Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Renata Mieńkowska-Norkiene”

Ksiądz, sympatyk faszyzmu

W sobotę papież Franciszek podczas pielgrzymki do Irlandii spotkał się z ofiarami księży-pedofili. Mówił o grzechu Kościoła i przepraszał. Ks. Tomasz Brussy z Poznania w tym samym czasie też przyznał na Twitterze, że pedofilia w Kościele to grzech. Ale na tym nie poprzestał. Wskazał, co jego zdaniem powinien zrobić Kościół, by problem zniknął. Jego słowa wiele osób oburzyły.

Ks. Tomasz Brussy przez ostatnie 7 lat był asystentem Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Archidiecezji Poznańskiej. W stolicy Wielkopolski jest postacią znaną, choćby z tego, że aktywnie uczestniczy w akcjach organizowanych przez Obóz Narodowo-Radykalny czy Młodzież Wszechpolską.

W sobotę ks. Brussy zabrał na Twitterze głos w sprawie księży-pedofilów. „Pedofilia to odrażające przestępstwo i grzech. By nie dochodziło do niej więcej w Kościele trzeba wreszcie zwalczyć lobby homoseksualne wśród duchownych” – zawyrokował

Jego wpis spotkał się z licznymi reakcjami. Niektórzy słowa księdza uznali za przejęzyczenie. Inni zwracają uwagę, iż duchowny pomieszał pojęcia.

Jego wpis spotkał się z licznymi reakcjami. Niektórzy słowa księdza uznali za przejęzyczenie. Inni zwracają uwagę, iż duchowny pomieszał pojęcia.

Ks. Tomasz Brussy rozwiał wątpliwości, czy było to przejęzyczenie. Jeszcze w sobotę podał dalej „dane” opublikowane przez szefa Młodzieży Wszechpolskiej, które mają dowodzić, iż „90 proc. molestowań przez duchownych to działania homoseksualistów”.

Jako jeden z nielicznych w polskim Kościele (a może nawet jako jedyny?) głośno o konieczności walki ze zjawiskiem pedofilii wśród księży mówi o. Adam  Żak.

Ojciec Żak jest koordynatorem ds. ochrony dzieci i młodzieży przy Konferencji Episkopatu Polski. I przyznaje, że w tej walce o ochronę dzieci i młodzieży jest osamotniony. Nie ma przy tym wątpliwości, że pedofilska afera w polskim Kościele wybuchnie. Prędzej czy później.

O. ADAM ŻAK

koordynator ds. ochrony dzieci i młodzieży przy Konferencji Episkopatu Polski

Nie wiem, co się musi wydarzyć, żeby niektórzy przełożeni zrozumieli, że przy tego rodzaju przestępstwach trzeba działać ze znajomością rzeczy, szybko i ze świadomością zagrożeń dla bezpieczeństwa innych osób małoletnich. To zasady, którymi należy się bezwzględnie kierować.

wypowiedź dla deon.pl

Kmicic z chesterfieldem

Po co PiS właściwie wprowadził przepisy o odpowiedzialności dyscyplinarnej i dlaczego istnieje niewielka szansa, by się z nich wycofał? Jest to instrument politycznego wpływania na sędziów, co już widać, ale być może sprawa jest poważniejsza i PiS potrzebuje izby dyscyplinarnej, by przykładowo ograniczyć do niej tylko kompetencje Sądu Najwyższego do uznawania wyborów w kraju za legalne i ważne. To bardzo niebezpieczny instrument i dlatego działania Komisji Europejskiej uważam za w pełni uzasadnione – mówi europeistka prof. Renata Mieńkowska-Norkiene z Instytutu Nauk Politycznych UW. – KE dała 2 miesiące na wycofanie się z przepisów dotyczących systemu dyscyplinowania sędziów. Niezastosowanie się do tego zalecenia KE prawdopodobnie będzie wiązało się ze skierowaniem sprawy do TSUE – dodaje

JUSTYNA KOĆ: KE rozpoczęła drugi etap postępowania o naruszenie prawa unijnego wobec Polski w sprawie nowego systemu dyscyplinarnego dla sędziów. Co to oznacza, z czym się wiąże i kiedy możemy odczuć konsekwencje?

PROF. RENATA MIENKOWSKA-NORKIENE: Komisja Europejska jest strażniczką europejskiego prawa, m.in. w tym…

View original post 3 114 słów więcej

 

Jak PiS chce przechytrzyć państwo, konstytucję i Unię Europejską

Oddział ZUS w Jaśle „został poproszony przez polityków PiS” o wycofanie zażalenia do Sądu Najwyższego, które stało się podstawą zadania pytań prejudycjalnych Trybunałowi Sprawiedliwości UE. Co więcej – i jest to niespotykane, zdaniem informatora „Gazety Wyborczej” – pismo cofające zażalenie zostało wysłane jednocześnie do SN i Prokuratury Krajowej – czytamy w portalu GW.

Wycofanie zażalenia do Sądu Najwyższego powoduje, że zadanie pytań prejudycjalnych dotyczących czystki dokonanej przez ustawy prezydenta Andrzeja Dudy nie ma już podstaw. W niedzielę sędzia Michał Laskowski, rzecznik SN powiedział mediom: „Jest prawdopodobne, że Sąd Najwyższy wycofa pytania prejudycjalne skierowane do Trybunału Sprawiedliwości”.  Może oznaczać, że TSUE nie zajmie się sprawą czystki i nie zatrzyma wysyłania sędziów Sądu Najwyższego na przymusową emeryturę. „Gazeta Wyborcza” próbowała ustalić, jak do tego doszło. – „Zakład sam nigdy by takiej decyzji nie podjął. Naszym zadaniem jest bowiem dbać o pieniądze publiczne, a tą decyzją działamy wbrew interesom swoim i budżetu państwa” – mówi jej informator w ZUS.

Dlaczego? Sprawa dotyczy fikcyjnego zatrudnienia za granicą i próby uniknięcia płacenia składek ZUS w Polsce. Drobna z pozoru historia obrosła w poważne w skutkach konsekwencje. Mowa o właścicielu firmy, zarejestrowanej w Polsce, który płacił tu miesięcznie ponad 1,2 tys. zł składek na ZUS. Po podjęciu pracy na etacie na Słowacji poinformował on Zakład, że ponieważ podlega tam obowiązkowemu ubezpieczeniu, składek od działalności gospodarczej płacić w Polsce nie musi. Z taką metodą „optymalizacji kosztów” nasz ZUS walczy od lat. W sprawie biznesmena też przeprowadził kontrolę i stwierdził, że mężczyzna jest zatrudniony na Słowacji fikcyjnie- jedynie po to, by płacić niższe składki. ZUS poinformował zatem swego słowackiego odpowiednika, że włącza pana Andrzeja do polskiego systemu ubezpieczeń i każe mu znów płacić składki. Słowacy na pismo nie odpowiedzieli. W takiej sytuacji zastosowanie mają unijne przepisy, które przewidują, że jeśli w określonym czasie organ rentowy danego kraju nie odpowie na pismo innego kraju, to oznacza to, że podziela on opinię wnioskodawcy. Tymczasem biznesmen w reakcji na działania polskiego ZUS… wystąpił on do sądu. Sąd uznał, że Zakład powinien poczekać na opinię strony słowackiej. Ale ZUS – zgodnie z przepisami o koordynacji unijnej – nie musi tego robić i zgłosił zażalenie do Sądu Najwyższego.

>>>

Ostatecznie – czytamy w portalu – sprawą zajął się poszerzony skład siedmiu sędziów SN. Okazało się wówczas, że znalazło się w nim dwóch sędziów, którzy przekroczyli już 65. rok życia i wobec których trwała procedura związana z przeniesieniem ich w stan spoczynku lub ewentualnym umożliwieniem im dalszego orzekania. Przypomnijmy: na mocy pisowskiej nowelizacji ustawy o SN wiek emerytalny sędziów został obniżony z 70 do 65 lat, a zgodę na dalsze orzekanie sędziów wydaje prezydent.SN nie potrafił rozstrzygnąć, czy tacy sędziowie mogą orzekać. Postanowił więc skierować pięć pytań do Trybunału Sprawiedliwości UE i zawiesić stosowanie przepisów ustawy o Sądzie Najwyższym, w tym tego o przymusowych emeryturach sędziów.

Tyle sprawa, natomiast warta dalszej obserwacji jest wspomniana nadgorliwa aktywność oddziału ZUS z Jasła. Krzysztof Michałowski z zespołu prasowego SN informuje zaś, że pismo cofające zażalenie wpłynęło 25 września. Już następnego dnia Prokuratura Krajowa poinformowała SN pisemnie, że … w związku z decyzją ZUS wnosi o umorzenie postępowania oraz uchylenie postanowienia SN o zwróceniu się z pytaniami prejudycjalnymi do TSUE. Co uderzające, SN nawet nie zdążył jeszcze rozesłać odpisów pisma Zakładu do uczestników postępowania (!) – w tym samej Prokuraturze Krajowej (ponieważ przystąpiła ona do sprawy natychmiast po przedstawieniu przez SN pytań prejudycjalnych TSUE).

Z informacji „Wyborczej” wynika, że to sam ZUS poinformował prokuraturę o cofnięciu zażalenia. I na tej podstawie PK natychmiast wniosła o umorzenie postępowania. Odpowiednie pismo podpisała prokurator Henryka Gajda-Kwapień z wydziału sądowego. Prokuratura Krajowa tak się przy tym spieszyła, że nie załączyła odpisów wniosku ZUS, zatem SN zwrócił się do prokuratury o uzupełnienie braków, czytamy w portalu GW. Pisma Zakładu są podpisane przez radcę prawnego oddziału ZUS w Jaśle. Nie zawierają wprawdzie uzasadnienia cofnięcia zażalenia, ale za to wskazują na przepisy, które zobowiązują sąd do umorzenia postępowania. Dziennikarze GW bezskutecznie próbowali skontaktować się z dyrektor oddziału w Jaśle, Krystyną Domaradzką. Rzecznik ZUS w Rzeszowie potwierdza jedynie, że oddział ZUS w Jaśle wycofał zażalenie z SN. Więcej komentarzy udzielić nie chce. Sprawa zainteresowała się tymczasem posłanka PO z Jasła, Joanna Frydrych, która pracowała kiedyś w jasielskim ZUS. Planuje złożyć interpelację poselską.

Ujawnione przez dziennikarzy Onetu szczegóły analizy 40 tomów akt tzw. afery taśmowej mogą pogrzebać marzenia Mateusza Morawieckiego o prezydenturze. Zeznania kelnerów podsłuchujących polityków w restauracji „Sowa i Przyjaciele” obciążają obecnego premiera. Co ciekawe, nie wiadomo gdzie znajduje się najważniejszy z dowodów w tej sprawie, czyli taśma z nagraniem Morawieckiego. Z akt wynika ponadto, że śledczy specjalnie pominęli wątek przestępczego procederu, którego według zeznań oskarżonych miał dopuścić się Mateusz Morawiecki.

Akta sądowe wskazują na trzech bezpośrednich sprawców afery taśmowej. Pomysłodawcą akcji miał być przedsiębiorca Marek Falenta, za samo nagrywanie mieli być odpowiedzialni dwaj pracujący u „Sowy i Przyjaciół” kelnerzy – Łukasz N. oraz Konrad Lasota. Większość z pytań kierowanych podczas przesłuchań kelnerów w prokuraturze i przed sądem tyczyło się personaliów podsłuchiwanych oraz treści nagranych rozmów. Z zeznań dowiadujemy się, że upublicznione nagrania, stanowią niewielką część z dziesiątek, bądź setek, znajdujących się do dziś w nieznanych rękach. Właśnie w tych zeznaniach, składanych niezależnie od siebie i konfrontowanych, pojawia się wątek Mateusza Morawieckiego.

>>>

Podczas jednego z przesłuchań na początku 2015 r. prowadząca sprawę prokurator Anna Hopfer z Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga pyta kelnera Łukasza N.: „Czy zarejestrował pan rozmowę jednego z prezesów banku dotyczącą zawierania pożyczek i kredytów na podstawione osoby, tzw. słupy?”.

Odpowiedź Łukasza N. Jest następująca: „Tak, tak mi się wydaje, bo jakość tego nagrania była słaba, ja je odsłuchiwałem to było nagranie Morawieckiego z jakimś mężczyzną. Ja nie znam tego mężczyzny, w tej rozmowie brały udział tylko tych dwóch mężczyzn. Morawiecki jest z banku BZW BK. Z tego co pamiętam to rozmawiali o jakiś budynkach, tamten drugi człowiek którego nie znam powiedział że jakaś osoba się obawia i chce się wycofać z tego interesu. Rozmawiali o zakupie budynków pod inwestycje i mieli tam wynajmować pod jakieś biznesy ale dokładnie nie pamiętam. Rozmawiali, że dokumenty mają być sporządzone na jakąś osobę. Rozmawiali, że będą mieli te, że oni będą mieli te lokale zakupione na inne osoby, że na inne osoby będą wystawione dokumenty. Nie pamiętam czy w tej rozmowie była mowa o pożyczkach i kredytach na słupy. Oni rozmawiali o tym że będą kupować nieruchomości na podstawione osoby. Ten mężczyzna który się spotkał z Morawieckim powiedział, że prawdopodobnie jakaś kobieta się obawia i chce się wycofać. Nie pamiętam czy on precyzował czego się boi ta kobieta. Marek Falenta dostał ode mnie to nagranie. Ja o tym nagraniu mówiłem [funkcjonariuszce] CBŚ”.

Na pytanie prokurator, czy oskarżony mówił o tej taśmie Morawieckiego swemu wspólnikowi Konradowi Lasocie, nagrywającym w innej warszawskiej restauracji „Amber Room” odparł: „Możliwe że ja o tym nagraniu mówiłem Konradowi Lasocie, ale ja nie kojarzę”.

Wobec tego prokurator Hopfer przeczytała Łukaszowi N. kluczowy fragment z jego zeznania: „Dodatkowo [Łukasz N.] poinformował mnie o nagranej przez niego rozmowie prezesa banku BGŻ albo BH z kimś z jego najbliższego otoczenia dotyczącej zawierania pożyczek i kredytów na słupy, tj podstawione osoby. Oni mieli zaciągać kredyty na słupy i w ten sposób działać na szkodę banku. Nie jestem pewny jaki to był bank. O tym byłem informowany w okolicach września 2013 r.”

Łukasz N. tłumaczy się więc dalej: „Ten fragment dotyczył tej rozmowy Morawieckiego z tym mężczyzną, aczkolwiek ja nie odpowiadam za dosłowność słów Konrada. To jest interpretacja moich słów, ja nie pamiętam co dokładnie powiedziałem Konradowi. Chcę zaznaczyć, że z tych rozmów, które ja odsłuchałem i pamiętam to Morawiecki z drugim mężczyzną spotkał się tylko raz i to kojarzy mi się z tym spotkaniem. […]”.

Różnica w obu zeznaniach tyczy się tego, czy na słupy miały być kupowane nieruchomości (jak mówi Łukasz N.), czy brane kredyty. Należy tu jednak podkreślić, że wersja o kredytach Lasoty pochodzi z zeznań opartych na zasłyszanej od N. wersji. Ówczesne zeznania Łukasza N. dotyczące innych przez niego nagranych, po weryfikacji okazują się dość precyzyjne. Jednak, Lasota jest w swych wypowiedziach konsekwentny. Podczas procesu sądowego, już za rządów PiS, Lasota zeznał, że piastowanie przez Morawieckiego funkcji wicepremiera „budzi jego niesmak”„To osoba, co do której zostały złożone zeznania, że mogła uczestniczyć w procederze przestępczym” – oświadczył w procesie.

Trudno stwierdzić, że obciążenie zeznaniami obecnego premiera przez Lasotę motywowanie było sympatiami politycznymi kelnera. Konrad Lasota utożsamiał Morawieckiego z obozem poprzedniej władzy. Obecny premier należał wówczas do kręgu biznesowo-towarzyskiego Platformy, pełnił wtedy rolę członka Rady Gospodarczej przy premierze Donaldzie Tusku.

Istotne w sprawie jest to, że w aktach nie ma żadnych śladów działań prokuratury, policji czy służb w celu zweryfikowania zarzutów Łukasza N. wobec Morawieckiego, a sam prezes, przesłuchiwany przez ABW jako poszkodowany nie został spytany o oskarżenia kelnera. Rzecznik rządu Joanna Kopcińska pytana o tę sprawę przez dziennikarzy odpowiedziała „Ze względu na toczące się postępowanie, w którym Pan Mateusz Morawiecki ma status osoby pokrzywdzonej, nie jest możliwe udzielenie odpowiedzi na Pańskie pytania”.

Należy wspomnieć, że prokuratura w żadnej z dotąd opublikowanych taśm nie dopatrzyła się naruszania prawa. Mimo tego, publikacja nagrań wyraźnie wpłynęła na wynik ostatnich wyborów parlamentarnych. W aktach śledztwa znaleziono dowody na to, że nagrań z obecnym premierem może być więcej. Te znajdują się w nieznanych rękach i mogą być również wykorzystane w „korzystnym politycznie momencie”. Wiedząc, że politycy Prawa i Sprawiedliwości nie gościli u „Sowy i Przyjaciół”, ani nie byli przez kelnerów podsłuchiwani, możemy się domyślać, kto, bądź na czyją korzyść mogą działać ewentualni szantażyści.

Mateusz Morawiecki, jeszcze jako prezes banku BZ WBK mówił: „Nikt mnie nigdy nie szantażował, że moje ewentualnie nagrane rozmowy zostaną ujawnione. Nikt mi tego nie sugerował. Nikt nie proponował mi zakupu żadnych nagrań. Nikt się ze mną w sprawie ewentualnych nagrań nie kontaktował”. Dziś jednak Morawiecki jest premierem i ponoć namaszczonym przez Kaczyńskiego na prezydenta. Czy obserwując wzmacniającą się dziś pozycję premiera pomyślelibyśmy, że może być on bardziej zależny od Andrzeja Dudy?

ZUS wycofał skargę. Czy dlatego, że kwestia, której postępowanie dotyczyło, straciła aktualność? Nie. Państwowa instytucja poświęca sprawę konkretnego człowieka dla tricku prawnego, którego skutkiem jest zrobienie na złość sędziom. Państwo prawa Dobrej Zmiany. Bliżej ludzi.

Holtei

„Nie dostaliśmy do dzisiaj pozwu, który Komisja [Europejska – dop. Red.] miała zgłosić do Trybunału Sprawiedliwości” – powiedział w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim w Polsat News Mateusz Morawiecki. Premier – w sprawie dialogu Polski z KE i zmianach w sądownictwie – podkreślił, że dopiero wtedy rząd się ustosunkuje do wątpliwości tego gremium, dotyczących reformy sądownictwa w Polsce. Przypomniał, że Polska toczy z KE dialog. Pochwalił się również, że już teraz za sprawą pewnych regulacji, m.in. losowemu przydziałowi spraw sądowych, „słyszy pozytywne komentarze”. – „Jestem chwalony, to zasada, która już dawno powinna być wdrożona” – powiedział.

Premier uważa, że UE nie rozumie historycznych uwarunkowań Polski. – „Jesteśmy krzywdzeni przez Brukselę” – stwierdził, na całego grając na antyeuropejskich sentymentach. – „To dlatego, że Bruksela, ale tak naprawdę też kilka krajów zachodnioeuropejskich, bardzo ważnych, zacnych, nie rozumie sytuacji w Polsce, która jest sytuacją systemu postkomunistycznego” – mędrkował Morawiecki. Zapewnił, że rząd PiS nie…

View original post 8 078 słów więcej

W interesie Polski – PiS odsunąć od władzy. Wszelkimi sposobami, bo przyjdzie nam walczyć o niepodległość

>>>

„Wydawało mi się, że nie będzie z tym żadnego problemu. Przecież jest to korespondencja pomiędzy szefem spółki giełdowej, a premierem. Na dodatek dotyczy sprawy bardzo ważnej dla finansów państwa i wiarygodności jego instytucji” – powiedział „Wyborczej” poseł PO Krzysztof Brejza, komentując odmowę ujawnienia korespondencji pomiędzy spółką, a Morawieckim. Podobno premier nawet ich nie czytał – dowiedział się Brejza.

Jak tymczasem wyjaśnia Centrum Informacji Rządu: „z pismami zapoznawali się pracownicy Kancelarii Prezesa Rady Ministrów zapewniający obsługę Prezesa Rady Ministrów.” Potem listy „zostały przekazane zgodnie z właściwością” do koordynatora służb specjalnych i wiceprezesa PiS – Mariusza Kamińskiego, a także do Prokuratora Krajowego Bogdana Święczkowskiego oraz do szefa Komisji Nadzoru Finansowego Marka Chrzanowskiego.

„Czy to oznacza, że w tych listach było zawiadomienie o przestępstwie? – docieka więc Brejza. „Dokumenty prywatne nie stanowią informacji publicznej” – brzmi zwięzła odpowiedź dyrektora CIR.

O co cały ten hałas? GetBack to największa polska spółka windykacyjna, która w latach 2017-18 sprzedała obligacje za 2,5 mld. zł i w kwietniu utraciła płynność finansową. Chcąc ratować sytuację prezes Kąkolewski pisał do premiera, by ten zgodził się na dofinansowanie GetBacku przez PKO BP i Polski Fundusz Rozwoju. Ostrzegał przed krachem spółki i powoływał się na swoje zasługi dla „obozu wolnościowego”. Jak już pisaliśmy, GetBack finansował imprezy z udziałem polityków obozu władzy i zamieszczał reklamy we wspierających ją mediach.

Jak informowała „Wyborcza” na prośbę Kąkolewskiego – z premierem rozmawiał jego ojciec, marszałek senior Kornel Morawiecki, ale ten zaprzeczył, by przekazał list szefa GetBacku synowi.

O ujawnienie listów apelowali w ub. tygodniu posłowie opozycji podczas posiedzenia Komisji Finansów. Bez skutku. Nie udało im się nawet przegłosować wniosku, by premier stawił się przed komisją i wytłumaczył, dlaczego powołane do tego służby państwowe nie zapobiegły aferze spółki, której skala trzykrotnie przekracza straty w słynnej aferze Amber Gold.

Jesteśmy teraz w sytuacji, którą nazywam „stanem przemocy konstytucyjnej”. Wyłączone są wszystkie bezpieczniki, jak na przykład Trybunał Konstytucyjny, które powinny nas bronić przed nadużyciami władzy. Jedyna rzecz, jaka nam pozostaje, to obywatelska niezgoda, którą musimy komunikować. Wtedy jesteśmy w stanie uratować poczucie praworządności w ludziach. Zrozumieją, że stan, który istnieje, jest nienormalny i jest nadzieja, że nie będą go traktowali jako stan permanentny – mówi w rozmowie z nami prof. Marcin Matczak z Wydziału Prawa i Administracji UW

KAMILA TERPIAŁ: Jest szansa na obronę Sądu Najwyższego?

MARCIN MATCZAK: Wydaje mi się, że jest. Po pierwsze, sytuacja z praworządnością i Sądem Najwyższym nigdy nie jest czarno-biała. Nawet jeżeli przegrywa się poszczególne bitwy, to wojna toczy się o coś innego – czy jako społeczeństwo uznamy, że to, co się dzieje, jest legalne, czy uznamy, że jest nielegalne. Wydaje się, że najgorszą rzeczą, jaka może się wydarzyć, będzie przejęcie kontroli nad sądami. Ale tak naprawdę najgorszą rzeczą będzie to, jeżeli polityczna kontrola nad sądami zostanie przejęta i wszyscy będą uważali, że to jest normalne. Oczywiście byłbym za tym, aby na poziomie wspólnotowym, albo obywatelskim ten proces został zablokowany. Ale jeżeli tak się nie stanie, mimo wszystko pozostaje pytanie, jak sędziowie i obywatele będą reagowali. Przecież

jeżeli 3 lipca sędziowie SN zostaną usunięci ze stanowisk, to musi się znaleźć ktoś na ich miejsce. To mogą być ludzie, którzy swoimi działaniami będą legitymować ten SN, albo go ośmieszać. Może się więc powtórzyć sytuacja, jaka miała miejsce w przypadku nowej Krajowej Rady Sądownictwa, kiedy nikt z poważnych reprezentantów sędziów nie był chętny do zasiadania w jej szeregach.

W ten sposób nie doszło do zaakceptowania upolitycznionego KRS. Bez względu na ruchy prawne i to, czy zdążą być wykonane przed 3 lipca, bardzo ważny jest ogólny stosunek sędziów i społeczeństwa do tego, co się dzieje.

Dlatego też – jak powiedział pan w jednym z wywiadów – odejście sędziów SN nie może odbyć się po cichu…

Jesteśmy teraz w sytuacji, którą nazywam „stanem przemocy konstytucyjnej”. Wyłączone są wszystkie bezpieczniki, jak na przykład Trybunał Konstytucyjny, które powinny nas bronić przed nadużyciami władzy. Jedyna rzecz, jaka nam pozostaje, to obywatelska niezgoda, którą musimy komunikować. Wtedy jesteśmy w stanie uratować poczucie praworządności w ludziach. Zrozumieją, że stan, który istnieje, jest nienormalny i jest nadzieja, że nie będą go traktowali jako stan permanentny. A kiedy tylko nadarzy się okazja, będą chcieli go naprawić.

Co może i powinna w takiej sytuacji zrobić I Prezes SN prof. Małgorzata Gersdorf?

Jestem przekonany, że zachowania osób, które ze względu na pełnioną funkcję są liderami władzy sądowniczej, są bardzo ważne.

Nie czuję się na siłach, aby radzić prof. Małgorzacie Gersdorf, co powinna robić, ale mogę sformułować ogólną rekomendację – najbardziej jednoczyła ludzi wtedy, kiedy była jednoznacznym symbolem walki o wolne sądy. Wtedy zaprezentowała klarowną postawę postawa tak-tak, nie-nie. I takiej właśnie potrzebujemy.

Ale z drugiej strony wzięła udział w zaprzysiężeniu sędziego dublera TK?

Wizyta I prezes SN w Pałacu Prezydenckim była błędem. To było wysłanie niejasnego komunikatu. W takich sytuacjach ludzie, zwłaszcza ci, którzy nie są prawnikami, czują się zdezorientowani. Rząd mówi jedno, sędziowie drugie, prawnicy rządu mówią jedno, a ci wspierający sędziów mówią drugie i tak dalej. Ostatnio w biurze Rzecznika Praw Obywatelskich rozmawialiśmy także o tym, że decyzja prof. Andrzeja Rzeplińskiego o przyjęciu dublerów do TK namieszała ludziom w głowach. Społeczeństwo potrzebuje jednoznacznego przekazu. Prof. Małgorzata Gersdorf, ale także inni sędziowie SN powinni zadbać o to, aby ich zachowania były przejrzyste i jasne, bo najgorsze są niedopowiedzenia.

Bez względu na to, jak wszystko się potoczy, sędziowie SN mogą dać wielką lekcję prawa konstytucyjnego w Polsce. Pokazać, co się dzieje z sądami i dlaczego to jest złe. To byłaby wielka wartość.

Taką lekcję już teraz daje sędzia Stanisław Zabłocki, który zapewnia, że będzie orzekał w SN, zgodnie z konstytucją, do 70. roku życia. Powinien być wzorem?

To jest wyraźny symbol sprzeciwu. Z punktu widzenia komunikacji społecznej takie zachowanie jest też bardzo mądre, dlatego że jest przerzuceniem piłki na drugą stronę. Sędzia pokazuje, że nie da się inaczej usunąć jak tylko poprzez wyrzucenie, a jeżeli władza to zrobi, to podkreśli, jakie są jej niecne plany. To bardzo mądre i jednoznaczne stanowisko.

Sędzia jest jasny w swojej deklaracji, a polityk musi podnieść na niego rękę. Ludzie dostrzegają wtedy, że mamy do czynienia z przemocą konstytucyjną. Takich postaw potrzebujemy.

Rząd opublikował wyroki TK, ale z komentarzem, że zostały wydane z naruszeniem prawa. Jaki to ma sens i znaczenie?

Pod względem bezpośredniego skutku konstytucyjnego decyzja o publikacji została podjęta zbyt późno, aby miała jakikolwiek sens. Skutkiem wyroków TK jest to, że ustawa uznana za niezgodną z konstytucją jest wyrzucana z systemu prawnego. Kiedy musieliśmy czekać 2 lata na opublikowanie tych wyroków, nie ma już co wyrzucać, bo ustawy zostały przez parlament dawno zastąpione innymi. Ale publikacja ma duże znaczenie symboliczne. W państwie demokratycznym i prawnych w centrum Europy nie może być tak, żeby urzędnik państwowy, jakim jest premier, uzurpował sobie prawo do oceny tego, co jest wyrokiem i decydował o jego publikacji.

To jest wyjście z zachodniej cywilizacji prawnej i maszerowanie w stronę Rosji, Białorusi i innych reżimów. Moment, w którym wyroki są opublikowane, jest symbolicznym przywróceniem praworządności. Gdyby tak się nie stało, to powstałby precedens i mógłby zostać wykorzystany w przyszłości.

Pod względem prawnym publikacja może mieć znaczenie dla odpowiedzialności konstytucyjnej premier Beaty Szydło i premiera Mateusza Morawieckiego. Oni są zobowiązani do publikacji wyroków TK, a linia ich obrony polegała na przekonywaniu, że to, czego nie opublikowali, to w ogóle nie były wyroki. Tymczasem teraz zostały opublikowane jako wyroki, a ten dopisek o wydaniu ich z naruszeniem ustawy jest zupełnie bez  znaczenia. Nie ma w Polsce organu, który mógłby stwierdzić, czy orzeczenia TK zostały wydane z naruszeniem prawa. Dla mnie to jest po prostu prawniczy folklor. Ale jeżeli premier Beata Szydło zostanie postawiona przed Trybunałem Stanu i będzie przekonywać, że nie opublikowała czegoś, co nie było wyrokami, wtedy wystarczy przypomnieć, że 2 lata później parlament jednak zdecydował, że to są wyroki. A jeżeli będzie dalej przekonywać, że zostały wydane z naruszeniem prawa, to nie będzie w stanie odpowiedzieć na pytanie, w jakiej procedurze to zostało stwierdzone.

To pogarsza sytuację premierów przed ewentualnym postępowaniem w sprawie ich odpowiedzialności konstytucyjnej.

Komisja Europejska powinna zdecydować się na radykalniejsze działania wobec Polski?

Jestem przekonany, że KE ma doskonałą orientację w tym, co dzieje się w naszym kraju. Dlatego Komisja nie da się nabrać na tanie chwyty, które stosuje rząd, zmieniając jakiś drobiazg i twierdząc, że to jest kompromis. Jeżeli Komisja wycofa się z jakichś działań, czyli na przykład nie zdecyduje się na wniesienie skargi do Trybunału Sprawiedliwości na ustawę o SN, albo nie będzie kontynuowała procedury z art. 7, to nie będzie wynikało z naiwności, tylko politycznej kalkulacji. W sytuacji, w której sama UE jest osłabiona, pójście na wojnę z ważnym jej członkiem będzie dodatkowym osłabieniem. Ale

rezygnacja Komisji z działań wobec Polski nie będzie naszym zwycięstwem. Będzie to sytuacja, w której Unia machnie ręką, przekonując, że z Polską w ogóle nie ma sensu rozmawiać. Tak czy inaczej, to będzie znowu nasza porażka.

Organizacje pozarządowe apelują do KE, aby skierowała ustawę o SN do Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu. Pan też o to apeluje. Dlaczego takie działanie byłoby ważne?

Mogłaby wtedy nastąpić sytuacja podobna do tej, która miała miejsce w przypadku Puszczy Białowieskiej. Polski rząd lekceważył stanowisko Komisji, uznając je za polityczne, dopiero kiedy nogą tupnął Trybunał, nie można było się sprzeciwić, bo to jest organ sądowy, a nie polityczny. Niektórzy słusznie pokazują, że tu jest pewna paralela – wtedy mieliśmy do czynienia z wycinką drzew, teraz mamy do czynienia z wycinką sędziów z SN. Dlatego jest sens w tym, aby przesunąć sprawę z politycznej agendy KE, na prawną agendę TS. Gdyby Komisja zdecydowała się na taki ruch, to Trybunał Sprawiedliwości, podobnie jak w pierwszej sprawie, mógłby wydać zarządzenie tymczasowe, które wstrzymałoby wejście ustawy o SN w życie i sędziowie pozostaliby na stanowiskach co najmniej do końca rozpatrzenia sprawy, a gdyby TS uznał ustawę za naruszającą prawo unijne, to zachowaliby stanowiska.

To jest szansa, aby powstrzymać jedno z największych przestępstw konstytucyjnych, czyli usunięcie sędziów SN wbrew ich woli. Ale nie jestem w stanie wyrokować, jak to może się zakończyć.

Wszystko wskazuje na to, że w Komisji nie ma w tej sprawie zgody. A to nie wróży najlepiej…

Nie jestem specjalistą od zakulisowych dyskusji w KE. Rzeczywiście z informacji, które do nas docierają, wynika, że Frans Timmermans, który naciska na to, aby skierować ustawę do TS, spotyka się z pewnym oporem. Ale sprawa jest dynamiczna i może się jeszcze zmienić.

Wielu sędziów nie godzi się na to, co władza robi z sądami. Przykładem jest chociażby postawa sędziów Sądu Okręgowego w Krakowie. Taka wola walki i niezależności będzie się utrzymywać?

Myślę, że tak.

Nastroje wśród sędziów są bardzo zdecydowane. To są ludzie w pełni świadomi tego, co się dzieje i rozumieją, że ich stanowisko jest bardzo ważne. Moja wiedza o tym, co się w tym środowisku dzieje, jest taka, że sędziowie chcą stanąć na wysokości zadania.

Dlatego ważne są takie stanowiska, jak nieakceptowanie narzucanych prezesów sądów czy nowego KRS-u. W ten sposób dają społeczeństwu jasny komunikat – nie wyrażamy zgody na to, co się dzieje. Wracamy więc do początku naszej rozmowy. Gdyby sędziowie położyli uszy po sobie, to byłaby prawdziwa tragedia. Myślę, że opór może nawet narastać.

Tygodnik Wprost pisze o możliwych przetasowaniach w obozie władzy. Powrót prezesa Kaczyńskiego za szpitala oznacza wzmocnienie pozycji Mateusza Morawieckiego. W czasie ostatnich rozmów ze współpracownikami Kaczyński podkreślał, że szef rządu dobrze radzi sobie na stanowisku. Premier coraz poważniej myśli o autorskiej rekonstrukcji rządu i wygląda na to, że dostanie od prezesa zielone światło. Dzisiaj rozważane są dwa warianty rekonstrukcji. Mała, która dotknie dwóch polityków na jesieni i duża, szersza​, związana z eurowyborami.

Szef rządu zdaje sobie sprawę, że jego pozycja wzrasta i dlatego rozmawiał z prezesem o rekonstrukcji rządu, która wydaje się już przesądzona. Najczęściej wymienianie są dwa nazwiska – ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego oraz ministra rolnictwa Krzysztofa Jurgiela.Odejście tych dwóch osób jest już pewne i ma do niego dojść zaraz po wyborach samorządowych – pisze Wprost. Tchórzewski wciąż konfliktował się z Morawieckim o zakres kompetencji, do czasu aż premier odebrał mu uprawnienia głównego akcjonariusza koncernów paliwowych PKN Orlen i Grupy Lotos. Z kolei Jurgiel może odejść z rządu pod pretekstem startu do europarlamentu – “Tak naprawdę od dawna był na cenzurowanym. O jego dymisji mówiło się przy poprzedniej rekonstrukcji rządu. Ale Kaczyński nie mógł ulegać naciskom opozycji, która domagała się usunięcia go ze stanowiska”– mówi anonimowo polityk PiS.

Według informacji Wprost w nastepnej kolejności mają odejść czołowi politycy, którzy będą startowali do europarlamentu. Padają takie nazwiska jak Beata Szydło, Anna Zalewska i Beata Kempa. Najwięcej emocji budzi jednak pomysł wysłania do Brukseli Zbigniewa Ziobro. Kaczyński nie spodziewał się, że Patryk Jaki może rzeczywiście wygrać wybory, tymczasem okazuje się, że nawiązuje równą walkę z Rafałem Trzaskowskim. Jeżeli zostanie prezydentem Warszawy wpływy ministra sprawiedliwości i jego ludzi wzrosłyby na tyle, że stałby się realnym zagrożeniem dla Jarosława Kaczyńskiego. Otoczenie prezesa przekonuje go, żeby pozbył się Ziobry, bo będzie pierwszym który skoczy mu do gardła. 

Jarosław Kaczyński liczy, że po kryzysie spowodowanym protestem niepełnosprawnych oraz kłopotami wizerunkowymi posła Pięty notowania PiS zaczną się wzmacniać za sprawą dobrych wyników gospodarczych. “Jarosław Kaczyński nie zna się na gospodarce. Ona go nie interesuje. Chce tylko, żeby wszystko się zgadzało i były pieniądze na 500 plus. Morawiecki kreśli prezesowi wizje rozwoju gospodarczego Polski, a prezes jest spokojny, że wszystko jest pod kontrolą” – mówi informator Wprost. Paradoksalnie protest niepełnosprawnych dodatkowo wzmocnił pozycję Morawieckiego, który spotkał się z protestującymi, ale nie przyszła do nich Beata Szydło odpowiedzialna za kwestie społeczne i to na nią spadła fala krytyki.

Czeka nas kolejny serial pod tytułem “Rekonstrukcja rządu”, jednak najciekawsze będzie to, co stanie się ze Zbigniewem Ziobro. Pierwsze plotki o dymisji ministra pojawiły się kilka miesięcy temu. Ziobro miał być poświęcony w zamian za ugodę z Komisją Europejską w sprawie praworządności. Jarosław Kaczyński sam sobie zafundował problem wyznaczając do biegu wyborczego Patryka Jakiego i teraz będzie musiał obciąć jedną głowę Solidarnej Polsce, jeżeli w Warszawie zostanie osiągnięty bardzo przyzwoity wynik. Do tego na wymianę ministra naciska Morawiecki, który jest oczkiem w głowie prezesa i prezes będzie chciał pokazać, że Morawiecki nie jest premierem technicznym, tylko z realnym wpływem na rząd i dobór współpracowników.

Nie tylko autonomia władzy sądowniczej została radykalnie zakwestionowana. Zniszczeniu uległa także władza ustawodawcza. W grudniu 2016 roku, czyli od przeniesienia posiedzenia do Sali Kolumnowej i niedopuszczenia opozycji do obrad, rozpoczął się proces likwidacji Sejmu. Pozostała tylko atrapa i dekoracja. PiS-owi Sejm jest przecież niepotrzebny. Likwidacji de facto uległa także autonomia władzy wykonawczej, bo jej centrum zostało przeniesione na ulicę Nowogrodzką – mówi w rozmowie z wiadomo.co Aleksander Smolar, prezes Fundacji Batorego

KAMILA TERPIAŁ: Ostatnio wiele się wydarzyło. Chociażby protest osób niepełnosprawnych w Sejmie, zrobienie z budynków przy Wiejskiej twierdzy, zapowiedź ograniczenia funduszy europejskich… A tak, jakby nie zmieniło się nic. Tzw. teflonowy PiS cały czas prowadzi w sondażach. Dlaczego?

ALEKSANDER SMOLAR: Listę takich wydarzeń można wydłużać, cofając się w czasie. Ale ich skupienie może dać efekty dopiero z opóźnieniem. Większość tych faktów nie trafia na co dzień do ludzi. Nawet jeżeli o tym słyszą, to informacje te są neutralizowane do pewnego stopnia przez poważny kapitał legitymacji tej władzy. Jej źródła to przede wszystkim polityka redystrybucyjna, czyli przejęcie od lewicy funkcji promotora państwa opiekuńczego. Dla ludzi, którzy z tego skorzystali, to jest silny kapitał, który pozwala jednak na „machnięcie ręką” i przymykanie oczu na wiele innych rzeczy. Ludzie pamiętają o tym, że PiS wiele zrobił dla mniej uprzywilejowanej części społeczeństwa, nie tylko w kategoriach czysto finansowych, ale także godnościowych. Z tego punktu widzenia

nawet skandaliczne sceny, prowokowane przez ludzi PiS-u, które towarzyszyły protestowi niepełnosprawnych w Sejmie, choć wzbudziły ogólny niesmak, w opinii dużej części społeczeństwa są relatywizowane.

Czyli pomoc tej grupie się politycznie nie opłaca?

To jest stosunkowo ograniczona populacja, która po raz pierwszy w Sejmie miała widocznych reprezentantów. Na co dzień ta grupa jest rozproszona, niewidoczna, chowa się po domach, często nie mogąc wyjść z powodów fizycznych. Dużym osiągnięciem tego protestu było właśnie jej publiczne pokazanie się, z godnością i umiejętnością artykułowania własnych problemów i interesów. Ale równocześnie stosunek części społeczeństwa do protestu był ambiwalentny. Z jednej strony jest świadomość tego, że to są ludzie pokrzywdzeni, ale z drugiej haniebny język, którym posługiwali się także posłowie PiS, trafiał do części społeczeństwa.

Ludzie nie chcą oglądać choroby, brzydoty, śmierci i starości. Taki język budzi wstręt i strach, a politycy chcieli wyborców przestraszyć, tak jak w przypadku imigrantów, którzy według Jarosława Kaczyńskiego mieli roznosić choroby.

Czy UE zdecyduje się ukarać Polskę?

Najpoważniejsza sprawa to jest problem UE. W tym wypadku władza może dużo przegrać, ale to nie jest oczywiste. Łatwo przekonać – zresztą Unia w tym pomaga – że ograniczenie unijnych funduszy nie jest karą, tylko wynikiem zmiany unijnych priorytetów. Teraz najważniejsze mają być południowe kraje, które ucierpiały z powodu napływu uchodźców i w których nie udało się przezwyciężyć w pełni kryzysu gospodarczego. Poza tym zmniejszenie środków dla Polski i Węgier można będzie zwalić na wrogie siły. Znamy już narrację o niedobrej Brukseli i Niemcach, którzy chcą nam zaszkodzić. Myślę, że teraz, gdy Polska ma dostać mniej pieniędzy z Unii, taka propaganda nacjonalistyczna ulegnie intensyfikacji. Chociaż skądinąd wiadomo, ze Berlin i dominujące środowiska w Brukseli wcale nie chcą karać Warszawy. Zwłaszcza że trudno jest bezpośrednio powiązać problemu stanu sprawiedliwości w takim kraju jak nasz z redystrybucją środków.

Widoczny jest opór nie tylko Polski czy Węgier, ale także innych krajów, które mogą się obawiać konsekwencji, na przykład Hiszpanii. Dlatego UE wolała przy pomocy ogólnych haseł zmiany priorytetów ograniczyć środki przyznawane Polsce i Węgrom, nie czyniąc z tego wyboru politycznego. To niestety zamaże klarowność prawdopodobnej decyzji.

Skoro retoryka nacjonalistyczna ulegnie wzmocnieniu, to zapewne jeszcze mniej „ugramy” i jeszcze bardziej się zmarginalizujemy.

Decyzja w sprawie powiązania wypłacanych środków ze stanem praworządności nie została jeszcze podjęta. Może okazać się bardzo bolesna, ale też będzie bardzo trudna. Od tego będzie zależał stan gry. A pogłębianie izolacji Polski jest oczywiste. Premier, który został mianowany po to, żeby naprawiać stosunki Polski z UE, od początku przyczyniał się do ich pogarszania. Przypisane mu zadanie przezwyciężenia izolacji okazało się zadaniem ponad jego siły. Zresztą bez zmiany polityki wewnętrznej, zwłaszcza wobec prawa i sądów, nie było to możliwe. Już teraz zdanie Polski w Unii w istocie się nie liczy i to jest widoczne na pierwszy rzut oka. Polacy nie biorą udziału w istotnych dyskusjach i nie mają żadnych w istocie sojuszników.

Kiedy rząd PO-PSL walczył o unijny budżet, był w stanie zorganizować silne lobby kilkunastu krajów naszego regionu i to miało istotne znaczenie. Dzisiaj rząd PiS-u nie jest w stanie tego zrobić, może liczyć jedynie na wielkoduszne i niepewne poparcie Viktora Orbána.

Widoczne jest skupienie różnych negatywnych czynników konsekwencji prowadzonej polityki i braku umiejętności reakcji na nowe wyzwania.

Władza jest sparaliżowana fizyczną nieobecnością Jarosława Kaczyńskiego?

Ten, kto skupił w swoich rękach całą władzę, a znajduje się poza wszystkimi strukturami władzy, czyli Jarosław Kaczyński, ze względu na stan zdrowia w małym stopniu może wypełniać rolę, którą sam sobie wyznaczył. Do tej pory to on decydował w sprawach ważnych i mniej ważnych. Teraz ludzie z PiS-u nie potrafią podejmować decyzji, bo ich poziom jest niski, albo po prostu się boją, żeby nie zostali oskarżeni o to, że sięgają po władzę licząc, że Jarosław Kaczyński nie będzie w stanie już jej sprawować.

Widoczne są objawy kompletnej bezradności, dezorganizacji i walki buldogów pod dywanem. To jest element paraliżujący tę władzę. Przykładem drastycznym jest przypadek posła Stanisława Pięty. Kiedyś prezes PiS-u był w stanie podobne węzełki gordyjskie przecinać bardzo szybko.

Fizyczna nieobecność Jarosława Kaczyńskiego ukazuje całą słabość instytucjonalną władzy PiS-u. Nie tylko autonomia władzy sądowniczej została radykalnie zakwestionowana. Zniszczeniu uległa także władza ustawodawcza. W grudniu 2016 roku, czyli od przeniesienia posiedzenia do Sali Kolumnowej i niedopuszczenia opozycji do obrad, rozpoczął się proces likwidacji Sejmu. Pozostała tylko atrapa i dekoracja. PiS-owi Sejm jest przecież niepotrzebny. Likwidacji de facto uległa także autonomia władzy wykonawczej, bo jej centrum zostało przeniesione na ulicę Nowogrodzką. Zresztą w samym PiS-ie nikt tego nie ukrywał, włącznie z kolejnymi premierami. Mamy do czynienia z dezinstytucjonalizacją, czyli niszczeniem podstawowych instytucji państwa. Nie tylko sądownictwa, ale także pozostałych dwóch członów władzy, które w każdym państwie demokratycznym i liberalnym są niezależne. Obóz rządzący lubi słowo „suweren”.

W Polsce suwerenem jest Jarosław Kaczyński, bo to jest osoba, która skupia całą władzę i podejmuje suwerenne decyzje.

Czy to może się przełożyć na wynik wyborczy?

Myślę, że tak. Ale zobaczymy, czy stanie się tak już w najbliższych wyborach. Problem w tym, że PiS zmieniając kodeks wyborczy narzucił takie warunki, że te wybory samorządowe są w istocie nie do przeprowadzenia. To będzie ważny sprawdzian. Poza tym myślę, że

PiS bez skrupułów, niszcząc nawet budżet państwa, będzie chciał pokazać, że ta władza jest dla ludu.

PiS odważy się na majstrowanie w procesie wyborczym?

Jest takie francuskie porzekadło: najgorsze nigdy nie jest pewne. Nie ma co krakać i przewidywać najgorszych scenariuszy. Ludzie PiS-u, przynajmniej niektórzy, muszą mieć świadomość, że zawsze może paść iskra, która wznieci masowy bunt społeczny. Poza tym nawet Polska Kaczyńskiego potrzebuje świata zewnętrznego. A teraz nie możemy liczyć nawet na Stany Zjednoczone. Zresztą nie wykluczam, że część ludzi obozu władzy może mieć skrupuły, bo wiedzą, że za takie rzeczy się płaci. Są tacy, którzy znają losy „silnych władz” i wiedzą, że one często marnie kończą. Być może PiS będzie bardziej stawiał na bodźce pozytywne, czyli rozdawnictwo. Poza tym mają jeszcze inne narzędzie – dają ludziom poczucie przynależności, wykorzystując retorykę nacjonalistyczną i patriotyczną. W dobie kryzysu ludzie takiej wspólnoty potrzebują. Obowiązujący jest cały czas popularny w ludzie język antyelitarny. To są wszystko zasoby, z których PiS będzie korzystał. Dlatego

ich przegrana wcale nie jest pewna. Wiele zależeć będzie oczywiście od stanu i zdolności mobilizacyjnej opozycji.

Dlaczego 4 czerwca to „wielka, opluta data”, jak pisze prof. Jan Hartman?

Można to połączyć z gloryfikacją żołnierzy wyklętych, ludzi o tragicznych, często bardzo złożonych losach, ale nie mówiących w imieniu państwa reprezentowanego przez rząd w Londynie. Stawianie ich w centrum PiS-owskiej mitologii jest symbolem pewnego typu radykalizmu, któremu nie wystarczy już AK, Powstanie Warszawskie czy nawet „Solidarność”. Ta władza jest od początku radykalna, dlatego odwołuje się do takich wzorów, sugerujących przecież, że żyjemy w czasach tragicznych, jakbyśmy mieli tuż za sobą kolejne przegrane powstanie. 4 czerwca jest symbolem pokojowego przejścia i porozumienia się obozu „Solidarności” z relatywnie umiarkowaną częścią elit komunistycznych. Jarosław Kaczyński, który sam – podobnie jak i jego brat – brał udział w negocjacjach Okrągłego Stołu, wie, że uznanie tej tradycji i wyborów 4 czerwca będzie zabójcze dla tego typu radykalnej mitologii i praktyki politycznej.

Oni budują swój przekaz na potępieniu III RP i postkomunizmu. W istocie walczą z tym wszystkim, co działo się w Polsce po 1989 roku. Walczą z symbolami władzy, która została ukonstytuowana w sposób pokojowy, nie odwołując się do strachu, niepewności i upokarzania ludzi, za to budowała postawy demokracji i gospodarki rynkowej.

4 czerwca doprowadził do wywrócenia podstaw komunistycznej władzy, obóz „Solidarności” zdobył Senat i wszystko, co mógł zdobyć w Sejmie – prowadząc szybko do odsunięcia od władzy PZPR-u. To jest tradycja, której PiS nienawidzi, dlatego próbuje ją zwalczać, często w groteskowy sposób – przemilczając, albo mówiąc głupstwa na temat wyborów 4 czerwca. Ale to się na nich odbije, bo 4 czerwca stanie się symbolem odrodzonej Polski, kiedy rządy PiS-u się skończą. Nie wątpię, że wtedy dzień ten zostanie ogłoszony świętem narodowym, świętem polskiej demokracji, która jest obecnie na każdym kroku zagrożona.

Unia nie jest zainteresowana, aby karać Polskę, bo jest świadoma, że karze nie PiS czy rząd, a całą Polskę. Rząd, który przyjdzie po PiS-ie, zostanie bez pieniędzy i szans rozwojowych, modernizacyjnych – mówi nam o sporze z Komisją Europejską dr Renata Mieńkowska-Norkiene, politolog i socjolog z Instytutu Nauk Politycznych UW. Pytamy o przyszłość samej Unii i Polski w UE. – Konfliktując się tak mocno z krajami członkowskimi, prowadzimy bardzo niebezpieczną grę i mam wrażenie, że ktoś nie do końca zdaje sobie z tego sprawę – mówi. I dodaje: – Polityka międzynarodowa jest zakładnikiem polityki wewnętrznej, co było doskonale widać przy okazji nowelizacji o IPN, ile złego PiS zrobił na arenie międzynarodowej tylko dlatego, że chciał się podlizać antysemitom w Polsce. Wiem, że mówię dosadnie, ale trzeba nazywać rzeczy po imieniu.

JUSTYNA KOĆ: Czy Trybunałowi Sprawiedliwości Unii Europejskiej razem z Komisją Europejską uda się obronić polską praworządność?

RENATA MIEŃKOWSKA-NORKIENE: W ramach UE nie ma dobrych, bardzo efektywnych i przede wszystkim sprawnych mechanizmów, które byłyby w stanie zmusić kraj do zejścia z drogi rozmontowywania instytucji demokratycznych pod kątem dostosowywania ich do partii rządzącej.

UE bazuje na traktatach, na które muszą się godzić wszystkie kraje członkowskie. W tej chwili obowiązuje nas traktat z Lizbony, który przewiduje w zasadzie tylko jeden mechanizm, art. 7, o którym ostatnio głośno, ale nawet przepisy wykonawcze do niego, cały mechanizm, ramy ochrony praworządności, zostały stworzone dopiero później. UE nie ma narzędzi, którymi mogłaby sprawnie, szybko i bezboleśnie nacisnąć efektywnie na kraj członkowski. Natomiast trzeba pamiętać, że jest tak, że w ramach istniejących mechanizmów dokłada się wszelkich starań, żeby w pewnym kontekście międzynarodowym, wewnątrzunijnym – teraz widzimy to podczas negocjacji nowych ram finansowych – wykorzystać wszystkie możliwe okoliczności, aby na kraj nacisnąć. Proszę też pamiętać, że

Unia jest przyzwyczajona do mechanizmów, które w dużej mierze opierają się na deliberacji i dialogu, na uzgadnianiu, negocjacjach. Jeżeli jakiś kraj nie stosuje się do tych zasad, tylko działa jak siekiera, to mówiąc delikatnie, nie ma możliwości z takim krajem efektywnego rozmawiania.

Unia nie ma tu odpowiednich narzędzi. Musi najpierw powrócić na drogę przekonywania, negocjacji, znaleźć właściwe argumenty, dopiero potem pokazywać, czy jest dobra wola.

Unia ma tak naprawdę związane ręce?

Polska jest dużym krajem europejskim, dodatkowo mamy do czynienia z Brexitem, co też zmienia Unię, musimy brać to pod uwagę. Polska do tej pory była prymusem i Bruksela też się trochę boi naciskać na kraj, który jest duży i jest, powiedzmy, osią regionu. Ciągle istnieje nadzieja, że to, co się dzieje z Polską i w Polsce, to „wypadek przy pracy”, tym bardziej, że podobne tendencje, co w Polsce, widzimy prawie w całej UE. Zresztą moim zdaniem jest to jeszcze spuścizna pokryzysowa.

Konkludując,

możliwości uratowania polskiej praworządności raczej nie widzę, ale na pewno istnieje szereg różnych elementów nacisku na Polskę, żeby partii rządzącej uprzykrzyć dobre samopoczucie pójścia drogą łamania zasady praworządności,

bo ona jest łamana i my, politolodzy, nie mamy tu wątpliwości. Rozmontowanie Trybunału Konstytucyjnego, który był bezpiecznikiem, łamanie konstytucji i wpływanie na system sądownictwa, co jest kluczowe, to wszystko mocno niepokoi UE.

Jak Unia może uprzykrzać życie?

Np. przy pomocy Trybunału Sprawiedliwości UE, który już otrzymał zapytanie penitencjarne od sędzi irlandzkiej, a wyda orzeczenie w końcówce czerwca. Zobaczymy, co orzeknie. Tu akurat KE stanęła po stronie Polski, więc prawdopodobnie nie będzie orzeczenia, które jednoznacznie wskaże, że w Polsce zagrożony jest system sądownictwa i dlatego nie warto z polskimi sądami współpracować.

Niewykluczone jednak, że w treści orzeczenia znajdzie się treść, która uzmysłowi polskiemu rządowi, że wcale nie jest tak różowo.

Jest uruchomiona procedura ochrony praworządności, art. 7, i Polska będzie musiała się tłumaczyć w Radzie. Jest też ciągle skarga KE do TSUE na wiek emerytalny sędziów. Jeżeli Polska wycofa się z zapisów, to może to być nawet element pojednawczy.

Również mało prawdopodobne wydaje mi się, że polski rząd pod wypływem KE nagle zmieni kurs i zacznie inaczej postrzegać sens reform sądownictwa, tym bardziej, że tu nie chodzi tylko o oficjalnie rządzących, ale także o samego Jarosława Kaczyńskiego, różne koterie w samym PiS-ie. To wszystko powoduje, że sprawa jest skomplikowana.

Procedura art. 7 weszła kilka dni temu w druga fazę. Co to dla nas oznacza?

Większość państw Unii, poza Węgrami i Polską, głosowała, żeby Polska musiała ze swojej strony złożyć oświadczenia, dlaczego w taki właśnie sposób wyglądają reformy, szczególnie w obszarze sądownictwa, co już jest dotkliwe.

Jeżeli rząd nie przekona co do swoich racji, to może dojść do kontynuacji tej procedury, czyli nawet głosowania w Radzie.

Na razie wystarczy większość kwalifikowana. Polska potrzebuje 6 głosów, aby zablokować stwierdzenie, że istnieje ryzyko braku praworządności w Polsce. Dopiero w drugim etapie, po stwierdzeniu ryzyka, jeżeli Polska nie zaprzestanie działań, to może dojść do głosowania w Radzie Europejskiej, czyli głosowania głów państw. Wtedy już jednomyślnie wszystkie kraje muszą głosować przeciwko Polsce, co jest mało prawdopodobnie. Węgry raczej zagłosują inaczej i tej jednomyślności kraje członkowskie nie dopełnią. Ale proszę pamiętać, że nie żyjemy w próżni.

W tej chwili funkcjonujemy w sytuacji, kiedy mamy na głowie negocjacje dotyczące ram finansowych, a to oznacza, że instytucje unijne będą wykorzystywały różne formy nacisku po to, aby państwa członkowskie negocjując dla siebie, poświęciły sprawę Polski.

To jest oczywiście ekwilibrystyka i ja bym była daleka od tego, żeby stawiać Polskę na tak ważnym miejscu w hierarchii ważnych spraw, aby trzeba było dobijać jakichś tego typu targów.

Dużo się mówi o samym sporze w Komisji, jeżeli chodzi o sprawę Polski. Spór między przewodniczącym a jego zastępcą. Jak to może wpłynąć na rozwój sytuacji?

Ten spór nawet nie tyle jest między przewodniczącym a wiceprzewodniczącym, ile najwyższym urzędnikiem cywilnym, w sensie nie politycznym, który, mówiąc delikatnie, nie jest wielkim fanem Timmermansa. To między nimi jest główny spór, zdecydowanie większy niż miedzy Junckerem a Timmermansem.

To może być istotne dla kwestii polskiej. Musimy pamiętać, że za każdymi liczbami, instytucjami zawsze stoją ludzie, więc mamy też do czynienia z ambicjami, różnym podejściem do kwestii tego, w którym kierunku Unia powinna pójść, interesami krajowymi itd.

Spośród tych najwyższych urzędników w zasadzie tylko Timmermans jest zainteresowany, aby spór z Polską ciągnąć. Pamiętajmy też, że to on jest za to odpowiedzialny i ma najwięcej w tej kwestii do powiedzenia.

On też ma za sobą Komisję Wenecją, czyli Radę Europy, ostatnio też jedna z agend ONZ przygotowała dokument, w którym potępia wręcz zmiany w Polsce. Różne międzynarodowe zrzeszenia, organizacje również regularnie piętnują to, co się dzieje w Polsce.

Skoro nie TSUE, to co może pomóc Polsce?

My mamy bardzo istotnego, ważnego swojego człowieka w Unii Europejskiej, Donalda Tuska, który jest szefem Rady Europejskiej. Proszę obejrzeć zdjęcia ze szczytu G7, gdzie przy stole z najważniejszymi przywódcami siedział właśnie Donald Tusk. Nikt tego nie wykorzystuje. Grzegorz Schetyna nie jest zainteresowany Tuskiem, bo stanowi dla niego zagrożenie, Jarosław Kaczyński Tuska nienawidzi. W zasadzie Tusk zostaje niewykorzystany, także sam nieszczególnie wystawia się na wykorzystanie przez kogokolwiek. Niemniej

to niesamowita szansa, możliwość dla Polski, bo to się zdarza niezwykle rzadko, aby człowiek, który był politykiem krajowym, miał dostęp do absolutnie wszystkich informacji o tym, co się dzieje globalnie.

To jest milion razy ważniejsze niż to, że jesteśmy niestałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ. Gdyby Tusk został wykorzystany, mielibyśmy nieporównywalnie większą szansę na różne profity, także finansowe.

Pamiętajmy, że sama Unia nie jest zainteresowana, aby karać Polskę, bo jest świadoma, że karze nie PiS czy rząd, a całą Polskę. Rząd, który przyjdzie po PiS-ie, zostanie bez pieniędzy i szans rozwojowych, modernizacyjnych. Jak widać, sprawa jest szalenie skomplikowana.

Mówiła pani na początku naszej rozmowy, że Unia nie jest przygotowana na to, jak zachowuje się Polska.

Nie tylko Polska. Donald Trump także systematycznie zaskakuje Unię. I widać, że UE kiepsko radzi sobie w takich warunkach nieprzewidywalności, wywracania stołu z szachownicą, łamania pewnych reguł.

W tym, co się dzieje obecnie, widzę ogromne niebezpieczeństwo zarówno dla UE, jak i NATO. Zresztą to, co robi Polska, ma swoje przełożenie na kwestie bezpieczeństwa.

Skonfliktowanie naszego rządu z UE właściwie niechybnie kieruje nas w kwestii bezpieczeństwa ku Stanom Zjednoczonym. Polska coraz częściej dogaduje się z USA za plecami Unii, co jest policzkiem dla krajów Europy. To też bardzo niebezpieczna gra, bo Donald Trump jest człowiekiem nieprzewidywalnym. Gdyby przyszło do jakiegoś ataku na Polskę, to czy zostanie zastosowana klauzula sojusznicza? Poza tym Amerykanie nie będą przez Atlantyk wysyłali wojska, tylko skorzystają z tych kontyngentów, które są w Europie, czyli w Niemczech, Holandii.

Konfliktując się tak mocno z krajami członkowskimi, prowadzimy bardzo niebezpieczną grę i mam wrażenie, że ktoś nie do końca zdaje sobie z tego sprawę.

Unia zaczyna próbować przystosowywać się do nowej sytuacji, np. wprowadzając mechanizmy powiązania praworządności z funduszami.

Widać takie próby, natomiast proszę pamiętać, że proceduralnie czy formalnie to jeszcze nie zostało połączone. Jeszcze nie ma wyraźnych wytycznych czy dokumentu, który mówiłby o tym. Te wszystkie dyskusje, czy Polska jest w stanie efektywnie wydawać środki w momencie, kiedy sądy mogą nie być w stanie wydawać sprawiedliwych wyroków w zakresie dystrybucji tych środków, to jest trochę bat. Nie wiem, czy można to nazwać radzeniem sobie z zaistniałą sytuacją, ale kierowanie środków tam, gdzie problemy są poza Polską, już raczej tak. Zwiększanie środków na takie sprawy, jak emigracja czy badania naukowe i rozwój technologiczny – przecież w ramach środków Horizon Europe będzie 100 mld euro przeznaczonych na naukę i badania. Polska dotychczas bierze w tym udział w bardzo nieznacznym stopniu.

Jesteśmy trzecim krajem od końca, jeśli chodzi o wykorzystywanie tych środków, więc jeżeli na to pójdzie znacząco więcej pieniędzy, oznacza to, że Polska otrzyma ich znacznie mniej.

20 proc. wskaźników, które będą stanowiły podstawę redystrybucji środków w ramach polityki spójności, będzie związanych nie tylko z PKB, który zresztą u nas jest na tyle wyskoki, że na wiele elementów tego wsparcia już się nie kwalifikujemy. On będzie bazował na wskaźniku bezrobocia, niskim poziomie wykształcenia, więc najpewniej te środki pójdą do krajów Południa. Hiszpania ma w tej chwili 13-proc. bezrobocie. Zagadką są dziś Włochy, bo nie wiadomo, co się stanie za chwilę, może się okazać, że Włochy staną się większym problemem dla Unii niż Polska i Węgry razem wzięte.

Czy zmniejszenie Polsce funduszy nie zwiększy antyunijnych nastrojów w Polsce?

Unia zabierze nam kilkadziesiąt mld euro, ale polski rząd powie, że to normalne, bo Brexit i to tylko nominalnie mniej, zatem to tak naprawdę może nawet do obywateli nie dotrzeć.

Jest pani zatem spokojna o przyszłość UE?

Moim zdaniem najpewniej będzie tak, że Europa się podzieli, będzie to bliskie wizji Macrona. Unia podzieli się wzdłuż strefy euro, sama strefa będzie się zapewne silniej jednoczyć. Zobaczymy jeszcze, co będzie z Włochami, bo pamiętajmy, że Ruch Pięciu Gwiazd zapowiadał chęć wyjścia ze strefy euro. Oczywiście to był pewnie kampanijny straszak, ale może zadziałać, wówczas KE może chcieć pójść na rękę Włochom i spełnić ich postulaty. Niemcy bardzo nie chcą, żeby Włosi opuścili strefę euro, co też może okazać się pewną formą nacisku na Niemcy.

Obecny polski rząd bardzo nie lubi Niemiec, pan minister Czaputowicz zresztą otwarcie o tym mówi, natomiast jakkolwiek potoczy się sprawa Włoch, to Polska prawdopodobnie zostanie w Unii drugiej prędkości, co po jakimś czasie może doprowadzić do Polexitu.

Jeżeli nie będzie realnych korzyści z Unii i nadal będą rządzili politycy z PiS-u, to może się okazać, że Unia jest im niepotrzebna. Zwłaszcza jeżeli zostaną przy władzy na drugą kadencję.

Jeżeli zmieni się konfiguracja i wygra PO, to prawdopodobnie zostanie wyznaczony jakiś okres czasowy do momentu wejścia Polski do strefy euro. Polexit jest pewnym ostatecznym rozwiązaniem, jeżeli do niego dojdzie, to dopiero pod koniec drugiej kadencji PiS-u.

Paradoksalnie taka niezbyt szybko działająca UE to jest dla nas plus, bo

jest szansa, że zanim polski rząd zdąży narobić wielkiego bajzlu, instytucje europejskie zapanują nad sytuacją i uda się utrzymać jedność Unii.

Zresztą Niemcy są tym bardzo zainteresowane. Dopóki mamy kanclerz Merkel, to mamy w tej sprawie sojusznika. Ale wiele się może wydarzyć w kontekście tego, co robi Trump, który doskonale rozgrywa Polskę i UE. Proszę zobaczyć, jak domaga się opowiedzenia po jednej ze stron – UE czy USA – w kontekście Iranu, czyli tego, czy będziemy nadal współpracowali gospodarczo, tak jak Unia Europejska z Iranem, czy będziemy stosować sankcje i zostanie zerwana umowa, jak zrobił to Trump.

Polska daje się rozgrywać?

Mam wrażenie, że polskie władze myślą, że funkcjonują w próżni, ewentualnie między tymi największymi graczami. To nieprawda i rozmawiać trzeba z różnymi graczami, ale być też chociaż elementarnie przewidywalnymi, a nie dokonywać ruchów, które trudno zrozumieć. Myślę, że europejska polityka nie ma dziś strategii. To doraźne reagowanie na zaistniałe sytuacje.

Polityka zagraniczna jest podporządkowana sprawom wewnętrznej polityki i słupkom poparcia?

Nawet jest zakładnikiem polityki wewnętrznej, co było doskonale widać przy okazji nowelizacji o IPN –

ile złego PiS zrobił na arenie międzynarodowej tylko dlatego, że chciał się podlizać antysemitom w Polsce. Wiem, że mówię dosadnie, ale trzeba nazywać rzeczy po imieniu.

To będzie ciężki tydzień dla Polski na arenie międzynarodowej. Czy coś pozytywnego na koniec możemy powiedzieć?

Pozytywna jest sama Unia Europejska, w której jesteśmy. Dopóki mniej lub bardziej ją lubimy, ale w niej jesteśmy, i dopóki wystarczająco nieostentacyjnie łamiemy zasady, to jeszcze jakoś to się będzie kręciło. Powinniśmy przetrwać nawet te negocjacje, bo przecież jakieś środki jednak dostaniemy, nie tak mało przecież. Proszę pamiętać, że te cięcia nie są tak duże i dotkną mniej lub bardziej wszystkie kraje. Przekształca się też sama Unia. Gorzej, że nie jesteśmy już jednym z głównych graczy w Europie. Przypomnę tylko, że badania pokazują, że dla takich krajów, jak Czechy, Węgry czy Słowacja, my byliśmy istotni z perspektywy regionalnej, nie dlatego, że samozwańczo obwoływaliśmy się liderem regionu, tylko dlatego, że mieliśmy dobre relacje z Niemcami i Francją. Grupa Wyszehradzka była istotna dlatego, że był też Trójkąt Weimarski, a Polska była uznawana za istotną z perspektywy dyskusji z Niemcami kwestii rosyjskiej. Proszę pamiętać, że kwestia rosyjska nie byłaby tak istotna w polityce unijnej, gdyby nie Polska.

Dziś mamy fatalne relacje z Niemcami, z Francją, efekt jest taki, że regionalnie możemy być istotni tylko doraźnie i też nie dla wszystkich.

Dla Węgier wtedy, kiedy trzeba powalczyć o możliwość łamania kwestii praworządności i konstytucji, ale już w kwestii stosunku do Rosji mamy z Węgrami zupełnie różne stanowiska. Nie wiem, jak rządzący chcą to połączyć.

Post Navigation