Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Piotr Gajdziński”

Cyrk PiS

Roman Giertych jest bezlitosnym obserwatorem dziejów władzy PiS, a jest to opowieść idioty, by posłużyć się najwyższą klasyką (Szekspir).

To co oglądamy dzisiaj (19.02.2020 – przyp. mój) od rana będą opisywać podręczniki historii jako kolejny paroksyzm autorytarnej władzy, która zaczyna pożerać siebie nawzajem.

Nie jest to nic nowego. Rewolucja zawsze pożera własne dzieci. NiK kontroluje prokuraturę, prokuratura przeszukuje NIK. CBA zatrzymuje swojego agenta, który ujawnia brudne metody kierownictwa CBA. Tego typu działania znaliśmy dotychczas z filmów gangsterskich, a opis ataków i kontrataków to cecha charakterystyczna wojen gangsterskich.

Nasz pech polega na tym, że ludzie ci obecnie rządzą Polską i reprezentują nas na zewnątrz. Konsekwencje tego będziemy odczuwać przez pokolenie.

Trzeba jasno postawić nowy cel wyborów prezydenckich. Chodzi nie tylko o wyrzucenie z pałacu prezydenckiego największego szkodnika w historii polskiej demokracji jakim bez wątpienia jest Andrzej Duda. Chodzi o to, aby nowy prezydent jak najszybciej doprowadził (lub doprowadziła :)) do przyspieszonych wyborów parlamentarnych i odsunięcia tej skompromitowanej grupy rządzącej z naruszeniem Konstytucji, z naruszeniem ustaw, z naruszeniem zasad demokracji, zasad cywilizacji europejskiej, zasad etyki i zasad zwykłej przyzwoitości.

Kmicic z chesterfieldem

Może Polacy sobie nie uświadamiają, ale już jesteśmy na Wschodzie.

PiS nas wyprowadził z Zachodu, ze standardów demokratycznych, które obowiązują w tej kulturze. Jeszcze się droczy z instytucjami unijnymi, ale to służy tylko mydleniu oczu, grze na czas.

Jesteśmy porównywani z Turcją, Rosją, Azerbejdżanem. Podkład pod zamordyzm więc jest solidny.

Takie pokraczne postaci świadczą o naszej upadłości, jak Morawiecki, Ziobro, Duda i ich polityczny sponsor Kaczyński. W drugim rzędzie snują się smrody Tarczyńskich i podobnych kmiotków.

Nawet adwokatura zadała pytanie prejudycjalne TSUE. Po raz pierwszy w historii.

Dla inteligencji larum grają, znowu praca u podstaw, jak pod zaborami i w PRL.

Gdyby koronawirus dotarł do Polski, przy lewiźnie władzy PiS straty byłyby ogromne. To może być dżuma XXI wieku.

Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy wzywa Dudę, by nie podpisywał ustawy kagańcowej; rząd, by posłuchał uchwały SN; Sejm, by powrócił do wybierania KRS przez sędziów. W rezolucji (140 za, 37 przeciw) deputowani…

View original post 529 słów więcej

 

Dyletanctwo PiS. Mocny wpis Giertycha

„Osamotnieni” – mocny wpis mec. @GiertychRoman o dyletanctwie PiS i położeniu Polski.

O fałszerstwie Putina >>>

Kmicic z chesterfieldem

Wybitny konstytucjonalista prof. Tomasz Tadeusz Koncewicz pisze o zaletach obowiązującej konstytucji, gdyby ją zmieniono, to tylko na gorsze w obecnej sytuacji politycznej.

Za Konstytucją z 1997 roku warto codziennie oddawać swój głos i ją praktykować. Musimy pamiętać, że ta Konstytucja nam Polakom się po prostu udała. Nie dajmy sobie wmówić, że jest inaczej.

Cały tekst prof. Koncewicza tutaj >>>

Kapitalny esej Piotra Gajdzińskiego o politycznym gangsterze, o tym jak w Polsce instalowany jest zamordyzm.

Im większy polityczny gangster, tym głośniej krzyczy o patriotyzmie, godności, narodowych krzywdach i wrogach ojczyzny, próbujących za zagraniczne srebrniki zatrzymać marsz ku świetlanej przyszłości. Ta retoryka w sprzyjających okolicznościach jest skuteczna, bo duże grupy społeczne zawsze czują się obdarte z godności, zlekceważone i skrzywdzone. Wystarczy tylko podpalić ogień

Esej Gajdzińskiego tutaj >>>

Politycy niemal wszystkich niemieckich partii krytycznie oceniają przyjętą w Polsce nową ustawę dyscyplinującą sędziów i domagają się od Brukseli wyciągnięcia konsekwencji.

Cały news o izolowaniu Polski pisowskiej od unijnych pieniędzy. Nie…

View original post 105 słów więcej

 

PiS widelcem wydłubuje demokrację w Polsce

Kampania wyborcza do samorządów nabrała już rozpędu. Na razie najbardziej spektakularne pojedynki obserwujemy w stolicy, w wykonaniu pretendentów do fotela prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego z Platformy i Patryka Jakiego ze Zjednoczonej Prawicy.

Tę rywalizację skomentował w portalu wPolityce.pl były człowiek Antoniego Macierewicza, jego zastępca w MON – Bartosz Kownacki. Ten sam, który swego czasu z dumą przekonywał, że Francuzi uczyli się od nas jeść widelcem.

Na podstawie dotychczasowych kampanijnych zmagań Kownacki jest przekonany, że wygrana jest po stronie opolanina. Zadziwiająca jest argumentacja Kownackiego, który uznał, że za porażką Rafała Trzaskowskiego może stać… niedostatek elit w stolicy!

„Bez wątpienia Patryk Jaki pokazał, że ma klasę, determinację i jest dzisiaj najbardziej aktywnym kandydatem w Warszawie. Rafał Trzaskowski okazał się być kandydatem elit, których wbrew pozorom w Warszawie tak wiele nie ma. Tutaj mieszkają normalni warszawiacy, od pokoleń lub przyjezdni, zwykli mieszkańcy. I oni nie identyfikują się z tą elitarnością pana Trzaskowskiego” – powiedział Bartosz Kownacki.

Co przez to chciał wyrazić Kownacki, mało kto wie. Pewne jest natomiast, że część mieszkańców Warszawy ma prawo poczuć się obrażona!

Co to bowiem znaczy, że „normalni” warszawiacy nie identyfikują się z elitarnością kandydata PO. Czyżby popieranie Rafała Trzaskowskiego wiązało się z „nienormalnością”? Jest też pytanie co to za „element”, który popiera kandydata Zjednoczonej Prawicy?

Do sprawy odniósł się Rafał Trzaskowski: „Normalni-nienormalni, lepszy-gorszy sort, Zomo-AK. To szkoła dzielenia ludzi J.Kaczyńskiego. Wybory w Warszawie są właśnie o tym, by nie pozwolić, by nas dzielili na lepszych i gorszych, obrażali, jeśli się z nimi nie zgadzamy. Nie ma na to mojej zgody, bo Warszawa jest jedna!” – napisał na Twitterze kandydat Platformy.

„Hola, mości Kownacki, kto to są ci normalni warszawiacy? – zapytał internauta i dodał poirytowany: „Zastanawiam czy za te słowa, które powiedziałeś pod adresem społeczności warszawskiej nazwanie ciebie Kownacki, pętakiem byłoby nadużyciem, komplementem, czy stwierdzeniem faktu”.

Ohydne. PiS kradnie demokrację jak złodziej, byle szybciej, szybciej, byle się udało, byle zdążyć, zanim złodzieja przyłapią.

Rządzi nami zorganizowana grupa przestępcza, która nie zawaha się przed niczym. Połączenie z KK jeszcze ją wzmacnia. Nie straszę PiSem. On taki jest.

Earl drzewołaz

Szalenie aktualne niestety.

Wiele działań podejmowanych przez Prawo i Sprawiedliwość wydaje się chybionych – choćby te dotyczące gigantycznych zarobków działaczy partii ulokowanych w spółkach Skarbu Państwa – ale to przemyślana strategia. Chodzi o zbudowanie własnej elity, która zastąpi dotychczasową i zapewni prawicy rządy na długie lata – pisze Piotr Gajdziński w tekście, który pierwotnie ukazał się w miesięczniku „Odra” (nr 7-8/2018)

Na początku kwietnia br. Jarosław Kaczyński ogłosił decyzję Komitetu Politycznego PiS o zwrocie nagród przez ministrów rządów Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego oraz o obcięciu pensji parlamentarzystów i samorządowców. Oczywiście w praktyce – jak zawsze w najważniejszych sprawach – podjął tę decyzję sam. „Będzie w tej chwili dużo, dużo skromniej niż było dotychczas” – zapowiedział.

Decyzja Kaczyńskiego spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem – w sondażu przeprowadzonym dla TVN24 przez Kantar Millward Brown przyklasnęło jej 69 procent respondentów, przeciw było zaledwie 25 procent. Ale ten wynik z pewnością wierchuszki partii…

View original post 4 566 słów więcej

PiS gnije i ten smród musi dać efekty w trakcie wyborów

Proces gnicia PiS rozpoczął się bardzo wcześnie, zaledwie po nieco ponad dwóch latach rządów – pisze Piotr Gajdziński w miesięczniku „Odra”, gdzie (nr 6/2018) się ukazał.

W latach osiemdziesiątych, gdy Wojciech Jaruzelski był premierem, I sekretarzem KC PZPR, przewodniczącym WRON i ministrem obrony narodowej, żelaznym punktem jego rozkładu dnia było oglądanie Dziennika Telewizyjnego. Gdy o 19.30 trwały jeszcze narady najważniejszych wówczas gremiów decyzyjnych – a trwały niemal zawsze, bo Jaruzelski pracowicie bił rekordy „naradogodzin” z czasów panowania Władysława Gomułki – posiedzenia przerywano, aby dyktator mógł obejrzeć swój ukochany program.

UWIERZYĆ WE WŁASNĄ PROPAGANDĘ

Co ważniejsze i najbardziej zadziwiające, Jaruzelski wierzył w wylewającą się z Dziennika Telewizyjnego propagandę. Sam ją tworzył i sam w nią wierzył! I akurat w tym w ogóle nie różnił się od dzisiejszych, demokratycznie wybieranych polityków. Ci, wspierani przez partyjnych PR-owców, zalewają nas podczas kampanii wyborczych propagandą i sami się jej poddają. Dlatego gdy po wygranych wyborach zajmują rządowe gabinety, są pełni wigoru i wiary, że za chwilę zaczną zmieniać rzeczywistość według własnej wizji. Pewni, że świat jest zbudowany z plasteliny, więc do jego uformowania potrzeba wyłącznie nowych pomysłów i determinacji. Podobnego zdania są ich wyborcy.

Im dłużej świeżo mianowany minister zasiadał w opozycji, im więcej propagandowych haseł wykrzyczał podczas partyjnych i kampanijnych wieców, tym entuzjazm i przekonanie o własnej wszechmocy większe. Wystarczy przypomnieć sobie Andrzeja Dudę, który w drodze do Pałacu Prezydenckiego mówił do swoich rozentuzjazmowanych zwolenników, że będzie „niezłomnym prezydentem”, a Polska stanie się „krajem płynącym mlekiem i miodem”.

To przekonanie, mocne w Prawie i Sprawiedliwości w listopadzie 2015 roku, czyli w momencie zaprzysiężenia gabinetu Beaty Szydło – prawica miała wtedy stabilną większość w parlamencie i „własnego” prezydenta – pogłębiło się jeszcze w następnych miesiącach. Rząd parł do przodu, miażdżąc wszystkie przeszkody i wyciągając kolejne kotwice demokratycznego państwa. Pierwszą było odstąpienie od obowiązujących w administracji państwowej zasad służby cywilnej. Jeden z wiceministrów z pełnym przekonaniem tłumaczył mi wówczas, że to niezbędne, bo ministerstwa pełne są ludzi, którzy rozpoczęli w nich pracę jeszcze w czasach Gomułki i nie będą w stanie realizować „nowoczesnej polityki” nowych władz. Dziś widać, że naczelnym powodem odstąpienia od reguł służby cywilnej była chęć znalezienia posad dla swoich ludzi; ale nowi ministrowie naprawdę wierzyli, że rządowe posady pełne są „peerelowski złogów”, które wystarczy zmienić na swoich politycznych ziomków i administracja stanie się sprawna i przyjazna obywatelom, a cała państwowa machina zacznie pracować niczym szwajcarski zegarek. Nie zaczęła.

Najbardziej jaskrawym przykładem niekompetencji stało się Ministerstwo Spraw Zagranicznych, gdzie długoletnie doświadczenie „robi różnicę”.

CZARODZIEJE WYRZEŹBIĄ NOWY ŚWIAT

Wprowadzenie programu 500+, zniesienie obowiązku szkolnego dla sześciolatków, podatek bankowy, likwidacja gimnazjów, powołanie Wojsk Obrony Terytorialnej, znaczące osiągnięcia w likwidacji niezależności sądów, które przez PiS i znaczną część jego elektoratu były uznawane za ostoję liberałów, zdawały się wskazywać, że „czarodzieje z PiS” naprawdę rzeźbią świat z łatwością i precyzją Michała Anioła. Dodajmy do tego sukcesy – teraz okazuje się, że mocno naciągane – w walce z „mafią VAT-owską” i wielkie wizje tzw. programu Morawieckiego, który miał Polskę zmienić w gospodarcze mocarstwo z apetytem na podbój kosmosu. Zarzuty, że „walcowanie” niszczy nie tylko obowiązujące na świecie doktryny ekonomiczne, ale również państwo prawa, rządzącym i jego wyborcom nie przeszkadzało. Przeciwnie. Jak to ujął Kornel Morawiecki, wola narodu jest ważniejsza niż prawo.

Dla wyborców PiS-u stosowanie siłowych rozwiązań jest dowodem skuteczności ich rządu. Ta mityczna skuteczność podoba się nie tylko żelaznemu elektoratowi prawicy, ona przemawia do znacznie większej grupy ludzi, również do młodych.

Do dużej części społeczeństwa trafiała również – to zawsze w naszym kraju działa – retoryka związana ze „wstawaniem z kolan”. Polacy, którzy od 1989 roku zanotowali rzadko na świecie spotykany sukces gospodarczy, którzy z peryferyjnego, zbankrutowanego i politycznie nic nieznaczącego Peerelu uczynili jeden z ważniejszych krajów Unii Europejskiej, dali sobie wmówić, że żyją w kondominium. Rządzonym przez namiestników protektoracie Niemiec i Rosji (niektórzy dodawali jeszcze Żydów), w którym bezkarnie zabija się prezydenta, rozkrada państwowy majątek, a członkowie rządu – niczym Rosjanie w Polsce lat 1944‒1956 – to tylko „tymczasowi Polacy” czekający w korytarzach mafijnych bossów, aby usłużnie ucałować ich upierścienione dłonie. PiS umiejętnie, przez całe lata, sączył ten jad do głów Polaków i nietrudno było przewidzieć, że w końcu zatruje on znaczną część społecznego organizmu.

Nietrudno, bo w naszym narodowym charakterze od stuleci tkwi przekonanie, że jesteśmy przez świat niedoceniani i lekceważeni. „Dymani” – mówiąc językiem młodzieży.

Nagle, po ćwierćwieczu niepodległości, znaczna część Polaków uznała, że od teraz będziemy „suwerenni”, a ową wyśnioną suwerenność dadzą nam działający pod batutą Naczelnika Kaczyńskiego: Beata Szydło, Mariusz Błaszczak i Antoni Macierewicz. Na warszawskich salonach władzy, ale również w znacznej części polskich domów Unia Europejska przestała być sojuszem wartości, stała się bankomatem. „Elektroniczny kasjer” jest tylko maszyną do wyciągania korzyści finansowych, a z maszyną się nie negocjuje ani jej nie ulega. Na szczęście rządowi PiS-u starczyło rozumu – a może nie starczyło czasu – aby w podobny sposób potraktować NATO. Za to w stosunkach z Europą Zachodnią pokazaliśmy gombrowiczowską „mordę” – szpetną, nieskorą do kompromisów, agresywną.

BO POLAK KOCHA SILNĄ WŁADZĘ

Zakompleksionemu „suwerenowi” ta polityka rodem z Brzeszcz i Tuczna (miejscowość, w której stoi słynna stodoła Jana Szyszki) bardzo się spodobała. Między Bugiem a Odrą agresja często uchodzi za siłę i niezłomność, a wstrzemięźliwość i dążenie do kompromisu są utożsamiane ze słabością. Bo wielu Polaków darzy „silną władzę” jeśli nie miłością, to na pewno szacunkiem.

Demokracja, z jej procedurami i szukaniem kompromisu, kojarzy się nam z niezdecydowaniem, rozmemłaniem i słabością. Stąd miłość do Józefa Piłsudskiego, który satrapą nie był, ale posłów rugał słowami, przy których nawet słynne wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego o mordach zdradzieckich jest kaszką z mlekiem.

Jak bardzo kochamy „silną władzę” udowodniliśmy w Peerelu. Nie licząc tego szczególnego momentu, jakim był Październik, Władysław Gomułka największą sympatią i popularnością wśród znacznej części Polaków cieszył się w roku 1968, gdy rozprawiał się z rodzącą się opozycją demokratyczną – ową „bananową młodzieżą”, którą stać było na gaszenie papierosów w słoikach dżemu – i przede wszystkim z Polakami żydowskiego pochodzenia. Tę sympatię do Gomułki podbijała jeszcze haniebna i niezgodna z naszym interesem narodowym napaść na Czechosłowację, gdy polskie wojsko, wespół z Armią Czerwoną, czołgami rozjeżdżało naiwne nadzieje Czechów i Słowaków na zbudowanie „socjalizmu z ludzką twarzą”. Nie wszyscy uczestnicy „masówek” organizowanych w latach 1967‒1968 dla potępienia „syjonistów” byli tam spędzani siłą. Nie wszyscy, którzy we Wrocławiu, w Krakowie czy Szczecinie kwiatami witali wracające z Czechosłowacji jednostki 2. Armii Wojska Polskiego, dowodzone przez generała Floriana Siwickiego, byli do tego zmuszeni.

Do dzisiaj zresztą gdzieniegdzie na prawicy chwali się Gomułkę za napaść w 1968 roku na naszego południowego sąsiada, powołując się na niby pragmatyczne „lepiej, że my napadamy, niż na nas napadają”.

Siła i zdecydowanie – oto co imponuje Polakom. Bo siła i zdecydowanie są utożsamiane ze skutecznością. Gdyby Gomułka wprowadził podwyżkę cen żywności jesienią 1968 roku – zamiast czekać z tym do grudnia 1970 roku – Polacy, uskrzydleni peerelowską „mocarstwowością”, pewnie nie wyszliby na ulice. Gomułka zafundował nam jednak podwyżkę dwa lata później i tydzień po swoim największym sukcesie – układzie z Niemiecką Republiką Federalną, ostatecznie sankcjonującym polską granicę zachodnią. Tyle że umowa z kanclerzem Willym Brandtem została zawarta przy negocjacyjnym stole. Dla Polaków, wiecznych bojowników przegranej sprawy, taka umowa miała, używając bokserskiej terminologii, tylko „wagę piórkową”.

A Wojciech Jaruzelski? Czyż dzisiaj znaczna część społeczeństwa nie darzy go sympatią tylko dlatego, że 13 grudnia 1981 roku pokazał siłę?

Kto dzisiaj pamięta o jego poprzedniku na stanowisku I sekretarza KC PZPR, Stanisławie Kani, który między wrześniem 1980 a październikiem 1981 roku sprzeciwiał się „towarzyszom radzieckim” i wojskowej rozprawie z wolnościowymi ambicjami Polaków?

ZDERZENIE ZE ŚCIANĄ

Zostawmy Peerel. Przykłady bardziej współczesne – Leszek Miller, premier i przywódca Sojuszu Lewicy Demokratycznej, nim nastąpił na minę w słowach „…lub czasopisma” w ustawie medialnej, kreował się na „kanclerza” i cieszył nadzwyczaj wysokim poparciem społecznym. Notowania Donalda Tuska wystrzeliwały, gdy ogłaszał farmakologiczną kastrację pedofilów lub gdy minister spraw wewnętrznych w jego gabinecie groził narodowcom: „Idziemy po was”. Prawo i Sprawiedliwość byłoby dzisiaj niewiele znaczącą partią, gdyby w latach 2000‒2001 Lech Kaczyński nie zdołał się wykreować na bezwzględnego wobec przestępców „szeryfa”. Zbigniewa Ziobry i jego partyjki nie byłoby wcale…

Ponad dwa lata „twardych” rządów PiS, wspieranych dobrą koniunkturą w globalnej gospodarce i degradującym media publiczne propagandowym rozmachem, przypadły Polakom do gustu. Zdecydowanie, wizja zmian i ich urzeczywistnianie, choć często dla Polski szkodliwe, budziły respekt.

Znaczna część „suwerena” uwierzyła, że oto wreszcie przy władzy znaleźli się politycy, którzy zamiast jadać lunche w „Sowie i Przyjaciołach”, tyrają w ministerialnych gabinetach. Co więcej, osiągają sukcesy. Prawo i Sprawiedliwość rozbudziło apetyt na władzę skuteczną i pracowitą, ale zderzyło się ze ścianą. Okazało się, że świat jest strukturą daleko mniej plastyczną, niż to się politykom prawicy wydawało.

Najbardziej jaskrawym przykładem tego zderzenia ze ścianą – i jak na razie najbardziej spektakularnym – jest sprawa katastrofy smoleńskiej. Przed 2015 rokiem PiS, nie tylko ustami swojego wiceprzewodniczącego Antoniego Macierewicza, zapewniał, że wkrótce wskaże „prawdziwych sprawców” wydarzeń w Smoleńsku.

Po blisko trzech latach rządów okazało się, że Macierewiczowska komisja to zespół amatorów, a jej wnioski są tak kuriozalne, że Jarosław Kaczyński zmuszony był odesłać „najlepszego ministra obrony narodowej w dziejach III RP” za kotarę.

Klęska jego komisji już jest dla PiS problemem, bo część jego elektoratu łatwo może dojść do przekonania, że Jarosław Kaczyński nie chce wyjaśnić wyimaginowanej zbrodni, poświęcając życie brata na ołtarzu wielkiej polityki. A dla nich nie ma wątpliwości, że w Smoleńsku doszło do zmontowanego przez Kreml zamachu, najpewniej z udziałem Donalda Tuska i wspierającej go Platformy Obywatelskiej.

LAWINA JUŻ RUSZYŁA

Oczywiście do takiego wniosku nie dojdzie zbyt wielka liczba osób popierających prawicę, ale bój idzie o każdy procent w najbliższych wyborach parlamentarnych. Każdy, bo nieudana operacja smoleńska – nie tylko nie udało się sprowadzić do kraju wraku TU-154M, ale nawet rozpocząć na ten temat poważnych rozmów z Moskwą – jest kolejną wyrwą w planie zdobycia przez PiS wyborców z politycznego centrum. Ludzi wahających się, których przekonuje polityka socjalna partii Kaczyńskiego i gospodarcze wizje premiera Morawieckiego. Ale po klęsce komisji Macierewicza, ustawie o Instytucie Pamięci Narodowej i antysemickich wypowiedziach płynących z prawicy, szansa na to jest już zablokowana.

Klęska w sprawie Smoleńska, na której PiS zbudował swoją pozycję przed wyborami 2015 roku, obnażyła słabość tej partii: brak kadr, filozofię chodzenia na skróty, łącznie z łamaniem obowiązujących procedur, byle tylko osiągnąć propagandowy efekt (Macierewicz dowodzi nie komisją, bo jej skład regulują precyzyjne przepisy, a tylko podkomisją), prymat własnego interesu nad obiektywną prawdą, brak zdolności do współpracy międzynarodowej.

Przy okazji wyszło na jaw, że wszechmoc i sprawność „obozu dobrej zmiany” to mit. Upadek tego mitu, zapoczątkowany przez Macierewicza, będzie coraz bardziej kruszył nie tylko zaufanie wyborców, ale również spoistość obozu rządzącego. „Najlepszy minister obrony w dziejach III RP” naruszył skałę, która powstrzymywała lawinę.

Lawina ruszyła i schodzi już nie tylko „smoleńską doliną”. Klęską okazała się też polityka międzynarodowa. Nie chodzi tylko o słynne 27:1, bardziej o plan zbudowania Międzymorza, w którym Polska miała odgrywać rolę wiodącą (dla wielu Polaków oznaczało to, że stajemy się mocarstwem), konstruując sojusz przeciwko dominacji w Europie Niemiec i Francji. Po ogłaszanych z typowym dla prawicy zadęciem planach, pozostały tylko uśmiechy wymieniane przez Andrzeja Dudę z piękną prezydent Chorwacji. Polacy widzą też, że polscy premierzy nie jeżdżą do Brukseli rozmawiać, ale się tłumaczyć.

Nie mogą nie dostrzec różnicy między dawnymi spotkaniami Donalda Tuska z niemiecką kanclerz i francuskim prezydentem a wizytami Andrzeja Dudy bądź Mateusza Morawieckiego u władcy peryferyjnych Węgier.

AFERY I WEWNĘTRZNE KONFLIKTY

Polityka zagraniczna obchodzi niewielu Polaków, ale już gospodarcze afery obchodzą każdego. Dojrzewająca dopiero afera firmy GetBack to kolejny pokaz nieskuteczności rządzących. Gdy dojrzeje – zaboli. Pamiętajmy, że liczba poszkodowanych (to znaczy tych, którzy stracili pieniądze) jest w tej sprawie większa niż w zabójczej dla PO aferze Amber Gold. Wówczas politycy PiS mówili o „teoretycznym państwie”. Co powiedzą „suwerenowi” jutro? Jedno jest pewne, ta sprawa obnaży słabość władzy. A będzie tych afer więcej.

Obóz „dobrej zmiany” wyraźnie gnije. U podłoża rozkładu leży nie tylko coraz bardziej widoczny brak skuteczności, ale także narastające konflikty personalne, których polski wyborca nie znosi. I sygnalizuje to od początku III RP.

Konflikt w dawnym obozie solidarnościowym miał niemały wpływ na przegraną Lecha Wałęsy w wyborach prezydenckich w 1995 roku, mocno doświadczyły tego partie tworzące w latach 1997‒2000 koalicję AWS-Unia Wolności, a później Sojusz Lewicy Demokratycznej. W 2014 roku, po wyjeździe Donalda Tuska do Brukseli, w odczuciu wyborców również Platforma Obywatelska przestała być monolitem.

Bodaj najbardziej spektakularnym przykładem ugrupowania rozłożonego przez walki wewnętrzne był Sojusz Lewicy Demokratycznej. Ta partia nigdy nie była ugrupowaniem wodzowskim, zawsze miała przynajmniej dwóch liderów – Aleksandra Kwaśniewskiego i Leszka Millera. Za nimi funkcjonował drugi szereg: Krzysztof Janik, Józef Oleksy, Marek Borowski oraz Jerzy Szmajdziński. Mieli dużo do powiedzenia, każda decyzja wymagała ich przynajmniej minimalnej akceptacji. Dzięki temu mieliśmy walki koterii, ale z drugiej strony każda decyzja partii była „ucierana” i w efekcie bardziej wyważona– opowiada Andrzej Brachmański, poseł Sojuszu w latach 1993‒2005 i wiceminister spraw wewnętrznych. – A był jeszcze trzeci szereg, składający się z wojewódzkich baronów i wiceministrów.

Z czasem, gdy partia na skutek afery Rywina zaczęła tracić w sondażach, wewnętrzne konflikty przybierały na sile, infekowały partyjny aparat i wypływały na zewnątrz. Kolejnym krokiem była klęska potężnej do niedawna partii w wyborach parlamentarnych w 2005 roku.

SILOSOWA STRUKTURA WŁADZY

Na razie w PiS-ie otwartych wojen nie ma, ale podskórne konflikty zaczynają nabrzmiewać. To efekt stylu rządzenia Jarosława Kaczyńskiego, który lubi podsycać spory między swoimi akolitami, zapewniając sobie w ten sposób kontrolę nad partią. Przez lata metoda się sprawdzała. Teraz jednak wiele się zmieniło. Po pierwsze, chory i coraz starszy prezes może poświęcać wojenkom swoich współpracowników mniej czasu i uwagi. Także, a może przede wszystkim dlatego, że zaprzątają jego uwagę również kwestie państwowe. Po drugie, gdy partia była w opozycji, wewnętrzne konflikty angażowały uwagę jedynie partyjnego aparatu, obecnie koncentrują uwagę znacznej części społeczeństwa. W tym także mediów, które, zgodnie ze swą naturą, jeszcze je podsycają. Ale najważniejsze, że gdy partia była w opozycji, napuszczani na siebie przez Kaczyńskiego politycy dowodzili tylko – by użyć zwrotu z czasów Ludowego Wojska Polskiego – „na ograniczonym teatrze działań wojennych”.

Dzisiaj najważniejsi ludzie PiS-u zasiadają na ministerialnych posadach. Pokusa wykorzystania w wewnętrznej walce o władzę aparatu państwowego jest zbyt wielka, aby się jej oprzeć. Kiedyś mieli do dyspozycji tylko broń konwencjonalną, teraz mogą użyć atomowej. I użyją, to tylko kwestia czasu.

Także dlatego, że cały obecny system władzy jest dysfunkcyjny. Odwołam się do czasów, gdy Mateusz Morawiecki kierował Bankiem Zachodnim WBK. Jedną z doktryn jego prezesury było – zgodnie z ówczesną modą w globalnym korpo-świecie – przełamanie tzw. silosowej struktury organizacji. W uproszczeniu rzecz polegała na tym, że bank prowadzi konto osobiste klienta X, ale nie potrafi już go przekonać, aby zaciągnął w tym samym banku kredyt na zakup nieruchomości albo otworzył w nim także konto prowadzonej przez siebie firmy. W BZWBK Morawieckiemu udało się w dużym stopniu silosy zlikwidować. W administracji państwowej o sukcesie nie ma mowy. Także dlatego, że warunkiem jest silne przywództwo. W sytuacji, gdy nad rządem stoi „naczelnik”, podejmujący ostateczne decyzje w każdej sprawie, o żadnym silnym przywództwie mowy nie ma. W efekcie silosowa struktura państwa się pogłębia.

Przykładem plan budowy w Polsce elektrowni atomowej. Aby tę gigantyczną inwestycję sfinansować – a jednocześnie utrzymać przy życiu górnictwo, bo rząd PiS-u boi się zamykania kopalń – trzeba było podnieść ceny energii elektrycznej. Zrobiono to, zamykając polski rynek na tanią energię wiatrową z Niemiec. W efekcie koszty energii dla odbiorców przemysłowych są dzisiaj w Polsce o przeszło 40 proc. wyższe niż u naszego zachodniego sąsiada i cały czas rosną.

Rosną też koszty produkcji, co oznacza, że spada konkurencyjność polskich firm na rynku europejskim. Typowa sytuacja, w której jeden silos (w tym wypadku zwolennicy elektrowni atomowej w sojuszu z górnictwem, do którego wiecznie musimy dopłacać) pokonało silos właścicieli firm produkcyjnych i usługowych. Takich przykładów jest więcej, a ich liczba będzie rosła.

WOJNA O SCHEDĘ

Przywódcą i ostateczną wyrocznią jest w obozie rządzącym nie Morawiecki, ale Jarosław Kaczyński. Beata Szydło w czasach szefowania Radzie Ministrów panowała zaledwie nad kilkoma resortami, teraz jest to może mniej widoczne, ale rzeczywiste „władztwo” Mateusza Morawieckiego jest niewiele większe. Nie obejmuje nawet całej sfery gospodarczej, skoro najważniejsze stanowiska w kilku kluczowych spółkach Skarbu Państwa, choćby w PZU SA, obsadzają ludzie Zbigniewa Ziobry. A to ma znaczenie podstawowe, bo obecna władza uczyniła z tych spółek ważny instrument swojej polityki gospodarczej. A także narzędzie realizacji swoich celów politycznych. Jarosław Kaczyński, który ma za sobą doświadczenia Akcji Wyborczej Solidarność – w koalicyjnym rządzie współtworzonym przez AWS i Unię Wolności jego brat był przez nieco ponad rok ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym – nie wyciągnął żadnych wniosków z przykładu Mariana Krzaklewskiego, który również rządził „z tylnego siedzenia”.

Ten model skompromitował się całkowicie w latach 1997‒2001 i kompromituje się obecnie. Zdaniem apologetów marszałka Piłsudskiego sprawdził się w latach trzydziestych (co zresztą nie jest prawdą), więc musi też sprawdzić się dzisiaj. Tyle że się nie sprawdza. Nie może. Nie tylko dlatego, że Kaczyńskiemu do Marszałka daleko, także dlatego, że dzisiejsze państwo jest strukturą dalece bardziej skomplikowaną niż było ponad osiemdziesiąt lat temu.

Działacze PiS-u nie oprą się możliwości użycia „broni atomowej” w konfliktach wewnętrznych także dlatego, że toczą obecnie wojnę o schedę po Jarosławie Kaczyńskim. Dla niektórych jest to bój na (polityczną) śmierć i życie. Kaczyński deklaruje wprawdzie, że pójdzie śladami niemieckiego kanclerza Konrada Adenauera, który rządził Republiką Federalną Niemiec do 87. roku życia, ale dochodzące z PiS sygnały zdają się wskazywać, że nie wierzą w to nawet jego najbliżsi współpracownicy. Zmusza ich to do podejmowania prób utrącenia kontrkandydatów. Ta walka będzie coraz brutalniejsza. Także dlatego, że pretendenci będą coraz bardziej niecierpliwi.

Wbrew nadziejom zwolenników tej partii i jej działaczy, w PiS-ie nie dojdzie do „aksamitnej rewolucji” – dyktatorzy nigdy nie przekazują władzy dobrowolnie. Do końca uważają, że są niezastąpieni, a żaden z ewentualnych następców nie jest dość dobry, aby zasiąść na najważniejszym fotelu.

WYŚCIGI DELFINÓW

Przypomnijmy sobie PRL. Gomułka myślał o kilku „delfinach” – brał pod uwagę Józefa Tejchmę, Edwarda Gierka, Stanisława Kociołka – ale ostatecznie wstrzymywał się z decyzją. Gierek, gdy w końcu został I sekretarzem PZPR, roił o następcy, ale czynił to wyłącznie w pierwszych latach swoich rządów, później temat zniknął. Swoich następców nie nominowali również Bolesław Bierut i Wojciech Jaruzelski.

Obiektywnie rzecz biorąc – nie mogli. Wyznaczenie następcy powoduje, że władza nieubłaganie odpływa do „delfina”, a stary przywódca jest coraz bardziej i bardziej marginalizowany. W końcu pozostają mu tylko ornamenty. A Jarosława Kaczyńskiego berło, czyli honorowa prezesura partii, nie interesuje. Dla niego ważna jest wyłącznie realna władza. I bez wątpienia, jak wielu przed nim, uważa, że żaden z pretendentów nie jest dość dobry, aby go zastąpić. A pretendenci każdego dnia udowadniają, że akurat w tej sprawie prezes ma absolutną rację.

Na razie sondażowe wyniki Prawa i Sprawiedliwości są bardzo dobre. To powstrzymuje harcowników. Ale gdy się pogorszą, dzisiejsza „zimna wojna” przerodzi się w „gorącą”. Ambicje takich ludzi, jak Zbigniew Ziobro, Joachim Brudziński, Antoni Macierewicz czy Mateusz Morawiecki sięgają najwyższego szczebla.

A pretendentów do tronu będzie więcej. Przynajmniej część przegranych odejdzie z partii, zabierając swoich wyznawców. Już zresztą widać, że wielu po cichu realizuje „plan B”: Ziobro ma swoją Solidarną Polskę i pracowicie obsadza jej działaczami istotne stanowiska. Nie po to przecież, żeby działaczom żyło się lepiej, ale aby zwiększać liczbę wdzięcznych akolitów. Macierewicz ma Ruch Katolicko-Narodowy, a Kornel Morawiecki tworzy struktury terenowe partii Wolni i Solidarni, która w razie potrzeby „przytuli” jego syna. Niewykluczone, że prawicę czeka powtórka z legendarnego Konwentu św. Katarzyny.

Rozszczelnienie obozu prawicy następuje nie tylko z powodu walk personalnych. Na horyzoncie, nie tak znowu odległym, są konflikty ideowe, zawsze w tym środowisku silne. Na pierwszy plan wysuwa się projekt zaostrzenia ustawy aborcyjnej, co oznacza po prostu wprowadzenie całkowitego zakazu aborcji. W tej sprawie coraz mocniej naciska Kościół katolicki, ale też inne środowiska.

Na razie Kaczyńskiemu udaje się spychać sprawę na boczny tor, ale w kwestiach ideologicznych bocznica nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem. Nic nie wskazuje na to, aby Kościół, który przez lata mocno i bez najmniejszej żenady wspierał PiS, teraz zrezygnował z serwitutów.

UTRATA SPOŁECZNEGO WĘCHU

Komentatorów zaskakuje, jak krótką pamięć mają politycy, jak łatwo nawet ci najdłużej obecni na scenie politycznej zapominają własne i konkurentów doświadczenia. Dobrym przykładem jest protest matek osób niepełnosprawnych w Sejmie. Dokładnie taki sam jak w 2014 roku. PiS wykazuje w tej sprawie arogancję, której – po siedmiu, a nie niespełna trzech latach rządzenia – nie miała nawet oskarżana o wyniosłość Platforma Obywatelska. Nawoływania polityków Prawa i Sprawiedliwości do siłowego usunięcia protestujących, lekceważące wypowiedzi przewodniczącego Klubu Parlamentarnego PiS Ryszarda Terleckiego i wicemarszałek Beaty Mazurek, wicepremier ds. społecznych Beata Szydło na tratwie na Dunajcu zamiast w parlamencie, wreszcie minister Rafalska podpisująca porozumienie nie z protestującymi, ale z organizacją powołaną przez jej resort, to pokaz buty i arogancji, z jakim dawno już nie mieliśmy do czynienia.

PiS stracił społeczny węch. Każda władza go traci, ale rzadko dzieje się to tak błyskawicznie.

Gdy Donald Trump został prezydentem Stanów Zjednoczonych, polecił, aby w każdym pokoju, w którym będzie się podczas swojej prezydentury zatrzymywał, były trzy telewizory. Chodziło o to, aby prezydent mógł oglądać kanały informacyjne różnych stacji, nie tylko swój ulubiony, prawicowy FOX News. Ta metoda pozwala Trumpowi poznawać różne opinie i argumenty. Można mieć do jego prezydentury wiele zastrzeżeń, ale jest faktem, że po piętnastu miesiącach rządzenia ma wyższe poparcie, niż po tym samym okresie miał Barack Obama.

W PiS-ie tymczasem ogląda się wyłącznie ociekające lukrem informacje „telewizji narodowej” i czyta to, co napiszą „dziennikarze niepokorni”. W ten sposób politycy „masują” swoje ego, ale sytuacji w kraju nie znają i coraz mniej z niej rozumieją. Są jak wspomniany na początku Jaruzelski lub Leonid Breżniew, dla którego świętością i codzienną celebrą było oglądanie dziennika Wremia.

TAK ZACZYNA SIĘ ODLOT

Brak dostępu do opinii spoza własnego obozu i środowiska jest zabójczy. Ale ulegają mu politycy wszystkich opcji. Andrzej Brachmański z SLD opowiadał mi, jak wygląda ten mechanizm: Polityk żyje we własnym świecie, którego centrum stanowi Sejm i ważne jest tylko to, co dzieje się w tym świecie. Oczywiście polityk spotyka się też z terenowymi działaczami swojej partii, ale oni starają się, aby zostać dobrze zapamiętani, więc schlebiają gościowi, nie przedstawiają jakichś kontrowersyjnych sądów, bo tych polityk słuchać nie chce. Oczywiście czasem musi się też spotkać z normalnymi ludźmi. Ale na te spotkania przychodzą z reguły tylko zwolennicy jego partii, bo o to dbają terenowi działacze partii. Po drugie, jeśli nawet słyszy się na nich krytykę, to człowiek myśli, że oni na niczym się nie znają, nic nie rozumieją, że on ma więcej informacji, te informacje czerpie z samej góry, a oni, tam na dole, widzą tylko wycinek spraw. Tak zaczyna się odlot. Tak zaczyna gnić władza.

Przypomnijmy sobie wystąpienie w Sejmie 22 marca br. Beaty Szydło. Broniła nagród dla swoich ministrów z zajadłością, ale i pełnym przekonaniem. Widać było, że jest absolutnie przekonana, iż jej ministrom – oraz jej samej – nagrody się należą. Całkowicie rozminęła się ze społecznymi nastrojami, a reakcja posłów jej partii, burzliwe oklaski, świadczyły o tym, że rozminęła się z nimi cała partyjna wierchuszka.

Arogancja, którą prawica pokazała w sprawie nagród, okaże się bolesna i akcja oddawania pieniędzy nie bardzo to zmieni. Owszem, zostanie dobrze przyjęta przez twardy elektorat tej partii, media „niezłomne” nadadzą jej wielki rozmach, ale „elektorat wędrujący” został już zrażony. Tym bardziej że system ten objął nie tylko ministrów, ale również niższe szczeble państwowej administracji, w tym nawet kierowców wicepremiera Glińskiego. PiS zapomniał, co spotkało Platformę Obywatelską, a w wypadku prawicy uderzenie będzie jeszcze mocniejsze. Także dlatego, że to ugrupowanie zbudowało swój wizerunek na uczciwości i bliskich związkach z „ludem”. Kreowało się na przeciwnika elit, reprezentanta „zwykłego człowieka”. Teraz okazuje się, że ten reprezentant robotnika z Hajnówki, sklepowej z Nowego Tomyśla i rolnika spod Trzemeszna odebrał 80 000 zł.

Każdy specjalista od marketingu wie, że gdy wizerunek rozjeżdża się z produktem, zawsze następuje klęska. A ten wizerunek rozjeżdża się coraz bardziej – postępowanie wobec rodzin osób niepełnosprawnych też jest tego przykładem. PiS przemawia dzisiaj do „suwerena” słowami Lecha Kaczyńskiego: „Spieprzaj dziadu”.

Przywoływanie programu 500+ i kolejne transfery socjalne nie zahamują spadku, mogą go tylko na chwilę spowolnić. Pycha zawsze kroczy przed upadkiem…

W GOSPODARCE WCALE NIE JEST TAK RÓŻOWO

Tym bardziej że wiele wskazuje na to, iż polska gospodarka zaczyna dostawać zadyszki. W światowych danych nie ma już optymizmu sprzed kilku miesięcy, a konkurencyjność polskich spółek spada. Także z powodu działań rządu – przywrócenie wcześniejszych emerytur powoduje coraz większe turbulencje na rynku pracy, w firmach rosną koszty spowodowane m.in. wprowadzaniem nowych zasad oszczędzania na własną emeryturę.

Wyhamowuje też dynamika wzrostu ściągalności VAT. Wszystko to odbije się na finansach państwa, a w konsekwencji na możliwościach rządu transferowania pieniędzy do „suwerena”.

Spada też wiara przedsiębiorców, że rząd rzeczywiście stawia na przedsiębiorczość. Co rusz wprawdzie padają takie zapewnienia, ale coraz bardziej przypominają one peerelowskie „zielone światło dla rzemiosła”, które zawsze błyskawicznie zmieniało się na czerwone. Nie chodzi tylko o idiotyczny pomysł z „daniną solidarnościową” – mimo pięknej nazwy będzie to kolejny podatek – ale także o twarde dane. Z informacji GUS-u wynika, że segment średnich spółek – przy wzroście gospodarczym wynoszącym 4,6 proc. – zanotował w pierwszym półroczu 2017 roku spadek rocznych zysków aż o blisko 9 proc. W tym segmencie polskiej gospodarki pracuje 1,5 mln osób, wraz z rodzinami to blisko 5 mln osób. Im poziom życia po prostu spada.

Nieuniknione spadki w sondażach oznaczają wzrost nerwowości we własnych szeregach i nasilenie wewnętrznych konfliktów. Posłowie Zjednoczonej Prawicy zrozumieją, że w przyszłym parlamencie prawica może mieć mniej foteli. To oznacza, że głównym wrogiem nie będzie już konkurent z PO, PSL, czy Nowoczesnej. Prawdziwym wrogiem będzie partyjny kolega z tego samego okręgu.

To zawsze, w PiS nie będzie inaczej, oznacza nasilenie walk wewnętrznych. Taka podjazdowa walka powoduje, że część terenowych działaczy partii odsuwa się na bok, a w związku z tym możliwości aparatu się zmniejszają. W efekcie zmniejszają się możliwości przekonania potencjalnych wyborców.

Błędne koło, na które Prawo i Sprawiedliwość właśnie wkroczyło.

NIEWYGODNY KALENDARZ WYBORCZY

To nie oznacza jeszcze przegranej w najbliższych wyborach parlamentarnych, ale ją przybliża. Proces gnilny może trwać nieco dłużej niż dwa lata dzielące nas od kolejnej elekcji, historia daje wiele tego przykładów. Z tym że kalendarz wyborczy jest dla PiS niewygodny. Przed wyborami parlamentarnymi czekają nas samorządowe, a później do Parlamentu Europejskiego. W obu szanse na spektakularny sukces prawicy są, tradycyjnie, niewielkie. Tyle że im dłużej gnicie władzy będzie trwało, tym skutki tego procesu będą gorsze. Niestety, nie tylko dla partii rządzącej.

Kaczyński, wzór nowego komucha. Jak ten lewus mógł zawłaszczyć Polskę?

Europejskie wydanie gazety POLITICO umieściło na swojej pierwszej stronie Jarosława Kaczyńskiego wspólnie z Victorem Orbanem.

Wypowiedź roku:

❗️ uwielbia żyć na koszt podatnika. To dowód też na to, jak oderwany od normalnego życia jest J. Człowiek decyduje o losach 38 mln ludzi, odgradza się od nich kordonem policji, a wydatki ponosi suweren –

W karierze Żebrowskiemu pomaga Andrzej Jaworski, były lider PiS w Gdańsku, a także europosłanka Anna Fotyga (61 l.). Żebrowski jest jej asystentem. Oprócz pracy w jej biurze, był też zatrudniony w Pomorskim Hurtowym Centrum Rolno-Spożywczym, gdzie był pełnomocnikiem ds. rozwoju. Zarobki? Bajońskie! Z europarlamentu na jego konto w 2016 r. wpłynęło 57 tys. zł, z PHCRS – 100 tys. zł, a z sejmiku – 27 tys. zł. Ale to nie wszystko.

– Jaworski pomógł mu ulokować się w Polskim Cukrze, gdzie sam jest członkiem zarządu – mówi informator z PiS. Dla Żebrowskiego trzeba było wymyślić specjalne stanowisko. – Został ekspertem od zaopatrzenia w Malborku, choć całe lata w tym oddziale takie stanowisko nie było nikomu potrzebne – mówią pracownicy Polskiego Cukru i dodają, że doświadczenie Żebrowskiego w tej branży jest zerowe.

Gdy „Fakt” pytał, kto załatwił mu fuchę, Żebrowski odpowiada wymijająco i prosi o wysłanie pytań. Do dziś żadna odpowiedź nie nadeszła. Spółka odmawia podania informacji, ile zarabia, ale zdaniem informatorów może to być nawet 100 tys. zł rocznie.

Po ulicach wielu miejscowości w całej Polsce jeździ od wczoraj Konwój Wstydu. Na mobilnych billboardach pokazane są wizerunki około 50 polityków partii rządzącej. Przy każdym nazwisku widnieje kwota premii, którą pobrała dana osoba, np. „Patryk Jaki wziął 32 tys. zł” czy „Beata Szydło sama sobie przyznała 65 tys. zł”.

Z kolei na Facebooku można przeglądać Polską Listę Wstydu, z podtytułem „Ministrowie w rządzie PiS wzięli 1,4 mln zł”. Co kwadrans pojawiają się tam nazwiska polityków PiS, którzy otrzymali wysokie premie, ale także ludzi, którzy dzięki tej partii objęli stanowiska w spółkach skarbu państwa.

Znaleźć tam można między innymi byłego prezesa Orlenu: „Wojciech Jasiński zarobił niemal 2 mln zł!” czy „Małgorzata Sadurska zarobiła w PZU 421 tys. zł!”. Na liście nie mogło zabraknąć najsłynniejszego polskiego redemptorysty „Tadeusz Rydzyk wziął dotacji 94 mln zł!”.

Każda z grafik zawiera cytat – a jakże! – z Beaty Szydło: – „Te pieniądze im się po prostu należały”…

Wiadomo.co publikuje tekst o syndromie zbawcy.

LECH, TADEUSZ I CZŁOWIEK ZNIKĄD

Zapomniany, wstydliwy epizod sprzed blisko 28 laty – wybory prezydenckie w pierwszym roku po upadku Peerelu. Wszyscy są przekonani, że wyścig do Belwederu rozstrzygnie się między dwoma tuzami polskiej polityki.

Jednym jest Lech Wałęsa, cieszący się wówczas niekwestionowaną sławą pogromcy komunizmu. Drugim – Tadeusz Mazowiecki, od sierpnia 1989 roku premier pierwszego niekomunistycznego rządu, człowiek bliski Kościołowi, od lat zaangażowany w działalność antykomunistyczną, jeden z najważniejszych doradców „Solidarności”. Ale Polacy odrzucają Mazowieckiego, a rozstrzygającą walkę Wałęsa musi stoczyć ze Stanem Tymińskim.

Kontrkandydat najbardziej znanego Polaka na świecie, laureata Pokojowej Nagrody Nobla, to człowiek znikąd. W jego pokrętnym życiorysie jest pobyt w Peru i informatyczna firma w Kanadzie. Ale jest człowiekiem z mitycznego Zachodu, uosobieniem wielkiego sukcesu w kapitalistycznym świecie. Wówczas, bo dzisiaj ten sukces wygląda już lichutko. Spędziłem wówczas, jako młody reporter tygodnika „Wprost”, kilka dni w towarzystwie Tymińskiego, obserwując jego kampanię wyborczą. Jeździłem z nim samochodem, jadłem posiłki, słuchałem jego opowieści o „prawdziwym kapitalizmie”, recept dla Polski, a wreszcie przeczytałem jego książkę Święte psy. Bełkot. Nieustanny i nużący. Ten człowiek nie miał Polakom nic do zaproponowania. A jednak w drugiej turze wyborów prezydenckich oddało na niego głos ponad 3,6 miliona Polaków, blisko 26 procent biorących udział w głosowaniu!

Dla Polaków, zmęczonych dziesięcioleciem permanentnego kryzysu epoki Wojciecha Jaruzelskiego i mozolnym przestawianiem zwrotnicy dziejów w latach 1989‒1990, Stan Tymiński stał się w 1990 roku ucieleśnieniem Zachodu. Obietnicą, że ten mityczny Zachód można błyskawicznie dogonić, bez konieczności przechodzenia ciernistej drogi od purnonsensowego systemu socjalistyczno-wojskowej dyktatury do mlekiem i miodem płynącego kapitalizmu. Ten nowy wódz miał nas do tego doprowadzić, ostrożnie stąpając na białym koniu po grząskim gruncie wydobywającego się z niebytu państwa. Niemal jedna trzecia świadomych Polaków w to wierzyła i była gotowa powierzyć stery rządów blisko 38-milionowego narodu człowiekowi, o którym niemal nic nie wiedziała!

OD CESARZA NAPOLEONA DO GENERAŁA ANDERSA

Nie był to jednak przypadek odosobniony. Przykładów podobnej desperacji, podobnego zawierzenia polskich losów wbrew zdrowemu rozsądkowi jest w polskiej historii dużo więcej. Za dużo.

Zbyt często wybieraliśmy sobie wodzów na białym rumaku nie według zimnej kalkulacji, ale z porywu serca. Na początku XIX wieku tym marzeniom odpowiadał Napoleon Bonaparte. Był pogromcą cesarzy rosyjskiego i austriackiego oraz króla Prus, a na dodatek wydawał się kontynuatorem rewolucji francuskiej, ta zaś była ucieleśnieniem polskich marzeń o braterstwie i równości. Nie do końca było to zgodne z prawdą i intencjami Napoleona I, ale my nie lubimy oglądać rzeczywistości „mędrca szkiełkiem i okiem”. Napoleon miał nam dać wolność i niezależność z czystej sympatii i z powodu polskiej miłości do Francji, bo zapomnieliśmy – lub nie wiedzieliśmy – że jest on zimnym, wyrachowanym graczem politycznym, który konsekwentnie i z determinacją realizuje interes Cesarstwa. I swój. Poniewczasie okazało się, że „mały kapral” bardziej jest zainteresowany wdziękami Marii Walewskiej (też zresztą krótko) niż Polską. Na dodatek, choć Polacy uważali go za niezwyciężonego, i on w końcu musiał uznać wyższość antyfrancuskiej koalicji. Jeszcze raz okazało się, że niezwyciężonych wodzów na świecie jak na lekarstwo.

Ten brak politycznego rozeznania, to myślenie sercem, a nie rozumem, ten brak zimnej kalkulacji, nadzieje, że tym razem to już na pewno, będzie nam towarzyszyło niemal nieustannie. Tak będzie w sierpniu 1944 roku, gdy władze Polski Podziemnej podejmą decyzję o wybuchu Powstania Warszawskiego; gdy Stanisław Mikołajczyk będzie negocjował ze Stalinem kształt i ustrój przyszłej Polski, wierząc w bezwarunkowe poparcie Zachodu dla budowy demokratycznego kraju u granic totalitarnej satrapii. A gdy te negocjacje zakończą się totalną klęską, gdy Kreml obsadzi Warszawę całkowicie sobie powolnymi komunistycznymi funkcjonariuszami, Polacy będą marzyć i modlić się do generała Władysława Andersa. Będą wierzyć, że Naczelny Wódz Polskich Sił Zbrojnych, opromieniony zwycięstwem pod Monte Cassino, zdoła przekonać Stany Zjednoczone i Europę Zachodnią – liżące rany po największej w dziejach ludzkości wojnie i zażywających największego w swojej historii boomu ekonomicznego – do rozpoczęcia kolejnego, grożącego niewyobrażalnymi zniszczeniami (od 1949 roku Związek Sowiecki dysponuje bronią atomową, od 1952 bombą termojądrową) konfliktu. W imię czego?

Odpowiedź na to pytanie wymagałaby racjonalności, a na to stać było tylko nielicznych. Dziś chodzą po mieście słuchy, jakoby Stalin był umierający na anginę pectoris i na uremię. Także pogłoski o gromadzeniu jakoby wielkiej ilości sprzętu przez Anglosasów na linii demarkacyjnej w okupacji niemieckiej, i to sprzętu pomalowanego na biało [chodziło o maskowanie na ogarniętych zimą terenach ZSRR] – zanotowała w swoim Dzienniku 30 listopada 1945 roku Maria Dąbrowska. – Nie przypisuję tym pogłoskom większego znaczenia niż tysiącom innych, co kursowały w ciągu ostatnich sześciu lat, nigdy się nie sprawdzając. Gdyby Stalin istotnie umarł, a na jego miejsce przyszedł Mołotow, mogłoby to mieć dla Polski dzisiejszej najopłakańsze skutki. Jeśli Stalin jako Gruzin mógł mieć jakieś resztki uznania autonomii narodów, to Mołotow jest tylko nacjonalistą i imperialistą rosyjskim. W tym czasie większość Polaków uważała, że śmierć Generalissimusa położy kres istnieniu sowieckiego imperium, a już na pewno nie chciała wierzyć, że wojna z Moskwą w obronie Polski nikogo nie interesuje. Dąbrowska zresztą też wykazała się w odniesieniu do Stalina niemałą naiwnością, choć wielkoruskie poglądy Mołotowa rozpoznała idealnie.

PAPIEŻ I TRZĘSĄCE SIĘ NOGI JARUZELSKIEGO

Kilka dziesięcioleci później wodza na białym koniu widziano w Karolu Wojtyle. To on miał nam – jak pisano na transparentach podczas pielgrzymek papieża do Polski – dać wolną ojczyznę. Wolną, sprawiedliwą i piękną. Z jakąż satysfakcją patrzyliśmy na spotkanie Jana Pawła II z generałem Wojciechem Jaruzelskim na Wawelu w 1983 roku, gdy na ekranach telewizorów wyraźnie było widać, jak dyktatorowi w ciemnych okularach trzęsą się nogi, i słychać, jak łamie mu się głos. Już wcześniej wiele wskazywało, że ten odziany w białe szaty wódz wreszcie okaże się wodzem skutecznym – kilka miesięcy po pierwszej wizycie w Polsce niedawnego krakowskiego arcybiskupa, wybuchł Sierpień. A wraz z nim legenda Wałęsy. Nowy wódz dobrze pasował do zgrzebnej, robociarskiej Polski, zamiast na białym koniu ruszył gromić komunizm wózkiem akumulatorowym. A co ważniejsze, nie otaczała go już tylko garstka podobnych mu straceńców, bo legitymację „Solidarności” nosiło 10 milionów Polaków.

To w naszych dziejach, wbrew legendzie, którą lubimy się karmić – a w ostatnich dwóch latach karmią nas tą legendą już bez żadnej miary – ewenement. Z reguły wódz na białym koniu miał załatwić wszystko sam, jedynie z nieliczną garstką współpracujących z nim straceńców. Krzyczeli, żeśmy stumanieni / Nie wierząc nam, że chcieć – to móc! / Laliśmy krew osamotnieni – śpiewali legioniści Piłsudskiego. Gorzko, ale prawdziwie. Tę samotność legionistów potwierdzają liczby. W szczytowym momencie Józef Piłsudski zdołał pod swoją komendą zgromadzić niespełna 20 tysięcy osób. Znikoma grupa, właściwie garstka ludzi. Dla porównania – podczas I wojny światowej pod broń powołano ponad 70 milionów żołnierzy. W armii francuskiej służył co piąty obywatel Francji, w austro-węgierskiej 15 procent, w niemieckiej ponad 13 procent, a w rosyjskiej blisko 10 procent populacji. Oczywiście, oni mieli swoje państwa z całym ich aparatem, ale Polacy, wbrew stworzonej po 1918 roku legendzie, wcale się do walki o niepodległość nie garnęli. Dwadzieścia tysięcy Polaków walczących o niepodległość?! Toż to wielkość kompromitująca. To tak marzyliśmy o niepodległości? Ledwie dwadzieścia tysięcy osób było gotowych bić się za tę wyśnioną, Najjaśniejszą Rzeczpospolitą? To tak zachowują się potomkowie zwycięzców spod Grunwaldu, Kircholmu i Wiednia?

Nie bez przyczyny jedna ze zwrotek pieśni My Pierwsza Brygada brzmi: Nie chcemy dziś od was uznania / Ni waszych mów, ni waszych łez / Skończyły się dni kołatania / Do waszych serc, do waszych kies (w wersji pierwotnej kończyła się brutalnie: …jebał was pies). Bo pieniędzmi, niezbędnymi do prowadzenia walki o niepodległość, Polacy też wówczas dzielili się niechętnie. Nigdy zresztą nie robiliśmy tego zbyt chętnie. Gdy w 1933 roku władze ogłosiły zbiórkę pieniędzy na Fundusz Obrony Morskiej, z którego miano sfinansować budowę okrętów wojennych, przez jedenaście miesięcy zebrano 2 mln 644 tys. zł. Drugą Rzeczpospolitą zamieszkiwało wówczas blisko 35 milionów obywateli, co oznacza, że statystyczny obywatel kraju dał na ten szczytny cel 0,07 złotych. Dla porównania – w 2017 roku na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy statystyczny Polak dał 3 zł, blisko 43 razy więcej!

POCZEKAMY, AŻ NAS WYZWOLICIE

Nigdy zresztą zaangażowanie Polaków w odzyskanie niepodległości – wbrew temu co o sobie myślimy – nie było oszałamiające. Legiony Henryka Dąbrowskiego liczyły w 1795 roku ledwie 15 tysięcy żołnierzy, choć Polaków było wówczas ponad 4 miliony. Można to tłumaczyć odległością, Dąbrowski sformował swoją armię we Włoszech. Bardziej adekwatnym przykładem może być natomiast Powstanie Styczniowe, w którym walczyło ledwie 30 tysięcy bojowników, podczas gdy armia rosyjska dysponowała ponadsześciokrotnie większymi siłami. Peerelowskie społeczeństwo komunizmu nie kochało, ale kontestowało go z dużą ostrożnością, skoro w działalność wymierzoną we władzę Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej zaangażowany był niewielki odsetek obywateli. Gierkowski minister spraw wewnętrznych, generał Stanisław Kowalczyk, mówił w 1980 roku, że Służba Bezpieczeństwa jest w stanie nakryć całą opozycję czapkami. Przechwałki komunistycznego aparatczyka wcale nie były tak bardzo dalekie od prawdy, jak się dzisiaj wydaje. W 1981 roku, po wprowadzeniu stanu wojennego, licząca blisko 10 milionów osób „Solidarność” – zgodnie zresztą z rachubami Wojciecha Jaruzelskiego – błyskawicznie się rozpierzchła, a walkę o obalenie komuny kontynuowało ledwie kilka tysięcy osób. Reszta wolała ten czas przespać pod mamusiną kołdrą, ograniczając się do demonstrowania swojej opozycyjności na imieninach u szwagra. Nawet w 1989 roku, gdy Peerel był już tylko przegniłą wydmuszką, ponad 37 procent wyborców nie poszło do urn. Głosowanie nie było aktem wielkiej odwagi, ale ponad jedna trzecia Polaków wolała poczekać, aż jakiś kolejny wódz na białym koniu zdecyduje za nich i za nich urządzi tę Polskę ich marzeń. Niewielu wówczas chciało już, aby ludowa Polska, jak to określiła Maria Dąbrowska, ten fantom, który gdy Rosja gwizdnie, to sam się posłusznie zlikwiduje, nadal trwał, ale niewiele więcej było takich, którzy mieli odwagę, wówczas już nie nazbyt wielką, przyłożyć do tego rękę.

Myślenie Polaków o własnej historii jest myśleniem magicznym. Pięknym, przepełnionym legendami, ale nieprawdziwym. Baśniowym. Nie w tym jednak tkwi największy z naszych grzechów. Ten tkwi w bierności. W przekonaniu, że wszystko za nas załatwią inni. A jeszcze później tych bohaterów, wodzów na białym koniu, gdy już wypełnią swoje zadanie, my poddamy bezkompromisowemu osądowi, oskarżając o agenturalność, dyktatorskie zapędy, niezliczone błędy. To nie jest tylko przypadek Lecha Wałęsy. To również przypadek Józefa Piłsudskiego. Utracona miłość narodu smakuje w Polsce wyjątkowo gorzko.

SEKRETARZ I, ALE WŁADYSŁAW V

Jednak mimo miłości do wodzów na białym koniu, mimo całego romantyzmu targającego polskim sercem, potrafimy czasem wznieść się na wyżyny racjonalności. Kwintesencją takiego zachowania był rok 1956. Przez jedenaście lat po wojnie nadzieja na przyjazd Andersa – a więc na wojnę Zachodu ze Związkiem Sowieckim – wreszcie się wypaliła. Co więcej, wypaliła się także wiara w to, że Polska szybko może się wyzwolić spod sowieckiej dominacji. W 1956 Polacy zrozumieli, że to zwyczajnie nierealne. Marzenia o suwerenności zastąpiło myślenie o Polsce urządzonej na nowo, bez sowieckiego imprimatur na każdej decyzji. Polacy zaakceptowali – bo nie oni przecież podjęli decyzję – myśl o zawierzeniu swoich losów już nie wodzowi na białym koniu, ale raczej na szarym ośle, który podążał do celu dość konsekwentnie, lecz powoli. Oddali w Październiku ’56 swój los Władysławowi Gomułce, jednemu z niedawnych przywódców niedawnej Polskiej Partii Robotniczej, odpowiedzialnemu za instalowanie nad Wisłą sowieckiego socjalizmu. Doskonale to pamiętali, ale zminimalizowali swoje oczekiwania.

Wystarczyło im, że przez jakiś czas „Wiesław” przesiedział w stalinowskim więzieniu, że okupację spędził w Polsce, a nie w Moskwie, że pozytywnie ocenił robotniczy protest w Poznaniu. Nadzieje związane z Gomułką były mocno przesadzone, też okraszone romantyzmem, ale okazały się, jak na ówczesne warunki geopolityczne, racjonalne. Naród nie miał wielkich złudzeń. NKWD i jego filie odwróciły tylko swoją skórzaną kurtkę baranią wełną na wierzch – zanotowała Maria Dąbrowska we wrześniu 1956 roku. Mimo to Gomułce uwierzono, a nawet, na krótko, pokochano go. Na słynnym wiecu na Placu Defilad w Warszawie, 24 października 1956 roku zgromadziło się 300‒400 tysięcy osób, więcej niż kiedykolwiek słuchało na żywo jakiegokolwiek polskiego polityka, marszałka Józefa Piłsudskiego nie wyłączając.

Gdy nowy szef partii szykował się do wyjazdu do Moskwy, na Rakowieckiej, pod siedzibą MSW i UB zbierały się tłumy żądające skutecznej ochrony I sekretarza KC PZPR, a gdy wracał, ludzie zatrzymywali pociąg, którym podróżował. Gazetowe sprawozdania z powrotu Gomułki z Moskwy pełne są opisów wiwatujących tłumów i społecznego entuzjazmu nie widzianego nad Wisłą przynajmniej od zakończenia II wojny światowej. W Terespolu, na granicy polsko-sowieckiej, I sekretarza witało kilkaset osób. Były kwiaty, łzy, było „Sto lat” i przemówienie bohatera uroczystości. Później Gomułka musiał jeszcze przemawiać w Białej Podlaskiej, gdzie powitano go wielkim bochnem chleba i solą, oraz w Międzyrzeczu koło Supraśla, gdzie mieszkańcy wymuszają zatrzymanie pociągu. Osiągnęliśmy wszystkie nasze słuszne postulaty – zapewnił Gomułka. Wreszcie pociąg specjalny dotarł do Warszawy. W ciągu czterech dni naszego pobytu w Moskwie, spotkań i rozmów z towarzyszami radzieckimi, uregulowane zostały wszystkie sprawy, które nagromadziły się w ciągu lat– mówi szef partii do kilkuset zgromadzonych na dworcu osób. Rozlegają się oklaski i znów tradycyjne „Sto lat”. To był autentyczny entuzjazm. Nawet księża nazywali nowego I sekretarza KC PZPR „Władysławem V”.

SZCZYPTA RACJONALNEGO MYŚLENIA

Gomułka pokładanych w nim nadziei nie spełnił. Nawet jeśli niektórzy widzieli w nim wodza, który na białym koniu wyprowadzi Polskę z sowieckiego obozu, to tylko nieliczni i na krótko. Ale jednego nie sposób mu odmówić – powstrzymał sowiecką interwencję. Nikita Chruszczow miał zamiar wysłać wówczas na Polskę dywizje Armii Czerwonej, podobnie, jak uczynił to na Węgrzech. Miał, patrząc z Kremla, powody, by dokonać nad Wisłą krwawej łaźni. Gomułka potrafił te zakusy następcy Stalina spacyfikować, m.in. wykorzystując narastający konflikt Chruszczowa z Mao Zedongiem. Choć główne zasługi na tym polu należą się poprzednikowi „Wiesława”, twardemu staliniście Edwardowi Ochabowi. Ważniejsze jest jednak co innego – mimo całego rozedrgania, wielkich emocji oraz nadziei – Polacy potrafili zapanować nad emocjami. Gdyby było inaczej, zamiast wodza na białym koniu Bug przekroczyłby wódz na koniu czerwonym.

Dowodu dostarcza historia Węgier w 1956 roku. Biograf Mao Zedonga twierdzi, że początkowo przywódca Komunistycznej Partii Chin ostrzegał Kreml, aby nie interweniował nad Dunajem. Zmienił zdanie, gdy do Pekinu doszły słuchy o linczach na funkcjonariuszach budapeszteńskiej bezpieki AVH. To oznaczało przekroczenie czerwonej linii. W Polsce antysowieckich demonstracji było niewiele. Największą, która mogła dać pretekst do czerwonej inwazji, był pochód sformowany po wiecu na Placu Defilad. Tłum ludzi, mniej zresztą liczny niż można się było spodziewać, ruszył pod Ambasadę Związku Sowieckiego, ale powstrzymali go robotnicy z Żerania.

Roztropnością cechowali się też strajkujący w sierpniu 1980 roku. W kolejnych miesiącach było już gorzej. Wyjątkiem był marzec 1981 roku i wydarzenia w Bydgoszczy, które, jak się wydaje, były prowokacją mającą doprowadzić do sowieckiej inwazji. Jej rozpędzoną już machinę zatrzymał Lech Wałęsa, podpisując – wbrew większości władz „Solidarności” – porozumienie z wicepremierem Mieczysławem F. Rakowskim. Przy okazji mocno nadszarpnął swój wizerunek, bo Polacy kochają raczej przywódców z gorącą głową, do nieprzytomności odważnych nie zaś zimno kalkulujących, co przynajmniej u niektórych oznacza „wchodzących w układy z przeciwnikiem”.

KIEDY SILNY PRZYWÓDCA JEST POTRZEBNY…

Polacy kochają wodzów, silnych przywódców, którzy wskazują im drogę do wyznaczonego celu. To na nich ogniskujemy naszą uwagę, naszą wiarę w lepszą przyszłość, w nich pokładamy nadzieję. A później, nieodmiennie, doznajemy rozczarowań. Więc czy silni przywódcy naprawdę są we współczesnej demokracji potrzebni? Bez wątpienia są potrzebni w chwilach tragicznych, podczas wojen. Bez przywódcy cały społeczny wysiłek pozostaje rozproszony i przez to nieskuteczny. Przywódca nadaje kierunek, inspiruje i wyznacza cele. Przywódca potrafi zawładnąć wyobraźnią dużych grup i „powieść na barykady”. Czy w 1940 roku brytyjskie samoloty obroniłyby Londyn przed nawałnicą Luftwaffe, gdyby nie Winston Churchill? Czy to nie za sprawą Charles’a de Gaulle’a Francja w 1945 roku dołączyła do wąskiego grona zwycięskich mocarstw? Czy to nie determinacji oraz sprytowi Józefa Stalina – i jego bezwzględności – sowiecka Rosja zawdzięczała zwycięstwo pod Stalingradem, na Łuku Kurskim i zdobycie Berlina, a później podporządkowanie sobie połowy Europy i awans do globalnej superligi? Ale czy owi silni przywódcy są potrzebni na co dzień, w normalnym demokratycznym kraju?

Silny przywódca zawsze ogranicza demokrację, zawsze bowiem uważa, że cel, który wyznaczył, jest najlepiej wybrany, więcej – jedyny możliwy. Czy po roku 1920, po odparciu bolszewickiej inwazji, Polska byłaby słabszym krajem, gdyby nie było marszałka Piłsudskiego? Czy po 1945 roku Francja nie stałaby się jednym z najważniejszych krajów Europy, gdyby w Pałacu Elizejskim nie zasiadał Charles de Gaulle? Czy dzisiejsza Polska nie byłaby lepszym państwem, nawet gdyby władzę nadal sprawowało Prawo i Sprawiedliwość, ale będące partią demokratyczną, pozbawioną bezwzględnego przywództwa Jarosława Kaczyńskiego? Od upadku de Gaulle’a Francja miała raczej słabych przywódców i rozwija się znakomicie. Tak samo było w Wielkiej Brytanii, Hiszpanii po Franco, we Włoszech, w Szwajcarii, Szwecji, Danii, Norwegii i Finlandii. Lista jest długa. Dotyczy nawet krajów Europy Środkowej – choćby Czech i Słowacji – gdzie przywiązanie do autorytarnej formy rządów jest jednak większe niż w Europie Zachodniej.

… A KIEDY WRĘCZ PRZECIWNIE?

Odwróćmy pytanie – czy na pewno Rosja byłaby dzisiaj gorszym krajem, gdyby dyktatorskiej władzy na Kremlu nie sprawował Władimir Putin? Czy Stany Zjednoczone były gorszym państwem, gdy w Białym Domu zasiadał Bill Clinton lub Barack Obama, czy gorszym jest dzisiaj, gdy jego lokatorem jest Donald Trump ze swoją ambicją – na szczęście skutecznie hamowaną przez panujący w USA system polityczny – do decydowania o wszystkim i wszystkich? To pytanie dotyczy także skuteczności rządzenia: przez cały pierwszy rok swojej prezydentury Trumpowi udało się przepchnąć jedną jedyną reformę – systemu podatkowego. Co więcej, choć na przykład Obamę oskarżano o słabość i niezdecydowanie, to amerykańskie przywództwo na świecie było za jego dwukrotnej prezydentury silniejsze niż dzisiaj, gdy stery rządów sprawuje człowiek kreujący się na silnego przywódcę.

Silni przywódcy, owi wodzowie na białych koniach, zawsze modelują rzeczywistość na własną modłę. I zawsze, w ostateczności, nadgryzają demokrację, idąc na skróty. Im dłużej rządzą, tym bardziej. Przykładami są de Gaulle, Margaret Thatcher, Helmut Kohl, który pogrążył Niemcy w wielkiej, do dziś nie całkiem wyjaśnionej aferze korupcyjnej. Silne przywództwo jeśli nie zawsze, to na pewno z reguły, staje się po pewnym czasie przekleństwem. Bo jego apologeci odsuwają na bok procedury, a przepisy naginają do swoich potrzeb i nieustannie rosnących ambicji.

Co gorsza – i to jest największy grzech wodzów na białych koniach – zdejmują z obywateli odpowiedzialność za państwo. A ci, z powodu konformizmu, chętnie na to, niestety, się godzą, uważając, że ich los spoczywa w dobrych rękach. Z czasem okazuje się, że to nieprawda. Białe konie i ich jeźdźcy, nawet najwybitniejsi, tracą animusz. Gdy są już niezdolni do dalszego sprawowania rządów, okazuje się, że pozostawili po sobie „spaloną ziemię” – a nawet jeśli wyznaczyli następców, to ci nie są w stanie podźwignąć ciężaru schedy. Przykład zmarłego w 1935 roku Józefa Piłsudskiego jest tutaj aż nadto wymowny.

TUSK NA KONIU ANDERSA

Dzisiaj na swojego wodza na białym koniu czeka polska opozycja i ta część społeczeństwa, która nie godzi się na siłowy sposób sprawowania władzy przez Prawo i Sprawiedliwość. Do tej roli coraz bardziej i wyraźniej szykowany jest Donald Tusk. To on, opromieniony kilkuletnią aktywnością na głównej europejskiej arenie politycznej, zaprzyjaźniony z wieloma zachodnimi przywódcami, ma przyjechać na białym koniu i odsunąć od władzy Jarosława Kaczyńskiego i jego „drużynę dobrej zmiany”. Ma być nowym Andersem.

Każdy wymierzony w PiS tweet przewodniczącego Rady Europejskiej, każda krytyczna uwaga, jest przez przeciwników PiS traktowana tak, jak na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych traktowano każdą plotkę o nadciągającej wojnie. Porażka Beaty Szydło 27:1 w głosowaniu nad reelekcją Tuska wywołała u polityków opozycji nieopisany entuzjazm i została potraktowana jako zapowiedź klęski PiS w zbliżających się wyborach, a wezwany na przesłuchanie do prokuratury Tusk był odprowadzany przez tłum niczym największy bohater. Ale właśnie ten spacer i ten potweetowy entuzjazm opozycyjnie nastawionej części społeczeństwa jest najbardziej wymownym dowodem instytucjonalnej słabości opozycji.

Być może Donald Tusk zdecyduje się ponownie stanąć na ringu krajowej polityki i zmierzyć się w wyborach prezydenckich z Andrzejem Dudą. Nie jest to wykluczone, choć byłoby mało racjonalne. Nie to jest też dzisiaj najważniejsze. Najważniejsza jest reakcja społeczeństwa na łamanie konstytucji, ograniczenie niezależności sądów, na wypchnięcie Polski z głównego nurtu europejskiej polityki. A ta reakcja nie jest, jak dotychczas, budująca. Demonstracje przeciwko podporządkowaniu sądów politykom, przez chwilę masowe, szybko wygasły. Opór przeciwko łamaniu konstytucji słabnie i przy bierności społeczeństwa, koniunkturalizmie i słabości opozycji niewiele czynników – jeśli rzeczywiście wraz z rekonstrukcją rządu PiS wkroczył na drogę łagodniejszej polityki – będzie w stanie znów go rozniecić.

Zresztą same demonstracje nie zmienią wszystkiego. Potrzebna jest instytucjonalizacja przeciwników „dobrej zmiany”. Więcej, ona jest niezbędna. Czekanie na Tuska, który wjedzie do Polski na białym koniu i uratuje kraj, nie doprowadzi do sukcesu. Opozycja powinna starannie przeanalizować działania Prawa i Sprawiedliwości z przełomu pierwszego i drugiego dziesięciolecia XXI wieku, bo są one przykładem bardzo przemyślanego i skutecznego działania. W tym okresie partia Kaczyńskiego nie czekała na wodza na białym koniu, ale tworzyła wielki ruch społeczny, który doprowadził ją w końcu do zwycięstwa w wyborach prezydenckich i parlamentarnych 2015 roku. To działanie wypada zaliczyć do najbardziej racjonalnych w naszej najnowszej historii.

DAŁ NAM PRZYKŁAD KACZYŃSKI

Przede wszystkim PiS stworzył sieć klubów w całej Polsce, jednoczących się pod hasłem „prawdy o Smoleńsku”. W ten sposób udało się zgromadzić nie tylko wyznawców „zamachu”, ale także ludzi mających wątpliwości, czy katastrofa z 10 kwietnia 2010 roku była tylko zwykłym wypadkiem lotniczym. I te wątpliwości rozniecić. To był grunt, baza obejmująca nie tylko zwolenników prawicy. Owe kluby, które działały nie tylko w dużych miastach, ale również w małych miejscowościach, nie zostały pozostawione same sobie. PiS stworzył prawdziwą sieć, z centralnym systemem dystrybucji informacji, zaleceń i co najważniejsze – spotkań z politykami PiS, którzy jeździli po kraju i przedstawiali swój punkt widzenia.

Obserwowałem działalność takiego środowiska w jednej z małych, wielkopolskich miejscowości, gdzie często bywał na przykład Antoni Macierewicz. Zrazu słuchało go niewielu mieszkańców, stałych zwolenników prawicy. Ale z czasem ich liczba rosła. Nie wszyscy byli fanami Jarosława Kaczyńskiego, ale wszyscy doceniali przyjazdy osób „znanych z telewizji”. Czuli się ważni. Nie wszyscy też dali się przekonać, że „Polska jest w ruinie”, ale wiara wielu, że III RP to kraj sukcesu, została nadwątlona. To wystarczyło. Część z nich w wyborach nie głosowała, przyczyniając się do zwycięstwa Prawa i Sprawiedliwości.

Od tego PiS rozpoczął wojnę ideologiczną. Znaczenie ideologii było – i jest nadal! – doceniane wyłącznie po prawej stronie sceny politycznej. Liberałowie i lewica uważają ją za anachronizm. To błąd, który w latach dziewięćdziesiątych pogrzebał w Polsce postkomunistów, a liberalne ugrupowania – najpierw Unia Wolności, później Platforma Obywatelska – tej lekcji nie odrobiły. A PiS działał w tej sferze bardzo konsekwentnie, umiejętnie sącząc ludziom argumenty „godnościowe”, forsując swoją wizję najnowszej historii, pełną spisków masonerii, Żydów, wykupywania Polski. To tezy, które brzmią śmiesznie w warszawskich lokalach podczas spożywania zapijanych chianti ośmiorniczek. Ale są bardzo przekonywujące na prowincji, zwłaszcza wygłaszane podczas spotkań w zimnych, ciemnych kościelnych salkach.

Innym przejawem tej działalności było stworzenie „własnych” mediów. Na tej fali powstała TV Republika, tygodnik „Do Rzeczy”, grupa medialna braci Karnowskich, rozwinęła się „Gazeta Polska”, niezliczone prawicowe portale i strony internetowe. PiS zbudowało własny, alternatywny świat i stopniowo wciągało do niego coraz więcej obywateli. To była ciężka, organiczna praca, a nie czekanie na zbawcę na białym koniu. Praca zwieńczona tryumfem. Nie tylko zwycięstwem w wyborach, ale także zbudowaniem dużej grupy odbiorców o dość trwałych poglądach. Liczenie, że Donald Tusk potrafi to zmienić, niczym Harry Potter jednym machnięciem czarodziejskiej różdżki, jest naiwnością. Wprawdzie polityczne cele osiąga się też mitami, ale tylko pod warunkiem, że ich krzewienie jest podparte ciężką pracą.

Polityka jest dziś rzeczą zbyt ważną, żeby zostawić ją politykom. Tę pracę muszą oczywiście wykonać politycy opozycji. Przede wszystkim musi ją jednak wykonać społeczeństwo obywatelskie. Bo powrotu do Polski sprzed 2015 roku już nie ma, to zamknięty rozdział. Obywatele muszą sami zakasać rękawy i odpowiedzieć sobie na pytanie, jakiego chcą kraju i jakimi środkami można ten cel osiągnąć. Politycy sami tego nie zrobią, a jeśli zrobią, to źle, na swoją modłę. Historia nas tego uczyła i warto z tej nauki – wreszcie! – wyciągnąć wnioski.

Francuski premier, pisarz i lekarz Georges Clemenceau mówił, że wojna jest rzeczą zbyt poważną, by powierzyć ją wojskowym. Polityka też jest dziś w Polsce rzeczą zbyt ważną, żeby zostawić ją politykom.

Piotr Gajdziński

„Ten wyrok pokazuje, że zwykły poseł może mieszać z błotem połowę obywateli i nic nie można z tym zrobić” – powiedziała po wyroku Sądu Okręgowego w Warszawie Krystyna Malinowska, bydgoska działaczka Obywateli RP. Sędzia Agnieszka Wlekły-Pietrzak oddaliła pozew aktywistki przeciw Jarosławowi Kaczyńskiemu o naruszenie jej dóbr osobistych. Sąd uznał, że wypowiedzi prezesa PiS nie dotyczyły konkretnych osób – miały charakter ogólny i metaforyczny. („Czy sąd skaże Kaczyńskiego za „gorszy sort”?”)

Według sędzi, Krystyna Malinowska nie udowodniła, że słowa o „gorszym sorcie” były skierowane do niej. Sędzia warszawskiego Sądu Okręgowego powiedziała, że wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego była „niekonkretna”, a polityk nie oznaczył „osoby lub grupy osób, do których je odnosi, poza tym, że to Polacy”.

Wyrok nie jest prawomocny. – „Nie zgadzam się z takim uzasadnieniem wyroku, dlatego moi pełnomocnicy złożą w najbliższym czasie apelację” – zapowiedziała Krystyna Malinowska. Na pytanie reportera TVN 24, czy gdyby te słowa wypowiedział inny polityk, to wyrok byłby inny, działaczka odpowiedziała: – „Przypuszczam, że mógłby być inny. Dobrze, że jest apelacja i nad tą sprawą pochylą się jeszcze inni sędziowie”.

Piotr Marański, adwokat z Wrocławia, który reprezentował Malinowską pro bono, przekonywał, że sąd nie odniósł się do meritum sprawy. – „Wskazywaliśmy, że doszło do naruszenia dóbr naszej klientki, która była członkiem określonej, zamkniętej grupy. Sąd uznał, że mieliśmy do czynienia z dyskursem politycznym. A naszym zdaniem doszło do naruszenia godności i czci pani Malinowskiej, która w tej określonej grupie się znajdowała” – powiedział Marański.

Ani prezes PiS, ani nawet jego pełnomocnicy w pojawili się w sądzie. Krystyna Malinowska ciągle domaga się od Jarosława Kaczyńskiego przeprosin w TVN, w Polsacie, TVP i TV Republika oraz 20 tys. zł zadośćuczynienia na cel społeczny.

Za: wiadomo.co

Wśród wielkich myślicieli, w tym wybitnych filozofów i naukowców – żyjących również wtedy, gdy życie religijne jeszcze bardziej niż dziś dominowało – można znaleźć sporo osób wątpiących w istnienie teistycznego Boga. Wyraźna bywała wśród nich, zwłaszcza w czasach nam bliższych, nadreprezentacja ateistów.

Uniwersalne zapotrzebowanie na religię

Powszechnie ujawnia się dziś wciąż bardzo duże zapotrzebowanie na dostarczany przez religie monoteistyczne spójny wizerunek rzeczywistości. I to zarówno tej poznawalnej empirycznie, jak i niedostępnej tego rodzaju poznaniu. Jakość życia człowieka, jego psychologiczne przystosowanie, rozwój osobowy i efektywność osiągania strategicznych celów życiowych zazwyczaj zyskują dzięki wierze w Boga i religijnemu zaangażowaniu. Wyniki badań psychologicznych wskazują, iż znakomita większość ludzi uważa dziś religię za ważny składnik ich codziennego życia, kształtujący i określający istotną jego część.

Szacuje się, że tylko około 15 procent żyjących współcześnie na świecie ludzi uznaje siebie za agnostyków lub ateistów. Ale w rozmaitych populacjach proporcje te są bardzo odmienne. Tak na przykład amerykańscy naukowcy są generalnie wyraźnie mniej religijni niż ogół tamtejszej populacji, a jeszcze mniejszy jest odsetek wierzących w teistycznego Boga wśród najwybitniejszych uczonych. W bardziej zsekularyzowanej Europie jest podobnie. W krajach Zachodu odnotowuje się też negatywną korelację między rozmaicie przejawianą i diagnozowaną religijnością a liberalnymi poglądami politycznymi, wykształceniem, zainteresowaniami naukowymi oraz inteligencją. Przy tym negatywny związek między religijnością a inteligencją bywa zwykle nieco silniejszy, gdy w grę wchodzi religijność „wewnętrzna”, służąca przybliżaniu ważnych celów religii, niż wówczas, gdy brana jest pod uwagę jej odmiana „zewnętrzna”, kiedy to przekonania i zaangażowanie religijne są traktowane jako środki służące do osiągania celów pozareligijnych.

Na coraz bardziej zsekularyzowanym Zachodzie uwidacznia się presja na prywatyzację religii, jednak wiele wskazuje na to, że presja ta nie jest powiązana z poważniejszą redukcją potrzeb religijnych. Ujawnianych również przez niektórych naukowców, w tym psychologów, akcentujących przydatność religii i religijności w funkcjonowaniu i rozwoju człowieka. Ich ustalenia wskazują, że zapotrzebowanie na całościowy i zarazem koherentny wizerunek rzeczywistości, jakiego dostarczają wszystkie wielkie religie, nasila się u ludzi o zamkniętym (dogmatycznym) umyśle, choć widoczne jest również u wielu bardziej otwartych poznawczo. Wszyscy potrzebujemy przeświadczenia, iż znaleźliśmy sens istnienia, a nasze poglądy układają się w spójny system i są niepodatne na deformacje i iluzje. Skłonność do wykorzystującej język metafizyki refleksji nad rzeczywistością cechuje też niektórych ludzi niewyznających światopoglądu religijnego, choć refleksje takie są dla nich trudnym wyzwaniem i ujawniają się rzadziej.

O świecie sacrum z perspektywy psychologa

Zygmunt Freud co prawda uważał istnienie teistycznego Boga za złudzenie, ale wcale nie był skory do rugowania religii ze sfery życia społecznego i jednostkowego, a niektórzy prominentni kontynuatorzy jego myśli wyraźnie koncentrowali się bardziej na blaskach niż na cieniach religijności. Jej doniosłość dla jednostki bywała też akcentowana przez wybitnych psychologów lokujących się w różnych tradycjach swojej nauki, poza inspirowanym przez Freuda jej nurtem psychodynamicznym. Szczególnie wpływowe były poglądy filozofa i psychologa Williama Jamesa, który postulował psychologiczną doniosłość woli wiary w teistycznie pojmowanego Boga. W jego ujęciu zaangażowanie religijne jest odpowiedzią na osobiste, ale powszechnie się ujawniające pragnienia. O znaczeniu religii w życiu człowieka decydować ma jej pragmatycznie pojmowana przydatność, jako że dostarcza ona jednostce zarówno pociechy, jak i poczucia mocy, sensu życia i bezpieczeństwa. Przy tym indywidualistycznie nastawiony i zdystansowany wobec wszelkich zinstytucjonalizowanych form religii James ignorował jej aspekt społeczno-kulturowy, zakotwiczenie w tradycji i w życiu wspólnoty.

W tym ujęciu wiara jawi się jako bardzo człowiekowi przydatna, a nawet niezbędna. Również inny psycholog, wielki znawca religii Gordon W. Allport akcentował jej użyteczność w przeciwstawianiu się trudnościom życia. Podkreślał, iż chroni ona człowieka przed lękiem, zwątpieniem i rozpaczą, ułatwia jego rozwój i pozwala na uchwycenie powiązań osoby z Bytem. Według niego dojrzałe poczucia religijne służą połączeniu ogółu doświadczeń człowieka w jednym integralnym systemie.

Nieustającą popularnością wśród wielu ludzi nauki cieszy się przekonanie o zupełnej jej rozdzielności od religii. Nie znajduje ono oczywiście wsparcia we wciąż wielce wpływowej w katolicyzmie filozofii tomistycznej, postulującej (upraszczając) ścisłe współdziałanie rozumu, doświadczenia i objawienia. Przekonanie to wyraziście ujawniło się w rozmowach prowadzonych parę lat temu przez Magdalenę Bajer z wybitnymi polskimi uczonymi, wśród których wyraźnie nadreprezentowane były osoby wierzące w Boga. Według większości z nich nauka i religia odnoszą się do różnych rzeczywistości, stawiają inne pytania i operują odmiennymi kategoriami opisu. Ich drogi biegną równolegle i nigdy się nie przecinają.

Wszystkie wielkie religie udzielają odpowiedzi na pytania dotyczące tego, jak świat powstał i jak funkcjonuje, oraz pouczają, jaki powinien być i jak należy ten pożądany stan osiągać. Dostarczają drogowskazów moralnych, są przewodnikami w życiu wiecznym oraz ułatwiają radzenie sobie z niezrozumiałym i zagrażającym światem doczesnym. Czynią jego wizerunek spójnym, redukują niepewność i zagubienie człowieka rodzone przez przytłaczającą, zmienną i nieprzewidywalną, zazwyczaj nie poddającą się kontroli rzeczywistość.

Pożytki płynące z religii i religijności

Każda religia aspiruje do wyłączności w kontrolowaniu myślenia, odczuwania i zachowania swoich wyznawców. Oferuje określony wizerunek rzeczywistości nadprzyrodzonej, ze swej istoty niepodatny na empiryczne zakwestionowanie. Zawiera odpowiedzi na zasadnicze pytania egzystencjalne oraz określa niepodważalne dla swoich wyznawców sposoby objaśnienia przeszłości, teraźniejszości oraz przyszłości, również lokowanej po śmierci, w życiu wiecznym. Oferuje przesłanki dla argumentacji na rzecz przeświadczenia, że rzeczywistość jest lub przynajmniej może być zrozumiała.

Jak wskazują wyniki badań psychologicznych, religie dostarczają instrumentów redukowania lęku przed śmiercią i przygotowywania się do życia wiecznego, prezentują określoną wizję nieśmiertelności. Zapewniają poczucie kontroli nad własnym życiem i nad rzeczywistością zewnętrzną wobec Ja oraz dostarczają wiarygodnego zakotwiczenia tożsamości. Służą obronie poczucia własnej wartości i godności, łagodzą rozmaite lęki oraz ułatwiają zrozumienie zjawisk naturalnych i psychicznych. Są przez swoich wyznawców uważane za jedyne źródło norm, teistyczny Bóg bywa na ich gruncie postrzegany jako zasadniczy podmiot moralny.

Wierzenia religijne nie tylko zapewniają poczucie łączności z Bogiem, ale też odpowiadają najgłębszym, uniwersalnym pragnieniom wtopienia się we wspólnotę traktowaną jako moralna całość. Przede wszystkim jednak dostarczają odpowiedzi na fundamentalne pytania metafizyczne. Ludzie chcą wierzyć, że za przemijalnym i często przytłaczającym życiem stoi jakaś Istota Najwyższa. Wiara w nią czyni wizerunek otaczającego świata sensownym i wzmacnia ich siły witalne. Przy tym w świetle przeprowadzanych porównań międzykulturowych religijność sprzyja przystosowaniu, zwłaszcza w słabo zsekularyzowanych środowiskach, w których jest ona cenną wartością. Być może czerpanie z niej różnych psychologicznych korzyści jest specyficzne dla takich kontekstów historyczno-kulturowych. Tam, gdzie religijność jest mniej ceniona, ludzie w nią zaangażowani mają mniej pochlebne wyobrażenia o sobie i czują się gorzej.

Nawet ateista może dostrzegać zalety religii

Jak akcentuje słynny przeciwnik Pana Boga Richard Dawkins, nawet ateista może dostrzegać wiele zalet religii. Wyniki badań wskazują, że ludzie religijni często bywają bardziej od niereligijnych szczęśliwi i zdrowi, żyją dłużej i są bardziej odporni na rozmaite zagrożenia. Ich religijne zaangażowania co prawda wcale nierzadko prowadzą do rozbudowanej, restryktywnej samokontroli, owocującej awersyjnie odczuwanym tłumieniem własnych skłonności i dlatego rodzącej cierpienie. Ale u wielu osób religijnych zaangażowania takie usprawniają procesy psychicznej samoregulacji, szczególnie gdy silnie uwewnętrzniły i przyswoiły wymagania „swojej” religii. Jak powszechnie wiadomo, wiara w Boga bywa też źródłem doznań ekstatycznych oraz inspiruje przeżycia mistyczne.

Może też pozytywnie wpływać na proces leczenia; religijnie zakotwiczona nadzieja na wyleczenie łagodzi ból i przebieg wielu chorób. Efekty placebo bywają szczególnie skuteczne, jeśli towarzyszy im nadzieja na wyzdrowienie, a ta często miewa zakotwiczenie w religii. Nadzieja zmienia chemię mózgu, a wydzielane substancje przekazują te zmiany przez system nerwowy do reszty ciała, wywołując uzdrowieńcze skutki. Ufna wiara w moc sił nadprzyrodzonych powoduje, że również modlitwa może przynosić takie pozytywne efekty.

W świetle tego, co dziś wiemy, nasz umysł został tak ukształtowany, aby ułatwiać jednoczenie się ze wspólnotą i tym samym zwiększać jej szanse na powodzenie w rywalizacji z innymi grupami. Postulowany przez wszelkiej maści konserwatystów altruizm „parafialny”, ukierunkowany na wybiórcze pomaganie członkom własnej wspólnoty, sprzyja jej spójności i ułatwia osiąganie przez nią strategicznie ważnych celów. Nierzadko do jego aktywizacji przyczynia się nasilona religijność jej członków. Co nie dziwi, jeśli uznać, że religie są efektywnymi adaptacjami kulturowymi i choćby dlatego pojawiają się we wszystkich dobrze rokujących ludzkich kulturach. Adaptacje takie sprzyjają zachowaniom altruistycznym wobec członków własnej grupy, w rezultacie ludzie religijni często bywają dobrymi sąsiadami i obywatelami. Ich religijność sprzyja wzajemnemu zaufaniu i współpracy, cementuje wspólnotę osób wyznających podobne przekonania.

Religie promują też czasem efektywność ekonomiczną. W świetle szeroko znanego stanowiska socjologa Maxa Webera osobliwy etos rozwijającego się na Zachodzie protestantyzmu wspierał ludzką przedsiębiorczość i dlatego przyczynił się do rozwoju kapitalizmu.

Religijność a wrogość międzygrupowa

Niektóre wyniki badań pokazują, że to ludzie niereligijni bywają czasem bardziej od religijnych uwrażliwieni na krzywdę innych, a ich altruizm bazuje głównie na współczuciu, podczas gdy prospołeczne zachowania osób religijnych umocowane są raczej na zinternalizowanym poczuciu obowiązku. Bywa i tak, że ludzie niewierzący w Boga nie tylko ujawniają mniej uprzedzeń od tych, którzy w niego wierzą, ale też postępują bardziej od tych ostatnich moralnie i rzadziej łamią normy prawne.

Altruizm „parafialny” obserwowany u osób religijnych nie tylko przejawia się wybiórczym preferowaniem „swoich”, ale też współwystępuje ze społecznym wykluczaniem różnych „innych” oraz z uprzedzeniami, wrogością i agresją wobec obcych. Wyniki badań psychologicznych, przeprowadzonych kilka lat temu na reprezentatywnych próbach mieszkańców ośmiu państw europejskich ukazały powiązania religijności z uogólnionymi uprzedzeniami i z nasileniem międzygrupowej wrogości.

Rozmaite religie w praktyce sprzyjają, wbrew explicite przez nie przyjmowanym i głoszonym uniwersalistycznym odniesieniom, gloryfikacji własnej wspólnoty i wrogości wobec Innego. Skoro tak, nie dziwi powoływanie się na święte księgi towarzyszące demonstracjom międzygrupowej nienawiści. Angażowanie się w praktyki religijne nie tylko wspomaga własną wspólnotę, bywa też czynnikiem pośredniczącym między unikaniem niepewności przez jej członków a ich nietolerancją wobec tych, którzy są postrzegani jako źródło zagrożenia dla wyznawanych wartości religijnych. Sprzyja konformizmowi wobec własnej społeczności i poszanowaniu rodzimej tradycji, zarazem promuje nietolerancję dla wszelkiej, nie tylko religijnej odmienności. Takie nastawienia bywają ceną, jaką płacą członkowie wspólnoty religijnej za spokój, dobre samopoczucie i wewnętrzną spójność.

Fundamentalizm religijny i myślenie spiskowe

Chociaż niektóre opisywane przez historyków ruchy religijne powstrzymywały przejawianie wrogości wobec „tamtych/innych”, liczne inne sprzyjały przemocy, a czasem nawet wspomagały oddziaływania toksycznych, zbrodniczych idei. Z drugiej strony, niemożność odwołania się do Boga powoduje, że jednostka zmuszona jest polegać wyłącznie na wewnętrznej busoli moralnej, co bywa dla niej trudnym wyzwaniem, silnie absorbującym zasoby psychiczne. Wykorzystywane zasady etyczne w większym stopniu są wówczas odbiciem jej zindywidualizowanych potrzeb.

Zwłaszcza instrumentalne traktowanie własnej religii i religijności jako źródła poczucia bezpieczeństwa i przynależności społecznej sprzyja faworyzowaniu swoich w porównaniu z obcymi. Jeśli ludzie organizują swoje życie wokół przekonań religijnych, które nadają mu sens i wyznaczają ich tożsamość, a inni je deprecjonują i odrzucają, ci pierwsi przeżywają potężną frustrację i bardzo często odpowiadają nieskrywaną wrogością i agresją. Religijność w szczególności wiąże się z nasiloną wrogością wobec wszelkiej maści bluźnierców i heretyków. A jeśli przy tym ci nie podzielający przekonań i identyfikacji religijnych są postrzegani jako wyraźnie odmienni, jako grupa złożona z osób różniących się pod względem wyrazistych atrybutów (zwłaszcza wyglądu i typowych zachowań), stają się poręcznym obiektem uprzedzeń, doświadczając nawet skrajnych przejawów wrogości.

Nie zaskakuje, że fundamentalizm religijny sprzyja intensyfikacji negatywnych nastawień i działań wobec „innych”. Wyniki badań psychologicznych wskazują, że każdy ekstremizm ważnych dla człowieka przekonań (nie tylko religijnych!) owocuje nasileniem jego uprzedzeń i wrogości wobec tych, którzy ich nie podzielają. Ich spolaryzowanie przejawia się w fanatycznym dla nich oddaniu, a bywa i tak, że uleganie ich presji skutkuje angażowaniem się w śmiercionośne wojny, a nawet prowadzi do ludobójstwa. Łatwo o jego przykłady również w dzisiejszych czasach.

Nasilenie religijności w szczególności bywa powiązane z myśleniem spiskowym, które w naszych warunkach owocuje odporną na wszelkie świadectwa wiarą w spiskowe tłumaczenie katastrofy smoleńskiej. Gdy jednak ludzie religijni są bardziej otwarci, zorientowani na stawianie pytań i poszukiwanie na nie odpowiedzi, ich religijność okazuje się niepowiązana z tego rodzaju wiarą.

Osobliwości religijności Polaków

Jak wiadomo, dzisiejsi Polacy wyróżniają się w Europie przywiązaniem do religii katolickiej. Są przekonani, że wiara w Boga i religijność nadają sens i niezbędną siłę ich życiu oraz że świat pozbawiony odwołań do Boga jest niezrozumiały i zagrażający. Jednocześnie wyniki badań wskazują, że ich religijność jest powiązana z występowaniem uogólnionych uprzedzeń oraz nasiloną wrogością wobec rozmaitych grup zewnętrznych i mniejszościowych.

Wydaje się, że episkopat polskiego Kościoła, który w istocie stał się narodowym i prowadzi własną politykę historyczną, bardzo ryzykuje, nie dystansując się wyraźnie od ekscesów obozu dziś rządzącego, tolerującego wrogość nie tylko wobec wojennych uchodźców, ale też ludzi na różne sposoby odmiennych. Nie wystarczą tu z rzadka wypowiadane politycznie poprawne deklaracje. Nawet w najgorszych dla siebie czasach polski Kościół hierarchiczny zazwyczaj optował na rzecz niepartykularnie rozumianej miłości bliźniego. Dziś w praktyce stroni od poważnego angażowania się w pomaganie „nie-swoim”, negatywnie wyróżniając się pod tym względem w katolickiej Europie. Zaniechania te ignorują uniwersalistyczne przesłanie jego własnej doktryny i spójne z nią naciski papieża Franciszka. Już w nieodległej przyszłości może za to zapłacić wielką cenę, walnie przyczynić się do przyspieszenia na razie spowolnionych procesów sekularyzacji naszego społeczeństwa.

Ta postawa Kościoła zdaje się obficie czerpać z zakodowanych w narodowej pamięci zbiorowej wspomnień o swoistościach mentalności szlacheckiej, które odciskają piętno na wielu dzisiejszych Polakach. Jak pamiętamy, wybujały, anarchizujący indywidualizm sarmatów, którzy onegdaj bez reszty zawłaszczyli Rzeczpospolitą, towarzyszył ich osobliwej, ludowej, fasadowo-obrzędowej religijności. Przesiąknięta wielkościowymi urojeniami szlachta polska spostrzegała siebie jako naród wybrany i mocno wierzyła w szczególną opiekę Boga nad nią i nad jej państwem. Od końca XVI wieku ten jej katolicyzm stopniowo wypierał inne wyznania, chwilowa moda na protestantyzm została skutecznie wyrugowana. W początkowym okresie nasilenia się wojen religijnych w Europie byli sarmaci tolerancyjni dla innych religii, chlubiąc się „państwem bez stosów”, ale przynajmniej od połowy XVII wieku przestali się pozytywnie wyróżniać pod tym względem.

Narodowa megalomania i zdeformowany indywidualizm

Ówczesną szlachtę cechowały (przypomnijmy) przeświadczenie o jej wyższości wobec sąsiadów, ksenofobia oraz chełpliwe odwracanie się od Zachodu. Również dziś, choć niemało zawdzięczamy Europie, wielu z nas pozostaje w kręgu oddziaływania sarmackiej spuścizny i bardzo obawia się zbyt daleko posuniętej z Europą symbiozy. Niekoniecznie świadomie czerpiąc z zakodowanych w pamięci zbiorowej wspomnień o postawach i zachowaniach dawnej szlachty, odrzuca zachodnioeuropejskie wartości i odmawia wsparcia wojennych uchodźców, tam na ogół życzliwie przyjmowanych. To prawda, że dobrze się czujemy, wierząc w narodowe mity i urojenia głoszące, że bywaliśmy (i wciąż jesteśmy!) przedmurzem chrześcijaństwa czy Chrystusem narodów, że cechuje nas wielka łagodność charakteru i skłonność do tolerancji. Obserwowane dziś niedostatki realizmu politycznego w połączeniu z megalomanią narodową i zdeformowanym indywidualizmem sprzyjającym anarchizującemu ignorowaniu dobra wspólnego zdają się szeroko czerpać z tamtej przeszłości.

Opisywany przez psychologów kolektywny narcyzm oznacza idealizację autowizerunku zbiorowości. Gdy jest nią naród, może znajdować wyraz – tak jak dzisiaj u nas – w państwowej polityce historycznej, przesadnie akcentującej jego wzloty i dokonania oraz ignorującej, zamazującej lub bagatelizującej niepowodzenia i porażki. Jeśli polityka ta okaże się skuteczna, może spowodować nadmierne zawyżenie i rozchwianie narodowej samooceny, utrwalenie wspólnotowych kompleksów, reaktywację poczucia zagrożenia narodowej tożsamości. A przecież nawet Roman Dmowski, ikona rodzimego nacjonalizmu, uważał spuściznę sarmacką za obciążenie, szlachtę oskarżał o przyczynienie się do upadku polskiej państwowości i demoralizację narodu.

Selektywnie nawiązujący do endeckiej spuścizny obóz rządzący dziś w Polsce nie odcina się od iluzji i urojeń charakterystycznych dla dawnych szlacheckich elit, szeroko czerpie z najmniej chwalebnej spuścizny sarmackiego katolicyzmu. Może to zagrażać funkcjonowaniu państwa, któremu po uwolnieniu z komunistycznych okowów wiodło się całkiem nieźle.

Maciej Dymkowski

Musimy odpowiedzieć wspólnie na atak wymierzony w Ojca Tadeusza Rydzyka – zaapelował Andrzej Jaworski, przewodniczący Rady Instytutu Pamięć i Tożsamość im. św. Jana Pawła II.

Politycy PO umieścili wizerunek dyrektora katolickiej rozgłośni na ruchomym billboardzie insynuując, że O. Tadeusz Rydzyk wziął 94 mln zł z państwowych dotacji. To kolejna odsłona akcji PO, w ramach której w całej Polsce prezentowane są ruchome billboardy z wizerunkiem kilkudziesięciu polityków PiS-u oraz informacją o wysokości nagród, jakie mieli otrzymać.

Więcej można przeczytać [tutaj].

Andrzej Jaworski zaznaczył, że nie można pozostać obojętnym wobec akcji uderzającej w Ojca Tadeusza Rydzyka.

– Ojciec Tadeusz Rydzyk nie tylko nie wziął 94 mln dotacji, ale nie wziął choćby złotówki. Te kłamstwa, ta manipulacja nie mogą być dla nas obojętne. Namawiam państwa, jako Rodzinę Radia Maryja, do tego, abyśmy wspólnie odpowiedzieli na ten bezczelny atak osób, które doprowadziły do tego, że Polska była grabiona na setki milionów złotych, żebyśmy razem wystąpili do Prokuratury Generalnej z apelem o ukaranie osób, które w tak bezczelny sposób próbują wprowadzić opinię publiczną w błąd – podkreślił przewodniczący Rady Instytutu Pamięć i Tożsamość im. św. Jana Pawła II.

Andrzej Jaworski zachęca do wysyłania pism w tej sprawie do Prokuratury Generalnej oraz przesyłania kopii tych listów na adres Radia Maryja.

No i dlaczego podniósł na 2017 i 2018? Żeby było na ⁉️

Macierewicz w odstawkę, Kaczyński na premiera, PiS odgrzewa PRL. Polityka brunatnieje

To już się dzieje. Pojedyncze przypadki? Nie! To przykładowe przypadki. Fala faszyzmu szybko się rozleje. Jest przyzwolenie PiS, który zresztą dryfuje ku brunatności.

Historia się powtarza. Mamy do czynienia z pustym tromtadrackim patriotyzmem, nadętym, a więc smrodliwym wprost ze skansenu kołtunów.

Ciemnogród.

Nieśmiertelny pacjent polskiej polityki Antoni Macierewicz chce lustrować weteranów.

– To godzi w honor i godność weteranów, którzy przelewali krew za ojczyznę – mówi Onetowi gen. Roman Polko, b. dowódca GROM, kiedy dowiaduje się od nas, że resort obrony nowelizuje ustawę o weteranach w taki sposób, by żołnierze i funkcjonariusze, którzy choć jeden dzień służyli w organach bezpieczeństwa PRL-u, a mają status weterana za udział w misjach po 1990 r., stracili część uprawnień.

Radosław Sikorski uważa, iż skandalem jest, że Macierewicz nie siedzi. Nie kibluje. Tam jego miejsce, bo faktycznie Tworki są dla niego za wygodne.

W MON wszyscy wszystkich się boją.

Tak działa strach, że Macierewicz zostanie wyrzucony, a oni wraz z nim.

Dwa miesiące temu była oczywista wina w wypadku drogowym Jacka Kurskiego. A dzisiaj… już nie.

W Krytyce Politycznej świetny wywiad ze znawcą problematyki ordynacji wyborczej dr Jarosławem Flisem. PiS to gang Olsena.

Pytanie jest następujące: po co PiS robi taką reformę? Możliwe motywacje są trzy. Po pierwsze geszeft, czyli próba wyciągnięcia trochę więcej władzy z tych samych głosów. Po drugie ideologia – tak było w przypadku fascynacji Pawła Kukiza ideą jednomandatowych okręgów wyborczych czy niechęci prezesa Kaczyńskiego do nich. Nawet jeśli ich nastawienie jest racjonalnie argumentowane, to za każdym takim wywodem stoi jakieś ogólne wyobrażenie o szczęściu i demokracji. Trzecia możliwość: to nie jest gra o sumie zerowej, że ktoś zyska, a ktoś straci – niektóre z obecnych rozwiązań są po prostu głupie. Przykładem książeczki do głosowania…

Piotr Zaremba w „Dzienniku” twierdzi, że Kaczyński traci „wszechmoc” na rzecz Andrzeja Dudy.

Rekonstrukcja rzadu została przesunięta na po głosowaniu nad wnioskiem PO o wotum nieufności dla Beaty Szydło. Jarosław Kaczyński mógł uniknąć demoralizującego spektaklu, przeprowadzając operację szybko. Jest zbyt pewny siebie, aby myśleć takimi kategoriami. Z drugiej strony w tej zwłoce kryje się rozterka. Dlatego rzecznicy tej zmiany wciąż nie są pewni finału.

Do starych wątpliwości doszły nowe. Ot, choćby żądanie Andrzeja Dudy, aby w skład nowego rządu nie wchodził Antoni Macierewicz. Przy czym prezydent zapowiada, że po prostu nie powoła szefa MON. A to on wręcza tekę każdemu ministrowi.

Dla Kaczyńskiego to kłopot. Sam miewa dosyć samowolnych gestów ministra. Ale ma też poczucie, że za Macierewiczem stoją emocje społeczne części PiS-owskiego elektoratu. Na dokładkę, kiedy żądanie prezydenta „wyciekło”, prezes jest bliski utraty reputacji wszechmocnego. Znów widać, że rekonstruować trzeba było szybko.

Prof. Marcin Matczak w „Kropce nad i” mówił, iż nowa ordynacja wyborcza spowoduje fasadowość wyborów i w zasadzie nie będą potrzebne.

Według prof. Matczaka, zamiast sędziów będziemy mieli do czynienia z komisarzami politycznymi, którzy będą liczyli głosy i wyznaczali okręgi wyborcze.

Wyznaczanie okręgów jest najczęstszym na świecie sposobem manipulacji wynikami wyborów. Wyznacza się te granice w taki sposób, żeby większość wspierających daną partię była w tym danym okręgu – tłumaczył prof. Matczak.

Tak jego zdaniem dzieje się właśnie na Węgrzech.

Matczak zwrócił przy tym uwagę, że „nie ma już Trybunału Konstytucyjnego”, a za chwilę „nie będzie Sądu Najwyższego”.

Dla mnie to chyba najpoważniejszy zamach na demokrację i on może doprowadzić do tego, że właściwie za chwilę nie będzie sensu organizować wyborów, bo (…) wszystko będzie sterowane politycznie – dodał.

W wiadomo.co kapitalny tekst Piotra Gajdzińskiego „Zrób sobie Peerel-bis”.

Piotr Gajdziński jest autorem biografii peerelowskich przywódców: Edwarda Gierka – Człowiek z węgla i Wojciecha Jaruzelskiego – Czerwony ślepowron. W grudniu ukaże się jego biografia Władysława Gomułki.

Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy

Nic jednak nie nosi wyraźniejszego peerelowskiego stygmatu niż wieczne odgrzewanie przez Prawo i Sprawiedliwość problemu zagrożenia niemieckiego. I czym my teraz będziemy straszyć Polaków – zastanawiał się w grudniu 1970 roku, po podpisaniu umowy z Republiką Federalną Niemiec Jan Szydlak, członek Biura Politycznego PZPR. Szydlakowi, nie tylko w tym wypadku, zabrakło wyobraźni. Niemcami rządzący straszyli nas w latach osiemdziesiątych – za rządów Gierka delikatniej, ale też – i straszą dzisiaj. Posłanka PiS-u Dorota Arciszewska-Mielewczyk w 2004 roku założyła Powiernictwo Polskie i od tamtej pory nieustannie mówi o niemieckim zagrożeniu. Teraz PiS lekko swoją propagandę zmodyfikował. Nie mówi już o „wykupywaniu Polski”, ale całą winę za kryzys migracyjny w Europie zrzuca na Niemcy i kanclerz Angelę Merkel. Odsługując w końcu lat osiemdziesiątych wojsko we wrocławskim Zmechu (Wyższa Szkoła Oficerska Wojsk Zmechanizowanych – przyp. Red.) nieustannie, dzień pod dniu, na sąsiadującym z jednostką poligonie walczyłem z 97. Dywizją Bundeswehry, prowadzoną przez Herberta Hupkę i Herberta Czaję, dwa symbole „niemieckiego rewanżyzmu”. Dzisiaj może młodych żołnierzy Wojsk Obrony Terytorialnej tego nie uczą, ale już walki z nacierającymi z zachodu zagonami muzułmańskich emigrantów – kto wie?

Władysław Gomułka w swoich pamiętnikach przyznawał, że partia komunistyczna w Polsce zawsze była ugrupowaniem mniejszościowym. Dodawał jednak, że legitymację do władzy dawała PPR, a później PZPR wielka reforma społeczna i gospodarcza, która zmieniła życie milionów Polaków. Drugim czynnikiem mającym legitymizować rządy partii komunistycznej było odzyskanie „prastarych ziem piastowskich” na Zachodzie.

Podobną narrację nietrudno wyczytać z wypowiedzi przedstawicieli obecnego rządu. Program 500+ czy program Mieszkanie+ to fundamenty restytucji gomułkowskiego myślenia. Ziem Odzyskanych PiS już nie odzyska, ale czyż wstawanie z kolan nie jest wystarczającym powodem, aby PiS władzy raz zdobytej – to też Gomułka – nie oddał nigdy? W niedawnym wywiadzie dla TV Republika Beata Szydło powiedziała, że PiS, cały nasz obóz, pan prezydent, który wyrósł z naszego obozu, jesteśmy dzisiaj dla Polski, dla polskiego państwa – myślę, że to nie jest przesadne stwierdzenie – po prostu ostoją suwerenności, bezpieczeństwa i pewnika, że Polska będzie mogła być w przyszłości bezpieczna i suwerenna. Jest wyższa wartość dla narodu niż suwerenność? Nie ma, więc przy władzy musi pozostać partia, która tę suwerenność gwarantuje.

Wolność sprzedam korzystnie

Niestety, do reguł gry „Zrób sobie Peerel” dostosowało się również społeczeństwo. Większość, jak w „czasach słusznie minionych”, jest bierna, za nic mając imponderabilia. Wolność? Co miesiąc wyprzedajemy wolność za 500 zł i ułudę spokoju, który – podobno – gwarantuje nam „silne państwo”. Zupełnie jak wtedy, gdy władza podsypywała kilka stówek podwyżki.

>>>

Post Navigation