Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “rocznica 4 czerwca”

Wolni ludzie nie pozwolą na rozwalenie Polski przez PiS

Naszą powinnością jest pamiętać. W historii kryje się prawda o tym, dokąd mogą nas zaprowadzić żądza władzy, nienawiść, kłamstwo, łamanie zasad praworządności – mówiła na placu Solidarności podczas głównej części obchodów rocznicy wyborów 4 czerwca 1989 prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz. Odczytano też Gdańską Deklarację Wolności i Solidarności, którą podpisali byli prezydenci, samorządowcy i byli działacze dawnej „Solidarności”.

Gdańsk centrum obchodów

Punktualnie w samo południe, nawiązując do historycznego plakatu „Solidarności” z 1989 roku, rozpoczęły się główne obchody 30. rocznicy pierwszych częściowo wolnych wyborów 4 czerwca 1989 roku. Najważniejsze, dostępne dla wszystkich obchody trwały na placu Solidarności, przed pomnikiem Poległych Stoczniowców. Po wspólnym odśpiewaniu hymnu głos zabrała prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz, która zaczęła od słów: – Witajcie w Gdańsku, cieszę się, że jesteśmy tu wszyscy razem. Jesteśmy wspólnotą.

Po czym przypomniała, że aby dzisiejsze obchody mogły dojść do skutku, potrzebna była społeczna zbiórka, w której wzięło udział 80 tys. darczyńców. W listopadzie ubiegłego roku minister kultury Piotr Gliński zmniejszył o 3 mln finansowanie ECS, które jest organizatorem obchodów.

Spuścizna po Adamowiczu

Dulkiewicz podkreślała też, że niezainteresowany rocznicą rząd zrzucił organizację obchodów na barki samorządowców. Przypomniała, że organizacja hucznych obchodów była marzeniem tragicznie zmarłego prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. – Uznał, że kiedy władze w naszej ojczyźnie, władze Rzeczpospolitej ignorują tak ważną rocznicę, to odpowiedzialność za jej świętowanie spada na wspólnoty samorządowe, dlatego w przeddzień pogrzebu pana Pawła Adamowicza spotkaliśmy się w Sali BHP, gdzie z braćmi samorządowcami postanowiliśmy spełnić to marzenie pana prezydenta  – mówiła prezydent Gdańska. – Nie marzyłam, że to święto będzie miało taki rozmach. Czuję, że duch pana prezydenta unosi się nad tym placem, uśmiecha się do nas, dlatego że jesteśmy tu razem – dodała.

Aleksandra Dulkiewicz apelowała o pojednanie, szukanie tego, co łączy, a nie dzieli.

– Narodowa przemiana, która marzy się wielu z nas, to osobista odpowiedzialność, rodzi się w pojedynczych wyborach i prywatnie wypowiadanych słowach, przemiana zaczyna się w rodzinie, w gronie przyjaciół, miejscu pracy, wypoczynku. Uśmiechu do drugiego człowieka – mówiła Dulkiewcz, a tłum nagradzał ją brawami.

Prezydent Gdańska mówiła też o spotkaniu z ludźmi przy otwartym dla wszystkich okrągłym stole: – Wielu z nas marzy się, żeby najważniejszą informację w serwisach były narodziny lwa w ZOO, a nie łamanie konstytucji – mówiła.

Wspomniała także o tych, bez których nie doszłoby do przemian w Polsce w 1989 roku. – Cześć i chwała bohaterom wolnej Polski. Naszą powinnością jest pamiętać. W historii kryje się prawda o tym, dokąd mogą nas zaprowadzić żądza władzy, nienawiść, kłamstwo, łamanie zasad praworządności – konkludowała prezydent Gdańska.

Deklaracja Wolności i Solidarności

Po przemówieniu prezydent Gdańska na scenie została odczytana Gdańska Deklaracja Wolności i Solidarności przez jedną z najwybitniejszych polskich aktorek Krystynę Jandę. Następnie deklaracja została podpisana przez prezydent Gdańska Aleksandrę Dulkiewicz, przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska, byłych prezydentów Lecha Wałęsę, Aleksandra Kwaśniewskiego, Bronisława Komorowskiego, samorządowców, prezydentów miast, opozycjonistów, aktorów, działaczy i młodszych gdańszczan.

Święto wolności

W całym kraju już od od soboty trwają obchody organizowane przez samorządowców. W samym Gdańsku odbywał się też cykl debat organizowanych w ramach dwudniowego, rozpoczętego w poniedziałek Międzynarodowego Forum Obywatelskiego, odbywającego się pod hasłem „1989-2019. Narodziny nowej Europy”.

Przed ECS działała też strefa społeczna, gdzie w kilkunastu namiotach swoje stoiska zmieściło ponad 200 organizacji pozarządowych z całego kraju. W ramach strefy społecznej można było spotkać się z ks. Adamem Bonieckim, Leszkiem Balcerowiczem, Agnieszką Holland, Szymonem Hołownią, Tomaszem Sekielskim i Lechem Wałęsa, wziąć udział w debacie, ale też wybić pamiątkową, okolicznościowa monetę.

Depresja plemnika

„Podoba mi się parcie bonzów PiSowskich do wiedzy: Duda się ciągle uczy, Witek będzie się uczyć resortu, Szydło angielskiego, a Kaczyński jak żyć bez Brudzińskiego” – podzielił się refleksją na Twitterze internauta FanTomas SzaroEuropejski. Dodajmy tylko, że Elżbieta Witek, która właśnie została nową szefową MSWiA, tłumaczyła dziennikarzom, że niewiele wie o obejmowanym przez siebie resorcie, ale… szybko się uczy.

„Parcie” do wiedzy pozostałych wymienionych przez internautę osób jest powszechnie znane. Andrzej Duda wielokrotnie zapewniał: – „Ja państwu powiem, że ja pracuję cały czas, cały czas czegoś się uczę, bez przerwy. Ja się uczę w mieszkaniu, w samochodzie jak jadę, w samolocie, kiedy lecę, ja się cały czas czegoś uczę”. Ze znajomością angielskiego u byłej już wicepremier chyba wciąż nie najlepiej, o czym pisaliśmy w „Szydło ma kłopoty z pamięcią i mówieniem po angielsku”.

Najwięcej emocji wśród internautów wywołała kwestia, co pocznie prezes PiS: – „Kto teraz będzie brał Jareczka…

View original post 616 more words

 

PiS zagraża samorządności

„Gdyby nie tamten czerwiec, nie byłoby wolnej Polski, ale nie byłoby także wolnej Polski, silnej Polski, gdyby nie silne samorządy. Dzisiaj nasza władza, nasze prerogatywy są przez cały czas naruszane przez rządzących, a tym samym naruszone są prawa obywateli, którzy mieszkają w naszych małych ojczyznach. My się w temu w sposób jasny chcemy sprzeciwić. Chcemy Polski solidarnej, samorządnej i o to walczymy i stąd nasze 21 bardzo ważnych postulatów. I właśnie dlatego że przyszłość samorządów w naszej ocenie jest dzisiaj zagrożona, chcemy się również włączyć w najbliższe wybory” – stwierdził prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski. Podczas gdańskiego spotkania samorządowców z całej Polski zaprezentowanych zostało 21 tez, zawierających propozycje zmian dotyczących funkcjonowania samorządów.

Samorządowcy domagają m.in. pełnego prawa do decydowania o całokształcie spraw lokalnych, budowy społeczności lokalnej solidarnej i otwartej, przeciwdziałania wykluczeniom, przekształcenia Senatu RP w Izbę Samorządową, zniesienia odgórnego ograniczenia kadencyjności, obowiązkowych konsultacji z samorządami i społecznością lokalną wszystkich projektów ustaw, zwiększenia nakładów na edukację (w tym godne pensje nauczycieli) i decentralizacji służby zdrowia. Chcą też samodzielności w ustanawianiu podatków lokalnych i możliwości prowadzenia działalności gospodarczej, by pozyskiwać „środki na projekty ważne dla mieszkańców”. Wśród postulatów znalazły się także: decentralizacja rozdziału funduszy unijnych, przekazanie społecznościom lokalnym mienia publicznego będącego dziś w dyspozycji agencji państwowych, likwidacja urzędu wojewody i przekazanie wszystkich jego zadań samorządowi województwa oraz odpolitycznienie mediów publicznych.

„Zasługujemy na lepszą Polskę, tylko że jej kształt w dużym stopniu zależy od nas, od nas samorządowców, od naszych mieszkanek i mieszkańców, więc pora na wypełnienie tej powinności i opowiedzenie się po stronie wartości, bo będziemy mieli taką Polskę, na jaką zasługujemy” – powiedziała prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz. Z kolei prezydent Sopotu Jacek Karnowski stwierdził m.in., że „nie możemy dopuścić, aby o rzeczach najważniejszych dla mieszkańców decydowała jedna słuszna partia” – „Gdy w ojczyźnie źle się dzieje, nie możemy milczeć, musimy działać. Jesteśmy samorządowcami, ale także obywatelami i Polakami. Los naszego państwa i naszego narodu nie może być nam obcy. My wiemy, że silny samorząd, to silne państwo, dlatego dziś, 4 czerwca, tu w Gdańsku zwracamy się do wszystkich, którym na sercu leży dobro Polski, którzy są gotowi bronić demokracji, szczególnie polityków, opozycji, o jedność i o pracę dla dobra naszej wspólnoty lokalnych, nas wszystkich, o akceptację tych 21 tez” – powiedział Karnowski.

Więcej >>>

Depresja plemnika

„Już po wyborach! Flagi unijne zniknęły z kancelarii prezydenta. Polska sercem Europy!!!” – podsumował jeden z internautów zdjęcia z dzisiejszej konferencji prasowej w Pałacu Prezydenckim. Ministrowie Kancelarii Prezydenta Krzysztof Szczerski i Błażej Spychalski stoją na tle wyłącznie polskich flag.

„Jakież to obrzydliwie przewidywalne…”; – „Polska – trzecia gospodarcza potęga świata, to po co UE-flagi, taki obraz lansuje teraz TVPiS”;

„Kuźwa człowiek myśli, że już niczym mnie nie zaskoczą i jak zawsze się mylę. Żenada to za mało powiedziane. Tak zachowują się tzw. elity PiS, a ich wpatrzony w nich lepszy sort wszystko łyka”; – „Pojawią być może na jesień na polecenie Naczelnika” – komentowali internauci.

A jak było przed wyborami do Europarlamentu? Nawet była premier Beata Szydło usiłowała dziennikarzom wmówić, że nie kazała usunąć flag unijnych z Kancelarii Premiera. Jak twierdziła zniknęły one tylko (!!!) z sali konferencyjnej. Cóż, po wyborach nie ma ich już w Pałacu Prezydenckim, czekamy więc…

View original post 2 180 słów więcej

 

PiS demoluje dorobek Polaków po 1989 roku

Jedną  z kwestii, które najbardziej dzielą polską scenę polityczną, jest stosunek do transformacji ustrojowej i dziedzictwa ostatnich 30 lat III RP. Kiedy bowiem opozycja widzi w nas lidera regionu i wzór udanej drogi ku zamożności, to w tym samym czasie obóz rządzący widzi III RP jako okres korupcji elit i zmarnowania szans zamykający się w narracji „Polski w ruinie”. Symbolem całego zła, jakie reprezentuje III RP, jest na prawicy Leszek Balcerowicz i jego plan. PiS promuje bowiem narrację, że ten oddał za bezcen polskie firmy w ręce zagranicznych korporacji, a kraj wpędził w kryzys manifestujący się galopującym bezrobociem i inflacją. Linia ta, choć ideologicznie bardzo kusząca, to jednak nie wytrzymuje starcia z danymi gospodarczymi. Forum Obywatelskiego Rozwoju przygotowało cykl zestawień statystyk ekonomicznych, które obalają krążące mity dotyczące transformacji.

Okazuje się bowiem, że choć Polska także wpadła w kryzys po upadku PRL, to przyjęte w naszym kraju reformy pozwoliły wyjść z niego znacznie szybciej niż większości innych krajów postkomunistycznych. Polska była pierwszym z nich, który zanotował dodatni wzrost gospodarczy. Stało się to już w 1992 roku. Tymczasem Węgrzy i Czesi osiągnęli to w 1994 roku, Litwa 1995, a Rosja dopiero 1997. Najgorzej wypadła Ukraina, której udało się to dopiero w 1999 roku. Także pod kątem gwałtownie rosnących cen nad Wisłą zapanowano nad sytuacją wcześniej niż w reszcie regionu, czyli 1992 roku. Przed nami z tym zadaniem poradziły sobie tylko Węgry w 1990 roku, a część krajów Europy Wschodniej walczyła z inflacją aż do 1996 roku. Reformy ustawy Wilczka i planu Balcerowicza pozwoliły Polsce przejść przez wstrząsy lat 90tych szybciej, niż mogłoby to mieć miejsce bez nich.

Nie jest to jednak jedyny popularny mit dotyczący transformacji. Jednym z zarzutów wobec planu Balcerowicza było bowiem poddanie się dyktatowi kapitału zagranicznego, który zmienił Polskę w półkolonię. Rzeczywistość była o wiele bardziej skomplikowana, ponieważ inwestorzy często wykupowali tanio państwowe przedsiębiorstwa, ale mimo to główna ich aktywność skupiała się na własnych inwestycjach nad Wisłą, które napędzały gospodarkę. W latach 1990-2001 dochody z prywatyzacji wyniosły 74 mld zł (równoważnych sile nabywczej PLN z 2016 roku), podczas gdy bezpośrednie inwestycje zagraniczne w tym samym czasie były warte prawie cztery razy więcej – 286,9 mld zł.

Wbrew narracji PiS prywatyzacja lat 90-tych nie doprowadziła do oddania całego przemysłu kraju w obce ręce, ani nie doprowadziła do jego załamania. Choć popełniano błędy, a wiele zakładów upadło, to jednak cały sektor przemysłu i przetwórstwa zaczął dzięki reformom i transferowi technologii oraz know how z zachodu dynamicznie się rozwijać. Tylko w latach 1990-2000 produkcja przemysłowa wzrosła bowiem o aż 200%. Do dziś jest to przeszło 900%.

Nie jest równocześnie tak, że sektor się rozwija, ale nie jest w polskich rękach. W Polsce udział kapitału zagranicznego w przetwórstwie przemysłowym wynosi 43,6%, podczas gdy średnia unijna jest niewiele mniejsza, na poziomie 36,6%. Wypadamy w tym zakresie także lepiej na tle regionu, gdzie kapitał zagraniczny ma średnio udziały na poziomie 53,1%.

Widać zatem wyraźnie, że narracja PiS w sprawie skutków transformacji jest oparta na fałszywych założeniach. Polskie reformy okazały się bowiem nie powodem do wstydu, ale drogą, która umożliwiła gospodarczy sukces ostatnich 30 lat.

“Polski los” staje się w Europie synonimem upadku standardów państwa, które popada w rosnący populizm i finansową nieodpowiedzialność. Nasz kraj jako przestroga stał się bohaterem numeru niemieckiego dziennika “Die Welt”, który, powołując się na ekspertyzy ekonomistów ostrzega rządy krajów Europy przed podzieleniem losu Warszawy. Dziennikarze przytoczyli tutaj raport “European Progress Monitor” autorstwa Holgera Schmieding i Floriana Hense z hamburskiego banku prywatnego Berenberg.

Wnioski ekspertów są dla naszego kraju niepomyślne. Kontynent jest lepiej przygotowany do poradzenia sobie z kolejnym kryzysem finansowym niż w 2007 roku czy 2013, ale kolejne rządy przysłowiowo “spoczywają na laurach”. Dziennik przytacza gotowość poszczególnych krajów do reform, w czego kontekście synonimem nieodpowiedzialności staje się tzw. “polski los”. To ostatnie pojęcie jest rozumiane jako sytuacje, kiedy: Rozsądny rząd nie wydaje nadwyżek, ale zostaje zastąpiony przez rząd populistyczny, który roztrwania pieniądze.

“Die Welt” nie zostawia na Polsce suchej nitki: “Tak było w Polsce, gdzie w latach 2007 – 2014 rząd Donalda Tuska, obecnego przewodniczącego Rady Europejskiej, nie pozwalał sobie na trwonienie pieniędzy. Jego następcy z populistycznej partii PiS, która od 2015 roku ma większość parlamentarną, poluzowały cugle, przede wszystkim poprzez kosztowne nowe projekty emerytur”. Autorzy wyjaśniają także czytelnikom, że mimo obecnie wydawałoby się dobrej sytuacji finansowej Warszawa jeszcze poniesie konsekwencje nieodpowiedzialnych praw ustanowionych w ostatnich latach, szczególnie obniżki wieku emerytalnego: “Rachunek jeszcze nadejdzie, gdyż obietnice emerytalne mają długofalowe skutki”.

W tym kontekście niemiecki dziennik ostrzega, że podobna sytuacja jak w Polsce grozi Irlandii, Holandii, w pewnym stopniu Danii i także Niemcom. Naszym, zachodnim sąsiadom zarzuca się zbyt duży nacisk na rozbudowę systemu świadczeń socjalnych.  Zdaniem autorów państwo niemieckie już teraz wydaje w porównaniu z innymi krajami zbyt dużo na ten cel. Tutaj warto przywołać efekty 500+ i innych programów rządowych w Polsce, w wyniku których wydatki państwa na wsparcie rodzin skoczyły do 55 mld zł, czyli 2,8% PKB Polski, w tym wręczanie pieniędzy “do ręki” pochłania już ponad 1,8% PKB, ustępując w tym zakresie tylko 6 krajom wspólnoty.

Widać zatem wyraźnie, że z prymusa europejskiej transformacji gospodarczej Polska zaczyna zmieniać swój wizerunek na kraj nieodpowiedzialnych populistów. W świetle latami rosnącej pozycji i reputacji naszego kraju w Europie taki obrót spraw w ostatnich latach jest szczególnie smutny. Biorąc to pod uwagę, wybory europejskie są jednym z ostatnich momentów, aby wizerunkowe pogrążanie naszej ojczyzny w Europie  można jeszcze powstrzymać.

„Solidarność” robiła coś odwrotnego, niż dziś PiS. Budowała wiarę w ekspertów, w ludzi wykształconych, prowadziła wszechstronne akcje oświatowe, była otoczona kręgami ekspertów i dzięki temu zgłaszała odpowiednie postulaty i decyzje, które miały służyć większej racjonalności. Dziś nienawidzi się ekspertów, wiedzy, buduje się społeczeństwo antyintelektualne, antyinteligenckie, antyoświatowe, buduje się nienawiść i niechęć do ludzi chcących modernizacji – mówi o wyborach 4 czerwca prof. Andrzej Friszke, historyk, członek pierwszego Kolegium IPN (1999-2006) oraz członek Rady IPN (2011-2016). O genezie wyborów 4 czerwca, ale i o konsekwencjach. – Przełom 1989 roku to była delikatna, skomplikowana polityka w skomplikowanej relacji międzynarodowej i trzeba mieć wiedzę, aby to zrozumieć. Poruszanie się w schematach zerojedynkowych, podbudowanych moralną wyższością, nie pomaga w zrozumieniu sprawy – mówi.

JUSTYNA KOĆ: Wybory 4 czerwca 1989 roku to początek wolnej Polski czy spisek polityków z SB? Odpowiedź na to pytanie determinuje także dzisiejszą politykę…

PROF. ANDRZEJ FRISZKE: Prawdę mówiąc, wstyd odpowiadać na takie pytanie. Pewni ludzie nieczytający nic wartościowego i niemający zielonego pojęcia o tamtej epoce głoszą tezy mające zdelegitymizować ludzi i formacje tworzące III RP. Nie ma najmniejszych podstaw do zadawania takiego pytania. Od 2002 roku mamy otwarte akta IPN, które są analizowane. Wszystkie istotne już właściwie zostały przejrzane, podobnie teczki personalne, nie ma najmniejszych powodów, żeby takie głupstwa powtarzać.

Jednak wiele osób, także obecnie na najwyższych stanowiskach, tak twierdzi. Tak sugerował np. Andrzej Zybertowicz, powołując się na wypowiedź Andrzeja Gwiazdy. Brakuje elementarnej wiedzy na ten temat. Może powinniśmy bardziej celebrować te wydarzenia, aby zwiększyć świadomość? To powinno być święto narodowe?
Być może tak, tylko żeby opowiedzieć dobrze tę historię, to trzeba coś rozumieć z ówczesnego życia politycznego i mieć świadomość, jak wyglądała sytuacja międzynarodowa oraz na czym polegał kryzys gospodarczy lat 80.

Trzeba też myśleć o rządzących wtedy Polską inaczej, niż poprzez schemat budowany na stereotypie stalinizmu. Mam na myśli postrzeganie tamtego okresu przez same morderstwa, zbrodnie itd. Jeżeli nosi się w głowie taki absurdalny obraz  rzeczywistości PRL, jaki jest upowszechniany od wielu lat przez polską prawicę, to nigdy się tego nie zrozumie.

Przełom 1989 roku to była delikatna, skomplikowana polityka w skomplikowanej relacji międzynarodowej i trzeba mieć wiedzę, aby to zrozumieć. Poruszanie się w schematach zerojedynkowych, podbudowanych moralną wyższością, nie pomaga w zrozumieniu sprawy.

To zacznijmy od początku. Geneza wyborów 4 czerwca to 1985 rok i dojście Gorbaczowa do władzy, a może wcześniejsze Porozumienia Sierpniowe?
Moim zdaniem musimy się cofnąć do epoki przedsolidarnościowej, czyli do 1978 roku, kiedy nastąpił spadek dochodu narodowego o 2 proc. i w zasadzie nigdy to już nie zostało odrobione, mimo różnych podejmowanych przez władze prób. To pokazywało, że system ekonomiczny PRL jest niewydolny i wymaga bardzo poważnych reform. Nie można ich było przeprowadzić z przyczyn politycznych i ideologicznych. Z czasem kryzys stawał się coraz bardziej odczuwany, groził katastrofą. Potrzeba podjęcia bardzo poważnych reform to był główny motyw tego, co się wydarzyło.

To widać w postulatach sierpniowych, gdzie oprócz postulatu wolnych związków zawodowych było sporo postulatów odnośnie do „chleba”.
Porozumienia Sierpniowe podpisano w drugim roku trwania kryzysu, więc ludzie dopiero zaczynali mieć świadomość, że źle się dzieje. Do konkluzji, że to jest kryzys strukturalny, było jeszcze daleko. Przypominam, że zaraz po Sierpniu zostaje powołana sejmowa komisja do spraw reformy gospodarczej, zatem władza wie już o problemie. Okaże się potem, że nie ma warunków politycznych do zmian, zatem mało co się zmieni.

Co do zapisów Porozumień, to oczywiście zawsze tak będzie, że strajk, bunt społeczny ma dwa rodzaje żądań: politycznych, ale i ekonomicznych, bo te ostatnie bardziej mobilizują ludzi i zwiększają siłę ruchu. Trzeba też powiedzieć, że

propaganda systemu komunistycznego w latach gierkowskich zapewniała, że ludziom się należy pewien poziom życia i dostatku, dostępności do społecznych dóbr, także prawo do mieszkania, i to dawało później świadomość, że system jest niewydolny, bo nie spełnia tych oczekiwań.

Czyli władza sama sobie wyhodowała ten problem?
W perspektywie generalnej tak. Na tym polegał właśnie komunizm, ale tu musimy cofnąć się jeszcze dalej. Do początku komunizmu i tego, co ten system obiecywał: wzrost poziomu życia, zamożności, i do dla ludzi z warstw ludowych, mieszkanie dla każdego, opieka społeczna dla każdego, służba zdrowia… Obiecywał pewną równość. Oczywiście władza miała specjalne przywileje, o czym się nie mówiło, ale każdy wiedział. Ta irytacja na przywileje władzy także ma wyraz w Porozumieniach Sierpniowych.

Wróćmy do lat 80., które przynoszą zaostrzenie sporu rządu z „Solidarnością” i polaryzację, w połowie dekady pojawia się Gorbaczow i w ZSRR kończy się czas „rządów betonu”. Na ile to było ważne dla polskich przemian? Gdyby nie Gorbaczow, nie byłoby 4 czerwca?
Oczywiście. Tu trzeba powiedzieć, jaka była rola ZSRR w całym systemie. Przede wszystkim Moskwa zainstalowała system w Polsce, a następnie dbała o jego niezmienność; żeby kierownictwo partii sprawowało pełną kontrolę nad społeczeństwem, aparatem władzy, gospodarką. I żeby się nic nie zmieniało. Same hasła reform gospodarczych czy próby poluzowania kontroli aparatu władzy nad gospodarką wywoływały skrajnie negatywne reakcje w Moskwie. To jest jedna z głównych przyczyn tego, że nie udało się wprowadzić reform w Polsce. Nagle pojawił się Gorbaczow ze świadomością ich potrzeb, chociaż dodam, że kluczowa była tu też katastrofa w Czarnobylu, która ukazała w pełni niewydolność tego systemu; że grozi realną katastrofą. W ZSRR to obnażyło anachroniczność i niemożność kontynuowania systemu zarządzania i braku kontroli. Pogłębiał się też dystans technologiczny między ZSRR a światem Zachodu. W konsekwencji

nagle okazało się, że to ZSRR do reform zachęca. To tworzyło warunki do poszukiwania rozwiązań politycznych. W samym ZSRR oprócz przemian gospodarczych pojawiła się głasnost, czyli jawność, wolność krytyki, potem pomysły na zmiany zasad wyborczych. Krótko mówiąc, ta fala otwierała możliwości liberalizacyjne.

Oczywiście to nie było takie proste, bo reżim w PRL miał swoje pokłady konserwatyzmu i bał się rozmowy z tymi, których wsadzał do więzień, oraz powrotu wielkiej fali „Solidarności”, która mogła by ich zmieść. Dlatego to wszystko trwało, Kościół angażował się w mediacje. W końcu nastąpił ruch strajkowy w roku 1988, władza się przestraszyła, że to już ta fala i dopiero wtedy powstały warunki do podjęcia negocjacji.

I tu mamy rozmowy w Magdalence, które doprowadzają do Okrągłego Stołu i w konsekwencji do wyborów 4 czerwca 89, do których, podobno, bardziej parła władza, niż „Solidarność”, która obawiała się, że po wyborach stanie się „kwiatkiem do kożucha”. To prawda?
Tak, ponieważ „Solidarność” przede wszystkim chciała odbudowy związku, bo przecież była zdelegalizowana. Za działanie w „Solidarności”, próby odbudowywania związku groziły represje, bo były to działania nielegalne. Dlatego nadrzędnym postulatem i warunkiem koniecznym było przywrócenie legalności „Solidarności”. Władza natomiast broniła się przed tym, a zależało jej na wciągnięciu ludzi „Solidarności” do legitymizowania systemu i udziału w strukturach parlamentu, żeby zapewnić osłonę dla koniecznych ciężkich reform gospodarczych.

Drastyczne reformy były konieczne, bo stan gospodarki był tragiczny. Bez bolesnych refom połączonych z wyraźnym obniżeniem płac i poziomu życia nie było mowy o tym, żeby nawet ruszyć z miejsca. Wiadomo było, że należy podnieść ceny, ale nie płace, zamknąć najbardziej deficytowe zakłady. To zaczął już robić rząd Rakowskiego.

Władza potrzebowała też ludzi „Solidarności”, aby pokazać otwartość, wejście na drogę demokratycznych i rynkowych reform, co umożliwi rozmowy z Zachodem o zmniejszeniu obciążeń czy redukcji gigantycznego długu. W zamian chciała dopuścić ich do Sejmu, ale nie do rządu.

Kiedy władze komunistyczne przekonały się, że to się nie uda? Czy to mogła być klęska listy krajowej z największymi dygnitarzami – Rakowskim, Kiszczakiem, Sawickim?
To był akt zamykający, klęska partii, ale już przy Okrągłym Stole „Solidarność” wynegocjowała bardzo duże zmiany ustrojowe, które wcześniej nie były przewidywane, a zmieniły radykalnie sytuację, wspomnę tu chociażby wolne wybory do Senatu. W konsekwencji Senat stał się właściwie całkowicie solidarnościowy: 99 mandatów na 100.

Frekwencja wyborów 4 czerwca to 62 proc. To porażka?
To ważne pytanie, które powinno powrócić w kontekście tego, co mamy obecnie. Na ile społeczeństwo interesowało się strefą publiczną, na ile miało myślenie państwowe? Jednak częściowo przyczyn niskiej frekwencji można szukać w tym, że p

rzez cały PRL udział w wyborach był uważany za obowiązkowy. Po raz pierwszy obywatele dostali wolność, aby nie iść. To niestety bardzo niedobra manifestacja wolności.

Niska frekwencja pozostała. Czy możemy przyczyn upatrywać w tamtych wydarzeniach?
Częściowo może tak, bo wielu ludzi w PRL uważało, że gdy nie pójdą do wyborów, mogą się liczyć z represjami, że dzieci nie przyjmą na studia albo mieszkania się nie dostanie. Zatem lud maszerował i głosował na PZPR jak trzeba. Ciekawe, że w tych rejonach, które są dziś bastionem PiS, „Solidarność” miała najtrudniej, choć to nie znaczy, że tam poparcie miała partia. To były raczej sklerykalizowane regiony, gdzie nie istniała żadna działalność społeczna, mówię o Podkarpaciu, ścianie wschodniej, małych miastach czy wsiach, gdzie w ogóle nie było „Solidarności”. Ludzie szli za księdzem plebanem, co dało w 89 sukces, bo wtedy księża namawiali do głosowania na „Solidarność”.

Dziś mamy elity, które są świadome zagrożenia demokracji, praworządności, zdają sobie sprawę, czym jest trójpodział władzy, protestują w obronie konstytucji, i tych, którzy głosują na PiS. Szukając analogii z PRL, musi dojść do załamania gospodarki, aby przestali popierać władzę?
Mam podobne obawy i sam się zastanawiam, czy społeczeństwu w 89 roku zależało na wolności i demokracji, czy po prostu była to reakcja na kryzys, braki towarów, obniżenie poziomu życia. Pewnie jedno i drugie, bez jednego nie byłoby drugiego. Natomiast rzeczywiście wnioski, jakie się nasuwają, są smutne.

Przez 30 lat nie zbudowano przywiązania do wolności, praworządności, odpowiedzialności za siebie, za stan gospodarki.

„Solidarność” robiła coś odwrotnego, niż dziś PiS. Budowała wiarę w ekspertów, w ludzi wykształconych, prowadziła wszechstronne akcje oświatowe, była otoczona kręgami ekspertów i dzięki temu zgłaszała odpowiednie postulaty i decyzje, które miały służyć większej racjonalności. Dziś nienawidzi się ekspertów, wiedzy, buduje się społeczeństwo antyintelektualne, antyinteligenckie, antyoświatowe, buduje się nienawiść i niechęć do ludzi chcących modernizacji. Trudno powiedzieć, jak lud zareaguje na tak destrukcyjną propagandę, jaką obserwowaliśmy przy okazji strajku nauczycieli czy kampanii wrogości do sędziów. To kult niekompetencji, braku wykształcenia, kult braku solidnej pracy. Wszystkie te cechy, które są rozwojowe, są dziś opluwane.

Może to jest wina elit III RP, że nie zbudowały społeczeństwa obywatelskiego? Uwierzyły, że demokracja sama się obroni, a wszystko załatwi niewidzialna ręka rynku?
Ostrożnie z takimi tezami. Gdyby większość tak uważała, nie dopuszczano by do głosu ludzi o innych poglądach w publicznych mediach, tak jak robi się to obecnie. Wolność polega też na możliwości krytykowania, nieuczestniczenia w życiu publicznym, zgłaszania alternatyw, a słuchacze i czytelnicy oceniają i decydują w wyborach. Natomiast parę rzeczy zostało odpuszczonych. Po pierwsze,

należało wspierać mocno lokalne elity: nauczycieli, bibliotekarzy, animatorów życia kulturalnego na prowincji. Ta grupa powinna być mocno wspierana przez państwo, bo ona mogła podnosić poziom kultury i budować zalążki społeczeństwa obywatelskiego „od dołu”, a niestety tak się nie stało.

Po drugie, łatwo odpuszczono wsparcie organizacji społeczno-wychowawczych, takich jak harcerstwo. To wszystko zawaliło się w Polsce prowincjonalnej i dało miejsce tak destrukcyjnym ruchom, jak „kibolskie” czy nacjonalistyczne.

U nas nigdy nie utrwalił się duch Oświecenia. Najważniejsze było odzyskanie niepodległości, a nie przeobrażenie świadomości zbiorowej w racjonalnym, sceptycznym i liberalnym duchu. Cały czas znać o sobie daje fundamentalne rozdarcie i radykalnie spolaryzowana batalia o przyszłość Polski – o to, po której stronie europejskiej tradycji będziemy, po zachodniej czy po wschodniej. To bierze się też po części i z tego, że przez wieleset lat stanowiliśmy część rosyjskiego Wschodu – w istocie aż do 1989 roku. Tego nie da się wytrzebić w ciągu trzydziestu lat wolności – mówi prof. Zbigniew Mikołejko, filozof i historyk religii, eseista, kierownik Zakładu Badań nad Religią w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN

KAMILA TERPIAŁ: „Tylko nie mów nikomu” braci Sekielskich nie jest filmem o pedofilii. To jest film o tym, że gdy członkowie jakiejś instytucji mają za dużo władzy i poczucie bezkarności, mogą pozwalać sobie na wykorzystywanie najsłabszych. Podpisałby się pan pod takim stwierdzeniem?

ZBIGNIEW MIKOŁEJKO: Tak, to jest przede wszystkim film o władzy. Tam, gdzie w grę wchodzi cielesność i seksualność, zawsze o to chodzi. Ujmując rzecz w dużym skrócie – stosunek do ciała dotyka tego, co najgłębsze, najbardziej intymne w człowieku i jest modelem wszystkich innych stosunków: politycznych, kulturowych, moralnych czy mentalnych. Władza absolutna stwarza możliwość absolutnego zawładnięcia ciałem. Objawia się tu myślenie, że skoro mam pełnię władzy, to wszystko jest dozwolone. Można powiedzieć metaforycznie, że zniewolenie cielesne, które się bezkarnie dokonywało, jest wyrazem zniewolenia mentalnego i moralnego. Społeczeństwo polskie dało się zniewolić. Lecz

to nie jest tak, że za to wszystko odpowiada sam tylko Kościół – odpowiadają za to także różne grupy społeczne i polityczni działacze, którzy pozwolili na taką władzę Kościoła nad duszami i ciałami.

Widzimy przejaw władzy absolutnej?
Ta przestępczość ma wymiar moralny, ale przede wszystkim jest to – jak mówił Jan Paweł II – „grzech strukturalny”. Ogromne znaczenie ma tu zarazem zadzierzgnięcie tak silnego mariażu ołtarza z tronem, i to z każdym tronem. Ale w ostatnich prawie czterech latach jest to widoczne wręcz drastycznie…

Kościołowi zaszkodzi taki mariaż?
Na krótką metę już szkodzi, ale bardziej jeszcze zaszkodzi także na dłuższą. Zwłaszcza że jest sojusz taki jest zawarty wbrew nauczaniu Kościoła powszechnego i Soboru Watykańskiemu II, który orzekł, że duchowni nie mogą wchodzić w „polityczne buty” i wspierać żadnych partii politycznych. Tymczasem kiedy przemawia abp Sławoj Leszek Głódź, bp Wiesław Mehring czy abp Józef Michalik, w gruncie rzeczy słyszymy aparatczyków partii rządzącej.

Ale na krótką metę obu stronom jest to na rękę.
Tak, oczywiście. Duchowni otrzymują bowiem za to apanaże, a partia wsparcie tak istotnej i ogromnej instytucji. Mamy przy tym do czynienia z błędnym kołem. Obie strony tego układu wzajemnie potęgują swoją moc, pazerność i dobrostan. I tak to trwa. Nie dotyczy to naturalnie wszystkich księży, ale niestety dominującej grupy w polskim Kościele. Jedyną szansą na zmianę jest twarde, ostre rozdzielenie państwa i Kościoła. I nie mówię o walce z Kościołem. Ale bez sensu jest też mówienie o przyjaznej separacji, tym bardziej że została ona przez rozmaitych polityków i duchownych naruszona, może nawet zdruzgotana – na rzecz właśnie wspomnianego mariażu.

Wpływ na te relacje może mieć sprawa pedofilii w Kościele?
Oczywiście. Nie znamy skali tego zjawiska, bo jak zwykle w przestępstwach seksualnych tzw. ciemna liczba jest większa.

Wiele ofiar i środowisk cały czas milczy, bo mówienie prawdy jednak skazuje na stygmatyzację. Ważne jest to, że stworzony został pewien system, który ma właściwości systemu mafijnego – „swój człowiek” może zrobić wszystko, a my go ochronimy.

To też pokazuje słabość państwa i prawa. W filmie braci Sekielskich pokazany jest między innymi przypadek kapelana więziennictwa, który udziela schronienia i pozwala na odprawianie mszy z dziećmi skazanemu już duchownemu. Buzuje w nim bezczelność, pycha i cynizm, bo wie, że włos mu z głowy nie spadnie. Nic w tej sprawie nie zrobili ani minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, ani wiceminister odpowiedzialny za więziennictwo. Dla wielu ludzi Kościoła nic zatem nie znaczy polskie prawo i tym samym tworzy się rodzaj państwa w państwie.

Kościół jeszcze długo nie będzie gotowy na poważne potraktowanie tej sprawy i wewnętrzne rozliczenie?
Gdyby był, to już działoby się coś ważnego… Na razie słyszymy tylko głosy i to często sprzeczne. Najbardziej krytyczni i niezależni w sądach są najczęściej jezuici i dominikanie, czyli członkowie zakonów, których zwierzchność jest w Rzymie.

Co zatem powinno się wydarzyć?
Powinno wkroczyć państwo. Prawo, prawo i jeszcze raz prawo. Niemożliwe są bowiem sytuacje, w których prawo nie będzie działać – na przykład wobec kogoś udzielającego świadomie schronienia przestępcy w sutannie. Nie może być po prostu tak, że oni czują się bezkarni! Nie może być też tak, że w szeregach partii rządzącej jest osoba (i to na czele sejmowej komisji sprawiedliwości), która chroniła – skazanego przecież za pedofilię – słynnego proboszcza z Tylawy, zresztą nadal aktywnego duchownego, także w Radiu Maryja. Nie rozumiem przy tym głosów nawołujących do tego, abyśmy nie byli antyklerykalni. Antyklerykalizm nie jest złem.

Antyklerykalizm to nie antyreligijność. W Polsce dokonano natomiast bardzo złowieszczego podstawienia – zrównano antyklerykalizm z antyreligijnością. Tymczasem można być człowiekiem głęboko religijnym i antyklerykałem.

Czym jest antyklerykalizm?
Jest postawą dotyczącą zwalczania nadmiernej pozycji kleru.

Może przyczynić się do uzdrowienia Kościoła?
Tak, antyklerykalizm jest uzdrawiający. Ale trzeba głośno mówić o tym, że nie ma równości między antyklerykalizmem i antyreligijnością. Polska religijność miesza przy tym porządku i utożsamia się z klerykalizmem. Nic dziwnego, skoro bierze się z tradycyjnego lenistwa umysłowego, także w sprawach wiary. Nawet ludzie wykształceni oddają więc wszystkie kwestie religijne w ręce „funkcjonariuszy kultu”, jak ich zwał Lejzorek Rojsztwaniec, i poprzestają na szczątkowej świadomości religijnej z epoki pierwszej komunii. Często przy tym w grę wchodzą tylko emocje. A tak się nie da. Jak mawiał święty Tomasz z Akwinu, jeśli się nie używa rozumu w sprawach wiary, to popada się w grzech.

Dlatego tak grzeszymy?
Polacy są tak naprawdę od całych pokoleń obojętni w sprawach wiary (choć nie w sprawach Kościoła).

Nie toczyły się u nas na przykład krwawe wojny o pojmowanie łaski, które prowadziły do wzajemnego wyrzynania się stron, jak we Francji czy Niemczech. Były, owszem, jakieś napięcia, ale nigdy nie ostateczne, bo mało kogo to obchodziło.

Sprawa pedofilii w Kościele coraz więcej osób zaczęła jednak obchodzić.
I zaczyna to przypominać spóźnioną wojenkę religijną, którą wiele państw ma już dawno za sobą. To ma związek również z tym, że u nas nigdy nie utrwalił się duch Oświecenia. Najważniejsze było odzyskanie niepodległości, a nie przeobrażenie świadomości zbiorowej w racjonalnym, sceptycznym i liberalnym duchu. Cały czas znać o sobie daje fundamentalne rozdarcie i radykalnie spolaryzowana batalia o przyszłość Polski – o to, po której stronie europejskiej tradycji będziemy, po zachodniej czy po wschodniej. To bierze się też po części i z tego, że przez wieleset lat stanowiliśmy część rosyjskiego Wschodu – w istocie aż do 1989 roku. Tego nie da się wytrzebić w ciągu trzydziestu lat wolności.

Jaki wpływ ma na takie postawy katolicyzm?
Katolicyzm w Polsce nie jest tylko kwestią wiary, ale także tożsamości kulturowej i narodowej. W religijnym wymiarze katolicyzm w Polsce jest bowiem religią mniejszościową. Ot, około 37 proc. wiernych chodzi w niedzielę do Kościoła; ogromna liczba dzieci rodzi się w tzw. związkach niesakramentalnych; nikt nie przejmuje się naukami Kościoła w sprawach seksu przedmałżeńskiego, aborcji czy in vitro. Najłatwiej więc postawić sobie na czole stempelek „Polak-katolik” – i ma się sprawę „z głowy”.

Co mamy „z głowy”?
Naród jest wspólnotą wyobrażoną, zespołem wyobrażeń, które tworzymy i podzielamy. Mamy więc i takie wyobrażenie, że katolicyzm jest koniecznym składnikiem polskiej wspólnoty narodowej. To też wpływa na moją przynależność do szerszego porządku.

A gdzieś jest jeszcze słynna teza prof. Stefana Nowaka, że w Polsce za sprawą historii wspólnotowość spełnia się na dwóch poziomach – najwyższym, czyli narodowo-wspólnotowym, i najniższym, czyli bliskości rodziny, bliskich albo, co najwyżej, bardzo lokalnego układu. Środek jest więc pustawy, chociaż właśnie w nim spełnia się społeczeństwo obywatelskie.

Jaki ten podział ma wpływ na wybory?
Prawo i Sprawiedliwość apeluje umiejętnie i przebiegle do dwóch wspomnianych poziomów rozumienia wspólnoty, a to pozwala im łatwiej zawładnąć wyborcami. Opozycja mówi o środku, a on jest – niestety – kruchy, słaby i nie można na tym gruncie zbudować siły, która by zdołała mocno i brutalnie przeciwstawić się obecnej władzy. Trzeba byłoby zatem wejść w „grę” na najniższym i najwyższym poziomie. Ale opozycji liberalno-demokratycznej, z pewną nutą przy tym konserwatywną, słabo to wychodzi.

Ponad połowa Polaków uważa, że episkopat powinien się podać do dymisji. Pan zalicza się do tej grupy?
To nie rozwiązuje problemu. Nie powinno być odpowiedzialności zbiorowej, bo to jest tylko rozwiązanie zastępcze… Trzeba więc wskazywać na konkretne osoby, które z racji chronienia zła powinny odejść. Dlaczego mają odchodzić biskupi przyzwoici, chociaż może milczący albo bezsilni? Takie działanie byłoby wyszukaniem kozła ofiarnego. To jest klasyczna metoda, stosowana zresztą na przykład w komunizmie, kiedy w okresach kryzysu obwiniano o zło systemu tylko jego elity przywódcze. I rozprawiano się z nimi – jako właśnie kozłami ofiarnymi – po to, aby system mógł trwać nadal. Warto znowu wrócić tutaj do pojęcia „grzechu strukturalnego”, czyli współuczestnictwa i wspólnictwa państwa oraz szerokich grup obywateli.

Proboszcza z Tylawy bronili przecież nie tylko prokurator Stanisław Piotrowicz i abp Józef Michalik, ale także zwykli mieszkańcy wioski, którzy oskarżali ofiary.

To może konieczne są zmiany w prawie, zaostrzenie kar?
To są wszystko „kwiatki do kożucha”, rozwiązania pozorne. Prawdziwym rozwiązaniem będzie wyraziste oddzielenie państwa od Kościoła, przejrzenie wszystkich spraw związanych z wykorzystywaniem dzieci, ale także dotyczących choćby Komisji Majątkowej. To była przecież jedyna instytucja w państwie, od której decyzji nie można było się odwołać do sądu. A oznaczały one niebywałe wprost szafowanie dobrami – na rzecz Kościoła i jego ludzi. Władza łączy się przecież z władzą pieniądza, z posiadaniem rozlicznych dóbr. Kiedy zaś rozdawnictwo tych dóbr nie podlega kontroli publicznej, obywatelskiej, mamy w oczywisty sposób do czynienia i z niekontrolowaną władzą. Poprzez decyzje Komisji Majątkowej i arbitralnie serwowane dary polityków dokonało się więc na rzecz Kościoła zagęszczenie pewnych bogactw i pewnych nadmiernych prerogatyw.

Stan ten zawęźlił się w swoisty węzeł gordyjski, który trzeba rozciąć. Jak? Byłem przeciwnikiem konkordatu, ale jeżeli już on jest, to przede wszystkim trzeba powrócić do konkordatowej rzeczywistości – została ona bowiem w znacznej mierze poszerzona, przekraczając granice, które są bezpieczne dla demokratycznego państwa prawnego. Należałoby zatem dokonać rewizji owych nadmiernych działań i wyznaczyć na nowo granicę obecności Kościoła w państwie, odpowiadając chociażby na pytanie, czy symbole religijne mogą sobie wisieć ot tak w instytucjach świeckiego państwa, albo na pytanie, w jakiej mierze i czy w ogóle dygnitarze kościelni mogą brać udział w życiu instytucji państwowych, zwłaszcza szkoły, armii czy szpitalnictwa. To jest ogromna szara strefa, która powinna przestać być szara. Owszem,

człowiek ma prawo manifestować swoją wiarę, ale w przestrzeni religijnej, nie każdej innej, wedle własnego upodobania i zachcenia. Dotyczy to szczególnie funkcjonariuszy publicznych, którzy powinni postępować wyłącznie według norm prawnych, nie religijnych. A jeśli im to nie odpowiada, nie muszą być funkcjonariuszami publicznymi.

Co mogłoby być punktem zwrotnym?
Nie wiem, co musiałoby się stać – pewnie jakiś rodzaj kulturowej apokalipsy? Mamy bowiem tu do czynienia z rozłożonym na lata procesem. Są w nim oczywiście i momenty przyspieszenia, drastycznego ujawnienia się zła, które wynika z zespolenia państwa i Kościoła. Sprawa pedofilii wśród duchownych i jej ukrywanie jest takim momentem przyspieszenia. Ale to cały czas jest proces, rozgrywający się w „długim trwaniu”. Tymczasem działania państw Zachodu w tej materii dokonywały się i w aktach swoistej rewolucji, i właśnie w „długim trwaniu”, powolnym dojrzewaniu do zmian, często niedostrzegalnym. Najważniejsze przy tym, aby rozpoczęła się debata na temat rzeczywistej historii Kościoła i religii w Polsce. Nie jest bowiem prawdą, że hierarchowie zawsze byli z narodem. A w tym zakresie karmieni jesteśmy często fałszywą opowieścią. Byli – to prawda – w Kościele ludzie, którzy heroicznie walczyli za kraj, jak ks. Stanisław Brzóska czy ks. Piotr Ściegienny. Ale byli też nędzni kolaboranci, lojaliści, agenci obcych mocarstw. Byli urągający wierze, moralności i Polsce szubrawcy, jak prymas Gabriel Podoski. I zdrajcy Rzeczpospolitej, którzy – jak biskup inflancki Józef Kazimierz Kossakowski – zawiśli na szubienicy z wyroku narodowego trybunału. No i tacy rzecznicy Rzymu, którzy w imię jego interesów działali wbrew interesom polskim. Pamiętajmy też, że

w Kościele katolickim nie przeprowadzono lustracji. Bardzo znamienne jest więc to, że oskarżeni o pedofilię duchowni byli często uwikłani w kwestię agenturalności. To powinno dać nam do myślenia. Potrzebna jest zatem gigantyczna praca.

Kto miałby ją zapoczątkować?
Raczej nie politycy… Sensowni ludzie Kościoła.

A może wierni, którzy powinni mieć wpływ na duchownych?
Tak. Kościół to są właśnie przede wszystkim wierni. Sobór Watykański II stwierdza przecież wyraźnie, że Kościół jako Lud Boży jest o wiele ważniejszy niż Kościół jako instytucja. W Polsce natomiast jest odwrotnie: społeczeństwo i jego elity oddały kwestie wiary w ręce kleru. A jeżeli Kościół polski ma się odrodzić, jeśli ma działać zgodnie z dobrem demokratycznego państwa i jego obywateli, nie zaś korporacyjnym interesem własnym, musimy domagać się stanowczo większego udziału Ludu Bożego w jego stanowieniu. Ludzie wierzący muszą więc powiedzieć: to my jesteśmy Kościołem. Ale to dotyczy wierzących. Natomiast, jeśli chodzi o nas wszystkich już, musimy jak najszybciej rozpocząć systematyczną pracę nad świadomością i edukacją. Aby w sposób jednoznaczny i pewny nadrobić nasze straty w drodze do dobrostanu oraz rozumnej, porządnej demokracji. Tymczasem tak wielu z nas umyka – bo to wydaje się łatwe – ku błędnym cieniom przeszłości. Na dodatek cieniom kalekim, fałszywym.

Depresja plemnika

Poseł Krzysztof Brejza systematycznie i niezwykle skutecznie obnaża kulisy rządów Prawa i Sprawiedliwości.

Dzięki dociekliwości polityka PO mamy okazję dowiedzieć się, jak w ciągu zaledwie czterech lat zwiększyła się liczba stanowisk biurowych w Ministerstwie Zdrowia.

Otóż za rządów PiS wspomniane ministerstwo stworzyło 53 dodatkowe stanowiska. Jak komentuje to na swoim Twitterze Brejza jest to przykład rozdmuchanej biurokracji i nazywa proceder „#stołkiplus”.

Niewątpliwie pieniądze, które zostały wydane na utworzenie tylu stanowisk, mogłyby być wykorzystane w bardziej racjonalny sposób.

Więcej >>>

Przed „orbanizacją a la polonaise” przestrzegał podczas debaty, zorganizowanej przez TVN 24 z okazji 30-lecia wyborów z 4 czerwca, prof. Timothy Garton Ash – brytyjski historyk zajmujący się dziejami Europy po 1945 roku.  – „Gdybyśmy byli na Węgrzech Viktora Orbana, myślę, że byłaby to zupełnie inna rozmowa, podobna do rozmowy w Polsce 30 lat temu. Wątpię, czy Węgry w tej chwili to wolny kraj. Na pewno nie jest to liberalna demokracja…

View original post 1 774 słowa więcej

 

Churchill i bój o każdy głos, o każdego człowieka, o każdą wioskę, miasteczko, miasto. Będziemy. Bo mamy o co

„Bolszewicy oparli się na biedocie czyli większości i wygrali. Przegrał cały naród. 100 lat później w Polsce partia PiS postępuje tak samo. Przegra cały naród.” – w tak ostrzegawczym tonie Lech Józef Różański spuentował ostatni post Romana Giertych na facebooku.

Były premier zwrócił się tymczasem do suwerena z apelem o zdecydowaną obronę demokracji i wolności zawłaszczonych przez PiS oraz przedstawił receptę na to, jak wygrać wybory. Chce, by opozycja nie tylko potwierdziła wszystkie obietnice socjalne PiS, ale nawet je rozszerzyła.

Najpierw jednak trzeba będzie stanąć do walki – uważa były wicepremier. Powielając w dużej mierze historyczne słowa Winstona Churchilla z czasów walk pod Dunkierką, Roman Giertych apeluje do Polaków: „Tydzień temu ponieśliśmy porażkę i nasza reakcja musi być taka sama. Będziemy się bić o każdy głos, o każdego człowieka, o każdą wioskę, miasteczko, miasto. Będziemy. Bo mamy o co”.

Wskazując na Prawo i Sprawiedliwość mecenas pisze: „Chcą nam zabrać wolność, a z demokracji uczynić fasadę. Metody którymi się posługują to kłamstwo, kłamstwo i jeszcze raz kłamstwo”.

>>>

Giertych apeluje do rodaków „Przestańcie biadolić i narzekać. I nie myślcie, że ktoś się w dyktaturze monopartyjnej urządzi”.  „Albo będziecie głosić chwałę Jarosława Kaczyńskiego, wielbić ojca Rydzyka, kochać Jacka Kurskiego, składać kwiaty pod pomnikami Lecha Kaczyńskiego albo nie będziecie władzy potrzebni. Każda niezależna osoba, przedsiębiorca, dziennikarz, prawnik, lekarz, fachowiec będzie o tyle tylko wolny, o ile na to pozwoli mu partia. Nie będziecie mieli żadnej prywatnej własności, bo ona będzie należeć do Państwa, a wy będziecie mogli najwyżej jej używać do czasu, aż Państwo nie zechce jej zabrać. Nie będziecie mieli żadnego prawa do opinii, chyba że będzie ona wychwalała wodza i partię.” (…) „Nie będzie też żadnych praw, bo prawa będą strzegli sędziowie-urzędnicy. Za złe wyroki będą ich karać, to będą wydawać „dobre”.
Taka jest cena najbliższych wyborów. Z tą informacją musimy trafić do każdego Polaka”.

Dalej mecenas przekonuje: „Warunkiem zwycięstwa jest pokora (…) Przestańmy obrażać się na biedniejszych ludzi, którzy często z rozpaczy zagłosowali na tę bandę oszustów i krętaczy, bo ci obiecali im pieniądze. Musimy dotrzeć do źródeł tej rozpaczy, a tym źródłem jest brak solidarności społecznej” – przekonuje i nawołuje: „zapewnijmy społeczeństwo o Bezpieczeństwie Kulturowym, czyli o tym że będziemy się nawzajem szanować przy całej naszej różnorodności”.

Musimy wszyscy włączyć się w społeczną kampanię na rzecz naszej wolności. Musimy dotrzeć do ludzi. Być na placach, ulicach, targach. Docierać do każdego poszczególnego człowieka i z pokorą, ale i zaciętością tłumaczyć, tłumaczyć, tłumaczyć – napisał na Facebooku Roman Giertych.

Depresja plemnika

„Kochane gdańszczanki, kochani gdańszczanie, ale też wiem, że jest wśród was wielu przybyszy z różnych części Polski. Witam was serdecznie w Gdańsku na Święcie Wolności i Solidarności. Inaugurujemy nasze obchody” – powiedziała prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz. Rozwiązała wstęgę z napisem „’89 – 2019 Gdańsk” przy ogromnym okrągłym stole, który stanął przy Europejskim Centrum Solidarności. Symboliczny biało-czerwony stół o średnicy ok. 15 m został zaprojektowany i zbudowany specjalnie na gdańskie Święto Wolności i Solidarności.

Przy ECS od dzisiaj działa również strefa społeczna, gdzie prezentuje się ponad 200 organizacji pozarządowych z całego kraju prowadzących bardzo różnorodną działalność. Organizacje przygotowały liczne warsztaty, wykłady i debaty. Gośćmi tej strefy będą m.in. ks. Adam Boniecki, Leszek Balcerowicz, Agnieszka Holland, Szymon Hołownia, o. Jacek Prusak, Tomasz Sekielski i Lech Wałęsa.

Poza tymi zaplanowanymi w strefie społecznej i przy okrągłym stole, na Święto Wolności i Solidarności złożą się także setki innych wydarzeń. Kulminacja obchodów nastąpi 4 czerwca…

View original post 1 361 słów więcej

 

Kaczyński wraz ze swymi przydupasami wyprowadzają nas z UE

Procesy przed unijnym Trybunałem to pierwszy krok do tego, żeby przywrócić każdej Polce i każdemu Polakowi prawo do niezależnego sądu. Do tego, żeby przywrócić niezależność Krajowej Rady Sądownictwa od polityków.

PiS za wszelką cenę stara się procesy przed unijnym Trybunałem opóźnić. Temu służyło złożenie wniosku o wyłączenie sędziego Koena Laenartsa. Tak naprawdę nie było do tego żadnych podstaw. Nie dziwię się więc, że wniosek został odrzucony.

Przedstawiciele PiS chcieli wyłącznie odwlec w czasie rozpoznanie niewygodnej dla siebie sprawy. Tego typu prawne wybiegi mogłyby sprawdzić się w instytucjach obsadzonych nominatami partii rządzącej, ale nie przed Trybunałem w Luksemburgu.

PiS wyraźnie boi się rezultatu postępowania przed niezależnym, unijnym Trybunałem. Jest to swoiste potwierdzenie, że politycy PiS mają świadomość, że ustawy upolityczniające KRS i SN łamią i polską Konstytucję i unijne prawo. Gdyby mieli przekonanie o zgodności tych ustaw z prawem europejskim to spokojnie czekaliby na rozstrzygnięcie TSUE.

Wychodzenie z UE trwa już jakiś czas. PiS w drugiej kadencji – gdyby miał rządzić – ostatecznie wyprowadzi nas z UE, aby oddać nas w łapy Kremla.

Polish vodka

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Rząd Mateusza Morawieckiego ma być zrekonstruowany. Powiadomiła o tym rzeczniczka PiS Beata Mazurek, a nie rzeczniczka rządu – Joanna Kopcińska. Czy to coś znaczy? Tak! W PiS obowiązują zasady jak reżimach, klaszczą tak długo, aż satrapa powstrzyma aplauz na cześć swojej osoby podniesieniem ręki. Dlaczego o rekonstrukcji nie powiadomił ktoś bliski ucha Morawieckiego, jak choćby Michał Dworczyk, szef Kancelarii Premiera, który wędruje po mediach każdego dnia?

Obawiam się, że o rekonstrukcji rządu Morawieckiego mógł wcześniej nie wiedzieć… sam Morawiecki. Świadczą o tym słowa Mazurek: – „Mam informację, że rekonstrukcja rządu nastąpi jeszcze przed wyborami do Parlamentu Europejskiego”. Od kogo ma informacje? Niewygodnie wszak informować, że prezes decyduje, kogo Morawiecki ma wymienić.

W PiS afera goni aferę, jedna przykrywa drugą, korupcję Kaczyńskiego przykrywa seksafera Kuchcińskiego, a tę z kolei protest nauczycieli. Nim zorientujemy się, o co chodzi w najnowszej aferze, zbliża się inna, jeszcze bardziej demolująca…

View original post 755 słów więcej

Edukacja wg PiS rodem z Ciemnogrodu

PiS edukuje z zakresu Ciemnogrodu.

Raskolnikow

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Marek Kuchciński to swoisty fenomen. Mało kto wie, że jest marszałkiem Sejmu, czyli drugą osobą (głową) w państwie. Gdyby Andrzejowi Dudzie coś się stało, Kuchciński – znany niewielu Polakom – pełniłby obowiązki prezydenta RP.

Można powiedzieć, że Kuchciński powoduje kolokwialny śmiech na sali. Nie tylko z tego powodu, że jego znaczenie publiczne jest groteskowe, bo nie dał się ludziom poznać, oprócz takich okruchów incydentalnych, nic nieznaczących epizodów, gdy wykluczył z posiedzenia Sejmu Michała Szczerbę za zwrot „Panie marszałku kochany…”, oraz z taśmy wideo z jakiegoś spotkania z elektoratem pisowskim, na którym poczynił swoje wyznanie polityczne, iż „odszczurzyłby” Polskę z tych, którzy mu się nie podobają. Kuchcińskiego poznaliśmy więc ze strony braku osobowości, który to brak nie pozwala mu uczestniczyć w debatach, dyskusjach, a nawet w wywiadach.

Taka zmarginalizowana postać jak Kuchciński ma szansę zaistnieć tylko dzięki skandalowi. Czy będzie skandalem seksafera – w istocie źle rozpoznane…

View original post 785 słów więcej

Czy Kaczyński będzie siedział, jak władza PiS przeminie?

PO domaga się odsunięcia prokurator Śpiewak od sprawy Kaczyńskiego z zawiadomienia Birgfellnera. Tomczyk: Państwo zostało sparaliżowane przez srebrny układ polityczny

Składamy dzisiaj z posłem Tomczykiem wniosek o wyłączenie prokurator Śpiewak z postępowania sprawdzającego, z racji tego, że zachodzi uzasadnione podejrzenie co do braku jej obiektywizmu i bezstronności w sprawie. Do prokuratorów stosuje się odpowiednio przepisy dot. sędziów. Pani prokurator powinna być wyłączona z postępowania” – mówił na konferencji prasowej w Sejmie Krzysztof Brejza z PO – „Jesteśmy ciekawi, co jest zawarte w uzasadnieniu awansu dla pani Śpiewak, jakie decyzje albo brak jakich decyzji”.

Dzisiaj prokuratura nie zajmuje się stawaniem po stronie obywatela, po stronie interesu publicznego. Dziś te instytucje stają po stronie srebrnego układu Kaczyńskiego. Państwo zostało sparaliżowane przez układ polityczny, który działa, a my musimy zrobić wszystko, żeby państwo uchronić, dlatego mówimy o wielkim wyborze w maju i na jesieni” – dodawał Tomczyk.

Kaczyński musi beknąć, aby Polska była normalna.

vald2

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Dlaczego PiS chce przywłaszczyć obchody rocznicy 4 czerwca 1989 roku, pierwszych częściowo wolnych wyborów parlamentarnych? Przecież narracja partii Kaczyńskiego o Okrągłym Stole jest mało pozytywna, a 4 czerwca to pierwszy i najważniejszy owoc kompromisu strony solidarnościowej z komuszą.

Potem przechodziliśmy transformację ustrojową zwaną reformami Balcerowicza, te okazały się wzorem dla innych państw naszego regionu, przede wszystkim są jednym z największych naszych sukcesów cywilizacyjnych w historii. Polska wreszcie stała się pełnoprawnym członkiem Zachodu poprzez przynależność do NATO i Unii Europejskiej.

Obok transformacji ustrojowej zachodziła dłuższa „transformacja” mentalna, którą swego czasu w lapsusie freudystycznym Jarosław Kaczyński wyłożył, jako „nikt nam nie powie, że białe jest białe…” W tej „transformacji” kłamstwo ma wartość prawdy, byle było głoszone z determinacją Goebbelsa.

4 czerwca ma wpisać w „transformację” mentalną PiS ich wersję historii, nie mającą wiele wspólnego z faktami, ale z kompleksami prezesa. Gdyby to odbywało się na płaszczyźnie osobistej, byłby…

View original post 870 słów więcej

Kuchciński – skundlenie

„Wynik i tak jest już ustalony przez PiS. Szkoda fatygi. Tak jak w przypadku afery Srebrna… jakiej afery!? PiS nie ma żadnych afer” – komentują czytelnicy portalu dziennik.pl, ale PO i tak domaga się działań w sprawie „afery podkarpackiej” w CBA.

Zapowiada złożenie wniosku do Marszałka Sejmu o rozszerzenie porządku najbliższego posiedzenia Izby o informację koordynatora ds. służb specjalnych Mariusza Kamińskiego.

 

 

W mediach społecznościowych od dawna już huczy, że do prokuratora generalnego, ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry i premiera Mateusza Morawieckiego wpłynęło zawiadomienie dotyczące przekroczenia uprawnień i niedopełnienia obowiązków przez szefa CBA Ernesta Bejdę.

Złożył je prawnik b. agenta CBA, który twierdzi, że zatuszowano skandal obyczajowy z udziałem ważnego polityka PiS z Podkarpacia – informuje Radio Zet.

„W tle „afery podkarpackiej”, afery, która może polegać na skręcaniu sprawy przez CBA, w tle seks-afery pojawiają się nazwiska polityków PiS. Pojawia się nazwisko drugiej osoby w państwie” – ocenia poseł PO Marcin Kierwiński.

„Będziemy wnioskowali do pana marszałka Kuchcińskiego, aby na tym posiedzeniu Sejmu (3-4 kwietnia) pan marszałek Kuchciński zaprosił szefa CBA Ernesta Bejdę – ale przede wszystkim ministra koordynatora służb specjalnych Mariusza Kamińskiego – aby przed polskim Sejmem złożyli informacje na temat działań jakie podejmowało CBA w sprawie „afery podkarpackiej. (…) Oczekujemy też, że wreszcie w tej sprawie zabierze głos sam marszałek Kuchciński. Powaga Sejmu RP tego wymaga” – dodał Kierwiński.

Kierwińskiego poparł cytowany przez portal poseł PO Paweł Olszewski mówiąc, że nie wyobraża sobie sytuacji, by przy tak poważnych zarzutach i wątpliwościach „przedstawiciele władzy zaangażowani w opisany proceder, chowali głowę w piasek”. Podkreślił, że „jeśli tego typu informacje są nieprawdziwe, to każdy polityk dbający o siebie pierwsze co robi, to wychodzi dementuje i idzie na drogę prawną”Olszewski sugeruje, że tym konkretnym przypadku „mamy do czynienia z próbą uniknięcia tego tematu…”

PiS jak Kuchciński – wydymać ciemny lud, bo to dla nich dzieci do wykorzystania.
Kuchciński – mamrot – jest metaforą PiS. Doskonałą – karzeł intelektualny, moralny.

Depresja plemnika

Uważam, wbrew szefom różnych partii, że te wybory będą znacznie ważniejsze niż krajowe, jeśli PiS wygra, koniec naszego członkostwa w UE. Każdy kto zagłosuje na PiS będzie odpowiedzialny za Polexit.

Oczywiście poczucie winny przyjdzie znacznie później, gdy już będziemy na zupełnym marginesie Unii lub poza nią, i dziś warto przyglądać się doświadczeniu Brexitu; kto do niego doprowadził i w czyim interesie byłoby to (ciągle nieudane) wyjście WB.

PiS ma może inne motywy (nie biznesowe ale nacjonalistyczne; ciągle kultywuje XIX wieczne marzenie o Wielkiej Polsce a właściwie Wielkiej Władzy), ale zapewne uważnie przygląda się Brexitowi by uniknąć błędów i kompromitującego chaosu, który jest dziś udziałem Brytyjczyków.

PiS już się uczy jak gładko wyprowadzić nas z UE. Ma już partnerów, prawicowych oszołomów z Włoch i Hiszpanii. Nie wyciągnie Polski w pojedynkę, będzie rozdrapywał Unię systemowo, od środka. Jego kandydaci/kandydatki to forpoczty polexitu. Nie będą tam debatowali bo nie potrafią, lecz głosowali…

View original post 526 słów więcej

Post Navigation