – tym razem metropolity krakowskiego abp Marka Jędraszewskiego. – „Po 1989 r. byliśmy świadkami trwonienia polskiej suwerenności także poprzez wyprzedaż za bezcen majątku narodowego. Ale także trwonienia polskiej suwerenności przez wyszydzanie takich treści jak ojczyzna, patriotyzm, tradycja, rodzina” – stwierdził abp Jędraszewski.

– W Polsce nikt w nic nie wierzy. Lud gardzi Kościołem tak samo, jak elitami – mówi reżyser Przemysław Wojcieszek, który właśnie prowadzi zbiórkę internetową na pierwszy odcinek „Czarnych pól”, serialu kryminalnego o „Polsce B”.

NEWSWEEK: O czym są „Czarne pola”?

Przemysław Wojcieszek: To opowieść o małym miasteczku, w którym dochodzi do morderstwa. Ginie miejscowy prawnik, lewicowiec, który miał na pieńku z lokalną władzą, klerem i szefostwem kombinatu, który daje pracę całej okolicy.

Kryminał.

– Tak, a raczej opakowana w konwencję kryminału opowieść o współczesnej Polsce B. Napisałem pilota na dwóch policjantów i księdza. Przeszedłem się po telewizjach, ale wszędzie słyszałem, że nie wchodzą w politykę.

To miasteczko istnieje w realu?

– Tak. Robiłem dokumentację w kilku miejscach w południowo-zachodniej Polsce. We wszystkich od kilkunastu lat rządzi narodowo-katolicka prawica. To są laboratoria polskiej przyszłości. To Polska za 10 lat, w której nie istnieje już społeczeństwo obywatelskie, nastąpił powrót do rzeczywistości feudalnej, w której są trzy powiązane ze sobą ośrodki władzy: kler, władza (wykonująca polecenia centrali) i biznes. A na dole jest dziki zachód, upadek społeczeństwa obywatelskiego podlany metamfetaminą produkowaną chałupniczo w domowych laboratoriach. Na cały powiat jest kilku operacyjnych policjantów, którzy nie wiedzą jak sobie z tym poradzić. A w szpitalach zastanawiają się co robić z młodymi matkami, w których krwi znaleziono ślady amfetaminy. Pomyślałem: co by się stało gdyby w takiej rzeczywistości pojawił się idealista prawnik? No to zaczyna się tak, że ciało idealisty prawnika jest znalezione w lesie.

Czym ten nowy dziki zachód różni się od tego z lat 90.?

– To zupełnie różne opowieści. Ludzie dziś mają więcej pieniędzy, jest praca. Miasteczko, na którym wzorowałem to serialowe leży w jednej z bogatszych gmin w Polsce. Pracownicy kombinatu dobrze zarabiają. To opowieść o świecie, w którym ludzie mają hajs i zerowy kapitał kulturowy. Znajomy policjant opowiadał mi, że najgorszy dzień w miesiącu to 10., bo wtedy ludzie dostają wypłaty i trzeba ściągać policję z sąsiednich powiatów. Sam mieszkam na wsi, to widzę: ludzie są non stop najebani. Piją bez przerwy. W całym kraju trwają bachanalia i jedyne, czego ludzie chcą, to słyszeć, że są świetni. A wy, tam we Wrocławiu, czy Warszawie, róbcie co chcecie. Wielu ludzi kompletnie nie interesuje się światem zewnętrznym. Ekonomicznie się poprawiło, ale kulturowo jest regres. Sławomir, aktor po Krakowie zrobił sobie wąsa i dla jaj nagrał disco polo i nagle okazuje się, że to jest największy sukces wydawniczy w kraju. Ktoś, kto równa w dół i to pikując, trafia na tłum rozradowanych Polaków. Dla nich to żaden żart, to jest na poważnie.

A ci ludzie to kto? Suweren? Naród? Klasa niższa? Średnia?

– Chłopstwo, które nareszcie jest zjednoczone. Wiesz, kiedyś chłop, czy też jego sproletaryzowany potomek zarabiał dobrze tylko zagranicą, dlatego nie bawił się hucznie, bo w sąsiadach budziło to zawiść. Pod rządami PiS-u nastąpił wielki przełom. Dziś chłopstwo zarabia dobre pieniądze w strefie, w dyskontach, w usługach i wydaje je na całoroczny karnawał. To w sumie pocieszające, że dostaliśmy coś zamiast społeczeństwa obywatelskiego, które rozpadło się jak domek z kart. Żyjemy dziś w społeczeństwie zabawy: prymitywnej i nihilistycznej, ale lepsze to niż wojna domowa.

Lewica powie, że to takie łatwe: atakujesz klasę ludową, która i bez twojej pogardy ma słabo.

– Nieprawda. Wiesz kto ma słabo? Inteligencja. Wielkomiejscy prekariusze na śmieciówkach. To oni mają naprawdę przejebane. Lud – chłopi, wywodząca się z chłopstwa klasa robotnicza, małomiasteczkowa klasa średnia, też w sumie potomkowie chłopów – ci ludzie mają dziś lepiej niż za cara. A inteligencja, wykształciuchy, jak ich tam chcesz zwać, wpadła w apatię i rozpacza nad swoim losem. Gdzie jest ta arcypotrzebna inteligencka mobilizacja? W całej Polsce płoną tysiące ton śmieci i jakoś nikt nie protestuje, ludzie sobie wymieniają memy na fejsbuku. A za chwilę w co drugim sklepie będzie karteczka, że zbierają na leczenie jakiejś Zosi, bo dostała raka. Tymczasem lud ma dziś pieniądze, pracę, a do tego słyszy, że jest najlepszy, że jest nadzieją Europy. Młody gość z mojej wsi mówi, że tak długo jak nie będzie ciapatych, będzie głosował na PiS, bo jest z***. Jest tanio, nie ma biedy i nie ma kolorowych. Lud ma nareszcie artystów, którzy równają do jego zerowej orientacji w kulturze: ma Patryka Vegę i Sławomira. Nie potrzebuje już inteligenckiego pośrednika. Tak naprawdę nigdy go nie potrzebował.

Liberał powie: no i słusznie. Rynek zweryfikował, wygrali. Jak widać kultura może się obronić na wolnym rynku. A lewicowiec powie: odpierdol się od ludzi, bo nikt o nich nie pamiętał kiedy mieszczuchy po szkołach ustawiały Polskę pod siebie w latach 90. Kpili z ludu, że ciemny, słucha disco polo i księdza, pije, dzieci robi i niczego nie rozumie. A tymczasem lud miał trzydziestoprocentowe bezrobocie i zgrzytał zębami na wspomnienie solidarnościowych obiecanek o międzyklasowych sojuszach.

– Klasa ludowa już wie, że liberał się nią nie interesuje, a lewicowy inteligent jak go się na chwilę oderwie od robienia doktoratu na studiach humanistycznych, powie: lud dobry i głupi, nic nie kuma. I nawet mu do głowy nie przyjdzie, że to upokarzające. A zresztą wielkomiejski prekariusz może ludowi tylko zazdrościć: pewnej wypłaty pod koniec miesiąca, socjalu, przekonania, że jesteśmy u siebie. A sam siedzi na śmieciówce, zastanawia się kiedy przyjdzie przelew i kombinuje jak spieprzać z Polski. Spójrz co się dzieje w kulturze: kolejka biedusów czeka aż im ktoś pozwoli zrobić wysoką kulturkę, bo ona jest potrzebna. Ale komu? Suweren powie: nam nie. My mamy Patryka Vegę, który nie musi stać w kolejce do ministerstwa, a widownię ma ogromną. Mówi do nas, naszym językiem i teraz to elity zgrzytają zębami, bo dostały po dupie na ostatnim polu, które miały nadzieję zachować dla siebie. Nawet kulturę wygrał lud! Dlaczego mam stawać w obronie klasy społecznej, której się świetnie powodzi? Martwię się swoją, która zdycha. Inteligencja powinna się nauczyć walczyć o siebie.

Mówisz, że lud ma niski kapitał kulturowy. Chce oglądać filmy Vegi, słuchać Sławomira, lubi husarię i żołnierzy wyklętych, a nie lubi obcych. To źle?

– Źle.

Bo?

– Bo ta kultura niczego nie rozwiązuje. A to społeczeństwo za kilkanaście i tak będzie wieloetniczne, to jest nie do zatrzymania. Pytanie czy będziemy wtedy liderem Europy, czy państwem popychadłem. A tymczasem ta regresywna kultura nie mierzy się z żadnym ważnym problemem, którego rozwiązanie mogłoby popchnąć to społeczeństwo do przodu, spowodować, żeby mogło się normalnie rozwijać w Europie. Żeby miało coś do zaproponowania światu. A żeby miało, to musi najpierw chcieć samo siebie zrozumieć.

A nie chce?

– Nie chce. Chce słuchać bajeczek o dobrych, wyklętych Polakach. Żeby mieć dobry nastrój w karnawale. Ogląda filmy Vegi i myśli to, co PiS chce, żeby myślało: jest dobrze, masz rację, nie zastanawiaj się, świat i tak jest c***.

A przebudzenie moralne? Na poczcie i w „biedrze” sprzedają książki o papieżu, za chwilę będziemy mieli całkowity zakaz aborcji, nienawidzimy dewiantów seksualnych, nie jesteśmy nadzieją cywilizacji życia?

– Nie ma żadnego przebudzenia. Jest eksplozja nihilizmu. Nikt w nic nie wierzy. Kościół może być tylko uczestnikiem gry w dobre samopoczucie. Lud jest w tej sprawie dosyć bezpośredni. Kościół dobrze wie, że jest w sytuacji bez wyjścia. Nie ma żadnego wpływu na ludzi. To jest kontrakt o wzajemnym wspieraniu interesów. Jeszcze można trochę zarobić, jeszcze można pożyć, ale nie ma wyboru, trzeba suwerenowi powtarzać: „jesteście cudowni, jesteście najlepsi, jesteście nadzieją Europy”. Politycy też muszą to mówić, wszyscy są ofiarami własnego populizmu. W zamian za to lud pozwala im się cieszyć władzą. A sam leci na dno. Zamiast przebudzenia, jest nihilizm i cynizm. Poczucie upodlenia, które trzeba zakrzyczeć, zagłuszyć, albo zapić. I pielęgnowana latami nienawiść do elit.

A Kościół? A Matka Boska?

– Lud gardzi Kościołem tak samo, jak elitami. Dzieci się prowadzi na komunię, bo ludzie potrzebują rytuałów. Kościół żyje jeszcze dzięki hipokryzji jego wyznawców. I dzięki temu, że się włączył w główny nurt polskiej polityki: szowinistycznej, nacjonalistycznej, antyeuropejskiej. Dzięki PiS-owi ma jeszcze udział we władzy, ale rząd dusz stracił dawno temu. Ludzie wychodzą z kościoła i idą na szkolne boisko chlać, ćpać, prać się po mordach i pieprzyć w krzakach.

A inteligent się nie pieprzy?

– Inteligent powinien nie brać udziału w hipokryzji. Powinien wziąć odpowiedzialność. Nikt za nic w Polsce nie bierze odpowiedzialności. Ludzie, którzy swoimi głosami, udziałem w marszach, swoją nienawiścią spychają to społeczeństwo w stronę faszyzmu nie czują się za to odpowiedzialni. A zresztą nikt od nich tego nie oczekuje, bo lewicowcy powiedzą: to nie wasza wina, bo wy nic nie rozumiecie, nie wiecie co czynicie. Otóż ludzie doskonale wiedzą co robią. W związku z tym obowiązkiem inteligenta jest pomyśleć o sobie. Zawalczyć o siebie, o swoją przyszłość, wyzbyć się poczucia winy, zacząć realnie myśleć o swoich interesach. Wziąć odpowiedzialność za to, co się tutaj dzieje. I na początek przegłosować narodowych katolików.

Po prostu? A gdzie sojusz? Można było urządzać Polskę dla wszystkich, ale nie. To lud się w*** i powiedział: zdradziliście, oddawać. A teraz proponujesz to samo w drugą stronę i powrót do tego, co było?

– Bez przejęcia inicjatywy zachwycona sobą Polska wypieprzy się z Unii Europejskiej, a władza i Kościół będą cały czas mówić, że jesteśmy najlepsi i wszystko jest dobrze. Bo muszą, bo inaczej suweren ujawni swoją nienawiść do nich.

Nienawiść?

No pewnie. Zobacz co się dzieje z księżmi, którzy próbują działać na suwerena wychowawczo. Od razu stają się znienawidzoną elitą.

A wykształciuch tymczasem…

– Będzie się przyglądać, bo przecież byliśmy głupi, ślepi i głusi, w związku z czym teraz nie mamy prawa nawet przypominać, że halo, zapierdalamy w stronę przepaści.

Przecież to jest przepis na ciągłą wojnę domową. Nie mamy już żadnych wspólnych wartości?

– My mówimy, że wspólne wartości to demokracja liberalna i Europa. A oni, że Bóg, honor, ojczyzna. My się bijemy w piersi. Oni mówią: bijcie się dalej. Tylko PiS przychodzi i proponuje targ: dajcie nam rządzić, a my nie będziemy wam przeszkadzać w waszym moralnym upadku: w kwitnącym rasizmie, homofobii, antysemityzmie, islamofobii. A suweren zmęczony setkami lat pogardy się na to zgadza.

Ludzie prawdopodobnie dobrze wiedzą co Kościół ma na sumieniu, a chrzczą dzieci i bronią kościelnych interesów. Wiedzą, że politycy kłamią, a na nich głosują. Dlaczego?

– Bo tak im wygodnie. Bo ani ksiądz hipokryta, ani polityk kłamca nie będą mieli moralnego prawa ich pouczać. W tym upadłym moralnie świecie ludzie mówią: róbcie sobie co chcecie. Tylko nie przerywajcie nam naszych bachanaliów, bo sobie przypomnimy o wszystkich waszych grzechach. I wtedy pożałujecie.

crowdmedia.pl

Szefowa portalu Koduj24.pl rozmawia z Michałem Boni.

Potrzebny jest nowy 1989 rok – trzeba Polskę odzyskać i budować V Rzeczpospolitą – mówi Michał Boni w rozmowie z Magdą Jethon

 Magda Jethon: – Czy jest coś, co się Panu w Jarosławie Kaczyńskim podoba?

Michał Boni: – Nie, nic mi się nie podoba. Ale cenię jego inteligencję, umiejętność przewidywania różnych procesów społecznych, determinację w budowaniu polityki, która w jego mniemaniu opiera się nie tylko na konkretnych działaniach i zadaniach, ale ma też budować wspólnotę ludzi. Partia PiS dla swoich członków jest jak zakon, a dla szerszej klienteli PiS to wspólnota quasi religijna, która została zbudowana dzięki mitowi smoleńskiemu. Kaczyński umiejętnie wykorzystuje różne doświadczenia. Nikt nie mógł przewidzieć, że parę tygodni po katastrofie smoleńskiej stanie się ona instrumentem w budowaniu nowej siły politycznej.

Z Jarosławem zna się Pan dobrze. Na początku lat 90 proponował Panu wspólne budowanie PC, ale Pan odmówił. Nie lubiliście się już wtedy?

Ja się bardzo lubiłem z Lechem Kaczyńskim, do samego końca. Z Jarkiem mieliśmy spięcie w 89 r., kiedy on wszedł do „Tygodnika Solidarność”. Wałęsa chciał, żeby tygodnik był trochę anty-Mazowiecki, a my: Janek Dworak, Ludka Wujec i ja byliśmy jego współszefami i tak, jak większość zespołu, odmówiliśmy współpracy z Jarkiem Kaczyńskim. Wtedy otrzymałem od niego, jedno jedyne w swoim życiu, wypowiedzenie z pracy, z datą 30 września 1989 r.

Czyli wyrzucił Pana z pracy?

Tak, on mnie wyrzucił z pracy, po tym jak ja powiedziałem, że nie chcę z nim pracować. W świetle ówczesnych przepisów prawa pracy miał prawo to zrobić.

Wielu ludzi zastanawia się, dokąd zmierzamyMyśli Pan, że Kaczyński zna odpowiedź na to pytanie?

Polska pod rządami PiS zmierza donikąd. Ale z perspektywy Jarosława Kaczyńskiego Polska ma być silnym państwem (z przewagą państwa nad obywatelami, opieki nad zaradnością ludzi, z wielką rolą służb państwowych, a nie jakiegoś demokratycznego współrządzenia), zakorzenionym w tradycji, zamkniętym na nowinki cywilizacyjne (choć wprost nikt tego nie powie), bo one mogłyby podważać w mniemaniu Kaczyńskiego spójność tożsamości Polaków. Taka silna, zamknięta na świat i innych Polska ma przetrwać burze globalizacji, technologicznej rewolucji, wybuchu wolnościowych potrzeb obywatelskich. Mesjanistyczne ocalenie Polski – to jest ta ukryta siła myślenia Kaczyńskiego. To oczywiście prowadzi do zacofania i wycofania, ale zarazem do autorytarnego modelu państwa, choć opartego na posłuszeństwie ludzi z wdzięczności, że zostali dostrzeżeni i są szanowani (nie wszyscy – ci, którzy trzeba). I że daje im się – bezpieczeństwo i spokój. Nikt nie chce ciągłej transformacji, reform, modernizacji – ludzie się boją takich zmian. Kaczyński im oferuje stan bezpiecznego spokoju, jeżeli będą wierzyć mu, ufać i zachowywać się posłusznie.

Kierunek Budapeszt? Czy Kaczyński jest podobny do Orbana?

Są różni, chociaż Orban jest również autokratą, ale rozumie elementy gry z Unią Europejską, choćby dlatego, że będąc premierem jeździ, targuje się, wchodzi w konflikty, niekiedy stara się je rozwiązać, jak choćby ten dotyczący przyjmowania uchodźców. Najpierw mówił nie, żadnego uchodźcy, a potem okazało się, że około tysiąca osób przyjął. W ten sposób wytrąca argumenty KE i innym instytucjom europejskim. Orban jest bardziej cwany w rozgrywkach różnego rodzaju. Choć ostatnio wprowadza prawo karania ludzi i organizacji społecznych, które chcą pomagać uchodźcom.

Według Balinta Magyera, węgierskiego polityka, Orban jest cyniczny, a Kaczyński ideowy. W Polsce jest normalna patologia, a na Węgrzech patologiczna normalność.

Orban jest przede wszystkim graczem, który gra o siebie, ale też wie, że reguły gry wymagają niekiedy kompromisów. Natomiast Kaczyński, jeśli nazwać ideowością fakt, że nigdy nie zmienia zdania, nawet pod wpływem argumentów, które płyną z całego świata, to w tym sensie trzyma się swojej idei. W jego mniemaniu Polska powinna być suwerenna i samodzielna w swojej duchowości oraz w swoich działaniach. Kaczyński traktuje państwo jako instrument, który pozwala na to, żeby mieć pełnię władzy, która, w jego mniemaniu, ma służyć temu, żeby Polska była silna i lepsza. Kiedy się jednak zderzy to jego wyobrażenie Polski silnej i lepszej z tym, jak to wygląda na świecie, to się okazuje, że Polska ani nie jest nastawiona na przyszłość, ani nie podejmuje wyzwań światowych, które nadchodzą. Myślę tu o świecie wielkiej rewolucji technologicznej oraz obywatelskiej – jak już powiedziałem, czyli świecie post-populistycznym. Bo populizm nie będzie wiecznie żywy, on minie. Kaczyński jest dobry w budowaniu populistycznego wzorca sprawowania władzy, w którym używa elementów dystrybucji strachu i dystrybucji godności. To on w Sejmie dwa czy trzy tygodnie przed wyborami straszył, że przyjdą uchodźcy i rozniosą choroby. Równocześnie przyznał, że był motorem przyznania 500 plus, co spowodowało, że ludzie uznali, że nareszcie zostali zauważeni i to na dodatek w sensie materialnym. Platforma przez ileś lat budowała różne narzędzia polityki rodzinnej, co kosztowało mniej więcej 28 mld złotych, a 500 plus kosztuje ok. 24 mld złotych rocznie, jednak marketingowo 500 plus zdobyło ludzi jednym wielkim ruchem. Nasze różne ważne działania były rozłożone w czasie i nie przebiły się do trwałej świadomości ludzi.

Czyli mieliście słaby PR…

To nie jest tylko kwestia PR. Nie znoszę, jak mówimy, że polityka musi mieć PR, bo polityka musi mieć rozwiązania. Również powinna mieć dobrą komunikację. Jak słyszę PR, to mam na myśli, że coś się podbarwia. A to nie o to chodzi. Moim zdaniem, my nie mieliśmy jasnego przekazu korzyści, jakie ludzie mają z różnych działań, które były podejmowane. I to był błąd. 

Nieważne, jak to nazwiemy, ważny jest efekt. PiS wymyślił działania „plus”: 500 plus, mieszkania plus itd. Już samo słowo plus brzmi zachęcająco… Czy też słynna „dobra zmiana”…

To prawda, marketingowo PiS był świetnie przygotowany do wyborów w 2015 r. Kaczyński był zdeterminowany, a jego inteligencja pozwoliła na to, że posłuchał ludzi, którzy mu powiedzieli, że trzeba użyć wszystkich narzędzi populistycznych oraz internetu. Kaczyński zgodził się na to, żeby nie być na pierwszej linii. To jest ta inteligencja wodza, który strategicznie mówi: ja idę na dalszy plan, rozwijamy kampanię w sieci, to pozwoli nam zdobyć młodych, budujemy patriotyzm, religijny stosunek do mitu smoleńskiego i wspólnotę religijną, ale dajemy ludziom także przekonanie, że ich godność opiera się na pieniądzach i na tym, że się ich dostrzega. I on to wszystko umiał zrobić. Orban również tego typu rzeczy robi, ale inaczej. Tu bym się zgodził, że Orban jest cyniczny, natomiast Kaczyński ma wyobrażenie, że jego wizja świata i państwa jest jedyną, najlepszą dla Polski.

Adam Michnik opowiadał, że na spotkaniu ze studentami węgierskimi pytano go, kto jest gorszy Orban czy Kaczyński? Michnik odpowiadał: „Nie wiem, kto jest gorszy, wiem, kto jest głupszy i nie jest to Orban”. Orban jednak nie wycofał wielu reform ekonomicznych swoich poprzedników, nie obniżył wieku emerytalnego, nie przywrócił 13 emerytury itd…

Orban nie musiał dotykać tych wątków, bo społeczeństwo węgierskie jest inne, chyba jest w nim o wiele mniej lęków. Kaczyński, chcąc budować silny obóz wsparcia, musiał się oprzeć na tych, którzy mieli poczucie lęku czy różnego rodzaju obawy. Ten psycho-socjalny wątek ma w Polsce bardzo duże znaczenie. Dając coś tym, którzy mieli poczucie nierówności, uczynił siebie mężem opatrznościowym. A bycie mężem opatrznościowym w tej maszynerii populistycznej jest jedną z kluczowych rzeczy. Wprawdzie wywołuje lęki, ale równocześnie mówi ludziom – ja wam pomogę, ja biorę pełną odpowiedzialność. I w tym sensie rozegrał to świetnie. W takim rozdaniu – fakty i realia (że np. nierówności się zmniejszyły w ciągu ostatnich 15 lat) się nie liczą – tylko subiektywne poczucie i wmówienie, że „Polska jest w ruinie”.

Wracając do opinii Adama Michnika, jednak wycofanie się z wielu ekonomicznych decyzji poprzedników może się okazać, w dłuższej perspektywie, niezbyt rozsądne?

Kaczyński zrobił to nie dlatego, że był głupi, bo jego guzik obchodzi, jak demograficznie Polska będzie wyglądała za 20 lat. Jemu nie chodzi o świat realny, jemu chodzi o świat emocji i subiektywizmu. On na końcu swoich przekonań ma wyobrażenie, że jak ludzie będą się czuli bezpieczniej, będą mieli swojego wodza, to będą elementem układanki, cząsteczką wielkiej maszynerii państwa. Moim zdaniem, Kaczyński nie lubi społeczeństwa, on lubi państwo. I nawet te wszelkie ruchy wobec społeczeństwa, jak 500 plus, nie dzieją się z troski, że tym biednym ludziom trzeba pomóc, tylko z potrzeby, żeby ci biedni ludzie, którym się pomaga, stali się trybikiem w państwie, które weźmie za nich odpowiedzialność. To państwo bierze odpowiedzialność za człowieka, a nie człowiek sam za siebie.

Czyli jak w PRL-u.

Tak, jak w PRL, to jest taki socjalizm połączony z nacjonalizmem i to z punktu widzenia przyszłości jest bardzo niebezpieczne, ale z punktu jego wyobrażenia, że ludzie będą posłuszni, sprawdza się.

A do czego potrzebni mu są posłuszni ludzie?

Żeby państwo było silniejsze, w jego mniemaniu; żeby bez krytycznego podejścia akceptowali to, co PiS i on proponują. To nie jest koncepcja dialogu, tylko stanowienia. Ja – stanowię świat. Jakiś mesjanizm…

Czy silną Polskę można budować z nieszczęśliwym, zniewolonym społeczeństwem?

Mówimy o wyobrażeniach, a dla mnie silna Polska to taka, która kreuje warunki dla talentów i dla kreatywności. A dla Kaczyńskiego silna Polska to jest taka, w której, trochę jak w tak zwanym małym realizmie, w latach 60., za czasów Gomułki, ludzie są względnie zadowoleni, nie protestują, a kraj się i tak jakoś rozwija. Ostatnie badania wykazały, że 56 proc. obywateli w Polsce uważa, że demokracja ma się dobrze. Ich poczucie bezpieczeństwa, to, że mają silnego wodza i że wiedzą, że Polska jest ważna i że trzeba ją kochać, jest wystarczające.

Ostatnio wiele się mówi, że w PiS trwa walka o schedę po Kaczyńskim. Jeśli Kaczyński odejdzie z polityki, to kto może zająć jego miejsce?

Chociaż nie lubię jego wizji państwa, nie przepadam też za nim, to jednak muszę powiedzieć, że Jarosław Kaczyński jest poza konkurencją. Jego otoczenie nie ma ani siły determinacji, ani siły oddziaływania, ani umiejętności manipulacyjnych. Świat po Kaczyńskim będzie już światem normalnej gry politycznej. PiS straci ten element mesjanistyczny. Kiedy PiS powstawało na przełomie dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku, to wszystko było jeszcze w ramach normalnego procesu politycznego. Po Smoleńsku budowanie jedności zaczęło mieć zupełnie inny charakter, powiedziałbym quasi religijny i w tym sensie Kaczyński wszedł w ton mesjanistyczny. Taką koncepcję w historii wyrażają jednostki. Moim zdaniem, kiedy w PiS okaże się, że rządzić ma ktoś inny, to zacznie się jatka, bo żaden z nich nie ma takiego formatu, żeby z ludźmi robić to, co Kaczyński potrafi. Krąży wiele anegdot o bardzo inteligentnych ludziach, z wysoką samodzielnością intelektualną, którzy są „nieodporni” na Kaczyńskiego, których on oczarowywał. Donald Tusk również umiał czarować ludzi, nie czarować w sensie bajerować, tylko zaczarowywać, miał siłę oddziaływania. Kaczyński też ma taką siłę. Świat po nim będzie zupełnie inny. Wtedy się okaże, czy wygeneruje się ktoś nowy, kto będzie silniejszy i kto będzie umiał powiedzieć ludziom coś tak ważnego, że pójdą za nim.

Czy nie jest dla Pana zaskakujące, że w tym niepokornym narodzie powstała partia składająca się wyłącznie z posłusznych żołnierzy. Zgoda na cięcie swoich pieniędzy zaskoczyła chyba wszystkich. Czy w takich szeregach może znaleźć się przywódca?

To prawda. W tej chwili nie widzę nikogo takiego w obozie PiS, oczywiście niektórzy mają ambicje. Ziobro ma wysoką inteligencję i sprawność działania, chociaż uważany jest za anioła zła. Brudziński jest niesłychanie sprawny i głównie to publicznie pokazuje. Morawiecki – wydawało się, że kiedy zostanie premierem, wejdzie w to miejsce jak w masło, okazało się, że jednak nie, nie zdobywa szczególnej sympatii, nie lubią go nawet w jego własnej partii, czy w jego własnym rządzie. Świat, który wykreował Kaczyński w sensie polityki mesjanistycznej, autorytarnej, opartej o quasi religijność, nie jest światem do powtórki.

A Macierewicz?

Nie, już nie. Gdyby przyszedł z oddali, z pokoju, w którym czekał, to być może. Natomiast on przez dwa lata będąc ministrem obrony zrobił sobie wielu wrogów, również w swoim własnym ugrupowaniu.

Czy jest ktoś w PiS, z kim udaje się Panu spokojnie porozmawiać? Był pan szkolnym kolegą Piotra Glińskiego, może z nim?

To jest bolesne dla mnie, bo Piotrek był w liceum moim najlepszym przyjacielem. Wspólnie robiliśmy teatr, chodziliśmy na spotkania teatralne, Konkursy Chopinowskie i wyjeżdżaliśmy na obozy wędrowne. Mieliśmy też więź emocjonalną i ta więź trwała przez lata, w stanie wojennym i później w latach 90., przy budowaniu społeczeństwa obywatelskiego. A potem nagle coś się stało. Spotkaliśmy się kiedyś w stacji telewizyjnej, najpierw rozmawialiśmy miło i ciepło o naszej klasie, a później on tak spojrzał na mnie i nagle zadał mi pytanie, dlaczego ja donoszę na Polskę i zdradzam Polskę. Ja się tylko uśmiechnąłem, no i skończyła się rozmowa. Coś się w jego umyśle stało, to nie jest ten Piotrek, którego znałem i to nie tylko w okresie chłopięctwa, ale przez całe długie lata.

Wina Kaczyńskiego…

Nie wiem, nie znam przyczyny. Natomiast mam wielu kolegów także z okresu stanu wojennego, z którymi się spotykamy i staramy się oddzielić ten świat naszego doświadczenia lat 80., od dzisiejszego. To się udaje. Zresztą latam często do Brukseli, bo jestem w Parlamencie i spotykam w samolocie delegację rządową, niektórych ministrów, których znam z lat 80., witamy się, uśmiechamy do siebie, nie ma problemu.

Ale w telewizji się atakujecie…

To są w jakimś sensie „zmasowane ataki”. Pamiętam, jeszcze przed wyborami, chodziłem do różnych programów, gdzie atakowali mnie kandydaci PiS-owscy. Dziwiło mnie, że wszyscy mówili tym samym językiem. Dziś się to nazywa przekazem dnia. Trzeba do siły Kaczyńskiego  dodać tu całą maszynerię nowoczesnego zarządzania partią i ludźmi, czyli żołnierzami partii. Otóż prawie zawsze mówili tymi samymi frazami. To nie oni je wymyślali, oni tylko dostawali instrukcję, co mają mówić, w myśl zasady: jak naszych dwudziestu ludzi powtórzy dzisiaj, każdy ze trzy razy, tę myśl, to w sumie będzie powiedziana 60 razy i na pewno zostanie w pamięci ludzi.

W takim razie, dlaczego Platforma nie ma przekazu dnia? Uważa, że każdy jest na tyle mądry, że może mówić to, co myśli?

Była taka sytuacja w rządzie Tuska, w drugim czy trzecim roku rządzenia, kiedy wyszedł taki przekaz rozsyłany drogą elektroniczną. To się upubliczniło, dziennikarze zrobili z tego wielką aferę, więc staliśmy się ostrożniejsi.

Tak się przejęliście? Parę dni temu wyciekł PiS-owski przekaz dnia, wszyscy się z niego śmiali. I nic się nie stało. PiS rządzi.

No tak. Platforma ma swoje słabości komunikacyjne, to niewątpliwie. Ale muszę przyznać, że Platforma po przegranej 2015 r. a dzisiaj, to jest inna partia. Możemy się zmagać z problemem przywództwa, czy Schetyna jest taki, czy inny, ale ktoś tę wielką pracę zainicjował i trzyma. I mówię to zupełnie obiektywnie. Politycy Platformy od ponad dwóch lat cały czas jeżdżą na spotkania z ludźmi. Na początku było 20 osób chętnych, dzisiaj robią to wszyscy. O wiele lepiej jest też przygotowany przekaz do ludzi w różnych dziedzinach. Również widoczny jest kierunek w stronę koalicji obywatelskiej. Wielka akcja Krzysztofa Brejzy, człowieka z determinacją, który umiał wykorzystać nie jakieś podsłuchy czy  wyobrażenia,  tylko dostępne mechanizmy. Najpierw interpelacje, a jak to przestało działać, to dostęp do informacji publicznej. Wykonał wielką pracę, upublicznił ileś zdarzeń, PiS się bronił, ale nikt z PiS nie powiedział, że to jest nieprawda, czyli wszystko było rzetelne i wiarygodne.

Mówi Pan, że „polski rząd stał się „dziwolągiem” na arenie europejskiej” albo, że „zachowuje się w niektórych sprawach jak dzieci w piaskownicy”. Czy politycy unijni też tak myślą?

Olbrzymia większość polityków unijnych tak niestety myśli. Koledzy z krajów naszego regionu, ci, którzy weszli w 2004 i później do UE mówią tak: „Co się z wami stało, jesteście największym krajem naszego regionu, załatwialiście swoje interesy, w pozytywnym tego słowa sensie, bo byliście wiarygodni, ale przy okazji załatwialiście nasze interesy, bo w różnych sprawach udawało się coś wspólnie uzgodnić. Teraz jesteście niewiarygodni, nikt was nie słucha, a przy okazji my tracimy”. Świat polityki europejskiej myśli, że to jest dziecinada, ale myśli z troską, bo widzi zagrożenia dla demokracji, dla poszanowania państwa prawa, a zagrożenie jest olbrzymie. Polska zachowuje się, jak dziecko w piaskownicy, bo mówi, że nasza duma jest ważniejsza od współpracy. Kiedyś byliśmy przy stole decyzyjnym, ale nagle wstaliśmy od niego, kopnęliśmy to krzesło i uznaliśmy, że siądziemy dwadzieścia metrów od niego i powiemy, że tu się czujemy godniej, tu siedzimy wyprostowani. Tylko niestety, ci, którzy decydują zostali tam, przy stole. To jest dosyć śmieszne, bo jak się popatrzy na inne państwa to one zabiegają, żeby być przy tym stole, przy którym się decyduje. Jedne państwa robią to lepiej, inne słabiej, Polska przez te wszystkie lata po 2004 bardzo dobrze umiała to robić.

PiS twierdzi, że za rządów Morawieckiego doszło do ocieplenia stosunków z UE…

Przez pierwsze tygodnie było takie przekonanie, że Morawiecki nie będzie ideologicznym szefem rządu. Uważano, że jako bankowiec jest technokratą, że można też będzie się z nim  bezpośrednio porozumieć, bo po prostu zna obce języki. Była więc nadzieja na ułożenie się. Szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker cały czas uważał i uważa, że trzeba próbować. Ale już pierwszy miesiąc rozwiał wiele nadziei, pojawiły się wątpliwości, bo kilka razy premier Morawiecki obiecywał, że w sprawach związanych z zasadą praworządności w Polsce zostaną wprowadzone zmiany i za każdym razem na posiedzeniu ministrów spraw zagranicznych, gdzie prezydencja bułgarska wnosiła sprawę Polski z art. 7, pojawiały się głosy ze strony większości krajów, że Polska nic nie zrobiła. I efekt jest taki, że przesuwane są kolejne terminy, a nadzieja maleje.

Unia nie da się nabrać na te zmiany, które PiS nazywa kompromisem?

Jak do tej pory nie dała się nabrać, bo gdyby chciała zawrzeć taki zgniły kompromis, to miesiąc temu czy półtora, a na pewno już w połowie maja przyjęłaby propozycje PiS za dobrą monetę. Nie przyjęła. Kolejna tura 24 – 26 czerwca i wtedy zobaczymy. Ale trzeba też przyznać, że brakuje Komisji Europejskiej trochę determinacji, żeby zawalczyć o dopięcie spraw do końca, np.wystąpić z wnioskiem do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości o wstrzymanie wejścia w życie ustawy o Sądzie Najwyższym i przenieść spór z obszaru politycznego (rząd – Komisja) na czysto prawny.

19 kwietnia PE przyjął rezolucję popierającą powstanie nowego instrumentu finansowego dla NGO. Pan był głównym sprawozdawcą tej rezolucji. Co się dalej z tym dzieje?

Chodzi o to, żeby stworzyć sposób na wzmacnianie lokalnych organizacji obywatelskich, budujących demokrację, dbających o praworządność, ale też budujących coś, co jest podstawą demokracji, czyli dialog, także między tymi, którzy mogą mieć różne poglądy. I ponieważ różne raporty pokazują, że ta przestrzeń dla organizacji obywatelskich się kurczy w UE, politycy w różnych krajach są nastawieni nie zawsze dobrze, uznaliśmy, że skoro UE ma powołany w 2011 r. fundusz w wysokości 1,4 mld euro na rzecz budowy demokracji w krajach poza Unią, to dlaczego, kiedy widzimy zagrożenia dla demokracji w UE, bezpośrednio nie wspomagamy z pieniędzy budżetu unijnego organizacji obywatelskich w tych krajach. To zostało na razie wymienione w dokumentach przedstawionych przez Komisję 2 maja, a za chwilę będzie projekt rozporządzenia w sprawie sprawiedliwości i wartości, czyli nowego mechanizmu finansowania organizacji społeczeństwa obywatelskiego, właśnie Europejskiego Instrumentu Wartości (choć nazwy mogą być inne). Mamy najbliższe pół roku na to, żeby przygotować się instytucjonalnie do tego i walczyć o skalę pieniędzy, które na to będą, bo już jakieś są, nie chcę mówić jakie, ale zależy nam na tym, aby ta skala była dużo większa. Pomysł jest, walka o realizację trwa!

Ale wszystkie granty unijne dla organizacji pozarządowych przechodzą przez rząd. Trafiają więc najczęściej do pupili PiS-u. I tak np. kiedy pojawiły się unijne środki na ochronę środowiska, redaktor naczelny „Gazety Polskiej” Tomasz Sakiewicz dopisał do statutu swojej fundacji zajmującej się mediami działalność ekologiczną, „wygrał konkurs” i niewiele brakowało, a dostałby 800 tys. zł na swoją działalność. Szczęśliwie Unia to zablokowała.

Te pieniądze przeznaczone na różne zadania dla krajów, i dzielone w tych krajach, dalej będą płynęły. Trzeba bardzo pilnować, żeby były przejrzyście i uczciwie rozdysponowane. Ale ponieważ bywają różne sytuacje w różnych krajach, Unia powinna zapewnić, choćby dla swojego przetrwania, dodatkowo bezpośrednie wsparcie, nie poprzez rządy, dla organizacji obywatelskich działających lokalnie.

Trzeba tu przypomnieć, swego rodzaju przyzwoitość, choć niektórzy twierdzą, że naiwność koalicji PO – PSL, która takimi środkami, poprzez Ministerstwo Środowiska hojnie wsparła swego czasu radio Wnet Skowrońskiego. Czy wyobraża Pan sobie, że portal koduj24.pl dostaje od PiS grant unijny?

Nie, dzisiaj sobie tego nie wyobrażam, bo wszystko zostało zideologizowane i upartyjnione, dostaje ten, kto jest blisko partii. To samo jest z telewizją publiczną. Możemy narzekać na telewizję publiczną za czasów Platformy, ale to nie była tuba propagandowa rządu. Pamiętam, jak się dostawało rządowi od dziennikarzy w różnych programach, które były otwarte na wszystkie opcje. Teraz nie ma otwarcia, bo nawet, jeśli zapraszają kogoś, to ta prawie goebbelsowska propaganda, którą uprawiają, jest trudna do zniesienia. Mamy wiele przykładów naruszenia dobrych reguł demokratycznych. Władza uważa, że skoro wygrała wybory to może wszystko. Tymczasem istota demokracji, w państwach demokratycznych, polega na tym, że ci, którzy wygrywają są zobowiązani do troszczenia się o mniejszości różnego rodzaju, o ludzi, którzy myślą inaczej, czyli o budowanie dialogu.

Jeżeli Europejski Instrument Wartości zostanie przyjęty, to  powstanie źródło finansowania organizacji obywatelskich niezależne od łaski aktualnie rządzących?

Tak. To oczywiście nie wyklucza dofinansowania takich ludzi jak Sakiewicz. Jeśli będzie miał dobry, niezideologizowany program, to powinien dostawać te pieniądze, ale musi startować w normalnej konkurencji. Nie chodzi o to, żeby wsparcie dostawali tylko ci nielubiani przez obecną władzę, chodzi o to, żeby społeczeństwo budowało niezależność, która zawsze jest ważna dla naszego poczucia obywatelstwa.

Unia w ostatnich latach się zmieniła. To już nie tylko wspólny rynek, ekonomia, ale też wartości…

Unia od samego początku była kształtowana w oparciu o dwa filary: wartości i konkretu ekonomicznego. Obie te rzeczy razem dają nam wymierne korzyści. Unia przez lata nie skupiała swojej uwagi na tym filarze wartości, bo to się wydawało oczywiste. Ostatnie lata, fala populizmu pokazała, jak to jest ważne. To są nowe doświadczenia, z którymi Unia mierzy się, wbrew tym, którzy mówią, że Unia nic nie robi. To nieprawda. W Polsce bardzo wiele osób kompletnie nie wie, co dla nich robi Unia, np. co robi dla naszego bezpieczeństwa. Można by wymienić wiele rozwiązań, które w ostatnich trzech, czterech latach przyjęła. Kiedy mówiłem o dyrektywie antyterrorystycznej, to w sieci różne trolle śmiały się, że dyrektywą chcę walczyć z terroryzmem. Jak ktoś chce walczyć z terroryzmem tylko strzelając do terrorystów, to proszę bardzo, ale trzeba również umieć ich aresztować, a jak się chce ich aresztować, to trzeba umieć gromadzić dowody, to trzeba umieć wejść do sieci i mieć prawną zgodę na inwigilację i to wszystko jest w tej dyrektywie. To samo z przekrętami finansowymi. Unia robi bardzo dużo konkretnych rzeczy, tylko być może znowu jest kłopot z przebiciem się do opinii publicznej. Ale też rzadko, jako posłowie jesteśmy pytani o to, co się w Unii dzieje, bo jak przyjeżdżam do Polski, to prawie wyłącznie pytają mnie o …

O Kaczyńskiego?

Tak.

No to długo porządzi Kaczyński?

Nie wiem, bo walka z tą wielką maszynerią państwowo-religijną, z tym mesjanizmem nowej wersji – jest trudna. Bo walczący muszą wyjść poza własne nawyki rozumienia świata i stanąć do konkurencji w zupełnie innej dyscyplinie – walce na emocje mobilizujące masowo ludzi. Ale nie chciałbym, żeby rządził długo, bo straty dla Polski będą trudniej odwracalne i naprawialne. Więc trzeba wygrać wybory – i celem jest jedno: odsunąć ich od władzy. Reszta jest na póżniej. Potrzebny jest nowy 1989 rok – trzeba Polskę odzyskać i budować V Rzeczpospolitą.

Waldemar Mystkowski pisze o sondażach.

Wyniki sondaży są kaprysem wyborców, acz mają swoje tendencje. Wyborca, wstając z łóżka lewą nogą, daje następnie upust złym emocjom. Wyborca jednak może mieć łóżko tak usytuowane, iż zawsze skazuje się na wstanie lewą nogą. Czy zamiana stronami spania w łóżku z żoną (wyborcę przypadkowo podciągam pod miano mężczyzny) spowoduje, że będzie wstawał z lepszym humorem?

Czy – udając się tropem tej alegorii – Jarosław Kaczyński wstawał zawsze lewą nogą i naraził na szwank kolano? A przecież wiemy, że śpi sam, więc można podejrzewać, że łóżko (nie czytać, że Polska) ma źle usytuowane, albo stoi koło ściany, albo prezes ma nawyki, które doprowadzają do katastrofy. Metodologia sondowania nastrojów ma też niejaki wpływ, ale nie bądźmy zbyt szczegółowi.

Chcę zwrócić uwagę na ostatnie sondaże, a których jeden jest rewolucyjny, a drugi i trzeci wskazuje tendencje, które mogą być nie do zatrzymania. Rewolucyjność badania humorów wyborców IBRiS dla „Rzeczpospolitej” to zadanie pytania: kto byłby najlepszym następcą Kaczyńskiego na stołku prezesa. Rewolucyjność polega na tym, że pytanie czyni rewolucję w umysłach respondentów.

Jak to prezesa będą wymieniać? Przecież on jest nieśmiertelny. A jednak nieśmiertelników wymieniają, bo o to pytają. Wyborcy – bez kwalifikacji sympatii partyjnej – stawiają na Mateusza Morawieckiego (14 proc.), tuż za nim postrzegają Joachima Brudzińskiego i Beatę Szydło (po 9 proc.) Niewielka sympatią cieszy się Andrzej Duda i Zbigniew Ziobro – po 5 proc.

A jak sukcesja wygląda wśród wyborców PiS? Liderem jest Morawiecki – 23 proc., za nim samotna Beata Szydło – 16 proc., Duda dostał 9 proc., zaś zarządzający PiS w imieniu hospitalizowanego prezesa Brudziński – tylko 8 proc. Gwoli pełnego obrazu, w pierwszym sondażu niezdecydowanych – „trudno powiedzieć” – było aż 43 proc., a w drugim – 22 proc.

Co z tej rewolucyjności wynika? A to, że cesarze i imperatorzy odchodzą, a następcy będą rwali połeć sukna dla siebie tak długo, aż rozerwą. Wszelkie dyktatorskie podmioty upadają wraz z dyktatorami. I zdaje się taki los czeka PiS, gdy Kaczyńskiemu odmówią posłuszeństwa nie tylko kolano, ale i inne części ciała.

W innym sondażu zapytano kapryśnych wyborców, czy chcą zmian w rządzie PiS. Badanie IBRiS dla „Rz” przeprowadzono tuż przed zawieszeniem protestu niepełnosprawnych w Sejmie, więc pośrednio też można czytać w nim nastroje wokół tej kwestii. Aż 68 proc. badanych chce zmian w rządzie PiS, a to znaczy, że ministrowie są postrzegani jako niekompetentni w załatwianiu trudnych spraw.

Bicz gniewu vox populi spada na wicepremier ds. społecznych Beatę Szydło, która przez 40 dni protestu ani razu nie zjawiła się w Sejmie, za to spływała z flisakami Dunajcem i bodaj na jego przełomie załamała się wiara w rząd Morawieckiego.

Z sondażu poparcia dla partii – IBRiS dla Onetu – wynika trwała już tendencja, iż wyborcy dokonują przewartościowania w swoich sympatiach partyjnych. PiS – i jego przybudówki – mogą liczyć na wsparcie – 33,3 proc., zaś Platforma Obywatelska 27,6 proc., do tej wielkości trzeba dodać wynik Nowoczesnej (4,1 proc.), zatem koalicja opozycji ma w sumie 31,7 proc. Wysoko klasyfikuje się SLD z bardzo wartościowym rezultatem – 9,9 proc. Raczej należy wątpić, aby Włodzimierz Czarzasty chciał robić deal z PiS. PSL wyceniono na 5,3 proc., a Kukiza – 5,2 proc.

PiS zatem spływa regularnym nurtem i raczej Wisły nie zawrócą żadnym populistycznym patykiem. Należy się spodziewać, iż zastosowanie będzie miało słynne zdanie Winstona Churchilla: „To jeszcze nie koniec, to nawet nie początek końca, ale to koniec początku”.

Innej perspektywy zaczyna nabierać protest niepełnosprawnych w Sejmie. „Wygrany” bój z rodzicami i ich dziećmi to Waterloo władzy i PiS. Sondaże zaczynają zaglądać w przerażone oczy akolitów Kaczyńskiego.

No i Boże Ciało… Zaorane.

Post Navigation