Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “ojkofobia”

Kaczyński: Nie możemy pozwolić na to, żeby społeczeństwo miało wiedzieć, że my kłamiemy

Zandberg: Takie zabawy, gesty Trumpa mają ca celu osłabianie przez Trumpa UE, bo opłacają się handlowo USA a nie Polsce

– Trump jest dzisiaj a jutro przeminie a my jesteśmy i ekonomicznie i geograficznie w tym miejscu, w którym jesteśmy od wieków. Kiedy ta ekscytacja USA przewala się przez nasze życie publiczne, patrząc na nasz bilans handlowy, musimy pamiętać, że Czechy są ważniejszym partnerem dla Polski niż USA. Rozmawiając o tym, jak zapewnić nasze bezpieczeństwo, musimy rozmawiać o wspólnej europejskiej polityce obronnej, pogłębieniu integracji jeśli chodzi o prawa pracownicze, socjalne, żeby związać kraje europejskie nie tylko tymi prostymi więzami wymiany handlowej. Celem polskiej polityki międzynarodowej powinno być to, że będziemy częścią silnego, europejskiego mechanizmu zapewniającego nam i naszym sąsiadom bezpieczeństwo. Takie zabawy, gesty Trumpa mają ca celu osłabianie przez Trumpa UE, bo opłacają się handlowo USA a nie Polsce – mówił Adrian Zandberg w TVP Info.

W półfinałowym meczu Polacy pokonali drużynę stanów Zjednoczonych 3:2.

Jeszcze w ćwierćfinale wiele osób zauważyło grupę osób w koszulkach z napisem „konstytucja”. Na okoliczność półfinału ten sam napis „konstytucja” został wydrukowany na kartce, a siedzący najbliżej sędziego Polak wyciągnął ją, gdy kamera kierowana była na arbitra.

Kadr jest podawany „święci triumfy”na Twitterze i Facebooku. Trafił m.in. pod wpis Andrzeja Dudy, który dziękował siatkarzom za wygrany mecz i zapewniał, że trzyma kciuki za kolejne.

Nie wszystkim jednak taka forma manifestu przypadła do gustu. „Jakaś ofiara losu podczas meczu Polaków z Amerykanami w Turynie wystawia do kamer wymiętoloną kartkę z napisem konstytucja. Kompletny obciach” – napisał prawicowy dziennikarz Stanisław Janecki.

 

Swoją emocję zademonstrował też bloger Matka Kurka odpalił: „Brawo dla debila, który trolluje plakacikiem ‚konstytucja’, na bank 100% polskich kibiców żyje teraz konstytucją i w ogóle ich plakacik nie wku…a”.

Odpowiedział im Leszek Kraszyna z partii Razem przypominając o tym, że kibice piłki nożnej sami często przygotowują oprawę wizualną i trafiają na nich takie hasła jak „litewski cham” czy szubienice dla PO i KOD”.

(…)

Sąd powiedział zatem, że Morawiecki nie jest samcem alfa. Co zatem robi stado PiS, któremu nie przewodzi samiec alfa? Powinno zmienić samca albo po prostu politycy winni pojedynczo opuścić stado, w którym lideruje samiec beta, teta czy inny zeta. Tak się nie dzieje, bo członkowie stada samca Morawieckiego twierdzą, że pisowski samiec alfa „nie musi przepraszać opozycji, bo główne zarzuty PO zostały odrzucone” w sądzie. Co jest guzik prawdą.

Zespół Morawieckiego jest więc jego wart, jak nie przymierzając reprezentacja Polski na mundialu, która zasłużenie odpadła. Lewandowskiemu nie dorastali do pięt. W wypadku PiS Morawiecki pokazał swoją piętę Achillesa – piętę kłamcy.

Sąd nakazał Morawieckiemu opublikować w TVN i TVP następującą treść, świadczącą o jego kłamstwie: „Nieprawdziwe są informacje podane przeze mnie w dniu 15 września 2018 roku podczas wiecu wyborczego komitetu wyborczego Prawo i Sprawiedliwość w Świebodzinie, że w ciągu jednego do półtora roku wydawana jest przez nas większa suma na drogi lokalne, niż za czasów koalicji PO i PSL w ciągu ośmiu lat. Mateusz Morawiecki, premier rządu Rzeczpospolitej Polskiej„.

(…)

(…)

Radość Dudy może mieć kilka den. Jedno z pytań może brzmieć – ciekawe, z kogo się naśmiewali Tusk i Duda, a jeszcze ciekawsze, czy ten ktoś będzie zadowolony… tym bardziej, że cierpi na kolano. Powyższe pytanie sformułował Roman Giertych.

Marek Migalski zaś postrzega inaczej: Tusk spalił Dudę, bo jeśli ktoś na tych uśmiechach stracił, to przecież Duda, nie Tusk, a zatem prezydent dał się podejść jak dziecko. Ale może być jeszcze inaczej. Duda nie daje już rady w kraju, być prezydentem to nie na jego brzemię. Może przeczytał „Fakt”, w którym piszą, że w wyborach prezydenckich Kaczyński nie wystawi jego, a Mateusza Morawieckiego.

I z kogo się śmiali? Rzecz jasna z prezesa, a Tusk ponadto ze swego byłego doradcy Morawieckiego. Każdy śmiałby się w Nowym Jorku, gdyby uświadomił sobie, jak w kraju męczą się w rynsztoku kłamstw Morawiecki z Kaczyńskim.

Zaś zupełnej ojkofobii dostał Naczelny Sąd Administracyjny, który nakazał wstrzymanie wykonania uchwały Krajowej Rady Sądownictwa z wnioskami o powołanie sędziów Sądu Najwyższego do Izby Karnej SN.

Gdyby ojkofobia miała siłę kołka osikowego, to już mielibyśmy do czynienia z końcem chorych emocji godnych horroru, które wzbudził prezes Kaczyński. Wywołał do tablicy najwyższe gremia władzy sądowniczej, a te postanowiły, iż Zgromadzenia Ogólne sędziów dwóch izb Sądu Najwyższego zgodnie z nową ustawą o Sądzie Najwyższym zebrały się w celu wyboru następców swoich odesłanych w stan spoczynku prezesów Stanisława Zabłockiego i Józefa Iwulskiego. Efekt – sędziowie stwierdzili, że obaj nadal są prezesami izb.

Czyli ta pseudo reforma sądownictwa dokonana przez PiS jest guzik warta, oto legła w gruzach. Władza sądownicza działa zgodnie z zaleceniami Komisji Europejskiej. W kraju prezes Kaczyński niczym tsunami wzbudził fale ojkofobii, która związana jest jednak z jego osobą i winna się nazywać właściwie – kaczofobią. Oj, kaczyzm nie podoba się nam i władzom unijnym, bo to po prostu swojska odmiana autokracji, która jest obca zachodnim wartościom.

(…)

https://twitter.com/lis_tomasz/status/1046317519450132481

Kaczyński : …Nie możemy pozwolić na to, żeby społeczeństwo miało wiedzieć , że my kłamiemy..??

Holtei

Święta prawda.

„Poszukujemy byłych studentek, które zdawały egzaminy i uzyskiwały zaliczenia u prof. Jacka Majchrowskiego w pokoju nr 71 w motelu Krak w 2004 r.” – takiej treści ulotki pojawiły się w Krakowie w ramach kampanii samorządowej.

Kto stoi za tą nieczystą akcją wymierzoną w długoletniego prezydenta Krakowa i kandydata na prezydenta (popieranego przez Platformę Obywatelską, Nowoczesną, PSL i SLD)? Nie sposób orzec, bo strona internetowa wpisana na ulotce to fejk, za to numer telefonu, pod który należy donosić na prezydenta to telefon dla widzów… TVP Info.

Co na to wszystko Jacek Majchrowski? Na swoim profilu na Facebooku zdecydował się upublicznić poniżające go ulotki i wpisy, przyznając, że zdążył się już przyzwyczaić do tego, że każda, kolejna kampania oznacza zbieranie na niego haków.

A jednak ta samorządowa kampania wyborcza stoi hakami, oszczerstwami i chwytami poniżej pasa, jak dotąd żadna inna.

Ani dróg ani mostów

Weźmy choćby na tapetę klan Morawieckich. 

View original post 3 241 słów więcej

Mateusz Morawiecki – polski wkład jako wzorzec z Sèvres

To niewiarygodne, ale PiS znowu swoją ewidentną porażkę usiłuje przekuć w sukces. Tym razem chodzi o wyrok Sądu Apelacyjnego, który nakazał Mateuszowi Morawieckiemu przeprosić za wygłoszone przez kłamstwo na wiecu wyborczym w Świebodzinie. Mówił wtedy, że za rządów PO-PSL nie budowano dróg i mostów.

Otóż szef sztabu wyborczego PiS europoseł Tomasz Poręba napisał na Twitterze, że… Sąd Apelacyjny przyznał rację premierowi Morawieckiemu! – „1. Sąd nie nakazał przeprosin. 2. Wniosek został oddalony w części dotyczącej wnioskowanego oświadczenia, jak i zakazu rozpowszechniania informacji o braku budowy przez rząd koalicji PO-PSL dróg oraz mostów. 3. Sąd Apelacyjny przyznał rację PMM w zakresie wypowiedzi „nie było dróg i mostów”. 4. PMM ma wydać jedynie oświadczenie które zostanie opublikowane” – napisał Poręba.

W internecie zawrzało. – Panie Poręba, zmiłuj się, nie zaklinaj już tej rzeczywistości. Morawiecki powiedział nieprawdę, czyli skłamał”; – „Brzydko, panie Poręba, tak manipulować. A i z czytaniem ze zrozumieniem kłopoty”; – „Czyli logika PiS i alternatywna interpretacja rzeczywistości w pełnej krasie. Kto się spodziewał czegoś innego niż kolejne brednie i urojenia, w które będą brnąć?”; – „Panie Poręba, może pan przestać się kompromitować? Mateusz Morawiecki powiedział nieprawdę, musi sprostować, a mówienie nieprawdy, jest kłamstwem, czy ma Pan problem że zrozumieniem tego?” – pisali internauci.

Część przytaczała Porębie treść oświadczenia, do wygłoszenia którego sąd zobowiązał premiera. – „Nieprawdziwe są informacje podane przeze mnie w dniu 15 września 2018 r. podczas wiecu wyborczego komitetu wyborczego Prawo i Sprawiedliwość w Świebodzinie, że w ciągu jednego do półtora roku wydawana jest przez nas większa suma na drogi lokalne, niż za czasów koalicji PO i PSL w ciągu ośmiu lat. Mateusz Morawiecki, premier rządu Rzeczpospolitej Polskiej”.

Innego „wytłumaczenia” spróbował wicemarszałek Senatu Adam Bielan.

W Polsat News stwierdził, że wypowiedź premiera „być może nie była precyzyjna”. – „Taki jest charakter wiecu wyborczego, szczególnie, jak polityk nie czyta z kartki, jak wielu liderów – również Platformy – nie duka, tylko mówi w sposób spontaniczny, mówi z głowy. Pan premier Morawiecki jest świetnym mówcą, natomiast być może, PO złapała go za jakieś słowo” – powiedział Bielan. Nie uściślił, za które…

Wyprowadzane z dolnośląskiego PCK pieniądze przekazywane były politykom PiS nie tylko z okazji kampanii wyborczych, dla części z nich stanowiły stały dodatkowy dochód. Tak „zarabiać” miał m.in. obecny poseł Piotr Babiarz. Prokurator badająca ten przekręt kilka tygodni temu zrezygnowała z prowadzenia śledztwa i poprosiła o dobrowolną degradację.

Dolnośląskim oddziałem Polskiego Czerwonego Krzyża przez lata kierowali politycy PiS. Prezesem był były radny sejmiku wojewódzkiego Rafał Holanowski, jego zastępcą poseł Piotr Babiarz, a dyrektorem – radny obecnej kadencji sejmiku Jerzy G. Ten ostatni podejrzewany jest dziś przez prokuraturę o wyprowadzenie z kasy PCK – wspólnie i w porozumieniu z innymi osobami – 1,2 mln zł.

Przez rok, który minął niedawno od wszczęcia śledztwa w tej sprawie, badaliśmy mechanizm wyprowadzania pieniędzy oraz to, kto z nich korzystał i komu służyły. Rozmawialiśmy z podejrzanymi, ze świadkami, z byłymi i obecnymi pracownikami PCK, a także śledczymi.

Z naszych ustaleń wyłania się obraz dobrze funkcjonującego układu, z którego garściami przez kilka lat czerpali dochody ludzie związani z PiS. Mechanizm był prosty: w latach 2014-17 zwerbowani przez Jerzego G. pracownicy PCK kradli odzież z należących do niego kontenerów, do których zbierana była ona na potrzeby najbiedniejszych. Potem za pośrednictwem firmy zarejestrowanej na „słupa” sprzedawali ją w zaprzyjaźnionych lumpeksach i hurtowniach.

Sąd Apelacyjny w Warszawie orzekł, że premier Mateusz Morawiecki ma sprostować wypowiedź z wyborczego wiecu w Świebodzinie, gdzie stwierdził o rządach koalicji PO-PSL: „Nasi poprzednicy mówili, że budujemy nie politykę, tylko drogi i mosty. Nie było ani dróg, ani mostów”. A także: „W ciągu jednego do półtora roku wydawana jest przez nas większa suma na drogi lokalne niż za czasów koalicji Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego w ciągu ośmiu lat”.

„Ocenna” wypowiedź premiera

Najpierw był spór o to, czy tę wypowiedź można sądzić w 24-godzinnym trybie wyborczym, skoro premier nie jest oficjalnie uczestnikiem kampanii. Sąd Okręgowy uznał, że nie można, Sąd Apelacyjny był odmiennego zdania i sprawa trafiła do ponownego rozpoznania. Tym razem pierwsza instancja uznała, że była to „wypowiedź ocenna”, a takie nie podlegają kategoriom prawda–fałsz, zatem nie podlegają też wyborczemu trybowi. Dziś sąd drugiej instancji uznał, że jednak było to stwierdzenie co do faktów – i że było fałszywe.

Jak PiS rozprawia się z niepokornymi sędziami

Wyrok oznaką lizusostwa?

Wczoraj, komentując wyrok pierwszej instancji (że premier nie musi prostować tej wypowiedzi), napisałam, że dzięki temu, że PiS zastrasza i awansuje sędziów, promując posłusznych i karząc niezawisłych, każdy wyrok jest dzisiaj komentowany nie z punktu widzenia prawa czy słuszności, ale jako efekt politycznego lizusostwa sędziów, ewentualnie strachu z jednej, a niechęci sędziów do PiS z drugiej strony. A to rujnuje zaufanie do wymiaru sprawiedliwości. I o to właśnie chodziło PiS-owi.

Jak się zachowa Mateusz Morawiecki

Mamy kolejny wyrok, tym razem niekorzystny dla PiS. I najbardziej mnie ciekawi, czy premier go wykona. Bo przecież w III RP PiS, już od niemal trzech lat, przypisuje sobie prawo do oceny, który wyrok należy wykonać, bo jest słuszny i prawidłowy, a którego nie. Ostatnio – z wyprzedzeniem – ostrzegł o tym Trybunał Sprawiedliwości UE, w razie gdyby Trybunałowi przyszło do głowy orzec nie po myśli polskich władz w sprawach dotyczących „reformy” Sądu Najwyższego.

No więc ciekawe, czy tym razem premier uzna wyrok. Czy też stwierdzi, że nie jest to wyrok w rozumieniu prawa – jak orzekła premier Beata Szydło o wyrokach Trybunału Konstytucyjnego przed „dobrą zmianą”. Albo, jak sam stwierdził o przyszłym rozstrzygnięciu TSUE – że nie będzie się mieściło w granicach prawa. A może odwoła się do „suwerena” i – jak w przypadku rzekomego poparcia dla swoich „reform” wymiaru sprawiedliwości – pokaże w „Wiadomościach” TVP wyniki sondażu opinii publicznej: „Czy premier ma sprostować wypowiedź: tak / nie / nie mam zdania”?

Zaciera się w masowej kulturze ponowoczesnej tradycyjne pojęcie dobra i zła – coś, co mieściło się w przedwojennej zasadzie przyzwoitości, do czego wracał Bartoszewski, mówiąc, że „warto być przyzwoitym” – mówi nam prof. Zbigniew Mikołejko, filozof i historyk religii, eseista, kierownik Zakładu Badań nad Religią w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Pytamy o kłamstwo w polityce i w życiu, o iluzje i manipulacje elektoratem. – Proszę zobaczyć, kto się dorwał obecnie do władzy. Tam nie ma ludzi, którzy mają specjalne zasługi dla Rzeczpospolitej, a wręcz przeciwnie: są ludzie, którzy nie brali szczególnego udziału w żmudnym i bolesnym wędrowaniu Polski ku wolności (a często byli po stronie upadłego reżimu), są ludzie mali, wszelkiego rodzaju drobnomieszczaństwo, ludzie rozgoryczeni i rozeźleni, którzy przegrali – często jedynie w swej świadomości – na transformacji.

JUSTYNA KOĆ: Wicemarszałek Senatu Adam Bielan mówi: spowodowaliśmy, że Polska nigdy nie była tak silna na arenie międzynarodowej. Premier przekonuje, że nie było dróg za poprzednich rządów i że sam negocjował wejście Polski do UE, minister edukacji twierdzi, że reforma była bezkosztowa i żaden nauczyciel nie stracił pracy, chociaż samorządy musiały dopłacić miliony zł. Czy kłamstwo opanowało politykę?

ZBIGNIEW MIKOŁEJKO: To rozlewisko kłamstwa rzeczywiście jest przerażające i przynosi na myśl najgorsze wzory dziejowe. Chociaż to, co teraz obserwujemy, jest niebywałe, ponieważ środki, przy pomocy których można rozsiewać kłamstwo, uległy spotęgowaniu. Kiedyś instrumentarium kłamstwa nie miało tylu możliwości przenikania do różnych miejsc, do tylu środowisk, chociażby dlatego, że propaganda radiowa nie dotykała wszystkich w czasach nazizmu czy sowietyzmu, bo nie każdy np. miał radio.

Dziś natomiast – czy chcemy tego, czy nie – żyjemy w takiej wirtualnej powięzi, gdzie kłamstwo dopada nas w najgłębszym naszym przytulisku. Wystarczy, że otworzymy w domu komputer – i już możemy się znaleźć w przestrzeni kłamstwa.

Podsumowując ten wątek: łatwość dostępu do narzędzi rozsiewania kłamstwa jest tu bardzo ważna, ale zaraz za nią kroczy druga przyczyna.

Ponieważ znaczna część z nas żyje w tej wirtualnej powięzi, to zostaje zatarta granica między tym, co rzeczywiste, a co nie. Sama przy tym technika przekazu informacji nie jest neutralna i wiele osób staje się z tego powodu zagubiona. Po trzecie, drastycznie nam osłabł system edukacji; polska szkoła jest szkołą, która najmniej w skali świata – jak mówią najnowsze badania – uczy literatury, pisania i czytania.

Zatem ludzie – trochę na własne życzenie, bo łatwiej jest być leniwym umysłowo niż pracować intelektualnie – stali się bezbronni wobec kłamstwa. Sztuka czytania literatury i pisania jest przecież sztuką myślenia, poszerzania własnych horyzontów, wyrażania własnych myśli i rozeznania w świecie itd.

Przychodzi mi na myśl przykład faraonów, którzy za pomocą wiedzy o zaćmieniu słońca manipulowali ludem.
To jest właśnie ten mechanizm, który obnaża w powieści „Faraon” Bolesław Prus. To oczywiście przykład literacki, choć ważny i symboliczny, bo doskonale i dramatycznie pokazuje niszczące uderzenie tego, co irracjonalne, nierozumne i mroczne, w to co racjonalne i pożyteczne – także dla ludu, który jednak idzie za tym, co dla niego zgubne, nieszczęsne. To gorzki obraz z książki Prusa, ale znamy przecież podobne przypadki z historii. Jest ich bardzo wiele. I dziś zresztą obserwujemy ten sam mechanizm, nie tylko w Polsce.

Ludzie bowiem niekoniecznie idą za tym zawsze, co dla nich dobre. I ulegając kłamstwu, często działają na własną zgubę, gdyż zostają zmanipulowani. Zresztą to kluczowe słowo; „zmanipulowani” oznacza, że stają się niewolnikami cudzych iluzji.

Panie profesorze, ale jednak człowiek jest istotą rozumną, a pamięć ludzka sięga dalej niż trzy lata wstecz. Chyba ludzie pamiętają, jak jeździło się wtedy po Polsce. A dziś premier mówi, że dróg nie było. Jak to możliwe?
Bo tu mamy jeszcze jeden mechanizm – dość szczególne przełamanie dysonansu poznawczego w tak szerokiej społecznej skali. Ten sam mechanizm wykorzystują zresztą sekty; zrobiłem coś dobrego dla kogoś albo uległem komuś tylko raz i w jednej sprawie – ot, zagłosowałem na rządzącą formację, bo dała mi 500 zł. Teraz więc, żeby zachować twarz i pozory rozumności i bezinteresowności tego własnego czynu, muszę zamknąć oczy np. na daty, fakty, historię, nawet na elementarną prawdę, choćby była ona niepodważalna, jaskrawa i krzyczałaby wniebogłosy. Jeżeli jeszcze do tego wykazałem się jakąś gorliwością w popieraniu owej władzy, to nie mogę nagle powiedzieć, że ona jest kłamliwa i zła. To wszystko dzieje się nie dlatego, że kocham tę władzę, tylko dlatego, że ja sam w pewnym momencie dałem się kupić, raz zwieść, ale nie mogę się do tego przyznać nawet przed samym sobą. I

tylko najtęższe umysły potrafią zrelatywizować swoje poglądy, wysupłać się jakoś z tego wewnętrznego zapętlenia.

W przypadku PiS-u mamy tylko kilka przykładów. Najgłośniejsze to profesorowie Jadwiga Staniszkis i Ryszard Bugaj, którzy popierali oficjalnie PiS, potem zmienili zdanie.
Bo to niezwykle trudne. Możemy to pokazać przez przykład pewnego eksperymentu dotyczącego przełamywania dysonansu poznawczego. Oto pewien niepalący mężczyzna został wprowadzony w stan hipnozy. I poproszono go, aby w piękny, pogodny dzień włożył płaszcz i wziął parasol, wreszcie udał się do odległego kiosku, chociaż miał taki również pod domem. No i kupił tam paczkę papierosów. Został następnie rozbudzony przy powrocie i zaczęto zadawać mu pytania. – Dlaczego kupiłeś papierosy, skoro nie palisz? – No, pomyślałem, że mogą przyjść do mnie goście i któremuś z nich może zabraknąć papierosów…  – A dlaczego jesteś w płaszczu i z parasolem, skoro jest taka ładna pogoda? – No, bałem się, że może zacząć za chwile padać. – A dlaczego udałeś się do dalekiego kiosku, skoro masz pod domem taki sam? – No bo skoro jest taka ładna pogoda, to chciałem się przejść, bo jest taka ładna pogoda…

To jest ten sam mechanizm, z którym mamy do czynienia w życiu zbiorowym – znajdowania pozornie rozumnych uzasadnień dla naszych nierozumnych czynów i wyborów – tylko pokazany na jednostkowym przykładzie.

Powiedział pan, że podobnie narzędziami operują sekty?
Tak, szczególnie te niebezpieczne. Tam zazwyczaj przyszłych, ewentualnych członków prosi się o drobną przysługę, np. przyniesienie paczki – i dopiero wówczas stopniowo zachęca do rozmowy, do wejścia w relacje. I taka osoba często zostaje oddanym członkiem grupy. Na ulicy bowiem trudno kogoś zachęcić, żeby nagle przyłączył się do sekty, której prawdziwe cele są ukryte.

PiS też zresztą nie mówił, że rozwali system, że nie będzie przestrzegał konstytucji. W kampanii więc uśmiechnięta Beata Szydło mówiła o polskich rodzinach i malowała szkołę, a prezydent Duda opowiadał, że będzie prezydentem wszystkich Polaków.

Kolejne kłamstwo.
Zatem – myśli wyborca – skoro już zagłosowałem na PiS lub jego poplecznika, partię Kukiza, czyli PiS dla małolatów (bo to jest bardziej anarchiczny i nieuporządkowany wariant podobnego populizmu) – to cały czas chcę potem sobie i innym udowodnić, że zrobiłem słusznie, że to, co robi PiS, jest racjonalne, służy dobru mojemu i powszechnemu. Nie liczy się wtedy dookolna rzeczywistość z jej prawdą faktów –

liczy się tylko świat wewnętrzny, gdzie za wszelka cenę próbuje się zachować spójność swoich czynów z ocenami moralnymi. I tu jest sedno sprawy.

To musi działać przede wszystkim na elektorat PiS-u, a co z resztą?
Niekoniecznie tylko na elektorat PiS-u, ale też i na ludzi tzw. obojętnych. Skoro bowiem nie zareagowałem na zło, które wokół mnie się działo czy dzieje, na obłudę, agresję i kłamstwo, to muszę to sobie jakoś wytłumaczyć, jakoś się z tym rozliczyć. I tu mamy również znamienny przykład z obszaru psychologii społecznej: głośne ongiś zabójstwo studentki Kitty Genovese, która została brutalnie zamordowana na jednym z amerykańskich kampusów, a ludzie przyglądali się temu z okien, widzieli zbrodnię i nie zareagowali. Później swą obojętność tłumaczyli tym, że Kitty Genovese była zła i grzeszna. Pojawił się nawet artykuł w uniwersyteckiej gazecie, który opisywał ją jako osobę z gruntu niemoralną. Takie zachowanie nazwano „efektem widza”.

Jest to przykład dyfuzji odpowiedzialności, jej rozproszenia, które powoduje, że obojętni obserwatorzy zdarzeń zaczynają szukać usprawiedliwień w kłamstwie. A do tego przychodzą jeszcze źli i bezczelni manipulatorzy, którzy kłamią i „odwracają kota ogonem”, aby osiągnąć rozmaite korzyści – polityczne, emocjonalne, finansowe.

A nawiasem mówiąc, zjawiska interesu emocjonalnego, którego rolę staram się podkreślać od lat, nasza socjologia polityczna nie brała pod uwagę. I dalej właściwie nie bierze – albo bierze ospale. I dopiero badania prof. Gduli nad Miastkiem trochę uwydatniły ów interes emocjonalny. A tymczasem ludzie – różne ich zbiorowości – mają ważne i trwałe interesy emocjonalne, które niekoniecznie są zgodne z interesami ekonomicznymi czy społecznymi. Ba, często są brutalnie sprzeczne z tymi ekonomicznymi czy społecznymi. To oznacza, że na czystkach w Sądzie Najwyższym, w mediach, na represjonowaniu sędziów „ja” nie zyskuje w sensie bezpośrednim żadnych oczywistych, wymiernych korzyści, ale za to odczuwa silnie schadenfreude, „złą radość” z cudzego nieszczęścia.

Polega to na myśleniu: wprawdzie ja sam nie doznaję niczego korzystnego, ale dobrze tak tym sędziom, tym lekarzom, tym dziennikarzynom wyrzuconym z roboty! Taka „zła radość” stanowi bowiem swoistą uczuciową „zapłatę” za moje rzeczywiste czy – dużo częściej – urojone krzywdy.

To typowo polskie?
Typowe dla ludzi małych i niewiele w swoim odczuciu znaczących, a takich pośród nas jest większość. To dotyczyć może zatem tych wszystkich, którzy nie doznali awansu społecznego z różnych przyczyn i dowartościowują się właśnie cudzym nieszczęściem. Tu także jest istotny poziom szkoły. Przed 1989 rokiem szkoła, jakkolwiek nadmiernie represyjna, stawiała jednak wiele wymagań co do nauki i zasad postępowania. Potem jednak mechanizm ten uległ zdecydowanemu i nadmiernemu rozluźnieniu, serwowanemu pod hasłem demokratyzacji.

Oczywiście, proces demokratyzacji był szkole potrzebny, ale przecież nie przez uwolnienie dzieci i młodzieży od poczucia obowiązku, także wobec siebie samych – od obowiązku nauki, zdobywania wiedzy, rozwoju, stawiania sobie wymagań.

Ten proces jeszcze nasilił się poprzez dostępność do szkół wyższych – zatem mamy trzy razy więcej uczelni niż Stany Zjednoczone. W Polsce jest ich bodaj 450, a w USA – 150. No i dziś mamy mniej maturzystów niż miejsc na uczelniach wyższych. Zatarły się więc progi inicjacyjne, czyli trudne i bolesne momenty, które pozwalały wznieść się jednak wyżej, awansować. Wszystkie społeczności miały takie progi inicjacyjne – i kultury pierwotne, i nowoczesne zachodnie.

Aby stać się więc dorosłym mężczyzną czy dojrzałą kobietą, trzeba było przejść przez bolesny – czasem nawet drastyczny – proces. Wówczas dopiero można było stać się członkiem wyższej grupy społecznej, zwiększyć swe prawa (ale i obowiązki): przejść z kategorii chłopców do kategorii mężczyzn, z kategorii dziewcząt do kategorii kobiet.

Społeczeństwa zachodnie ukształtowały natomiast system inicjacyjny oparty na edukacji szkolnej. Progiem była choćby matura, zwana kiedyś nie bez powodu „egzaminem dojrzałości”. Jeśli więc manipulujemy przy tym progu, łagodzimy go czy niwelujemy, to stawiamy coraz niższe warunki dojrzałości – intelektualnej, emocjonalnej, kulturowej – społeczeństwu. A z drugiej strony coś, co nie wymaga wysiłku, jest nisko cenione. Za tym idzie prosta prawda, że tego, czego nie ma systemie szkolnym, nie ma i w mentalności powszechnej. W obliczu zdegradowania progów inicjacyjnych nie ma się więc co dziwić, że zbiorowości naszej tak brakuje nie tylko elementarnej wiedzy o świecie, wiedzy historycznej, ekonomicznej, prawnej, ale też rozeznania w rzeczywistych hierarchiach wartości, właściwych zasadach egzystencji społecznej i normach moralnych.

Na dodatek brak usankcjonowanej społecznie inicjacji bywa często spontanicznie kompensowany – co obserwujemy nie tylko w szkołach, ale i w wielkich korporacjach – przez tzw. inicjację dziką, drastyczną i nieuporządkowaną.

Czyli sami na to zapracowaliśmy?
Środowiska liberalne i lewicowe, rządzące nami po 89 roku, same zgotowały sobie taki los. Zbudowały bowiem fałszywą paideię, pozorny system wychowania i nauki. Dziś zatem dyplom renomowanej uczelni jest porównywany z dyplomem uczelni, która jest skrzyżowaniem „szkoły pod żaglami” z akademią Lata z Radiem.

Zaciera się ponadto w masowej kulturze ponowoczesnej tradycyjne pojęcie dobra i zła – coś, co mieściło się w przedwojennej zasadzie przyzwoitości (do czego wracał Bartoszewski, mówiąc, że „warto być przyzwoitym”).

No i

kultura kłamstwa jest też kulturą pogardy.

Proszę więc zobaczyć, kto się dorwał obecnie do władzy. Tam nie ma ludzi, którzy mają specjalne zasługi dla Rzeczpospolitej, a wręcz przeciwnie: są ludzie, którzy nie brali szczególnego udziału w żmudnym i bolesnym wędrowaniu Polski ku wolności (a często byli po stronie upadłego reżimu), są ludzie mali, wszelkiego rodzaju drobnomieszczaństwo, ludzie rozgoryczeni i rozeźleni , którzy przegrali – często jedynie w swej świadomości – na transformacji. I oto właśnie ci ludzie, dzięki fatalnie skonstruowanemu mechanizmowi wyborczemu i kłamstwu, zyskali nagle władzę – nad mądrzejszymi, bardziej pracowitymi i zasłużonymi, nad tymi, którzy mają nierzadko piękne, heroiczne karty. Rozkoszują się więc taką władzą, bo wszystko mogą. To jest rodzaj władzy absolutnej i absolutnej bezkarności – bo nie ma takiego mechanizmu, który zabroni kłamać i za to ukarze.

Waldemar Mystkowski pisze o ojkofobii i kaczofobii.

Jarosław Kaczyński niczym tsunami wzbudził falę ojkofobii, która związana jest jednak z jego osobą i winna się nazywać właściwie – kaczofobią.

Ojkofobia rozlała się szerokim nurtem po Polsce i Polakach. Zdaje się, że dotyczy w głównej mierze tego, który ten termin upowszechnia – Jarosława Kaczyńskiego. Otóż prezes Kaczyński zaskarżył Lecha Wałęsę o to, że ten powiedział, iż prezes jest mimowolnym sprawcą katastrofy smoleńskiej, bo telefonicznie ponaglał brata Lecha do lądowania w Smoleńsku, a oprócz tego Wałęsa sugerował niedyspozycję psychiczną prezesa.

Wydawałoby się, że Kaczyński powinien w te pędy lecieć do sądu, gdy już wyznaczono termin rozprawy, lecz nadsyłał usprawiedliwienia, iż jest chory na kolano (acz nie na głowę). Wałęsa upierał się, że Kaczyński kłamie, bo w tym czasie bywał w górach (zdjęcia publikował Joachim Brudziński), a także obwożono go w ruchomym cyrku kampanii wyborczej PiS, aby wygłaszał krótkie przemówienia jako dyrektor pisowskiej menażerii i na dowód, że daleko mu do mauzoleum. Jednak prezes padł, znowu powędrował do szpitala leczyć kolano. Niestety, pojawił się kolejny termin, Kaczyński bohatersko wziął sobie to na klatę i zlecił metodę telekonferencji, stosowaną na świecie w szczególnych wypadkach, gdy przesłuchiwano bossów mafii.

Do zdalnego przesłuchania nie doszło, bo sprzęt też dostał ojkofobii, po prostu zwyczajnie padł, odmówił posłuszeństwa. Ojkofobia zdaje się, że dotknęła też Andrzeja Dudę, który został złapany na dalekim forum ONZ w Nowym Jorku, gdzie gęba mu się śmiała, bo udało mu się przysiąść do Donalda Tuska. Nie dziwię się Dudzie, który spotyka się zewsząd z ostracyzmem, a gdy zobaczył rodaka, to nie mógł powstrzymać się od pozytywnych emocji i dał temu upust z dala od kraju dotkniętego nie tylko ojkofobią.

Radość Dudy może mieć kilka den. Jedno z pytań może brzmieć – ciekawe, z kogo się naśmiewali Tusk i Duda, a jeszcze ciekawsze, czy ten ktoś będzie zadowolony… tym bardziej, że cierpi na kolano. Powyższe pytanie sformułował Roman Giertych.

Marek Migalski zaś postrzega inaczej: Tusk spalił Dudę, bo jeśli ktoś na tych uśmiechach stracił, to przecież Duda, nie Tusk, a zatem prezydent dał się podejść jak dziecko. Ale może być jeszcze inaczej. Duda nie daje już rady w kraju, być prezydentem to nie na jego brzemię. Może przeczytał „Fakt”, w którym piszą, że w wyborach prezydenckich Kaczyński nie wystawi jego, a Mateusza Morawieckiego.

I z kogo się śmiali? Rzecz jasna z prezesa, a Tusk ponadto ze swego byłego doradcy Morawieckiego. Każdy śmiałby się w Nowym Jorku, gdyby uświadomił sobie, jak w kraju męczą się w rynsztoku kłamstw Morawiecki z Kaczyńskim.

Zaś zupełnej ojkofobii dostał Naczelny Sąd Administracyjny, który nakazał wstrzymanie wykonania uchwały Krajowej Rady Sądownictwa z wnioskami o powołanie sędziów Sądu Najwyższego do Izby Karnej SN.

Gdyby ojkofobia miała siłę kołka osikowego, to już mielibyśmy do czynienia z końcem chorych emocji godnych horroru, które wzbudził prezes Kaczyński. Wywołał do tablicy najwyższe gremia władzy sądowniczej, a te postanowiły, iż Zgromadzenia Ogólne sędziów dwóch izb Sądu Najwyższego zgodnie z nową ustawą o Sądzie Najwyższym zebrały się w celu wyboru następców swoich odesłanych w stan spoczynku prezesów Stanisława Zabłockiego i Józefa Iwulskiego. Efekt – sędziowie stwierdzili, że obaj nadal są prezesami izb.

Czyli ta pseudo reforma sądownictwa dokonana przez PiS jest guzik warta, oto legła w gruzach. Władza sądownicza działa zgodnie z zaleceniami Komisji Europejskiej. W kraju prezes Kaczyński niczym tsunami wzbudził fale ojkofobii, która związana jest jednak z jego osobą i winna się nazywać właściwie – kaczofobią. Oj, kaczyzm nie podoba się nam i władzom unijnym, bo to po prostu swojska odmiana autokracji, która jest obca zachodnim wartościom.

>>>

Morawiecki musi przeprosić Platformę Obywatelską

PiS przegrywa w sądzie. Sąd apelacyjny nakazuje Mateuszowi Morawieckiemu przeprosiny Koalicji Obywatelskiej za wypowiedź o drogach

Sąd Apelacyjny zdecydował dziś, że Mateusz Morawiecki będzie musiał przeprosić za swoją wypowiedź, która padła podczas spotkania z mieszkańcami woj. lubuskiego – podaje TVN24. Premier powiedział wówczas, że za rządów PO „nie było ani dróg, ani mostów”.

W sprawie chodzi o wypowiedź Mateusza Morawieckiego do mieszkańców Świebodzina. Premier pytał zgromadzonych o to, czy pamiętają „jak poprzednicy PiS mówili: budujmy mosty i drogi, a nie politykę”. – Nie było ani dróg, ani mostów – stwierdził szef rządu.

W poniedziałek Sąd Okręgowy w Warszawie postanowił oddalić wniosek PO przeciwko Mateuszowi Morawieckiemu. Zdaniem sądu wypowiedź premiera miała absolutnie charakter agitacji wyborczej. – To spotkanie bez wątpienia miało charakter spotkania wyborczego. Były hasła i obietnice wyborcze. Ewidentnie miało to charakter wyborczy – przyznał sędzia. Sąd wskazał jednak, że wypowiedź premiera to „opinia uczestnika i jest to jego zdanie o charakterze ocennym”. – Sąd podziela argumentację językową pełnomocnika uczestnika, że to był chwyt retoryczny – dodał sędzia Tukaj.

„Retoryka wyborcza” ma swoje granice.

>>>

Jak PiS chce orżnąć w wyborach samorządowych

PiS ma sposób jak orżnąć w wyborach samorządowych w Warszawie

Już 2,2 tysiące osób wpisało się w tym roku do rejestru wyborców w Warszawie – informuje „Rzeczpospolita”. To osoby, które nie są zameldowane w stolicy, ale twierdzą, że w niej mieszkają. Gazeta podaje, że kilka tygodni temu otrzymała informację o rozważanym przez jeden ze sztabów wyborczych pomyśle zwożenia do Warszawy wyborców autokarami w dniu wyborów.

By wpisać się do rejestru wyborców w danej gminie teraz wystarczy jedynie oświadczenie, że się w niej mieszka. Wniosek można przesłać drogą elektroniczną, wypełniając formularz ze strony Ministerstwa Cyfryzacji.

Informator „Rzeczpospolitej” kilka tygodni temu przekazał gazecie, że w sztabie jednego z kandydatów na prezydenta stolicy rozważany jest pomysł legalnego „pomnożenia” wyborców. Jak mówił, w dniu wyborów mieli być zwożeni do lokali wyborczych.

Jak przypomina „Rz”, „mnożenie wyborców” nie jest nowością. Przed ostatnimi wyborami w 30-metrowej kawalerce miało mieszkać 45 osób – wszyscy byli zarejestrowani jako wyborcy.

Rzecznik Praw Obywatelskich chce wiedzieć, jakimi przesłankami kierowali się rzecznicy dyscyplinarni, wzywając sędziów na przesłuchania. Przypomnijmy, że w ubiegłym tygodniu przesłuchiwani byli sędzia Ewa Maciejewska z Łodzi, która zadała pytanie prejudycjalne do Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawie niezawisłości sędziowskiej w kontekście wprowadzanych przez PiS zmian, rzecznik prasowy Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia” sędzia Bartłomiej Przymusiński, sędzia Igor Tuleya z Sądu Okręgowego w Warszawie, prezes Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia” sędzia Krystian Markiewicz. Monika Frąckowiak z poznańskiego sądu rejonowego wezwana została na przesłuchanie przez rzecznika dyscyplinarnego przy Sądzie Okręgowym w Poznaniu. Jej wezwanie miało związek z wystąpieniami w mediach oraz podczas manifestacji w obronie sądów. Po szczegóły przesłuchań w dwóch artykułach: „Sędzia z Łodzi, która wysłała pytanie do TSUE, przesłuchana przez rzecznika dyscyplinarnego” oraz „Sędzia Tuleya: „Trzymamy się mocno i nie zrobimy ani jednego kroku w tył”.

Zastępca RPO Stanisław Trociuk w pismach skierowanych do rzeczników dyscyplinarnych pyta też, kto podjął decyzję o wezwaniu sędziów na przesłuchania. Przypomina, że zgodnie z Prawem o ustroju sądów powszechnych, rzecznik dyscyplinarny podejmuje czynności wyjaśniające na żądanie ministra sprawiedliwości, prezesa sądu apelacyjnego lub okręgowego, kolegium sądu apelacyjnego lub okręgowego, Krajowej Rady Sądownictwa, a także z własnej inicjatywy – po wstępnym ustaleniu okoliczności koniecznych dla stwierdzenia znamion przewinienia dyscyplinarnego.

Zdaniem RPO, działania rzeczników dyscyplinarnych mogą prowadzić do wywołania efektu mrożącego, polegającego na „zniechęceniu tych oraz innych sędziów do udziału w przyszłości w debacie publicznej na temat reform ustawodawczych dotykających sądownictwa i bardziej ogólnie – problemów związanych z zapewnieniem niezależności sądów”. Rzecznik zwrócił też uwagę, że według Traktatu o funkcjonowaniu UE polscy sędziowie mają prawo zadawać pytania TSUE, jeżeli mają wątpliwości wobec danego aktu prawnego.

Schetyna o spotkaniu z Merkel: Takie spotkania są potrzebne, też pokazują, że polska polityka jest ważna dla najważniejszych polityków w Europie

– Nie spotykałem się za niczyimi plecami. Miałem otwarte spotkanie z panią kanclerz Angelą Merkel, z szefową CDU, partii siostrzanej dla Platformy Obywatelskiej, dla Polskiego Stronnictwa Ludowego. Razem jesteśmy w Europejskiej Partii Ludowej. Rozmawialiśmy o wielu rzeczach, które są dzisiaj ważne w polityce europejskiej, przede wszystkim o wyborze kandydatów przy szczycie, który będzie w Brukseli w połowie października, potem o szczycie, który będzie w Helsinkach i decyzji na temat najważniejszych funkcji w strukturach europejskich. Jak będziemy budować tę personalną, także personalną politykę Europejskiej Partii Ludowej w Unii Europejskiej. Uważam, że takie spotkania są potrzebne, też pokazują, że polska polityka jest ważna dla najważniejszych polityków w Europie – mówił Grzegorz Schetyna na konferencji prasowej.

>>>

W Olsztynie prezes spróbował zdefiniować patriotyzm, który staje przeciw literze prawa. To raczej znamy, bo dla Kaczyńskiego niepatriotyczna jest Konstytucja, zwłaszcza w tych miejscach, które nie są zgodne z jego wolą. Na Warmii i Mazurach prezes napadł na sędziów, którzy zgodnie z prawem rozstrzygali spory, co do praw własności. Na tych terenach zaszłości właścicielskie dotyczą autochtonów, którzy nie zawsze wybrali Polskę, a dzisiaj dochodzą swych praw ojcowizny.

Dotyczy to niewielkiej grupy osób, wielu autochtonów długo przebywało w Polsce po 1945 roku, niektórzy zrazili się do nas, albo zostali przepędzeni urzędniczym ostracyzmem, dzisiaj dochodzą swoich praw własności. I o tym rozstrzyga sąd.

To Kaczyńskiemu się nie podoba. Sędziowie mają stać na straży woli prezesa, a nie prawa, więc zostali oskarżeni o „nienawiść do własnej ojczyzny, własnego narodu”. A przy okazji Kaczyński na nowo wzbudza resentyment niemiecki. Warmia i Mazury to wszak dawne Prusy Wschodnie, Borussia.

Kaczyński uzyskał trzy w jednym. Wylał pomyje na sędziów, wskazał zagrożenie niemieckie, a w związku z tym unijne, bo Unia nie jest patriotyczna, gdyż przestrzega porządku prawnego.

>>>

Post Navigation