Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Polexit”

Unia nas wypchnie, bo na zdegenerowanych autokratów nie będą łożyć, PiS szykuje Polexit

Ursula von der Leyen tydzień temu przedstawiła oficjalną listę kandydatów na komisarzy z podziałem na stanowiska. Na liście znalazł się Janusz Wojciechowski, który ma objąć tekę komisarza do spraw rolnictwa. Krzysztof Szczerski będący pierwszym polskim kandydatem do objęcia którejś z tek zrezygnował, gdy otrzymał propozycję zajęcia się rolnictwem. Dziennikarzom wytłumaczył, że nie jest to dziedzina, w której czuje się najmocniej i woli, żeby ktoś z doświadczeniem w rolnictwie zajął się tymi tematami.

Janusz Wojciechowski jeszcze nie został wybrany, a już pojawiają się przed nim pierwsze wyzwania. Jak informuje Rzeczpospolita, Polska może stracić 13 mld euro z nowej perspektywy budżetowej. Priorytetem nowej przewodniczącej Komisji Europejskiej jest tzw. “zielony ład” czyli ekologia i na to trzeba znaleźć pieniądze – “Ambicje klimatyczne i ekologiczne muszą być uwzględnione w nowym budżecie” – powiedziała wczoraj Amelie de Montchalin, francuska minister do spraw europejskich.

Jak dowiaduje się Rzeczpospolita, w toku negocjacji pojawiła się propozycja, jak sfinansować ekologiczne pomysły – “Można zaoszdzędzić 100 mld euro na polityce rolnej i polityce spójności” – mówi gazecie wysoki rangą zachodni dyplomata. Z polityki rolnej zabrano by ok. 60 mld euro, z polityki spójności 40 mld euro – “To oznacza ubytek kolejnych 12,9 mld euro z koperty przeznaczonej dla Polski” – pisze dziennik. Gazeta zaznacza, że pierwotny projekt unijnego budżetu przedstawiony przez Komisję Europejską ponad roku już wtedy nie był dla nas korzystny, a teraz mogą nastąpić kolejne cięcia.

Już po złożeniu propozycji Krzysztofowi Szczerskiemu pojawiły się spekulacje, że teka komisarza do spraw rolnictwa może być niebezpieczna dla Prawa i Sprawiedliwości, bo już od jakiegoś czasu mówiło się, że budżet na rolnictwo może być okrojony. W Polsce trwa niekończący się festiwal obietnic składanych przez Zjednoczoną Prawicę rolnikom – od krowy plus po zrównanie dopłat unijnych do hektara. PiS obiecuje rolnikom pieniądze, których jeszcze nie ma, a z informacji Rzeczpospolitej wynika, że będzie ich jeszcze mniej. Samochód unijny, do jakiego ma zamiar wsiąść Janusz Wojciechowski, nie będzie pędził autostradą z bagażnikiem wypełnionym pieniędzmi. To będzie kręta i górzysta droga i do tego wyłożona kostką brukową.

Kmicic z chesterfieldem

Na konwencji Prawa i Sprawiedliwości, która odbyła się w niedzielę 15 sierpnia w Legnicy, Jarosław Kaczyński poruszył temat zniesienia immunitetów poselskich, sędziowskich i prokuratorskich. Zauważył jednak, że zniesienie immunitetów złamałoby Konstytucję RP. A że Prawo i Sprawiedliwość nie chce tego robić, to zamierza ją po wygranych wyborach zmienić.

Do słów Kaczyńskiego odniósł się europoseł Prawa i Sprawiedliwości Adam Bielan, w rozmowie z Beatą Lubecką w Radiu ZET. Potwierdził oczywiście, że PiS chce zmienić konstytucję, jednak zauważył, że do zmiany tego dokumentu potrzeba głosów 307 posłów, co może nie być proste do osiągnięcia dla Prawa i Sprawiedliwości.

„Musielibyśmy mieć albo samodzielnie 307 głosów, co będzie bardzo trudne do wykonania, albo znaleźć sojuszników do zmiany konstytucji. Będziemy namawiać partie, które znajdą się w przyszłym parlamencie, żeby to zmienić” – powiedział.

No cóż, Jarosław Kaczyński ma również tę świadomość, ale kto mu zabroni pomarzyć: -„Przyjdzie taki dzień, że zmienimy konstytucję na potrzebną, która będzie gwarantowała prawdziwą…

View original post 2 394 słowa więcej

 

Porażka PiS w wyborach do władz unijnych. Zero dla Polski

Jest porozumienie w Radzie Europejskiej. Kandydatem na szefa Komisji Europejskiej została Ursula von der Leyen. To tę niemiecką polityk przywódcy państw Unii Europejskiej widzą na fotelu przewodniczącego KE zamiast Fransa Timmermansa. – Z tego, co już teraz wiemy, kandydatura Ursuli von der Leyen została zaakceptowana w kilka chwil przez całą Grupę V4. Nie jestem pewny, czy w niedzielę, gdyby ta kandydatura została przedłożona, to od razu to spotkałoby się z taką pozytywną reakcją. Nie wierzę w to, że tacy starzy wyjadacze polityczni, jak Merkel, Tusk i Macron, nie wiedzieli, co się kroi. Musieli przewidywać, że V4 będzie się sprzeciwiać, a na pewno musieli sobie zdawać sprawę, że EPP nie przyjmie z zachwytem rozwiązania z Timmermansem, tym bardziej, że od początku obstawała przy swojej kandydaturze. W efekcie dostali to, czego chcieli – mówi dr Kamil Zajączkowski, europeista z Uniwersytetu Warszawskiego. – Jeżeli polski rząd myśli, że te kwestie zostaną schowane i rozmyte, to nie spodziewałbym się tego. Konsekwentnie KE będzie egzekwowała wszystkie kwestie związane z praworządnością – podreśla

Europejskie rozgrywki

O kompromis nie było łatwo. Jeszcze w poniedziałek po 19 godzinach negocjacji sytuacja wydawała się patowa. Prawie pewny kandydat, Frans Timmermans, spotkał się jednak ze sprzeciwem Grupy Wyszehradzkiej z Polską na czele. Niechętni kandydaturze Holendra byli także Włosi.

Teraz kandydatka na przewodniczącą KE będzie musiała uzyskać poparcie eurodeputowanych w Parlamencie Europejskim.

Wybór w Radzie Europejskiej, czyli wśród przywódców państw członkowskich, zapadł jednogłośnie, przy jednym głosie wstrzymującym ze strony kanclerz Niemiec Angeli Merkel.

Oprócz Ursuli von der Leyen Rada Europejska nominowała też Charlesa Michela na przewodniczącego Rady Europejskiej, Josepa Borella na szefa dyplomacji UE i Christine Lagarde na szefową Europejskiego Banku Centralnego.

Kim jest Ursula von der Leyen?

To niemiecka minister obrony, wywodzi się z CDU. Jest polityczną protegowaną Angeli Merkel – to kanclerz wprowadziła ją w świat wielkiej polityki w 2005 roku. Swego czasu była typowana na następczynię Merkel.

Ursula von der Leyen mówi płynnie po angielsku i francusku i porusza się pewnie na międzynarodowej scenie politycznej.

Jeżeli zostanie szefową KE, będzie pierwszą Niemką od 50 lat na tym stanowisku i pierwszą kobietą.

Sukces polskiego rządu?

Jeszcze wczoraj podczas negocjacji kandydaturze Fransa Timmermansa sprzeciwiali się Włosi i V4. Premier Mateusz Morawiecki tłumaczył, że Holender “nie rozumie państw wychodzących z postkomunizmu”, a także, że jest nieprzyjazny Polsce i państwom Europy Środkowej.

We wtorek na konferencji podsumowującej szczyt mówił: – Cele, które zakładaliśmy, jadąc na szczyt, zostały zrealizowane. Pokazaliśmy, że potrzebujemy kandydatów, którzy mają potencjał łączenia, a nie antagonizowania Europy; którzy rozumieją kraje członkowskie. Dlatego sprzeciwialiśmy się kandydaturze Fransa Timmermansa.

Zdaniem Morawieckiego Timmermans “był kandydaturą radykalnej lewicy”.

– Pokazaliśmy, że eskalowanie konfliktu z Polską i atakowanie jej jest drogą donikąd. Polska nie jest państwem, które daje się postawić w kącie. Jesteśmy poważnym partnerem. Daliśmy do zrozumienia, jakie są nasze priorytety – mówił Morawiecki.

Komentatorzy wyśmiali ten samozachwyt, a łyżkę dziegciu do tego garnca miodu zadowolonego premiera dołożył też Grzegorz Schetyna, zwracając uwagę, że w 2009 i 2014 r. rząd polski potrafił wynegocjować stanowiska dla Polaka.

– Moim zdaniem, gdyby to tylko zależało do Polski i Grupy Wyszehradzkiej, to wynik tej całej układanki nie skończyłby się w taki sposób – mówi Kamil Zajączkowski, europeista z UW i autor ostatniej publikacji “Misje cywilne i operacje wojskowe Unii Europejskiej w perspektywie wybranych teorii stosunków międzynarodowych i integracji europejskiej”.

JUSTYNA KOĆ: Polska nie jest państwem, które daje się postawić w kącie. Jesteśmy poważnym partnerem – skomentował premier Morawiecki szczyt RE. Nominacja Ursuli von der Leyen to sukces polskiego rządu?

DR KAMIL ZAJĄCZKOWSKI: Moim zdaniem, gdyby to tylko zależało do Polski i Grupy Wyszehradzkiej, to wynik tej całej układanki nie skończyłby się w taki sposób. W dużym stopniu o tym, że Timmermans nie został szefem KE, zadecydowały dwa czynniki, ale trzeba przyznać rację, że polska dyplomacja je wykorzystała. Po pierwsze, bunt centroprawicowej europejskiej chadecji, czyli EPP, i sprzeciw Włoch. Bunt chadeków wynikał z prostej kalkulacji; socjaliści i chadecy łącznie stracili ponad 100 mandatów w PE. Po drugie, o wyborze z Osaki zadecydowały 4 państwa: Niemcy, Francja, Holandia i Hiszpania, która powróciła do gry po kilkunastu latach.

JESZCZE KILKA LAT TEMU WSZYSCY PATRZYLI NA HISZPANIĘ JAKO PAŃSTWO, KTÓRE CHYLI SIĘ KU KATASTROFIE GOSPODARCZEJ, A TU HISZPANIA ZNOWU JEST PRZY STOLE, A NIE WŁOCHY, KTÓRE JAKO PAŃSTWO ZAŁOŻYCIELSKIE PRZY TYCH WSZYSTKICH ROZGRYWKACH BYŁO BRANE POD UWAGĘ.

Włochy sprzeciwiały się kandydaturze Timmermansa przede wszystkim z tego powodu, a nie z tych samych pobudek, co Polska i V4. To te czynniki głównie spowodowały, że ta kandydatura przepadła. Grupa Wyszehradzka nie jest jednolita, ale myślę, że w tym przypadku zadecydowały też czynniki ambicjonalne i niechęć osobista, która jest w polityce istotna. To wszystko spowodowało, że ta układanka z Timmermansem się nie powiodła.

Długo wydawało się, że jest jednak murowanym kandydatem. To w takim razie oczywisty błąd polityków europejskich?
Mam na ten temat pewną hipotezę, którą będzie można zweryfikować z czasem, gdy wyjdą na jaw szczegóły; na ile Timmermans był najmocniejszym kandydatem, na ile to spięcie niedzielno-poniedziałkowe było przypadkiem, a na ile to, co się stało, było oczekiwane przez największych graczy, aby oczyścić przedpole i położyć na stół nowe karty. Z tego, co już teraz wiemy, kandydatura Ursui von der Leyen została zaakceptowana w kilka chwil przez całą Grupę V4. Nie jestem pewny, czy w niedzielę, gdyby ta kandydatura została przedłożona od razu, to spotkałaby się z taką pozytywną reakcją. Nie wierzę w to, że tacy starzy wyjadacze polityczni, jak Merkel, Tusk, Macron, nie wiedzieli, co się kroi. Musieli przewidywać, że V4 będzie się sprzeciwiać, a na pewno musieli sobie zdawać sprawę, że EPP nie przyjmie z zachwytem rozwiązania z Timmermansem, tym bardziej, że od początku obstawiała przy swojej kandydaturze i dostała to, czego chciała.

Kim jest Ursula von der Leyen i czego możemy się po niej spodziewać?
Oczywiście już się mówi, że to nie jest kandydatura idealna, że nie ma doświadczenia, część osób mówi, że Timmermans był najlepszym kandydatem, ale

NA TYM POLEGA KOMPROMIS, TAKŻE W POLITYCE, ŻE ZAZWYCZAJ WYGRYWA OSOBA, KTÓRA NIE JEST WYRAZISTA, NIE BUDZI EMOCJI, NIE JEST SILNĄ OSOBOWOŚCIĄ.

Tak było w przypadku poprzedniego szefa KE José Manuela Barroso?
To prawda. W 2004 roku było dwóch bardzo silnych kandydatów, a wygrał ten trzeci, podobnie gdy cofniemy się jeszcze bardziej. Po prostu tak wygląda kompromis. Dodałbym tu jeszcze jedno ważne spostrzeżenie; okazało się, że duopol niemiecko-francuski nie pracuje tak sprawnie, jak do tej pory. Te kilka ostatnich tygodni to pokazało, bo wszystko zaczęło się od tego, że to Macron zablokował Webera, czyli zaczęło się od kłótni francusko-niemieckiej. W efekcie poobijana mocno Merkel, która ma dużo słabszą pozycję, nie potrafiła domknąć tej kandydatury. Z drugiej strony Niemcy mają przewodniczącego KE, a Francuzi mają to, czego bardzo chcieli, czyli kontrolę nad strefą euro i gwarancję, że przyszła szefowa EBC będzie kontynuowała linię odchodzącego prezesa.

Wśród nominacji nie ma żadnego Polaka i nikogo z V4. Porażka?
Mimo zachowania jedności V4 nie ma tu żadnego stanowiska nawet dla przedstawicieli Europy Środkowej, i to jest znamienne.

PO TYM SZCZYCIE WIDAĆ TEŻ WYRAŹNIE PRZESUNIĘCIE WŁADZY W RĘCE SZEFÓW RZĄDÓW, STĄD TEŻ TAKA KANDYDATURA NA SZEFA KE.

Komisja za nowej przewodniczącej odpuści walkę o praworządność?
Ursula von der Leyen będzie przewodniczącą, ale wiceprzewodniczącym ma być Timmermans. Chodzą pogłoski, że zachowa on w swej działalności prawa człowieka, praworządności, czyli będzie zajmował się tym, czym do tej pory. To ewenement, bo do tej pory po zakończeniu kadencji zazwyczaj politycy dostawali nowe teki, tu wiele wskazuje, że Holender ma dostać działkę właśnie dotyczącą praworządności.

NIE SPODZIEWAŁBYM SIĘ WIĘC, ŻEBY LINIA KE SIĘ ZMIENIŁA I ZNOWU BĘDZIEMY MIELI “DOBREGO” PRZEWODNICZĄCEGO I “ZŁEGO” ZASTĘPCĘ. DOBRĄ BĘDZIE URSULA VON DER LEYEN, A TYM ZŁYM TIMMERMANS.

Jeżeli polski rząd myśli, że te kwestie zostaną schowane i rozmyte, to nie spodziewałbym się tego. Konsekwentnie KE będzie egzekwowała wszystkie kwestie związane z praworządnością.

Wybory nowych władz Unii Europejskiej pokazały, że Polska i Grupa Wyszehradzka dobrze sobie dziś radzą w burzeniu unijnych porządków, ale nie potrafią w Brukseli niczego zbudować.

  • Na czele UE nie będzie nikogo z Europy Środkowej
  • Co więcej, będą to politycy, którzy publicznie krytykują stan demokracji w Europie Środkowej
  • Oznacza to, że wbrew twierdzeniom Warszawy i Budapesztu, Grupa Wyszehradzka nie odniosła w tych negocjacjach żadnego sukcesu poza zablokowaniem kandydatury Timmermansa
  • „W UE, której idea opiera się na wspólnych wartościach i na kompromisie, zablokować coś i zburzyć jest stosunkowo łatwo. O wiele trudniej jest cokolwiek zbudować”

Bez względu na to, jak bardzo środkowoeuropejscy politycy starają się przedstawić nowe władze wykonawcze UE jako swój sukces, to jest faktem, że Europa Środkowa została całkowicie pominięta przy rozdziale najważniejszych stanowisk w Brukseli. Co więcej, nowi liderzy UE w najmniejszym stopniu nie podzielają wizji Europy Jarosława Kaczyńskiego i Viktora Orbana.

Pan wicepremier Jarosław Gowin komentując decyzje szczytu UE, powiedział dziś w Polsat News, że „okazało się, że Francja i Niemcy nie są już w stanie podejmować decyzji z pominięciem Polski i innych, nowych krajów unijnych”. Popatrzmy więc, jak na tym niepomijaniu Warszawy wyszły Berlin i Paryż, a jak sama Warszawa i cały nasz region.

Przewodniczącą Komisji Europejskiej będzie Niemka Ursula von der Leyen, bliska sojuszniczka Angeli Merkel i członkini jej partii CDU. Francuzi odebrali zaś eurosceptycznym Włochom kluczowe dla ekonomicznej przyszłości UE i niezwykle wpływowe stanowisko szefa Europejskiego Banku Centralnego. Na jego czele stanie pani Christine Lagarde, która jako szefowa Międzynarodowego Funduszu Walutowego wspierała twarde stanowisko Berlina wobec kryzysu finansowego w Grecji.

Berlin i Paryż nie pominęły więc Polski, bo nie mogły tego zrobić w świetle prawa UE. Berlin i Paryż po prostu Polskę ograły.

Dodajmy do tego fakt, że szefem europejskiej dyplomacji zostanie Hiszpan Josep Borrell, a przewodniczącym Rady Europejskiej Belg Charles Michel i widać, że z czterech czołowych stanowisk we władzach wykonawczych Unii Polsce i Grupie Wyszehradzkiej nie przypadło ani jedno. Wszystkie zajęli członkowie UE z Europy Zachodniej. Tej, która nie może już pomijać zdania Polski…

Co więcej, na czele dyplomacji UE stanie socjalista, z którym nijak rządzącej w Polsce partii nie jest po drodze. Żeby jeszcze pogorszyć sytuację, Borrell wywodzi się z tej części UE, dla której z naturalnych powodów ważniejsze było i będzie kierowanie uwagi UE na południe, w stronę Afryki Północnej, a nie na wschód, np. w kierunku Ukrainy.

Obecna szefowa dyplomacji UE Federica Mogherini nie zrobiła dla nas prawie nic. Z punktu widzenia interesów polskiego rządu wybór Borrella nie jest lepszy. Jako szef dyplomacji Hiszpanii wielokrotnie krytykował on stan praworządności w Polsce i na Węgrzech. W ub.r. Borrell tak ostro krytykował stan demokracji na Węgrzech, że węgierski MSZ wezwał do siebie hiszpańskiego ambasadora i oficjalnie wyraził oburzenie tą krytyką.

Kandydatka na szefową Komisji Europejskiej, jeszcze jako minister obrony Niemiec, też otwarcie krytykowała antydemokratyczne, jej zdaniem, poczynania rządu PiS. Dwa lata temu w jednym z wywiadów otwarcie poparła demonstracje polskiej opozycji w obronie niezależności sędziów. Jej słowa były tak ostre, że ówczesny minister obrony Antoni Macierewicz nakazał wezwać na dywanik do MON-u attache obrony ambasady Niemiec, a ówczesny minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski mówił o następczyni Jean-Claude’a Junckera tak: „Słowa Ursuli von der Leyen o potrzebie wspierania zdrowego demokratycznego oporu młodego pokolenia w Polsce to próba ingerencji w wewnętrzne sprawy naszego kraju”.

Przewodniczącym Rady Europejskiej, nazywanym nieco przesadnie prezydentem Europy, zostanie obecny premier Belgii Charles Michel. Ten sam, który rok temu mówił, że brak solidarności krajów Grupy Wyszehradzkiej z resztą UE w sprawie kryzysu imigracyjnego grozi rozpadem strefy Schengen.

To także ten sam polityk, który dwa lata temu po sławnym głosowaniu 27:1 w sprawie wyboru Donalda Tuska na drugą kadencję szefa Rady Europejskiej, komentował samotność Warszawy tak: „Chcemy jedności Europy, ale nie za wszelką cenę. To, co się dziś wydarzyło, pokazuje, że Europa ma możliwość osiągnięcia czegoś w mniejszym gronie tych, którzy chcą więcej”.

Michel, który za chwilę zastąpi Donalda Tuska, zirytowany polityką polskiego rządu, oficjalnie popierał więc stworzenie Europy dwóch prędkości. To pomysł dla nas morderczy i słusznie jest przez Warszawę stanowczo odrzucany.

Jedynym osiągnięciem polskiego rządu przy wyborze nowych władz UE pozostaje więc udział w zablokowaniu kandydatury Franza Timmermansa na stanowisko zajęte ostatecznie przez osobę, która o stanie demokracji w Polsce wyrażała się publicznie bardziej zdecydowanie od niego.

Timmermans nigdzie jednak nie znika. Nadal będzie zajmował stanowisko wiceszefa KE i jako jeden z jej najbardziej doświadczonych członków z pewnością nadal będzie w niej odgrywał kluczową rolę. Co oznacza, że nie tylko będzie nadal komplikował życie Warszawie i Budapesztowi, ale też będzie miał większe wsparcie ze strony swej nowej szefowej, w przeciwieństwie do łagodzącego spory wewnątrz Unii Junckera.

Na pocieszenie dla Prawa i Sprawiedliwości z Parlamentu Europejskiego nadeszła dziś wiadomość, że była premier Beata Szydło stanie zapewne – w wyniku podziału komisji pomiędzy frakcje PE – na czele komisji ds. zatrudnienia, której głównym zadaniem jest walka z dyskryminacją przy zatrudnianiu w krajach UE. O pozycji przewodniczącego PE Polska nie ma co marzyć.

2 lipca 2019 r. stał się dowodem na to, że w Unii Europejskiej, której idea opiera się na wspólnych wartościach i na kompromisie, zablokować coś i zburzyć jest stosunkowo łatwo. O wiele trudniej jest cokolwiek zbudować. Grupa Wyszehradzka właśnie tego boleśnie doświadczyła. Kolejna próba za pięć lat.

Kmicic z chesterfieldem

„Hymn Unii na pierwszym posiedzeniu PE. Partia Brexit tyłem. Waszczykowski i Zalewska nawet nie wstali” – napisał na Twitterze Bartosz Wieliński z „GW”. Byli ministrowie w rządzie PiS, a obecnie europosłowie tak się zachowali podczas inauguracji obrad Parlamentu Europejskiego w Strasburgu.

Podczas odgrywania „Ody do radości” była minister edukacji Anna Zalewska i były minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski nawet nie podnieśli się z foteli. Ociągając się, wstali Anna Fotyga i Patryk Jaki. Natomiast Jacek Saryusz-Wolski robił sobie podczas hymnu UE selfie.

Internauci z oburzeniem komentowali zachowanie europosłów PiS: – „Zalewska i Waszczykowski siedzą podczas hymnu UE. Partia Brexit UK stoi tyłem. Co towarzystwo miernot. Idziemy w bardzo złym kierunku. Hasło Polska sercem Europy to pic na wodę i kłamstwo. PiS właśnie pokazał to „tętniące” serce z kampanii. PiS to Polexit!”;

Robić cyrk i strzelać focha potrafią, ale euro im nie śmierdzi. Jak im tak bardzo UE nie pasuje, to…

View original post 1 233 słowa więcej

 

Bełkot Morawieckiego, Suskiego i pozostałych ancymonków z PiS

Mało zrozumiałego tweeta „wyprodukowała” na swojej oficjalnej stronie Kancelaria Premiera, z dumą informując o wizycie Morawieckiego na Dolnym Śląsku, dokąd udał się by m.in. podpisać dokument powołujący tzw. „Wrocławski Węzeł Kolejowy”. Co na tę okoliczność „wysmażyła” kancelaria?

Poczytajmy:

„Premier Morawiecki uczestniczy w uroczystym podpisaniu listu intencyjnego w sprawie wyrażenia woli współpracy na rzecz podjęcia działań w zakresie opracowania Wstępnego Studium Wykonalności dla Wrocławskiego Węzła Kolejowego”. Jak się „to, to” pojawiło, tak i zniknęło, a internauci zachodzą w głowę co dokładnie oznaczało to dla samej inwestycji?

Całość tej nowomowy, przypominającej czasy słusznie minione, w najlepszym ze swoich stylów zinterpretował mecenas Roman Giertych:

Dzisiaj w kancelarii mieliśmy małą uroczystość w związku z zaakceptowaniem szkicu wstępnego do założeń koncepcji rozważenia możliwości przymierzenia się do zakupu drugiego ekspresu do kawy. Radości, podziękowaniom i dumie nie było końca” – zakpił polityk.

Szybko dołączyli do niego internauci:

Istnieją realne warunki dla powstania poważnych szans na wystąpienie możliwości pojawiania się okazji do opracowywania wstępnych planów w zakresie wstępnych studiów dotyczących aktywności na rzecz zdecydowanego działania…” – drwili co poniektórzy; „Suski się zgubił już po drugim wyrazie”– zauważyli.

A dziennikarz „Wyborczej” tłumacząc komunikat z „nowomowy” na język polski napisał uszczypliwie, że w dosłownym przekładzie może to oznaczać, iż „węzeł nigdy nie powstanie”.

Onet potraktował jednak temat poważnie i po pierwszych drwinach oznajmił, że jednak na szczęście premier Morawiecki zapowiedział podczas wizyty na Dolnym Śląsku także kilka istotnych konkretów, ale tego jego kancelaria nie dostrzegła… A może uznała za niepewne i stąd niezrozumiały komunikat.

Kmicic z chesterfieldem

Po kilka tysięcy złotych wpłacili pracownicy państwowych spółek, ulokowanych w Bydgoszczy, na kampanię PiS przed ubiegłorocznymi wyborami samorządowymi. Złośliwcy twierdzą, że to swoisty „dowód wdzięczności” za zatrudnienie w kontrolowanych przez partię spółkach Skarbu Państwa.

Według „Gazety Wyborczej”, „rekordzistą” w Bydgoszczy jest Błażej Najdowski – przekazał ponad 21 tys. zł. To dyrektor techniczny Zespołu Elektrociepłowni Bydgoszcz, którego właścicielem jest państwowy gigant Polska Grupa Energetyczna. Zapytany o powód, dla którego wpłacił taką kwotę, Najdowski stwierdził, że musi się zastanowić nad odpowiedzią. Dodał, że powód… jest banalny. Nie wytłumaczył jednak reporterowi „GW, co miał na myśli.

Kolejny z listy Michał Krzemkowski wpłacił 14 tys. zł. Jako radca prawny obsługuje Wody Polskie, czyli spółkę powołaną przez PiS. Krzemkowski  jest też członkiem rady nadzorczej Polskiego Radia. 11,2 tys. zł wpłacił były bydgoski radny, Mirosław Jamroży, wiceprezes Enea Pomiary. Inny działacz PiS, który znalazł zatrudnienie w spółce skarbu państwa, Tomasz Rega, dyrektor oddziału Totalizatora Sportowego, wpłacił…

View original post 2 504 słowa więcej

 

Je…ć …PiS! Pomnik Polskiego Jabola

Krzysztof Skiba, słynny frontman zespołu Big Cyc, opublikował na swoim profilu na Facebooku informację o tym, co spotkało go w ostatnim czasie.

Do Skiby zapukali bowiem policjanci. Okazało się, że służby w naszym kraju badają temat m.in. antypisowskich okrzyków z koncertu KSU – innego legendarnego zespołu rockowego – który miał miejsce w sierpniu minionego roku w Ustrzykach Dolnych.

Kontrowersyjny koncert?

Na koncercie było – jak wspomina Skiba, który był prowadzącym imprezy – blisko dziesięć tysięcy osób. W jego trakcie cześć widowni wznosiła okrzyki “Je…ć …PiS!”. Ponoć nikt na scenie – ani muzycy ani sam lider Big Cyc – nie krzyczeli w ten sposób.

„W nawiązaniu do słynnej piosenki KSU “Jabol punk” zaproponowałem ze sceny zbudowanie w Ustrzykach Pomnika Polskiego Jabola. Pomnik taki (podobnie jak pomnik “glana” w Jarocinie) z pewnością byłby wspaniałą atrakcją turystyczną miasta. Propozycja miała charakter humorystyczny i tak też przyjął ją burmistrz miasta Bartosz Romowicz, który zespołowi KSU na urodziny podarował butelkę kultowego wina.”

– wspomina Skiba i kontynuuje:

„Okrzykami “Je…ć… PiS” oraz propozycją budowy Pomnika Polskiego Jabola poczuł się obrażony zacny obywatel miasta pan Adam Łukaszyk, który na koncercie co prawda nie był, ale kilka miesięcy później zobaczył jego fragmenty na YouTube. Obrażony obywatel (którego żona mocno udziela się w lokalnym PiS) zgłosił sprawę na policję, a ta wszczęła dochodzenie. Policja przesłuchała już na tę okoliczność organizatorów koncertu, burmistrza oraz także mnie. Sprawa toczy się zgodnie z procedurami. Trwają przesłuchania, sporządza się raporty i dokumenty, trwa analiza materiałów filmowych, dokonuje się oględzin miejsca, w którym krzyczano nieprawomyślne hasła. Policja jak wiadomo nie ma co robić, więc pewnie z radością zajmuje się takimi rozkosznymi sprawami.”

Niepotrzebna sprawa

Badanie takich tematów przez policję jest z pewnością zbyteczne. Pokazuje jednak do jakich napięć społecznych zaczyna dochodzić naszym kraju i jak skonfliktowani są dziś Polacy. Skiba nie jest bowiem ani odpowiedzialny za okrzyki publiki, zaś jego propozycja pomnika – może i infantylna – powinna zostać uznana tylko za głupi żart.

Cały wpis Skiby tutaj >>>

Kmicic z chesterfieldem

Jednym z największych wyzwań XXI wieku przed którymi stoi Polska jest transformacja energetyczna. Odejście od węgla i włączenie się w walkę z globalnym ociepleniem jest obowiązkiem stojącym przed całym obecnym pokoleniem. Jest to także duża bitwa gospodarcza, ponieważ tania i dostępna energia stanowi atut w rywalizacji z innymi graczami światowej gospodarki. Nie bez znaczenia jest także cena energii dla samych konsumentów, co szczególnie pokazało desperackie dążenie rządu do refundacji podwyżek cen prądu. Do realizacji wszystkich powyższych celów potrzeba zatem wydajnego źródła energii. Tymczasem strategia rządu staje się na tle świata coraz bardziej zacofana. Głównym problemem polskich władz jest bowiem opóźnienie w czasie odchodzenia od węgla w celu zadowolenia licznego grona wyborców lobby węglowego, oraz zwalczanie z przyczyn ideologicznych energetyki wiatrowej na lądzie. Absurd obu założeń widać  szczególnie mocno na tle raportu Międzynarodowej Agencji Odnawialnych Źródeł Energii (IRENA) o kosztach produkcji odnawialnych źródeł energii.

Okazuje się bowiem, że te dynamicznie maleją…

View original post 3 701 słów więcej

 

Młodzież myśli o przyszłości, o klimacie na Ziemi, wbrew PiS. Inga Zasowska – bohaterka

Kmicic z chesterfieldem

„Powinien powstrzymać swój antysądowy temperament, bo to może odwrócić się przeciwko niemu. Od polityka wymagamy wyważenia, a jak on już nie ma co do powiedzenia na temat łamania Konstytucji przez ustawy przez niego firmowane, to nie może stale mówić o tym, że to są zbrodnie komunistyczne i to jest powód tej zmiany. To nie godzi się politykowi” – skomentowała wypowiedź Zbigniewa Ziobry Pierwsza Prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzata Gersdorf w RMF FM. Minister sprawiedliwości stwierdził bowiem, że dzisiejsza opinia rzecznika generalnego TSUE jest „obroną patologii w polskim sądownictwie”.

Przypomnijmy – rzecznik generalny Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w swojej opinii uznał, że Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego – nie spełnia wymogów niezawisłości sędziowskiej. Poza tym według rzecznika TSUE „sposób powoływania członków KRS ujawnia nieprawidłowości, które mogą zagrozić jej niezależności od organów ustawodawczych i wykonawczych”. Wyrok unijnego Trybunału spodziewany jest jesienią – najczęściej opinia wydana przez rzecznika jest zbieżna z werdyktem TSUE.

View original post 2 532 słowa więcej

 

Na takie osoby jak Beata Mazurek można reagować tylko zatykaniem nosa

Beata Mazurek o wtorkowej aktywności szefa Platformy Obywatelskiej Grzegorza Schetyny na Pomorzu.

Kmicic z chesterfieldem

Zapewne zdecydowana większość wyborców Prawa i Sprawiedliwości nie ma zielonego pojęcia o tym, że partia Jarosława Kaczyńskiego to prawdopodobnie najbogatsze ugrupowanie w polskiej polityce. Osoby z otoczenia prezesa PiS ponoć od lat zarządzają gigantycznymi środkami, pochodzącymi w dużej mierze z uwłaszczenia się na majątku komunistycznym. Wygrana w 2015 roku, dająca Zjednoczonej Prawicy samodzielną większość w parlamencie i możliwość samodzielnego przejęcia kontroli nad kasą państwowych spółek, agencji i instytucji tylko tę hegemonię finansową miała wzmocnić. Opisywany dziś przez “Gazetę Wyborczą” systemowy mechanizm drenowania ich z publicznych pieniędzy ma być tej ogromnej przewagi najlepszym przykładem. Wystarczy odnotować, że choć PiS dysponuje ogromnym majątkiem własnym i otrzymuje subwencję z budżetu państwa, olbrzymią i bardzo drogą kampanię wyborczą przed wyborami samorządowymi jesienią 2018 roku sfinansowało bez udziału żadnej złotówki z partyjnej kasy.

Kto zatem za nią zapłacił? Otóż, wykorzystując nieco kulawe przepisy oraz wdzięczność za możliwość wzbogacania się przez „miernych, biernych, ale wiernych” w…

View original post 2 615 słów więcej

 

III wojna właśnie się rozpoczęła

Jedno jest dziś pewne: bezpieczna, przyjazna i przewidywalna rzeczywistość lat dziewięćdziesiątych, a może i pierwszego dziesięciolecia naszego wieku, należy do bezpowrotnej przeszłości. Przemija postać świata. Niebo się chmurzy – pisze Jerzy Surdykowski w miesięczniku „Odra”, gdzie pierwotnie się ukazał (3/19). „Nasz wiek zaczął się może w 2005 roku, kiedy narody Zachodu odrzuciły projekt dalszej integracji Unii Europejskiej, może w 2016, z chwilą zwycięstwa Trumpa w USA, a może trochę wcześniej, gdy na Węgrzech zwyciężył Orbán, w Grecji „Syriza”, a wkrótce potem w Polsce rządząca dziś partia” – podkreśla autor

Powiada się, że miniony wiek XX wcale nie zaczął się w 1900 roku, lecz czternaście lat później, z chwilą wybuchu pierwszej wielkiej wojny. Wtedy dopiero zaczął odsłaniać swe prawdziwe, ludobójcze i totalitarne oblicze. Nie inaczej z obecnym stuleciem, które bynajmniej nie rozpoczęło się w roku 2000, ani nawet 11 września 2001, kiedy tak tragicznie i spektakularnie ujawnił się światowy terroryzm. Nie on jednak zadecyduje o nadchodzącej przyszłości. Nasz wiek zaczął się może w 2005 roku, kiedy narody Zachodu odrzuciły projekt dalszej integracji Unii Europejskiej, może w 2016, z chwilą zwycięstwa Trumpa w USA, a może trochę wcześniej, gdy na Węgrzech zwyciężył Orbán, w Grecji „Syriza”, a wkrótce potem w Polsce rządząca dziś partia.

Albo inaczej: zapomnieliśmy, że istnienie ZSRR miało dla świata pożytki, które skończyły się wraz z upadkiem komunizmu. Sowieckie zagrożenie wymuszało bowiem jedność demokratycznego Zachodu, integrowało Europę i USA, było spoiwem tak dla NATO, jak Unii Europejskiej. Co więcej, cywilizowało kapitalizm, przymuszało, by pokazywał „ludzką twarz”, by sprostał wyzwaniu rzuconemu z Moskwy nie tylko na polu technologii i dochodu narodowego, ale codziennego życia obywateli. To wszystko przestało działać wkrótce po euforycznym i pełnym fałszywych prognoz roku 1989.

Ale może to wszystko jest drugoplanowe. Bo na pierwszym planie jest wyrośnięcie w niebywale krótkim czasie nowego supermocarstwa, które właśnie dościga – dotąd tak pewną swojej przewagi – Amerykę. W tamtym historycznym dla nas roku 1989 Chiny były jeszcze rezerwatem biedy i zacofania, borykającym się nie tylko z dziedzictwem nieszczęsnej „rewolucji kulturalnej” przewodniczącego Mao, ale z krwawo stłumionym buntem na placu Tian’anmen. Czym Chiny są dziś – wiadomo. Nikt w tamtych czasach nie był w stanie wyobrazić sobie postępu, jaki dokonał się w tym olbrzymim kraju. To obrazuje bezsilność i fałsz przewidywań przyszłości. Ale jedno jest dziś pewne: bezpieczna, przyjazna i przewidywalna rzeczywistość lat dziewięćdziesiątych, a może i pierwszego dziesięciolecia naszego wieku, należy do bezpowrotnej przeszłości. Przemija postać świata. Niebo się chmurzy.

Słońce zachodzi na zachodzie

Historyczny rok 1989 otworzył zniewolonym dotąd narodom drzwi na Zachód. W czasach komunizmu marzeniem Polaków była ucieczka do „wolnego świata”, co udawało się nielicznym, teraz w tej bajkowej krainie swobody i dobrobytu mogliśmy znaleźć się wszyscy. Ale naszą drogę do NATO i Unii Europejskiej zwiastowały już wtedy złe omeny, których woleliśmy nie dostrzegać. Ledwie prezydent Clinton ogłosił w Warszawie zaproszenie nas do Sojuszu, już trzeba było poprzeć bombardowanie Belgradu, choć sympatyczni „Jugole” nie budzili wrogich uczuć.

Wkrótce potem musieliśmy wziąć udział w dwu zamorskich, niepotrzebnych i źle przygotowanych amerykańskich wojnach w Iraku i Afganistanie, pieczętując to krwią polskich żołnierzy. Ledwie w 2004 roku zostaliśmy po długotrwałych negocjacjach przyjęci do Unii Europejskiej, a już referenda we Francji i Holandii odrzuciły projekt europejskiej konstytucji, stanowiący podstawę dalszej integracji. Rządzący Polską po 2005 roku przyjęli to z ulgą, a wielu z nas też obawiało się europejskiego „superpaństwa”. Ale właśnie wtedy Unia straciła swój dalekosiężny cel i rozpoczęło się dreptanie w miejscu, a niezbyt wydarzone pomysły brukselskiej biurokracji pogłębiały rozczarowanie. Wkrótce potem wybuchł kryzys finansowy lat 2008‒2009 i okazało się, że Grecja – ale nie tylko ona – oszukuje Brukselę, zaciągając kredyty na cudzy (zwykle niemiecki) koszt. Unia pozbawiona celów dalekosiężnych i akceptowanych przez większość Europejczyków stała się dla nas tylko bankomatem do pobierania dotacji, a dla czołówki Zachodu – jak Niemcy, Francja czy opuszczająca właśnie Unię Wielka Brytania – tylko ciężarem, a w najlepszym razie rynkiem zbytu.

Sojusz Północnoatlantycki miał kiedyś cel oczywisty: był tarczą i mieczem Zachodu wobec możliwej w każdej chwili sowieckiej agresji. Teraz sam nie wie, czym chce być: obrońcą demokracji w świecie czy zbrojnym ramieniem przeciw watażkom i dyktatorom? Dotkliwie sparzył się na tym nie tylko w Afganistanie. Może powinien być tylko obwarowanym obozem bogaczy przerażonych zalewem głodnych rzesz z Południa? A może tylko amerykańską grupą sojuszniczą, w której pomniejsi partnerzy uczestniczą w zamian za doraźne korzyści?

Ale wtedy obrona Europy zejdzie na dalszy plan, bo Ameryka ma dziś interesy gdzie indziej. Nie inaczej z Unią: jeśli ma być tylko strefą wolnego handlu i współpracy gospodarczej, jak niegdyś jej poprzedniczka EWG, to nadal politycznie będzie zerem. Będzie niezdolna przeciwstawić się Rosji, Chinom czy Ameryce, będzie bezsilna nawet wobec wielkich ponadnarodowych koncernów i banków. Jest jedyną w dziejach i bardzo zaawansowaną próbą stworzenia politycznego organizmu ponadnarodowego, w sytuacji gdy zglobalizowana gospodarka już dawno stała się ponadnarodowa i nie napotyka w tej sferze żadnych granic. Jeśli nie uda się Unii, nie uda się już nikomu.

Nie ma już dziś „wolnego świata”

Ale kogo właściwie należy dziś bronić, w czyim interesie występować? W drugiej połowie minionego wieku słowa „Zachód” czy „wolny świat” były czymś oczywistym, „żelazna kurtyna” oddzielała wolność od zniewolenia. Dziś Zachód utracił nie tylko przewagę technologiczną, bo depcą mu po piętach Chiny, a za nimi nawet Indie, ale także ideał wolności uległ rozmyciu. Nie ma już prostej antynomii: tu dobro, a tam totalitarna dyktatura. Żadna licząca się siła polityczna w jakimkolwiek kraju nie proponuje już ideologicznej utopii jako recepty na zbawienie świata. Za to demokracji mamy różnobarwną obfitość, choć coraz częściej to kamuflaże. Dawniej wiadomo było, że demokracja ma być liberalna, dziś ten ideał zbrzydł, bo okazał się trudny i wymagający, więc ludzie garną się do łatwiejszych podróbek. Byle watażka reklamuje się jako demokrata i otula owczą skórą, głosząc, że uszczęśliwi wszystkich, byle tylko oddali nań głos w najbliższych wyborach. Oczywiście nie mówi, że następne sfałszuje. Więc wolność – choć nadal mamy ją za wzniosłą i piękną – straciła siłę przyciągającą.

Zresztą dzisiejszy „wolny świat” – jeśli jeszcze sięga po te zużyte miano – nie przypomina tego sprzed półwiecza. Na czele londyńskiej metropolii stoi dziś Pakistańczyk, islamscy ministrowie nie są już szokiem, ale oczywistością w Wielkiej Brytanii, Francji, a nawet w Szwecji. Ameryka poszła w tę stronę jeszcze szybciej, anglosascy WASP-owie to dziś mniejszość; przewagę osiągnęli łącznie traktowani Latynosi i Afroamerykanie. Europa nie jest dziś na czele tamtejszych zainteresowań nie tylko ze względu na interesy gospodarcze i militarne, także z powodu korzeni i sentymentów ludności. Nie inaczej w Europie: brak sowieckiej presji – wymuszającej jedność i rozmycie integrujących całość dalekosiężnych celów Unii – sprawił, że na wierzch wychodzą interesy poszczególnych państw. Rozgrywane w Brukseli w jak najbardziej XIX-wiecznym stylu, choć pod kamuflażem europejskich frazesów.

Nie ma już „wolnego świata”, nie ma już „Zachodu” w starym rozumieniu. „Biała Europa braterskich narodów” istnieje tylko na transparentach niesionych w marszach lokalnych nacjonalistów. Oni także nie przyjmują do wiadomości przemijania znanego im świata.

Upadek amerykańskiego przodownictwa

Jak powiadają historycy gospodarki, „epoka stali i stalówek skończyła się wraz ze śmiercią Stalina”. Dziś to oczywistość: konsekwencją kresu tamtej epoki dymiących kominów i ciężkiego przemysłu był kres Sowietów odwleczony o kilkadziesiąt lat. Nadeszła trwająca do dziś epoka elektroniki i mikrotechnologii zaklętej w kryształkach krzemu albo galu. Jej symbolem była amerykańska „dolina krzemowa” w Kalifornii, gdzie miały siedzibę najcenniejsze firmy komputerowe i technologiczne. Tak jak dwa odmienne światy rozdzielała niegdyś „żelazna kurtyna”, tak dziś w jej miejsce powstała „kurtyna krzemowa”, choć podziały okazują się inne i nie tak drastyczne. Ale to już przeszłość: w raczkującym obecnie systemie superszybkiego Internetu zwanego „5G”, dające się zastosować urządzenia oferują przede wszystkim Chińczycy, potem Koreańczycy (oczywiście z Południa) i na okrasę drepce za nimi parę firm europejskich; nie ma tam jednak nikogo z „doliny krzemowej”. Oto zwiastujący globalną zmianę obraz jednej tylko dziedziny.

W tatach dziewięćdziesiątych, kiedy pracowałem w USA, mogłem odwiedzać wiele amerykańskich instytucji naukowych. Czy to w największym wtedy na świecie akceleratorze cząstek elementarnych Fermilab, zbudowanym na prerii na zachód od Chicago, czy w laboratoriach Seattle albo „doliny krzemowej” dominowały twarze żółte i skośnookie, czasem oliwkowe, hinduskie i arabskie, zdarzali się nawet Polacy, ale najmniej było Jankesów. Tak niepostrzeżenie wykluwał się niedaleki już upadek amerykańskiego przodownictwa. Dzisiaj Chiny rzucają Ameryce wyzwanie nie tylko w elektronice, czego symbolem jest budząca tyle kontrowersji firma Huawei, ale w kosmosie i motoryzacji. Pierwsze osiągnęły ciemną stronę Księżyca i wybierają się na Marsa, mają swoje samochody elektryczne nie gorsze od Tesli, a w uboższych państwach Afryki i Azji już dawno wyparły Europę i Amerykę z roli inwestora, dawcy pożyczek, a tym samym beneficjenta wpływów. Nie było w historii świata przykładu równie szybkiego i skutecznego awansu.

Europa po pekińsku?

Ale Chiny to nie wyłącznie technologia, także styl życia i sposób organizacji społeczeństwa. Pozornie tylko Chińczycy – bogacąc się, zapełniając miasta imponującymi wieżowcami, a przestrzenie pomiędzy nimi nitkami autostrad i szybkiej kolei – coraz bardziej upodabniają się do ludzi Zachodu. Przecież ubierają się według zachodniej, a nie mandaryńskiej mody, korzystają z tych samych udogodnień technicznych, podróżują do tych samych kurortów i podziwiają te same zabytki, a nawet oglądają amerykańskie filmy. Lecz Internet w ich smartfonach jest cenzurowany, a każdy obywatel „państwa środka” podlega stałej ocenie, nad czym pracuje system komputerów, kamer monitorujących i jakie tylko można sobie wyobrazić nowinek technicznych. Każdy jego ruch, każde użycie karty kredytowej, każda wypowiedź na chińskich odpowiednikach Facebooka i Twittera są odnotowywane; za poprawne zachowanie i polityczną lojalność otrzymuje punkty dodatnie, za warcholstwo – ujemne. Potem albo może łatwiej otrzymać kredyt i lepsze mieszkanie, albo uniemożliwią mu zagraniczną wycieczkę bądź nawet przejazd pociągiem. Przysłowiowy „wielki brat” ma zawsze oczy i uszy nie tylko otwarte, ale wspomożone osiągnięciami chińskiej technologii. W takim państwie żyje się całkiem wygodnie, o ile nie bajdurzy się o wolności i o innych zakazanych owocach, klaszcze, kiedy należy, milczy przy innych, stosownych okazjach. Takie państwo nie używa na prawo i lewo brutalnej przemocy dla samego postrachu, jak to czyniły dyktatury w starym stylu. Przemoc jest tu selektywna, skryta, dobrze przygotowana technicznie, a więc słabo dostrzegalna.

Człowiek w takim społeczeństwie może być nawet szczęśliwszy niż w niegdysiejszym „wolnym świecie”, bo nie musi o niczym trudnym decydować, niczego wybierać, popadać w moralne dylematy i rozterki. Każdy wie, co mu wolno, czego ma unikać i jak będzie nagrodzony. Co sobie myśli we własnej łepetynie, o czym pogaduje z kumplami, jak spędza wolny czas i nawet co czyta, na to „wielki brat” nie traci czasu, jego zajmują tyko sprawy ważne dla stabilności ludzkiego mrowiska. Człowiek w takim społeczeństwie ma swój kawałeczek swobody i zagwarantowany jaki taki dobrobyt. Dla wielu Europejczyków zmęczonych rozhukaną wolnością i nieznającym granic liberalizmem może się to okazać atrakcyjne. Także dla Polaków, których tak wielu głosowało i głosuje nadal na daleki od liberalizmu PiS.

Chiny mają więc zapewnioną przyszłość, nie tylko technologiczną i nie tylko w Chinach. Dotąd przez kilka stuleci Europa i potem Stany Zjednoczone jako jej nieodrodna córka, były centrum świata. Teraz staje się nim Azja, a Europa powoli przyzwyczaja się do statusu peryferii. Czy pogodzi się także z chińskim stylem życia?

Ostatnie gwiazdy lepszej przyszłości

Kiedy Polska świętowała 100-lecie niepodległości, przywódcy europejscy zgromadzili się nie na Placu Zamkowym w Warszawie, lecz pod Łukiem Triumfalnym w Paryżu. W Warszawie rządząca partia jak zwykle straszyła uchodźcami, antypolską „ulicą i zagranicą”, wszeteczną laicyzacją, na którą jedynie słuszną receptę ma mieć polski Kościół. W Paryżu Emmanuel Macron usiłował porwać ich wizją zintegrowanej, silnej Europy. Pod Łukiem Triumfalnym odwoływano się do nadziei, na Placu Zamkowym – do strachu. No i co z tego zostało na dłużej? Strach oczywiście! Porywające wizje Macrona zdruzgotała z jednej strony chłodna obojętność Angeli Merkel, która woli stosunki dwustronne, z drugiej bunt „żółtych kamizelek”. Tylko strach okazał się trwałą opoką. Chociaż w naszej świadomości fundamenty dla nadziei jeszcze istnieją i wciąż się bronią. Jeszcze 56 proc. Europejczyków (wedle fundacji Bertelsmanna) uważa globalizację za szansę. Wciąż 65 proc. wierzy, że niekorzystne zmiany klimatyczne można powstrzymać, jeśli tylko rządy porozumieją się w tej sprawie i zaczną skutecznie współpracować. Jeszcze świecą nam ostatnie gwiazdy lepszej przyszłości.

Już 350 lat temu Baruch Spinoza powiadał, że ludźmi można rządzić, dawkując im umiejętnie strach i nadzieję. Współcześni politycy wiedzą o tym doskonale, ale nie wszyscy pojmują, że coraz mniej miejsca jest dla nadziei, a na opuszczone tereny niepowstrzymanie wpełza strach. Mieć nadzieję to znaczy być gotowym na to, co się jeszcze nie narodziło, ale przy tym nie ulegać rozpaczy, gdy nie możemy doczekać się tych narodzin – napisał Erich Fromm. Albo inaczej: Trzeba zawsze zaprząc swój pług do jakiejś gwiazdy. Ale w połowie XIX wieku, gdy Ralph Waldo Emerson, pierwszy wielki filozof, jakiego wydała Ameryka, pisał te słowa, gwiazdy świeciły jeszcze mocno. Od tamtej pory wiele z nich przygasło, ale gwiazda postępu najbardziej.

Ambrozja populistów

Warunkiem wiary w postęp jest przekonanie, że jutro będzie choć trochę lepsze od dnia dzisiejszego. W świecie skłóconych państw, rosnących nierówności, niezrozumiałej polityki, coraz niższych emerytur to, co dopiero ma się narodzić, jawi się jako zagrożenie. Ale nie wypływa stąd tradycyjny konserwatyzm, czyli rozumna troska o zachowanie dorobku przeszłości, lecz podszyta strachem nostalgia. Niech wrócą stare, dobre czasy! Niech politycy zaczną wreszcie słuchać nas, ciężko pracujących obywateli! Dotąd rządziły elity i patrzcie, co z tego wynikło; teraz k… my!

Strach jest ambrozją populistów, nigdy nie mieli tak łatwo jak dzisiaj. Leszek Kołakowski napisał już dawno: Kłopot z demokracją jest taki, że nie wydziela żadnych ideologicznych czadów zniewalających umysły młode i naiwne. Był optymistą, jeszcze wierzył w dorastanie umysłów. Demokracja wymaga dojrzałości i nadziei; populizm tylko złości i nostalgii. Dlatego rozrasta się jak rakowy guz.

Może miałoby tu coś do zaproponowania chrześcijaństwo, ta ostoja i kolebka europejskich i amerykańskich wartości? Niektórzy widzą ratunek w powtórnej ewangelizacji Europy, z rolą Polski jako nowego Mesjasza. Tymczasem język wiary – obojętnie jakiego wyznania – jest wciąż językiem przedkopernikańskim. „Bóg z wysokości spogląda na ziemię” – śpiewany w popularnym psalmie. Kościół już dawno stracił okazję do opowiedzenia językiem nowoczesnym najbardziej poruszającej, przejmującej i pełnej miłości historii, jaką kiedykolwiek usłyszał człowiek: ewangelii Chrystusa. Wciąż opowiadamy ją tak, jak trafiała do umysłów palestyńskich pasterzy i greckich handlarzy oliwą przed dwoma tysiącami lat. Trzeba byłoby tu pójść o wiele dalej niż sformułowanie Jana Pawła II: „człowiek jest drogą Kościoła”, albo dzisiejsze wezwanie jego następcy Franciszka, aby Kościół stał się „szpitalem polowym dla poranionych dusz”. Jedyne nawrócenie, któremu uległa Europa, to z heroizmu na konsumeryzm.

III wojna światowa właśnie się rozpoczęła

Jest taka niepocieszająca teoria, że zło i agresja tkwiące w człowieku musi się okresowo wyładować, byśmy potem czas jakiś mogli żyć w pokoju i znowu odbudowywać zgliszcza. Jeśli jest w tym choć ziarno prawdy, to wyjaśnia przyczynę wzbierającej jak świat długi i szeroki złości, pogardy i żądzy niszczenia. Po kolejnym całopalnym paroksyzmie będzie znowu lepiej. Rozum budzi się na pogorzelisku. Przyjaźń odrasta jak ziele na kraterze po erupcji złowrogiego wulkanu.

Ale może III wojna światowa już się rozpoczęła, tylko my – jak zawsze otumanieni przez wielomówne media – jeszcze tego nie pojmujemy. Stratedzy i generałowie wykazują na dziesiątkach historycznych przykładów, że żadna nowa wojna nie jest rozgrywana przy pomocy środków wojny poprzedniej, że jej planowanie i przebieg będą zupełnie inne, zwłaszcza w dzisiejszym świecie szybko rozwijającej się techniki. Ale zwykle życie ich zaskakuje, tak jak tych, którzy u początków II wojny światowej wysyłali na front kawalerię, i jak zaskoczy tych, którzy dziś przechwalają się liczbą czołgów i rakiet. Ponieważ rozpętanie wojny na pełną skalę doprowadzi do nuklearnej zagłady, a więc jest przeciwskuteczne, trzeba próbować innych, bardziej skrytych, metod walki. Przede wszystkim cybernetycznych: przez Internet można dziś szpiegować skuteczniej niż przez nasłanych agentów, uszkadzać elektrownie i fabryki, paraliżować służby państwowe, siać dezinformację, a nawet panikę.

Bezpieczne i tanie jest nasycenie mediów społecznościowych w Afryce pogłoskami o tym, jak dobrze jest uchodźcom w Europie. Dobrze jest wciągnąć potencjalnego przeciwnika w wyniszczający konflikt w jakimś odległym i niezrozumiałym kraju. Przecież smartfon z dostępem do Internetu ma dziś każdy łatwowierny biedak marzący o lepszym życiu i zaczynający pojmować własną godność. Nie jest też tak odległą możliwość wywoływania klęsk żywiołowych w odległych nawet stronach, tak aby przyczyny wyglądały na naturalne. Najcenniejsze w takiej wojnie są dywizje nie czołgów, ale szeregowych internetowych trolli siejących zamęt i pomieszanie pojęć, sprawnych w posługiwaniu się kłamstwem. Genialni hakerzy włamujący się do banków i ministerstw to nieliczna elita, tu potrzebna jest armia; nie wystarczą – w kółko powtarzające tę samą głupotę – zautomatyzowane „boty”. Chodzi o to, żeby złamać wolę oporu i trwania przy bliskich nam wartościach, otumanić przysłowiowego „pana Biedermanna” z proroczej sztuki Maxa Frischa, który dla zachowania świętego spokoju ufa, że jego to nie dotyczy, że podpalacze ominą jego własne gniazdko.

Dobry humor pana Biedermanna

Tak w dzisiejszym świecie trwa wielka wojna toczona przy pomocy skromnych środków. Nie wiadomo, kiedy się rozpoczęła i jak się zakończy. Może trwa już od czasów Korei i Wietnamu z krótką przerwą na złudzenia pięknych lat dziewięćdziesiątych… Może ruszyła dopiero w bieżącym stuleciu wraz z rozwojem Internetu, który dostarczył jej środków. Nie jest potrzebny w tej wojnie zabór terytorium, wystarczy jego obezwładnienie. Nawet osamotnionego i pozbawionego sojuszy państwa nie trzeba okupować, wystarczy wysłać tam „zielonych ludzików” lub zmanipulować terrorystów. Dowodzą tego przykłady Gruzji, Ukrainy czy Syrii albo Libii. Bombardowania z powietrza nie pomogą, tak jak nie pomogły w Wietnamie. Jest to wojna asymetryczna, w której zwycięzcą nie musi być państwo silniejsze i lepiej uzbrojone.

Tego wszystkiego nie chcemy dostrzegać. Nie chcemy o tym wiedzieć. Karmieni internetowym i politycznym strachem, czepiamy się resztek słabnącej nadziei. Pan Biedermann już wie, że świata nie zmieni, ale nie przyjmuje do wiadomości jego obecnej postaci, bo chce dożyć swoich lat w jako tako dobrym humorze i konsumpcyjnej wygodzie, dlatego zaciska na własnej szyi pętlę gazociągu Nord Stream 2. Ale świat dryfuje w swoim kierunku niezależnie od nadziei jego mieszkańców, tak jak dryfował w starożytności, w średniowieczu i będzie dryfował zawsze. Przemija postać świata, tylko my tego nie przyjmujemy do wiadomości.

Kto zrozumie ducha zrozpaczonych mas?

Czy któryś z dzisiejszych przywódców, albo któryś z kandydatów na nich, wie, jak nas wyprowadzić na spokojniejsze wody? Wątpię. Nostalgiczne obietnice powrotu do czasów, kiedy „Polska była wielka” albo chwackie pokrzykiwanie, że „uczynię Amerykę znowu potężną”, to tylko znieczulające plasterki nakładane na ranę, która może okazać się śmiertelną. Prawdziwe oblicze właśnie rozpoczętego wieku XXI – pełne strachu, złości, buntu przeciw elitom, władzy i wszystkiemu dookoła – nie jest „przelotnym epizodem”, jak niedawno powiedział pewien nasz sympatyczny, ale do szpiku kości XX-wieczny polityk. Rozchwianie struktur, do jakich przywykliśmy, utrudnia poród nowych. Tylko ten przywódca utrzyma się jak surfer na szczycie wzbierającej fali, który zrozumie ducha zrozpaczonych mas. Zanim – tak jak niejednemu surferowi – fala pogruchocze mu kości.

Depresja plemnika

Europoseł Jacek Saryusz-Wolski (dawniej PO, obecnie pupilek prezesa) przyznał niedawno, że to bracia Kaczyńscy wprowadzili Polskę do Unii Europejskiej. Teraz twierdzi, że jego słowa zostały zmanipulowane przez „Rzeczpospolitą”.

(…) również bracia Kaczyńscy, jako architekci naszej drogi do niepodległości, wprowadzali Polskę do UE, będąc aktywnymi uczestnikami tego długiego procesu, od NSZZ Solidarność poczynając. Już w 1991 roku ówczesne PC (Porozumienie Centrum) poprzednie wcielenie dzisiejszego PiS, jako pierwsza partia deklarowało wejście Polski do struktur NATO i EWG, jako priorytet w swoich postulatach politycznych, w przeciwieństwie do wielu polityków dzisiejszej Koalicji Europejskiej, optujących wówczas za zakonserwowaniem starego porządku geopolitycznego w postaci NATO-bis i EWG-bis” – mówił w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Saryusz-Wolski.

Teraz europoseł twierdzi, że jego słowa zostały zmanipulowane. W rzeczywistości – jak twierdzi Saryusz-Wolski – treść niektórych pytań została zmieniona.

Było 12 pisemnych pytań i odpowiedzi. Zamiast: 1/3 wywiadu, dot.4 oryg pytań > teraz 7 pytań 1,2,4,5 zmienione, 6,7…

View original post 1 565 słów więcej

 

Kaczyński, mistrz łgarstwa. Złoty medal na olimpiadzie zakłamania (konwencja PiS w Poznaniu)

Sobotnia konwencja Prawa i Sprawiedliwości w Poznaniu to jedna z nielicznych, podczas których nawiązano do problemu funkcjonowania Polski w strukturach europejskich. Jarosław Kaczyński wypowiedział się już na temat waluty Euro, a teraz na „tapetę wziął sprawy rynkowe i znowu – jak trafnie określił to poseł KE Cezary Tomczyk – „przestrzelił”. Mówiąc dosadnie kłamał, przekonując swoich słuchaczy, że – w unijnej debacie o jakości produktów w sklepach – europosłowie Platformy głosowali „przeciw polskim interesom”.

O lepsze przepisy w tej kwestii starała się tymczasem posłanka róża Thun. W środę, po głosowaniu – jak opisuje TVN24 BiS- ubolewała, że przegłosowana dyrektywa „nie wzmacnia praw konsumentów w zasadniczym punkcie”, czyli w kwestii podwójnej jakości produktów.

Dowodziła, że w Radzie UE „rząd PiS nie sprzeciwił się złym propozycjom, które nadal dopuszczają podwójną jakość produktów i za każdym razem każą klientowi udowadniać, że został wprowadzony w błąd”.

Na dodatek Róża Thun zarzucała, PiSowi, że nie walczy o prawa polskich konsumentów.

Wbrew tym oczywistym faktom Kaczyński grzmiał podczas poznańskiej konwencji: „Każdy z nas pewnie widział sklepy z niemieckimi proszkami do prania. Takie same proszki są sprzedawane w Polsce i to po takich samych cenach. Tyle, że są gorsze” – mówił Kaczyński.

Oznajmił, że gdy w Parlamencie Europejskim podjęto kroki, by temu przeciwdziałać, niektórzy europarlamentarzyści PO „głosowali przeciw tym oczywistym polskim interesom”.  W podobnym duchu wypowiadał się podczas poznańskiej konwencji szef PiSowskiego rządu Mateusz Morawiecki, mówiąc dla odmiany o maślanych ciasteczkach.

I nie wiadomo, czy prezes i premier po prostu kłamali czy też są jednakowo niezorientowani.

„Prezes przestrzelił. To, że europosłowie PiS kłamią Prezesa nie znaczy, że Prezes może kłamać Polaków” – napisał na Twitterze poseł KE Cezary Tomczyk.

Okazuje się bowiem, że niektórzy europosłowie PO rzeczywiście głosowali przeciwko dyrektywie, jednak krytykowali ją za… zbytnie osłabienie przepisów, które – ich zdaniem – wcale nie gwarantuje ochrony przeciwko praktyce podwójnej jakości produktów.

Na dodatek Tomczyk zamieścił na Twitterze grafikę, którą PO pokazywało już kilka dni temu, po głosowaniu, o którym mówił Kaczyński. Partia przekonuje w niej, że walczyła o „bezwzględny zakaz” umieszczania gorszych produktów w identycznych opakowaniach, jednak w przepisach popartych przez europosłów PiS nie ma takich gwarancji. Zgodnie z nowym prawem to konsument będzie musiał udowodnić, że został oszukany. Ponadto różnica musi być „istotna”. O tym już Kaczyński i  jego funkcjonariusze nie powiedzieli…

Depresja plemnika

Czy Polacy są zadowoleni z trzech i pół roku rządów Prawa i Sprawiedliwości? O to swoich respondentów zapytali ankieterzy SW Research przygotowując sondaż dla serwisu rp.pl.

Okazuje się, że Polacy nie są już zadowoleni z rządów PiS. Trochę kłóci się to z sondażami wyborczymi…

Ponad połowa na „nie”

Większość ankietowanych – bo aż 56 proc. – negatywnie ocenia dziś trzy i pół roku rządów PiS, z czego aż 36 proc. bardzo negatywnie. Z kolei dobrą notę wystawia partii rządzącej i jej rządom 31 proc. badanych. Jednoznacznej odpowiedzi nie udzieliło 13 proc. przepytywanych. Tyle osób nie miało bowiem zdania w tej kwestii.

Kto nie lubi Jarosława Kaczyńskiego?

Okazuje się, że częściej negatywnie do PiS nastawieni są mężczyźni (57 proc.), osoby do 24 roku życia (62 proc.) oraz osoby o wykształceniu średnim i wyższym (po 57 proc.). Za partią rządzącą nie przepadają też osoby zamożniejsze, tj. badani o dochodzie netto powyżej 5000…

View original post 2 068 słów więcej

 

Banda nieudaczników nie odda władzy

Zacznijmy od tego, skąd cudzysłów przy słowie „elity”. Biorąc pod uwagę obecne realia naszego państwa, muszę z przykrością stwierdzić, że pojęcie to jest całkowicie „puste”; pozbawione treści! Elit w Polsce nie ma! Są oczywiście chlubne wyjątki, ale te nie chcą się zajmować brudną polityką. A jeśli nawet któraś z nich chciałaby do niej wejść, to ci rozpychający się łokciami i rozglądający się panicznie na boki w poszukiwaniu jakiegoś „zagrożenia” (bo każdy mądry człowiek jest dla „elit” zagrożeniem) nigdy nie dopuszczą takiej osoby do głosu i stanowisk.

To tragedia, bo z tego właśnie powodu Polska, w swojej długiej historii, nie miała tego szczęścia, bycia dobrze rządzonym państwem. Mamy oczywiście okresy chwały, mamy mężów stanu, z których jesteśmy dumni, choć bardziej adekwatne byłoby stwierdzenie „mieliśmy”, głównie z powodu opisanego wyżej! To wszystko są rzeczy dobrze znane, stąd nie to ma być głównym przesłaniem tekstu. Chciałbym się zająć inną kwestią; ja definiuję ją jako swego rodzaju wycofanie, tchórzostwo, asekurację etc., w głoszeniu własnych szczerych opinii i opisywaniu rzeczywistości, w jakiej przyszło nam żyć. Brak odwagi jest w tym przypadku naganny!

Straszna to rzeczywistość! Od czterech lat Polską rządzi grupa ludzi niegodnych, ale też zupełnie nieprzygotowanych do sprawowania władzy. Wielu ma także niechlubną przeszłość; stąd w żadnym normalnym kraju nie byliby w stanie zdobyć normalnej, odpowiedzialnej pracy! Tymczasem w Polsce mają się dobrze; ba, niektórzy nawet bardzo dobrze. Pełnią najwyższe godności w państwie, nie mając odpowiedniego (np. na stanowisku kierownika sklepu, warsztatu, czy też zakładu zieleni miejskiej etc.) wykształcenia! Jak więc mogą pełnić obowiązki polegające na rządzeniu państwem?

Zmierzam do krytyki powszechnego zakłamania, które nie przystaje komuś, kto uważa się za człowieka przyzwoitego. Chodzi o to, że wielu z nas, zwłaszcza ludzi, którzy mają taki obowiązek, nie nazywa po imieniu rzeczy, które zasługują na potępienie. Nie wolno milczeć, kiedy państwo jest rujnowane przez ludzi, których działania mogą dać asumpt do tego, aby traktować ich jak potencjalnych wrogów państwa. A takie wrażenie się odnosi każdego dnia, patrząc na to, co robi obecna ekipa rządząca.

I tu meritum moich rozważań. Jeśli ktoś z nas popełni czyn zabroniony; ukradnie coś cennego, napadnie na inną osobę, spowoduje poważny wypadek etc., jest traktowany jak przestępca. Nikt się nie waha taką osobę potępić i napiętnować mianem bandyty (przestępcy) jeszcze zanim zapadnie wyrok. I trudno się też dziwić temu, że tak właśnie ludzie reagują pod wpływem emocji. Pozwolę sobie jednak zadać pytanie będące figurą czysto retoryczną: jeśli wyżej wymienione czyny (niektóre jak wypadek drogowy zwykle nieumyślne) są przestępstwem, to jak nazwać działanie na szkodę państwa polskiego?! Jak? Ano właśnie! I tu nabieramy wody w usta! Tymczasem brak odpowiedzi to brak odwagi, odpowiedzialności, tchórzostwo czy też może wszystko to naraz!

Od lat łamana jest (w czym główną rolą odgrywa trzech prawników – dwóch doktorów oraz jeden magister prawa – nie boję się wymienić ich nazwisk, bo wiemy, o kogo chodzi doskonale, zresztą one jeszcze padną) konstytucja, będąca najwyższym aktem prawa w Polsce. To jej pochodną są pozostałe akty niższego rzędu, na których większość z nas się skupia przy okazji debat. Czym wobec niej jest Kodeks wykroczeń, czy nawet Kodeks karny?! Aktem podrzędnym, wykonawczym!

Wielokrotnie publicznie przedkładałem prośbę (w tym dwóm uznanym prawnikom), o to by wyjaśnili, dlaczego w odniesieniu do ludzi popełniających przestępstwa szkodzące racji stanu RP (a więc dobru najwyższemu każdego państwa), stosuje się eufemizmy (zbyt łagodne określenia, nijak mające się do skali popełnianych czynów przestępczych) zamiast nazywać rzeczy te po imieniu?! Nie ma większego przestępstwa popełnionego wobec państwa od niszczenia demokracji i prawa, wymiaru sprawiedliwości, swoistej prywatyzacji (tutaj „pisyzacji”) organów ścigania, osłabiania znaczenia i pozycji Polski w świecie, niszczenia sił zbrojnych, policji, służb, czy też wreszcie sędziów, adwokatów, dziennikarzy oraz wolności słowa w ogóle?!

To według mnie cała mętna kazuistyka (sofistyka, erystyka), ze szczególnym naciskiem na „mętna”! Gdzie są środowiska, które winny zająć właściwe do sytuacji stanowisko? Czy naprawdę działacze partyjni, przyzwoici sędziowie, prokuratorzy etc. uważają, że należy „nadstawiać drugi policzek”, kiedy bandyta (przestępca) atakuje? Tak ma według was wyglądać poszanowanie prawa?! A jeśli poprzez takie działania tej władzy Polska zostanie zaatakowana, a jej obywatele zaczną być mordowani, to spokojnie będziemy siedzieć w domu, czekając na aresztowanie i liczyli na samoistne zadziałanie konwencji genewskich?! Tu dodam, że to nie jest żaden „odlotowy” przykład, a ja nie jestem też „naiwnym chłopcem”! Takie rzeczy się przecież zdarzają; nawet nie trzeba mnożyć tu przykładów!

Nie jestem zwolennikiem „prawa talionu” (stara zasada „oko za oko, ząb za ząb” – to dla tych, co nie znają tego określenia), ale społeczna sprawiedliwość. Na niej opierać się musi demokracja, która powinna funkcjonować w sposób właściwy, bo jeśli nie, to państwo upada wcześniej czy później. Czasem upadają też cywilizacje, o czym traktują olbrzymie i powszechnie dostępne zasoby stosownej literatury przedmiotu.

Reasumując: jeśli wybrana demokratycznie władza łamie zasady, na które przyjmując władzę, przysięgała, to przestaje mieć społeczną legitymację do rządzenia. Nie można ze strachu, czy chęci zachowania się „fair” chować głowy w piasek jak struś, bo i tak cały korpus wystaje na zewnątrz i byle rykoszet może go trafić. Zasada „moja chata z kraja” absolutnie i chyba nigdy się nie sprawdziła!

Jeżeli prezydent państwa Andrzej Duda, minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, czy też (jako główny czynnik sprawczy) prezes partii rządzącej Jarosław Kaczyński i całe ich otoczenie łamią jawnie konstytucję, a także ręcznie sterują organami państwa (które z definicji powinny być niezależne), zamiatają sprawy ważne „pod dywan”, unikając w ten sposób odpowiedzialności (afera Kaczyńskiego i „srebrnych wież”), a przy tym próbują łamać i zastraszać ludzi niewinnych, to znaczy, że wyczerpała się formuła ich działań na stanowiskach, które pełnią! Nie wzywam do przemocy, nie wzywam do niczego, co jest sprzeczne z polskim i europejskim prawem. Tym, czego chcę, jest jasne postawienie, tego o czym tu napisałem, we właściwym świetle. Na dodatek domagam się (i myślę, że nie jestem w tym oczekiwaniu odosobniony) też tego, aby w odpowiednim czasie nowo wybrana władza (nie wyobrażam sobie tego, aby społeczeństwo dało się oszukać po raz kolejny) powołała Specjalny Trybunał ds. Przestępstw Popełnionych na Państwie i Narodzie w latach 2015 – 2019!

Który skrzywdziłeś człowieka prostego
Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,
Gromadę błaznów koło siebie mając
Na pomieszanie dobrego i złego,

Choćby przed tobą wszyscy się skłonili
Cnotę i mądrość tobie przypisując,
Złote medale na twoją cześć kując,
Radzi że jeszcze jeden dzień przeżyli,

Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta
Możesz go zabić – narodzi się nowy.
Spisane będą czyny i rozmowy.

Lepszy dla ciebie byłby świt zimowy
I sznur i gałąź pod ciężarem zgięta

Czesław Miłosz
Waszyngton D.C. 1950

PiS szykuje nam najgorsze.

Depresja plemnika

Korzystając z zamieszania wokół strajku nauczycieli, Prawo i Sprawiedliwość postanowiło przeprowadzić decydujący szturm na Sąd Najwyższy tak, by jeszcze przed wyborami parlamentarnymi zapewnić sobie przejęcie tej instytucji i obsadzenie prezesów izb kandydatami, których do Sądu Najwyższego nominowała upolityczniona Krajowa Rada Sądownictwa. Wie bowiem, że dotychczasowe działania w tym zakresie nie przyniosły upragnionego władztwa nad tą najwyższą instancją wymiaru sprawiedliwości.

Jak pisze Tomasz Skory z RMF FM, przypominając że to już ósma nowelizacja ustawy o SN, rządzący planują wprowadzić w tej instytucji zmiany otwarcie sprzeczne z literalnym brzmieniem zapisów Konstytucji, przyznając prezydentowi Andrzejowi Dudzie prawo wyboru I prezesa SN oraz prezesów izb także spośród kandydatów, których Zgromadzenie Ogólne sędziów SN nie wskazało. Według obecnych przepisów kandydatów na te stanowiska wskazują zgromadzenia sędziów, przy wymaganej obecności 2/3, a jeśli to się nie uda – 3/5 liczby uprawnionych sędziów.

Nowe przypisy wprowadzają dwa kolejne stopnie. Jeśli do wskazania kandydatów na I Prezesa bądź prezesów…

View original post 676 słów więcej

Kaczyński jak Falenta, ta sama zgniła moralność

W marcu Sąd Okręgowy w Warszawie wydał postanowienie o wydaniu za biznesmenem listu gończego, po tym, jak Marek Falenta nie stawił się do więzienia. Jest skazany na 2,5 roku więzienia.

Jak poinformował Polską Agencję Prasową rzecznik KSP, Sylwester Marczak – Sąd Okręgowy w Warszawie wydał Europejski Nakaz Aresztowania Marka Falenty.

Falenta to ten sam rodzaj wielkości człowieka, co Kaczyński. Dla korzyści własnych sprzeda wszystkich, opluje wszystko (mordy zdradzieckie, kanalie, gorszy sort). Zgnilizna.

vald2

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Czarne chmury nad władzą PiS już jej nie opuszczą, a to znaczy, iż utrzymując się u władzy, te czarne chmury będą dotyczyć Polski, czyli nas wszystkich. Nieformalne procedury Polexitu zostały uruchomione, wszystko zmierza w tym jednym kierunku. Pozostaje tajemnicą, jaką strategię przyjmie PiS, aby obrzydzić rodakom Unię Europejską.

Tuż przed wyborami do Parlamentu Europejskiego Trybunał Sprawiedliwości UE wyda wyrok w sprawie Krajowej Rady Sądownictwa. Pytanie prejudycjalne polskiego Sądu Najwyższego dotyczy tego, czy nowa KRS jest w stanie stać na straży niezależności sądów i niezawisłości sędziów.

W zasadzie to retoryka prawa rzymskiego, bowiem jak niezależna od polityków może być instytucja, gdy do jej składu powołane są osoby przez polityków. Sędziowie KRS w tym wypadku są zależni od posłów PiS, którzy ich powołują.

TSUE zatem wyda orzeczenie tuż przed eurowyborami, a więc nie będzie miał on wpływu na to, kogo Polacy wybiorą do Brukseli, bo za mało zostanie czasu…

View original post 803 słowa więcej

Post Navigation