Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Solidarność”

Ancymonek Mateusz Morawiecki zapomniał, kto stał na czele strajku Sierpień ’80

>>>

Dzisiejszy zakup

Kmicic z chesterfieldem

Prezydent Andrzej Duda rozmawiał z niemieckim dziennikiem “Bild”. Stwierdził, że Polska i Niemcy są “wzorem pojednania”. Mimo tego, prezydent wciąż przywołuje kwestie reparacji, czy w zasadzie przeczy wcześniejszemu twierdzeniu.

– “Reparacje to kwestia odpowiedzialności i moralności. Wojna, o której dziś mówimy, spowodowała w Polsce ogromne straty” – powiedział prezydent RP w rozmowie z dziennikarzem najpoczytniejszego niemieckiego dziennika. Duda dodał, że już Lech Kaczyński zlecił “opracowanie raportu, z którego jasno wynika, że straty te nie zostały nigdy wyrównane”.

Skutki wojny

Prezydent Duda uważa, że na pewno uda się znaleźć rozwiązanie problemu reparacji. Jego zdaniem skutki II wojny światowej skończyły się dla Polski tak naprawdę dopiero w 1989 roku. – “Dziś mogę całym sercem powiedzieć: Polska jest wolna. Nigdy nie zapomnieliśmy historii. Ale Polska i Niemcy całkowicie się pojednały. Jesteśmy przykładem dla innych narodów. Powstało partnerstwo i przyjaźń, która nie ma sobie równych” – uważa.

Podkreślił, że powyższe jest zasługą Kościoła…

View original post 1 497 słów więcej

 

Program PiS: Polacy mają zapierdalać za miskę ryżu

– Jarosław Kaczyński zapewne uznał, że w części partii i wśród części sympatyków partii odżywa pogląd, że premier to skryty platformers, bo jest spoza świata PiS. Prezes wyczuwa, że jest kłopot, więc zabiera głos osobiście i autorytatywnie orzeka, że problemu wcale nie ma – mówi Ludwik Dorn, były marszałek Sejmu.

Czy taśmy z „afery podsłuchowej”, na których jest nagrany premier Mateusz Morawiecki, mogą go obalić?

Ludwik Dorn: – W sprawie afery taśmowej są dwie nowe rzeczy. Pierwsza jest niesłychanie poważna i ją niestety zepchnięto na margines – to zeznania kelnerów.

Pan mówi o zeznaniach Łukasza N. i Konrada Lasoty, że premier Mateusz Morawiecki miał dyskutować o kupowaniu nieruchomości lub braniu kredytów na tzw. słupy, czyli odstawione osoby.

Takie zeznania nie są dowodem, ale są poszlaką.

Jednak na ujawnionych przez Onet taśmach póki co nic o tym nie ma.

Większość dziennikarzy przyjęła punkt widzenia PiS, że jak nie ma nagrania, które można odsłuchać, to nie ma sprawy. Natomiast z punktu widzenia prawno-karnego zeznania kelnerów o rozmowie to poszlaka obciążająca Mateusza Morawieckiego, więc służby powinny badać ten wątek. Poważną sprawą jest również to, że te poszlaki pojawiły się na początku 2015 r., a więc jeszcze za rządów PO-PSL. Nie wiadomo, czy wtedy prokuratura oraz służby (policja, Centralne Biuro Antykorupcyjne i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego) poszły tym tropem, czy nie. Nie wiadomo też, czy podążano tym tropem po wyborach 2015 r., a więc po przejęciu władzy przez PiS.

Dziś wygląda na to, że i za rządów PO, i za władzy PiS nad Mateuszem Morawieckim był trzymany parasol ochronny, mimo że poszlaka – zeznania dwóch kelnerów – jest przecież poważna i dotyczy możliwości udziału Mateusza Morawieckiego w przestępczym procederze. Na 100 proc. jednak nie wiemy, czy i jak organy ścigania zareagowały na te zeznania.

A po drugie: nikt do tej pory nie udzielił jasnej odpowiedzi na pytania, czy prokuratura i służby są w posiadaniu taśmy z rozmową o kupowaniu nieruchomości na „słupy”, o czym mówią kelnerzy. Wypowiedzi na ten temat są pokrętne. Analizowałem słowa Macieja Wąsika (posła PiS, zastępcy koordynatora służb specjalnych), który mówi tylko o materiałach CBA, ale przecież w posiadanie takiej taśmy mogła wejść inna służba: ABW, policja albo prokuratura. Chciałbym wiedzieć, czy służby choć wszczęły działania operacyjno-rozpoznawcze na podstawie przesłanek wynikających z zeznań kelnerów.

Narracja PiS jest taka: premier nic sensacyjnego nie mówi, a fragmenty stenogramów były już znane od paru lat.

To właśnie jest sprawa mniej poważna. Taśma, której fragmenty były upublicznione już wcześniej, jest dla PiS i premiera problemem, ale wizerunkowym. Z nagrania wynika, że w owym czasie Mateusz Morawiecki mentalnie i pod względem języka, którym się posługuje, jest podobny do innych bohaterów nagrań.

Prezes PiS Jarosław Kaczyński tłumaczy to tak: „Ja jestem przekonany, że to jest człowiek (Morawiecki) uczciwy, który przez jakiś czas swojego życia pracował w pewnym środowisku i w jakiejś mierze musiał przyjmować jego reguły. Ale wiem, że także w tym czasie robił bardzo wiele dobrego i być może mówię to publicznie po raz pierwszy – współpracował z nami – zaznaczył prezes PiS”. Jak to odczytywać?

Jarosław Kaczyński zapewne uznał, że w części partii i wśród części sympatyków partii odżywa pogląd, że premier to skryty platformers, bo jest spoza świata PiS. Prezes wyczuwa, że jest kłopot, więc zabiera głos osobiście i autorytatywnie orzeka, że problemu wcale nie ma. A nawet więcej, bo prezes PiS daje do zrozumienia, że – odwołam się tu do wieszcza – Morawiecki „pełzając milczkiem jak wąż łudził despotę”, był Konradem Wallenrodem albo J-23, więc nie czepiajcie się człowieka, bo choć był oficerem Abwery, to pracował dla nas.

Powrót afery taśmowej tym razem z Morawieckim jako głównym bohaterem, zachwieje pozycję premiera w PiS?

Jeżeli wszystko ograniczy się do kwestii wizerunku, to Mateusz Morawiecki wielkich start nie poniesie. Jeśli zaś opozycja i nie obsługujące propagandowo PiS środki masowego przekazu postawią na ostrzu noża sprawę domniemanego handlu nieruchomościami na „słupy”, choćby podejmując dziennikarskie śledztwa dotyczące udziału BZ WBK w handlu nieruchomościami w województwie wielkopolskim, to nie tylko Morawiecki, ale i cały PiS może wylecieć w powietrze. Oczywiście wtedy, kiedy jest tam coś niedobrego. Ale jeśli nie ma, to dlaczego PiS i rząd milczą lub kręcą?

W „Panu Wołodyjowskim” występuje ksiądz Kamiński, „za młodu żołnierz fantazji wielkiej”, który wspominając podczas żołnierskich gawęd w Chreptiowie swoje walki ze zbuntowanymi Kozakami, nie uznaje za grzech, że ich w walce zabijał, ale kaja się, „bo ich jako zarazy nienawidził” i „nad powinność czynił”.

Obywatele RP opublikowali kolejny raport o represjach, które ich spotykają za to, że stosując metodę obywatelskiego nieposłuszeństwa, przeciwstawiają się różnym działaniom pisowskiej władzy czy skrajnej prawicy. Skoro odwołują się do obywatelskiego nieposłuszeństwa, to nie ma nic dziwnego w tym, że są ścigani i karani – przede wszystkim z kodeksu wykroczeń. Obywatelskie nieposłuszeństwo na tym polega, że jest czynem „publicznym, dokonanym bez użycia przemocy, dyktowanym sumieniem, aczkolwiek politycznym, sprzecznym z prawem, zwykle mającym na celu doprowadzenie do zmiany prawa bądź kierunków polityki rządu. (…)  Prawo zostaje złamane, lecz przywiązanie do prawa wyraża się w publicznym charakterze tego aktu i w wyrzeczeniu się przemocy, w gotowości do poniesienia prawnych konsekwencji własnego postępowania” (John Rawls, „Teoria sprawiedliwości”, rozdział VI.55).

Rzecz jednak w tym, że gdy Obywatele RP odwołują się do sądów, to okazuje się, że większość działań policji podjętych przeciw nim nie miała podstawy prawnej – postępowania kończą się w większości umorzeniem lub uniewinnieniem, a jeśli chodzi o znaczną grupę zatrzymań, to sądy zasądzają na rzecz poszkodowanych Obywateli RP parotysięczne odszkodowania.

Problem polega na tym, że wyroki sądów wcale policji nie zniechęcają – dalej kieruje ona wnioski o ukaranie lub akty oskarżenia, także w przypadkach analogicznych do tych, które skończyły się uniewinnieniem lub umorzeniem.

Ponadto policja formułuje ciągle zarzuty groteskowe i absurdalne. Wycofała  się z zarzutu, że namalowanie zmywalnym sprayem na biurze posła PiS napisu „PZPR” było „propagowaniem ustroju totalitarnego” i że odziewanie w koszulkę z napisem „Konstytucja” pomników jest ich znieważaniem, ale na policyjnej grządce wyrósł nowy kwiatuszek. Policja skierowała rozpatrywany przez sąd wniosek o ukaranie obywatela RP, który podczas przesłuchania swojego kolegi w związku z udziałem w demonstracji ścieralną farbą napisał przed komisariatem na chodniku „Policja czy PiS-licja”. Sam obwiniony podnosi, że do  namalowania napisu na chodniku użył ekologicznej farby z kredy, nie uszkodził trwale chodnika. „Taki napis wystarczy przetrzeć ściereczką i od razu znika” – mówił w sądzie. Jednak policja obwiniła go o zniszczenie chodnika. Poszkodowanym miała być według niej wrocławska Spółdzielnia Metalowiec, chociaż ta odpowiedziała, że chodnik do niej nie należy. Również miasto Wrocław nie wniosło roszczeń za chodnik. Od niepamiętnych czasów dzieci „niszczą chodniki” przy pomocy kredy, grając „w klasy”, i jakoś nikt ich nie ścigał.

Otóż temu postępującemu antyopozycyjnemu rozbuchaniu policji można się przeciwstawić. Najmniej winni są tu szeregowi funkcjonariusze i ich należy zostawić w spokoju. Ale policjantom z prewencji jakiś zwierzchnik wydawał polecenia zatrzymań na dużą skalę – jak się okazało bezprawnych. Wnioski do sądu i akty oskarżenia wnoszą funkcjonariusze z pionu dochodzeniowo-śledczego, także na polecenie swoich przełożonych. Nazwiska zarówno wyższych oficerów  wchodzących w skład kierownictw komend wojewódzkich i powiatowych, jak i ich niższych rangą kolegów z dochodzeniówki, którzy kompromitują siebie i policję, sporządzając groteskowe wnioski i akty oskarżenia, są jawne i należy je podawać do publicznej wiadomości w internecie, tworząc listę pisowskich nadgorliwców z policji i prokuratury. Chodzi o zastosowanie prewencji ogólnej. Nadgorliwców trzeba stygmatyzować jako takich, ale ich lista będzie działać zniechęcająco na naśladowców, którzy mogą się zacząć od wykonywania poleceń nękania opozycji migać. Policjanci chcą robić karierę w policji przy każdej władzy i warto im uświadamiać, że prędzej czy później zmieni się władza, zmienią się zwierzchnicy i wtedy zacznie padać pytanie: a co pisowscy nadgorliwcy robią dalej w policji? Postępowań dyscyplinarnych zapewne nie będzie, ale i bez postępowania dyscyplinarnego karierę policyjną można zastopować, a nawet zwichnąć. I dlatego taka lista, o ile powstanie, będzie dawać do myślenia i zniechęcać do czynienia nad powinność.

Sąd orzekł, że NSZZ „Solidarność” ma przeprosić Komitet Obrony Demokracji za stwierdzenie, że w szeregach tego opozycyjnego ruchu społecznego są m.in. byli funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa i Wojskowych Służb Informacyjnych. Padło ono podczas sporu wokół organizacji ubiegłorocznych obchodów rocznicy Porozumień Sierpniowych w Gdańsku.

„S” oskarżyła działaczy KOD o służbę w SB i WSI

Organizujący własne uroczystości KOD zaprosił do udziału w nich także „Solidarność”. Zareagowało samo szefostwo związku, czyli prezydium Komisji Krajowej: w specjalnym oświadczeniu określiło zaproszenie KOD jako „bezczelną prowokację”. Towarzyszył temu wywód: „Będziemy przypominać ofiary tych ludzi, którzy tak chętnie zasilają dzisiaj szeregi KOD-u. Mamy tu na myśli tak widocznych i aktywnych prominentnych działaczy KOD, jak byli esbecy, funkcjonariusze WSI, TW i liczni przedstawiciele resortowej PRL-owskiej nomenklatury. Słowem: nie potrafimy sobie wyobrazić wspólnego świętowania z ludźmi, dla których refleksją nie jest słowo przepraszam, a jedynie rozpacz, że nie da się wyżyć za 2 tys. po zmniejszeniu esbeckiej emerytury”.

Z prawniczego punktu widzenia wyrok można uznać za oczywisty. Oświadczenie władz „Solidarności” zawierało bowiem sformułowania oczywiście nieprawdziwe, naruszające dobre imię Komitetu.

„S” winna eskalacji agresji wobec KOD

Ważniejsze jest co innego: że sąd zauważył, iż skutkiem oświadczenia władz „Solidarności” była „eskalacja agresji wobec KOD i piętnowanie jego działalności”. Użyte tezy były „w bezrefleksyjny sposób powtarzane i kierowane nawet do tych członków stowarzyszenia, którzy z racji wieku nie mają nic wspólnego z PRL”. W efekcie pojawiły się nawet akty przemocy fizycznej i pogardy słownej wobec członków Komitetu.

Między wierszami uzasadnienia sąd zwrócił również uwagę na rzecz nader charakterystyczną: że NSZZ „Solidarność”, odwołujące się przecież wciąż do tradycji wielkiego ruchu społecznego, walczącego przed laty o wolność, demokrację i przestrzeganie praw człowieka, zaatakowało, i to nadzwyczaj brudnymi metodami, ruch społeczny walczący dziś o – jak to sformułowano w statucie KOD – „ochronę praw człowieka i obywatela oraz umacnianie zasad praworządności oraz demokratycznych zasad państwa prawa”.

Przebywali w hali, czyli komedia omyłek

„S” idzie w zaparte

Więcej: zarówno obecny na ogłoszeniu wyroku wiceprzewodniczący związku Bogdan Biś, jak i członkowie prezydium Komisji Krajowej (znowu w specjalnym oświadczeniu) brną w zaparte. Nie tylko zapowiedzieli odwołanie, ale powtórzyli kłamliwe słowa wobec KOD. Przy okazji obrazili sąd. To kolejny dowód stanu obecnego szefostwa NSZZ „Solidarności” – oraz jego uległości wobec obecnej władzy.

Sierpień 80. Jak ruszyła rewolucja

6 pażdziernika swoje urodziny obchodzi Manuela Gretkowska

„Trzeba słuchać ludu, obiecać im czego oczekują a potem wygaszać ich oczekiwania. Mają zapierdalać za miskę ryżu”. – ten tekst Morawieckiego to manifest programowy PiS. Opozycji pozostaje tylko zapoznać z nim suwerena. Chyba trudno byłoby ujawnić większą pogardę dla społeczeństwa.

Holtei

Prezes przekonał mnie, że autor poniższych cytatów, to nie jest ten , który jest teraz premierem. Naprawdę. Ten, który to mówił, to był Morawiecki Tuska. A ten dzisiejszy, to Morawiecki Jarka. Zupełnie inny. Podobny, to fakt. Ale inny.

Na archiwalnym nagraniu sprzed 17 lat, opublikowanym przez posłankę Joannę Scheuring-Wielgus słyszymy, jak obecny polityk PiS-u tłumaczy, że siadanie dzieci na kolanach księdza, całowanie i głaskanie ich przed duchownego ‚nie miały podtekstu seksualnego’. ‚Oglądając tę wypowiedź, mam wrażenie, jakbym nie wyszedł z filmu Kler’ – komentuje Jarosław Kurski i dodaje: ‚Piotrowicz zrobił u boku Kaczyńskiego polityczną karierę. I słusznie. Dowiódł bowiem, że można mu powierzyć każdą brudną robotę’.

Po co nam przekop Mierzei Wiślanej? Kontenerowce nie przypłyną, bo się nie opłaci. Okręty wojenne nie przypłyną, bo za płytko. Rybacy nie przypłyną, bo już nie będzie ryb. Co przypłynie? Głosy dla PiS.

– Jestem przekonany, że pierwsza łopata pod…

View original post 2 738 słów więcej

Duda przejdzie na śmietnik historii

Wywiad z Dudą tutaj >>>

Sąd Okręgowy w Gdańsku orzekł, że NSZZ „Solidarność” ma przeprosić Komitet Obrony Demokracji za stwierdzenie, że w szeregach KOD są byli funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa i Wojskowych Służb Informacyjnych. „S” ma opublikować przeprosiny na stronie internetowej związku i w „Tygodniku Solidarność” oraz wpłacić 10 tys. zł na konto WOŚP.

Chodzi o ubiegłoroczne uroczystości z okazji 37. rocznicy podpisania Porozumień Sierpniowych, które miały odbyć się na Placu Solidarności w Gdańsku. Do udziału w nich KOD zaprosił wówczas „Solidarność”. Prezydium Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” uznało to za „bezczelną prowokację”. W oświadczeniu władze związku poinformowały, że centralne uroczystości „S” odbędą się w Lubinie z okazji 35. rocznicy protestów przeciwko stanowi wojennemu w tym mieście – 31 sierpnia 1982 r. zostały tam śmiertelnie postrzelone trzy osoby. – „Będziemy przypominać ofiary tych ludzi, którzy tak chętnie zasilają dzisiaj szeregi KOD-u. Mamy tu na myśli tak widocznych i aktywnych prominentnych działaczy KOD, jak byli SB-cy, funkcjonariusze WSI, TW i liczni przedstawiciele resortowej PRL-owskiej nomenklatury. Słowem: nie potrafimy sobie wyobrazić wspólnego świętowania z ludźmi, dla których refleksją nie jest słowo przepraszam, a jedynie rozpacz, że nie da się wyżyć za 2 tys. po zmniejszeniu SB-eckiej emerytury” – napisano w oświadczeniu NSZZ „Solidarność”.

„W ocenie sądu doszło do naruszenia dóbr osobistych powoda w postaci dobrej sławy i dobrego imienia przez wskazanie, że wśród prominentnych działaczy KOD, a zatem osób zajmujących w strukturach stowarzyszenia eksponowane stanowiska, znajdują się byli SB-ecy, tajni współpracownicy i liczni przedstawiciele resortowej, PRL-owskiej nomenklatury. Użycie takich słów podważa wiarygodność powoda jako organizacji, której celem statutowym jest ochrona praw człowieka i obywatela oraz umacnianie zasad praworządności oraz demokratycznych zasad państwa prawa” – powiedziała w uzasadnieniu wyroku sędzia Ewa Karwowska. Sąd podkreślił, że po stanowisku wydanym przez władze S” nastąpiła „eskalacja agresji wobec KOD i piętnowanie jego działalności”. – „Pojawiły się akty przemocy fizycznej i pogardy słownej” – ocenił sąd.

Wiceprzewodnicząca zarządu głównego KOD Magdalena Filiks w rozmowie z „Wyborczą” nie kryła satysfakcji. – „Chodziło nam o to, żeby oczyścić się z zarzutów, i żeby „Solidarność” przeprosiła za te słowa. Nie spodziewaliśmy się innego wyroku. Reakcja wiceprzewodniczącego NSZZ Solidarność po wyjściu z sali sądowej świadczy o tym, że nie mają oni poszanowania nie tylko dla prawdy, a także wyroków sądów” – powiedziała Filiks. Kiedy bowiem podeszła do zastępcy przewodniczącego komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” Bogdana Bisia z wyciągniętą na znak zgody dłonią, ten powiedział: – „Na „dzień dobry” i „do widzenia” rękę mogę podać, ale w tej kwestii to my mamy rację”. „Solidarność” zapowiedziała wniesienie apelacji od dzisiejszego wyroku.

W Sejmie odbyło się pierwsze czytanie obywatelskiego projektu ustawy, w myśl którego szczepienia dzieci w Polsce byłyby nieobowiązkowe. Poseł PiS Krzysztof Ostrowski oznajmił, że zgodnie z obietnicą jego partii, każdy projekt obywatelski „dostaje szansę” i dlatego PiS chce, żeby skierować go do dalszych prac w komisji. Agnieszka Pomaska z PO w związku z tym przypomniała, że przeciwko reformie edukacji przeprowadzanej przez PiS podpisało się ponad 900 tys. osób, a PiS projekt obywatelski odrzucił.

Były minister zdrowia w rządzie PO Bartosz Arłukowicz powiedział, że to skandal, że klub PiS chce dalszych prac nad tym projektem. – „Jesteście medycznymi ignorantami. To nieprawdopodobne, to możliwe tylko w czasach PiS. Dożyliśmy czasu w Polsce, w którym z tej mównicy mówi się o dzieciach z in vitro, że mają bruzdę na czole, dożyliśmy czasów, kiedy z mównicy Sejmu mówi się o tym, żeby znieść obowiązkowe szczepienia, że szczepienia szkodzą, że dzieci umierają po szczepieniach. PiS pod rękę z narodowcami i Kukizem chce pracować nad ustawą znoszącą obowiązkowość szczepień!” – grzmiał Arłukowicz.

Zaprezentował wspólne zdjęcie Justyny Sochy z ruchu antyszczepionkowego i Patryka Jakiego ze wspólnej konferencji. Przywołał też słowa Jakiego, że „postępowanie w zakresie przymuszania do szczepień stanowi dyskryminację obywateli RP”. O tym wątku w artykule „Jaki kiedyś wspierał antyszczepionkowców – teraz twierdzi, że będzie „promował szczepienia”.

Marek Ruciński, poseł Nowoczesnej, a jednocześnie lekarz, przytoczył stanowisko Naczelnej Rady Lekarskiej, która oceniła projekt jako „groźny dla bezpieczeństwa zdrowotnego”. – „Odpowiedzialność społeczna zniesienia obowiązkowych szczepień byłaby ogromna. Każdy popierający podobne rozwiązanie powinien udać się przede wszystkim do regionów, w których nie zostały wytępione choroby, które my uważamy za niebyłe. Polio czy krztusiec nie są chorobami, które nie mogą powrócić” – powiedział Ruciński. A Krystian Jarubas z PSL-UED stwierdził, że dalsze prace nad projektem tej ustawy będą „otwarciem niebezpiecznej furtki zniesienia obowiązku szczepień”. – „Szczepienia to największe odkrycie medycyny i najskuteczniejsze narzędzie do walki z chorobami zakaźnymi” – podsumował Jarubas.

>>>

Gdańsk dla Lecha Wałęsy

Ogromnych rozmiarów instalacja składająca się z tysiąca wstążek, pamiątkowa tablica na murach kościoła św. Brygidy oraz gromkie „Sto lat” od Obywateli RP – gdańszczanie uczcili w sobotę 75. urodziny Lecha Wałęsy, a także 35. rocznicę przyznania mu Pokojowej Nagrody Nobla.

Instalacja długa na 32 metry i szeroka na 26 metrów stanęła na Targu Węglowym, w sąsiedztwie Teatru Wybrzeże i Zbrojowni. Jej autorem jest Jerzy Janiszewski, twórca logo Solidarności i absolwent gdańskiego Wydziału Sztuk Pięknych.

Lech Wałęsa z lotu ptaka

Na stalowej siatce rozpiętej między czterema rusztowaniami Janiszewski zawiesił ponad tysiąc biało-czerwonych wstążek. Z poziomu ulicy przypominają chaotyczną układankę – wystarczy podmuch wiatru i mieszają się barwami, wydając szeleszczące dźwięki. Ale widziane z lotu ptaka układają się w portret Lecha Wałęsy.

Nie możemy zniszczyć tamtego zwycięstwa

Instalacja ma przypominać o przypadających w sobotę 75. urodzinach byłego prezydenta i 35. rocznicy przyznania mu Pokojowej Nagrody Nobla.

Tajemnicą poliszynela jest to, że PiS kupił sobie wyborczą wygraną w 2015 roku w dużej mierze dzięki obietnicy 500 zł na każde dziecko. W efekcie niemrawej kampanii PO, która po 8 latach rządów po prostu się Polakom przejadła, jak i dominacji Prawa i Sprawiedliwości w internecie, wybory nie mogły zakończyć się innym wynikiem.

Zjednoczona Prawica mamiła wówczas swoich wyborców wizją rządów umiarkowanych, merytorycznych i przede wszystkim skromnych, nieopartych na zemście i chęci odegrania się na przeciwnikach politycznych. 

Dziś już wiadomo, że zapewnienia te brzmią jak ponury żart. Prawie trzyletnie rządy PiS-u to powszechna inwazja niekompetentych Misiewiczów, upychanych na siłę w spółkach Skarbu Państwa, bezprecedensowy skok na media publiczne, przejęcie sądownictwa, ograniczanie praw opozycji i pogarszanie pozycji Polski na arenie międzynarodowej.

W świetle tych wydarzeń tym bardziej zastanawiające jest hasło wyborcze Prawa i Sprawiedliwości, które brzmi: Dotrzymaliśmy słowa w rządzie, dotrzymamy w samorządzie”.

Taka kolej rzeczy została szybko podchwycona przez znaną dziennikarkę Elizę Michalik, która zaproponowała alternatywny slogan: Skoro łamiemy prawo w rządzie, złamiemy i w samorządzie.”

W sieci natychmiast pojawiły się kolejne przeróbki:

Przeróbka oparta jest na tej samej konstrukcji logicznej, którą posłużył się Jarosław Kaczyński podczas publicznego ogłoszenia hasła kampanii kilka dni temu. Skoro Zjednoczona Prawica chełpi się tym, że dotrzymała słowa, to należy przypominać wszelkie te obszary, w których rządzący bezczelnie łamią prawo, zmieniając de facto konstytucyjny ustrój państwa za pomocą zwykłych ustaw. Należy przypomnieć wszystkie afery, ze SKOK-ami i PCK na czele, armię Misiewiczów, demontaż armii przez Macierewicza, rozpasanie władzy, rozbijanie kolejnych limuzyn, ograniczanie praw opozycji, przejmowanie wymiaru sprawiedliwości i w efekcie upadek pozycji Polski na arenie europejskiej i światowej…

W dniu swoich 75. urodzin prezydent Lech Wałęsa udzielił wywiadu dla niemieckiej stacji nadawczej Deutsche Welle. Na wspomnienie o jego osiągnięciach przyznał, że czuje się człowiekiem spełnionym, podzielił się jednak troską o stan polskiej demokracji. „W obecnej sytuacji zacząłem się zastanawiać, po co było zwyciężać, jak nie wiemy co z tym zwycięstwem zrobić? I stąd mam dziś problem, bo stary jestem, zmęczony, a nie podoba mi się to, co się dzieje. Bo obecna władza robi niedobrze.” – powiedział Wałęsa. 

Były prezydent wspomniał, że kluczem poparcia niedemokratycznych reform rządu Prawa i Sprawiedliwości jest trafna diagnoza problemów państwa, jednakże sam sposób ich rozwiązywania jest wg niego w państwie prawa niedopuszczalny: „Wydaje się, że mają dobrą diagnozę, ale złe leczenie. […] I choć ich diagnoza jest właściwa, np. u nas sądy trzeba poprawić, to wybrane rozwiązania są złe”.

Pytany, czy jego zdaniem Polska zmierza w kierunku dyktatury odparł odważnie: „Mamy nieodpowiednich, niezbadanych medycznie ludzi, ludzi małych, zakompleksionych, którzy przypadkiem zdobyli władzę. No i mamy nieszczęście. Ja społeczeństwo ostrzegałem, bo ja ich znałem wcześniej”. Zdaniem byłego prezydenta walka z antydemokratycznym rządem jest szczególnie trudna z powodu stosowanych przez niego bezczelnych metod.Trudno walczyć przez demonstracje, z braku zaangażowanych osób. Wg Wałęsy stoimy przed koniecznością „wymyślenia teraz czegoś, co będzie skuteczne.”. Do wyborów jeszcze długa droga, dlatego jesteśmy skazani na pomoc zagranicznych instytucji i autorytetów. Zdaniem Wałęsy „dziś potrzebujemy globalnej solidarności.”. 

Lech Wałęsa odniósł się jeszcze do kwestii podnoszenia kwestii niemieckich reparacji wojennych. Zdaniem prezydenta jest to cyniczna gra na resentymentach w służbie nastawienia przeciw sobie sojuszników. Wałęsa powiedział, że w tej sytuacji Niemcy mają „robić swoje, wytrzymać to, a jednocześnie pomyśleć, jak nam pomóc, co zrobić, aby to, co osiągnęliśmy w naszych powojennych stosunkach nie zostało zniszczone”. 

Panu prezydentowi chcielibyśmy życzyć urzeczywistnienia wizji Polski wolnej i demokratycznej. Polski szanowanej na świecie, jak blisko 30 lat temu, gdy dołączyliśmy do grona zachodnich demokracji. Tak jak wtedy, dziś w walce o demokrację nie jesteśmy sami. Dziś w sytuacji, gdy zagrożenie prawicowym populizmem puka do drzwi naszych zagranicznych przyjaciół, musimy tym bardziej trzymać się razem, pamiętając, że międzynarodowe instytucje działają w naszym interesie, a pomoc z ich strony nie jest w żadnym wypadku przykładem „zdrady narodowej”, cokolwiek powiedzieliby o tym politycy PiS. 

>>>

Gdańsk uczcił godnie największego Polaka – Lecha Wałęsę. Ogromnych rozmiarów instalacja długa na 32 metry i szeroka na 26 metrów stanęła na Targu Węglowym.

Holtei

Jurek Owsiak wypowiedział się krótko o „Klerze”.

Poseł Szymon Ziółkowski i internauci odnieśli się do podróży Jarosława Kaczyńskiego po Polsce.

W Gdańsku powstał Szlak Wolności Lecha Wałęsy. Były prezydent obchodzi dziś 75 urodziny, a na początku października minie 35 rocznica przyznania mu Pokojowej Nagrody Nobla.

Pierwsza tablica na Szlaku została odsłonięta przy budynku Plebanii Bazyliki św. Brygidy w Gdańsku. – „Pod tym adresem, dzięki ks. Henrykowi Jankowskiemu, Lech Wałęsa przyjmował gości zza „żelaznej kurtyny” – polityków, działaczy społecznych, dziennikarzy” – napisał prezydent Gdańska Paweł Adamowicz na Facebooku. Kolejne tablice zostaną zamontowane w siedzibie Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego NSZZ, gdzie znajdowała się aż do wprowadzenia stanu wojennego główna siedziba „Solidarności” oraz przy hali Olivia – miejscu I Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ „Solidarność” w 1981 r.

Z okazji urodzin Lecha Wałęsy na Targu Węglowym odsłonięto instalację artystyczna Jerzego Janiszewskiego, autora m.in. logo „Solidarności”. Jest ona złożona z 44 kilometrów wstążek. Z lotu…

View original post 315 słów więcej

Demokraci kontra reżim

Obserwując działania „Solidarności” Piotra Dudy człowiek zastanawia się, czy to nadal związek zawodowy, oparty na tradycji tej Solidarności z 1980 roku czy już tylko narzędzie w rękach PiS, realizujące to, co partia wskaże. To jak bardzo pan Duda odsunął się od wartości i obywateli, dobitnie pokazuje kłótnia pomiędzy jego związkiem a KOD-em, która 19 września znajdzie swój finał w sądzie.

W ubiegłym roku KOD zaproponował, by uczcić 37 rocznicę Porozumień Sierpniowych wspólnie z Lechem Wałęsą, Władysławem Frasyniukiem i właśnie „Solidarnością”, co Piotr Duda określił mianem „bezczelnej prowokacji”.

No i się zaczęło. Jak mówi Jarek Marciniak, członek ZG KOD, „Od tej pory Solidarność za wszelką cenę próbowała uniemożliwić nam przeprowadzenie obchodów. Na początku wystąpili z pismem do wojewody pomorskiego, przypominając, że przecież to Solidarność co roku 31 sierpnia organizuje z tej okazji zgromadzenia cykliczne. I wojewoda przychylił się do ich wniosku. Wtedy my postanowiliśmy zorganizować obchody na terenie Stoczni Gdańskiej. Solidarność w tym czasie wydała oświadczenie dotyczące naszych planów, w którym obrzuciła nas epitetami, między innymi, że prominentni działacze KOD-u to byli esbecy, komuniści oraz złodzieje. I że nie ma zgody na to, by KOD zawłaszczał historię takiego pięknego ruchu jak Solidarność”.

W tej sytuacji KOD zorganizował swoje, całodzienne obchody pod bramą Stoczni Gdańskiej. Obchody zakłócone przez członków „Solidarności”, którzy „trzymali klepsydry z nazwiskami bohaterów i zdrajców. I krzyczeli do każdej osoby, która przyszła na nasze obchody: kim wy jesteście? Złodzieje! Komuniści!”.

Tym razem KOD postanowił nie odpuścić. Jarosław Marciniak relacjonuje – „Sami przeanalizowaliśmy, kto to jest prominentny działacz. Wyszło nam, że taki, który odgrywa w stowarzyszeniu kluczową rolę. No więc przejrzeliśmy listę naszych prominentnych działaczy i wyszło nam, że nie ma wśród nich nikogo powiązanego z poprzednim systemem. Bo albo są to ludzie młodzi, którzy tamtych czasów nie pamiętają, albo ci, którzy walczyli w PRL-u po stronie Solidarności. Owszem, wobec jednego z działaczy, Krzysztofa Kamińskiego z Lublina, była prowadzona sprawa lustracyjna, ale sąd uznał, że jego oświadczenie lustracyjne jest prawdziwe. Więc w oficjalnym piśmie poprosiliśmy Solidarność, żeby sprostowała te kłamstwa, zamieściła sprostowanie w Tygodniku Solidarność. W odpowiedzi usłyszeliśmy, że to wszystko jest zgodne z prawdą”.

KOD złożył więc pozew, w którym domaga się sprostowania, przeprosin oraz 50 tys. zł dla Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

„Solidarność” jednak broni twardo swojego stanowiska. Wymienia więc osoby, które były powiązane z SB, a teraz są aktywnymi działaczami KOD-u. To gen. Marek Dukaczewski, który jednak nie jest związany z KOD-em, pułkownik Adam Mazguła, nie działający w KOD-zie czy Leszek Moczulski, który również nie jest członkiem KOD-u i zaledwie raz pojawił się na wykładzie, przez KOD organizowanym.

Wydaje się, że chodzi tutaj przede wszystkim o Lecha Wałęsę i pan Piotr Duda usiłuje kolejny raz zlustrować pana prezydenta, choć wyrok w tej sprawie zapadł już dość dawno temu. Sam fakt powołania na świadków historyków PiS-u, Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka, może potwierdzać te podejrzenia.

Ciekawe, jak się ta sprawa skończy. Wszystko w rękach sędziego.  Niezależny, oddany prawu i swoim wartościom zawodowym, na pewno wyda uczciwy wyrok, ale jeśli będzie to człowiek, podporządkowany partii rządzącej, to szansy na sprawiedliwy wyrok raczej nie ma.

Morawiecki, czarci syn Kaczyńskiego

Morawiecki powiedział że pomagają niepełnosprawnym, mówi o wolności od biedy upokarzajacej. Jednocześnie fundujac niepełnosprawnym w Polsce EUTANAZJE w białych rękawiczkach!!

vald2

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Nie jest prawdą, że w naszej historii rodacy byli podobnie podzieleni jak dzisiaj. Prawda, różniliśmy się, co prowadziło do rokoszów i do tak spektakularnego zdarzenia, jak zamach majowy 1926 roku, który był w istocie mini wojną domową, ale nigdy Polak przeciw Polakowi nie występował w polityce z pozycji kłamstw rządowych.

W tej chwili mamy rząd ufundowany na fundamencie kłamstwa, a rządzącą partię na założycielskim micie katastrofy smoleńskiej, które w wydaniu PiS jest kłamstwem w każdym elemencie. Do czego takie kłamstwo prowadzi? Zawsze do jednego i obawiam się, że innego wyjścia dla naszego kraju już nie ma.

Wracam do zdarzenia, do którego nie doszło, ale pokazuje ono, jak kreowane jest kłamstwo. Mianowicie chodzi o tablicę pamiątkową ku czci braci Kaczyńskich, którzy jakoby przebywali wśród protestujących stoczniowców w 1988 roku i domyślnie przyczynili się do zrzucenia kajdanów reżimu komunistycznego.

Inicjatorowi tego kłamstwa – Karolowi Guzikiewiczowi – jeden z…

View original post 1 156 słów więcej

Pisowska władza źle się skończy. Najprawdopodobniej przeleją naszą krew

To, co robi PiS, z jednej strony jest niszczeniem rządów prawa, z drugiej to ewidentne manipulowanie historią. To eksponowanie tych, którzy nie byli zbyt ważni, drugich się ignoruje. Tak samo działo się na początku komunizmu, później przyszły represje, które teraz też pewnie przyjdą – mówi nam prof. Jadwiga Staniszkis, socjolog, uczestniczka Porozumień Sierpniowych. – To cofnięcie się, niszczenie rządów prawa, demolowanie historii są moim zdaniem jednak tylko epizodem. Mam nadzieje, że PiS, który utrzymuje stabilność przez rozdawanie pieniędzy, potknie się na tym. Tak dobra koniunktura długo się nie utrzyma. Zdemoralizowani ludzie będą chcieli więcej dostać i przestaną w końcu głosować na PiS – dodaje.

JUSTYNA KOĆ: „Uważałem, że trzeba walczyć z komunistami do końca i nie ma co siadać do Okrągłego Stołu, ale właśnie polemizuję sam z sobą z tamtych lat” – powiedział premier Mateusz Morawiecki podczas rocznicy obchodów Porozumień Sierpniowych. Prezydent ostrzej mówi o chorobach III RP i bolesnym, ale koniecznym lekarstwie. Choroba to według niego m.in. orzekający ciągle w Sądzie Najwyższym sędziowie, którzy skazywali ludzi niepodległościowego podziemia.

JADWIGA STANISZKIS: Komentując słowa prezydenta trzeba powiedzieć, że PiS niszczy procedury, a nie tylko wycofuje poszczególnych ludzi, abstrahując od tego, czy to, co prezydent mówił, jest oparte na faktach.

To, co PiS charakteryzuje, to połączenie bolszewickiej mentalności z antykomunizmem, bo właśnie stosunek do wolności, do prawa, nadzieja, że się państwo i społeczeństwo przekształci, jest typowo bolszewickie. Widać, że Duda szuka usprawiedliwienia swoich czynów.

Co do premiera, to on był podczas tamtych wydarzeń bardzo młody, notabene ja byłam w stoczni wtedy, ale nie dostałam zaproszenia na uroczyste obchody do Stoczni Gdańskiej. Myślę, że taka próba wpisywania w tradycję „Solidarności” tego, co robi PiS, jest z gruntu fałszywe. „Solidarność” stawiała na wolność i godność, także jednostki, a nie niszczenie procedur i prawa, które daje podstawy do ciągłości zaufania.

Swoją drogą to jest ciekawe, że PiS ewidentnie wkracza w etap usprawiedliwień swoich działań. To już jest pozytywne.

Czy te wypowiedzi były niczym z kampanii wyborczej, szczególnie prezydenta w kościele? Jednak od głowy państwa w takiej chwili oczekuje się innych słów.
Oglądałam transmisję z kościoła św. Brygidy i

widziałam przemówienie prezydenta, który stał tyłem do księży biskupów, i widziałam ich twarze, one nie były zachwycone,

nawet jeden z biskupów zaczął drugiemu coś szeptać, prawdopodobnie ironiczny komentarz. Księża muszą widzieć, co się dzieje, bo przecież Kościół jest jednym z twórców kultury rządów prawa. I jeszcze ten komentarz religijny na końcu przemówienia Dudy był nie na miejscu. Chociaż prezydent, muszę przyznać, nieźle mówi, ma talent oratorki, ale to, co mówi, kłóci się z tym, co robią PiS-iacy, dla mnie to żenujące.

Lech Wałęsa i opozycja nie brali udziału w oficjalnych obchodach. „Trzeba uważa i pilnować, aby to zwycięstwo nie zostało zniszczone” – mówił w stoczni Lech Wałęsa. Pytanie, czy nie jest za późno, czy nie zostało już zniszczone.
Wszystko można odwrócić. To, co robi PiS, z jednej strony jest niszczeniem rządów prawa, z drugiej to ewidentne manipulowanie historią. To eksponowanie tych, którzy nie byli zbyt ważni, a drugich się ignoruje. Tak samo działo się na początku komunizmu, później przyszły represje, które teraz też pewnie przyjdą. Na szczęście w końcu

komunizm udało się przewalczyć. I z PiS-em też tak będzie.

Co było wtedy, czego nie ma na razie dziś, dlaczego wtedy doszło do porozumienia?
Ja byłam wtedy w stoczni. Warto podkreślić, że to nie tylko Gdańsk, ale cała Polska. Pamiętam ten moment, kiedy czekaliśmy na rozpoczęcie negocjacji. Zresztą o tym, że się rozpoczęły i że przyjechała do Gdańska delegacja rządowa, zadecydowało rozpoczęcie się strajków na Śląsku, bo to była dodatkowa siła.

Teraz przerażająca jest ta obojętność i demoralizacja ludzi, co PiS traktuje jako przyzwolenie dla tego, co robi. Ludzie są niejako kupowani. Polska jest krajem ciągle biednym, więc te wszystkie dodatkowe pieniądze sprzyjają milczeniu.

Dlaczego PiS zmienia historię, której tak wielu nam zazdrości?
Myślę, że PiS składa się w większości z ludzi, którzy byli w trzecim szeregu lub jeszcze dalej. Jest tam też sporo ludzi, którzy działali w PZPR, potem niektórzy także w strukturach horyzontalnych próbowali zdemokratyzować PZPR. W otoczeniu Kaczyńskiego i Dudy są po prostu ci sami oportuniści, to kiedyś nie byli ideowi komuniści. Ten oportunizm decyduje także dzisiaj.

Jak to możliwe, że partia, która ma w swoich szeregach tylu post-PZPR-owców, ma na sztandarach dezubekizację i dekomunizację?
Tacy ludzie są najbardziej lojalni, bo mają interes w popieraniu władzy. Tam jest też inny ironiczny punkt: połączenie prawa i sprawiedliwości, gdzie rzeczywiście ta racjonalność formalno-prawna i ta racjonalność substancjalna systemu wartości często są w napięciu. Tylko że nie należy niszczyć prawa, tylko dopasować je tak, aby realizować wartości.

PiS jest niecierpliwy, nie szanuje rządów prawa, demokracji. Dla mnie poruszająca jest obojętność młodego pokolenia i ta potworna demoralizacja, jakby ich to, co się dzieje, nie dotyczyło.

Często się mówi, że ta obojętność młodych, to największy grzech elit III RP, które nie potrafiły przekazać, jak ważne są wolność, demokracja, nie potrafiły stworzyć społeczeństwa obywatelskiego.
To cofnięcie się, niszczenie rządów prawa, demolowanie historii są moim zdaniem jednak tylko epizodem. Mam nadzieję, że PiS, który utrzymuje stabilność przez rozdawanie pieniędzy, potknie się na tym. Tak dobra koniunktura długo się nie utrzyma. Zdemoralizowani ludzie będą chcieli więcej dostać i przestaną w końcu głosować na PiS.

Prezydent chce obsadzić zajęte stanowisko I Prezesa SN. Czy to oznacza, że władza będzie dążyć do czystki w SN bez względu na orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości UE?
Wysyłają taki sygnał, ale zobaczymy. Unia to starannie obserwuje i ma mnóstwo narzędzi, także finansowych, żeby ukarać Polskę.

Świat jest zaskoczony tym, co dzieje się w Polsce.

Te działania, które są prowadzone, są absurdalne. Dziwię się tym bardziej, że tam są rozsądni politycy, którzy powinni reagować na niszczenie rządów prawa i demolowanie historii, przecież podejmuje się rozsądne działania w sferze infrastruktury czy rolnictwa. Dlatego to niszczenie państwa jest absolutnie irracjonalne.

Zresztą myślę, że prezydent Duda jest już bojkotowany przez polityków zachodnich, podobnie jak są bojkotowani inni politycy PiS-u. To musi minąć. Pamiętam bardzo dobrze czasy komunizmu, siedziałam zresztą wtedy w więzieniu, tamta władza była silna i miała silnych sojuszników, jak ZSRR. Dziś nawet w Rosji są zszokowani tym, co się dzieje w Polsce.

Najnowsze sondaże samorządowe pokazują, że w dużych miastach wygrają kandydaci niepisowscy, zazwyczaj z Koalicji Obywatelskiej.
To może być początek, bo pierwsza przegrana pociąga dalsze.

Nawet oportuniści idą za tymi, którzy są silniejsi. Szczęśliwie mamy jeszcze niezdemolowany system wyborów, oczywiście są tam nadużycia, ataki na opozycję, ale tu jestem optymistką, bo póki jest demokracja, to mamy możliwość korekty.

Barbara Nowacka ma związać swoją przyszłość z PO i Nowoczesną, co oznacza, że nie będzie w ewentualnie zjednoczonej lewicy. To dobry ruch?
Nie wiem, bo to zależy, jak to zostanie wyrażone programowo. Dla mnie jednak liczy się wizja przyszłości i połączenie elementów wartości i ścieżki dochodzenia. Nie wiem, jak Barbara Nowacka sobie z tym poradzi.

Na pewno integracja opozycji jest potrzebna. Generalnie lewica nie sprostała wyzwaniu, Nowoczesna również. Być może ta integracja i reorganizacja to zmieni.

Lewica ciągle jest w kryzysie?
Ta niewyrazistość lewicy wiąże się z autentycznymi różnicami. Lewicowość może oznaczać różne warianty. Mam nadzieję, że Barbara Nowacka chce czegoś więcej niż tylko wprowadzenia swoich ludzi do parlamentu.

Od trzech lat zdradzane są ideały tamtych lat, sprowadzając to święto do groteski…

Dzisiaj nie da się pominąć milczeniem 38 rocznicy Porozumień Sierpniowych. To taki dzień, taki czas, gdy w głowie mamy wszyscy tylko wspomnienia sprzed lat i ich brutalne zderzenie z tą Polską 2018 roku. Polską PiS-u.

Pamiętacie, jak to było? Najpierw ekipa rządząca Edwarda Gierka ogłosiła drastyczne podwyżki cen mięsa i wędlin. Reakcją na to były strajki w WSK PZL-Mielec, Zakładach Metalurgicznych POMET w Poznaniu i Przedsiębiorstwie Transbud w Tarnobrzegu. 16 lipca dołączył do nich Lublin i tutaj pojawiły się pierwsze żądania niezwiązane tylko z tymi podwyżkami. To był lipiec. 80 tysięcy osób w 177 zakładach pracy.

W połowie sierpnia zaczęły się strajki na Wybrzeżu i poszła fala, której ówczesne władze zatrzymać już nie mogły. Drogi dojazdowe na Wybrzeże zostały zamknięte, w telewizji i radiu szedł przekaz o nieoczekiwanych przestojach w pracy. Jednak w całej Polsce ludzie wiedzieli, co się dzieje. Wieści rozchodziły się lotem błyskawicy. Przez ciemne chmury, które wisiały nad Polską od 35 lat nagle przebiły się promienie słońca. Strach i nadzieja, niepokój i wiara, niedowierzanie i radość, niepewność, co przyniesie jutro… Cała paleta emocji. Kiedy wreszcie rząd przystąpił do rozmów ze strajkującymi, w Polsce stało już 350 zakładów pracy, a w grupie ekspertów, uczestniczących w negocjacjach, znaleźli się Bronisław Geremek, Tadeusz Morawiecki, Bogdan Cywiński, Tadeusz Kowalik, Waldemar Kuczyński, Jadwiga Staniszkis, Andrzej Wielowieyski.

31 sierpnia podpisano porozumienie. Rząd zgodził się na przyjęcie wszystkich 21 postulatów, w tym również na powstanie NSZZ „Solidarność”, pierwszej w krajach komunistycznych, niezależnej od władz, legalnej organizacji związkowej.

To było istne szaleństwo. Nieznajomi na ulicach uśmiechali się do siebie, ściskali. Każdy czuł, wiedział, że stało się coś, co odmieni nasze życie. To była prawdziwa jedności solidarność.

W 1981 roku Perfekt śpiewał: „Proza życia to przyjaźni kat, pęka cienka nić. Telewizor, meble, mały fiat: oto marzeń szczyt. Hej, prorocy moi z gniewnych lat, obrastacie w tłuszcz. Już was w swoje szpony dopadł szmal, zdrada płynie z ust”. Kto by wtedy pomyślał, że te słowa będą tak prorocze…

Dzisiaj mamy dwie uroczystości, odgrodzone od siebie murem wielkiej niechęci, wręcz wrogości. Dzisiaj władze państwowe i Solidarność świętują w swoim kółeczku wzajemnej adoracji. Dzisiaj, podobnie jak od trzech lat, zdradza się ideały tamtych lat, sprowadzając to święto do groteski…

Państwowe obchody to przede wszystkim pełne patosu przemówienie premiera Morawieckiego, który z uśmiechem na ustach i pełnym przekonaniem mówi, że to PiS i dzisiejsza „Solidarność” są spadkobiercami spuścizny z 1980 roku. Głosi, że to właśnie dzisiaj następuje wspaniały rozwój Polski, a i polityka społeczna to nic innego jak kontynuacja wartości, które leżały u podstaw Porozumień Sierpniowych. Oczywiście, nie zabrakło wspominek o samym sobie, bo przecież pan premier musi się dowartościować i psim obowiązkiem każdego obywatela jest dostrzeżenie i uznanie zasług Morawieckiego, który choć bardzo młody, dźwigał na swoich barkach odpowiedzialność za Ojczyznę jak nikt inny. Było też o Stoczni Gdańskiej, która po latach wróciła do państwa i za chwilę, za niebawem, stanie się potęgą. Pięknie nazwał ją „niechcianym dzieckiem III RP”, bo obchody obchodami, ale kampania wyborcza trwa i każda okazja dobra, by coś dla PiS-u ugrać.

Składanie kwiatów pod Bramą nr 2. Oficjele odgrodzili się od narodu policją, co powinniśmy już traktować jak normę. W końcu ta władza, mająca pełne usta dobrem obywateli, tak naprawdę boi się ich. Jednak czuje, że wielu Polaków takiego pustosłowia nie kupuje i stąd ta ochrona zwiększonych oddziałów służb porządkowych. Podczas uroczystości PiS słychać było okrzyki opozycji „Konstytucja”. Jednak to właśnie ten dzień, obchody tej rocznicy, uprawniają, wręcz żądają od ludzi, by wyrazili swoje niezadowolenie i wkurzenie na władzę, która depcze to wszystko, to, o co 38 lat temu walczono.

Oczywiście, tuż przed rozpoczęciem państwowej imprezki, organizatorzy ściągnęli z Bramy nr 2 portrety uczestników Sierpnia’80. Wprawdzie wśród fotek była i ta, przedstawiająca Lecha Kaczyńskiego, ale to mało istotne. Ważne, że powiesiła je opozycja. Ważne, że taki hołd wszystkim bohaterom tamtych dni, wręcz nie przystoi, bo PiS wie lepiej, kogo czcić, a kogo nie.

Swoje obchody zorganizowała część uczestników tamtych wydarzeń, z Lechem Wałęsą, Jerzym Borowczakiem, Bogdanem Borusewiczem, Henryką Krzywonos-Strycharską, Bogdanem Lisem i Józefem Przybylskim. Wraz z nimi oczywiście miasto Gdańsk i KOD.

Ech.. a to się porobiło. Buta kontra prawda. Kłamstwa kontra wiarygodność. Dwa światy. Jeden pełen fałszu, bawiący się rocznicą Porozumień Sierpniowych, wykorzystujący ją do realizacji własnych, brudnych celów politycznych. I ten drugi, wierny wartościom i idei Sierpnia’80. Znowu na ulicach walczący o to, by „Polska była Polską”.

Strajk w Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Lech Wałęsa z wózka akumulatorowego przemawia do zgromadzonych przy bramie nr 3. Sierpień 1980 r.

Waldemar Mystkowski pisze o pamięci premiera o wydarzeniach sprzed 38 lat.

Nie jest prawdą, że w naszej historii rodacy byli podobnie podzieleni jak dzisiaj. Prawda, różniliśmy się, co prowadziło do rokoszów i do tak spektakularnego zdarzenia, jak zamach majowy 1926 roku, który był w istocie mini wojną domową, ale nigdy Polak przeciw Polakowi nie występował w polityce z pozycji kłamstw rządowych.

W tej chwili mamy rząd ufundowany na fundamencie kłamstwa, a rządzącą partię na założycielskim micie katastrofy smoleńskiej, które w wydaniu PiS jest kłamstwem w każdym elemencie. Do czego takie kłamstwo prowadzi? Zawsze do jednego i obawiam się, że innego wyjścia dla naszego kraju już nie ma.

Wracam do zdarzenia, do którego nie doszło, ale pokazuje ono, jak kreowane jest kłamstwo. Mianowicie chodzi o tablicę pamiątkową ku czci braci Kaczyńskich, którzy jakoby przebywali wśród protestujących stoczniowców w 1988 roku i domyślnie przyczynili się do zrzucenia kajdanów reżimu komunistycznego.

Inicjatorowi tego kłamstwa – Karolowi Guzikiewiczowi – jeden z internautów wskazał właściwy adres i właściwą tablicę, mianowicie część ciała na cztery litery Jarosława Kaczyńskiego, w której „ma zostać odsłonięta tablica, upamiętniająca przebywającego tam Karola Guzikiewicza”. Cztery litery jeszcze raz pojawią się w tym felietonie, tym razem wprost.

Jakie kłamstwa funduje nam rząd, niech świadczy premier Mateusz Morawiecki, który w tej dyscyplinie bije wyśrubowane rekordy samego prezesa PiS. Portal Oko.press udowodnił mu rekord 5 kłamstw na 2 dwa wygłoszone zdania, a więc przeciętna 2,5 kłamstwa na jedno zdanie. Goebbels nawet nie zbliżył się do tak znakomitego rekordu.

Podczas uroczystości obchodów 38. rocznicy podpisania Porozumień Sierpniowych w Gdańsku wśród publiczności nie było nikogo ze znaczących postaci Sierpnia 80, a Morawiecki w swojej mowie nie zająknął się o Lechu Wałęsie, o którym słyszał cały świat, tylko nie Morawiecki. Za to wspomniał oczywiście o matce chrzestnej Annie Walentynowicz.

Kłamcy nie przekonują do siebie bohaterów, co precyzuje pomysłodawca zrywu strajkowego Sierpnia 80 Bogdan Borusewicz: – „Po stronie władzy nie ma znaczących postaci Sierpnia”. Kłamcy więc nie zagarniają do siebie prawdy o zdarzeniu, tylko tworzą kłamstwa polityki historycznej.

Władysław Frasyniuk odnosi się do kłamców na uroczystościach rocznicowych: – „31 sierpnia to dobry dzień, żeby powiedzieć tym wszystkim, którzy przebywali, pocałujcie nas w dupę.” A dla Wałęsy ma to, co przyznaje mu świat i historia: „Lechu, byłeś i pozostaniesz największym przywódcą we współczesnej historii Polski”.

Niestety, stoimy naprzeciw kłamstwa rządowego, które ubrało się w togę państwa, a to zawsze kończy się jednym – i najprawdopodobniej może nie być w którymś momencie innego wyjścia dla naszego kraju – rozlewem krwi. Straszne!

Wrogiem opozycji i Polski jest PiS. Nie walić w siebie, PiS należy znokautować i wydalić

Egoizm, bycie za wszelką cenę opozycją do liberalnej opozycji, sprzyjanie symetryzmowi, urazy, fochy, resentyment – to tylko niektóre symptomy tego zdumiewającego stanu, w który popada lewica.

Lewica popełnia historyczny błąd. Zamiast wznieść się na poziom patriotycznego obowiązku i przyłączyć do wspólnego frontu anty-PiS, a przynajmniej zjednoczyć się sama ze sobą, woli atakować pozostałą część opozycji i popadać w coraz większą śmieszność, elegancko zwaną pogubieniem.

Oczywiście cały ten wywód ma sens pod jednym warunkiem: uznania, że PiS przy pomocy gwałtu na konstytucji buduje w Polsce swoistą dyktaturę, przejmuje sądy, by zapewnić sobie nieograniczoną, odporną na jakikolwiek wynik wyborczy władzę, dąży do faktycznego Polexitu, o czym świadczy deklaracja Jarosława Gowina, że rząd może zignorować wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE. Jeśli uznajemy, że takie są fakty, to obowiązkiem całej opozycji jest zatrzymanie tego szaleństwa przy pomocy wspólnego frontu demokratycznego.

Czy lewica potrafi liczyć?

Jeśli tak jest – a uważam, że tak właśnie jest – uznać wypada, że lewica nie dorosła mentalnie do sytuacji, z jaką mamy w Polsce do czynienia po przejęciu władzy przez PiS w 2015 roku. Egoizm, bycie opozycją do opozycji, granie w tę samą polityczną grę, w jaką grało się w czasach działającej demokracji i przestrzegania reguł, sprzyjanie symetryzmowi, urazy, fochy, resentyment – to tylko niektóre symptomy tego zdumiewającego stanu. Przyznam, że nie spodziewałem się tego po formacjach niosących na sztandarach wolność, równość i braterstwo, mających w swoim portfolio wprowadzenie Polski do Unii Europejskiej, a także wieloletnie umacnianie demokracji w naszym kraju.

Tymczasem zamiast szukać swojego elektoratu, który dziś jest niepewny, odzyskać ten socjalny, który zagospodarował PiS, przedstawić spójną koncepcję ideową, czyli zająć się własnym pogubieniem, lewica woli szukać wroga tam, gdzie go nie ma, i na nim się koncentrować, odbierając całej formacji demokratycznej szanse na skuteczne pokonanie PiS. Przedstawia przy tym absurdalny argument, że współpraca w ramach wspólnego frontu mogłaby ją pozbawić tożsamości programowej. Pytanie: kto i po co miałby ją tego pozbawiać? Otóż nikt i po nic, bo formacje nielewicowe nie potrzebują wchłaniać lewicowych, a jeden plus jeden równa się dwa, a nie jeden. Argument, że PO wchłonęła Nowoczesną upada, bo przecież obie te formacje były już kiedyś jednym, a przynajmniej bardzo podobnym.

Ględzenie o „polskim Macronie”

Zamiast szukać porozumienia lewica woli snuć opowieść o nieistniejącym duopolu, czyli rzekomym POPiS-ie, który trzeba rozbić, jakby ta polityczna fatamorgana mogła stać się alibi dla własnej nieporadności czy nieskuteczności. POPiS-ie? Przecież partie są silne poparciem wyborców, czy zatem gdyby to lewica miała je na odpowiednio wysokim poziomie, to byłby duopol LewoPiS? Jedyny duopol, jaki dziś istnieje, to pęknięta na pół Polska. Po jednej stronie demokracja, a po drugiej dyktatura. A więc zamiast pójść za własnymi deklaracjami, że PiS rzeczywiście wyprowadza Polskę z kręgu cywilizowanych państw europejskich, lewica woli podtrzymywać mit „polskiego Macrona” i „trzeciej drogi”, żeby dzięki tym mirażom odzyskać utraconą świetność i znaczenie.

To samobójcza strategia. Niemal wszystkie sondaże pokazują, że opozycja zjednoczona ma realne szanse na sukces, a niezjednoczona może liczyć na zwycięstwo jedynie w marzeniach sennych. Od długiego czasu widać także, że notowania lewicy znacząco nie rosną, a głoszone przez jej liderów treści nie uwodzą wyborców na tyle, by dogonić choć na odległość spojrzenia najmocniejszą partię opozycyjną. To jednak nie przeszkadza działaczom i publicystom lewicowym snuć bajęd o wyjątkowej roli lewicy w czasach podłej zmiany, a najbardziej ekstrawaganckich ideologów pchać do proponowania współpracy z Jarosławem Kaczyńskim.

Nawiasem mówiąc, po tekście Rafała Wosia – bo o nim mowa – pewien mój znajomy zaproponował freudowską interpretację tej propozycji: że w gruncie rzeczy „dobra zmiana” jest wypartym lewicy. Innymi słowy, prawda o tym, że lewica chciałaby być taka jak PiS, została wyparta do nieświadomości i powraca teraz jako koszmar w różnych symptomach, a jednym z nich jest właśnie tekst publicysty „Polityki”. Jestem jednak pewien, że wszyscy temu zaprzeczą, ale przecież intelektualna zabawa nie boli. Podobnie jest z koronnym argumentem przeciwników jednoczenia się, że po ewentualnych zwycięskich wyborach nastąpi po stronie opozycji bratobójcza wojna, bo nikt nie ma pomysłu na Polskę po PiS. To klasyczne mydlenie oczy, ponieważ doskonale wiadomo, jaka ta Polska ma być: demokratyczna, praworządna, proeuropejska, szanująca konstytucję, wolna, tolerancyjna. I doprawdy nie trzeba wielkiego wysiłku, by domniemana koalicja PO-SLD tego dokonała.

„Zamilcz, piesku Platformy!”

Partia Razem – choć to wyświechtany żarcik – woli być osobno i nie tylko nie zamierza przyłączać się do żadnego anty-PiS, ale nawet z SLD nie wyobraża sobie koalicji, bo przy okazji podtrzymuje wizerunek formacji antykomunistycznej, która zarzuca starszym kolegom wspieranie Kościoła, ukrywanie tajnych więzień CIA czy romans ze znienawidzonym liberalizmem. Buduje swoją wycenianą w sondażach na kilka procent potęgę atakowaniem elit i inteligencji, które rzekomo gardzą docenionym przez PiS prostym człowiekiem, a na próbę rozmowy o jednoczeniu się opozycji reaguje histerią, która – przynajmniej w mediach społecznościowych – przybiera formę przedziwnych arlekinad typu „nie będziemy poddanymi Schetyny”, „PiS i PO to jedno zło”, „zamilcz, piesku Platformy” itp. Trudno uznać ten styl za wyraz dojrzałości politycznej, choć zastanawiać może, dlaczego atakując Schetynę nie podaje się kontrpropozycji wodza. Publicyści różnych wyznań wskazywali kiedyś na Rafała Trzaskowskiego, ale odkąd pojawił się ponadprzeciętnie komplementowany Patryk Jaki, kandydat PO na prezydenta Warszawy także stał się „be” w labilnej optyce opiniotwórczych mediów.

Zresztą obsesja na punkcie PO udziela się także w SLD. Zaostrzający retorykę Włodzimierz Czarzasty deklaruje wprawdzie, że kierowana przez niego partia nigdy nie zawiąże koalicji z PiS-em, ale jednocześnie to z Platformy i Nowoczesnej uczynił obiekty namiętnej niechęci. W jego przypadku jednak chodzi o kalkulację polityczną: sądzi, że przy pomocy takich zabiegów utrzyma pozycję trzeciej siły, zatrzyma tradycyjny elektorat, zyska ten socjalny odpływający od PiS, wprowadzi do Sejmu grupę posłów i obejmie wygodną funkcję języczka u wagi. Niezły plan, jednak nie na nadzwyczajne czasy, kiedy barbarzyńca paraduje bezwstydnie z kijem bejsbolowym, niszczy ustrój państwa, a realizm magiczny staje się rzeczywistością. Postkomuniści byli zdolni do rozmowy z „Solidarnością” przy Okrągłym Stole, to była wspólna mądrość tamtego pokolenia, której spodziewałbym się także po politycznych następcach. Jak słusznie zauważył Jan Ordyński, wiceszef Towarzystwa Dziennikarskiego: „Niech SLD pójdzie po rozum do głowy. Każdy musi trochę ustąpić. To nie jest czas na własne ambicje, fochy, strojenie min. Trzeba ratować Polskę”.

Biedroń i zasada rzeczywistości

Swój pomysł na ratowanie Polski ma Robert Biedroń, kolejny lewicowy lider, ikona „trzeciej drogi”, w którym wielu widzi „polskiego Macrona”. Wprawdzie dotychczas nie wypowiedział się jednoznacznie, czy porzuci Słupsk i będzie się ubiegał o posadę w Parlamencie Europejskim, nie przedstawił propozycji programowych, nie pokazał struktur swojej nowej formacji, w zasadzie nie wiadomo nawet, czy reprezentuje lewicę, czy jakiś nurt prowolnościowy nowego typu, ale za to głośno się odgraża, że niczym szeryf wkroczy na pole walki i zrobi wreszcie porządek ze wszystkimi. To kolejny symptom, który nazwałbym szlachetnym odklejeniem od rzeczywistości. Biedroń od lat jest znaną postacią, przy boku Palikota udało mu się tchnąć w życie publiczne ducha tolerancji, jednak od wielkości do groteski tylko jeden krok. Za miesiąc wybory samorządowe, za rok parlamentarne, proponowanie dziś kolejnej formacji opozycyjnej może spowodować jedynie jeszcze większe rozdrobnienie po tej stronie sceny politycznej, odebranie głosów zarówno Koalicji Obywatelskiej, jak i pozostałym partiom lewicowym. Jeśli jednak słuszny jest postulat, by zjednoczyć całą lewicę i stworzyć drugi blok opozycyjny, to warto zapytać, czy Zandberg, Czarzasty i Biedroń będą w stanie się ze sobą dogadać. Obawiam się, że może to być trudniejsze niż rozmowa ze Schetyną.

Dziś lewica, jeśli chce coś znaczyć, ma dwa wyjścia: zjednoczyć się ze wszystkimi, którzy uważają, że przeciwnik jest jeden i należy go pokonać, by móc budować nową Polskę – albo zjednoczyć się sama ze sobą, przestać atakować opozycję i zwartym blokiem dołączyć do wspólnej próby odsunięcia PiS od władzy. Trzeciej drogi nie ma.

Komisja Europejska już niedługo może mieć potężne narzędzie do dyscyplinowania państw członkowskich, łamiących unijne zasady. Chodzi o tzw. mechanizm warunkowości. – Sądzę, że zostanie przyjęty – mówi w rozmowie z Gazeta.pl specjalizująca się w prawie europejskim prof. Justyna Łacny z Politechniki Warszawskiej.

GAZETA.PL, ŁUKASZ ROGOJSZ: W wywiadzie dla tygodnika „Do Rzeczy” wicepremier Jarosław Gowin zapowiedział, że polski rząd najpewniej nie będzie respektować wyroku Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, o ile ten przychyli się do zawieszenia stosowania nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym.

PROF. JUSTYNA ŁACNY: Oczywiście słyszałam o tej wypowiedzi pana wicepremiera. Nie jest to jednak ocena prawna, lecz polityczna, być może nawet publicystyczna. Począwszy od lat 60. XX wieku konstrukcja prawa UE i europejskiego wymiaru sprawiedliwości zasadza się na pierwszeństwie stosowania prawa unijnego nad prawem państw członkowskich w razie kolizji norm prawnych pochodzących z tych dwóch porządków.

Kluczowe w tym przypadku są zatem kwestie polityczne, a nie prawne?

Tu właśnie leży istota problemu, który jak się wydaje sprowadza się do deklaracji członka rządu, że państwo członkowskie może nie chcieć respektować orzecznictwa Trybunału. Taka sytuacja nie jest jednak zupełną nowością. Z przepisów UE można wnioskować, co może się stać, gdyby taki scenariusz miał się zrealizować.

To znaczy?

Polski Sąd Najwyższy wniósł do Trybunału pytania prejudycjalne (art. 267 TFUE), dotyczące m.in. wykładni unijnej dyrektywy antydyskryminacyjnej, stosowanej wobec sędziów SN, przenoszonych w stan spoczynku na mocy uchwalonej przez Prawo i Sprawiedliwość nowelizacji ustawy o SN.

Pytanie prejudycjalne umożliwia sądowi krajowemu, który ma wątpliwości co do ważności lub wykładni przepisu unijnego stosowanego w zawisłej przed nim sprawie, zwrócenie się do Trybunału o ich rozstrzygnięcie. Po wniesieniu takiego pytania prawnego, sąd krajowy czeka na odpowiedź Trybunału, a gdy zostaje ona wydana, wraca do sprawy i wydaje rozstrzygnięcie uwzględniające dostarczone wskazówki.

Załóżmy, że Trybunał udzieli wykładni, którą uwzględni Sąd Najwyższy w wyroku rozstrzygającym sprawę, lecz wykładni luksemburskiej nie będzie przestrzegał rząd. Wówczas możemy mieć do czynienia z sytuacją, w której Komisja, czyli strażnik przestrzegania unijnych traktatów (art. 17 TUE), będzie mogła postawić Polsce zarzut naruszenia prawa unijnego i wszcząć postępowanie o naruszenie prawa UE (art. 258 TFUE).

Taka sytuacja byłaby precedensem w historii UE?

Z taką sytuacją mamy do czynienia niezwykle rzadko. Nawet Viktor Orbán, gdy toczył podobne spory prawne z Brukselą, w analogicznej sytuacji, która również dotyczyła sędziów, zrobił krok w tył i uszanował wyrok Trybunału. Jeśli w naszym przypadku dojdzie do podobnej sytuacji, a my nie zastosujemy się do wyroku Trybunału, będziemy niechlubnym wyjątkiem, państwem uchylającym się od poszanowania orzecznictwa luksemburskiego.

Proszę mnie dobrze zrozumieć, przestrzeganie prawa i orzecznictwa TSUE to nie jest coś opcjonalnego, co możemy zrobić albo nie, w zależności od własnego widzimisię i treści wyroków. W Unii – jak każde państwo członkowskie – mamy swoje obowiązki i uprawnienia. Przestrzeganie i stosowanie powszechnie obowiązującego prawa UE jest naszym podstawowym obowiązkiem, fundamentem obecności Polski we UE, na który zgodziliśmy się 14 lat temu, przystępując do tej organizacji.

Co chwilę słyszymy o kolejnych bojach polskiego rządu z Komisją Europejską, Trybunałem czy europarlamentarzystami. Jak poważna jest obecna sytuacja?

Sytuacja jest bardzo poważna, bo nie zapominajmy, że wobec Polski toczy się również postępowanie z art. 7 Traktatu o Unii Europejskiej, dotyczące naruszenia praworządności. Komisja widzi podobieństwo problemów i można zakładać, że jest coraz bardziej poirytowana postawą Polski jako państwa członkowskiego, które ciągle kwestionuje konieczność wykonywania swoich obowiązków, wynikających z członkostwa w UE.

To sytuacja precedensowa, bo pamiętajmy, mówimy o słowach wicepremiera polskiego rządu. Mam nadzieję, że pan premier Morawiecki i pozostali członkowie jego gabinetu zdystansują się od tej wypowiedzi. Jestem też ciekawa, jak do tej sprawy odniesie się polskie MSZ, bo te słowa z pewnością nie przejdą niezauważone w Brukseli.

Załóżmy, że nakreślony przez wicepremiera Gowina scenariusz wchodzi w życie. Trybunał wydaje wyrok nie po myśli polskiego rządu, polski rząd go nie respektuje, wobec Polski zostaje wszczęte kolejne postępowanie przed Trybunałem, Polska je przegrywa i zostają na nią nałożone kary. Czy polski rząd może odmówić ich zapłaty?

Odpowiedź jest prosta: nie może. W przypadku, gdy ukarane państwo członkowskie odmawia zapłacenia nałożonych przez Trybunał kar finansowych, są one potrącane z puli środków, które takie państwo otrzymuje z Unii w ramach wspólnej polityki rolnej i polityki spójności.

Przecież polskie władze muszą o tym wiedzieć. Dlaczego zatem idą na otwartą wojnę z Brukselą?

Bo wspomniane kary nakładane przez Trybunał (art. 260 TFUE) nie są wcale najdotkliwszą z sankcji, które mogą spotkać Polskę. O wiele groźniejszy, z punktu widzenia niepokornego państwa członkowskiego, jest tzw. mechanizm warunkowości, nad którym w Unii trwają obecnie zaawansowane prace legislacyjne.

Dla Polski jest groźniejszy od sankcji finansowych nakładanych przez Trybunał, które Komisja Europejska może sobie w dodatku sama odbierać?

W mojej ocenie mechanizm ten może być znacznie dotkliwszy. Jest to nowy instrument prawny, zapewne tworzony na potrzebę takich państw członkowskich jak Polska. Umożliwia on Komisji Europejskiej wstrzymanie wypłaty środków z tytułu wspólnej polityki rolnej i polityki spójności, dopóki skonfliktowane z Brukselą państwo członkowskie nie rozwiąże u siebie problemów z praworządnością.

Nie chodzi w tym przypadku o kilkadziesiąt milionów euro kary, jak w przypadku kar nakładanych przez Trybunał, tylko całkowite zatrzymanie przepływu transferów finansowych z Brukseli. Nie muszę chyba mówić, co to może oznaczać dla tysięcy rolników czy realizacji inwestycji infrastrukturalnych, które są możliwe tylko dzięki dofinansowaniu z Unii.

Czyli wracamy do tematu powiązania funduszy unijnych z praworządnością, co wielokrotnie krytykowali przedstawiciele polskiego rządu. Jakie są szanse na wprowadzenie w życie tego mechanizmu?

Moim zdaniem bardzo duże. Powszechnie wiadomo, że procedura z art. 7. TUE, zwana w kręgach dyplomatycznych „opcją atomową”, jest uznawana za nieskuteczną, ponieważ wymaga jednomyślności. Wystarczy, że państwo członkowskie, przeciwko któremu toczy się postępowanie pozyska jednego sojusznika i cała procedura rozsypuje się jak domek z kart.

Mechanizm warunkowości będzie bardziej efektywny?

Niewątpliwie, chociażby dlatego, że do przyjęcia rozporządzenia, które go ustanowi, potrzebna jest większość kwalifikowana w Radzie Unii Europejskiej, a nie trudna do osiągnięcia jednomyślność. W lipcu 2018 roku projekt rozporządzenia ustanawiający ten mechanizm został pozytywnie zaopiniowany przez Europejski Trybunał Obrachunkowy. Sądzę, że mechanizm ten zostanie przyjęty.

Skąd to przekonanie? Nie tylko Polska przeciwko niemu protestowała.

Proszę na to spojrzeć z innej perspektywy. Komisja Europejska musi mieć narzędzia reakcji wobec państw członkowskich. Chodzi tu również o ochronę wiarygodności Komisji jako instytucji UE. Podobną optykę przyjmują państwa członkowskie, które wywiązują się ze swoich obowiązków traktatowych, obserwując państwa kwestionujące spoczywające na nich zobowiązania.

Jeśli scenariusz, o którym mówimy zmaterializuje się, jak mocno zmieni to sytuację prawną Polski w ramach Unii?

Zdziwię pana, gdyż z punktu widzenia prawa UE, wyjąwszy ewentualne ustanowienie mechanizmu warunkowości, niewiele się zmieni. Sprawy, o których teraz rozmawiamy, dzieją się w sferze pozaprawnej, politycznej. Nie zapominajmy jednak przy tym, że właśnie teraz toczą się negocjacje budżetowe, dotyczące perspektywy budżetowej 2021-2027.

Jeżeli faktycznie rząd zrobi to, co zapowiedział wicepremier Gowin i będzie ignorował dorobek prawny UE, to niewątpliwie może to wpłynąć na naszą pozycję negocjacyjną. A co się robi w negocjacjach z niepoważnym partnerem? Ignoruje, unika, a przede wszystkim nie słucha i nie uwzględnia jego interesów. Tak może wyglądać sytuacja, w której ktoś chce być członkiem klubu tylko dla płynących z niego korzyści, a gdy trzeba wypełniać zobowiązania – w najlepszym razie ociąga się.

Odkąd wypowiedź wicepremiera Gowina ujrzała światło dzienne, temat tzw. polexitu wrócił z siłą większą niż kiedykolwiek, bo wszystko układa się w logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy.

Nie lekceważę zagrożenia polexitem, bo to bardzo poważny i niebezpieczny scenariusz, który właśnie zawisł nad nami. Tylko jestem niezmiernie ciekawa, co pomyślą i powiedzą Polacy, gdy okaże się, że mamy poważne i realne zagrożenie wyjściem z Unii Europejskiej. Nie jestem socjologiem, ale nie trzeba nim być, żeby stwierdzić, że nasi rodacy są zwolennikami członkostwa w Unii, bo na swoim własnym przykładzie i przykładzie swoich bliskich widzą realne i wynikające z tego korzyści. Wspomnijmy tylko swobody rynku wewnętrznego, dzięki którym możemy bez żadnych ograniczeń przemieszczać się po terenie wszystkich państw członkowskich, kupować zagraniczne towary, sprzedawać własne, przewozić je, podejmować prace, świadczyć usługi, korzystać z usług zagranicznych, uczyć się czy inwestować.

W ostatnich latach procent euroentuzjastów zaczął u nas powoli spadać.

Ma pan rację, ale proporcja wciąż jest na korzyść sympatyków Unii. Zresztą nie mówimy tu o euroentuzjazmie, ja też go nie wyznaję, tylko o rozsądnym podejściu do naszej przyszłości jako dobrze rozwijającego się państwa położonego w Europie Środkowej: czy chcemy być w klubie UE, czy też poza tym klubem. Nie bądźmy przy tym naiwni, że uda nam się w ramach tego klubu uzyskać specjalny status. A jeśli zdecydujemy, że chcemy być poza tym klubem unijnym, to co w zamian? Z kim i na jakich zasadach chcemy związać swoją przyszłość? Wokół jakich wartości? Za jaką cenę? Jak w tym układzie będzie wyglądała nasza gospodarka? Będziemy samotną wyspą czy stawiamy na współpracę regionalną? Łatwo się obrazić i niczym rozkapryszone dziecko zabrać wiaderko, łopatkę i zagrozić opuszczeniem piaskownicy. Pytanie tylko: co dalej? Ja obecnie odpowiedzi na to pytanie nie znam. Nie widzę też w kręgach rządowych pogłębionej refleksji na ten temat.

* dr hab. Justyna Łacny, prof. PW – profesor nadzwyczajny na Wydziale Administracji i Nauk Społecznych Politechniki Warszawskiej; autorka publikacji z zakresu prawa instytucjonalnego i gospodarczego Unii Europejskiej

Wielu sądzi, że Kościół zamiast zająć się sprawami pomocy potrzebującym, nadmierną wagę przywiązuje do spraw seksu czy aborcji. Taki niestety będzie obraz Kościoła, dopóki moralizatorstwo i chęć wpływania na ustawy, a więc codzienne życie społeczne, nie ustąpią przed rozliczeniem się z własnych nadużyć.

Trwają przygotowania do chrztu. W niewielkiej salce przy kościele w środku Warszawy młody, wykształcony ksiądz pyta rodziców i przyszłych rodziców chrzestnych: – Co powinna zrobić żona w sytuacji, w której mąż zapomniał, że umówili się pojechać wieczorem do sklepu po meble, a zamiast tego poszedł na imieniny do kolegi, upił się i po powrocie do domu domagał się seksu?

Nagle powietrze robi się gęste, wszyscy milczą zaskoczeni pytaniem. Ciszę przerywa pewny siebie ksiądz: – Kobieta nie może się obrażać, strzelać focha. Ma się oddać mężowi i koniec! – wykrzykuje. Niestety, nikt z obecnych się nie odzywa, ale ksiądz najwyraźniej czuje się jak ryba w wodzie i powodów do zaprotestowania przeciwko jego słowotokowi jeszcze przybywa. Kolega szepcze mi tylko do ucha: – Czy on nie wie, na czym polega gwałt?

Inny obrazek:. Do grupy znajomych – kilkunastolatków przesiadujących popołudniami na ławeczkach warszawskiego osiedla – przysiada się ksiądz, brat-łata, rozmawia o życiu, przełamuje bariery, wczuwa się, zwłaszcza w sprawy tych, którym z różnych powodów jakoś trudniej. Zaprasza do Kościoła. Podczas mszy nawiązuje kontakt wzrokowy, a nawet palcem wskazującym zaprasza do zakrystii, potem – do swojego mieszkania.

Po pewnym czasie, nagle ksiądz znika z parafii. Dowiaduję się, dlaczego: został przeniesiony przez zwierzchników gdzie indziej. Okazało się, że jego pasją było seksualne życie chłopców. Podczas długich pogawędek na plebanii albo przez telefon wypytywał o ich pragnienia, doświadczenia, filmy porno, masturbację; zachęcał do spowiedzi w wygodnym fotelu. Potrafił – niby po przyjacielsku – dotknąć ręki, uda. Wszystko się skończyło, gdy pewnego dnia przypadkiem zdemaskowała go matka jednego z chłopców i natychmiast zrobiła raban proboszczowi.

Księdza przeniesiono do innej parafii. To część schematu postępowania w podobnych przypadkach – stała praktyka ukrywania skłonności „problemowych” księży. Czasem nieudolna: dwóch moich przyjaciół pochodzących z różnych miejscowości spotkało w szkole tego samego księdza pedofila. Wszyscy wiedzą, dlaczego zmienił miejsce zamieszkania i pracy.

Trzeci i ostatni przykład. Księdzu, który chodzi po kolędzie, otwierają drzwi trzydziestoletni narzeczeni. Gość od progu jest wyraźnie oburzony. Przez całą wizytę tłumaczy narzeczonym, którzy niebawem się pobiorą w Kościele, że w gruncie rzeczy – skoro mieszkają razem, a zatem grzeszą – to już są w piekle i nawet dzieci nie odkupią ich win. Narzeczeni są w szoku. Nie wiedzą, jak postępować z młodszym od siebie, zasadniczym i kategorycznym księdzem. Po roku, dwóch nadal trudno im uwierzyć w to, co usłyszeli, i pogodzić się z tym, że sami mocno nie zaprotestowali. Przecież prawo kanoniczne mówi jasno, czym są duszpasterskie wizyty – ksiądz powinien „uczestniczyć w troskach wiernych, zwłaszcza niepokojach i smutku”, „umacniać ich w Panu, jak również – jeśli w czymś niedomagają – roztropnie ich korygować”. Nie gromić i straszyć wiecznym potępieniem…

Piszę o tym wszystkim, czytając kolejne informacje o skandalach seksualnych w Kościele: niedawno wyszło na jaw tuszowanie molestowania przez biskupów z Chile; potem poznaliśmy raport o przez ostatnie 70 lat; za sprawą wizyty papieża Franciszka w Irlandii odżyły wspomnienia o winach Kościoła w tym kraju. Słowa Benedykta XVI, który mówił, że „Kościół nie jest wspólnotą doskonałych, lecz grzeszników, którzy powinni uznać, że potrzebują miłości Boga, że potrzebują bycia oczyszczonymi przez krzyż Jezusa Chrystusa” brzmią dziś szczególnie mocno. Bo w tym  – także naszym, Polskim – Kościele katolickim w codziennych sytuacjach oprócz prawdziwych duszpasterzy spotykamy ludzi niedojrzałych, nieprzygotowanych do pełnionej roli, a nawet przestępców, którzy mogą skrzywdzić nasze dzieci.

Nawet rozprawienie się z problemem  (którego jeszcze nawet nie zaczęliśmy) nie zmieni faktu, że w sprawach seksualności i Kościoła skandal goni skandal: gdy słyszymy lekcje o seksie małżeńskim w przykościelnej salce, gdy spotykamy księdza pedofila na ławeczce w parku czy wtedy, gdy we własnym domu gościmy pozbawionego empatii moralizatora w sutannie. Ktoś przecież tych ludzi wykształcił, zakonserwował w niedojrzałości, poczuciu władzy, przyzwolenia na seksualną przemoc i bezkarności, a potem wyświęcił. Nawet papież określa problem jako systemowy, a więc tak samo jak kilkanaście lat temu dziennikarze „Boston Globe”.

Niedawno zmarła Olga Krzyżanowska mówiła o Kościele, że „zamiast zająć się sprawami pomocy potrzebującym, nadmierną wagę przywiązuje do spraw seksu czy aborcji. To niepoważne”. Taki niestety będzie obraz Kościoła, dopóki moralizatorstwo i chęć wpływania na ustawy, a więc codzienne życie społeczne, nie ustąpią przed rozliczeniem się z własnych nadużyć.

>>>

Sytuacja Polski jest poważna, a gdy PiS zignoruje wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE będzie tragiczna, a w dłuższej perspektywie śmiertelna dla Polski.

Earl drzewołaz

Zbliża się rocznica podpisania Porozumień Sierpniowych. W Gdańsku „Solidarność” przygotowuje uroczyste obchody tego dnia, a udział w nich weźmie również Mateusz Morawiecki. Przy tej okazji postanowiono zorganizować konferencję, na której zostaną omówione działania, związane z rozwojem Stoczni Gdańsk, która została wykupiona z rąk Taruta przez państwową Agencję Rozwoju Przemysłu.

Przypomnijmy, że sprywatyzowanie stoczni uratowało ją przed likwidacją, związaną z przyjmowaniem niedozwolonej pomocy publicznej. Sprawą zajmował się wówczas Andrzej Jaworski z PiS, który był pełnomocnikiem prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Przejęcie stoczni przez Tauruta nie zakończyło jednak problemów. Spółka znalazła się na skraju bankructwa, ponosiła wielomilionowe straty, a z trzytysięcznej załogi pozostało raptem sto osób.

Jedynym ratunkiem było jej wykupienie. Przy aktywnej pomocy zakładowej „Solidarności”, stocznia wróciła w polskie ręce. Koszt jej wykupu objęty jest tajemnicą.

Wydaje się, że na chwilę obecną nie ma pomysłu na stocznię. Wprawdzie, jak mówił „Wyborczej” Roman Gałęzewski, przewodniczący stoczniowej „Solidarności” „Pojawia się perspektywa rozwoju. Pomysł na…

View original post 1 207 słów więcej

Jarosław Kaczyński był nikim

Dzisiaj w „Gazecie Wyborczej” można znaleźć fragmenty rozmów, które prowadził z Jarosławem Kaczyńskim Tomasz Grabowski. (Fragmenty Wojciecha Maziarskiego „Nikt nie pilnuje PiS-owskiego zoo”)

W 1994 roku politolog na Uniwersytecie w Berkeley pracował nad doktoratem o polskiej prawicy. Jarosław Kaczyński był wówczas szefem Porozumienia Centrum i chętnie dzielił się z naukowcem swoimi refleksjami na temat stanu ówczesnej polskiej polityki. Rozmowa przebiegała w miłej, życzliwej atmosferze, więc przewodniczący PC pozwolił sobie na sporą dawkę szczerości.

Jakże inaczej niż dzisiaj, Jarosław Kaczyński oceniał rolę swojego brata i swoją w ówczesnej „Solidarności”. Przyznał, że ich pozycja była bardzo słaba i gdyby nie wprowadzenie stanu wojennego to zarząd zapewne pozbawiłby ich funkcji doradców. Wspominał, że W 1982 roku próbowaliśmy się przebić do kierownictwa z Dornem, bo mieliśmy taką optymistyczną wizję, że w jakimś sensie na naszym stanęło i może teraz my się staniemy tymi głównymi mózgami. To zakończyło się kompletną plajtą, zresztą tak jak i inne próby przebijania się do decydujących grup. Nie ukrywał też, że jego brat, Lech, był tylko zastępcą Wałęsy do spraw związkowych, a drugim najważniejszym człowiekiem, właśnie po Wałęsie, był Bronisław Geremek.

Bardzo żałował, że nie znalazło się dla niego miejsce w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. Jak twierdził z pewnych względów – nie ukrywam – ambicjonalnych wydawało mi się, że być w pierwszym rządzie niekomunistycznym to jest w jakimś sensie zapisać się w historii”.

O Janie Olszewskim mówił, że nie był w stanie być premierem rządu koalicyjnego, bo wtedy nie byłby zbawcą ojczyzny. Ci ludzie z pokolenia ’56 są ambitni na poziomie, który określić trzeba jako maniakalny”Padło też kilka słów o Antonim Macierewiczu, który według niego „miał wodzowskie zacięcie bez wodzowskich kwalifikacji. On jest człowiekiem na pewno zdolnym i sprawnym, i – żeby było jasne – nieprzeciętnym, ale nie ma kwalifikacji Piłsudskiego, a wyraźnie chciał być Piłsudskim. Dostało się też jego własnej grupie politycznej, którą podsumował krótko – Całe to ówczesne PC to był straszliwy zoolog, ogród zoologiczny. Dziwne zbiorowisko. Dużo tam wtedy było środowisk skrajnych, integrystycznych katolików, ludzi o uogólnionej pretensji do świata, także trochę ludzi niezupełnie zdrowych na umyśle”.

Jeśli przypomnimy kolejną wypowiedź Kaczyńskiego, która padła w tej samej rozmowie – „W 1981 r. bardzo mi się nie podobała koncepcja Macierewicza wciągnięcia ludzi z awansu solidarnościowego, na ogół proweniencji półinteligenckiej. A w 1989-90 r. ją przyjmowałem. Sądziłem, że ta grupa, dużo bardziej przesiana, może być bardzo pożyteczna. I w jakiejś mierze to się spełniło” to łatwiej nam zrozumieć, skąd w jego otoczeniu wzięli się tacy ludzie jak Pięta, Piotrowicz, Kuchciński, Suski, Tarczyński, Pawłowicz i wielu, wielu innych. Jak widać, nie ma tu żadnego przypadku i żadnej wiary w możliwości intelektualne własnych ludzi. Jest po prostu zwykła, czysta kalkulacja i dbałość, by otoczyć się tylko tymi, którzy będą posłuszni i ślepo prezesowi podporządkowani.

Wydaje mi się, że każdy Polak, szczególnie ten, który bezkrytycznie wierzy w każde słowo Jarosława Kaczyńskiego, powinien zapoznać się z treścią rozmowy z Tomaszem Grabowskim. Może wreszcie otworzą mu się oczy i zrozumie, jak jest manipulowany i okłamywany. Może zrozumie, że prezes Kaczyński odwraca kota ogonem i tworzy mit wielkości swojej i brata, zupełnie nie podparty faktami. Może dotrze do niego, że nie warto stawiać na takiego polityka?

Zawsze uważałem, że J Kaczyński w gruncie rzeczy pogardza swoimi wyborcami, ale jeszcze bardziej członkami własnej partii mając ich za idiotów. Nie sądziłem, że aż tak.

4 czerwca 1989 r. – wielki dzień wolnych ludzi…

Ciemnogród PiS w walce z Polską i Polakami, w tym z Wałęsą

Beata Szydło to premier na miarę Brzeszcz, kompletnie zagubiona w polityce. W istocie jest tarczą, za którą się broni Jarosław Kaczyński. Słowa Szydło o prezydencie Francji Emmanuelu Macron – iż życzy dobrze Polakom, zasługują na coś więcej – świadczą o kompletnym jej pogubieniu się i spełnieniu obaw Władysława Bartoszewskiego.

Podkreśla to Jarosław Kuźniar, iż PiS stać na tylko na takie dyplomatołectwo.

Na obecną polską politykę trzeba spojrzeć jeszcze inaczej. PiS nie uprawia demokracji polegającej na grze i przesadnym podkreślaniu ichniego („naszego”), a ignorowaniu, pomniejszaniu konkurentów politycznych.

PiS stanął po stronie zła, jakkolwiek brzmi to mitycznie. Po stronie ciemności – we wszystkich imponderabiliach – w Polsce mającego swoją semantyczną tradycję – Ciemnogród.

Ten Ciemnogród PiS walczy z tym, co najlepsze, do takich należy walka z legendą Lecha Wałęsy. Zbliża się rocznica Sierpnia, więc gęby PiS plują i opluskwiają jedną z największych postaci w naszej historii.

Poseł PiS Janusz Śniadek powiedział, że Lech Kaczyński jest symbolem „Solidarności”, a nie Wałęsa. Toż tak może wyrażać się tylko idiota.

„Śniadek wspisuje się w obóz idiotów” – mówi nam Bogdan Lis, legenda opozycji, sygnatariusz Porozumień Sierpniowych.

Jeden z najwybitniejszych historyków i znawców PRL –  post prof. Andrzeja Friszke o Prezydencie Lechu Wałęsie.

Wiceszef „Wyborczej” Jarosław Kurski publikuje na Twitterze.

Prof. Joanna Penson: Piszę do Pana, bo nie mogę czekać. Mam 96 lat, jestem u kresu. Wzywam Pana do zaprzestania ataków na LW. #MuremzaWałesa

Fragment listu dzielnej i zasłużonej prof. Joanny Penson do Prezesa ws. Wałęsy. „Byłam w Stoczni przez cały strajk, ale Pana nie spotkałam”.

Ciemnogród nie popuści. W historii zawsze jednak zwycięża rozum i jego światło, bo taki jest sens świata. Wałęsa ma naczelne miejsce w historii.

Ale co Kaczyński i jego hufce ciemności poplują – to ich.

Post Navigation