Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Politico”

Barbara Nowacka ma klucz do zwycięstwa z PiS

Za aferę KNF odpowiada Jarosław Kaczyński, bo on posłał w bój swego najbliższego kolesia, który stworzył spółkę Srebrna – Adama Glapińskiego.

>>>

Na dorocznej liście 28 osób, które według redakcji POLITICO będą „kształtować, trząść i elektryzować” Europę w 2019 roku Polskę reprezentuje Barbara Nowacka, liderka Inicjatywy Polskiej i pełnomocniczka ruchu Ratujmy Kobiety. Człowiekiem, który ma wywrzeć największy wpływ na europejskie sprawy w przyszłym roku został uznany przewodniczący skrajnie prawicowej włoskiej Ligi, Matteo Salvini.

  • O zeszłorocznym zwycięzcy, liderze niemieckiej partii liberalnej Christianie Lindnerze, który miał namieszać w polityce, bo zerwał koalicję z CDU Angeli Merkel, Europa już nie pamięta
  • W zeszłym roku Polskę w plebiscycie reprezentował minister Zbigniew Ziobro, a przedtem Jarosław Kaczyński. Na liście dla roku 2016 znalazł się arcybiskup Stanisław Gądecki
  • Tegoroczna lista odróżnia się od poprzednich, ponieważ podzielono w niej uczestników na sprawców, marzycieli i zakłócaczy
  • Barbara Nowicka znalazła się na siódmym miejscu wśród sprawców

Jeśli w ciągu ostatnich lat czegoś nauczyliśmy się w POLITICO, to tego, że w polityce europejskiej ważny jest rok wyborów – w tym czy innym kraju. Jedni przywódcy się pojawiają. Inni upadają. Władza przechodzi w inne ręce. Lub też nie.

W tym kontekście przyszły rok zapowiada się szczególnie ekscytująco. W wyborach do Parlamentu Europejskiego wezmą udział obywatele 27 krajów członkowskich – po raz pierwszy zabraknie Brytyjczyków – a to dotychczas nudnawe wydarzenie zmieniło się w wyścig o potencjalnie poważnych konsekwencjach.

Nikt lepiej nie ilustruje stawki, o jaką toczy się ta gra niż osoba, która przewodzi naszej dorocznej liście osób, które ukształtują Europę w nadchodzącym roku: Matteo Salvini. Wyrastając na dominującą figurę we Włoszech, ten przywódca skrajnej prawicy ma zamiar przenieść swoją wizję ognistego populizmu na kontynentalne pole bitwy, z zamiarem obalenia europejskiego porządku.

Poznaj całą listę 28 osób, które wstrząsną Europą w 2019 roku – tekst oryginalny POLITICO

Nawet jeśli sondaże przewidują, że najwięcej głosów otrzymają tradycyjne europejskie partie konserwatywne i socjalistyczne, to Salvini i francuski prezydent Emmanuel Macron przekształcają te wybory w bitwę o przetrwanie Unii Europejskiej w jej obecnej formie. Mając na widoku Brukselę, Salvini dąży do zjednoczenia nacjonalistów na kontynencie w eurosceptyczny blok zdolny do zmiany kształtu Unii.

– Chciałbym być obecny we wszystkich krajach. Będziemy jedną z najsilniejszych grup – zapowiedział w rozmowie z POLITICO.

W tej czwartej odsłonie projektu POLITICO 28 ułożyliśmy listę nieco inaczej niż dotychczas. Podstawowa idea pozostaje niezmieniona: 28 osób z 28 krajów, które warto obserwować w nadchodzącym roku – politycy, liderzy biznesu, działacze i artyści wybrani nie z powodu zasięgu władzy, ale sposobu, w jaki kształtują swoje kraje lub Unię. Jednak tym razem, poza człowiekiem, która znalazł się samodzielnie na szczycie listy, podzieliliśmy pozostałych na trzy kategorie: sprawców, marzycieli i zakłócaczy.

Na szczycie listy sprawców jest Ine Marie Eriksen Søreide, norweska minister spraw zagranicznych, która stoi na pierwszej linii frontu „nie-całkiem-konfliktu” Zachodu z Rosją. Naszym marzycielem nr 1 jest Garance Pineau – jako szefowa ds. spraw europejskich w partii Macrona La République En Marche, będzie mobilizować liberałów na kontynencie przeciwko ofensywie Salviniego. Natomiast nasza największa zakłócaczka (z angielska „disruptor”), liderka Sinn Féin, Mary Lou McDonald, będzie działać, by zamieszanie związane z brexitem pomogło zrealizować marzenie jej partii o zjednoczonej Irlandii.

Zbigniew Ziobro na liście 28 osób, które według POLITICO wstrząsną Europą w 2018

„Zrobiła coś niezwykłego”

Polskę na liście reprezentuje Barbara Nowacka. Jest siódma na liście sprawców i nazwaną ją „budowniczą mostów”.

Weszła na listę, bo zrobiła w tym roku coś niezwykłego jak na polskiego lewicowego polityka: przedłożyła mianowicie praktyczną politykę ponad ideologiczną czystość.

Przed październikowymi wyborami samorządowymi połączyła swoje małe lewicowe ugrupowanie z dwiema partiami z przeciwnej strony tradycyjnego spektrum politycznego: ekonomicznie liberalnej partii Nowoczesnej i znacznie większej, centroprawicowej Platformy Obywatelskiej.

Rozmowy nie były łatwe dla żadnej ze stron. Partia Nowackiej jest może mała, ale ona sama jest jedną z bardziej znanych osobistości w polskiej polityce.

Jej matka Izabela Jaruga-Nowacka była działaczką feministyczną, która pełniła funkcję wicepremiera w latach 2004-2005 w rządzie koalicyjnym kierowanym przez post-komunistyczny Sojusz Lewicy Demokratycznej. Była jedną z grupy polityków opozycyjnych zaproszonych na tragiczny lot, który zakończył się katastrofą, podczas próby lądowania w Smoleńsku w Rosji w 2010 roku, zabijając wszystkie 96 osób na pokładzie, w tym prezydenta Polski Lecha Kaczyńskiego.

43-letnia Nowacka była również jedną z czołowych organizatorek masowych protestów przeciwko planom prawicowego rządu Prawa i Sprawiedliwości, zaostrzenia ustawy aborcyjnej – stanowisko, z którym jej nie po drodze z jej bardziej konserwatywnymi koalicjantami. Rzeczywiście, lider Platformy Obywatelskiej Grzegorz Schetyna szybko zdystansował się w tej sprawie od Nowackiej.

Ostatecznie jednak partyjni przywódcy zdecydowali, że ich różnice bledną w obliczu wspólnego zadania: przeciwstawienia się PiS-owi i temu, co określają jako jego coraz bardziej autorytarnym stanowisku.

– Oczywiście są między nami wielkie spory, ale o wolności osobiste będziemy się spierać, kiedy Polska z powrotem znajdzie się w rękach demokratycznych rządów, z wolnymi i niezależnymi sądami, z wolnymi wyborami i swobodnym dostępem do mediów – mówi Nowacka.

Jak na razie strategia zadziałała. Koalicja Obywatelska, jak nazywa się ten niezwykły sojusz, zbliżyła się bardzo mocno do PiS w wyborach samorządowych 21 października – zwiększając nadzieje opozycji przed przyszłorocznymi europejskimi i krajowymi wyborami parlamentarnymi oraz głosowaniem prezydenckim w 2020 roku.

– Dziś stoimy przed wyborem: czy będziemy krajem demokratycznym, czy pół-autorytarnym? – mówi Nowacka. – Aby wygrać z PiS w systemie wyborczym, jaki mamy w Polsce, startować muszą większe ugrupowania – zaznacza.

Pełna lista POLITICO 28

Depresja plemnika

16-letni Paweł Wenderlich w sierpniu tego roku wziął udział w akcji „Baby Shoes Remember”.

Przed katedrą w Toruniu – wspólnie z wieloma innymi osobami – zawieszał na ogrodzeniu kościoła maleńkie buciki, żeby upamiętnić ofiary księży pedofilów. Wisiały tam także kartki z napisem „Stop pedofilii w Kościele”.

Nastolatek za ten akt solidarności z dziećmi-ofiarami księży pedofilów odpowie przed sądem. Wniosek w sprawie Pawła Wenderlicha i trzech innych osób skierowała toruńska policja.

„Funkcjonariusze, którzy byli na miejscu zgromadzenia przed katedrą, sporządzili notatkę służbową, z której wynikało, że kilka osób zawiesiło na ogrodzeniu buciki dziecięce i kartki” – potwierdziła w wp.pl podinsp.

Wioletta Dąbrowska z Komendy Miejskiej Policji w Toruniu. Funkcjonariuszka powołuje się na art. 63a Kodeksu wykroczeń: „Kto umieszcza w miejscu publicznym do tego nieprzeznaczonym ogłoszenie, plakat, afisz, apel, ulotkę, napis lub rysunek albo wystawia je na widok publiczny w innym miejscu bez zgody zarządzającego tym miejscem, podlega karze ograniczenia wolności albo…

View original post 3 134 słowa więcej

Kaczyński, wzór nowego komucha. Jak ten lewus mógł zawłaszczyć Polskę?

Europejskie wydanie gazety POLITICO umieściło na swojej pierwszej stronie Jarosława Kaczyńskiego wspólnie z Victorem Orbanem.

Wypowiedź roku:

❗️ uwielbia żyć na koszt podatnika. To dowód też na to, jak oderwany od normalnego życia jest J. Człowiek decyduje o losach 38 mln ludzi, odgradza się od nich kordonem policji, a wydatki ponosi suweren –

W karierze Żebrowskiemu pomaga Andrzej Jaworski, były lider PiS w Gdańsku, a także europosłanka Anna Fotyga (61 l.). Żebrowski jest jej asystentem. Oprócz pracy w jej biurze, był też zatrudniony w Pomorskim Hurtowym Centrum Rolno-Spożywczym, gdzie był pełnomocnikiem ds. rozwoju. Zarobki? Bajońskie! Z europarlamentu na jego konto w 2016 r. wpłynęło 57 tys. zł, z PHCRS – 100 tys. zł, a z sejmiku – 27 tys. zł. Ale to nie wszystko.

– Jaworski pomógł mu ulokować się w Polskim Cukrze, gdzie sam jest członkiem zarządu – mówi informator z PiS. Dla Żebrowskiego trzeba było wymyślić specjalne stanowisko. – Został ekspertem od zaopatrzenia w Malborku, choć całe lata w tym oddziale takie stanowisko nie było nikomu potrzebne – mówią pracownicy Polskiego Cukru i dodają, że doświadczenie Żebrowskiego w tej branży jest zerowe.

Gdy „Fakt” pytał, kto załatwił mu fuchę, Żebrowski odpowiada wymijająco i prosi o wysłanie pytań. Do dziś żadna odpowiedź nie nadeszła. Spółka odmawia podania informacji, ile zarabia, ale zdaniem informatorów może to być nawet 100 tys. zł rocznie.

Po ulicach wielu miejscowości w całej Polsce jeździ od wczoraj Konwój Wstydu. Na mobilnych billboardach pokazane są wizerunki około 50 polityków partii rządzącej. Przy każdym nazwisku widnieje kwota premii, którą pobrała dana osoba, np. „Patryk Jaki wziął 32 tys. zł” czy „Beata Szydło sama sobie przyznała 65 tys. zł”.

Z kolei na Facebooku można przeglądać Polską Listę Wstydu, z podtytułem „Ministrowie w rządzie PiS wzięli 1,4 mln zł”. Co kwadrans pojawiają się tam nazwiska polityków PiS, którzy otrzymali wysokie premie, ale także ludzi, którzy dzięki tej partii objęli stanowiska w spółkach skarbu państwa.

Znaleźć tam można między innymi byłego prezesa Orlenu: „Wojciech Jasiński zarobił niemal 2 mln zł!” czy „Małgorzata Sadurska zarobiła w PZU 421 tys. zł!”. Na liście nie mogło zabraknąć najsłynniejszego polskiego redemptorysty „Tadeusz Rydzyk wziął dotacji 94 mln zł!”.

Każda z grafik zawiera cytat – a jakże! – z Beaty Szydło: – „Te pieniądze im się po prostu należały”…

Wiadomo.co publikuje tekst o syndromie zbawcy.

LECH, TADEUSZ I CZŁOWIEK ZNIKĄD

Zapomniany, wstydliwy epizod sprzed blisko 28 laty – wybory prezydenckie w pierwszym roku po upadku Peerelu. Wszyscy są przekonani, że wyścig do Belwederu rozstrzygnie się między dwoma tuzami polskiej polityki.

Jednym jest Lech Wałęsa, cieszący się wówczas niekwestionowaną sławą pogromcy komunizmu. Drugim – Tadeusz Mazowiecki, od sierpnia 1989 roku premier pierwszego niekomunistycznego rządu, człowiek bliski Kościołowi, od lat zaangażowany w działalność antykomunistyczną, jeden z najważniejszych doradców „Solidarności”. Ale Polacy odrzucają Mazowieckiego, a rozstrzygającą walkę Wałęsa musi stoczyć ze Stanem Tymińskim.

Kontrkandydat najbardziej znanego Polaka na świecie, laureata Pokojowej Nagrody Nobla, to człowiek znikąd. W jego pokrętnym życiorysie jest pobyt w Peru i informatyczna firma w Kanadzie. Ale jest człowiekiem z mitycznego Zachodu, uosobieniem wielkiego sukcesu w kapitalistycznym świecie. Wówczas, bo dzisiaj ten sukces wygląda już lichutko. Spędziłem wówczas, jako młody reporter tygodnika „Wprost”, kilka dni w towarzystwie Tymińskiego, obserwując jego kampanię wyborczą. Jeździłem z nim samochodem, jadłem posiłki, słuchałem jego opowieści o „prawdziwym kapitalizmie”, recept dla Polski, a wreszcie przeczytałem jego książkę Święte psy. Bełkot. Nieustanny i nużący. Ten człowiek nie miał Polakom nic do zaproponowania. A jednak w drugiej turze wyborów prezydenckich oddało na niego głos ponad 3,6 miliona Polaków, blisko 26 procent biorących udział w głosowaniu!

Dla Polaków, zmęczonych dziesięcioleciem permanentnego kryzysu epoki Wojciecha Jaruzelskiego i mozolnym przestawianiem zwrotnicy dziejów w latach 1989‒1990, Stan Tymiński stał się w 1990 roku ucieleśnieniem Zachodu. Obietnicą, że ten mityczny Zachód można błyskawicznie dogonić, bez konieczności przechodzenia ciernistej drogi od purnonsensowego systemu socjalistyczno-wojskowej dyktatury do mlekiem i miodem płynącego kapitalizmu. Ten nowy wódz miał nas do tego doprowadzić, ostrożnie stąpając na białym koniu po grząskim gruncie wydobywającego się z niebytu państwa. Niemal jedna trzecia świadomych Polaków w to wierzyła i była gotowa powierzyć stery rządów blisko 38-milionowego narodu człowiekowi, o którym niemal nic nie wiedziała!

OD CESARZA NAPOLEONA DO GENERAŁA ANDERSA

Nie był to jednak przypadek odosobniony. Przykładów podobnej desperacji, podobnego zawierzenia polskich losów wbrew zdrowemu rozsądkowi jest w polskiej historii dużo więcej. Za dużo.

Zbyt często wybieraliśmy sobie wodzów na białym rumaku nie według zimnej kalkulacji, ale z porywu serca. Na początku XIX wieku tym marzeniom odpowiadał Napoleon Bonaparte. Był pogromcą cesarzy rosyjskiego i austriackiego oraz króla Prus, a na dodatek wydawał się kontynuatorem rewolucji francuskiej, ta zaś była ucieleśnieniem polskich marzeń o braterstwie i równości. Nie do końca było to zgodne z prawdą i intencjami Napoleona I, ale my nie lubimy oglądać rzeczywistości „mędrca szkiełkiem i okiem”. Napoleon miał nam dać wolność i niezależność z czystej sympatii i z powodu polskiej miłości do Francji, bo zapomnieliśmy – lub nie wiedzieliśmy – że jest on zimnym, wyrachowanym graczem politycznym, który konsekwentnie i z determinacją realizuje interes Cesarstwa. I swój. Poniewczasie okazało się, że „mały kapral” bardziej jest zainteresowany wdziękami Marii Walewskiej (też zresztą krótko) niż Polską. Na dodatek, choć Polacy uważali go za niezwyciężonego, i on w końcu musiał uznać wyższość antyfrancuskiej koalicji. Jeszcze raz okazało się, że niezwyciężonych wodzów na świecie jak na lekarstwo.

Ten brak politycznego rozeznania, to myślenie sercem, a nie rozumem, ten brak zimnej kalkulacji, nadzieje, że tym razem to już na pewno, będzie nam towarzyszyło niemal nieustannie. Tak będzie w sierpniu 1944 roku, gdy władze Polski Podziemnej podejmą decyzję o wybuchu Powstania Warszawskiego; gdy Stanisław Mikołajczyk będzie negocjował ze Stalinem kształt i ustrój przyszłej Polski, wierząc w bezwarunkowe poparcie Zachodu dla budowy demokratycznego kraju u granic totalitarnej satrapii. A gdy te negocjacje zakończą się totalną klęską, gdy Kreml obsadzi Warszawę całkowicie sobie powolnymi komunistycznymi funkcjonariuszami, Polacy będą marzyć i modlić się do generała Władysława Andersa. Będą wierzyć, że Naczelny Wódz Polskich Sił Zbrojnych, opromieniony zwycięstwem pod Monte Cassino, zdoła przekonać Stany Zjednoczone i Europę Zachodnią – liżące rany po największej w dziejach ludzkości wojnie i zażywających największego w swojej historii boomu ekonomicznego – do rozpoczęcia kolejnego, grożącego niewyobrażalnymi zniszczeniami (od 1949 roku Związek Sowiecki dysponuje bronią atomową, od 1952 bombą termojądrową) konfliktu. W imię czego?

Odpowiedź na to pytanie wymagałaby racjonalności, a na to stać było tylko nielicznych. Dziś chodzą po mieście słuchy, jakoby Stalin był umierający na anginę pectoris i na uremię. Także pogłoski o gromadzeniu jakoby wielkiej ilości sprzętu przez Anglosasów na linii demarkacyjnej w okupacji niemieckiej, i to sprzętu pomalowanego na biało [chodziło o maskowanie na ogarniętych zimą terenach ZSRR] – zanotowała w swoim Dzienniku 30 listopada 1945 roku Maria Dąbrowska. – Nie przypisuję tym pogłoskom większego znaczenia niż tysiącom innych, co kursowały w ciągu ostatnich sześciu lat, nigdy się nie sprawdzając. Gdyby Stalin istotnie umarł, a na jego miejsce przyszedł Mołotow, mogłoby to mieć dla Polski dzisiejszej najopłakańsze skutki. Jeśli Stalin jako Gruzin mógł mieć jakieś resztki uznania autonomii narodów, to Mołotow jest tylko nacjonalistą i imperialistą rosyjskim. W tym czasie większość Polaków uważała, że śmierć Generalissimusa położy kres istnieniu sowieckiego imperium, a już na pewno nie chciała wierzyć, że wojna z Moskwą w obronie Polski nikogo nie interesuje. Dąbrowska zresztą też wykazała się w odniesieniu do Stalina niemałą naiwnością, choć wielkoruskie poglądy Mołotowa rozpoznała idealnie.

PAPIEŻ I TRZĘSĄCE SIĘ NOGI JARUZELSKIEGO

Kilka dziesięcioleci później wodza na białym koniu widziano w Karolu Wojtyle. To on miał nam – jak pisano na transparentach podczas pielgrzymek papieża do Polski – dać wolną ojczyznę. Wolną, sprawiedliwą i piękną. Z jakąż satysfakcją patrzyliśmy na spotkanie Jana Pawła II z generałem Wojciechem Jaruzelskim na Wawelu w 1983 roku, gdy na ekranach telewizorów wyraźnie było widać, jak dyktatorowi w ciemnych okularach trzęsą się nogi, i słychać, jak łamie mu się głos. Już wcześniej wiele wskazywało, że ten odziany w białe szaty wódz wreszcie okaże się wodzem skutecznym – kilka miesięcy po pierwszej wizycie w Polsce niedawnego krakowskiego arcybiskupa, wybuchł Sierpień. A wraz z nim legenda Wałęsy. Nowy wódz dobrze pasował do zgrzebnej, robociarskiej Polski, zamiast na białym koniu ruszył gromić komunizm wózkiem akumulatorowym. A co ważniejsze, nie otaczała go już tylko garstka podobnych mu straceńców, bo legitymację „Solidarności” nosiło 10 milionów Polaków.

To w naszych dziejach, wbrew legendzie, którą lubimy się karmić – a w ostatnich dwóch latach karmią nas tą legendą już bez żadnej miary – ewenement. Z reguły wódz na białym koniu miał załatwić wszystko sam, jedynie z nieliczną garstką współpracujących z nim straceńców. Krzyczeli, żeśmy stumanieni / Nie wierząc nam, że chcieć – to móc! / Laliśmy krew osamotnieni – śpiewali legioniści Piłsudskiego. Gorzko, ale prawdziwie. Tę samotność legionistów potwierdzają liczby. W szczytowym momencie Józef Piłsudski zdołał pod swoją komendą zgromadzić niespełna 20 tysięcy osób. Znikoma grupa, właściwie garstka ludzi. Dla porównania – podczas I wojny światowej pod broń powołano ponad 70 milionów żołnierzy. W armii francuskiej służył co piąty obywatel Francji, w austro-węgierskiej 15 procent, w niemieckiej ponad 13 procent, a w rosyjskiej blisko 10 procent populacji. Oczywiście, oni mieli swoje państwa z całym ich aparatem, ale Polacy, wbrew stworzonej po 1918 roku legendzie, wcale się do walki o niepodległość nie garnęli. Dwadzieścia tysięcy Polaków walczących o niepodległość?! Toż to wielkość kompromitująca. To tak marzyliśmy o niepodległości? Ledwie dwadzieścia tysięcy osób było gotowych bić się za tę wyśnioną, Najjaśniejszą Rzeczpospolitą? To tak zachowują się potomkowie zwycięzców spod Grunwaldu, Kircholmu i Wiednia?

Nie bez przyczyny jedna ze zwrotek pieśni My Pierwsza Brygada brzmi: Nie chcemy dziś od was uznania / Ni waszych mów, ni waszych łez / Skończyły się dni kołatania / Do waszych serc, do waszych kies (w wersji pierwotnej kończyła się brutalnie: …jebał was pies). Bo pieniędzmi, niezbędnymi do prowadzenia walki o niepodległość, Polacy też wówczas dzielili się niechętnie. Nigdy zresztą nie robiliśmy tego zbyt chętnie. Gdy w 1933 roku władze ogłosiły zbiórkę pieniędzy na Fundusz Obrony Morskiej, z którego miano sfinansować budowę okrętów wojennych, przez jedenaście miesięcy zebrano 2 mln 644 tys. zł. Drugą Rzeczpospolitą zamieszkiwało wówczas blisko 35 milionów obywateli, co oznacza, że statystyczny obywatel kraju dał na ten szczytny cel 0,07 złotych. Dla porównania – w 2017 roku na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy statystyczny Polak dał 3 zł, blisko 43 razy więcej!

POCZEKAMY, AŻ NAS WYZWOLICIE

Nigdy zresztą zaangażowanie Polaków w odzyskanie niepodległości – wbrew temu co o sobie myślimy – nie było oszałamiające. Legiony Henryka Dąbrowskiego liczyły w 1795 roku ledwie 15 tysięcy żołnierzy, choć Polaków było wówczas ponad 4 miliony. Można to tłumaczyć odległością, Dąbrowski sformował swoją armię we Włoszech. Bardziej adekwatnym przykładem może być natomiast Powstanie Styczniowe, w którym walczyło ledwie 30 tysięcy bojowników, podczas gdy armia rosyjska dysponowała ponadsześciokrotnie większymi siłami. Peerelowskie społeczeństwo komunizmu nie kochało, ale kontestowało go z dużą ostrożnością, skoro w działalność wymierzoną we władzę Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej zaangażowany był niewielki odsetek obywateli. Gierkowski minister spraw wewnętrznych, generał Stanisław Kowalczyk, mówił w 1980 roku, że Służba Bezpieczeństwa jest w stanie nakryć całą opozycję czapkami. Przechwałki komunistycznego aparatczyka wcale nie były tak bardzo dalekie od prawdy, jak się dzisiaj wydaje. W 1981 roku, po wprowadzeniu stanu wojennego, licząca blisko 10 milionów osób „Solidarność” – zgodnie zresztą z rachubami Wojciecha Jaruzelskiego – błyskawicznie się rozpierzchła, a walkę o obalenie komuny kontynuowało ledwie kilka tysięcy osób. Reszta wolała ten czas przespać pod mamusiną kołdrą, ograniczając się do demonstrowania swojej opozycyjności na imieninach u szwagra. Nawet w 1989 roku, gdy Peerel był już tylko przegniłą wydmuszką, ponad 37 procent wyborców nie poszło do urn. Głosowanie nie było aktem wielkiej odwagi, ale ponad jedna trzecia Polaków wolała poczekać, aż jakiś kolejny wódz na białym koniu zdecyduje za nich i za nich urządzi tę Polskę ich marzeń. Niewielu wówczas chciało już, aby ludowa Polska, jak to określiła Maria Dąbrowska, ten fantom, który gdy Rosja gwizdnie, to sam się posłusznie zlikwiduje, nadal trwał, ale niewiele więcej było takich, którzy mieli odwagę, wówczas już nie nazbyt wielką, przyłożyć do tego rękę.

Myślenie Polaków o własnej historii jest myśleniem magicznym. Pięknym, przepełnionym legendami, ale nieprawdziwym. Baśniowym. Nie w tym jednak tkwi największy z naszych grzechów. Ten tkwi w bierności. W przekonaniu, że wszystko za nas załatwią inni. A jeszcze później tych bohaterów, wodzów na białym koniu, gdy już wypełnią swoje zadanie, my poddamy bezkompromisowemu osądowi, oskarżając o agenturalność, dyktatorskie zapędy, niezliczone błędy. To nie jest tylko przypadek Lecha Wałęsy. To również przypadek Józefa Piłsudskiego. Utracona miłość narodu smakuje w Polsce wyjątkowo gorzko.

SEKRETARZ I, ALE WŁADYSŁAW V

Jednak mimo miłości do wodzów na białym koniu, mimo całego romantyzmu targającego polskim sercem, potrafimy czasem wznieść się na wyżyny racjonalności. Kwintesencją takiego zachowania był rok 1956. Przez jedenaście lat po wojnie nadzieja na przyjazd Andersa – a więc na wojnę Zachodu ze Związkiem Sowieckim – wreszcie się wypaliła. Co więcej, wypaliła się także wiara w to, że Polska szybko może się wyzwolić spod sowieckiej dominacji. W 1956 Polacy zrozumieli, że to zwyczajnie nierealne. Marzenia o suwerenności zastąpiło myślenie o Polsce urządzonej na nowo, bez sowieckiego imprimatur na każdej decyzji. Polacy zaakceptowali – bo nie oni przecież podjęli decyzję – myśl o zawierzeniu swoich losów już nie wodzowi na białym koniu, ale raczej na szarym ośle, który podążał do celu dość konsekwentnie, lecz powoli. Oddali w Październiku ’56 swój los Władysławowi Gomułce, jednemu z niedawnych przywódców niedawnej Polskiej Partii Robotniczej, odpowiedzialnemu za instalowanie nad Wisłą sowieckiego socjalizmu. Doskonale to pamiętali, ale zminimalizowali swoje oczekiwania.

Wystarczyło im, że przez jakiś czas „Wiesław” przesiedział w stalinowskim więzieniu, że okupację spędził w Polsce, a nie w Moskwie, że pozytywnie ocenił robotniczy protest w Poznaniu. Nadzieje związane z Gomułką były mocno przesadzone, też okraszone romantyzmem, ale okazały się, jak na ówczesne warunki geopolityczne, racjonalne. Naród nie miał wielkich złudzeń. NKWD i jego filie odwróciły tylko swoją skórzaną kurtkę baranią wełną na wierzch – zanotowała Maria Dąbrowska we wrześniu 1956 roku. Mimo to Gomułce uwierzono, a nawet, na krótko, pokochano go. Na słynnym wiecu na Placu Defilad w Warszawie, 24 października 1956 roku zgromadziło się 300‒400 tysięcy osób, więcej niż kiedykolwiek słuchało na żywo jakiegokolwiek polskiego polityka, marszałka Józefa Piłsudskiego nie wyłączając.

Gdy nowy szef partii szykował się do wyjazdu do Moskwy, na Rakowieckiej, pod siedzibą MSW i UB zbierały się tłumy żądające skutecznej ochrony I sekretarza KC PZPR, a gdy wracał, ludzie zatrzymywali pociąg, którym podróżował. Gazetowe sprawozdania z powrotu Gomułki z Moskwy pełne są opisów wiwatujących tłumów i społecznego entuzjazmu nie widzianego nad Wisłą przynajmniej od zakończenia II wojny światowej. W Terespolu, na granicy polsko-sowieckiej, I sekretarza witało kilkaset osób. Były kwiaty, łzy, było „Sto lat” i przemówienie bohatera uroczystości. Później Gomułka musiał jeszcze przemawiać w Białej Podlaskiej, gdzie powitano go wielkim bochnem chleba i solą, oraz w Międzyrzeczu koło Supraśla, gdzie mieszkańcy wymuszają zatrzymanie pociągu. Osiągnęliśmy wszystkie nasze słuszne postulaty – zapewnił Gomułka. Wreszcie pociąg specjalny dotarł do Warszawy. W ciągu czterech dni naszego pobytu w Moskwie, spotkań i rozmów z towarzyszami radzieckimi, uregulowane zostały wszystkie sprawy, które nagromadziły się w ciągu lat– mówi szef partii do kilkuset zgromadzonych na dworcu osób. Rozlegają się oklaski i znów tradycyjne „Sto lat”. To był autentyczny entuzjazm. Nawet księża nazywali nowego I sekretarza KC PZPR „Władysławem V”.

SZCZYPTA RACJONALNEGO MYŚLENIA

Gomułka pokładanych w nim nadziei nie spełnił. Nawet jeśli niektórzy widzieli w nim wodza, który na białym koniu wyprowadzi Polskę z sowieckiego obozu, to tylko nieliczni i na krótko. Ale jednego nie sposób mu odmówić – powstrzymał sowiecką interwencję. Nikita Chruszczow miał zamiar wysłać wówczas na Polskę dywizje Armii Czerwonej, podobnie, jak uczynił to na Węgrzech. Miał, patrząc z Kremla, powody, by dokonać nad Wisłą krwawej łaźni. Gomułka potrafił te zakusy następcy Stalina spacyfikować, m.in. wykorzystując narastający konflikt Chruszczowa z Mao Zedongiem. Choć główne zasługi na tym polu należą się poprzednikowi „Wiesława”, twardemu staliniście Edwardowi Ochabowi. Ważniejsze jest jednak co innego – mimo całego rozedrgania, wielkich emocji oraz nadziei – Polacy potrafili zapanować nad emocjami. Gdyby było inaczej, zamiast wodza na białym koniu Bug przekroczyłby wódz na koniu czerwonym.

Dowodu dostarcza historia Węgier w 1956 roku. Biograf Mao Zedonga twierdzi, że początkowo przywódca Komunistycznej Partii Chin ostrzegał Kreml, aby nie interweniował nad Dunajem. Zmienił zdanie, gdy do Pekinu doszły słuchy o linczach na funkcjonariuszach budapeszteńskiej bezpieki AVH. To oznaczało przekroczenie czerwonej linii. W Polsce antysowieckich demonstracji było niewiele. Największą, która mogła dać pretekst do czerwonej inwazji, był pochód sformowany po wiecu na Placu Defilad. Tłum ludzi, mniej zresztą liczny niż można się było spodziewać, ruszył pod Ambasadę Związku Sowieckiego, ale powstrzymali go robotnicy z Żerania.

Roztropnością cechowali się też strajkujący w sierpniu 1980 roku. W kolejnych miesiącach było już gorzej. Wyjątkiem był marzec 1981 roku i wydarzenia w Bydgoszczy, które, jak się wydaje, były prowokacją mającą doprowadzić do sowieckiej inwazji. Jej rozpędzoną już machinę zatrzymał Lech Wałęsa, podpisując – wbrew większości władz „Solidarności” – porozumienie z wicepremierem Mieczysławem F. Rakowskim. Przy okazji mocno nadszarpnął swój wizerunek, bo Polacy kochają raczej przywódców z gorącą głową, do nieprzytomności odważnych nie zaś zimno kalkulujących, co przynajmniej u niektórych oznacza „wchodzących w układy z przeciwnikiem”.

KIEDY SILNY PRZYWÓDCA JEST POTRZEBNY…

Polacy kochają wodzów, silnych przywódców, którzy wskazują im drogę do wyznaczonego celu. To na nich ogniskujemy naszą uwagę, naszą wiarę w lepszą przyszłość, w nich pokładamy nadzieję. A później, nieodmiennie, doznajemy rozczarowań. Więc czy silni przywódcy naprawdę są we współczesnej demokracji potrzebni? Bez wątpienia są potrzebni w chwilach tragicznych, podczas wojen. Bez przywódcy cały społeczny wysiłek pozostaje rozproszony i przez to nieskuteczny. Przywódca nadaje kierunek, inspiruje i wyznacza cele. Przywódca potrafi zawładnąć wyobraźnią dużych grup i „powieść na barykady”. Czy w 1940 roku brytyjskie samoloty obroniłyby Londyn przed nawałnicą Luftwaffe, gdyby nie Winston Churchill? Czy to nie za sprawą Charles’a de Gaulle’a Francja w 1945 roku dołączyła do wąskiego grona zwycięskich mocarstw? Czy to nie determinacji oraz sprytowi Józefa Stalina – i jego bezwzględności – sowiecka Rosja zawdzięczała zwycięstwo pod Stalingradem, na Łuku Kurskim i zdobycie Berlina, a później podporządkowanie sobie połowy Europy i awans do globalnej superligi? Ale czy owi silni przywódcy są potrzebni na co dzień, w normalnym demokratycznym kraju?

Silny przywódca zawsze ogranicza demokrację, zawsze bowiem uważa, że cel, który wyznaczył, jest najlepiej wybrany, więcej – jedyny możliwy. Czy po roku 1920, po odparciu bolszewickiej inwazji, Polska byłaby słabszym krajem, gdyby nie było marszałka Piłsudskiego? Czy po 1945 roku Francja nie stałaby się jednym z najważniejszych krajów Europy, gdyby w Pałacu Elizejskim nie zasiadał Charles de Gaulle? Czy dzisiejsza Polska nie byłaby lepszym państwem, nawet gdyby władzę nadal sprawowało Prawo i Sprawiedliwość, ale będące partią demokratyczną, pozbawioną bezwzględnego przywództwa Jarosława Kaczyńskiego? Od upadku de Gaulle’a Francja miała raczej słabych przywódców i rozwija się znakomicie. Tak samo było w Wielkiej Brytanii, Hiszpanii po Franco, we Włoszech, w Szwajcarii, Szwecji, Danii, Norwegii i Finlandii. Lista jest długa. Dotyczy nawet krajów Europy Środkowej – choćby Czech i Słowacji – gdzie przywiązanie do autorytarnej formy rządów jest jednak większe niż w Europie Zachodniej.

… A KIEDY WRĘCZ PRZECIWNIE?

Odwróćmy pytanie – czy na pewno Rosja byłaby dzisiaj gorszym krajem, gdyby dyktatorskiej władzy na Kremlu nie sprawował Władimir Putin? Czy Stany Zjednoczone były gorszym państwem, gdy w Białym Domu zasiadał Bill Clinton lub Barack Obama, czy gorszym jest dzisiaj, gdy jego lokatorem jest Donald Trump ze swoją ambicją – na szczęście skutecznie hamowaną przez panujący w USA system polityczny – do decydowania o wszystkim i wszystkich? To pytanie dotyczy także skuteczności rządzenia: przez cały pierwszy rok swojej prezydentury Trumpowi udało się przepchnąć jedną jedyną reformę – systemu podatkowego. Co więcej, choć na przykład Obamę oskarżano o słabość i niezdecydowanie, to amerykańskie przywództwo na świecie było za jego dwukrotnej prezydentury silniejsze niż dzisiaj, gdy stery rządów sprawuje człowiek kreujący się na silnego przywódcę.

Silni przywódcy, owi wodzowie na białych koniach, zawsze modelują rzeczywistość na własną modłę. I zawsze, w ostateczności, nadgryzają demokrację, idąc na skróty. Im dłużej rządzą, tym bardziej. Przykładami są de Gaulle, Margaret Thatcher, Helmut Kohl, który pogrążył Niemcy w wielkiej, do dziś nie całkiem wyjaśnionej aferze korupcyjnej. Silne przywództwo jeśli nie zawsze, to na pewno z reguły, staje się po pewnym czasie przekleństwem. Bo jego apologeci odsuwają na bok procedury, a przepisy naginają do swoich potrzeb i nieustannie rosnących ambicji.

Co gorsza – i to jest największy grzech wodzów na białych koniach – zdejmują z obywateli odpowiedzialność za państwo. A ci, z powodu konformizmu, chętnie na to, niestety, się godzą, uważając, że ich los spoczywa w dobrych rękach. Z czasem okazuje się, że to nieprawda. Białe konie i ich jeźdźcy, nawet najwybitniejsi, tracą animusz. Gdy są już niezdolni do dalszego sprawowania rządów, okazuje się, że pozostawili po sobie „spaloną ziemię” – a nawet jeśli wyznaczyli następców, to ci nie są w stanie podźwignąć ciężaru schedy. Przykład zmarłego w 1935 roku Józefa Piłsudskiego jest tutaj aż nadto wymowny.

TUSK NA KONIU ANDERSA

Dzisiaj na swojego wodza na białym koniu czeka polska opozycja i ta część społeczeństwa, która nie godzi się na siłowy sposób sprawowania władzy przez Prawo i Sprawiedliwość. Do tej roli coraz bardziej i wyraźniej szykowany jest Donald Tusk. To on, opromieniony kilkuletnią aktywnością na głównej europejskiej arenie politycznej, zaprzyjaźniony z wieloma zachodnimi przywódcami, ma przyjechać na białym koniu i odsunąć od władzy Jarosława Kaczyńskiego i jego „drużynę dobrej zmiany”. Ma być nowym Andersem.

Każdy wymierzony w PiS tweet przewodniczącego Rady Europejskiej, każda krytyczna uwaga, jest przez przeciwników PiS traktowana tak, jak na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych traktowano każdą plotkę o nadciągającej wojnie. Porażka Beaty Szydło 27:1 w głosowaniu nad reelekcją Tuska wywołała u polityków opozycji nieopisany entuzjazm i została potraktowana jako zapowiedź klęski PiS w zbliżających się wyborach, a wezwany na przesłuchanie do prokuratury Tusk był odprowadzany przez tłum niczym największy bohater. Ale właśnie ten spacer i ten potweetowy entuzjazm opozycyjnie nastawionej części społeczeństwa jest najbardziej wymownym dowodem instytucjonalnej słabości opozycji.

Być może Donald Tusk zdecyduje się ponownie stanąć na ringu krajowej polityki i zmierzyć się w wyborach prezydenckich z Andrzejem Dudą. Nie jest to wykluczone, choć byłoby mało racjonalne. Nie to jest też dzisiaj najważniejsze. Najważniejsza jest reakcja społeczeństwa na łamanie konstytucji, ograniczenie niezależności sądów, na wypchnięcie Polski z głównego nurtu europejskiej polityki. A ta reakcja nie jest, jak dotychczas, budująca. Demonstracje przeciwko podporządkowaniu sądów politykom, przez chwilę masowe, szybko wygasły. Opór przeciwko łamaniu konstytucji słabnie i przy bierności społeczeństwa, koniunkturalizmie i słabości opozycji niewiele czynników – jeśli rzeczywiście wraz z rekonstrukcją rządu PiS wkroczył na drogę łagodniejszej polityki – będzie w stanie znów go rozniecić.

Zresztą same demonstracje nie zmienią wszystkiego. Potrzebna jest instytucjonalizacja przeciwników „dobrej zmiany”. Więcej, ona jest niezbędna. Czekanie na Tuska, który wjedzie do Polski na białym koniu i uratuje kraj, nie doprowadzi do sukcesu. Opozycja powinna starannie przeanalizować działania Prawa i Sprawiedliwości z przełomu pierwszego i drugiego dziesięciolecia XXI wieku, bo są one przykładem bardzo przemyślanego i skutecznego działania. W tym okresie partia Kaczyńskiego nie czekała na wodza na białym koniu, ale tworzyła wielki ruch społeczny, który doprowadził ją w końcu do zwycięstwa w wyborach prezydenckich i parlamentarnych 2015 roku. To działanie wypada zaliczyć do najbardziej racjonalnych w naszej najnowszej historii.

DAŁ NAM PRZYKŁAD KACZYŃSKI

Przede wszystkim PiS stworzył sieć klubów w całej Polsce, jednoczących się pod hasłem „prawdy o Smoleńsku”. W ten sposób udało się zgromadzić nie tylko wyznawców „zamachu”, ale także ludzi mających wątpliwości, czy katastrofa z 10 kwietnia 2010 roku była tylko zwykłym wypadkiem lotniczym. I te wątpliwości rozniecić. To był grunt, baza obejmująca nie tylko zwolenników prawicy. Owe kluby, które działały nie tylko w dużych miastach, ale również w małych miejscowościach, nie zostały pozostawione same sobie. PiS stworzył prawdziwą sieć, z centralnym systemem dystrybucji informacji, zaleceń i co najważniejsze – spotkań z politykami PiS, którzy jeździli po kraju i przedstawiali swój punkt widzenia.

Obserwowałem działalność takiego środowiska w jednej z małych, wielkopolskich miejscowości, gdzie często bywał na przykład Antoni Macierewicz. Zrazu słuchało go niewielu mieszkańców, stałych zwolenników prawicy. Ale z czasem ich liczba rosła. Nie wszyscy byli fanami Jarosława Kaczyńskiego, ale wszyscy doceniali przyjazdy osób „znanych z telewizji”. Czuli się ważni. Nie wszyscy też dali się przekonać, że „Polska jest w ruinie”, ale wiara wielu, że III RP to kraj sukcesu, została nadwątlona. To wystarczyło. Część z nich w wyborach nie głosowała, przyczyniając się do zwycięstwa Prawa i Sprawiedliwości.

Od tego PiS rozpoczął wojnę ideologiczną. Znaczenie ideologii było – i jest nadal! – doceniane wyłącznie po prawej stronie sceny politycznej. Liberałowie i lewica uważają ją za anachronizm. To błąd, który w latach dziewięćdziesiątych pogrzebał w Polsce postkomunistów, a liberalne ugrupowania – najpierw Unia Wolności, później Platforma Obywatelska – tej lekcji nie odrobiły. A PiS działał w tej sferze bardzo konsekwentnie, umiejętnie sącząc ludziom argumenty „godnościowe”, forsując swoją wizję najnowszej historii, pełną spisków masonerii, Żydów, wykupywania Polski. To tezy, które brzmią śmiesznie w warszawskich lokalach podczas spożywania zapijanych chianti ośmiorniczek. Ale są bardzo przekonywujące na prowincji, zwłaszcza wygłaszane podczas spotkań w zimnych, ciemnych kościelnych salkach.

Innym przejawem tej działalności było stworzenie „własnych” mediów. Na tej fali powstała TV Republika, tygodnik „Do Rzeczy”, grupa medialna braci Karnowskich, rozwinęła się „Gazeta Polska”, niezliczone prawicowe portale i strony internetowe. PiS zbudowało własny, alternatywny świat i stopniowo wciągało do niego coraz więcej obywateli. To była ciężka, organiczna praca, a nie czekanie na zbawcę na białym koniu. Praca zwieńczona tryumfem. Nie tylko zwycięstwem w wyborach, ale także zbudowaniem dużej grupy odbiorców o dość trwałych poglądach. Liczenie, że Donald Tusk potrafi to zmienić, niczym Harry Potter jednym machnięciem czarodziejskiej różdżki, jest naiwnością. Wprawdzie polityczne cele osiąga się też mitami, ale tylko pod warunkiem, że ich krzewienie jest podparte ciężką pracą.

Polityka jest dziś rzeczą zbyt ważną, żeby zostawić ją politykom. Tę pracę muszą oczywiście wykonać politycy opozycji. Przede wszystkim musi ją jednak wykonać społeczeństwo obywatelskie. Bo powrotu do Polski sprzed 2015 roku już nie ma, to zamknięty rozdział. Obywatele muszą sami zakasać rękawy i odpowiedzieć sobie na pytanie, jakiego chcą kraju i jakimi środkami można ten cel osiągnąć. Politycy sami tego nie zrobią, a jeśli zrobią, to źle, na swoją modłę. Historia nas tego uczyła i warto z tej nauki – wreszcie! – wyciągnąć wnioski.

Francuski premier, pisarz i lekarz Georges Clemenceau mówił, że wojna jest rzeczą zbyt poważną, by powierzyć ją wojskowym. Polityka też jest dziś w Polsce rzeczą zbyt ważną, żeby zostawić ją politykom.

Piotr Gajdziński

„Ten wyrok pokazuje, że zwykły poseł może mieszać z błotem połowę obywateli i nic nie można z tym zrobić” – powiedziała po wyroku Sądu Okręgowego w Warszawie Krystyna Malinowska, bydgoska działaczka Obywateli RP. Sędzia Agnieszka Wlekły-Pietrzak oddaliła pozew aktywistki przeciw Jarosławowi Kaczyńskiemu o naruszenie jej dóbr osobistych. Sąd uznał, że wypowiedzi prezesa PiS nie dotyczyły konkretnych osób – miały charakter ogólny i metaforyczny. („Czy sąd skaże Kaczyńskiego za „gorszy sort”?”)

Według sędzi, Krystyna Malinowska nie udowodniła, że słowa o „gorszym sorcie” były skierowane do niej. Sędzia warszawskiego Sądu Okręgowego powiedziała, że wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego była „niekonkretna”, a polityk nie oznaczył „osoby lub grupy osób, do których je odnosi, poza tym, że to Polacy”.

Wyrok nie jest prawomocny. – „Nie zgadzam się z takim uzasadnieniem wyroku, dlatego moi pełnomocnicy złożą w najbliższym czasie apelację” – zapowiedziała Krystyna Malinowska. Na pytanie reportera TVN 24, czy gdyby te słowa wypowiedział inny polityk, to wyrok byłby inny, działaczka odpowiedziała: – „Przypuszczam, że mógłby być inny. Dobrze, że jest apelacja i nad tą sprawą pochylą się jeszcze inni sędziowie”.

Piotr Marański, adwokat z Wrocławia, który reprezentował Malinowską pro bono, przekonywał, że sąd nie odniósł się do meritum sprawy. – „Wskazywaliśmy, że doszło do naruszenia dóbr naszej klientki, która była członkiem określonej, zamkniętej grupy. Sąd uznał, że mieliśmy do czynienia z dyskursem politycznym. A naszym zdaniem doszło do naruszenia godności i czci pani Malinowskiej, która w tej określonej grupie się znajdowała” – powiedział Marański.

Ani prezes PiS, ani nawet jego pełnomocnicy w pojawili się w sądzie. Krystyna Malinowska ciągle domaga się od Jarosława Kaczyńskiego przeprosin w TVN, w Polsacie, TVP i TV Republika oraz 20 tys. zł zadośćuczynienia na cel społeczny.

Za: wiadomo.co

Wśród wielkich myślicieli, w tym wybitnych filozofów i naukowców – żyjących również wtedy, gdy życie religijne jeszcze bardziej niż dziś dominowało – można znaleźć sporo osób wątpiących w istnienie teistycznego Boga. Wyraźna bywała wśród nich, zwłaszcza w czasach nam bliższych, nadreprezentacja ateistów.

Uniwersalne zapotrzebowanie na religię

Powszechnie ujawnia się dziś wciąż bardzo duże zapotrzebowanie na dostarczany przez religie monoteistyczne spójny wizerunek rzeczywistości. I to zarówno tej poznawalnej empirycznie, jak i niedostępnej tego rodzaju poznaniu. Jakość życia człowieka, jego psychologiczne przystosowanie, rozwój osobowy i efektywność osiągania strategicznych celów życiowych zazwyczaj zyskują dzięki wierze w Boga i religijnemu zaangażowaniu. Wyniki badań psychologicznych wskazują, iż znakomita większość ludzi uważa dziś religię za ważny składnik ich codziennego życia, kształtujący i określający istotną jego część.

Szacuje się, że tylko około 15 procent żyjących współcześnie na świecie ludzi uznaje siebie za agnostyków lub ateistów. Ale w rozmaitych populacjach proporcje te są bardzo odmienne. Tak na przykład amerykańscy naukowcy są generalnie wyraźnie mniej religijni niż ogół tamtejszej populacji, a jeszcze mniejszy jest odsetek wierzących w teistycznego Boga wśród najwybitniejszych uczonych. W bardziej zsekularyzowanej Europie jest podobnie. W krajach Zachodu odnotowuje się też negatywną korelację między rozmaicie przejawianą i diagnozowaną religijnością a liberalnymi poglądami politycznymi, wykształceniem, zainteresowaniami naukowymi oraz inteligencją. Przy tym negatywny związek między religijnością a inteligencją bywa zwykle nieco silniejszy, gdy w grę wchodzi religijność „wewnętrzna”, służąca przybliżaniu ważnych celów religii, niż wówczas, gdy brana jest pod uwagę jej odmiana „zewnętrzna”, kiedy to przekonania i zaangażowanie religijne są traktowane jako środki służące do osiągania celów pozareligijnych.

Na coraz bardziej zsekularyzowanym Zachodzie uwidacznia się presja na prywatyzację religii, jednak wiele wskazuje na to, że presja ta nie jest powiązana z poważniejszą redukcją potrzeb religijnych. Ujawnianych również przez niektórych naukowców, w tym psychologów, akcentujących przydatność religii i religijności w funkcjonowaniu i rozwoju człowieka. Ich ustalenia wskazują, że zapotrzebowanie na całościowy i zarazem koherentny wizerunek rzeczywistości, jakiego dostarczają wszystkie wielkie religie, nasila się u ludzi o zamkniętym (dogmatycznym) umyśle, choć widoczne jest również u wielu bardziej otwartych poznawczo. Wszyscy potrzebujemy przeświadczenia, iż znaleźliśmy sens istnienia, a nasze poglądy układają się w spójny system i są niepodatne na deformacje i iluzje. Skłonność do wykorzystującej język metafizyki refleksji nad rzeczywistością cechuje też niektórych ludzi niewyznających światopoglądu religijnego, choć refleksje takie są dla nich trudnym wyzwaniem i ujawniają się rzadziej.

O świecie sacrum z perspektywy psychologa

Zygmunt Freud co prawda uważał istnienie teistycznego Boga za złudzenie, ale wcale nie był skory do rugowania religii ze sfery życia społecznego i jednostkowego, a niektórzy prominentni kontynuatorzy jego myśli wyraźnie koncentrowali się bardziej na blaskach niż na cieniach religijności. Jej doniosłość dla jednostki bywała też akcentowana przez wybitnych psychologów lokujących się w różnych tradycjach swojej nauki, poza inspirowanym przez Freuda jej nurtem psychodynamicznym. Szczególnie wpływowe były poglądy filozofa i psychologa Williama Jamesa, który postulował psychologiczną doniosłość woli wiary w teistycznie pojmowanego Boga. W jego ujęciu zaangażowanie religijne jest odpowiedzią na osobiste, ale powszechnie się ujawniające pragnienia. O znaczeniu religii w życiu człowieka decydować ma jej pragmatycznie pojmowana przydatność, jako że dostarcza ona jednostce zarówno pociechy, jak i poczucia mocy, sensu życia i bezpieczeństwa. Przy tym indywidualistycznie nastawiony i zdystansowany wobec wszelkich zinstytucjonalizowanych form religii James ignorował jej aspekt społeczno-kulturowy, zakotwiczenie w tradycji i w życiu wspólnoty.

W tym ujęciu wiara jawi się jako bardzo człowiekowi przydatna, a nawet niezbędna. Również inny psycholog, wielki znawca religii Gordon W. Allport akcentował jej użyteczność w przeciwstawianiu się trudnościom życia. Podkreślał, iż chroni ona człowieka przed lękiem, zwątpieniem i rozpaczą, ułatwia jego rozwój i pozwala na uchwycenie powiązań osoby z Bytem. Według niego dojrzałe poczucia religijne służą połączeniu ogółu doświadczeń człowieka w jednym integralnym systemie.

Nieustającą popularnością wśród wielu ludzi nauki cieszy się przekonanie o zupełnej jej rozdzielności od religii. Nie znajduje ono oczywiście wsparcia we wciąż wielce wpływowej w katolicyzmie filozofii tomistycznej, postulującej (upraszczając) ścisłe współdziałanie rozumu, doświadczenia i objawienia. Przekonanie to wyraziście ujawniło się w rozmowach prowadzonych parę lat temu przez Magdalenę Bajer z wybitnymi polskimi uczonymi, wśród których wyraźnie nadreprezentowane były osoby wierzące w Boga. Według większości z nich nauka i religia odnoszą się do różnych rzeczywistości, stawiają inne pytania i operują odmiennymi kategoriami opisu. Ich drogi biegną równolegle i nigdy się nie przecinają.

Wszystkie wielkie religie udzielają odpowiedzi na pytania dotyczące tego, jak świat powstał i jak funkcjonuje, oraz pouczają, jaki powinien być i jak należy ten pożądany stan osiągać. Dostarczają drogowskazów moralnych, są przewodnikami w życiu wiecznym oraz ułatwiają radzenie sobie z niezrozumiałym i zagrażającym światem doczesnym. Czynią jego wizerunek spójnym, redukują niepewność i zagubienie człowieka rodzone przez przytłaczającą, zmienną i nieprzewidywalną, zazwyczaj nie poddającą się kontroli rzeczywistość.

Pożytki płynące z religii i religijności

Każda religia aspiruje do wyłączności w kontrolowaniu myślenia, odczuwania i zachowania swoich wyznawców. Oferuje określony wizerunek rzeczywistości nadprzyrodzonej, ze swej istoty niepodatny na empiryczne zakwestionowanie. Zawiera odpowiedzi na zasadnicze pytania egzystencjalne oraz określa niepodważalne dla swoich wyznawców sposoby objaśnienia przeszłości, teraźniejszości oraz przyszłości, również lokowanej po śmierci, w życiu wiecznym. Oferuje przesłanki dla argumentacji na rzecz przeświadczenia, że rzeczywistość jest lub przynajmniej może być zrozumiała.

Jak wskazują wyniki badań psychologicznych, religie dostarczają instrumentów redukowania lęku przed śmiercią i przygotowywania się do życia wiecznego, prezentują określoną wizję nieśmiertelności. Zapewniają poczucie kontroli nad własnym życiem i nad rzeczywistością zewnętrzną wobec Ja oraz dostarczają wiarygodnego zakotwiczenia tożsamości. Służą obronie poczucia własnej wartości i godności, łagodzą rozmaite lęki oraz ułatwiają zrozumienie zjawisk naturalnych i psychicznych. Są przez swoich wyznawców uważane za jedyne źródło norm, teistyczny Bóg bywa na ich gruncie postrzegany jako zasadniczy podmiot moralny.

Wierzenia religijne nie tylko zapewniają poczucie łączności z Bogiem, ale też odpowiadają najgłębszym, uniwersalnym pragnieniom wtopienia się we wspólnotę traktowaną jako moralna całość. Przede wszystkim jednak dostarczają odpowiedzi na fundamentalne pytania metafizyczne. Ludzie chcą wierzyć, że za przemijalnym i często przytłaczającym życiem stoi jakaś Istota Najwyższa. Wiara w nią czyni wizerunek otaczającego świata sensownym i wzmacnia ich siły witalne. Przy tym w świetle przeprowadzanych porównań międzykulturowych religijność sprzyja przystosowaniu, zwłaszcza w słabo zsekularyzowanych środowiskach, w których jest ona cenną wartością. Być może czerpanie z niej różnych psychologicznych korzyści jest specyficzne dla takich kontekstów historyczno-kulturowych. Tam, gdzie religijność jest mniej ceniona, ludzie w nią zaangażowani mają mniej pochlebne wyobrażenia o sobie i czują się gorzej.

Nawet ateista może dostrzegać zalety religii

Jak akcentuje słynny przeciwnik Pana Boga Richard Dawkins, nawet ateista może dostrzegać wiele zalet religii. Wyniki badań wskazują, że ludzie religijni często bywają bardziej od niereligijnych szczęśliwi i zdrowi, żyją dłużej i są bardziej odporni na rozmaite zagrożenia. Ich religijne zaangażowania co prawda wcale nierzadko prowadzą do rozbudowanej, restryktywnej samokontroli, owocującej awersyjnie odczuwanym tłumieniem własnych skłonności i dlatego rodzącej cierpienie. Ale u wielu osób religijnych zaangażowania takie usprawniają procesy psychicznej samoregulacji, szczególnie gdy silnie uwewnętrzniły i przyswoiły wymagania „swojej” religii. Jak powszechnie wiadomo, wiara w Boga bywa też źródłem doznań ekstatycznych oraz inspiruje przeżycia mistyczne.

Może też pozytywnie wpływać na proces leczenia; religijnie zakotwiczona nadzieja na wyleczenie łagodzi ból i przebieg wielu chorób. Efekty placebo bywają szczególnie skuteczne, jeśli towarzyszy im nadzieja na wyzdrowienie, a ta często miewa zakotwiczenie w religii. Nadzieja zmienia chemię mózgu, a wydzielane substancje przekazują te zmiany przez system nerwowy do reszty ciała, wywołując uzdrowieńcze skutki. Ufna wiara w moc sił nadprzyrodzonych powoduje, że również modlitwa może przynosić takie pozytywne efekty.

W świetle tego, co dziś wiemy, nasz umysł został tak ukształtowany, aby ułatwiać jednoczenie się ze wspólnotą i tym samym zwiększać jej szanse na powodzenie w rywalizacji z innymi grupami. Postulowany przez wszelkiej maści konserwatystów altruizm „parafialny”, ukierunkowany na wybiórcze pomaganie członkom własnej wspólnoty, sprzyja jej spójności i ułatwia osiąganie przez nią strategicznie ważnych celów. Nierzadko do jego aktywizacji przyczynia się nasilona religijność jej członków. Co nie dziwi, jeśli uznać, że religie są efektywnymi adaptacjami kulturowymi i choćby dlatego pojawiają się we wszystkich dobrze rokujących ludzkich kulturach. Adaptacje takie sprzyjają zachowaniom altruistycznym wobec członków własnej grupy, w rezultacie ludzie religijni często bywają dobrymi sąsiadami i obywatelami. Ich religijność sprzyja wzajemnemu zaufaniu i współpracy, cementuje wspólnotę osób wyznających podobne przekonania.

Religie promują też czasem efektywność ekonomiczną. W świetle szeroko znanego stanowiska socjologa Maxa Webera osobliwy etos rozwijającego się na Zachodzie protestantyzmu wspierał ludzką przedsiębiorczość i dlatego przyczynił się do rozwoju kapitalizmu.

Religijność a wrogość międzygrupowa

Niektóre wyniki badań pokazują, że to ludzie niereligijni bywają czasem bardziej od religijnych uwrażliwieni na krzywdę innych, a ich altruizm bazuje głównie na współczuciu, podczas gdy prospołeczne zachowania osób religijnych umocowane są raczej na zinternalizowanym poczuciu obowiązku. Bywa i tak, że ludzie niewierzący w Boga nie tylko ujawniają mniej uprzedzeń od tych, którzy w niego wierzą, ale też postępują bardziej od tych ostatnich moralnie i rzadziej łamią normy prawne.

Altruizm „parafialny” obserwowany u osób religijnych nie tylko przejawia się wybiórczym preferowaniem „swoich”, ale też współwystępuje ze społecznym wykluczaniem różnych „innych” oraz z uprzedzeniami, wrogością i agresją wobec obcych. Wyniki badań psychologicznych, przeprowadzonych kilka lat temu na reprezentatywnych próbach mieszkańców ośmiu państw europejskich ukazały powiązania religijności z uogólnionymi uprzedzeniami i z nasileniem międzygrupowej wrogości.

Rozmaite religie w praktyce sprzyjają, wbrew explicite przez nie przyjmowanym i głoszonym uniwersalistycznym odniesieniom, gloryfikacji własnej wspólnoty i wrogości wobec Innego. Skoro tak, nie dziwi powoływanie się na święte księgi towarzyszące demonstracjom międzygrupowej nienawiści. Angażowanie się w praktyki religijne nie tylko wspomaga własną wspólnotę, bywa też czynnikiem pośredniczącym między unikaniem niepewności przez jej członków a ich nietolerancją wobec tych, którzy są postrzegani jako źródło zagrożenia dla wyznawanych wartości religijnych. Sprzyja konformizmowi wobec własnej społeczności i poszanowaniu rodzimej tradycji, zarazem promuje nietolerancję dla wszelkiej, nie tylko religijnej odmienności. Takie nastawienia bywają ceną, jaką płacą członkowie wspólnoty religijnej za spokój, dobre samopoczucie i wewnętrzną spójność.

Fundamentalizm religijny i myślenie spiskowe

Chociaż niektóre opisywane przez historyków ruchy religijne powstrzymywały przejawianie wrogości wobec „tamtych/innych”, liczne inne sprzyjały przemocy, a czasem nawet wspomagały oddziaływania toksycznych, zbrodniczych idei. Z drugiej strony, niemożność odwołania się do Boga powoduje, że jednostka zmuszona jest polegać wyłącznie na wewnętrznej busoli moralnej, co bywa dla niej trudnym wyzwaniem, silnie absorbującym zasoby psychiczne. Wykorzystywane zasady etyczne w większym stopniu są wówczas odbiciem jej zindywidualizowanych potrzeb.

Zwłaszcza instrumentalne traktowanie własnej religii i religijności jako źródła poczucia bezpieczeństwa i przynależności społecznej sprzyja faworyzowaniu swoich w porównaniu z obcymi. Jeśli ludzie organizują swoje życie wokół przekonań religijnych, które nadają mu sens i wyznaczają ich tożsamość, a inni je deprecjonują i odrzucają, ci pierwsi przeżywają potężną frustrację i bardzo często odpowiadają nieskrywaną wrogością i agresją. Religijność w szczególności wiąże się z nasiloną wrogością wobec wszelkiej maści bluźnierców i heretyków. A jeśli przy tym ci nie podzielający przekonań i identyfikacji religijnych są postrzegani jako wyraźnie odmienni, jako grupa złożona z osób różniących się pod względem wyrazistych atrybutów (zwłaszcza wyglądu i typowych zachowań), stają się poręcznym obiektem uprzedzeń, doświadczając nawet skrajnych przejawów wrogości.

Nie zaskakuje, że fundamentalizm religijny sprzyja intensyfikacji negatywnych nastawień i działań wobec „innych”. Wyniki badań psychologicznych wskazują, że każdy ekstremizm ważnych dla człowieka przekonań (nie tylko religijnych!) owocuje nasileniem jego uprzedzeń i wrogości wobec tych, którzy ich nie podzielają. Ich spolaryzowanie przejawia się w fanatycznym dla nich oddaniu, a bywa i tak, że uleganie ich presji skutkuje angażowaniem się w śmiercionośne wojny, a nawet prowadzi do ludobójstwa. Łatwo o jego przykłady również w dzisiejszych czasach.

Nasilenie religijności w szczególności bywa powiązane z myśleniem spiskowym, które w naszych warunkach owocuje odporną na wszelkie świadectwa wiarą w spiskowe tłumaczenie katastrofy smoleńskiej. Gdy jednak ludzie religijni są bardziej otwarci, zorientowani na stawianie pytań i poszukiwanie na nie odpowiedzi, ich religijność okazuje się niepowiązana z tego rodzaju wiarą.

Osobliwości religijności Polaków

Jak wiadomo, dzisiejsi Polacy wyróżniają się w Europie przywiązaniem do religii katolickiej. Są przekonani, że wiara w Boga i religijność nadają sens i niezbędną siłę ich życiu oraz że świat pozbawiony odwołań do Boga jest niezrozumiały i zagrażający. Jednocześnie wyniki badań wskazują, że ich religijność jest powiązana z występowaniem uogólnionych uprzedzeń oraz nasiloną wrogością wobec rozmaitych grup zewnętrznych i mniejszościowych.

Wydaje się, że episkopat polskiego Kościoła, który w istocie stał się narodowym i prowadzi własną politykę historyczną, bardzo ryzykuje, nie dystansując się wyraźnie od ekscesów obozu dziś rządzącego, tolerującego wrogość nie tylko wobec wojennych uchodźców, ale też ludzi na różne sposoby odmiennych. Nie wystarczą tu z rzadka wypowiadane politycznie poprawne deklaracje. Nawet w najgorszych dla siebie czasach polski Kościół hierarchiczny zazwyczaj optował na rzecz niepartykularnie rozumianej miłości bliźniego. Dziś w praktyce stroni od poważnego angażowania się w pomaganie „nie-swoim”, negatywnie wyróżniając się pod tym względem w katolickiej Europie. Zaniechania te ignorują uniwersalistyczne przesłanie jego własnej doktryny i spójne z nią naciski papieża Franciszka. Już w nieodległej przyszłości może za to zapłacić wielką cenę, walnie przyczynić się do przyspieszenia na razie spowolnionych procesów sekularyzacji naszego społeczeństwa.

Ta postawa Kościoła zdaje się obficie czerpać z zakodowanych w narodowej pamięci zbiorowej wspomnień o swoistościach mentalności szlacheckiej, które odciskają piętno na wielu dzisiejszych Polakach. Jak pamiętamy, wybujały, anarchizujący indywidualizm sarmatów, którzy onegdaj bez reszty zawłaszczyli Rzeczpospolitą, towarzyszył ich osobliwej, ludowej, fasadowo-obrzędowej religijności. Przesiąknięta wielkościowymi urojeniami szlachta polska spostrzegała siebie jako naród wybrany i mocno wierzyła w szczególną opiekę Boga nad nią i nad jej państwem. Od końca XVI wieku ten jej katolicyzm stopniowo wypierał inne wyznania, chwilowa moda na protestantyzm została skutecznie wyrugowana. W początkowym okresie nasilenia się wojen religijnych w Europie byli sarmaci tolerancyjni dla innych religii, chlubiąc się „państwem bez stosów”, ale przynajmniej od połowy XVII wieku przestali się pozytywnie wyróżniać pod tym względem.

Narodowa megalomania i zdeformowany indywidualizm

Ówczesną szlachtę cechowały (przypomnijmy) przeświadczenie o jej wyższości wobec sąsiadów, ksenofobia oraz chełpliwe odwracanie się od Zachodu. Również dziś, choć niemało zawdzięczamy Europie, wielu z nas pozostaje w kręgu oddziaływania sarmackiej spuścizny i bardzo obawia się zbyt daleko posuniętej z Europą symbiozy. Niekoniecznie świadomie czerpiąc z zakodowanych w pamięci zbiorowej wspomnień o postawach i zachowaniach dawnej szlachty, odrzuca zachodnioeuropejskie wartości i odmawia wsparcia wojennych uchodźców, tam na ogół życzliwie przyjmowanych. To prawda, że dobrze się czujemy, wierząc w narodowe mity i urojenia głoszące, że bywaliśmy (i wciąż jesteśmy!) przedmurzem chrześcijaństwa czy Chrystusem narodów, że cechuje nas wielka łagodność charakteru i skłonność do tolerancji. Obserwowane dziś niedostatki realizmu politycznego w połączeniu z megalomanią narodową i zdeformowanym indywidualizmem sprzyjającym anarchizującemu ignorowaniu dobra wspólnego zdają się szeroko czerpać z tamtej przeszłości.

Opisywany przez psychologów kolektywny narcyzm oznacza idealizację autowizerunku zbiorowości. Gdy jest nią naród, może znajdować wyraz – tak jak dzisiaj u nas – w państwowej polityce historycznej, przesadnie akcentującej jego wzloty i dokonania oraz ignorującej, zamazującej lub bagatelizującej niepowodzenia i porażki. Jeśli polityka ta okaże się skuteczna, może spowodować nadmierne zawyżenie i rozchwianie narodowej samooceny, utrwalenie wspólnotowych kompleksów, reaktywację poczucia zagrożenia narodowej tożsamości. A przecież nawet Roman Dmowski, ikona rodzimego nacjonalizmu, uważał spuściznę sarmacką za obciążenie, szlachtę oskarżał o przyczynienie się do upadku polskiej państwowości i demoralizację narodu.

Selektywnie nawiązujący do endeckiej spuścizny obóz rządzący dziś w Polsce nie odcina się od iluzji i urojeń charakterystycznych dla dawnych szlacheckich elit, szeroko czerpie z najmniej chwalebnej spuścizny sarmackiego katolicyzmu. Może to zagrażać funkcjonowaniu państwa, któremu po uwolnieniu z komunistycznych okowów wiodło się całkiem nieźle.

Maciej Dymkowski

Musimy odpowiedzieć wspólnie na atak wymierzony w Ojca Tadeusza Rydzyka – zaapelował Andrzej Jaworski, przewodniczący Rady Instytutu Pamięć i Tożsamość im. św. Jana Pawła II.

Politycy PO umieścili wizerunek dyrektora katolickiej rozgłośni na ruchomym billboardzie insynuując, że O. Tadeusz Rydzyk wziął 94 mln zł z państwowych dotacji. To kolejna odsłona akcji PO, w ramach której w całej Polsce prezentowane są ruchome billboardy z wizerunkiem kilkudziesięciu polityków PiS-u oraz informacją o wysokości nagród, jakie mieli otrzymać.

Więcej można przeczytać [tutaj].

Andrzej Jaworski zaznaczył, że nie można pozostać obojętnym wobec akcji uderzającej w Ojca Tadeusza Rydzyka.

– Ojciec Tadeusz Rydzyk nie tylko nie wziął 94 mln dotacji, ale nie wziął choćby złotówki. Te kłamstwa, ta manipulacja nie mogą być dla nas obojętne. Namawiam państwa, jako Rodzinę Radia Maryja, do tego, abyśmy wspólnie odpowiedzieli na ten bezczelny atak osób, które doprowadziły do tego, że Polska była grabiona na setki milionów złotych, żebyśmy razem wystąpili do Prokuratury Generalnej z apelem o ukaranie osób, które w tak bezczelny sposób próbują wprowadzić opinię publiczną w błąd – podkreślił przewodniczący Rady Instytutu Pamięć i Tożsamość im. św. Jana Pawła II.

Andrzej Jaworski zachęca do wysyłania pism w tej sprawie do Prokuratury Generalnej oraz przesyłania kopii tych listów na adres Radia Maryja.

No i dlaczego podniósł na 2017 i 2018? Żeby było na ⁉️

Muchy w nosie Kaczyńskiego, a nos na głowie szaleńca

Polska sprawa staje się bardzo poważna, a nawet alarmująca. Kto rządzi w tej chwili w kraju, raczej nie mamy problemu, aby to określić.

Jarosław Kaczyński.

Co rządzi Kaczyńskim, a zatem i Polską? I to jest odpowiedź najbardziej okrutna. Polską rządzą muchy w nosie Kaczyńskiego.

Psychologicznie określić możemy: kompleksy. Kolokwialnie: muchy w nosie, gdyż te zakręcą zanadto, bo prezes po takim „ataku” pluje na wszystkich.

ambasador

Okazuje się, że nic nie wskórał z Kaczyńskim ambasador USA w Polsce Paul W. Jones, który upomniał prezesa, iż dewastuje Trybunał Konstytucyjny, a tym samym demokrację w Polsce.

A Kaczyński w swoim stylu po spotkaniu z ambasadorem USA przypuścił wraz ze swoimi akolitami atak na największą demokracją na świecie.

Kogo więc Polska ma za sojusznika? Orbana, przyjaciela Putina.

politico

Jeden z najbardziej wpływowych think tanków amerykańskich Politico pisze o tym samym, o czym rozmawiał ambsador USA: „Narastający konflikt między polskim prawicowym rządem a Trybunałem Konstytucyjnym zaczyna się psuć kluczowe dla bezpieczeństwa Polski relacje ze Stanami Zjednoczonymi”.

Kogo interesy strategiczne reprezentuje władza PiS?

Coś nie wygląda, aby były to polskie bezpieczeństwo, dobrobyt Polaków i przyszłość Polski. PiS tymczasem kupuje czas na demolowanie naszego kraju. Kupuje czas poprzez rozdawnictwo: 500+, obniżenie wieku emerytalnego, stawkę godzinową 12 zł.

Potężne kłopoty gospodarcze zaczną się od przyszłego roku, bo w tym jakoś się załata, zaksięguje ogromny deficyt budżetowy.

Coraz bardziej wygłada, że te muchy w nosie Kaczyńskiego są dlatego, bo nos znajduje się na głowie szaleńca.

szydłoWeźmie

Post Navigation