Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Ordo Iuris”

Kołtun Elżbieta Witek

Kmicic z chesterfieldem

Wchodzimy w decydujące momenty dla naszego kraju. Albo demokracja w Polsce powróci do obowiązujących standardów w Unii Europejskiej, albo nastąpi to, co najgorsze – Polexit, a w jakiejś perspektywie utrata niepodległości.

PiS zniszczył nam ojczyznę, jest jednak ona do odbudowania, myślę o prestiżu i godnym miejscu w Europie.

Skierowanie przez Komisję Europejska do Trybunału Sprawiedliwości UE w Luksemburgu o zastosowanie  wstrzymania w Polsce działania ustaw sądowniczych, które są kagańcem na wolność władzy sądowniczej, są radykalnym krokiem Brukseli.

Sytuacją mamy albo-albo. Albo demokracja, albo autokracja.

„Komisja zwróci się do Trybunału Sprawiedliwości UE o zarządzenie środka tymczasowego ws. reżimu dyscyplinarnego dla sędziów” – ogłosiła KE po spotkaniu komisarzy 14 stycznia. Środkiem ma być zawieszenie funkcjonowania Izby Dyscyplinarnej SN. „Jeśli TSUE się zgodzi, postępowania w Izbie powinny zostać wstrzymane” – tłumaczy dr hab. Piotr Bogdanowicz z UW.

„Kolegium komisarzy dało zielone światło służbom prawnym Komisji, by wnioskowały do TSUE o zarządzenie tzw. środka…

View original post 558 słów więcej

 

Polexit

Kmicic z chesterfieldem

Kogo ewentualnie miałby na myśli wielki Honore de Balzac, gdy pisał o zerach poprzedzających nazwisko.

„Niektóre istoty są jak zera. Trzeba im cyfry, która by ich poprzedzała, a wówczas nicość ich nabiera dziesięciokrotnej wartości.”.

Najlepszy plan posegregowania śmieci.

Tomasz Sakiewicz i media, którymi kieruje, rozpoczęły kolejną ohydną kampanię. Tym razem jej celem ma być szkalowanie marszałka Senatu Tomasza Grodzkiego.

Ta obrzydliwa akcja ma polegać na wysyłaniu marszałkowi kopert. Nagonka na prof. Grodzkiego od kilku tygodni trwa też w kontrolowanych przez PiS państwowych mediach.  – „We wtorek na konferencji prasowej obnażę kłamstwa i pokażę, że to nie jest atak na doktora Grodzkiego, który przez 36 lat lekarskiej praktyki nie miał najmniejszej sprawy o naruszenie etyki czy korupcję. To atak na polski Senat i funkcję marszałka” – zapowiedział w „Gazecie Wyborczej” Tomasz Grodzki.

– „Obrzydliwe. Szczujecie na człowieka. Mało wam śmierci Adamowicza? Jak można tak kłamać, niszczyć czyjeś życie, bez grama dowodów?!”…

View original post 1 868 słów więcej

 

Miernota Rydzyk

Kmicic z chesterfieldem

16 księży archidiecezji gdańskiej w oświadczeniu wysłanym do nuncjusza apostolskiego w Polsce abpa Salvatore Pennacchio potwierdziło prawdziwość informacji zawartych w reportażu TVN24 „Czarno na białym” na temat metropolity gdańskiego Sławoja Leszka Głódzia. „Ksiądz o abp Głódziu: „Publiczne poniżanie – on jest w tym naprawdę niezły”.

W swoim oświadczeniu duchowni wyrażają gotowość powtórzenia zarzutów wobec abpa Głódzia nuncjuszowi apostolskiemu w Polsce. Mówią o publicznym poniżaniu przez metropolitę gdańskiego, wymuszaniu pieniędzy i ubliżaniu im za zbyt niskie datki.

Nazwiska 16 księży zostały podane do wiadomości nuncjusza. Treść oświadczenia przekazano też do wiadomości Sekretariatu Przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski.

Z reportażu TVN24 wynikało, że składane wcześniej przez księży skargi na postępowanie Głódzia pozostały bez echa. Nie zareagował na nie ani poprzedni, ani obecny nuncjusz  apostolski w Polsce.

– „W tym wypadku tylko systematyczna akcja typu: nie idziemy do kościoła (i nie dajemy na tace i inne) wywoła jakiś efekt, na reakcję z…

View original post 489 słów więcej

 

Kaczyńskiemu gnije interes zakłamywania historii

Więcej >>>

Rozmowy w Magdalence pod Warszawą były spotkaniami władz Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej z przedstawicielami NSZZ “Solidarność”. Celem rozmów było przygotowanie do obrad Okrągłego Stołu. W mitologii Prawa i Sprawiedliwości oraz szeroko rozumianej prawicy, Magdalenka była symbolem zdrady narodowej i tworzenia się nowego układu poskomunistycznego oraz przygotowaniem miękkiego lądowania dla komunistów.Rozmowy nazywane są też współczesną Targowicą albo konfederacją założoną przez grupę interesów z ówczesnym wrogiem.

Wszelkie związki z Magdalenką braci Kaczyńskich są skrzętnie wykreślane z historii przez prorządowych publicystów. Zdjęcia, na których Lech Kaczyński pije wódkę dorobiły się już teorii o sfabrykowaniu, a świadczący obecnie swoje usługi dla TVP Cezary Gmyz ogłosił, że nie było na taśmach z Magdalenki ani jednego kadru, na którym były prezydent pił mocny trunek. Pisanie historii na nowo przez obóz rządowy i powiązane z nim media idzie pełną parą, jednak czasami fakty po prostu nie dają się zakrzyczeć.

Dzisiejsza Rzeczpospolita publikuje znalezioną w amerykańskich archiwach korespondencję Czesława Kiszczaka z Lechem Kaczyńskim. List pochodzi z 2002 roku i został wysłany dwa dni po wyborze brata Jarosława Kaczyńskiego na prezydenta Warszawy. Generał złożył serdeczne życzenia z okazji wyboru na prezydenta. Napisał też, że szperając w szufladach znalazł trochę zdjęć z rozmów w Magdalence, które utorowały drogę do Okrągłego Stołu i przemian ustrojowych w Polsce – “Pozwalam sobie je Panu przekazać. Niechaj klimat tych spotkań i obrad towarzyszy Panu w Jego dalszej służbie Ojczyźnie” – napisał Czesław Kiszczak.

Odpowiedź Lecha Kaczyńskiego została wysłana tuż przed świętami Bożego Narodzenia w bardzo kurtuazyjnym tonie, podkreślająca ważną wartość osobistą przesłanych zdjęć oraz przyjemność z tego miłego gestu. Na końcu listu były prezydent, jak do dobrego znajomego i starego kumpla napisał – “Bardzo proszę przyjąć moje podziękowania, a przy okazji nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia życzę zdrowia, spokoju i wielu dobrych chwil w Nowym Roku”.

Gdyby nie zbudowano całej prawicowej piramidy obalającej rozmowy w Magdalence, można by napisać o Lechu Kaczyńskim, jako osobie szanującej swoich przeciwników. Sęk w tym, że korespondencja z Czesławem Kiszczakiem pokazuje, jak bardzo aktywnie były prezydent uczestniczył z paktowaniu z upadającym systemem, a to się nieprawdopodobnie kłóci z opowieścią o największej zdradzie w historii Polski. To czarny czwartek dla całej formacji Jarosława Kaczyńskiego oraz publicystów, którzy od lat zamazują rolę Lecha Kaczyńskiego. Te zdjęcia z hukiem przebijają balon próby wdrożenia w życie największego oszustwa historycznego, jakie PiS próbowało zaaplikować nowym pokoleniom Polaków.

Więcej >>>

Depresja plemnika

„6 stycznia ogłosimy projekt dotyczący rozdziału Kościoła od państwa. W Konstytucji jest zapisany rozdział Kościoła od państwa. Doskonale wiemy, że zupełnie nie jest to przestrzegane, dlatego niektóre zapisy trzeba będzie wzmocnić, niektóre trzeba będzie wprowadzić jako nowe rzeczy” – poinformowała w Radiu RMF FM przewodnicząca Inicjatywy Polska Barbara Nowacka. Zapowiedziała zbieranie podpisów pod projektem tej ustawy.

Według Nowackiej, Polacy coraz częściej mówią o rozdziale Kościoła od państwa. – „Społeczeństwo chce uciąć finansowanie Kościoła, chce wyprowadzenia religii ze szkół lub jej niefinansowania. To są coraz głośniejsze postulaty… Rozliczenia przestępstw dokonywanych chociażby przez księży-pedofilii” – argumentowała szefowa Inicjatywy Polska.

Nowacka dodała, że w pracach nad projektem współpracuje z Nowoczesną, która  „też jest bardzo zainteresowana rozdziałem Kościoła od państwa” – stwierdziła Nowacka.

A miała przecież zamilknąć, a przynajmniej się wyciszyć… Jednak Krystyna Pawłowicz po raz kolejny nie wytrzymała. – „To chamstwo lewackie zgłoszę do sejmowej Komisji Etyki” – poinformowała na Twitterze posłanka…

View original post 722 słowa więcej

 

Dudę należy przebadać. Jest psychicznie wybitnie niestabilny

Wybitna pisarka Maria Nurowska zaleca przebadanie Dudy.

W czasie śledztwa dotyczącego marca 1968 r. Antoni Macierewicz obciążył w zeznaniach cztery osoby – wynika z ustaleń autorów biografii byłego szefa MON.

Książkę „Antoni Macierewicz. Biografia nieautoryzowana” wydaje wydawnictwo „Znak”. Z ustaleń autorów wynika, że w trakcie śledztwa po marcu 1968 r. Macierewicz obciążył w swych zeznaniach cztery osoby. Chodzi o kolegów z opozycyjnej działalności studenckiej: Wojciecha Onyszkiewicza (późniejszego założyciela KOR), Piotra Bachurzewskiego (pasierba prof. Władysława Bartoszewskiego), a także Elżbietę Bakinowską, córkę Stefana Bakinowskiego, w czasie wojny żołnierza Armii Andersa, później współtwórcy i redaktora katolickiego miesięcznika „Więź”, oraz doc. Henryka Samsonowicza, dziś emerytowanego profesora historii.

Macierewicz ujawnia szczegółowe okoliczności przygotowywania i kolportowania ulotek w okresie marca 1968 r. z Onyszkiewiczem i Bachurzewskim. Szczególnie niekorzystne zeznania dotyczą Onyszkiewicza. Macierewicz zeznaje, że Wojciech przechowywał u niego 800 ulotek pt. „Robotnicy” przeznaczonych dla pracowników fabryk. Mówi, że schował te ulotki do szafki pod oknem, miało być na jeden dzień, wyszło na trzy albo cztery.

To bardzo poważny zarzut. Władza wyjątkowo negatywnie patrzy na kontakty opozycji z robotnikami. Podprokurator Lewandowska pisze: „18 czerwca na podstawie wyjaśnień Macierewicza Wojciech Onyszkiewicz stanął pod zarzutem popełnienia przestępstwa z art. 170 kodeksu karnego”. Przepis mówi, że kto „rozpowszechnia fałszywe informacje mogące wywołać niepokój publiczny”, podlega karze do dwóch lat więzienia.

O tym, że Macierewicz mógł świadomie szkodzić kolegom, świadczą zeznania przebywającego z nim w celi agenta o kryptonimie „Krzysztof”.

„Wracając do sprawy ulotek wzywających do strajku, Macierewicz powiedział mi, że ujawnił drugą osobę mającą związek z tą sprawą, a mianowicie Piotra. Macierewicz opowiadał, że w trakcie i po składaniu wyjaśnień, którymi obciąża kolegów, stara się specjalnie stworzyć wrażenie wstrząsającego go przeżycia tego faktu, chcąc zachować wobec oficera śledczego «twarz»”.

Oprócz Onyszkiewicza i Bachurzewskiego, Macierewicz obciąża podczas swoich przesłuchań jeszcze dwie inne osoby: Elżbietę Bakinowską i docenta Henryka Samsonowicza. Potwierdza, że Bakinowska na jego prośbę ukrywała maszynę do pisania, na której sporządzał ulotki. Tymczasem ona sama, zgodnie z przyjętą wcześniej wersją, twierdziła, że maszynę kupiła na bazarze. Macierewicz mówi też o ukrywanych przed SB swoich kontaktach z doc. Samsonowiczem.

Na zeznania Macierewicza kilka lat temu natknął się profesor Andrzej Friszke, gdy zbierał materiały do książki „Anatomia buntu. Kuroń, Modzelewski i komandosi”. Treść dokumentów go zaskoczyła.

– Jego postawa w śledztwie jest nietypowa – mówi nam profesor Friszke. – Macierewicz składał zdecydowanie zbyt obszerne zeznania, ale to w marcu 1968 roku nie było niczym wyjątkowym. Większość aresztowanych studentów mówiła wtedy za dużo. Cóż, byli młodzi, chcieli się zapewne w ten sposób ratować. Jednak Macierewicz zdradzał wątki, o których bezpieka nie mogła mieć wiedzy. Dotyczy to ulotek, które mieli kolportować Onyszkiewicz i Bachurzewski, ale też wątku maszyny do pisania. W ten sposób wsypał trzy osoby: Onyszkiewicza, Bachurzewskiego i Bakinowską. Onyszkiewiczowi wystarczyło na ukręcenie aktu oskarżenia. Zeznania Macierewicza obciążyły też docenta Henryka Samsonowicza, choć w tym przypadku jestem skłonny uznać, że wielkiej szkody mu nie wyrządziły. 

Zaskakujące jest także to, że obciążając innych, w zasadzie nie odciąża siebie. „Logika sypania” w śledztwie jest zwykle taka: zrzucę część winy na innych, w zamian uzyskam łagodniejszy wymiar kary. Macierewicz tego nie robi. Ujawniając „grzechy” innych, nie wybiela siebie.

W 2010 r. profesor Friszke wydaje książkę „Anatomia buntu”. Kilka akapitów poświęca Macierewiczowi i jego zeznaniom obciążającym Wojciecha Onyszkiewicza. Macierewicz wpada w panikę. Zapewnia Wojciecha, że jego zeznania nie wyszły poza to, co SB już o nim wiedziało. Pod wpływem presji Onyszkiewicz wydaje oświadczenie, w którym usprawiedliwia Antoniego. Antek proponował, żebym opublikował konkretny tekst, ale ja go mocno zmieniłem – wspomina Onyszkiewicz. – Pisanie oświadczenia to był dla mnie duży stres. Przekaz był mniej więcej taki: to ja sypnąłem na Antka, a nie odwrotnie.

Macierewicz upowszechnia tekst Onyszkiewicza, gdzie się da. Ale z Onyszkiewiczem kontaktuje się wtedy profesor Friszke. Pokazuje nieznane Onyszkiewiczowi dokumenty. Wynika z nich, że wbrew swoim zapewnieniom Macierewicz mówił funkcjonariuszom dużo. I że były to rzeczy mocno obciążające.

– Rozmowa z Onyszkiewiczem w 2010 roku nie była łatwa – opowiada prof. Friszke. – To prawda: on w śledztwie prawdopodobnie powiedział o dwa zdania za dużo. Śledczy, zgodnie ze swoimi regułami, przytoczyli zapewne te słowa Macierewiczowi tak, by ten odniósł mylne wrażenie, że przyjaciel go zdradził. Odpowiedzią były jednak tak szczegółowe zeznania dotyczące Wojciecha, że można to wyjaśnić chyba tylko chęcią zemsty.

Znacznie gorsze wydaje mi się jednak to, co dzieje się później. Macierewicz wychodzi z więzienia i przez kolejne pięćdziesiąt lat przedstawia się w oczach przyjaciela jako jego ofiara. Podtrzymuje w Onyszkiewiczu poczucie winy, wzbudza nieprawdziwe przekonanie, że ten, w chwili próby, nie zdał egzaminu. Przepraszam, być może wyjdę z roli chłodnego historyka, ale dla mnie to moralnie obrzydliwe.

Onyszkiewicz nie lubi wracać do sprawy. Mówi, że postawę Antoniego trzeba oceniać przez pryzmat późniejszych zasług, które są przecież niepodważalne. – Przez lata sytuacja była dla mnie czarno-biała: ja jestem sprawcą, Macierewicz ofiarą.Dziś wiem, że Andrzej Friszke miał prawo napisać to, co napisał.

Te wybory samorządowe będą inne, niż wszystkie, które odbywały się w Polsce od 1990 roku, czyli od czasu, kiedy demokratyczny samorząd w ogóle w Polsce powstał. W PRL samorządy były tylko „lokalną emanacją Partii”. Reforma samorządowa i pierwsze demokratyczne wybory do samorządu wszystkich szczebli w maju 1990 roku były pierwszymi w pełni wolnymi wyborami, w jakich Polacy mogli głosować po pół wieku „realnego socjalizmu”. Dopiero rok później zagłosowaliśmy w pierwszych w pełni wolnych wyborach do Sejmu i Senatu RP.

Przez następne 30 lat samorząd stał się w Polsce codziennością. Miał swoje gwiazdy, wielokadencyjnych prezydentów miast czy wójtów, ludzi spod różnych znaków, wybieranych nie ze względu na partyjne logo, ale dzięki zdolności zarządzania gminą czy miastem. Miał też swoje skandale. W jednych samorządach rządziły partie, w innych lokalni liderzy, ale wszędzie władza samorządowa była bliżej obywatela i lepiej przez obywatela kontrolowana. Tak przynajmniej uważali Polacy i Polki, we wszystkich sondażach, od blisko trzydziestu lat.

Rzeczpospolita niesamorządna

Jednak wybory samorządowe 2018 roku to nie będzie walka o to, kto będzie kontrolował samorząd. Ale będzie to walka o to, czy samorządność w Polsce w ogóle przetrwa – jako zasada ustrojowa, jako codzienna praktyka rządzenia.

Jarosław Kaczyński przemawiając na konwencji otwierającej kampanię PiS przed wyborami samorządowymi rzucił typowe dla siebie hasło, będące jednocześnie autorytarnym szantażem i kłamstwem. Zapytał: „czy chcemy takich samorządów, które będą wojowały, warczały na rząd?”.
Czemu to autorytarny szantaż? Dlatego, że każda autorytarna partia, każdy autorytarny władca uważają, że jedynym przepisem na „spokój”, na „zakończenie konfliktu”, jest oddanie im całej władzy – w państwie i w społeczeństwie. Kaczyński mówi Polakom, że dopóki w kraju pozostanie choćby jedna instytucja nie przejęta przez PiS – w polityce, w gospodarce, w kulturze, na szczeblu centralnym, w samorządach – tak długo będzie „warczenie”, „wojowanie”, „konflikt”.

Dlaczego jednak słowa Kaczyńskiego są kłamstwem? Otóż on mówi o „samorządach warczących na rząd”, podczas gdy od trzech lat to rząd – najpierw Szydło, później Morawieckiego, ale zawsze na rozkaz Kaczyńskiego – nie tylko warczał na samorządy, ale próbował je zagryźć. Wszędzie tam, gdzie na poziomie lokalnym nie rządziło PiS, a PiS na poziomie lokalnym nie rządziło prawie nigdzie, rząd zabierał samorządom pieniądze, odbierał im kompetencje. Przez trzy lata w urzędach miast, gmin i województw grasowali prokuratorzy Ziobry i agenci Kamińskiego. Od samorządowców żądano dokumentów z ostatnich kilkunastu lat, przeprowadzano nieustanny „audyt”, blokowano pracę urzędników, blokowano podpisywanie umów na wykorzystanie środków unijnych. Mateusz Morawiecki, który o tym wszystkim wiedział kłamał mówiąc, że to samorządy są winne opóźnień w wykorzystania środków unijnych pod władzą PiS. Winny był rząd PiS-u. Winna była prowadzona przez ten rząd totalna obstrukcja na poziomie budżetowym i ustawowym, która miała samorządy zniszczyć, bo nie były PiS-owskie.

W tych wyborach partia Kaczyńskiego nie walczy o władzę w samorządach. Ona walczy z samorządami. I znowu nie ma tu żadnego zaskoczenia. Kaczyński od lat mówił, że niezwisłe sądy będą krępować jego osobistą władzę, więc pierwsze, co zrobi po zdobyciu władzy, to niezawisłe sądy w Polsce zniszczy. Tak właśnie robi. Powtarzał też często, że Unia Europejska utrudnia sprawowanie w Polsce niekontrolowanej władzy, więc kiedy zdobędzie władzę, przeciwstawi się unijnym prawom, normom, instytucjom. Nawet za cenę marginalizacji Polski w Europie. Także tę swoją „obietnicę” realizuje. Jarosław Kaczyński powtarzał także od lat, że reforma samorządowa 1990 roku, a później decentralizujące państwo reformy z czasów rządu Jerzego Buzka to „demontaż państwa”. Samorząd terytorialny to był dla niego „demontaż państwa”, „uszczuplenie władzy”, ponieważ wyobrażenie Kaczyńskiego o władzy to wyobrażenie Władysława Gomułki. Totalna centralizacja, decydowanie o wszystkim. Bycie „wiecznym dyrektorem”, którego Jerzy Dobrowolski genialnie zagrał w komedii Stanisława Barei „Poszukiwany, poszukiwana”. „Wieczny dyrektor”, wieczny sekretarz partii, siedzi w swoim gabinecie w Warszawie i przesuwa miniaturowe makiety szpitali, szkół, żłobków, wieżowców… z miejsca na miejsce, ze środka lasu na środek jeziora i z powrotem. W ten sposób decyduje o wszystkim, w każdym powiecie, w każdej gminie. To jest dla Kaczyńskiego władza, więc samo istnienie samorządu władzę mu odbiera.

Nawet obietnice Mateusza Morawieckiego na kampanię samorządową są Gomułkowskie do bólu. Nie mają nic wspólnego z polską rzeczywistością, z rzeczywistością Samorządnej Rzeczypospolitej istniejącej od trzydziestu lat. Premier obiecuje drogi i chodniki, ocieplenie budynków, place zabaw i ośrodki sportowe. Tymczasem polskie samorządy – wybrane przez Polaków władze miast, powiatów, województw – od kilkunastu lat to właśnie robią. Dzięki funduszom unijnym, które wykorzystują lepiej niż rządy centralne. I dzięki podatkom płaconym na dole, które również wydają zazwyczaj lepiej, niż rząd. Szczególnie rząd PiS, który z tych pieniędzy uwłaszcza swoich partyjnych działaczy na skalę wcześniej w Polsce nieznaną.

Nawet „schetynówki” (drogi lokalne) i „orliki” (boiska w gminach) były – niezależnie od nazw, niezależnie od tego, jaka partia i jaki polityk tym programom patronowały – przede wszystkim dziełem samorządów. PiS przejmując władzę na szczeblu centralnym potrafił tylko te programy sparaliżować – blokując fundusze, rozpoczynając trwający już od trzech lat „audyt”, żeby udowodnić, że polscy samorządowcy to złodzieje, bo nie są z PiS.

Kaczyński, Morawiecki, cała ich partia – mają wyobrażenie Polski jako wielkiego przedpokoju do gabinetu Jarosława Kaczyńskiego na Nowogrodzkiej. Gdzie wszyscy Polacy stoją w niekończącej się kolejce do ucha Prezesa. Stoją w niej także prezydenci polskich miast, marszałkowie województw, wójtowie i radni. A Kaczyński łaskawie „obdarowuje”, „przydziela” – temu plac zabaw, temu chodnik, temu drogę, a ten… nic nie dostanie, bo się Prezesowi nie spodobał. Z taką wizją Polski PiS idzie do wyborów samorządowych. Ale to od nas zależy, czy taką Polskę chcemy po tych wyborach mieć.

Afera taśmowa z restauracji ‚Sowa i Przyjaciele’, która miała miejsce w 2014 roku bez wątpienia miała ogromny wpływ na przegraną PO w wyborach. Komu na tym zależało? Kto skorzystał na wywróceniu demokratycznego i liberalnego, proeuropejskiego rządu? Trop widzie nie tylko do ludzi PiS-u, ale także na wschód do Rosji. Okazało się, że Marek Falenta, główny bohater afery, miał powiązania z ludźmi Putina i rosyjską mafią. Dlaczego nie siedzi w więzieniu?

„Zieliński strzela (zasłużonego) gola Włochom, a my z @ArturZasada świętujemy 5-lecie wyjścia z PO. I jak tu nie lubić piątków/eczków?” – napisał na Twitterze wicepremier i minister nauki w rządzie PiS Jarosław Gowin. Wywołał tym wręcz lawinę komentarzy internautów, z których jeden jest szczególnie celny: – „Przechodząc z PO do PiS podniósł pan średnią IQ w obu partiach”.

Tylko, że w PO był Pan miłą odmianą, a teraz jest Pan przeźroczysty. Jeżeli PiS to partia konserwatywna, to już chyba wolę bolszewików, bo oni nie kłamali, że chcą komunizmu”; – „Żeby Pan nie przeholował z tym świętowaniem, bo może zabraknąć do „pierwszego”; – „A wejścia do PiS-u pan już nie świętuje? Wchodziłem, ale się nie cieszyłem?” – komentowali internauci.

Głos zabrali także politycy PO. – „Jarku my też świętujemy ten dzień” – napisał Sławomir Neumann.

A Borys Budka dodał: – „Jarku, a ja wspominam jak dziesiątki godzin pracowaliśmy w zeszłej kadencji nad reformą procedury karnej, która skracała postępowanie sądowe, a którą wspólnie z prof. Królikowskim firmowałeś swoim nazwiskiem. Tę reformę do kosza wyrzucił Ziobro. Fajnych masz nowych kolegów…”.

 „Mój ulubieniec min. Jarosław Confetti Zieliński postanowił mieszkańcom Suwałk uzmysłowić wojnę i bił z armat o 4 na ranem. Jak dobrze, że nie jest on w rządzie Japonii i nie odpowiada za obchody uroczystości upamiętniających Hiroszimę i Nagasaki…” – napisał Roman Giertych na Twitterze. O tym w artykule „Wiceszef MSWiA Zieliński zorganizował… własne obchody rocznicy wybuchu II wojny światowej”.

Nazwanie Zielińskiego „Confetti” to oczywiście nawiązanie do wydarzeń z listopada 2016 r., kiedy to podczas obchodów Dnia Niepodległości w Augustowie zrzucono na niego z helikoptera konfetti. Wcześniej funkcjonariusze oddziału prewencji z Białegostoku przez wiele godzin cięli nożyczkami białe i czerwone kartony na malutkie kawałki.

Na pytanie internauty, czy Giertych zna osobiście Zielińskiego, były wicepremier odpowiedział: – „Znam. Był moim wiceministrem jeden dzień. I go wywaliłem”. Pojawiły się też inne pytania internautów. – „Ja się zastanawiam, czy oni w PiS-ie mają jakiś konkurs na największy idiotyzm?!”; – A już za kilka dni policjanci mu będą „oddawać honory” w stolicy… Jak on ogarnia te wszystkie imprezy?”.

Tamara Olszewska na koduj24.pl pisze o katolickich łapach.

Czy Polska pod rządami PiS wkracza na drogę państwa wyznaniowego?

Początek roku szkolnego już za nami. Uczniowie uczą się w jakichś wydzielonych pomieszczeniach, bo w budynku szkolnym brakuje miejsca dla wszystkich. Liczba godzin sięga w niektórych przypadkach 40 tygodniowo, lekcje zaczynają się nawet o 6 rano, w podręcznikach coraz więcej treści związanych z religią. Tak właśnie wygląda polska szkoła w drugim roku „deformy” Zalewskiej. Miało być wspaniale, a jest totalny bajzel na kółkach.

Pozwólcie, że dorzucę do tego kolejny „kwiatek” – to „Rodzicielskie Oświadczenie Wychowawcze”. Dech mi zaparło z wrażenia, gdy wpadło ono w moje ręce. Pomysłodawcą jest organizacja Ordo Iuris, która w „Imię Boże” walczy z całym złem Polski, dążąc, by prawo, obyczaje i polska mentalność oparte były tylko na wierze katolickiej, która ma być ponad wszystko. Twórcy skrajnie aborcyjnej ustawy chcą nie tylko bronić życia poczętego, ale i dzieci, które straszny świat naraża na różnego typu bezeceństwa.

I stąd właśnie to oświadczenie. Można je sobie ściągnąć ze strony Ordo Iuris albo wpaść do najbliższej parafii, bo niektórzy księża chętnie je rozprowadzają wśród wiernych. Dostaję sygnały, że już te oświadczenia krążą po szkołach, a nauczyciele, z którymi rozmawiałam, nie kryją zaskoczenia.

Ordo Iuris przekonał część rodziców, że zgodnie z art. 48 ust. 1 Konstytucji (prawa rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami) mogą zabronić szkołom narażania ich potomstwa na to, co według nich, wypaczy dzieciaczkom właściwy sposób myślenia. Stąd nie życzą sobie, by bez ich zgody dziecko było narażone na udział w zajęciach, warsztatach, spotkaniach, pogadankach, odnoszących się do edukacji seksualnej, profilaktyki ciąż i chorób przenoszonych drogą płciową wśród nieletnich, płci „kulturowej” lub „społecznej”, tożsamości płciowej, równości, tolerancji, różnorodności w odniesieniu do płci i seksualności, przeciwdziałania dyskryminacji i wykluczenia w odniesieniu do płci i seksualności, przeciwdziałania przemocy w powiązaniu z tematyką płci, seksualności i rodziny, afirmowania stylu życia subkultur i grup definiujących się w oparciu o takie pojęcia jak tożsamość seksualna lub tożsamość płciowa.

Szkoła ma więc psi obowiązek pytać każdorazowo rodzica, czy jego dziecko może uczestniczyć w tego typu zajęcia, a jak nie, to do sądu i po sprawie. Młodzi prawnicy fanatycy religijni wesprą i pomogą taką szkołę załatwić. Oświadczenie powołuje się na tzw. ochronę dóbr osobistych, które w rozumieniu art. 23 Kodeksu cywilnego brzmi: „Dobra osobiste człowieka, jak w szczególności zdrowie, wolność, cześć, swoboda sumienia, nazwisko lub pseudonim, wizerunek, tajemnica korespondencji, nietykalność mieszkania, twórczość naukowa, artystyczna, wynalazcza i racjonalizatorska, pozostają pod ochroną prawa cywilnego niezależnie od ochrony przewidzianej w innych przepisach”.

Rozumiem, że demokracja kieruje się swoimi prawami. Że każdy ma prawo mieć swoje zdanie, ale zastanawiam się, jak ma się to oświadczenie do ogólnie rozumianej roli wychowawczej szkoły. Jak się ma do Konwencji o Prawach Dziecka, przyjętej przez Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych 20 listopada 1989 roku i ratyfikowanej przez Polskę 7 czerwca 1991 roku. W preambule znajdziemy zapis, że „dziecko powinno być w pełni przygotowane do życia w społeczeństwie jako indywidualnie ukształtowana jednostka, wychowana w duchu ideałów zawartych w Karcie Narodów Zjednoczonych, a w szczególności w duchu pokoju, godności, tolerancji, wolności, równości i solidarności”, a w art. 29 Konwencji jest wyraźnie zapisane, że „Państwa-Strony są zgodne, że nauka dziecka będzie ukierunkowana na (…) b) rozwijanie szacunku dla praw człowieka i podstawowych swobód oraz dla zasad zawartych w Karcie Narodów Zjednoczonych; c) rozwijanie szacunku dla rodziców dziecka, jego tożsamości kulturowej, języka i wartości, dla wartości narodowych kraju, w którym mieszka dziecko, kraju, z którego dziecko pochodzi, jak i innych kultur; d) przygotowanie dziecka do odpowiedzialnego życia w wolnym społeczeństwie, w duchu zrozumienia, pokoju, tolerancji, równowartości płci oraz przyjaźni pomiędzy wszystkimi narodami, grupami etnicznymi, narodowymi i religijnymi oraz osobami rdzennego pochodzenia; e) rozwijania poszanowania środowiska naturalnego”.

A może Polska już wypowiedziała Konwencję i tylko ja nic o tym nie wiem? Może nie musimy już jej przestrzegać, bo dumnie kroczymy drogą państwa wyznaniowego? Przecież to nieszczęsne oświadczenie mieści się idealnie w dążeniu Polskiej Instytucji Kościelnej, która chce zrobić z dzieci zaściankowe kmiotki, które ani myśleć nie potrafią, ani nie dostrzegą niczego poza ślepym posłuszeństwem i wiernością Kościołowi.

Jeszcze chwila, a „kontrowersyjne” treści zostaną usunięte z biologii, chemii, geografii, historii, wiedzy o społeczeństwie. Polska nie potrzebuje światłych obywateli. Polska potrzebuje głupców, bo łatwiej takimi rządzić i trzymać ich na religijnej smyczy. Jak twierdzi pan Kopeć, od 2016 podsekretarz stanu w Ministerstwie Edukacji Narodowej, „prawo oświatowe nie definiuje szkoły jako instytucji świeckiej. Instytucja szkoły określana jest jako szkoła publiczna, wspomagająca rodziców w ich funkcji wychowawczej”.

Uwierzcie mi, to jeszcze nie koniec. Dzisiaj „Rodzicielskie Oświadczenie Wychowawcze”, obowiązkowe msze zamiast lekcji, spowiedź w szkołach, Dekalog wmurowany przy wejściu. Jutro usuwanie ze szkół nauczycieli zbyt słabo deklarujących swoją miłość do Kościoła, stworzenie gett szkolnych dla dzieci z domów niewierzących, zwiększona liczba godzin z religii, indeks ksiąg zakazanych i ostracyzm wobec każdego, kto spróbuje pozostać sobą. Jeśli się ostro temu nie sprzeciwimy, to taka będzie przyszłość naszych dzieci i wnuków…

Waldemar Mystkowski pisze o Ziobrze.

Były rzecznik ministra sprawiedliwości Sebastian Kaleta przyznał, że w rejestrze pedofilów „nie znajdują się księża” (tweet z 5 września), gdyż „księża nie popełniają najbrutalniejszych przestępstw (tam się znajdują brutalne gwałty)”. Gwałt na dziecku nie należy do brutalnych? Zaiste, przewrotna to moralność. Kaleta, który zrezygnował z rzecznika na rzecz zasiadania w komisji ds. reprywatyzacji w Warszawie zabezpieczył się w tym tweecie nawiasem, w którym umieścił zastrzeżenie „w rejestrze niejawnym”.

Mniej więcej sens tego jest taki, iż złodziej sądzony o kradzież miliona złotych twierdzi, że nie mógł ukraść miliona, bo jest biedakiem, o czym świadczą jego konta bankowe, na których ma debety. A sąd mówi, że ich śledczy odkrył konto złodzieja w raju podatkowym na Kajmanach, na którym ma ukradziony milion. Złodziej jednak zapiera się, że to konto niejawne.

Otóż jawne jest, że kler dopuszcza się pedofilii (przemocy wobec najsłabszych, wobec dzieci) z racji perturbacji seksualnych spowodowanych celibatem, o czym świadczą „rejestry jawne” w USA, bardzo głośne ujawnione ostatnio akty pedofilii kleru w Pensylwanii (określono to zjawisko jako katolicka mafia pedofilska), także w Irlandii. Pedofilia w tym kraju – już byłym katolickim – spowodowała masowe odejście wiernych z Kościoła.

„Rejestr niejawny” ma taki sam sens, jak biskupi niejawnie przerzucający z parafii do parafii księży pedofilów. Bodaj najpowszechniejszy proceder krycia kumpli w sutannach, zmowa zawodowa klerykalnej kasty. Bliski współpracownik Ziobry twierdzi – logicznie interpretując jego tweeta – że resort ukrywa pedofilów w sutannach na niejawnych rejestrach, o czym pisze w „Wyborczej” Marcin Kącki – „Księża wyjęci z rejestru pedofilów”. Czyli znaleźli się na Kajmanach zakłamania ministerstwa sprawiedliwości.

No i Ziobro obudził się, przeczytał „Wyborczą” i ten magister prawa dostał piany na ustach. Nie jest oczywiście zdolny do stworzenia metafory z Kajmanami, ale do parcianej dosłowności owszem. Mianowicie – do zastraszania. Nazwał artykuł Kąckiego kłamstwem, a innym dziennikarzom i mediom zapowiedział pozwy, jeżeli „rozpowszechniać będę kłamliwe informacje w sprawie”.

Mógłbym zacytować retorykę medialną Ziobry, ale nie narażę czytelników na słowotok ministra (jawną logoreę), w każdym razie zastrasza pójściem do sądów, bo mniema, iż sądy stały się już pisowskie, partyjne. Ale i one zaczynają się wyłamywać spod partyjnego zawłaszczenia pytaniami prejudycjalnymi do Trybunału Sprawiedliwości UE.

PiS zmierza z nami na pokładzie ku katastrofie. Rozpirzyć nas chcą

Prof. Jerzy Zajadło odniósł się do retoryki rządu i prezydenta ws. Sądu Najwyższego.

Mecenas Piotr Schramm w jednym przedziale już nigdy z Dudąm nie usiądzie.

Od tygodnia mówi się o tym, że prezes PiS Jarosław Kaczyński musi przejść kolejną operację kolana. Jak donosi „Super Express”, po niej czeka go nawet kilka miesięcy rehabilitacji.

Z informacji dziennika wynika, że kolejna operacja stawu kolanowego przeciąga się – wszystko przez „stan zapalny w kolanie i infekcję bakteryjną”. Zabieg jest jednak konieczny i niedługo ma zostać wykonany.

Ile przerwy czeka Jarosława Kaczyńskiego?

Po operacji prezes PiS będzie musiał odbyć mozolną rehabilitację, która może potrwać nawet kilka miesięcy. Na razie nie wiadomo, czy to oznacza też dłuższą rozłąkę z ławą poselską.

Obecnie Jarosław Kaczyński dochodzi do siebie po wcześniejszej operacji. W maju, pytany o stan zdrowia prezesa PiS, Adam Bielan mówił: – Istnieją telefony, jest odwiedzany przez najważniejszych polityków więc pracuje cały czas, przypominam, że nie jest tancerzem, nie jest piłkarzem, więc nie potrzebuje kolana do pracy.

Jarosław Kaczyński – kiedy wróci do polityki?

W tej samej wypowiedzi Bielan podkreślał, że dla partii najważniejsze jest, żeby uraz kolana prezesa PiS nie odnawia się w przyszłości. – Wolelibyśmy, żeby był dłużej w szpitalu i porządnie się wyleczył, niż żeby wyszedł przedwcześnie – podkreślił Adam Bielan.

W miejscowości Sakówko nieopodal Pasłęka w województwie warmińsko-mazurskim rozbił się myśliwiec Mig-29. Niestety, jego pilot zginął.

Do katastrofy samolotu  Mig-29 doszło przed godz. 2 w nocy. Na razie nieznane są jej przyczyny. Dyżurny Rządowego Centrum Bezpieczeństwa Krzysztof Sobków potwierdził agencji IAR, że pilot zginął.

Samolot uderzył o ziemię i zapalił się. Pilot zdążył się katapultować, ale został znaleziony martwy kilkaset metrów od wraku maszyny. Straż pożarna ugasiła ogień. Na miejscu katastrofy pracują służby.

Katastrofa samolotu – śledztwo prokuratury

Samolot należał do 22. Bazy Lotnictwa Taktycznego w Malborku. Śledztwo prowadzi Wydział do spraw Wojskowych Prokuratury Okręgowej w Warszawie. W polskich Siłach Powietrznych służy 31 rosyjskich myśliwców Mig-29. Pierwsze weszły do służby w 1989 roku.

„Sędzia Katarzyna Rutkowska-Giwojno uniewinniła dziś Tadeusza Jakrzewskiego z @ObywateleRP od zarzucanych mu czynów. Tadeusz miał „stosować groźbę bezprawną w postaci zapowiedzi uderzenia w ucho” i stosować „przemoc w postaci chwycenia swoją dłonią za dłoń policjanta” – poinformowali na Twitterze Obywatele RP. Tego rodzaju kuriozalne zarzuty Zakrzewski usłyszał po kontrmiesięcznicy smoleńskiej w maju 2017 r.

Proces trwał ponad rok. Warszawska prokuratura wytoczyła najcięższe działa. Oskarżyła Jakrzewskiego na podstawie kodeksu karnego, a nie kodeksu wykroczeń. Groziło mu nawet do trzech lat więzienia. Sąd uznał, że Obywatel RP jest niewinny.

– „Interwencja policji wobec mnie była niezgodna z prawem. Zostałem wtedy pchnięty przez policjanta. Odwróciłem się więc i powiedziałem, że jeśli jeszcze raz to zrobi, to dam mu w ucho. Otoczony przez policjantów nie byłem w stanie ich przestraszyć ani w żaden sposób zrealizować tej „groźby”. Sąd zgodził się z naszą argumentacją” – cieszył się po decyzji sądu Jakrzewski. Wyrok nie jest prawomocny. ‚

A internauci komentowali: – „Panie Marszałku kochany” też było próbą obalenia rządu”; – „Demokracja w Polsce ma się tak dobrze, jak nigdy przedtem”- jedno z bezczelnych kłamstw wypowiedzianych przez Matołusza M. przed Parlamentem Europejskim. W demokratycznym kraju demonstrujący w pokojowy sposób, nigdy nie byłby ciągany i włóczony po komisariatach, po sądach…”; – „Co za idiota stawiał takie zarzuty? Mógł oskarżyć jeszcze o ziewanie w kierunku policjanta”.

Na kolejny „genialny” pomysł wpadł Instytut na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris – ten sam, który w 2016 r. przygotował projekt zakazujący aborcji. Teraz wspólnie z Centrum Życia i Rodziny zbiera podpisy pod petycją „W obronie sumienia”.

#StopOrdo
#SprzeciwSumienia
Ordo Iuris i Centrum Życia i Rodziny zbierają podpisy pod petycją o wprowadzenie ‚Sprzeciwu sumienia’ czyli prawa do odmowy jakichkolwiek działań związanych min. z aborcją, antykoncepcją, LGBT+, edukacją seksualną, marksizmem, nawet jeśli wynikają z obowiązków zawodowych danej osoby. Senatorowie już nad tym pracują!
Udostępniajcie
A tu link do tt: https://twitter.com/hanna1986k/status/1014816139787063298…

Chodzi tym razem nie tylko o możliwość powoływania się na nią przez lekarzy i farmaceutów. Ordo Iuris chce „prawa do odmowy jakichkolwiek działań związanych min. z aborcją, antykoncepcją, LGBT+, edukacją seksualną, marksizmem, nawet jeśli wynikają z obowiązków zawodowych danej osoby” – napisała na Facebooku Hanna Kustra. Dołączyła też zdjęcie ulotki kolportowanej przez Centrum Życia i Rodziny oraz Ordo Iuris.

„Sprzeciw sumienia pozwala odmówić: wszelkiego udziału w aborcji, sprzedaży środków antykoncepcyjnych, druku materiałów propagujących marksizm, udziału w promocji homoseksualizmu i ruchów LGBT, uczestnictwa w innych formach deprawacji, udziału w lekcjach tzw. edukacji seksualnej” – napisano w ulotce.

Według obu fundacji, wprowadzenie klauzuli sumienia dla wszystkich zapobiegłoby takim „opresyjnym decyzjom”, jak ta, dotycząca ukarania drukarza z Łodzi, który nie zgodził na wydrukowanie plakatów organizacji LGBT.

Waldemar Mystkowski pisze jak PiS niszczy Polaków i Polskę.

W tej chwili Polska przechodzi test, czyli wszyscy zdajemy egzamin z historii.

Doradca premiera Izraela o niedawno wynegocjowanej noweli do ustawy o IPN Yaakov Nagel w „The Times of Israel” mówi: – „Polski rząd wycofał się z zapisów ustawy IPN z podkulonym ogonem. Zmieliliśmy prawo, nie dając im (polskiemu rządowi) nic w zamian”.

W tym samym czasie w 15 najważniejszych dziennikach świata, w tym trzech izraelskich, publikowana jest płatnie na stronach reklamowych deklaracja premierów Polski i Izraela za pieniądze fundacji PKO BP. Te szpalty mogą być w redakcjach zsyłane do księgowości i podpisane mazakami: „podkulony ogon Morawieckiego”.

Polski rząd nie wstydzi się tego, jak został ograny i chwali się przed światem. Mało tego, dowiadujemy się, iż negocjacje nad podkulonym ogonem Morawieckiego prowadzone były w siedzibie Mosadu – jakby ktoś nie wiedział, izraelski wywiad jest jednym z najlepszych na świecie – w Wiedniu przez dwóch europosłów PiS Ryszarda Legutkę i Tomasza Porębę. Powstaje pytanie, jakie mieli uprawnienia do prowadzenia rozmów, wszak to leży w gestii Ministerstwa Spraw Zagranicznych odpowiedzialnego za politykę zagraniczną.

Więc nie jesteśmy zdziwieni, że tak zostali ograni, a Morawiecki ośmieszony. Zdaje się, że premier w te klocki jest lepszy od Beaty Szydło. Tyle kłamstw, ile zaserwował w Parlamencie Europejskim jest godne odnotowania w Księdze Guinnessa. Mateusz do tego dostaje wsparcie od tatusia Kornela, który równolegle z wystąpieniem syna wychwalał putinowską Rosję. Tak niedaleko pada jabłko od jabłoni. Jakiś czas temu rodzic premiera dał krótki wykład o wyznawanym nacjonalizmie – a w zasadzie faszyzmie – czyli o wyższości narodu nad prawem.

Inny absztyfikant PiS prezydent Duda chyba zaczął się bać, trząść portkami. Wysłał zawiadomienie do 11 sędziów Sądu Najwyższego, informując, że przeszli w stan spoczynku z dniem 4 lipca. Wśród tych osób jest profesor Małgorzata Gersdorf. Listy, panie Duda, możesz sobie słać do prezesa Kaczyńskiego, albowiem zgodnie z art. 142 ust. 2 Konstytucji prezydent wydaje postanowienia.

Duda przygotowuje się na czas po zdaniu urzędu i nie chce produkować dokumentów konstytucyjnych, które go pogrążą. Ale i tak Trybunał Stanu go czeka, jak amen w pacierzu. Boję się, że po przejściu na emeryturę – były wówczas prezydent – nie będzie miał spokoju i zazna przyjemności pociągnięcia do odpowiedzialności za łamanie Konstytucji. Ale może zaczął ją czytać, skoro nie wydaje sprzecznych z Konstytucją postanowień, tylko listy pisze.

Prof. Marcin Matczak uważa, że w tej chwili Polska przechodzi test, czyli wszyscy zdajemy egzamin z historii. Jak pisze wybitna poetka Ewa Lipska w wierszu (śpiewanym przez Marka Grechutę): „Był już taki egzamin z historii / kiedy naraz wszyscy uczniowie oblali. / I został po nich uroczysty cmentarz”.

Obyśmy tych „uroczystości” jako naród kolejny raz nie zaznali. Aby nie dać się PiS-owi, który dąży do tego cmentarza, musimy reagować, nauczyć się nazywać to, co oni robią. Nie możemy godzić się na tę codzienną dawkę… arszeniku.

Tak oni nas przyzwyczajają codziennie do swoich toksyn, trucizn. Jeden z portali wiadomość o dosłownej chęci zatrucia narodu opatrzył zdjęciem z „twarzami PiS” Krzysztofa Jurgiela i Jacka Sasina, których oglądanie jest trujące estetycznie. Zawsze mam na podorędziu czarny humor, delektuję się braćmi Coen i Woody Allenem, ale to nie znaczy, że dam sobie dawkować pisowski arszenik.

Ten, jak wiemy, codziennie dawkowany w minimalnej ilości powoduje, że organizm się uodparnia. I na to liczy PiS, iż podając nam truciznę, nie będziemy na nią reagowali. Dosłownie chciano praktykować to na całym narodzie, aby został po nas „uroczysty cmentarz”. Minister rolnictwa Jurgiel nie poradził sobie z Afrykańskim Pomorem Świń (ASF), więc zlecił skup zarażonych świń i zawarł umowy z 16 największymi zakładami przetwórstwa mięsa, aby po pewnych procedurach produkować z nich konserwy.

Wszak nie każdy jest wegetarianinem, Jurgiel zamierzał – także ze mnie – zrobić „uroczysty cmentarz”. Ale zakłady się kapnęły i odmówiły Jurgielowi wspólnoty w mordzie na narodzie. Wówczas ten osiłek mentalny wydał rozporządzenie „w sprawie określenia sposobu postępowania z surowcami, które nie mogą być wykorzystywane do produkcji produktów mięsnych”. Czyli wziął na klatę, że to on zlecił dawkowanie tego „arszeniku” poprzez konserwy. Utajniono, które zakłady podjęły współpracę z Jurgielem, ale na tajne/poufne nie nabrały się supermarkety, które odmówiły zakupu pisowskiego arszeniku. Lecz resort rolnictwa nie poddał się i konserwy są w tej chwili składowane w wojskowej Agencji Rezerw Materiałowych.

Arszenik pisowski czeka na lepsze czasy. Gdy wybuchnie wojna – wcale nie jest to tylko mój czarny humor – nie będzie ważne, czy żołnierz poległ w hybrydowej wojnie na froncie z Rosjanami, czy od pisowskiej konserwy.

„Uroczysty cmentarz”? Tak! To nam szykuje PiS. Ja na to nie idę, niech oni – Morawiecki, Duda, Macierewicz, Błaszczak, prezes Kaczyński wybiorą się na ten cmentarz, bo przegrywają na każdym froncie, który utworzyli na wojnie ze światem, Europą i nami, społeczeństwem obywatelskim.

Kaczyński też zadawał się z dziewczyną Pięty

Okazuje się, że dzewczyna Stanisława Pięty Izabela Pek „obsługiwała” wszystkich pisowców, z prezesm włącznie.

Czy to ona jest Ruchadełkiem leśnym?

Krzysztof Bosak, wiceszef Ruchu Narodowego, ten sam który podważył teorię heliocentryczną i popadł w problematyczne rozważania na widok Hindusa w turbanie, rozwożącego jedzenie teraz wdał się na Twitterze w polemikę z zastępczynią Rzecznika Praw Obywatelskich. Chodziło o jej komentarz do sondażu rp.pl „Czy akceptujesz stosowanie klapsów wobec dzieci.”

Najsmutniejszy sondaż tego tygodnia – prawie połowa badanych akceptuje bicie dzieci…” – napisała na Twitterze Sylwia Spurek komentując jego wyniki, na co Bosak odpalił: „Proszę nie wprowadzać w błąd. W sondażu było pytanie o ‚stosowanie klapsów’, a nie o ‚bicie dzieci’. To dwie różne rzeczy, co jest zrozumiałe dla każdego normalnego człowieka” – napisał.

Dodał następnie, że „Poprawny politycznie chórek od ‚klaps=bicie’ powinien pójść dalej w swoim pedagogicznym rewizjonizmie i postulować zakazania prowadzenia za rękę, potrząsania, przytrzymywania, kładzenia do łóżka, wkładania do wanny, zatrzymywania i zamykania w pokoju. To wszytko formy przemocy!” – pisał dalej.

Sylwia Spurek przypomniała narodowcowi, że dyskusję na ten właśnie temat mamy już za sobą „odbyła się ponad 10 lat temu. Wygrały, na szczęście, prawa człowieka dziecka. I przypominam, że każda przemoc wobec dziecka jest w Polsce zakazana zarówno przez prawo cywilne, jak i karne” – podkreśliła.

Wywody Bosaka skomentowała także Anna Maria Żukowska, rzeczniczka prasowa SLD: „klapsy to BICIE stosowanie siły fizycznej poprzez gwałtowne uderzenie w celu wywołania BÓLU„. Co na to Bosak? „Lekki klaps wcale nie musi boleć, może być równie dobrze delikatnym klepnięciem sygnalizujący dziecku wolę rodzica” – czytamy.

W sumie na Twitterze zawrzało, bo okazuje się, że zdania wciąż na ten temat są podzielone i nie tylko na Twitterze to temat gorący. W rozmowie z radiem RMF24, przewodniczący Rady Mediów Narodowych Krzysztof Czabański poseł PiS też przyznał, że nie jest przeciwnikiem klapsów: „Ja bym się znalazł w tej grupie, że bym akceptował klapsa jako sposób karcenia” – stwierdził, dodając, że „dzieci należy rozpieszczać, ale klaps nie przeszkadza w tym – czasem pomaga”.

Prawnicy z Instytutu Ordo Iuris wystosowali oficjalne pismo do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji w sprawie treści bajki „Harmidom”, emitowanej przez kanał Nickelodeon. Sympatycznej kreskówce zarzucają, że w pozytywnym świetle przedstawia związki homoseksualne, a zatem jest… niezgodna z konstytucją. Uświadamianie dzieciom, że rodzina to nie tylko mama i tata, jest dla konserwatywnych prawników z Instytutu Ordo Iuris nie do zaakceptowania. Opowiastkę o parze gejów wychowujących dziecko uznano za promocję homoseksualizmu i próbę deprawacji młodzieży.

Prawnicy powołali się na konstytucyjną definicję małżeństwa oraz ustawę o radiofonii i telewizji. Według Jerzego Kwaśniewskiego Rada uznała wniosek Instytutu za słuszny i upomniała nadawcę programu. Jego zdaniem Ordo Iuris toczy walkę z „lobby LGBT w dziecięcej branży filmowej”.

Komentatorzy, zwracają uwagę, że w tej sytuacji można odnieść wrażenie, iż debata publiczna na temat zjawisk niezgodnych z konstytucją staje się zabroniona i wyprzedza ją z powodzenie zwyczajna cenzura. Skoro jednak możliwość wyboru kreskówki zgodnej z własnymi przekonaniami i światopoglądem jest niekonstytucyjna, to co z całą resztą seriali i filmów, w których dzieją się rzeczy ewidentnie złe, niezgodne z prawem i dekalogiem? – pytają komentatorzy.

Papież chce zjednoczonej Europy, ale Europy różnorodnej. Ta wizja Europy jest bardzo bliska wizji Europy, którą my reprezentujemy. Papież użył nawet takiej metafory, że jedność europejska nie może być jak kula, bo kula ma w sobie doskonałą jedność, tylko tak jak wielościan, czyli jest to figura geometryczna bardzo spójna i my tak chcemy właśnie budować Europę, Europę ojczyzn, ale jednocześnie tożsamość naszych państw, narodów chcemy utrzymywać, podtrzymywać i pielęgnować” – mówił w Watykanie premier Mateusz Morawiecki.

Ciamajda Morawiecki nie zrozumiał Franciszka.

Internauci już się zastanawiają, gdzie pochowac prezesa Kaczyńskiego.

Kaczyński osobiście odkręcił zawór szambiarki, z której chlusnęły wstydliwie dotąd skrywane złe słowa, przekleństwa i obelgi

Publicysta Piotr Szumlewicz i inni odnieśli się do informacji opublikowanych przez posła Krzysztofa Brejzę na temat nagród dla rządu.

Eliza Michalik (Superstacja) sparafrazowała słowa Radosława Sikorskiego z Rady Krajowej PO.

W najbliższą środę w warszawskim sądzie obędzie się rozprawa Radosława Sikorskiego i Jarosława Kaczyńskiego oskarżonego o zniesławienie.

„W związku z licznymi wypowiedziami medialnymi Prezesa Rady Ministrów Mateusza Morawieckiego, w których dopuszczał się ataków na konstytucyjne organy Rzeczypospolitej, a także poszczególnych sędziów pełniących służbę w tych organach, wieloma wypowiedziami dla zagranicznych mediów oraz polityków zagranicznych, w których działał na szkodę Rzeczypospolitej Polskiej, zdecydowaliśmy się na złożenie zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa” – poinformował Zarząd Główny Komitetu Obrony Demokracji. Pismo zostało zaadresowane do prokuratora krajowego Bogdana Święczkowskiego.

KOD powołuje się m.in. na tekst Morawieckiego opublikowany w „Washington Examiner”. W zawiadomieniu znajdują się cytaty z tego materiału. – „Sędziowie są przypisywani do spraw przez bliskich współpracowników bez kontroli społecznej. Przyjaciele robią sobie przysługi. Na przeciwników spada zemsta. Łapówki są wymagane w niektórych z najbardziej lukratywnych spraw. Postępowania bywają przeciągane. (…) Sędziowie zdarzali się być dostępni dla osób z politycznymi wpływami lub grubym portfelem” – napisał Morawiecki. Jego zdaniem, w czasie obrad Okrągłego Stołu Wojciechowi Jaruzelskiemu pozwolono na obsadzenie w sądach postkomunistycznych sędziów z czasów komunizmu. – „Sędziowie ci dominowali w naszym wymiarze sprawiedliwości przez kolejne ćwierć wieku. Niektórzy z nich wciąż pracują” – stwierdził premier.

Stanowczo przeciw tym słowom protestują w zawiadomieniu do prokuratury działacze KOD. – „Z przykrością stwierdzamy, że przytoczone w treści niniejszego zawiadomienia wypowiedzi pana Mateusza Morawieckiego zawierają bezpodstawne stwierdzenia szkalujące dobre imię polskiego sądownictwa, które w żaden sposób nie przystoją premierowi praworządnego państwa. Takie stwierdzenia, motywowane osiągnięciem doraźnych celów politycznych, podważają autorytet wymiaru sprawiedliwości, przez co prowadzą do dewastacji i anarchizacji życia publicznego w kraju, a zarazem podważają pozycję Polski na arenie międzynarodowej” – napisali.

Działacze KOD oskarżają Morawieckiego także o „nadużycie zaufania w stosunkach z zagranicą”. W uzasadnieniu zawiadomienia czytamy, że Morawiecki w rozmowie z prezydentem Francji porównał „polskie sądy, Sąd Najwyższy oraz sędziów Rzeczypospolitej Polskiej do sądów Republiki Vichy kolaborujących z nazistami, przez co działał na szkodę Rzeczypospolitej Polskiej”.

Przedstawiciele KOD uważają, że „odrobienie strat wizerunkowych już poniesionych przez polski wymiar sprawiedliwości w wyniku opisanych w zawiadomieniu działań Pana Premiera będzie zadaniem obliczonym na wiele lat, zakładając, że w ogóle jest możliwe”.

Ministerstwo Edukacji Narodowej latem ubiegłego roku poddało konsultacjom społecznym podstawy programowe zajęć z wychowania do życia w rodzinie dla szkół ponadpodstawowych. Do przysyłania uwag przystąpiło wiele organizacji i jak czytamy w portalu gazeta.pl, wiele z propozycji zostało przyjętych. To – wydawałoby się – nowość w podejściu władz PiS do konsultacji społecznych. Jednak rozwiązanie tej zagadki nie będzie trudne, jeśli wziąć pod uwagę… oświadczenie Ordo Iuris. Właśnie pochwaliło się ono, że resort oświaty uwzględnił i zaakceptował postulaty zaproponowane przez tę organizację.

W ten sposób w nowym programie zostanie należycie wyeksponowane małżeństwo „jako związek kobiety i mężczyzny, fundament życia rodzinnego”. Ordo Iuris alarmowało MEN, że w poprzedniej podstawie pojęcie „małżeństwa” pojawiało się dopiero w punkcie ósmym w pierwszym dziale podstawy programowej! Teraz niedopatrzenie naprawiono i uczeń będzie mógł wreszcie „pogłębić wiedzę na temat funkcji rodziny, miłości, przyjaźni, pełnienia ról małżeńskich, seksualności człowieka”. Co więcej, zgodnie z rekomendacjami ministerstwo rozbudowało program wychowania do życia w rodzinie m.in. o tematykę trwałości małżeństwa czy odpowiedniego przygotowania do niego. Wcześniej na omawianym przedmiocie nie poruszano tych spraw wcale, choć rośnie alarmująco liczba rozwodów, jak stwierdzają działacze wspomnianej organizacji.

Dlatego też w trosce o „wzmocnienie znaczenia rodziny we współczesnym świecie” prawnicy Ordo Iuris zadbali także o to, aby w podstawie programowej wychowania do życia w rodzinie nie pojawiły się czasem jakiekolwiek informacje o założeniach tzw. Konwencji Stambulskiej. Chodzi o konwencję o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, zakładającej m.in. zapewnienie 24-godzinnej infolinii dla ofiar przemocy czy zapewnienie trybu ścigania za gwałt z urzędu. Trudno się dziwić – w końcu sprawy te porządnych katolickich rodzin nie dotyczą.
A ci, którym kwestia małżeństwa jest obojętna, niech się sami borykają z takimi przejawami degeneracji, nieprawdaż? – „W czasach kryzysu rodziny, właściwe przedstawienie małżeństwa w podstawie programowej WDŻ, było kluczową kwestią, o którą upominały się organizacje społeczne”– podkreśliła z zadowoleniem Anna Świerzewska, analityk Ordo Iuris, cytowana w oświadczeniu organizacji.

Odwierty geotermalne to jedno z najważniejszych biznesowych przedsięwzięć redemptorystów. Jeśli uda im się wpiąć w sieć ciepłowniczą i dostarczać ogrzewanie do części mieszkań i firm w zachodniej części Torunia, zyski będą gwarantowane. W planach jest jeszcze uzdrowisko, ale zamiast strumienia pieniędzy – przybywa jedynie problemów. Ojciec Tadeusz Rydzyk poskarżył się niedawno, że na konto jego fundacji wciąż jeszcze nie dotarł przelew 19,5 mln zł z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Stwierdził, że obiecana dotacja dla jego toruńskiej ciepłowni jest „przyznana, ale nie dana”. – „Mimo, że rządzi PiS, to wcale nie jest nam łatwiej. Dlatego mam zaufanie do rządzących bardzo ograniczone. To wszystko powinno już być i działać. Dwa i pół roku walczymy o to, co otrzymują inni obywatele” – żalił się w typowym dla siebie stylu, w wywiadzie dla Polskiej Agencji Prasowej. Nie zapomniał wskazać winnych tego staniu rzeczy.  – „Myślałem, że gdy przyjdą rządy Prawa i Sprawiedliwości, to nie będzie takiej blokady. Zastanawiam się czy bariery, na które napotykamy związane są z jakimś lobby, poprzednimi ideologami czy działaczami” – stwierdził.

Pozostawmy na uboczu pytanie, dlaczego ojcu Rydzykowi miałoby być łatwiej za rządów partii Jarosława Kaczyńskiego i łatwość, z jaką redemptorysta dopatruje się „jakiegoś lobby”. Prawda okazuje się znacznie prostsza. Jak ustalił portal Wirtualna Polska, pomysłodawca Geotermii Toruńskiej liczył na pieniądze… bez pokazywania faktur. Skąd taki wniosek? Fundacja o. Rydzyka nie udokumentowała fakturami poniesionych kosztów, a nawet nie złożyła wniosku o płatność zaliczki w ramach przyznanej dotacji. Tymczasem jest to rutynowa praktyka beneficjentów realizujących projekty geotermalne, a współpracujących z Narodowym Funduszem Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. I chociaż gminy Szaflary, Lądek Zdrój oraz Sochaczew także czekają na środki, dla tamtejszych urzędników procedury są oczywiste. – „Przecież nie dostaje się pieniędzy do ręki, tylko trzeba zrobić przetarg, gdy inwestycje ruszą, przedstawia się faktury do rozliczenia” – mówi portalowi skarbnik jednej ze wspomnianych gmin.

To kuriozalna sytuacja, w której ojciec Rydzyk domaga się specjalnego traktowania, a do tego publicznie ponagla urzędników. I rzeczywiście może poczuć się rozczarowany, skoro wcześniej bez problemu wywalczył 26,5 mln zł odszkodowania za to, że za rządów PO-PSL państwo odstąpiło od finansowania jego geotermalnej inwestycji. Tyle, że po rekonstrukcji rządu o. Tadeusz Rydzyk stracił wpływowego protektora – prof. Jana Szyszkę, byłego ministra ochrony środowiska, częstego gościa toruńskich mediów redemptorysty, który wspierał jego inicjatywę geotermalną. Nowy minister Henryk Kowalczyk najwyraźniej nie podziela entuzjazmu poprzednika i porządkuje resort, i odkręca niektóre decyzje prof. Szyszki, szczególnie w sprawie działań leśników w Puszczy Białowieskiej. Nie można zapomnieć o dodatkowej okoliczności. Toruńską ciepłownią Rydzyk chciał stworzyć konkurencję dla miejskiej ciepłowni w Toruniu, która jeszcze do niedawna należała do francuskiej firmy EdF. Jednak od listopada 2017 roku polskie aktywa EdF stały się własnością kontrolowanej przez skarb państwa Polskiej Grupy Energetycznej, zatem konflikt z zagranicznym inwestorem przestał być aktualny. Państwowemu gigantowi konkurencja ze strony przedsiębiorczego zakonnika nie jest specjalnie potrzebna.

Tymczasem w sukurs o. Rydzykowi ruszyła posłanka Anna Sobecka, w przeszłości spikerka Radia Maryja. W interpelacji do ministra środowiska pyta, dlaczego NFOŚiGW nie udziela toruńskim redemptorystom pożyczki na odwierty z niskim oprocentowaniem. Posłanka pisze: „Potrzebna ciepłownia wciąż nie powstała, a sama inwestycja napotyka na ciągłe blokady. Ponadto obok dotacji potrzebna jest też pożyczka i własne środki. Tymczasem NFOŚiGW zaproponował pierwotnie tak złe warunki, jak nikomu innemu. Według szacunków zasoby geotermalne Polski mogą wielokrotnie zaspokoić nasze potrzeby energetyczne” – czytamy w portalu Onet.pl. Według Sobeckiej NFOŚiGW zaoferował spółce pożyczkę na sześć procent, podczas gdy inne podmioty miały ją dostawać na półtora procent. Przy tej okazji publicznie krytykuje ona również to, że redemptoryści „wciąż nie dostali pieniędzy na wydobywanie wód solankowych”.

Andrzej Karmiński na koduj24.pl pisze o szambie PiS.

Jarosław Kaczyński osobiście odkręcił zawór szambiarki, z której chlusnęły wstydliwie dotąd skrywane złe słowa, przekleństwa i obelgi

Biblijną wieżę, zwaną w języku hebrajskim מִגְדָּל בָּבֶל, budowały narody w krainie Szinear po to, by ludzkość nie rozproszyła się w świecie. Bóg Jahwe, przeciwny idei zjednoczenia, pomieszał budowniczym języki i inwestycji nie udało się dokończyć, bo społeczności się rozpierzchły. Zdaniem wybitnego biblisty R.N. Whybraya opowieść ta przestrzega przed wybujałymi ambicjami, które zagrażając bożej supremacji, potrafią udaremnić ludzkie plany.

Jarosław Kaczyński, samozwańczy delegat Pana Boga na Polskę, który od dwóch lat pisze polską wersję Księgi Rodzaju, przerabia też przypowieść o wieży Babel. Jego wybujała ambicja traktuje inne poglądy jak zagrożenie dla własnej supremacji, a umiejętność majstrowania w ludzkich umysłach pozwala mu niweczyć polskie plany. Zatrzymał już naszą pogoń za rozwiniętymi krajami Europy. Zahamował proces integracji z cywilizowanymi narodami. Zanegował wspólnotę celów, a obiecujące projekty zastąpił mrocznymi wizjami z lat zniewolenia. Skłócił narody i społeczności, obudził strachy, wypuścił demony agresji, nienawiści i antagonizmów. I wciąż podkopuje fundamenty współczesnej unijnej wersji wieży, pracowicie wznoszonej przez narody jednoczące się wokół wspólnego celu – bezpiecznego, dostatniego i przyjaznego współistnienia.

Kaczyński nie jest ani mężem stanu, ani wybitnym myślicielem. Przeciwnie, wiele faktów dowodzi jego bezmyślności w konstruowaniu chorych idei oraz partactwa w ich realizacji. Jak więc udało mu się w ciągu dwóch lat rozwalić dorobek dwudziestu pięciu poprzednich? Myślę, że zdarzyło mu się przeczytać Księgę Rodzaju i wzorem Jahwe pomieszał Polakom języki. Przestaliśmy się rozumieć i żmudnie budowana konstrukcja nowoczesnego państwa zaczęła się sypać.

Proces wielkiej modyfikacji polskiego języka rozpoczął się chyba wraz z ogłoszeniem kresu „polityki wstydu”. Jarosław Kaczyński osobiście odkręcił zawór szambiarki, z której chlusnęły wstydliwie dotąd skrywane złe słowa, przekleństwa i obelgi. PiS zainaugurowało swoją politykę bezwstydu poczynając od przeróbki prawa.  Ustawy, przepychane w pośpiechu i podpisywane nocą przez zaspanego prezydenta w piżamie, zawierały treści niezrozumiałe nawet dla najwybitniejszych znawców języka prawa. Równocześnie rozmaite parafrazy języka urzędowego uniemożliwiły Polakom zrozumienie, dlaczego niszczenie państwa prawa nazywane jest przywracaniem reguł demokracji, a zawłaszczanie instytucji demokratycznych przez jedną partię to umacnianie praworządności.

Ale prawdziwe kłopoty rozpoczęły się dopiero, gdy kaczyńska rewolucja rozpełzła się poza nasze granice.  Świat nie pojął ani słowa z rzewnych opowieści o dobrej zmianie. Argumentów PiS nie udało się przełożyć na żaden spośród licznych języków Unii.  Mimo wymiany ministra spraw zagranicznych nadal jedynymi krajami Europy, gdzie jeszcze udają, że rozumieją Polskę, pozostają Węgry i Białoruś. Nic nie dały wysiłki ambasadorów, tyrady europosłów PiS i gromkie oświadczenia tych funkcjonariuszy Kaczyńskiego, którzy dzielą się premiami na najwyższych stanowiskach państwowych. Nie pomogła nawet wymiana premiera na takiego, który w Brukseli potrafi samodzielnie przywitać się, zamówić golonkę i trafić do właściwej toalety.  Ta roszada nie tylko nam nie pomogła, a wręcz zaszkodziła, bo koncepcje polskiego rządu wyrażane w lokalnej nowomowie można jeszcze zakwalifikować do kategorii dziwacznych obyczajów prowincjonalnych ludów, natomiast opisane językiem cywilizowanym porażają bezmyślnym, brutalnym cynizmem.  Obawiam się, że również przygotowywana w pośpiechu „biała księga” polskich przemian będzie dla naszych byłych europejskich przyjaciół jedynie katalogiem frazesów, albo wręcz zbiorem pustych kartek.

W schyłkowym Peerelu krążyły w narodzie kasety magnetofonowe z komentarzami Jacka Fedorowicza, który m.in. radził Polakom: – Jeśli w jakiejś sytuacji nie wiesz, co zrobić i jak postąpić – włącz dziennik TV i zachowaj się dokładnie odwrotnie, niż tam cię namawiają. Może faktycznie udałoby się coś zrozumieć z pisowskiej koncepcji sprawowania władzy, przestawiając znaczenia słów i całych zdań? Patriota = narodowiec i katolicki fundamentalista. Demokracja = dyktatura części narodu realizującej program partii władzy.  Odzyskiwanie godności = utrata autorytetu i przyjaciół. Niespotykane przyspieszenie polskiej gospodarki = czas pakować walizki.

Co dalej? Myślącym Polakom nie pozostaje nic innego, jak w oczekiwaniu na wybory zredagować sobie słownik wyrazów obcych, mylących i nierzadko paskudnych. A totalnej władzy nie pozostaje nic innego jak tylko powołać kolejny patriotyczny komitet – jakiś Narodowy Instytut Nazywania Rzeczy po Imieniu i uchwalić ustawę „O odnowionym języku dobrej zmiany”.  Odtąd każde słowo będzie musiało oznaczać dokładnie to, co zdefiniował nowo powołany Instytut, a używanie tego słowa w innym znaczeniu zagrożone będzie karą do 3 lat więzienia i ścigane na całym świecie.

Waldemar Mystkowski o rozumieniu działania ustawy o IPN przez PiS.

Wiceszef dyplomacji Bartosz Cichocki łaskawie rzecze, iż „każdy, kto powie, że były przypadki, że Polacy kolaborowali z Niemcami – nikt tego nie zamierza penalizować”. Ktoś taki jest delegowany do szefowania zespołowi ds. dialogu z Izraelem.

Izrael to odpuści, przecież nie będzie się wiecznie mocował z politykami, którzy zaprzeczają faktom. Ten „intelektualista” Cichocki mówi o ustawie o IPN, odwracając kota ogonem, bo w swojej wypowiedzi nie umieszcza informacji o wydawaniu przez polskich szmalcowników Żydów w ręce nazistów. Taki jest język PiS – kłamać. Otóż szmalcownictwo to nie były żadne „przypadki”, to było „hurtownictwo”, które otrzymało podkład w okresie międzywojennym politycznym antysemityzmem endecji, która – podobnie jak dzisiaj – miała poparcie Kościoła katolickiego. W czasie okupacji do aktów podobnych Jedwabnemu dochodziło w miejscach, gdzie endecja miała największe poparcie.

Tacy Cichoccy są groźni dla społeczeństwa, bo posługują się kłamstwem jako orężem politycznym, umniejszają naród polski, który w ich mniemaniu ma żyć w zakłamaniu o sobie, czyli w małości. Polaków stać na prawdę o sobie, iż wśród nich byli szmalcownicy, że są także chowający się po lasach wyznawcy nazizmu, którzy od czasu do czasu maszerują w różnych marszach – jak w Hajnówce – i mają wsparcie administracji PiS.

To jest poniżenie narodu polskiego. Tenże Cichocki ponadto stwierdził w rozmowie w Radiu Zet, że „ustawa o IPN ujawniła pokłady niewiedzy, uprzedzeń, nawet pogardy w stosunku do Polaków”. Nie słyszałem, aby polityk innego narodu powiedział o Polakach „kanalie i mordy zdradzieckie”. A to jest wykładnia pogardy do Polaków, ale też propagowanie zakłamania, jakim posługuje się Cichocki.

Inny kontekst ustawy o IPN dotyczy naszych relacji z Ukrainą. Jan Olszewski – wszak bliski kaczyzmowi – zwrócił uwagę, iż osławiony w Polsce Stepan Bandera nie miał niczego wspólnego z rzezią wołyńską, bo był w niemieckiej niewoli. Ba, „gdyby Bandera mógł podejmować wtedy decyzje, to prawdopodobnie do zbrodni na Wołyniu by nie doszło”.

Do zbrodni tej doszło z powodów nacjonalistycznych, bo nieodpowiedzialni politycy swoimi „kanaliami i mordami zdradzieckimi” tworzą krwiożerczą atmosferę i nie dziwmy się, że następuje reakcja w postaci „wyrównania rachunków”. Syndrom Jakuba Szeli jest uniwersalny.

Zabić dobre stosunki z innymi narodami jest bardzo łatwo, takiej zbrodni dopuszcza się pisowska ustawa o IPN. PiS jej nie potrafi poprawić, w budowaniu dobrych relacji jest impotentny. Liczę, iż Polacy oprzytomnieją z tego otumanienia, choć nie mam złudzeń, że wychodzenie z choroby, jaką PiS zaraził Polaków, musi trochę potrwać. Nosiciel nienawiści będzie się jednak bronił się do końca swego upadku, taka jest logika oblężonej twierdzy. Reżimy upadają, bo upada państwo przez reżim zarządzane. Mam nadzieję, że Polacy dadzą wcześniej odpowiedź tym, którzy nazwali ich „kanaliami i mordami zdradzieckimi” i dopilnują tego przy urnie wyborczej, dopilnują, aby nie sfałszowano ich głosu suwerena.

Post Navigation