Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Ryszard Balicki”

Opozycja zaczyna zwyciężać. Prof. Grodzki marszałkiem Senatu

Tomasz Grodzki z PO został wybrany marszałkiem Senatu. Za jego kandydaturą  głosowało 51 senatorów.

Kontrkandydat – dotychczasowy marszałek – Stanisław Karczewski z PiS otrzymał 48 głosów.

Jeden senator wstrzymał się od głosowania (nieoficjalnie mówi się, że chodzi o Lidię Staroń).

Głosowanie było jawne. Każdy z senatorów otrzymał imienną kartę do głosowania z nazwiskami senatorów Grodzkiego i Karczewskiego.

Jeszcze przed głosowaniem senator Krzysztof Kwiatkowski poinformował o powołaniu koła senatorów niezależnych. Oprócz byłego szefa NIK w kole znaleźli się Lidia Staroń i Wadim Tyszkiewicz. – „W ramach koła w głosowaniach osobowych każdy będzie dokonywał wyborów zgodnych ze swoim sumieniem. W pozostałych nasze głosowania będą stanowić efekt wcześniejszych ustaleń. Pracą koła pokieruje pani Lidia Staroń” – powiedział Kwiatkowski.

A Kwiatkowski i Tyszkiewicz oddali swoje głosy na Tomasza Grodzkiego.

Kmicic z chesterfieldem

Trzeba dużo zmienić by wszystko zostało po staremu mówi znana nie od dziś zasada… I to ona zadecyduje teraz o kształcie nowego rządu.

Dziś Morawiecki poda swój rząd do dymisji, a na nowym rozdaniu sam najwięcej skorzysta – zdradza Wyborcza.pl.

„Po cichu, w zaciszu gabinetów, znalazł swoich ludzi na stanowiska, w których dzieli się pieniądze. Ministrem finansów będzie jego dobry znajomy z banku” – powiedział dziennikowi polityk PiS, sugerując, że Tadeusz Kościński zastąpi Jerzego Kwiecińskiego, który kierował resortem finansów i rozwoju, a teraz, „ma się realizować w międzynarodowych strukturach finansowych”.

Ministerstwem Zarządzania Funduszami ma kierować Małgorzata Jarosińska-Jedynak, samorządowiec, od 2018 r. wiceminister rozwoju. Wyborcza zwraca uwagę, że przy okazji jednym ruchem Morawiecki przejął też sprawy unijne, które zabrał z Ministerstwa Spraw Zagranicznych do kancelarii premiera i powierzył wiceministrowi Konradowi Szymańskiemu.

Blisko współpracowaliśmy przy wszelkich eskapadach europejskich na Radzie Europy. Tam są żmudne negocjacje dotyczące przekładania legislacji europejskiej na realną…

View original post 4 600 słów więcej

 

Kaczyński zarządza strachliwymi i niedomytymi Piszczykami, prowadzi do Polexitu, wojny domowej i dyktatury

Schetyna o obchodach setnej rocznicy odzyskania niepodległości: Dwa lata przygotowań i jest wielkie zero

Nie będziemy robić nic nowego, własnego, bo uważamy, że tutaj trzeba z godnością uczcić tę rocznicę, natomiast jest wielkim rozczarowaniem to, czego nie zrobił PiS i prezydent. Blisko dwa lata przygotowań, my też uczestniczyliśmy w pracach tego komitetu. Jest wielkie zero” – mówił w rozmowie z Robertem Mazurkiem w RMF FM przewodniczący PO, Grzegorz Schetyna.

Schetyna: Wierzę, że prezydent miał na początku dobrą wolę, mówiąc o intencji wspólnego świętowania. Fatalnie się stało, że jeszcze się nie zaczęły obchody tego święta, a już się kończą

Wierzę, że prezydent miał na początku dobrą wolę, mówiąc o intencji wspólnego świętowania. Mówiliśmy, że muszą być rozliczone ekscesy z ostatniego 11 listopada i wtedy jest możliwość rozmowy. Ta możliwość się zakończyła. Jeszcze dochodzi do takiej sytuacji, że prezydent zaprasza na udział w marszu, z którego ucieka” – mówił w RMF FM szef PO, Grzegorz Schetyna.

Smutna historia. Fatalnie się stało, że jeszcze się nie zaczęły obchody tego święta, a już się kończą” – dodawał.

To wystarczyło, by zaniepokoić oportunistów, którzy uwierzyli już w wieczność rządów PiS-u nad Polską. Nawet Kazimierz Kik, ulubiony ekspert TVP Info (który nie może się nachwalić Andrzeja Dudy, że „odblokował jego profesurę”), czy Jarosław Gowin (który otrzymał od Kaczyńskiego o wiele więcej władzy, niż by to wynikało z jego faktycznej politycznej siły) przez chwilę się zawahali. Kik skrytykował „nachalną propagandę państwowych mediów”, a Gowin stwierdził, że „wstydzi się za spot o uchodźcach”. To wszystko trwało tylko przez moment, dopóki Kaczyński nie narzucił narracji o „totalnym tryumfie w sejmikach”. Jednak prawicowe media zdążyły wyczuć u Gowina i Kika „mdły zapaszek zdrady”.

Władzę w Polsce daje obywatel Piszczyk

Szczególnie komentarz Kazimierza Kika wzbudził rozgoryczenie prawicy. W końcu od trzech lat jest on ulubionym komentatorem TVP Info. Kik zresztą z każdą władzą ma dobre stosunki, a każdą opozycję chętnie i gromko potępia. W czasach rządów PO był nie tylko członkiem honorowego komitetu wyborczego Platformy, ale mówił w mediach, że „Jarosław Kaczyński i Antoni Macierewicz powinni siedzieć za antypaństwową działalność”. Dopiero po zwycięstwie PiS-u uznał rządy PO za „antynarodowe”. Złożył też samokrytykę mówiąc: „przez wiele lat wspierałem siły, które niszczyły kraj”. To wystarczyło, aby stał się gwiazdą TVP Info dostarczając cytatów, które trafiają nawet na „paski grozy”.

Ziobro powodem porażki w wyborach samorządowych?

Jeszcze wcześniej Kik był członkiem PZPR, podobnie jak Stanisław Piotrowicz „do wyprowadzenia sztandaru”. Zapisał się do partii między Marcem ’68 i Grudniem ’70, w jednym z najobrzydliwszych okresów PRL, kiedy władza najbardziej potrzebowała oportunistów. Po roku 1989 Kik PZPR gromko potępił. Jednak do SLD znów się zapisał – w 2001 roku, kiedy Leszek Miller został premierem. W ostatni wieczór wyborczy, gdy Warszawiacy ogromną większością wygłosowali kandydata PiS-u w pierwszej turze, Kazimierz Kik też próbował się przyłączyć do trendu. Wypowiedział słowa, które musiały PiS-owców obrazić: „Warszawa to przekorne miasto, specyficzne, z natury zbuntowane. Można je wziąć na rozum, a nie siłą. Tak zrobił Trzaskowski”.

Podobną wpadkę zaliczył Jarosław Gowin mówiąc pod wpływem chwili, że „jest mu wstyd za antyuchodźczy spot PiS”. Przez trzy lata rządów PiS nie Gowin nie wstydził się absolutnie niczego. Chwalił język Kaczyńskiego, Dudy i Szydło w sprawie uchodźców, kupował sobie sympatię Tadeusza Rydzyka za pieniądze z budżetu ministerstwa szkolnictwa wyższego, wreszcie przygotował dla Kaczyńskiego ustawę, która pomoże PiS-owi przejąć kontrolę nad polskimi uniwersytetami. Od kilku lat każda najskrajniejsza wypowiedź fundamentalisty czy narodowca nie tylko była przez Gowina broniona, ale przejmował ją i powtarzał jako swoją własną. Jego słynne słowa, że w polityce zobowiązuje go „krzyk rozpaczy dziesiątków tysięcy zamrożonych embrionów” były pasożytowaniem na języku Marka Jurka. Jurek jest fanatykiem, ale nie jest oportunistą, nie potrafi skorzystać nawet na zwycięstwie sprawy, której zawsze służył. Dlatego Kaczyński woli Gowina od Jurka.

Jarosław Kaczyński zawsze uważał, że Polską będzie trwale rządził tylko ten, kto przekona do siebie obywatela Piszczyka, wzorcowego oportunistę, bohatera genialnego filmu Andrzeja Munka „Zezowate szczęście”. Prawicowi czy lewicowi radykałowie, nawet poczciwi liberalni inteligenci – wszyscy oni nadają się do ulicznych zadym, do „kampanii oburzenia”, do budowania „twardego elektoratu”. Ale rządzić się nimi nie da. Zbyt chimeryczni, zbyt patrzą na ręce, jest ich za mało i za bardzo denerwują masy zwykłych oportunistów.

Władza uśmiecha się do chłopa, czyli jak żyje polska wieś po wyborach

Dlatego Kaczyńskiemu tak bardzo zależało na tym, żeby mieć po swojej stronie Piotrowicza, Kika, Kryżego, Gowina. Problem w tym, że Piszczyki są płochliwe jak łanie. Wciąż niepewni, kto będzie rządził jutro, gdzie rodzi się najbardziej aktualny trend, na co się orientować. Czy być jeszcze zwolennikiem Sanacji, czy już endekiem? Czy już można zapisać się do „Solidarności”, czy lepiej potrzymać jeszcze w kieszeni legitymację PZPR. Czy PiS rzeczywiście będzie rządziło na wieki, czy także mieć parę furtek uchylonych w stronę na PO.

Piszczyk w polityce, biznesie i mediach

Chwilowe załamania Gowina czy Kika nie były żadnym wyjątkiem. Podobne sygnały pojawiły się pierwszego dnia po wyborach w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, w policji i wojsku, w wielu państwowych urzędach. Właśnie dlatego Kaczyński nie może rozliczyć sprawców słabego wyniku PiS w wyborach samorządowych (Morawieckiego i Ziobrę). Musiał ogłosić totalne zwycięstwo, bo sama substancja jego partii zaczęłaby się rozłazić. W sukurs przyszła mu rzeź PSL-u w sejmikach.

Ale wielu ludzi w MSZ czy w urzędach miast zapamięta te pierwsze kilka godzin, kiedy rozdzwoniły się telefony od „starych przyjaciół”. Obiecujących bardziej cywilizowane traktowanie ostatnich zawodowych dyplomatów w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Czy lepszą współpracę lokalnej policji z samorządowcami Koalicji Obywatelskiej.

Piszczyka znajdziemy nie tylko w polityce, ale także w biznesie i mediach. Wiemy już, że w wyborach samorządowych przytłaczająca większość polskich przedsiębiorców zagłosowała przeciwko PiS-owi. Oni wiedzą najlepiej, że pieniądze na polityczną korupcję i do własnych kieszenie władza wzięła nie z „mafii watowskich”, ale dociskając podatkowo zwykłe polskie firmy. Stąd zapaść i stagnacja w polskich inwestycjach prywatnych. Ale ten opór wobec PiS-u dotyczy tylko drobnego i średniego biznesu. Wielki biznes jest zawsze i wszędzie zależny od władzy – od zamówień publicznych, od decyzji i regulacji państwa.

Największy polski biznesmen, Zygmunt Solorz, wybrał ostrożny kurs wobec władzy, której nie kocha, ale potrzebuje jej przychylności do prowadzenia własnych interesów. Po zdobyciu władzy przez PiS zaczęło się od konfliktu. Kaczyński zablokował budowę nowej kopalni węgla brunatnego, od której zależy produkcja energii w jednym z największych polskich zespołów elektrowni (Pątnów-Adamów-Konin), którego właścicielem jest Solorz. Zygmunt Solorz chciał się wówczas nawet wycofać z produkcji energii, jego pośrednicy w kontaktach z PiS-em zaoferowali sprzedaż elektrowni państwu przypominając jednocześnie, że PAK produkuje 8,5 procent całej energii elektrycznej w Polsce. Władza się przestraszyła, bo z inwestycjami PiS-owi raczej nie idzie. A czym innym jest niezdolność przekopania Mierzei Wiślanej (czego naprawdę nikt nie zauważy), a czym innym doprowadzenie do „zaciemnienia” w jednej trzeciej Polski. Solorzowi pozostawiono zatem elektrownie i pozwolono budować kopalnię. Niestety, jako twardą walutę w tym dealu została wykorzystana dziennikarska niezależność Polsatu. W największej polskiej telewizji prywatnej, która jest dziełem i własnością Zygmunta Solorza, nastał czas Doroty Gawryluk. Została nową szefową informacji i publicystyki. Ta dziennikarka nigdy nie ukrywała swojej prawicowości, ale dopóki rządziło PO, była to prawicowość „cywilizowana”, „konserwatywna”, którą zawsze można wykorzystać w kontaktach z prawym skrzydłem Platformy. Dziś Gawryluk przestawiła Polsat na język całkowicie spolegliwy wobec PiS-u i agresywny wobec opozycji. Miało to szczególne znaczenie w wyborach samorządowych, Nie zrobiło krzywdy Koalicji Obywatelskiej, ale prawie zabiło PSL. Jednak na wsi i w małych miasteczkach Polsat jest jedynym medium prywatnym poza telewizją Kurskiego i mediami Rydzyka. Zmiana politycznej linii Polsatu domknęła tam szczelny system PiS-owskiej propagandy. Sam Zygmunt Solorz traktuje Gawryluk instrumentalnie, jako „pisowskiego zająca”. Trzyma wiele podobnych stworzeń w swoich szafach. Poprzedni szef publicystyki i informacji Polsatu, Henryk Sobierajski, człowiek o poglądach lewicowo-liberalnych, nie został wyrzucony z pracy, ale na bardzo komfortowych warunkach został szefem agencji produkcyjnej, też należącej do Zygmunta Solorza, która zatrudni także innych bardziej liberalnych dziennikarzy Polsatu wycofanych z anteny. Solorz zastąpi nimi Dorotę Gawryluk i jej dziennikarzy, kiedy PiS straci władzę.

Klasycznym obywatelem Piszczykiem w polskich mediach jest Krzysztof Ziemiec. Do 2015 roku ulubieniec ludzi Bronisława Komorowskiego, którego był fanem. Katolicki i konserwatywny, ale do 2015 roku absolutnie na sposób „konserwatywnego skrzydła PO”. Od kiedy PiS przejęło telewizję publiczną Ziemiec czyta komunikaty rządu podpisane „paskami grozy”. W wywiadach i odpowiedziach na trudne przedstawia, podobnie jak profesor Kik, prezentuje najbardziej cyniczną apoteozę oportunizmu.

Męczeństwo Piszczyków

Obywatel Piszczyk w zakończeniu „Zezowatego szczęścia” prosi naczelnika więzienia, aby ten nie kazał mu wychodzić na wolność. Ma dosyć ciągłych zmian okupantów, rządzących, koloru sztandarów. Polityczna skuteczność Jarosława Kaczyńskiego polegała na tym, że wszystkim polskim Piszczykom obiecał powrót do wygodnego więzienia. Koniec męczenia się z obstawianiem wciąż nowych numerów i barw na politycznej czy ideologicznej ruletce. Ale do tego Kaczyński musiał polskiego Piszczyka przekonać, że PiS będzie w Polsce rządziło tak stabilnie i długo, jak kiedyś car i cesarze, a później liderzy sanacji czy sekretarze PZPR. Przez trzy lata mu się to udawało. Dopiero pierwsze potknięcie się PiS w dużych miastach wprowadziło całą formację polskich Piszczyków w zauważalną panikę.

Kaczyński zawsze uważał, że Polską będzie trwale rządził tylko ten, kto przekona do siebie obywatela Piszczyka, wzorcowego oportunistę, bohatera genialnego filmu Andrzeja Munka „Zezowate szczęście”.

Holtei

„Wierzę, że dzisiejsza Polska – kraj wolny i demokratyczny – to także Pana zasługa. Dlatego też byłoby wielkim zaszczytem dla mieszkańców i władz stolicy Wielkopolski, gdyby zechciał Pan przyjąć zaproszenie do Poznania – miejsca, gdzie 11 listopada stanowi fenomen radosnego, wspólnego świętowania” – napisał w zaproszeniach do byłych prezydentów Jacek Jaśkowiak. Prezydent Poznania na Facebooku umieścił zdjęcia oficjalnych pism wystosowanych do Lecha Wałęsy, Aleksandra Kwaśniewskiego i Bronisława Komorowskiego.

Jacek Jaśkowiak przypomniał, że w Poznaniu 11 listopada to także imieniny ulicy Święty Marcin. – „To kulturalny festyn, którego centralnym punktem jest barwny korowód z udziałem tysięcy poznaniaków. Świętujemy tu radośnie, chętnie dzieląc się z gośćmi naszą świętomarcińską tradycją”– napisał prezydent Poznania. Tego dnia mieszkańcy Poznania i turyści m.in. zajadają się słynnymi rogalami świętomarcińskimi.

W tym roku festyn organizowany jest w ramach programu „Pochwała Wolności”. – „Jego istotą jest refleksja nad ideą wolności oraz budowanie świadomej, aktywnej i odpowiedzialnej wspólnoty. Społeczności…

View original post 3 081 słów więcej

Zabicie Narutowicza to triumf zabójcy Eligiusza Niewiadomskiego po 95 latach. Władza (PiS) triumfującego bezwstydu

Jedne z najsmutniejszych słów, jakie czytałem. Słowa wiceszefa „Gazety Wyborczej” Jarosława Kurskiego.

Też tak się czuję.

Konstytucjonalista dr Ryszard Balicki nie widzi żadnego powodu do optymizmu – w rozmowie dla portalu wiadomo.co.

JUSTYNA KOĆ: W ekspresowym tempie senatorowie podczas wieczornego bloku głosowań przyjęli ustawy o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa. Teraz ustawy czekają już tylko na podpis prezydenta. Los praworządności w Polsce został przypieczętowany?

RYSZARD BALICKI: Myślę, że tak, bo raczej szans na kolejne weto prezydenta nie ma. Z wypowiedzi urzędników pana prezydenta nie ma co do tego wątpliwości. Szkoda, bo tak naprawdę te ustawy niewiele się różnią od pierwotnego projektu, który prezydent zawetował. Zresztą potwierdził to wiceminister Warchoł, który powiedział wyraźnie, że te projekty ostatecznie realizują 80 proc. zawetowanych przepisów. W tych 80 proc. są też, niestety, te najgorsze rozwiązania, które z góry stwarzają wątpliwości co do konstytucyjności.

Czym różnią się te projekty? Co zwiera się w tych 20 proc., czyli w czym te projekty są lepsze, jeżeli w ogóle można tak powiedzieć?

Nie widzę żadnej zmiany na lepsze, nie oszukujmy się.

Ale prezydent to dostrzega, skoro jego rzecznik zapowiada, że weta nie będzie.

Prezydent na pewno ma teraz odrobinę silniejszą pozycję niż w pierwotnym projekcie pana Ziobry. Z punktu widzenia prezydenta jest to zauważalne. Jest też jakiś taki formalny ukłon, jeśli chodzi o ustawę o KRS, że jednak powinna być jakaś współpraca partii w Sejmie. Jednak jest to tylko fikcja, bo z uwagi na przyjętą procedurę to i tak partia dominująca będzie mogła sobie wybrać, kogo będzie chciała. Naprawdę nie widzę tutaj żadnych zmian na lepsze. Pozostały zarzuty co do niekonstytucyjności zarówno w zakresie przerwania kadencji Pierwszej Prezes SN, jak i w zakresie kadencji sędziów członków KRS.

W tym zakresie, gdzie te zarzuty były najbardziej poważne, nic się nie zmieniło.

Ostatnio pojawił się apel prof. Adama Strzembosza, jednego z ostatnich największych autorytetów sądownictwa, dramatyczny apel do prezydenta, aby zawetował te ustawy. Czy ten apel może cokolwiek zmienić?

Musimy na to spojrzeć tak: jeżeli stanowisko i głos prof. Strzembosza nie przekona prezydenta, to znaczy, że już nikt i nic nie może go przekonać. To by znaczyło, że jest bardzo źle. Prof. Strzembosz jest osobą, która wprost może być utożsamiana z dążeniem do niezależności wymiaru sprawiedliwości. To jest żywa legenda polskiego wymiaru sprawiedliwości, tego niezależnego. Jeżeli apel takiego człowieka, który się już nie stara o żadne stanowiska, poklask, wiadomo, że te jego wypowiedzi nie są oparte o chęć uzyskania profitów czy stanowisk,

jeżeli taki człowiek tak dramatycznie formułuje swoje stanowisko i nawet on nie jest w stanie przekonać pana prezydenta, to znaczy, że już nic na niego nie wpłynie i prezydent jest zdecydowany zniszczyć niezależny wymiar sprawiedliwości w Polsce.

Przecież pan prezydent jest doktorem prawa, musi sobie zdawać sprawę z niekonstytucyjności tych ustaw.

W czasie wczorajszych wystąpień w Senacie prezes Izby Karnej SN, Stanisław Zabłocki, przypomniał wypowiedź lipcową senatora Aleksandra Bobki, który stwierdził, że nawet jego wnuczka zauważa niezgodność z konstytucją w zakresie przerwania kadencji Pierwszej Prezes SN. Jeżeli kilkuletnia dziewczynka potrafi to zauważyć, to tym bardziej doktor nauk prawnych po tak szanowanej uczelni, jak Uniwersytet Jagielloński.

Pytanie:

czy na darmo walczyliśmy o niezależne sądownictwo, o demokrację?

Nie!

Bradzo odważny i otwarty rzecznik praw obywatelski Adam Bodnar też twoierdzi, że nie na darmo.

M.in. ten Bobko to senator z listy PiS.

Politolog Rafał Matyja (jeszcze niedawno sympatyzujący z PiS) w wywiadzie dla Krytyki Politycznej mówi o wykręconych bezpiecznikach demokracji, która albo zamieni się w miękka autokrację (demokracje fasodową), albo w twardą dyktaturę (krwawą).

Co w tej styuacji może opozycja?

Iwan Krastew pisał niedawno na łamach „New York Times”, że inaczej niż komunistom w latach 70., populistom nie zależy na „normalizacji”, tylko przeciwnie, na podgrzewaniu konfliktu i rozgrywaniu go wokół symboli i wielkich haseł. W związku z tym trzeba prowadzić przeciwko nim „normalną” politykę. Podziela pan ten pogląd?

Wierzę w normalną politykę, tzn. w to, że trzeba mówić o wszystkich scenariuszach, ale jako o scenariuszach właśnie, a nie o fatum. Opowiadanie, że wszystko jest przesądzone i że zmierzamy prostą drogą do autorytaryzmu wydawało mi się błędem od samego początku, co oczywiście nie wyklucza piętnowania złych zmian. Uważam jednak, że znacznie więcej ludzi się mobilizuje, jeśli daje się im poczucie sensu.

Poczucie mocy? Że to, co robią, działa?

Tak, zwłaszcza w długiej perspektywie. Ale poczucie sensu – oprócz poczucia siły i sprawczości – budowane jest przez świat wyobrażeń. To jest praca na wiele lat. Nie warto opierać jej na wierze w to, że ten świat tworzy konstytucja czy jakiś sprawny PR. To nie są dekoracje, w których można mobilizować skuteczny opór, to nie jest kontekst, który daje poczucie sensu. Jeżeli męczy mnie pan o przesłanki nadziei, to odpowiadam, że właśnie stworzenie nowego imaginarium polityki, a nie odgrywanie gotowej roli w teatrze PiS, jest dziś największą szansą opozycji.

Senat w piątek wieczorem przyjął bez poprawek ustawę o Sądzie Najwyższym autorstwa prezydenta Andrzeja Dudy.

Za przyjęciem ustawy głosowało 58 senatorów, 26 było przeciw, a trzech wstrzymało się od głosu.

Wcześniej odrzucono wniosek senatorów PO o odrzucenie ustawy. Senacka komisja wnosiła o przyjęcie ustawy bez poprawek.

Przed głosowaniem Bogdan Borusewicz (PO) ocenił, że ta ustawa jest „jeszcze gorsza” niż o KRS. Oświadczył, że „wymienia ona 40 proc. składu SN i łamie konstytucję, gdzie jest wprost zapisana 6-letnia kadencja I prezesa SN”. Senatorom PiS mówił: „Zobaczycie, jak działa ta ustawa – nie zawsze będziecie rządzić. Mam nadzieję, że wtedy zrozumiecie, jak działa ta ustawa”.

Teraz ustawa trafi do prezydenta, który może ją podpisać, zawetować lub zaskarżyć do Trybunału Konstytucyjnego (po jej podpisaniu lub przed).

Senat w piątek wieczorem przyjął bez poprawek ustawę o Sądzie Najwyższym autorstwa prezydenta Andrzeja Dudy.

Pamiętajmy o nowej ordynacji wyborczej, która jest procedowana równolegle do ustaw sądowniczych.

Ta ordynacja wyborcza to furtka dla oszustw wyborczych PiS. Poseł PO Mariusz Witczak:

Podobno na etapie prac senackich mają się jeszcze pojawić poprawki. M.in. dotyczące głosowania korespondencyjnego i szybszego przejęcia PKW. Czyli znowu krok w jedną i w drugą stronę.

Do tego bubla prawnego nie powinniśmy się przyzwyczajać. PiS dopiero otworzył sobie drzwi do wielu zmian, które ma w głowie. Niewykluczone, że przed wyborami samorządowymi będą chcieli jeszcze nowelizować uchwaloną ustawę. A przed nami także eurowybory i wybory parlamentarne, więc niekończący się cykl zmian w ordynacjach wyborczych.

Większość Polaków pamięta, że w PRL-u PZPR była „przewodnią siłą polityczną”. Niech PiS też wreszcie uchwali ustawę o przewodniej roli partii i przestanie oszukiwać. Dlaczego próbuje zachować pozory demokracji? Według mentalności partii rządzącej, w Polsce będzie można zostać radnym, posłem czy senatorem pod warunkiem, że jest się z PiS-u. Do tego ta władza dąży.

Równolegle ze zmianami w ordynacji PiS przejmuje sądy. Pracę nad ustawami o KRS i SN zakończył właśnie Senat.

To jest niezbędnik dyktatora: ordynacja wyborcza, która pozwala organizować i nadzorować wybory, oraz sądy, które zatwierdzają wybory. Czyli wszystko zrobią sami.

Szef PKW chce się spotkać z prezydentem w tej sprawie. Wierzy pan w weto prezydenta?

Andrzej Duda powinien zawetować tak niekonstytucyjną ustawę. Jeżeli tego nie zrobi, to zachowa się jak policjant, który zatrzymał pijanego kierowcę i kazał mu jechać dalej.

Dzisiaj ziściły się po 95. latach idee zamachowca na prezydenta Gabriela Narutowicza – Eligiusza Niewiadomskiego.

Niewiadomoski cieszy się w grobie – o ile takiej makabrycznej metafory można użyć – bo rządzi człowiek endecji Jarosław Kaczyński.

I ja też:

Chodzę na demonstracje z poczucia moralnego obowiązku i dlatego,że chcę być razem z tysiącami najlepszych Polek i Polaków, którzy odróżniają demokrację od dyktatury, państwo prawa od państwa bezprawia, prawdę od kłamstwa. I nie czekają aż inni zrobią za nich obywatelską pracę.

Ustawy sądowe PiS kończą demokrację, a ustanawiają dyktaturę

Ustawy sądowe domykają dyktaturę w Polsce. Później kwestia przejęcia mediów będzie formalnością. Unia Europejska prędzej czy później wypieprzy nas.

Do tego zmierzamy szybkimi krokami.

Wczorajsze obrady w komisji sprawiedliwości to już nie jest groteska, ani parodia. To naplucie na porządek ustrojowy w kraju. To pluniecia na Polskę przez PiS w stylu: „Kanalie, mordy zdradzieckie”.

„Ustawa o upolitycznieniu KRS”

Posłowie opozycji chcieli, aby taki był właśnie tytuł projektu ustawy o KRS. To była jedna z poprawek zgłoszonych przez posłankę Nowoczesnej Kamilę Gasiuk-Pihowicz. Nie wszystkie opozycja mogła zgłosić, bo przewodniczący komisji nie dopuszczał posłów do głosu.

Opozycja zapowiedziała złożenie doniesienia do prokuratury na przewodniczącego komisji sprawiedliwości Stanisława Piotrowicza. Dlaczego? Chodzi m.in. o niedopełnienie obowiązków. Posłowie głosowali nad poprawkami, których wcześniej nie znali. Te podobno uzgodnione z prezydentem podczas serii spotkań w Belwederze zostały przedstawione w ostatniej chwili.

Poseł Stanisław Piotrowicz (prokurator stanu wojennego) odbierał głos i ograniczał posłom opozycji czas wypowiedzi, nie pozwalał na uzasadnianie wniosków formalnych i poprawek. Opozycja domagała się odroczenia posiedzenia komisji sprawiedliwości. Były też problemy techniczne.

Ostatecznie komisja przegłosowała wszystkie poprawki PiS-u, ale nie zgodziła się na wysłuchanie publiczne w sprawie prezydenckich projektów ustaw.

Dr Ryszard Balicki wyjaśnia dla portalu wiadomo.co.

– Możemy założyć, że albo pan prezydent został oszukany, albo wcześniej się na to zgodził. Jeżeli tak, to ciekawe, co uzyskał w zamian… To nie jest polityka realizowana w interesie państwa, to jest mała i czysto partyjna robota – mówi w rozmowie z wiadomo.co dr Ryszard Balicki z Uniwersytetu Wrocławskiego

KAMILA TERPIAŁ: Co oznaczają poprawki zgłoszone i przegłosowane przez PiS? Pełne upolitycznienie Krajowej Rady Sądownictwa?

RYSZARD BALICKI: To potwierdzenie tezy, że PiS stara się wrócić do rozwiązań zawartych w pierwotnych ustawach, czyli wygodnych dla partii rządzącej.

Po tych zmianach będzie prosta sytuacja – partia rządząca nie będzie nawet zainteresowana rozmowami o uzyskaniu większości kwalifikowanej, bo to nie będzie się opłacać, będzie można przejść do drugiego etapu, czyli wyboru większością głosów.

Partia rządząca bez problemu przegłosuje sobie taki skład KRS, jaki będzie wygodny. Ta poprawka wiąże się z następną mówiącą o tym, że grupa prokuratorów będzie mogła wskazać kandydatów do KRS, których następnie wybiorą posłowie PiS-u. Przypomnę, że prokuratorzy podlegają prokuratorowi generalnemu, który jest jednocześnie ministrem sprawiedliwości i politykiem. Dojdzie do sytuacji, w której partia rządząca będzie mogła zgłosić odpowiednich kandydatów i załatwić wszystko szybko, we własnym gronie.

Możemy założyć, że albo pan prezydent został oszukany, albo wcześniej się na to zgodził. Jeżeli tak, to ciekawe, co uzyskał w zamian…

Na Pałacu Prezydenckim powiewa już biała flaga?

Niestety, zgadzam się z takim smutnym wnioskiem. Cały czas miałem nadzieję, że pan prezydent wetując poprzednie ustawy, korzystając ze swoich uprawnień, jednak występuje w obronie konstytucji i demokracji. Okazało się, że w grę wchodziły małe, partyjne interesy, które skończyły się trwającymi długo tajnymi targami z prezesem.

To nie jest polityka realizowana w interesie państwa, to jest mała i czysto partyjna robota.

Poprawce dotyczącej zgłaszania kandydatów do KRS sprzeciwiła się minister w Kancelarii Prezydenta Anna Surówka-Pasek. To także gra?

Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Być może ten „polityczny targ” został dobity na wyższym poziomie i pani minister została postawiona w bardzo nieeleganckiej sytuacji. Być może partia rządząca ma świadomość, że może pozwolić sobie na wszystko, nie zważając nawet na kurtuazję wobec wnioskodawcy.

Jak określiłby pan sposób prowadzenia prac komisji przez jej przewodniczącego posła Stanisława Piotrowicza? Opozycja zapowiedziała doniesienie w tej sprawie do prokuratury.

Jako konstytucjonalista nie znam takiego trybu procedowania nad ustawami, ale widocznie jest on bliski panu prokuratorowi stanu wojennego. Darujmy sobie jednak ironię.

Tu chodzi o bardzo ważne ustrojowe ustawy, które będą ingerować w system funkcjonowania państwa i niszczyć naszą demokrację.

Nie oczekiwałem po Stanisławie Piotrowiczu, że będzie prowadził obrady komisji zgodnie z regulaminem i parlamentarnymi zasadami, bo przyzwyczaił nas do pewnego standardu i trzeba przyznać, że jest mu wierny.

Przepadł wniosek o wysłuchanie publiczne, opozycja zamierza zorganizować własne. Czy to coś jeszcze może zmienić?

Nie jestem tu dobrej myśli. Ale potrzebne jest pokazanie wszystkim tego, co się dzieje. Musimy mówić o tym, jak jest niszczony demokratyczny system państwa polskiego.

Konsekwencje będą bolesne i będziemy ich doświadczać długo.

Jakie będą konsekwencje upolitycznienia sądów?

Bardzo niebezpieczny jest sam fakt upolitycznienia. To będzie się zaczynać w miarę delikatnie. Najpierw będzie grupa 15 sędziów, którzy z jakichś powodów zaakceptują to, że partia polityczna zgłosi ich kandydaturę i w taki sposób powstaną pewne, nawet niewypowiedziane, zależności. Później ta Krajowa Rada Sądownictwa będzie wybierać sędziów i wskazywać sędziów w procedurach awansowych – i to już będą „swoi” sędziowie, ci, którzy będą postępować tak, aby „nie narazić się” partii rządzącej. Najpierw może dochodzić do samocenzury, to przykre, ale ludzkie zachowanie. Zresztą powoli już tego doświadczamy. Jak połączymy to z powoływaniem prezesów sądów i tym, co stanie się w Sądzie Najwyższym, to

nasze sądownictwo straci atrybut niezależności.

Zagrożona będzie też niezawisłość indywidualna sędziów w orzekaniu. To nie będzie się działo od razu, nie będzie łatwo dostrzegalne i dlatego jest tym bardziej niebezpieczne.

Nawet ekspertka Dudy Zofia Romaszewska nazywa to „fatalne”.

Niektóre poprawki ws. SN są „nie do zaakceptowania”. „Jeżeli ona (ustawa o SN) będzie tak wyglądała, to (prezydent) powiedział, że zawetuje”.

Duda nie ma nic do gadania, został ograny. Ale tak chciał. To polityczny niedorostek, mały człowiek.

Władza dostała się w ręce małych niegodnych ludzi. Polacy sami sobie sprawili taki los.

>>>

Post Navigation