Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Sławomir Sierakowski”

Morawiecki, obrotowy Konrad Wallenrod

Wybory samorządowe okazały się ważną lekcją demokracji bezpośredniej. Nie zawsze to „face to face” było oczekiwanym sympatycznym spotkaniem. Wielu polityków doznało poważnych obrażeń w wyniku twardego zderzenia z wyborcą. Ale jaki sens ma obrażanie się na wyborcę? Fakt, że wyborca jest nauczycielem nademocjonalnym, przesadnie skrupulatnym, wymagającym, miewa rozmaite wady i czasem stroi fochy, ale trudno, innego nie mamy.

W koedukacyjnej klasie dla rządzących i opozycji ta ostatnia lekcja była szczególnie ważna, ponieważ poprzednia nie została zapamiętana. A przecież przed nami trzy sprawdziany. Jeśli ugrupowania demokratyczne będą teraz imprezować, pójdą na wagary, albo znowu zapomną o wskazówkach nauczyciela, to wszyscy zostaniemy z PiS na drugą kadencję.

Warto więc odrobić zadanie domowe. Jeśli ktoś nie uważał na lekcji albo nie chciało mu się zanotować, to teraz może sobie odgapić kilka przykładowych pytań i ćwiczeń:

  • Czy prawdziwa jest teza, że wyniki wyborów samorządowych i parlamentarnych są nieporównywalne, skoro również w tych pierwszych wyborca dostaje kartę z listą partii uczestniczących w wyborach i mało prawdopodobne jest, że zagłosuje na kogoś z przeciwnego ugrupowania?
  • Porównaj wyniki wyborów samorządowych z preferencjami ostatnich badań opinii publicznej i wykaż opłacalność organizowania wspólnego frontu partii demokratycznych przeciw niepraworządnej władzy.
  • Na przykładach partii, które wchodziły w koalicję lub współpracowały z PiS, wskaż przyczynę radykalnej obniżki notowań ugrupowania Kukiz 15.
  • Biorąc pod uwagę, że wielu wyborców korzysta wyłącznie z „informacji” partyjnych mediów publicznych oceń opłacalność systematycznego prostowania fałszerstw w Internecie, w sądach i w kampanii ruchomych banerów pod hasłem PiS KŁAMIE!
  • Na przykładzie wyników wyborów samorządowych na Dolnym Śląsku odpowiedz na pytanie, czy szef partii, który sam ma słabą popularność, powinien gmerać w listach kandydatów sporządzonych przez działaczy lokalnych?
  • Na przykładzie wyniku wyborów w Warszawie oceń skuteczność poparcia udzielanego kandydatom przez rządzących, a na przykładzie łódzkim wskaż efektywność ostrzeżeń i gróźb kierowanych do wyborców przez funkcjonariuszy partii sprawującej kierownicza rolę.

Po odrobieniu lekcji wyborca zaleca wyciąć , oprawić w ramkę i powiesić nad biurkiem następujące hasło:

LUDZIOM MYŚLĄCYM PRZYSŁUGUJĄ NAUKI. DURNIE OTRZYMUJĄ NAUCZKI.

Jak bystro zauważył Sławomir Sierakowski Mateusz Morawiecki jest takim Konradem Wallenrodem PO w tych wyborach, a ja myślę, że jest obrotowym Konradem Wallenrodem. Etatowym zdrajcą, co mu się każe powiedzieć, to wypluje własnymi ustami. Wallenzdrajca szlus

Holtei

Jeżeli potwierdzą się wyniki exit poll, Zjednoczona Prawica dostała pierwszą żółtą kartkę

Znaczenie niedzielnego głosowania wybiega daleko poza wybór prezydentów miast, wójtów, burmistrzów, radnych gmin, powiatów czy sejmików. To pierwszy z czterech etapów maratonu wyborczego. Wiadomo było, że jeśli obóz demokratyczny dobrze wystartuje, zwiększy swe szanse na kolejnych etapach, zwłaszcza że kalendarz mu sprzyja.

Podobnie rozumowała władza. Dlatego już na ostatniej prostej obserwowaliśmy objawy paniki. Partia wyprodukowała rasistowski, ksenofobiczny, antychrześcijański spot. Zapewne kierownictwo PiS wcześniej wiedziało z badań to, co dziś już wiedzą wszyscy.

Chociaż PiS uznaje wynik wyborów samorządowych za wielki sukces, to raczej wątpliwe, by w województwach, gdzie ta partia wygrała, była szansa na przejęcie sejmików. Stąd pomysł Jarosława Kaczyńskiego na koalicję. Przed wyborami mówił, że widziałby w niej SLD, jednak kiepski wynik tej partii (SLD lewica razem –  5,7%) nie daje szans na większość decyzyjną, nawet gdyby lewica zgodziła się na współpracę z PiS.

Wydawałoby się, że…

View original post 2 215 słów więcej

PiS idzie na zderzenie z Unią Europejską

Gdzie krytykowane są dopisywanie rady, wzmacnianie władzy rektora, likwidowanie dyscyplin naukowych, tam krytykowane są wartości, nie tylko procedury.

Strajki studenckie w Polsce najczęściej zapowiadają ważne zmiany polityczne. Nie ma lepszego dowodu niż strajk, którego półwiecze dopiero co obchodziliśmy, czyli 1968 rok, od którego zaczęła się tradycja formowania się opozycji demokratycznej w PRL. Nieco zapomniany jest łódzki strajk okupacyjny, który doprowadził do zarejestrowania pierwszego w komunistycznym bloku Niezależnego Zrzeszenia Studentów w 1981 roku. Gdy upadająca komuna odmówiła w 1989 roku analogicznej rejestracji do tej, którą wywalczyła Solidarność, studenci zdobyli to sobie kolejnym strajkiem i okupacją uniwersytetu.

Strajk, który rozpoczęli studenci przed kilku dniami nie uderza w komunę, tylko w patologię jej rzekomego przeciwieństwa. Przyglądając się obecnym rządom w Polsce można odnieść uzasadnione wrażenie, że dla Jarosława Kaczyńskiego i jego obozu jedyną wadą Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej było to, że to nie on stał na jej czele. Stosunek do demokracji, licytacje polityków na wierność przywódcy, prymitywizm i siermiężność telewizyjnej propagandy, wiernopoddańcze pochody i pomnikowy kult jednostki to całkiem wierne kopie pierwowzoru.

I jeszcze jeden wiernie odtworzony element: partyjny intelektualista z ambicjami. Taki, co wyrasta ponad szereg aparatczyków, świadomy i zdeterminowany, żeby być lepszym niż swoje otoczenie, prawdziwą reformą to udowodnić. I pokazać niedowiarkom z opozycji, że to oni się mylą i źle wycelowali swoją krytykę. Jeszcze zaczną go szanować. Dzięki zaufaniu przywódcy dokona tego, co nie mogło się udać się demokratycznym mięczakom. To usprawiedliwi wszystkie jego wstydliwe cyrografy.

Gdy zdał sobie sprawę, że w przedpisowskiej Polsce zawsze będą więksi od niego, poszedł do prezesa. Ma nawet swoją satelicką partię. Owszem musi głosować, ale nie musi klaskać. Gowin nie jest jakimś tam Piotrowiczem czy Błaszczakiem od bezmyślnego wykonywania rozkazów. Nie zeszmacił się tak jak Gliński czy Kurski. Jeśli niszczy razem z nimi, to bez satysfakcji i po to, żeby samemu budować. W swoim wewnętrznym kantorze za resztę, jaka mu zostaje z władzy, kupuje świadectwo poświęcenia dla wyższej sprawy. Właśnie dał Polsce „Konstytucję dla nauki”. I wierzy, że tylko tę kiedyś będzie mu pamiętane.

W projekcie Gowina wyczuć można wyjście ponad pisowski standard. Gowin rozmawiał, Gowin ustępował, uwzględniał, szedł na kompromisy, wyjaśniał. Gowin się sam dla ustawy narażał. Dawno by go w partii rozstrzelali, gdyby nie list żelazny, który od prezesa wywalczył. Tylko prezes Kaczyński tę ustawę popiera, a reszta jest przeciw, czy to nie najlepszy dowód, że Gowin jest po dobrej stronie mocy? Nawet jeśli Gowin nie jest z nami, to nie jest przeciw nam. Ależ on ma pecha, że na koniec posłanka Piotrowicz się wpieprzyć musiała i też zaczęła popierać ustawę. Lepiej to z samym prezesem wyglądało.

W każdym razie nie o wykluczenie słabszych tu chodzi i nie o kontrolowanie silnych. Tu chodzi o doinwestowanie, o dopunktowanie, o ukonkurencyjnienie, o wyrównanie szans, o nagrodzenie wysiłków. Rektor jest za i to nie jeden. Środowiska są za. Opozycja nie grzmi. W ogóle właściwie to tylko PiS jest przeciw.

***

Żadne kompromisy i uwzględnione poprawki nie zlikwidują podejrzeń wobec wpisania w organizację pracy uniwersytetów rady zdominowanej przez zewnętrznych doradców. Tacy to doradcy, co mają wpływ na wybór władz uczelni i jej funkcjonowanie. Jeśli Gowinowi zależy jedynie na usprawnieniu, doinwestowaniu, unowocześnieniu, etc. to po co mu ta rada? Ministerstwo w żadnym ze swoich uzasadnień nie wskazało na pozorny choćby związek między nowym zewnętrznych ciałem a modernizacją pracy uczelni.

Podawane przez ministerstwo uzasadnienie jest takie: rada ma… zwiększyć autonomię uczelni. Tak poprawi, jak ustawa medialna przywróciła pluralizm mediów publicznych, reforma sądownictwa je zdekomunizowała, walka z „polskimi obozami śmierci” poprawiła nam wizerunek, a rządowa kontrola nad finansowaniem ngosów wzmocni społeczeństwo obywatelskie. W sprawie pozostałych „walorów” ustawy odsyłam do przemówień i tekstów wykładowców uniwersyteckich Macieja Gduli i Andrzeja Ledera.

W znanych z historii strajkach studenckich poza krytyką decyzji władz uczelni zazwyczaj chodziło o coś znacznie większego. Maj ’68 we Francji nie sprowadzał się do wprowadzenia koedukacyjności akademików i usunięcia policjantów w cywilu z uniwersytetu w Nanterre, a protesty polskich studentów w marcu do przywrócenia Dziadów, a nawet nie do cofnięcia relegowania Adama Michnika i Henryka Szlajfera z uczelni. To były cele, ale to nie były wszystkie przyczyny. Połączenie możliwości diagnozowania rzeczywistości przez wspólnotę akademicką z bezkompromisowością studentów pozwalało przebić się przez skorupę myślową i obyczajową szerszej grupie społecznej niż tylko środowisku akademickiemu. Czy tak jest dziś i czy to się uda, zależy to od studentów i wspierających ich wykładowców, a także od solidarności społecznej.

Trzydzieści lat uniwersytet doświadczał tych samych procesów, co całe społeczeństwo. Dzikiej konkurencji, komercjalizacji, wyzysku pracy, reprodukcji nierówności, eliminowania krytycznego myślenia, testozy, grantozy i punktozy. Długo lęk przed utratą miejsca w dzikiej konkurencji i reklamowana wszędzie nadzieja na lepszą przyszłość w urynkowionym życiu społecznym pacyfikowały środowisko akademickie. Kilkanaście lat temu zaczęło się to zmieniać na poziomie myślenia, publikowania i organizowania się. Kilka lat temu zaczęły się protesty. A teraz trwa strajk.

Gdzie krytykowane są dopisywanie rady, wzmacnianie władzy rektora, likwidowanie dyscyplin naukowych, tam krytykowane są wartości, nie tylko procedury. To na tym poziomie Gowin nie dogadał się ze studentami i pracownikami naukowymi mimo 699 dni konsultacji i przeczytania wszystkich 3300 poprawek. Ten strajk to najlepsza rada.

Na nas wszystkich spada odium jako na ten kraj ze Wschodu, który spełnił kryteria członkostwa, rokował wspaniale. Krzepił całą Unię Europejską, a teraz jest kłopotem Unii Europejskiej – powiedział w „Faktach po faktach” europoseł PO Janusz Lewandowski.

Janusz Lewandowski mówił w TVN24 o zapowiadanej nieoficjalnie wizycie w Warszawie wiceszefa KE Fransa Timmermansa.

Europoseł ocenił, że jeśli do tej wizyty dojdzie, to zapowiada to „kolejną rundę jałowych rozmów między KE a naszym rządem” – jałowych, bo „obie strony nie mają do tego ani serca, ani przekonania”.  Zaś ani Timmermans, ani UE nie dadzą się nabrać na „kosmetykę w sądownictwie” – jak opisał europoseł przeprowadzane na żądanie KE zmian w rządowych ustawach sądowych.

Fakt, że w najbliższą środę Parlament Europejski ponownie zajmie się sytuacją w Polsce, polityk ocenił jako „kolejne godziny wstydu”.

– Dotyczy to wprawdzie nadużyć władzy przez PiS, ale jakieś odium spada na nas wszystkich jako na ten kraj ze Wschodu, który spełnił kryteria członkostwa, rokował wspaniale. Krzepił całą Unię Europejską, a teraz jest kłopotem Unii Europejskiej – powiedział Lewandowski.

Europoseł stwierdził też, że zauważa w PE pewne „zmęczenie Polską”, w czym dostrzega „jedyną szansę” dla obecnego rządu.

– „A sobie róbcie swoje na wschodzie Europy, bo widocznie jesteście ze Wschodu i tam wam dobrze, a my się zajmiemy rzeczywistymi problemami”  – mówił polityk, zauważając, że te rzeczywiste problemy to m.in antyeuropejska koalicja we Włoszech czy wojna handlowa z USA.

– To są tematy numer jeden, to są wyzwania egzystencjalne Unii Europejska, która w epoce Trumpa musi powoli budować własne zdolności obronne (…). A Polska jest w tej chwili kłopotem, jest krajem specjalnej troski – stwierdził Lewandowski.

– Stan sporu Polski z UE jest coraz gorszy – ocenił w TOK FM Michał Kamiński, poseł klubu PSL-Unia Europejskich Demokratów. – Polska wysyłała sygnały, że chcemy dokonać jakichś ustępstw, później okazało się, że ustępstw nie ma. Ta władza nie ma ochoty na kompromis, wyraźnie idziemy na zderzenie – dodał.

Poseł wyraził obawy, że taka strategia PiS świadczy o chęci ograniczania wolności i demokracji w kraju. – Po co Prawu i Sprawiedliwości ten skok na sądy? Przecież ministrowie Czaputowicz i Szymański są na tyle przytomni, że zdają sobie sprawę, że my tego sporu nie wygramy i będzie on miał gigantyczne konsekwencje dla Polski. To, że są gotowi zapłacić taką cenę za to, żeby trzymać sądy w garści, rodzi w mojej głowie najbardziej niepokojące scenariusze – tłumaczył.

– Być może ich zamiary wobec naszej wolności i demokracji są dużo gorsze, niż najwięksi wrogowie PiS przeczuwają – sugerował Kamiński.

Gra na zmęczenie

Do kwestii sporu z Komisją Europejską w Rozmowach w TOK-u odniósł się też senator Marek Borowski. Przypomniał, że jego kluczową kwestią jest usunięcie sędziów Sądu Najwyższego. Na początku lipca przestaną oni pełnić swoją funkcję, na skutek zmiany granicy ich wieku emerytalnego. – Czegoś takiego w krajach UE nie było, nawet na Węgrzech. To jest łamanie konstytucji, która mówi, że sędziowie są nieusuwalni – stwierdził.

Zdaniem Borowskiego, do wysłuchania Polski w Radzie Unii Europejskiej dojdzie na skutek konfliktu w samej Komisji Europejskiej, ponieważ jej członkowie nie są jednomyślni w kwestii, czy sprawę obniżenia wieku emerytalnego sędziów powinien rozstrzygać Trybunał Sprawiedliwości. – Wysłuchanie jest wyjściem kompromisowym. UE jest w trudnej sytuacji ze względu na liczne wewnętrzne konflikty, więc PiS “gra na zmęczenie” KE. Ale to będzie ze szkodą dla Polski – ocenił senator.

Duda, Macierewicz i Kaczyński zrobili z Polski zestrachane państwo robiące w galoty

Dlaczego Andrzej Duda nie powołuje posiedzeń Rady Bezpieczeństwa Narodowego, która nie zebrała się od roku, a kilka tematów jest pilnych? Indolencja Dudy kogokolwiek mało obchodzi, bezpieczeństwo dotyczy wszystkich, a nie tego, czy prezes Kaczyński pozwala, czy nie.

Nie tylko wielkie manewry Zapad za wschodnią granicą powinny być dyskutowane w świetle doktryny obronnej Polski i NATO, ale postać Antoniego Macierewicza, który jest wśród naszych sojuszników ignorowany i ośmiesza nas.

Tomasz Siemoniak, były minister obrony, wręcz czuje się, jak w domu latajacych sztyletów: „Obecnie nie wiemy, co zdarzy się jutro lub za kilka dni” – komentuje tę chorą sytuację.

Macierewicza można oskarzyć o największą zbrodnię z punktu oceny wysokiego urzędnika. Taki człowiek nie powinien sprawować urzędu, powinien być izolowany i być pod szczególnym patrzeniem służb państwa.

Ogromnie wiele wskazuje, że Macierewicz nie reprezentuje naszego interesu narodowego. Pisze o tym Sławomir Sierakowski we wpływowym Project Syndicate, nazywa uwikłanie Macierewicza Russiagate in Poland.

Czyta to cały świat. Czytają nasi sojusznicy w NATO. Kim dla nich jesteśmy?

Dziennikarz „Newsweeka” Michał Krzymowski twierdzi, że Duda nie dogadał się z Jarosławem Kaczyńskim w kwestii dokonywania wyborów sędziów do Krajowej Rady Sądownictwa.

Duda chce, aby Sejm wybierał większością 3/5 głosów, Kaczyński zaś wariantem: wybór pięciu członków KRS przez Sejm (zwykłą większością), pięciu przez Senat i pięciu przez prezydenta.

I tak takie propozycje wyborów sędziów są niekonstytucyjne, znoszace niezależność sądów, nie dotrzymujące standardów demokratycznych.

Jak zniszczony został kraj, świadczy to, że do tej pory nie zostały wyjaśnione wypadki rządowych kolumn: Dudy, Szydło, Macierewicza.

Prokuratorzy seplenią coś o dotrzymywaniu szczególnej skrupulatności. Tak tylko mogą twierdzić jełopy, którzy nie powinni pracować na państwowej posadzie. Państwo z takimi urzędnikami musi upaść, tacy prokuratorzy winni być na bezrobotnym. Nie potrafią podjąć decyzji, bo się boją.

Oto dlaczego polityka powinna być rozdzielna od instytucji prawa. Niezależność gwarantuje, że prawo i sprawiedliwość będa respektowane, a teraz mamy niesprawiedliwość i bezprawie PiS.

Zestrachane państwo PiS, robiące w galoty z byle powodu. Państwowy smród.

Kaczyński i PiS rozbierają Polskę, naszą ojczyznę

bubel2016

Sławomir Sierakowski (obecnie jeden z najświetniejszych publicystów) rozdał swoje buble i majstersztyki ubiegłego roku.

Bublem został… no właśnie. Miał być bublem Andrzej Duda, ale na finiszu wyprzedził go Stanisław Piotrowicz, który w imieniu prezesa Kaczyńskiego likwidował Trybunał Stanu.

A majstersztykiem został KOD, Komitet Obrony Demokracji. Brawo Sierakowski! Podobnie oceniam.

Tak Sierakowski ocenia ten bubel:

Ostatecznie Duda zapomniał jednak, że Kaczyński nie toleruje gwiazdorzenia, dla niego liczy się przede wszystkim drużyna. Dżokerem w talii popularnego „Kaczora” okazał się wchodzący z ławki Stanisław Piotrowicz. Młodość musiała ustąpić przed doświadczeniem. Braki w wyszkoleniu technicznym Piotrowicz od dawien dawna potrafił nadrobić grą siłową i umiejętnym ustawianiem się. I tym razem bezwzględnie to wykorzystał. Zwycięzca bubla roku podobno już zarabia na swoim wizerunku i został na lata twarzą polskiej antykomunistycznej, propaństwowej, konserwatywnej i prorodzinnej prawicy. Prawicy gratulujemy Piotrowicza!

Wstrząsający list młodego Polaka publikuje „Wyborcza”. Borys Woś pisze zwracając się do Kaczyńskiego:

jestem

Nie trzeba odgrywać się na Polakach. Naprawdę nikt panu krzywdy nie zrobił. W ostatnim akapicie chciałbym tylko życzyć mnóstwa energii i serca wszystkim ludziom, którzy stają w obronie demokracji. To właśnie dzięki wam wiem, że do kraju trzeba wrócić i stanąć razem z wami, ramię w ramię. Pokazać, że Polacy to piękny naród, który zawsze podniesie się z kolan. Słowa te kieruję nie tylko do członków Komitetu Obrony Demokracji, ale również każdego Polaka, niezależnie od tego, czy popiera PiS czy nie, lecz nie godzi się na łamanie demokracji i konstytucji.

Więcej >>>

Kaczyński, kurde, fanatyk

sławomirSierakowski

Sławomir Sierakowski to w tej chwili jeden z najinteligetniejszych (może nawet nr 1) komentatorów politycznych.

Naczelny Krytyki Politycznej bodaj najcelniej określił preferencje prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego:

– Kiedyś bym stawiał, że to cynik, teraz mi się wydaje, że to jest, kurde, fanatyk.

Ponadto:

– Gratuluję wszystkim konserwatystom, którzy mają w pamięci, że tradycją polskiego konserwatyzmu był zarówno legalizm, propaństwowość, jak i rzeczywiście silna Polska na świecie. Wszystkie te trzy rzeczy, które dziś robi Kaczyński, to czas wstydu dla polskiego konserwatyzmu.

Więcej >>>

Sierakowski odnawia lewicę w ludziach

naTemat.pl wywiad ze Sławomirem Sierakowskim, któremu dziwnie i fajnie udaje się uniknąć praktyki politycznej. Może dlatego tak dobrze wychodzi Krytyka Polityczna.

Wywiad zrobiła młodziutka Weronika J. Lewandowska.

Lewandowska

Gdy Sławomir Sierakowski mówi mi, że już ma trzydzieści trzy lata i się trochę zestarzał, nawet ja z perspektywy moich ledwie skończonych dwudziestu kwituję to pełnym zdziwienia spojrzeniem. Nie wdaje się w dyskusję z najmłodszymi „hipster” prawicowcami, bo nie natknął się nigdy na ich publikacje. Nie uważa, żeby media społecznościowe były katalizatorem wartościowej debaty – za polemikę uznaje osobny artykuł, a nie komentarz na Facebooku. Dlaczego spokojnie patrzy na to, jak w Sejmie wciąż gnieździ się ten sam partyjny beton? Co uznaje za największy sukces działającej już od ponad dziesięciu lat Krytyki Politycznej?

Sierakowski

Zostałeś kiedyś namaszczony na odnowiciela polskiej lewicy. Wielu ludzi wiązało spore nadzieje z Krytyką Polityczną i tym, że zaczniecie działać w rządzie. Robicie dużo, jednak wciąż jesteście oddaleni od faktycznej polityki. W Sejmie nadal zasiada ten sam partyjny beton, który tylko zmienia stołki. Nie udało się Wam, czy nawet nie chcieliście próbować?

„Krytyka” rozwinęła się w taką sieć instytucji i działań, że partyjny wybór paradoksalnie odebrałby nam skuteczność. Zamiast robić bardzo dużo praktycznych rzeczy musielibyśmy zajmować się robieniem konferencji prasowych na temat tego, czy był trotyl w samolocie, czy go nie było. Nikogo w naszym środowisku to nie interesuje. Co roku widzisz kolejnych mesjaszy lewicy, którzy próbują się dostać do Sejmu, a za dwa lata nikt o nich nie pamięta. Takie „meteorytowe” ujęcie polityki, że dziś jesteś, jutro cię nie ma, a w międzyczasie nie zrobiłeś niczego konkretnego, zdecydowanie nie leży sferze moich zainteresowań. Zobaczymy, co będzie w przyszłości, ale na razie najbardziej sensowną formułą działania wydaje mi się to, co właśnie robimy.

Proponowano Wam wejście do partii?

Tak i zdaję sobie sprawę z tego, iż są osoby, które czują się rozczarowane tym, że nie poszliśmy w partyjną politykę. Wcale nie jest łatwo zastąpić to, co nazwałaś betonem, czyli ludzi, którzy są już tam od lat i nie spełniają oczekiwań wyborców. Niektórzy mogli sądzić, że przyjdziemy my i nagle odmienimy kształt życia politycznego w Polsce. Niestety tak się nie da, a przy obecnych regułach gry wygrywają raczej cynicy. Z dnia na dzień nowy Havel się tam raczej nie pojawi. Tego się nie zmieni od wewnątrz.

Czy do tych zawiedzionych mogą należeć też artyści, którzy byli zawsze kojarzeni z lewą stroną, jak na przykład Masłowska, a teraz zaczęli się radykalizować?

Dorotę czasami łączono odruchowo z Krytyką bardziej niż to w rzeczywistości miało miejsce. Raz napisała dla nas tekst (wstęp do przewodnika po twórczości Andrzeja Barańskiego) i raz zrobiłem z nią program do jej sztuki teatralnej. No i raz mnie umieściła w swojej powieści. To wszystko. Niezależnie od tego, co mówi, uważam ją za wybitną pisarkę.

A nie martwi Cię to? Mam wrażenie, że zawsze mocno ceniliście sobie związki z artystami.

Tak, bardzo wcześnie zorientowaliśmy się, że nie wszystko na świecie da się zrozumieć i opisać językami nauki i polityki. Istnieje bardzo ważna część życia społecznego, do której lepszy lub jedyny dostęp mają artyści. Wiele zjawisk lepiej pokaże Joasia Rajkowska czy Artur Żmijewski, niż zrobiłby to jakikolwiek socjolog w Polsce. Jest także multum spraw, które może zauważyć Paweł Demirski czy Janek Klata, a ja nie. W gruncie rzeczy wszyscy działamy na tym samym polu społecznym i mamy wpływ, który możemy wykorzystywać na różne sposoby.

Jednak czy uprawianie polityki poprzez sztukę nie jest według ciebie szkodliwe dla tej drugiej?

Niepolityczna pozycja w rzeczywistość nie istnieje. Uważaliśmy (i nadal uważamy), że nikt z nas nie jest odizolowany w jakiejś klatce estetycznej, w której może sobie uprawiać ładniejszą lub brzydszą sztukę. Tak się złożyło, że w tym samym czasie ze strony artystów płynął do nas komunikat wyrażający zainteresowanie tym, co robimy. Niektórzy byli już wcześniej zaangażowani politycznie, na przykład polska sztuka krytyczna w latach dziewięćdziesiątych, ale za to chociażby literaturę i teatr skutecznie wypychano poza wpływ polityczny, poza diagnozę społeczną. Ilekroć artysta wkraczał na to zakazane pole zainteresowania, pisano: „Instrumentalizacja kultury! To już publicystka, a nie sztuka”. Dla nas jednym ze strategicznych zadań było to, żeby zbudować partnerstwo pomiędzy ludźmi kultury, nauki i sztuki.

Faktycznie, to udało się zrealizować. Co jeszcze wyszło Wam tak dobrze?

Przede wszystkim udała nam się bardzo trudna rzecz, do której wydaje mi się, że nie dotarł poza nami nikt, kto zaczynał od zera czyli osiągnięta przez nas skala rozwoju instytucjonalnego. Dziś Krytyka Polityczna to bardzo duża organizacja, prowadząca cały szereg instytucji, silna kadrowo, bezpieczna finansowo, bardzo dobrze postrzegana za granicą. Możemy stracić lokal na Nowym Świecie i wcale nie pójść do tyłu, a rozwinąć się jeszcze bardziej. Istotny jest też fakt, że zanim powstaliśmy w Polsce takie słowa jak lewica czy klasa społeczna kojarzyły się najczęściej anachronicznie. A nowoczesne ruchy takie jak alterglobalizm, feminizm, LGTB były bardzo podzielone, niszowe, a przede wszystkim nieprawomocne. Ich działacze spychani byli na margines. Krytyka była chyba pierwszą tego typu organizacją, której nie dało się zlekceważyć. Szybko wdarliśmy się do głównego nurtu z poglądami, które uważano za dość radykalne, choć według mnie takie nie były. Nie uważam się za radykała, wydaje mi się, że jestem nawet bardzo umiarkowanym człowiekiem lewicy.

Co myślisz widząc gdy prawica celuje w coraz młodszych? Dwudziestolatkowie zaczynają działać – powstała Hipster Prawica, kreuje się młoda „Fronda”. Czy to doprowadzi do jakiejkolwiek zmiany w dialogu?

Trudno mi ocenić, bo nie natrafiłem chyba na żaden ich tekst. Czy oni organizują coś, gdzieś działają, gdzie mogę przeczytać, co piszą?

W „Gazecie Polskiej”.

„Gazeta Polska” to dość daleki margines. Myśmy w „Krytyce” postanowili, że będziemy pod wspólnym szyldem pisać do dzienników i tygodników głównego nurtu, także prawicowych. W ten sposób dość szybko te teksty poskładały się na nowy głos, zamiast rozpływać się w istniejących. Była tylko zasada, że jeśli ktoś ma mamę lub tatę w „Wyborczej”, to pisze do „Rzepy”, gdzie debiutowało kilkanaście osób od nas. Do „Gazety Polskiej” czy „Trybuny” nie pisaliśmy. Nie bez związku z faktem, że prawie nikt by nas wtedy nie przeczytał.

„Gazetę Polską” i „Frondę” próbuje się odmładzać.

My woleliśmy zakładać swoje instytucje niż zatrudniać się w nie naszych.

Jak bardzo potrzebujesz tej drugiej strony do prowadzenia dialogu?

Od początku byliśmy gospodarzami dyskusji niemal ze wszystkimi polskimi prawicowcami, z Ziemkiewiczem, Wildsteinem, Lisickim, Zarembą czy Gowinem włącznie. Nie mamy problemu z dyskutowaniem z prawicą, bardzo to lubimy. Żałuję, że dzisiaj właściwie się nie spotykamy, nie istnieje już wspólne miejsce, jakim kiedyś była „Rzepa” czy TVP albo TVN24. Na przykład z Ziemkiewiczem kiedyś prowadziłem w TVP program o historii „Pojedynek”. Dziś te strony się nie spotykają, to bardzo złe zjawisko. Oni się wyprowadzili do tygodników, które czyta tylko prawica. I do telewizji, która też jest tylko dla prawicy. Niestety mocniejszy jest wśród nich niż był wcześniej nachalny język potępiania ryczałtem wszystkiego, co nie jest ich. Ja tych, których wymieniłem pamiętam jako całkiem sympatycznych ludzi, z którymi można dyskutować. Może te czasy wrócą. Mimo iż nie nie zawsze mam czas na to, żeby się zgodzić na udział w jakiejś debacie, ale kiedy przychodzą zaproszenia z KULu, Zjazdu Gnieźnieńskiego, albo z Centrum Jana Pawła II, to zgadzam się zawsze, jeśli jestem w Polsce.

Nie zamierzasz atakować internetu?

To nie jest pytanie do mnie, bo ja się na tym nie znam. 40 tys. fanów Krytyki na Facebooku czy 20 tys. na Twitterze to nie jest zły wynik. To więcej niż ma na przykład „Rzepa”.

Ale prawica walczy w komentarzach.

Nie chcę tego lekceważyć, ale i tak ważniejsze wydaje mi się napisanie samego tekstu niż komentarza pod nim, bo to jest działanie reaktywne. Trudno coś zmienić komentując tylko to, co zrobił ktoś inny.

Skoro nie ma już w mediach tych miejsc, gdzie lewica z prawica mogły razem dyskutować, a Krytyka ma w internecie własny Dziennik Opinii, dlaczego tam nie odbywają się te nieodżałowane debaty?

Panowie – bo to są sami panowie – wolą chyba pozostać w swoim świecie. Zamawiałem teksty na przykład u Piotra Semki, ale nie napisał. Gościliśmy natomiast w dyskusjach niedawno innych, na przykład Dariusza Gawina czy Antoniego Dudka.

Ciągle wyjeżdżasz. Masz tutaj na tyle zaufanych ludzi, że możesz być nieobecny, a Krytyce Politycznej nic się nie stanie?

„Krytyka” jest organizacją zbudowaną na bardzo silnym etosie. To nie jest miejsce, w którym ktoś z kimś rywalizuje albo ktoś komuś rozkazuje. Wypracowaliśmy przez lata sporo własnych praktyk budujących zaufanie pomiędzy ludźmi, empatię, więzi. Wszyscy się bardzo staramy i nikomu z nas nie chciałoby się wkładać tak dużego wysiłku, bo nam ktoś rozkazał albo zapłacił. Nic tak nie motywuje jak etos i nic tak nie sprzyja rozwojowi jak podział pracy i współpraca. Rzeczywiście, w trakcie ostatnich trzech lat, ponad dwa spędziłem za granicą. Nie stanowiło to żadnego problemu dla organizacji. Zatrudnionych jest tutaj ponad sześćdziesiąt osób, a stale współpracuje kilkakrotnie więcej, nie licząc aktywistów. Moje obowiązki sprowadzają się do określania strategii, dużego fundraisingu i naszych kontaktów zagranicznych.

Jednak w momencie kiedy wyjeżdżasz nie śledzisz na żywo tego, co dzieje się w Warszawie. Ludzie chyba wreszcie dowiedzieli się, że mogą reagować, protestować przeciwko zamykaniu lokali albo bezprawnym eksmisjom. Będziesz im pomagał?

Tak, my jesteśmy w to przecież bardzo zaangażowani. Rok temu, na zjeździe Krytyki Politycznej w Cieszynie polityka miejska i polityka edukacyjna zostały uznane przez nas za dwa najważniejsze obszary. Sami mamy także sporo doświadczeń w tej kwestii. Prowadzimy w wielu miastach świetlice, a także to miejsce, w którym właśnie się znajdujemy, czyli naszą główną siedzibę przy Foksal 16. Kłopot polega na tym, że partner po drugiej stronie, czyli władze miasta, często myślą kategoriami krawężnika – to na nim zaczyna się i kończy miasto. Mieszkańcy i kultura to dodatki do infrastruktury. Zajmują się przeszkadzaniem władzom w zarządzaniu firmami „Warszawa”, „Wrocław” itd. Takie sprawy jak kultura są niejasne i bliżej nieokreślone. Po prostu ona już wcześniej była, niestety, więc i trwać musi. Urzędnicy czują się w tym temacie bardzo niepewnie. Zdarzało mi się siadać naprzeciwko urzędnika ds. kultury, który jest członkiem którejś z partii i przepytywał mnie, czy czasem nie jestem zbyt polityczny, choć to ja się na co dzień zajmuje kulturą a on polityką. Pytasz o to, czy ludzie przejmują to miasto. Starali się to robić przez ostatnich parę lat. Na przykład ilość klubokawiarni z ambitnym programem była całkiem spora i można było zobaczyć w Warszawie energię. Nie twierdzę, że jest tego mniej niż kiedyś, jednak miejsca do których się chodziło pięć lat temu prawie nie istnieją. Nie dlatego, że mamy wszystko coraz nowsze, coraz lepsze, coraz ciekawsze, tylko po prostu to efekt zakończenia działalności takich instytucji jak Chłodna 25 czy „Nowy Wspaniały Świat”. Zwróć też uwagę, że społeczeństwo obywatelskie, które sobie tutaj obiecano po 89 roku, to jest największe niebezpieczeństwo w oczach władz. W momencie kiedy obywatel wykazuje jakąkolwiek energię i odwagę staje się podejrzany. W najlepszym razie o zawracanie głowy, a w najgorszym o posiadanie poglądów politycznych. A gdyby miał ambicje polityczne, no to już umarł w butach, niech sobie w prywatnym lokalu i za własne pieniądze szuka szczęścia. A nie u apolitycznych władz miasta czy dzielnicy.

Po stracie lokalu na Nowym Świecie zaczęliście prowadzić Instytut Studiów Zaawansowanych. Pamiętam, kiedy zainaugurowaliście działalność wykładem prof. Baumana. U Was na szczęście odbyło się bez takich przygód, jak we Wrocławiu.

Profesor Bauman jest członkiem rady instytutu i naszym starym przyjacielem. Występował w naszych świetlicach w Łodzi i Kijowie. Zdarzenia takie jak we Wrocławiu organizują ludzie mało odważni. Trzeba mieć odwagę stanąć do dyskusji z Baumanem czy Michnikiem. A ta ekipa, co wbiega i krzyczy, tchórzy przed tym. Zdaje się, że też nie specjalnie lubi się przepracowywać, bo gdyby coś w Polsce chcieli naprawdę zmienić, to by założyli jakąś instytucję, zaczęli organizować, pisać, działać, a nie drzeć się po próżnicy.

Mimo wszystko rosnąca ilość przypadków przemocy ze strony radykalnych ruchów narodowych nie zmienia tego, że media ogłaszają młodą prawicę jako zwycięzcę jeżeli chodzi o zasięg, atrakcyjność i obecność w dyskursie publicznym. Czemu Polska skręca w prawo? Strategia lewicy nie odpowiada na realne potrzeby społeczeństwa?

W przeszłości zawsze było tak, że kryzysy ekonomiczne napędzały skrajną prawicę. Tak było z wielkim kryzysem lat. 30, do którego porównywano obecny i tak jest dziś. Aby nie doszło do nieszczęścia, najlepszym zabezpieczeniem są więzi społeczne, bo gdy one ulegają anomii, kończy się demokracja. I tu możemy działać razem, bo wszystkim demokratycznym ruchom będzie zależeć na tym samym: konserwatyści powiedzą o poczuciu wspólnotowości, liberałowie o kapitale społecznym, a my o zaangażowaniu. Demokracja nie jest kartką wyborczą raz na cztery lata. Demokracja jest tym, co możesz zrobić dla innych i razem z innymi na co dzień. Narodowcy w tym są kiepscy. My musimy postarać się bardziej i będzie dobrze.

Post Navigation