Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Newsweek”

Owsiak: Robimy piękne rzeczy, bo nie jesteśmy z plasteliny

„Kto by pomyślał, że zrobimy coś tak pięknego? Wiecie dlaczego, my Polacy, robimy tak piękne rzeczy? Bo nie jesteśmy z plasteliny. Jesteśmy żywymi ludźmi, jesteśmy wspaniałymi, fantastycznymi, cudownymi, kolesiami, kobietami, mężczyznami, dzieciakami, którzy tworzą wspaniały, polski naród”- powiedział Jerzy Owsiak, inaugurując 27. finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy . Było to z pewnością nawiązanie do haniebnego przytyku z niedawnej „dobranocki” w TVPInfo.

Po niewybrednym ataku PiS-owskiej telewizji w programie „Minęła 20”,szef WOŚP napisał na Facebooku: „Nie jestem Czapajewem, politykiem, ani Supermanem, żeby po tak ohydnym filmie, który tak nieprawdopodobnie próbował dyskredytować mnie i całą akcję, ot tak po prostu zagwizdać wesoło i robić swoje…”

>>>

Owsiak zapowiadał, że w tym roku WOŚP gra dla „50 dużych szpitali pediatrycznych” oraz że „chodzi o gruby sprzęt”. Jeszcze przed godz. 10 na koncie WOŚP znalazło się ponad 13 milionów złotych.

Po skandalicznej produkcji TVPInfo, zatytułowanej „ Metoda na siema”, Telewizyjna Agencja Informacyjna podjęła decyzję o zawieszeniu w obowiązkach służbowych wydawcy programu „Minęła 20”.

W najnowszym „Newsweeku” polecam tekst Renaty Grochal o tandemie, który trzęsie polskim Sejmem.

Depresja plemnika

I znów trwa rytualne symboliczne zabijanie Jurka Owsiaka. Tym razem przy pomocy pisowskiej TVP, która nadała filmik z kukiełkami mający zdyskredytować i byłą prezydent Warszawy, i Owsiaka jako złodziei grosza publicznego.

View original post 2 240 słów więcej

 

Pedofilia w Kościele, Ziobro broniący szubrawców. Oto Polska dzisiaj

– Nie tylko dostojnicy kościelni nie reagowali, ale także organy ścigania i media nie były zainteresowane tym, co robił ten znany w Polsce i na świecie duchowny – twierdzi Krzysztof M. Kaźmierczak, dziennikarz śledczy i wspomina swoje spotkanie z Piotrem J., który twierdził, że jako nastolatek został przez księdza zgwałcony i chciałby o tym opowiedzieć prokuraturze, ale ta nie chce go wysłuchać.

Był wrzesień 2004 roku. – Pracowałem wtedy w „Gazecie Poznańskiej”, przyszedł do redakcji zdruzgotany, wystraszony. Powiedział, że wyjechał z Gdańska, boi się o swoje życie. Po tym, jak zdecydował się złożyć w prokuraturze zawiadomienie, ktoś mu groził śmiercią – wspomina dziennikarz. – Napisałem tekst, ale dość ogólny, ponieważ w gazecie nikt za bardzo nie był zainteresowany tematem. Ksiądz Jankowski, legenda „Solidarności”, miałby kogoś zgwałcić? To wydawało się niepojęte. Wszyscy woleli być ostrożni, bo może ten młody chłopak konfabuluje? Nie tylko w tej redakcji, ale wówczas też w wielu innych, podejście do Kościoła było czołobitne, a w każdym razie nie dopuszczano do siebie tego, że ksiądz, w dodatku z takimi zasługami, tak znany, mógłby się dopuszczać takich rzeczy. Nie było jakiejś wielkiej chęci, by to zgłębiać, badać, szeroko opisywać – mówi Krzysztof M. Kaźmierczak.

 Piotr J., który się do niego zgłosił, miał wówczas 21 lat, twierdził, że księdza Jankowskiego poznał, gdy mając 14 lat uciekł z domu i błąkał się po jednym z gdańskich parków, stamtąd ksiądz zabrał go na plebanię św. Brygidy. Piotr J. mówił o prałacie „Henryk”, bo – jak twierdził – ksiądz szybko przeszedł z nim na „ty”. Opowiadał, że tamtej nocy Henryk go nakarmił, później głaskał po głowie, całował po szyi, policzkach i w usta, dotykał piersi, genitaliów… Chłopak czuł obrzydzenie i lęk. Zanim doszło do stosunku, dostał drinka. Później, razem z Henrykiem, oglądali filmy – najpierw pornograficzny, o treści – jak mówił Piotr – pedofilskiej. Później Henryk włączył film, na którym było widać wcześniejsze sceny z jadalni – gdy namiętnie całował Piotra. Widząc te sceny chłopak zerwał się, ubrał, zanim opuścił plebanię, ksiądz dał mu tysiąc złotych mówiąc, że mu się należy, bo był dobry.

– Zadzwoniłem do prokuratury, zapytałem, dlaczego nie chcą go przesłuchać? Miałem wrażenie, że nie są jakoś specjalnie zainteresowani tym, co chłopak ma do powiedzenia – wspomina Krzysztof M. Kaźmierczak. Dopiero po tym, jak ukazał się jego tekst, Piotr J. został przesłuchany. Mówił, że to, co stało się na plebanii św. Brygidy, gdy miał 14 lat wpłynęło na dalsze jego życie – były kolejne ucieczki z domu, zaczął się prostytuować. Miał żal, że nikt, komu opowiadał o tym, co zrobił ksiądz, nie chciał mu wierzyć. – Po tym, jak się zgłosił do prokuratury, czuł się zagrożony. Próbował odebrać sobie życie, trafił do szpitala psychiatrycznego. Tragiczna historia – mówi Krzysztof M. Kaźmierczak.

Prokuratura umorzyła sprawę „wobec braku danych dostatecznie uzasadniających podejrzenie popełnienia czynu zabronionego”.

Nie sposób zacytować komentarze pod adresem Ziobry, wywołanych wypowiedzią na jaką się zdobył w TVP, na temat byłego szefa KNF Wojciecha Kwaśniaka. Oburzenie, wielka niechęć i potępienie spotkały ministra za stwierdzenie, iż do zamachu na niego doszło, bo KNF „rozzuchwalała przestępców”.

„…Nieprawdopodobne. Prokurator Generalny szuka usprawiedliwienia dla bandytów” – napisał na Twitterze Patryk Michalski.

Minister goszcząc w wieczornych „Wiadomościach ” na pytanie Krzysztofa Ziemca o to, czy trzeba było zatrzymywać urzędników KNF, w tym Kwaśniaka, ofiarę zamachu, udzielił skandalicznej odpowiedzi: – „Być może Wojciech Kwaśniak został zaatakowany, bo Komisja Nadzoru Finansowego przez lata rozzuchwalała przestępców – stwierdził i nawet uzasadnił to: „KNF przez długi czas rozzuchwalała przestępców, pozwalając im w sposób bezkarny wyprowadzać miliardy złotych kosztem 85 tys. ludzi, którzy złożyli tam swoje oszczędności życia. W tej sytuacji rozzuchwalenie przestępców narastało. My mamy za zadanie zbadać, dlaczego tak się działo” – powiedział Ziobro.

Wielu odbiorcom zaparło dech: „Nie wiem, co powiedzieć. Konstytucyjny minister wypowiada słowa, w których bliżej mu do bandytów niż do państwowego urzędnika. Co za ściek – napisał na Twitterze Patryk Słowik

O straty SKOK-u Wołomin (1,5 mld zł) Ziobro oskarżył KNF i to w sytuacji, gdy nadzór nad SKOK-ami komisja przejęła dopiero w 2013 r. Wcześniej, właśnie w czasie, gdy dokonywano tam największych nadużyć, SKOK Wołomin nadzorowany był przez Kasę Krajową SKOK, która teraz odcina się od wszelkiej odpowiedzialności. Przestępczy proceder przerwało właśnie przejęcie kontroli przez KNF.

Czwartkowa akcja CBA i zatrzymanie sześciu osób, a wśród nich Wojciecha Kwaśniaka nie wytrzymały krytyki nawet w sferach rządowych. Nie zapomniano jeszcze zdarzenia z czerwca 2014 r., gdy padł on ofiarą napadu i dlatego zarzut opieszałego działania w sprawie afery wołomińskiej SKOK wstrząsnął opinią publiczną.

W piątek w nocy prokuratura w Szczecinie wypuściła wszystkich siedmioro urzędników za 200 – tysięcznym poręczeniem majątkowym. Wojciech Kwaśniak wyszedł jako ostatni. Ze Szczecina do Warszawy panowie – spektakularnie dowiezieni na przesłuchanie samochodami CBA – musieli wrócić na własną rękę.

Depresja plemnika

Jak Ziobro pomaga przestępcom – więcej >>>

Ktoś w PiS wymyślił, że trzeba czymś „przykryć” aferę KNF. I przykrył ją tak, że PiS będzie mieć teraz same kłopoty. Ciekawe, czy Kaczyński zaaprobował plan tej prowokacji, czy była to samodzielna inicjatywa Ziobry.

W 2007 roku, podczas kampanii wyborczej do parlamentu, wystąpił na konferencji prasowej ówczesny szef CBA Mariusz Kamiński, przedstawiając informacje o zatrzymaniu posłanki PO Beaty Sawickiej. „Polacy powinni wiedzieć, na kogo głosować” – mówił. I Polacy zagłosowali przeciwko PiS. Prowokacja przeciwko Sawickiej była widoczna gołym okiem. To, że posłanka uległa pokusie i wpadła w sidła zastawione przez CBA, nie świadczył o niej dobrze, ale bardziej szokujące było angażowanie tajnych służb do kampanii wyborczej, a słowa Kamińskiego to potwierdzały. Okazało się, że wyborcy są inteligentniejsi, niż sądzili działacze PiS.

Błąd Kamińskiego powtórzyli w ostatnich dniach prokuratorzy kierowani przez Ziobrę. Tyle że zrobili to jeszcze prymitywniej, sięgając po podlejsze chwyty.

Pomysł był…

View original post 2 354 słowa więcej

PiS przyjazny dla Putina

Od roku Karl-Georg Wellmann nie jest już członkiem Bundestagu (2005-2017), wrócił do gospodarki, jest partnerem w dużej kancelarii prawnej w Berlinie, dlatego może pozwolić sobie na szczerość i otwartą krytykę władz w Warszawie. Poglądy Wellmanna, choć są powszechne w politycznym Berlinie, to ze względu na historyczną odpowiedzialność wobec Polski, nie wyrażają ich publicznie niemieccy politycy, unikając w oficjalnych wypowiedziach ostrej krytyki pod adresem polskiego rządu.

Marcin Antosiewicz: Niemieccy politycy zazwyczaj są bardzo zachowawczy, ale pan może mówić bardziej otwarcie, bo od roku już nie jest w aktywnej polityce. Jak pan ocenia dzisiejszy stan relacji polsko-niemieckich?

Karl-Georg Wellmann: Chciałbym krótko zacząć od naszej przeszłości. Kiedy upadł Związek Sowiecki w 1991 roku zastanawialiśmy się, co się stanie z tymi wszystkimi krajami, które leżą między nami a Rosją; czy powinny dołączyć do UE, czy nie. I było bardzo wiele głosów mówiących, że jest nam bardzo wygodnie między sobą, w takiej starej Unii, z krajami Beneluxu, Włochami, Hiszpanią i całą resztą na zachodzie. A Helmut Kohl powiedział: „Nie! Ja chcę pomóc tym krajom dołączyć do UE, ponieważ chcę, żeby te kraje się rozwinęły tak jak my, na Zachodzie. W innym wypadku dojdzie do konfliktów, biedne kraje staną się zależne od Rosji albo dojdzie do niepokojów lub nawet wojen domowych, a potem do fali uchodźców”. I od tego czasu Niemcy pomagały jak mogły, by te kraje przystąpiły do UE.

To wsparcie dla krajów na wschodzie odbywało się w konsensusie w niemieckiej polityce, do Kohla dołączyła SPD.

Tak, to był konsensus, ale w naszym przypadku, Kohl musiał ten konsensus przeforsować w CDU/CSU, ponieważ niektórzy politycy z zachodu kraju, zorientowani na Francję, mówili: „Zostaw ich. Oni mają inną mentalność. Nie wiadomo, jak to się wszystko rozwinie”. A Kohl twardo stał na swoim stanowisku mówiąc, że także kraje na wschód od nas są częścią Europy. Poza tym mówił, że jak te kraje się rozwiną gospodarczo, to przecież wszyscy na tym skorzystamy, będziemy sprzedawać im maszyny, rozwiniemy handel z korzyścią dla obu stron, a najważniejsze – unikniemy destabilizacji. Na marginesie, dziś te same argumenty dotyczą Ukrainy, jej stabilizacja leży w naszym interesie.

To rozumiem, że ci sceptycy z Pańskiej partii dziś tryumfują, jak patrzą na Polskę Kaczyńskiego?

Nie! Bo rozszerzenie UE okazało się sukcesem, a w międzyczasie dla wszystkich stało się oczywistym, że Polska i inne kraje należą do Europy.

Jednak dla wielu polityków PiS wciąż nie jest oczywiste, że rachunki za wojnę są wyrównane.

W sprawie reparacji wojennych, chciałbym przypomnieć, że Polska jest największym beneficjentem unijnego budżetu. Każdego roku otrzymuje 14 mld euro z Brukseli. I dokładnie policzyłem, że w przyszłym roku będzie 15-lecie polskiego członkostwa w UE, a więc w tym czasie Polska otrzymała blisko 200 mld euro wsparcia. Wkład Niemiec w tę sumę to 27 proc., czyli 53 mld euro, które niemiecki podatnik poprzez Brukselę przesłał do Polski. A więc jeśli teraz powraca dyskusja, że Niemcy mają wypłacić odszkodowania wojenne, to wiele niszczymy w naszych relacjach. U nas nikt nie ma wątpliwości, kto ponosi odpowiedzialność za wojnę, i jakich brutalnych zbrodni w Polsce dokonały ówczesne Niemcy, ilu ludzi zabili i ile rzeczy zniszczyli. Ale przez to Niemcy straciły na rzecz Polski jedną trzecią swojego terytorium, ze wszystkimi dobrami: kopalniami, fabrykami, drogami. A więc rozpoczynanie na nowo tej dyskusji jest mało inteligentne.

Chce pan powiedzieć, że na końcu tej dyskusji może być konkluzja: zapłacimy reparacje, ale chcemy znowu nasze ziemie?

Nie, ponieważ już prawie nie ma Niemców, którzy żyją na tych terenach.

Mogą jednak pojawić się nacjonalistyczni politycy, którzy wejdą w taki układ: reparacje za ziemie. Przewodniczący AfD, Aleksander Gauland powiedział, że trzeba być dumnym z osiągnięć Wehrmachtu.

Dokładnie! Nie brakuje tępaków, których można obudzić nieodpowiedzialnymi wypowiedziami. Oni mogą powiedzieć: „OK, to zapłacimy, a wy oddajcie nam nasze tereny”. Na razie nie znam żadnego niemieckiego polityka o zdrowych zmysłach, który by to postulował, ponieważ mamy europejską integrację, która gwarantuje nam dobre współżycie bez granic. Dziś już nie wiemy, kiedy przekraczamy granicę jadąc do Polski, albo do Niemiec. Dziś to już nie odgrywa żadnej roli, czy Szczecin jest polski, czy niemiecki, ponieważ jeśli chcę do niego pojechać, to wsiadam w auto czy pociąg i za godzinę jestem na miejscu. Mogę tam żyć, pracować, studiować. Podobnie Polacy w Niemczech.

Ale Jarosław Kaczyński nie rozumie takiej Europy. A czy pan rozumie politykę wobec Niemiec obecnego rządu w Warszawie?

Kompletnie nie! Ona jest jest po prostu nieinteligentna. Nie rozumiem tej polityki, szczególnie z polskiego punktu widzenia! Polska ma przecież trudną historię. Mam na myśli nie tylko zabory w XVIII i XIX wieku, ale przede wszystkim wiek XX. Do przełomu 1989/1990 Polska była kompletnie osamotniona. Sama walczyła z Rosjanami w 1919/1920, potem została sama w 1939 roku, kiedy zaatakowały ją Niemcy, wspólnie ze Związkiem Radzieckim. Nikt także nie pomógł Polakom w czasie powstań, najpierw w getcie warszawskim w 1943 roku, po czym w powstaniu warszawskim w 1944 roku. Polska była sama także w Jałcie i Poczdamie w 1945 roku, kiedy zachodni alianci zostawili ją za żelazną kurtyną. I przez dziesięciolecia, aż do przełomu, była w strefie panowania Sowietów. A więc myślę, że lekcja z tej historii może być dla Polski tylko jedna. Nigdy więcej sama! Tylko jako część silnej, gospodarczo i wojskowo, rodziny! Z jednej strony Unii Europejskiej, z drugiej strony NATO. Przecież bez UE wzrost gospodarczy w Polsce, by się nie dokonał w ostatnich 20 latach.

Jarosław Kaczyński powiedział, że jak trzeba będzie, to będziemy „samotną wyspą wolności”.

Czy więc polski rząd i Polacy wolą stać sami naprzeciwko Rosji? Sami naprzeciwko agresywnie działającego Putina?

PiS jednak mówi o agresywnej polityce Niemiec.

To absurd! Żaden zdrowy na umyśle człowiek, nie może powiedzieć, że dziś Niemcy zagrażają Polsce. Znam jednak historię, i wiem, że Warszawa była przez chwilę rosyjską prowincją, a Putin powiedział w 2014 roku, po tym jak przejął Krym, że jeśliby chciał, to może być w Warszawie w 48 godzin.

Chcę jednak wrócić do pieniędzy, bo pan wyliczył, ile Polska dostała z UE, ale premier Mateusz Morawiecki stwierdził, że to „Polska jest płatnikiem netto”, a zagraniczne firmy znacznie się bogacą na dostępie do polskiego rynku.

Siemens produkował wcześniej w Berlinie sprzęt AGD. Po wejściu Polski do UE, przeniósł swoje fabryki do was. Siemens produkuje dzisiaj pralki i zmywarki w Polsce i tam daje miejsca pracy, a u nas zwolnił ludzi. Firma jest zadowolona, dobrze współpracuje z fachowcami w Polsce, gdzie płaci podatki, podobnie jak jej pracownicy, których zatrudnia. I tak dzisiaj wygląda podział pracy w Europie, z którego wszyscy korzystają. Czy więc premier Morawiecki wolałby, żeby Siemens wyszedł z Polski i wrócił do Berlina, i tu stworzył nowe miejsca pracy? Jeśli chodzi o mnie, to proszę bardzo! Ale to chyba byłoby wbrew polskim interesom. Premier powinien to chyba przedyskutować z pracownikami, których zatrudnia w Polsce Siemens. I z firmami, które z nim tam współpracują. Moim zdaniem, mamy tu do czynienia z gospodarczą niekompetencją, która jest zdumiewająca.

Jak pan w takim rozumie cele polskiego rządu wobec Niemiec?

To jest całkowicie krótkowzroczna polityka, prowadzona na potrzeby wewnętrzne, żeby może przekonać do siebie pewną część wyborców. Ale ta polityka jest bardzo niebezpieczna. Powtórzę, że każdego roku niemiecki podatki poprzez Brukselę przesyła do Polski od dwóch do trzech miliardów euro. I jeśli ciągle się nas obraża, to niemieccy politycy mogą kiedyś powiedzieć: „Jeśli wam to nie pasuje, coś wam przeszkadza, że dostajecie te pieniądze, to skończmy to!”. Unia Europejska przecież nie jest przymusowym sojuszem. A jeśli ktoś chce wiedzieć, co się dzieje, kiedy się ją opuszcza, to niech spojrzy na chaos w Londynie. Jeśli ktoś chce mieć korzyści z przynależności do silnej europejskiej rodziny, to musi także coś z siebie dać. To jest jak w małżeństwie. Jeśli ciągle obraża pan swoją żonę, wszystko pan krytykuje, i mówi, że dla pana małżeństwo jest beznadziejne, to kiedyś trzeba się rozstać.

Czy pan teraz grozi Polsce?

Nie! W Unii nikt nikomu nie grozi, a już na pewno nikt nie grozi Polsce. Chociaż jesteśmy pełni obaw w sprawie niezależności sądów, czyli trzeciej władzy, ale także wolności mediów. Praworządność nie jest zewnętrznym opakowaniem czegoś, ale jest koniecznym elementem działania nowoczesnego, rozwiniętego państwa. Podobnie jak niezależne media. I jeśli zagraniczni inwestorzy nabiorą wątpliwości co do niezależności wymiaru sprawiedliwości, to pójdą gdzie indziej, bo będą się bali o swoje inwestycje. Ale to jest sprawa dla UE, my – Niemcy nie powinniśmy się w to mieszać. Chcę tylko powiedzie, że nie powinno się ciągle atakować Unii, jeśli jest się od niej zależnym. To wywołuje nastrój, który nie jest dobry, i który jest wbrew polskim interesom. Polski rząd działa wbrew interesom własnego kraju.

Czy w Niemczech politycy tracą cierpliwość do Polski? Czy ten duch przyjaznej polityki wobec Polski od czasów Helmuta Kohla wygasa?

Nie! Obserwuję raczej bezradność ze strony niemieckich polityków, którzy próbują jakoś wychodzić naprzeciw Polsce. Nasz minister spraw zagranicznych, Heiko Maas, wygłosił kilka dni temu bardzo przyjazne i pojednawcze przemówienie o Polsce. A polski ambasador zareagował na nie jak szalony, mówiąc, że „relacje polsko-niemieckie są katastrofą”. Ludzie patrzyli na siebie i się pytali, co się dzieje z tym człowiekiem, czy on się czegoś napił. Zachowanie polskiego ambasadora zostało tutaj przyjęte z kręceniem głowy. Nie mamy nic przeciwko temu, żeby zgłaszać konstruktywne propozycje. W Europie jeszcze wiele pozostaje do zrobienia. I jeśli Polska miałaby swoje propozycje, to przyjęlibyśmy je z zadowoleniem, ale takich propozycji nie ma! A iść na konferencję o relacjach polsko-niemieckich tylko po to, żeby obrażać gospodarza, bez powiedzenia, na co konkretnie się skarżymy, jest niezrozumiałe. Przed tym ambasadorem wiele się działo w polskiej ambasadzie, wiele spotkań, rozmów, wymiany zdań, informowaliśmy się o wzajemnych stanowiskach, otwarcie dyskutowaliśmy o różnicach. Dzisiaj nic takiego się nie dzieje, tak jakby obecny ambasador nie był tym zainteresowany.

Nam w Polsce rząd mówi, że właśnie wstajemy z kolan. Nie zauważył pan jeszcze tego?

Nic takiego nie zauważyłem. A ambasador jest mało tutaj znany. Nie ma żadnych spotkań, żadnej aktywności. Wcześniej polska dyplomacja podejmowała wiele aktywnych działań, ciągle była wymiana zdań, wiele wzajemnych wizyt, poznawania siebie. Wie pan, jak ja zostałem odpowiedzialny za relacje z Polską? Kiedyś ówczesny polski ambasador w Berlinie – Marek Prawda podszedł do mnie w Bundestagu i powiedział: „Panie Wellmann, czy wy nie macie nikogo w CDU, kto mógłby zajmować się relacjami z Polską, czy macie tylko Erikę Steinbach i innych polityków ze Związku Wypędzonych?”. No i tak zostałem odpowiedzialny w mojej frakcji za relacje z Polską.

Od trzech lat Polska jest widziana w UE jako część problemu, nie jako część rozwiązania. Czy pociąg europejskiej integracji odjechał już dla nas na dobre? Czy możemy jeszcze do niego wsiąść?

Nie, jeszcze nie odjechał. To z czym mamy teraz do czynienia, to Europa wielu prędkości. Musimy sobie zdawać sprawę z jednego, jeśli ktoś nie chce się dalej integrować, to i tak nie zatrzyma innych, którzy chcą, jednak wtedy dojdzie do podziału i członków różnych kategorii. Pytanie, czy to jest w polskim interesie. I jeszcze raz pytam, czy Polska lepiej czuje się sama na świecie z Rosją, czy lepiej będąc częścią silnej wspólnoty. Jeśli lepiej będąc częściej silnej wspólnoty, to trzeba coś dla tej wspólnoty zrobić, wziąć za nią część odpowiedzialności, by dobrze działała. Dziś najbardziej zadowolony z polityki europejskiej Polski jest Putin. Pewnie sobie myśli: „Super! Niszczą Europę! Nie może być lepiej!”. Polski rząd działa na korzyść Putina. Dlatego radziłbym przemyśleć tę politykę.

PiS działa na korzyść Putina. Przypadek?

Depresja plemnika

To „sprawdzam” dla ministra Ziobro – mówi opozycja i zapowiada złożenie  zawiadomienia do prokuratury w związku z zeznaniami Piotra P., jednego z głównych podejrzanych w tzw. aferze SKOK Wołomin, który twierdzi, że Jacek Sasin, czołowy polityk PiS-u, oraz dwóch senatorów PiS otrzymywało pieniądze ze SKOK Wołomin. – Padły oskarżenia o to, że osoby, które są oskarżone w tej aferze,  przekazywały wprost pieniądze politykom Prawa i Sprawiedliwości – tłumaczy Arkadiusz Myrcha z PO.

Oskarżenie polityka

Podczas procesów osób oskarżonych w tzw. aferze SKOK Wołomin jeden z głównych oskarżonych Piotr P., były oficer kontrwywiadu WSI, oskarżył kilku polityków PiS-u, w tym szefa Komitetu Stałego Rady Ministrów Jacka Sasina, o przyjmowanie pieniędzy od osób oskarżonych w aferze SKOK.

Jacek Sasin w sprawie oskarżeń Piotra P. wydał oświadczenie, w którym nazwał jego twierdzenia „absurdalnym pomówieniem” – Afera SKOK Wołomin jest aferą WSI. Piotr P., były oficer WSI, to „mózg” tej afery – twierdzi Jacek…

View original post 4 081 słów więcej

PiS toleruje neofaszystów, walczy z dziennikarzami śledczymi, którzy mogliby dotrzeć do ich przekrętów

Tego jest za wiele nawet dla mediów prawicowych, które dołączyły do wrzawy wywołanej wejściem agentów ABW do mieszkania operatora TVN Piotra Wacowskiego, który brał udział w pracach nad materiałem o polskich neonazistach z Wodzisławia Śląskiego.

Podniosły się krzyki o łamaniu wolności słowa i przekroczeniu granic zdrowego rozsądku.

Operatorowi TVN zarzuca się, że podczas tamtej głośnej imprezy stał z podniesioną ręką i oddawał hołd Hitlerowi, choć trudno zaprzeczyć twierdzeniu że tylko w taki sposób możliwe było zdobycie zaufania neonazistów, którzy zostali pokazani w materiale „Superwizjera”.

W opinii komentatorów mieszkanie Wacowskiego musiało być obserwowane, a on sam śledzony, bo agenci weszli, jak tylko operator przekroczył próg swojego domu. Wówczas wręczyli mu pismo, na mocy którego Wacowski musi się stawić na przesłuchanie.

Stacja TVN nie daje za wygraną i wydała w tej sprawie oświadczenie: „autorzy reportażu postępowali zgodnie ze wszystkimi standardami dziennikarstwa śledczego. Stawianie tego, który ujawnia działalność przestępczą na równi z przestępcami traktujemy jako próbę zastraszenia dziennikarzy”– brzmi stanowisko stacji.

W tej sytuacji – dowiadujemy się z portalu naTemat – TVN występuje na drogę prawną przeciwko tym, którzy twierdzili, że całe wydarzenie w Wodzisławiu Śląskim zostało zainscenizowane przez jej dziennikarzy.

W sieci zawrzało. Internauci są oburzeni takim obrotem sprawy i zarzucają rządzącym typowe dla nich odwracanie kota ogonem.

„Czy zdaniem PiS i zaprzyjaźnionych z władzą komentatorów TVN wymyślił ONR i Młodzież Wszechpolską, a ponadto zorganizował tegoroczny Marsz Niepodległości? Czy również Jacek Międlar i Piotr Rybak są opłacani przez TVN? A może i wielebny Rydzyk jest dziełem TVN? 🙂  – napisał Piotr Szumlewicz na Twitterze.

>>>

Tomasz Lis poleca:

Autorytarna forma rządu – zastraszać. Tak jest z operatorem TVN, do którego weszła ABW, bo uprzedził pisowskie służby w pokazaniu faszyzmu – a ten istnieje w Polsce, lecz pokraki nie potrafią z nim walczyć, bo go tolerują.

Depresja plemnika

Dialog na Twitterze między Hanną Lis a Brudzińskim z pointą.

Piątkowa nominacja Jacka Jastrzębskiego na szefa Komisji Nadzoru Finansowego – w miejsce skompromitowanego Chrzanowskiego – niesie zmianę układu sił w obozie władzy. Premier nie miał bowiem do tej pory większego wpływu na politykę KNF. Dotychczasowy jej przewodniczący, Marek Chrzanowski, był człowiekiem Adama Glapińskiego, wywodzącego się z tzw. zakonu PC, czyli pierwszej partii Kaczyńskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego. Z naszych informacji wynika, że na początku listopada, kiedy atmosfera wokół KNF zaczęła gęstnieć, weterani PC i PiS próbowali zapewnić sobie długofalową kontrolę nad Komisją – także na wypadek ewentualnych zmian kadrowych.

– Wraz ze słynną poprawką „bank za złotówkę”, dającą KNF prawo do wywłaszczania właścicieli banków, do Sejmu trafiły po cichu także dwie inne propozycje zmian. Chodziło o zapisy, dające marszałkom Sejmu i Senatu prawo do delegowania do władz Komisji swoich przedstawicieli – mówi osoba znająca kulisy sprawy. Poprawki były kwestionowane przez…

View original post 2 341 słów więcej

Program PiS: Polacy mają zapierdalać za miskę ryżu

– Jarosław Kaczyński zapewne uznał, że w części partii i wśród części sympatyków partii odżywa pogląd, że premier to skryty platformers, bo jest spoza świata PiS. Prezes wyczuwa, że jest kłopot, więc zabiera głos osobiście i autorytatywnie orzeka, że problemu wcale nie ma – mówi Ludwik Dorn, były marszałek Sejmu.

Czy taśmy z „afery podsłuchowej”, na których jest nagrany premier Mateusz Morawiecki, mogą go obalić?

Ludwik Dorn: – W sprawie afery taśmowej są dwie nowe rzeczy. Pierwsza jest niesłychanie poważna i ją niestety zepchnięto na margines – to zeznania kelnerów.

Pan mówi o zeznaniach Łukasza N. i Konrada Lasoty, że premier Mateusz Morawiecki miał dyskutować o kupowaniu nieruchomości lub braniu kredytów na tzw. słupy, czyli odstawione osoby.

Takie zeznania nie są dowodem, ale są poszlaką.

Jednak na ujawnionych przez Onet taśmach póki co nic o tym nie ma.

Większość dziennikarzy przyjęła punkt widzenia PiS, że jak nie ma nagrania, które można odsłuchać, to nie ma sprawy. Natomiast z punktu widzenia prawno-karnego zeznania kelnerów o rozmowie to poszlaka obciążająca Mateusza Morawieckiego, więc służby powinny badać ten wątek. Poważną sprawą jest również to, że te poszlaki pojawiły się na początku 2015 r., a więc jeszcze za rządów PO-PSL. Nie wiadomo, czy wtedy prokuratura oraz służby (policja, Centralne Biuro Antykorupcyjne i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego) poszły tym tropem, czy nie. Nie wiadomo też, czy podążano tym tropem po wyborach 2015 r., a więc po przejęciu władzy przez PiS.

Dziś wygląda na to, że i za rządów PO, i za władzy PiS nad Mateuszem Morawieckim był trzymany parasol ochronny, mimo że poszlaka – zeznania dwóch kelnerów – jest przecież poważna i dotyczy możliwości udziału Mateusza Morawieckiego w przestępczym procederze. Na 100 proc. jednak nie wiemy, czy i jak organy ścigania zareagowały na te zeznania.

A po drugie: nikt do tej pory nie udzielił jasnej odpowiedzi na pytania, czy prokuratura i służby są w posiadaniu taśmy z rozmową o kupowaniu nieruchomości na „słupy”, o czym mówią kelnerzy. Wypowiedzi na ten temat są pokrętne. Analizowałem słowa Macieja Wąsika (posła PiS, zastępcy koordynatora służb specjalnych), który mówi tylko o materiałach CBA, ale przecież w posiadanie takiej taśmy mogła wejść inna służba: ABW, policja albo prokuratura. Chciałbym wiedzieć, czy służby choć wszczęły działania operacyjno-rozpoznawcze na podstawie przesłanek wynikających z zeznań kelnerów.

Narracja PiS jest taka: premier nic sensacyjnego nie mówi, a fragmenty stenogramów były już znane od paru lat.

To właśnie jest sprawa mniej poważna. Taśma, której fragmenty były upublicznione już wcześniej, jest dla PiS i premiera problemem, ale wizerunkowym. Z nagrania wynika, że w owym czasie Mateusz Morawiecki mentalnie i pod względem języka, którym się posługuje, jest podobny do innych bohaterów nagrań.

Prezes PiS Jarosław Kaczyński tłumaczy to tak: „Ja jestem przekonany, że to jest człowiek (Morawiecki) uczciwy, który przez jakiś czas swojego życia pracował w pewnym środowisku i w jakiejś mierze musiał przyjmować jego reguły. Ale wiem, że także w tym czasie robił bardzo wiele dobrego i być może mówię to publicznie po raz pierwszy – współpracował z nami – zaznaczył prezes PiS”. Jak to odczytywać?

Jarosław Kaczyński zapewne uznał, że w części partii i wśród części sympatyków partii odżywa pogląd, że premier to skryty platformers, bo jest spoza świata PiS. Prezes wyczuwa, że jest kłopot, więc zabiera głos osobiście i autorytatywnie orzeka, że problemu wcale nie ma. A nawet więcej, bo prezes PiS daje do zrozumienia, że – odwołam się tu do wieszcza – Morawiecki „pełzając milczkiem jak wąż łudził despotę”, był Konradem Wallenrodem albo J-23, więc nie czepiajcie się człowieka, bo choć był oficerem Abwery, to pracował dla nas.

Powrót afery taśmowej tym razem z Morawieckim jako głównym bohaterem, zachwieje pozycję premiera w PiS?

Jeżeli wszystko ograniczy się do kwestii wizerunku, to Mateusz Morawiecki wielkich start nie poniesie. Jeśli zaś opozycja i nie obsługujące propagandowo PiS środki masowego przekazu postawią na ostrzu noża sprawę domniemanego handlu nieruchomościami na „słupy”, choćby podejmując dziennikarskie śledztwa dotyczące udziału BZ WBK w handlu nieruchomościami w województwie wielkopolskim, to nie tylko Morawiecki, ale i cały PiS może wylecieć w powietrze. Oczywiście wtedy, kiedy jest tam coś niedobrego. Ale jeśli nie ma, to dlaczego PiS i rząd milczą lub kręcą?

W „Panu Wołodyjowskim” występuje ksiądz Kamiński, „za młodu żołnierz fantazji wielkiej”, który wspominając podczas żołnierskich gawęd w Chreptiowie swoje walki ze zbuntowanymi Kozakami, nie uznaje za grzech, że ich w walce zabijał, ale kaja się, „bo ich jako zarazy nienawidził” i „nad powinność czynił”.

Obywatele RP opublikowali kolejny raport o represjach, które ich spotykają za to, że stosując metodę obywatelskiego nieposłuszeństwa, przeciwstawiają się różnym działaniom pisowskiej władzy czy skrajnej prawicy. Skoro odwołują się do obywatelskiego nieposłuszeństwa, to nie ma nic dziwnego w tym, że są ścigani i karani – przede wszystkim z kodeksu wykroczeń. Obywatelskie nieposłuszeństwo na tym polega, że jest czynem „publicznym, dokonanym bez użycia przemocy, dyktowanym sumieniem, aczkolwiek politycznym, sprzecznym z prawem, zwykle mającym na celu doprowadzenie do zmiany prawa bądź kierunków polityki rządu. (…)  Prawo zostaje złamane, lecz przywiązanie do prawa wyraża się w publicznym charakterze tego aktu i w wyrzeczeniu się przemocy, w gotowości do poniesienia prawnych konsekwencji własnego postępowania” (John Rawls, „Teoria sprawiedliwości”, rozdział VI.55).

Rzecz jednak w tym, że gdy Obywatele RP odwołują się do sądów, to okazuje się, że większość działań policji podjętych przeciw nim nie miała podstawy prawnej – postępowania kończą się w większości umorzeniem lub uniewinnieniem, a jeśli chodzi o znaczną grupę zatrzymań, to sądy zasądzają na rzecz poszkodowanych Obywateli RP parotysięczne odszkodowania.

Problem polega na tym, że wyroki sądów wcale policji nie zniechęcają – dalej kieruje ona wnioski o ukaranie lub akty oskarżenia, także w przypadkach analogicznych do tych, które skończyły się uniewinnieniem lub umorzeniem.

Ponadto policja formułuje ciągle zarzuty groteskowe i absurdalne. Wycofała  się z zarzutu, że namalowanie zmywalnym sprayem na biurze posła PiS napisu „PZPR” było „propagowaniem ustroju totalitarnego” i że odziewanie w koszulkę z napisem „Konstytucja” pomników jest ich znieważaniem, ale na policyjnej grządce wyrósł nowy kwiatuszek. Policja skierowała rozpatrywany przez sąd wniosek o ukaranie obywatela RP, który podczas przesłuchania swojego kolegi w związku z udziałem w demonstracji ścieralną farbą napisał przed komisariatem na chodniku „Policja czy PiS-licja”. Sam obwiniony podnosi, że do  namalowania napisu na chodniku użył ekologicznej farby z kredy, nie uszkodził trwale chodnika. „Taki napis wystarczy przetrzeć ściereczką i od razu znika” – mówił w sądzie. Jednak policja obwiniła go o zniszczenie chodnika. Poszkodowanym miała być według niej wrocławska Spółdzielnia Metalowiec, chociaż ta odpowiedziała, że chodnik do niej nie należy. Również miasto Wrocław nie wniosło roszczeń za chodnik. Od niepamiętnych czasów dzieci „niszczą chodniki” przy pomocy kredy, grając „w klasy”, i jakoś nikt ich nie ścigał.

Otóż temu postępującemu antyopozycyjnemu rozbuchaniu policji można się przeciwstawić. Najmniej winni są tu szeregowi funkcjonariusze i ich należy zostawić w spokoju. Ale policjantom z prewencji jakiś zwierzchnik wydawał polecenia zatrzymań na dużą skalę – jak się okazało bezprawnych. Wnioski do sądu i akty oskarżenia wnoszą funkcjonariusze z pionu dochodzeniowo-śledczego, także na polecenie swoich przełożonych. Nazwiska zarówno wyższych oficerów  wchodzących w skład kierownictw komend wojewódzkich i powiatowych, jak i ich niższych rangą kolegów z dochodzeniówki, którzy kompromitują siebie i policję, sporządzając groteskowe wnioski i akty oskarżenia, są jawne i należy je podawać do publicznej wiadomości w internecie, tworząc listę pisowskich nadgorliwców z policji i prokuratury. Chodzi o zastosowanie prewencji ogólnej. Nadgorliwców trzeba stygmatyzować jako takich, ale ich lista będzie działać zniechęcająco na naśladowców, którzy mogą się zacząć od wykonywania poleceń nękania opozycji migać. Policjanci chcą robić karierę w policji przy każdej władzy i warto im uświadamiać, że prędzej czy później zmieni się władza, zmienią się zwierzchnicy i wtedy zacznie padać pytanie: a co pisowscy nadgorliwcy robią dalej w policji? Postępowań dyscyplinarnych zapewne nie będzie, ale i bez postępowania dyscyplinarnego karierę policyjną można zastopować, a nawet zwichnąć. I dlatego taka lista, o ile powstanie, będzie dawać do myślenia i zniechęcać do czynienia nad powinność.

Sąd orzekł, że NSZZ „Solidarność” ma przeprosić Komitet Obrony Demokracji za stwierdzenie, że w szeregach tego opozycyjnego ruchu społecznego są m.in. byli funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa i Wojskowych Służb Informacyjnych. Padło ono podczas sporu wokół organizacji ubiegłorocznych obchodów rocznicy Porozumień Sierpniowych w Gdańsku.

„S” oskarżyła działaczy KOD o służbę w SB i WSI

Organizujący własne uroczystości KOD zaprosił do udziału w nich także „Solidarność”. Zareagowało samo szefostwo związku, czyli prezydium Komisji Krajowej: w specjalnym oświadczeniu określiło zaproszenie KOD jako „bezczelną prowokację”. Towarzyszył temu wywód: „Będziemy przypominać ofiary tych ludzi, którzy tak chętnie zasilają dzisiaj szeregi KOD-u. Mamy tu na myśli tak widocznych i aktywnych prominentnych działaczy KOD, jak byli esbecy, funkcjonariusze WSI, TW i liczni przedstawiciele resortowej PRL-owskiej nomenklatury. Słowem: nie potrafimy sobie wyobrazić wspólnego świętowania z ludźmi, dla których refleksją nie jest słowo przepraszam, a jedynie rozpacz, że nie da się wyżyć za 2 tys. po zmniejszeniu esbeckiej emerytury”.

Z prawniczego punktu widzenia wyrok można uznać za oczywisty. Oświadczenie władz „Solidarności” zawierało bowiem sformułowania oczywiście nieprawdziwe, naruszające dobre imię Komitetu.

„S” winna eskalacji agresji wobec KOD

Ważniejsze jest co innego: że sąd zauważył, iż skutkiem oświadczenia władz „Solidarności” była „eskalacja agresji wobec KOD i piętnowanie jego działalności”. Użyte tezy były „w bezrefleksyjny sposób powtarzane i kierowane nawet do tych członków stowarzyszenia, którzy z racji wieku nie mają nic wspólnego z PRL”. W efekcie pojawiły się nawet akty przemocy fizycznej i pogardy słownej wobec członków Komitetu.

Między wierszami uzasadnienia sąd zwrócił również uwagę na rzecz nader charakterystyczną: że NSZZ „Solidarność”, odwołujące się przecież wciąż do tradycji wielkiego ruchu społecznego, walczącego przed laty o wolność, demokrację i przestrzeganie praw człowieka, zaatakowało, i to nadzwyczaj brudnymi metodami, ruch społeczny walczący dziś o – jak to sformułowano w statucie KOD – „ochronę praw człowieka i obywatela oraz umacnianie zasad praworządności oraz demokratycznych zasad państwa prawa”.

Przebywali w hali, czyli komedia omyłek

„S” idzie w zaparte

Więcej: zarówno obecny na ogłoszeniu wyroku wiceprzewodniczący związku Bogdan Biś, jak i członkowie prezydium Komisji Krajowej (znowu w specjalnym oświadczeniu) brną w zaparte. Nie tylko zapowiedzieli odwołanie, ale powtórzyli kłamliwe słowa wobec KOD. Przy okazji obrazili sąd. To kolejny dowód stanu obecnego szefostwa NSZZ „Solidarności” – oraz jego uległości wobec obecnej władzy.

Sierpień 80. Jak ruszyła rewolucja

6 pażdziernika swoje urodziny obchodzi Manuela Gretkowska

„Trzeba słuchać ludu, obiecać im czego oczekują a potem wygaszać ich oczekiwania. Mają zapierdalać za miskę ryżu”. – ten tekst Morawieckiego to manifest programowy PiS. Opozycji pozostaje tylko zapoznać z nim suwerena. Chyba trudno byłoby ujawnić większą pogardę dla społeczeństwa.

Holtei

Prezes przekonał mnie, że autor poniższych cytatów, to nie jest ten , który jest teraz premierem. Naprawdę. Ten, który to mówił, to był Morawiecki Tuska. A ten dzisiejszy, to Morawiecki Jarka. Zupełnie inny. Podobny, to fakt. Ale inny.

Na archiwalnym nagraniu sprzed 17 lat, opublikowanym przez posłankę Joannę Scheuring-Wielgus słyszymy, jak obecny polityk PiS-u tłumaczy, że siadanie dzieci na kolanach księdza, całowanie i głaskanie ich przed duchownego ‚nie miały podtekstu seksualnego’. ‚Oglądając tę wypowiedź, mam wrażenie, jakbym nie wyszedł z filmu Kler’ – komentuje Jarosław Kurski i dodaje: ‚Piotrowicz zrobił u boku Kaczyńskiego polityczną karierę. I słusznie. Dowiódł bowiem, że można mu powierzyć każdą brudną robotę’.

Po co nam przekop Mierzei Wiślanej? Kontenerowce nie przypłyną, bo się nie opłaci. Okręty wojenne nie przypłyną, bo za płytko. Rybacy nie przypłyną, bo już nie będzie ryb. Co przypłynie? Głosy dla PiS.

– Jestem przekonany, że pierwsza łopata pod…

View original post 2 738 słów więcej

Gwałty kleru na dzieciach są po cichu pomijane przez władzę PiS, taki jest sojusz ołtarza i tronu

W dniu 22 stycznia bieżącego roku Sąd Okręgowy w Poznaniu wydał wyrok w głośnej sprawie Kasi, bohaterki reportażu Justyny Kopińskiej, opublikowanego w „Dużym Formacie”. Sąd przyznał ofierze księdza aż milion złotych zadośćuczynienia i 800 złotych dożywotniej, comiesięcznej renty. Tym razem płacić ma sam Kościół, a nie zdegenerowany ksiądz-bankrut. Komentuje Artur Nowak, którego nowa książka Dzieci, które gorszą ukaże się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

W domu Kasi był obecny alkohol, przemoc, nie było warunków do nauki. Roman B., zakonnik ze zgromadzenia Chrystusowców, obiecał rodzicom ofiary, że to się zmieni. Zbudował z pokrzywdzoną i jej bliskim znakomitą relację. Zarówno dziewczynka, jak jej rodzice nie mieli nic przeciwko temu, by wyprowadziła się do szkoły z internatem i zamieszkała tam „pod pieczą” księdza – w innym mieście.

Jednak zamiast sielankowego miejsca zabawy i nauki, dziewczynka trafiła do piekła. – To nie była szkoła z internatem, tylko puste mieszkanie jego matki, która była za granicą – wspominała potem bohaterka reportażu Kopińskiej. Kasia została pozbawiona wolności, bita, głodzona, poniżana i wielokrotnie gwałcona przez księdza. Sprawca odbył wyrok bezwzględnego więzienia, sędzia i ówczesny prezes Sądu Rejonowego w Stargardzie Mariusz Jasion w lutym 2009 roku skazał księdza Romana na osiem lat bezwzględnego więzienia.

Po odbyciu kary więzienia zwyrodniały duchowny wyszedł na wolność i… jak gdyby nigdy nic zamieszkał w klasztorze Chrystusowców i został księdzem w podpoznańskim Puszczykowie. Ksiądz Roman – pisała w reportażu Kopińska – był zakonowi wdzięczny za wsparcie: „Moje zgromadzenie zakonne mnie wspiera. Nie myślą o wyrzuceniu mnie z zakonu”.

***

Katarzyna zdecydowała się walczyć w sądzie, a mecenas Jarosław Głuchowski składa w jej imieniu pozew cywilny w poznańskim sądzie okręgowym. „Kontakt z młodzieżą parafialną, lekcję katechezy, powierzono osobie, u której rozpoznano zaburzenia preferencji seksualnych” – potwierdzili w czasie rozprawy biegli psychiatrzy, a sędzia Anna Łosik ferując w końcu wyrok, na podstawie którego ofiara księdza pedofila ma otrzymać milion złotych zadośćuczynienia i 800 złotych dożywotniej i comiesięcznej renty. Co najważniejsze nie miała wątpliwości, że za działanie pedofila w habicie odpowiada osoba prawna – zakon. Pracodawca w tym przypadku odpowiada za czyny pracownika.

Na wyrok Sądu Okręgowego w Poznaniu czekało wielu pokrzywdzonych. Dotychczas Kościół zawierał z ofiarami ciche ugody, na podstawie których diecezje w zamian za zrzeczenia się  przyszłych roszczeń wobec instytucji oferowały „groszowe” odszkodowania oraz pomoc prawną w dochodzeniu odszkodowań od sprawców – księży bankrutów.

Oficjalnie jednak Kościół katolicki nieprzejednanie stał na stanowisku, że nie jest adresatem roszczeń pokrzywdzonych. W przyjętych przez Konferencję Episkopatu Polski 20 czerwca 2009 roku wytycznych oraz w znowelizowanych wersjach tego dokumentu określającego zasady postępowania kanonicznego wobec duchownego, który seksualnie molestował nieletnich, znalazł się niepozostawiający wątpliwości zapis: „Odpowiedzialność karną oraz cywilną za tego rodzaju przestępstwa ponosi sprawca jako osoba fizyczna”. Ten sam osobliwy pogląd był powtarzany przez wielu hierarchów i polityków prawicy.

Tymczasem wyrok Sądu Okręgowego w Poznaniu potwierdził, że wspomniane wyżej wytyczne są po prostu niezgodne z obowiązującym w Polsce prawem. Pogląd, że Kościół ponosi odpowiedzialność cywilną za czyny pedofilskie księży, jeszcze jako działacz Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka wyraził Adam Bodnar, obecny Rzecznik Praw Obywatelskich. Nie miała też co do tego wątpliwości profesor Ewa Łętowska.

Jak wyjaśnił Sąd Okręgowy w Poznaniu – autorytet księdza, jego osadzenie w strukturach kościoła, sprzyja budowania relacji zaufania z pokrzywdzonymi. Sprawcy najczęściej szukają dzieci z rodzin patologicznych, skrajnie ubogich, takich, w których brakuje miłości i uwagi. Takie dzieci łatwo potem zdyskredytować. Poprzez konfesjonał księża mają dostęp do najbardziej intymnych sekretów nieletnich, a rodzice często, tak jak w przypadku bliskich Kasi z reportażu Kopińskiej, mają duże zaufanie do duchownych. To oni potem puszczają dzieci na wyjazdy z duchownymi, często pozwalają im nocować u księdza. To fakt – to, że sprawca był księdzem, ułatwiło mu dostęp do Kasi.

Jest jeszcze jedna rzecz, na którą trzeba zwrócić uwagę. Oto z opinii biegłych, którzy badali duchownego na potrzeby sprawy karnej wynika, że kontakt z młodzieżą parafialną i lekcję katechezy powierzono osobie, u której rozpoznano zaburzenia preferencji seksualnych (popęd erotyczno-seksualny ukierunkowany pedofilnie). U sprawcy stwierdzono cechy osobowości nieprawidłowej, zaburzenia w sferze uczuć, popędów i w sferze motywacyjnej osobowości przejawiające się deficytami uczuciowości wyższej, zaburzonym autokrytycyzmem w ocenie swego postępowania, postawą podporządkowania i dominowania nad małoletnimi.

To ustalenie obnaża smutną prawdę o formacji kapłanów w seminariach. Rozmawiając na potrzeby książki Żeby nie było zgorszenia. Ofiary mają głos z byłymi klerykami, dowiedziałem się, że kiedy zgłaszają oni problemy ze swoją seksualnością, przełożeni każą im się… więcej modlić. Jeśli dochodzi do molestowania, to sprawcy często stają się księżmi, a ofiary muszą opuścić seminarium. We wrześniu bieżącego roku obiegła media szokująca wiadomość, że kleryk z Wyższego Seminarium Duchownego w Tarnowie usłyszał zarzuty za posiadanie i rozpowszechnianie materiałów pornograficznych z udziałem dzieci i zwierząt.

Psycholog i były ksiądz Eugene C. Kennedy, pisząc o ludziach kościoła, twierdził, że ich seksualność wydaje się zatopiona, zastąpiona karierą i władzą, a to właśnie dostępność seksualnego partnera może zmodyfikować (albo zaburzyć) czyjeś preferencje. Orientacja seksualna jest zmienna przede wszystkim dlatego, że „człowiek jest kochającym zwierzęciem i będzie kochał to, co jest blisko niego”.

Choć Wyrok Sądu Okręgowego w Poznaniu oddaje sprawiedliwość pokrzywdzonej, to nie ma takiej kwoty, która mogłaby przywrócić Kasi to, co zabrał jej drapieżca. Czy poprawi komfort jej życia? Czy powstrzyma przed kolejnymi próbami samobójczymi? Tego nie wiemy.

To orzeczenie ma też swój walor prewencyjny. Karci anachroniczną formację kapłańską i brak rzeczywistego nadzoru przełożonych nad duchownymi.

Przypomnijmy, że z dniem 18 maja 2001 roku ustanowiono wyłączną jurysdykcję w sprawach nadużyć wobec nieletnich Kongregacji Nauki Wiary. Odpowiedzialnymi za przesyłanie tych spraw do Watykanu stali się biskupi diecezjalni oraz przełożeni zakonni. Głównym celem wprowadzenia nowej procedury było zerwanie z powszechną praktyką tuszowania pedofilii w Kościele katolickim na całym świecie. Komentując przypadek Kasi z reportażu Kopińskiej ksiądz Adam Żak, koordynator z ramienia kościoła do spraw związanych z nadużyciami, stwierdził: „Zupełnie nie rozumiem, że władze zgromadzenia księży chrystusowców nie rozpoczęły na czas postępowania kościelnego ani nie podjęły wiążącej decyzji, mimo że od udowodnionego przestępstwa, do którego zresztą sprawca się przyznał, upłynęło tak dużo czasu”.

Czy nas to dziwi?

Duda łasi się do kleru, jak ksiądz pedofil do dzieci

– My, współcześni Polacy, żyjący we własnym wolnym państwie, darzymy Kościół głębokim zaufaniem, bo wiemy, że zawsze mogliśmy nań liczyć i nigdy się w tym nie zawiedliśmy- mówił Andrzej Duda podczas forum europejskich Episkopatów.

Andrzej Duda na forum zebrania plenarnego Rady Konferencji Episkopatów Europy. w Poznaniu powiedział, że Polacy są dumni z przynależności do świata chrześcijańskiego i tego, że od dziesięciu i pół wieku współtworzą cywilizację zachodnią, opartą na wspólnych, uniwersalnych wartościach. Podkreślił, że dla niego jako katolika „wiara jest inspiracją do prowadzenia działalności publicznej – służby na rzecz dobra wspólnego”.

Autorytet i szacunek do biskupów

Prezydent przypomniał, że spotkanie biskupów odbywa się w czasie, kiedy Polacy świętują setną rocznicę odrodzenia się niepodległej Rzeczypospolitej. „W dziejach naszego narodu Kościół odgrywał zawsze rolę wyjątkową, ale jego misja nabierała szczególnego znaczenia w czasach niewoli, zaborów i okupacji. Autorytet biskupów i kapłanów oraz szacunek, którym są powszechnie otaczani w naszym społeczeństwie, mają swoje źródło w pamięci dziejowej i głębokim poczuciu wspólnoty, łączącej Kościół z narodem” – powiedział prezydent.

Dodał, że w Polsce – inaczej niż w wielu innych krajach Europy – nigdy nie było rozdźwięku między dążeniami niepodległościowymi patriotów a wiarą i głoszącym ją duchowieństwem. – Polscy bojownicy sprawy narodowej w świątyniach, klasztorach i plebaniach zawsze znajdowali oparcie, a niekiedy schronienie przed prześladowcami. Duchowni zaś aktywnie włączali się w działania konspiracyjne i powstańcze, sprawując posługę kapelanów, umacniając wiarę i morale żołnierzy. Kapłani, zakonnice i zakonnicy, angażujący się na rzecz niepodległości, byli też ofiarami prześladowań ze strony zaborców w wieku XIX, a w XX wieku – niemieckich nazistów, którzy okupowali nasz kraj podczas II wojny światowej oraz powojennego reżimu komunistycznego” – powiedział prezydent Andrzej Duda.

Stąd też my, współcześni Polacy, żyjący we własnym wolnym państwie, darzymy Kościół głębokim zaufaniem, bo wiemy, że zawsze mogliśmy nań liczyć i nigdy się w tym nie zawiedliśmy.

Chrześcijańskie korzenie nie są hamulcem

Duda przekonywał, że Polska jest dowodem na to, że „tradycja i modernizacja nie muszą się wykluczać”. – Intensywny rozwój i wzrost gospodarczy nie wiążą się w naszym kraju z koniecznością radykalnej sekularyzacji i laicyzacji. Dla nas, Polaków, chrześcijańskie korzenie i całe dziedzictwo wieków nie są hamulcem i przeszkodą w staraniach o dobrobyt i pomyślność. Przeciwnie: stanowią źródło narodowej tożsamości i niewyczerpaną inspirację do tworzenia nowej, wolnej Polski – mówił prezydent.

 

Dlatego też w naszym kraju Kościół – hierarchowie i duchowni – jest obecny i aktywny w życiu publicznym, a świeccy chrześcijanie-obywatele kształtują rzeczywistość polityczną. Tutaj nikt nie musi wstydzić się ani ukrywać swoich przekonań. Tu mówi się o nich otwarcie, dyskutuje, poddaje w wyborach ocenie narodu – suwerena wolnej Rzeczypospolitej

– podkreślał Duda.

Duda o ojcach założycielach Unii Europejskiej

Na koniec prezydent wspomniał też o Unii Europejskiej, nieco w kontrze do tego, o czym mówił w Leżajsku. Wyraził wolę, by „przypominać bliźnim w innych krajach Europy o uniwersalnych wartościach, które nas wszystkich łączą, zwłaszcza zaś o solidarności, która powinna być zasadą w naszych wzajemnych relacjach”.

„Pragniemy, aby pierwotne chrześcijańskie inspiracje, którymi kierowali się ojcowie założyciele Unii Europejskiej, pozostały podstawą, łączącą państwa i narody naszego kontynentu. Stałe powracanie do nich i refleksja nad tym, co pozwoliło zjednoczyć nasze siły i zbudować wspólny europejski dom, jest bowiem receptą na kryzys, który dotknął zjednoczoną Europę. Jest kluczem do skutecznych reform i dalszego rozwoju” – podsumował.

Rada Konferencji Episkopatów Europy

Rada Konferencji Episkopatów Europy powstała w 1971 roku. W jej skład wchodzą przewodniczący episkopatów krajów europejskich oraz biskupi będący jedynymi katolickimi ordynariuszami w swoich krajach. Zadaniem rady jest koordynowanie współpracy Kościołów lokalnych Europy. Zgromadzenie plenarne Rady w Poznaniu potrwa do jutra.

Unia Europejska to nie jest „wyimaginowana wspólnota”. To przed wszystkim wspólnota prawna. PiS stawia Polskę poza nawiasem praworządności. w 👇

Aleksander Smolar w rozmowie z Magdą Jethon na koduj24.pl.

Miejmy nadzieję, że podczas kampanii wyborczych ludzie nie dadzą się znowu nabrać na złagodzenie retoryki przez Kaczyńskiego i spółkę.

Z Aleksandrem Smolarem rozmawia Magda Jethon

Magda Jethon: Czy wizerunek Polski za granicą jest rzeczywiście taki zły?

Aleksander Smolar: Polska jest coraz gorzej postrzegana w większości społeczeństw i klas politycznych Unii Europejskiej, ponieważ obecnie rządząca partia podważa fundamenty, na jakich Unia została zbudowana. Wystarczy posłuchać wystąpień na ostatnim spędzie PiS, zarówno prezesa Kaczyńskiego, jak i premiera Mateusza Morawieckiego, w których obaj zapewniali, że w żadnym wypadku ich celem nie jest wyjście z Unii. Jednak to, co mieli pozytywnego do powiedzenia o Unii to to, że dzięki niej – dzięki otrzymywanym środkom – Polska może dogonić gospodarczo rozwinięte kraje Europy zachodniej. W ogóle nie wspomnieli o fundamentach, tak ważnych jak sfera wartości, zwłaszcza po doświadczeniach nazizmu czy komunizmu sowieckiego, czyli o instytucjach demokracji, liberalizmie czy tolerancji. W swoich deklaracjach przemilczeli fakt, że nie akceptują istotnej części dziedzictwa UE, często zresztą oczerniając to dziedzictwo, tak jak zrobił to Kaczyński  mówiąc, że nie będziemy „naśladowali negatywnych tendencji Europy zachodniej”.

Szczęśliwie przeoczyli, że obecność Polski w Unii Europejskiej przewiduje również możliwość zadania pytań prejudycjalnych. A pośrednio dzięki nim opór w sądach stał się mocniejszy…

No właśnie, to, co nie było jeszcze brane pod uwagę podczas kryzysu wokół likwidacji Trybunału Konstytucyjnego, stało się faktem. Środowiska sędziowskie wykorzystały istniejącą możliwość prawną, żeby postawić pod znakiem zapytania i wymusić na władzach polskich wycofanie się przynajmniej z najbardziej radykalnych postanowień i w ten sposób uchronić chociaż pewien margines niezależności sądownictwa polskiego.

Jak to możliwe, że magister Ziobro może „ogrywać” wielkich profesorów? Czy siła intelektualna nie ma już żadnego znaczenia?

W pewnych sytuacjach największy intelekt nie wygra z maczugą. Kiedy w ciemnej ulicy zjawi się uzbrojony osiłek, to najbardziej inteligentny człowiek z nim przegra. Mamy do czynienia po prostu z przemocą. Znana definicja Maxa Webera mówi, że państwo ma monopol na legalne korzystanie z przemocy. I pan Ziobro z tego korzysta. Również pan Kaczyński, Morawiecki czy Brudziński. Ale to nie jest kompletnie bezkarne, bo jest to sprzeczne z zasadami demokracji konstytucyjnej, na jakich po 1989 roku nasz kraj zostal zbudowany. Obserwujemy duży opór środowiska prawniczego, który odgrywa istotną rolę. Widzimy, jakie trudności ma PiS ze znalezieniem kandydatów do Sądu Najwyższego. A jak już ich znajduje, to często są to skandaliczne kandydatury, jak pani radca prawny z Białegostoku, która okazała się być skazana dyscyplinarnie, czy pan prokurator, który zmusił do zeznawania kobietę podczas porodu, co jest przykładem haniebnej tortury, czy inny prokurator, który parokrotnie miał kary dyscyplinarne i do tego nie spełnia warunków formalnych. Poza tym wybierając do Izby Dyscyplinarnej SN prokuratorów, którzy mają dyscyplinować sędziów, pokazują, że w istocie ta Izba ma wymuszać na sędziach posłuszeństwo. Na dodatek są to często ludzie bezpośrednio powiązani z panem Ziobrą, a to jest sprzeczne z zasadami konstytucyjnej demokracji. Tego nie wolno łamać. Nawet Orban tego nie robił. On grzeszyl przeciw zasadom demokracji współczesnej, natomiast z punktu widzenia litery prawa uzyskał większość konstytucyjną i wobec tego formalnie mógł robić to, co robi.

PiS mówi „wygraliśmy wybory”, więc mamy prawo. A wygrali, bo skutecznie prowadzili kampanię, bo stosowali populistyczne hasła, bo dobrze komunikowali się z wyborcą…

Gra kampanijna w polityce zawsze była obecna, ale teraz doszło do skrajnej patologii, w czym bardzo pomagają media społecznościowe. To znaczy, że kłamstwo stało się bardzo trudne do zweryfikowania. Ono niestety będzie odgrywać istotną rolę, dopóki demokracja nie nauczy się go kontrolować. Już widzimy pewne próby w Stanach Zjednoczonych, gdzie próbuje się przesłuchiwać właścicieli największych portali po to, żeby stworzyć system zabezpieczający przed masowym kłamstwem.

W Polsce przed wyborami 2015 r. mieliśmy na przykład do czynienia z ukrywaniem prawdziwych celów PiS, czyli przeprowadzenia swoistej rewolucji kulturowej i instytucjonalnej. Do tego w czasie kampanii wyborczej schowali do szafy pana Macierewicza, który źle się kojarzył, ale też schował się sam pan Jarosław Kaczyński, który wystąpił w trakcie kampanii tylko dwukrotnie, kiedy był pewien, że nie tylko utwierdzi swoich wyznawców w ich przekonaniach, ale również, strasząc imigrantami, których zresztą w Polsce nie było, może poszerzyć swoje wpływy. Strach przed „obcymi” jest niestety skuteczny, nie tylko u nas. Ludzie boją się migrantów arabskich, islamu, terrorystow i potencjalnych „zarazków”, które prezes dorzucil. To niewątpliwie odegrało ważną rolę i obawiam się, że będzie jeszcze odgrywało w następnych wyborach.

Kaczyński znów złagodniał, mówi, że nie chce wojny, że chce współpracy, że nie chce nikogo obrażać itd…

Tak jest. I pan Morawiecki również. Oni wyraźnie zdają sobie sprawę, że ich podstawowym problemem jest utrata głosów umiarkowanych, które, dzięki swojemu ówczesnemu umiarowi i błędom Platformy, zdobyli w 2015 r. Wobec tego wracają do języka bardziej umiarkowanego. Jarosław Kaczyński zdaje sobie sprawę, że część społeczeństwa, które nie lubi awantur, prześladowań, rewolucji może przeciwko nim zagłosować i to może być źródłem ich klęski. Dlatego tego łagodnego języka będą używać aż do wyborów parlamentarnych i prezydenckich. A później, jeżeli będą mieli dobre wyniki, przejdą do drugiej fazy rewolucji, to nie ulega wątpliwości i zresztą zapowiedzieli, że zabiorą się np. za media prywatne, za niezależne organizacje obywatelskie…

Wierzy Pan, że zniszczą wolne media?

Będą próbowali, ale to nie będzie takie proste. Po pierwsze, chociażby dlatego, że niełatwo jest zniszczyć media społecznościowe. Po drugie, może się pojawić, co byłoby straszliwie kompromitujące, radiostacja typu Wolna Europa. Po trzecie, będą próbowali, bo już to robili, prowadzić rozmowy w celu przejęcia TVN, ale z Amerykanami nie będzie to łatwe. Będą oczywiście stosować szantaże indywidualne w stosunku do dziennikarzy, czy próbować kompromitowania dziennikarzy, co zresztą jest praktyką nagminną, natomiast moim zdaniem to będzie ograniczone i w pewnym momencie zadziała przeciwko nim.

Na razie propagandę i PR opanowali do perfekcji. Kto może wygrać z populistami? Tylko populista?

To jest dramatyczne pytanie i ono dotyczy nie tylko Polski. Mamy do czynienia z progresją populizmu w bardzo wielu krajach. Ostatni przykład to Włochy, jeden z krajów założycieli UE, kraj tolerancyjny i otwarty, gdzie teraz mamy politykę, która pokazuje, jaki jest poziom strachu i niezadowolenia wielu społeczeństw zachodnich. To jest szerszy problem. Oczywiście, że dobry PR jest bardzo skuteczny. Ten pisowski ma zresztą podstawy materialne związane z różnymi koncesjami społecznymi, jak np. 500 plus dla słabszych grup społecznych, czyli dla rodzin wielodzietnych. Jednak nie jest to wyłącznie koncesja materialna, ale również godnościowa. Ludzie mają poczucie, że wreszcie ta władza, w odróżnieniu od poprzedniej, myśli o nich, nie traktuje ich z pogardą. Otóż PiS, zapewniając nieco lepsze warunki materialne istotnym grupom społecznym, które zazwyczaj nie głosują, sprawia, że ci ludzie teraz pójdą głosować, mając poczucie zagrożenia, że opozycja może im to odebrać. Ponadto elementem podstawowym tego populizmu, jest antyelitarność – widzimy to obecnie wszędzie; w Stanach, we Francji, we Włoszech jest to zjawisko masowe. I na tym gra również PiS, czyniac z pojedynczych patologicznych przykładow jakiejś kradzieży ze strony sędziego, który zresztą już nie żyje, symbol korupcji całej grupy. To jest niestety niszczenie podstaw państwa, nie tylko demokratycznego. Sędziowie, ludzie, do których ma się zaufanie, którzy są w stanie obiektywnie rozstrzygać spory, osądzić przestępstwo, zbrodnie, są ważni w każdym państwie. To jest szkoda nie do powetowania. A jaka jest na to odpowiedź? Opozycja stawia przede wszystkim na błędy obecne i przyszłe władzy i punktuje. Widzimy te billboardy z wykrzywioną twarzą prezesa…

Ale to może za mało…

To jest silna kampania. Nie wiem, na ile skuteczna, w każdym razie zostały zastosowane bardzo mocne środki. Pomysł opozycji, jak dotychczas, jest pomysłem negatywnym, co jest zrozumiałe, dlatego, że PiS dysponuje najważniejszymi kartami i w jakimś sensie je monopolizuje. Co to są za karty? Po pierwsze, ekonomiczne – bardzo dobra koniunktura gospodarcza. Czy ona wynika z polityki PiS – oczywiście, nie. Bo w dużym stopniu zależy ona od ciągłego napływu masowych środków z UE do Polski i od dobrej koniunktury w Europie. Polska bezpośrednio zależy od rynków niemieckich. Jeżeli się tam załamie koniunktura, to automatycznie i u nas będą problemy. Po drugie, PiS ma swoją politykę społeczną, która jest bardzo silnym atutem. Po trzecie, mają atut antyelitarności: my, tak jak wy, jesteśmy ludem, chociaż mogą być w takim samym stopniu inteligentami, jak Kaczyński.

…albo Morawiecki…

Morawiecki szczególnie – bankier, który zna języki, ma wszystkie atrybuty inteligenckości i elitarności, do tego duży majątek, którym zazwyczaj inteligenci nie dysponują. Ale ludzie to akceptują, bo dają im poczucie równości. Jest jeszcze jeden bardzo istotny element, o którym nie powiedziałem. Dla wielu wraz z „dobrą zmianą” skończyła się faza indywidualizmu, opartego na haśle, że człowiek jest kowalem własnego losu, czyli twój los będzie zależał od pracowitości, od wykształcenia, od przedsiębiorczości oraz gotowości poniesienia ryzyka. Dzisiaj niestety tylko prawica dysponuje projektem zbiorowym. Tu chodzi, po pierwsze, o patriotyzm, który niestety bardzo często jest zwykłym nacjonalizmem, ale odwołuje się do poczucia wspólnoty Polaków, do heroicznej i martyrologicznej przeszłości Polski. I tu wszyscy Polacy, bezrobotni, niepełnosprawni, profesorowie uniwersytetów, biskupi są równi, są Polakami. Drugą wspólnotą jest wspólnota wiary, większość Polaków to są wierzący katolicy. PiS odwołuje się do tego bardzo silnie, wiążąc się z najbardziej konserwatywną częścią Kościoła. Natomiast ani liberałowie, ani lewica nie mają dzisiaj klarownego języka wspólnotowego. PiS dysponuje wszystkimi podstawowymi atutami, które mogą mobilizować społeczeństwo. Stąd też odwoływanie się opozycji do tych cech negatywnych, którymi są nadużycia czy korupcja obecnej władzy.

Czy to oznacza, że opozycja przegra kolejne wybory?

Jest takie francuskie powiedzenie: „Najgorsze nigdy nie jest pewne”, innymi słowy to nie jest tak, że zwycięstwo PiS jest nieuchronne. Nawet jeżeli PiS osiąga w sondażach ok. 40 proc., to jeszcze nie oznacza, że wszyscy ankietowani będą na nich głosować, natomiast pozostałe 60 proc. to są ludzie, którzy nie są gotowi głosować na PiS. Czyli innymi słowy, porozumienie się opozycji, a nawet nieformalne porozumienie partii opozycyjnych, skupienie głosów na tych, którzy mają największe szanse, to nawet przy całej słabości programowej i intelektualnej, opozycja może wygrać. Ja bym tego wcale nie wykluczył. Nie mówiąc o tym, że ta władza robi tyle głupstw, chociaż na razie nie naruszyły one ich kapitału poparcia, to jednak przychodzi taki moment, zazwyczaj najmniej spodziewany, że jakiś mały błąd, nikczemność, nadużycie, może spowodować lawinową reakcję. Powiedziałbym tak – zwycięstwo PiS jest możliwe i nawet więcej, jest prawdopodobne. Czy tak się stanie zależy od opozycji, różnych jej odłamów, nie tylko politycznej, ale tej „chodzącej”, również od ruchów społecznych, od ich mobilizacji. Zależy od ludzi, którzy często nie uczestniczą w polityce i nie głosują, od tego, czy zdadzą sobie sprawę, że od ich głosów tym razem może zależeć bardzo dużo.

Wierzy Pan w taką mobilizację? Czy wg Pana jesteśmy społeczeństwem obywatelskim?

Jeśli pani pyta o poziom uspołecznienia Polaków, to niestety różne badania międzynarodowe pokazują, że jest on dość niski. To samo dotyczy poziomu zaufania wzajemnego Polaków, nie tylko do władzy. Zdolność do stowarzyszania się, jeżeli podziela się wspólne wartości bądź wspólne cele, co jest miarą właśnie społeczeństwa obywatelskiego, jest bardzo niska. Z tego punktu widzenia można powiedzieć, że społeczeństwo obywatelskie we wszystkich krajach postkomunistycznych, również w Polsce, jest ograniczone. Jednak samego aktu wyborów nie wiązałbym z koniecznością istnienia bardzo silnego, rozwiniętego społeczeństwa obywatelskiego.

Czy po konwencji Koalicji Obywatelskiej jest Pan większym optymistą? Grzegorz Schetyna zebrał bardzo dobre recenzje. I jak Pan ocenia dołączenie do KO ugrupowania Barbary Nowackiej?

Konwencja PO zrobiła bardzo dobre wrażenie. Nawet Schetyna bardzo dobrze mówił. Widać jakąś mobilizację w partii, która sprawiała często wrażenie umarłej. Podziwiam odwagę Barbary Nowackiej. Myślę, że uczyniła rzecz ryzykowną, ale godną dojrzałego, odpowiedzialnego polityka, czy raczej polityczki. Niestety, nie widać żadnych postępów po stronie lewicy. Biedroń, który wzbudził tyle nadziei w jej części, zapowiedział, że coś powie i coś zorganizuje dopiero w lutym. Do tego czasu nic zapewne nie będziemy wiedzieli co myśli o gospodarce, problemach społecznych, o państwie, o polityce zagranicznej…

Jeżeli opozycja jednak przegra wszystkie kolejne wybory, to według Pana już następnych nie będzie?

Myślę, że nie przegra, w każdym razie nie wszystkie. A nawet jeżeli przegra, to należy pamiętać, że żyjemy w otoczeniu międzynarodowym. Polska nie jest samotną wyspą. Ani zieloną, ani też czarną. Widzieliśmy choćby reakcję w sprawie IPN, gdzie Stany Zjednoczone wyraźnie powiedziały, że nie będą przyjmowały przywódców polskich, jeżeli nie zmieni się ustawa. Innymi słowy władze polskie, również pisowskie, muszą zdawać sobie sprawę, że to nie jest problem tylko UE. A i Unia po decyzji Parlamentu Europejskiego w sprawie Węgier musi skłaniać PiS do pewnej ostrożności. Niezależnie od tego co plecie prezydent Duda. Unia jest Polsce bardzo potrzebna. Jeżeli się okaże, że Polska zostanie pozbawiona dużej części środków, na które liczy spora część społeczeństwa, w tym konserwatywni chłopi, to jednak nie ujdzie to władzy na sucho.

Do tego Polacy, nawet ci, którzy mówią, że będą głosowali na PiS, zdają sobie często sprawę, że demokracja jest zagrożona. Nie jest pewne jak długo korzyści, jakie mają w związku z tą władzą, finansowe i godnościowe, przeważać będą nad tymi zagrożeniami. Natomiast jeżeli wzmocnią się elementy dyktatorskie tej władzy, to uważam, że nastąpi odpowiedź społeczeństwa, która będzie już wtedy bardziej zdecydowana. Nie mówiąc o reakcji zewnętrznej.

Czyli trzeba próbować patrzeć z nadzieją…

Tak, choćby dlatego, żeby nie dopuścić do samospełniającego się proroctwa. Jeżeli się wierzy, że nie ma szansy, to nie będzie szansy. A ponadto proszę zauważyć, że w sprawie, wydawałoby się prawie „pozamiatanej”, jak sądy, zachowanie środowisk prawniczych, przynajmniej jego dużej części pokazuje, że jest możliwy silny opór. I nawet gdyby udało się złamać opór sędziowski, to pozostaje problem poczucia prawnego w społeczeństwie. Jeżeli społeczeństwo bedzie widzialo bezprawie, że prawo stosowane bardzo odbiegać będzie od obowiązujących norm moralnych, to wtedy dla władzy to się dobrze nie skończy. Słusznie mówi się, że wiele tzw. bezpieczników PiS usunął, ale wszystkich usunąć się nie da. To nie są lata 30. ubiegłego wieku. Polska jest w Unii, jest częścią Zachodu, a i społeczeństwo jest inne. Inna jest również młodzież. Nie bardzo mi się podobają krytyczne uwagi formułowane pod jej adresem ze strony ludzi starszej generacji. Każde pokolenie ma swoją wrażliwość, ma w sobie granicę, po której nie toleruje przemocy fizycznej i moralnej.

Do kościoła z dziecięcymi bucikami, aby napiętnować kleszą pedofilię

Podczas spotkania z dziennikarzami szwedzkiego serwisu nyheteridag.se Tarczyński powiedział m.in., że „w Polsce żyje się lepiej, bo nie ma ani jednego muzułmańskiego imigranta”. Te słowa oburzyły Winnickiego, który zarzucił mu kłamstwo.

Ostatnio Krzysztof Bosak chwalił się, na Twitterze, że udało mu się spędzić weekend w Biłgoraju tylko z Polakami. Ten wpis mieści się w przekonaniu narodowców, że w Polsce jest zbyt wielu obcokrajowców, a to im się bardzo nie podoba. Mówią o tym i piszą. I teraz, gdy Tarczyński chwalił się, że „Ludzie są szczęśliwi, gospodarka się rozwija, bezrobocie jest najniższe w historii”, a to dzięki skutecznej polityce antyemigracyjnej, Winnicki nie wytrzymał.

Dominik, łżesz w żywe oczy” – napisał na Twitterze, no i się zaczęło.  Konflikt między Tarczyńskim i narodowcami narasta, co wyraźnie widać na Twitterze. Jedna z użytkowniczek pyta posła „dlaczego zablokował Pan redaktorów @MediaNarodoweMNnie tylko na TT, ale również ich telefony, gdy chcieli zaprosić Pana do programu nt. Imigracji”, a kolejna, podpisana jako „nacjonalistka, katoliczka Polka”, zastanawia się „Czyżby bał się Pan pytań, które obnażyłyby Pana kłamstwa dot. imigracji, w tym muzułmańskiej”.

Coś w tym chyba jest, bo rzeczywiście Tarczyński blokuje dziennikarzy na Twitterze. Mogą to poświadczyć także redaktorzy naTemat.  

Jeden z internautów skomentował ten konflikt krótko – „Jeden wart drugiego. Tarczyński pieprzący bzdury o tym jak to cudownie jest w Polsce, jest tak samo wiarygodny gdy mówi o dziadku że był bohaterem, bo jak już wiemy był zwykłym zdrajcą i mordercą, kolaborantem i szmalcownikiem który dorobił się na wyłapywaniu żydów. Zaś Winnicki straszy zalewaniem Polski przez uchodzców, ale tu akurat rozumiem każdy chłopek boi się jak pojawia się atrakcyjna konkurencja (…) Bo Bosak to taka ukryta opcja ciepła w strukturach narodowych.

Dziś niedziela, 26.08 więc warto wybrać się do kościoła. Dziś to ma naprawdę sens. Pójść i zawiesić na ogrodzeniu, bramie czy drzwiach dziecięce buciki – dla upamiętnienia ofiar pedofilii. Nie każdy ksiądz to…

Earl drzewołaz

Fundacja Dzika Polska informuje o wielkiej wpadce Ministerstwa Środowiska.

Dubler Mariusz Muszyński to nie sędzia, a wyroki Trybunału z jego udziałem to nie wyroki – orzekł Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie. Ale uznał, że na tej podstawie nie można podważyć orzeczenia Trybunału.

View original post 3 345 słów więcej

Duda i syndrom Ruchadełka leśnego. W nowym „Newsweeku” wiele ciekawych tekstów, w tym o Brejzie

Top10, czyli najlepsze teksty z najnowszego wydania .

Mieli przekopać Mierzeję Wiślaną, zbudować elektrownię atomową i milion elektrycznych aut. Lotnisko za kilkadziesiąt miliardów złotych będzie takim samym sukcesem.

Tam, gdzie Aleje Jerozolimskie przechodzą w mazowiecką prerię, cztery pasy autostrady przecinają rzeczkę Pisię Gągolinę. Za ekranami dźwiękochłonnymi – setki hektarów łąk i pól. Tu powstanie port lotniczy za 30, a może i 50 miliardów złotych. Współczesna Gdynia. Lotnisko pośrodku niczego, które otworzy oczy niedowiarkom. Jedno z największych w Europie.

Czterem milionom mieszkań w wielkiej płycie kończy się z wolna termin przydatności do użycia. Tyle że mieszkająca w nich jedna trzecia Polaków nie ma się dokąd przenieść. Ale też nie bardzo chce się przenieść, bo blokowiska mają swoje zalety.

Budowane od czasów późnego Gomułki aż do lat 90. bloki z wielkiej płyty miały rozwiązać palący problem przeludnienia domów i kamienic. I to się udało. W dwie dekady władza ludowa upchnęła w betonowych osiedlach trzecią część populacji kraju. Bloki miały stać pół wieku, może ciut dłużej, a to oznacza, że lokatorzy tych najstarszych powinni już rozglądać się za nowym lokum.

Umierają powoli. Z powodu chronicznego niedożywienia są zbyt słabi na operację. Albo na radioterapię. Tracą szanse. W końcu odchodzą. Przyczyna śmierci: brak pieniędzy w systemie.

Lekarka, chirurg, duży szpital w Warszawie: – Ostatnio miałam takiego pacjenta na stole operacyjnym. Guz żołądka, nieoperacyjny. Długo nie pożyje. Niewiele można zrobić. Tyle, żeby było jak najmniej cierpienia i żeby było godnie.

Krzysztof Brejza: – Jak wojna na noże, to na noże. Nie odpuszczę. Ostatnio ktoś posłowi, który od dwóch lat zadaje pytania kłopotliwe dla PiS, próbował podpalić dom, w którym mieszka z żoną i trojgiem dzieci.

Przed domem posła Brejzy w centrum Inowrocławia stoi samochód TVP. Kamera skierowana prosto w jego okna. Dziennikarka nadaje relację na żywo.

Brejza już trzecią kadencję jest posłem, ale dopiero za czasów rządów PiS zrobiło się o nim głośno. Patrzy władzy na ręce, a za sprawą kolejnych interpelacji poselskich sprawia, że obóz prawicy nie może zasnąć. On sam też nie śpi spokojnie, odkąd omal nie spłonęło jego mieszkanie. Ale zapowiada, że nie odpuści.

Od miesięcy ściga wszelkie nieprawidłowości. To on odkrył system podwójnych pensji wypłacanych ministrom rządu PiS, eufemistycznie nazwanym „nagrodami”. To on ujawnił powiązania między spółką Solvere, a kancelarią zaufanego adwokata PiS. Gdy powiedział o tym z mównicy Sejmu zdenerwowany Jarosław Kaczyński opuścił salę obrad. W kolejce czekają odpowiedzi na kolejne pytania: zarobki partnerki Jacka Kurskiego i wynajem mieszkania dla prezesa TVP. Krzysztof Brejza stał się ikoną opozycji, który nie tylko straszy rządami PiS, ale też bezlitośnie punktuje rządzących. Uderza tak celnie, że dla obozu „dobrej zmiany” stał się jednym z głównych przeciwników.

Odkąd Brejza rozpoczął swoją krucjatę, przez Inowrocław co chwila przetaczają sie jakieś kontrole. Gdy z jednej strony miasta wyjeżdżają urzędnicy skarbówki, to z drugiej wjeżdżają agenci ABW. A wszystko w świetle kamer TVP. Przypadek? Brejza nie wierzy w takie przypadki, zwłaszcza że prezydentem miasta jest Ryszard Brejza, ojciec parlamentarzysty Platformy Obywatelskiej. W rozmowie z naTemat Krzysztof Brejza wyraźnie wskazuje, że PiS sięgając po bolszewickie metody próbuje uderzyć w niego poprzez osobę jego ojca.

Listy, groźby, pożar
I nie tylko ojca. Obiektem ataków stała się też żona posła, która jako adwokat często doradza mu w kwestiach prawnych. – Po co szukać adwokata na zewnątrz, skoro jest w domu – żartuje Dorota Brejza. Ale małżeństwu wcale nie jest tak do śmiechu. Dostają listy z pogróżkami, zniszczono baner reklamowy kancelarii Doroty Brejzy, wreszcie w ostatnich dniach doszło do wypadku, który mógł się skończyć tragicznie, choć skończyło się na osmaleniu ściany budynku w którym mieszkają Brejzowie.

Policja stwierdziła, że był to nieszczęśliwy wypadek i przypadkowe zaprószenie ognia w przenośnej toalecie, która stała akurat pod ścianą domu posła. Specjaliści podkreślają, że pożar przy budynku mógł się skończyć wybuchem instalacji gazowej i prawdziwą tragedią. – Nie mamy wyjścia: jak wojna na noże, to na noże, nie odpuszczę. Nawet jeśli to wojna Dawida z Goliatem – zapowiada Krzysztof Brejza.

Tomasz Zimoch: – Zawsze opowiadałem o sportowcach, którzy walczą i się nie poddają. Więc tym bardziej nie mogłem się poddać. Komentator sportowy dwa lata temu stracił pracę w radiu, gdy skrytykował niszczenie przez PiS Trybunału Konstytucyjnego.

Prof. Tadeusz Gadacz, filozof : – Padło tyle strasznych słów: o gorszym sorcie, smrodzie, odszczurzaniu. Jakby politycy nie zdawali sobie sprawy, że rany po tym będą goić się dłużej, niż gdyby były zadane nożem.

NEWSWEEK:  Co się stało, panie profesorze? Pan, który czyta filozofów w oryginale, biegle włada sześcioma językami, nagle mówi o posłance Pawłowicz językiem takim: „Jej smród rozchodzi się po całej Polsce. Nic bardziej nie śmierdzi niż rozkładający się umysł”.

PROF. TADEUSZ GADACZ:  Na opisanie tego, jak zachowała się wobec osób niepełnosprawnych i ich opiekunów, nie miałem innych słów. Sugerując, że w Sejmie, w którym protestowali, śmierdzi, przekroczyła już nie tylko granicę przyzwoitości, lecz także wszelkie granice.

Dopisała się tylko do tego, co wcześniej mówili inni. O tym, żeby ich przekazać policji – poseł Pięta. Żeby znaleźć na nich paragraf – posłanka Krynicka. Poseł Żalek mówił o „zwyrodniałych rodzicach”, marszałek Karczewski sugerował, że mogą stanowić zagrożenie epidemiologiczne.

– Protestujący zostali odgrodzeni, stopniowo ograniczano obszar, na którym mogą się poruszać, odebrano im podstawowe prawa: do spaceru, odwiedzin. Wstrzymano korespondencję, a ostatecznie pozbawiono dostępu do wind i łazienki z prysznicem. Zamknięto ich w getcie nie tylko w sensie przestrzennym, lecz także językowym. Te 40 dni w Sejmie stało się jakimś ogromnym laboratorium społecznym. Powinno stać się przedmiotem badań socjologów i psychologów.

Nie kombinował z taktyką, nie kłócił się z piłkarzami. Zinedine Zidane po prostu był sobą. Charyzmatycznym zwycięzcą. Wygrał i odszedł, bo nienawidzi porażek.

Pięć dni po wygraniu przez Real Madryt finału Ligi Mistrzów Zinedine Zidane znów zaszokował cały piłkarski świat. Jak po słynnych golach w finale mundialu we Francji w 1998 r. czy po uderzeniu głową Marco Materazziego w finale w Niemczech w 2006 r. Znów wszyscy kibice zadają pytanie: Zizou, jak to możliwe?

Prokuratorskie zarzuty gwałtu dla Harveya Weinsteina to największy sukces ruchu #MeToo. Żaden Amerykanin, który wykorzystywał stanowisko, pieniądze czy władzę, by molestować kobiety, nie może już spać spokojnie.

Były szef Miramaxu i The Weinstein Company (TWC) przywykł do błysku fleszy, choć dotąd tłumy fotoreporterów otaczały go raczej na czerwonych dywanach przed różnymi prestiżowymi imprezami. 25 maja migawki strzelały, gdy stąpał po schodach nowojorskiego sądu karnego. Zamiast smokingu miał na sobie białą koszulę, błękitny pulower, granatową marynarkę i dżinsy.

Cicha, nastrojowa muzyka ułatwi chudnięcie i utrzymanie zgrabnej sylwetki. Niemożliwe? Tego właśnie dowiedli uczeni i wcale nie chodzi im o rytmiczne ćwiczenia.

Na dwa dni właściciele pewnej kafejki w Sztokholmie przygotowali specjalne menu: zdrowe sałatki, niezdrowe ciasta i czekoladki oraz produkty neutralne – kawę lub herbatę. Uprzyjemnić jedzenie miała składanka różnych utworów, które raz były odtwarzane z głośnością 55 decybeli, a potem 70 decybeli. I tak na zmianę.

30 lat temu po raz ostatni wykonano w Polsce egzekucję na skazanym. Kat, który go powiesił, po latach podobno popełnił samobójstwo. Urzędnicy więzienni, którzy obserwowali egzekucje, mówili, że woleliby nigdy tego nie widzieć.

Dziewiątego czerwca 1984 r. 29-letni Andrzej Czabański, mieszkaniec Tarnowa, odwiózł żonę na porodówkę. Gdy wrócił, zaczął pić z kolegami. Około godz. 2 w nocy – zeznał potem w śledztwie – poczuł ochotę na seks. Zapukał do 40-letniej nauczycielki Anny B. z planem, jak wywabić ją z domu.

Przez Izabelę Pek, bohaterkę najgłośniejszej politycznej seksafery ostatnich lat, kłopoty wizerunkowe mogą mieć prezydent Andrzej Duda i poseł Marcin Horała – ustalił „Wprost”.

Skandal obyczajowy związany z romansem znanego z konserwatywnych poglądów posła PiS Stanisława Pięty z Izabelą Pek zatacza coraz szersze kręgi. Okazuje się, że prywatne (choć nie męsko-damskie) kontakty z kontrowersyjną modelką i działaczką miało dwóch ważnych polityków obozu władzy: prezydent Andrzej Duda i poseł Marcin Horała.

Izabela Pek od dawna próbowała wejść na polityczne salony. Jedną z metod było robienie sobie selfie z politykami i dziennikarzami i umieszczanie ich w mediach społecznościowych. Wspólną fotkę zrobiła sobie m.in. z wiceministrem sprawiedliwości Patrykiem Jakim, a także dziennikarzem Tomaszem Lisem. Będąc osobą publiczną nie sposób się ustrzec takich sytuacji.

Pek zbliżyła się do polityków prawicy podczas kampanii prezydenckiej Andrzeja Dudy. Zawdzięczała to znajomości z Marcinem Horałą, trójmiejskim posłem PiS, który ma być szefem sejmowej komisji śledczej ds. wyłudzeń VAT-u. To podobno dzięki Horale zaciągnęła się do „dudabusu”, którym jeździła po Polsce z kandydatem PiS na prezydenta. – Zastanawialiśmy się, skąd się wzięła, bo była dziwna. Klasyczny typ kobiety toksycznej – opowiada polityk PiS, który współtworzył kampanię Andrzeja Dudy. – Była wyjątkowo natręta w stosunku do przyszłego prezydenta. Cały czas chciała przy nim siedzieć, przez co inni nie mogli z nim nawet porozmawiać. Wokół polityków często kręcą się kobiety, którym władza imponuje. Ona była jedną z nich. Niestety, niektórzy politycy, zamiast trzymać się od takich osób z daleka, nawiązują z nimi bliższy kontakt – komentuje działacz Prawa i Sprawiedliwości.

– Zachowywała się jak psychofanka Dudy. W pewnym momencie ją z niego sczyścili, pod koniec kampanii dostała nieformalny zakaz wstępu do busa – dodaje inny polityk, który współpracował wtedy z Andrzejem Dudą. Podkreśla, że sam przyszły prezydent nie zachował wówczas należytej czujności. Bo choć, rzecz jasna, nic nie wskazuje na to, by relacje Pek z Dudą miały niewłaściwy charakter, dziś może mieć przez swoją byłą fankę wizerunkowe kłopoty. – Siedzieli razem, śmiali się, a ona robiła zdjęcia. W końcu otoczenie zwróciło mu uwagę, żeby uważał – dodaje.

Na prawicy spekuluje się też, że przez znajomość z Pek polityczne kłopoty może też mieć Marcin Horała. Niektórzy mówią, że może nawet stracić stanowisko szefa komisji śledczej ds. wyłudzeń VAT. On sam jednak zapewnia, że jest spokojny. – Izabelę Pek poznałem w Gdyni – opowiada. – Zgłosiła się jako sympatyczka PiS-u. Wybrano wtedy 50 osób do jeżdżenia „dudabusem” – opowiada polityk. – Wpisałem ją na listę osób, które jeździły z przyszłym prezydentem autobusem. To wszystko – zapewnia. Nie wierzy, by znajomość z Pek miała zaszkodzić jego pracom w komisji vatowskiej. – Co ma piernik do wiatraka? – pyta retorycznie. – Nie mam sygnałów z partii, żebym miał stracić stanowisko w komisji – dodaje Horała.

Jedno jest pewne: sprawa Izabeli Pek spędza wielu politykom PiS sen z powiek. Kobieta nie jest bowiem człowiekiem znikąd. Przeciwnie – od lat funkcjonuje w polityczno-dziennikarskim środowisku prawicy. Dla Tygodnika Solidarność relacjonowała obchody ku czci żołnierzy wyklętych, bywała też gościem Telewizji Republika. W tej ostatniej stacji domagała się m.in. odwołania rzecznika praw obywatelskich Adama Bodnara. Była przedstawiana jako „politolog, aktywistka społeczna zawsze działająca w słusznej sprawie”.

Jednak w całej sprawie chodzi o coś więcej niż tylko o kłopoty wizerunkowe polityków. Pięta nie jest szeregowym posłem. Czy służby w odpowiednim momencie ostrzegły go przed wdawaniem się w nieroztropną relację z ekscentryczną kobietą? A jeśli poseł nie reagował, to czy o sprawie zostali powiadomieni jego przełożeni?

Janusz Zemke, wieloletni członek komisji ds. służb specjalnych, były wiceminister obrony narodowej, nie kryje, że cała sytuacja go zaskakuje. – Poseł Pięta nie jest szeregowym posłem. Powinien mieć świadomość, że może być narażany na prowokacje. Poza tym służby powinny ostrzegać polityków. Dlatego, że wokół parlamentarzystów mogą się kręcić różne osoby, które będą chciały wykorzystać ich wpływy. To, że tak się nie stało, świadczy o poważnej chorobie państwa.

>>>

Stan wyjątkowy w Sejmie już jest

msn

crowdmedia.pl

Post Navigation