Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “PSL”

Duda to tylko byle kto

Na uroczystości obchodów stulecia istnienia Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie prezydent Andrzej Duda opowiedział dowcip, który robi furorę w internecie, po tym jak wyłapali go dziennikarze „Szkła kontaktowego” TVN24.

Prawicowe, niezamożne i niewykształcone trutnie najzwyczajniej w świecie pożądają homofobii. Oraz zanieczyszczonego środowiska. A także zasiłku na dziecko. Chcą wcześniejszej emerytury. I bądźmy wobec samych siebie uczciwi: wielu z was, drodzy czytelnicy, pragnie właśnie tego.

@BorisJohnson, nie chodzi wcale o głupie przerzucanie się odpowiedzialnością. Chodzi o przyszłość Europy oraz Zjednoczonego Królestwa, a także bezpieczeństwo i dobrobyt naszych narodów. Nie chcesz porozumienia, nie chcesz przesunięcia terminu ani odwołania akcji, zatem quo vadis?

Donald Tusk jest krokodylem taplającym się w rozlewiskach dysharmonii brexitu

Powyższy tweet Donalda Tuska do Borisa Johnsona pokazuje męża stanu w rozgrywce o najwyższą stawkę. Określenie „mąż stanu” w odniesieniu do byłego polskiego premiera wcale nie wydaje się przesadzone. Tak jak mamy modelki i supermodelki, tak mamy przywódców oraz przywódców w grach komputerowych. Donald Tusk jest krokodylem taplającym się w rozlewiskach dysharmonii brexitu. Jest sokołem wędrownym pikującym z wysokości na pomykające tu i tam prawicowe gryzonie. Domyślam się, że podczas bezsennych nocy zastanawia się nad losem, jaki mu przypadł: czy na zawsze już przypisana mu została rola psychiatry przerzucanego z jednego oddziału zamkniętego na drugi? Są też i tacy, którzy sądzą, że wróci do piekiełka polskiej polityki, aby wyrwać ją ze szklanej pułapki i rzucić Jarkowi wyzwanie.

Dwa powody wyjaśniają, dlaczego tak się nie stanie: Tusk jest przyjmowany z honorami w stolicach europejskich, szanowany jako negocjator sprawny, choć działający w sytuacji przymusowej. Gdy spotyka się z przeciwnikiem klasy Theresy May lub Borisa Johnsona ma pełną świadomość, że starcie będzie przebiegało zgodnie z obowiązującymi regułami. Co oznacza, że nie spotka się z zarzutami, iż jest niemieckim agentem albo człowiekiem, który pokrył cyjankiem potasu pocisk wystrzelony przez Putina w kierunku Tu-154. A jeśli macie jakieś wątpliwości co do jego pozycji na scenie europejskiej – przeczytajcie raz jeszcze cytowany wyżej tweet. Tusk, prosty chłopak z Gdańska, poucza Borisa Johnsona, psińco wartego absolwenta Eton. „Nie chcesz porozumienia, nie chcesz przesunięcia terminu ani odwołania…”. Jest to po prostu ostre i zwięzłe podsumowanie bagna, w jakie brytyjscy konserwatyści wpuszczają zwykłych ludzi.

Celne wykorzystanie Quo Vadis? Może na pierwszy rzut oka wydawać się uznaniem dla Johnsona, który uporczywie chwali się swoim klasycznym wykształceniem, ale powinno być raczej odczytane jako aluzja do powieści Sienkiewicza, gdzie Neron spalił Rzym, a winę zrzucił na chrześcijan. A cały tweet nie był niczym innym jak podaniem w uprzejmej formie treści następującej: „Jesteś, Johnson, nie tylko po niewłaściwej stronie historii, ale lepsza część ciebie spłynęła po plecach twojej matki i skończyła jako plama spermy na kopiarce, na której zostałeś poczęty”.

A jaki jest skutek owego osławionego tweeta?

PiS nagradza Polaków za to, że są nietolerancyjnymi czcicielami węgla

Nazajutrz Johnson wykonał zwrot o 180 stopni. Zaproponował Leo Varadkarowi, premierowi Irlandii, nowe porozumienie w sprawie granicy pomiędzy dwiema Irlandiami, która była ością niezgody w katastroficznym filmie, jakim okazał się brexit. Możecie mi wierzyć, porozumienie to nie jest niczym nadzwyczajnym. Zresztą i tak zostanie odrzucone przez skrajnie prawicowych północnoirlandzkich protestantów popierających partię Johnsona. Jednakże tweet ten okazał się przełomowym momentem w prezydencji Tuska. W cień odeszły wpadki w jego karierze: podwyższenie wieku emerytalnego i stworzenie idealnych warunków dla rozrostu PiS na gruzach rozsądnie progresywnych wartości klasy średniej. Negocjacje w sprawie brexitu będą zwieńczeniem jego kariery. Powrót do polskiej kotłowaniny byłby błędem i on sam wie o tym bardzo dobrze. Tusk, dzisiaj bohater, bardzo szybko stałby się zerem.

Wie o tym aż za dobrze.

Startować do prezydentury? A po co? Tę rolę może odegrać byle kto. I odgrywa ją. Co tłumaczy następną przyczynę, dla której nie wróci i nie uratuje Polski: zdecydowana większość po prostu nie chce zostać uratowana. Prawicowe, niezamożne i niewykształcone trutnie najzwyczajniej w świecie pożądają homofobii. Oraz zanieczyszczonego środowiska. A także zasiłku na dziecko. Chcą wcześniejszej emerytury. I bądźmy wobec samych siebie uczciwi: wielu z was, drodzy czytelnicy, pragnie właśnie tego. Rząd Tuska mógł większości Polaków przynieść awans dzięki progresywnej polityce społecznej i ekologicznej, wynagradzając ich tak, jak PiS nagradza ich za to, że są nietolerancyjnymi czcicielami węgla.

Tusk mógł to w Polsce przeprowadzić.

I zmarnował tę okazję.

Jak się kupuje senatora. Media: trwają tajne negocjacje PiS z PSL

PiS cały czas szuka większości w Senacie. Polityk PO przyznał, że był sondowany w tej sprawie. Okazuje się, że także z PSL partia Jarosława Kaczyńskiego prowadzi rozmowy w zaciszu gabinetów. Z nieoficjalnych informacji wynika, że ludowcy mieliby dostać stanowisko marszałka Senatu i wejść w koalicję w Sejmie.

Szef PSL Władysław Kosiniak-Kamysz deklaruje, że ręczy za swoich senatorów. Jak jednak ustalił „Newsweek”, PiS już zaczęło rozmowy z PSL. – W każdym razie wysłuchała oferty. A oferta jest taka: marszałek Senatu dla nas, koalicja w Sejmie z PiS, a potem zmiana układu w sejmikach. Jeśli zrobimy koalicję z PiS, będziemy mieć spokój. A potem spółki Skarbu Państwa dla naszych i wpuszczenie PSL do agencji rolnych – mówi tygodnikowi anonimowo polityk PSL. Jako pierwsza o tych ustaleniach pisała Wirtualna Polska.

Powyborcze układanki w Sejmie mają wpływ także na sytuację w PO. Jak pisze „Newsweek”, młodzi politycy ugrupowania domagają się zmiany lidera. Pozycja Grzegorza Schetyny przed styczniowymi wyborami jest zagrożona.

– Nasi wyborcy chcą zmiany pokoleniowej. Od niedzieli dzwonią i mówią: Albo macie jaja i odsuniecie Schetynę od władzy w Platformie, albo się od was odwrócimy – mówi tygodnikowi poseł PO z pokolenia 40-latków.

Okazuje się, że Grzegorz Schetyna w obawie przed rozliczeniami nie przyszedł na posiedzenie klubu parlamentarnego. Politycy twierdzą, że bał się powyborczych rozliczeń. Ani przewodniczący, ani jego współpracownicy nie przyszli także na rozpoczęcie obrad starego Sejmu w sali plenarnej.

Kmicic z chesterfieldem

„Mamy takiego swojego Jankowskiego teraz, w naszych czasach” – oznajmiła na antenie TOK FM posłanka opozycji Joanna Scheuring-Wielgus w rozmowie Piotrem Kraśko. – „To jest ksiądz Dymer ze Szczecina, który ma powiązania ze wszystkimi politykami, od prawa po Platformę Obywatelską, a który robi rzeczy niewyobrażalne, jeśli chodzi o przestępstwa seksualne. Jest cały czas kryty przez władzę, przez polityków, przez biznesmenów ze Szczecina. Musimy o tym mówić” – oświadczyła.

O duchownym pisała także szczecińska „Gazeta Wyborcza”, ujawniając, że prokuratura wszczynała śledztwa dwukrotnie. Oba zostały umorzone. Także kilkuletni proces, do którego w końcu doszło, zakończył się uniewinnieniem duchownego.

Polityczka zapowiedziała, że w tej sytuacji powoła zespół parlamentarny, który będzie zajmować się Kościołem. – „Mogę zagwarantować, że to będzie jeden z głównych tematów, którymi się zajmę” – zapewniła.

Przy okazji nawiązała do toczącej się obecnie w Sejmie debaty na temat edukacji seksualnej, zwracając uwagę

To ona apelowała w Sejmie, by odrzucić obywatelski projekt…

View original post 2 064 słowa więcej

 

Schetyna musi odejść? Raczej nie, bo pomagamy Kaczyńskiemu

Wybory parlamentarne 2019. W kampanii patologię władzy, korupcję, jej afery ujawniały jedynie media. Nie słyszałem wyraźnych, mocno krytycznych słów ze strony polityków opozycji. Dlatego uważam, że w Platformie potrzebne są odważne zmiany i nowe przywództwo – wyniki wyborów komentuje Władysław Frasyniuk, legendarny opozycjonista z czasów PRL.

– Wstępne wyniki wyborów pokazały, że z naszej, czyli opozycyjnej strony nie było tak mocnej oferty, która zapewniłaby wygraną. Ale jak mogło być inaczej, jeśli to Olga Tokarczuk, laureatka Literackiej Nagrody Nobla, wygłosiła najbardziej porywające przemówienie w czasie tej kampanii wyborczej – mówi Władysław Frasyniuk.

Wybory parlamentarne 2019. Nobel dla Tokarczuk a wynik

Jak podkreśla Frasyniuk, nikt z opozycyjnych polityków nie mówił tak wyraźnie jak Tokarczuk o zagrożeniu demokracji w Polsce.

Dlatego głęboko wierzył, że słowa naszej wybitnej pisarki mogły wpłynąć na niższe poparcie niedemokratycznych partii.

– W kampanii patologię obecnej władzy, korupcję, jej afery ujawniały i pokazywały jedynie media. Nie słyszałem wyraźnych, mocno krytycznych słów ze strony najważniejszych polityków opozycji. Dlatego uważam, że w Platformie potrzebne są odważne zmiany i nowe przywództwo. W kontekście przyszłości widzę przestrzeń dla dwóch silnych formacji – liberalnej oraz lewicowej, które wspólnie będą w stanie odsunąć PiS od władzy – podkreśla.

I dodaje: – Źle wróży Polsce fakt, że do Sejmu mogą wejść posłowie Konfederacji. W tym przypadku nie mam cienia wątpliwości, że to Jarosław Kaczyński ze swoim nacjonalizmem uruchomił nacjonalizm, jak nową formę patriotyzmu, i stworzył przestrzeń dla tak nacjonalistycznych, podważających demokrację ugrupowań. Paradoksalnie kilka dni przed wyborami słyszałem głosy, że Konfederacja razem z partiami opozycyjnymi miałaby w koalicji odsunąć obecną władzę. Takie podejście źle świadczy o opozycji. Wstępne wyniki komentuję na gorąco, chwilę po ich ogłoszeniu, dlatego ciągle mam nadzieję, że one jeszcze się zmienią, że PiS będzie miał poparcie niższe niż 40 procent, a Konfederacja nie wejdzie do Sejmu.

Xerofas

Zakończyła się cisza wyborcza. Oto pierwsze, sondażowe wyników wyborów:

PiS – 43,6 proc.

Koalicja Obywatelska – 27,4 proc.

Lewica – 11,9 proc.

PSL – 9,6 proc.

Konfederacja – 6,4 proc.

Inne – 1,1 proc.

Wyniki exit poll Ipsos, źródło: TVN24.

Pracownia IPSOS, która przeprowadza badanie exit poll dla wszystkich stacji telewizyjnych, przedstawia następujący możliwy rozkład głosów w Sejmie.

Prawo i Sprawiedliwość – 239 mandatów

Koalicja Obywatelska – 130 mandatów

Lewica – 43 mandaty

PSL – 34 mandaty

Konfederacja – 13 mandatów

Większość zwykła w Sejmie wynosi 231 mandatów.

Jeśli potwierdzą się wyniki sondażowe, PiS utrzyma większość w Sejmie, choć patrząc na przemawiającego Jarosława Kaczyńskiego w sztabie PiS, dostrzec można było rozczarowanie, że jego partia nie będzie miała większości konstytucyjnej. – „Jeśli wynik sondażowy się utrzyma, przed nami kolejne cztery lata rządzenia, czeka nas refleksja nad tym, co się udało i nad tym, co spowodowało, że pewna część społeczeństwa uznała…

View original post 2 279 słów więcej

 

PSL, Kukiz i Międlar – nowa prawicowa Trójca św.

***

Na zdarzenie zareagował rzecznik PSL Jakub Stefaniak: Dementuję! Nie spotkał się z Międlarem, tylko Międlar dostał się na spotkanie z wyborcami, wykorzystał moment konferencji prasowej i nagrał rozmowę podając się za dziennikarza. Władysław Kosiniak Kamysz po całym dniu spotkań go nie rozpoznał. Odcinamy się od działalności tego człowieka!

– Nie wyobrażam sobie, że rozmawiałbym z dziennikarzem i nie zapytał o nazwisko i redakcję, którą reprezentuje. Prezes powinien być ostrożniejszy – wypowiada się senator Marek Borowski. 

Prof. Przemysław Żukiewicz (Uniwersytet Wrocławski): Rzecznik PSL tłumaczy, że Kosiniak Kamysz rozmawiał z Międlarem, bo… go nigdy na oczy nie widział. Jeśli lider PSL jest zatem tak zorientowany w polskiej polityce, to może faktycznie lepiej, by ta partia nie przekroczyła progu.

– Panie Władysławie – NIE. Nawet jeśli to było tylko przypadkowe spotkanie, to należało natychmiast i mocno zareagować. Kolejny strzał w stopę? Chyba się Pan mocno pogubił – komentuje ks. Wojciech Lemański.

Rozmowę z Międlarem odbył także obecny koalicjant PSL – Paweł Kukiz.

Kmicic z chesterfieldem

>>>

Więcej >>>

„Tak działa kombajn nienawiści i hejtu. A w tajnej grupie atakującej mnie i moją rodzinę DWÓCH DYREKTORÓW SĄDÓW nominatów Z. Ziobry – dyr. Sądu Rejonowego w Inowrocławiu i dyr. Sądu Okręgowego w Bydgoszczy” – podsumował Krzysztof Brejza doniesienia gazeta.pl. Portal zamieścił fragmenty rozmów z 2018 r., które prowadzili działacze Solidarnej Polski i PiS z Inowrocławia na komunikatorze WhatsApp.

Administratorem tej grupy był Ireneusz Stachowiak, polityk Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry. Należeli do niej m.in. dwaj dzisiejsi dyrektorzy sądów: Karol Adamski (dyrektor Sądu Rejonowego w Inowrocławiu) oraz Szymon Kosmalski (zastępca dyrektora Sądu Okręgowego w Bydgoszczy). A także pracująca obecnie w Urzędzie Wojewódzkim w Bydgoszczy była redaktor naczelna wydawanego przez ratusz miesięcznika „Nasze Miasto Inowrocław” – Beata Zarzycka.

Według gazeta.pl, członkowie grupy publikowali komentarze i produkowali memy atakujące posła Brejzę. Jeden z nich napisał: – „Zrobię z niego [Krzysztofa Brejzy – przyp.] Misiewicza lepszego niż z Bartka Misiewicza zrobili”. Uczestników…

View original post 1 173 słowa więcej

 

Jak PiS zdobył władzę?

Pytania, kto w rzeczywistości był pomysłodawcą i organizatorem tzw. afery podsłuchowej, która w dużej mierze przyczyniła się do wyborczej przegranej koalicji PO-PSL, dziś już niemal nikt nie stawia. To o tyle dziwne, że z ustaleń części prywatnych mediów wynikało, że tropy w tej kwestii prowadzą za wschodnią granicę i mogą sugerować aktywny udział rosyjskich służb specjalnych. Dla prawicowych wyznawców teorii o tym, że to one rządzą dziś światem, powinny przecież wywoływać strach, że skoro potrafili obalić rząd poprzedni, odpalając aferę w kluczowym momencie roku wyborczego, to w ten sam sposób mogą zakończyć erę “dobrej zmiany”. O tym, że jest ku temu sposobność, mogą świadczyć zeznania kelnerów z restauracji “Sowa i przyjaciele”, którzy wspominali o taśmach obciążających Mateusza Morawieckiego.

Mimo istnienia takiego teoretycznego zagrożenia, pisowska prokuratura tych wątków nie bada, nie podejmując też podsuwanych przez media tropów. Sprawia to wrażenie, że takiego obrotu sprawy się nie obawiają, bo być może sami w przygotowaniu afery i jej medialnym kreowaniu uczestniczyli. Mają też kozła ofiarnego, który został skazany i właśnie trafił do polskiego zakładu karnego.

Problem jednak w tym, że Marek Falenta siedzieć za kratami nie chce, nie poczuwając się do odpowiedzialności. Nie zamierza też być bierny – właśnie złożył do prezydenta Andrzeja Dudy trzeci już wniosek o ułaskawienie. Tym razem jednak mówi już wprost, że jeśli nie zostanie on rozpatrzony pozytywnie, to zdecyduje się on napisać książkę o kulisach afery podsłuchowej, której to przecież nie politycy obecnej opozycji mogą stać się głównymi bohaterami. Być może dowiemy się, jak to naprawdę było z bliskimi kontaktami biznesmena z politykami PiS, obietnicami intratnej fuchy w państwowych strukturach w zamian za pomoc w obaleniu poprzedniego rządu, czy faktyczną treścią nagrań z obecnym premierem. Ta książka niewątpliwie bardzo szybko stałaby się bestsellerem, pokazując to, o czym Prawo i Sprawiedliwość pod żadnym pozorem nie chce głośno mówić.

A może jest też tak, że służby specjalne jednak faktycznie rządzą światem i właśnie podjęły decyzję o uruchomieniu procesu obalania rządów Zjednoczonej Prawicy. Pokażą najbliższe miesiące.

Depresja plemnika

Na jednym z najlepszych uniwersytetów polskich w dużym ośrodku wielkomiejskim na kierunku biologia w ogóle studenci nie uczą się jednej z najważniejszych teorii, jakie powstały w historii nauki. Bo teoria ewolucji – próbują się bronić jej adwersarze – już dawno przestała być hipotezą roboczą, a nawet teorią i jak żadna inna idea nie zdobyła tylu poważnych argumentów i dowodów paleontologicznych.

Problem w tym, że dyskutujący z Kościołem nie znają się ani na biologii, ani filozofii, a tym bardziej – psychologii religii czy teologii, choćby własnego wyznania. Problem w tym, że spada poziom nauki i edukacji – w szkole nie usłyszysz o najnowszych ustaleniach neuroteologii, “hełmie Boga”, poważnych pracach z kosmologii, które nie tylko wykluczają “stwórcę”, czyniąc go zbędną hipotezą, ale wręcz logicznie argumentują, że kosmos stworzony nie byłby taki, jak jest i jaki poznajemy dzięki nauce, a nie dzięki religii.

Nie przeczę, że ważne są “społeczne” i socjalno-bytowe kwestie kościelne…

View original post 1 921 słów więcej

 

PiS demoluje dorobek Polaków po 1989 roku

Jedną  z kwestii, które najbardziej dzielą polską scenę polityczną, jest stosunek do transformacji ustrojowej i dziedzictwa ostatnich 30 lat III RP. Kiedy bowiem opozycja widzi w nas lidera regionu i wzór udanej drogi ku zamożności, to w tym samym czasie obóz rządzący widzi III RP jako okres korupcji elit i zmarnowania szans zamykający się w narracji „Polski w ruinie”. Symbolem całego zła, jakie reprezentuje III RP, jest na prawicy Leszek Balcerowicz i jego plan. PiS promuje bowiem narrację, że ten oddał za bezcen polskie firmy w ręce zagranicznych korporacji, a kraj wpędził w kryzys manifestujący się galopującym bezrobociem i inflacją. Linia ta, choć ideologicznie bardzo kusząca, to jednak nie wytrzymuje starcia z danymi gospodarczymi. Forum Obywatelskiego Rozwoju przygotowało cykl zestawień statystyk ekonomicznych, które obalają krążące mity dotyczące transformacji.

Okazuje się bowiem, że choć Polska także wpadła w kryzys po upadku PRL, to przyjęte w naszym kraju reformy pozwoliły wyjść z niego znacznie szybciej niż większości innych krajów postkomunistycznych. Polska była pierwszym z nich, który zanotował dodatni wzrost gospodarczy. Stało się to już w 1992 roku. Tymczasem Węgrzy i Czesi osiągnęli to w 1994 roku, Litwa 1995, a Rosja dopiero 1997. Najgorzej wypadła Ukraina, której udało się to dopiero w 1999 roku. Także pod kątem gwałtownie rosnących cen nad Wisłą zapanowano nad sytuacją wcześniej niż w reszcie regionu, czyli 1992 roku. Przed nami z tym zadaniem poradziły sobie tylko Węgry w 1990 roku, a część krajów Europy Wschodniej walczyła z inflacją aż do 1996 roku. Reformy ustawy Wilczka i planu Balcerowicza pozwoliły Polsce przejść przez wstrząsy lat 90tych szybciej, niż mogłoby to mieć miejsce bez nich.

Nie jest to jednak jedyny popularny mit dotyczący transformacji. Jednym z zarzutów wobec planu Balcerowicza było bowiem poddanie się dyktatowi kapitału zagranicznego, który zmienił Polskę w półkolonię. Rzeczywistość była o wiele bardziej skomplikowana, ponieważ inwestorzy często wykupowali tanio państwowe przedsiębiorstwa, ale mimo to główna ich aktywność skupiała się na własnych inwestycjach nad Wisłą, które napędzały gospodarkę. W latach 1990-2001 dochody z prywatyzacji wyniosły 74 mld zł (równoważnych sile nabywczej PLN z 2016 roku), podczas gdy bezpośrednie inwestycje zagraniczne w tym samym czasie były warte prawie cztery razy więcej – 286,9 mld zł.

Wbrew narracji PiS prywatyzacja lat 90-tych nie doprowadziła do oddania całego przemysłu kraju w obce ręce, ani nie doprowadziła do jego załamania. Choć popełniano błędy, a wiele zakładów upadło, to jednak cały sektor przemysłu i przetwórstwa zaczął dzięki reformom i transferowi technologii oraz know how z zachodu dynamicznie się rozwijać. Tylko w latach 1990-2000 produkcja przemysłowa wzrosła bowiem o aż 200%. Do dziś jest to przeszło 900%.

Nie jest równocześnie tak, że sektor się rozwija, ale nie jest w polskich rękach. W Polsce udział kapitału zagranicznego w przetwórstwie przemysłowym wynosi 43,6%, podczas gdy średnia unijna jest niewiele mniejsza, na poziomie 36,6%. Wypadamy w tym zakresie także lepiej na tle regionu, gdzie kapitał zagraniczny ma średnio udziały na poziomie 53,1%.

Widać zatem wyraźnie, że narracja PiS w sprawie skutków transformacji jest oparta na fałszywych założeniach. Polskie reformy okazały się bowiem nie powodem do wstydu, ale drogą, która umożliwiła gospodarczy sukces ostatnich 30 lat.

“Polski los” staje się w Europie synonimem upadku standardów państwa, które popada w rosnący populizm i finansową nieodpowiedzialność. Nasz kraj jako przestroga stał się bohaterem numeru niemieckiego dziennika “Die Welt”, który, powołując się na ekspertyzy ekonomistów ostrzega rządy krajów Europy przed podzieleniem losu Warszawy. Dziennikarze przytoczyli tutaj raport “European Progress Monitor” autorstwa Holgera Schmieding i Floriana Hense z hamburskiego banku prywatnego Berenberg.

Wnioski ekspertów są dla naszego kraju niepomyślne. Kontynent jest lepiej przygotowany do poradzenia sobie z kolejnym kryzysem finansowym niż w 2007 roku czy 2013, ale kolejne rządy przysłowiowo “spoczywają na laurach”. Dziennik przytacza gotowość poszczególnych krajów do reform, w czego kontekście synonimem nieodpowiedzialności staje się tzw. “polski los”. To ostatnie pojęcie jest rozumiane jako sytuacje, kiedy: Rozsądny rząd nie wydaje nadwyżek, ale zostaje zastąpiony przez rząd populistyczny, który roztrwania pieniądze.

“Die Welt” nie zostawia na Polsce suchej nitki: “Tak było w Polsce, gdzie w latach 2007 – 2014 rząd Donalda Tuska, obecnego przewodniczącego Rady Europejskiej, nie pozwalał sobie na trwonienie pieniędzy. Jego następcy z populistycznej partii PiS, która od 2015 roku ma większość parlamentarną, poluzowały cugle, przede wszystkim poprzez kosztowne nowe projekty emerytur”. Autorzy wyjaśniają także czytelnikom, że mimo obecnie wydawałoby się dobrej sytuacji finansowej Warszawa jeszcze poniesie konsekwencje nieodpowiedzialnych praw ustanowionych w ostatnich latach, szczególnie obniżki wieku emerytalnego: “Rachunek jeszcze nadejdzie, gdyż obietnice emerytalne mają długofalowe skutki”.

W tym kontekście niemiecki dziennik ostrzega, że podobna sytuacja jak w Polsce grozi Irlandii, Holandii, w pewnym stopniu Danii i także Niemcom. Naszym, zachodnim sąsiadom zarzuca się zbyt duży nacisk na rozbudowę systemu świadczeń socjalnych.  Zdaniem autorów państwo niemieckie już teraz wydaje w porównaniu z innymi krajami zbyt dużo na ten cel. Tutaj warto przywołać efekty 500+ i innych programów rządowych w Polsce, w wyniku których wydatki państwa na wsparcie rodzin skoczyły do 55 mld zł, czyli 2,8% PKB Polski, w tym wręczanie pieniędzy “do ręki” pochłania już ponad 1,8% PKB, ustępując w tym zakresie tylko 6 krajom wspólnoty.

Widać zatem wyraźnie, że z prymusa europejskiej transformacji gospodarczej Polska zaczyna zmieniać swój wizerunek na kraj nieodpowiedzialnych populistów. W świetle latami rosnącej pozycji i reputacji naszego kraju w Europie taki obrót spraw w ostatnich latach jest szczególnie smutny. Biorąc to pod uwagę, wybory europejskie są jednym z ostatnich momentów, aby wizerunkowe pogrążanie naszej ojczyzny w Europie  można jeszcze powstrzymać.

„Solidarność” robiła coś odwrotnego, niż dziś PiS. Budowała wiarę w ekspertów, w ludzi wykształconych, prowadziła wszechstronne akcje oświatowe, była otoczona kręgami ekspertów i dzięki temu zgłaszała odpowiednie postulaty i decyzje, które miały służyć większej racjonalności. Dziś nienawidzi się ekspertów, wiedzy, buduje się społeczeństwo antyintelektualne, antyinteligenckie, antyoświatowe, buduje się nienawiść i niechęć do ludzi chcących modernizacji – mówi o wyborach 4 czerwca prof. Andrzej Friszke, historyk, członek pierwszego Kolegium IPN (1999-2006) oraz członek Rady IPN (2011-2016). O genezie wyborów 4 czerwca, ale i o konsekwencjach. – Przełom 1989 roku to była delikatna, skomplikowana polityka w skomplikowanej relacji międzynarodowej i trzeba mieć wiedzę, aby to zrozumieć. Poruszanie się w schematach zerojedynkowych, podbudowanych moralną wyższością, nie pomaga w zrozumieniu sprawy – mówi.

JUSTYNA KOĆ: Wybory 4 czerwca 1989 roku to początek wolnej Polski czy spisek polityków z SB? Odpowiedź na to pytanie determinuje także dzisiejszą politykę…

PROF. ANDRZEJ FRISZKE: Prawdę mówiąc, wstyd odpowiadać na takie pytanie. Pewni ludzie nieczytający nic wartościowego i niemający zielonego pojęcia o tamtej epoce głoszą tezy mające zdelegitymizować ludzi i formacje tworzące III RP. Nie ma najmniejszych podstaw do zadawania takiego pytania. Od 2002 roku mamy otwarte akta IPN, które są analizowane. Wszystkie istotne już właściwie zostały przejrzane, podobnie teczki personalne, nie ma najmniejszych powodów, żeby takie głupstwa powtarzać.

Jednak wiele osób, także obecnie na najwyższych stanowiskach, tak twierdzi. Tak sugerował np. Andrzej Zybertowicz, powołując się na wypowiedź Andrzeja Gwiazdy. Brakuje elementarnej wiedzy na ten temat. Może powinniśmy bardziej celebrować te wydarzenia, aby zwiększyć świadomość? To powinno być święto narodowe?
Być może tak, tylko żeby opowiedzieć dobrze tę historię, to trzeba coś rozumieć z ówczesnego życia politycznego i mieć świadomość, jak wyglądała sytuacja międzynarodowa oraz na czym polegał kryzys gospodarczy lat 80.

Trzeba też myśleć o rządzących wtedy Polską inaczej, niż poprzez schemat budowany na stereotypie stalinizmu. Mam na myśli postrzeganie tamtego okresu przez same morderstwa, zbrodnie itd. Jeżeli nosi się w głowie taki absurdalny obraz  rzeczywistości PRL, jaki jest upowszechniany od wielu lat przez polską prawicę, to nigdy się tego nie zrozumie.

Przełom 1989 roku to była delikatna, skomplikowana polityka w skomplikowanej relacji międzynarodowej i trzeba mieć wiedzę, aby to zrozumieć. Poruszanie się w schematach zerojedynkowych, podbudowanych moralną wyższością, nie pomaga w zrozumieniu sprawy.

To zacznijmy od początku. Geneza wyborów 4 czerwca to 1985 rok i dojście Gorbaczowa do władzy, a może wcześniejsze Porozumienia Sierpniowe?
Moim zdaniem musimy się cofnąć do epoki przedsolidarnościowej, czyli do 1978 roku, kiedy nastąpił spadek dochodu narodowego o 2 proc. i w zasadzie nigdy to już nie zostało odrobione, mimo różnych podejmowanych przez władze prób. To pokazywało, że system ekonomiczny PRL jest niewydolny i wymaga bardzo poważnych reform. Nie można ich było przeprowadzić z przyczyn politycznych i ideologicznych. Z czasem kryzys stawał się coraz bardziej odczuwany, groził katastrofą. Potrzeba podjęcia bardzo poważnych reform to był główny motyw tego, co się wydarzyło.

To widać w postulatach sierpniowych, gdzie oprócz postulatu wolnych związków zawodowych było sporo postulatów odnośnie do „chleba”.
Porozumienia Sierpniowe podpisano w drugim roku trwania kryzysu, więc ludzie dopiero zaczynali mieć świadomość, że źle się dzieje. Do konkluzji, że to jest kryzys strukturalny, było jeszcze daleko. Przypominam, że zaraz po Sierpniu zostaje powołana sejmowa komisja do spraw reformy gospodarczej, zatem władza wie już o problemie. Okaże się potem, że nie ma warunków politycznych do zmian, zatem mało co się zmieni.

Co do zapisów Porozumień, to oczywiście zawsze tak będzie, że strajk, bunt społeczny ma dwa rodzaje żądań: politycznych, ale i ekonomicznych, bo te ostatnie bardziej mobilizują ludzi i zwiększają siłę ruchu. Trzeba też powiedzieć, że

propaganda systemu komunistycznego w latach gierkowskich zapewniała, że ludziom się należy pewien poziom życia i dostatku, dostępności do społecznych dóbr, także prawo do mieszkania, i to dawało później świadomość, że system jest niewydolny, bo nie spełnia tych oczekiwań.

Czyli władza sama sobie wyhodowała ten problem?
W perspektywie generalnej tak. Na tym polegał właśnie komunizm, ale tu musimy cofnąć się jeszcze dalej. Do początku komunizmu i tego, co ten system obiecywał: wzrost poziomu życia, zamożności, i do dla ludzi z warstw ludowych, mieszkanie dla każdego, opieka społeczna dla każdego, służba zdrowia… Obiecywał pewną równość. Oczywiście władza miała specjalne przywileje, o czym się nie mówiło, ale każdy wiedział. Ta irytacja na przywileje władzy także ma wyraz w Porozumieniach Sierpniowych.

Wróćmy do lat 80., które przynoszą zaostrzenie sporu rządu z „Solidarnością” i polaryzację, w połowie dekady pojawia się Gorbaczow i w ZSRR kończy się czas „rządów betonu”. Na ile to było ważne dla polskich przemian? Gdyby nie Gorbaczow, nie byłoby 4 czerwca?
Oczywiście. Tu trzeba powiedzieć, jaka była rola ZSRR w całym systemie. Przede wszystkim Moskwa zainstalowała system w Polsce, a następnie dbała o jego niezmienność; żeby kierownictwo partii sprawowało pełną kontrolę nad społeczeństwem, aparatem władzy, gospodarką. I żeby się nic nie zmieniało. Same hasła reform gospodarczych czy próby poluzowania kontroli aparatu władzy nad gospodarką wywoływały skrajnie negatywne reakcje w Moskwie. To jest jedna z głównych przyczyn tego, że nie udało się wprowadzić reform w Polsce. Nagle pojawił się Gorbaczow ze świadomością ich potrzeb, chociaż dodam, że kluczowa była tu też katastrofa w Czarnobylu, która ukazała w pełni niewydolność tego systemu; że grozi realną katastrofą. W ZSRR to obnażyło anachroniczność i niemożność kontynuowania systemu zarządzania i braku kontroli. Pogłębiał się też dystans technologiczny między ZSRR a światem Zachodu. W konsekwencji

nagle okazało się, że to ZSRR do reform zachęca. To tworzyło warunki do poszukiwania rozwiązań politycznych. W samym ZSRR oprócz przemian gospodarczych pojawiła się głasnost, czyli jawność, wolność krytyki, potem pomysły na zmiany zasad wyborczych. Krótko mówiąc, ta fala otwierała możliwości liberalizacyjne.

Oczywiście to nie było takie proste, bo reżim w PRL miał swoje pokłady konserwatyzmu i bał się rozmowy z tymi, których wsadzał do więzień, oraz powrotu wielkiej fali „Solidarności”, która mogła by ich zmieść. Dlatego to wszystko trwało, Kościół angażował się w mediacje. W końcu nastąpił ruch strajkowy w roku 1988, władza się przestraszyła, że to już ta fala i dopiero wtedy powstały warunki do podjęcia negocjacji.

I tu mamy rozmowy w Magdalence, które doprowadzają do Okrągłego Stołu i w konsekwencji do wyborów 4 czerwca 89, do których, podobno, bardziej parła władza, niż „Solidarność”, która obawiała się, że po wyborach stanie się „kwiatkiem do kożucha”. To prawda?
Tak, ponieważ „Solidarność” przede wszystkim chciała odbudowy związku, bo przecież była zdelegalizowana. Za działanie w „Solidarności”, próby odbudowywania związku groziły represje, bo były to działania nielegalne. Dlatego nadrzędnym postulatem i warunkiem koniecznym było przywrócenie legalności „Solidarności”. Władza natomiast broniła się przed tym, a zależało jej na wciągnięciu ludzi „Solidarności” do legitymizowania systemu i udziału w strukturach parlamentu, żeby zapewnić osłonę dla koniecznych ciężkich reform gospodarczych.

Drastyczne reformy były konieczne, bo stan gospodarki był tragiczny. Bez bolesnych refom połączonych z wyraźnym obniżeniem płac i poziomu życia nie było mowy o tym, żeby nawet ruszyć z miejsca. Wiadomo było, że należy podnieść ceny, ale nie płace, zamknąć najbardziej deficytowe zakłady. To zaczął już robić rząd Rakowskiego.

Władza potrzebowała też ludzi „Solidarności”, aby pokazać otwartość, wejście na drogę demokratycznych i rynkowych reform, co umożliwi rozmowy z Zachodem o zmniejszeniu obciążeń czy redukcji gigantycznego długu. W zamian chciała dopuścić ich do Sejmu, ale nie do rządu.

Kiedy władze komunistyczne przekonały się, że to się nie uda? Czy to mogła być klęska listy krajowej z największymi dygnitarzami – Rakowskim, Kiszczakiem, Sawickim?
To był akt zamykający, klęska partii, ale już przy Okrągłym Stole „Solidarność” wynegocjowała bardzo duże zmiany ustrojowe, które wcześniej nie były przewidywane, a zmieniły radykalnie sytuację, wspomnę tu chociażby wolne wybory do Senatu. W konsekwencji Senat stał się właściwie całkowicie solidarnościowy: 99 mandatów na 100.

Frekwencja wyborów 4 czerwca to 62 proc. To porażka?
To ważne pytanie, które powinno powrócić w kontekście tego, co mamy obecnie. Na ile społeczeństwo interesowało się strefą publiczną, na ile miało myślenie państwowe? Jednak częściowo przyczyn niskiej frekwencji można szukać w tym, że p

rzez cały PRL udział w wyborach był uważany za obowiązkowy. Po raz pierwszy obywatele dostali wolność, aby nie iść. To niestety bardzo niedobra manifestacja wolności.

Niska frekwencja pozostała. Czy możemy przyczyn upatrywać w tamtych wydarzeniach?
Częściowo może tak, bo wielu ludzi w PRL uważało, że gdy nie pójdą do wyborów, mogą się liczyć z represjami, że dzieci nie przyjmą na studia albo mieszkania się nie dostanie. Zatem lud maszerował i głosował na PZPR jak trzeba. Ciekawe, że w tych rejonach, które są dziś bastionem PiS, „Solidarność” miała najtrudniej, choć to nie znaczy, że tam poparcie miała partia. To były raczej sklerykalizowane regiony, gdzie nie istniała żadna działalność społeczna, mówię o Podkarpaciu, ścianie wschodniej, małych miastach czy wsiach, gdzie w ogóle nie było „Solidarności”. Ludzie szli za księdzem plebanem, co dało w 89 sukces, bo wtedy księża namawiali do głosowania na „Solidarność”.

Dziś mamy elity, które są świadome zagrożenia demokracji, praworządności, zdają sobie sprawę, czym jest trójpodział władzy, protestują w obronie konstytucji, i tych, którzy głosują na PiS. Szukając analogii z PRL, musi dojść do załamania gospodarki, aby przestali popierać władzę?
Mam podobne obawy i sam się zastanawiam, czy społeczeństwu w 89 roku zależało na wolności i demokracji, czy po prostu była to reakcja na kryzys, braki towarów, obniżenie poziomu życia. Pewnie jedno i drugie, bez jednego nie byłoby drugiego. Natomiast rzeczywiście wnioski, jakie się nasuwają, są smutne.

Przez 30 lat nie zbudowano przywiązania do wolności, praworządności, odpowiedzialności za siebie, za stan gospodarki.

„Solidarność” robiła coś odwrotnego, niż dziś PiS. Budowała wiarę w ekspertów, w ludzi wykształconych, prowadziła wszechstronne akcje oświatowe, była otoczona kręgami ekspertów i dzięki temu zgłaszała odpowiednie postulaty i decyzje, które miały służyć większej racjonalności. Dziś nienawidzi się ekspertów, wiedzy, buduje się społeczeństwo antyintelektualne, antyinteligenckie, antyoświatowe, buduje się nienawiść i niechęć do ludzi chcących modernizacji. Trudno powiedzieć, jak lud zareaguje na tak destrukcyjną propagandę, jaką obserwowaliśmy przy okazji strajku nauczycieli czy kampanii wrogości do sędziów. To kult niekompetencji, braku wykształcenia, kult braku solidnej pracy. Wszystkie te cechy, które są rozwojowe, są dziś opluwane.

Może to jest wina elit III RP, że nie zbudowały społeczeństwa obywatelskiego? Uwierzyły, że demokracja sama się obroni, a wszystko załatwi niewidzialna ręka rynku?
Ostrożnie z takimi tezami. Gdyby większość tak uważała, nie dopuszczano by do głosu ludzi o innych poglądach w publicznych mediach, tak jak robi się to obecnie. Wolność polega też na możliwości krytykowania, nieuczestniczenia w życiu publicznym, zgłaszania alternatyw, a słuchacze i czytelnicy oceniają i decydują w wyborach. Natomiast parę rzeczy zostało odpuszczonych. Po pierwsze,

należało wspierać mocno lokalne elity: nauczycieli, bibliotekarzy, animatorów życia kulturalnego na prowincji. Ta grupa powinna być mocno wspierana przez państwo, bo ona mogła podnosić poziom kultury i budować zalążki społeczeństwa obywatelskiego „od dołu”, a niestety tak się nie stało.

Po drugie, łatwo odpuszczono wsparcie organizacji społeczno-wychowawczych, takich jak harcerstwo. To wszystko zawaliło się w Polsce prowincjonalnej i dało miejsce tak destrukcyjnym ruchom, jak „kibolskie” czy nacjonalistyczne.

U nas nigdy nie utrwalił się duch Oświecenia. Najważniejsze było odzyskanie niepodległości, a nie przeobrażenie świadomości zbiorowej w racjonalnym, sceptycznym i liberalnym duchu. Cały czas znać o sobie daje fundamentalne rozdarcie i radykalnie spolaryzowana batalia o przyszłość Polski – o to, po której stronie europejskiej tradycji będziemy, po zachodniej czy po wschodniej. To bierze się też po części i z tego, że przez wieleset lat stanowiliśmy część rosyjskiego Wschodu – w istocie aż do 1989 roku. Tego nie da się wytrzebić w ciągu trzydziestu lat wolności – mówi prof. Zbigniew Mikołejko, filozof i historyk religii, eseista, kierownik Zakładu Badań nad Religią w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN

KAMILA TERPIAŁ: „Tylko nie mów nikomu” braci Sekielskich nie jest filmem o pedofilii. To jest film o tym, że gdy członkowie jakiejś instytucji mają za dużo władzy i poczucie bezkarności, mogą pozwalać sobie na wykorzystywanie najsłabszych. Podpisałby się pan pod takim stwierdzeniem?

ZBIGNIEW MIKOŁEJKO: Tak, to jest przede wszystkim film o władzy. Tam, gdzie w grę wchodzi cielesność i seksualność, zawsze o to chodzi. Ujmując rzecz w dużym skrócie – stosunek do ciała dotyka tego, co najgłębsze, najbardziej intymne w człowieku i jest modelem wszystkich innych stosunków: politycznych, kulturowych, moralnych czy mentalnych. Władza absolutna stwarza możliwość absolutnego zawładnięcia ciałem. Objawia się tu myślenie, że skoro mam pełnię władzy, to wszystko jest dozwolone. Można powiedzieć metaforycznie, że zniewolenie cielesne, które się bezkarnie dokonywało, jest wyrazem zniewolenia mentalnego i moralnego. Społeczeństwo polskie dało się zniewolić. Lecz

to nie jest tak, że za to wszystko odpowiada sam tylko Kościół – odpowiadają za to także różne grupy społeczne i polityczni działacze, którzy pozwolili na taką władzę Kościoła nad duszami i ciałami.

Widzimy przejaw władzy absolutnej?
Ta przestępczość ma wymiar moralny, ale przede wszystkim jest to – jak mówił Jan Paweł II – „grzech strukturalny”. Ogromne znaczenie ma tu zarazem zadzierzgnięcie tak silnego mariażu ołtarza z tronem, i to z każdym tronem. Ale w ostatnich prawie czterech latach jest to widoczne wręcz drastycznie…

Kościołowi zaszkodzi taki mariaż?
Na krótką metę już szkodzi, ale bardziej jeszcze zaszkodzi także na dłuższą. Zwłaszcza że jest sojusz taki jest zawarty wbrew nauczaniu Kościoła powszechnego i Soboru Watykańskiemu II, który orzekł, że duchowni nie mogą wchodzić w „polityczne buty” i wspierać żadnych partii politycznych. Tymczasem kiedy przemawia abp Sławoj Leszek Głódź, bp Wiesław Mehring czy abp Józef Michalik, w gruncie rzeczy słyszymy aparatczyków partii rządzącej.

Ale na krótką metę obu stronom jest to na rękę.
Tak, oczywiście. Duchowni otrzymują bowiem za to apanaże, a partia wsparcie tak istotnej i ogromnej instytucji. Mamy przy tym do czynienia z błędnym kołem. Obie strony tego układu wzajemnie potęgują swoją moc, pazerność i dobrostan. I tak to trwa. Nie dotyczy to naturalnie wszystkich księży, ale niestety dominującej grupy w polskim Kościele. Jedyną szansą na zmianę jest twarde, ostre rozdzielenie państwa i Kościoła. I nie mówię o walce z Kościołem. Ale bez sensu jest też mówienie o przyjaznej separacji, tym bardziej że została ona przez rozmaitych polityków i duchownych naruszona, może nawet zdruzgotana – na rzecz właśnie wspomnianego mariażu.

Wpływ na te relacje może mieć sprawa pedofilii w Kościele?
Oczywiście. Nie znamy skali tego zjawiska, bo jak zwykle w przestępstwach seksualnych tzw. ciemna liczba jest większa.

Wiele ofiar i środowisk cały czas milczy, bo mówienie prawdy jednak skazuje na stygmatyzację. Ważne jest to, że stworzony został pewien system, który ma właściwości systemu mafijnego – „swój człowiek” może zrobić wszystko, a my go ochronimy.

To też pokazuje słabość państwa i prawa. W filmie braci Sekielskich pokazany jest między innymi przypadek kapelana więziennictwa, który udziela schronienia i pozwala na odprawianie mszy z dziećmi skazanemu już duchownemu. Buzuje w nim bezczelność, pycha i cynizm, bo wie, że włos mu z głowy nie spadnie. Nic w tej sprawie nie zrobili ani minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, ani wiceminister odpowiedzialny za więziennictwo. Dla wielu ludzi Kościoła nic zatem nie znaczy polskie prawo i tym samym tworzy się rodzaj państwa w państwie.

Kościół jeszcze długo nie będzie gotowy na poważne potraktowanie tej sprawy i wewnętrzne rozliczenie?
Gdyby był, to już działoby się coś ważnego… Na razie słyszymy tylko głosy i to często sprzeczne. Najbardziej krytyczni i niezależni w sądach są najczęściej jezuici i dominikanie, czyli członkowie zakonów, których zwierzchność jest w Rzymie.

Co zatem powinno się wydarzyć?
Powinno wkroczyć państwo. Prawo, prawo i jeszcze raz prawo. Niemożliwe są bowiem sytuacje, w których prawo nie będzie działać – na przykład wobec kogoś udzielającego świadomie schronienia przestępcy w sutannie. Nie może być po prostu tak, że oni czują się bezkarni! Nie może być też tak, że w szeregach partii rządzącej jest osoba (i to na czele sejmowej komisji sprawiedliwości), która chroniła – skazanego przecież za pedofilię – słynnego proboszcza z Tylawy, zresztą nadal aktywnego duchownego, także w Radiu Maryja. Nie rozumiem przy tym głosów nawołujących do tego, abyśmy nie byli antyklerykalni. Antyklerykalizm nie jest złem.

Antyklerykalizm to nie antyreligijność. W Polsce dokonano natomiast bardzo złowieszczego podstawienia – zrównano antyklerykalizm z antyreligijnością. Tymczasem można być człowiekiem głęboko religijnym i antyklerykałem.

Czym jest antyklerykalizm?
Jest postawą dotyczącą zwalczania nadmiernej pozycji kleru.

Może przyczynić się do uzdrowienia Kościoła?
Tak, antyklerykalizm jest uzdrawiający. Ale trzeba głośno mówić o tym, że nie ma równości między antyklerykalizmem i antyreligijnością. Polska religijność miesza przy tym porządku i utożsamia się z klerykalizmem. Nic dziwnego, skoro bierze się z tradycyjnego lenistwa umysłowego, także w sprawach wiary. Nawet ludzie wykształceni oddają więc wszystkie kwestie religijne w ręce „funkcjonariuszy kultu”, jak ich zwał Lejzorek Rojsztwaniec, i poprzestają na szczątkowej świadomości religijnej z epoki pierwszej komunii. Często przy tym w grę wchodzą tylko emocje. A tak się nie da. Jak mawiał święty Tomasz z Akwinu, jeśli się nie używa rozumu w sprawach wiary, to popada się w grzech.

Dlatego tak grzeszymy?
Polacy są tak naprawdę od całych pokoleń obojętni w sprawach wiary (choć nie w sprawach Kościoła).

Nie toczyły się u nas na przykład krwawe wojny o pojmowanie łaski, które prowadziły do wzajemnego wyrzynania się stron, jak we Francji czy Niemczech. Były, owszem, jakieś napięcia, ale nigdy nie ostateczne, bo mało kogo to obchodziło.

Sprawa pedofilii w Kościele coraz więcej osób zaczęła jednak obchodzić.
I zaczyna to przypominać spóźnioną wojenkę religijną, którą wiele państw ma już dawno za sobą. To ma związek również z tym, że u nas nigdy nie utrwalił się duch Oświecenia. Najważniejsze było odzyskanie niepodległości, a nie przeobrażenie świadomości zbiorowej w racjonalnym, sceptycznym i liberalnym duchu. Cały czas znać o sobie daje fundamentalne rozdarcie i radykalnie spolaryzowana batalia o przyszłość Polski – o to, po której stronie europejskiej tradycji będziemy, po zachodniej czy po wschodniej. To bierze się też po części i z tego, że przez wieleset lat stanowiliśmy część rosyjskiego Wschodu – w istocie aż do 1989 roku. Tego nie da się wytrzebić w ciągu trzydziestu lat wolności.

Jaki wpływ ma na takie postawy katolicyzm?
Katolicyzm w Polsce nie jest tylko kwestią wiary, ale także tożsamości kulturowej i narodowej. W religijnym wymiarze katolicyzm w Polsce jest bowiem religią mniejszościową. Ot, około 37 proc. wiernych chodzi w niedzielę do Kościoła; ogromna liczba dzieci rodzi się w tzw. związkach niesakramentalnych; nikt nie przejmuje się naukami Kościoła w sprawach seksu przedmałżeńskiego, aborcji czy in vitro. Najłatwiej więc postawić sobie na czole stempelek „Polak-katolik” – i ma się sprawę „z głowy”.

Co mamy „z głowy”?
Naród jest wspólnotą wyobrażoną, zespołem wyobrażeń, które tworzymy i podzielamy. Mamy więc i takie wyobrażenie, że katolicyzm jest koniecznym składnikiem polskiej wspólnoty narodowej. To też wpływa na moją przynależność do szerszego porządku.

A gdzieś jest jeszcze słynna teza prof. Stefana Nowaka, że w Polsce za sprawą historii wspólnotowość spełnia się na dwóch poziomach – najwyższym, czyli narodowo-wspólnotowym, i najniższym, czyli bliskości rodziny, bliskich albo, co najwyżej, bardzo lokalnego układu. Środek jest więc pustawy, chociaż właśnie w nim spełnia się społeczeństwo obywatelskie.

Jaki ten podział ma wpływ na wybory?
Prawo i Sprawiedliwość apeluje umiejętnie i przebiegle do dwóch wspomnianych poziomów rozumienia wspólnoty, a to pozwala im łatwiej zawładnąć wyborcami. Opozycja mówi o środku, a on jest – niestety – kruchy, słaby i nie można na tym gruncie zbudować siły, która by zdołała mocno i brutalnie przeciwstawić się obecnej władzy. Trzeba byłoby zatem wejść w „grę” na najniższym i najwyższym poziomie. Ale opozycji liberalno-demokratycznej, z pewną nutą przy tym konserwatywną, słabo to wychodzi.

Ponad połowa Polaków uważa, że episkopat powinien się podać do dymisji. Pan zalicza się do tej grupy?
To nie rozwiązuje problemu. Nie powinno być odpowiedzialności zbiorowej, bo to jest tylko rozwiązanie zastępcze… Trzeba więc wskazywać na konkretne osoby, które z racji chronienia zła powinny odejść. Dlaczego mają odchodzić biskupi przyzwoici, chociaż może milczący albo bezsilni? Takie działanie byłoby wyszukaniem kozła ofiarnego. To jest klasyczna metoda, stosowana zresztą na przykład w komunizmie, kiedy w okresach kryzysu obwiniano o zło systemu tylko jego elity przywódcze. I rozprawiano się z nimi – jako właśnie kozłami ofiarnymi – po to, aby system mógł trwać nadal. Warto znowu wrócić tutaj do pojęcia „grzechu strukturalnego”, czyli współuczestnictwa i wspólnictwa państwa oraz szerokich grup obywateli.

Proboszcza z Tylawy bronili przecież nie tylko prokurator Stanisław Piotrowicz i abp Józef Michalik, ale także zwykli mieszkańcy wioski, którzy oskarżali ofiary.

To może konieczne są zmiany w prawie, zaostrzenie kar?
To są wszystko „kwiatki do kożucha”, rozwiązania pozorne. Prawdziwym rozwiązaniem będzie wyraziste oddzielenie państwa od Kościoła, przejrzenie wszystkich spraw związanych z wykorzystywaniem dzieci, ale także dotyczących choćby Komisji Majątkowej. To była przecież jedyna instytucja w państwie, od której decyzji nie można było się odwołać do sądu. A oznaczały one niebywałe wprost szafowanie dobrami – na rzecz Kościoła i jego ludzi. Władza łączy się przecież z władzą pieniądza, z posiadaniem rozlicznych dóbr. Kiedy zaś rozdawnictwo tych dóbr nie podlega kontroli publicznej, obywatelskiej, mamy w oczywisty sposób do czynienia i z niekontrolowaną władzą. Poprzez decyzje Komisji Majątkowej i arbitralnie serwowane dary polityków dokonało się więc na rzecz Kościoła zagęszczenie pewnych bogactw i pewnych nadmiernych prerogatyw.

Stan ten zawęźlił się w swoisty węzeł gordyjski, który trzeba rozciąć. Jak? Byłem przeciwnikiem konkordatu, ale jeżeli już on jest, to przede wszystkim trzeba powrócić do konkordatowej rzeczywistości – została ona bowiem w znacznej mierze poszerzona, przekraczając granice, które są bezpieczne dla demokratycznego państwa prawnego. Należałoby zatem dokonać rewizji owych nadmiernych działań i wyznaczyć na nowo granicę obecności Kościoła w państwie, odpowiadając chociażby na pytanie, czy symbole religijne mogą sobie wisieć ot tak w instytucjach świeckiego państwa, albo na pytanie, w jakiej mierze i czy w ogóle dygnitarze kościelni mogą brać udział w życiu instytucji państwowych, zwłaszcza szkoły, armii czy szpitalnictwa. To jest ogromna szara strefa, która powinna przestać być szara. Owszem,

człowiek ma prawo manifestować swoją wiarę, ale w przestrzeni religijnej, nie każdej innej, wedle własnego upodobania i zachcenia. Dotyczy to szczególnie funkcjonariuszy publicznych, którzy powinni postępować wyłącznie według norm prawnych, nie religijnych. A jeśli im to nie odpowiada, nie muszą być funkcjonariuszami publicznymi.

Co mogłoby być punktem zwrotnym?
Nie wiem, co musiałoby się stać – pewnie jakiś rodzaj kulturowej apokalipsy? Mamy bowiem tu do czynienia z rozłożonym na lata procesem. Są w nim oczywiście i momenty przyspieszenia, drastycznego ujawnienia się zła, które wynika z zespolenia państwa i Kościoła. Sprawa pedofilii wśród duchownych i jej ukrywanie jest takim momentem przyspieszenia. Ale to cały czas jest proces, rozgrywający się w „długim trwaniu”. Tymczasem działania państw Zachodu w tej materii dokonywały się i w aktach swoistej rewolucji, i właśnie w „długim trwaniu”, powolnym dojrzewaniu do zmian, często niedostrzegalnym. Najważniejsze przy tym, aby rozpoczęła się debata na temat rzeczywistej historii Kościoła i religii w Polsce. Nie jest bowiem prawdą, że hierarchowie zawsze byli z narodem. A w tym zakresie karmieni jesteśmy często fałszywą opowieścią. Byli – to prawda – w Kościele ludzie, którzy heroicznie walczyli za kraj, jak ks. Stanisław Brzóska czy ks. Piotr Ściegienny. Ale byli też nędzni kolaboranci, lojaliści, agenci obcych mocarstw. Byli urągający wierze, moralności i Polsce szubrawcy, jak prymas Gabriel Podoski. I zdrajcy Rzeczpospolitej, którzy – jak biskup inflancki Józef Kazimierz Kossakowski – zawiśli na szubienicy z wyroku narodowego trybunału. No i tacy rzecznicy Rzymu, którzy w imię jego interesów działali wbrew interesom polskim. Pamiętajmy też, że

w Kościele katolickim nie przeprowadzono lustracji. Bardzo znamienne jest więc to, że oskarżeni o pedofilię duchowni byli często uwikłani w kwestię agenturalności. To powinno dać nam do myślenia. Potrzebna jest zatem gigantyczna praca.

Kto miałby ją zapoczątkować?
Raczej nie politycy… Sensowni ludzie Kościoła.

A może wierni, którzy powinni mieć wpływ na duchownych?
Tak. Kościół to są właśnie przede wszystkim wierni. Sobór Watykański II stwierdza przecież wyraźnie, że Kościół jako Lud Boży jest o wiele ważniejszy niż Kościół jako instytucja. W Polsce natomiast jest odwrotnie: społeczeństwo i jego elity oddały kwestie wiary w ręce kleru. A jeżeli Kościół polski ma się odrodzić, jeśli ma działać zgodnie z dobrem demokratycznego państwa i jego obywateli, nie zaś korporacyjnym interesem własnym, musimy domagać się stanowczo większego udziału Ludu Bożego w jego stanowieniu. Ludzie wierzący muszą więc powiedzieć: to my jesteśmy Kościołem. Ale to dotyczy wierzących. Natomiast, jeśli chodzi o nas wszystkich już, musimy jak najszybciej rozpocząć systematyczną pracę nad świadomością i edukacją. Aby w sposób jednoznaczny i pewny nadrobić nasze straty w drodze do dobrostanu oraz rozumnej, porządnej demokracji. Tymczasem tak wielu z nas umyka – bo to wydaje się łatwe – ku błędnym cieniom przeszłości. Na dodatek cieniom kalekim, fałszywym.

Depresja plemnika

Poseł Krzysztof Brejza systematycznie i niezwykle skutecznie obnaża kulisy rządów Prawa i Sprawiedliwości.

Dzięki dociekliwości polityka PO mamy okazję dowiedzieć się, jak w ciągu zaledwie czterech lat zwiększyła się liczba stanowisk biurowych w Ministerstwie Zdrowia.

Otóż za rządów PiS wspomniane ministerstwo stworzyło 53 dodatkowe stanowiska. Jak komentuje to na swoim Twitterze Brejza jest to przykład rozdmuchanej biurokracji i nazywa proceder „#stołkiplus”.

Niewątpliwie pieniądze, które zostały wydane na utworzenie tylu stanowisk, mogłyby być wykorzystane w bardziej racjonalny sposób.

Więcej >>>

Przed „orbanizacją a la polonaise” przestrzegał podczas debaty, zorganizowanej przez TVN 24 z okazji 30-lecia wyborów z 4 czerwca, prof. Timothy Garton Ash – brytyjski historyk zajmujący się dziejami Europy po 1945 roku.  – „Gdybyśmy byli na Węgrzech Viktora Orbana, myślę, że byłaby to zupełnie inna rozmowa, podobna do rozmowy w Polsce 30 lat temu. Wątpię, czy Węgry w tej chwili to wolny kraj. Na pewno nie jest to liberalna demokracja…

View original post 1 774 słowa więcej

 

PiS rozliczyć z każdej złotówki, z każdego przestępstwa i niegodziwości

W Sejmie późnym wieczorem toczyła się debata nad konstruktywnym wotum nieufności dla rządu Mateusza Morawieckiego. – „Wiecie, kto się boi prawdy? Kłamcy. Przez lata wmawialiście Polakom, że walczycie z układami. Dziś nie ma wątpliwości, że ten układ istnieje, ale to wy go stworzyliście. Próbowaliście wmówić Polakom, że wszyscy oprócz was są złodziejami. A to wy jesteście patronami afer. (…) Rozliczymy was. Rozliczymy z każdej złotówki, z każdego przestępstwa, z każdej niegodziwości. Nie upiecze się żadnemu z was” – mówił uzasadniając wniosek w tej sprawie przewodniczący PO Grzegorz Schetyna.

Zarzucił Morawieckiemu kłamstwa i przypomniał, że po wyrokach sądu premier musiał dwukrotnie publicznie przyznać się do nich. – „Kłamał pan na temat podatków – według szacunków sporządzanych przez pana własnych urzędników z podwyżek podatków i nowych podatków, które wprowadziliście, wydrenujecie z kieszeni Polaków o ponad 20 mld zł więcej, niż oddacie im w obniżkach, którymi tak się chwalicie” – powiedział Schetyna do Morawieckiego.

„Oszukujecie nas, że chcecie Polski w Unii Europejskiej, ale tak naprawdę systematycznie realizujecie pełzający Polexit. Polska jako pierwszy kraj w historii Unii Europejskiej objęta została procedurą z art. 7. Europejski Trybunał Sprawiedliwości musi dziś zajmować się naruszaniem przez was unijnym traktatów i to w sprawach o fundamentalnym znaczeniu. Najlepszym dowodem waszych prawdziwych intencji w tej kwestii jest zaskarżenie przez Zbigniewa Ziobro unijnych traktów do Trybunału Konstytucyjnego. Oficjalne kwestionowanie traktatów unijnych jest kwestionowaniem naszego członkostwa w Unii Europejskiej” – podkreślił Schetyna.

Lider PO stwierdził, że rząd w sposób cyniczny i błyskawiczny zniszczył szacunek i respekt, jakim Polacy cieszyli się w świecie. – „Trudno nawet powiedzieć, że wasza polityka zagraniczna jest nieudolna, chaotyczna czy szkodliwa, czy pozbawiona wizji, ponieważ trudno ocenić coś, czego po prostu nie ma. Politykę zagraniczną zastąpiliście knuciem, a MSZ sprowadziliście do roli partyjnej przybudówki” – mówił.

Zarzucił rządowi, że nie potrafi realizować nawet własnych projektów. Wymienił m.in. Mieszkanie Plus czy modernizację armii. – „Zanim zaczniemy słuchać nowych fantazji, to chcielibyśmy przy okazji posłuchać, co ma pan do powiedzenia w sprawie polskich samochodów elektrycznych. Jak wygląda ten pański program? Udział inwestycji w PKB spadł za waszych rządów do najniższego poziomu od 20 lat. Tak, panie Suski, tak jest. Boli bardzo, boli” – stwierdził Schetyna. – Korupcyjna afera KNF to przykład, jak zamieniliście państwo w partyjny folwark. Ta afera to nie jest plan Zdzisława ani Morawieckiego. Za pana działania w tej sprawie, za spotkania w Świątyni Opatrzności, za manipulacje przy ustawie, za zatrzymanie o 6 rano Wojciecha Kwaśniaka, powinien pan – wraz z całym rządem – podać się do dymisji” – podkreślił szef PO.

Schetyna zapowiedział przygotowanie przez PO pakietu ustaw – „aktu odnowy Rzeczpospolitej, który uchyli wszystkie antydemokratyczne, kompromitujące zapisy, które wasza władza przeforsowała”.  

„Zatrzymamy ten pełzający Polexit. Ale to za mało. Wprowadzimy Polskę znowu do twardego jądra Europy, tam, gdzie jest nasze miejsce. Odzyskamy utracone pieniądze z Unii i uzyskamy dodatkowe fundusze. Nie będziemy robić rewolucji w szkole, ale posprzątamy ten pisowski bałagan. Wróci prawdziwa historia i normalny kanon lektur” – powiedział lider PO.

Przedstawił też pomysły dotyczące przebudowy systemu podatkowego. – „Podatki i składki, czyli PIT, ZUS i składka na NFZ nie przekroczą łącznie 35% zarobków Polaków. Każdy, kto pracuje i zarabia mniej niż dwukrotność płacy minimalnej otrzyma dodatkowe wsparcie. W przypadku osób zarabiających minimalne wynagrodzenie, ta pomoc wyniesie 500 zł miesięcznie” – stwierdził Schetyna. Zapowiedział też utrzymanie 500 plus, ale zostanie ono poszerzone o matki samotnie wychowujące dziecko.

Depresja plemnika

W piątek wieczorem Sejm zajął się wnioskiem PO o konstruktywne wotum nieufności dla Rady Ministrów. Kandydatem na nowego premiera był lider Platformy Grzegorz Schetyna, który jako pierwszy zabrał głos. – Kłamcy boją się prawdy. Zmarnowaliście to, co wam zostawialiśmy, a efekt jest taki, że poziom inwestycji w stosunku do PKB spadł do najniższego poziomu od 20 lat – mówił. Przedstawił też plan, jaki PO ma po wygraniu wyborów. – Przygotujemy Akt Odnowy Rzeczypospolitej, który wycofa antydemokratyczne przepisy, które wprowadziliście – mówił. Zapowiedział też m.in. zatrzymanie pełzającego Polexitu, powrót do Europy, większe środki z funduszy unijnych, naprawę szkolnictwa, armii i polityki zagranicznej, podwyżki, nowy system podatkowy, a także rozszerzenie programu 500 Plus.

Kłamcy boją się prawdy

Mimo późnej pory w Sejmie nie brakowało emocji. – Kłamcy boją się prawdy – rozpoczął Grzegorz Schetyna, informując, że składa konstruktywne wotum nieufności.

Lider PO zaczął od wytknięcia błędów i kłamstw. – Kłamał pan na…

View original post 4 461 słów więcej

 

PiS oddał faszystom Warszawę

Oddali dobrowolnie, bez sprzeciwu miasto, które powstańcy warszawscy bronili, nie szczędząc krwi i swojego młodego życia. Oddali i jeszcze za to zapłacili.

Faszyści z całej Europy w 100 rocznicę niepodległości Polski będą maszerować ze swoimi flagami i rasistowskimi hasłami po ulicach bohaterskiego miasta, które przez takich samych wyznawców rasy wybranej zostało zrównane z ziemią, w kraju, gdzie wymordowano 6 milionów Polaków, a w samej Warszawie podczas powstania ponad 200 tysięcy młodych ludzi.

Czy istnieją jeszcze określenia, których można by użyć w stosunku do tych ludzi, jednak nie używając wulgaryzmów i epitetów emocjonalnych uznawanych za niedopuszczalne publicznie?

Kaczyński i Duda, zamiast zdelegalizować ruchy faszystowskie w Polsce, chronią ich prawnie, wspierają i tym samym plują w oczy Powstańcom Warszawskim, na groby i pomniki poległych, bestialsko zamordowanych, spalonych żywcem, zgwałconych i upodlonych.

Nie wyobrażam sobie, aby można było bardziej zakpić z polskich bohaterów, upokorzyć żyjących i obrazić uczucia narodowe Polaków, jak poprzez takie właśnie nieodpowiedzialną ignorancję i błazenadę władzy.

Każdy Polak, który ma elementarną wiedzę historyczną i polityczną, zna wysiłek całego narodu, wyrażający się w 6 milionach zabitych lub zamordowanych rodaków, zburzeniu wielu miast i osiedli, oddaniu w niewolę na kolejne lata Polaków na pastwę innego, tym razem sowieckiego totalitaryzmu.

Każdy Polak zna lata upokorzeń, walkę z narzuconą władzą i przynależność do świata, do którego nie chcieliśmy należeć. Każdy Polak wie, że każdy odradzający się ruch faszystowski na ziemi uświęconej krwią rodaków, chociażby pod innymi nazwami, należy zdelegalizować i osądzać jako zbrodniczy, bo odwołuje się do śmierci innych Polaków.

Każdy Polak wie, zna, rozumie, ale nie Polak-wyznawca PiS. Każdy, tylko nie J. Kaczyński, A. Duda, T. Rydzyk i każdy inny antypolski aparatczyk PiS-u czy też biskup katolicki popierający faszystów.

Sama nazwa: polski neonazista, rasista, faszysta, obraża nasz naród. Jak to mogło się stać, że w ogóle taki ruch mógł pojawić się w Polsce. Tymczasem katolicki ksiądz, oddelegowany do budowy faszyzmu w Polsce, J. Międlar, czy P. Ryba oraz wielu innych ekstremistów rasistowskich korzysta ze wsparcia władz.

Sam Jarosław Kaczyński pisał pozdrowienia dla J. Międlara i był łaskaw określić siebie, że należy do „rasy panów”. Podkreślam – RASY! Co zatem chciał przez to powiedzieć? Że jest także rasistą i będzie zwalczał wszystkich, którzy nie należą do jego rasy?

To nie są tylko słowa. Pierwszą ustawę rasistowską uchwalił nielegalny sejm 16 grudnia 2016 roku w Sali Kolumnowej, kiedy zastosował odpowiedzialność zbiorową i odebrał uprawnienia emerytalne byłym funkcjonariuszom, ludziom służb państwowych, wywiadu i kontrwywiadu, nazywając ich ubekami. Zabrał im nie tylko godność, ale i wskazał jako wrogów narodu, co kosztowało życie już ponad 50 osób. W wyniku tej represyjnej faszystowskiej ustawy o odpowiedzialności zbiorowej bohater narodowy, Gromisław Czempiński, który dokonał w grupą oficerów bohaterskich czynów na światową skalę i spowodował nie tylko podziw świata, pomoc w organizacji Gromu i umorzenie polskich długów w wysokości 16 miliardów dolarów, otrzymał nagrodę w postaci najniższej możliwej w Polsce emerytury.

Podła propaganda, oparta na niebywałym kłamstwie, jest dla J. Kaczyńskiego, M. Błaszczaka i ich bandytów z polską krwią na rękach ważniejsza od prawdy, że UB-ecy uciekli w 1989-90 roku i teraz śmieją się z tych, co wiernie służyli narodowi. Refleksji władzy nie ma do tej pory.

6 maja, wraz z grupą przyjaciół usiadłem na drodze przemarszu faszystów w Katowicach. Dlatego z sądu otrzymałem wyrok nakazowy karzący mnie grzywną, a faszyści dalej maszerują z dumnie uniesionymi sztandarami i hasłami „śmierć wrogom ojczyzny”. Z tym, że to oni określają sobie tych wrogów, którym obiecują śmierć.

Panie Jarosławie Kaczyński,

kogo macie zamiar mordować i kiedy? Komunistów, złodziei, zdradzieckie mordy, kanalie, morderców brata, gorszy sort… i kogo jeszcze? Już mamy się ustawiać do gazu czy dopiero po następnych wyborach?

Kompromitacja Polski przez obecny obóz władzy postępuje tak zdumiewająco szybko, że trudno w to uwierzyć. Będzie niestety gorzej, bo ilość Misiewiczów i nieprzygotowanych do pełnienia odpowiedzialnych urzędów, „hodowców rybek” podłej zmiany wzrasta w tempie zdumiewającym. Nie ma już tych, co odpowiedzialnie podejmują narodowe decyzje i te, na niższych szczeblach władzy.

Czystki na urzędach i zastępowanie fachowców ludźmi podłej zmiany powoduje upadek autorytetów, dramatyczne obniżenie jakości służby państwowej i kompromitację Polski.
Kto w takim razie ma odpowiadać za ich brukowy styl i szkodliwe decyzje?

Były już kompromitacje narodowe, jak chociażby przekazanie placu Piłsudskiego na cele obronne, by budować tam pomniki dla decyzyjnych nieudaczników, był cały wysyp kompromitacji Polski w Unii Europejskiej, słynna ustawa P. Jakiego, która obraziła całe narody, kompromitacja śmigłowcowa, 27:1, powołanie WOT dla prywatnej radości i obrony przed rodakami A. Macierewicza, ale to, jak zakpiono z Polski i Polaków w 100 lecie odzyskania niepodległości przechodzi ludzkie pojęcie.

A naród śpi, protestuje garstka.

„Prawdziwi Polacy” głosują na faszyzm.

W czasach Hitlera w Niemczech wyborcy też głosowali w obronie narodowego honoru Niemców, którzy musieli wstać z kolan przeciw Traktatowi Wersalskiemu, a teraz, już od wieku, wstydzą się za swoje wybory, ludobójstwo i spalenie całej Europy.

Wszystko przed nami. Oby nauka historii dogoniła zaślepiony fanatyzmem naród i zapobiegła upadkowi naszego kraju.

 

Depresja plemnika

11 listopada zapowiada się na wielką kompromitację Polski pisowskiej.

„Proponuję wyłączyć Święto Niepodległości spod ustawy o zgromadzeniach. Przywróćmy Polsce jej święto zanim ekstremiści i prawica nie zniszczą do reszty, i święta, i Polski” – pisze b. minister Bartłomiej Sienkiewicz.

Obywatele RP, KOD i Strajk Kobiet będą tego dnia blokować narodowców z Konstytucją w ręku.

Jak obchodzić 11 listopada?

„To jest święto państwa i państwo powinno wziąć za nie odpowiedzialność” – pisze Bartłomiej Sienkiewicz w apelu, który 2 listopada 2018 opublikował na Facebooku. „Żadnych innych pochodów i manifestacji – wolności manifestowania w jednym zgromadzeniu nie gwarantuje Ruch Narodowy – on ją nam, obywatelom, odbiera. Jeden pochód w każdym…

View original post 3 663 słowa więcej

 

Ksiądz Oko przypomina o swoim antychrześcijaństwie

„Czy Episkopat i abp. Gądecki nie widzi, że ksiądz Oko przekracza wszelkie granice podłości i insynuacji? Uciszaliście ks. Bonieckiego i Lemańskiego. Czy brak reakcji na to, co wygaduje ks. Oko jest jednoznaczny z Waszą akceptacją?” – pytała na Twitterze jedna z internautek w reakcji na najnowszą wypowiedź księdza Dariusza Oko. W TVP Info stwierdził on, że niemieckie dzieci uczą się w szkołach, jak założyć dom publiczny.

„Lekcje w Niemczech wyglądają tak, że w podręcznikach jest ćwiczenie polegające na zaplanowaniu przez 15-letnie dzieci nowego domu publicznego, który ma spełniać wszystkie zapotrzebowania, najbardziej chore fantazje” – głosił w TVP Info swoje „mądrości” Oko. Na tym nie poprzestał – dodał, że celem tego jest, aby 15-letnie dzieci „zaczęły odwiedzać domy publiczne i w nich pracowały”. Jego zdaniem, edukacja w Niemczech to nic innego jak „deprawacja seksualna”.

Christina Wegelein, szefowa działu prasowego Ambasady Niemiec, w rozmowie z oko.press.pl stwierdziła krótko: – „To po prostu bzdura”. To nie pierwsza bulwersująca wypowiedź tego księdza.

Internauci nie kryli oburzenia najnowszą wypowiedzią ks. Oko. – Jak to w ogóle możliwe, że KK toleruje w swoich szeregach ludzi publicznie posługujących się ordynarnymi kłamstwami. Czyżby ósme przykazanie było passe?”;

„Ciekawe, bo mieszkam w Niemczech ponad 30 lat i pierwsze słyszę. Moja córka (17) też nic o tym nie wie”; – „Dziwi mnie, że Niemcy nie pozwą go za coś takiego, tylko niemiecka ambasada ograniczyła się do stwierdzenia: to są bzdury. Dla księdza Oko to za mało chyba jest”; – „Czy ksiądz katolicki może tak bezkarnie publicznie kłamać?!”.

 

Depresja plemnika

Jarosław Kaczyński jest dziś jak ten stary lew, który nikomu już nie zagraża, lecz jeszcze ryczy. Młode lwy czekają przyczajone – żadnemu nie chce się skakać byłemu samcowi alfa do gardła, bo po co ryzykować zranienie, skoro można poczekać? Młode podchodzą bliżej i bliżej, zaczepiają samice, znaczą terytorium. A stary tylko ogonem macha i grzywą potrząsa.

View original post 4 199 słów więcej

Dudzie mówimy nie

Obudźcie się! Jeszcze nie jest za późno!

Holtei

Dzień doberek.

Proboszcz parafii w Brzeźnie Lęborskim zaprosił do odprawiania rekolekcji księdza Wincentego Pawłowicza, skazanego za molestowanie ministrantów. Zawiadamiamy o tym prokuraturę. I apelujemy do Episkopatu: nie pozwólcie, by to się powtórzyło!

Jak wykazało śledztwo OKO.press, ksiądz Wincenty Pawłowicz, skazany w 2003 r. za molestowanie chłopców we wsi pod Łowiczem, po wyjściu z więzienia, w 2006 r. został proboszczem w Krasosiłce pod Odessą na Ukrainie. Odprawiał tam msze w kilku parafiach, miał ministrantów, a z jednym z nich wyjechał nawet na wycieczkę do Włoch.

Według informacji, które uzyskaliśmy od mieszkańców Krasnosiłki, ks. Pawłowicz w 2017 r. wrócił do Polski. Nie wiemy, gdzie teraz przebywa. Zapytaliśmy o to kurię łowicką i odesko-symferopolską, ale od ponad tygodnia nie udzieliły nam żadnej odpowiedzi.

Wiemy jednak, że ks. Pawłowicz od 7 do 10 grudnia 2017 r. prowadził rekolekcje adwentowe w parafii Świętych Apostołów Piotra…

View original post 5 411 słów więcej

Krystyna Pawłowicz jest już mężczyzną, skrzeczy jak pijany chłop i codziennie z rana się goli

Michał Karnowski nie może już patrzeć, jak media „znęcają się” nad Beatą Szydło. Według niego to zemsta za „niepodległość myślenia, uczciwość, rolę w zwycięskiej, przełomowej kampanii 2015 roku, pójście przeciw interesom oligarchicznych grup III RP, za skuteczne zatrzymanie wszystkich prób puczów i majdanów, za obronę dobrej zmiany naprawdę gorącym okresie”. Na Twitterze zwrócił się więc z pytaniem do kolegów partyjnych byłej pani premier – Czy pisowscy mężczyźni staną wreszcie w obronie swojej pani premier, czy też dają zgodę na takie medialne pałowanie?”.

Na zarzuty Karnowskiego odpowiedziała Krystyna Pawłowicz, która również dostrzega ten problem. Na własnej skórze przekonała się, jak wygląda wsparcie kolegów, gdy w jej „obronie po atakach Owsiaka też stanęła TYLKO nasza rzecznik Beata Mazurek. Kobiety pisowskie odważnie walczą obrażane i poniżane przez opozycję. A nasi kochani Koledzy nie bardzo reagują…Może w tv nie wypada…?”.

Na odpowiedź internautów nie trzeba było długo czekać. Jeden z nich pyta ironicznie, czy przypadkiem nie jest to „zarzut dla Jarka?”. Kolejny udowadnia, że rzeczywiście od panów z PiS nie należy oczekiwać zbyt wiele i na dowód wrzucił link do artykułu, w którym opisana jest historia bydgoskiego radnego, Rafała Piaseckiego, który terroryzował żonę, krzycząc do niej m.in. „Ciszej mów,ty pedale. Nie płacz kur..a, bo cię zaj…ię! Cały tydzień nic nie robisz leniu śmierdzący!”.

Pawłowicz żali się na kolegów, a jednak sama nie jest taka „korekt”. Komentująca jej post internautka pyta, „a która kobieta pisowska stanęła/wypowiedziała się nt. zamordowania Polki w Łodzi, gwałtów w Gdańsku i Zielonej Gorze, wy kobiety PiS milczycie… Niegodne to kobiet”.

Hm…a wyjaśnienie wydaje się proste. Kobiety PiS-u mają zdecydowanie więcej testosteronu od swoich partyjnych kolegów. To one rządzą, są bardziej wrzaskliwe, a pisowscy panowie, zdominowani przez swoje koleżanki, tylko w zaciszu domowym potrafią wyładowywać na najbliższych swoje frustracje. Jasne? Jasne….

Tak, Krystyna Pawłowicz nabywa krzepy na siłowni, nie tylko skrzeczy jak podpity chłop, ale z rana się goli. Widać to na każdym obrazku z jej osobą.

Holtei

Mateusz Morawiecki opublikował w kilku lokalnych gazetach, m.in. w „Gazecie Wyborczej” sprostowanie swoich słów dotyczących działań prezydenta Krakowa Jacka Majchrowskiego w kwestii walki ze smogiem. To efekt wyroku, który zapadł we wtorek.

14 października, na tydzień przed wyborami samorządowymi, podczas konwencji PiS w Krakowie premier powiedział, że „poprzednicy, w tym ci, którzy rządzili tym miastem (Krakowem), nie zrobili nic lub prawie nic w walce ze smogiem”.

Jacek Majchrowski pozwał Mateusza Morawieckiego

Sprostowanie to efekt wtorkowej decyzji krakowskiego sądu, który uznał zażalenie prezydenta miasta Jacka Majchrowskiego. Sąd nakazał szefowi rządu sprostowanie wypowiedzi o smogu. Zdaniem sądu, nie była to opinia.

Było to drugie postanowienie sądu w tej sprawie. W pierwszej instancji sąd uznał, że wypowiedź premiera jest oceną, a nie stwierdzeniem faktu. Prezydent Krakowa odwołał się od tego postanowienia, a sąd wyższej instancji przyznał mu rację.

Premier musi opublikować sprostowanie również w TVP Info oraz Polsat News przed głównymi wydaniami programów…

View original post 2 125 słów więcej

Post Navigation