Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “New York Times”

Takich pokraków u władzy jak pisowcy świat nie widział. Rekord głupoty

>>>

W cieniu #KuchcinskiTravel działały też #KarczewskiAirlines

Po krótkim briefingu prasowym, podczas którego marszałek Sejmu Marek Kuchciński odniósł się do zarzutów o nadużywanie prawa do rządowego samolotu, nie brakowało opinii, że brak dymisji prominentnego polityka Prawa i Sprawiedliwości może się tej partii odbić czkawką. Dziś już gołym okiem widać, że opublikowana lista przelotów formalnie drugiej osoby w państwie potwierdziła jedynie, że ujawnione przez media przy pomocy posła PO Sławomira Nitrasa rewelacje to wierzchołek góry lodowej.

– “Do listy pasażerów dołączane były, moim zdaniem kompletnie nieuprawnione, osoby takie jak Stanisław Piotrowicz, Maria Piotrowicz, Zdzisław Krasnodębski, Anna Krasnodębska, wielokrotnie poseł Bogdan Rzońca, wielokrotnie posłanka Wróblewska i wielu innych, w tym asystenci marszałka Kuchcińskiego. Żadna z tych osób nie spełnia kryterium instrukcji HEAD, która wyraźnie mówi o członkach oficjalnych delegacji” – mówił Robert Kropiwnicki podczas konferencji prasowej w Sejmie.

– “Informacje, które do nas docierają, które będziemy weryfikować w najbliższych dniach mówią, że jednak spora nieobecność marszałka Karczewskiego w ostatnich dniach nie jest przypadkowa. Do tych spraw będziemy wracać. Badamy tę sprawę. Słyszałem wywiad pani Justyny Dobrosz-Oracz z marszałkiem Karczewskim, który mówił, że nie latał z rodziną samolotem. Z naszych informacji wynika, że być może do takich lotów doszło – dodał Cezary Tomczyk.

Sprawę pogarszają niedorzeczne tłumaczenia towarzyszących marszałkowi Kuchcińskiemu posłów PiS i ich bliskich, którzy oczywiście nic nie mają sobie do zarzucenia, albo przekonując (niezgodnie z prawdą), że problem generują nieprecyzyjne przepisy, które zamierzają poprawić (czytaj zalegalizować rządowe taksówki dla braci pisowskiej), albo z bitą i arogancją przekonują, że w zasadzie nic się nie stało i szkoda się silić na tłumaczenia.

“Ja mieszkam na Podkarpaciu, 70 km od Rzeszowa. Zazwyczaj podróżuję albo własnym samochodem, około 6 godzin, albo samolotem należącym do LOT-u. Tego dnia, jak pamiętam, nie było wolnych miejsc w samolotach rejsowych (…). Pewnie bym pozostał w Warszawie i czekał na wolny rejs, ale tego dnia Instytut Hematologii i Transfuzjologii w Warszawie opuściła moja żona. Otrzymała po wyjściu ze szpitala kilkaset sztuk ampułek leku, który trzeba przechowywać w stanie zamrożonym – po rozmrożeniu leki nadają się do wyrzucenia. I zrodził się problem, jak dotrzeć z tymi ampułkami jak najszybciej do domu, tak żeby się nie rozmroziły. (…) Dowiedziałem się, że pan marszałek będzie leciał do Rzeszowa – i skorzystałem z tej sposobności” – mówił w RMF FM Stanisław Piotrowicz. Na uwagę, że codziennie w podobnej sytuacji są też inni Polacy, wzniósł się na Himalaje populizmu przekonując, że marszałek Sejmu każdemu potrzebującemu takiej “przysługi” z pewnością by pomógł.

Jeszcze bardziej kuriozalne tłumaczenie wybrał inny poseł PiS, Bogdan Rzońca, częsty bywalec lotów linią lotniczą “Air Kuchciński”. Stwierdził, że była to jedyna okazja, by spokojnie porozmawiać ze swoim kolegą z regionu o sprawach Podkarpacia, bo w Sejmie nie sposób marszałka uchwycić. Na dodatek arogancko stwierdził, że żadnej ujmy państwu nie przynosi to, że posłowie partii rządzącej wożą swoje rozpasane tyłki samolotem dla VIP. “Poprosił mnie, bym mu towarzyszył. Interesował się sprawami podkarpackiej infrastruktury drogowej– mówił poseł Rzońca. To była szansa na spokojną wymianę informacji potrzebną w naszej pracy dla Podkarpacia” – dodał.

“Dobrze zrobiłem, że wsiadłem do tego samolotu. Jakiejś tam wielkiej ujmy państwu polskiemu ani samolotowi... Bo przecież nie ugryzłem siedzenia ani nie popsułem samolotu, tylko rozmawialiśmy jak ludzie. Bo był czas, naprawdę był czas, spokojnie 30-40 minut porozmawiać” – zapewniał bezwstydnie polityk PiS.

Można odnieść wrażenie, że rządzący kompletnie się już pogubili w rozbrajaniu tej bomby i na każdym kroku pogrążają się coraz bardziej. Nam jedynie pozostaje czekać na kolejne rewelacje w tej sprawie, bo że jest ich bez liku chyba już każdy widzi.

Kmicic z chesterfieldem

Polityk PSL podzielił się tymi informacjami w programie Poranek Radia TOK FM. „Jeżeli dzisiaj dyskutujemy o demoralizacji marszałka Kuchcińskiego, to może warto by było zapytać, gdzie mieszka pracujący syn marszałka. Czy w mieszkaniu sejmowym, które marszałek Kuchciński ma ze środków sejmowych, nie zamieszkuje cała jego rodzina? Zapytajcie państwo, czy przypadkiem w mieszkaniu służbowym Kuchcińskiego nie mieszka cała jego rodzina. Jeśli osoba pracująca, korzysta z mieszkania, które należy do posła, to jest kolejne nadużycie władzy” – stwierdził poseł.

Doniesienia Sawickiego wywołały spore zamieszanie na Twitterze. Większość internautów jest po prostu oburzona postawą Kuchcińskiego. „Panie Krzysztofie Brejza czy można sprawdzić kto mieszka w służbowym mieszkaniu, marszałka Kuchcińskiego? Jak podaje Radio TOK FM podobno lokal na nasz koszt zamieszkuje syn marszałka z rodziną. Czy ich też podatnik ma utrzymywać” – zapytała jedna z użytkowniczek serwisu.

To nie koniec szokujących doniesień. Jak się okazuje, „afera samolotowa” marszałka jeszcze się nie…

View original post 2 568 słów więcej

 

Kaczyński nie chce żadnego pogodzenia

Lider Prawa i Sprawiedliwości jest nieprzejednany w swej zapiekłości i nie pozwala rządzącym na żadne gesty pojednawcze, wobec obozu opozycji – co ujawnia na łamach „Dziennika”, prawicowy dziennikarz Piotr Zaremba.

Pisze on, że tuż po tragedii w Gdańsku, „do pionu” przywołany został szef rządu Mateusz Morawiecki, który pragnął wyciągnąć rękę  do strony przeciwnej. Zamierzał wykonać jakiś przepraszający gest wobec opozycji, za zbyt ostry język – twierdzi Zaremba.

Premier chciał go wykonać wobec polityków PSL w Wierzchosławicach. Liderzy Prawa i Sprawiedliwości zjeżdżają tam rokrocznie, co w szeregach PSL nie jest dobrze widziane. Tym razem przemówienie Morawieckiego z założenia miało dość pojednawczy ton. Premier planował nawet zaprosić ludowców na uroczystości ku czci ich legendarnego lidera Wincentego Witosa.

Nie udało się, bo jak pisze Zaremba – powołując się na informacje od polityka PiS z centrali partii – z Nowogrodzkiej nadszedł sygnał: premier za nic nikogo ma nie przepraszać. I do tego polecenia Morawiecki oczywiście się zastosował. „Ta historia pokazuje, jak wąski jest margines swobody szefa rządu w kreśleniu własnej linii” – komentuje dziennikarz.

Depresja plemnika

W nawiązaniu do zaproszenia na spotkanie szef KPRM Michał Dworczyk rozesłał do klubów informację, czego konkretnie mają dotyczyć te rozmowy. Chodzi o zmiany legislacyjne przygotowane w resortach: zdrowia i sprawiedliwości. Zmiany te mają – jak pisze Dworczyk w liście do szefów klubów – „ograniczyć możliwość powtórzenia się gdańskiej tragedii”.

O czym premier chce rozmawiać z szefami resortów

Szef KPRM referuje w liście, że resort sprawiedliwości zaproponował trzy zmiany:

  1. Chce zaostrzenia odpowiedzialności prawnokarnej w przypadku przestępstw najcięższej kategorii: w stosunku do najpoważniejszych przestępstw przeciwko życiu, zdrowiu i wolności seksualnej, w stosunku do zorganizowanych grup przestępczych oraz za przestępstwa popełniane z niskich pobudek, np. nienawiści.
  2. Dodatkowo w przygotowanej przez ministra Ziobrę nowelizacji Kodeksu karnego zaproponowano zmianę dyrektywy sądowego wymiaru kary w taki sposób, aby wskazać w nim wprost okoliczności, które sąd ma wziąć pod uwagę przy wymiarze kary (np. niskie pobudki czynu, nienawiść). Okoliczności te będą miały wpływ na karę wymierzoną przez sąd.
  3. Ziobro proponuje również poszerzenie…

View original post 2 527 słów więcej

 

Troll Brudziński

Brudziński to tylko troll. Obślizgły gość.

Depresja plemnika

„To musi boleć” –  komentuje na Twitterze była posłanka PO Ligia Krajewska wpis Joachima Brudzińskiego, który zabrał głos na temat stroju byłego prezydenta Lecha Wałęsy.

Jak już pisaliśmy Wałęsa zrobił wiele, by zwrócić na siebie uwagę przy okazji wyjazdu do Waszyngtonu, na uroczystości pogrzebowe George’a H. W. Busha. Cel osiągnął – prawica dostrzegła ubiór w jakim pojawił się na lotnisku. Na torsie byłego szefa „SolidarnoścI” widniał prowokacyjny napis „Konstytucja.”  Ta sama prawica stara się natomiast bagatelizować to, jak amerykańscy politycy reagowali na widok byłego prezydenta RP a nawet próbuje go przy tej okazji ośmieszyć …

Wałęsa – jak zapowiedział – raz po raz wrzucał na Facebooku i Twitterze zdjęcia, prezentujące napis ze swojej koszulki. Wieczorem polskiego czasu zamieścił natomiast fotografie, na których widać, jak podchodzili do niego i witali się z nim Barack Obama, Hillary Clinton i Bill Clinton.

Musiało to zrobić wielkie wrażenie na partyjnych funkcjonariuszach, jako że nie…

View original post 87 słów więcej

PiS ośmiesza nas, sprowadziło Polskę do republiki bananowej – Burkina Faso

Nieoczekiwany zwrot w sprawie interwencji Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego w domu operatora filmowego stacji TVN, Piotra Wacowskiego. Jeszcze niedawno premier Mateusz Morawiecki dziękował dziennikarzom „Superwizjera” TVN, za ujawnienie działalności polskich neonazistów. Mówił, że „takie organizacje, jak Duma i Nowoczesność, które się posługują symbolami i pojęciami, które gloryfikują czy choć tolerują niemiecki nazizm czy inny totalitaryzm powinny być zdelegalizowane”. Dziś, dziesięć miesięcy po wypowiedzi, podległe premierowi ABW wkracza do domu dziennikarza i stawia mu zarzuty z art. 256 kk. za zdjęcie wykonane do materiału telewizyjnego.

Dziś Prokuratura Krajowa uznała, że stawianie zarzutów operatorowi TVN „jest przedwczesne”.

Kwestionowanie odwagi dziennikarskiej użytej do demaskacji działania neonazistów należy traktować jako próbę zastraszenia dziennikarzy. Tak zostało to określone w ostatnim wydaniu New York Times’a. Opiniotwórczy dziennik określa sprawę jako incydent podnoszący obawy o stan wolności mediów w Polsce, a samą piątkową akcję ABW określa twardo próbązastraszania dziennikarzy. Amerykańska gazeta nieczęsto wspomina o Polsce, jeśli jednak do tego dochodzi, to ostatnio raczej, niestety, w negatywnym świetle. 

Amerykańscy czytelnicy są wysoce zainteresowani tematem wolności mediów. Tej uwadze nie należy się dziwić w szczególności z uwagi na fakt, iż TVN należy do amerykańskiego koncernu Discovery Inc. Szykanowanie dziennikarzy TVN ma szansę na wywołanie poważnego konfliktudyplomatycznego na miarę ostatnich spięć z Izraelem i USA po nowelizacji ustawy o IPN.  Kilka dni temu przeciwko ograniczaniu wolności prasy stanowczo wypowiedziała się podczas spotkania z polskimi parlamentarzystami w Sejmie Georgette Mosbacher, ambasador USA w Polsce: „W Stanach Zjednoczonych prasa jest brutalna. Nie cierpimy tego, ale nie ingerujemy. Dlatego jeśli chodzi o wolność prasy, to z niczym państwu nie pomogę. Kongres nie będzie tolerował takich rzeczy. Będę mówiła prawdę i taka jest prawda. Mogę zrobić naprawdę dużo, ale w przypadku wolności prasy proszę do mnie nie dzwonić”.

Premier Mateusz Morawiecki złagodził właśnie front walki z Unią Europejską, uznając rację Komisji Europejskiej. Na okładce „Gazety Polskiej” widniało krzykliwe „Platforma wypycha Polskę z Unii”, a polski suweren już zaczął zapominać jak antyeuropejską formacją jest Prawo i Sprawiedliwość i ich satelity z towarzystwa Zbigniewa Ziobry i Patryka Jakiego. Miał nadejść PiS w wersji lite.

Gdy zrobiło się za spokojnie, Ziobro postanowił otworzyć nowy, bezsensowny front w walce z Amerykanami. Sprawa ścigania dziennikarza i późniejsze wycofanie się, wskutek telefonu ambasador (?) to zarówno ośmieszenie siebie, jak kompromitacja Polski.

Choć Ziobro znów skompromitował Polskę, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że takie akcje najlepiej odbijają się na spadku poparcia Zjednoczonej Prawicy. Wyborcy prawicy to przede wszystkim elektorat godnościowy. Wieści o kolejnych wielomilionowych przekrętach, afery w SKOK, czy KNF wpływają zaskakująco słabo na słupki poparcia PiS. A kolejne wybory dopiero jesienią 2019 roku. W takich warunkach PiS-Lite, którego wersję założono po klęsce prawicy w wyborach samorządowych, mógłby utrzymać wysokie poparcie. Po co więc PiS tak namiętnie szuka wroga?

Komisja Europejska jest gotowa zaskarżyć Polskę do Trybunału Sprawiedliwości UE już w najbliższych dniach

>>>

Duda z Kaczyńskim jest Adrianem stojącym w korytarzu. A w USA… jak dzieci zabrane do Eurodisneylandu

Fotografia Andrzeja Dudy podpisującego wspólną deklarację z Donaldem Trumpem na stojąco, w rogu stołu, podczas gdy gospodarz siedzi wygodnie na fotelu, rozgorzała internautów do czerwoności. Wydawało się, że nasz sojusznik zdecydował się pokazać nam miejsce w szeregu upokarzając głowę państwa. Stało się to wstępem do medialnej burzy i wysypu wyśmiewających prezydenta memów.

Kiedy wszyscy wieścili pogardliwy stosunek USA do Polski, to w rzeczywistości okazuje się jednak, że zdarzenie miało zupełnie inne przyczyny, ponieważ do kompromitującej sytuacji doprowadziła sama polska delegacja.

Przecieki z Kancelarii prezydenta wskazują bowiem, że to Krzysztof Szczerski – szef kancelarii, jest winny opisanej sytuacji. Jak donosi Wp.pl podpisanie wspólnej deklaracji  pod tytułem “Obrona wolności i budowanie dobrobytu poprzez polsko-amerykańskie partnerstwo strategiczne” nie było przewidziane w pierwotnym planie spotkania. Ten ostatni zaś z polskiej inicjatywy w ostatniej chwili zmieniono, co skończyło się nieprzygotowaniem strony amerykańskiej.

Sama deklaracja, wcześniej nie przewidziana, choć była pomysłem Krzysztofa Szczerskiego, to jednak ten przewidywał podpisanie jej podczas wspólnej konferencji prasowej obu prezydentów. Dokument miał trafić do stojących przy pulpicie polityków, stąd krzesło w gabinecie owalnym nie było potrzebne. Tymczasem w wyniku organizacyjnego chaosu polskiej delegacji ktoś zmienił jeszcze raz decyzję i zakończyło się to znanym nam blamażem. Pałac Prezydencki może zatem winić tylko własne niedopatrzenie.

Do podobnych wniosków doszedł “Fakt”, którego rozmówcy bez ogródek mówią o pysze Szczerskiego, przez którą to szef gabinetu ma być nieformalnie nazywany “wiceprezydentem”, a wśród pracowników panuje opinia, że “Uważa się za najmądrzejszego, nikogo nie słucha“.

Opisana powyżej sytuacja pokazuje dramatyczny stan polskiej dyplomacji, która okazuje się całkowicie niezdolna do zachowania standardów profesjonalizmu. Prorządowe media kreują mocarstwowy wizerunek Polski, podczas gdy nasi włodarze o wiele częściej pokazują poziom republiki bananowej. Aż ciężko uwierzyć do jakiego stanu została doprowadzona polska dyplomacja w ciągu zaledwie 2,5 roku. Jeśli takie banały sprawiają obozowi władzy taką trudność, to w jaki sposób chcą oni realizować swoje bardzo ambitne obietnice?

Zdaniem Tomasza Lisa prezydent Andrzej Duda w czasie spotkania z Donaldem Trumpem przypominał dziecko zabrane do Disneylandu. Publicysta skrytykował też wpisy głowy państwa na Twitterze.

– Mam wrażenie, że pan Duda w relacjach z Kaczyńskim jest Adrianem stojący w korytarzu. A w USA… jak dzieci zabrane do Eurodisneylandu. To tego typu reakcja – powiedział publicysta.

Według Lisa nie można zapominać, że zachowanie prezydenta w Białym Domu daje także świadectwo o nas, Polakach. –  Ten pan nie wskoczył do pałacu prezydenckiego, tylko to my wybraliśmy go na głowę państwa. A ostatnie dwa tygodnie były świadectwem tego, jak ten urząd jest w makabryczny sposób degradowany – uważa Lis.

Zdaniem komentatora dużo o prezydencie mówi nie tylko zachowanie w Białym Domu, ale także reakcja na krytykę jego zachowania podczas wizyty.

Duda nie ograniczył się do publikowania na swoim profilu na Twitterze wpisów krytycznych wobec tych, którzy pozwolili sobie na negatywną ocenę jego amerykańskiej wizyty. Prezydent sam też napisał, co myśli o krytykach.

„Szyderstwa i napad lewackich mediów oraz niektórych polityków i komentatorów, o znanych poglądach, pokazują sukces wizyty Waszyngtonie. Gdyby tak nie było to by ją przemilczeli jako nieważną. Dziękuję za te wyrazy uznania! ;-)” – napisał Andrzej Duda.

– Skrzyżowanie gimbazy z hejterem – ocenił wpisy Andrzeja Dudy Tomasz Lis.

Najwięcej krytyki na głowę prezydenta posypało się za sposób podpisania amerykańsko-polskiej deklaracji. Przypomnijmy – podczas podpisywania dokumentu, do którego doszło w Gabinecie Owalnym, Donald Trump siedział, a Andrzej Duda stał zgięty nad stołem. Jak komentował w rozmowie z tokfm.pl. ekspert od protokołu dyplomatycznego, „Andrzej Duda stał nad Trumpem jak kamerdyner, to obraźliwe dla Polski”.

Prof. Kuźniar: Nawet niemieccy generałowie podpisywali kapitulację siedząc >>>

Dyktaturka Kaczyńskiego szykuje się na defiladę

15 sierpnia w Święto Wojska Polskiego odbędzie się największa w historii III RP defilada na warszawskiej Wisłostradzie. Jacy rządzący najbardziej kochają defilady i co one symbolizują? Poczytaliśmy historyków, antropologów i filozofów. I zrobiło nam się niedobrze

Plany wielkiej defilady wojskowej, która odbędzie się 15 sierpnia na warszawskiej Wisłostradzie 8 sierpnia, opisała “Wyborcza” . Przemaszeruje:

  • 16 pododdziałów reprezentacyjnych sił zbrojnych, a także
  • przedstawiciele stacjonujących w Polsce wojsk sojuszniczych: amerykańskich, brytyjskich, rumuńskich i chorwackich,
  • przejadą amerykańskie czołgi Abrams,
  • polskie (produkcji niemieckiej) Leopardy II
  • polski czołg Twardy,
  • transportery amerykańskie Stryker
  • polskie transportery Rosomaki,
  • moździerze Rak i armatohaubice Krab.

Nad Wisłostrada przelecą także myśliwce F-16 i samoloty pasażerskie do przewozu VIP-ów. Na Wiśle mogłaby prężyć muskuły polska marynarka wojenna, ale zdaję się, że chwilowo jej nie mamy.

OKO.press nie analizuje przy tej okazji jak udała się modernizacja polskich sił zbrojnych przez trzy lata rządów PiS i czy rzeczywiście wojsko ma się czym pochwalić, by odstraszyć potencjalnego agresora. Można o tym poczytać w lipcowych raportach „Rzeczpospolitej” albo w wywiadzie b. szefa Sztabu generalnego gen. Mieczysława Gocuła dla „Polityki” z 10 lipca pod tytułem „Polskie siły rozbrojone”.

Nie piszemy także o kosztach tej operacji. W końcu bogaty kraj stać na takie gesty. Zajmiemy się aspektem politycznym i propagandowym takich manifestacji na przestrzeni dziejów.

Defilada  ma sens po zwycięstwie

Urządzenie defilady nie jest wcale politycznie neutralne. Kiedy wielką defiladę w Waszyngtonie zarządził w 2018 roku prezydent Donald Trump, został natychmiast skrytykowany za pokaz autorytarnych skłonności. Defilada miała kosztować prawie tyle, co odwołane przez Trumpa ćwiczenia wojskowe z Koreą Południową. 

Defilada – mówili analitycy – może być uzasadniona po wojskowym zwycięstwie, inaczej pozostaje tylko prężeniem muskułów w stylu dyktatorów.

OKO.press poczytało, co mają o defiladach do powiedzenia naukowcy – historycy, filozofowie, antropolodzy kultury.

Morał: skłonność do pokazywania militarnej siły dużo mówi o rządzących – i nie mówi nic dobrego.

Car Paweł uwielbiał

Autorytarne władze uwielbiają defilady: stanowią pokaz jedności, siły, porządku, organizacji. Obsesyjnym wielbicielem defilad był car Rosji Paweł (1796-1801).Codziennie spędzał dwie-trzy godziny na polu ćwiczebnym, nadzorując przygotowania żołnierzy. Dryl defiladowy miał oryginalnie pewne znaczenie praktyczne: wojsko miało nauczyć się w ten sposób poruszać w regularnych formacjach na polu bitwy i odpowiadać natychmiast na proste komendy.

W praktyce jednak “defiladomania” – jak pisze historyczka Janet M. Hartley – stała się bardziej rytuałem niż praktycznym ćwiczeniem. Pole defiladowe pozwalało ustanowić porządek i kontrolę pod patronatem oświeconego władcy.

Największe parady armii rosyjskiej odbyły się w zdobytym Paryżu w 1814 i 1815 roku. Brało w nich udział odpowiednio 80 tys. i 150 tys. żołnierzy. 

W drugiej połowie XVIII w. – pisał historyk i filozof Michel Foucault – defilada stała się symbolem dyscypliny narzucanej poddanym przez nowoczesne państwo.

Każdy żołnierz jest częścią wielkiej formacji, która poddawana jest szkoleniu według ściśle określonych reguł. Pewien ówczesny monarcha – pisał Foucault – oglądając defiladę zauważył z irytacją: “Przecież oni oddychają!” (a mieli zachowywać idealny bezruch w oczekiwaniu na rozkazy).

Pojedynczy żołnierz był tylko małym trybikiem w wielkiej machinie zbiurokratyzowanego organizmu państwowego. Jego miejsce w nim określała władza.  

Korea Północna defiluje gdy ma kłopoty

Wojskowe defilady zawsze pokazywały porządek, dyscyplinę i moc państwa – zwłaszcza państwa autorytarnego. Sławny amerykański antropolog James C. Scott pisał, że są “podstawą autorytarnego teatru”. Kiedy dyktator Korei Północnej Kim Jong Il chciał pokazać swoją siłę w czasie wielkiego głodu – który zmusił setki tysięcy jego poddanych do ucieczki w stronę chińskiej granicy – organizował w stolicy ogromne defilady wojskowe i pochody, w których brały udział dziesiątki tysięcy Koreańczyków.

Kiedy dyktatura w Wenezueli chciała pokazać swoją siłę w rocznicę śmierci przywódcy rewolucji – Hugo Chaveza – zorganizowała w Caracas ogromną defiladę wojskową.

Defilada na 1000-lecie

Także w PRL największą w historii naszego kraju defiladę zorganizowano w 1966 roku w czasie oficjalnych obchodów 1000-lecia państwa polskiego (które naprawdę było tysiącleciem chrztu Polski, ale władze komunistyczne robiły wszystko, żeby to zamaskować). Tysiące żołnierzy maszerujące ulicami Warszawy miały pokazać, że to PRL jest szczytowym momentem historycznym potęgi państwa polskiego, a władze komunistyczne wpisują się w dziesięć wieków polskiej tradycji państwowej.

James C. Scott pisze: “Ta forma teatralnego samochwalstwa ma długą tradycję. Można ją wyśledzić na początku XX w. w »masowych ćwiczeniach« organizowanych przez zarówno socjalistyczne, jak i prawicowe partie na wielkich stadionach jako pokazy siły i dyscypliny (…)

Ogromna ilość symbolicznej pracy oficjalnej władzy służy wyłącznie zamaskowaniu nieporządku, konfuzji, spontaniczności, błędu i improwizacji politycznej władzy takiej, jaka jest ona naprawdę, pod wypolerowaną jak powierzchnia kuli bilardowej wizją porządku, namysłu, racjonalności i kontroli”.

Wyobrażenie wojskowego porządku – pisze Scott – służy przede wszystkim zamaskowaniu tej sfery życia, która pozostaje spontaniczna, niezorganizowana, a przede wszystkim – poza kontrolą rządzących.

“Im większe rozpowszechnienie tych małych »wysp porządku« [takich jak defilada – AL] tym bardziej można podejrzewać, że zostały one ustanowione po to, aby usunąć z pola widzenia istnienie nieoficjalnego społecznego porządku, który jest poza kontrolą elit”.

Defilady Stalina

Być może intuicyjnie wyczuwał to Stalin, który zdecydował się zorganizować wielką defiladę wojskową w rocznicę rewolucji październikowej 1917 roku w Moskwie w momencie, w którym wojska Hitlera stały kilkadziesiąt kilometrów od granic miasta.

Stalin nakazał, że w razie bombardowania pochodu ranni i zabici mają być usunięci szybko z jego trasy, a marsz ma trwać.

Stalin przemawiał przez pół godziny, mówiąc z kamiennym spokojem o Niemcach: “Jeśli chcą wojny na wyniszczenie, będą ją mieli”. Dyktator nakazał pokazywać nagranie z parady w kinach w całym ZSRR, wierząc, że będzie miało ono ogromny efekt polityczny.

Po II wojnie, defilada wojskowa z okazji dnia zwycięstwa (obchodzonego w ZSRR 9 maja) była okazją do postraszenia świata nowymi rodzajami broni wynalezionych przez przemysł sowiecki.

“Defilady wojskowe są sercem rytuałów państwowych w reżimach komunistycznych: władza manifestuje się w pokazie wojskowej potęgi, z przywódcami zebranymi na trybunach, żeby powitać tysiące maszerujących żołnierzy i modelowych robotników” 

– pisał Frank Dikotter, historyk, specjalista od dziejów komunistycznych Chin. Zarówno Stalin, jak Mao burzyli historyczne budynki w centrach stolic, żeby zrobić miejsce dla czołgów i tysięcy żołnierzy maszerujących w defiladach.

Mao specjalnie w tym celu zburzył dziesiątki zabytkowych budowli, aby powiększyć Plac Tiananmen do odpowiednich jego zdaniem rozmiarów – odpowiadających 60 boiskom piłkarskim. Miał pomieścić 400 tys. ludzi, Chiny bowiem – jak przypomniał Mao wydając ten rozkaz – są najludniejszym narodem na Ziemi i to musi być widoczne. Powiększenie placu miało być gotowe na 10. rocznicę przejęcia władzy w Chinach przez komunistów – w 1959 roku. Był to więc symboliczny moment.

Wielka defilada wojskowa mówi nie tyle o sprawności armii, co o aspiracjach i marzeniach rządzących. Obsesja na punkcie kontroli, dyscypliny i wojskowego porządku mało ma zaś wspólnego z demokracją.

Defilada szyta pod dyktatora Kaczyńskiego.

Raskolnikow

2 felietony Waldemara Mystkowskiego.

„Kondycja Kaczyńskiego jest znacznie gorsza niż mówią urzędnicy”

Obcy martwią się o Polskę. W jednym z najważniejszych dzienników globu „New York Times” piszą: – „W tym krytycznym momencie człowiek, który popchnął Polskę na obecny kurs, (…) jest w dużej mierze nieobecny”. Polska nie tylko z amerykańskiej perspektywy wygląda na chorego człowieka Europy. Przywódcę, który doprowadził do tego stanu zapaści, ma też chorego i prawdopodobnie „kondycja Kaczyńskiego jest znacznie gorsza niż mówią urzędnicy” – kontynuuje NYT.

Stan zdrowia prezesa PiS jest tajemnicą równą co najmniej tajemnicy zdrowia sowieckich genseków w ZSRR: – „Jest bardziej ukryte niż zdrowie pierwszych sekretarzy za czasów Związku Radzieckiego”. W reżimach przywódcy są pod ochroną sacrum, a takie świętości nie mają prawa chorować, bo są nieśmiertelni, a gdy uda się im zejść z tego świata, dotyczy to tylko ciała, bo ich idea została – zamordyzm. I o ten zamordyzm toczy się „walka buldogów pod…

View original post 729 słów więcej

Kaczyński wyprowadza PL z Unii, towarzyszy mu wiernie Rydzyk

Cień unijnej flagi przeszkadza dziś Kaczyńskiemu cieszyć się słońcem wymarzonej dyktatury. Dlatego wyprowadzi nas z Unii Europejskiej.

Na samym końcu tego szaleństwa coś przecież musi być. Odrzucając na moment tezę, że Jarosław Kaczyński sięga po dyktatorską władzę wyłącznie dla chorych emocji, z tumanów psychologicznej wojny domowej, coś się powinno wyłaniać. Tylko co?

Pojęcia zarządzania przez kryzys, chaos i konflikt są stare jak świat. W najnowszej historii Polski po raz pierwszy sięgnął po nie Lech Wałęsa. Słynna „wojna na górze” wydawała się być napędzana wyłącznie osobistą niechęcią byłego prezydenta do byłego premiera, czyli Wałęsy do Mazowieckiego. W istocie stał za nią twardy, polityczny plan.  Latająca zaś po ekranach telewizorów rysunkowa siekierka, miała wyłącznie wymiar symboliczny. To, co łączy tamte obrazki z dzisiejszą, rozrąbaną na dwa obozy Polską, to on – Jarosław Kaczyński. I wtedy (jako najbliższy współpracownik Wałęsy, w co dziś trudno uwierzyć) i dziś, robił i robi to, co w życiu wychodzi mu najlepiej – skłócał, poróżniał i jątrzył. Wtedy celem była prezydentura Wałęsy. A dziś?

Załóżmy, że starzejącemu się w samotności destruktorowi i niszczycielowi nie chodzi wyłącznie o podpalenie kraju. Co zatem może stać za, realizowanym z piekielną konsekwencją, planem podzielenia Polaków na nienawidzące się i zwalczające plemienia?

Odpowiedzi nasuwają się dwie. Obydwie przerażające. Nazwijmy je planem A i scenariuszem B. Plan A jest wprowadzany świadomie. O jego słuszności przekonany jest Prezes, a za nim grupka dworzan, ślepo wykonujących rozkazy króla. Scenariusz B może, choć wcale nie musi, być realizowany mimochodem. Prezes dopuszcza jego prawdopodobieństwo, ale uważa, że potrafi się przed nim obronić. A i B mają wspólny mianownik, całkiem jak w czasach „wojny na górze”. Znowu jest nim osoba Kaczyńskiego.  Bez niego pierwszy nie ma prawa się udać, a przed drugim nie wiadomo jak się bronić.

Plan A to wyjście Polski z Unii Europejskiej. 

Szef PiS jest już wyraźnie  przekonany, że struktury unijne są bardziej obciążeniem, niż wsparciem czy szansą. Cień unijnej flagi przeszkadza Kaczyńskiemu cieszyć się słońcem własnego, wymarzonego modelu dyktatury. Oznacza dla jego marionetek konieczność upokarzających tłumaczeń przed pogardzaną przezeń brukselską elitą. Oznacza, nieakceptowalne w jego rozumieniu pojęcia władzy, kary finansowe. I to za działania, które on sam uważa za właściwe i słuszne. Kaczyński nie może pojąć, że zdobyta władza napotyka jakieś przeszkody, i to – o ironio – nie w kraju, ale za granicą. Despota nie znosi sprzeciwu. A jeśli nie może go zdławić, zrobi wszystko, by się go inaczej pozbyć. Czyli ominąć.

Mówiąc wprost, Bruksela uniemożliwia mu rządzenie we własnym kraju.

Wreszcie, unijne instytucje są najpoważniejszą przeszkodą w brutalnym gwałcie na niezależnym sądownictwie. Ostatnim bastionie demokracji, zdolnym powstrzymać Kaczyńskiego przed pełnią władzy. Czyli przed dyktaturą.

Plan A nie będzie zrealizowany natychmiast. Jego przeprowadzenie musi potrwać. Nie tylko dlatego, że to trudne, skomplikowane czy wymagające referendum (choć na myśl o tym, że Prezes mógłby się przejąć jego niekorzystnym wynikiem, ogarnia raczej pusty śmiech, niż nadzieja na zatrzymanie tego szaleństwa). W perwersyjny sposób Bruksela jest dziś Kaczyńskiemu potrzebna. I jako straszak dla konserwatywnej części wyborców (wyobrażam sobie komentarze proboszczów i wiernych po ostatniej paradzie równości w Amsterdamie) i jako alibi. PiS potrzebuje wygodnego tłumaczenia, dlaczego sprawy nie idą tak gładko jak obiecano. Sformalizowany (i często skostniały) aparat brukselskiej biurokracji to powód znakomity. Jak niewiele innych.

Prezes w dziele wyprowadzania Polski z Unii ma wiernych sojuszników. Na ich czele stoi Tadeusz Rydzyk. To on dyktuje tempo, melodię i tekst antyunijnego oratorium. Dawkuje, wspiera, wyciąga groteskowe, kłamliwe ale chwytliwe pseudo-argumenty, szykując niepewny swego i bezkrytyczny elektorat antyunijny na powrót „prawdziwej, niepodległej Najjaśniejszej”. Kiedy będzie gotów, ogłosi hasło pełnego wyzwolenia spod jarzma brukselskiego dyktatu. Rozpoznanie nastrojów bojem zapewniają jednoosobowe komanda w rodzaju posłanki Pawłowicz czy „obatela” Czarneckiego. Czyli rodzaj użytecznych, ślepo wpatrzonych w wodza i bezmyślnie posłusznych żołnierzy. Takich, co są gotowi powiedzieć i zrobić każde świństwo, byle tylko zasłużyć na łaskę życzliwego spojrzenia prezesa. Albo podziękowania Ojca Dyrektora.

 „Brukselskich szmat” i „tłustych rączek Timmermannsa” będzie zatem coraz więcej. Bo nic nie kosztują, a są wdzięcznym barometrem podatności społecznej na antyunijną retorykę.

Jarosław Kaczyński trafnie przewiduje, że przeciętny wyborca podświadomie czuje, iż największe profity z Unii już za nami. A nawet jak nie czuje, to mu to premier z ministrami wyliczą. Pojawią się księżycowe symulacje oraz z sufitu wzięte analizy. Grono usłużnych „ekspertów”, z ogniem w oczach, wygłosi każdy idiotyzm. Potem już tylko propagandowa gadzinówka ogłosi o 19.30, że Polexit to teraz racja stanu. Gdyby wszystkiego było mało, Ziobro z Kamińskim zamkną kilku polityków Platformy, a Elżbieta Bieńkowska „okaże się” nagle gwiazdą mrocznego układu, dzielącego unijną kasę między swoich.

Unijne korzyści: gospodarka, konkurencyjność, jednolity rynek czy swobodne przepływy – to dla większości abstrakcja. Nikt za nią ginął nie będzie, podobnie jak nikt nie ginął za Trybunał Konstytucyjny czy sądy powszechne. Jedyna dostrzegana przez wszystkich, bez wyjątku, korzyść – swoboda podróżowania – też jest do podważenia. Skoro bowiem ulubionym kierunkiem Polaków przez lata była Wielka Brytania, z witającym na lotnisku oficerem imigracyjnym, to znaczy, że ani te granice nie tak całkiem zniesione, ani trudności z tym związane jakoś szczególnie dotkliwe.

Kaczyński chce być w forpoczcie krajów wybijających się na antyunijną niezależność. W całej swojej niechęci do zagranicy, napędzanej strachem przed obcym, niezrozumiałym światem, nie dostrzega, że jego polityczni idole (z Orbanem na czele) są skrajnie cyniczni nie tylko na krajowych podwórkach. Zdumienie Prezesa „węgierską zdradą” przy głosowaniu w sprawie Tuska, w ogóle nie dało mu do myślenia. Nadal uważa, że bratanki mają nie tylko identyczną wizję wewnętrznego zamordyzmu, ale też wspólną z nami rolę do odegrania w Europie. To wróży tylko gorzej scenariuszom, jakie każdy przytomnie myślący Polak rysuje sobie teraz w głowie.

Ze scenariuszem B sprawa jest nieco bardziej zawiła. To trudna dziś do precyzyjnego opisania groźba powrotu w sferę wpływów Kremla. Jej (na razie) mglistość nie bierze się tylko z nieprzewidywalności głównych rozgrywających globalnej polityki – Trumpa i Putina. To, że nie da się jej jasno opisać, jest wynikiem swoistej, indyferentnej akceptowalności procesów geopolitycznych. To tragifarsa, bo powrzaskująca o wstawaniu z kolan ekipa rządząca, na własne życzenie pozbawiła się niemal wszystkich narzędzi skutecznego rozgrywania naszych interesów na arenie pozakrajowej. Nic nie znaczy, nie ma nic do gadania i nic do zaoferowania.

To, w połączeniu z nieświadomą grą na mało rzewną, rosyjską nutę, sprawia, że większość kwestii rozgrywa się obok nas i bez naszego udziału.

W tej rozgrywce biorą udział dwa rodzaje graczy. Pierwsi to gracze bierni. Wsród nich jest przede wszystkim grupa skrajnych amatorów kierujących dziś czymś, co się nazywa polityką zagraniczną (choć dalibóg, wcale nią nie jest). Przez zaniechanie, skrajną nieudolność, wreszcie śmieszność i groteskowość, tańczą tak, jak Władimir Putin chwilami nawet by sobie nie wymarzył.

Drugi rodzaj to grupka postaci aktywnych.

Kuriozalny, dający się wytłumaczyć tylko upałami, wywiad Morawieckiego – seniora dla Rzeczpospolitej, pokazuje, że dziś można jawnie nawoływać do zaprzedania Polski Moskwie i żadnej kary za to nie ma. Warto w tym miejscu przypomnieć, że za „propagowanie interesów rosyjskich” Mateusz Piskorski, były działacz Samoobrony, został zatrzymany i przesiedział w areszcie 2 lata. W maju tego roku, grupa robocza ONZ ds. arbitralnych zatrzymań, zaapelowała do polskich władz o jego uwolnienie i zakończenie śledztwa.

To niebywałe, że w tej sytuacji marszałek senior zupełnie jawnie broni agresorskiej, łamiącej wszelkie standardy putinowskiej Rosji. I nie ma na to żadnego oficjalnego odzewu. MSZ milczy, a od premiera trudno oczekiwać, by skarcił publicznie tatę. Kornel Morawiecki każe mediom budować pozytywny wizerunek Kremla. A owe media, zamiast ogłosić bojkot Pana M., cmokają i kręcą z niesmakiem głową, czasem puszczając oko, że to już starszy pan, za to z piękną, opozycyjną kartą. Doszliśmy do miejsca, w którym będąc członkiem obozu władzy, wolno absolutnie wszystko.

Wśród realizatorów planu B trzeba oczywiście wymienić także Antoniego Macierewicza. Nie wdając się w analizy, czy były minister obrony robi to całkowicie świadomie, mimochodem czy nieświadomie, trzeba ślepego idioty, by nie widzieć , jak bardzo na rosyjską rękę jest bałagan i osłabienie armii, metodycznie demolowanej  przez Macierewicza przez dwa lata swoich rządów.

Ktoś powie: gdzie tam, jesteśmy przecież członkiem NATO. Tak, to prawda. Ale NATO ma dziś twarz Trumpa. A tę widzieliśmy wszyscy, kiedy zdjęta strachem, czapkowała Putinowi w Helsinkach.

W 1981, po ponad rocznym „festiwalu Solidarności”, Polacy dostali w twarz pięścią Jaruzelskiego. Skończyły się marzenia o wolności. Stalowa pięść wojskowego puczu była pchana siłą rosyjskiego niedźwiedzia. Dziś, po 3 dekadach niepodległości trudno nie widzieć pięści, którą wygraża nam Kaczyński. Nawet jeśli nie stoi za nią Putin, łatwo zgadnąć, z jaką radością będą patrzeć na Kremlu na nokaut polskiej demokracji.

Piotr Osęka, historyk, profesor w Instytucie Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk, przyjrzał się uważnie, w jaki sposób funkcjonują „Wiadomości” TVP, które jeszcze trzy lata temu były jednym z najważniejszych programów informacyjnych. Były jednym z najciekawszych źródeł wiedzy o wydarzeniach politycznych, ekonomicznych, kulturalnych i społecznych. No cóż…trzeba zastosować czas przeszły, bo dzisiaj to już zupełnie inna bajka.

W czasach stalinizmu zasada przekazu była proste. Z jednej strony pokazywano „sukces”, z drugiej zaś porównywano go z wcześniejszą niesprawiedliwością społeczną oraz podkreślano, dla kogo tenże sukces jest solą w oku. Kiedy mówiono o górnikach to natychmiast pokazywał się informacja, że „każda tona węgla to cios w podżegaczy wojennych”. Gdy potępiano publicznie jakiegoś sabotażystę, to wiadomo, że musiał pochodzić z rodziny, w której dziadek miał 30 ha, a kolejny krewny służył w armii Andersa. Podkreślano ciężką pracę robotników, którzy wykonywali nawet 300% normy, budowali MDM, a w tym czasie „kuria krakowska zdradza Polskę za dolary”.

 Przyszła nowa władza (PiS), dziennikarzy wymieniła na całkowicie sobie podległych i teraz „Wiadomości” są tubą propagandową PiS-u, a w oczy rzuca się niezwykła dbałość o światopoglądową spójność przekazu, co ma się nijak z rzetelnym dziennikarstwem.

I teraz ta nowa władza bierze przykład z tej, z czasów PRL i ochoczo wprowadzą zastosowane wtedy mechanizmy w życie. Jak pisze profesor Osęka „Bieżąca polityka staje się pretekstem do codziennego recytowania PiS-owskiego katechizmu. Czy oglądamy materiał o reformie sądów, kampanii samorządowej czy o wynikach makroekonomicznych, dostajemy wciąż te same obrazy i te same zdania. Zamiast pogrupowanego wyboru informacji – jednolity słowotok, złożonych z peanów na część władzy i złorzeczeń pod adresem jej przeciwników”.

Mówiąc o programach prospołecznych, na które żaden z poprzednich rządów nie wydawał tylu milionów, od razu idzie przekaz o kiepskiej opozycji, która nie ma nic konstruktywnego do oferowania. „Uczniowie Leszka Balcerowicza robią, co mogą żeby zdyskredytować reformy wprowadzane przez rząd Zjednoczonej Prawicy” i wspierają ich sędziowie Sądu Najwyższego, którzy „uszczuplają polską suwerenność”. PiS wprowadził w życie program Mieszkanie Plus, za co bardzo wdzięczni są mu niezamożni Polacy, ale taki Rafał Trzaskowski ma te wysiłki za nic i krytykuje, bo ma w nosie rozwój Polski. Liczy się tylko walka z rządem.

Premier i rząd składają hołd mieszkańcom Warszawy, pomordowanym przez Niemców, a w tym czasie profesor Gersdorf u tychże Niemców szuka wsparcia. Gospodarka rozwija się jak szalona, ale nie wolno zapominać o biedzie w czasach, gdy rządziło PO z PSL. Przykładów można by mnożyć.

Zasada jest idealnie prosta. Dobro – zło. „Dokonania” partii rządzącej i jednocześnie „knucie totalnej opozycji; sukcesy – knucie, knucie – sukcesy”.

Profesor Osęka słusznie zauważa, że „narracja „Wiadomości” jest monolitem. Ani jedno słowo, ani jeden komentarz nie mogą wyłamać się z szeregu i naruszyć spójności przekazu. W gruncie rzeczy walka toczy się to, by widzowie zrozumieli, że w Polsce przyszłości dla przeciwników PiS nie będzie miejsca”.

Internauci piszą, „Cóż, stary jestem, pamiętam Gierka, późnego Gierka, Solidarność, stan wojenny, pamiętam ówczesne przekazy z telewizora. Na studiach miałem konwersatorium z „nowomowy naszych czasów”, gdzie wszystkie algorytmy propagandowe rozkładaliśmy na czynniki pierwsze. Mimo to Ku…zji nie jestem w stanie oglądać dłużej, niż parę minut. Już nie te nerwy…”, „Komentator mistrzostw świata wspomniał o 500 +, na antenie w trakcie trwania meczu i to wcale nie naszej reprezentacji. I że inne narody nam zazdroszczą i będą brać przykład, a dowiedział o tym od kolegów z branży. Na własne uszy to słyszałam. Tak, że metody propagandy sukcesu te same od dziesiątek lat. Będzie miejsce w Polsce dla wszystkich. Oczadzenie kiedyś się skończy”, a mnie przeraża, że tak wielu ludzi kupuje ten przekaz i na jego podstawie buduje swoją wiedzę. Trudno z tym walczyć…

>>>

„Cień unijnej flagi przeszkadza dziś Kaczyńskiemu cieszyć się słońcem wymarzonej dyktatury. Dlatego wyprowadzi nas z UE. Prezes w wyprowadzaniu Polski z Unii ma wiernych sojuszników. Na ich czele stoi Tadeusz Rydzyk”.

Earl drzewołaz

>>>

Wiele mówi się ostatnio o zachowaniu Kościoła w naszych pisowskich czasach. Dziwne rzeczy się mówi. A że to jedni biskupi zadowoleni, a inni nie bardzo. I że PiS traktuje Kościół instrumentalnie, a takoż i Rydzyk et consortes traktują PiS. I może prawdę mówią. Ale nie to przecież jest ważne. Tak naprawdę ważne jest to, co się stanie, gdy pewnej pięknej wiosny reżim PiS upadnie i skończy się „reakcyjna rewolucja”.

View original post 4 399 słów więcej

Komu PiS chce sprzedać Polskę?

Zwolennik twardej opcji w reformach sądów, bliski Kaczyńskiemu polityk PiS zarzucił prezydentowi RP tchórzostwo. Uważa, że lider Prawa i Sprawiedliwości miał oczekiwać od głowy państwa twardej postawy, tymczasem prezydent znów prezesa zawiódł.

Duda miał wyznaczyć pierwszego prezesa Sądu Najwyższego – powiedział „Faktowi” informator z Nowogrodzkiej. Zamiast tego zaprosił na spotkanie Małgorzatę Gersdorf, najstarszego sędziego SN Józefa Iwulskiego i prezesa NSA Marka Zirk-Sadowskiego na rozmowę.

Spotkanie w Pałacu Prezydenckim – zdaniem informatorów „Faktu” – nie należało do sympatycznych. Sędzia Iwulski zapowiedział, że nie będzie ani zastępcą, ani następcą Gersdorf, a tylko zastąpi ją podczas urlopu. I Prezes SN z kolei miała twardo obstawać, że idzie na urlop i nic nie pomogło, iż Duda podobno zarzucał Gersdorf, iż łamie prawo.

Nie rezygnując ze swojego stanowiska I Prezes SN miała stwierdzić: „Mnie będą broniły międzynarodowe trybunały” i postawiła na swoim. W rezultacie obóz prezydencki miał wystraszyć się Komisji Europejskiej, a także Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, który mógłby zablokować działanie ustawy. Ponoć podobne motywy kierują dużą częścią PiS-u.

Sam Kaczyński tymczasem nie ma zamiaru słuchać Brukseli i tego samego oczekuje od głowy państwa. Że prezesowi gładko to idzie można było już przekonać się przy okazji Trybunału Konstytucyjnego, który mimo zarzutu łamania demokracji został po prostu spacyfikowany.

>>>

W bitwie 4 lipca konstytucyjna władza sądownicza pognębiła antykonstytucyjnego pisowskiego prezydenta, rząd i większość parlamentarną. Po zwycięskiej bitwie przydałoby się parę okrzyków tryumfu, a nie tylko narzekania, że PiS konstytucję łamie.

Prezydent Duda wykonał odwrót na z góry upatrzone pozycje i „podpiął się” pod zarządzenie prezes Gersdorf, by zastępował ją sędzia Iwulski. Duda nie wykonał dyspozycji art. 111 pisowskiej ustawy, która nakłada na prezydenta obowiązek „powierzenia kierowania Sądem Najwyższym wskazanemu sędziemu SN”. Prezydent nie wydał postanowienia o powierzeniu albo dlatego, że nie znalazł sędziego SN, który powierzenie by przyjął, albo dlatego, że nawet jeśli jakiś chętny by się znalazł, to groziła sytuacja, że wszyscy sędziowie SN zignorowaliby go i podporządkowaliby się zarządzeniom prezes Gersdorf. Sama pani prezes udaje się na urlop, pozwalając zachować twarz prezydentowi Dudzie, który – jeśli opisywać całą sytuację w kategoriach politycznych – wynegocjował rozejm na warunkach narzuconych mu przez Sąd Najwyższy.

Co zrobi pisowski kierowca?

Użyję następującego porównania: PiS – w sporze z Sądem Najwyższym – wbrew zakazowi skręcił w ulicę o ruchu jednokierunkowym. I liczy, że gładko się przetoczy po jadącym zgodnie z przepisami kodeksu drogowego Sądzie Najwyższym. Ale pojazd Sądu Najwyższego okazał się mocno opancerzony i skutki kolizji mogłyby się okazać dla „dobrej zmiany” fatalne. Teraz kierowcom jednego i drugiego pojazdu zależy na tym, żeby do zderzenia czołowego nie doszło, więc obaj wjechali na chodniki. Jadą ku sobie, a bez końca po chodnikach nie da się jechać. Ponadto pan policjant, czyli Komisja Europejska i Parlament Europejski, zaczął machać lizakiem i wyciąga bloczek z mandatami.

Od  decyzji obu kierowców podejmowanych w ciągu najbliższych trzech miesięcy zależy, czy do kolizji dojdzie, czy też nie, czy jadąc chodnikami kogoś rozjadą i czy pan policjant odbierze prawo pisowskiemu piratowi drogowemu jazdy, wlepi tylko mandat, czy też  ograniczy się do dobrotliwego pouczenia. Spróbujmy opisać możliwe do wykonania przez pisowskiego kierowcę  manewry.

Zacznijmy od oświadczeń woli dalszego zajmowania stanowiska sędziego SN. Dziewięcioro sędziów – w tym sędzia Iwulski – złożyło takie oświadczenia, ale  – w świetle ustawy – z wadą prawną. Nie dołączyli wymaganych ustawą zaświadczeń lekarskich. Nie uznali zatem odnośnego przepisu pisowskiej ustawy o SN. Siedmioro złożyło oświadczenia i dołączyło zaświadczenia lekarskie, czyli nowy przepis uznało. Prezydent wszystkie oświadczenia przesłał do Krajowej Rady Sądownictwa całkowicie zawłaszczonej przez PiS, która ma miesiąc na wydanie swojej opinii. Opinia ta nie jest dla Prezydenta wiążąca, a po jej wydaniu ma on trzy miesiące na wyrażenie zgody na dalsze zajmowanie stanowiska przez sędziego lub odmowę. Zatem prezydent Duda ma czas do mniej więcej połowy października.

W związku z tym mamy parę wariantów rozwoju sytuacji w zależności od decyzji prezydenta Dudy. Omówmy dwa najbardziej politycznie znaczące.

Wariant 1: Duda czyści dziewięciu sędziów

Duda może nie wyrazić zgody dziewięciorgu sędziom, którzy złożyli wadliwe – w świetle ustawy, a nie Konstytucji – oświadczenia, w tym nie wyrazić zgody sędziemu Iwulskiemu, co oznaczałoby, że konflikt powróci, bo wtedy Duda będzie musiał wyznaczyć sędziego kierującego SN do czasu wyboru nowego I Prezesa, a prezes Gersdorf może wtedy skrócić urlop i wrócić do pracy. Co to by oznaczało? Odwołując się do wcześniejszego porównania: samochód „dobrej zmiany” zjechałby wtedy z chodnika i znowu znalazł się na kursie kolizyjnym z Sądem Najwyższym.

Zauważmy, że trudno byłoby prezydentowi wyrazić zgodę wobec sędziego Iwulskiego, a nie wyrazić wobec pozostałej ósemki.

Wariant 2: Duda zostawia wszystkich sędziów. Co wtedy zrobi KE?

Duda może wyrazić zgodę na dalsze orzekanie wobec wobec wszystkich 16 sędziów, co czyniłoby wniosek Komisji Europejskiej do Trybunału Sprawiedliwości w części bezprzedmiotowym. Taka decyzja Prezydenta oznaczałaby, że wprawdzie ustawa umożliwiała dokonanie władzy wykonawczej czystki w Sądzie Najwyższym, ale Prezydent, przynajmniej wobec 16 sędziów, którzy wyrazili wolę dalszej pracy, z takiej możliwości nie skorzystał.

Pozostaje jeszcze kwestia 11 sędziów, którzy skończyli 65 lat, ale żadnych oświadczeń woli nie złożyli, w tym I prezes Gersdorf, która, wedle Prezydenta, jest już w stanie spoczynku i w związku z tym nie jest I Prezesem, a wedle samej siebie i 62 sędziów SN nadal jest I Prezesem, bo Konstytucja wyznacza jej sześcioletnią kadencję.

Nie wiadomo, czy w takiej sytuacji Komisja Europejska podtrzyma swój wniosek do Trybunału Sprawiedliwości, ale nawet jeśli podtrzyma, to będzie chodziło tylko o I Prezesa SN, a nie czystkę sędziów. I tu znowu w grę wchodzi czynnik czasu: Komisja wysłała formalna notę do polskiego rządu – pierwszy krok w procedurze wniosku do Trybunału Sprawiedliwości o naruszenie prawa unijnego. Rząd ma miesiąc na odpowiedź, a jeśli nie zadowoli ona Komisji, to sformułuje ona „uzasadniona opinię”, na którą rząd musi odpowiedzieć w ciągu dwóch miesięcy. Jeśli i tę odpowiedź Komisja odrzuci, to dopiero wtedy sformułuje ona wniosek do unijnego trybunału. Jakby nie liczyć – przed połową października skierowanie takiego wniosku jest niemożliwe, a najprawdopodobniej zostałby on wysłany pod koniec listopada lub grudniu, czyli po decyzjach podjętych przez prezydenta Dudę, a treść tych decyzji Komisja musiałaby brać pod uwagę.

Po co PiS-owi 110 sędziów w SN?

Pozostają do omówienia warianty rozwoju wydarzeń związane z docelową obsadą personalną kierownictwa SN – I Prezesa i Prezesów Izb. Zgodnie z pisowską ustawą wybiera się ich wtedy, gdy w SN zasiada co najmniej 110 sędziów. Nie jest to liczba przypadkowa, bo do wyboru kandydatów na te funkcje potrzebne jest kworum w wysokości 3/5 całego składu, czyli 66 sędziów. Przyjmijmy założenie, że wszyscy sędziowie „starego składu” decydują się zerwać kworum. Czy ich wystarczy? Ustawa obejmuje sędziów, którzy skończyli 65. rok życia – jest ich 27. Gdyby czystka objęła wszystkich „stary skład” liczyłby po zmianach 44 sędziów, a „nowy” , który zostanie zarekomendowany przez pisowską KRS – 66 sędziów. Liczymy: 44+66=110. Ja tam w przypadki nie wierzę.

Cała ta polityczna arytmetyka sypie się jednak, jeśli prezydent Duda zachowa w składzie SN przynajmniej paru sędziów powyżej 65. roku życia. Ponadto rekomendacje KRS do obsady stanowisk sędziów SN nie są dla Prezydenta wiążące: powoływanie sędziów to jego konstytucyjna prerogatywa. Może on zatem powoływać wszystkich sędziów zarekomendowanych przez KRS, może powoływać tylko część z nich, a może nie powołać żadnego lub powołać tylko nielicznych, opóźniając uzupełnienie składu do 110 sędziów do czasu zajęcia się sprawą przez Trybunał Sprawiedliwości, który na wniosek Komisji Europejskiej może wydać postanowienie zabezpieczające – nakazać niestosowanie ustawy do czasu wydania przez siebie wyroku. Wtedy Prezydent i PiS nie może kwestionować tytułu prawnego sędzi Gersdorf do zajmowania stanowiska I Prezesa.

Zwrot zaczepny po odwrocie taktycznym

Nie ulega wątpliwości, że prezydent Duda „podpinając się” pod zarządzenie prezes Gersdorf i nie powołując sędziego kierującego Sądem Najwyższym dokonał głębokiego odwrotu i znalazł się w defensywie wraz z cała „dobrą zmianą”. Paru rzeczy nie wiemy. Nie wiemy, czy jest to decyzja tylko Andrzeja Dudy, czy też defensywa całego obozu „dobrej zmiany” uzgodniona z prezesem Kaczyńskim. Nie wiemy, czy jest to tylko odwrót taktyczny, po którym nastąpi zwrot zaczepny w postaci choćby nie wyrażenia zgody na dalsze zajmowanie stanowiska przez tych sędziów, którzy nie dołączyli zaświadczeń lekarskich lub też przyspieszonego powoływania sędziów rekomendowanych przez pisowską KRS. Dopiero decyzje Andrzeja Dudy, które muszą nastąpić w ciągu trzech miesięcy pozwolą nam zrozumieć polityczny i ustrojowy sens całej sekwencji wydarzeń.

Nie ulega jednak wątpliwości, że w bitwie 4 lipca w politycznej wojnie o Konstytucję konstytucyjna władza sądownicza – Sąd Najwyższy – pognębiła antykonstytucyjnego pisowskiego prezydenta, rząd i większość parlamentarną. Wojna jeszcze nie jest wygrana, ale po zwycięskiej bitwie przydałoby się parę okrzyków tryumfu, a nie tylko narzekania, że PiS Konstytucję łamie. Owszem chce łamać, ale w tym przypadku nie do końca mu wychodzi wychodzi. Cieszmy się. Poczucie wygranej naprawdę dobrze konsoliduje. Narzekania – nie bardzo.

„Z pieniędzy PZU mają być organizowane m.in. na cykle koncertów „Sto żartów na stulecie” oraz „Niepodległość 100+”. Beneficjentem jest Fundacja Jana Pietrzaka „Towarzystwo Patriotyczne”, a sponsorem – założona przez państwowego ubezpieczyciela Fundacja PZU” – informuje portal oko.press.

Pietrzak dostanie 600 tysięcy złotych. Wcześniej jego fundacja dostała już z tego samego źródła co najmniej 400 tys. złotych – przypomina serwis.

Swoje żarty Jan Pietrzak będzie mógł opowiadać niezależnie od tego czy będzie ktoś na widowni czy też nie. Swego rodzaju ostrzeżeniem jest kompletna klapa jego urodzinowego koncert w Opolu i konieczność zdjęcia z anteny TVP2 jego programu „Pół wieku kabaretu pod Egidą”.

Fundacja Jana Pietrzaka „Towarzystwo Patriotyczne” istnieje od 2011 roku. Na jej czele stoi żona satyryka a w zarządzie zasiadają Janusz Śniadek, były szef Solidarności, obecnie poseł PiS oraz prawicowy publicysta Rafał Ziemkiewicz.

„Wśród Polaków coraz bardziej widać strach, zwłaszcza u osób, których kariery zależą od państwa. Spodziewam się, że z czasem inercja Polaków doprowadzi do prawdziwych represji” – twierdzi prof. Jadwiga Staniszkis w wywiadzie udzielonym „Polsce The Times”.

Jej zdaniem w Polsce pod rządami PiS narasta „poczucie strachu”. Twierdzi, że władza śledzi obywateli. Mieszkańcy metropolii sobie z tego nie zdają sprawy, ale w Polacy z mniejszych miejscowości zdają sobie sprawę z inwigilacji – przekonuje Staniszkis.

Słynna socjolog twierdzi jednak, że to dopiero początek. „Spodziewam się, że będziemy mieli pokazowe procesy, nastąpi rozwój cenzury, pojawi się presja finansowa na media. Przecież po to się dzisiaj usuwa sędziów, by na ich miejsce wstawić swoich” – przewiduje w rozmowie z „Polską The Times”.

Staniszkis twierdzi, że decydujące będą najbliższe wybory, które są w stanie zatrzymać „rzekę autorytaryzmu pisowskiego”. Jej zdaniem przeciwko zmianom w sądownictwie protestowały głównie osoby pamiętające jeszcze lata komunizmu i najważniejsze pytanie brzmi, czy młodzi zechcą się do nich dołączyć.

Za co powinien siedzieć Duda i inna pisowszczyzna antykonstytucyjna

>>>

Gasiuk-Pihowicz: Prezydent przegrał, może nie całą wojnę, ale bitwę o Sąd Najwyższy. Listy do sędziów to próba usprawiedliwienia się przed swoim środowiskiem

My twardo stoimy na gruncie przepisów konstytucji. Prezydent może wysyłać te listy. Ja to odbieram, że to jest próba usprawiedliwienia się trochę przed swoim środowiskiem, że jednak prezydent ma świadomość tego, że tą ostatnią bitwę o Sąd Najwyższy, nie mówię, że całą wojnę, ale ostatnią bitwę przegrał. I próbuje się w jakiś sposób usprawiedliwić” – mówiła w Poranku Radia TOK FM szefowa klubu Nowoczesnej, Kamila Gasiuk-Pihowicz.

Przed nami wizja kolejnej komisji, która ma udowodnić „szemrane” działania poprzedniej władzy, czyli PO/PSL. Właśnie wczoraj Sejm powołał komisję śledczą ds. ściągalności VAT-u i akcyzy. Na jej czele ma stanąć Marcin Horała, oczywiście poseł PiS. Za jej powołaniem głosowało też wielu posłów PO i PSL.

Komisja Europejska oszacowała, że różnica między planowanymi a faktycznymi wpływami z tego podatku w latach 2007-15 wyniosła ponad 260 mld zł na niekorzyść polskiego budżetu.

W skład komisji będzie wchodziło 9 członków i zajmą się oni właśnie wyjaśnieniem tej sprawy. Marcin Horała nie ukrywa, że przed komisją będą zeznawać ministrowie, wiceministrowie, szefowie służb skarbowych, urzędów skarbowych i służby celnej, bo „To właśnie w finansach publicznych działy się te nieprawidłowości, działy się te wyłudzenia podatku VAT”.

Posłanka PiS, Anna Sobecka, nie zamierza czekać na wyniki pracy komisji. Ona już wie, że miały miejsce wyłudzenia VAT, a to „największa afera finansowa III RP. Mafia VAT-owska okradła państwo na ok. 262 mld”.

Trzeba przyznać, że politycy PiS idealnie wybrali czas na utworzenie tej komisji, która już od września rozpocznie przesłuchanie świadków.  Temat będzie świeży, „jeszcze ciepły”, więc na pewno wzbudzi sporo emocji, co może pomóc rządzącej partii w wyborach samorządowych. Również to wspaniała okazja do wypromowania posła Horały, który jest kandydatem PiS do samorządu w Gdyni.

Internauci, komentując powstanie tej komisji, zastanawiają się, „A kiedy komisja do SKOK’ów i Getback?”, „A do sprawy tego zamachu smoleńskiego nie będzie kolejnej podkomisji?”, „Kiedy komisja w sprawie SKOK- ów i druga w sprawie przekrętów Rydzyka?

Guy Verhofstadt, były premier Belgii, a obecnie szef frakcji liberalnej w parlamencie europejskim jest jednym z najlepszych mówców w Brukseli. Ostatni retoryczny pokaz dał we środę, gdy wytłumaczył premierowi RP na czym polega europejska Wspólnota.

Podczas debaty poświęconej przyszłości Unii Europejskiej w Strasburgu po wystąpieniu premiera Morawieckiego do głosu doszli europarlamentarzyści. Jednym z nich był Guy Verhofstadt, który w swojej pięciominutowej wypowiedzi, skierowanej do szefa polskiego rządu, nie szczędził mocnych i gorzkich słów. Zaczął od przedstawienia wizji Europy jako osamotnionej w realiach nowego światowego porządku, w którym główne role grają Rosja i Chiny z jednej strony oraz USA kwestionujące zasadność istnienia NATO – z drugiej. Dlatego zdaniem Verhofstadta potrzebujemy europejskiej wspólnoty obronnej, aby wzmocnić NATO. Belgijski polityk zaznaczył, że ta wspólnota byłaby czymś więcej niż tylko połączeniem budżetów wojskowych czy “zebraniem razem paru czołgów lub samolotów”. Jego zdaniem może ona funkcjonować tylko wówczas, gdy kraje członkowskie będą się opierać na tych samych europejskich wartościach i tych samych rządach prawa, w tym pełnej niezawisłości sądownictwa. Po tym wstępie próbował wykazać Morawieckiemu, dlaczego Polska się od tych zasad oddala.

6 najważniejszych cytatów z przemówienia Verhofstadta w parlamencie europejskim:

1. UE to wspólnota wartości, a poddawanie sędziów kontroli politycznej jest nie do przyjęcia i nie może być tolerowane. Nie jest to kwestia tradycji, lecz zasad.

2. Reforma sądownictwa to uprawniony cel. Ale zmuszanie sędziów do przejścia na emeryturę, zdawanie ich na kaprys większości rządzącej nigdy nie może być częścią takiej reformy.

3. Komisja wenecka stwierdziła głośno i wyraźnie że państwa reformy – tu cytat – “uderzająco przypominają instytucje Związku Radzieckiego i jego satelitów”. Panie premierze, korzystam z okazji, by wezwać pana osobiście, by nie lekceważył pan dwóch procedur naruszeniowych i nie ignorował ustawicznie orzeczeń Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości.

4. Przez ostatnie trzy lata systematycznie likwidują państwo system demokratycznej kontroli i równowagi.

5. Proszę pana osobiście, aby wykonał Pan zwrot i przywrócił Polskę do rodziny narodów demokratycznych; porzucił rojenia o tak zwanych państwach nieliberalnych i przekierował Polskę do centrum polityki europejskiej. Marzenie o międzymorzu, sojuszu państw od Bałtyku po Morze Czarne, to czysty eskapizm. Miraż, ułuda.

6. Wielkim błędem jest dzielenie naszej Unii na regionalne grupy i grupki. Proszę mi wierzyć, że takie podziały w Europie spodobają się tylko jednemu człowiekowi, jednemu autokracie, Władimirowi Putinowi.

Morawiecki samotny w Strasburgu

Miało być tanio i dla każdego z możliwością dojścia do późniejszego zakupu. Tymczasem rzeczywistość zaczyna skrzeczeć, a warunki na jakich realizowany jest program Mieszkanie Plus, odbiegają znacząco od pierwotnych deklaracji. W takiej np. Białej Podlaskiej mieszkania mają być oferowane – wbrew obietnicom rządu – bez możliwości późniejszego wykupu – podaje portal money.pl. Jakby tego było mało są one wydawane w stanie surowym, co oznacza, że najemcy niespodziewanie muszą wyłożyć kolejne 15-20 tysięcy złotych na ich wykończenie. Ceny również nie są tak atrakcyjne jak zapowiadano, a teraz planowane jest nawet „urynkowienie” stawek.

Ratując twarz rządzący postanowili zamknąć usta wszystkim rozczarowanym oraz niezadowolonym i wymyślili klauzulę poufności… zakazując im udzielenia informacji na temat warunków i realizacji oferowanych umów.

Wśród zainteresowanych udziałem w programie euforia więc wyraźnie mija, a część z nich rezygnuje jeszcze na etapie zawierania umowy, gdy okazuje się, że król jest nagi, a to na co liczyli należy w bajki włożyć i na dodatek cicho siedzieć.

PiS-owska klauza wyraźnie cenzuruje obywateli i mówi:

„Z uwagi na fakt, iż umowa zawiera informacje poufne dotyczące wynajmującego i najemcy, strony niniejszym zobowiązują się zachować poufność odnośnie informacji ujawnionych w związku z zawarciem umowy i nie będą – poza przypadkami wynikającymi z wymogów prawa – ujawniać jej treści osobom trzecim bez pisemnej zgody drugiej strony”.

Klauzula pozwala krytykować publicznie program tylko w odniesieniu do ujawnianych na jego temat informacji przez polityków, podczas gdy same realia nie mogą być już przedmiotem debaty publicznej. Brakuje tylko informacji o rygorze i konsekwencjach komentowania sytuacji.

Jak to się ma do – obowiązującego w normalnym demokratycznym państwie dostępu do informacji – to potrafiłby wytłumaczyć chyba tylko szef PiS-owskiego rządu Mateusz Morawiecki, który nie tak dawno temu na forum Parlamentu Europejskiego – gruntownie mijając się z rzeczywistością -gloryfikował stan praworządności w Polsce.

A wydawało się, że już pozamiatane. Sąd Najwyższy w rękach PiS, pierwsza prezes odesłana na emeryturę, pozostali prezesi również. Cel osiągnięty. Jeszcze tylko rozwiązać problem z niezależnymi mediami i wreszcie Polska będzie taka jak być powinna. Bardzo „pisowska”. Wreszcie „demokracja podług PiS” będzie rządzić, rządzić, rządzić…

No cóż, okazało się, że to wcale nie takie proste. Na ulicach protesty, w Strasburgu debata i pokrętne tłumaczenia premiera Morawieckiego w tej sprawie. Miało być szybko i skutecznie, a zrobił się niezły bałagan.

Pierwszej prezes prof. Małgorzata Gersdorf nie podporządkowała się znowelizowanej przez PiS, ustawie. Zgodnie z konstytucją, zamierza pełnić swoją kadencję do 2020 roku. Poparło ją w tym postanowieniu 63 sędziów SN. Przez ostatnie dwa dni, czyli w czasie, gdy ustawa już weszła w życie, pani prezes pracuje normalnie, przykładnie pełniąc swoje obowiązki. Obawiając się, że obecna władza może chcieć usunąć ją siłą, wyznaczyła na swego zastępcę prezesa Izby Pracy, Józefa Iwulskiego. Oczywiście, tylko na czas jej ewentualnej nieobecności.

Prezydent Duda uznał, że to właśnie Józef Iwulski stoi teraz na czele SN, ale prezes Izby Pracy zaprzecza, jakoby były prowadzone jakiekolwiek rozmowy w tym temacie z głową państwa. Podkreśla, że jest on zastępcą, wybranym przez pierwszą prezes SN, a nie jej następcą.

Są dwa sposoby zmiany kierownictwa SN. Najłatwiejszym wydaje się wybranie przez Andrzeja Dudę „p.o. pierwszego prezesa” spośród sędziów SN. Z tym może być jednak duży problem, bo wydaje się mało prawdopodobne, by znaleźć sędziego, który stanie przeciwko swoim kolegom.

Można też obsadzić SN nowymi sędziami, którzy sami wybiorą spośród siebie nowego pierwszego prezesa oraz prezesów poszczególnych izb. Pan prezydent już ponad tydzień temu ogłosił konkurs na pierwsze 44 miejsca. Do wykorzystania będą też kolejne 27 wakaty, gdy tylko zakończona zostanie czystka wśród najstarszych sędziów. Kiedy już uda się wprowadzić do SN „swoich” ludzi, wówczas problem profesor Gersdorf i pozostałych prezesów się rozwiąże. Tym bardziej, że nowych sędziów wskaże prezydentowi Krajowa Rada Sądownictwa, która już jest narzędziem w rękach PiS.

Sędziowie biorą pod uwagę zablokowanie tego konkursu. Jeden z wariantów zakłada masowy udział sędziów w konkursach, tak by je maksymalnie przedłużyć, a potem zablokować je licznymi odwołaniami od decyzji KRS do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Jednak, jak mówi Krystian Markiewicz, prezes Stowarzyszenia Sędziów Polskich, „Iustitia” „Iustitia jeszcze nie zdecydowała, jakie zajmie w tej sprawie stanowisko. Decyzję podejmiemy pewnie 14 lipca”.

Sędzia Waldemar Żurek, były rzecznik KRS podkreśla, że „W razie sięgnięcia po taką metodę i do sędziów, i do opinii publicznej musiałby popłynąć jasny komunikat: nie chodzi o wyścig szczurów na stanowiska w SN, które zwolniły się w trybie niezgodnym z konstytucją. Chodzi o przedłużenie obecnej sytuacji, utrzymywanie swoistego stanu zawieszenia i uchronienie SN przed dwuwładzą”.

Kolejną zaletą wdrożenia takiego wariantu byłby zyskany czas. Teraz, gdy Komisja Europejska już wezwała polski rząd do usunięcia niepraworządnych zapisów w ustawie i rozważa złożenie skargi do Trybunału Sprawiedliwości UE ten czas działałby na korzyść sędziów.

Odwołanie do NSA dałoby okazję do wstrzymania konkursu, a tym samym do zablokowania możliwości obsadzenia SN swoimi sędziami.  To byłaby również okazja, by pojawiły się wnioski sędziów do Trybunału Sprawiedliwości, dotyczące rozwiązań prawnych właśnie w sprawie KRS i SN. Jak tłumaczy prof. Ryszard Piotrowski, konstytucjonalista z Uniwersytetu Warszawskiego, „To może być czynnik sprzyjający zaniechaniu naruszeń konstytucji, jeśli w rezultacie zostaną podjęte działania Trybunału UE ułatwiające proces powrotu do respektowania konstytucji”.

Jedno jest pewne. Sędziowie nie zamierzają się poddać w walce o Konstytucję i zachowanie zasady trójpodziału władzy, która jest podstawą demokracji. Zrobią wszystko, co możliwe, by Polska nie skręciła już całkowicie w stronę autorytaryzmu, a to oznacza dla rządzącej partii niezły „ból głowy”.

„Andrzej Duda, będziesz siedział!” – tak brzmi jedno z popularniejszych haseł społecznych protestów przeciwko demolowaniu polskiego państwa przez ekipę PiS z Andrzejem Dudą na czele.

Jedynym sposobem na spełnienie tych jak najbardziej zasadnych obywatelskich oczekiwań wobec osoby prezydenta byłoby postawienie go przed Trybunałem Stanu. Dotychczasowe doświadczenia i sama konstrukcja odpowiedzialności nie nastrajają jednak pod tym względem optymistycznie – postępowanie zależy bowiem od aktu politycznego, bo do wniesienia oskarżenia najpierw potrzebny jest wniosek 140 posłów i senatorów, a potem zgoda aż dwóch trzecich głosów Zgromadzenia Narodowego. Lecz akurat w przypadku Andrzeja Dudy jest ku temu cała lista powodów. Ma on bowiem na koncie wiele deliktów konstytucyjnych, czyli po prostu zbrodni łamania ustawy zasadniczej oraz związanych z tym przestępstw przekroczenia uprawnień bądź niedopełnienia obowiązków.

Dlaczego Andrzej Duda powinien stanąć przed Trybunałem Stanu? Powody:

  • Ułaskawienie niewinnych z prawnego punktu widzenia obywateli – bo do tego przecież sprowadzało się zastosowanie w 2015 r. prawa łaski wobec Mariusza Kamińskiego, Macieja Wąsika, Grzegorza Postka i Krzysztofa Brendela. Ci wysocy funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego zostali wprawdzie skazani na kary więzienia za przekroczenie uprawnień i nielegalne działania operacyjne przy tzw. aferze gruntowej, ale wyrok w momencie ułaskawienia był nieprawomocny, więc cała czwórka formalnie była wciąż niewinna (skądinąd sami, ale też równocześnie oskarżyciel posiłkowy, wnieśli apelację do drugiej instancji). Duda, wydając akt łaski, dopuścił się ingerencji w pracę wymiaru sprawiedliwości, a tym samym naruszył konstytucyjną zasadę rozdziału władzy sądowniczej od wykonawczej i ustawodawczej. Zrobił to na dodatek z nader niskich pobudek: chodziło o umożliwienie niedawnym kumplom z partii dalszego zajmowania stanowisk w państwie.
  • Brak reakcji na proceder łamania ustawy zasadniczej przez premier Beatę Szydłouparcie odmawiającą publikacji niewygodnych dla PiS werdyktów Trybunału Konstytucyjnego – wszak jako głowa państwa był zobowiązany do czuwania nad przestrzeganiem konstytucji.
  • Niezaprzysiężenie jesienią 2015 r. legalnie wybranych sędziów Trybunału Konstytucyjnego – a już na pewno przyjęcie potem ślubowania od osób niemogących pełnić tej funkcji, czyli tzw. dublerów. Duda najpierw nie chciał, choć bezwarunkowo nakazuje to prezydentowi konstytucja, odebrać sędziowskiej przysięgi od trójki sędziów nominowanych przez Sejm poprzedniej kadencji. Następnie zaś – w zdumiewający zresztą sposób, bo późną nocą! – powołał na zajmowane przez nich miejsca dublerów wskazanych przez PiS. Tym samym znowu naruszył zasadę rozdziału władz. Więcej, zdezawuował konstytucyjny organ państwa, jakim jest Trybunał, bo rozstrzygnięcia wydane z udziałem owych pseudosędziów trudno uważać za obowiązujące wyroki.
  • Współudział w ustanowieniu nieprzewidzianego w konstytucji stanowiska „pełniącego obowiązki prezesa Trybunału Konstytucyjnego” (podpisał wprowadzające je – i to bez vacatio legis – przepisy niższego rzędu) oraz w przekazaniu osobie je zajmującej (czyli Julii Przyłębskiej) kompetencji należących do organu konstytucyjnego, bo wiceprezesa TK. Na dodatek następnie firmował przeprowadzone ze złamaniem procedur namaszczenie tejże Julii Przyłębskiej na fotel (niby)prezesa tzw. Trybunału.
  • Lansował i podpisał ustawy o Sądzie Najwyższym oraz Krajowej Radzie Sądownictwa, choć znowu w oczywisty sposób łamią one konstytucyjne zasady rozdziału władz. Godzą również w niezależność sądów, niezawisłość sędziów (oraz w ich nieusuwalność) oraz łamią zapisane wprost reguły wyboru KRS i nieskracalnej kadencji I Prezes Sądu Najwyższego.
  • Potulnie podpisywał forsowane przez partię rządzącą ustawy, które w oczywisty sposób godzą w konstytucyjne wolności obywatelskie (chociażby nowelizację poszerzającą możliwości inwigilacji obywateli przez służby specjalne czy też ograniczającą swobodę badań naukowych ustawę o IPN) – nie dość, że lekceważył zastrzeżenia podnoszone przez prawników i organizacje praw człowieka, to nie decydował się nawet na skorzystanie z możliwości przekazania wątpliwych aktów do wstępnej oceny tzw. Trybunału Konstytucyjnego.
  • Ogłaszając plan tzw. referendum konsultacyjnego w sprawie konstytucji, naruszył przewidziany w samej ustawie zasadniczej tryb jej ewentualnej zmiany. Nie mówiąc o tym, że jako prezydent miał być strażnikiem ustawy zasadniczej, a nie ją deprecjonować.

Tę listę antykonstytucyjnych zbrodni Andrzeja Dudy można uzupełnić o mniej jednoznaczne, lecz także szkodliwe dla stanu prawa czy choćby społecznej świadomości prawnej czyny.

Skala destrukcji państwa i lekceważenia konstytucji przez ekipę PiS jest niebywała. Nadzwyczajna jest też wina i odpowiedzialność za ten proceder prezydenta właśnie, jako że to on miał szczególny obowiązek stania na straży ustawy zasadniczej, co zresztą przysięgał, obejmując urząd.

Pozostawienie takiego sposobu sprawowania władzy bez sankcji – także tej karnej w postaci postępowania przed Trybunałem Stanu – byłoby groźną zachętą dla ewentualnych naśladowców. Być może tyleż bezpardonowe, co bezczelne naruszanie konstytucji, którego doświadczają polskie państwo i jego obywatele, jest skutkiem m.in. tego, że po wyczynach poprzedniej ekipy PiS, tej z okresu 2005–07, nikt z jej członków – choćby Zbigniew Ziobro – nie został postawiony przed Trybunałem Stanu. Pobłażliwość wobec polityków zwykle ich niebezpiecznie rozzuchwala.

Rafał Trzaskowski naprzeciw Pokrakom z PiS. I o Kaczyńskim

Trzaskowski: Od początku wiedziałem, że każdy kandydat PiS będzie poważny, że trzeba go respektować

– Od początku wiedziałem, że każdy kandydat PiS będzie poważny, że trzeba go respektować. Natomiast wiadomo było jedno, że będzie totalna mobilizacja wyborców. Zrobiliśmy spotkać znacznie więcej. Mam taką ocenę, że pracujemy dużo ciężej [niż Patryk Jaki]. Dużo więcej spotkań. Zresztą widzę reakcje na ulicach Warszawy – są jednostronne. Mówią: proszę tego przebierańca nie dopuścić, broń Boże, do wygranej – mówił Rafał Trzaskowski w rozmowie z Konradem Piaseckim w Radiu Zet.

Wychodzi na to, że rację mieli ci, którzy głośno mówili o tym, iż w szeregach PiS trwa walka o władzę. Niektórzy uznali, że nieobecność prezesa potrwa długo, a może nawet wiecznie, stąd budowanie wewnątrzpartyjnych sojuszy i przygotowanie się do przejęcia funkcji szefa partii.

A tutaj spora niespodzianka. Okazuje się, że Jarosław Kaczyński był na bieżąco informowany, co się dzieje w jego partii, trzymał rękę na pulsie, a teraz wraca i … zacznie robić porządki we własnych szeregach. Jak mówi jeden z polityków PiS, „Prezes wkracza nie wybacza”, więc szykuje się nam niezły spektakl i zapewne kilka głów poleci.

Sam Joachim Brudziński nie ukrywał, że taka wewnętrzna walka rzeczywiście miała miejsce. Na antenie TVN24 mówił, że „Ci wszyscy, łącznie z tymi wszystkimi delfinami czy tymi, którym być może roi się w głowie coś na kształt zamiany premiera Kaczyńskiego, muszą uzbroić się w bardzo długą cierpliwość”. Słowa te nie padły ot tak sobie.  Brudziński świetnie wie, dlaczego tak powiedział, bo, jak twierdzi Marek Mizgalski, to wyraźny sygnał dla niepokornych, że „Kaczyński musiał zidentyfikować ruchy wewnątrz PiS, czy obozu władzy, które mogłyby świadczyć o tym, że pewne osoby rozpoczęły walkę o schedę po prezesie PiS. W ten sposób próbuje tę walkę zniszczyć w zarodku”.  

Pamiętajmy, że co jak co, ale Joachimowi Brudzińskiemu można wierzyć, bo stoi bardzo blisko Jarosława Kaczyńskiego. Nie jest tajemnicą, że to on właśnie jest szykowany na przejęcie schedy po prezesie, co jednak nie brzmi optymistycznie. Według „Die Welt” Brudziński jest „agresywny i wulgarny w swojej retoryce, a także bezwarunkowo wierny prezesowi”. Jego władza to zero szans na jakikolwiek postęp w negocjacjach z Brukselą, dotyczących polskiego wymiaru sprawiedliwości czy relokacji uchodźców. „Newsweek” pisał niedawno, że „Brudziński jest jak cesarz Klaudiusz, który przetrwał intrygi na dworze, bo wszyscy uważali go za mało rozgarniętego. Ale to piekielnie sprytny gość i to on weźmie partię po Kaczyńskim”.

Tak więc czekają nas zapewne „czystki” w szeregach PiS, zbyt ambitni wrócą pokornie na swoje miejsce, a sam Brudziński cierpliwie poczeka na swój czas. Nie myślałam nigdy, że to powiem, ale obawiam się, że tego typu zmiana może okazać się dla Polaków przysłowiowym „pocałunkiem śmierci”.

Marc Santora jest dziennikarzem „New York Times” i szefem warszawskiego biura tej gazety. Jest też autorem artykułu o Jarosławie Kaczyńskim, który ukazał się niedawno na łamach tego pisma. Jak pisze „Osiem lat po katastrofie smoleńskiej Kaczyński stał się dominującą postacią polityczną w Polsce, a jego partia podkopała rządy prawa w Polsce, prowadząc do sporu z Unią Europejską”.

Przypomina o reakcji na śmierć brata w katastrofie smoleńskiej, ukrywaniu tego faktu przed chorą matką i przyjęciu bardzo szybko postawy łączącej osobisty ból po stracie najbliższej mu osoby z celami politycznymi. Za winnego uznał Donalda Tuska, choć zdaniem autora artykułu, najmniej chodziło mu o rzeczywistą winę. Padło na szefa PO przede wszystkim dlatego, że uznał go za największego rywala w walce o władzę. Walce, która będzie toczyła się ponownie w 2019 roku.

Podobnego zdania jest też były europoseł PiS, Marek Migalski. Zwraca on uwagę, że po katastrofie smoleńskiej debata publiczna przestała mieć dla Kaczyńskiego charakter polityczny, dającej każdemu prawo do własnych poglądów i odmiennych wartości. „Dla niego debata stała się eschatologiczną wojną pomiędzy dobrem i złem”.

Santora zastanawia się, czy rzeczywiście Jarosław Kaczyński wierzy w teorię zamachu, tak chętnie głoszoną przez jego partię. Przypomina słowa Joanny Kluzik Rostowskiej, szefowej kampanii wyborczej PiS w 2010 roku, która powiedziała, że „pierwszą rzeczą, jaką niepytany powiedział do mnie było: „Nawet przez chwilę nie myśl, że wierzę w te wszystkie historie o zamachu”. A jednak wielokrotnie podczas organizowanych przez siebie miesięcznic smoleńskich, nie odcinał się od tej teorii. Mało tego, przekonywał swój elektorat, że przyjdzie czas, gdy prawda o katastrofie stanie się ogólnie znana. Jedno jest pewne. Podważanie ustaleń państwowej komisji badającej ten wypadek doprowadził do głębokiego podziału Polaków, co było na rękę Kaczyńskiemu, bo „model strategii politycznej Kaczyńskiego zarówno wobec partii, jak i całego kraju, zawsze był oparty na rządzeniu przez podziały i konflikty”. Tak twierdzi, cytowany w tekście, Marcin Bużański z Fundacji Pułaskiego i trudno się z nim nie zgodzić.

Santora zwraca też uwagę na to, że po zwycięstwie PiS bardzo zmieniła się polityka zagraniczna Polski. To dla UE wielkie wyzwanie w obliczu wzrastających w całej Europie wpływów populistycznych partii. Przestrzega, że jeśli na zaplanowanym w czerwcu szczycie UE nie zostaną podjęte odpowiednie kroki, jeśli nie zostaną wyciągnięte żadne konsekwencje wobec Polski za łamanie prawa, to istnieje niebezpieczeństwo, że w podobnym kierunku pójdą kolejne państwa, Słowacja i Rumunia, gdzie flirt z demokracją nieliberalną już trwa.

Artykuł gorzki, oparty na przemyśleniach, które nie są obce wielu Polakom. Również internauci nie szczędzą ostrych słów. Jeden z nich pyta – „co wart jest naród, który dał się podzielić obsesjonatowi. I to takiemu, którego obsesją nie jest żadna wielka idea, żaden wielki projekt, żaden wizjonerski zamysł, a zwykła żądza zemsty”. No właśnie, jako naród nie zdaliśmy lekcji z demokracji i może prawdą jest, że każdy naród ma taką władzę, na jaką zasługuje?

>>>

Waldemar Mystkowski pisze o Szydło.

Bywa, że politycy politykę traktują, jak modele i modelki pracę na wybiegu. Tę cechę można było dawno zauważyć u Beaty Szydło. Jej fizjonomia sprzed kariery premiera rządu i w czasie bardzo, ale to bardzo się różniły. I wcale nietrudne było wskazać – dlaczego. Na twarzy Szydło miała kilogramy tapety, niewiele mniej niż Jack Nicholson w „Batmanie”.

Dlaczego Szydło godziła się być klownem? A czy jej kwestie z konferencji prasowych nie były rodem ze skeczów cyrkowych, włącznie ze słynnym „sukcesem” 1:27, gdy to śmiechem powaliła na dechy rodaka Donalda Tuska. Ten witz przejdzie do annałów politologicznych wraz z jej nazwiskiem, choć autorem jest jakiś pożal się boże pijarowiec.

W porządku, chciała Szydło być klownem o twarzy Batmana! Jej broszka. Dlaczego jednak tapeta na jej twarzy była taka droga. Przecież w Hollywood za tę usługę nie płaci się aż tyle. Z naszych pieniędzy w 2017 roku poszło 167 tysięcy zł, a w ciągu czterech dni grudnia tego samego roku za jedną usługę z budżetu za twarz Szydło zapłacono „tylko” 49 tys. zł.

Twarz Szydło jest jej gębą, ale politykom nie płacimy za to, aby byli klownami. Chce się gościówa wygłupiać – proszę bardzo – ale z własnego portfela niech pokrywa to ośmieszenie.

Tapeta ma się dobrze onomatopeicznie z tupetem Szydło, składa się w fajny dublet jej charakteru: tapeciara i tupeciara. Szydło w sobotę w Będzinie była powiedzieć matce niepełnosprawnej 30-letniej córki, głęboko upośledzonej, iż „nie ma bardziej wrażliwego rządu” niż rząd PiS.

Ależ tupet! Jeżeli zestawi się z mantrą – w psychologii nazywa się to echolalia, pacjent na okrągło ględzi to samo – „poprzedni rząd, który przez 8 lat nic nie zrobił w tej sprawie”, z którą wszak nie zawitała ani razu do protestujących niepełnosprawnych przez 40 dni w Sejmie, obraz Szydło się domyka: jaka to marna osóbka.

Nie wpadnie do głowy pani Szydło – jako rzekłem tapeciary i tupeciary – że poprzedni rząd doprowadził do takiej sytuacji, iż PiS może na lewo i prawo rozdawać szmal, czym zresztą partia Kaczyńskiego doprowadza finanse państwa do ruiny, obraz Polski też jest w rozsypce. Niestety, na wizerunek kraju nie można nałożyć tapety, jaką sobie nakłada Szydło.

– Warszawa niestety przegrywa [wojnę z Brukselą]. Problem polega na tym, że mamy rozporządzenie, które wiąże przestrzeganie praworządności z pieniędzmi. Jak tak dalej pójdzie, to Warszawa straci miliardy, jak PiS będzie tak rządził. Nie będzie metra, wymiany taboru, wszystkich projektów dot. przedszkoli czy szkół, które były do tej finansowane. Wszyscy wiedzą, że to przez upór, brak profesjonalizmu, łamanie Konstytucji może być tak, że znikną olbrzymie pieniądze na inwestycje, które są w Warszawie potrzebne. Cięcia są olbrzymie, a jeszcze do tego pieniądze, które Polska mogłaby dostać, będą prawdopodobnie mrożone przez to, że w Polsce jest łamana Konstytucja i zapłaci pan i ja, podatnicy, warszawiacy – mówił Rafał Trzaskowski w rozmowie z Konradem Piaseckim w Radiu Zet. Jak dodał

„Mówię jasno: panowie, wycofajcie się z najbardziej rażących przykładów łamania praworządności, to te pieniądze nie będą mrożone. Na szczęście dzięki naszym staraniom te pieniądze nie przepadają, tylko będą mrożone. W związku z tym jak my wygramy kolejne wybory, to te pieniądze zostaną odmrożone i Warszawa skorzysta wtedy z olbrzymich pieniędzy na inwestycje. Natomiast jak dalej będzie rządził PIS, przez kolejne lata, i dalej będzie łamał Konstytucję, to wszyscy w Polsce muszą sobie zdawać sprawę z konsekwencji takich, że nie będzie pieniędzy na inwestycje przez tych awanturników”

>>>

>>>

Post Navigation