Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Mirosław Różański”

Przydupas Andrzeja Dupy, przepraszam: Dudy, Krzysztof Szczerski jest niechciany przez NATO. Na Zachodzie poznali się na pisowskich ancymonkach

Krzysztof Szczerski (Kancelaria Prezydenta) nie otrzyma prestiżowej posady wiceprzewodniczącego w NATO.

Kmicic z chesterfieldem

„Podobno prezes zapowiada pojednanie z opozycją, czyli pakiet demokratyczny 2.0. Super. Pewnie teraz poseł Nitras nie będzie płacił kary na każdym posiedzeniu tylko co drugim, a posłowie opozycji dostaną tyle czasu na wypowiedź, że zdążą dojść na mównicę, zanim im mikrofon wyłączą” – tak skomentował jeden z internautów kolejną już Jarosława Kaczyńskiego zapowiedź łagodzenia nastrojów przed wyborami. O tej wcześniejszej pisaliśmy w artykule „Kaczyński zapowiada koniec z agresywnym językiem. Słyszycie mordy zdradzieckie i kanalie?”.

Prezes PiS w dzisiejszym wywiadzie dla Polskiej Agencji Prasowej zapowiedział, że „do wyborów przedstawimy propozycję porozumienia, które miałoby zakończyć wojnę na polskiej scenie politycznej”. Swoim zwyczajem, szczegółów nie podał…

Internauci nie uwierzyli w te zapewnienia: – „Będziecie pisać u Przyłębskiej na obiedzie? To zaproście jeszcze Piotrowicza i Ziobrę”; – „I to się nazywa wiarygodność? Przed wyborami obiecać łagodny język, pakiet demokratyczny, a po wyborach wyzywać od kanalii zdradzieckich mord! Jak można tak traktować Polaków?”;

„To tylko…

View original post 786 słów więcej

 

Morawiecki Ziobrę, czy Ziobro Morawieckiego? Kto zawiśnie za żebro?

Co naprawdę myśli Mateusz Morawiecki o Polakach? Pokazały to . Teraz pokaże to całej Polsce kolejny ! Podajcie dalej!

Ruszył

Największa grupa respondentów (49 proc.) uważa, że premier Mateusz Morawiecki powinien podać się do dymisji po opublikowaniu nagrań z afery podsłuchowej. Przeciwnego zdania jest co czwarty ankietowany, a zdania w tej sprawie nie ma 27 proc. badanych.

>>>

Według politologa prof. Antoniego Dudka wynik tego sondażu to fatalna wiadomość nie tylko dla premiera, ale i prezesa Jarosława Kaczyńskiego, który przeforsował go na to stanowisko. – Odsetek przeciwników dymisji Mateusza Morawieckiego jest znacznie mniejszy od odsetka zwolenników PiS oscylującego wedle innych badań w przedziale 35-45 proc. Jeśli premierowi nie uda się przekonać do swoich racji większości z 27 proc. nie mających zdania w tej sprawie, a podobne wyniki potwierdzą kolejne badania, to premier Morawiecki z wyborczej lokomotywy PiS, może się zamienić w najcięższy wagon do niej przyczepiony – komentuje.

Jeszcze przed wypłynięciem nagrań, dymisji premiera domagał się Grzegorz Schetyna w związku z tym, że Morawiecki musiał prostować swoją wypowiedź na temat inwestycji realizowanych przez rząd PO-PSL.

Od wybuchu afery podsłuchowej prezes PiS Jarosław Kaczyński i premier Mateusz Morawiecki dzwonią do siebie po kilka razy dziennie. Spotykają się co kilka dni. Wszystko ze sobą konsultują – co Morawiecki ma powiedzieć na wiecu, ile pieniędzy może obiecać na inwestycje w regionach podczas podróży po kraju. Kaczyński odetchnął z ulgą, bo według badań zamówionych przez PiS afera podsłuchowa na razie nie załamała poparcia dla partii. Bliski doradca prezesa mówi mi, że zmiany w poparciu dla PiS i premiera są w granicach błędu statystycznego. Zaufanie do Morawieckiego spadło o 1 punkt procentowy, a notowania PiS wzrosły o jeden punkt. Dlatego w PiS uważają, że ujawnienie nagrań raczej nie wpłynie na wynik wyborów samorządowych.

Według mojego rozmówcy Kaczyński początkowo obawiał się, że ujawnione nagrania negatywnie odbiją się na poparciu dla PiS i premiera w twardym elektoracie, bo wyborcy PiS uznają, że Morawiecki jednak nie jest swój i pozostał „banksterem”. Dlatego w PiS zapadła decyzja, że na finiszu kampanii samorządowej trzeba się zająć przede wszystkim utwardzaniem własnego elektoratu. Bo mógł zwątpić w Morawieckiego, który jest twarzą kampanii. Na ujawnionych nagraniach premier chwali kanclerz Niemiec Angelę Merkel, sam siebie nazywa liberałem i mówi, że ludzie powinni obniżyć oczekiwania, bo gdy „po wojnie i w jej trakcie zap… za miskę ryżu, to gospodarka się rozwijała”. Dla wyborców PiS, którzy od trzech lat słyszą szefa rządu popierającego rozdawanie pieniędzy i jego zapewniania, że Polacy powinni zarabiać tyle, co ludzie na Zachodzie, to mógł być szok. W innym fragmencie nagrania Morawiecki, wówczas prezes BZ WBK, komentując reklamę banku z Chuckiem Norrisem, mówi, że „ludzie są tacy głupi, że to działa. Niesamowite”.

Kłopotliwa taśma Morawieckiego

Ziobro stoi za ujawnieniem nagrań premiera?

Według moich rozmówców Morawiecki jest przekonany, że za ujawnieniem nagrań stoi minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Jako prokurator generalny dokładnie wiedział, co jest w materiałach śledztwa w sprawie afery podsłuchowej i co jest w nagraniach. Mógł zainspirować dziennikarzy, żeby je ujawnili. Ziobro od trzech lat wojuje z Morawieckim o wpływy w spółkach skarbu państwa. Zaufany współpracownik szefa rządu zwraca uwagę, że minister sprawiedliwości milczał przez tydzień po ujawnieniu nagrań. Dopiero w poniedziałek tydzień temu wystąpił na konferencji prasowej i mówił, że należy zadać pytanie o apolityczność sędziów Sądu Najwyższego, którzy udostępnili dziennikarzom akta sprawy. Podczas rozmowy z Jarosławem Kaczyńskim Morawiecki przyznał, że podejrzewa Ziobrę o zainspirowanie dziennikarzy. Przekonywał prezesa, że konflikt trzeba wreszcie przeciąć.

Kilku rozmówców w PiS uważa, że jeśli wynik wyborów samorządowych będzie zły albo średni, to zacznie się szukanie winnych. A skoro Morawiecki jest nie do ruszenia, bo ma być twarzą partii nie tylko w kampanii samorządowej, ale także w kampanii do Parlamentu Europejskiego i parlamentarnej w 2019 roku, to może paść na Ziobrę.

– Morawiecki będzie mógł powiedzieć, poprowadzę was do wyborów, ale nie w tych warunkach, kiedy co chwilę ktoś podstawia mi nogę – mówi ważny polityk PiS. Dodaje, że Kaczyński pewnie zgodzi się na wszystkie propozycje Morawieckiego. To może oznaczać, że po wyborach samorządowych wróci pomysł wysłania Ziobry do Parlamentu Europejskiego. Jest pytanie, czy minister sprawiedliwości da się wypchnąć. Gdy powstawała koalicja Zjednoczonej Prawicy, mówił, że chce kandydować do PE. Ale później jego chęć startu osłabła. W umowie koalicyjnej, którą Zjednoczona Prawica odnowiła w grudniu, zapisano jedynkę na Mazowszu do europarlamentu dla wicemarszałka Senatu Adama Bielana z partii Jarosława Gowina, dwójkę na Dolnym Śląsku dla Beaty Kempy z Solidarnej Polski Ziobry i trzecie miejsce w Małopolsce także dla SP. Współpracownicy prezesa pytali wtedy Ziobrę, czy będzie startował. Odpowiedział, że jeszcze nie zdecydował, ale raczej nie.

– Jeśli Zbyszek będzie w stanie się obronić, to zostanie w Polsce. A jeśli uzna, że Morawiecki jest zbyt silny, to ucieknie na pięć lat do Brukseli – mówi doradca Kaczyńskiego.

Ale nawet jeśli Ziobro zostanie w rządzie, to jest praktycznie przesądzone, że za aferę podsłuchową zapłaci osłabieniem wpływów w spółkach skarbu państwa. W otoczeniu Kaczyńskiego coraz bardziej umacnia się przekonanie, że cała kampania przeciwko Morawieckiemu jest zasilana pieniędzmi ze spółek kontrolowanych przez ludzi Ziobry. I nieważne, czy to jest prawda, czy nie. Ważne, że Kaczyński coraz bardziej zaczyna w to wierzyć.

Nie boicie się jeszcze? To już czas zacząć. Kaczyński chce, żeby było gorzej. O jak on chce, to dostaje. „Zależy nam na tym, aby poziom życia zmniejszał się”…

Co naprawdę myśli Mateusz Morawiecki o Polakach?

Pokazały to #TaśmyMorawieckiego. Teraz pokaże to całej Polsce kolejny #KonwójWstydu!

Holtei

Niedziela 7 października. Morawiecki: środki z Unii pomagają naprawiać chodniki

Premier Mateusz Morawiecki stwierdził podczas spotkania wyborczego z mieszkańcami Dębicy, że rząd PiS odzyskał z podatku VAT więcej pieniędzy niż Polska otrzymuje z dotacji Unii Europejskiej. „Pozyskaliśmy więcej środków od bandytów, mafii VAT-owskich, przestępców podatkowych. To jest w budżecie […], więcej środków od tych bandytów, którzy swobodnie sobie hulali po państwie polskim za czasów PO i PSL, więcej środków odzyskaliśmy niż środki unijne. Środki unijne są ważne, cieszymy się z nich. One nam pomagają odnawiać chodniki. Ale dużo więcej dobra przynosi rząd Prawa i Sprawiedliwości”.

Poniedziałek 8 października. III RP według Gadowskiego

Witold Gadowski napisał w „Sieciach”: „III RP nie istnieje – w zamian zaserwowali nam zuchwałą i prostacką podróbkę – coś, co z natury budzi niesmak i zwątpienie. »Spawacza« Jaruzela zrobili prezydentem, Kiszczaka ministrem, Siwickiego ministrem, a na premiera obrali dygota i zaprzańca, który chciał kary dla biskupa Kaczmarka. …

View original post 6 083 słowa więcej

Katastrofa w Wojsku Polskim. Duda, Błaszczak, Macierewicz osłabiają obronność Polski

„Kler” Wojciecha Smarzowskiego rozpalił emocje zanim wszedł na ekrany polskich kin. O tym, że nie zobaczą go mieszkańcy Ostrołęki i jak reżysera potraktowała telewizja kierowana przez Jacka Kurskiego w artykule „Cenzura w TVP zaszalała. Smarzowskiego wycięto z gali Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych”.

Na temat filmu postanowił wypowiedzieć się na Facebooku jezuita Dariusza Kowalczyk. – „Mamy nowy etap. Do niedawna rodzime lewactwo ubolewało, że KK ma twarz Rydzyka, a powinien mieć twarz JPII. Ale teraz wraz z wejściem „Kleru” do kin lewactwo ogłosiło, że winnym pedofilii w KK jest JPII. Czyją w tej sytuacji twarz powinien mieć KK? Pieronka? Lemańskiego? Wiem! Michnika!”.

Kowalczykowi odpowiedział wymieniony przez niego ksiądz Wojciech Lemański. – „Ulało się jezuicie, co to się uważa za bardziej katolickiego od papieża Franciszka, co ślepy jest na bezduszność Polaków wobec uchodźców, co głuchy jest na bluzgi prezesa, kłamstwa premiera i nocne tweety prezydenta. Mam nadzieje, że twarz tego przedstawiciela polskiego kleru nikomu się dobrze nie kojarzy. Szukam jego zdrowej chrześcijańskiej reakcji po Tylawie, po Tarchominie, po Dominikanie, po Poznaniu, po Bochni, po Gdańsku… nie znajduję. On broni KK przed lewactwem. Dla niego duchowni z „Kleru” to koledzy po fachu, takich się nie rusza. A od bp. Pieronka i red. Michnika odwal się klecho, bo im do pięt nie dorastasz” – napisał ks. Lemański na Facebooku.

Internauci też komentowali wpis Kowalczyka. – „Chyba zapomniał, że Kościół przede wszystkim powinien mieć twarz Chrystusa. Przez takich jak on Chrystusa już dawno tam nie ma”;

„Coś się księdzu popiórkowało. To nie z nadejściem filmu. To księżowska pedofilia, zbrodnie przeciwko małym dzieciom otworzyły temat. Nie trzeba się chować za okrzykami: lewactwo. Trzeba umieć pokornie przyjąć na klatę fakt upadku moralnego wielu polskich duchownych. Doradzam brać miotłę i robić porządki u siebie. A imienia JPII nie tykać”.

Były dowódca generalny rodzajów sił zbrojnych gen. broni Mirosław Różański dosadnie podsumował na Twitterze informacje podane przez Tomasza Dmitruka. Dziennikarz pracuje dla portalu DziennikZbrojny.pl i „Nowej Techniki Wojskowej”. – „Do tej pory o tym nie pisałem, ale również w 2017 roku z budżetu MON na zadania MSWiA wydano 300 mln PLN. Łącznie w latach 2017-2019 na program modernizacji służb MSWiA i LPR z budżetu na obronność zostanie wydana kwota niemal 1,23 mld PLN. Tak patrząc można z budżetu na obronność budować np. autostrady. Zapewniają szybkie wsparcie NATO. Też w interesie obronności. Chodzi o nierobienie fikcji. To takie oszukiwanie samego siebie, aby tylko politycznie pokazać, że wydajemy na obronność 2% PKB….” – napisał Dmitruk na Twitterze.

Wpis dziennikarza tak skomentował gen. Różański: – „To jest systematyczne rozbrajanie polskiej armii, wiele jest takich informacji, których nie możemy publikować”.

„Dziwne pomysły. Pieniądze z MON do MSWiA, a potem otwieramy Fundusz Obrony Narodowej i zbieramy na MON. To jakieś rosyjskie podejście” – napisał gen. Jarosław Stróżyk, gen. bryg. w stanie spoczynku. O tym Funduszu w artykule „Coraz bardziej groteskowe pomysły PiS”.

Na miejsce słabego i zmęczonego resortem Mariusza Błaszczaka ostrzy sobie zęby ambitny Michał Dworczyk. Przygotowanie gruntu do zmiany na szycie w MON już się zaczęło. Dlaczego? Błaszczak coraz gorzej radzi sobie w resorcie, co potwierdzają źródła zbliżone do ministerstwa obrony.

– Jego i jego ekipę traktuje się jako „coś przejściowego”. Widać, że Błaszczak nie polubił wojska. Nie ma w nim żadnego zapału – twierdzą informatorzy.

Urzędnik w Pałacu Prezydenckim: – , ale prezydent i BBN namawiali go, by się nie śpieszył. Dla nas to dobry, niekonfliktowy minister.

Polityk PiS: – Michał Dworczyk jest niezwykle ambitny. Mierzy wyżej niż stanowisko szefa Kancelarii Premiera, które dziś zajmuje. Na pewno nie odmówiłby fotela szefa MON.

Mariusz Błaszczak, na początku tego roku, poszedł do MON i to bardzo niechętnie. Nie mógł jednak odmówić nominacji. Na „obronę” rzucił go sam prezes PiS.

Spokój w MON

To była potrzeba chwili – przejąć po resort, uspokoić sytuację, załagodzić konflikt z prezydentem i zapewnić sojuszników z NATO, że wszystko jest pod kontrolą.

Tomasz Siemoniak (PO, były szef MON): – To tak jakby po epoce szalonego Chruszczowa, który wszystkim groził wojną i walił butem w pulpit mównicy w ONZ, nastała epoka Breżniewa. Spokój i stagnacja.

Błaszczak z prezydentem dogadał się bardzo szybko. Urzędnik w Pałacu Prezydenckim: – Prezydent i minister mają chemię. Są z tego samego pokolenia, dogadują się.

„Swoi” dowódcy

Nie chciał poprzestać na obsadzeniu stanowisk cywilnymi urzędnikami. . Gdy zmieniano szefa Sztabu Generalnego Błaszczak opowiadał, że kandydat powinien mieć dwie cechy: oficerem został po 89 roku i nigdy nie powie ‘nie’ ministrowi.

To przekreślało ówczesnego szefa generała Leszka Surawskiego.

Źródło zbliżone do MON: – Dziwne, bo generał Surawski „mentalnie” pasował do PiS.

Surawski – oficer z długoletnim doświadczeniem liniowym – ostro ścinał się z urzędnikami od Błaszczaka, wytkał im brak znajomości wojska, nie chciał godzić się na kompromisy. Minister postanowił się go pozbyć.

Z ręki Błaszczaka „padł” też pułkownik Arkadiusz Mikołajczyk. Stracił stanowisko dowódcy 3. Podkarpackiej Brygady Obrony Terytorialnej, po tym jak na przysięgę żołnierzy zaprosił Antoniego Macierewicza, którego traktował jak ministra. Dla Błaszczaka było to zbyt wiele. Zareagował błyskawicznie.

Wojsko się sypie

Tuż przed świętem marynarki wojennej minister w trybie natychmiastowym odwołał Kontradmirała Mirosława Mordela, który publicznie wyraził żal, że „oddala się perspektywa pozyskania okrętu podwodnego nowego typu”.

Zresztą święto marynarki było dość smutne. Jedna z naszych jednostek pływających zepsuła się w trakcie parady, tak samo jak śmigłowiec, jeden z trzech radzieckich Mi 14, które uświetniały uroczystości.

Źródło w MON: – Pięknie było widać, że Marynarka Wojenna jest trupem.

Oko premiera

Wyjściem z impasu miał być zakup przechodzonych (niektóre mają ponad 30 lat) fregat Adelaide w Australii. Błaszczak zapalił się do idei. Jego zapał zgasił skutecznie premier.

Akcja była brutalna – minister chwalił się porozumieniem w TV Trwam. W przerwie programu dostał telefon od premiera, że nie będzie żadnych zakupów.

Polityk PiS: – Po akcji Adelaida oko Morawieckiego spoczęło na MON. Uznał, że Błaszczak chyba sobie nie radzi. Zaczął rozważać dymisję. Do fotela w MON przebiera nogami Michał Dworczyk.

Dla Dworczyka to byłby awans i to w idealnym momencie. Bo PiS planuje w przyszłym roku dać żołnierzom spore podwyżki. A to znaczy, że już na starcie będzie miał armię za sobą.

Pozostaje pytanie o lojalność.

Dworczyk był przecież wiceministrem u Macierewicza. Uchodził za jego człowieka. Czyim jest „człowiekiem”? Premiera? Macierewicza?

Polityk PiS: – Macierewicza opuścił. Relacje między nimi są chłodne. Otoczeni byłego ministra uważa Dworczyka za zdrajcę.

Morawiecki na razie ma na głowie wybory samorządowe w które zaangażował się osobiście. Ich wynik determinuje kolejne wydarzenie. Jeśli wyjdzie z nich zwycięski i wzmocniony będzie miał czas i moc na rządowe rekonstrukcje. A wiadomo, że ma ochotę na jakieś zmiany jeszcze przed wyborami do Parlamentu Europejskiego.

Andrzej Karmiński na koduj24.pl pisze o cudzie, które zbliża się wraz z PiS.

W państwie PiS władza musi mieć nadzór nad każdym i każdemu powiedzieć może: – Dzięki nam masz teraz trochę lepiej niż miałeś, ale spróbuj fiknąć, to dopadniemy cię bez żadnego trybu!

W alternatywnej Polsce, którą szczegółowo opisują partyjno-rządowe media, każda inicjatywa PiS jest genialna, wszystkie działania władzy kończą się sukcesem, a Jarosław Kaczyński coraz bardziej przypomina króla Midasa – wszystko czego dotknie, obraca się w szczere złoto. O magicznych umiejętnościach partii obecnej władzy głośno było już podczas ostatnich wyborów. Uwierzył w nie jedynie co piąty wyborca, ale to wystarczyło. A potem rozwiązał się worek z sukcesami.

Sromotna porażka 27: 1 okazała się wielkim zwycięstwem, a przylot z Brukseli skompromitowanej Beaty Szydło fetowany był jak powrót Sobieskiego spod Wiednia. Sukces gonił sukces.  Słupki poparcia poszły w górę i Dobra Zmiana runęła na nas z pełnym impetem. Okrzyki „my damy radę!” skutecznie zagłuszyły trzeźwe głosy opisujące skutki polityki wrzącej wody i wskazujące na koszty obietnic – straty w poparzonych ludziach i w utopionym majątku. Kolejni Polacy uwierzyli w geniusz wodza, którego świetlane wizje przesłoniły, jak mgłą smoleńską, skomplikowane relacje między obietnicą a możliwością jej realizacji. Wizja Wielkiej Polski z wielką kasą zatarła różnice między sukcesem, klęską i zdrowym rozsądkiem. Ruszyła masowa produkcja zwycięstw, osiągnięć i wyczynów.

Gdy premier ogłosił, że jego poprzednicy nie zbudowali ani jednej drogi, ani nawet połowy mostu, obecne żałosne wyniki budownictwa drogowego stały się fantastycznym dokonaniem. Reforma oświatowa, która bez najmniejszego powodu wywróciła do góry nogami system organizacyjny szkół, programy nauczania i stabilny porządek życia milionów małych Polaków, okazała się wielkim sukcesem minister Zalewskiej. Minister Macierewicz odszedł w chwale po zakończeniu reformy armii, która była tak znakomita, że uzbrojenie okazało się już niepotrzebne, a nowy minister do dzisiaj reformuje tę reformę. Dzięki wycince zbędnych drzew ministrowi Szyszce, według premiera „jednemu z najlepszych w tym rządzie”, udało się pozyskać tysiące hektarów na budownictwo mieszkaniowe oraz mnóstwo drewna przydatnego do budowy domów.

Każdy z ministrów obecnego rządu pochwalić się może jakimś niebywałym sukcesem. Owszem, niektórzy przestali być ministrami, ale wymieniano ich tylko dlatego, ze znaleziono jeszcze świetniejszych. To element polityki kadrowej PiS, objawiającej się również średnio trzykrotną w ciągu roku wymianą prezesów największych spółek skarbu państwa. Nowi prezesi są tak fantastyczni, że konkursy stają się niepotrzebne. Ale i ustępujący muszą być znakomitymi fachowcami, bo nawet gdy przepracowali ledwie 2-3 miesiące, to zasługują na sowite premie i na odprawy, zapewniające im łagodny transfer na nowe stanowiska państwowe, gdzie osiągać będą kolejne wspaniałe sukcesy.

„Sukcesów” PiS nie weryfikują zagorzali wyborcy tej partii. Przyjmują je na wiarę, bo tak jest łatwiej, a i w konfrontacji z odmienną wersją prawdy wygodniej jest trzymać się swojej opinii niż testować nową. Kłamstwo, szczególnie w postaci ekscytującej sensacji, samo wkrada się do umysłów, natomiast prawdę wbija się do głów długo i z trudem. Zresztą w świecie fałszywek, podrabianych dokumentów, fake newsów i fotoszopu dowody niczego nie dowodzą. Chyba, żeby takie fałszywe sukcesy wrzucić na billboardy, zapakować na lawety i ruszyć w lud, głosząc niesławę polityków, których legalnie nazwać można oszustami. Chyba że opozycja znajdzie skuteczniejsze sposoby demaskowania fałszywych piewców wiekopomnych dokonań w niszczeniu demokracji. Chyba że dotrze do nich, że kłamstwo i oszustwo nie są bezimienne. Jeśli to się nie uda, to przygniecie nas fala sukcesów PiS.

Żadna zmiana nie okazała się tak dobra jak przebudowa sądownictwa, która budzi nieustające zachwyty rządzących i ich funkcjonariuszy. Prawniczy świat obserwuje ich zabiegi z osłupieniem, a pozostali mieszkańcy cywilizowanego świata zachodzą w głowę, w jaki sposób jednemu niezrównoważonemu człowiekowi, otoczonemu grupą słabo rozgarniętych kombinatorów, udało się wmówić Polakom, że oczywista demolka państwa prawa jest naturalną metodą budowy systemu bardziej demokratycznego niż dotąd. Jak przekonano Polaków, że praworządność wymaga kontroli partyjno-rządowych nadzorców? Cywilizowane społeczeństwa Europy pytają jak to możliwe, że naród, który dawał sobie radę z kłamliwą propagandą bardziej jeszcze opresyjnego reżimu, okazał się tak bezwolny wobec oczywistej grabieży wolności i demokratycznych praw. Trudno zrozumieć, dlaczego tylko nieliczni wychodzą na ulicę gdy tsunami Kaczyńskiego i Ziobry zatopiło już demokratyczny systemem stanowienia i egzekwowania prawa i właśnie przechodzi w fazę niszczenia wybranych prawników, ośmielających się podważać sukces reformy sądownictwa. Wyjaśnienie tego fenomenu jest dla Polaków albo kompromitujące (kupili ich za 5 stów), albo dramatycznie przygnębiające (w Grecji wysokie notowania rządu socjalistów, który zdobywał poparcie rozdając pieniądze i powiększając deficyt budżetu, utrzymywały się do chwili, gdy runęła gospodarka).  Z punktu widzenia interesów PiS można więc mówić o niedocenianym sukcesie grupy trzymającej władzę.

Sukces rodzi sukces. Bezkonkurencyjnym akuszerem jest premier Morawiecki objeżdżający Polskę z dobrą nowiną. Snuje wizję Polski do niedawna drewnianej, którą Jarosław Wielki pozostawi zamurowaną na amen, a także głosi chwałę swojego dziecka – Konstytucji Biznesu. – To najważniejsza reforma polskiego prawa gospodarczego od 30 lat! – zachwyca się pan premier, przekonany, że zanęci tysiące nowych inwestorów. Ale póki co nie zanęca.  Forum Obywatelskiego Rozwoju uważnie przeanalizowało ów dokument i nie dostrzegło w nim nic oprócz propagandy sukcesu. Konstytucja dla Biznesu zdaje się konkurować z Konstytucją prawdziwą, przeciwstawiając jej charakterystyczną dla PiS metodę stanowienia prawa. Charakterystycznym przykładem jest tu realizacja sztandarowego przepisu ograniczającego liczbę i czas kontroli w firmach. Owszem, uciążliwych kontroli jest mniej, ale tak naprawdę urzędnik może powołać się na przepisy szczególne lub uznać daną sytuacje za wyjątek i zrobić z niepokornym przedsiębiorcą niemal co zechce. Bo w państwie PiS władza musi mieć nadzór nad każdym i każdemu powiedzieć może: – Dzięki nam masz teraz trochę lepiej niż miałeś, ale spróbuj fiknąć, to dopadniemy cię bez żadnego trybu!

Waldemar Mystkowski pisze o kłamstwach delfina prezesa PiS.

W PiS role są podzielone. Jarosław Kaczyński szczuje, Mateusz Morawiecki kłamie z namiętnością. Prezes poszczuł patriotów na sędziów, zarzucając tym ostatnim brak patriotyzmu i niechęć do własnego narodu, nazywając nawet to zjawisko ojkofobią. Obawiam się, że określenie prezes nie wziął z greki – ojkos i fobos (strach przed domem) – lecz od zachowania Tadeusza Rydzyka, który widząc nadmiar prezentów od wiernych zwykł machać rękami i mówić: oj tam, oj tam.

W ten sposób podzielone zostały role na dobrego i złego policjanta, jeden szczuje, drugi dobrodusznie kłamie. I za to ciepłe podejście do narodu Morawiecki został nagrodzony licznikiem, który tyka tylko dla niego, nosi miano Mateuszek Kłamczuszek.

Wyliczono mu już 87 kłamstw w kampanii samorządowej, licznik został zainstalowany w Kielcach. Szkoda, że nie w Warszawie naprzeciw Kancelarii Premiera, ale to nic straconego.

Nieformalny koalicjant PiS Kościół katolicki został trafiony w splot słoneczny przez Wojciecha Smarzowskiego filmem „Kler”, do tego stopnia cios był celny, że TVP zarządzane przez Jacka Kurskiego ocenzurowała wypowiedź reżysera z gali nagród na Festiwalu Polskich filmów Fabularnych w Gdyni.

Morawiecki za to włazi klerowi w łaski bez mydła, ogłosił w Wąwolnicy, iż „dzięki wstawiennictwu Matki Boskiej Kąbelskiej, Matki Boskiej Wąwolnickiej i oczywiście dzięki walce naszego narodu z najeźdźcą odparte zostały najazdy tatarskie, hordy mongolskie”. Do tego cudu wg Morawieckiego doszło przed 740 laty.

W kler i jego moralność jednak nie wierzy naród tak, jak premier. W sondażu na temat pedofilii w tej instytucji 73 proc. badanych nie wierzy, aby hierarchowie Kościoła katolickiego radzili sobie z problemem pedofilii wśród duchownych. Wiarę daje tylko 11 proc.

Gdyby nasz naród składał się z jednej płci – tej piękniejszej – PiS nie rządziłby. W sondażu dla „Wysokich Obcasów” PiS może pochwalić się poparciem 28 proc. kobiet, a Koalicja Obywatelska 27, lecz uwzględniając poparcie dla innych partii, znaczyłoby to utratę władzy przez ugrupowanie Kaczyńskiego. Mężczyźni zawodzą, bo odpowiedni stosunek wygląda jak 40 do 17.

Grzegorz Schetyna, jak kobiety, ma złe wieści dla PiS, o czym powiedział w Gorzowie Wielkopolskim: „Ich koniec jest bliski, bo za rok są wybory parlamentarne i zrobimy wszystko, żeby ich odsunąć od władzy”.

>>>

Duda to wyimaginowany prezydent. Władza PiS upadnie z głupoty

– Stawiamy bardzo jasne pytanie: czy służby rosyjskie miały wpływ na nagrywanie polityków PO w 2014 r. i czy w konsekwencji miały wpływ na wybory parlamentarne w 2015 r – mówi Joanna Kluzik-Rostkowska, kierująca zespołem śledczym Platformy Obywatelskiej ds. zagrożeń bezpieczeństwa państwa. W posiedzeniu brał też udział były szef ABW Krzysztof Bodnaryk: – Polska jest celem pierwszoplanowym dla działań rosyjskich służb specjalnych.

Jaka rola Falenty?

Powołany przez PO zespół śledczy ds. zagrożeń bezpieczeństwa państwa zajmował się dziś „rolą Marka Falenty i PiS w strategii rosyjskich służb specjalnych”. Gościem zespołu był były szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego gen. Krzysztof Bondaryk.

Impulsem do analizy roli Marka Falenty i jego kontaktów z rosyjskimi służbami był zeszłotygodniowy numer „Polityki”, gdzie po wielomiesięcznym śledztwie tygodnik ustalił, że tzw. afera podsłuchowa, która doprowadziła do wygrania wyborów przez PiS, była rozgrywana przez rosyjskie służby.

Z ustaleń tygodnika wynika, że zleceniodawca podsłuchów biznesmen Marek Falenta miał dług wobec rosyjskiej spółki, który sięgał 20 mln dolarów. Aby spłacić zaległości, zdecydował się współpracować z ludźmi z otoczenia PiS.

– Pytania stawia sobie Wielka Brytania, Hiszpania, Niemcy. My nie jesteśmy samotną wyspą. Bardzo byłabym zdziwiona, gdyby okazało się, że służby specjalne Rosji angażują się w różne wybory polityczne w innych krajach, a Polska jest od tego wolna – uważa Joanna Kluzik-Rostkowska.

Bondaryk: Nie wszystkie taśmy ujrzały światło dzienne

Zdaniem generała Bondaryka zaskakujący jest fakt, że ujawniono nagrania tylko polityków Platformy, i to na wysokich rządowych stanowiskach. Tymczasem doniesienia medialne mówią o nagraniu ponad 100 osób.

– Tych nagrań było więcej, one są być może w dyspozycji nie tylko polskich dysponentów. Czy mogą być wykorzystane? Jeśli są, to będą. To oczywiste. Chyba że zawierają elementy, które można wykorzystać w inny sposób, poprzez bezpośredni szantaż osób – uważa Krzysztof Bondaryk.

Zdaniem Bondaryka śledztwo, które doprowadziło do skazania Marka Falenty na 2,5 roku więzienia, ograniczone zostało do minimum. – Z tego, co mi wspominał kiedyś mój następca, zawiadomienie dotyczyło również działalności w zorganizowanej grupie przestępczej. Te wnioski nie zostały przez prokuraturę uwzględnione. To jest pytanie, dlaczego tych wątków prokuratura wtedy nie podjęła – dodał.

Rosja nie chce silnej Polski

Krzysztof Bondaryk podkreślał, że Polska jako silny w UE kraj, jakim był w latach rządów poprzedniej ekipy, nie był na rękę Rosji. – Po 2013, 2014 r., kiedy zaangażowano siły na wsparcie przemian demokratycznych na Ukrainie, Polska stała się celem pierwszoplanowym dla działań rosyjskich służb specjalnych – uważa były szef ABW.

Zdaniem Bondaryka strategią Rosjan jest rozbicie UE, wypchnięcie USA z Europy i wprowadzenie podziałów wśród krajów UE.

– Teraz widzimy, że ta sprawa jest o wiele poważniejsza niż tylko kwestia nagrania rozmów polityków przez kilku kelnerów. Dotykamy fundamentalnej kwestii bezpieczeństwa państwa. Pojawiają się wątki nowe, jak coraz większy eksport węgla, w tym z Donbasu, nie zostawimy tego. Bardzo nas dziwi milczenie PiS w tej sprawie. Partia rządząca powinna być zainteresowana, aby te kwestie wyjaśnić – uważa Joanna Kluzik Rostkowska.

Gdy przez Sejm, niczym burza, przechodziła nowelizacja kodeksu wyborczego, w której sędziowski system przeprowadzania wyborów samorządowych został zastąpiony na urzędniczy tj. wybory mają być przeprowadzane przez pochodzących z politycznego nadania komisarzy wyborczych, opozycja alarmowała, że może to poważnie wpłynąć na ich uczciwość oraz znacznie zwiększyć ryzyko daleko idących nieprawidłowości podczas ich przeprowadzania. Tymczasem okazało się, że czarny scenariusz używania wyborczych urzędników do politycznej walki będzie miał miejsce już na etapie zgłaszania list wyborczych, zwłaszcza przez komitety nie związane z partią rządzącą.

Poprzez wprowadzenie niepozornej i w gruncie rzeczy niemal niezauważalnej zmiany w wymaganych dokumentach, jakie komitety wyborcze muszą złożyć do komisarzy wyborczych w celu zatwierdzenia zgłaszanych przez nie list, wielu potencjalnych kandydatów, zbierających podpisy pod listami na ostatnią chwilę może mieć poważny problem z zarejestrowaniem listy. Wszystko przez zmianę publikatora w formularzu oświadczenia lustracyjnego, które część kandydatów musi dołączyć do zgłoszenia listy. Dziś w tej sprawie posłowie opozycji zorganizowali konferencję prasową, podając przykład wyborczych komisarzy z Wałbrzycha.

– Okazało się, że jest niesamowity bałagan z tzw. oświadczeniami lustracyjnymi. Po ogłoszeniu wyborów, przypomnę 14 sierpnia, został ujawniony na stronach PKW wzór oświadczenia lustracyjnego, w którym treść tego oświadczenia lustracyjnego powołuje się na publikator z 2013 roku. W trakcie gry zostały zmienione reguły. Bowiem od 24 sierpnia,bez szczególnej reklamy i powiedziałbym alarmistycznych informacji, wprowadzono nowy wzór oświadczenia lustracyjnego, z publikatorem z 2017 roku – mówił Mariusz Witczak na konferencji prasowej w Sejmie.

– Są takie sygnały, jak np. komisarz w Wałbrzychu bardzo twardo odrzuca te oświadczenia i nie rejestruje tych kandydatów, którzy dysponują tym pierwszym załącznikiem. Cały bałagan i chaos jest wynikiem tego co nam zafundował Joachim Brudziński i Prawo i Sprawiedliwość. Natomiast nasz apel i prośba dzisiaj do Państwowej Komisji wyborczej, żeby bardzo szybko PKW, dała jednoznaczne wytyczne wszystkim komisarzom w Polsce, by oni respektowali dwa oświadczenia lustracyjne, dwa załączniki, które co do zasady są tożsame, tylko powołują się na inne publikatory – dodał Witczak.

Z regionów płyną też ostrzeżenia, że urzędnicy wyborczy są niezwykle skrupulatni, kwestionując prawidłowość złożonych pod listami podpisów w sposób bardzo wątpliwy, całkowicie uznaniowo i bez cienia dobrej wiary (każde drobne skreślenie, drobna nieczytelność itp. eliminuje dziesiątki podpisów). Takie zachowanie wyborczych urzędników fatalnie wróży także na okres powyborczych rozliczeń. Oczywiście obawiać się muszą głównie komitety opozycyjne.

Andrzej Duda na spotkaniu z wyborcami w Leżajsku określił Unię Europejską mianem „wyimaginowanej wspólnoty, z której dla nas niewiele wynika”. Powiedział to publiczne prezydent oraz były europoseł. Nic dziwnego, że spadła na niego fala krytyki, nie tylko posłów opozycji. – To, co mówi prezydent, jest połączeniem niemądrości, arogancji i braku kontaktu z rzeczywistością. Myślę zresztą, że przesadził nawet z punktu widzenia kolegów partyjnych – mówi w rozmowie z wiadomo.co Aleksander Smolar, prezes Fundacji im. Stefana Batorego. Przewiduje, że takie „zohydzanie” UE może być motywem przewodnim kolejnej kampanii wyborczej. Ale PiS jednak będzie kalkulował.

KAMILA TERPIAŁ: „Wyimaginowana wspólnota, z której dla nas niewiele wynika” – tak Andrzej Duda mówił podczas spotkania z mieszkańcami Leżajska. Polexit jest coraz bliżej?

ALEKSANDR SMOLAR: Psychologicznie taka wypowiedź świadczy o tym, że przynajmniej część prawicy skupionej wokół PiS-u jest gotowa ponieść ryzyko zaostrzenia stosunków z UE i pewnego typu konfrontacji. Dzieje się to w napiętej atmosferze także między UE i Węgrami Viktora Orbána. On zapowiedział, że Węgry chcą zmieniać Europejską Partię Ludową i całą Unię Europejską, a ewentualnie nawet stworzyć inną wspólnotę. Wyraźnie widać, że zbliżają się wybory europejskie. Analizując wypowiedź Andrzeja Dudy trzeba widzieć po pierwsze kontekst polski, ale także międzynarodowy.

To zresztą nie pierwsza wypowiedź „bagatelizująca” UE…
Wcześniej już wicepremier Jarosław Gowin zapowiedział de facto, że Polska nie będzie respektować postanowień TSUE. Niektórzy ważni politycy PiS-u dystansowali się wtedy od tej wypowiedzi. Ale faktem jest, że

mamy do czynienia z mnożeniem się takich wypowiedzi, radykalizacją prawicy nacjonalistycznej w Europie i wolą konfrontacji z innymi. To bardzo niebezpieczna mieszanka.

Wystąpienie Andrzeja Dudy miało w sobie także elementy nonszalanckie. Prezydent przekonywał, że „nie będą nas pouczali ci, którzy zdradzili Polskę w 1945 roku”. To połączenie agresji, arogancji, pyszałkowatości i niesłychanej naiwności. Na ostatnim wielkim „spędzie” PiS-u prezes i premier mówili o tym, że PiS nie chce wyprowadzać Polski z UE, wymieniając jednocześnie tylko korzyści materialne. Oni tylko do tego redukują znaczenie UE. To samo, w nieco innych słowach, czyni Andrzej Duda.

Jak można twierdzić, że z obecności w strukturach UE „dla nas niewiele wynika”?
To są oczywiście brednie. Wynika dużo, chociażby jeżeli chodzi o stronę materialną – Polska była państwem korzystającym w największym stopniu z funduszy europejskich w historii Unii. Teraz dostaniemy mniej, ale to i tak będą duże pieniądze, zwłaszcza jeżeli Polska nie zostanie ukarana za prowadzenie polityki łamiącej zasady demokracji, a to jest możliwe.

To jest kłamstwo także pod innymi względami. To może dla Andrzeja Dudy nie jest ważne, ale przypomnę, że stabilizacja jeszcze w okresie negocjowania zasad demokracji była wynikiem tego, że Polska chcąc znaleźć się w strukturach UE musiała podporządkować się pewnym normom.

Dzisiaj ani Polska, ani Węgry, z takim stosunkiem do podstawowych unijnych zasad nie zostałyby do UE przyjęte. Wielką zaletą Unii jest to, że mogła stać na straży ewolucji demokratycznej naszych państw. Niestety, nikt w tamtych czasach nie przewidział, że państwa członkowskie, po doświadczeniach wojny i dyktatur, mogą same odchodzić od demokracji.

Dlaczego politycy PiS-u próbują nie zauważać tego, co powiedział prezydent?
To, co mówi prezydent, jest połączeniem niemądrości, arogancji i braku kontaktu z rzeczywistością. Myślę zresztą, że przesadził nawet z punktu widzenia kolegów partyjnych. Te słowa dotarły już do Brukseli i wtedy kiedy będą kontynuowane dyskusje o sytuacji w Polsce, będą na pewno przywoływane. Nie jest zatem przypadkowe, że i prezes Jarosław Kaczyński, i premier Mateusz Morawiecki starają się ostatnio nie atakować UE, a wręcz przeciwnie, poprzez milczenie starają się te stosunki łagodzić. Dlatego

myślę, że to nie jest przejaw świadomej polityki wychodzenia z Unii, tylko mentalności rozpowszechnianej w elitach PiS-u i gotowości, która w jakimś momencie może się objawić.

Takie słowa wygłasza publicznie prezydent. To niebezpieczne?
Nie wypada mu oczywiście mówić takich rzeczy, ale zdarza się to nie po raz pierwszy. Robił nawet rzeczy, które narażają go na Trybunał Stanu. Taka postawa prezydenta więc mnie nie dziwi.

Takie „zohydzanie” UE może być motywem przewodnim kampanii wyborczej?
Kampanii samorządowej nie, ale nie wykluczam tego w kolejnej, czyli przed wyborami do PE. Władza będzie jednak kalkulowała, bo wie, że poparcie dla UE jest w społeczeństwie cały czas wysokie. Zwłaszcza jeżeli w samej Unii zaostrzy się język w stosunku do państw, które porzucają zasady liberalno-demokratyczne, władza może rozpocząć kampanię przeciwko Brukseli, Niemcom i władzy imperialnej.

Poza tym będzie trzeba uzasadnić ewentualne ograniczenie pomocy finansowej dla Polski, a najprościej to wytłumaczyć jako przejaw wrogości różnych środowisk w Brukseli czy Berlinie. Władza będzie musiała wskazać winnego.

Z jednej strony prezydent mówi o „wyimaginowanej wspólnocie”, a z drugiej o „naszej, własnej wspólnocie, skupionej na naszych sprawach”. Andrzej Duda mówi wprost: „Na razie niech nas zostawią w spokoju i pozwolą nam naprawić Polskę, bo to jest najważniejsze”. Podział na my i oni będzie się zaostrzał?
Prezydent gra na czymś, co jest autentyczne. Wielokrotnie pojawia się twierdzenie, że trudno jest zbudować wspólnotę demokratyczną na poziomie europejskim, dlatego że nie ma poczucia przynależności do tej wspólnoty, bo dominuje identyfikacja narodowa. Ale

od stwierdzenia, że najsilniejsza jest identyfikacja narodowa, do zaprzeczenia wagi Europy jako wspólnoty jest daleka droga.

Państwa zamożne pomagają Polsce nie dla własnego interesu, chociaż tego próbują dowieść politycy PiS-u. To jest też przygotowanie do nacjonalistycznej kampanii, o której mówiłem wcześniej.

Waldemar Mystkowski pisze o upadku Polski w oczach Europejczyków.

Partia Jarosława Kaczyńskiego wywołuje coraz powszechniejsze przeświadczenie za granicą, że kraje Europy wschodniej nie nadają się do integracji, solidarności między narodami.

PiS naprawdę nie ma kadr. Wynika to przede wszystkim z podstawowej przyczyny – ktoś posiadający fach, mający pojęcie o jakiejś dyscyplinie i potrafiący kreować, nie będzie się garnął do nieudaczników, do partii specjalnej troski, w której lider musi zakłamywać swoją przeszłość opozycyjną w PRL-u, a bratu dorabiać legendę, bo w rzeczywistości byli postaciami siedmiorzędnymi, których nikt nie zapamiętał.

Nieszczęście dla kraju polega na tym, że ten przypadkowy zbiór polityków powinien zostać marginesem, folklorem politycznym. Nie powinniśmy sobie zaprzątać nimi głowy ani zastanawiać się, dlaczego nieudacznik nazywa innych gorszym sortem, elementem animalnym. Wszak takich z niedostatkiem rozumu można spotkać na każdym kroku, wystarczy wyjść z domu.

Partia bez kadr może promować tylko takie postaci, jak Sabina Zalewska, która chciała zostać Rzecznikiem Praw Dziecka i pewnie by się jej udało, bo przeszła kwalifikacje partyjne, w których trafnie odpowiedziała na pytania ideologicznie, iż życie zaczyna się od poczęcia, in vitro jakoby narusza prawo dziecka do tożsamości, a gender jest brzydkie, bo kler tak twierdzi. Zostałaby ta osoba funkcjonariuszem państwowym, ale traf chciał, że nie potrafi skonstruować myśli własnych i ucieka się do plagiatu, kradnie własność intelektualną. Wykrył to „Tygodnik Powszechny”, a przecież mogło się tak nie stać. I mielibyśmy to, co w PiS jest normą, iż „nikt nam nie powie, że białe jest białe” i Rzecznik Praw Dziecka byłby faktycznym Rzecznikiem Obrony Rodziców przed Dzieckiem.

Inna kabaretowa postać Mariusz Błaszczak modernizuje armię w ten sposób, że tworzy nową dywizję Wojsk Lądowych. Kreowanie znów polega na tym, że jest ono markowane – mianowicie dywizja powstaje z dwóch istniejących brygad i trzeciej nieistniejącej. Generałowie łapią się za głowy, co też ten Szwejk Błaszczak wymyślił, a do tego umieszcza ją w Siedlcach, w miejscu, gdzie łatwo jest ją obejść w tzw. manewrze Paskiewicza, z którym sobie poradził Józef Piłsudski w 1920 roku. Generał Mirosław Różański zwraca uwagę: – „Już dwa razy usiłowaliśmy pod Siedlcami powstrzymać ofensywę ze wschodu – raz w czasie powstania kościuszkowskiego, potem podczas powstania listopadowego. Bez rezultatu”.

Szwejki PiS kompromitują nas na zewnątrz. W walce ze społeczeństwem obywatelskim padła Ludmiła Kozłowska, szefowa Fundacji Otwarty Dialog. Została przez służby podległe Mariuszowi Kamińskiemu (przypominam: zasądzono mu trzy lata odsiadki, ułaskawiony został przez Dudę, ale taka łaska na pstrym koniu jeździ) wydalona z Polski i ze strefy Schengen na podstawie arbitralnej decyzji.

W tym przypadku (ale dotyczy to także Błaszczaka) można z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, iż mamy do czynienia ze spełnieniem życzeń Rosji. Działania Kremla w decyzjach PiS są widoczne aż nadto. Niemcy musieli odblokować status persony non grata dla Kozłowskiej, dzięki temu wystąpiła w Bundestagu w najsłynniejszym obecnie t-shircie „KONSTYTUCJA”.

Mamy wiedzę, że Moskwa maczała swoje palce na korzyść PiS w aferze podsłuchowej. Były szef ABW Krzysztof Bondaryk twierdzi nawet, że z taśmami to jeszcze nie koniec. Marek Falenta i jego kelnerzy więcej ich wyprodukowali: – „Polska jest celem pierwszoplanowym dla działań rosyjskich służb specjalnych”. A taśmy: „jeśli są, to będą wykorzystane”.

Więc nie bądźmy zdziwieni, że PiS działa z życzenia Kremla, skłóca nas w Unii Europejskiej i z niej wyprowadza. Najlepsi do tego są Szwejkowie, nieudacznicy, jak wyżej wspomniani i nieukrywający swoich sympatii prorosyjskich tatuś Mateusza Morawieckiego, Kornel.

PiS spełnia coraz powszechniejsze w Europie przeświadczenie, że kraje Europy wschodniej nie nadają się do integracji, solidarności między narodami, nie są w stanie wypełnić minimum standardów demokratycznych. Łatka „chory człowiek Europy” znowu jest aktualna dla Polski pod rządami PiS.

Kaczyński znajduje siły, żeby zjawić się na konwencji PiSu, czy udzielać wywiadów, a do pracy w Sejmie od miesięcy się nie zjawia

Senator Anna Maria Anders (PiS) pochwaliła się odsłonięciem tablicy pamiątkowej w Sławnie.

Jerzy Targalski (stały komentator TVP) komentował dzisiaj sprawę Ludmiły Kozłowskiej w programie Minęła 20.

>>>

Kompromitacja PiS w Europie. Prześladowanie Kozłowskiej

Ukraińska szefowa Fundacji Otwarty Dialog Ludmiła Kozłowska od dwóch dni jest w Berlinie, gdzie weźmie udział w wysłuchaniu w Bundestagu o łamaniu praworządności w Polsce i na Węgrzech. Zastosowany przez polskie władze wpis do Systemu Informacyjnego Schengen, który uniemożliwiał Kozłowskiej powrót do UE, działał niecały miesiąc.

  • Od rana 11 września wydalona z Polski i UE Ludmiła Kozłowska przebywa w Niemczech
  • Kozłowską zaprosili niemieccy parlamentarzyści na wysłuchanie w Bundestagu zatytułowane „Prawa człowieka w niebezpieczeństwie – demontaż praworządności w Polsce i na Węgrzech”
  • – Opowiem, jak polskie władze za pomocą dezinformacji, personalnych ataków i całego aparatu państwowego chciały wyrzucić mnie z Polski – zadeklarowała ukraińska prezes Fundacji Otwarty Dialog w rozmowie z Onetem
  • Jak dowiedział się Onet, podstawą wydania wizy był „interes narodowy Niemiec”

Wczesnym rankiem we wtorek 11 września Ludmiła Kozłowska wylądowała w Berlinie, gdzie w czwartek 13 września weźmie udział w wysłuchaniu w niemieckim parlamencie. Niecały miesiąc wcześniej, 14 sierpnia, ukraińska szefowa Fundacji Otwarty Dialog została deportowana z terytorium Unii Europejskiej na skutek wpisania do Systemu Informacyjnego Schengen (SIS) przez władze polskie.

Wpis do SIS nastąpił wskutek negatywnej opinii ABW dotyczącej wniosku Kozłowskiej o zezwolenie na pobyt rezydenta długoterminowego w UE. Jak stwierdził Stanisław Żaryn, rzecznik ministra koordynatora służb specjalnych Mariusza Kamińskiego, negatywna opinia ABW związana jest „z poważnymi wątpliwościami dotyczącymi finansowania kierowanej przez Ludmiłę Kozłowską Fundacji Otwarty Dialog”.

W rozmowie z Onetem, Kozłowska stwierdziła wówczas, że działania ABW są „osobistą polityczną zemstą Mariusza Kamińskiego na moim mężu Bartoszu Kramku” za jego działalność w antyrządowych ruchach obywatelskich. – To już kolejna próba ABW atakowania i zdyskredytowania Fundacji Otwarty Dialog – powiedziała wtedy. – Wcześniej Mariusz Kamiński zlecił szefom MSZ ogólną kontrolę fundacji oraz przymusową wymianę zarządu. Później była kontrola celno-skarbowa fundacji, która miała na celu doszukanie się nieprawidłowości w naszych działaniach. Sprawdzano, dlaczego jednej lub drugiej osobie, przesiedleńcom i wojskowym z Ukrainy, wydawaliśmy pomoc humanitarną lub kamizelki kuloodporne. Tu też niczego się nie doszukano, bo to jest normalna działalność takich organizacji jak nasza.

Po niecałym miesiącu Kozłowska powróciła na terytorium UE w związku z wysłuchaniem w Bundestagu, o którym jeszcze w lipcu rozmawiała z dwoma niemieckimi parlamentarzystami, Frankiem Schwabe i Andreasem Nickiem.

– Po deportacji sprawy się skomplikowały, ale w ubiegłym tygodniu dostałam oficjalne zaproszenie na wysłuchanie w niemieckim parlamencie – powiedziała Onetowi Kozłowska. – 10 września otrzymałam krótkoterminową, specjalną wizę do Niemiec. Znamienne, że były szef polskiego MSZ Witold Waszczykowski w niedawnym wywiadzie przyznał, że w moim wydaleniu chodziło o zablokowanie „antypolskiej” działalności fundacji w Europie, w tym kontaktów z zagranicznymi politykami – dodała Kozłowska.

Jak dowiedział się Onet, podstawą wydania wizy był „interes narodowy Niemiec”.

Wysłuchanie zatytułowane „Prawa człowieka w niebezpieczeństwie – demontaż praworządności w Polsce i na Węgrzech” odbędzie się 13 września w Bundestagu. – Opowiem na nim, jak polskie władze za pomocą dezinformacji, personalnych ataków i całego aparatu państwowego w postaci służb specjalnych, prokuratury, policji i przy pomocy kontroli celno-skarbowych, próbowały wyrzucić mnie z Polski. Obecna władza twierdzi, że szkodzę interesowi Polski. Ja uważam, że bronię interesu Polski i Europy, które nie są zbieżne z interesem PiS – powiedziała Kozłowska.

W rozmowie z Onetem Kozłowska dodała, że jest poruszona możliwością powrotu do Europy, szczególnie, że to wyjątkowy moment. – Wracając do Unii Europejskiej, odczuwam ogromną nadzieję i wzruszenie – powiedziała. – Wracam w symbolicznym okresie. Po pierwsze, przesłuchanie odbędzie się równo miesiąc po tym, jak zostałam wydalona z Belgii na żądanie polskich władz. W ten sposób PiS próbowało mnie uciszyć, ale to im się nie udało. Na spotkaniach w Bundestagu wyjaśniam, co ze mną zrobiono i jak PiS próbował rozdzielić mnie z mężem. Ten okres jest symboliczny jeszcze z jednego powodu. Kiedy dowiedziałam się, że otrzymam wizę do Niemiec, Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy przyjęło projekt rezolucji, która jest rekomendacją dla wszystkich narodowych parlamentów, aby przyjęły globalną ustawę Magnickiego, o co moja Fundacja Otwarty Dialog walczyła od lat. W najbliższym czasie zamierzamy także kontynuować działania na rzecz utrzymania sankcji wobec Rosji na forum Rady Europy.

Ustawa Magnickiego wzięła swą nazwę od nazwiska rosyjskiego prawnika Siergieja Magnickiego, który wykazał korupcję na najwyższych szczeblach władzy w Rosji. Na podstawie sfałszowanych przez prokuratorów dowodów Magnicki trafił do aresztu, gdzie zmarł pobity przez strażników w listopadzie 2009 r.

Ustawa wprowadza osobistą odpowiedzialność konkretnych urzędników za łamanie praw człowieka i nadużycia władzy. Osoby objęte ustawą Magnickiego nie będą mogły wjeżdżać na teren krajów, które ją przyjęły, będą blokowane także ich konta bankowe. – Do tej pory myślano o stosowaniu ustawy Magnickiego pod kątem takich krajów, jak Rosja, Kazachstan czy Mołdawia – powiedziała Kozłowska. – Lecz jeśli polskie władze będą zachowywać się tak, jak do tej pory, sankcje mogą kiedyś dotyczyć także ich. Przykro mi to mówić, ale Mariusz Kamiński i cała ekipa, która łamie konstytucję i swobody obywatelskie, podąża w podobnym kierunku.

Wydanie wizy Ludmile Kozłowskiej jest kolejnym sygnałem ze strony Niemiec, że ich zdaniem Polska nadużywa furtki, jaką jest wpis do Systemu Informacyjnego Schengen, do wyrzucania z kraju lub nie wpuszczania do niego niewygodnych osób. W listopadzie 2017 r. Polska w podobny sposób zablokowała wjazd na teren Polski i całej strefy Schengen Światosława Szeremety, sekretarza ukraińskiej Komisji ds. Wojen i Represji Politycznych. Szeremeta znalazł się na tzw. czarnej liście Waszczykowskiego.

Dwa tygodnie po zablokowaniu przez Polskę wjazdu Szeremety do strefy Schengen, mężczyzna opublikował na Facebooku zdjęcie z lotniska w Berlinie z „pozdrowieniami dla Waszczykowskiego”. Wizę wydała mu ambasada Niemiec.

Jak wschodnie reżimy wykorzystały polskie media prorządowe po deportacji Kozłowskiej

Ministrowie tego rządu bez przerwy w trakcie uroczystości powtarzają, że trzeba być gotowym, by ponieść najwyższą ofiarę i zginąć za ojczyznę. Przywołam George’a Pattona, który tłumaczył: „Celem wojny nie jest śmierć za ojczyznę, ale sprawienie, aby tamci skurwiele umierali za swoją”.

Paweł Wroński: Minister obrony Mariusz Błaszczak powołał do istnienia czwartą dywizję Wojska Polskiego. Mówił, że w ten sposób zapewnione będzie bezpieczeństwo Polski wschodniej. Cieszy się pan?

Gen. Mirosław Różański: Nie, wcale się nie cieszę. Uważam to za propozycję irracjonalną. Sam gest utworzenia nowej dywizji nie jest dla mnie działaniem strategicznym, ale populistycznym gestem przedwyborczym. Nie zwiększa się liczba żołnierzy, nie zwiększa się bezpieczeństwo Polski.

Błaszczak stworzył nową dywizję. Ale żołnierzy nam nie przybyło

Zapewne większość społeczeństwa odebrała to działanie pozytywnie. Ludzie uznali, że mamy więcej wojska i możemy się czuć bezpiecznie.

– Nieporozumienie. Ta dywizja jest tworzona z dwóch brygad już istniejących i zapowiedzianej nowej brygady, której jeszcze nie ma. Przypomnijmy, co ostatnio ustalił szczyt NATO w Brukseli. Zdecydował on o utworzeniu sił składających się z 30 batalionów, 30 eskadr lotniczych, 30 okrętów zdolnych do przerzucenia w rejon konfliktu w ciągu 30 dni. Jeśli dziś zgodnie z tymi ustaleniami MON zamiast ogłaszania budowy czwartej dywizji zaproponowałby stworzenie przez Polskę dziesięciu takich nowoczesnych batalionów, tobym gorąco przyklasnął i sam bym się do tej roboty zgłosił na ochotnika. Zamiast tego zaproponowano twór papierowy.

– Jeżeli chodzi o panią Gersdorf to jest prezesem Sądu Najwyższego. Jest, bo taki jest zapis w konstytucji. Do 2020 roku jest. Można było wprowadzić wiek emerytalny, ponieważ ustrój sądów reguluje ustawa, więc tutaj zgodne z prawem, z konstytucją jest obniżenie wieku emerytalnego do 65 lat. Można się z tym zgadzać bądź nie. W konstytucji, która jest ustawą zasadniczą i nawet jeśli jest źle napisana, to napisane w niej jest, że pierwszy prezes Sądu Najwyższego ma taką, a taką kadencję – mówił Paweł Kukiz w rozmowie z Beatą Michniewicz w „Salonie politycznym” radiowej Trójki.

Szweje Duda, Macierewicz, Błaszczak zrobili kraj bezbronnym. Można ich oskarżać o dywersję?

Znów powiało wyprowadzeniem przez PiS Polski z Unii Europejskiej. Prezydent Andrzej Duda uznał, że w Leżajsku może sobie pofolgować. I prawie otwartym tekstem podważył sensowność dalszego członkostwa naszego kraju we wspólnocie europejskiej.

Bo tak można odczytać ten fragment wzorcowo populistycznej mowy wiecowej Andrzeja Dudy, w którym mówi, że chce, aby ktoś myślał o polskich obywatelach, a nie o „jakiejś wyimaginowanej wspólnocie, z której dla nas niewiele wynika”. Jakąż to „wyimaginowaną” wspólnotę mógł mieć na myśli prezydent, jeśli nie Unię Europejską?

To wypowiedź szokująca, bo te słowa mówi głowa państwa, i złowróżbna, bo Duda jest integralną częścią obozu obecnej władzy. Czytajmy mu z ust: zapowiada ostrożnie, bez użycia nazwy, ale bardzo wyraźnie, że PiS gotów jest wyprowadzić Polskę z Unii. I podaje nawet propagandowe uzasadnienie: bo członkostwo Polsce niewiele daje.

Pomijając kłamliwość tej wypowiedzi – wystarczy rozejrzeć się po samym Leżajsku, by zobaczyć, ile mu dało nasze członkostwo w UE – warto zatrzymać się nad tym retorycznym zagraniem: „niewiele wynika”. Co ma mianowicie wynikać poza tym, o czym wszyscy wiemy?

Czy wielomiliardowe fundusze rozwojowe to „niewiele”? Czy otwarte granice, wolny przepływ osób, dóbr, usług, wymiana studencka i akademicka to niewiele? Czy przynależność do wciąż najbardziej stabilnego systemu międzynarodowej współpracy, 500-milionowego otwartego rynku – to „niewiele” Czy członkostwo w wielonarodowej wspólnocie broniącej zasad demokracji, praw człowieka i praworządności to „niewiele”?

Oj, nie popisał się prezydent znajomością tematu. Albo może inaczej: szczerze wyjawił, co mu w gra w pisowskiej duszy. A gra mu, znów cytat z Leżajska, nie wspólnota „wyimaginowana”, czyli, jak się domyślamy, UE, tylko wspólnota „dla nas”, tak jakby Unia Europejska nie była dla nas. Gra mu wspólnota własna, skupiająca się na naszych sprawach, bo one są dla nas sprawami najważniejszymi. Tak jakby Polska mogła ignorować rzeczywistość, w której sprawy europejskie są dla nas tak samo ważne, i to praktycznie, ekonomicznie, handlowo, materialnie, jak sprawy polskie.

„Wspólnotowe” rojenia przedstawiciela obecnej władzy, dzielącej coraz głębiej społeczeństwo, to w istocie program „nasza chata z kraja”, prowincjonalny autarkizm, spychający nas na peryferia. Program hamujący polskie wysiłki dogonienia czołówki światowej. Rzadko kiedy polityk pisowski tak wyraźnie, bez owijania w bawełnę – jak czyni z reguły w kwestii UE prezes Kaczyński, mącąc w głowach części obywateli – zapowiedział, że opcja polexit wciąż jest na stole na Nowogrodzkiej.

I że coś takiego może Polsce narzucić obecna władza pod hasłem, też cytat z Leżajska, „niech nas zostawią w spokoju i pozwolą naprawiać Polskę” – tak jakby do nieszczęsnego roku 2015 ktoś Polskę tarmosił za uszy, policzkował, skuwał do tyłu kajdankami i jakby niszczenie porządku konstytucyjnego w ciągu ostatnich trzech lat było „naprawianiem”.

Miejmy nadzieję, że w samym Leżajsku – gdzie z udziałem funduszy UE zrealizowano ponad sto projektów, w tym remont kościoła i klasztoru bernardynów (wkład unijny 26 mln zł) – nie brakuje obywateli wkurzonych na prezydenta za to trucie umysłów antyunijnym jadem.

Niech najpierw dadzą listę kościelnych pedofili…?

Hiszpański dziennik El Pais informuje o oficjalnym raporcie niemieckiego episkopatu ws. pedofilii w Kościele Katolickim w Niemczech.

Do Sądu Najwyższego dotarły pisma prezydenta Andrzeja Dudy stwierdzające przejście na emeryturę siedmiorga sędziów Sądu Najwyższego: Anny Owczarek, Marii Szulc, Wojciecha Katnera i Jacka Gudowskiego z Izby Cywilnej, prezesa Izby Karnej Stanisława Zabłockiego, prezesa Izby Pracy Józefa Iwulskiego i sędziego tej Izby Jerzego Kuźniara.

Prezydent zignorował prawomocne orzeczenie Sądu Najwyższego, jakim jest uchwała siedmiorga sędziów SN o zawieszeniu obowiązywania przepisów obniżających wiek emerytalny dla sędziów SN do czasu odpowiedzi Trybunału Sprawiedliwości UE na pytanie prejudycjalne.

Nie tracąc twarzy, prezydent mógł poczekać na decyzję Trybunału w Luksemburgu, który zapewne jeszcze przed końcem miesiąca sam zdecyduje w sprawie zawieszenia przepisów, które ma ocenić. Wolał służyć partii, która wyniosła go do władzy, i realizować jej plan: neutralizacji przyszłych orzeczeń Trybunału w Luksemburgu przez politykę faktów dokonanych. Zanim te rozstrzygnięcia zapadną, w Sądzie Najwyższym ma już być posprzątane.

W wywiadzie dla najnowszej „Kultury Liberalnej” Jarosław Gowin (który wcześniej zapowiadał, że rząd wyrokom TSUE się nie podporządkuje) mówi: „Chyba mają państwo świadomość, że po naszych rządach nie ma już powrotu do tego, co było. (…) Wymiar sprawiedliwości w takim kształcie, jaki istniał przed rządami Zjednoczonej Prawicy, nie zostanie już przywrócony”.

Z kolei prezydent mówił dzisiaj w Leżajsku, że nie jest nam potrzebna żadna „wyimaginowana wspólnota, z której dla nas niewiele wynika”, i „niech nas zostawią w spokoju”. Te dwie wypowiedzi nie pozostawiają złudzeń co do zamiarów pisowskiej władzy: likwidacji dotychczasowego wymiaru sprawiedliwości, choćby za cenę przynależności do Unii Europejskiej.

Czy im się uda? W dużej mierze zależy to od sędziów: Sądu Najwyższego, sądów powszechnych i administracyjnych.

Co zrobią sędziowie SN? To ważne pytanie, bo pismo prezydenta w świetle uchwały sędziów zawieszającej działanie przepisów emerytalnych nie wywołało skutków prawnych. Czy przejdą w stan spoczynku?

Na razie oświadczenie w tej sprawie ogłosił prezes Izby Karnej Stanisław Zabłocki: przechodzi w stan spoczynku. Napisał, że przepisy emerytalne uznaje za sprzeczne z konstytucją, ale podporządkuje się pismu prezydenta. „Będę czuł się do dnia 5 lipca 2020 roku, to jest do dnia ukończenia 70 lat, de iure sędzią w stanie czynnym, a nie sędzią w stanie spoczynku. Od osobistych przekonań prawnych należy jednak odróżnić sferę uwarunkowań faktycznych i prawnych, wynikających z treści dokumentu, który mi dzisiaj doręczono”. Dalej sędzia Zabłocki pisze, że nie czuje się uprawniony do samodzielnego osądzenia powstałej sytuacji prawnej, bo nie jest sądem.

Ale inaczej ocenia skutki uchwały sędziów zawieszającej przepisy emerytalne. Uznaje, że działają one tylko w stosunku do dwóch sędziów SN, którzy byli w składzie zadającym pytanie prawne TSUE i którzy ukończyli 65 lat (sędziowie Józef Iwulski i Jerzy Kuźniar). Zatem on sam nie czuje się objęty tymi przepisami. Na koniec stwierdza, że nie wie jeszcze, czy będzie „poszukiwał ochrony prawnej przed sądami krajowymi lub trybunałami międzynarodowymi. (…) Potrzebuję jeszcze trochę czasu na podjęcie takiej decyzji i znalezienie odpowiedzi na pytanie, czy bardziej będzie mi zależało na dowiedzeniu nieprawidłowości podjętego wobec mojej osoby rozstrzygnięcia, czy nad tę istotną rację przedłożę rację inną, to jest tę sprowadzającą się do pytania: czy ja, sędzia, chcę procesować się z moim Państwem, w imieniu którego przez całe lata sam wymierzałem sprawiedliwość”.

Sędzia Zabłocki zdecydował o sobie i ma do tego pełne prawo. Należy docenić, że wyjaśnił opinii publicznej swoją motywację. W tym Obywatelom RP, którzy od dwóch miesięcy stoją co dzień o ósmej rano pod Sądem Najwyższym, witając sędziów banerem „Zostańcie”. Chociaż można żałować, że i on nie poczekał na decyzję Trybunału Sprawiedliwości w sprawie zawieszenia przepisów emerytalnych. Może zrobią to pozostali sędziowie odesłani dziś przez prezydenta na emeryturę.

Prezes Gersdorf prawdopodobnie zamierza się udać na urlop, bo uczyniła swoim zastępcą na czas nieobecności sędziego Dariusza Zawistowskiego, prezesa Izby Cywilnej SN, którego dzień wcześniej tymczasowo pełniącym obowiązki I Prezesa SN uczynił prezydent.

Czy kiedy Trybunał Sprawiedliwości odpowie na pytanie prawne Sądu Najwyższego, będzie w tym sądzie jeszcze ktoś, do kogo ta odpowiedź mogłaby się odnosić?

– Z całą odpowiedzialnością mówię, że czeka nas kolejna kompromitacja w NATO – powiedział w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” gen. Mirosław Różański, były dowódca generalny Rodzajów Sił Zbrojnych.

  • Powołanie czwartej dywizji Wojska Polskiego to propozycja irracjonalna – uważa generał Różański
  • Nie zwiększa się liczba żołnierzy, nie zwiększa się bezpieczeństwo Polski – podkreśla były dowódca generalny Rodzajów Sił Zbrojnych
  • Nasi sojusznicy tworzą już kosmiczne siły zbrojne. Rosjanie mówią o broni hipersonicznej. My ustawiamy sobie żołnierzy pod granicą – komentuje

Wojskowy wyjaśnia, że podczas „szczytu w Warszawie w 2016 roku zobowiązaliśmy się do budowy dowództwa dywizji, które będzie dowodziło natowskimi batalionami w Polsce, na Litwie, Łotwie i w Estonii”. – Przyznanie zaś takiego dowództwa Polsce było olbrzymim sukcesem także wojskowych. Bataliony natowskie już są, ale dowództwa dywizji nie ma – zauważa.

Rozmówca Pawła Wrońskiego skomentował także decyzję Mariusza Błaszczaka o powołaniu czwartej dywizji Wojska Polskiego. Szef MON zapowiedział w zeszłym tygodniu, że dowództwo nowej dywizji będzie mieściło się w Siedlcach, a w jej skład wejdą trzy brygady – dwie istniejące – 1. Warszawska Brygada Pancerna i 21. Brygada Strzelców Podhalańskich, zostanie też sformowana nowa brygada.

– Uważam to za propozycję irracjonalną. Sam gest utworzenia nowej dywizji nie jest dla mnie działaniem strategicznym, ale populistycznym gestem przedwyborczym. Nie zwiększa się liczba żołnierzy, nie zwiększa się bezpieczeństwo Polski – podkreśla.

Generał Różański zwraca w „GW” uwagę, że dowództwo czwartej dywizji ma być zlokalizowane 70 kilometrów w linii prostej od wschodniej granicy. – Już dwa razy usiłowaliśmy pod Siedlcami powstrzymać ofensywę ze wschodu – raz w czasie powstania kościuszkowskiego, potem podczas powstania listopadowego. Bez rezultatu – mówi wojskowy.

– Nasi sojusznicy tworzą już kosmiczne siły zbrojne. Rosjanie mówią o broni hipersonicznej. Podczas ostatniego konfliktu w Syrii udowodnili, że są w stanie skutecznie razić cele w tym kraju, wystrzeliwując pociski z rejonu Morza Kaspijskiego. Nasi decydenci zaś uważają, że bezpieczeństwo państwa zapewni ustawienie żołnierzy linearnie na granicy. Absurd! – konkluduje wojskowy.

We wtorek odbyła się debata nad rezolucją wzywającą kraje członkowskie do uruchomienia art.7 traktatu unijnego wobec Węgier. Dzisiaj eurodeputowani zagłosowali za rozpoczęciem wobec Budapesztu wspomnianej procedury. Za było 448 europosłów, przeciw 197, 48 wstrzymało się od głosu.

Podczas wtorkowej debaty, sprawozdawczyni projektu Judith Sargentini (Zieloni) przekonywała, że nie ma innego wyjścia, niż sięgnięcie po artykuł 7. Jak mówiła, podpisując traktat unijny, wszystkie kraje członkowskie zobowiązały się szanować ten traktat i bronić unijnych wartości – “Czy wszystkie się z tego wywiązują? Obawiam się, że nie. Rząd Węgier uciszył niezależne media, nałożył kaganiec na świat akademicki, zastąpił sędziów takimi, którzy są bliżsi rządzącej partii, zdecydował, które kościoły mogą działać, a które nie” – mówiła. Dodała, że węgierski rząd utrudnia prace organizacji pozarządowych.

Wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans powiedział z kolei, że KE podziela zawarte w projekcie obawy dotyczące praw podstawowych, korupcji, traktowania Romów i niezależności sądownictwa. – “Społeczeństwo obywatelskie to jest tkanka demokracji  i jest ono niestety ograniczane przez działania rządu Węgier” – podkreślił. Przypomniał, że KE skierowała szereg spraw do Trybunału Sprawiedliwości UE dotyczących decyzji węgierskich władz.Przypomniał również, że KE jest strażniczką traktatów i wcześniej uruchomiła już procedurę art.7 traktatu wobec Polski.

W debacie wziął udział także udział Viktor Orban. W swoim wystąpieniu zarzucał autorom sprawozdania, że zawiera ono ponad 30 błędów faktycznych. – “Państwo chcą wydać wyrok na nasz naród” – zarzucał i dodał “Stoję przed państwem i widzę, że ci, którzy odziedziczyli demokrację, oskarżają nas, a oni nie musieli podejmować ryzyka, żeby walczyć o demokrację. Węgry nie poddadzą się szantażowi, będziemy bronić granic, zatrzymywać nielegalną migrację, bronić naszych praw”Ze słów premiera Węgier wynikało, że jest on już pogodzony z tym, że w europarlamencie nie znajdzie się wystarczająca grupa deputowanych, by uchronić jego kraj przed wszczęciem procedury.

W obronę Orbana wzięli eurosceptycy i konserwatyści. Wypowiadający się europoseł PiS Ryszard Legutko przypomniał, że rząd Fideszu otrzymywał w ciągu ostatnich lat kilkakrotnie wsparcie wyborców. – “Ktoś ten rząd wybrał i tego nie zrobiła wcale Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków. Jeśli państwo się to nie podoba, to proszę zrezygnować z takiego wydarzenia jak wybory” – mówił Legutko. Jego zdaniem rezolucja w sprawie Węgier nie opiera się na faktach i całkowicie pomija argumenty węgierskiego rządu.

Dzisiaj wczesnym popołudniem Parlament Europejski poparł rezolucję wzywającą kraje członkowskie do uruchomienia procedury art.7 wobec Węgier. Jak relacjonował w mediach społecznościowych Dominik Hejj – specjalista od spraw węgierskich, główna telewizja informacyjna zamarła po głosowaniu. Przez 11 minut nadawany był blok reklamowy, po czym w głównym wydaniu wiadomości podano informację o zawodach policjantów wodnych. Dopiero po 50 minutach podano wiadomość o głosowaniu stwierdzając, że jest wyrok skazujący Węgry za odrzucenie nielegalnej migracji. Naturalnie nie jest to do końca prawdą, ale taka wersja wydarzeń zostanie zaaplikowana Węgrom.

Jak wydarzenia z Parlamentu Europejskiego wpływają na sytuację Polski? Otóż PiS właśnie traci swojego jedynego obrońce, którego ewentualne weto może uchronić ich rząd przed wyciągnięciem wobec naszego kraju najdalej idących konsekwencji, wraz z odebraniem prawa głosu w Radzie. Przerażające jest jednak to, jak wiele zarzutów pod adresem Węgier jest bliźniaczych do tych, które stawiane są polskiemu rządowi. Czy o taki Budapeszt, zaprzyjaźniony z Moskwą i jawnie niedemokratyczny chodziło Jarosławowi Kaczyńskiemu? Coraz więcej na to wskazuje.

>>>

Waldemar Mystkowski pisze o „wyczynach” Dudy.

Jak nazwać kogoś i to, czego on się dopuszcza, gdy neguje istnienie Polski we wspólnocie krajów Unii Europejskiej?

Gdy podważa historyczne, wręcz epokowe osiągnięcie pokoleń Polaków, którzy wreszcie stali się członkami najbardziej nowoczesnego przedsięwzięcia społeczno-politycznego w dziejach? Gdy osłabia Polskę na arenie międzynarodowej i przygotowuje PolExit? Czy taki osobnik kwalifikuje się do miana zdrajcy, a jego czyn do zdrady stanu? Prezydent Andrzej Duda we wtorek w Leżajsku Unię Europejską nazwał „wyimaginowaną wspólnotą, z której dla nas niewiele wynika”.

To nie jest żaden lapsus językowy, pypeć retoryczny bądź błąd – to konsekwentne wyprowadzanie Polski z UE, bo do tego zalicza się zniszczenie trójpodziału władzy, demolka Sądu Najwyższego i zapowiedź, iż nie będzie przyjęty do wiadomości wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawie sądownictwa, gdy nie spodoba się władzom PiS.

Nie wchodzę w kwalifikacje intelektualne i kondycję psychiczną Dudy, który nie potrafi ocenić sytuacji politycznej tuż po wojnie, oskarżając Wspólnotę Europejską o pozostawienie Polski w 1945 roku na pastwę Stalina. Czyżby i w tym wypadku odezwał się w Dudzie sentyment do przelewania krwi, bo tylko tak mogła skończyć się interwencja Zachodu, doszłoby do III wojny światowej. Duda już raz wykazał się umiłowaniem do krwi rodaków, gdy ogłosił swoje pretensje ws. kompromisu Okrągłego Stołu w 1989 roku, który pozwolił Polsce uzyskać suwerenność, lecz Duda wolałby, aby kompromis utopiono w polskiej krwi.

Krew u Dudy na razie płynie w sentymentalnej retoryce, która go wzburza podczas przemówień. Widać pewne predylekcje prezydenta do napędzania się własnymi słowami, do wkręcania się w coraz wyższe emocje, ale to także praca pijarowa pracowników Kancelarii Prezydenta. Minister prezydencki Krzysztof Szczerski wręcz jak sufler potwierdził, że Duda dobrze powiedział: „to głos słuszny”.

Nie jest usprawiedliwieniem dla Dudy, iż jest marnej kondycji intelektualnej, psychicznie niestabilny, choć słowa Dudy też można odczytywać w kontekście jego wizyty w Białym Domu, do której dojdzie w przyszłym tygodniu. Donald Trump jest na wojennej ścieżce z Unią Europejską, życzy jej upadku, więc Duda może liczyć na to, że nowa ambasador USA Georgette Mosbacher w poczcie dyplomatycznej zareklamuje Dudę, że to równy gość, także walczy z Brukselą. Duda więc może liczyć na to, iż Trump mianuje go dowódcą V kolumny w Unii Europejskiej, z którą już zimną wojnę hybrydową toczy Władimir Putin.

Pointując trochę lżej. Duda ogłosił listę 25 Polaków, którzy w setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości zostaną odznaczeni Orderem Orła Białego, wśród nich Maria Skłodowska-Curie i pisarze Reymont, Makuszyński oraz Żeromski. A ja pytam, dlaczego nie dostaną Virtuti Militari, wszak walczyli z Ciemnogrodem, z takimi jego reprezentantami jak Duda?

PiS unieważnił komunizm, bo sami stali się jego spadkobiercami

Sylwetka Alicji Cichoń dziś w Gazecie Wyborczej.

.: Nie wiem nawet jak to wszystko skomentować. Nie da się. Nie ma takich słów.

Media sympatyzujące z opozycją obiegła hiobowa wieść, że „Biedroń idzie!” – będzie tworzył jakąś partię/formację. Komentarze jednoznaczne – rozbije nam jedność opozycji, będzie działał na korzyść PiS, olaboga, olaboga!

Ten falstart – bo wygląda to na falstart z racji braku udziału czy nawet komentarza głównego bohatera w tych doniesieniach – kończy długi miesiąc miodowy prezydenta Słupska w mediach krajowych. Był fajny, dokąd nie zaburzał ulubionego krajobrazu.

Zjawiska tego doświadczył już wcześniej kandydat na prezydenta Warszawy Rafał Trzaskowski. Dopóki nie był oficjalnie w grze wyborczej, media opisywały go jako nadzieję PO i Warszawy – młody, sympatyczny, wykształcony. Jak tylko został kandydatem, okazuje się w tych samych, teoretycznie przychylnych mu mediach leniwy, zarozumiały i arogancki.

Biedroń będzie miał jeszcze gorzej – bo zamiast grzecznie zaproponować PO, że do niej dołączy, to przebąkuje o własnym pomyśle i lubi zdystansować się od parlamentarnej opozycji.

Tak jak nie bardzo rozumiem, dlaczego Trzaskowski z nadziei stał się z dnia na dzień beznadzieją, tak nie wiem, dlaczego Biedroń z dobrego gospodarza Słupska stał się nagle fatalnym. Wydaje się, że w obu przypadkach mamy do czynienia ze zbiorowym tworzeniem publicystycznych mitów, różnych na różnych etapach, słabo korespondujących z rzeczywistością.

Mitem jest także mantra zjednoczonej opozycji, którą Biedroń ma rozbijać. Ten mit jest obalany każdym sondażem i każdą demonstracją spod znaku „no logo”, z zasady liczniejszą od tych partyjnych – ludzie nie chcą słuchać (z małymi wyjątkami) polityków parlamentarnych. Opozycja nie jest zjednoczona – zjednoczone jest jej konserwatywno-liberalne skrzydło, nawet jeśli na jej listach pojawi się kilku–kilkunastu kandydatów kojarzonych z lewicą czy liberałami, oblicza tej koalicji i jej nieatrakcyjności dla dużej części aktywnych wyborców to nie zmieni. Twór nazywany Koalicją Obywatelską idzie twardo po ok. 150 mandatów w przyszłym Sejmie – to stanowczo za mało, by przestać być opozycją.

Jeśli chcemy myśleć realnie o rządzie innym niż PiS w przyszłej kadencji, to trzeba znaleźć dodatkowe 100 mandatów – nie da ich z całym szacunkiem dla Barbary Nowackiej jej start z list PO. Potrzebny jest pomysł taki jak Biedronia – zagospodarowania wyborców (co nie oznacza partii i partyjek) o prowieniencji liberalnej i lewicowej, „czarnych parasolek”, zwolenników modernizacji i europeizacji Polski. Czy odbierze to głosy PO – w jakimś niewielkim stopniu pewnie tak, ale przede wszystkim zmobilizuje tych, którzy na PO nie zagłosują, a tych głosów właśnie brakuje do pokonania PiS.

Nie znam planów Roberta Biedronia, ale niewątpliwie poznamy je lada chwila – nie sądzę, by kandydował na prezydenta Słupska, jeśli miałby ten mandat zwolnić w trakcie kadencji i pozwolić np. na pisowskiego komisarza w tym mieście. Jeśli zdecyduje się na krok w stronę polityki krajowej – będzie to dużo gorsza wiadomość dla PiS niż dla PO. Wyborcy, którzy są poza zasięgiem partii opozycji parlamentarnej, czekają na propozycję – prędzej czy później taka powstanie, zaklinanie rzeczywistości „że tylko Platforma”, skończy się „tylko PiS-em”.

Warto więc zdobyć się na szerszą refleksję, poza interesem PO i tworzonego przez tę partię bloku politycznego jest jeszcze interes Polski, któremu druga kadencja rządów PiS nie służy. Nie bójcie się Biedronia, on może opozycji dodać, a nie ująć.

PiS chce zmienić reguły wyborów do Sejmu. Prezydent zapowiada sprzeciw.

W wyborach parlamentarnych w roku 2019 posłów możemy wybierać w większej niż dotychczas liczbie okręgów. PiS planuje bowiem zmianę ich granic. Mają być mniejsze, a wybrany w nich poseł ma mieć lepszy kontakt z wyborcami – dowiedziała się „Rzeczpospolita”.

Ale to nie wszystko. Jak tłumaczy jeden z polityków partii rządzącej, projektowane zmiany będą bardzo niekorzystne dla mniejszych ugrupowań. – Nowe projekty, głównie na prawicy, będą miały bardzo ciężko – twierdzi nasz rozmówca i przypomina, że już w roku 2017 pojawiły się pomysły zmiany ordynacji wyborczej. Zakładano wtedy, że Polska zostanie podzielona na 100 sejmowych okręgów.

– Ten pomysł wciąż jest rozważany, ale to niejedyny wariant, nad którym toczą się prace – podkreśla polityk.

Jednak los przygotowywanych zmian stanął pod bardzo dużym znakiem zapytania. Jak twierdzą uczestnicy poniedziałkowego spotkania z Andrzejem Dudą dotyczącego nowej ordynacji do Parlamentu Europejskiego, prezydent zapowiedział sprzeciw wobec zmian w ordynacji do Sejmu, które będą prowadzić do powstania systemu dwupartyjnego. – W rozmowie prezydent sam podniósł tę kwestię – mówi „Rzeczpospolitej” lider PSL Władysław Kosiniak-Kamysz, jeden z uczestników spotkania.

– Jeśli kierunek zmian będzie taki sam, to prezydent będzie konsekwentny – mówi nam jeden z jego doradców.

Nowa ordynacja wyborcza do Sejmu, dzieląc Polskę na 100 okręgów, premiowałaby duże partie. W wyborach do Sejmu w 2015 r. PiS zdobyło 235 mandatów. Z analizy, którą w 2017 r. dla Instytutu Wolności zrobił prof. Jarosław Flis (politolog z UJ), wynika, że gdyby przeprowadzono je w 100 okręgach, partia rządząca zdobyłaby ich o 34 więcej (w sumie miałaby 269 posłów).

– Dziś nieznane są skutki uboczne takiej zmiany. Inaczej będą wyglądać napięcia wewnątrz partii, inaczej może wyglądać motywacja polityków. W grę wchodzi też spory czynnik losowy. Zyski nie są wcale pewne. Pytanie też, czy przeciwnicy PiS się zintegrują – tłumaczy prof. Flis.

W czwartek spodziewane jest weto prezydenta do ordynacji do Parlamentu Europejskiego. Jednym z argumentów Andrzeja Dudy jest właśnie fakt, że przyjęte w lipcu przez PiS zmiany będą prowadzić do sztucznego powstania systemu dwupartyjnego.

W 2005 roku wydawało się, że podział postkomunistyczny, definiujący krajowy system partyjny od 1989 roku ostatecznie się wyczerpał. Dominujące z krótkimi przerwami w polskiej polityce od 1993 roku SLD poniosło w wyborach 2005 roku druzgocącą klęskę, scenę polityczną zorganizował spór dwóch partii post-solidarnościowych – PiS i PO. Na „wyborczy rynek” weszło także pokolenie wyżu demograficznego początku lat 80, które „komunę” pamiętać mogło wyłącznie z jakiejś akademii w przedszkolu, lub we wczesnych klasach szkoły podstawowej. Dziś pokolenie to zbliża się do czterdziestki, a głosują ludzie, którzy nie mogą pamiętać afery Rywina.

Jednak dziesięć lat później język antykomunizmu wraca do polskiej polityki, po drugim zwycięstwie PiS w 2015 roku. Partia nie tylko usiłuje dokończyć „dekomunizację przestrzeni publicznej”, oraz uchwala zawetowaną ostatecznie przez prezydenta ustawę pozwalającą na degradację wojskowej elity PRL, ale także swój spór z przeciwnikami przedstawia jako ostatni bój z „komuną”, który Polska musi wygrać, by naprawdę wyzwolić się z narzuconego jej po wojnie systemu.

To, jak PiS posługuje się antykomunizmem może mieć jeden, niepożądany przez partię efekt – ostatecznie zrobi z antykomunizmu martwy język. Wśród wszystkich manipulacji nowomowy „dobrej zmiany”, nie ma bowiem pojęć bardziej zakłamanych i przeinaczonych niż „komuna”, „antykomunizm” i wszystkie ich pochodne. PiS i bliskie mu media, używa ich w taki sposób, że tracą jakikolwiek związek z rzeczywistością.

Wśród wszystkich manipulacji nowomowy „dobrej zmiany”, nie ma bowiem pojęć bardziej zakłamanych i przeinaczonych niż „komuna”, „antykomunizm” i wszystkie ich pochodne

Kto jest żołnierzem wyklętym

To zakłamanie antykomunistycznego dyskursu PiS przebiega na kilku poziomach. Pierwszym są personalia. Nowogrodzka i jej media malują manichejski obraz sporu politycznego we współczesnej Polsce. Z jednej strony mamy „obóz patriotyczny”, „trzecie pokolenie AK” i „Żołnierzy Wyklętych” XXI wieku, reprezentujący to wszystko, co w tradycji polskiej od zawsze najlepsze, najbardziej szlachetne i wzniosłe. Z drugiej strony obóz „totalnej opozycji”, broniący „postkomunistycznego układu”, „trzecie pokolenie UB”, reprezentujące tradycje narodowego zaprzaństwa i zdrady.

Gdy jednak przyjrzymy się polityce PiS, widzimy, że o tym, kto jest współczesnym „wyklętym” decyduje wyłącznie bieżący polityczny konflikt. To, czy popiera się obecną władzę i atakuje jej przeciwników, czy nie. Twarzą rzekomo kończącej z „postkomunistycznym układem” w sądach reformy trzeciej władzy może być członek PZPR i prokurator z lat 80., Stanisław Piotrowicz.

Od „trzeciego pokolenia UB” przeciwników władzy wyzywa na łamach bliskiego jej tygodnika Wojciech Reszczyński – w latach 80. prowadzący „Teleexpress” i ocieplający tam wizerunek generała Jaruzelskiego. Na czele powołanej przez PiS Rady Mediów Narodowych stoi były członek PZPR, Krzysztof Czabański. Swój staż w partii ma też mianowany przez Nowogrodzką szef TVP2, Marcin Wolski – choć podobnie jak Czabański związał się w latach 80. z demokratyczną opozycją. W KC PZPR do końca zasiadał za to Marek Król, bliski PiS publicysta, przekonujący niedawno na antenie radia PR24, że „dla zdrowia przyszłych pokoleń, trzeba przeprowadzić redukcję osób, profitujących w PRL”.

Od „trzeciego pokolenia UB” przeciwników władzy wyzywa na łamach bliskiego jej tygodnika Wojciech Reszczyński – w latach 80. prowadzący „Teleexpress” i ocieplający tam wizerunek generała Jaruzelskiego.

Od „komunistów i złodziei”, czy „ubeckich wdów” politycy rządzącej partii wyzywają obywateli walczących o niezależność Trybunału Konstytucyjnego i innych sądów. Albo siedzącego w czasach PRL w więzieniu za opozycyjną działalność Piotra Ikonowicza – brutalnie atakowanego niedawno w TVP przez jak posła Tarczyńskiego. Także postrzegany na świecie jako ikona pokojowego oporu przeciw komunistycznej dyktaturze Lech Wałęsa nie jest przedstawiany przez PiS-owskie media inaczej niż, jako TW Bolek.

Komuną w III RP

Zakłamaniu w języku PiS ulegają nie tylko pojedyncze biografie, ale także cała polska historia po roku 1989. Antykomunistyczny język używany jest jako uzasadnienie do niszczenia instytucji i rozwiązań konstytucyjnych III RP.

Nagle okazuje się, że reliktami komuny są polska forma autonomii sądownictwa, Sąd Najwyższy i jego skład, czy konstytucja z 1997 roku.

Nagle okazuje się, że reliktami komuny są polska forma autonomii sądownictwa, Sąd Najwyższy i jego skład, czy konstytucja z 1997 roku. Tymczasem żądania autonomii korporacyjnej sędziów były częścią postulatów solidarnościowej strony przy okrągłym stole. Elity opozycji widziały w nich gwarancję ochrony praw obywateli, przed władzą, która mogłaby mieć pokusę ręcznego sterowania wyrokami. Z Sądu Najwyższego na początku lat 90. usunięto najbardziej skompromitowanych w poprzednim ustroju sędziów. Konstytucję przyjął w pełni demokratycznie wybrany Sejm II kadencji, a naród zaakceptował w referendum.

Atakując III RP za rzekomy „postkomunizm” rządzący obóz prowadzi przy tym politykę, która przypomina raczej standardy bloku wschodniego przed ’89 roku (czy innych autorytarnych państw), nie liberalnych demokracji. Sejm został zredukowany do zupełnie fasadowej funkcji, a rząd podporządkowany kierownictwu partyjnemu. Partia dąży do tego, by obsadzić sądy posłusznymi sobie ludźmi – co już udało się w Trybunale Konstytucyjnym.

Tarcza i pałka skrajnej prawicy

Zarzut „komunizmu” staje się też wygodną pałką, którą związani z PiS liderzy opinii, atakują wszystko to, co drażni panujący w Polsce prawicowy światopogląd. „Komunistyczne” stają się więc nagle wielkokulturowe społeczeństwa zachodu, „ideologia gender”, prawa kobiet, czy wszelka lewica. Łącznie z socjaldemokratyczną i w swoim stosunku do PRL wręcz antykomunistyczną Partią Razem, której delegalizacji domagała się młodzieżówka Gowina, co za absurd uznała nawet podporządkowana Ziobrze prokuratura.

„Komunistyczne” stają się więc nagle wielkokulturowe społeczeństwa zachodu, „ideologia gender”, prawa kobiet, czy wszelka lewica

Ostatnio antykomunistyczną krucjatę bliskie PiS ośrodki rozpętały przeciw Ewie Gawor ze stołecznego ratusza, która w PRL była w szkole milicyjnej. Media i prawicowy Twitter cisnęły sensacyjną narrację: „SB zatrzymało marsz powstania warszawskiego”. Ratusz podpadł bowiem prawicy tym, że rozwiązał marsz ONR i Młodzieży Wszechpolskiej. Skrajnie zinstrumentalizowany antykomunizm staje się tarczą chroniącą skrajną, faszyzującą prawicę.

Sama skrajna prawica chętnie wszędzie tam, gdzie dochodziła do władzy sięgała po antykomunistyczną pałkę, okładając nią każdego, kto stał na drodze jej władzy: działaczy chłopskich, demokratycznych socjalistów, liberałów, feministki. Do tej pory w Polsce antykomunizm nie kojarzył się z podobnymi praktykami reżimów Pinocheta, czy Videli, ale z wolnościową, demokratyczną i anty-autorytarną tradycją.

Skrajnie zinstrumentalizowany antykomunizm staje się tarczą chroniącą skrajną, faszyzującą prawicę.

Choć PiS za mniej, lub bardziej urojony „komunizm” na razie nikogo do więzienia nie wsadza, ani nie torturuje, jest na najlepszej drodze do tego, by także w Polsce antykomunizm zaczął kojarzyć się głównie z paranoiczny polowaniem na czarownice.

Tworzenie wspólnego frontu przeciwko łamaniu praworządności i zabieraniu wolności obywatelskich jest ogromnie istotne nie tylko dla nas, ale i dla następnych pokoleń. PiS realizuję swój plan – to czarny scenariusz dla Polski. Nie czas na spory – czas na współpracę ✌️

Earl drzewołaz

Według I Prezes SN, Komisja Europejska sprawia wrażenie, jakby wierzyła w otwartość polskiego rządu. – „KE uwierzyła, że są prowadzone realne, prawdziwe negocjacje i jakieś ustępstwa naszego rządu, a to było tylko przeciąganie na czas. Aktualna władza nauczyła nas nierespektowania wykładni i reguł, do których byliśmy przyzwyczajeni. Stało się to normalne i dopuszczalne” – powiedziała prof. Małgorzata Gersdorf w wywiadzie dla agencji Reuters.

Wezwała Unię Europejską do szybszego podjęcia działań w sprawie pisowskich zmian w polskim wymiarze sprawiedliwości. W przeciwnym razie nastąpią nieodwracalne zmiany. – „UE podjęła działania zbyt późno. Sędziowie zostaną zwolnieni i wtedy rząd się cofnie, ale nie będzie już jak się cofać, bo sędziów nie będzie” – powiedziała prof. Gersdorf.

W Sądzie Najwyższym pojawią się nowi sędziowie i zdaniem I Prezes przez lata będą tam występować istotne trudności w rozstrzyganiu spraw, ze względu na ich brak doświadczenia i brak ciągłości postępowania sądowego. – „Upolitycznienie polskich sądów, przed…

View original post 1 190 słów więcej

Duda, nie podcieraj się Konstytucją

Jeden obraz zastępuje 1000 słów.

– Młody człowiek, który korzystał z konstytucyjnego prawa swobodnej – jak naiwnie sądził dziś do 6 rano – krytyki władzy, spotkał się z szokującym dla niego doświadczeniem – wkroczeniem agentów ABW, którzy zarekwirowali jego sprzęt elektroniczny, a nawet przeszukiwali jego piwnicę – grzmiał w maju 2011 r. na konferencji prasowej ówczesny poseł PiS Zbigniew Ziobro, oburzając się na represje, które spotkały prowadzącego portal Antykomor wymierzony w prezydenta Bronisława Komorowskiego.

Pisze Michał Szułdrzyński:

Ale akurat akcja ubierania pomników w koszulki z napisem „Konstytucja” jest po prostu zabawna. I byłaby zupełnie nieszkodliwa, gdyby nie przesadna reakcja organów państwa. Swoją drogą, jak odwołanie się do ustawy zasadniczej RP może kogokolwiek albo cokolwiek znieważać?

I właśnie reakcja państwa jest tu najbardziej zdumiewająca. Ten, kto jest naprawdę silny i wie, że jego władza wynika z autorytetu, może pozwolić sobie na dystans do siebie. Nerwowa reakcja policji władzę po prostu ośmiesza, pokazując jej słabość. A przy okazji niezwykle dowartościowuje KOD, zmieniając jego żartobliwą akcję w symbol oporu przeciw rządom Prawa i Sprawiedliwości.

Trzaskowski odpowiada Jakiemu: To rząd PiS wstrzymał obwodnicę Warszawy. My autostrady zbudujemy, bo potrafimy to robić

Kandydat Koalicji Obywatelskiej odnosi się do porannej konferencji Patryka Jakiego.

>>>

Suweren zapewne myśli, że weźmie sobie dobrobyt z Zachodu plus pakiet „wartości” Wschodu(mocna władza, pogardliwy stosunek do praw jednostki i mniejszości, mariaż tronu z ołtarzem) i będzie ok. Nie będzie. Na końcu będą wschodnie wartości, wschodni dobrobyt i wschodni zamordyzm.

vald2

3 felietony Waldemara Mystkowskiego.

Mamy nieszczęście być świadkami 3 lat prezydentury Dudy.

Andrzej Duda jeszcze na dobre się nie wybudził, gdy szef jego Kancelarii Krzysztof Szczerski w radiowej Trójce ogłosił, iż „prezydent jest jedynym politykiem dzisiaj w Polsce, który działa ponad tym ostrym sporem politycznym”. Jako że to było przed trzynastą, można zapytać, czym Szczerski wzmocnił poranną kawę?

Nie był to także słynny magazyn „60 minut na godzinę”, w którym Jacek Fedorowicz kreował niemniej słynnego kolegę Kierownika, bo audycja satyryczna została zdjęta z anteny 30 lat temu. W każdym razie mamy obecnie nawet coś więcej, bo pisowski magazyn satyryczny „24 godziny na dobę”, kolegę Kierownika odtwarza Jarosław Kaczyński, niestety przestaliśmy się śmiać z jego dowcipów.

Mamy nieszczęście być świadkami 3 lat prezydentury Dudy, o której możemy się spierać, ile razy Konstytucja została złamana, naciągana, sponiewierana. Na pewno – kilkanaście razy Duda złamał przysięgę składaną na Konstytucję. A ktoś…

View original post 1 056 słów więcej

PiS ewidentnie wyprowadza nas z Unii i Zachodu

Europoseł Dariusz Rosati i internauci o imporcie z Rosji gazu przez rząd PiS.

Duda i PiS nie uznają decyzji SN. – Zachowują się jak małe dzieci, którym wydaje się, że jak zamkną oczy, to świat wokół nich przestanie istnieć – mówi nam @bbudka, były minister sprawiedliwości z @Platforma_org. Dodaje, że „PiS to współczesna Targowica”.
Radosław Sikorski: Pamiętajmy. Targowica to był klerykalno-tradycjonalistyczny ruch sprzeciwu wobec europejskiej, oświeceniowej Konstytucji 3 Maja.

Earl drzewołaz

Wszyscy magistrowie prawa z PiS-u, na czele z magister Julią Przyłębską (tak zwaną prezes tak zwanego TK) zapewniają teraz w mediach przychylnych aktualnej władzy, że istnieją takie wyroki sądowe, do których władza może się nie zastosować. A to niby dlaczego?

W uzasadnieniu tego kuriozalnego na skalę całego cywilizowanego świata stanowiska, padają okrągłe zdania o naruszaniu jakichś tam paragrafów, o braku podstaw prawnych, a nawet działaniu wbrew Konstytucji. Tak, tej samej „przejściowej” Konstytucji, którą zazwyczaj prawnicy z formacji władzy traktują mniej więcej tak, jak posłanka Pawłowicz flagę europejską.

Że większość konstytucjonalistów i w ogóle – polskich i zagranicznych gremiów prawniczych, włącznie z unijną Komisją Sprawiedliwości i Trybunałem w Strasburgu, uważa inaczej? A, to nic nie szkodzi.

Pani magister Przyłębska już dawno temu stwierdziła przecież publicznie, że wprawdzie nie jest profesorem, ale zupełnie jej to nie przeszkadza. Podobnie, jak panu prezydentowi w podpisywaniu ustaw jawnie sprzecznych z Konstytucją nic a nic nie…

View original post 3 077 słów więcej

Post Navigation