Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “sądownictwo”

Kaplica w muzeum. Czego to pisowcy nie wymyślą

Nie zważając na różnorodność wyznaniową ofiar II Wojny Światowej dyrekcja Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, na ostatnim posiedzeniu Rady Muzeum, zaproponowała zaaranżowanie części przestrzeni muzealnej jako kaplicy katolickiej – dowiedziała się „Gazeta Wyborcza”. Na pocieszenie dziennik  poinformował, że większość 14-osobowej Rady była temu pomysłowi przeciwna. Pomysł jednak jest i rozpoczął „życie własnym życiem”…

Prof. Paweł  Machcewicz, autor wystawy głównej w Muzeum II Wojny Światowej i jego były dyrektor tak skomentował pomysł: „W muzeum jest wiele miejsc, gdzie zwiedzający mogą oddawać się refleksji nad tym, co zobaczyli. Sam widziałem ludzi wzruszonych, nawet płaczących, bardzo silnie przeżywających to, z czym się spotykają na wystawie. Myślę, że jest to bardziej autentyczne i osobiste, gdy odbywa się na samej wystawie, w sąsiedztwie tego, co każdego najbardziej porusza, niż w jakimś wydzielonym, specjalnie do tego przeznaczonym „miejscu pamięci” czy „miejscu modlitwy”.

Podobnie myśli dr hab. Piotr Majewski, prof. UW, współautor scenariusza wystawy: „Uważam, że miesza się dwa różne porządki: edukacyjny i religijny. Nie znajduję w muzeum miejsca dla kaplicy. A jej otwarcie nie służyłoby jego misji. Pomysł jest wyrazem instrumentalizacji religii, podobnie jak dodanie do wystawy ojca Kolbego i ks. Frelichowskiego, bo martyrologii duchowieństwa poświęciliśmy uwagę w innej części ekspozycji.

Uważa też, że kaplica katolicka sugerowałaby, że ofiarami wojny byli głównie katolicy, a więc w domyśle Polacy. Miejsce ekumeniczne kojarzyłoby się z lotniskiem. Rozumiem i szanuję potrzebę modlitwy, ale nie spotkałem się z kaplicą w żadnym innym muzeum na świecie. Ludzie chodzą do nich w innych celach niż do kościoła. Kaplica byłaby precedensem, który wciągałby muzeum w kolejny spór, tym razem religijny.

„Wyborcza” zapytała o zdanie w tej sprawie rzecznika muzeum Aleksandra Masłowskiego dr. hab. Sławomira Cenckiewicza, członka Rady. Niestety bez efektu.

Wystawa w Muzeum II Wojny Światowej od początku nie podobała się politykom PiS i prawicowym publicystom, którzy zarzucali jej twórcom, że nie przedstawia ona wyraźnie polskiego punktu widzenia.

Z Rady Muzeum wypadł z  m.in. światowej klasy historyk Timothy Snyder, profesor Uniwersytetu Yale, autor uznanej i popularnej książki „Skrwawione ziemie. Europa między Hitlerem a Stalinem”, który nazwał wystawę główną „osiągnięciem cywilizacyjnym”. Są za to prof. Jan Żaryn, senator PiS, Piotr Semka, prawicowy publicysta krytykujący muzeum, jeszcze zanim zostało otwarte, oraz prof. Marek Jan Chodakiewicz – historyk, entuzjasta prezydentury Donalda Trumpa, który wystawę główną nazwał „sowiecką propagandą” i uważa, że muzeum należy zrobić od nowa.

Depresja plemnika

Krajowa Rada Sądownictwa, w ramach swojej „pisowskiej” niezależności i niezawisłości, zakazała sędziom noszenia koszulek z napisem „konstytucja” oraz wszelkich innych emblematów, związanych z ustawą zasadniczą. KRS uznała, powołując się na art.10 Zbioru Zasad Etyki Zawodowej Sędziów i Asesorów („Sędzia powinien unikać zachowań, które mogłyby podważyć zaufanie do jego niezawisłości i bezstronności”), że „publiczne używanie infografik, symboli, które w sposób jednoznaczny są lub mogą być identyfikowane z partiami politycznymi, związkami zawodowymi, a także z ruchami społecznymi”, a to podważa wiarygodność sędziów i wiarę w ich niezawisłość.

Jak mówią sędziowie,  „Uchwała koszulkowa jest absurdalna i ociera się o groteskę. Treścią przypomina czasy słusznie minione, w których ówczesna władza zakazywała noszenia haseł czy symboli będących dla niej niewygodnymi” i nie zamierzają przejść obok niej obojętnie.

Ponieważ autorem tego zakazu ma być sędzia z Olsztyna, to właśnie jego koledzy z regionu poczuli się szczególnie uprawnieni do wyrażenia swego sprzeciwu w tej sprawie…

View original post 1 550 słów więcej

 

Morawiecki Ziobrę, czy Ziobro Morawieckiego? Kto zawiśnie za żebro?

Co naprawdę myśli Mateusz Morawiecki o Polakach? Pokazały to . Teraz pokaże to całej Polsce kolejny ! Podajcie dalej!

Ruszył

Największa grupa respondentów (49 proc.) uważa, że premier Mateusz Morawiecki powinien podać się do dymisji po opublikowaniu nagrań z afery podsłuchowej. Przeciwnego zdania jest co czwarty ankietowany, a zdania w tej sprawie nie ma 27 proc. badanych.

>>>

Według politologa prof. Antoniego Dudka wynik tego sondażu to fatalna wiadomość nie tylko dla premiera, ale i prezesa Jarosława Kaczyńskiego, który przeforsował go na to stanowisko. – Odsetek przeciwników dymisji Mateusza Morawieckiego jest znacznie mniejszy od odsetka zwolenników PiS oscylującego wedle innych badań w przedziale 35-45 proc. Jeśli premierowi nie uda się przekonać do swoich racji większości z 27 proc. nie mających zdania w tej sprawie, a podobne wyniki potwierdzą kolejne badania, to premier Morawiecki z wyborczej lokomotywy PiS, może się zamienić w najcięższy wagon do niej przyczepiony – komentuje.

Jeszcze przed wypłynięciem nagrań, dymisji premiera domagał się Grzegorz Schetyna w związku z tym, że Morawiecki musiał prostować swoją wypowiedź na temat inwestycji realizowanych przez rząd PO-PSL.

Od wybuchu afery podsłuchowej prezes PiS Jarosław Kaczyński i premier Mateusz Morawiecki dzwonią do siebie po kilka razy dziennie. Spotykają się co kilka dni. Wszystko ze sobą konsultują – co Morawiecki ma powiedzieć na wiecu, ile pieniędzy może obiecać na inwestycje w regionach podczas podróży po kraju. Kaczyński odetchnął z ulgą, bo według badań zamówionych przez PiS afera podsłuchowa na razie nie załamała poparcia dla partii. Bliski doradca prezesa mówi mi, że zmiany w poparciu dla PiS i premiera są w granicach błędu statystycznego. Zaufanie do Morawieckiego spadło o 1 punkt procentowy, a notowania PiS wzrosły o jeden punkt. Dlatego w PiS uważają, że ujawnienie nagrań raczej nie wpłynie na wynik wyborów samorządowych.

Według mojego rozmówcy Kaczyński początkowo obawiał się, że ujawnione nagrania negatywnie odbiją się na poparciu dla PiS i premiera w twardym elektoracie, bo wyborcy PiS uznają, że Morawiecki jednak nie jest swój i pozostał „banksterem”. Dlatego w PiS zapadła decyzja, że na finiszu kampanii samorządowej trzeba się zająć przede wszystkim utwardzaniem własnego elektoratu. Bo mógł zwątpić w Morawieckiego, który jest twarzą kampanii. Na ujawnionych nagraniach premier chwali kanclerz Niemiec Angelę Merkel, sam siebie nazywa liberałem i mówi, że ludzie powinni obniżyć oczekiwania, bo gdy „po wojnie i w jej trakcie zap… za miskę ryżu, to gospodarka się rozwijała”. Dla wyborców PiS, którzy od trzech lat słyszą szefa rządu popierającego rozdawanie pieniędzy i jego zapewniania, że Polacy powinni zarabiać tyle, co ludzie na Zachodzie, to mógł być szok. W innym fragmencie nagrania Morawiecki, wówczas prezes BZ WBK, komentując reklamę banku z Chuckiem Norrisem, mówi, że „ludzie są tacy głupi, że to działa. Niesamowite”.

Kłopotliwa taśma Morawieckiego

Ziobro stoi za ujawnieniem nagrań premiera?

Według moich rozmówców Morawiecki jest przekonany, że za ujawnieniem nagrań stoi minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Jako prokurator generalny dokładnie wiedział, co jest w materiałach śledztwa w sprawie afery podsłuchowej i co jest w nagraniach. Mógł zainspirować dziennikarzy, żeby je ujawnili. Ziobro od trzech lat wojuje z Morawieckim o wpływy w spółkach skarbu państwa. Zaufany współpracownik szefa rządu zwraca uwagę, że minister sprawiedliwości milczał przez tydzień po ujawnieniu nagrań. Dopiero w poniedziałek tydzień temu wystąpił na konferencji prasowej i mówił, że należy zadać pytanie o apolityczność sędziów Sądu Najwyższego, którzy udostępnili dziennikarzom akta sprawy. Podczas rozmowy z Jarosławem Kaczyńskim Morawiecki przyznał, że podejrzewa Ziobrę o zainspirowanie dziennikarzy. Przekonywał prezesa, że konflikt trzeba wreszcie przeciąć.

Kilku rozmówców w PiS uważa, że jeśli wynik wyborów samorządowych będzie zły albo średni, to zacznie się szukanie winnych. A skoro Morawiecki jest nie do ruszenia, bo ma być twarzą partii nie tylko w kampanii samorządowej, ale także w kampanii do Parlamentu Europejskiego i parlamentarnej w 2019 roku, to może paść na Ziobrę.

– Morawiecki będzie mógł powiedzieć, poprowadzę was do wyborów, ale nie w tych warunkach, kiedy co chwilę ktoś podstawia mi nogę – mówi ważny polityk PiS. Dodaje, że Kaczyński pewnie zgodzi się na wszystkie propozycje Morawieckiego. To może oznaczać, że po wyborach samorządowych wróci pomysł wysłania Ziobry do Parlamentu Europejskiego. Jest pytanie, czy minister sprawiedliwości da się wypchnąć. Gdy powstawała koalicja Zjednoczonej Prawicy, mówił, że chce kandydować do PE. Ale później jego chęć startu osłabła. W umowie koalicyjnej, którą Zjednoczona Prawica odnowiła w grudniu, zapisano jedynkę na Mazowszu do europarlamentu dla wicemarszałka Senatu Adama Bielana z partii Jarosława Gowina, dwójkę na Dolnym Śląsku dla Beaty Kempy z Solidarnej Polski Ziobry i trzecie miejsce w Małopolsce także dla SP. Współpracownicy prezesa pytali wtedy Ziobrę, czy będzie startował. Odpowiedział, że jeszcze nie zdecydował, ale raczej nie.

– Jeśli Zbyszek będzie w stanie się obronić, to zostanie w Polsce. A jeśli uzna, że Morawiecki jest zbyt silny, to ucieknie na pięć lat do Brukseli – mówi doradca Kaczyńskiego.

Ale nawet jeśli Ziobro zostanie w rządzie, to jest praktycznie przesądzone, że za aferę podsłuchową zapłaci osłabieniem wpływów w spółkach skarbu państwa. W otoczeniu Kaczyńskiego coraz bardziej umacnia się przekonanie, że cała kampania przeciwko Morawieckiemu jest zasilana pieniędzmi ze spółek kontrolowanych przez ludzi Ziobry. I nieważne, czy to jest prawda, czy nie. Ważne, że Kaczyński coraz bardziej zaczyna w to wierzyć.

Nie boicie się jeszcze? To już czas zacząć. Kaczyński chce, żeby było gorzej. O jak on chce, to dostaje. „Zależy nam na tym, aby poziom życia zmniejszał się”…

Co naprawdę myśli Mateusz Morawiecki o Polakach?

Pokazały to #TaśmyMorawieckiego. Teraz pokaże to całej Polsce kolejny #KonwójWstydu!

Holtei

Niedziela 7 października. Morawiecki: środki z Unii pomagają naprawiać chodniki

Premier Mateusz Morawiecki stwierdził podczas spotkania wyborczego z mieszkańcami Dębicy, że rząd PiS odzyskał z podatku VAT więcej pieniędzy niż Polska otrzymuje z dotacji Unii Europejskiej. „Pozyskaliśmy więcej środków od bandytów, mafii VAT-owskich, przestępców podatkowych. To jest w budżecie […], więcej środków od tych bandytów, którzy swobodnie sobie hulali po państwie polskim za czasów PO i PSL, więcej środków odzyskaliśmy niż środki unijne. Środki unijne są ważne, cieszymy się z nich. One nam pomagają odnawiać chodniki. Ale dużo więcej dobra przynosi rząd Prawa i Sprawiedliwości”.

Poniedziałek 8 października. III RP według Gadowskiego

Witold Gadowski napisał w „Sieciach”: „III RP nie istnieje – w zamian zaserwowali nam zuchwałą i prostacką podróbkę – coś, co z natury budzi niesmak i zwątpienie. »Spawacza« Jaruzela zrobili prezydentem, Kiszczaka ministrem, Siwickiego ministrem, a na premiera obrali dygota i zaprzańca, który chciał kary dla biskupa Kaczmarka. …

View original post 6 083 słowa więcej

Jak PiS chce orżnąć w wyborach samorządowych

PiS ma sposób jak orżnąć w wyborach samorządowych w Warszawie

Już 2,2 tysiące osób wpisało się w tym roku do rejestru wyborców w Warszawie – informuje „Rzeczpospolita”. To osoby, które nie są zameldowane w stolicy, ale twierdzą, że w niej mieszkają. Gazeta podaje, że kilka tygodni temu otrzymała informację o rozważanym przez jeden ze sztabów wyborczych pomyśle zwożenia do Warszawy wyborców autokarami w dniu wyborów.

By wpisać się do rejestru wyborców w danej gminie teraz wystarczy jedynie oświadczenie, że się w niej mieszka. Wniosek można przesłać drogą elektroniczną, wypełniając formularz ze strony Ministerstwa Cyfryzacji.

Informator „Rzeczpospolitej” kilka tygodni temu przekazał gazecie, że w sztabie jednego z kandydatów na prezydenta stolicy rozważany jest pomysł legalnego „pomnożenia” wyborców. Jak mówił, w dniu wyborów mieli być zwożeni do lokali wyborczych.

Jak przypomina „Rz”, „mnożenie wyborców” nie jest nowością. Przed ostatnimi wyborami w 30-metrowej kawalerce miało mieszkać 45 osób – wszyscy byli zarejestrowani jako wyborcy.

Rzecznik Praw Obywatelskich chce wiedzieć, jakimi przesłankami kierowali się rzecznicy dyscyplinarni, wzywając sędziów na przesłuchania. Przypomnijmy, że w ubiegłym tygodniu przesłuchiwani byli sędzia Ewa Maciejewska z Łodzi, która zadała pytanie prejudycjalne do Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawie niezawisłości sędziowskiej w kontekście wprowadzanych przez PiS zmian, rzecznik prasowy Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia” sędzia Bartłomiej Przymusiński, sędzia Igor Tuleya z Sądu Okręgowego w Warszawie, prezes Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia” sędzia Krystian Markiewicz. Monika Frąckowiak z poznańskiego sądu rejonowego wezwana została na przesłuchanie przez rzecznika dyscyplinarnego przy Sądzie Okręgowym w Poznaniu. Jej wezwanie miało związek z wystąpieniami w mediach oraz podczas manifestacji w obronie sądów. Po szczegóły przesłuchań w dwóch artykułach: „Sędzia z Łodzi, która wysłała pytanie do TSUE, przesłuchana przez rzecznika dyscyplinarnego” oraz „Sędzia Tuleya: „Trzymamy się mocno i nie zrobimy ani jednego kroku w tył”.

Zastępca RPO Stanisław Trociuk w pismach skierowanych do rzeczników dyscyplinarnych pyta też, kto podjął decyzję o wezwaniu sędziów na przesłuchania. Przypomina, że zgodnie z Prawem o ustroju sądów powszechnych, rzecznik dyscyplinarny podejmuje czynności wyjaśniające na żądanie ministra sprawiedliwości, prezesa sądu apelacyjnego lub okręgowego, kolegium sądu apelacyjnego lub okręgowego, Krajowej Rady Sądownictwa, a także z własnej inicjatywy – po wstępnym ustaleniu okoliczności koniecznych dla stwierdzenia znamion przewinienia dyscyplinarnego.

Zdaniem RPO, działania rzeczników dyscyplinarnych mogą prowadzić do wywołania efektu mrożącego, polegającego na „zniechęceniu tych oraz innych sędziów do udziału w przyszłości w debacie publicznej na temat reform ustawodawczych dotykających sądownictwa i bardziej ogólnie – problemów związanych z zapewnieniem niezależności sądów”. Rzecznik zwrócił też uwagę, że według Traktatu o funkcjonowaniu UE polscy sędziowie mają prawo zadawać pytania TSUE, jeżeli mają wątpliwości wobec danego aktu prawnego.

Schetyna o spotkaniu z Merkel: Takie spotkania są potrzebne, też pokazują, że polska polityka jest ważna dla najważniejszych polityków w Europie

– Nie spotykałem się za niczyimi plecami. Miałem otwarte spotkanie z panią kanclerz Angelą Merkel, z szefową CDU, partii siostrzanej dla Platformy Obywatelskiej, dla Polskiego Stronnictwa Ludowego. Razem jesteśmy w Europejskiej Partii Ludowej. Rozmawialiśmy o wielu rzeczach, które są dzisiaj ważne w polityce europejskiej, przede wszystkim o wyborze kandydatów przy szczycie, który będzie w Brukseli w połowie października, potem o szczycie, który będzie w Helsinkach i decyzji na temat najważniejszych funkcji w strukturach europejskich. Jak będziemy budować tę personalną, także personalną politykę Europejskiej Partii Ludowej w Unii Europejskiej. Uważam, że takie spotkania są potrzebne, też pokazują, że polska polityka jest ważna dla najważniejszych polityków w Europie – mówił Grzegorz Schetyna na konferencji prasowej.

>>>

W Olsztynie prezes spróbował zdefiniować patriotyzm, który staje przeciw literze prawa. To raczej znamy, bo dla Kaczyńskiego niepatriotyczna jest Konstytucja, zwłaszcza w tych miejscach, które nie są zgodne z jego wolą. Na Warmii i Mazurach prezes napadł na sędziów, którzy zgodnie z prawem rozstrzygali spory, co do praw własności. Na tych terenach zaszłości właścicielskie dotyczą autochtonów, którzy nie zawsze wybrali Polskę, a dzisiaj dochodzą swych praw ojcowizny.

Dotyczy to niewielkiej grupy osób, wielu autochtonów długo przebywało w Polsce po 1945 roku, niektórzy zrazili się do nas, albo zostali przepędzeni urzędniczym ostracyzmem, dzisiaj dochodzą swoich praw własności. I o tym rozstrzyga sąd.

To Kaczyńskiemu się nie podoba. Sędziowie mają stać na straży woli prezesa, a nie prawa, więc zostali oskarżeni o „nienawiść do własnej ojczyzny, własnego narodu”. A przy okazji Kaczyński na nowo wzbudza resentyment niemiecki. Warmia i Mazury to wszak dawne Prusy Wschodnie, Borussia.

Kaczyński uzyskał trzy w jednym. Wylał pomyje na sędziów, wskazał zagrożenie niemieckie, a w związku z tym unijne, bo Unia nie jest patriotyczna, gdyż przestrzega porządku prawnego.

>>>

Kaczyński na prezydenta?

Prezes lubi od czasu do czasu wystąpić w roli erudyty, który zna rzadkie wyrazy, nie znając zarazem obcych języków. Ojkofobia przejawia się rzekomo w tym, że część sędziów na Warmii i Mazurach, gdzie trwają sprawy o prawo własności (głównie gospodarstw rolnych i nieruchomości), orzeka nie po polsku, nie na korzyść Polaków, tylko być może na rzecz Mazurów, emigrantów, którzy nie głosują w nadchodzących wyborach.

Wynika z tego, że dobry sędzia, dobry Polak z orłem na łańcuchu nie kieruje się prawem, tylko przynależnością narodową lub państwową. To absurd, z którym nie warto dyskutować. Jeżeli np. Polak ukradnie zegarek Finowi, to winien jest Fin. Jak na doktora prawa to pogląd oryginalny, który potwierdza stosunek prezesa do prawa (jak gdyby ostatnie lata nie dały wystarczających dowodów).

Ktoś (na pewno nie ja!) rzucił ostatnio pomysł: „Kaczyński na prezydenta”. Na pierwszy rzut oka pomysł sensowny (acz dla Polski groźny, moim faworytem jest ktoś inny, o czym tu pisałem). Kaczyński, doświadczony polityk, lider obozu konserwatywnego i rządzącego, człowiek o uformowanych poglądach, oczytany i dobry rozmówca, którego kierunek ku państwom narodowym i etatystycznym jak najdalszy od liberalizmu, zyskuje w Europie coraz więcej zwolenników. Dla jego obozu byłoby to uwieńczenie wieloletniej działalności i otwarcie drogi dla następcy w PiS. Pomysł ten ma jeszcze jedną zaletę: to sposób na odsunięcie Andrzeja Dudy.

Kamień spadłby z serca niejednej osobie, ale spadłby prosto na nogi. Kaczyński jest chyba niewybieralny, ma tyleż przeciwników, co zwolenników, nie ma najmniejszych zadatków na „prezydenta wszystkich Polaków”, lubi dzielić, jątrzyć, szczuć jednych na drugich, jest złośliwy i pamiętliwy, czasami usiłuje zagrać dobrego wujka, jak np. w wystąpieniu „do przyjaciół Rosjan”, czy jako ojciec polityki socjalnej PiS, ale w tej roli czuje się źle. Nie zna świata, nie zna języków, nie zna się na wojsku, na stosunkach międzynarodowych, które pod jego panowaniem udało się zrujnować. Dobrze czuje, co w trawie piszczy, ale to mało. W sumie kandydatura bez sensu, ale na prawicy może znaleźć amatorów i nie takie rzeczy się zdarzały. (Patrz: prezydent Duda).

>>>

Tymczasem na Moście Gdańskim…

Tak klerowi opadają spodnie.

Jarosławowi Kaczyńskiemu marzy się prezydentura?
Nie musiałby jeździć na Nowogrodzką i Żoliborz. Siedziałby w Pałacu i robił na Polskę. Jak to on – na rzadko.

vald2

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Jarosław Kaczyński obwożony jest po konwencjach PiS, które odbywają się w terenie. Wczoraj był Gdańsk, dzisiaj Olsztyn. Niczego swoją osobą już nie wnosi, bo grunt nienawiści został tak utwardzony, że dalszym udeptywaniem go nie spowoduje jeszcze większej piany na ustach. Znamy te jego konwulsje aż nadto.

W Olsztynie prezes spróbował zdefiniować patriotyzm, który staje przeciw literze prawa. To raczej znamy, bo dla Kaczyńskiego niepatriotyczna jest Konstytucja, zwłaszcza w tych miejscach, które nie są zgodne z jego wolą. Na Warmii i Mazurach prezes napadł na sędziów, którzy zgodnie z prawem rozstrzygali spory, co do praw własności. Na tych terenach zaszłości właścicielskie dotyczą autochtonów, którzy nie zawsze wybrali Polskę, a dzisiaj dochodzą swych praw ojcowizny.

Dotyczy to niewielkiej grupy osób, wielu autochtonów długo przebywało w Polsce po 1945 roku, niektórzy zrazili się do nas albo zostali przepędzeni urzędniczym ostracyzmem, dzisiaj dochodzą swoich praw własności. I o tym rozstrzyga…

View original post 1 212 słów więcej

Kaczyński wybudził się. Zombie plwa

W sondażach wciąż zdecydowana większość Polaków chce być w Unii Europejskiej. Ale czy to znaczy, że nasze członkostwo w UE jest bezpieczne? Niestety, nie możemy być tego pewni, i dlatego także w tej sprawie musimy patrzeć na ręce obecnej władzy.

Polexit może się zdarzyć po wyborach powszechnych wygranych znów przez PiS. Unia państw narodowych – tak, Unia wartości europejskich – raczej nie. Tak patrzy na nasze członkostwo spora część Polaków ponad różnicami wieku, zamożności i wykształcenia.

Na stronie Fundacji Batorego pojawił się raport z badań socjologicznych Joanny Koniecznej-Salamatin (UW) na temat stosunku Polaków do „wartości europejskich”. Ciekawy choćby dlatego, że zwykle bada się, jak Polacy widzą członkostwo w UE w kontekście korzyści ekonomicznych.

A przecież na funduszach Unia się nie kończy, tak samo jak polska polityka nie kończy się na różnych 500 plus. „Zjednoczona prawica” doszła do władzy m.in. dlatego, że uwiodła część Polaków retoryką „wstawania z kolan”.

Powstaje pytanie: czy Polska, która „wstała z kolan”, potrzebuje jeszcze „wyimaginowanej wspólnoty”, czyli UE? Słuchając pisowskich liderów, Kaczyńskiego, Dudy, Morawieckiego, trudno oprzeć się wrażeniu, że już Unii Polska nie potrzebuje. A skoro tak, to obecna władza może gdzieś w ciszy gabinetów już szykować scenariusz polexitu.

Im goręcej Kaczyński zapewnia na partyjnych zjazdach, że chce zostać w Unii, tym bardziej można się niepokoić o przyszłość. Ta władza mija się z prawdą codziennie i notorycznie wysyła sprzeczne komunikaty. Jest za, a nawet przeciw.

W podsumowaniu raportu czytamy, że zaufanie Polaków do UE jako instytucji w ostatnich lata spada (obecnie 46 proc.). Szczególnie niepokojące jest ustalenie, że Polacy ufający obecnej władzy nie ufają UE. Retoryka antyunijna zaczyna przynosić złe owoce.

Członkostwo w UE staje się jednym z punktów sporu politycznego wśród Polaków, a nie kwestią ponad tym sporem, tak jak było w pierwszych latach po wstąpieniu Polski do Unii. Teraz sympatycy PiS coraz częściej uważają, że mają „patriotyczny” obowiązek podważania naszego członkostwa w Unii. Tak samo mogą odbierać przekaz na ten temat płynący z Kościoła.

Badanie pokazuje, że wartości wyznawane przez Polaków, zwłaszcza niejasny stosunek do demokracji i przywiązanie do tradycji, a w jej ramach do religijności, mają wpływ na stosunek części społeczeństwa do UE. Także negatywny.

Jest więc realny grunt pod urabianie Polaków za wystąpieniem naszego kraju z Unii. Reszta to kwestia decyzji politycznej rządzących. Dziś jeszcze nie, ale kto wie, co będzie w następnej kadencji, jeśli „zjednoczona prawica” umocni się u władzy. I tylko nie mówmy, że nas nie ostrzegano.

PiS manipuluje Komisją Europejską, sędziami i opinią publiczną.

W środę Komisja Europejska miała podjąć decyzję o zaskarżeniu do Trybunału Sprawiedliwości ustawy o Sądzie Najwyższym. Nie zaskarżyła i dała rządowi PiS kolejną szansę. Spekulowano, że rząd wywalczył sobie czas dzięki niespodziewanemu porannemu spotkaniu premiera Morawieckiego z prezes SN Małgorzatą Gersdorf. Spekulacje okazały się prawdą, co wiemy z kontrolowanego przecieku, jaki obóz PiS dał portalowi Onet.pl. Andrzej Stankiewicz napisał, że premier zaproponował prezes Gersdorf pozostanie na stanowisku w zamian za to, że złoży prośbę do prezydenta o pozwolenia na dalsze orzekanie, którą zaopiniuje nowa Krajowa Rada Sądownictwa. Pozostali sędziowie, którzy ukończyli 65 lat, łącznie z tymi, których prezydent wysłał na emeryturę, mieliby albo nadal orzekać w SN, albo przejść w stan spoczynku.

Prawnym kluczem do tych zmian ma być to, że premier nie kontrasygnował decyzji prezydenta o przeniesieniu sędziów w stan spoczynku.

Po ujawnieniu tej poufnej rozmowy prezes Gersdorf poczuła się zwolniona z obowiązku dyskrecji i powiedziała dziennikarzom, że jest nadal I Prezesem SN, a sędziowie powinni w dalszym ciągu orzekać. Dodała, że ona i sędziowie oczekują „przywrócenia konstytucyjnego charakteru KRS”.

Czym są propozycje premiera?

Z pewnością kolejnym wybiegiem, który miał na celu danie Komisji Europejskiej pretekstu do wycofania się ze zdecydowanych kroków przeciwko poczynaniom PiS w stosunku do sądownictwa. I po raz kolejny PiS odniósł na tym polu sukces.

Są też grą na użytek polskiej opinii publicznej. Przeciek, który zrobiono, ma na celu zasugerować, że PiS ma dla sędziów konkretne propozycje. Tymczasem jeśli na nie spojrzeć od strony prawnej, to wcale konkretnie nie wyglądają. Poza tym w rozmowie z prezes Gersdorf nie były przedstawione jako konkretny plan, tylko jako luźne pomysły pod hasłem „zastanówmy się, co by tu można zrobić”. Wreszcie wciągają sędziów w pułapkę, jaką jest akceptacja niekonstytucyjnych rozwiązań (np. prezes Gersdorf miałaby prosić o pozwolenie na dalsze orzekanie, a tym samym uznałaby niekonstytucyjne prawo). A zatem PiS podzieliłby się odpowiedzialnością za złamanie konstytucji z sędziami.

Propozycja premiera nie dotyczy zresztą już mianowanych do SN nowych sędziów. Mimo że na ich nominacjach również nie ma kontrasygnaty premiera. Podobnie jak na obwieszczeniu o konkursie na sędziów SN. A to nie są konstytucyjne prerogatywy prezydenta, a więc kontrasygnata premiera powinna być.

Osobną sprawą jest w tym wszystkim prezydent Andrzej Duda, który został przez premiera potraktowany jak nieistotny element, który można wyrzucić z układanki: podpisuje jakieś decyzje, które można dowolnie uznawać za nieważne. Ciekawe, co głowa państwa na takie publiczne poniżanie?

Do tego za chwilę w Sądzie Najwyższym zacznie działać Izba Dyscyplinarna powołana – czego nie kryje PiS – do eliminowania ze stanu sędziowskiego także sędziów SN. Zatem „starzy” sędziowie nie znają dnia ani godziny.

Wreszcie: PiS zwiększył liczbę sędziów Sądu Najwyższego do 120, a sędziów w SN, łącznie z tymi, którzy nie zaakceptowali posłania ich na emeryturę, jest dziś 51. Zatem PiS obsadzi dwie trzecie Sądu Najwyższego, „topiąc” starych sędziów w morzu swoich nominatów.

Swego czasu podczas rozprawy z Trybunałem Konstytucyjnym też pojawiały się koncepcje, żeby wprowadzać do orzekania sędziów, których nie zaprzysiągł prezydent na inne miejsca, niż zostali wybrani. Byłoby to złamanie konstytucji, do czego zaprzęgnięto by też sędziów TK, dzieląc się z nimi odpowiedzialnością. Na szczęście nigdy do tego nie doszło.

Co będzie dalej? Pojawiły się przecieki, że Komisja Europejska jednak zaskarży w poniedziałek ustawę o Sądzie Najwyższym do TSUE. Jeśli się to nie stanie, to zapewne PiS co jakiś czas, gdy zbliżać się będzie jakieś wysłuchanie w ramach procedury z art. 7, wrzucać będzie do obiegu informacje, że „trwa dialog” z Sądem Najwyższym, albo że powstaje jakaś koncepcja naprawy sytuacji. Tymczasem nowe izby – Dyscyplinarna i Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych – będą działać, wypełniając zadania zlecane przez politycznych zwierzchników.

Efekt domniemanego wypracowywania kompromisu działa nie tylko na Komisję Europejską. Działa też na Trybunał Sprawiedliwości, który jakoś nie zabiera się w tempie adekwatnym do dramatycznej pilności sytuacji za pytania prejudycjalne Sądu Najwyższego. Mimo upływu ponad półtora miesiąca nie zostały nawet przetłumaczone i opublikowane, a od tego w ogóle zaczyna się konkretna procedura. Wygląda na to, że sędziowie też liczą, że Polacy jakoś sobie z tym sami poradzą.

Kolejny punkt dla PiS. Kolejny gwóźdź do trumny państwa prawa.

To, że w Koalicji Obywatelskiej znalazła się Nowoczesna oraz Barbara Nowacka, która zawsze robi doskonałe wrażenie swoim merytorycznym podejściem do sprawy, pokazuje, że Grzegorz Schetyna potrafi budować koalicje. Nie twierdzę, że powinna być jedna koalicja do walki z PiS-em, może powinny być dwie: bardziej centrowa i bardziej lewicowa. Jedno jest pewne: bez koalicyjnego myślenia siły niepisowskie nie mają żadnego znaczenia, nie tylko w tych wyborach, ale także w kolejnych – mówi w rozmowie z nami prof. Andrzej Rychard, socjolog, dyrektor Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. – Tak naprawdę do tej pory często powtarzane magiczne zaklęcie, że z lokalnych liderów wyrośnie przyszły lider ogólnopolski, nigdy się nie spełniło – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: W mediach pojawiła się informacja, że obóz władzy rozważa ustępstwa w sprawie zmian w Sądzie Najwyższym. W grę ma wchodzić taka zmiana prawa, by pozostawić na stanowisku I prezes SN prof. Małgorzatę Gersdorf. PiS czegoś się przestraszył?

PROF. ANDRZEJ RYCHARD: Myślę, że PiS jednak zaczął brać pod uwagę koszty, jakie będzie musiał ponieść, jeżeli oczywiście te informacje się potwierdzą, a wcale nie jestem o tym przekonany. Gdyby tak się stało, to oznaczałoby, że partia rządząca podliczyła koszty upierania się i bycia osamotnionym w sytuacji, w której jednak UE nie jest wyimaginowaną wspólnotą. PiS do tej pory prezentował bardzo twarde stanowisko i po tak długim czasie nie będzie łatwo przekonać elektorat do takiego ruchu. Nie twierdzę, że PiS nie jest do tego zdolny, bo to jest partia pragmatyczna i elastyczna, nie tylko motywowana ideologicznie.

Do tej pory, jeżeli partia z czegoś się wycofywała, to następowało to szybciej. Batalia o sądy toczy się od dłuższego czasu, dlatego wycofanie się z części rozwiązań byłoby kosztowane z punktu widzenia politycznego, ale też zminimalizowałoby napięcia z UE.

Czyli zdziwiłby pana taki ruch?
Nasuwa się pytanie: po co PiS tak długo się upierał? Przecież stanowisko struktur UE było jasne już od dawna. Chociaż teraz decyduje się jeszcze, czy zostaną podjęte kolejne kroki wobec Polski. Uważam, że to byłoby dla PiS kosztowne, ale niewątpliwie dobre dla Polski.

Wyborcy PiS-u by tego nie zrozumieli?
Wymagałoby to uruchomienia dużej operacji wyjaśniającej i usprawiedliwiającej.

PiS przecież z tego, co robi wokół sądów, uczynił jedno ze sztandarowych haseł dobrej zmiany”. Taki ruch nie przyniósłby też zysków, jeżeli chodzi o centrowy elektorat. Nie wiem, czy coś by zyskał, a musiałby bardzo pilnować, żeby nie stracić.

Do tej pory PiS, nawet jeżeli się cofał w sprawie reformy sądownictwa, to zawsze i tak wracał do punktu wyjścia. Dwa kroki w przód, jeden w tył. Może i tym razem to byłby tylko element politycznej gry?
Jednym z haseł dobrej zmiany jest to, że dokonuje się sprawnie, szybko i bez przeszkód wyimaginowanych wspólnot”. Elektorat nie będzie usatysfakcjonowany sformułowaniami, że ktoś rzuca kłody pod nogi i dlatego trzeba się cofnąć. Przecież to nie tak miało być.

PiS zmieni twarz w kampanii wyborczej?
PiS zmienia twarz wtedy, kiedy uważa, że jest to dla niego korzystne. Zastanawiam się, jakie korzyści taka zmiana mogłaby teraz przynieść.

Władza musi przede wszystkim pilnować tradycyjnego elektoratu, który jest spory i wierny, ale wierność ma też swoje granice. To jest ważniejsze niż próba pozyskiwania innego elektoratu.

Nie wiem, czy mniej radykalny elektorat drugi raz kupiłby szybką zmianę przedwyborczą, ponieważ nauczył się, że PiS jest w tej kwestii wyjątkowo elastyczny i może wrócić do swojej starej twarzy. Tyle że może być skłaniany do tego, aby zmieniać swoją politykę nie ze względów czysto wyborczych, ale strukturalnych. W ciągu ostatnich dekad w strukturze polskiej zachodzą zasadnicze zmiany: ludzie są bardziej wykształceni; przeciętnie bardziej zamożni, chociaż rosną nierówności; są proeuropejscy, społeczeństwo jest coraz bardziej zsekularyzowane, czyli mniej chętnie związane z Kościołem. To są zmiany, które już zachodzą, z dekady na dekadę. Jeżeli PiS chciałby się cały czas orientować na, często prymitywnie wyobrażony, tradycyjny elektorat, to ten elektorat mógłby się kurczyć. Ten czynnik mógłby skłaniać PiS do głębszej zmiany.

Powstaje jednak problem przywództwa, bo jedynym politykiem, który jest w stanie to przeprowadzić, jest Jarosław Kaczyński.

Kto w PiS-ie mógłby wyrosnąć na nowego lidera? Premier Mateusz Morawiecki?
Premier miał pokazywać nową twarz, jest coraz sprawniejszy medialnie, ale pamięć o pewnych niezgrabnościach pozostała. Widzę dość wolno idący proces uczenia się. Stawiam przy nim znak zapytania niż przy panu prezydencie. Andrzej Duda bardzo zawęża szczelinę swojego poparcia. Tym, że momentami niekonsekwentnie boczył się na PiS, wcale nie zyskał poparcia elektoratu niepisowskiego, zyskał za to pewien rodzaj nieufności w części elektoratu pisowskiego. Nie staje się coraz ważniejszym aktorem polityki, jego znaczenie może za to maleć.

Dlaczego sondażowe poparcie dla PiS-u jest cały czas duże? Co ludzi przyciąga?
To jest premia za to, że nic złego gospodarczo się nie dzieje. Ludzie widzą związek pomiędzy takim stanem rzeczy a polityką PiS-u. Jak tylko doszedł do władzy, odbudował związek, który w pewien sposób zniszczyła PO – związek w świadomości ludzi pomiędzy ich indywidualną sytuacją a tym, kto rządzi. Platforma raczej zbudowała poczucie, że to, co się działo, było efektem energii i działalności ludzi, a nie polityki. Dlatego sukces transformacyjny nie przełożył się na poparcie dla PO. To było duże zaskoczenie. PiS przyszedł do władzy i w jednym z pierwszych ruchów przywrócił ten związek poprzez program 500 Plus. Ludzie zobaczyli, że jednak od decyzji politycznej zależy ich indywidualna sytuacja.

Dopóki ludzie widzą, że gospodarka działa dobrze, nieważne jakajest prawda, wierzą, że dzieje się tak dzięki PiS-owi.

Dlaczego nie zwracają uwagi na to, że PiS łamie konstytucję i zasady demokratycznego państwa prawa?
Nie zgadzam się z opiniami, że elektorat PiS-u jest tylko biedny i pochodzi z małych miejscowości. Dla części ludzi to, co dzieje się wokół sądów, może być znaczące. Według badań CBOS-u w ciągu ostatnich paru lat bezpośrednie doświadczenia z sądami ma 24 proc. Polaków. To jest mało, ale ten procent już rośnie i będzie rósł. Im więcej będzie realizowanych interesów i spraw spornych, rola sądownictwa w codziennym życiu będzie rosła. Dlatego w dłuższej perspektywie czasowej także elektorat pisowski nie będzie oddzielał tych rzeczy. Ludzie zaczną łączyć jedno z drugim. Na to PiS też musi zwracać uwagę i to może być kolejny czynnik, który może popychać PiS do zmiany oblicza. Nie wiem, czy ta partia jest do tego zdolna.

Nawet jeżeli Jarosław Kaczyński zdaje sobie z tego sprawę, to pytanie, czy ma wokół siebie odpowiednie, sprawne intelektualnie otoczenie zdolne do realizacji takiej wizji.

Co będzie miało zasadnicze znaczenie w wyborach samorządowych? Co będzie wpływać na decyzje ludzi?
Zawsze żyliśmy mitologią, że wybory samorządowe są oddzielone od polityki, ale tak nigdy nie było. W sytuacji ostrej polaryzacji politycznej są jeszcze bardziej z polityką splecione. Poza tym to są wybory wielopostaciowe, debaty na temat wygranych i przegranych będą trwały tygodniami. Niemniej jednak w paru wymiarach, na przykład prezydentury kilku największych miast, wybór będzie ewidentnie polityczny.

Tzw. zdolność do bycia dobrym gospodarzem nie wystarczy, trzeba będzie mieć poparcie jednego z dwóch ugruntowanych bloków politycznych. Reforma samorządowa silnie zdecentralizowała władzę i przekazała ją na dół”. Wybory samorządowe stają się w tym sensie coraz bardziej czytelne.

Tak naprawdę do tej pory często powtarzane magiczne zaklęcie, że z lokalnych liderów wyrośnie przyszły lider ogólnopolski, nigdy się nie spełniło.

Między lokalną i centralną polityką waha się Robert Biedroń.
Robert Biedroń jest cały czas wielkim znakiem zapytania. Na akcentowaniu właśnie tego znaku zapytania i formy, a nie treści swojego programu próbuje zbudować swoją prekampanię. Nie zaprzeczył tezie, że łatwo jest przejść z polityki lokalnej do centralnej. Tym bardziej, że wyszedł z ogólnej polityki i do Słupska został importowany”. Koalicja Obywatelska do wyborów samorządowych idzie pod hasłem ratowania samorządów i decentralizacji.

Przekona tym wyborców?
Wolałbym, żeby w tym przekazie była także odpowiedź na pytanie, dlaczego decentralizacja jest ważna.

Są osoby, dla których autonomia lokalna jest wartością samą w sobie, ale są też takie, które myślą, że lokalna polityka powinna być sterowana z centrali, bo to pomoże w walce z klikami.

Brakuje mi pozytywnego przekazu. Ale z drugiej strony dostrzegam też ogromny sukces Platformy Obywatelskiej, czyli zdolność koalicyjną.

Platforma pokazała, że potrafi jednoczyć wokół siebie różne środowiska?
To, że w Koalicji Obywatelskiej znalazła się Nowoczesna oraz Barbara Nowacka, która zawsze robi doskonałe wrażenie swoim merytorycznym podejściem do sprawy, pokazuje, że Grzegorz Schetyna potrafi budować koalicje. Nie twierdzę, że powinna być jedna koalicja do walki z PiS-em, może powinny być dwie: bardziej centrowa i bardziej lewicowa. Jedno jest pewne: bez koalicyjnego myślenia siły niepisowskie nie mają żadnego znaczenia, nie tylko w tych wyborach, ale także w kolejnych.

Partie muszą myśleć o całej serii wyborów jak o powiązanych ze sobą zdarzeniach. Jarosław Kaczyński powiedział wprost, że przed nami 21 miesięcy kampanii. To będzie trudny czas.

„Zdolność koalicyjna” opozycji to odpowiedź na oczekiwania wyborców?
W polskiej polityce od lat dostaje się premię za jednoczenie i karę za dzielenie. Czy takie jednoczenie wystarczy? Za tym musi iść porozumienie programowe. Pomimo tych działań mam wrażenie, że w PO jest poczucie tymczasowości, jeżeli chodzi o przywództwo. Nie wiadomo, czy do Polski wróci Donald Tusk i w jakim charakterze. Brak odpowiedzi na to pytanie zawiesza różne problemy, które partia powinna jak najszybciej rozwiązać. Część ludzi może wyczuwać tymczasowość.

Jakie znaczenie będzie miała w tych wyborach postawa Kościoła?
Bardzo ważne. Z tego, co obserwuję i czytam, widzę, że Kościół polski jest coraz bardziej zróżnicowany. Chociaż na dole będzie bardziej pro- niż niepisowski i będziemy to słyszeć, to zaczynam wątpić w chęć brania przez ludzi pod uwagę sugestii Kościoła dotyczących polityki. To już nie musi być tak skuteczne jak kiedyś.

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o tym, jak powstrzymać komisarzy PiS.

„Dobra zmiana” dorobiła się już sieci gminno-powiatowych aktywistów, którzy panoszą się w terenie niczym działacze PZPR przed 1989 rokiem, terroryzują oponentów, ślą donosy, wyrzucają z pracy.

Człowiek przywożący mi drewno na opał opowiedział o swojej znajomej, która poprosiła go, by nie przysyłał jej politycznych memów, bo się boi, że PiS z zemsty zniszczy jej firmę. Ten strach przed władzą, jako żywo przypominający realia komunizmu, jeszcze rok czy dwa lata temu wydawał się absurdalny. Stopniowo jednak przybywa sygnałów świadczących, że zainstalowana na szczeblu centralnym „dobra zmiana” stopniowo skapuje w dół, sięgając poziomu powiatów, gmin i miejsc pracy.

Zakaz zatrudnienia dla zwolenników opozycji

Siła każdej autorytarnej dyktatury opiera się na sieci lokalnych aparatczyków, donosicieli i aktywistów, którzy pilnują w terenie, by standardy wyznaczane przez centrum władzy były respektowane. To właśnie takie powiatowo-gminne kanalie pilnują „porządku” w tutejszych społecznościach, piętnują tych, którzy się wychylają, wskazują zwierzchnikom i policji politycznej ludzi, których należy ukarać. Są pasem transmisyjnym, dzięki któremu terror z centrum może spłynąć w dół, paraliżując opór w społeczeństwie.

Coraz więcej wskazuje na to, że „dobra zmiana” dorobiła się już takiej sieci gminno-powiatowych aktywistów, którzy panoszą się w terenie niczym działacze PZPR przed 1989 rokiem. Oto czytam, że Rafał Kozłowski ze stowarzyszenia Obywatele Solidarnie w Akcji już w zeszłym roku został zwolniony z pracy za udział w protestach pod Sejmem w grudniu 2016 roku. Pracodawca wręczył mu wypowiedzenie, bo klient jego firmy, poseł PiS, był oburzony tym, że zatrudnia kogoś, kogo rozpoznał jako uczestnika demonstracji.

Teraz zaś dowiaduję się, że z pracy w koncernie Enea został zwolniony Wojciech Harmansa, dyrektor w jednej ze spółek podległych. Harmansa jest też członkiem zespołu szantowego, który 11 sierpnia wystąpił na XXI Festiwalu Piosenki Żeglarskiej w Charzykowach pod Chojnicami. W trakcie wykonywania jednej z piosenek członkowie grupy założyli koszulki z napisem „Konstytucja”.

Po tym występie uaktywnił się poseł PiS (w cywilu nauczyciel matematyki) Aleksander Mrówczyński, który postanowił wystąpić w roli powiatowego komisarza politycznego. W liście do prezesa zarządu spółki Enea, która była sponsorem festiwalu, ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego oraz wójta gminy Chojnice (organizatora imprezy) napisał, że „za państwowe środki artyści robią sobie antyrządowe demonstracje polityczne”. Dopytywał, czy na imprezy, podczas których demonstracyjnie jest wspierana antyrządowa opozycja, mająca na celu obalenie legalnej władzy i szkodzenie państwu, powinny być przeznaczane środki ze spółek skarbu państwa.

W ostatni poniedziałek prezes spółki Enea Wytwarzanie Antoni Józefowicz wezwał Harmansę i zakomunikował mu, że jest zwolniony, bo „zarząd spółki utracił do niego zaufanie”.

Harmansa oczywiście odwołał się do sądu pracy, który – nie wątpię w to – przyzna mu rację i nie da wiary pokrętnym tłumaczeniom prezesa Enei Piotra Kutkowskiego, wmawiającego widzom TVN, że jego zwolnienie to efekt trwającego od lipca audytu, który wykazał „poważne uchybienia pracownika”, i że sprawa nie ma nic wspólnego z prywatną aktywnością pracownika czy interwencją posła PiS.

Spisujmy czyny i rozmowy

Oczywiście można by długo polemizować z tezami posła Mrówczyńskiego, mówiąc, że w demokratycznym państwie prawa każdy obywatel ma prawo posiadać i głosić swoje poglądy polityczne i nie może być za to represjonowany. Że zamiar „obalenia” władzy w żaden sposób nie obciąża opozycji, bo to właśnie jest istotą demokracji. Gdy PiS był w opozycji, też zmierzał do obalenia rządu PO i nikt nie czynił mu z tego powodu wyrzutów. Przecież wlaśnie po to jest opozycja.

Co więcej, w demokratycznym państwie prawa każdy obywatel ma prawo działać na rzecz obalenia rządu, który mu nie odpowiada. Oczywiście nie może przy tym łamać ustaw – ale poseł Mrówczyński nie wskazał żadnej ustawy, która zabraniałaby śpiewania szant w koszulce z napisem „Konstytucja”.

Można by też argumentować, że spółki skarbu państwa, przyznając decyzję o dofinansowaniu tej czy innej imprezy, nie powinny ani wspierać, ani dyskryminować żadnej opcji politycznej, bo gospodarują środkami należącymi do całego społeczeństwa, w którym są i zwolennicy, i przeciwnicy rządu. I tak dalej.

Tyle że takie polemiki i tak nie wywrą wpływu na sposób myślenia zamordystów, komuchów i politycznych troglodytów, których reprezentatywnym przykładem niewątpliwie jest poseł Mrówczyński. Skoro blisko trzy dekady istnienia III RP nie zdołały w nim wykształcić elementarnych odruchów demokraty, to sprawa jest całkowicie przegrana.

W tej sytuacji wydaje się, że jedynym sposobem powstrzymania takich prymitywnych osobników przed instalowaniem w Polsce rządów terroru jest zastosowanie wobec nich analogicznej metody – czyli odwołanie się do strachu. Ludzie tacy jak poseł Mrówczyński muszą się zacząć bać konsekwencji swojego działania. Już teraz muszą być wskazywani palcem i piętnowani (po nazwisku!) i muszą też mieć świadomość, że w przyszłości zostaną z tego rozliczeni z całą surowością prawa. Bo spisane będą ich czyny i rozmowy. Już sama tego świadomość sprawi, że zapał gminnych i powiatowych komisarzy PiS będzie o wiele mniejszy. Dziesięć razy się zastanowią, zanim wysmarują kolejny donos.

Niech partie opozycyjne stworzą wspólny monitoring

Dlatego tak ważne jest istnienie instytucji dokumentujących takie przypadki. Rolę tę wzięło na siebie Archiwum Osiatyńskiego, czyli – jak czytamy na jego stronie internetowej – „obywatelskie centrum analiz, powołane w celu społecznego monitorowania stanu praworządności, skali nadużyć władzy publicznej oraz stanu przestrzegania wolności i praw obywatelskich w Polsce”.

Dobrze by jednak było, by taka działalność dokumentująca przypadki łamania prawa i standardów demokratycznych zyskała najwyższy priorytet także w partiach opozycyjnych. To jest wspaniałe pole do kooperacji dla rywalizujących ze sobą ugrupowań.

Szanowni państwo, jeśli nawet nie możecie albo nie chcecie się dogadać co do współpracy koalicyjnej, to akurat w tej dziedzinie możecie zademonstrować jedność ponad podziałami politycznymi, wygospodarowując w budżetach partyjnych środki na powołanie wspólnego ośrodka monitorującego i dokumentującego antydemokratyczne działania ludzi PiS.

Waldemar Mystkowski pisze o aktywności Kaczyńskiego.

Jarosław Kaczyński obwożony jest po konwencjach PiS, które odbywają się w terenie. Wczoraj był Gdańsk, dzisiaj Olsztyn. Niczego swoją osobą już nie wnosi, bo grunt nienawiści został tak utwardzony, że dalszym udeptywaniem go nie spowoduje jeszcze większej piany na ustach. Znamy te jego konwulsje aż nadto.

W Olsztynie prezes spróbował zdefiniować patriotyzm, który staje przeciw literze prawa. To raczej znamy, bo dla Kaczyńskiego niepatriotyczna jest Konstytucja, zwłaszcza w tych miejscach, które nie są zgodne z jego wolą. Na Warmii i Mazurach prezes napadł na sędziów, którzy zgodnie z prawem rozstrzygali spory, co do praw własności. Na tych terenach zaszłości właścicielskie dotyczą autochtonów, którzy nie zawsze wybrali Polskę, a dzisiaj dochodzą swych praw ojcowizny.

Dotyczy to niewielkiej grupy osób, wielu autochtonów długo przebywało w Polsce po 1945 roku, niektórzy zrazili się do nas albo zostali przepędzeni urzędniczym ostracyzmem, dzisiaj dochodzą swoich praw własności. I o tym rozstrzyga sąd.

To Kaczyńskiemu się nie podoba. Sędziowie mają stać na straży woli prezesa, a nie prawa, więc zostali oskarżeni o „nienawiść do własnej ojczyzny, własnego narodu”. A przy okazji Kaczyński na nowo wzbudza resentyment niemiecki. Warmia i Mazury to wszak dawne Prusy Wschodnie, Borussia.

Kaczyński uzyskał trzy w jednym. Wylał pomyje na sędziów, wskazał zagrożenie niemieckie, a w związku z tym unijne, bo Unia nie jest patriotyczna, gdyż przestrzega porządku prawnego.

Ponadto Kaczyński oskarżył samorządy, które mogą „uczynić też wiele zła”. Istnieje więc wg prezesa potrzeba doprowadzenia do takiej sytuacji, w której „samorządy będą czyniły dobro, konsolidowały społeczeństwo”. A kiedy tak się stanie? Gdy władza lokalna przejdzie w ręce PiS, w innym wypadku „same sobie służą i ręka rękę myje”.

Kaczyński jest w złej fizycznej formie, to widać nieuzbrojonym okiem. Dlaczego zatem uczestniczy w kampanii samorządowej? Jego osoba zieje pustką, sam jest pusty, proponuje pustkę nienawiści i pustkę przyszłości. Gdyby pozostał na Żoliborzu, czy też byłby dowożony do „pracy” przy Nowogrodzkiej odbijałby się od ścian. Kaczyński to ten „wydrążony człowiek” z wiersza T. S. Eliota, Kurtz recytujący frazy poety w „Czasie Apokalipsy” Coppoli, w „Jądrze ciemności” Josepha Conrada.

Taki człowiek – to jeszcze raz Eliot – pozostawi nam Polakom „kraj spustoszony”. Wydrążeni politycy PiS (bo także i Mateusz Morawiecki, niewątpliwy delfin) pozostawią nam spustoszoną Polskę. Tę szarańczę trzeba odsunąć od rządu, od koryta plus, które uczynili z władzy.

Maszkaron Kaczyński straszy swym nienawistnym obliczem

– Proszę się nie opierać – pan Prezes surowo skarcił Andrzeja Dudę, który stanął przy drabince i nonszalancko oparł się łokciem o jej górny szczebel. Prezydent pobladł i odskoczył jak oparzony. Zgromadzeni w sali działacze patrzyli na niego z wyraźną dezaprobatą.

Od powrotu z Ameryki, gdzie w Białym Domu Donald Trump pozwolił mu się oprzeć o biurko, Andrzej Duda zmienił się nie do poznania. Ten do niedawna skromny i dobrze wychowany młody człowiek, który zawsze ustępował miejsca biskupom, przepuszczał kolegów przodem w drzwiach i całował w ręce marszałków i ministrów, teraz nagle zrobił się arogancki i całą swą postawą demonstrował pewność siebie. Potrafił bez pukania wejść do gabinetu premiera czy innego ważnego działacza i jakby nigdy nic oprzeć się albo wręcz przysiąść na rogu stołu. Pojawiły się nawet podejrzenia, że robi to także pod nieobecność gospodarzy, bo gdy rano przychodzili do pracy, na wypolerowanych blatach często odkrywali odciski dłoni prezydenta. A więc był tu w nocy i się opierał!

– Woda sodowa uderzyła mu do głowy – westchnęła Beata Kempa i podbiegła do drabinki, by przetrzeć i zdezynfekować górny szczebel gałgankiem wyjętym z polowej apteczki, którą zawsze nosiła u boku. Jako dyżurna sanitariuszka i siostra miłosierdzia opiekowała się drużyną Dobrej Zmiany, opatrywała rany zadawane jej członkom przez Obywateli RP, łatała podziurawione mundury i cerowała onuce. Dbała też o higienę, pilnując, by wszyscy myli ręce przed posiłkami. Było to szczególnie ważne od czasu wejścia do strefy Schengen, gdy zniknęły kontrole graniczne i Polska została wystawiona na ryzyko kontaktu z zarazkami egzotycznych chorób, które uchodźcy przywlekli do Europy.

Po przetarciu drabinki Kampa zlustrowała zgromadzonych czujnym spojrzeniem doświadczonego epidemiologa – i aż syknęła z wrażenia.

– Co to ma być? Jak pan wygląda?! – zapytała Mateusza Morawieckiego oskarżycielsko, przeszywając go na wylot ostrzami swych źrenic.

Premier jak zwykle odziany był w elegancki garnitur światowca, skrojony zgodnie z trendami obowiązującymi na Wall Street i w londyńskim City, lecz jego buty i doły nogawek utytłane były w błocie aż po kolana.

– Gdzie się pan tak uświnił?!

– W drodze do Sejmu – przepraszająco uśmiechnął się premier. – Platforma Obywatelska nie pobudowała dróg, mostów ani chodników, więc musiałem brnąć przez błotniste bezdroża.

– Brak infrastruktury drogowej, wodociągowej i kanalizacyjnej rodzi liczne zagrożenia dla bezpieczeństwa i higieny w Polsce – powiedział pan Prezes. – Można się obawiać, że nasz piękny kraj zostanie wystawiony na zwiększone ryzyko różnych groźnych epidemii, bo organizmy Polaków nie produkują przeciwciał zwalczających choroby przywleczone do Europy z Afryki i krajów islamskich. Afrykański pomór świń jest zaledwie forpocztą tego, co czeka nas wszystkich. Musimy więc podjąć skuteczne przeciwdziałania. Czy macie propozycje, co zrobić? – pan Prezes zawiesił głos i powiódł spojrzeniem po sali. Jako doświadczony pedagog wiedział, że należy stymulować kreatywność podopiecznych, nie wyręczając ich we wszystkim i pozostawiając im pole do popisu. Niech i oni się wykażą pomysłowością i inicjatywą. „Łobuziaki moje kochane” – pomyślał z czułością, spoglądając z góry na bystre twarze i inteligentne oczy, w których malowały się skupienie i wysiłek intelektualny.

– Trzeba wystąpić z Unii Europejskiej i otoczyć Polskę fosą z płynem bakeriobójczym – powiedziała Krystyna Pawłowicz, która pierwsza uporała się z zadaniem.

– I przeprowadzić odstrzał prewencyjny – dorzucił Jan Szyszko. – Myśliwi zmniejszyli populację dzików roznoszących ASF, teraz trzeba się wziąć za Obywateli RP, którzy roznoszą konstytucję…

– I za aborcjonistki ze Strajku Kobiet, które roznoszą chorobę szalonych krów – dorzuciła Anna Sobecka.

– No i trzeba zadbać o inwestycje i rozwój infrastruktury – dopowiedział Mateusz Morawiecki. To był jego konik. Od początku sprawowania funkcji premiera główkował, co zrobić, by Polska rosła w siłę, a ludzie żyli cieplej. Wymyślił więc program termomodernizacji, polegający na obłożeniu wszystkiego styropianem. Pierwotnie plan obejmował też ocieplenie wizerunku pana Prezesa, ale sam zainteresowany nie wyraził zgody, ponieważ styropian bardzo utrudniłby mu wchodzenie na drabinkę. Ten punkt został więc ostatecznie wykreślony.

Dumą premiera był też program repolonizacji licznych dziedzin życia gospodarczego i społecznego, zawłaszczonych przez obcy kapitał i poddanych kontroli sił wrogich Polsce. To właśnie  cudzoziemskie knowania sprawiły, że pozostające w obcych rękach przetwórnie skupowały za tanio od polskich rolników płody polskiej ziemi, kontrolowane przez zagranicę redakcje i oficyny wydawnicze publikowały oszczercze artykuły i wrogie książki w rodzaju „Czytanek o dobrej zmianie”, a powiązane z zagranicznymi ośrodkami instytuty meteorologiczne formułowały niekorzystne prognozy pogody i sprowadzały na kraj katastrofalne susze, wichury oraz ulewy.

– Dość tego, Polacy znów muszą być gospodarzami we własnym kraju! – zadeklarował premier i szybko zrepolonizował Bartosza Kramka, wydalając z Polski jego ukraińską żonę. Drugi w kolejce do repolonizacji był Radek Sikorski, kontrolowany przez Amerykankę wiadomego pochodzenia Anne Applebaum.

Zapowiedź rozwoju infrastruktury spotkała się z życzliwym zainteresowaniem pana Prezesa, który z uznaniem spojrzał na premiera ze szczytu drabinki i zapytał:

– A jak pan chce ją rozwijać?

– Skoro nie możemy jeździć samochodami, bo Platforma nie pobudowała dróg ani mostów, to będziemy pływać barkami. Oprzemy sieć szlaków komunikacyjnych na drogach wodnych i kanałach, które wykopiemy w całym kraju. Zaczęliśmy już nawet przekopywać Mierzeję Wiślaną, po niej przyjdzie kolej na następne kanały. Ten model zdał egzamin nawet na znacznie większych obszarach niż powierzchnia Polski.

– A gdzie konkretnie? – zainteresował się pan Prezes.

– Na Marsie. Cały Mars jest poprzecinany kanałami.

 

Ćwiczenia

1.Dlaczego patriota Mateusz Morawiecki był prezesem zagranicznego Banku Zachodniego i udzielał kredytów we frankach?

    a. Dla niepoznaki i kamuflażu.

    b. Bo europejscy banksterzy schwytali go w łapance i wysłali na roboty.

    c. Owszem, pożyczał franki, ale się nie zaciągał.

    d. A Platforma Obywatelska żarła ośmiorniczki.

2. Scharakteryzuj najgroźniejsze choroby zagrażające Polsce w Unii Europejskiej:

    a. AIDS

    b. syfilis

    c. konstytucja

    d. wolność słowa

    e. gorączka krwotoczna

>>>

Kaczyński wprowadził autorytaryzm, to już nie jest demokracja

>>>

Jarosław Kaczyński oświadczył w wywiadzie, że Stanisławowi Gawłowskiemu zostaną postawione nowe zarzuty. – Szanse na sprawiedliwy wyrok zmalały – ocenił konstytucjonalista, prof. Sadurski.

We wczorajszym wywiadzie dla TVP prezes Jarosław Kaczyński stwierdził, że Stanisławowi Gawłowskiemu zostaną postawione nowe zarzuty. Poseł już usłyszał pięć zarzutów, w tym trzy o charakterze korupcyjnym.

Dotyczą okresu, gdy sprawował funkcję wiceministra ochrony środowiska w rządach PO-PSL. Miał wtedy przyjąć co najmniej 175 tys. zł łapówki w gotówce, a także dwa zegarki.

– Poseł Kaczyński powinien mieć sprawę o przestępstwo przeciwko wymiarowi sprawiedliwości. On, jako lider największej partii, rządzącej, już w tej chwili opinii publicznej mówi, co się stanie: że będzie postępowanie przeciwko konkretnemu człowiekowi prowadzone przez prokuraturę – tłumaczył profesor oraz dodał: – Ponieważ wiemy też, że sądy są w tej chwili pośrednio podporządkowane prezesom, a prezesowie ministrom partii rządzącej, to prawdopodobnie przesądza o wyroku.

– Sam pan Gawłowski powinien podjąć jakieś kroki. Szanse na rzetelny i sprawiedliwy wyrok w jego sprawie, po wypowiedzi posła Kaczyńskiego, zostały dramatycznie zredukowane – podkreślił gość TOK FM.

Według konstytucjonalisty to, co zrobił prezes PiS jest ” absolutnie niedopuszczalne w żadnym państwie praworządnym”.

– Poseł Kaczyński daje potężne argumenty tym, którzy mówią, że praworządność się w Polsce skończyła – podsumował prof. Wojciech Sadurski.

Jak w podbitym kraju

Wczoraj (26 lipca) prezydent podpisał znowelizowaną ustawę, która umożliwia PiS obsadzenie Sądu Najwyższego własnymi nominatami. – Czy to już koniec? – pytał w Poranku Radia TOK FM Jacek Żakowski.

– Nigdy nie ma końca. Zawsze jakieś perspektywy są. Ale wczoraj nastąpiło zakończenie pewnego cyklu. Wszystkie centralne instytucje składające się na infrastrukturę praworządności wymiaru sprawiedliwości zostały skolonizowane. PiS zachował się jak okupant w podbitym przez siebie kraju i po kolei przejął wszystkie główne instytucje: Trybunał Konstytucyjny, komisje wyborcze, sądy powszechne, prokuraturę, KRS i teraz SN – wyjaśniał profesor oraz dodał: – Pozostał tylko wspaniały RPO i media komercyjne. To dwie oazy instytucjonalnej wolności.

Profesor zaznaczył, że wraz z wczorajszym podpisem prezydenta Andrzeja Dudy pod nowelizacją ustawy „mamy cykl produkcyjny wymiaru sprawiedliwości”.

Prezydent podpisał ustawę o sądach. Igor Tuleya: Wierzę, że sędziowie i wolni ludzie będą stali razem

– To jest autorytaryzm, to już nie jest demokracja. Demokracja wymaga m.in. podziału władzy. Tego nie ma. Wymaga też praworządności. Tego też nie ma. To jest autorytaryzm, który nie ma jeszcze charakteru super opresyjnego, ale nie wiadomo jak długo tak będzie – mówił w gość TOK FM.

– Sędziowie Sądu Najwyższego mogą zablokować PiS-owską wycinkę w najważniejszym polskim sądzie. Ale muszą się spieszyć – mówi prof. Marcin Matczak, konstytucjonalista z Uniwersytetu Warszawskiego. Po podpisaniu przez prezydenta Andrzeja Dudę nowelizacji ustaw sądowych nadziei na ratunek dla SN jest coraz mniej.

NEWSWEEK:  Czy PiS dąży do zniszczenia Sądu Najwyższego?

PROF. MARCIN MATCZAK:  Jestem o tym przekonany. Państwa, które wykazują tendencje autorytarne, nie robią tego, likwidując sądy czy trybunały, bo wtedy ludzie wyszliby na ulice. Instytucje teoretycznie istnieją, ale powołuje się do nich osoby, które nie mają do tego kompetencji. W ten sposób tracą swą niezależność, a ludzie zaufanie do nich.

Czy jest szansa na ratunek dla niezależnego sądownictwa w Polsce?

– Jest jeszcze procedura, która może uchronić przed czystką sędziów SN, którzy ukończyli 65 lat, ale wymaga szybkiego działania. Wystarczy, że przy okazji rozpatrywania sprawy zawierającej tzw. aspekt unijny, np. dotyczącej ochrony środowiska, sędziowie wystąpią do Trybunału Sprawiedliwości UE z zapytaniem, czy po zmianach wprowadzonych przez PiS nadal są niezależnym sądem i mogą taką sprawę rozpatrywać. Jeśli pojawią się wątpliwości, unijne prawo pozwala wstrzymać wejście w życie tzw. środka krajowego, w tym przypadku ustawy o Sądzie Najwyższym, który tę wątpliwość wzbudza.

Jak wyobraża pan sobie system prawny w Polsce za rok?

– Czeka nas chaos, bo żaden wyrok nie będzie traktowany jako ostateczny. Może wydać go sędzia, co do którego statusu są wątpliwości, a więc wyrok da się unieważnić, przywracając rządy prawa. Z drugiej strony, jeśli wyrok wyda sędzia powołany prawidłowo, to będzie funkcjonowała instytucja skargi nadzwyczajnej i minister Ziobro będzie mógł z niej skorzystać, wzruszając wyrok, który będzie nie po jego myśli. Widać to już dziś, gdy komentuje niepodobające mu się orzeczenia. A zaraz będzie miał  narzędzie wywierania presji na sędziów w postaci izby dyscyplinarnej.

Polacy odwiną się PiS-owi. Obawiam sie o Kaczyńskiego, Dudę i całe szemrane towarzystwo. Mafie zawsze konczą źle.

Earl drzewołaz

>>>

>>>

Tak jak w całej Polsce, tak i w Warszawie przed Pałacem Prezydenckim protestowano w obronie niezależności sądownictwa. Po demonstracji dwoje jej uczestników na chodniku napisało „Konstytucja” i „Duda, wypier***”. Funkcjonariusze chcieli ich zatrzymać.

Ludzie próbowali pomóc zatrzymanym, doszło do przepychanek. Policja użyła gazu łzawiącego. –„Dzięki temu, że było nas tak dużo, policja nikogo nie zatrzymała. Jak to jest możliwe, że całe miasto jest opisane, a policja nie interweniuje. To hasła wolnościowe przeszkadzają. To jest pierwszy raz, ale takie działania policji będą się powtarzać” – powiedziała „GW” Marta Lempart z Ogólnopolskiego Strajku Kobiet. Interweniował też senator PO Bogdan Klich i poseł Michał Szczerba.

Wcześniej przed Pałacem Prezydenckim zebrały się tłumy. „Podpisałeś, przysięgę złamałeś”, „Jesteśmy, bronimy, nie odpuścimy…”, „Nie ma wakacji od demokracji” – skandowali. – „Przynieśliśmy tu czterometrowy długopis…

View original post 1 700 słów więcej

Krystyna Pawłowicz wyznacza standardy w sądownictwie

„Członkowie Krajowej Rady Sądownictwa mają listę sędziów „nadających na Polskę w Brukseli” i zdjęcia sędziów stojących ze świeczką przed SN i Sejmem. „Nie po to była reforma, żeby takie osoby najbezczelniej składały teraz zgłoszenia” – mówi Krystyna Pawłowicz” – napisał na twitterze Tomasz Skory z RMF FM. Powołana głosami PiS i Kukiz’15 nowa KRS zajmowała się dziś rekomendowaniem prezydentowi powołania sędziów na stanowiska w różnych sądach.

Posłanka PiS Krystyna Pawłowicz zawrzała „świętym oburzeniem” przy kandydaturze Marty Kożuchowskiej-Warywody na sędzię WSA. – „Rzecz jest w tym, że pani Marta Kożuchowska-Warywoda jest na liście osób, które jeździły do Brukseli nadawać na Polskę. Po prostu jest silnie zaangażowana politycznie. Na zdjęciach stoi ze świeczką koło pana sędziego Żurka i wzywa razem z nim tam… stoją razem, ze świeczkami, i przed sądem, i przed Sejmem. I po prostu prowadzi działalność polityczną czystej wody. I to jest pani sędzia zdaje się, która uniewinniła… a nie, to nie ta… W każdym razie to jest ta pani sędzia skrajnie politycznie zaangażowana, nie ukrywa tego, w delegacje do Brukseli jeździła” – mówiła Pawłowicz podniesionym głosem, prawie się jąkając.

Na dowód tego oświadczyła, że ma dokument – jak to określiła: „wejściówkę do Brukseli” – czyli listę sędziów, którzy w marcu tego roku byli w Parlamencie Europejskim. Spotkali się tam m.in. z wiceprzewodniczącym Komisji Europejskiej Fransem Timmermansem i sędziami Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu. Lista – na polecenie obecnego szefa KRS Leszka Mazura – została skserowana i przekazana pozostałym członkom Rady.

„Pani poseł @KrystPawlowicz proszę sprawdzić, czy jestem na tej waszej liście, nie chciałbym, żeby mnie na niej zabrakło” – napisał sędzia Bartłomiej Przymusiński, rzecznik prasowy Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”. Po krótkiej chwili okazało się, że na rzeczonej liście widnieje także jego nazwisko.

„To się w głowie nie mieści. Członkowie tego grona wyzbyli się już nawet podstawowych pozorów działania w realizacji celów KRS. Hańba”; – „Przed nami świetlana przyszłość! Sądami rządzi Zbigniew Ziobro, KRS-em Pawłowicz. To nie państwo, to kpina”; – „Ta Bruksela to stolica jakiegoś naszego największego wroga, czy jak? To, że sędzia Żurek największym wrogiem jest to już wiem. Tragedia to wszystko. Wolałbym obejrzeć grupę sześciolatków w przedszkolu. Bardziej to kształcące” – komentowali internauci.

Morawiecki, twarz wyprowadzania Polski z UE

Kuba Wątły (Superstacja) wypowiedział się na temat tzw. obrazy uczuć religijnych.

>>>

Kolejna grupa sędziów ostro krytykuje słowa Mateusza Morawieckiego o „zorganizowanej grupie przestępczej w krakowskim sądzie”. – „Wypowiedź pana premiera nie tylko dezawuuje sędziów i jedną z konstytucyjnych władz – władzę sądowniczą, lecz także deprecjonuje funkcję przez niego sprawowaną. Wskazuje bowiem na to, że albo pan premier nie rozumie podstawowych reguł funkcjonowania organów władzy państwowej i wynikających stąd zasad odpowiedzialności osób sprawujących funkcje publiczne, albo jego wypowiedzi podyktowane są wyłącznie złymi intencjami i mają na celu jedynie dyskredytowanie władzy sądowniczej i sędziów. W obu przypadkach udzielanie tego rodzaju wypowiedzi nie przystoi osobie zajmującej stanowisko premiera Rzeczypospolitej Polskiej” – napisali w uchwale sędziowie Sądu Apelacyjnego w Krakowie.

W głosowaniu nad uchwałą brało udział 27 sędziów Sądu Apelacyjnego w Krakowie, z czego 26 głosowało za jej przyjęciem, a jedna osoba wstrzymała się od głosu – poinformował rzecznik Stowarzyszenia Sędziów „Themis” sędzia Dariusz Mazur. – „Sprzeciwiamy się dyskwalifikowaniu postaw sędziów, dążących do zachowania niezależności władzy sądowniczej, poprzez nieuzasadnione przypisywanie im działań o charakterze przestępczym i patologicznym. Po raz kolejny zwracamy uwagę na niedopuszczalność próby uzasadniania niezgodnych z Konstytucją RP zmian w wymiarze sprawiedliwości, rzekomym związkiem sędziów z domniemywanymi przestępstwami, jakie miały mieć miejsce w sądzie” – napisali sędziowie w uchwale.

Sędziowie przypominają, że w ramach tzw. „afery w Sądzie Apelacyjnym w Krakowie” doszło do zatrzymań i postawienia zarzutów pracownikom pionu administracyjnego, którzy podlegają służbowo i są nadzorowani przez ministra sprawiedliwości, czyli Zbigniewa Ziobrę. Zarzut postawiono tylko jednemu sędziemu z SA. – „Sędziowie zajmują się w sądzie pracą orzeczniczą, a nie nadzorem nad sposobem wykonywania zadań administracyjnych, w tym w zakresie gospodarki finansowej sądów. W tym stanie rzeczy stawianie tez wiążących sędziów z domniemywanymi przestępstwami, jakie miały mieć miejsce w sądach, ma charakter insynuacji” – czytamy w uchwale.

Przeciw wypowiedzi premiera protestowali także sędziowie Sądu Okręgowego w Krakowie oraz warszawscy sędziowie, działacze „Solidarności” sędziowskiej w latach 1980-1981 i w stanie wojennym, z prof. Adamem Strzemboszem na czele.

– Wszystkie konkretne zapowiedzi, które były zawarte w planie „odpowiedzialnego rozwoju” nie tylko nie są realizowane, ale w rzeczywistości przybierają odmienny kształt – zwracał uwagę prof. Leszek Balcerowicz w programie Tomasza Lisa. Nie skończyło się jedynie na oskarżeniach, były minister finansów sięgnął po konkretny przykład.

– Jedna z czołowych zapowiedzi to to, że stopa inwestycji w Polsce, czyli odsetek PKB wydawane na inwestycje, wzrośnie do 25 proc. do 2020 roku. Potem wydłużono osiągnięcie celu do 2025 roku – mówił prof. Leszek Balcerowicz w programie Tomasza Lisa. – Fakt jest natomiast taki – kontynuował były minister finansów – że spadła do najniższego poziomu od 20 lat – do 17 proc. z kawałkiem.

Państwa UE przepytają we wtorek rząd Mateusza Morawieckiego ze stanu praworządności. Taktyka małych ustępstw nie przyniosła rezultatu.

Wysłuchanie Polski odbędzie się na posiedzeniu Rady ds. Ogólnych UE, w której uczestniczą ministrowie ds. europejskich państw członkowskich. W środę wieczorem ambasadorowie państw UE dyskutowali o szczegółach tego wydarzenia. Teren jest dziewiczy, bo Polska jest pierwszym krajem, wobec którego uruchomiono procedurę artykułu 7 unijnego traktatu, którego celem jest wykazanie, czy w państwie członkowskim łamana jest praworządność. Komisja Europejska po dwóch latach dialogu z Polską uznała, że tak właśnie jest i dlatego wniosła sprawę do unijnej Rady. Bo tylko ta może przedstawić wiążące rekomendacje, a nawet ukarać Polskę.

Jeszcze w ostatni poniedziałek w Warszawie był główny autor tej procedury komisarz Frans Timmermans. Spotkał się z premierem Mateuszem Morawieckim i jak zwykle docenił gotowość polskiego rządu do dialogu. Ale w środę na cotygodniowym posiedzeniu komisarzy jednoznacznie stwierdził, że w Warszawie nie usłyszał nic, co mogłoby go skłonić do wnioskowania o zatrzymanie procedury artykułu 7.

– Nie było dyskusji komisarzy w tej sprawie, ale przewodniczący Juncker powiedział, że w pełni popiera Timmermansa – powiedział nam nieoficjalnie urzędnik KE poinformowany o przebiegu posiedzenia komisarzy.

Ma to uciszyć spekulacje o rzekomym konflikcie między Junckerem a Timmermansem, w którym ten pierwszy miałby optować za szybkim zakończeniem procedury, a ten drugi za jej utrzymaniem, wobec braku ustępstw ze strony Polski.

– Teraz nawet Selmayr zaostrzył ton i przekonuje, że trzeba iść dalej z procedurą – mówi nasz rozmówca.

Martin Selmayr, niemiecki urzędnik, to prawa ręka luksemburskiego przewodniczące, który właśnie miał być głównym inicjatorem ocieplenia relacji. Na razie jednak ono nie następuje. Głównie dlatego, że polska oferta jest jednak zbyt skromna. Przede wszystkim nie ma żadnych gwarancji pozostawienia na stanowiskach sędziów Sądu Najwyższego, w tym I prezes Małgorzaty Gersdorf. Nie ma też znaczących zmian w instytucji skargi nadzwyczajnej. Polska łudziła się, że i bez tego uzyska zakończenie procedury, ale prawdopodobnie doszło do nieporozumienia.

– Komisja była miła, Polska wzięła to za gotowość do kompromisu. Ale tu wszyscy ze sobą miło rozmawiają, nawet jak się nie zgadzają – ironizuje unijny urzędnik.

Kluczowe teraz jest rozeznanie sytuacji w unijnej Radzie. Z naszych nieoficjalnych informacji wynika, że Polska nie prowadzi aktywnej dyplomacji wobec innych państw członkowskich. Tak, jak była zaskoczona propozycją Timmermansa zorganizowania wysłuchania i poparciem tego wniosku przez większość państw członkowskich, tak może być w przyszłości zaskoczona skalą krytyki z ich strony, ostrymi rekomendacjami czy nawet wnioskiem o głosowanie.

Na razie Polska zabiega o to, żeby umniejszyć rolę Komisji w procesie i żeby w czasie wysłuchania wypowiadały się przede wszystkim państwa członkowskie. Wyraźnie ma nadzieję, że będą nam bardziej przychylne.

Prezydencja bułgarska, która do końca czerwca kieruje pracami UE, zaproponowała, żeby słowo wstępne wygłosił komisarz Timmermans, żeby on także podsumował wysłuchanie. Według jej propozycji na spotkaniu miałyby być przedyskutowane tylko najpilniejsze kwestie i wysłuchanie miałoby być kontynuowane na kolejnych spotkaniach, już organizowanych przez prezydencję austriacką, która przejmuje kierowanie UE od 1 lipca.

To jednak bardzo nie spodobało się Polsce. Rząd nie chce też wysłuchania w odcinkach. Nie chce także, żeby wnioski z wysłuchania miały charakter merytoryczny, czyli żeby oceniały stan praworządności. Mają mieć charakter proceduralny, czyli zdefiniować zaawansowanie procedury i określić następne kroki. Mogą to być na przykład rekomendacje dla Polski.

>>>

>>>

Waldemar Mystkowski pisze o polityce PiS i Morawieckiego. Do czego prowadzi?

Nie musi dojść do formalnego Polexitu – on już dokonuje się na naszych oczach.

Polska rządzona przez PiS jest wypychana z kolejnych instytucji unijnych. Co Mateusz Morawiecki usłyszał we wtorek w Berlinie od Angeli Merkel? Na pewno o możliwości powstania osobnego budżetu dla strefy euro. Mówi o tym także prezydent Francji Emmanuel Macron. Budżet ten już może obowiązywać od 2021 roku, czyli od nowej perspektywy podziału unijnych pieniędzy.

Morawiecki jeszcze więcej usłyszał od kanclerz Niemiec. I dlatego doszło do pisowskiego spotkania na szczycie przy Nowogrodzkiej. Ponadto zostało odwołane spotkanie prezydiów Bundestagu i Sejmu. Z tego powodu się uśmiałem. Cóż takiego mógł powiedzieć na takim spotkaniu Marek Kuchciński? „Ja nie gawarit po giermańsku?” I tylko wtedy, gdyby mu Ryszard Terlecki napisał na kartce.

Przy Nowogrodzkiej opracowano nową strategię wstawania z kolan (w tym chorego kolana prezesa) w Unii, która konsoliduje się wokół strefy euro. Inna konsolidacja dotyczy obronności. Polska Macierewiczów i Błaszczaków nie zostanie doproszona do tworzenia obronności europejskiej, bo istnieje obawa, że będą V kolumną w Europie, jaką są zresztą w Polsce.

Polska będzie wypychana z kolejnych instytucji europejskich, aż dojdzie do ostatniej, gdy na nowo sformują strefę Schengen i Polska pozostanie poza nią. Czyli dojdzie do nieformalnego Polexitu, gdy pozwolimy rządzić PiS w Polsce. W niecałe trzy lata rozwalili nam kraj i wizerunek na świecie, jesteśmy liderami wszelakich najgorszości.

W tej chwili można spodziewać czegoś na kształt szturmu modlitewnego, a w wydaniu PiS – szturmu nienawiści w stosunku do Donalda Tuska i opozycji. Na nich zwalana będzie wina za budżet unijny.

W „Rzeczpospolitej” wyczytałem, iż opozycja francuska czy włoska nie atakowała swojego rządu w Brukseli. Pominę łaskawie nazwisko dziennikarza, ale powstaje pytanie: Czy we Francji i Włoszech łamano konstytucje, czy sądownictwo przestało być niezależne, czy media publiczne stały się gadzinówkami? I tak dalej. To nie jest nawet symetryzm – jak określa się dziennikarzy raczej mających kłopoty z profesją żurnalistyczną – ale stronniczość i nieukrywanie sympatii do PiS.

Tak wygląda dziś stan polskiego piekiełka. Piekiełka podobnego do czasów przed rozbiorami I Rzeczpospolitej i przed 1939 rokiem. Wypadamy z Unii, aż spadniemy w niebyt państwowy.

„Przewodniczący Tusk był nawet w Polsce, ale nigdy nie wystąpił o spotkanie, o wizytę u prezydenta, nawet z czystego, dobrego obyczaju. Nakazywałoby, że skoro przyjeżdża do kraju członkowskiego Unii Europejskiej, to wypadałoby powiedzieć, wyrazić zapytanie, czy nie mogłoby dojść do takiego spotkania. Nigdy takiej prośby nie było” – mówił w Radiu Koszalin szef Gabinetu Andrzeja Dudy Krzysztof Szczerski. I – delikatnie rzecz ujmując – mija się z prawdą.

„Zwróciłem się do Pana Prezydenta Andrzeja Dudy z propozycją pilnego spotkania w celu omówienia kryzysu politycznego w naszym kraju i jego groźnych konsekwencji dla międzynarodowej pozycji Polski” – napisał w oświadczeniu przewodniczący Rady Europejskiej w lipcu 2017 r. („Donald Tusk w odpowiedzi na zamach na Sąd Najwyższy”).

Na dodatek najwyraźniej Szczerski ma też kłopoty z pamięcią, bo to on właśnie informował, że propozycja Tuska trafiła do prezydenta, ale została odrzucona. – „Wpłynęła prośba o spotkanie. Prezydent polecił przekazać przewodniczącemu Tuskowi, że jego zdaniem nie ma pola do interwencji ze strony szefa Rady Europejskiej” – mówił wtedy, czyli w lipcu 2017 r., szef gabinetu Dudy.

Czy Szczerski – kierując się wspomnianym „czystym, dobrym obyczajem” – przyzna się do błędu i przeprosi?

Pokraki pisowskie kłamią, jak z nut. Morawiecki, Szczerski and Co.

Szczerski: Polska nie jest na ławie oskarżonych. Chciałbym, żeby to było wysłuchanie, a nie przesłuchanie

Chciałbym, żeby to było wysłuchanie, a nie przesłuchanie. Polska nie jest na ławie oskarżonych. Polska jest jednym z krajów członkowskich Unii Europejskiej i jeśli państwa członkowskie chcą posłuchać o polskiej reformie, to przedstawiciele są gotowi do tego, żeby o tej reformie opowiedzieć, przedstawić wszystkie przesłanki, które za nią przemawiały, także konsekwencje, które z tej reformy wynikają. Takie wysłuchanie jest być może dobrym momentem, żeby po nim ostatecznie procedurę zamknąć i przejść do pracy nad przyszłością europejską” – mówił w Radiu Koszalin szef gabinetu prezydenta, minister Krzysztof Szczerski.

Szczerski: Budżet strefy euro na razie jest hasłem czysto PR-owym. Równie dobrze może powstać z rebrandingu tego, co już jest

Poczekamy, jaki będzie praktyczny wymiar [budżetu strefy euro]. To hasło na razie jest hasłem czysto PR-owym. Ten budżet równie dobrze może powstać z rebrandingu tego, co już jest. Jest europejski mechanizm stabilności, są różne formy wewnętrznego przepływu finansowego w ramach strefy euro. Można zrobić rebranding i nazwać to teraz budżetem strefy euro, a nic to tak naprawdę nie zmieni, a będzie uzysk polityczny, że powstało coś, co było zapowiedziane w kampanii wyborczej. Ale może być też dużym instrumentem, ale za każdym razem musi to być budżet dodatkowy, dodatkowe składki krajów strefy euro do wspólnego koszyka strefy euro, poza ich obowiązkowymi składkami do budżetu Unii Europejskiej” – mówił w Radiu Koszalin minister Krzysztof Szczerski.

„To jest jakiś paradoks. Według mnie, stosowane są jakieś polityczne kryteria ochrony bezpieczeństwa sędziów i to jest bardzo niebezpieczne, bo pozostawia w rękach jednego człowieka uznaniowość. Uważam, że to jest kolejny rodzaj szykan wobec mojej osoby” – skomentował ujawnienie jego oświadczenia majątkowego sędzia Żurek. Decyzję podjął resort Ziobry, mimo że wcześniej prezes Sądu Apelacyjnego w Krakowie uznał, że z powodu zagrożenia bezpieczeństwa sędziego i jego rodziny są podstawy do utajnienia. W sprawie gróźb, jakie otrzymywał Waldemar Żurek warszawska prokuratura wszczęła śledztwo z urzędu.

Sędzia Żurek dodał, że nie dostał informacji o decyzji ministerstwa, a o całej sprawie dowiedział podczas urlopu z mediów. – „Każdą złotówkę zarobiłem uczciwie, ale nadal uważam, że ujawnienie oświadczenia stanowi zagrożenie dla mnie i mojej rodziny. Uchwalono takie, a nie inne przepisy, które moim zdaniem nie zapewniają ochrony. Oświadczenia majątkowe traktuje się instrumentalnie, chodzi o to, żeby oświadczenia jednych ujawniać, innych nie; jest to uznaniowe, jak widać” – podkreślił Żurek.

Rzecznik prasowy ministra sprawiedliwości Jan Kanthak powoływał się na przepisy znowelizowanej przez PiS ustawy, według której sędziowie i dyrektorzy sądów oraz ich zastępcy są obowiązani do złożenia oświadczenia o swoim stanie majątkowym. Kanthak posłużył się pisowską mantrą: – „Pan sędzia Żurek jest jak każdy inny sędzia, czas nadzwyczajnej kasty i jakiegoś uprzywilejowania jednych sędziów względem drugich się skończył. Ministerstwo Sprawiedliwości po wnikliwym przeanalizowaniu sprawy nie znalazło powodów, dla których należałoby utajnić takie oświadczenie”.Te, o których mówi sędzia Żurek najwyraźniej „umknęły” Ziobrze i jego podwładnym.

>>>

Post Navigation