Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “miesięcznica smoleńska”

Potop PiSiecki też przeżyjemy

Obraz Polski początku II dekady maja 2019 roku to (być może jeszcze nie dla każdego) odbicie klęski normalności i zaprzeczenia wszystkiemu, co dla innych normalne. To kraj, w którym o losach 38 milionów obywateli decyduje niezwykle wąska grupka ludzi, na której czele stoi fanatyczny i irracjonalny przywódca partii, spełniającej według mnie rolę złośliwego nowotworu na (i tak już od lat) chorym organizmie państwa polskiego. Tego, którego (choć pewnie jeszcze nie dosłownie) może wkrótce zabraknąć „na mapie państw” mających na cokolwiek wpływ w Europie i szerzej, na świecie.

Wspomniana egzekutywa partii PiS i SP rządząca dziś w kraju jest rzeczywiście „fatalną zmianą”, czy jak kto woli „grupą trzymającą władzę”, jakiej w Polsce nie było chyba od zarania jej dziejów! Nie uważam tego stwierdzenia za przesadę, bo nawet jeśli zdarzyła się kiedyś ekipa gorsza od obecnej, to w innych warunkach geopolitycznych i raczej nie składająca się z rdzennych Polaków, którym na sercu powinno leżeć głównie dobro ich ojczyzny, a z obcokrajowców (królowie elekcyjni po śmierci ostatniego z Jagiellonów), bądź najeźdźców. Tym razem RP niszczona jest przez własnych obywateli, którym przez pomyłkę chyba naród powierzył władzę. Ci zaś kierują się tylko własnymi i partyjnymi interesami, stojącymi w jawnej sprzeczności z interesami narodowymi Polski.

Już kilkakrotnie nazywałem rzecz tę po imieniu: to zdrada państwa i narodu, bo tym jest działanie na szkodę własnego kraju. Zdradą jest niszczenie, budowanego w ciągu dziesięcioleci z tak dużym wysiłkiem, demokratycznego państwa prawnego głównie poprzez łamanie jego konstytucji i prawa wynikającego z jej zapisów! Zbrodnią jest niszczenie instytucji państwa, stojących na straży porządku i obowiązującego w nim prawa! Zdradą jest doprowadzenie stanu bezpieczeństwa militarnego państwa do poziomu, jaki mamy dzisiaj (powiedzmy ogólnie i wprost; SZ RP zostały rozbrojone i pozbawione najlepszych dowódców w imię zachcianek człowieka bez jakichkolwiek kompetencji i na dodatek, mogącego mieć cały szereg innych przeciwwskazań do pełnienia tak ważnej oraz zaszczytnej funkcji MON). Przestępstwem jest godzenie w interesy gospodarcze państwa (wrogie przejmowanie spółek SP przez politycznych „komisarzy” obozu rządzącego) poprzez doprowadzenie do ubożenia jego budżetu i wzrostu zadłużenia na skalę dotąd niespotykaną! Sabotażem jest również obniżanie pozycji Polski w instytucjach międzynarodowych (UE, NATO, Rada Europy, ONZ, V4, Trójkąt Weimarski), o których członkostwo Polska przez dziesiątki lat zabiegała bez względu na to, kto nią rządził (rzecz jasna po 1989 r.)! Przestępstwem, bo łamaniem konstytucji są też próby (często zresztą udane) niszczenia ludzi myślących inaczej od partii władzy; inteligencji, ze szczególnym uwzględnieniem np. prawników, co jest z punktu widzenia obywatela pozbawieniem go podstawowych praw do obrony przed represyjnym państwem, ale i naukowców, lekarzy, nauczycieli, funkcjonariuszy etc., a także upolitycznienie wszystkiego tego, co winno być apolityczne!

Polska wreszcie ma ogromny problem z elitami, których tak naprawdę nie ma, a jeśli już znajdzie się ktoś mogący być wzorem człowieka i obywatela, z odpowiednimi także kwalifikacjami merytorycznymi, to jest publicznie opluwany i zaszczuwany. Oczywiście nie jest to tylko problem dnia dzisiejszego, bo w najnowszej (po 1989 r.) historii Polski niewielu ludzi zapisało się wielkimi zgłoskami, a ci nieliczni są oczerniani (często nawet po ich śmierci) przez polityczne środowiska „skrajnej prawicy” (cudzysłów stąd, że one prawicę udają), które przypisują sobie przymioty, jakowych nie posiadają: monopol na patriotyzm, katolicyzm, prawość, nieskazitelność, gdy tymczasem wielu członków tych środowisk to osoby „ubabrane po uszy” w świństwa i patologie! Ujawniane zaś coraz częściej, przez niektóre, wolne jeszcze media afery są przykrywane i tuszowane. Osoby je zgłaszające zastrasza się i dezawuuje dla obniżenia wiarygodności. Przykładem mogą być: afera SKOK, afera podkarpacka (według osoby zawiadamiającej służby) z udziałem pierwszych osób w państwie, czy też wreszcie afera „Srebrnej”, do której przyznał się przecież publicznie (bo cała Polska słyszała te nagrania) prezes PiS Jarosław Kaczyński.

Sam prezes, który teraz kluczy i co kuriozalne (w przeciwieństwie do osoby, którą jak wynika z nagrań, przesłuchiwano przez wiele godzin już kilkanaście razy, choć mieszka za granicą) nie został jeszcze ani razu przesłuchany przez prokuraturę, działającą pod politycznym naciskiem Zbigniewa Ziobry, człowieka butnego i mściwego – według mnie gotowego na wszystko. Tym bardziej że zarówno on, jak i Kaczyński nie mają już gdzie się cofnąć, bo stoją „pod przysłowiową ścianą”, za którą już tylko trybunały i sądy!

Biorąc to wszystko pod uwagę, jak również nieustające działania destrukcyjne, według mnie, szkodliwej dla Polski władzy, państwo nasze stanęło właśnie nad krawędzią tego, co nazwać można wieloaspektowym upadkiem – i to z wysoka! Tym, co mnie martwi jest brak adekwatnej reakcji nie tylko ze strony całego środowiska sędziowskiego jak też prokuratorskiego, ale zwłaszcza ze strony partii i większości środowisk politycznych. Według mnie, w ten sposób rodzi się współodpowiedzialność za ewentualną tragedię państwa polskiego. Uważam, że wciąż funkcjonuje coś, co zwiemy tzw. „poprawnością polityczną”! No bo to sędziemu, prokuratorowi, doktorowi, profesorowi „nie wypada rzecież zniżać się” do poziomu języka wroga publicznego. A ja pytam, dlaczego tak jest panie i panowie sędziowie, prokuratorzy, profesorowie, doktorzy, lekarze? Dlaczego? Czyżbyście prywatnie nie używali słów brzydkich, których użycie czasem przynosi ulgę? Nawet jeśli nie (w co nie wierzę, bo znam osoby na bardzo wysokich stanowiskach i z równie wielkim wykształceniem, które to robią nagminnie w sytuacjach prywatnych), to wypadałoby nazwać rzecz po imieniu: bandytę, bandytą; złodzieja, złodziejem etc.!

Kiedy jedna z osób ze środowiska dziennikarskiego przed wykładem Donalda Tuska na UW zabrała głos, mówiąc wprost o pewnych patologiach, to z wielkim zażenowaniem obserwowałem eakcje niektórych siedzących tam polityków i nie tylko. Konsternacja, bo facet powiedział rzecz powszechnie wiadomą: „król jest nagi”! A oni? No cóż, gdyby tylko mogli to ze swojej „naturalnej, wrodzonej skromności i poprawności” zapewne by autorowi wypowiedzi dokopali, bo przecież świat na to patrzył (sic!). I co z tego, że ten zakłamany świat patrzył i słuchał?! Ano to, że później to komentował i z entuzjazmem nawet, bo oto znalazł się pierwszy odważny! Sam prezydent Donald Tusk następnie już w innym miejscu wypowiadał się przychylnie, co ogólnie zostało zaliczone mu na plus i nawet zyskało uznanie w UE, która także jest do pewnego stopnia ograniczona tymi, „nie na czasie” już, zasadami poprawności. Tyle tylko, że tu w Polsce chodziło o coś innego. Słuchacze i adresaci słów dziennikarza od zawsze mieli dobre relacje, co nie zawsze wychodziło Polsce na pożytek, a w przyszłości może być też im przydatne (sic!).

No tak, zatem konkluzja nie może być inna niż taka, że motywacją większości (choć aż korci mnie dodać, że znakomitej większości ludzi) jest ślepy pęd do władzy i pieniędzy! A Polska? No cóż, przeżyła potop szwedzki, to przeżyje i pisiecki…, a potem również jakiś inny, bo jeszcze jest co „doić”, prawda!

Polska ginie, a kto tego nie widzi jest, bądź ślepy, głupi lub niesamowicie wyrachowany! Wierzę jednak w to, że choć nie elitami Polska stoi, to ma jeszcze naród, ma patriotów chcących coś zmienić na lepsze. Być może, że to on stanie na wysokości zadania i robi to, co dawno już temu powinni zrobić ludzie zawodowo zajmujący się polityką. Usunie owo potężne zło, jakim jest dzisiejszy obóz rządzący PiS i SP w nadchodzącej sekwencji wyborczej (dwa razy w tym roku i raz w przyszłym)! Przyszłego prezydenta RP nie tak dawno gościliśmy w Polsce – to Pan Donald Tusk. Teraz zaś czas na wybór porządnych osób, które stworzą Parlament i rząd! Jednak przedtem domagajmy się od kandydatów jednej ważnej rzeczy: rozliczenia tych, którzy zniszczyli Polskę! Bez tego bowiem nowy rząd i Parlament stracą swoją wiarygodność i już zawsze będą podejrzewane o to, że są w coś zamieszane!

Idziemy na wybory: Piękno, młodość i mądrość.

Depresja plemnika

Wyniki trzech dzisiejszych sondaży przynoszą PiS złe wieści. We wszystkich partia rządząca wypada dużo poniżej oczekiwań rządzących. W złe notowania nie wierzy Beata Mazurek, rzeczniczka prasowa Prawa i Sprawiedliwości.

W sondażu przygotowanym przez pracownię Kantar na zlecenie „Faktów” TVN, partia rządząca jest o krok od przegranej. Według sondażu PiS zdobyłby zaledwie 34% głosów poparcia, podczas gdy Koalicja Europejska 33%.

Ostatnie miejsce na podium przypadło Wiośnie, na którą swój głos oddać chce 8% wyborców. Skrajnie prawicowa Konfederacja może liczyć na 6% głosów, a populistyczny ruch Kukiz’15 na 5%.

Jeszcze gorsze wieści dla PiS niesie sondaż Instytutu Badań Spraw Publicznych dla „Newsweeka” i Radia Zet. Koalicja Europejska zdobyła w nim 41,94%, Prawo i Sprawiedliwość zaś 39,04%. Na trzecim miejscu znalazło się ugrupowanie Roberta Biedronia z 9,57%.

Obydwa sondaże…

View original post 788 słów więcej

 

Miesięcznica smoleńska bez echa

Jak to szybko ze łbów wywietrzało.

Wystarczyło, że prezes zachorował.

Brudziński nakazał fałszować statystyki policji

Cezary Tomczyk informuje, jak policja postanowiła ugryźć się w język po publikacji kosztów miesięcznic smoleńskich.

Prokurator stanu wojennego –  Stanisław Piotrowicz – dziś poseł Prawa i Sprawiedliwości, twarz kontrowersyjnej reformy sądownictwa, schował się przed mediami i nie odbiera telefonów. Wszystko dlatego, że wdał się w kompromitujący spór z sąsiadami we wsi, którą zamieszkuje.

Jak informuje „Fakt”, szef parlamentarnej komisji sprawiedliwości nie licząc się ze zdaniem i potrzebami lokalnej społeczności postawił płot na drodze, którą mieszkańcy wsi Odrzykoń położonej w woj. podkarpackim dojeżdżają do swoich posesji.  A jest ich pięć.

Jego przesunięcie podzieliło mieszkańców wsi. Ponoć gmina zamierzała położyć asfalt na drodze, która prowadzi do okolicznych domów. Jej stan prawny od lat nie jest uregulowany, gmina chciała więc przejąć grunt, co zamknęłoby problem, ale do akcji wkroczył Piotrowicz i zablokował te plany stawiając płot na odcinku drogi przebiegającej przez jego działkę.

„Pan Piotrowicz pokazał, że liczy się tylko jego własny interes. Zagrodził swoją działkę razem z kawałkiem drogi. Przejazd miał wcześniej 5,5 metra szerokości, a po ustawieniu siatki, został o 2 metry zwężony” – powiedziała Bożena Kamińska, sąsiadka polityka PiS i dodała, że liczyła na to, iż na drogę zrzucą się po połowie. „A tak wszyscy jeżdżą po mojej posesji” – przyznała.

Zachowanie polityka powoduje same problemy dla sąsiadów. Sąsiadka, po której terenie wszyscy teraz jeżdżą, gdyby oddała 20 arów na drogę, straciłaby dopłaty unijne. Kolejna sąsiadka prowadzi z kolei gospodarstwo agroturystyczne i brak drogi poważnie utrudnia jej pracę. „Poseł nie okazał żadnej solidarności. Liczyliśmy, że będzie bardziej przychylny dla sąsiadów, a tak poróżnił wszystkich” – powiedziała Barbara Blicharczyk.

Końca wojny o drogę w Odrzykoniu nie widać. Są tylko sądowe procesy, które ciągną się latami, m.in. z tego powodu, że lokalni sędziowie wyłączają się z postępowań ze względu na osobę wpływowego polityka PiS. Prawo prawem a racja musi być po stronie pana ministra.

Przypomnijmy: Stanisław Piotrowicz jest posłem od dekady, ale stał się szerzej znany dopiero po wygranych przez PiS wyborach. W PRL był prokuratorem, uhonorowanym przez komunistyczne władze Brązowym Krzyżem Zasługi, bo to „pracownik pilny i zdyscyplinowany, ambitny i wydajny”. W 2005 r. porzucił prokuratorską togę i wybrał karierę polityczną. W 2016 r. w walce PiS o zmiany w sądownictwie Piotrowicz stał się twarzą tej „reformy”. Z uśmiechem na ustach potrafił powiedzieć do posła opozycji: „pana głos i tak nic nie znaczy”. – Precz z komuną! – krzyczał uśmiechnięty razem z politykami opozycji, gdy ci krzyczeli tak… na jego widok. Praktyki z Sejmu postanowił stosować też w relacjach z sąsiadami. Ponieważ jednak nie ma tam kamer, mniej się uśmiecha- komentują zachowanie Piotrowicza jego sąsiedzi

Jak po grudzie idą PiS–owi rozkręcone już na dobre spotkania z obywatelami. Im ważniejszy funkcjonariusz zapowiada swój przyjazd, tym pewniejsza jest awantura i niewygodne pytania ze strony publiczności.

„Ucieczką” z sali BHP Stoczni Gdańskiej salwować się już musiał premier Mateusz Morawiecki, a marszałek Sejmu Marek Kuchciński został wyprowadzony w podradomskim Jedlińsku, bocznym wyjściem. Piętnaście minut przed czasem „dał nogę” również szef resortu obrony Mariusz Błaszczak ze spotkania z mieszkańcami podkarpackiego Niska.

Początkowo wszystko szło jak po maśle, ale zawrzało, gdy uczestnicy spotkania – wśród których była grupa Rebelianty Podkarpackie – zaczęli pytać o protest niepełnosprawnych. „Co rząd zrobi z tymi ludźmi, bo oni jak widać nie wybierają się do domów?” – pytała członkini RP organizacji, która za cel stawia sobie zahamowanie demolki państwa prawa. „Proponuję panu emeryturę w ziemniakach” – powiedziała w emocji kobieta.

„Nie proponujemy renty w ziemniakach, a w pieniądzach” odpierał atak Błaszczak, broniąc stanowiska rządu. Oświadczył, że to protestujący nie chcą kompromisu. „Udowodniliśmy, że jesteśmy w stanie szybko przeprowadzić zmiany, ale oni nie chcą. Mówią tylko o żywej gotówce” – argumentował Błaszczak.

Tylko tego brakowało, by grupa Rebeliantów Podkarpackich wyciągnęła transparent z napisem „Wystarczy nie kraść, 500 zł się należy niepełnosprawnym”. W jednym momencie sytuacja wymknęła się spod kontroli, a na sali rozległy się krzyki. Błaszczak apelował, by nie dać się sprowokować, ale zakończył spotkanie 15 minut przed czasem.

Tego triumfu chamstwa PiS nie wymaże nikt.

Kaczyńskiego dzień świra, który jest największym szkodnikiem politycznym w Polsce po 1989 roku

Europoseł Dariusz Rosati zareagował na informację dziennikarki Dominiki Wielowieyskiej na temat ustawy o IPN.

Borys Budka, Leszek Balcerowicz i internauci odnieśli się do dokumentów, jakie premier Mateusz Morawiecki przekazał Komisji Europejskiej na temat „reformy” wymiaru sprawiedliwości w Polsce.

„Jak ktoś nie wojował z generałem Jaruzelskim, gdy on żył, to chce sobie powojować chociaż, gdy on już nie żyje. To jest szczególny rodzaj odwagi, podobnie jak wyrzucanie nieboszczyków z grobów. To odwaga hieny cmentarnej. Jak ktoś nie był odważny jak lew, to teraz chce być antykomunistyczny i odważny jak hiena cmentarna. Za późno, przechlapane” – powiedział w TVN24 historyk prof. Karol Modzelewski, były działacz opozycji w czasach PRL. Jego zdaniem, generałowi Jaruzelskiemu w ogóle nie należy odbierać stopnia. – „Uważam, że trzeba mu było odebrać władzę, co zostało zrobione i basta” – stwierdził.

Prof. Modzelewski odniósł się także do ustawy o IPN. – „Nikt tak nie zaszkodził dobremu imieniu Polski i jej pozycji międzynarodowej jak Reduta Dobrego Imienia, czyli pan Maciej Świrski, który tę ustawę podobno przygotował”. Według profesora, to najgłupsza ustawa, jaką widział od lat, więc należy „zrobić krok w tył, bo trwanie w tym ślepym zaułku wyrządza krzywdę nam wszystkim”.

Zdaniem profesora Modzelewskiego, „ta ustawa musiała wywołać szok na świecie”. Jeżeli rządzący myśleli inaczej, to znaczy, że „nikt w tej ekipie ani w jej otoczeniu nie ma pojęcia o świecie. Polska znowu stanęła w sytuacji kraju, który nie radzi sobie ze swoją przeszłością i ładuje kompleksy narodowe w takie decyzje i w takie wypowiedzi”. Według profesora, PiS może wyobrażał sobie, że ustawa o IPN pozwoli mu „wziąć pod skrzydełka elektorat faszystowski w Polsce”.

Zapytany, czy prezydent Andrzej Duda słusznie zrobił, przepraszając 8 marca Żydów, którzy zostali zmuszeni do opuszczenia Polski w 1968, Modzelewski stwierdził: – „Lepiej przepraszać zbyt często, niż uważać siebie za anioła. To jest bardzo szkodliwe moralnie, żeby uważać się za wcielenie anielstwa”.

Tamra Olszewska na koduj24.pl pisze o wybielaniu historii.

PiS-owska moda na odcinanie się od wszystkiego, co w dziejach naszych niewygodne, trwa w najlepsze.

Dziwne rzeczy dzieją się w naszym państwie. Oj, dziwne. Politycy PiS znaleźli sobie kolejną zabawkę i odpuszczać nie zamierzają. W obliczu ostrej wpadki wizualnej na świecie, związanej z poprawioną ustawą o IPN oraz świętowaniem rocznic różnych wydarzeń w Polsce, nagle zaczęli nam szatkować historię, wybierając z niej to, co polskie i warte uwagi. Wygląda to tak, jakby któregoś wieczoru zasiedli sobie na Nowogrodzkiej i wspólnie ustalili, jakim przekazem historycznym będą karmić naród. Bez minimum refleksji, bez zastanowienia ruszyli w Polskę z newsem, co w naszych dziejach było polskie, a co nie.

Marzec 1968 to powód do dumy, bo całe zło, które potem nastąpiło to już wina „nie Polaków” tylko jakiegoś tam obcego. Sprawiedliwi wśród Narodów Świata to nasza chwała, ale szmalcownicy to nie nasi, bo przecież w czasie okupacji niemieckiej nie było polskiego państwa. Pogromy Żydów w Polsce? A kto to wymyślił? Jak to powiedział premier Morawiecki, stosunki polsko–żydowskie na przestrzeni wieków były wręcz super.

Moda na odcinanie się od wszystkiego, co w dziejach naszych niewygodne, trwa w najlepsze. Ciekawe, do czego to nas zaprowadzi? Przyjrzyjmy się uważnie, co jeszcze z polskiej historii mogą wyciąć geniusze partii rządzącej.

Mieszka pewnie zostawią w spokoju. W końcu wprowadził na ziemiach polskich chrześcijaństwo, a potem w Dagome Iudex przekazał całe państwo pod opiekę Stolicy Apostolskiej. Do tego pokonał Niemców pod Cedynią i zdobył Śląsk. Gorzej już jednak z Bolesławem Chrobrym. Wyrzucił swoich braci przyrodnich z Polski, cudzołożył, posunął się nawet do gwałtu. Z drugiej jednak strony, to za jego rządów odbył się Zjazd Gnieźnieński, powstało pierwsze arcybiskupstwo, prowadzone wojny nieco powiększyły polskie terytorium, no i był pierwszym królem Polski. Może więc mu politycy PiS darują te „małe” wykroczenia i pozwolą wciąż cieszyć oko zapiskami o nim na kartach historii?

Czasy po śmierci Mieszka II to już na bank „antypolskie”, więc do wycięcia i do kosza. Powstanie ludowe, odwrócenie się od chrześcijaństwa, całkowity chaos społeczny to cecha lat od wywalenia Kazimierza Odnowiciela do jego powrotu (ok. 1034 – 1039). Potem nieszczęsny Bolesław Śmiały, który śmiał podnieść rękę na sługę bożego, Stanisława, lekko go poobcinał i w końcu musiał uciec z Polski, by ratować życie. Czy politycy PiS pozwolą nam go zapamiętać?

A co z Bolesławem Krzywoustym? Za zabójstwo brata został obłożony klątwą. Wprawdzie książę wykupił się od tejże klątwy, ale fakt pozostaje faktem. Morderca i tyle. Do tego skłócony z kim tylko się dało, poza Danią, totalny dyletant, jeśli chodzi o politykę zagraniczną i wewnętrzną. Dodajmy do tego jego „genialny” pomysł, by podzielić Polskę na dzielnice i mamy problem. Pozostanie na kartach polskiej historii czy też PiS go wywali?

Potem mamy lata rozbicia dzielnicowego (1138 – 1320). Okres mało chwalebny dla Polski i w ogóle pytanie, czy można mówić w tym okresie o państwie polskim? Niby był ten senior, niby dzielnica senioralna, która miała utrzymać jedność państwa, ale to czasy ostrej jatki, zwalczania się, rywalizacji o wpływy. Tu trucizna, tam porwanie, gdzie indziej jakaś zdrada i zasztyletowanie. Była to Polska w rozumieniu partii dzisiaj rządzącej czy też nie?

Władysław Łokietek – „mały ciałem wielki duchem”. Można się do niego odwoływać, chociaż i on nie taki krystalicznie czysty. Dwukrotnie obłożony klątwą. Gdy walczył o Wielkopolskę, mordował i niszczył wszystko jak leci, nawet cmentarze i dobra kościelne. Miał też na swoim sumieniu biskupa krakowskiego, którego wrzucił do ciemnicy, a jego ziemie zagarnął. Ponoć maczał też łapki w zabójstwie króla Przemysła II. Jego syn, Kazimierz zwany Wielkim, wydaje się mężem cnót wszelakich. Wydawałoby się, że tutaj politycy PiS z czystym sumieniem mogą mówić o „prawdziwym Polaku”, patriocie, a jednak nie do końca. W sprawach publicznych Kazimierz rzeczywiście godny naśladowania, ale poza tym był to jednak kawał drania. Nieobcy był mu gwałt, a o jego zdradach małżeńskich głośno było w całym królestwie.

Zapewne o czasach panowania Andegawenów i Jagiellonów dzisiejsi „ojcowie narodu” mogą spokojnie mówić, że były one na wskroś polskie. A co tam drobiazgi w postaci dość bujnego życia osobistego, jakieś tam niewielkie knucia, podtruwania. Ważne, że polskość, ta w dzisiejszym rozumieniu, aż kwitła. Gorzej natomiast z kolejnym etapem w historii naszego narodu. Królowie elekcyjni. Co z nimi? A właściwie tymi sześcioma, co to Polakami nie byli, choć co niektórzy mieli troszkę polskiej krwi w sobie? Toż to obcy, rządzący naszą Polską. Można więc uznać lata ich panowania za nasze?

Jest też pewien problem ze Stanisławem Augustem Poniatowskim, pupilkiem carycy Katarzyny. Jego panowanie to konfederacja radomska, barska, targowicka. To rozbiory, ostra ingerencja państw ościennych. To polska Polska czy nie?

Ciekawa też jestem, jaki okres Polski powojennej „PiS-olubni” uznają za swój. Ten do 1926 roku, gdy prezydentem był Stanisław Wojciechowski, związany dość mocno ze środowiskiem socjalistycznym, czy ten po przewrocie majowym w 1926 roku, rządy sanacji, okres wzrostu nastrojów nacjonalistycznych? Nie mam pojęcia, który z nich jest polski, a który antypolski.

II wojna światowa, okupacja niemiecka, potem PRL. Całe zło, jakie miało miejsce w tych czasach jest, według obecnej mody interpretacyjnej, dziełem nie Państwa Polskiego, nie narodu polskiego, ale właśnie tych „antypolaków”.

Przepraszam, ale można dostać od tego jakiejś głupawki. Co w końcu jest polskie, a co nie? Kto jest Polakiem, a w zależności od nieciekawej postawy, już nie? Jakimi kryteriami kierują się politycy i historycy PiS, wskazując nam elementy z historii, które takie, całym sobą, nasze, polskie, a które wstrętne i wrogie naszej polskości?

Jeszcze trochę, a okaże się, że cała historia, zbudowana jest z wyrwanych z kontekstu epizodów i to ma nam, Polakom, wystarczyć do ukształtowania naszej tożsamości narodowej. Taki prawdziwy to Polak będzie. Prawdziwy patriota. Prawdziwy „Homo PiS-us”.

A figa…. Powtórzę to, co już kiedyś powiedziałam. Powtarzam więc głośno i będę powtarzała tak długo jak będzie trzeba: Sprawiedliwi wśród Narodów Świata i polscy mordercy z okresu wojny to część mojej Polski! Lata PRL-u to część mojej Polski! Jacek Kuroń, Lech Wałęsa, Władek Frasyniuk, Adam Michnik, Władysław Bartoszewski i tylu innych wspaniałych to część mojej Polski! Zbrodnie stalinowskie na naszych ziemiach to część mojej Polski! Żydzi, Ukraińcy, Kaszubi, Ślązacy, Warmiacy, Mazurzy i ich trudne losy to część mojej Polski! Nawet ten Kaczyński i rządu PiS-u to też część mojej Polski!

Polska była, jest i będzie i wszelkie zaklinanie historii tego nie zmieni. Była piękna i smutna. Tragiczna i heroiczna. Czerwona i biała. Okrutna i wspaniałomyślna. Bohaterska i tchórzliwa… To moja Ojczyzna. Jakiekolwiek zaprzeczanie temu, wybieranie, co jeszcze polskie, a co już nie, zabawa pojęciami „naród” i „państwo” oznacza jedno – wielkie kompleksy, poczucie niedowartościowania, totalnie zachwianą psychikę i manipulację obywatelami. Przepraszam, ale im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej mnie mdli ta nasza polska rzeczywistość w objęciach niedouków i dyletantów.

Waldemar Mystkowski pisze o zbliżającej się rocznicy smoleńskiej.

Za miesiąc odbędzie się największe święto partii Jarosława Kaczyńskiego i związany z tym festyn – 8. rocznica katastrofy smoleńskiej. Prezes z pewnością da popis swojej elokwencji emocjonalnej, tego i owego obrazi – a jak będziemy mieli szczęście – cały naród zostanie opluty jakimś gorszym sortem, kanaliami, mordami zdradzieckimi. Ustawa o IPN jest nieprecyzyjna, więc postuluję, aby w następnej nowelizacji zawrzeć artykuły precyzujące antypolonizm, pod który podpada retoryka wiecowa Kaczyńskiego.

Niestety, na święto PiS nie otrzymamy dokumentu „ideologicznego”, którego autorem bywał Antoni Macierewicz – „Raportu smoleńskiego”. Poprzednie raporty osiągały status wydawniczy bestsellerów. Pewnie wydawca „Gazeta Polska” i Macierewicz sporo grosza na tym zarobili, bo elektorat PiS wierzy w pismo święte swego apostoła zamachu.

Wiara smoleńska miała się dobrze, gdy działała w opozycyjnych katakumbach, gdy Macierewicz mógł ogłosić każdą niestworzoną brednię, a prezes Kaczyński ze swojego stołka na Krakowskim Przedmieściu potwierdzić, iż „idziemy i zbliżamy się do prawdy”. Gdy wraz ze zdobyciem władzy przez PiS, możliwości badania katastrofy smoleńskiej przez Macierewicza stały się wszechpotężne, gdy prezes ze swoim wiernym ludem odgrodził się barierkami, ideologia katastrofy podupadła – żadnych dowodów na zamach nie ujrzeliśmy. Apostoł smoleński Macierewicz poszedł w odstawkę, ale za to przyszedł czas świątków – pomników Lecha Kaczyńskiego.

Pomnik smoleński na placu Piłsudskiego ma być wyższy niż Grób Nieznanego Żołnierza. Jeszcze pisowcy oficjalnie nie wpadli na pomysł monumentu brata prezesa wielkości Chrystusa w Świebodzinie, ale kto wie, czy obok pozostającego na razie w zamysłach największego portu lotniczego w tej części Europy nie zostanie posadowiony – jak w Rio de Janeiro – ogromny Lech Kaczyński, który będzie rozłożonymi ramionami witał i żegnał.

W 8. rocznicę Macierewicz ma zamiar zaprezentować tylko skromną prezentację multimedialną, przez niektórych określaną filmem. Znaczenie temu zdarzeniu może nadać tylko sam prezes, który albo przybędzie na premierę, albo nie przebędzie. A jak przybędzie, to z kim będzie dawał się fotografować na ściance. Wybuch w smoleńskim Tupolewie okazał się niewypałem. A to pech!

Z Maciejem Laskiem – byłym przewodniczącym Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego utworzonej do zbadania katastrofy Tu-154 w Smoleńsku z 10 kwietnia 2010 rozmawia Bartosz Wiciński.

B.W.: Chciałbym na początku cofnąć się trochę i proszę, żeby Pan przypomniał kilka faktów z katastrofy smoleńskiej. Nie wszyscy być może pamiętają, co się wydarzyło na początku, ale również bardzo wiele młodych osób przez ostatnie siedem lat zaczęło interesować się polityką. Od tego momentu w przestrzeni medialnej – głównie prawicowej – pojawiło się wiele przeinaczeń i półprawd, które do dzisiaj żyją swoim życiem. Jak to było z odczytywaniem czarnych skrzynek i rejestratorów lotu? Kiedy to zostało wykonane i jak miała się sprawa z dostępem do tych rejestratorów? Do dzisiaj niektórzy dziennikarze i media powiązane z Prawem i Sprawiedliwością piszą, że niczego nie odsłuchano.

– Pierwsza grupa polskich specjalistów, wraz z prokuratorami i ekspertami, którzy później weszli w skład zespołu biegłych, przybyła na miejsce wypadku już 10 kwietnia, a kolejna 11 kwietnia. Już 10 kwietnia dwóch specjalistów (w zakresie badań zapisów rejestratorów, pilotażu i szkolenia) wraz z prokuratorem poleciało ze Smoleńska do Moskwy z rejestratorami katastroficznymi danych i głosu, aby tam w niedzielę wykonać kopię ich zapisów. Często się o tym zapomina, ale to właśnie polski specjalista po sprawdzeniu plomb dokonał otwarcia obydwu rejestratorów, wyjął taśmę z zapisem i umieścił ją w specjalnym magnetofonie kopiującym. Wszystko to działo się pod nadzorem polskich i rosyjskich prokuratorów. W tym samym czasie koledzy, którzy pozostali w Smoleńsku, dokumentowali miejsce zdarzenia, stan szczątków wraku, sprawdzali konfigurację samolotu w chwili wypadku, jak np. wysunięcia popychaczy mechanizmów wykonawczych układu sterowania, stan techniczny silników. Brali też udział w przesłuchaniach rosyjskiego personelu lotniska, w tym meteorologa, kontrolerów i z-cy dowódcy bazy. Jednym z ważniejszych działań było wykonanie kopii zapisów z magnetofonu ze smoleńskiej wieży, który rejestrował korespondencję, rozmowy telefoniczne i rozmowy w tle kontrolerów w tym krytycznym dniu. Dzięki temu mogliśmy później, w połączeniu z analizą zapisów rejestratorów z tupolewa ocenić działanie rosyjskich kontrolerów i jego wpływ na przebieg wypadku. W sumie w Smoleńsku było 18 członków polskiej komisji, pracujących do zakończenia badania na miejscu wypadku przez MAK. Należy pamiętać, że członkowie komisji Millera pracowali na miejscu wypadku niezależnie od MAK, choć dzięki przyjęciu przez MAK w swoim badaniu procedur opisanych w Załączniku 13 mieli też, poprzez akredytowanego przedstawiciela, prawo do udziału w badaniu prowadzonym przez MAK.

Wokół zastosowania w tym badaniu Załącznika 13 narosło w ostatnich latach w Polsce wiele mitów, najczęściej z powodu niewiedzy polityków. Warto więc wyjaśnić, że zgodnie ze słynnym porozumieniem między Ministerstwem Obrony Narodowej RP i Ministerstwem obrony FR z 1993, w przypadku awarii i katastrof spowodowanych przez polskie wojskowe statki powietrzne w przestrzeni FR lub rosyjskie statki powietrzne w przestrzeni powietrznej RP, badanie prowadzone będzie wspólnie przez właściwe organy polskie i rosyjskie, przy zapewnieniu dostępu do niezbędnych dokumentów, z zachowaniem obowiązujących je zasad ochrony tajemnicy państwowej. Czyli, w takich przypadkach, badanie prowadzone jest równolegle przez właściwe komisje obydwu państw. Po stronie polskiej właściwym organem była, powołana w oparciu o polskie prawo, Komisja Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego, po stronie rosyjskiej natomiast był to MAK, który w swoim badaniu przyjął procedury z Załącznika 13. Dlaczego 2 komisje pracujące równolegle stosowały różne procedury dot. badania? Wynika to z faktu, że wspomniane Porozumienie z 1993 roku nie reguluje zasad dostępu do wraku, rejestratorów, miejsca zdarzenia, przesłuchań świadków czy formy sporządzenia i zgłaszania uwag do raportu z wypadku. Nie jest ratyfikowaną umową międzynarodową, a jedynie porozumieniem między Ministerstwem Obrony Narodowej RP a Ministerstwem Obrony FR w sprawie zasad wzajemnego ruchu wojskowych statków powietrznych nad terytorium obu państw. Wybór przez MAK Załącznika 13 paradoksalnie dał stronie polskiej więcej praw w badaniu rosyjskim niż Rosji w badaniu KBWL LP. Dzięki temu strona polska zyskała prawo pozwalające się włączyć w badanie prowadzone przez stronę rosyjską poprzez Akredytowanego Przedstawiciela i jego Doradców (płk. Edmund Klich oraz kilkunastu doradców z KBWLLP), a w szczególności do: udania się na miejsce wypadku, zbadania szczątków, uzyskania informacji od świadków i zaproponowania zakresu przesłuchania, posiadania pełnego i niezwłocznego dostępu do istotnych dowodów, uzyskania kopii wszystkich stosownych dokumentów, udziału w odczytywaniu zarejestrowanych materiałów, udziału w czynnościach badawczych poza miejscem wypadku, takich jak badanie części, prezentacje techniczne, testy i symulacje, udziału w spotkaniach związanych z postępami badania, łącznie z dyskusjami odnoszącymi się do analizy, ustaleń, przyczyn i zaleceń dotyczących bezpieczeństwa i składania wniosków dotyczących różnych elementów badania. Mieliśmy też prawo do zapoznania się z projektem raportu końcowego przygotowanego przez MAK i zgłoszenie do niego uwag. Tych wszystkich wymienionych praw nie miała strona rosyjska w prowadzonym przez nas badaniu, gdyż polskie przepisy wojskowe, w oparciu o które pracowała Komisja Millera, tego nie przewidywały.

B.W.: Pamięta Pan sprawę sfałszowanego zdjęcia tupolewa, a dokładnie lewego skrzydła jakim posługiwał się Pan Binienda? O co w tym dokładnie chodziło? Zespół pracujący przy kancelarii premiera miał to wtedy zgłosić do prokuratury. Był jakiś finał tej sprawy?

– Chodzi o materiał, zamieszczony w prezentacjach prof. Wiesława Biniendy, pokazujący lewe skrzydło samolotu, które nie ma zniszczonej krawędzi natarcia, a jedynie rozszarpany środek powierzchni skrzydła. Jego zdaniem to dowód, który miał potwierdzać hipotezę o wybuchu. Rzeczywiste zdjęcia z rekonstrukcji urwanego skrzydła wyglądały jednak inaczej. Wyraźna różnica na zdjęciach wykorzystywanych przez prof. Biniendę wynika z manipulacji w ułożeniu fragmentów zniszczonego skrzydła oraz twórczego potraktowania zdjęć. Jak się później okazało, autorem przerobionych zdjęć był rosyjski bloger, który przerobił w programie graficznym przednią i tylną część skrzydła w miejscu jego przecięcia po zderzeniu z brzozą tak, aby wyglądały na nieuszkodzone. Jako zespół zapowiadaliśmy wtedy złożenie zawiadomienia do prokuratury o ustalenie autora tego fałszerstwa. Jednakże szybko udało się go odkryć, a osoba ta na swoim blogu nawet przyznała się do tego, że celowo tak zmodyfikowała zdjęcie, żeby pokazać, jak mogłoby wyglądać skrzydło, gdyby nie doszło do zderzenia z brzozą tylko wybuchu. W takiej sytuacji składanie zawiadomienia było bezprzedmiotowe. Jednakże pokazało, że grupa tzw. ekspertów współpracujących z zespołem parlamentarnym posła Antoniego Macierewicza nie cofnie się przed niczym, aby tylko spróbować uwiarygodnić swoje teorie. Nie wierzę, że nie mieli świadomości, iż wykorzystane przez nich zdjęcie to manipulacja.

B.W.:  Czy było więcej przypadków powoływania się przez ludzi Macierewicza na fałszywe i zmanipulowane dokumenty? Jeden z ekspertów dzisiejszego szefa MON powoływał się na dokument który nie istniał, to był słynny blef Rońdy.

– Do słynnego blefu profesora Rońdy doszło podczas dyskusji między prof. Pawłem Artymowiczem a prof. Jackiem Rońdą w studio telewizyjnym po projekcji filmu National Geographic „Śmierć Prezydenta”. W pewnym momencie prof. Rońda pokazując jakąś kartkę powiedział, że jest w posiadaniu dokumentu, z którego wynika, że samolot nigdy nie zszedł poniżej 100 m. Nie chciał powiedzieć co to za dokument ani skąd go dostał (później chyba wskazał na min. Macierewicza). Kilka dni później, w telewizji Trwam przyznał jednak, że samolot zszedł poniżej 100 m, a jego wcześniejsza wypowiedź w dyskusji była blefem. Wielokrotnie zarzucano nam, że nie chcemy skonfrontować naszego badania z tezami ludzi z zespołu Macierewicza. Dyskusja jest możliwa i ma sens, gdy obie strony grają fair, mają ten sam poziom wiedzy czy doświadczenia. W tym przypadku, działania tzw. ekspertów smoleńskich wykazały, że nie są oni partnerami do takich rozmów.

B.W.: Czy dopuszcza Pan taką myśl, że rosyjskie trolle celowo umieszczały fałszywe zdjęcia lub dokumenty, które pocztą pantoflową trafiały do Macierewicza i były potem wykorzystywane?

– Jest to wielce prawdopodobne. Było więcej takich przypadków, kiedy poseł Antoni Macierewicz powoływał się na pozyskane w niejasnych okolicznościach materiały od Rosjan. Wszystkie miały jedną cechę wspólną – nie zgadzały się z zebranym czy przez komisję Millera czy też przez prokuraturę materiałem dowodowym. Wiadomym jest, że sprawa katastrofy smoleńskiej dzieli Polaków. Nikomu tak, jak Rosji nie zależy na tym, aby ten podział wzmacniać, a jednocześnie ośmieszać nasz kraj na arenie międzynarodowej. Dlaczego ośmieszać? Bo przyczyny katastrofy są znane i zrozumiałe dla całego profesjonalnego środowiska badaczy wypadków lotniczych na świecie. Zapoznali się z faktami, raportem i podczas wielu dyskusji czy konferencji dali temu dowód. Wspieranie przez państwo teorii niepopartych faktami, a często sprzecznych z elementarną logiką musi budzić wśród nich zdziwienie, jeżeli nie politowanie.

B.W.: Wróćmy zatem do teraźniejszości. Od kilku dni pojawia się coraz więcej informacji od dziennikarzy mówiących o tym, że podkomisja nie chce – w ramach dostępu do informacji publicznej – ujawnić komu i za co zapłaciła. Wydano w pierwszym roku astronomiczną kwotę 1.4 ml zł. Czemu podkomisja robi z tego taki wielki problem? Obawiają się czegoś?

– Nie widzę podstaw do nieudzielania tych informacji. Co innego jeżeli chodzi o wyniki tych prac. Badanie każdego wypadku według procedur wojskowych prowadzone jest w trybie niejawnym i to przewodniczący komisji decyduje o upublicznianiu wyników. Przez wiele lat zarzucano nam, że przez brak informowania społeczeństwa o wynikach prac komisji Millera dopuściliśmy do rozwoju mitów smoleńskich. Ponieważ przyczyny wypadku jak również fakty i większość dowodów są znane, uważam, że w tak ważnej dla Polaków sprawie niezbędna jest transparentność działań podkomisji. Obawiam się jednak, że jej milczenie podyktowane jest przede wszystkim tym, że nie mają się czym pochwalić.

B.W.: Jakie są do tej pory osiągnięcia podkomisji, co było obiecywane i co z tego zrealizowano? Wali się gmach kłamstwa smoleńskiego, jak to minister Macierewicz określił pod koniec zeszłego roku?

– Póki co, podkomisja nie ma żadnych osiągnięć. Minął ponad rok od szumnie ogłoszonego przez ministra Macierewicza wznowienia badania wypadku i powołania podkomisji. Do dzisiaj podkomisja nie przedstawiła żadnych konkretów, nie pojechała do Smoleńska, aby przeprowadzić badanie wraku, nie pojechała do Moskwy, żeby wykonać własną kopię zapisów rejestratorów. Pracuje w oparciu o zgromadzony przez komisję Millera i prokuraturę materiał. I jak widać, w porównaniu do odważnych tez o zamachu, wybuchu, przecinania brzozy jak nożem bez uszkodzenia skrzydła, zestrzelenia, usterki technicznej czy obezwładnienia samolotu, dzisiejsza narracja dr. Berczyńskiego jest zdecydowanie zachowawcza: badamy, nie przesądzamy o przyczynach, nie faworyzujemy żadnej z hipotez itd. Co się zmieniło w ciągu ostatniego roku? Podkomisja ma dostęp do dowodów. I nawet brak wiedzy i doświadczenia, a przypomnijmy, że żaden z jej członków nigdy nie badał wypadku lotniczego, a większość nie spełnia wymogów prawa lotniczego, aby móc zasiadać w takim gremium, nie pozwoliła na wyciąganie w oparciu o ten materiał alternatywnych wniosków.

B.W.: Raport Millera został usunięty ze stron rządowych i jedynym dostępnym dokumentem dla dziennikarzy ze świata jest raport MAK-u przygotowany na zlecenie Federacji Rosyjskiej. Teraz jak ktoś na świecie pisząc artykuł o katastrofie smoleńskiej, będzie się chciał posłużyć opisem lub wnioskami z wypadku, trafi na opis znacznie różniący się od faktów ustalonych przez komisję Millera. To miała być zemsta, ale okazuje się, że to może zadziałać kontrproduktywnie. To nie jest strzał w stopę?

– Polski raport jest znacznie obszerniejszy od raportu MAK i uwzględnia wszystkie okoliczności, które doprowadziły do wypadku – w tym niedociągnięcia po stronie rosyjskiej. To my wskazaliśmy na błędy w działaniu rosyjskich kontrolerów i niewłaściwe przygotowanie lotniska w Smoleńsku. Raport przetłumaczono na język rosyjski i angielski, jest bardzo dobrze oceniany w środowisku profesjonalistów związanych z bezpieczeństwem lotniczym. Był również podstawą do poprawy bezpieczeństwa w polskim lotnictwie wojskowym. Do raportu świetnym uzupełnieniem były informacje na stronie faktysmolensk.gov.pl (dzisiaj można je znaleźć dzięki internautom na faktysmolensk.niezniknelo.com). Niestety, krótkowzroczność rządzących doprowadziła do tego, że dzisiaj łatwiej znaleźć raport MAK niż komisji Millera, a raportu podkomisji dr. Berczyńskiego przy takim tempie prac nie zobaczymy pewnie jeszcze przez kilka lat, choć może to i lepiej.

B.W.: Czy po odwołaniu Pana z funkcji szefa PKBWL ktoś ze strony rządowej lub podległych im służb kontaktował się z Panem? Zapytam wprost. Czy były przypadki gróźb, próby zmuszenia do zaprzestania opisywania oraz wypowiadania się o katastrofie smoleńskiej? Czy były naciski?

– Nie było takich prób albo ja o nich nic nie wiem. Wielu moich kolegów pracujących dzisiaj w administracji czy w spółkach z udziałem skarbu państwa ma zakaz wypowiedzi dla mediów – oczywiście pracodawca ma takie prawo, aby tego wymagać. Jednak mam żal do kolegów z wojskowej części komisji Millera, dzisiaj już chyba wszyscy są emerytami, że nie zabierają głosu w sprawie katastrofy. Rozumiem, że wygodniej jest siedzieć w wygodnym fotelu i udawać, że to ich nie dotyczy, ale niestety wpasowuje się to w nurt coraz powszechniejszego dzisiaj koniunkturalizmu.

B.W.: Na koniec proponuję zagrać w ruletkę. Może być rosyjska. Co w tym roku na kolejną rocznice katastrofy może być wielkim przełomem?

– Nie oczekuję żadnych przełomów, tak jak nie było ich w ciągu ostatnich 6 lat. Czekam natomiast na chwilę, kiedy pan prezes Jarosław Kaczyński czy minister Antoni Macierewicz powiedzą, „przepraszamy, to był wypadek. Zróbmy wszystko, aby nigdy się nie powtórzył”.

Maciej Lasek – polski inżynier specjalizujący się w mechanice lotu, doktor nauk technicznych, przewodniczący Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych (2012-2016).

Nowe patologie Brudzińskiego, Kaczyńskiego

Podlaska policja informuje o organizacji comiesięcznych wydarzeń religijnych.

Kuba Wątły (Superstacja) zareagował na słowa ministra Joachima Brudzińskiego.

Waldemar Mystkowski przewiduje do czego może dążyć Jarosław Kaczyński (fragment).

Marek Migalski w rozmowie z Cezarym Michalskim (portal crowdmedia.pl) uważa, że Kaczyński „będzie chciał mieć jakiś sukces na arenie międzynarodowej”. A tym może być zaostrzenie kursu na wschodnim froncie. Wpisanie do ustawy o IPN fragmentu antybanderowskiego może być początkiem tego, czego obawia się szef ukraińskiej Swobody, Tiahnybok. PiS za to został publicznie pochwalony przez partię Putina i przez Kadyrowa, zamordystę Czeczenii.

Ponadto podczas obrad parlamentarnego zespołu śledczego ds. zagrożeń bezpieczeństwa państwa powołanego przez klub Platformy Obywatelskiej na ostatnim spotkaniu zadano pytanie: dlaczego najbardziej prorosyjski amerykański kongresmen Dana Rohrabacher, nazywany przyjacielem Putina, po wizycie w Moskwie przyjechał bezpośrednio do Polski i spotkał się z Antonim Macierewiczem i Jarosławem Kaczyńskim, mimo że ten ostatni rzadko przyjmuje u siebie przy Nowogrodzkiej zagranicznych polityków? Ów kongresmen był przeciwny przyjęciu Polski do NATO, jest też entuzjastą aneksji Krymu przez Rosję.

Czyż nie mamy prawa się niepokoić, iż może nas pchnąć w gorący konflikt, bo tak uprawia politykę – zaostrza konflikty wewnątrz kraju, ze wszystkimi się skłóca i nie potrafi się wycofać z błędów. Zaś mając w perspektywie utratę władzy, prezes PiS może wykreować rzeczywistą wojenkę, licząc na patriotyczny zew krwi Polaków.

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o tym, kto może stanąć na przeszkodzie PiS-owi.

Trzymajmy kciuki za zagranicznych inwestorów, którzy walcząc o swoje pieniądze, przy okazji bronią polskiego państwa prawa.

Francusko-holenderskie przedsiębiorstwo Unibail-Radamco, prowadzące w Warszawie kilka dużych galerii handlowych, poinformowało, że jego placówki będą w niedziele otwarte i poprosiło najemców lokali o informację, czy zamierzają otworzyć swe sklepy. Ustawa o ograniczeniu handlu w niedziele nie nakazuje zamknięcia galerii – twierdzi Unibail-Radamco i argumentuje, że prawo dopuszcza działalność rozrywkową i gastronomiczną (kina, restauracje, kawiarnie, cukiernie), a także pozwala w niedziele prowadzić sprzedaż w sklepach, jeśli za ladą będzie stać właściciel, a nie zatrudniony pracownik. Tymczasem w wielu sklepach w galeriach sprzedaż prowadzą właśnie ich najemcy, czyli właściciele.

Może się więc okazać, że mimo uchwalenia restrykcyjnej, ideologicznej ustawy, naruszającej wolność obywateli i ingerującej w ich styl życia („macie w niedziele chodzić do świątyni katolickich, a nie komercyjnych”), część galerii pozostanie otwarta, choć nie wszystkie sklepy będą w nich tego dnia czynne. Unibail-Radamco jest w Warszawie właścicielem Arkadii, Galerii Mokotów, Wileńskiej i CH Ursynów.

Z wielu powodów trzymam kciuki za powodzenie akcji francusko-holenderskiej firmy. Po pierwsze dlatego, że każdy wyłom prowadzący do erozji nowego prawa jest pożądany. Im prędzej do wszystkich – także do zwolenników zakazu – dotrze, że takie regulacje są nieżyciowe, szkodliwe i idiotyczne, tym lepiej. Im prędzej życie wedrze się we wszystkie szczeliny i luki nowej ustawy, rozsadzając ją od środka, tym prędzej ustawodawcy będą musieli wejść pod stół i odszczekać, przyznając, że popełnili wielki błąd, zakazując ludziom spędzać niedziele tak jak lubią.

Liczę tu na pomysłowość i aktywność Polaków, którzy nawet w PRL, w którym prywatna przedsiębiorczość była prawnie reglamentowana i zepchnięta do getta, potrafili przeciwstawić się państwu, organizując drugi obieg gospodarczy.

Zagraniczny właściciel testuje polskie państwo prawa

Akcja Unibail-Radamco jest jednak ważna także z powodów politycznych, bo stanowi swoisty test kondycji polskiego państwa prawa. Z najwyższą uwagą powinniśmy czekać na jego wynik, licząc, że będzie pozytywny.

Unibail-Radamco zachował się tak, jakby prowadził działalność w normalnym demokratycznym i liberalnym państwie prawa, w którym to, co nie jest zakazane, jest dozwolone, a w przypadku sporów z władzą, każdy – nawet szeregowy obywatel – może odwołać się niezależnego sądu, którzy rozpatrzy jego sprawę obiektywnie i bezstronnie.

Francusko-holenderski przedsiębiorca udał, że nie rozumie, w jakich warunkach przyszło mu w Polsce działać. Zignorował deklaracje władzy, która twierdzi, że reprezentując „suwerena”, stoi ponad prawem i że jej wola jest ważniejsza od paragrafów. Przeszedł do porządku dziennego nad faktem, że zakaz handlu w niedziele wspiera potężna koalicja PiS-owskich właścicieli Polski, biskupów i związkowców z „Solidarności” i że stawką w tej grze nie jest zwykłe przestrzeganie przepisów, lecz ideologiczne podporządkowanie się tym, którzy we własnym mniemaniu ucieleśniają ducha narodu. Odmawiając położenia uszu po sobie, Unibail-Radamco rzuca tej koalicji rękawicę, najwyraźniej wierząc, że Polska wciąż jeszcze jest państwem prawa i że w razie czego może liczyć na pomoc sądu.

Miejmy nadzieję, że wynik tego testu będzie odmienny niż w Rosji, gdzie biznesmen Michaił Chodorkowski w swoim czasie też postanowił poddać próbie kondycję państwa prawa i rzucił władzy rękawicę. Dziś już przebywa na wygnaniu, a jego biznesowe imperium zostało przez rządzących rozdrapane i rozdane posłusznym oligarchom.

Jak to robi węgierskie państwo mafijne

Oczywiście, aż tak źle u nas nie będzie. Mimo wszystko jesteśmy częścią Unii Europejskiej. Zresztą nawet w czasach komunizmu polityczne obyczaje i standardy traktowania ludzi niepokornych były u nas znacznie bardziej cywilizowane niż za wschodnią granicą. Bliżej nam było do Budapesztu niż do Moskwy.

Dziś też coraz bardziej zbliżamy się do standardów węgierskich, tyle że nie jest to wiadomość krzepiąca. Ci, którzy w Budapeszcie nie chcą się podporządkować i złożyć hołdu władzy, muszą się liczyć z poważnymi konsekwencjami. Socjolog Bálint Magyar, były minister edukacji, a przed 1989 r. działacz antykomunistycznej opozycji demokratycznej, w książce „Anatomia węgierskiego państwa mafijnego” pisze: – „Na Węgrzech, jeśli jakiś właściciel firmy stawia opór, nie mierzy się do niego z rewolweru ani nie podkłada mu do łóżka odciętej końskiej głowy – to nie jest styl państwa mafijnego, zresztą nie ma ono potrzeby, by tak się zachowywać. Trup nie ściele się na ulicach. W państwie mafijnym miejsce napakowanych bandziorów specjalizujących się w ściąganiu haraczy zajmują parlament, urząd podatkowy i prokuratura. Gdy właściciel stawia opór, można nasłać na niego parlament, który jedną nowelizacją ustawy wyeliminuje z rynku oporną firmę”.

Doświadczyło tego choćby przedsiębiorstwo reklamy zewnętrznej ESMA, specjalizujące się w umieszczaniu reklam na latarniach w Budapeszcie. Właściciel firmy znany był z opozycyjnych sympatii. Pewnego dnia zgłosił się do niego jeden z oligarchów związanych z władzą i zaproponował: kupię od pana przedsiębiorstwo. Właściciel najwyraźniej nie zrozumiał, że to propozycja nie do odrzucenia, bo odmówił. Wkrótce w firmie pojawili się urzędnicy skarbowi. Ale ponieważ i to nie przekonało go do sprzedaży, w ciągu kilku tygodni parlament przyjął ustawę zgłoszoną przez „niezależnego” posła, która ze względów bezpieczeństwa zabraniała umieszczania jakichkolwiek ogłoszeń w odległości 5 metrów od jezdni. W ten sposób ESMA straciła możliwość wieszania reklam na latarniach, a jej wartość rynkowa spadła do zera. Za grosze wykupił ją inny oligarcha z obozu władzy. A potem oczywiście parlament anulował zakaz wieszania reklam przy jezdni.

Innym węgierskim przykładem pokazującym, co może spotkać butną, nieposłuszną firmę, jest przypadek darmowej gazety „Metropol”, która ukazywała się od 1989 r. Utrzymywała się z reklam i była kolportowana głównie w przejściach podziemnych i na stacjach metra w Budapeszcie. W 2011 r. jej zagraniczny właściciel Metro International S.A. dostał „dobrą radę”, by sprzedać dziennik spółce związanej z obozem władzy. Bo jak nie, to straci wszystkie państwowe ogłoszenia oraz prawo do kolportowania gazety w metrze, przejściach podziemnych i na terenach kontrolowanych przez prawicowy samorząd stolicy. Rada została wysłuchana i „Metropol” zmienił właściciela.

Węgierskie metody mafijne na polskim Podhalu

Przed wyborami 2015 r. stosowanie takich mafijnych czy gangsterskich metod wydawało się w Polsce niemożliwe. Ostatnio jednak pojawiły się sygnały wskazujące, że polska władza uważnie studiuje i stara się naśladować sposoby stosowane przez bratanków. Szczególnie wyraźnie widać to na przykładzie kolejki na Kasprowy Wierch, którą związani z PiS zakopiańscy bonzowie chcieliby przejąć od zagranicznego właściciela. Już w czasie kampanii wyborczej i Kaczyński, i Duda zapowiadali, że udzielą im pomocy.

I rzeczywiście – państwowa PKP przekazała starostwu tatrzańskiemu grunt, na którym stoją urządzenia kolejki, dając lokalnym władzom narzędzie do wywierania presji na właściciela – firmę Altura z Luksemburga. Nawiasem mówiąc, Altura to poważny gracz, nie żadna spółka-krzak. Jest częścią funduszu inwestycyjnego MidEuropa Partners, który zainwestował w Polsce kilka miliardów złotych, m.in. w Żabkę, LuxMed, Allegro.

Po przejęciu gruntów przez starostwo Tatrzański Park Narodowy zyskał prawo do pobierania opłaty za dzierżawę terenów pod kolejką i uznał, że nie będzie honorować umowy zawartej wcześniej przez Alturę z PKP. Ponieważ luksemburski właściciel nie zamierza ustąpić, TPN zażądał… zamknięcia kolejki i demontażu urządzeń. Ten pojedynek jeszcze nie został rozstrzygnięty, ale widać, że przewaga jest po stronie PiS-owskiego państwa, które składa luksemburczykom „propozycję nie do odrzucenia”.

Wygląda na to, że za chwilę będziemy świadkami kolejnego starcia, w którym naprzeciw PiS-owskiej władzy stanie francusko-holenderska spółka Unibail-Radamco, usiłująca otworzyć galerie handlowe w niedziele.

Trzymajmy więc kciuki za zagranicznych właścicieli. Walcząc o swoje pieniądze przy okazji walczą też o polskie państwo prawa.

Joanna Szczepkowska w wywiadzie dla wiadomo.co (fragment).

W jednym z wywiadów powiedziała pani, że ogłosi niedługi upadek Kaczyńskiego i że dotrzymuje pani słowa.

Dotrzymuję… Chociaż w tej chwili, jak na to wszystko patrzę, to musiałby się wydarzyć jakiś cud albo skandal, który otworzyłby ludziom oczy.

Najważniejsze jest teraz, żeby nie przegrać samorządów. Jak opozycja przegra Polskę samorządową, to naprawdę przegra na długo.

Tylko PiS robi wiele, żeby wygrać.

Niebezpieczeństwo jest ogromne, ale ważna jest mobilizacja.

W społeczeństwie jest jeszcze duch oporu? Czy on trochę wygasa?

Pozornie wygasa, bo musimy się przygotować na dłuższy czas oporu. W historii Polski nadchodzi kolejny czas próby. Nikt z nas nie wie, do czego to wszystko może doprowadzić. My naprawdę jedziemy bez prawa jazdy i to nie wiemy, gdzie.

Jakby obcokrajowiec zapytał, co się u nas dzieje, to co by pani mu w kilku słowach odpowiedziała?

Doszedł do władzy człowiek, który nie liczy się z demokracją. Ale zastanawiam się też, czy nie ma kryzysu pojęcia demokracji.

Świat zaczął się przewartościowywać i staje się niebezpieczny. Z tym też trzeba się liczyć. Sytuacja w Polsce jest powiązana z klimatem na całym świecie.

A czy powinniśmy się liczyć z tym, że w kraju może się to wszystko skończyć bardzo źle? Niektórzy twierdzą, że nagromadzenie nienawiści i emocji będzie tak duże, że w końcu wybuchnie.

Niekoniecznie. Myślę, że ludzie zaczynają coraz częściej myśleć długodystansowo. Chociaż  przyznam, że dzień, jakiego się obawiam, to kolejny  11 listopada. W mojej dzielnicy widziałam ostatnio „niedobitki” po Marszu Niepodległości. To, co ci pijani ludzie krzyczeli, jak wywijali, grozili flagą… to było naprawdę przerażające. Podeszłam nawet do policjantów, którzy nie reagowali i powiedziałam, że ci ludzie bezczeszczą naszą flagę i trzeba coś z tym zrobić. W końcu ich zabrano, ale wyglądało to tak, jakby policjanci chcieli się dogadać, a ta grupa ich prowokowała. Oni czują się ośmieleni, to widać.

Ciekawe, co się z nimi stało…

Tego już nie wiem. Jakiś przechodzień mnie spytał, po co się wtrącam, przecież oni są niebezpieczni. Wiem, ale reaguję. Bezczeszczenie flagi jest niezgodne z prawem. Wymagam więc od policji tego, do czego są powołani. Pewnie, że można westchnąć – co się z tym naszym krajem stało i przejść dalej, ale to za mało.

Trzeba się domagać praworządności na każdym kroku, nie tylko na demonstracjach. Nie tracić ducha oporu, to najważniejsze. Możliwe, że na całe lata – prawdę mówiąc, w Polsce to nic nowego…

Anna Mierzyńska (specjalistka od marketingu politycznego) pisze, jak opozycja powinna zdobywać sympatię Polaków (fragment).

Opozycja nie może lekceważyć poczucia zagrożenia wśród Polaków. Musi wpisać je we własną narrację, jednocześnie budując wizję państwa inną niż PiS. Jak stworzyć coś nowego, stawiając wysoko wartość identyczną jak konkurent? Jedynym rozwiązaniem jest wyjście z narzuconego schematu i…. połączenie obu tych wartości zamiast przeciwstawiania ich sobie. Niemożliwe? A jednak!

Bezpieczeństwo + wolność + szacunek = Polska

Jak napisali analitycy badań zrealizowanych wśród młodych ludzi ze 186 państw na zlecenie Światowego Forum Ekonomicznego – „młodym brakuje dziś bezpieczeństwa, aby mogli czuć się wolni”. To zdanie jest kluczem do narracji, jaką mogłaby wykorzystać  opozycja.

Ludzie potrzebują bezpiecznego państwa, by mogli czuć się wolni – a nie po to, by im wolność zabierać! Bezpieczeństwo ma dodawać skrzydeł, a nie je podcinać.

Nowoczesne, wymarzone państwo ma więc być z jednej strony jak Red Bull – dodawać skrzydeł, ale z drugiej – zapewniać bezpieczny start i bezpieczne lądowanie.

 Jak państwo może budować poczucie bezpieczeństwa? Oczywiście, kwestie wojskowości i obronności będą tu podstawowe. Ale jest jeszcze kilka innych sposobów, na których wykorzystanie Polacy bardzo czekają. Państwo może być stabilne i praworządne – bo wtedy jest przewidywalne; może mieć dobre stosunki z sąsiadami – bo wtedy także świat dookoła jest bardziej bezpieczny; wreszcie – może szanować swoich obywateli. Słuchać ich, okazywać uznanie dla ich opinii i potrzeb.  Szacunek to potrzeba, której pozycja w polskich rankingach ostatnio szybko rośnie (m.in. CBOS 2013). Poczucie uznania daje każdemu człowiekowi poczucie godności, wzmacnia jego wartość, sprawia, że czujemy się bardziej.. bezpieczni.

Widzicie, jak układa się opozycyjna narracja? Jak buduje wizję kraju zupełnie innego niż ten, który tworzy PiS i jednocześnie wpisuje się w potrzeby wyborców?

Polska, która wspiera i daje wolność

Podrzucam jeszcze jeden cytat doskonale nadający się do myślenia o atrakcyjnej narracji. William Hodding Carter, amerykański dziennikarz i publicysta, powiedział kiedyś zdanie, które do dziś chętnie wykorzystują pedagodzy: „Są dwie rzeczy, które możemy dać w spadku naszym dzieciom: pierwsza to korzenie, druga to skrzydła”. Tak, stąd się wzięły korzenie drzewa, o których pisałam na początku.  Pomyślmy o obrazie zawartym w tych słowach w odniesieniu do państwa i obywateli. Kiedy wchodzimy w dorosły świat, w którym sami stanowimy o sobie, zakładamy rodziny, robimy kariery lub nie, pracujemy, szukamy swojego miejsca w życiu – do czego jest nam potrzebne państwo? Czy musi ciągle zabierać (podatki, emerytury), wymagać, kontrolować, inwigilować?

Otóż w tej nowej, możliwej przecież do realizacji wizji państwo ma nas… wspierać. Ma dawać podstawy bezpieczeństwa – obronnego, socjalnego, ekonomicznego – by w razie potrzeby, gdy skrzydła nas zawiodą, można się było na nim wesprzeć, zanim zbierzemy siły do dalszego samodzielnego lotu. To dzięki bezpiecznemu państwu możemy czuć się wolni i żyć swobodnie.

Wolność i bezpieczeństwo – to wzajemne uzupełnienie, nie przeciwieństwo!

A skoro taka wizja jest możliwa, powiedzmy NIE państwu, które narzuca nam, jak mamy żyć, które podejmuje decyzje o naszym życiu , które nie słucha nas wcale, tylko każe słuchać siebie. Państwo nie jest władzą – to my, obywatele, jesteśmy władzą dla państwa.

Chcecie takiej Polski? Bezpiecznej Polski, która wspiera i dodaje skrzydeł?

Opozycjo, wchodzisz w to?

Ps. Donald Tusk powiedział kiedyś, że naiwność jest grzechem w polityce. Zgadzam się z nim. Dlatego wszystkim wątpiącym wyjaśniam od razu: ta propozycja narracji to nie naiwność. To przekroczenie standardowych politycznych kalek. To otwartość na marzenia. Nie moje – Polaków.

Dorota Segda – niegrzeczna pani od wiersza to ja.  Uwielbiam chodzić po lesie, czytać książki, nie bywać na premierach gdzie mnie fotografują. Ja tego po prostu nienawidzę. Ale ciągle się pcham w coś takiego, że muszę walczyć z niegodziwościami.Jestem aktorką i rektorem i często stawiam sobie pytanie, jak dalece wolno mi zabierać głos na tematy polityczne. Jako artystka jestem przecież odpowiedzialna wobec społeczeństwa. Wychowuję młodych artystów i muszę im swoją postawą dawać przykład. Nie mam ochoty angażować się w politykę, ale przecież polityka mnie jako obywatela dotyczy na każdym kroku.

W Akademii mamy wykłady „Na scenie świata”, gdzie zapraszam różnych wspaniałych humanistów. Profesor Ewa Łętowska była u nas miesiąc temu. To był czas kryzysu wokół KRS i Sądu Najwyższego. Pani profesor powiedziała, że nie rozumie, dlaczego sędziowie, którzy przysięgają na konstytucję, mają ją chronić, stać na jej straży, kiedy widzą, że władza ją łamie w sposób jawny i bezczelny, jeszcze nazywając to prawem i sprawiedliwością, mieliby nie protestować.

Kaczyński przerzuca się na Europę, chce odbudować w niej Ciemnogród i kołtuństwo

Jarosławowi Kaczyńskiemu Polska jest za mała, przerzuca się na Europę.

Na 91. miesięcznicy smoleńskiej był powiedzieć o byciu Polakiem: „To znaczy być kimś, kto w Europie znaczy, to znaczy być kimś, kto wyznacza dzisiejszej chorej Europie drogę do uzdrowienia, drogę do powrotu do fundamentalnych wartości, drogę do powrotu do prawdziwej wolności, drogę do zwycięstwa i umocnienia naszej opartej na chrześcijaństwie cywilizacji”.

Co rozumiem Kaczyński pod pojęciem chrześcijaństwa? Zdaje się, że kościoły i krucjaty przeciw uchodźcom.

Niestety, w nowoczesnym wartościowaniu obiekty kultu – kościoły – są jak piramidy. Czy Egipcjanie chcą budować piramidy?

A chrześcijaństwo nie jest depozytariuszem wartości humanistycznych, a na nich jest ufundowana Europa i świat.

Kaczyński chce powrotu skansenu, a z nim wiążę się Ciemnogród i kołtun, np. w higienie jest to brud, niemycie się i w istocie to propaguje prezes PiS. Brud i i smród zacofania. Epidemię zarazy, cholerę i dżumę – w sensie przenośnym i nawet dosłownym.

W Europie śmieją się w kułak z kołtuna Kaczyńskiego (chorego zresztą), ale nam nie jest do śmiechu, bo ten kołtun spowodował, że wzrósł poziom faszyzmu w kraju.

Wiersz poety żyjącego i tworzącego w międzywojniu Tadeusza Hollendra, który tak opisywał zjawisko ówczesnego ONR, wszechpolaków i innego brunatnego naziolstwa, a które obecnie zostało reaktywowane.

Normalna Polska nie może oddawać kolejnych przyczółków wrogom Polski – nacjonalistom i naziolom.

Odświeżający jest przyjazd Donalda Tuska na uroczystości Święta Niepodległości. Tusk to przykład emancypacji Polaka z oceanu kołtunów typu kaczystowskiego. Kariera Tuska – zawędrował na szczyty globalne najwyżej w polskiej historii – powinna inspirować młodych rodaków, jest przeciwieństwem nikczemności Kaczyńskiego.

Nikczemni politycy PiS niszczą demokrację – czyli wolność obywatelską – w Polsce. Niszczenie niezależności sądów to zlikwidowanie trójpodziału władzy, aby zaprowadzić dyktaturę.

Od sądów wara, od niszczenia Polaków i Polski – wara! Nikczemnicy z PiS, partia Kaczyńskiego spowoduje, że stracimy niepodległość.

Jarosławie K., przyznaj się do tego, że brat Lech miał rozpocząć w Smoleńsku kampanię reelekcyjną

W dniu świra, albo festynu prezesa, czyli miesięcznicy smoleńskiej, Radosław Sikorski zaapelował do Kaczyńskiego: miej serce i patrzaj w serce – „wyznaj prawdę o Smoleńsku”.

Krótki wyciąg z kokpitu tupolewa.

Kalendarium wizyt w Katyniu Lecha Kaczyńskiego świadczy, że brat Jarosława traktował nekropolię polską politycznie.

Nekrofilia polityczna, ot co.

Jarosławem Ka powoduje zasada zemsty – za wrak tupolewa zrobi z Polski wrak. Cywilizacyjnie zdążamy ku katastrofie.

Dwa fragmenty z Waldemara Mystkowskiego.

PiS ma do perfekcji opanowaną logistykę przepychania ustaw niezgodnych z prawem. Logistykę zarówno dotyczącą tego, aby nie debatować nad projektami, a jeszcze lepszą, aby wzniecić szum, medialny. Jak oni to robią? Z pewnością jedną z przyczyn jest to, że mediów publicznych już nie mamy. Szumy medialne zaś są kreowane wokół nieistotnych spraw, a nawet gdy sprawa jest istotna, to okular zainteresowania jest skierowany na pozorny spór, na ustawkę. W czwartek została uchwalona ustawa powołująca Biuro Nadzoru Wewnętrznego (BNW), które podlegać będzie bezpośrednio Mariuszowi Błaszczakowi.

BNW będzie nadzorowało inne służby i opiniowało kandydatów na kierownicze stanowiska w służbach takich, jak policja, Straż Graniczna, Państwowa Straż Pożarna czy Biuro Ochrony Rządu.

Pomysł BNW jest bezprawny, bo każda ze służb ma wewnętrzne organa kontroli, a nadzór nad czynnościami zgodności z prawem mają sądy i prokuratury.

Polscy politycy mają problem z polityczną arytmetyką, dlatego nasz kraj jest taki, jaki jest. Z pretensjami i martyrologią jako wzorcem dla młodzieży. Jarosławowi Kaczyńskiemu mogę się nie dziwić, jest wyizolowany, nawet życia rodzinnego nie ma. Świata nie poznał, a władza wpadła mu w ręce psim swędem.

Kaczyński usiłuje samego siebie i Polskę zbudować za pomocą powstania z kolan. Dosztukować chce wyimaginowaną wielkość uszczknięciem od innych. Od Niemców np. żąda reparacji za II wojnę światową. A przecież Polska od Unii Europejskiej dostała więcej niż wynosił plan Marshalla. W tym najnowocześniejszym organizmie cywilizacyjnym zostaliśmy liczącym się państwem europejskim. Po dwóch latach rządów PiS pozycja Polski została jednak zaprzepaszczona i znajdujemy się z powrotem w sytuacji RWPG i to uszczuplonym, bo jedynym krajem sąsiednim, z którym mamy dobre stosunki, jest Białoruś.

Prezes ma swój dzień świra, a Szydło ma się spotkać z kimś, kogo nie ma. Takie tam pis-wzdęcia

10 każdego miesiąca – Dzień świra. Prezes wejdzie na swą drabinkę i pomodli się kanaliami, mordami zdradzieckimi tudzież innymi plunięciami i charknięciami na bliźnich – miłe Bogu.

Dla młodzieży treść Konstytucji jest szkodliwa, bo jeszcze by wiedziała, jakie ma prawa. Przecież w reformie edukacji chodzi o indoktrynację, aby jełopy głosowały na PiS.

Gadzinówka TVP dostanie dodatkowy miliard na propagandę PiS. Komuna mogłaby się uczyć od Goebbelsa Jacka Kurskiego. Współczuję Jarosławowi Kurskiemu mieć takiego Kaina w rodzinie.

Urzędnicy kancelarii Beaty Szydło umówili ją na spotkanie z komisarzem unijnym, który przestał nim być 3 lata temu, a obecnie komisarzem ds. rynku wewnętrznego jest Elżbieta Bieńkowska.

Szydło to osoba bez znaczenia. Ona się nie spotyka, aby do czegoś dochodzić, tylko po to, aby w telewizji wyglądało, że się spotyka. I przy tym gada swoim stylem logorei (słowotokiem) – bez merytorycznego składu i ładu.

W Europie mają zabawę po pachy. Klownica.

TVP Info zrobiło sondę wśród polityków, jak to PiS wspaniale rządzi.

W sondzie gadzinówki TVP Info wystąpili tylko politycy PiS, którzy byli wielce „obiektywni”.

Poziom dna został obniżony, ale dno ma tendecję spadkową. I będzie się dalej się obniżać, bo szmal jest.

Posłowie PiS są mistrzami obelgi.

Na komisji spraw zagranicznych niejaki gamoń Dominik Tarczyński obrażał bardzo dobrego dziennikarza „Wyborczej” Pawła Wrońskiego: „Masz siedzieć cicho, cyngiel wyborczej, prowokator”.

W amoralności i tak Tarczyński nie dorówna prezesowi, który jest mistrzem.

A poza tym Średniowiecze. Kobiety jako inkubatory i kuchty.

Pod okupacją PiS cofnęliśmy się cywilizacyjnie do Ciemnogrodu, w którym rządzą kołtuny.

>>>

Jarosław Kaczyński i śmierć brata Lecha: zrobił ten, kto odniósł korzyść

Dziennikarz Wojciech Maziarski odniósł się do słów Jarosława Kaczyńskiego, które wypowiedział na ostatniej miesięcznicy.

Kaczyński powiedział: „Nie byłoby tego, co jest dziś bez Śp. Lecha Kaczyńskiego”

Maziarski logicznie prezesowi PiS wyłożył, co następuje:

Klasyka, panie i panowie. Zarówno w historii i psychologii – pcha się kogoś bezwiednie do czynu, zdarzenia, aby je samemu wykorzystać.

Za śmiercią Lecha Kaczyńskiego stoi zysk Jarosława Kaczyńskiego.

Jarosław K. wcale nie musiał zostać złapany z dymiacym stingerem. Został złapany z wypychaniem swego brata przed szereg, Lech tak się często bał, że wyraz jego twarzy mówił: znowu narobiłem w gacie.

Porucznik Columbo powiedziałby wychodząc z Nowogrodzkiej i zagle zatrzymując się w drzwiach: – Zapomniałbym, proszę się nie ruszać, zaraz wracam z kajdankami. Proszę tymczasem rozmasować nadgarstki, może uwierać!

Kaczyński na miesięcznicy zrezygnowany, nie da się kupić ekspertów zagranicznych, aby rżnęli społeczeństwo polskie, jak on i Macierewicz

Uff…

To już 90. miesięcznica. Te obrazki z Kaczyńskim wpiszą się do absurdaliów polskich. Jaką można być karykaturą człowieka, jakim pokracznym intelektualnie, duchowo i moralnie.

Ze śmiechu przepona boli, gdy widzi się Kaczyńskiego w takiej operetkowej sytuacji.

Cóż takiego powiedział w 90. miesięcznicę?

„Będzie pomnik i będzie prawda, albo powiedzenie Polakom, że się jej do końca ustalić nie da”.

A co mówił wcześniej? „Dochodzimy do prawdy…”

Proszę! Nie da się. Kłamcy nie mogą za pieniądze znaleźć kłamców, którym z kasy państwowej są gotowi zapłacić każdą sumę.

Kłamcy nie mogą pojąć, że inni jednak wolą nie kłamać. Nie każdego da się kupić, panie Kaczyński, przepraszam: „kanalio”, „mordo zdradziecka”.

Jeszcze zostało 6 odcinków miesięcznic.

Antoni Macierewicz wynalazł kolejny instytut, który będzie badał winę Tuska i Putina w katastrofie smoleńskiej.

Jaki?

Wiadomo, najlepszy na świecie.

Macierewicz: „Na razie zachowam te informacje dla siebie, znajdujemy się w sytuacji w której ta sprawa, wyjaśnienie dramatu smoleńskiego to nie tylko kwestia sporu intelektualnego.”

Już były najlepsze na świecie instytuty brytyjskie, hiszpańskie, włoskie. Ile wydano szmalu, aby namówić do oszustwa?

Panie Macierewicz! Najlepszy instytut  na świecie znajduje się w Burkina Faso. Jest umiejscowiony na głównym placu stolicy Wagadugu, na palmie, która tam rośnie.

A tymczasem Macierewicz znalazł jakieś materiały w MON dotyczące katastrofy smoleńskiej, ktore obciążają Donalda Tuska. Zostały przesłane do Prokuratury Krajowej.

Poważnie!

Znaczy się, że ministerstwo obrony zostało przeniesione do Tworek. Kaftan bezpieczeństwa dla Macierewicza to mało. On wywoła jakąś wojnę.

Szweja Macierewicz.

Były minister obrony Tomasz Siemoniak odpowiadał w Radiu Zet na „zarzut” tworkowicza Macierewicza, że „polska armia za czasów PO miała bronić Berlina, a nie Warszawy”, tak wyraził się pacjent Macierewicz dla tygodnika braci Karnowskich „W sieci prawdy”.

Siemoniak po prostu nazywa, jak ja tutaj: „To kompletne, nieodpowiedzialne bzdury. Macierewicz opowiada bajki. To walka polityczna i eksperci w NATO są zażenowani tego rodzaju dywagacjami”.

Nasi sojusznicy to widzą i słyszą. W Polsce za obronę kraju odpowiada taki pacjent Tworek.

Duda dalej targuje się z Kaczyńskim na temat uchwał sądowniczych, jak najkorzystniej dla siebie rozwalić niezależność sądów.

Dojdzie do kolejnego spotkania. Nazywane jest to konsultacjami.

A to jest handelek bezprawiem. Kto tego bezprawia więcej dla siebie zagarnie. Duda czy Kaczyński?

Coraz więcej wiadomo o nowej ordynacji wyborczej, która powinna nosić tytuł: „Jak PiS ma wygrać wszystkie wybory, zwłaszcza te przegrane?”

JOW-ów w ogóle nie będzie. Będą dwie komisje wyborcze. Jedna, która siedzi podczas oddawania głosów, a druga, która liczy głosy. I w tej ostatniej może być clou do oszustw.

Ale to z pewnością nie wszystko. Bo tyle tylko pierednął kiepściutki intelektualnie Karczewski. Dyktatura zakłada pętlę społeczeństwu obywatelskiemu, naszym wolnościom i demokracji.

Post Navigation