Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Patryk Michalski”

PiS zabezpiecza się, aby nie oddać władzy

Teoretycznie możliwy jest scenariusz, w którym partia Jarosława Kaczyńskiego nie dopuści do zebrania się nowego Sejmu. I wykorzysta do tego wyrok unijnego trybunału. A także samodzielnie zmieni konstytucję.

Niemożliwe? A czy możliwe było niezaprzysiężenie sędziów wybranych do Trybunału Konstytucyjnego? Unieważnienie uchwał poprzedniego Sejmu? Odmowa publikacji wyroków Trybunału Konstytucyjnego? Zablokowanie ułaskawieniem prawomocnego osądzenia Mariusza Kamińskiego?

„Brat bez brata”. Książka o tym, jak działa demiurg Kaczyński [wideo]

Terlecki zawiesza prace parlamentu

Wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki ogłosił, że w prezydium Sejmu na wniosek PiS zapadła decyzja o przerwaniu trwającego posiedzenia i kontynuowaniu go po wyborach. Posłowie chcą się podobno mocniej zaangażować w kampanię wyborczą.

Czy to w ogóle możliwe, żeby stary Sejm obradował po wybraniu nowego? Przepisy tego nie zabraniają. Tak jak nie zabraniają zwołania obrad w Sali Kolumnowej ani nawet na statku morskim, pod warunkiem że będzie on na polskich wodach terytorialnych. Art. 98 konstytucji mówi, że kadencja starego Sejmu i Senatu trwa do dnia poprzedzającego zwołanie nowego. Czyli teoretycznie dopuszcza obradowanie starego Sejmu po wyborach. Do tej pory nie było takiego przypadku.

PiS najwyraźniej sądzi, że będzie rządził dalej

Co szykuje PiS?

Politycy opozycji podejrzewają, że PiS zostawia sobie możliwość uchwalenia jakichś podejrzanych ustaw, w razie gdyby wyniki wyborcze nie dały mu przewagi wystarczającej do stworzenia nowego rządu. Marszałkowie Sejmu Elżbieta Witek i Ryszard Terlecki zapewniają, że nie planują nic dodawać do porządku obrad poza tym, co już w nim jest.

Wniosek o uzupełnienie porządku obrad mogą jednak wnieść posłowie. I będzie przyjęty, bo PiS ma większość. Jeśli przyjmie jakąś nową ustawę, musiałaby ona przejść przez Senat. Ten na razie nie ogłosił, że przerywa obrady na czas po wyborach, bo odbył już ostatnie posiedzenie. Jednak marszałek Karczewski może zwołać posiedzenie nadzwyczajne i je odroczyć.

Trudno się domyślić, jaką nową ustawę miałby PiS wtedy przyjąć. Może chce zmienić regulamin Sejmu, żeby zapewnić sobie fory, w razie gdyby wynik wyborów umożliwiał utworzenie rządu zarówno jemu, jak i opozycji? Ale i tak ma fory, bo premiera wskazuje prezydent.

Jest inna możliwość – że PiS zostawia sobie furtkę, by nie dopuścić do zebrania się nowego parlamentu. Albo znacząco ten moment opóźnić. A może zmienić konstytucję?

Listy PiS do Sejmu i Senatu, czyli spryt prezesa

Czy grozi nam akcja „sfałszowane wybory”

Według art. 109 konstytucji prezydent zwołuje nowy parlament „na dzień przypadający w ciągu 30 dni od dnia wyborów”. A jeśli nie zwoła? Bo np. pojawi się przygniatająca liczba protestów wyborczych i stwierdzi, że „dla dobra Rzeczpospolitej” trzeba poczekać do ich rozpatrzenia?

Akcję pod hasłem „sfałszowane wybory” przerabialiśmy już w 2014 r. po wyborach samorządowych. Pamiętamy m.in. okupowanie siedziby Państwowej Komisji Wyborczej przez zwolenników PiS na czele z Grzegorzem Braunem, dziś współtwórcą skrajnie prawicowej Konfederacji. Tym razem akcja byłaby bardziej masowa niż „marsze smoleńskie” czy Marsze Niepodległości, bo PiS-owi udało się skutecznie nastraszyć ludzi odebraniem im świadczeń socjalnych i planem zniszczenia wiary, rodziny oraz „seksualizowaniem dzieci”. Jeśli tłumy wylegną na ulice, prezydent – jak prezes Kaczyński – może powiedzieć: vox populi, vox Dei.

Stary parlament i dotychczasowy rząd będą pracować, a wybrana przez PiS Izba Kontroli Nadzwyczajnej Sądu Najwyższego będzie rozpatrywać setki tysięcy protestów wyborczych. Według kodeksu wyborczego (art. 244, par. 2) ma na to 90 dni, licząc od dnia po wyborach. Ale może nie zdążyć. Na przykład ważność wyborów do Parlamentu Europejskiego, które były w maju, ogłosiła prawie z końcem terminu (2 sierpnia).

Cóż się stanie, jeśli nie zdąży? Nic. Nie takie rzeczy widzieliśmy. A dla sędziów, których legalność wyboru i działania i tak jest kwestionowana, naprawdę nie jest problemem przeciągać ogłoszenie wyniku wyborów. Ogłoszenie nieważności całych wyborów groziłoby skandalem w Unii Europejskiej. Ale można zakwestionować wybór poszczególnych parlamentarzystów (art. 224, par. 3 k.w.). A wtedy trzeba przeprowadzić ponowne głosowanie w tych okręgach.

Wybory uzupełniające ogłasza prezydent. Trzeba znowu rejestrować kandydatów, prowadzić kampanię wyborczą, organizować głosowanie, liczyć głosy, osądzać protesty wyborcze. Czas płynie, rząd Mateusza Morawieckiego rządzi, stary parlament pracuje.

Sprawdź kandydatów do Sejmu i Senatu

As w rękawie: wyrok TSUE

Jeśli wynik wyborów byłby ciągle niesatysfakcjonujący, można tak do skutku. I jest jeszcze as w rękawie: Trybunał Sprawiedliwości UE i jego wyrok w sprawie legalności powołania i działania Krajowej Rady Sądownictwa, tzw. neo-KRS. Wyrok, który może oznaczać nieważność powołania sędziów przez neo-KRS, także tych do Izby Kontroli Nadzwyczajnej SN.

Wyrok TSUE spodziewany jest przed wyborami, ale może też zapaść później. Jeśli zakwestionuje legalność działania Izby Kontroli Nadzwyczajnej – PiS może go uznać. I stwierdzić, że nie ma komu orzec o ważności wyborów. Któż mógłby zganić PiS za podporządkowanie się wyrokowi TSUE? Zatem uchwała Izby nie zostanie wydrukowana w „Dzienniku ustaw”, co według kodeksu wyborczego (art. 224, par. 5 i 6) jest warunkiem jej wejścia w życie. W przeciwieństwie do niepublikowania orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego o nieopublikowanie uchwały nielegalnej izby SN nikt nie będzie miał pretensji.

I zabawa zacznie się od nowa – trzeba będzie napisać nową ustawę o KRS. KRS wybierze nowych sędziów… Oczywiście można prościej – jednym przepisem oddać orzekanie Izbie Pracy SN, która do tej pory orzekała o ważności wyborów i w której na razie nie ma żadnego neosędziego. Ale PiS-owi może w tym akurat przypadku na prostocie nie zależeć.

Zmiana konstytucji?

Brzmi to wszystko dość fantastycznie, ale cztery lata temu równie fantastycznie brzmiał scenariusz przejęcia Trybunału Konstytucyjnego czy KRS.

To wszystko to jedynie możliwości, które daje PiS-owi uprawiana przez to ugrupowanie specyficzna, antydemokratyczna i antykonstytucyjna interpretacja prawa. Nie twierdzę, że PiS ma przygotowany taki scenariusz. Ale faktem jest, że otworzył sobie do niego drzwi.

I na koniec jeszcze jedne drzwi: do zmiany konstytucji. Jeśli stary parlament nadal będzie obradował, posłowie opozycji prawdopodobnie będą te obrady bojkotować, żeby dać świadectwo sprzeciwu wobec nadużywania prawa do kwestionowania woli wyborców. PiS będzie więc sobie obradował samodzielnie.

Do wprowadzenia poprawek do konstytucji potrzeba dwóch trzecich głosów przy obecności minimum połowy z 460 posłów. Połowa to 230. Posłów PiS jest 240, a więc ponad połowa. Dwie trzecie to 153 głosy. W tej sytuacji PiS może samodzielnie zmienić konstytucję.

I teraz można pisać kolejny scenariusz.

Kmicic z chesterfieldem

Prezes Jarosław Kaczyński zabrał głos w sprawie podniesienia płacy minimalnej; polityk uważa, że reforma jest zasadna i wszelkie głosy jej krytyki są nieuzasadnione. Swoimi przemyśleniami podzielił się w Programie 1 Polskiego Radia.

Kaczyński w pełni popiera zwiększenie płacy minimalnej do pułapu 4 tys. zł brutto. „Powtarzałem od wielu lat, że nie można bez przerwy mówić społeczeństwu, że trzeba zaciskać pasa” – stwierdził prezes Prawa i Sprawiedliwości. Prawicowy polityk twierdzi, że „jeśli zwiększą się płace, tworzy to nacisk na ulepszenie gospodarki” – z taką tezą z pewnością nie zgodzi się zdecydowana większość liberalnych ekonomistów.

Szef „dobrej zmiany” usiłował również wykreować się na obrońcę polskich pracowników, którym z pewnością nie jest. Prezes mówił m.in. o fali „fake…

View original post 1 068 słów więcej

 

Premierka in spe Małgorzata Kidawa-Błońska

Małgorzata Kidawa-Błońska jako kandydatka na premiera i liderka listy w Warszawie to racjonalny ruch ze strony szefa PO Grzegorza Schetyny. Podyktowany kalkulacją, ale i obawą, że Schetyna mógłby ponieść w stolicy porażkę w bezpośrednim starciu z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim.

Analogia między decyzją Schetyny a ruchem Jarosława Kaczyńskiego z 2015 r. jest uderzająca. Wówczas to prezes PiS patrzył w sondaże i widział, że jego partia ma szansę wygrać wybory, ale on sam jako kandydat na premiera jest przeszkodą.

Kaczyński na pytanie, czy będzie premierem, odpowiedział wówczas tak: – Chciałaby dusza do raju, ale grzechy nie pozwalają. Krótko mówiąc, to nie jest to, czy ktoś chce, czy nie chce [być premierem]. Decyzja zapadnie w odpowiednim momencie i tutaj jest tylko jedno pytanie: czy ktoś jest w stanie poprowadzić do zwycięskich wyborów, czy też nie. Właśnie, bo grzechy ciążą.

Dziś Grzegorz Schetyna mógłby zacytować Jarosława Kaczyńskiego. Różnica jest taka, że stawka za poświęcenie własnych ambicji jest już zupełnie inna.

Dla Kaczyńskiego celem była maksymalizacja szansy na triumf w wyborach, bo to było w zasięgu ręki.

Dla Schetyny celem jest ustrzec się porażki, która w konsekwencji zmiotłaby go z fotela szefa Platformy Obywatelskiej.

Niemniej, obaj liderzy wykazali się racjonalnym podejściem do swojej wagi w polityce i świadomości swoich słabości. Schetyna podjął decyzję w ostatniej chwili – tuż przed upływem terminu rejestracji list wyborczych. Po pierwsze: wysunął Małgorzatę Kidawę-Błońską jako kandydatkę Koalicji Obywatelskiej na premiera. A po drugie: umieścił ją na „jedynce” listy KO w Warszawie, a sam przesunął się na czoło listy, ale we Wrocławiu.

I jeszcze jedna różnica między decyzjami liderów PO i PiS. Jarosław Kaczyński zrezygnował z ambicji bycia premierem po ośmiu latach w opozycji. Schetyna – po czterech.

Dla Grzegorza Schetyny, który w polityce jest wyjadaczem, to z pewnością trudna lekcja. Jako lider listy PO w swoim rodzinnym Wrocławiu może być jednak spokojny o dobry wynik. W Warszawie mógł ponieść porażkę w bezpośrednim starciu z prezesem PiS. A to ryzyko było realne. W 2015 r. Kaczyński zdobył w Warszawie 202 tys. głosów, a urzędująca wówczas premier Ewa Kopacz niewiele więcej, bo 230 tys. Kiepskie notowania Schetyny nawet w elektoracie PO sprawiłyby w tegorocznych wyborach, że głosy rozpłynęłyby się po całej liście KO, więc Schetyna mógłby zanurkować poniżej 200 tys. głosów. Przekaz z porażki byłby taki: Jarosław Kaczyński pogromcą lidera opozycji w jej własnym bastionie. Kolejną pochodną byłaby erozja przywództwa Schetyny w partii i zmiana lidera.

Ale są i inne zyski dla PO z nagłego ruchu Schetyny. Platforma w końcu czymś zaskoczyła i przejmuje – choć pewnie tylko krótkotrwale – inicjatywę.

Z drugiej strony roszada Schetyny i Kidawy-Błońskiej to ruch tylko personalny. Owszem pani wicemarszałek Sejmu, a wcześniej także bardzo dobra marszałek Sejmu nie jest typem zadziornej fighterki, jest za to szanowana także w szeregach obozu władzy. To jej duże atuty. O ile Beata Szydło kreowana była na Matkę Polkę z prowincji, to Kidawa-Błońska może uchodzić za kulturalną ciotkę z Warszawy.

Jednak bez wsadu programowego i przede wszystkim odbudowania wiarygodności nie sposób dziś wygrać z PiS-em. Misja Kidawy-Błońskiej – wygrać wybory i zostać premierem – ociera się więc o political fiction. Marsz PiS po władzę trwał dwie kadencje, a J. Kaczyński rezygnował z realnej szansy na fotel premiera. Schetyna w praktyce rezygnuje z mówienia, że chce być premierem.

Wpasowanie Kidawy-Błońskiej w rolę kandydatki na premiera jest dla Schetyny dość bezpieczne. Nie ma ona bowiem charakteru Brutusa ani praktyki we wbijaniu noży w plecy swoim protektorom. Z pewnością jednak – w oczach części członków PO – jej autorytet i znaczenie dla partii wzrosną, co w dłuższej perspektywie obsadzi ją – nawet wbrew jej woli – w roli potencjalnej nowej liderki Platformy.

Kmicic z chesterfieldem

„W związku z nieprawdziwymi informacjami na temat rzekomego zaginięcia korespondencji hejterki Emilii Sz. sugerującymi, że miałyby one zaginąć w prokuraturze, wobec onet.pl i adwokata, który tego rodzaju insynuacje przekazuje – zostanie wytoczony pozew” – napisał na Twitterze Jan Kanthak, rzecznik Zbigniewa Ziobry.

O sprawie w artykule „Ważne pliki, mające związek z aferą hejterską w resorcie Ziobry, „wyparowały” w prokuraturze?”. – „Pozew się składa, wytacza się proces. PS Porada gratis…” – podsumował Borys Budka, były minister sprawiedliwości w rządzie PO-PSL.

„Kanthaku, ja nie sądziłem, że waść taki interdyscyplinarny jest. Przedwczoraj o ściekach, wczoraj o IIWŚ, dzisiaj o papierach Emi. Fiu, fiu. Jeśli pozew będzie, proszę go pokazać. Macierewicz Piątka też miał pozywać i finał wszyscy znamy”; – „Prom, elektryczne auta, mierzeja przekopana i miliard pozwów. A wszystko „zostanie wytoczone”;

„Borze zielony… Wytoczyć można proces. Pozew się wnosi. Na podstawie wniesionego pozwu, zostanie wytoczony proces, o ile prokuratura uzna pozew…

View original post 464 słowa więcej

 

Ksiądz, sympatyk faszyzmu

W sobotę papież Franciszek podczas pielgrzymki do Irlandii spotkał się z ofiarami księży-pedofili. Mówił o grzechu Kościoła i przepraszał. Ks. Tomasz Brussy z Poznania w tym samym czasie też przyznał na Twitterze, że pedofilia w Kościele to grzech. Ale na tym nie poprzestał. Wskazał, co jego zdaniem powinien zrobić Kościół, by problem zniknął. Jego słowa wiele osób oburzyły.

Ks. Tomasz Brussy przez ostatnie 7 lat był asystentem Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Archidiecezji Poznańskiej. W stolicy Wielkopolski jest postacią znaną, choćby z tego, że aktywnie uczestniczy w akcjach organizowanych przez Obóz Narodowo-Radykalny czy Młodzież Wszechpolską.

W sobotę ks. Brussy zabrał na Twitterze głos w sprawie księży-pedofilów. „Pedofilia to odrażające przestępstwo i grzech. By nie dochodziło do niej więcej w Kościele trzeba wreszcie zwalczyć lobby homoseksualne wśród duchownych” – zawyrokował

Jego wpis spotkał się z licznymi reakcjami. Niektórzy słowa księdza uznali za przejęzyczenie. Inni zwracają uwagę, iż duchowny pomieszał pojęcia.

Jego wpis spotkał się z licznymi reakcjami. Niektórzy słowa księdza uznali za przejęzyczenie. Inni zwracają uwagę, iż duchowny pomieszał pojęcia.

Ks. Tomasz Brussy rozwiał wątpliwości, czy było to przejęzyczenie. Jeszcze w sobotę podał dalej „dane” opublikowane przez szefa Młodzieży Wszechpolskiej, które mają dowodzić, iż „90 proc. molestowań przez duchownych to działania homoseksualistów”.

Jako jeden z nielicznych w polskim Kościele (a może nawet jako jedyny?) głośno o konieczności walki ze zjawiskiem pedofilii wśród księży mówi o. Adam  Żak.

Ojciec Żak jest koordynatorem ds. ochrony dzieci i młodzieży przy Konferencji Episkopatu Polski. I przyznaje, że w tej walce o ochronę dzieci i młodzieży jest osamotniony. Nie ma przy tym wątpliwości, że pedofilska afera w polskim Kościele wybuchnie. Prędzej czy później.

O. ADAM ŻAK

koordynator ds. ochrony dzieci i młodzieży przy Konferencji Episkopatu Polski

Nie wiem, co się musi wydarzyć, żeby niektórzy przełożeni zrozumieli, że przy tego rodzaju przestępstwach trzeba działać ze znajomością rzeczy, szybko i ze świadomością zagrożeń dla bezpieczeństwa innych osób małoletnich. To zasady, którymi należy się bezwzględnie kierować.

wypowiedź dla deon.pl

Kmicic z chesterfieldem

Po co PiS właściwie wprowadził przepisy o odpowiedzialności dyscyplinarnej i dlaczego istnieje niewielka szansa, by się z nich wycofał? Jest to instrument politycznego wpływania na sędziów, co już widać, ale być może sprawa jest poważniejsza i PiS potrzebuje izby dyscyplinarnej, by przykładowo ograniczyć do niej tylko kompetencje Sądu Najwyższego do uznawania wyborów w kraju za legalne i ważne. To bardzo niebezpieczny instrument i dlatego działania Komisji Europejskiej uważam za w pełni uzasadnione – mówi europeistka prof. Renata Mieńkowska-Norkiene z Instytutu Nauk Politycznych UW. – KE dała 2 miesiące na wycofanie się z przepisów dotyczących systemu dyscyplinowania sędziów. Niezastosowanie się do tego zalecenia KE prawdopodobnie będzie wiązało się ze skierowaniem sprawy do TSUE – dodaje

JUSTYNA KOĆ: KE rozpoczęła drugi etap postępowania o naruszenie prawa unijnego wobec Polski w sprawie nowego systemu dyscyplinarnego dla sędziów. Co to oznacza, z czym się wiąże i kiedy możemy odczuć konsekwencje?

PROF. RENATA MIENKOWSKA-NORKIENE: Komisja Europejska jest strażniczką europejskiego prawa, m.in. w tym…

View original post 3 114 słów więcej

 

Je…ć …PiS! Pomnik Polskiego Jabola

Krzysztof Skiba, słynny frontman zespołu Big Cyc, opublikował na swoim profilu na Facebooku informację o tym, co spotkało go w ostatnim czasie.

Do Skiby zapukali bowiem policjanci. Okazało się, że służby w naszym kraju badają temat m.in. antypisowskich okrzyków z koncertu KSU – innego legendarnego zespołu rockowego – który miał miejsce w sierpniu minionego roku w Ustrzykach Dolnych.

Kontrowersyjny koncert?

Na koncercie było – jak wspomina Skiba, który był prowadzącym imprezy – blisko dziesięć tysięcy osób. W jego trakcie cześć widowni wznosiła okrzyki “Je…ć …PiS!”. Ponoć nikt na scenie – ani muzycy ani sam lider Big Cyc – nie krzyczeli w ten sposób.

„W nawiązaniu do słynnej piosenki KSU “Jabol punk” zaproponowałem ze sceny zbudowanie w Ustrzykach Pomnika Polskiego Jabola. Pomnik taki (podobnie jak pomnik “glana” w Jarocinie) z pewnością byłby wspaniałą atrakcją turystyczną miasta. Propozycja miała charakter humorystyczny i tak też przyjął ją burmistrz miasta Bartosz Romowicz, który zespołowi KSU na urodziny podarował butelkę kultowego wina.”

– wspomina Skiba i kontynuuje:

„Okrzykami “Je…ć… PiS” oraz propozycją budowy Pomnika Polskiego Jabola poczuł się obrażony zacny obywatel miasta pan Adam Łukaszyk, który na koncercie co prawda nie był, ale kilka miesięcy później zobaczył jego fragmenty na YouTube. Obrażony obywatel (którego żona mocno udziela się w lokalnym PiS) zgłosił sprawę na policję, a ta wszczęła dochodzenie. Policja przesłuchała już na tę okoliczność organizatorów koncertu, burmistrza oraz także mnie. Sprawa toczy się zgodnie z procedurami. Trwają przesłuchania, sporządza się raporty i dokumenty, trwa analiza materiałów filmowych, dokonuje się oględzin miejsca, w którym krzyczano nieprawomyślne hasła. Policja jak wiadomo nie ma co robić, więc pewnie z radością zajmuje się takimi rozkosznymi sprawami.”

Niepotrzebna sprawa

Badanie takich tematów przez policję jest z pewnością zbyteczne. Pokazuje jednak do jakich napięć społecznych zaczyna dochodzić naszym kraju i jak skonfliktowani są dziś Polacy. Skiba nie jest bowiem ani odpowiedzialny za okrzyki publiki, zaś jego propozycja pomnika – może i infantylna – powinna zostać uznana tylko za głupi żart.

Cały wpis Skiby tutaj >>>

Kmicic z chesterfieldem

Jednym z największych wyzwań XXI wieku przed którymi stoi Polska jest transformacja energetyczna. Odejście od węgla i włączenie się w walkę z globalnym ociepleniem jest obowiązkiem stojącym przed całym obecnym pokoleniem. Jest to także duża bitwa gospodarcza, ponieważ tania i dostępna energia stanowi atut w rywalizacji z innymi graczami światowej gospodarki. Nie bez znaczenia jest także cena energii dla samych konsumentów, co szczególnie pokazało desperackie dążenie rządu do refundacji podwyżek cen prądu. Do realizacji wszystkich powyższych celów potrzeba zatem wydajnego źródła energii. Tymczasem strategia rządu staje się na tle świata coraz bardziej zacofana. Głównym problemem polskich władz jest bowiem opóźnienie w czasie odchodzenia od węgla w celu zadowolenia licznego grona wyborców lobby węglowego, oraz zwalczanie z przyczyn ideologicznych energetyki wiatrowej na lądzie. Absurd obu założeń widać  szczególnie mocno na tle raportu Międzynarodowej Agencji Odnawialnych Źródeł Energii (IRENA) o kosztach produkcji odnawialnych źródeł energii.

Okazuje się bowiem, że te dynamicznie maleją…

View original post 3 701 słów więcej

 

Młodzież myśli o przyszłości, o klimacie na Ziemi, wbrew PiS. Inga Zasowska – bohaterka

Kmicic z chesterfieldem

„Powinien powstrzymać swój antysądowy temperament, bo to może odwrócić się przeciwko niemu. Od polityka wymagamy wyważenia, a jak on już nie ma co do powiedzenia na temat łamania Konstytucji przez ustawy przez niego firmowane, to nie może stale mówić o tym, że to są zbrodnie komunistyczne i to jest powód tej zmiany. To nie godzi się politykowi” – skomentowała wypowiedź Zbigniewa Ziobry Pierwsza Prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzata Gersdorf w RMF FM. Minister sprawiedliwości stwierdził bowiem, że dzisiejsza opinia rzecznika generalnego TSUE jest „obroną patologii w polskim sądownictwie”.

Przypomnijmy – rzecznik generalny Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w swojej opinii uznał, że Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego – nie spełnia wymogów niezawisłości sędziowskiej. Poza tym według rzecznika TSUE „sposób powoływania członków KRS ujawnia nieprawidłowości, które mogą zagrozić jej niezależności od organów ustawodawczych i wykonawczych”. Wyrok unijnego Trybunału spodziewany jest jesienią – najczęściej opinia wydana przez rzecznika jest zbieżna z werdyktem TSUE.

View original post 2 532 słowa więcej

 

Mateusz Morawiecki, wyjątkowo perfidny zaprzaniec

Gdy okazało się, że straszenie inwazją uchodźców już nie działa, a ofensywa europejskiego lewactwa, genderystów i środowisk LGBT+ wcale Polakom nie tak straszna, jak przewidywali stratedzy Prawa i Sprawiedliwości, na Nowogrodzkiej urodził się plan postraszenia Polaków wprowadzeniem wspólnej waluty europejskiej, która miałaby doprowadzić do wzrostu cen produktów (tak jakby fatalna polityka gospodarcza “dobrej zmiany” nie wywoływała takich samych efektów). Partia rządząca opublikowała nowy spot wyborczy, a prezes Kaczyński do spółki z premierem Mateuszem Morawieckim rozpoczęli wykłady, jak to Polacy zasługują na europejski poziom życia i europejskie wynagrodzenia, a nie wyższe ceny w euro. 

– Mówimy “nie” euro, mówimy “nie” europejskim cenom; przyjmiemy euro, gdy osiągniemy poziom Niemiec – mówił podczas konwencji w Lublinie prezes PiS. Z kolei premier  ocenił, że Polsce nie opłaca się dziś przyjąć euro i rząd chce opierać gospodarkę o polską walutę. Zdaniem polityków partii rządzącej tylko PiS jest gwarantem tego, że Polska z rodzimym złotym nie pożegna się zbyt szybko.

“Czy polska gospodarka na tym zyska? Bardzo wątpliwe”– mówił Kaczyński. “Czy zyskają na tym kieszenie Polaków, czy po raz kolejny zostaną zmniejszone, zredukowane, mówię tu o ich zawartości, o domowych budżetach?” – dodał. Argumentem mającym służyć straszeniu Polaków, że głos na Koalicję Europejską to głos za szybkim przyjęciem europejskiej waluty posłużyły w spocie wypowiedzi polityków KE. Problem jednak w tym, że wystarczyła chwila, by w sieci pojawiły się wypowiedzi Mateusza Morawieckiego z czasów, zanim jeszcze został politycznym “Robin Hoodem” i zwolennikiem interwencji państwa w gospodarkę. Bo bankster Morawiecki, jeden z doradców gospodarczych premiera Donalda Tuska był wprowadzenia euro zdecydowanym orędownikiem.

Jego wypowiedź z debaty w Ministerstwie Finansów z 2013 roku przytoczył inny z jej uczestników, założyciel Nowoczesnej, a obecnie szef partii Teraz! Ryszard Petru. Jak stwierdził, wówczas myślał jeszcze samodzielnie i na temat wprowadzenia w Polsce euro wypowiadał się racjonalnie, w pozbawiony polityki sposób. Zresztą zobaczcie sami.

O tym, że przyjęta przez ekipę rządową narracja o gwarancji wprowadzenia w Polsce europejskiego standardu życia może być bardzo ryzykowna, pisał też na Twitterze reporter RMF FM Patryk Michalski, zauważając, że trwa właśnie największy od 1993 roku strajk nauczycieli, którym wynagrodzenia na poziomie choćby częściowo zbliżonym do tych zachodnich właśnie się odmawia.

Zauważył także, że dopiero co także inna grupa społeczna – opiekunowie osób niepełnosprawnych – próbowali wywalczyć od rządu Prawa i Sprawiedliwości dodatki pozwalające na życie choćby na minimum egzystencji. Z jaką butą i arogancją zostali finalnie potraktowani, wszyscy przecież pamiętamy.

Depresja plemnika

15-lecie wstąpienia Polski do Unii Europejskiej Donald Tusk postanowił zaznaczyć odegraniem hymnu Wspólnoty na pozytywce. Otrzymał ją od polskich studentów. – „To chyba najlepsza chwila, żeby na niej zagrać – 15 lat Polski w Unii Europejskiej” – stwierdził w opublikowanym na Instagramie filmiku były polski premier.

„Obyśmy byli w niej nadal!”; – „Pozytywnie z pozytywką”; – „Bądźmy dumni z tego. Mimo że czasem wiatr w oczy. Bądźmy dumni, że mamy możliwość być częścią Europy”; – „Piękna rocznica, życzmy sobie jeszcze wiele takich rocznic”; – „Brawo studenci! W młodych i nowoczesnych nadzieja, że Polska nie wróci do Średniowiecza” – pisali w komentarzach internauci.

View original post 945 słów więcej

 

Od Jacka Kurskiego staliniści mogliby pobierać nauki

Krzysztof Leski przez ponad rok codziennie oglądał główne wydanie najważniejszego programu informacyjnego w TVP. Oceniał „Wiadomości” po przejęciu mediów publicznych przez PiS, a swoje recenzje zamieszczał na Twitterze – wielokrotnie też się na nie powoływaliśmy. Leski bowiem to doświadczony dziennikarz i działacz opozycji w PRL.

Przez prawie 15 miesięcy oglądał „Wiadomości”, bo jak stwierdził w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”, „poczułem, że to coś tak niebywałego, że trzeba to zacząć dokumentować”. – „Wiadomości” przestały być programem informacyjnym czy nawet propagandowo-informacyjnym. Najgorsza jest ta nienawiść. I język, w którym jest rozsiewana. Bo sama propaganda sukcesu to nic nowego, znamy dość dobrze te mechanizmy z czasów komunistycznych. Natomiast nowością w całej 29-letniej historii programu jest nienawistny język epitetów. Wymierzony głównie w „totalną opozycję” i „brukselskie elity” – stwierdził Leski.

Zdaniem Leskiego, TVP pod kierownictwem Jacka Kurskiego, cofnęła się do głębokich czasów PRL. – „Liczba epitetów w „Wiadomościach” jest niebywała, ale kluczowy jest ton, w jakim są podawane – pełen profesjonalnej werwy, jak gdyby to były fakty czy gorące newsy. Najwyraźniej istnieje bardzo precyzyjna instrukcja, jak mówić o sprawach gospodarczych, wewnętrznych, politycznych, zagranicznych, o wszystkim. Jacek Kurski wrócił do zjadliwego języka propagandy Urbana w stu procentach, choć czerpie także z Macieja Szczepańskiego, słynnego prezesa telewizji z lat 70., który ją unowocześnił i uprawiał propagandę sukcesu w światowej oprawie”.

Recenzując poszczególne wydania „Wiadomości”, Leski zaczął przyznawać „Tubę dnia” dla reportera, który podpisuje swoim nazwiskiem najgorszy propagandowo materiał. Zapytany przez Agnieszkę Kublik, komu przyznałby „Tubę Roku”, Leski odpowiedział: – „Nie jestem w stanie wybrać jednego reportera, bo takich, którzy nie cofną się przed żadnym zleceniem, naliczyłem 17. Cierpiał, Diaz, Graczak, Korab, Marciniak, Maszenda, Pawelec, Sawicki, Stankiewicz, Szewczak, Szypszak, Smagliński, Tulicki, Wąs, Wierzchowska, Wojtanowicz, Wolski. Czasem mam wrażenie, że szefostwo próbuje każdego z reporterów umazać w g… Bo każdy z nich ma na koncie wiele wyjątkowo perfidnych materiałów”.

Podobny kłopot z wyborem Leski ma przy przyznaniu tej „Tuby” prowadzącym „Wiadomości”. – „Nie potrafię wybrać. Jeszcze rok temu wydania prowadzone przez Ziemca były łagodniejsze niż Holeckiej i Adamczyka. Np. Ziemiec, prowadząc wywiad z gościem „Wiadomości”, był łagodniejszy, próbował udawać w miarę bezstronnego. Ale już gdzieś od wiosny nie widzę żadnej różnicy” – powiedział Leski.

Depresja plemnika

 „To się nie dzieje naprawdę. Marek Suski jako jeden z argumentów za reformą sądownictwa, powiedział, że „niektórzy sędziowie mają w ogródkach zakopane sztabki złota, nie wiadomo skąd” – napisał na Twitterze Patryk Michalski z RMF FM. Reporter powołuje się na oficjalne sprawozdanie Komisji Wolności Obywatelskich, Sprawiedliwości i  Spraw Wewnętrznych (LIBE) Parlamentu Europejskiego.

Jej przedstawiciele byli w Polsce we wrześniu ubiegłego roku w sprawie pisowskiej „reformy” wymiaru sprawiedliwości. Spotkali się z przedstawicielami rządu, opozycji, sędziami i organizacjami pozarządowymi.

Marek Suski, który – przypomnijmy jest szefem gabinetu politycznego premiera Morawieckiego – podczas spotkania z komisją z PE twierdził, że dlatego PiS reformuje sądownictwo, bo niektórzy sędziowie poprzedniej Krajowej Rady Sądownictwa są bardzo bogaci, nie wiadomo skąd mają te pieniądze oraz, że… zakopywali złoto w ich ogrodach.

Na jednak nie poprzestał. Jak wynika ze sprawozdania, Suski porównywał  reakcję instytucji unijnych na pisowską reformę do historycznych działań Moskwy. Te „rewelacje” padły na spotkaniu, w którym uczestniczyli także…

View original post 2 366 słów więcej

 

Najwyższe pensje wśród banków centralnych świata ma NBP, a oprócz tego najprawdopodobniej burdel z blondynkami

Depresja plemnika

Coś jest na rzeczy, bo jak dowiadujemy się z  portalu radia RMFFM, po spotkaniu najważniejszych polityków PiS na Nowogrodzkiej, lider partii przystał na ustawowe uregulowanie wynagrodzeń kadry kierowniczej Narodowego Banku Polskiego.

Z nieoficjalnych informacji autor tekstu Patryk Michalski wnioskuje, że Jarosław Kaczyński w rozmowie w cztery oczy z Adamem Glapińskim domagał się, żeby to prezes banku centralnego sam przeciął spekulacje, lecz  najwyraźniej bezskutecznie, co pokazała konferencja prezesa NBP – odebrana jako pokaz arogancji względem Nowogrodzkiej.

Podczas spotkania z mediami szef NBP powiedział bowiem, że jest „zbulwersowany atakiem” na swoje współpracowniczki. „Szczególnie się uczepiono dwóch pań dyrektor”. (…) „Z nieznanych mi powodów. Z powodu ich może wyglądu, czy czegoś innego. Haniebne, brutalne, prymitywne, seksistowskie pastwienie się nad dwoma matkami, nad ich dziećmi, które chodzą do szkoły i przedszkola, nad ich mężami, nad ich rodzicami. Wszyscy są w Warszawie szalenie zbulwersowani”– podsumował.

Na dodatek Glapiński oświadczył, że nie ujawni zarobków swoich pracownic, bo nie pozwala mu…

View original post 696 słów więcej

 

Pedofilia w Kościele, Ziobro broniący szubrawców. Oto Polska dzisiaj

– Nie tylko dostojnicy kościelni nie reagowali, ale także organy ścigania i media nie były zainteresowane tym, co robił ten znany w Polsce i na świecie duchowny – twierdzi Krzysztof M. Kaźmierczak, dziennikarz śledczy i wspomina swoje spotkanie z Piotrem J., który twierdził, że jako nastolatek został przez księdza zgwałcony i chciałby o tym opowiedzieć prokuraturze, ale ta nie chce go wysłuchać.

Był wrzesień 2004 roku. – Pracowałem wtedy w „Gazecie Poznańskiej”, przyszedł do redakcji zdruzgotany, wystraszony. Powiedział, że wyjechał z Gdańska, boi się o swoje życie. Po tym, jak zdecydował się złożyć w prokuraturze zawiadomienie, ktoś mu groził śmiercią – wspomina dziennikarz. – Napisałem tekst, ale dość ogólny, ponieważ w gazecie nikt za bardzo nie był zainteresowany tematem. Ksiądz Jankowski, legenda „Solidarności”, miałby kogoś zgwałcić? To wydawało się niepojęte. Wszyscy woleli być ostrożni, bo może ten młody chłopak konfabuluje? Nie tylko w tej redakcji, ale wówczas też w wielu innych, podejście do Kościoła było czołobitne, a w każdym razie nie dopuszczano do siebie tego, że ksiądz, w dodatku z takimi zasługami, tak znany, mógłby się dopuszczać takich rzeczy. Nie było jakiejś wielkiej chęci, by to zgłębiać, badać, szeroko opisywać – mówi Krzysztof M. Kaźmierczak.

 Piotr J., który się do niego zgłosił, miał wówczas 21 lat, twierdził, że księdza Jankowskiego poznał, gdy mając 14 lat uciekł z domu i błąkał się po jednym z gdańskich parków, stamtąd ksiądz zabrał go na plebanię św. Brygidy. Piotr J. mówił o prałacie „Henryk”, bo – jak twierdził – ksiądz szybko przeszedł z nim na „ty”. Opowiadał, że tamtej nocy Henryk go nakarmił, później głaskał po głowie, całował po szyi, policzkach i w usta, dotykał piersi, genitaliów… Chłopak czuł obrzydzenie i lęk. Zanim doszło do stosunku, dostał drinka. Później, razem z Henrykiem, oglądali filmy – najpierw pornograficzny, o treści – jak mówił Piotr – pedofilskiej. Później Henryk włączył film, na którym było widać wcześniejsze sceny z jadalni – gdy namiętnie całował Piotra. Widząc te sceny chłopak zerwał się, ubrał, zanim opuścił plebanię, ksiądz dał mu tysiąc złotych mówiąc, że mu się należy, bo był dobry.

– Zadzwoniłem do prokuratury, zapytałem, dlaczego nie chcą go przesłuchać? Miałem wrażenie, że nie są jakoś specjalnie zainteresowani tym, co chłopak ma do powiedzenia – wspomina Krzysztof M. Kaźmierczak. Dopiero po tym, jak ukazał się jego tekst, Piotr J. został przesłuchany. Mówił, że to, co stało się na plebanii św. Brygidy, gdy miał 14 lat wpłynęło na dalsze jego życie – były kolejne ucieczki z domu, zaczął się prostytuować. Miał żal, że nikt, komu opowiadał o tym, co zrobił ksiądz, nie chciał mu wierzyć. – Po tym, jak się zgłosił do prokuratury, czuł się zagrożony. Próbował odebrać sobie życie, trafił do szpitala psychiatrycznego. Tragiczna historia – mówi Krzysztof M. Kaźmierczak.

Prokuratura umorzyła sprawę „wobec braku danych dostatecznie uzasadniających podejrzenie popełnienia czynu zabronionego”.

Nie sposób zacytować komentarze pod adresem Ziobry, wywołanych wypowiedzią na jaką się zdobył w TVP, na temat byłego szefa KNF Wojciecha Kwaśniaka. Oburzenie, wielka niechęć i potępienie spotkały ministra za stwierdzenie, iż do zamachu na niego doszło, bo KNF „rozzuchwalała przestępców”.

„…Nieprawdopodobne. Prokurator Generalny szuka usprawiedliwienia dla bandytów” – napisał na Twitterze Patryk Michalski.

Minister goszcząc w wieczornych „Wiadomościach ” na pytanie Krzysztofa Ziemca o to, czy trzeba było zatrzymywać urzędników KNF, w tym Kwaśniaka, ofiarę zamachu, udzielił skandalicznej odpowiedzi: – „Być może Wojciech Kwaśniak został zaatakowany, bo Komisja Nadzoru Finansowego przez lata rozzuchwalała przestępców – stwierdził i nawet uzasadnił to: „KNF przez długi czas rozzuchwalała przestępców, pozwalając im w sposób bezkarny wyprowadzać miliardy złotych kosztem 85 tys. ludzi, którzy złożyli tam swoje oszczędności życia. W tej sytuacji rozzuchwalenie przestępców narastało. My mamy za zadanie zbadać, dlaczego tak się działo” – powiedział Ziobro.

Wielu odbiorcom zaparło dech: „Nie wiem, co powiedzieć. Konstytucyjny minister wypowiada słowa, w których bliżej mu do bandytów niż do państwowego urzędnika. Co za ściek – napisał na Twitterze Patryk Słowik

O straty SKOK-u Wołomin (1,5 mld zł) Ziobro oskarżył KNF i to w sytuacji, gdy nadzór nad SKOK-ami komisja przejęła dopiero w 2013 r. Wcześniej, właśnie w czasie, gdy dokonywano tam największych nadużyć, SKOK Wołomin nadzorowany był przez Kasę Krajową SKOK, która teraz odcina się od wszelkiej odpowiedzialności. Przestępczy proceder przerwało właśnie przejęcie kontroli przez KNF.

Czwartkowa akcja CBA i zatrzymanie sześciu osób, a wśród nich Wojciecha Kwaśniaka nie wytrzymały krytyki nawet w sferach rządowych. Nie zapomniano jeszcze zdarzenia z czerwca 2014 r., gdy padł on ofiarą napadu i dlatego zarzut opieszałego działania w sprawie afery wołomińskiej SKOK wstrząsnął opinią publiczną.

W piątek w nocy prokuratura w Szczecinie wypuściła wszystkich siedmioro urzędników za 200 – tysięcznym poręczeniem majątkowym. Wojciech Kwaśniak wyszedł jako ostatni. Ze Szczecina do Warszawy panowie – spektakularnie dowiezieni na przesłuchanie samochodami CBA – musieli wrócić na własną rękę.

Depresja plemnika

Jak Ziobro pomaga przestępcom – więcej >>>

Ktoś w PiS wymyślił, że trzeba czymś „przykryć” aferę KNF. I przykrył ją tak, że PiS będzie mieć teraz same kłopoty. Ciekawe, czy Kaczyński zaaprobował plan tej prowokacji, czy była to samodzielna inicjatywa Ziobry.

W 2007 roku, podczas kampanii wyborczej do parlamentu, wystąpił na konferencji prasowej ówczesny szef CBA Mariusz Kamiński, przedstawiając informacje o zatrzymaniu posłanki PO Beaty Sawickiej. „Polacy powinni wiedzieć, na kogo głosować” – mówił. I Polacy zagłosowali przeciwko PiS. Prowokacja przeciwko Sawickiej była widoczna gołym okiem. To, że posłanka uległa pokusie i wpadła w sidła zastawione przez CBA, nie świadczył o niej dobrze, ale bardziej szokujące było angażowanie tajnych służb do kampanii wyborczej, a słowa Kamińskiego to potwierdzały. Okazało się, że wyborcy są inteligentniejsi, niż sądzili działacze PiS.

Błąd Kamińskiego powtórzyli w ostatnich dniach prokuratorzy kierowani przez Ziobrę. Tyle że zrobili to jeszcze prymitywniej, sięgając po podlejsze chwyty.

Pomysł był…

View original post 2 354 słowa więcej

Morawiecczyzna, czyli putinizacja po polsku

Przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego już zdymisjonowany. CBA przeszukało siedzibę tej instytucji. Śledztwo trwa. Czy jest już po „aferze KNF”? Przeciwnie! Opozycja naciska na komisję śledczą, a dziennikarze zastanawiają się, komu sprawa może zaszkodzić. A komu miała?

Wiele wskazuje na to, że miała uderzyć w Mateusza Morawieckiego! Premier miał przekonywać świat finansów, że Polska to idealne miejsce na inwestowanie, przeniesienie instytucji finansowych z londyńskiego City. Tymczasem we wtorek cały ten świat czytał artykuł o żądaniu łapówki przez szefa Komisji nadzorowanej przez premiera. Został bowiem opublikowany nie tylko w „Gazecie Wyborczej, ale i w prestiżowym „Financial Times”! To cios w wizerunek premiera.

Mało kto będzie dociekał, że Marek Chrzanowski został szefem KNF wręcz wbrew Morawieckiemu… A to nie wszystko. Pełnomocnik bankiera Leszka Czarneckiego mec. Roman Giertych powiedział Faktowi, że w tej sprawie złożył zawiadomienie 7 listopada o godzinie 8.34 u samego prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry. Dokładnie w biurze podawczym Prokuratury Krajowej.

Manewr Giertycha jest czytelny – to kolejny kij wsadzony w rządowe mrowisko. Po wyborach samorządowych konflikt między Morawieckim i Ziobrą wybuchł na nowo. Partia wówczas stanęła za Ziobrą. A dokładniej – za jednością, choć wątłą. Jak ustalił Fakt, wieczorne wtorkowe spotkanie szefów służb u premiera poświęcone było m.in. wyjaśnieniu, dlaczego Morawiecki o wszystkim dowiedział się dopiero w poniedziałek wieczorem z internetowej zajawki tekstu.

Według naszych ustaleń, Ziobro podczas tej narady zapewniał, że on o zawiadomieniu wcześniej nie wiedział. – Przyjęto te wyjaśnienia, choć nikt w to nie uwierzył – zapewnia nas osoba znająca kulisy tej narady.

Nikt też nie wierzy, że to przypadek, iż Czarnecki z Giertychem złożyli zawiadomienie akurat w przeddzień posiedzenia sejmowej Komisji Finansów, która przyjęła projekt nowelizacji ustawy Prawo bankowe. Znalazł się tam zapis, że w przypadku „powstania niebezpieczeństwa obniżenia sumy funduszy własnych” KNF decyzją administracyjną może podjąć decyzję o przejęciu takiego banku przez inny bank! To plan będący treścią rozmowy Chrzanowskiego z Czarneckim. I to Morawiecki będzie się z niego tłumaczył w Europie.

Śledztwo dotyczące zachowania szefa Komisji Nadzoru Finansowego prowadzić będzie wydział zamiejscowy Prokuratury Krajowej w Katowicach. Prokuratura ta jest uważana za mocno związaną ze Zbigniewem Ziobrą. Wydział ten stworzyła prokurator Małgorzata Bednarek. To ta prokuratura prowadziła m.in. sprawę Jana Burego, byłego posła PSL. Bednarek odeszła z prokuratury do Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Ludzie, których ściągnęła do wydziału, jednak dalej w nim pracują.

KALENDARIUM AFERY

• 7 listopada (środa)

Mec. Roman Giertych składa zawiadomienie dotyczące możliwości popełnienia przestępstwa przez szefa KNF Marka Chrzanowskiego. Odbiór dokumentu kwituje sekretarz Marta Przekazińska z Biura Podawczego Prokuratury Krajowej.

•12 listopada (poniedziałek)

Wieczorem z internetowej zapowiedzi artykułów w „Gazecie Wyborczej” oraz „Financial Times”, premier dowiaduje się o publikacji. Zbigniew Ziobro zarzeka się, że o sprawie dowiedział się we wtorek.

•13 listopada (wtorek)

Szef KNF zaraz po publikacji twardo trzyma się swego stanowiska i zapowiada, że nie tylko nie ma powodów do dymisji. Rzecznik rządu informuje, że Marek Chrzanowski jest pilnie wezwany z Singapuru do premiera. W drodze samolotem szef KNF składa dymisję.

Wieczorem u szefa rządu spotykają się prokurator generalny i szefowie służb.

•14 listopada (środa)

Zbigniew Ziobro na konferencji prasowej tłumaczy, co zrobił z zawiadomieniem od Giertycha – że „realnie pismo wpłynęło do komórki merytorycznej 8 listopada”, czyli 24 godziny po tym jak wpłynęło. Zapewnia, że o tym nie wiedział. Otoczenie premiera twierdzi jednak, że to niemożliwe.

Jest druga taśma wielkiej afery? Giertych uderza w PiS

Pilna narada u premiera zakończona

Putinizacja.

Depresja plemnika

W miarę jak kolejne media ujawniają bulwersujące kulisy afery korupcyjnej w Komisji Nadzoru Finansowego, odsłaniając elementy przeprowadzanego z całą bezwzględnością procesu doprowadzania prywatnych banków na skraj upadku, by następnie je “uratować” poprzez przejęcie przez państwo, rośnie napięcie wewnątrz obozu władzy, a oczom obserwatorów ukazuje się bezwzględna walka frakcji walczących o wpływy. Oderwanie obozu władzy od rzeczywistości jest totalne – moment ujawnienia skandalicznego procederu i idącej w dziesiątki milionów rocznie łapówki wykorzystują nie do zdiagnozowania problemu i jego zwalczenia, a do zabezpieczenia własnych interesów, najlepiej kosztem politycznych rywali wewnątrz obozu Zjednoczonej Prawicy.

Dobro państwa już dawno nie jest najważniejsze – liczy się władza i jej utrzymanie za wszelką cenę. Nie ma nawet cienia szansy na powołanie komisji śledczej czy rzetelne śledztwo, na które naciska opozycja oraz pewnie już wkrótce opinia publiczna. Do tej pory PiS był teflonowy i ujawnianie mniejsze lub większe afery (w sieci krąży już nawet lista 100 takich…

View original post 3 631 słów więcej

Post Navigation