Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Monika Olejnik”

Pisowscy gangsterzy

W czasie dzisiejszego programu Kawa na Ławę (TVN24) doszło do dyskusji na temat prezesa Najwyższej Izby Kontroli Mariana Banasia.

Małgorzata Kidawa-Błońska miodzio – czytaj >>>

Program Koalicji Obywatelskiej >>>

Donald Tusk – tutaj >>>

W najnowszym Newsweeku rozmowa Tomasza Lisaa z pisarzem, Jackiem Dehnelem o tym co w Polsce spotyka geja, o faszystowskim języku władzy, tchórzliwych świeckich katolikach i o raczej czarnych scenariuszach dla Polski.

Kmicic z chesterfieldem

Premier wykazuje totalny brak wiedzy o Katowicach, a więc mieście, z którego startuje w najbliższych wyborach do Sejmu. PiS-owski polityk wymyślił teraz nazwę nowej dzielnicy.

Na sobotniej konwencji PiS w Opolu Morawiecki mówił o tym, że górników postrzelonych w kopalni Wujek, przewożono do szpitala w „Ligacicach”. Problemem jest to, że takiej dzielnicy nawet nie ma.

Wpadkę premiera zauważył poseł Borys Budka, który podzielił się informacją z internautami. „Panie Premierze, w #Katowice nie ma takiej dzielnicy jak „Ligacice”. Może chodziło o Ligotę? A może o Bogucice? PS Jeśli mogę w czymś jeszcze pomóc w naszym okręgu, proszę pisać 😉” – napisał na Twitterze działacz Koalicji Obywatelskiej.

View original post 1 123 słowa więcej

 

Obalić dyktaturę proboszczów

Waldemar Kuczyński dołączył do osób, których zdaniem Kościół katolicki hamuje demokrację w naszym kraju. Zdaniem ministra w rządzie Tadeusza Mazowieckiego należy „obalić dyktaturę proboszczów”.

>>>

Więej >>>

Depresja plemnika

Jarosław Kaczyński jest wewnętrznie zdruzgotany śmiercią przyjaciółki, brata, matki i myślę, że poczucie proporcji  i rzeczywistości jest u niego zachwiane. Bardzo mu współczuję, ale myślę, że wewnętrzna tragedia nie usprawiedliwia niszczenia wszystkiego wokół siebie – ocenia prof. Jadwiga Staniszkis, socjolog. – Moim zdaniem prawdziwa wiara to przede wszystkim szacunek do drugiego człowieka, a robienie z jakichś zmitologizowanych założeń czy symboli, jak tęcza, czegoś tak zasadniczego jest czymś absurdalnym i pokazuje tak naprawdę wewnętrzną pustkę pisiaków – mówi o zatrzymaniu Elżbiety Podleśnej

View original post 1 763 słowa więcej

 

TV Republika upada. Tak kończą gadzinówki

Pracownikom Republiki wciąż nie przelano pensji za listopad. Jeszcze kilka dni temu niektórzy nie dostali wynagrodzenia za październik. Miesięczne opóźnienia z wypłatą to norma – twierdzą dwie pracownice telewizji Republika, z którymi rozmawiali dziennikarze „Gazety Wyborczej”. Aż 30 pracowników wysłało list w sprawie sytuacji w stacji. – „W Republice panuje stan oblężenia. Kierownictwo poszukuje w szeregach niemieckich i rosyjskich szpiegów oraz zakamuflowanych działaczy Platformy Obywatelskiej. Oglądalność nieustannie spada. W listopadzie wyniosła 0,03 proc. Jest o 40 proc. mniej niż przed rokiem. To wina kierownictwa stacji. Produkujemy długie i nudne audycje, których nikt nie chce oglądać” – piszą w nim.

„Dzień pracy zwykle zaczynam od pytania koleżanek i kolegów, czy już coś im przelali. Bo jak dostali to może i ja dostanę zaraz po nich” – mówi „Gazecie Wyborczej” jedna z dziennikarek telewizji Republika, zastrzegając anonimowość. Gdy pod koniec listopada GW po raz pierwszy rozmawiała z dwiema pracownicami Republiki, nie dostawały pensji od kilku miesięcy. Jak twierdzą, załoga stacji dzieli się na „rodzinę”, czyli grupę prawicowych celebrytów, m.in. Tomasza Sakiewicza, Tomasza Terlikowskiego (naczelny stacji), Dorotę Kanię (zastępczyni naczelnego), dziennikarkę Katarzynę Gójską-Hejke, i na „wyrobników”. – „Wyrobnicy pracują na kredyt. Rodzina pieniądze dostaje na czas. Najgorzej mają techniczni, którzy w hierarchii ważności są ostatni” – opowiada sfrustrowana pracowniczka. Przypomnijmy: telewizja zaczęła nadawać w 2013 r., jako wspólna inicjatywa grupy dziennikarzy ze środowisk konserwatywnych i wspierających PiS. Puszczana w telewizjach kablowych rozwijała się nieźle do wyborów 2015 r., lecz po wygranej PiS paradoksalnie jej najzdolniejsi dziennikarze i pracownicy techniczni przeszli do telewizji publicznej. Dziś jest opanowana przez środowisko „Polskiej” oraz jej klubów. Stałe programy mają w niej Antoni Macierewicz, Jerzy Targalski, Ewa Stankiewicz, czyli prawicowy beton – wyznawcy teorii spisku smoleńskiego i tropiciele agentów – czytamy w portalu.

Pod koniec listopada 30 szeregowych pracowników zdecydowało się napisać list do zarządu telewizji. „W ten wyjątkowy czas, gdy zasiadają państwo przy wigilijnym stole, prosimy na chwilę wspomnieć o nas, pracownikach telewizji Republika, którzy od kilku miesięcy nie dostali wynagrodzenia za swoją pracę. Dla nas to nie będzie wesoły czas. Z podobnymi sytuacjami mamy do czynienia co miesiąc, ale w okresie świątecznym są one szczególnie przykre” – przytacza treść pisma ”Wyborcza”. „Z szacunku dla naszych widzów nie chcielibyśmy blokować procesu produkcji i nadawania programu, więc prosimy o niezmuszanie nas do drastycznej formy protestu. Ufamy, że dyrekcja telewizji Republika zaprzestanie zastraszania i szykanowania pracowników” – apelują jego twórcy. Kopia listu trafiła do premiera, prezydenta, marszałków Sejmu i Senatu.

Tymczasem  Tomasz Sakiewicz zaprzecza informacjom, podawanym przez jego pracowników. Poproszony przez „GW” o komentarz, wysyła smsa. „Ktoś was wprowadza w błąd. Obecnie nasza sytuacja jest dobra. To [że nie płacę] to jakaś bzdura. W tej chwili regulujemy swoje płatności wobec pracowników” – przytacza jego treść dziennik. Listu pracowników Sakiewicz komentować nie chce, bo „pierwszy raz o nim słyszy”. Zapewnia też, że w Republice nie ma zastraszania. Na koniec przysyła kolejnego SMS-a: „Proszę wskazać, komu pana zdaniem nie zapłaciliśmy” – czytamy w portalu GW.

Depresja plemnika

Dziennikarz Tomasz Sekielski od kilku miesięcy pracuje nad filmem dokumentalnym poruszającym tematykę pedofilii w Kościele. Choć wsparcia finansowego odmówiły mu największe polskie stacje telewizyjne, udało mu się zebrać potrzebną sumę dzięki zbiórce na platformie Patronite. Praca nad filmem nie jest jednak łatwa – bohaterowie filmu są zastraszani, nagrania utrudnia także policja.

– Kolejny dowód na to, że Kościół wiele mówi o sprawie pedofilii, a niewiele w tej sprawie robi. Wyobraźcie sobie księdza, który został prawomocnie skazany, który dostał zakaz zbliżania się do dzieci, któremu sąd zakazał nauczania religii. I ten oto ksiądz odprawia rekolekcje z naukami dla dzieci. Mamy to nagrane i zobaczycie to w naszym filmie – opowiadał Sekielski w dopiero co opublikowanym na Facebooku klipie.

O projekcie Sekielskiego głośno jest niemal od roku, kiedy dziennikarz poinformował, również na swoim Facebooku, że planuje nagranie filmu dokumentalnego o pedofilii w polskim Kościele. – To nie będzie film antykościelny ani…

View original post 5 567 słów więcej

 

Tylko Tusk może odbudować prestiż Polski, który przez PiS został strącony do rynsztoku

>>>

Dobra wiadomość dla tych, dla których Donald Tusk jest mężem stanu i najlepszym, polskim politykiem. Coraz poważniej myśli on o starcie w wyborach prezydenckich. Już jakiś czas temu nie ukrywał, że wprawdzie jeszcze zbyt wcześnie na spekulacje na ten temat, „ale jedno mogę powiedzieć dzisiaj – gdyby Jarosław Kaczyński zdecydował się kandydować, to nie wahałbym się ani chwili i stanąłbym do takiego pojedynku.

Dzisiaj, gdy już wiadomo, że w wyborach samorządowych Koalicja Obywatelska wraz z PSL zdobyła poparcie na wysokości 38 – 39% (PiS –  ok.33%), pojawia się wiara w odzyskanie władzy w parlamencie za rok i szansa na wygranie wyścigu o fotel prezydencki przez przedstawiciela opozycji.

Donald Tusk stawia jednak jeden warunek. Jak mówi WP jego współpracownik, „jeśli Donald Tusk miałby startować w wyborach prezydenckich, to chciałby, żeby to Kosiniak–Kamysz stanął na czele rządu, po ewentualnym zwycięstwie opozycji w wyborach do Sejmu w 2019 r.”.

Donald Tusk i Władysław Kosiniak Kamysz znają się od wielu lat i nie ukrywają wzajemnej sympatii. Z kolei wszyscy dobrze znają relacje Tuska z Grzegorzem Schetyną, ich wzajemną rywalizację, co nie rokuje dobrze w sytuacji, gdyby jeden z nich byłby prezydentem, a drugi premierem.

Niektórzy z polityków PO uważają, że mówienie o warunkach, od których uzależnia Donald Tusk swój start w wyborach prezydenckich to nic innego jak „wojna dezinformacyjna”. Według nich to gra na „osłabienie Koalicji Obywatelskiej i skłócenie Tuska ze Schetyną. Ale też próba uderzenia w lidera PSL przez PiS”.

Politolog, dr Rafał Chwedoruk, ma swoje zdanie na ten temat i uważa, że taki plan to tylko pobożne życzenie szefa Rady Europejskiej. Wynik wyborczy umocnił pozycję Schetyny, więc to nikt inny, ale właśnie on ma prawo stawiać warunki. Dodaje też, że „Tusk obecnie zaczyna grać w to samo, w co przez długie lata grał Aleksander Kwaśniewski To Kwaśniewski był zwolennikiem luźnego porozumienia na lewicy i jak najszerszego sojuszu, kosztem silnej pozycji SLD. Zakończyło się to tragedią. To samo teraz robi Donald Tusk. Stawia na koalicję różnych ugrupowań, by osłabić Platformę ze Schetyną na czele. Co do osoby Władysława Kosiniaka – Kamysza, to trudno sobie wyobrazić w dzisiejszych realiach, żeby premier miał pochodzić z partii, która może mieć w wyborach do Sejmu poparcie na poziomie ok. 8-10 proc. Najwyraźniej tonący PSL-u się chwyta”.

Sam Grzegorz Schetyna mówił w TVN24, że „jeżeli Donald Tusk będzie chciał wrócić do polskiej polityki, to jest najlepsze z możliwych miejsc, bo my będziemy wtedy potrzebować odbudowania prestiżu, wizerunku Polski, polskiej reputacji, w polityce zagranicznej, w Europie i w świecie. Nie ma lepszej osoby niż Tusk, żeby móc to razem robić. To jest najlepszy optymalny scenariusz. Wiele bym dał, żeby się spełnił.

Śmiejemy się z żarówki Dudy, ale oni tak pojmują demokrację i członkostwo w Unii jak w analogii do obiadu u znajomych – wejść do salonu w brudnych buciorach, z gilem w nosie i petem w zębach. Nażreć się, napić, beknąć, puścić bąka i wyjść. Nic od siebie, zero odpowiedzialności.

Holtei

Pierwsza Prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzata Gersdorf odniosła się w TVN24 do słów Jarosława Kaczyńskiego, że rząd będzie się odwoływał od decyzji TSUE, zawieszającej pisowską ustawę o SN. – „Nie wiem, do kogo. Nie chcę tutaj kpić. Pan Kaczyński chyba nie bardzo zna prawo europejskie. Rząd nie może się odwołać do kogoś wyższego, bo już nie ma nikogo wyższego” – stwierdziła prof. Gersdorf.

Odniosła się też do złożonego przez Zbigniewa Ziobrę wniosku do TK w sprawie zbadania zgodności zapisów unijnego Traktatu z ustawą zasadniczą. Przypomniała, że cały Traktat został w 2006 r. uznany za zgodny z polską Konstytucją.

„To jest jakieś nieporozumienie dla mnie, żeby w ogóle Trybunał Konstytucyjny mógł o tym decydować. Ja to oceniam negatywnie jako chęć zastopowania działalności sądów, polegającej na stawianiu pytań prejudycjalnych co do zgodności z prawem unijnym rozwiązań przyjętych przez polski parlament” – powiedziała Pierwsza Prezes SN.

>>>

Na pytanie o konsekwencje ewentualnego wyroku TK…

View original post 1 182 słowa więcej

Sakiewicz, tylko świnie bronią pedofilów!

Monika Olejnik odpowiada Sakiewiczowi na temat: kto siedzi w kinie.

Najnowszy felieton Moniki Olejnik na ten właśnie temat – świń.

Jak PiS chce przechytrzyć państwo, konstytucję i Unię Europejską

Oddział ZUS w Jaśle „został poproszony przez polityków PiS” o wycofanie zażalenia do Sądu Najwyższego, które stało się podstawą zadania pytań prejudycjalnych Trybunałowi Sprawiedliwości UE. Co więcej – i jest to niespotykane, zdaniem informatora „Gazety Wyborczej” – pismo cofające zażalenie zostało wysłane jednocześnie do SN i Prokuratury Krajowej – czytamy w portalu GW.

Wycofanie zażalenia do Sądu Najwyższego powoduje, że zadanie pytań prejudycjalnych dotyczących czystki dokonanej przez ustawy prezydenta Andrzeja Dudy nie ma już podstaw. W niedzielę sędzia Michał Laskowski, rzecznik SN powiedział mediom: „Jest prawdopodobne, że Sąd Najwyższy wycofa pytania prejudycjalne skierowane do Trybunału Sprawiedliwości”.  Może oznaczać, że TSUE nie zajmie się sprawą czystki i nie zatrzyma wysyłania sędziów Sądu Najwyższego na przymusową emeryturę. „Gazeta Wyborcza” próbowała ustalić, jak do tego doszło. – „Zakład sam nigdy by takiej decyzji nie podjął. Naszym zadaniem jest bowiem dbać o pieniądze publiczne, a tą decyzją działamy wbrew interesom swoim i budżetu państwa” – mówi jej informator w ZUS.

Dlaczego? Sprawa dotyczy fikcyjnego zatrudnienia za granicą i próby uniknięcia płacenia składek ZUS w Polsce. Drobna z pozoru historia obrosła w poważne w skutkach konsekwencje. Mowa o właścicielu firmy, zarejestrowanej w Polsce, który płacił tu miesięcznie ponad 1,2 tys. zł składek na ZUS. Po podjęciu pracy na etacie na Słowacji poinformował on Zakład, że ponieważ podlega tam obowiązkowemu ubezpieczeniu, składek od działalności gospodarczej płacić w Polsce nie musi. Z taką metodą „optymalizacji kosztów” nasz ZUS walczy od lat. W sprawie biznesmena też przeprowadził kontrolę i stwierdził, że mężczyzna jest zatrudniony na Słowacji fikcyjnie- jedynie po to, by płacić niższe składki. ZUS poinformował zatem swego słowackiego odpowiednika, że włącza pana Andrzeja do polskiego systemu ubezpieczeń i każe mu znów płacić składki. Słowacy na pismo nie odpowiedzieli. W takiej sytuacji zastosowanie mają unijne przepisy, które przewidują, że jeśli w określonym czasie organ rentowy danego kraju nie odpowie na pismo innego kraju, to oznacza to, że podziela on opinię wnioskodawcy. Tymczasem biznesmen w reakcji na działania polskiego ZUS… wystąpił on do sądu. Sąd uznał, że Zakład powinien poczekać na opinię strony słowackiej. Ale ZUS – zgodnie z przepisami o koordynacji unijnej – nie musi tego robić i zgłosił zażalenie do Sądu Najwyższego.

>>>

Ostatecznie – czytamy w portalu – sprawą zajął się poszerzony skład siedmiu sędziów SN. Okazało się wówczas, że znalazło się w nim dwóch sędziów, którzy przekroczyli już 65. rok życia i wobec których trwała procedura związana z przeniesieniem ich w stan spoczynku lub ewentualnym umożliwieniem im dalszego orzekania. Przypomnijmy: na mocy pisowskiej nowelizacji ustawy o SN wiek emerytalny sędziów został obniżony z 70 do 65 lat, a zgodę na dalsze orzekanie sędziów wydaje prezydent.SN nie potrafił rozstrzygnąć, czy tacy sędziowie mogą orzekać. Postanowił więc skierować pięć pytań do Trybunału Sprawiedliwości UE i zawiesić stosowanie przepisów ustawy o Sądzie Najwyższym, w tym tego o przymusowych emeryturach sędziów.

Tyle sprawa, natomiast warta dalszej obserwacji jest wspomniana nadgorliwa aktywność oddziału ZUS z Jasła. Krzysztof Michałowski z zespołu prasowego SN informuje zaś, że pismo cofające zażalenie wpłynęło 25 września. Już następnego dnia Prokuratura Krajowa poinformowała SN pisemnie, że … w związku z decyzją ZUS wnosi o umorzenie postępowania oraz uchylenie postanowienia SN o zwróceniu się z pytaniami prejudycjalnymi do TSUE. Co uderzające, SN nawet nie zdążył jeszcze rozesłać odpisów pisma Zakładu do uczestników postępowania (!) – w tym samej Prokuraturze Krajowej (ponieważ przystąpiła ona do sprawy natychmiast po przedstawieniu przez SN pytań prejudycjalnych TSUE).

Z informacji „Wyborczej” wynika, że to sam ZUS poinformował prokuraturę o cofnięciu zażalenia. I na tej podstawie PK natychmiast wniosła o umorzenie postępowania. Odpowiednie pismo podpisała prokurator Henryka Gajda-Kwapień z wydziału sądowego. Prokuratura Krajowa tak się przy tym spieszyła, że nie załączyła odpisów wniosku ZUS, zatem SN zwrócił się do prokuratury o uzupełnienie braków, czytamy w portalu GW. Pisma Zakładu są podpisane przez radcę prawnego oddziału ZUS w Jaśle. Nie zawierają wprawdzie uzasadnienia cofnięcia zażalenia, ale za to wskazują na przepisy, które zobowiązują sąd do umorzenia postępowania. Dziennikarze GW bezskutecznie próbowali skontaktować się z dyrektor oddziału w Jaśle, Krystyną Domaradzką. Rzecznik ZUS w Rzeszowie potwierdza jedynie, że oddział ZUS w Jaśle wycofał zażalenie z SN. Więcej komentarzy udzielić nie chce. Sprawa zainteresowała się tymczasem posłanka PO z Jasła, Joanna Frydrych, która pracowała kiedyś w jasielskim ZUS. Planuje złożyć interpelację poselską.

Ujawnione przez dziennikarzy Onetu szczegóły analizy 40 tomów akt tzw. afery taśmowej mogą pogrzebać marzenia Mateusza Morawieckiego o prezydenturze. Zeznania kelnerów podsłuchujących polityków w restauracji „Sowa i Przyjaciele” obciążają obecnego premiera. Co ciekawe, nie wiadomo gdzie znajduje się najważniejszy z dowodów w tej sprawie, czyli taśma z nagraniem Morawieckiego. Z akt wynika ponadto, że śledczy specjalnie pominęli wątek przestępczego procederu, którego według zeznań oskarżonych miał dopuścić się Mateusz Morawiecki.

Akta sądowe wskazują na trzech bezpośrednich sprawców afery taśmowej. Pomysłodawcą akcji miał być przedsiębiorca Marek Falenta, za samo nagrywanie mieli być odpowiedzialni dwaj pracujący u „Sowy i Przyjaciół” kelnerzy – Łukasz N. oraz Konrad Lasota. Większość z pytań kierowanych podczas przesłuchań kelnerów w prokuraturze i przed sądem tyczyło się personaliów podsłuchiwanych oraz treści nagranych rozmów. Z zeznań dowiadujemy się, że upublicznione nagrania, stanowią niewielką część z dziesiątek, bądź setek, znajdujących się do dziś w nieznanych rękach. Właśnie w tych zeznaniach, składanych niezależnie od siebie i konfrontowanych, pojawia się wątek Mateusza Morawieckiego.

>>>

Podczas jednego z przesłuchań na początku 2015 r. prowadząca sprawę prokurator Anna Hopfer z Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga pyta kelnera Łukasza N.: „Czy zarejestrował pan rozmowę jednego z prezesów banku dotyczącą zawierania pożyczek i kredytów na podstawione osoby, tzw. słupy?”.

Odpowiedź Łukasza N. Jest następująca: „Tak, tak mi się wydaje, bo jakość tego nagrania była słaba, ja je odsłuchiwałem to było nagranie Morawieckiego z jakimś mężczyzną. Ja nie znam tego mężczyzny, w tej rozmowie brały udział tylko tych dwóch mężczyzn. Morawiecki jest z banku BZW BK. Z tego co pamiętam to rozmawiali o jakiś budynkach, tamten drugi człowiek którego nie znam powiedział że jakaś osoba się obawia i chce się wycofać z tego interesu. Rozmawiali o zakupie budynków pod inwestycje i mieli tam wynajmować pod jakieś biznesy ale dokładnie nie pamiętam. Rozmawiali, że dokumenty mają być sporządzone na jakąś osobę. Rozmawiali, że będą mieli te, że oni będą mieli te lokale zakupione na inne osoby, że na inne osoby będą wystawione dokumenty. Nie pamiętam czy w tej rozmowie była mowa o pożyczkach i kredytach na słupy. Oni rozmawiali o tym że będą kupować nieruchomości na podstawione osoby. Ten mężczyzna który się spotkał z Morawieckim powiedział, że prawdopodobnie jakaś kobieta się obawia i chce się wycofać. Nie pamiętam czy on precyzował czego się boi ta kobieta. Marek Falenta dostał ode mnie to nagranie. Ja o tym nagraniu mówiłem [funkcjonariuszce] CBŚ”.

Na pytanie prokurator, czy oskarżony mówił o tej taśmie Morawieckiego swemu wspólnikowi Konradowi Lasocie, nagrywającym w innej warszawskiej restauracji „Amber Room” odparł: „Możliwe że ja o tym nagraniu mówiłem Konradowi Lasocie, ale ja nie kojarzę”.

Wobec tego prokurator Hopfer przeczytała Łukaszowi N. kluczowy fragment z jego zeznania: „Dodatkowo [Łukasz N.] poinformował mnie o nagranej przez niego rozmowie prezesa banku BGŻ albo BH z kimś z jego najbliższego otoczenia dotyczącej zawierania pożyczek i kredytów na słupy, tj podstawione osoby. Oni mieli zaciągać kredyty na słupy i w ten sposób działać na szkodę banku. Nie jestem pewny jaki to był bank. O tym byłem informowany w okolicach września 2013 r.”

Łukasz N. tłumaczy się więc dalej: „Ten fragment dotyczył tej rozmowy Morawieckiego z tym mężczyzną, aczkolwiek ja nie odpowiadam za dosłowność słów Konrada. To jest interpretacja moich słów, ja nie pamiętam co dokładnie powiedziałem Konradowi. Chcę zaznaczyć, że z tych rozmów, które ja odsłuchałem i pamiętam to Morawiecki z drugim mężczyzną spotkał się tylko raz i to kojarzy mi się z tym spotkaniem. […]”.

Różnica w obu zeznaniach tyczy się tego, czy na słupy miały być kupowane nieruchomości (jak mówi Łukasz N.), czy brane kredyty. Należy tu jednak podkreślić, że wersja o kredytach Lasoty pochodzi z zeznań opartych na zasłyszanej od N. wersji. Ówczesne zeznania Łukasza N. dotyczące innych przez niego nagranych, po weryfikacji okazują się dość precyzyjne. Jednak, Lasota jest w swych wypowiedziach konsekwentny. Podczas procesu sądowego, już za rządów PiS, Lasota zeznał, że piastowanie przez Morawieckiego funkcji wicepremiera „budzi jego niesmak”„To osoba, co do której zostały złożone zeznania, że mogła uczestniczyć w procederze przestępczym” – oświadczył w procesie.

Trudno stwierdzić, że obciążenie zeznaniami obecnego premiera przez Lasotę motywowanie było sympatiami politycznymi kelnera. Konrad Lasota utożsamiał Morawieckiego z obozem poprzedniej władzy. Obecny premier należał wówczas do kręgu biznesowo-towarzyskiego Platformy, pełnił wtedy rolę członka Rady Gospodarczej przy premierze Donaldzie Tusku.

Istotne w sprawie jest to, że w aktach nie ma żadnych śladów działań prokuratury, policji czy służb w celu zweryfikowania zarzutów Łukasza N. wobec Morawieckiego, a sam prezes, przesłuchiwany przez ABW jako poszkodowany nie został spytany o oskarżenia kelnera. Rzecznik rządu Joanna Kopcińska pytana o tę sprawę przez dziennikarzy odpowiedziała „Ze względu na toczące się postępowanie, w którym Pan Mateusz Morawiecki ma status osoby pokrzywdzonej, nie jest możliwe udzielenie odpowiedzi na Pańskie pytania”.

Należy wspomnieć, że prokuratura w żadnej z dotąd opublikowanych taśm nie dopatrzyła się naruszania prawa. Mimo tego, publikacja nagrań wyraźnie wpłynęła na wynik ostatnich wyborów parlamentarnych. W aktach śledztwa znaleziono dowody na to, że nagrań z obecnym premierem może być więcej. Te znajdują się w nieznanych rękach i mogą być również wykorzystane w „korzystnym politycznie momencie”. Wiedząc, że politycy Prawa i Sprawiedliwości nie gościli u „Sowy i Przyjaciół”, ani nie byli przez kelnerów podsłuchiwani, możemy się domyślać, kto, bądź na czyją korzyść mogą działać ewentualni szantażyści.

Mateusz Morawiecki, jeszcze jako prezes banku BZ WBK mówił: „Nikt mnie nigdy nie szantażował, że moje ewentualnie nagrane rozmowy zostaną ujawnione. Nikt mi tego nie sugerował. Nikt nie proponował mi zakupu żadnych nagrań. Nikt się ze mną w sprawie ewentualnych nagrań nie kontaktował”. Dziś jednak Morawiecki jest premierem i ponoć namaszczonym przez Kaczyńskiego na prezydenta. Czy obserwując wzmacniającą się dziś pozycję premiera pomyślelibyśmy, że może być on bardziej zależny od Andrzeja Dudy?

ZUS wycofał skargę. Czy dlatego, że kwestia, której postępowanie dotyczyło, straciła aktualność? Nie. Państwowa instytucja poświęca sprawę konkretnego człowieka dla tricku prawnego, którego skutkiem jest zrobienie na złość sędziom. Państwo prawa Dobrej Zmiany. Bliżej ludzi.

Holtei

„Nie dostaliśmy do dzisiaj pozwu, który Komisja [Europejska – dop. Red.] miała zgłosić do Trybunału Sprawiedliwości” – powiedział w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim w Polsat News Mateusz Morawiecki. Premier – w sprawie dialogu Polski z KE i zmianach w sądownictwie – podkreślił, że dopiero wtedy rząd się ustosunkuje do wątpliwości tego gremium, dotyczących reformy sądownictwa w Polsce. Przypomniał, że Polska toczy z KE dialog. Pochwalił się również, że już teraz za sprawą pewnych regulacji, m.in. losowemu przydziałowi spraw sądowych, „słyszy pozytywne komentarze”. – „Jestem chwalony, to zasada, która już dawno powinna być wdrożona” – powiedział.

Premier uważa, że UE nie rozumie historycznych uwarunkowań Polski. – „Jesteśmy krzywdzeni przez Brukselę” – stwierdził, na całego grając na antyeuropejskich sentymentach. – „To dlatego, że Bruksela, ale tak naprawdę też kilka krajów zachodnioeuropejskich, bardzo ważnych, zacnych, nie rozumie sytuacji w Polsce, która jest sytuacją systemu postkomunistycznego” – mędrkował Morawiecki. Zapewnił, że rząd PiS nie…

View original post 8 078 słów więcej

Mateusz Morawiecki – polski wkład jako wzorzec z Sèvres

To niewiarygodne, ale PiS znowu swoją ewidentną porażkę usiłuje przekuć w sukces. Tym razem chodzi o wyrok Sądu Apelacyjnego, który nakazał Mateuszowi Morawieckiemu przeprosić za wygłoszone przez kłamstwo na wiecu wyborczym w Świebodzinie. Mówił wtedy, że za rządów PO-PSL nie budowano dróg i mostów.

Otóż szef sztabu wyborczego PiS europoseł Tomasz Poręba napisał na Twitterze, że… Sąd Apelacyjny przyznał rację premierowi Morawieckiemu! – „1. Sąd nie nakazał przeprosin. 2. Wniosek został oddalony w części dotyczącej wnioskowanego oświadczenia, jak i zakazu rozpowszechniania informacji o braku budowy przez rząd koalicji PO-PSL dróg oraz mostów. 3. Sąd Apelacyjny przyznał rację PMM w zakresie wypowiedzi „nie było dróg i mostów”. 4. PMM ma wydać jedynie oświadczenie które zostanie opublikowane” – napisał Poręba.

W internecie zawrzało. – Panie Poręba, zmiłuj się, nie zaklinaj już tej rzeczywistości. Morawiecki powiedział nieprawdę, czyli skłamał”; – „Brzydko, panie Poręba, tak manipulować. A i z czytaniem ze zrozumieniem kłopoty”; – „Czyli logika PiS i alternatywna interpretacja rzeczywistości w pełnej krasie. Kto się spodziewał czegoś innego niż kolejne brednie i urojenia, w które będą brnąć?”; – „Panie Poręba, może pan przestać się kompromitować? Mateusz Morawiecki powiedział nieprawdę, musi sprostować, a mówienie nieprawdy, jest kłamstwem, czy ma Pan problem że zrozumieniem tego?” – pisali internauci.

Część przytaczała Porębie treść oświadczenia, do wygłoszenia którego sąd zobowiązał premiera. – „Nieprawdziwe są informacje podane przeze mnie w dniu 15 września 2018 r. podczas wiecu wyborczego komitetu wyborczego Prawo i Sprawiedliwość w Świebodzinie, że w ciągu jednego do półtora roku wydawana jest przez nas większa suma na drogi lokalne, niż za czasów koalicji PO i PSL w ciągu ośmiu lat. Mateusz Morawiecki, premier rządu Rzeczpospolitej Polskiej”.

Innego „wytłumaczenia” spróbował wicemarszałek Senatu Adam Bielan.

W Polsat News stwierdził, że wypowiedź premiera „być może nie była precyzyjna”. – „Taki jest charakter wiecu wyborczego, szczególnie, jak polityk nie czyta z kartki, jak wielu liderów – również Platformy – nie duka, tylko mówi w sposób spontaniczny, mówi z głowy. Pan premier Morawiecki jest świetnym mówcą, natomiast być może, PO złapała go za jakieś słowo” – powiedział Bielan. Nie uściślił, za które…

Wyprowadzane z dolnośląskiego PCK pieniądze przekazywane były politykom PiS nie tylko z okazji kampanii wyborczych, dla części z nich stanowiły stały dodatkowy dochód. Tak „zarabiać” miał m.in. obecny poseł Piotr Babiarz. Prokurator badająca ten przekręt kilka tygodni temu zrezygnowała z prowadzenia śledztwa i poprosiła o dobrowolną degradację.

Dolnośląskim oddziałem Polskiego Czerwonego Krzyża przez lata kierowali politycy PiS. Prezesem był były radny sejmiku wojewódzkiego Rafał Holanowski, jego zastępcą poseł Piotr Babiarz, a dyrektorem – radny obecnej kadencji sejmiku Jerzy G. Ten ostatni podejrzewany jest dziś przez prokuraturę o wyprowadzenie z kasy PCK – wspólnie i w porozumieniu z innymi osobami – 1,2 mln zł.

Przez rok, który minął niedawno od wszczęcia śledztwa w tej sprawie, badaliśmy mechanizm wyprowadzania pieniędzy oraz to, kto z nich korzystał i komu służyły. Rozmawialiśmy z podejrzanymi, ze świadkami, z byłymi i obecnymi pracownikami PCK, a także śledczymi.

Z naszych ustaleń wyłania się obraz dobrze funkcjonującego układu, z którego garściami przez kilka lat czerpali dochody ludzie związani z PiS. Mechanizm był prosty: w latach 2014-17 zwerbowani przez Jerzego G. pracownicy PCK kradli odzież z należących do niego kontenerów, do których zbierana była ona na potrzeby najbiedniejszych. Potem za pośrednictwem firmy zarejestrowanej na „słupa” sprzedawali ją w zaprzyjaźnionych lumpeksach i hurtowniach.

Sąd Apelacyjny w Warszawie orzekł, że premier Mateusz Morawiecki ma sprostować wypowiedź z wyborczego wiecu w Świebodzinie, gdzie stwierdził o rządach koalicji PO-PSL: „Nasi poprzednicy mówili, że budujemy nie politykę, tylko drogi i mosty. Nie było ani dróg, ani mostów”. A także: „W ciągu jednego do półtora roku wydawana jest przez nas większa suma na drogi lokalne niż za czasów koalicji Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego w ciągu ośmiu lat”.

„Ocenna” wypowiedź premiera

Najpierw był spór o to, czy tę wypowiedź można sądzić w 24-godzinnym trybie wyborczym, skoro premier nie jest oficjalnie uczestnikiem kampanii. Sąd Okręgowy uznał, że nie można, Sąd Apelacyjny był odmiennego zdania i sprawa trafiła do ponownego rozpoznania. Tym razem pierwsza instancja uznała, że była to „wypowiedź ocenna”, a takie nie podlegają kategoriom prawda–fałsz, zatem nie podlegają też wyborczemu trybowi. Dziś sąd drugiej instancji uznał, że jednak było to stwierdzenie co do faktów – i że było fałszywe.

Jak PiS rozprawia się z niepokornymi sędziami

Wyrok oznaką lizusostwa?

Wczoraj, komentując wyrok pierwszej instancji (że premier nie musi prostować tej wypowiedzi), napisałam, że dzięki temu, że PiS zastrasza i awansuje sędziów, promując posłusznych i karząc niezawisłych, każdy wyrok jest dzisiaj komentowany nie z punktu widzenia prawa czy słuszności, ale jako efekt politycznego lizusostwa sędziów, ewentualnie strachu z jednej, a niechęci sędziów do PiS z drugiej strony. A to rujnuje zaufanie do wymiaru sprawiedliwości. I o to właśnie chodziło PiS-owi.

Jak się zachowa Mateusz Morawiecki

Mamy kolejny wyrok, tym razem niekorzystny dla PiS. I najbardziej mnie ciekawi, czy premier go wykona. Bo przecież w III RP PiS, już od niemal trzech lat, przypisuje sobie prawo do oceny, który wyrok należy wykonać, bo jest słuszny i prawidłowy, a którego nie. Ostatnio – z wyprzedzeniem – ostrzegł o tym Trybunał Sprawiedliwości UE, w razie gdyby Trybunałowi przyszło do głowy orzec nie po myśli polskich władz w sprawach dotyczących „reformy” Sądu Najwyższego.

No więc ciekawe, czy tym razem premier uzna wyrok. Czy też stwierdzi, że nie jest to wyrok w rozumieniu prawa – jak orzekła premier Beata Szydło o wyrokach Trybunału Konstytucyjnego przed „dobrą zmianą”. Albo, jak sam stwierdził o przyszłym rozstrzygnięciu TSUE – że nie będzie się mieściło w granicach prawa. A może odwoła się do „suwerena” i – jak w przypadku rzekomego poparcia dla swoich „reform” wymiaru sprawiedliwości – pokaże w „Wiadomościach” TVP wyniki sondażu opinii publicznej: „Czy premier ma sprostować wypowiedź: tak / nie / nie mam zdania”?

Zaciera się w masowej kulturze ponowoczesnej tradycyjne pojęcie dobra i zła – coś, co mieściło się w przedwojennej zasadzie przyzwoitości, do czego wracał Bartoszewski, mówiąc, że „warto być przyzwoitym” – mówi nam prof. Zbigniew Mikołejko, filozof i historyk religii, eseista, kierownik Zakładu Badań nad Religią w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Pytamy o kłamstwo w polityce i w życiu, o iluzje i manipulacje elektoratem. – Proszę zobaczyć, kto się dorwał obecnie do władzy. Tam nie ma ludzi, którzy mają specjalne zasługi dla Rzeczpospolitej, a wręcz przeciwnie: są ludzie, którzy nie brali szczególnego udziału w żmudnym i bolesnym wędrowaniu Polski ku wolności (a często byli po stronie upadłego reżimu), są ludzie mali, wszelkiego rodzaju drobnomieszczaństwo, ludzie rozgoryczeni i rozeźleni, którzy przegrali – często jedynie w swej świadomości – na transformacji.

JUSTYNA KOĆ: Wicemarszałek Senatu Adam Bielan mówi: spowodowaliśmy, że Polska nigdy nie była tak silna na arenie międzynarodowej. Premier przekonuje, że nie było dróg za poprzednich rządów i że sam negocjował wejście Polski do UE, minister edukacji twierdzi, że reforma była bezkosztowa i żaden nauczyciel nie stracił pracy, chociaż samorządy musiały dopłacić miliony zł. Czy kłamstwo opanowało politykę?

ZBIGNIEW MIKOŁEJKO: To rozlewisko kłamstwa rzeczywiście jest przerażające i przynosi na myśl najgorsze wzory dziejowe. Chociaż to, co teraz obserwujemy, jest niebywałe, ponieważ środki, przy pomocy których można rozsiewać kłamstwo, uległy spotęgowaniu. Kiedyś instrumentarium kłamstwa nie miało tylu możliwości przenikania do różnych miejsc, do tylu środowisk, chociażby dlatego, że propaganda radiowa nie dotykała wszystkich w czasach nazizmu czy sowietyzmu, bo nie każdy np. miał radio.

Dziś natomiast – czy chcemy tego, czy nie – żyjemy w takiej wirtualnej powięzi, gdzie kłamstwo dopada nas w najgłębszym naszym przytulisku. Wystarczy, że otworzymy w domu komputer – i już możemy się znaleźć w przestrzeni kłamstwa.

Podsumowując ten wątek: łatwość dostępu do narzędzi rozsiewania kłamstwa jest tu bardzo ważna, ale zaraz za nią kroczy druga przyczyna.

Ponieważ znaczna część z nas żyje w tej wirtualnej powięzi, to zostaje zatarta granica między tym, co rzeczywiste, a co nie. Sama przy tym technika przekazu informacji nie jest neutralna i wiele osób staje się z tego powodu zagubiona. Po trzecie, drastycznie nam osłabł system edukacji; polska szkoła jest szkołą, która najmniej w skali świata – jak mówią najnowsze badania – uczy literatury, pisania i czytania.

Zatem ludzie – trochę na własne życzenie, bo łatwiej jest być leniwym umysłowo niż pracować intelektualnie – stali się bezbronni wobec kłamstwa. Sztuka czytania literatury i pisania jest przecież sztuką myślenia, poszerzania własnych horyzontów, wyrażania własnych myśli i rozeznania w świecie itd.

Przychodzi mi na myśl przykład faraonów, którzy za pomocą wiedzy o zaćmieniu słońca manipulowali ludem.
To jest właśnie ten mechanizm, który obnaża w powieści „Faraon” Bolesław Prus. To oczywiście przykład literacki, choć ważny i symboliczny, bo doskonale i dramatycznie pokazuje niszczące uderzenie tego, co irracjonalne, nierozumne i mroczne, w to co racjonalne i pożyteczne – także dla ludu, który jednak idzie za tym, co dla niego zgubne, nieszczęsne. To gorzki obraz z książki Prusa, ale znamy przecież podobne przypadki z historii. Jest ich bardzo wiele. I dziś zresztą obserwujemy ten sam mechanizm, nie tylko w Polsce.

Ludzie bowiem niekoniecznie idą za tym zawsze, co dla nich dobre. I ulegając kłamstwu, często działają na własną zgubę, gdyż zostają zmanipulowani. Zresztą to kluczowe słowo; „zmanipulowani” oznacza, że stają się niewolnikami cudzych iluzji.

Panie profesorze, ale jednak człowiek jest istotą rozumną, a pamięć ludzka sięga dalej niż trzy lata wstecz. Chyba ludzie pamiętają, jak jeździło się wtedy po Polsce. A dziś premier mówi, że dróg nie było. Jak to możliwe?
Bo tu mamy jeszcze jeden mechanizm – dość szczególne przełamanie dysonansu poznawczego w tak szerokiej społecznej skali. Ten sam mechanizm wykorzystują zresztą sekty; zrobiłem coś dobrego dla kogoś albo uległem komuś tylko raz i w jednej sprawie – ot, zagłosowałem na rządzącą formację, bo dała mi 500 zł. Teraz więc, żeby zachować twarz i pozory rozumności i bezinteresowności tego własnego czynu, muszę zamknąć oczy np. na daty, fakty, historię, nawet na elementarną prawdę, choćby była ona niepodważalna, jaskrawa i krzyczałaby wniebogłosy. Jeżeli jeszcze do tego wykazałem się jakąś gorliwością w popieraniu owej władzy, to nie mogę nagle powiedzieć, że ona jest kłamliwa i zła. To wszystko dzieje się nie dlatego, że kocham tę władzę, tylko dlatego, że ja sam w pewnym momencie dałem się kupić, raz zwieść, ale nie mogę się do tego przyznać nawet przed samym sobą. I

tylko najtęższe umysły potrafią zrelatywizować swoje poglądy, wysupłać się jakoś z tego wewnętrznego zapętlenia.

W przypadku PiS-u mamy tylko kilka przykładów. Najgłośniejsze to profesorowie Jadwiga Staniszkis i Ryszard Bugaj, którzy popierali oficjalnie PiS, potem zmienili zdanie.
Bo to niezwykle trudne. Możemy to pokazać przez przykład pewnego eksperymentu dotyczącego przełamywania dysonansu poznawczego. Oto pewien niepalący mężczyzna został wprowadzony w stan hipnozy. I poproszono go, aby w piękny, pogodny dzień włożył płaszcz i wziął parasol, wreszcie udał się do odległego kiosku, chociaż miał taki również pod domem. No i kupił tam paczkę papierosów. Został następnie rozbudzony przy powrocie i zaczęto zadawać mu pytania. – Dlaczego kupiłeś papierosy, skoro nie palisz? – No, pomyślałem, że mogą przyjść do mnie goście i któremuś z nich może zabraknąć papierosów…  – A dlaczego jesteś w płaszczu i z parasolem, skoro jest taka ładna pogoda? – No, bałem się, że może zacząć za chwile padać. – A dlaczego udałeś się do dalekiego kiosku, skoro masz pod domem taki sam? – No bo skoro jest taka ładna pogoda, to chciałem się przejść, bo jest taka ładna pogoda…

To jest ten sam mechanizm, z którym mamy do czynienia w życiu zbiorowym – znajdowania pozornie rozumnych uzasadnień dla naszych nierozumnych czynów i wyborów – tylko pokazany na jednostkowym przykładzie.

Powiedział pan, że podobnie narzędziami operują sekty?
Tak, szczególnie te niebezpieczne. Tam zazwyczaj przyszłych, ewentualnych członków prosi się o drobną przysługę, np. przyniesienie paczki – i dopiero wówczas stopniowo zachęca do rozmowy, do wejścia w relacje. I taka osoba często zostaje oddanym członkiem grupy. Na ulicy bowiem trudno kogoś zachęcić, żeby nagle przyłączył się do sekty, której prawdziwe cele są ukryte.

PiS też zresztą nie mówił, że rozwali system, że nie będzie przestrzegał konstytucji. W kampanii więc uśmiechnięta Beata Szydło mówiła o polskich rodzinach i malowała szkołę, a prezydent Duda opowiadał, że będzie prezydentem wszystkich Polaków.

Kolejne kłamstwo.
Zatem – myśli wyborca – skoro już zagłosowałem na PiS lub jego poplecznika, partię Kukiza, czyli PiS dla małolatów (bo to jest bardziej anarchiczny i nieuporządkowany wariant podobnego populizmu) – to cały czas chcę potem sobie i innym udowodnić, że zrobiłem słusznie, że to, co robi PiS, jest racjonalne, służy dobru mojemu i powszechnemu. Nie liczy się wtedy dookolna rzeczywistość z jej prawdą faktów –

liczy się tylko świat wewnętrzny, gdzie za wszelka cenę próbuje się zachować spójność swoich czynów z ocenami moralnymi. I tu jest sedno sprawy.

To musi działać przede wszystkim na elektorat PiS-u, a co z resztą?
Niekoniecznie tylko na elektorat PiS-u, ale też i na ludzi tzw. obojętnych. Skoro bowiem nie zareagowałem na zło, które wokół mnie się działo czy dzieje, na obłudę, agresję i kłamstwo, to muszę to sobie jakoś wytłumaczyć, jakoś się z tym rozliczyć. I tu mamy również znamienny przykład z obszaru psychologii społecznej: głośne ongiś zabójstwo studentki Kitty Genovese, która została brutalnie zamordowana na jednym z amerykańskich kampusów, a ludzie przyglądali się temu z okien, widzieli zbrodnię i nie zareagowali. Później swą obojętność tłumaczyli tym, że Kitty Genovese była zła i grzeszna. Pojawił się nawet artykuł w uniwersyteckiej gazecie, który opisywał ją jako osobę z gruntu niemoralną. Takie zachowanie nazwano „efektem widza”.

Jest to przykład dyfuzji odpowiedzialności, jej rozproszenia, które powoduje, że obojętni obserwatorzy zdarzeń zaczynają szukać usprawiedliwień w kłamstwie. A do tego przychodzą jeszcze źli i bezczelni manipulatorzy, którzy kłamią i „odwracają kota ogonem”, aby osiągnąć rozmaite korzyści – polityczne, emocjonalne, finansowe.

A nawiasem mówiąc, zjawiska interesu emocjonalnego, którego rolę staram się podkreślać od lat, nasza socjologia polityczna nie brała pod uwagę. I dalej właściwie nie bierze – albo bierze ospale. I dopiero badania prof. Gduli nad Miastkiem trochę uwydatniły ów interes emocjonalny. A tymczasem ludzie – różne ich zbiorowości – mają ważne i trwałe interesy emocjonalne, które niekoniecznie są zgodne z interesami ekonomicznymi czy społecznymi. Ba, często są brutalnie sprzeczne z tymi ekonomicznymi czy społecznymi. To oznacza, że na czystkach w Sądzie Najwyższym, w mediach, na represjonowaniu sędziów „ja” nie zyskuje w sensie bezpośrednim żadnych oczywistych, wymiernych korzyści, ale za to odczuwa silnie schadenfreude, „złą radość” z cudzego nieszczęścia.

Polega to na myśleniu: wprawdzie ja sam nie doznaję niczego korzystnego, ale dobrze tak tym sędziom, tym lekarzom, tym dziennikarzynom wyrzuconym z roboty! Taka „zła radość” stanowi bowiem swoistą uczuciową „zapłatę” za moje rzeczywiste czy – dużo częściej – urojone krzywdy.

To typowo polskie?
Typowe dla ludzi małych i niewiele w swoim odczuciu znaczących, a takich pośród nas jest większość. To dotyczyć może zatem tych wszystkich, którzy nie doznali awansu społecznego z różnych przyczyn i dowartościowują się właśnie cudzym nieszczęściem. Tu także jest istotny poziom szkoły. Przed 1989 rokiem szkoła, jakkolwiek nadmiernie represyjna, stawiała jednak wiele wymagań co do nauki i zasad postępowania. Potem jednak mechanizm ten uległ zdecydowanemu i nadmiernemu rozluźnieniu, serwowanemu pod hasłem demokratyzacji.

Oczywiście, proces demokratyzacji był szkole potrzebny, ale przecież nie przez uwolnienie dzieci i młodzieży od poczucia obowiązku, także wobec siebie samych – od obowiązku nauki, zdobywania wiedzy, rozwoju, stawiania sobie wymagań.

Ten proces jeszcze nasilił się poprzez dostępność do szkół wyższych – zatem mamy trzy razy więcej uczelni niż Stany Zjednoczone. W Polsce jest ich bodaj 450, a w USA – 150. No i dziś mamy mniej maturzystów niż miejsc na uczelniach wyższych. Zatarły się więc progi inicjacyjne, czyli trudne i bolesne momenty, które pozwalały wznieść się jednak wyżej, awansować. Wszystkie społeczności miały takie progi inicjacyjne – i kultury pierwotne, i nowoczesne zachodnie.

Aby stać się więc dorosłym mężczyzną czy dojrzałą kobietą, trzeba było przejść przez bolesny – czasem nawet drastyczny – proces. Wówczas dopiero można było stać się członkiem wyższej grupy społecznej, zwiększyć swe prawa (ale i obowiązki): przejść z kategorii chłopców do kategorii mężczyzn, z kategorii dziewcząt do kategorii kobiet.

Społeczeństwa zachodnie ukształtowały natomiast system inicjacyjny oparty na edukacji szkolnej. Progiem była choćby matura, zwana kiedyś nie bez powodu „egzaminem dojrzałości”. Jeśli więc manipulujemy przy tym progu, łagodzimy go czy niwelujemy, to stawiamy coraz niższe warunki dojrzałości – intelektualnej, emocjonalnej, kulturowej – społeczeństwu. A z drugiej strony coś, co nie wymaga wysiłku, jest nisko cenione. Za tym idzie prosta prawda, że tego, czego nie ma systemie szkolnym, nie ma i w mentalności powszechnej. W obliczu zdegradowania progów inicjacyjnych nie ma się więc co dziwić, że zbiorowości naszej tak brakuje nie tylko elementarnej wiedzy o świecie, wiedzy historycznej, ekonomicznej, prawnej, ale też rozeznania w rzeczywistych hierarchiach wartości, właściwych zasadach egzystencji społecznej i normach moralnych.

Na dodatek brak usankcjonowanej społecznie inicjacji bywa często spontanicznie kompensowany – co obserwujemy nie tylko w szkołach, ale i w wielkich korporacjach – przez tzw. inicjację dziką, drastyczną i nieuporządkowaną.

Czyli sami na to zapracowaliśmy?
Środowiska liberalne i lewicowe, rządzące nami po 89 roku, same zgotowały sobie taki los. Zbudowały bowiem fałszywą paideię, pozorny system wychowania i nauki. Dziś zatem dyplom renomowanej uczelni jest porównywany z dyplomem uczelni, która jest skrzyżowaniem „szkoły pod żaglami” z akademią Lata z Radiem.

Zaciera się ponadto w masowej kulturze ponowoczesnej tradycyjne pojęcie dobra i zła – coś, co mieściło się w przedwojennej zasadzie przyzwoitości (do czego wracał Bartoszewski, mówiąc, że „warto być przyzwoitym”).

No i

kultura kłamstwa jest też kulturą pogardy.

Proszę więc zobaczyć, kto się dorwał obecnie do władzy. Tam nie ma ludzi, którzy mają specjalne zasługi dla Rzeczpospolitej, a wręcz przeciwnie: są ludzie, którzy nie brali szczególnego udziału w żmudnym i bolesnym wędrowaniu Polski ku wolności (a często byli po stronie upadłego reżimu), są ludzie mali, wszelkiego rodzaju drobnomieszczaństwo, ludzie rozgoryczeni i rozeźleni , którzy przegrali – często jedynie w swej świadomości – na transformacji. I oto właśnie ci ludzie, dzięki fatalnie skonstruowanemu mechanizmowi wyborczemu i kłamstwu, zyskali nagle władzę – nad mądrzejszymi, bardziej pracowitymi i zasłużonymi, nad tymi, którzy mają nierzadko piękne, heroiczne karty. Rozkoszują się więc taką władzą, bo wszystko mogą. To jest rodzaj władzy absolutnej i absolutnej bezkarności – bo nie ma takiego mechanizmu, który zabroni kłamać i za to ukarze.

Waldemar Mystkowski pisze o ojkofobii i kaczofobii.

Jarosław Kaczyński niczym tsunami wzbudził falę ojkofobii, która związana jest jednak z jego osobą i winna się nazywać właściwie – kaczofobią.

Ojkofobia rozlała się szerokim nurtem po Polsce i Polakach. Zdaje się, że dotyczy w głównej mierze tego, który ten termin upowszechnia – Jarosława Kaczyńskiego. Otóż prezes Kaczyński zaskarżył Lecha Wałęsę o to, że ten powiedział, iż prezes jest mimowolnym sprawcą katastrofy smoleńskiej, bo telefonicznie ponaglał brata Lecha do lądowania w Smoleńsku, a oprócz tego Wałęsa sugerował niedyspozycję psychiczną prezesa.

Wydawałoby się, że Kaczyński powinien w te pędy lecieć do sądu, gdy już wyznaczono termin rozprawy, lecz nadsyłał usprawiedliwienia, iż jest chory na kolano (acz nie na głowę). Wałęsa upierał się, że Kaczyński kłamie, bo w tym czasie bywał w górach (zdjęcia publikował Joachim Brudziński), a także obwożono go w ruchomym cyrku kampanii wyborczej PiS, aby wygłaszał krótkie przemówienia jako dyrektor pisowskiej menażerii i na dowód, że daleko mu do mauzoleum. Jednak prezes padł, znowu powędrował do szpitala leczyć kolano. Niestety, pojawił się kolejny termin, Kaczyński bohatersko wziął sobie to na klatę i zlecił metodę telekonferencji, stosowaną na świecie w szczególnych wypadkach, gdy przesłuchiwano bossów mafii.

Do zdalnego przesłuchania nie doszło, bo sprzęt też dostał ojkofobii, po prostu zwyczajnie padł, odmówił posłuszeństwa. Ojkofobia zdaje się, że dotknęła też Andrzeja Dudę, który został złapany na dalekim forum ONZ w Nowym Jorku, gdzie gęba mu się śmiała, bo udało mu się przysiąść do Donalda Tuska. Nie dziwię się Dudzie, który spotyka się zewsząd z ostracyzmem, a gdy zobaczył rodaka, to nie mógł powstrzymać się od pozytywnych emocji i dał temu upust z dala od kraju dotkniętego nie tylko ojkofobią.

Radość Dudy może mieć kilka den. Jedno z pytań może brzmieć – ciekawe, z kogo się naśmiewali Tusk i Duda, a jeszcze ciekawsze, czy ten ktoś będzie zadowolony… tym bardziej, że cierpi na kolano. Powyższe pytanie sformułował Roman Giertych.

Marek Migalski zaś postrzega inaczej: Tusk spalił Dudę, bo jeśli ktoś na tych uśmiechach stracił, to przecież Duda, nie Tusk, a zatem prezydent dał się podejść jak dziecko. Ale może być jeszcze inaczej. Duda nie daje już rady w kraju, być prezydentem to nie na jego brzemię. Może przeczytał „Fakt”, w którym piszą, że w wyborach prezydenckich Kaczyński nie wystawi jego, a Mateusza Morawieckiego.

I z kogo się śmiali? Rzecz jasna z prezesa, a Tusk ponadto ze swego byłego doradcy Morawieckiego. Każdy śmiałby się w Nowym Jorku, gdyby uświadomił sobie, jak w kraju męczą się w rynsztoku kłamstw Morawiecki z Kaczyńskim.

Zaś zupełnej ojkofobii dostał Naczelny Sąd Administracyjny, który nakazał wstrzymanie wykonania uchwały Krajowej Rady Sądownictwa z wnioskami o powołanie sędziów Sądu Najwyższego do Izby Karnej SN.

Gdyby ojkofobia miała siłę kołka osikowego, to już mielibyśmy do czynienia z końcem chorych emocji godnych horroru, które wzbudził prezes Kaczyński. Wywołał do tablicy najwyższe gremia władzy sądowniczej, a te postanowiły, iż Zgromadzenia Ogólne sędziów dwóch izb Sądu Najwyższego zgodnie z nową ustawą o Sądzie Najwyższym zebrały się w celu wyboru następców swoich odesłanych w stan spoczynku prezesów Stanisława Zabłockiego i Józefa Iwulskiego. Efekt – sędziowie stwierdzili, że obaj nadal są prezesami izb.

Czyli ta pseudo reforma sądownictwa dokonana przez PiS jest guzik warta, oto legła w gruzach. Władza sądownicza działa zgodnie z zaleceniami Komisji Europejskiej. W kraju prezes Kaczyński niczym tsunami wzbudził fale ojkofobii, która związana jest jednak z jego osobą i winna się nazywać właściwie – kaczofobią. Oj, kaczyzm nie podoba się nam i władzom unijnym, bo to po prostu swojska odmiana autokracji, która jest obca zachodnim wartościom.

>>>

Sąd Najwyższy zaczyna wygrywać z bezprawiem PiS

Katner: Czuje się sędzią SN, którego usiłuje się przenieść w stan spoczynku

– Czuje się sędzią Sądu Najwyższego, którego usiłuje się przenieść w stan spoczynku – mówił Wojciech Katner w rozmowie z Moniką Olejnik w programie „Kropka nad i” TVN24.

– Czy pan jest złodziejem, oikofobem, ciemiężycielem, złogiem komunistycznym?– pytała dziennikarka.

– Ja się dowiaduje coraz częściej, kim ja sobie nie wyobrażałem, że będę. Ciekaw jestem kim jeszcze zostanę. Nie rozumiem tego, nie wiem po co to się czyni, bo to nie ma nic wspólnego z żadną reformą – odparł Katner.

– Można mieć wiedzę, że pojedyncze osoby są niegodne tego zawodu i na pewno są takie. To się wtedy wskazuje kto, dlaczego. Natomiast to, co teraz się dzieje, jest podważaniem zaufania do środowiska sędziowskiego, ale nie jako osób, tylko osób, które wydają wyroki. W ten sposób deprecjonuje się organ państwa i wyroki, które są wydawane w imieniu państwa – mówił dalej Katner.

Katner o pozwie przeciwko Piotrowiczowi: Jeszcze się może do tego procesu dołączę

– Ja słyszałem to. Słyszałem to i zaraz z panią prezes rozmawiałem. Sam uważam się za osobę, której dobra osobiste, w szczególności godność, honor, zostały naruszone – mówił Wojciech Katner w rozmowie z Moniką Olejnik w programie „Kropka nad i” TVN24.

– Czemu pan sędzia nie wystąpił? – pytała Olejnik.

– Jeszcze się może do tego procesu dołączę. Jak się może czuć osoba, która nigdy w tej partii nie była, która z takiej rodziny pochodzi. Prawdopodobnie to dotyczy wielu moich koleżanek i kolegów – mówił Katner.

Schetyna po decyzji sądu ws. słów PMM o drogach i mostach: Człowiek honoru w takiej sytuacji podałby się do dymisji

Morawiecki skłamał, dlatego musi za to odpowiedzieć, musi przeprosić Koalicję Obywatelską. Musi przeprosić wyborców i Polaków. Ale to nie kończy tej rzeczy, bo kłamstwo jest wszechobecne w całej polityce, którą prowadzą. Chcę dzisiaj bardzo wyraźnie powiedzieć: to kompromitacja i wstyd. Człowiek honoru w takiej sytuacji podałby się do dymisji” – mówił na konferencji prasowej przewodniczący PO, Grzegorz Schetyna.

Chwyt retoryczny okazał się ordynarnym kłamstwem. Okazało się, że mamy prawdę, też prawdę i prawdę Morawieckiego. Po raz kolejny, ponieważ statystyki pokazują, ze aż w 40% wg jakichś tam badań Morawiecki mija się z prawdą, po raz kolejny minął się z prawdą. Tylko tym razem, dzięki temu, że mamy kampanię wyborczą, można było powiedzieć sprawdzam i okazało się, że sąd zdecydował, że było to kłamstwo. Teraz Polacy jak będą słuchać Morawieckiego zawsze powinni pamiętać ten wyrok sądu” – mówiła przewodnicząca Nowoczesnej, Katarzyna Lubnauer.

Nie można budować państwa opartego na kłamstwie. Nie można kłamstwem rządzić obywatelami i obywatelkami. Ten wyrok sądu pokazuje, że w życiu publicznym wszyscy jesteśmy równi wobec prawa. Najwyższy czas, żeby premier Morawiecki i cały rząd PiS-u zaczęli przestrzegać prawa i przestali kłamać, tak jak kłamali ws. sądów, praw kobiet, edukacji, praworządności. Tu pokazujemy – w sprawach wyborczych skłamali. Koniec z kłamstwem PiS-u” – mówiła liderka Inicjatywy Polska, Barbara Nowacka.

Trep Morawiecki powtarza sukces Szydło 1:27

W momencie, kiedy zagrożone są pryncypia państwa prawa, to partykularne interesy i podziały powinny zejść na drugi plan. Przykładowo: skoro walczymy o Warszawę, to wystawianie wielu kandydatów z różnych demokratycznych ugrupowań jest sygnałem, że nic złego się jednak nie dzieje i że jest to zwykła walka polityczna, a nie obrona porządku konstytucyjnego. W 1989 roku wszyscy potrafili się zjednoczyć dla dobra państwa. To był chyba najpiękniejszy moment w dziejach naszej historii. Wszyscy, niezależnie od poglądów, postanowili, że najważniejsze jest ratowanie Polski, a potem dopiero przyjdzie czas na to, by pójść własną drogą – mówi w rozmowie z nami mec. Jacek Dubois, adwokat, członek Trybunału Stanu. – W momencie, kiedy reforma zacznie obowiązywać i kiedy sądy mogą zostać ubezwłasnowolnione, ludzie zdadzą sobie dopiero sprawę z sytuacji. Niestety, ta świadomość przyjdzie za późno, ale spowoduje refleksję, której efektem musi być reakcja przed urną – dodaje.

JUSTYNA KOĆ: Czym będzie prawo po 3 lipca, kiedy Sąd Najwyższy zostanie przejęty przez PiS?

JACEK DUBOIS: Prawo przestanie być stosowane przez niezawisłe sądy, co będzie się łączyło z olbrzymim ryzykiem dla obywateli. Znikną gwarancje niezależności sądu – i te ustawowe, i konstytucyjne, bowiem tworząc nowe prawo naruszono konstytucję. Władza sądownicza zostanie podporządkowana wykonawczej, która będzie miała możliwość obsadzania stanowisk kierowniczych w sądach i wpływania na sędziów ekonomicznie i dyscyplinarnie. Nowe prawo zdewastowało zasadę niezawisłości sędziowskiej. Oczywiście nadal wyroki wydawać będą konkretni sędziowie, którzy będą orzekać zgodnie z własnym sumieniem. Jednak

możliwość wywierania presji przez władzę na poszczególnych sędziów może wywołać efekt mrożący, w wyniku którego dotychczas niezawiśli sędziowie, przy wydawaniu wyroku, mogą kalkulować własne bezpieczeństwo i zastanawiać się nad wyrokiem nie tylko z punktu widzenia ocen prawnych, lecz także oczekiwań władzy. Obywatel jest stroną wielu sporów z władzą na wielu płaszczyznach, a zatem jego prawa i gwarancje zostają zagrożone wskazanym mechanizmem.

Po 3 lipca o północy na przymusową emeryturę odejdzie 11 sędziów. Co stanie się z kolejnymi 16, dowiemy się najpóźniej we wrześniu. Wśród nich będą także sędziowie, którzy złożyli oświadczenia o gotowości do dalszego orzekania, ale powołali się na konstytucję. Prezydent poprosił nową KRS o zaopiniowanie także tych sędziów. To dobra wola prezydenta, czy cyniczna gra związana z art. 7?

Jeżeli ktoś decyduje się na łamanie zasad konstytucji, to trudno jest doszukiwać się w jego zachowaniu jakichś działań propaństwowych czy prokonstytucyjnych. Władza liczy, że to zainteresowanie sprawą praworządności w Polsce, które jest obecne w Komisji Europejskiej i w Luksemburgu, gdzie będzie rozstrzygana możliwość ekstradycji Artura C. do Polski w związku z wątpliwością sądu irlandzkiego co do stanu praworządności w Polsce, skończy się po 3 lipca, a zdarzenia, które nastąpią po tej dacie, będą mniej spektakularnie odbierane.

Nie łudzę się, że prezydent lub rząd wykażą dobrą wolę i będą chcieli zatrzymać na stanowiskach niezawisłych sędziów. Wszak zmiany miały na celu ich wyeliminowanie. Nie chodzi o zachowanie zasad praworządności, bo te już zostały sprzeniewierzone. To kierowanie się interesem własnym.

W tym tygodniu w całym kraju organizowane są protesty w obronie Sądu Najwyższego, ale nie są one tak masowe, jak w lipcu, kiedy ważyły się losy weta prezydenckiego. Jest pan rozczarowany społeczną postawą?

Skalą niezadowolenia nie zawsze muszą być masowe protesty, czasem oceną jest to, co się dzieje przy urnie wyborczej. Wtedy fala protestu związana też była z tym, że byliśmy w przededniu podjęcia decyzji co do losów projektów ustaw, a zmiany legislacyjne można było jeszcze cofnąć. W tej chwili te decyzje już zostały podjęte. Władza jasno powiedziała, że się nie wycofa. Wtedy wychodzący na ulicę walczyli o to, by ustawy o sądach nie zostały uchwalone. W tej chwili to, czy w SN będzie dalej orzekać kilku sędziów, nieznanych opinii publicznej z nazwiska, czy nie, jest sprawą dużo mniej odczuwalną społecznie. Nie dziwię się, choć się smucę, że te protesty są dużo mniejsze. Naszą rolą, czyli tych, którzy rozumieją realne skutki tych zmian, jest tłumaczenie i przestrzeganie. Wykształcenie prawnicze ma jedynie mały ułamek społeczeństwa, zatem trafne identyfikowanie skali zagrożenia jest dużo rzadsze wśród nieprawników.

Proszę pamiętać też, że na to, aby zohydzić wymiar sprawiedliwości, wyłożono ogromne środki. Mamy propagandę sączącą się z telewizji publicznej, była ogromna kampania billboardowa, użyto wszystkich mediów i narzędzi PR, aby przedstawić wypaczony obraz rzeczywistości.

W momencie, kiedy reforma zacznie obowiązywać i kiedy sądy mogą zostać ubezwłasnowolnione, ludzie zdadzą sobie dopiero sprawę z sytuacji. Niestety, ta świadomość przyjdzie za późno, ale spowoduje refleksję, której efektem musi być reakcja przed urną. Mam dużo pretensji do całej opozycji, która nie jest w stanie przekonać społeczeństwa o realności zagrożenia, a także nie jest w stanie uświadomić sobie, że niebezpieczeństwo jest tak poważne, że wobec niego cała opozycja demokratyczna powinna być razem. W momencie, kiedy zagrożone są pryncypia państwa prawa, to partykularne interesy i podziały powinny zejść na drugi plan. Przykładowo: skoro walczymy o Warszawę, to wystawianie wielu kandydatów z różnych demokratycznych ugrupowań jest sygnałem, że nic złego się jednak nie dzieje i że jest to zwykła walka polityczna, a nie obrona porządku konstytucyjnego.

W 1989 roku wszyscy potrafili się zjednoczyć dla dobra państwa. To był chyba najpiękniejszy moment w dziejach naszej historii. Wszyscy, niezależnie od poglądów, postanowili, że najważniejsze jest ratowanie Polski, a potem dopiero przyjdzie czas na to, by pójść własną drogą. Skoro opozycja nie potrafiła dziś dać tego sygnału, to nie potrafiła przekonać obywateli, jak bardzo obecna sytuacja jest niebezpieczna.

Trudno wymagać od ludzi, którzy wykonują rozmaite zawody, by diagnozowali sytuację prawną, tym bardziej, jeśli otrzymują szalenie kłamliwy przekaz. Proszę pamiętać, że jest również sporo osób, które mają wiedzę o konstytucji i funkcjonowaniu państwa prawa, ale wolą służyć swojej karierze, a nie zasadom.

Czy akt oskarżenia dla Władysława Frasyniuka może być przestrogą, jak to będzie wyglądać po 3 lipca?

Jeżeli dochodzimy do sytuacji, że obrona wartości konstytucyjnych skutkuje aktem oskarżenia, to jest to moment do zastanowienia. Mamy z pewnością do czynienia z jedną z najbardziej obrzydliwych sytuacji i najciemniejszą kartą historii pisaną przez obecną ekipę rządzącą i prokuraturę. Za obronę wartości demokratycznych należy się nagroda, a nie postawienie w stan oskarżenia. Zawsze szukam jednak pozytywów. Dochodzimy do sytuacji, w której sądy staną się miejscem wyrażania niezależnych poglądów. Proszę pamiętać, że w stanie wojennym poprzez sądy i deklaracje osób, wobec których stosowane były represje, przekonywano społeczeństwo o powadze sytuacji politycznej.

Konsekwencją postawienia pana Frasyniuka przed sądem będzie jego wspaniała wypowiedź i wspaniałe wystąpienie jego adwokata. Uważam, że to powinno być transmitowane i oglądane przez miliony.

Niedawno jechałem w Poznaniu do sądu ulicą Stanisława Hejmowskiego. To słynny adwokat broniący robotników w procesie poznańskiego Czerwca ’56. Zresztą w Poznaniu stoi jego piękny pomnik. Zachowały się jego fantastyczne przemówienia, gdy mówił o wolności. Teraz takie słowa wygłaszane na sali sądowej będą dostępne dla szerokich kręgów. Prawda jest też taka, że im więcej represji, tym szybszy koniec władzy, bo jednak jesteśmy narodem kochającym wolność.

A jak ocenia pan zarzut „prania brudnych pieniędzy” wobec żony Stanisława Gawłowskiego? Prokurator, która prowadziła sprawę Gawłowskiego, zrezygnowała. To budzi pana wątpliwości?

Jako adwokat staram się nie komentować sprawy w odniesieniu do akt, których nie znam. Natomiast moja intuicja podpowiada mi, że coś tu odbiega od normy, bo oglądam tysiące spraw i nie widziałem jeszcze takiego zaangażowania wobec żon osób z zarzutami karnymi. Samo zatrzymanie Stanisława Gawłowskiego już budziło mój ogromny sprzeciw. Nie chcę mówić o winie, ale uważam, że ten środek, którego użyto wobec niego, nie powinien być zastosowany.

Uważam, że gdyby nie aspekt polityczny, to wszystko potoczyłoby się inaczej. Prawo nie jest w jednakowy sposób stosowane wobec wszystkich. Sądzę, że sąd, który orzekał w tej sprawie, został poddany efektowi mrożącemu.

Proszę pamiętać, że we wtorek mieliśmy też pierwszy termin rozprawy Mateusza Kijowskiego. To niestety pokazuje, że narzędziem obecnej władzy staje się nie dyskusja, a prawo karne. Dla sędziów i prawników stworzono specjalną izbę dyscyplinarną, a dla obywateli, którzy myślą inaczej, są sądy, które zostały pozbawione gwarancji: niezawisłości sędziów i sądów, rozdziału sądów od władzy wykonawczej. Tego już nie ma, najpierw gwarancje zostały naruszone ustawą o sądach powszechnych, a teraz los sądownictwa przypieczętowany zostanie ustawą o Sądzie Najwyższym.

Czeka nas los Turcji? Będą represje, aresztowania?

Moim zdaniem nie dojdziemy do sytuacji, która jest w Turcji, gdzie cała opozycja znalazła się w długoterminowych aresztach, bo jednak tam było to związane z przewrotem politycznym, to inna sytuacja. Proszę pamiętać, że my jesteśmy wielkim narodem wolności. Myślę, że

władza ma świadomość, że bezpośrednią represją doprowadzi do sytuacji, że Polacy zachowają się jak w najpiękniejszych okresach swojej historii. Postawią się władzy narzuconej i niesprawiedliwej. Myślę jednak, że ta władza będzie stosowała działania obliczone na to, by zniechęcić społeczeństwo do aktywnego przeciwko niej oporu.

Śp. mecenas Maciej Bednarkiewicz, obrońca w procesach politycznych, pełnomocnik Barbary Sadowskiej, matki Grzegorza Przemyka, został w 1984 roku tymczasowo aresztowany za rzekome udzielanie pomocy dezerterowi, wskutek prowokacji i sfabrykowania dowodów. Ówczesne mechanizmy manipulacji i zastraszania wyśmienicie opisał Cezary Łazarewicz w książce „Żeby nie było śladów”. Spodziewam się analogicznych sytuacji.

Każdy, kto zna historię, wie, że rewolucja najszybciej zjada własne dzieci. Każdy, kto jest przyjacielem tej władzy, powinien zdawać sobie sprawę, że ona nie jest wieczna. Myślenie, że ten, kto ma odmienne przekonania, nie ma prawa głosu, jest bardzo krótkowzroczne. Zresztą po to wymyślono rozum i mowę, aby można było dyskutować i wchodzić ze sobą w pojedynki słowne, a nie za pomocą czarnego PR i zastraszania osiągać swoje cele poprzez pozbawiania praw innych.

Czy Trybunał Sprawiedliwości UE zatrzyma przejęcie Sądu Najwyższego?

My nie jesteśmy oczkiem w głowie Unii, warto to sobie uzmysłowić. Tu są dwa scenariusze: albo UE będzie walczyć o zasady i wartości, które są dla niej ważne, albo zepchnie Polskę na boczny tor. Konsekwencje w obu przypadkach są oczywiste. Odzyskanie światowego poważania tak czy inaczej będzie bardzo trudne.

Jest pan jedną z osób, która dość głośno zabiera głos w obronie praworządności. Nie boi się pan, że zaraz się okaże, że np. nie wpisał pan do oświadczenia majątkowego nieruchomości?

Już to przeżyłem. Przecież za poprzednich rządów PiS-u został przeciwko mnie skierowany akt oskarżenia. Zostałem uniewinniony, a obecny minister już złożył na mnie zawiadomienia o popełnienie deliktu dyscyplinarnego.

Jestem człowiekiem o siwych włosach, świadomym nieprzyzwoitości władzy i konsekwencji konfliktu z nią, ale uważam, że skoro jestem wychowawcą kilku roczników prawników, uczę prawa, jeżeli mam być szanowany przez moich uczniów – a w ustawie o adwokaturze jest napisane, że adwokat dba o wolności i prawa obywatelskie – to jestem zobligowany do mówienia o patologiach.

Dla mnie największą wartością jest konstytucja, prawa obywatelskie, przestrzeganie prawa. Jeżeli to się zawali, to moje zawodowe życie straci sens.

>>>

>>>

W najnowszym wpisie Krystyny Pawłowicz ewidentnie zabrakło słynnej piosenki trenera Jarząbka z „Misia” Barei, czyli „Łubu dubu, łubu dubu, niech żyje nam prezes naszego klubu. Niech żyje nam!”.

Posłanka PiS bowiem postanowiła podzielić się swoim uwielbieniem dla Joachima Brudzińskiego. –„Pan minister Joachim BRUDZIŃSKI jest „w porządku”. Stanowczy, ostre spojrzenie ,bardzo dobry kontakt z posłami. Zawsze odpowiada na wszelkie, też trudne pytania. Docenia pracę innych, broni nas przed atakami. Rozumie, że siedzący na barykadzie to odgromniki…” – napisała Pawłowicz.

„Śledzę pani wpisy, bo pani zawsze wyjdzie przed szereg i pierwsza farbę puści. To podlizywanie do @jbrudzinski oznaczać może tylko jedno. Stał się oficjalnym następcą Jarosława Kaczyńskiego. Martwię się o zdrowie prezesa, kolejnego świętego Kaczyńskiego Polska nie zniesie” – napisała jedna z internautek. A Pawłowicz tak odpowiedziała: – „Myśli Pani, że się „podlizuję”?”. Internautka tak skomentowała tę odpowiedź: – „Znamienne, skomentowała pani podlizywanie się, a pominęła pozostałą część tego, co napisałam. Dziękuję, można na Panią zawsze liczyć”.

Inni internauci tak komentowali: – „Podobno laserami z oczu umie pociąć kapustę na sałatkę”; – „Jarosław Kaczyński oddaje władzę i stąd ta laurka?”; – „Pan Brudziński razem z panem Morawieckim położył rok temu stępkę pod największy prom. Może go Pani spytać, jak idzie budowa promu?”.

Mimo ostatniej deklaracji o nadwyżce budżetowej, jesteśmy świadkami rekordowego w historii wzrostu zadłużenia Polski. W ciągu dwóch lat Prawo i Sprawiedliwość zwiększyło zadłużenie skarbu państwa o setki miliardów złotych, a nie jak deklarował rząd “zaledwie” 71,6 mld zł. Zadaje to kłam całej politycznej narracji o dyscyplinie finansowej i słynnej “nadwyżce”. Jak to zatem możliwe, że nie byliśmy świadomi procederu zadłużania nas na tak wielką skalę?

Odpowiedz na to pytanie leży w kreatywnej księgowości polskiego rządu, która jednak musiała zostać rozłożona na czynniki pierwsze przez GUS, z powodu nacisków Unii Europejskiej. Analitycy musieli bowiem przyjrzeć się rozmiarowi długu publicznego, jednak nie tylko oficjalnym statystykom, ale także ukrywanym zobowiązaniom skarbu państwa, co ostatecznie doprowadziło do odkrycia dość szokujących rezultatów. Okazuje się bowiem, że o ile oficjalny dług publiczny wynosi już blisko 1 bln zł (co odpowiada 52% PKB), to dług ukryty wynosi aż 4,96 biliona złotych, czyli 276 proc. polskiego PKB. Oznacza to, że oficjalne dane pokazują tylko 20% realnego zadłużenia kraju, które już dziś ma wartość dla długoterminowej wypłacalności krytyczną. Co jest strategiczne, dane GUS dotyczą 2015 roku, czyli okresu sprzed wprowadzenia reformy emerytalnej PiS. Ta natomiast oznacza dla zadłużenia państwa prawdziwą katastrofę. Rząd tymczasem manipuluje opinią publiczną bagatelizując sprawę poprzez dane, że w 2018 roku koszt zmian to tylko 10 mld zł. Jednak wzrost zobowiązań na kontach ZUS jest wyliczony na lata do przodu i tutaj statystyka jest ponura. Już w 2015 roku dług emerytalny ZUS wynosił aż 4057 mld zł, czyli 225,5% PKB. Tymczasem koszt reformy Prawa i Sprawiedliwości zwiększył omawiane zobowiązania o kwotę większą niż wynosi cały oficjalny dług publiczny Polski, czyli o aż gigantyczne 1,4 bln zł. Biuro Analiz Sejmowych wyliczyło, że o tyle właśnie więcej z kont ZUS zostanie wypłacone emerytom do roku 2060 tylko w wyniku zmian w jednej ustawie.

Obniżka wieku emerytalnego jest aktem prawnym, który momentalnie doprowadził zatem do rekordowego w historii wzrostu długu publicznego. Polskie władze zawsze miały problem z dyscypliną finansów publicznych, jednak jeśli uzmysłowiłem sobie, że już w 2015 roku mówiliśmy o 325% PKB całkowitego długu publicznego, to w tym przypadku mówimy o decyzji, która doprowadzi nieuchronnie do niewypłacalności państwa polskiego.

>>>

Dla PiS normalnością jest nienormalność

>>>

W miniony czwartek gościem Moniki Olejnik w „Kropce nad i” był Jacek Sasin. Ponieważ w ostatnich dniach media informowały, że ojciec Rydzyk może liczyć na kolejne, 100 mln. zł, które chce mu przyznać Ministerstwo Kultury na budowę Muzeum im. Jana Pawła II, nie można się dziwić, że ten temat znacznie zdominował spotkanie.  Trzeba przyznać, że było bardzo „gorąco”.

Zaczęło się od tego, że w pewnym momencie Jacek Sasin wspomniał Lecha Kaczyńskiego, oburzając się, że dzisiejsza opozycja, która tak go kiedyś atakowała, teraz na pamięci o nim próbuje realizować swoje cele polityczne. Uznał, że jest to niegodne i haniebne. Wówczas Monika Olejnik przypomniała swemu rozmówcy jak to „poniżany był Lech Kaczyński, jego żona przez dyrektora Radia Maryja. W sposób skandaliczny mówił, że to jest czarownica, która powinna się poddać eutanazji. W skandaliczny sposób mówił o Lechu Kaczyńskim” i to jakoś nikogo nie oburza. Mało tego, ten pan, który w tak niewybredny sposób atakował byłego prezydenta i jego małżonkę otrzymuje kolejną dotację.

Pan Sasin bardzo się zdziwił. Przecież „instytucje państwa powołane do tego, by wspierać różne inicjatywy społeczne, pozarządowe rzeczywiście wspierają je również finansowo. Dzisiaj jest tak, że organizacje prezentujące różne światopoglądy, różne opcje polityczne są traktowane tak samo”. Czy rzeczywiście?

Monika Olejnik przypomniała, że środki na dofinansowanie różnych instytucji biorą się m.in. z naszych podatków i jednocześnie dalej zastanawiała się, jak to możliwe, by osoba, która tak szkalowała Lecha i Marię Kaczyńskich teraz jest hołubiona przez rządzącą partię i obrzucana pieniędzmi. Przypomniała, że Lech Kaczyński mówił, iż nigdy nie poda ręki panu Rydzykowi. Jacek Sasin zdziwił się, skąd ma taką wiedzę „Nie słyszał pan takich wypowiedzi? Nie czytał pan? I pracował pan w kancelarii pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego, i uważa pan, że prezydent Lech Kaczyński mógł sobie pozwolić na obrażanie swojej żony?

Jacek Sasin nie miał zbytniej ochoty ustosunkować się do pytań Moniki Olejnik. Nie przedstawił swego stanowiska w sprawie, natomiast wolał skoncentrować się na pewnym faux pas, które według niego, popełniła dziennikarka. Chodziło o zwrot „pan” w odniesieniu do Rydzyka. „Myślę, że mówienie o osobie duchownej „pan” jest niepotrzebną demonstracją w stosunku do religii i osób duchownych, więc nie ma sensu tak postępować, bo to pokazuje brak szacunku”.  

Wątpię, żeby słuchaczy „Kropki nad i” interesowały dywagacje na temat słuszności lub nie, zastosowania pojęcia „pan” w odniesieniu do ulubieńca obecnej władzy czyli Rydzyka. No ale wyszło jak zawsze. Ważny temat, wymagający wyjaśnienia i …odwrócenie kota ogonem, przeniesienie środka ciężkości na nic nie znaczący drobiazg. Trzeba przyznać, że politycy PiS są mistrzami w omijaniu niewygodnych tematów.

Dziennikarz Polsat News Jan Kunert ogłosił na Twitterze, że rozstał się ze stacją Polsat News i szuka pracy. Choć sam zainteresowany nie chce mówić o przyczynach zwolnienia, według rozmówców Fakt24 dziennikarz nie pasował do nowej koncepcji programu informacyjnego Polsatu, który ma być pod wodzą nowej szefowej informacji i publicystyki Doroty Gawryluk, bardziej wyrozumiały dla rządów „dobrej zmiany”. Kunert jako dociekliwy dziennikarz nie raz zalazł PiS-owi za skórę, więc po jego wpisie szybko znalazł się polityk PiS, który zaczął się z niego naigrywać. Internauci nie kryli oburzenia.

Jan Kunert zwracał na siebie uwagę sumiennością i konsekwencją w pracy. Po tym, jak PiS objął rządy dziennikarze, którzy nie byli bezkrytyczni wobec władzy, znaleźli się na cenzurowanym. A rzecznicy poszczególnych ministerstw i instytucji udzielają krytycznym mediom szczątkowych informacji, bądź nie udzielają ich wcale. Kunert znalazł na to sposób.

Historia ataku na Kunerta ma jeden morał. Że w dziennikarstwie tak jak w życiu, warto być przyzwoitym.

PiS przygotowuje kolejne zakazy dotyczące manifestacji, a zajmuje się tym Jan Klawiter, członek Prawicy Rzeczypospolitej, poseł niezrzeszony, który do Sejmu startował z list PiS. – „W ostatnim czasie miał miejsce szereg manifestacji pod kuriami biskupimi w Warszawie, Krakowie, Gdańsku czy Toruniu, co miało związek z obywatelską propozycją podniesienia standardu ochrony życia ludzkiego na prenatalnym etapie rozwoju” – napisano w uzasadnieniu najnowszego pomysłu nowelizacji ustawy o zgromadzeniach.

Chodzi oczywiście o protesty przeciw projektowi zaostrzającemu obecne przepisy aborcyjne, a firmowanemu przez Kaję Godek. – „Jakkolwiek władze kościelne nie były inicjatorami tego projektu, werbalna, a nawet fizyczna agresja protestujących skierowała się właśnie przeciwko nim, przejawiając się zgromadzeniami odbywanymi w bezpośredniej bliskości (niekiedy pod drzwiami) budynków kurii. Podobny charakter miały wydarzenia pod jedną z czołowych polskich katolickich rozgłośni radiowych” – czytamy dalej w uzasadnieniu. Tym razem autorom projektu chodzi o niedawną manifestację pod hasłem „Chryja pod Radiem Maryja”. Uczestniczki wznosiły hasła: „Fałszywe twoje modły, Rydzyk jesteś podły!” czy „Precz z Rydzykiem! Obłudnikiem!”.

Zgromadzenia nie mogłyby więc odbywać się w odległości mniejszej niż 200 metrów od kościołów, kaplic i cmentarzy. Nie wolno się będzie także gromadzić w pobliżu „innych budynków kościelnych, pomieszczeń służących katechizacji lub organizacjom kościelnym”.

Poseł Klawiter zbiera obecnie podpisy posłów pod projektem tej nowelizacji. Aby zajął się tym Sejm, potrzeba zgody 15 posłów.

Tak o pisowskich zmianach w ustawie o wykonywaniu mandatu posła i senatora mówiła w Sejmie posłanka Nowoczesnej Kamila Gasiuk-Pihowicz. – „Nowelizacja powinna się nazywać ustawą o tresurze posłów przez prezesa PiS. To bat na tych posłów, którzy rzetelnie recenzują obecny rząd. Tu absolutnie nie chodzi o godność Sejmu, tylko o wygodę polityków PiS, którzy nie mogą znieść uczciwego recenzowania ich działań. Stosujecie na co dzień podwójne standardy moralne” – stwierdziła Gasiuk-Pihowicz, zwracając się do posłów PiS.

– „Nie wystraszycie nas obcinaniem diet parlamentarnych” – mówił z kolei Tomasz Głogowski z PO. Podkreślił, że w obecnej kadencji Sejmu karani są prawie wyłącznie posłowie opozycji. Projekt PiS posłuży do karania posłów, mówiących „o złych rzeczach, które robi ten rząd”. – „Nowelizacja nie precyzuje, czym jest rażące naruszenie powagi Sejmu i daje duże pole do interpretacji. To kolejna próba zakneblowania ust opozycji” – powiedział poseł Platformy.

Łukasz Rzepecki z Kukiz’15, a wcześniej poseł PiS, stwierdził, że „w sposób radykalny zwiększane są możliwości przyznawania kar przez Marszałka Sejmu”. Dodał, że kwestia ta nie powinna być regulowana ustawowo. – „Za chwilę posłowie czy senatorowie będą musieli kosić trawę w garniturze, bo do tego doprowadzicie, że każde zachowanie być może będzie podpięte pod to, czy poseł zachował się etycznie czy jednak nie” – ironizował Rzepecki.

Debata – pisowskim „zwyczajem” – odbyła się pod osłoną nocy. Projekt PiS zakłada wprowadzenie możliwości obniżenia uposażenia lub diety parlamentarzystów, których zachowanie „nie licuje z powagą pełnionych przez nich funkcji” poza salami plenarnymi Sejmu i Senatu oraz „na terenie będącym w zarządzie Kancelarii Sejmu”.

>>>

Waldemar Mystkowski pisze o pisowskim dzień, jak co dzień.

Czteropak PiS na dzień dobry plus zamknięcie ust liderowi opozycji.

PiS dzień w dzień wali w nas czołowo. Staliśmy się niewrażliwi, żyjemy w jakiejś pomroczności, bo nie w jasności. Przyzwyczailiśmy się do tej nierzeczywistości, alternatywności. Nienormalność stała się normą. Dzień w dzień jesteśmy uderzani i coraz bardziej obojętni na to, co wokół nas się dzieje, co dzieje się w Polsce i z Polską.

Dzisiaj PiS zaatakował czteropakiem – i to przed trzynastą, że tak się wyrażę. „Wyborcza” ujawniła jeden z trzech listów byłego szefa GetBacku do Mateusza Morawieckiego. Konrad Kąkolewski pisze o kłopotach finansowych tej spółki, która wspierała tzw. środowisko patriotyczne PiS, wykupiła portfele kredytowe upaństwowionych banków za 4 mld zł. Zaś od roku 2017 – za rządów PiS – wypuściła obligacje na kwotę 2,5 mld zł. GetBack upada i prosi o pomoc premiera ze „środowiska patriotycznego”. Przy GetBacku Amber Gold to mały pikuś.

Z Ministerstwa Zdrowia wyciekły wieści po kontroli NIK, iż doszło w nim do zwyczajnej korupcji. Przetarg na dentobusy był tak ustawiony, aby wygrała go firma, która jako jedyna w ofercie miała pojazdy z podgrzewanymi szybami. Mało tego – zakupiono niepotrzebne nikomu szczepionki, które zaraz stracą termin ważności, a do ideologicznego programu prokreacyjnego zastępującego program zapłodnienia in vitro zgłosiło się tylko 100 par, zamiast 1000. Wydano po przeszło 20 mln zł na każdą z tych trzech inicjatyw, ponadto ceny ich są grubo zawyżone. Ktoś ten ogromny szmal przytulił ciepłą rączką.

Zbigniew Ziobro ma swój udział w czteropaku. Przegrał w sądzie sprawę o kasację wyroku dotyczącego drukarza, który odmówił wykonania usługi – druku plakatów LGBT – zasłaniając się “klauzulą sumienia”, aby nie promować ruchów LGBT. Kasacja została oddalona, wyrok utrzymany. Ziobro uznał, iż sąd dopuścił się gwałtu na wolności i zapowiedział, że nie popuści. Skieruje sprawę do Trybunału Konstytucyjnego, w którym pani Julia Przyłębska z pewnością zgodzi się z sugestią pana Zbyszka.

No i ostatnia część składowa czteropaku dotyczy stwierdzenia Morawieckiego, zastępującego z powodzeniem prezesa. Premier w wywiadzie dla „Gazety Polskiej” zaatakował sędziów jednego z sądów krakowskich, których nazwał „zorganizowaną grupą przestępczą”. 13 sędziowskich autorytetów z Warszawy wystosowało do Morawieckiego list otwarty, aby hamował swoje emocje i precyzował zarzuty. Premier szybko doszlusowuje do prezesa, który rzucał podobnymi kalumniami – mordami zdradzieckimi i kanaliami.

Prawda, iż dzień jak co dzień? Jakby tego było mało, Marek Kuchciński wyłączył mikrofon na trybunie sejmowej Grzegorzowi Schetynie, gdy ten domagał się rutynowego prawa do zgłaszania prośby o informację bieżącą. A jest o co pytać, choćby o GetBack, ta władza boi się każdej debaty.

Takim czteropakiem przywalił PiS i do tego zamknął usta liderowi opozycji. Czteropak przywołuje skojarzenia z „Alternatywy 4” Stanisława Barei, tym bardziej że dzisiaj przypada 31 rocznica jego śmierci.

Post Navigation