Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Stanisław Walczak”

PiS zagraża samorządności

„Gdyby nie tamten czerwiec, nie byłoby wolnej Polski, ale nie byłoby także wolnej Polski, silnej Polski, gdyby nie silne samorządy. Dzisiaj nasza władza, nasze prerogatywy są przez cały czas naruszane przez rządzących, a tym samym naruszone są prawa obywateli, którzy mieszkają w naszych małych ojczyznach. My się w temu w sposób jasny chcemy sprzeciwić. Chcemy Polski solidarnej, samorządnej i o to walczymy i stąd nasze 21 bardzo ważnych postulatów. I właśnie dlatego że przyszłość samorządów w naszej ocenie jest dzisiaj zagrożona, chcemy się również włączyć w najbliższe wybory” – stwierdził prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski. Podczas gdańskiego spotkania samorządowców z całej Polski zaprezentowanych zostało 21 tez, zawierających propozycje zmian dotyczących funkcjonowania samorządów.

Samorządowcy domagają m.in. pełnego prawa do decydowania o całokształcie spraw lokalnych, budowy społeczności lokalnej solidarnej i otwartej, przeciwdziałania wykluczeniom, przekształcenia Senatu RP w Izbę Samorządową, zniesienia odgórnego ograniczenia kadencyjności, obowiązkowych konsultacji z samorządami i społecznością lokalną wszystkich projektów ustaw, zwiększenia nakładów na edukację (w tym godne pensje nauczycieli) i decentralizacji służby zdrowia. Chcą też samodzielności w ustanawianiu podatków lokalnych i możliwości prowadzenia działalności gospodarczej, by pozyskiwać „środki na projekty ważne dla mieszkańców”. Wśród postulatów znalazły się także: decentralizacja rozdziału funduszy unijnych, przekazanie społecznościom lokalnym mienia publicznego będącego dziś w dyspozycji agencji państwowych, likwidacja urzędu wojewody i przekazanie wszystkich jego zadań samorządowi województwa oraz odpolitycznienie mediów publicznych.

„Zasługujemy na lepszą Polskę, tylko że jej kształt w dużym stopniu zależy od nas, od nas samorządowców, od naszych mieszkanek i mieszkańców, więc pora na wypełnienie tej powinności i opowiedzenie się po stronie wartości, bo będziemy mieli taką Polskę, na jaką zasługujemy” – powiedziała prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz. Z kolei prezydent Sopotu Jacek Karnowski stwierdził m.in., że „nie możemy dopuścić, aby o rzeczach najważniejszych dla mieszkańców decydowała jedna słuszna partia” – „Gdy w ojczyźnie źle się dzieje, nie możemy milczeć, musimy działać. Jesteśmy samorządowcami, ale także obywatelami i Polakami. Los naszego państwa i naszego narodu nie może być nam obcy. My wiemy, że silny samorząd, to silne państwo, dlatego dziś, 4 czerwca, tu w Gdańsku zwracamy się do wszystkich, którym na sercu leży dobro Polski, którzy są gotowi bronić demokracji, szczególnie polityków, opozycji, o jedność i o pracę dla dobra naszej wspólnoty lokalnych, nas wszystkich, o akceptację tych 21 tez” – powiedział Karnowski.

Więcej >>>

Depresja plemnika

„Już po wyborach! Flagi unijne zniknęły z kancelarii prezydenta. Polska sercem Europy!!!” – podsumował jeden z internautów zdjęcia z dzisiejszej konferencji prasowej w Pałacu Prezydenckim. Ministrowie Kancelarii Prezydenta Krzysztof Szczerski i Błażej Spychalski stoją na tle wyłącznie polskich flag.

„Jakież to obrzydliwie przewidywalne…”; – „Polska – trzecia gospodarcza potęga świata, to po co UE-flagi, taki obraz lansuje teraz TVPiS”;

„Kuźwa człowiek myśli, że już niczym mnie nie zaskoczą i jak zawsze się mylę. Żenada to za mało powiedziane. Tak zachowują się tzw. elity PiS, a ich wpatrzony w nich lepszy sort wszystko łyka”; – „Pojawią być może na jesień na polecenie Naczelnika” – komentowali internauci.

A jak było przed wyborami do Europarlamentu? Nawet była premier Beata Szydło usiłowała dziennikarzom wmówić, że nie kazała usunąć flag unijnych z Kancelarii Premiera. Jak twierdziła zniknęły one tylko (!!!) z sali konferencyjnej. Cóż, po wyborach nie ma ich już w Pałacu Prezydenckim, czekamy więc…

View original post 2 180 słów więcej

 

Kaczyński nie chce żadnego pogodzenia

Lider Prawa i Sprawiedliwości jest nieprzejednany w swej zapiekłości i nie pozwala rządzącym na żadne gesty pojednawcze, wobec obozu opozycji – co ujawnia na łamach „Dziennika”, prawicowy dziennikarz Piotr Zaremba.

Pisze on, że tuż po tragedii w Gdańsku, „do pionu” przywołany został szef rządu Mateusz Morawiecki, który pragnął wyciągnąć rękę  do strony przeciwnej. Zamierzał wykonać jakiś przepraszający gest wobec opozycji, za zbyt ostry język – twierdzi Zaremba.

Premier chciał go wykonać wobec polityków PSL w Wierzchosławicach. Liderzy Prawa i Sprawiedliwości zjeżdżają tam rokrocznie, co w szeregach PSL nie jest dobrze widziane. Tym razem przemówienie Morawieckiego z założenia miało dość pojednawczy ton. Premier planował nawet zaprosić ludowców na uroczystości ku czci ich legendarnego lidera Wincentego Witosa.

Nie udało się, bo jak pisze Zaremba – powołując się na informacje od polityka PiS z centrali partii – z Nowogrodzkiej nadszedł sygnał: premier za nic nikogo ma nie przepraszać. I do tego polecenia Morawiecki oczywiście się zastosował. „Ta historia pokazuje, jak wąski jest margines swobody szefa rządu w kreśleniu własnej linii” – komentuje dziennikarz.

Depresja plemnika

W nawiązaniu do zaproszenia na spotkanie szef KPRM Michał Dworczyk rozesłał do klubów informację, czego konkretnie mają dotyczyć te rozmowy. Chodzi o zmiany legislacyjne przygotowane w resortach: zdrowia i sprawiedliwości. Zmiany te mają – jak pisze Dworczyk w liście do szefów klubów – „ograniczyć możliwość powtórzenia się gdańskiej tragedii”.

O czym premier chce rozmawiać z szefami resortów

Szef KPRM referuje w liście, że resort sprawiedliwości zaproponował trzy zmiany:

  1. Chce zaostrzenia odpowiedzialności prawnokarnej w przypadku przestępstw najcięższej kategorii: w stosunku do najpoważniejszych przestępstw przeciwko życiu, zdrowiu i wolności seksualnej, w stosunku do zorganizowanych grup przestępczych oraz za przestępstwa popełniane z niskich pobudek, np. nienawiści.
  2. Dodatkowo w przygotowanej przez ministra Ziobrę nowelizacji Kodeksu karnego zaproponowano zmianę dyrektywy sądowego wymiaru kary w taki sposób, aby wskazać w nim wprost okoliczności, które sąd ma wziąć pod uwagę przy wymiarze kary (np. niskie pobudki czynu, nienawiść). Okoliczności te będą miały wpływ na karę wymierzoną przez sąd.
  3. Ziobro proponuje również poszerzenie…

View original post 2 527 słów więcej

 

Kościół wspiera nacjonalizm narodowy, z tego może powstać dyktatura

– Brak słów. Łzy rozpaczy cisną się do oczu – w ten sposób ks. Stanisław Walczak wyraził sprzeciw wobec słów arcybiskupa Stanisława Gądeckiego. Arcybiskup stwierdził bowiem, że chrześcijanie są „najlepszymi obywatelami”.

Abp Stanisław Gądecki, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski w rozmowie z Katolicką Agencją Informacyjną  zastanawiał się co to znaczy być wolnym. W krótkiej wypowiedzi padło zaskakujące stwierdzenie:

Nie ma żadnej wolności wewnętrznej innej, która by była prawdziwie sprzeczna z chrześcijańską wolnością. Kto jest wolny jako chrześcijanin i nie poddaje się tym dążeniom przyziemnym tego świata, ten jest automatycznie najlepszym obywatelem Rzeczpospolitej.

Co ciekawe, chwilę wcześniej Gądecki mówił wcześniej, że należy wychowywać krytyczny rozum, czyli taki, który potrafi oceniać rzeczywistość i odpowiednio reagować na zewnętrzne sytuacje.

Wspomniana wypowiedź zaczyna się w 3:33 minucie:

Słowa Gądeckiego skomentował m.in. ksiądz Stanisław Walczak, emerytowany duszpasterz, który przez kilkanaście lat przebywał na misji w Zambii, a później w Niemczech. „Brak słów. Łzy rozpaczy cisną się do oczu. Gniew wzbiera, hierarcha tego formatu opowiada takie rzeczy” – napisał z żalem ksiądz. l

Ksiądz Walczak nie pierwszy raz komentuje bieżącą sytuację w kraju. W ubiegłym roku napisał list otwarty do prezydenta Dudy, po tym, jak ten powiedział o „dzieciach i wnukach zdrajców Rzeczypospolitej”. Gdy zaś Jarosław Kaczyński zarzucił Donaldowi Tuskowi „łamanie elementarnych zasad UE”, duchowny oznajmił, że prezes PiS „łże w żywe oczy”.

Obronność Polski powalona na łopatki przez PiS

>>>

Rozpoczynającemu się w środę szczytowi NATO towarzyszą – mimo dość rutynowej i przewidywalnej formalnej agendy – alarmistyczne komentarze po obydwu stronach Atlantyku. Dzieje się tak oczywiście za sprawą różnych wypowiedzi prezydenta Trumpa, który w ferworze krytyki europejskich sojuszników za niskie nakłady na obronę nazwał NATO szkodliwą organizacją. Jasne, że Donald Trump znany jest z ostrej i często przesadnej retoryki. Ale nie da się ukryć, że jest pierwszym prezydentem USA tak jawnie kwestionującym ukształtowany po II wojnie światowej i potem po upadku ZSRR światowy ład, którego NATO było i jest jednym z filarów. Zwłaszcza w Polsce i Europie Wschodniej musi budzić to najwyższy niepokój.

Co do zasady nie ma wątpliwości, że zamożni europejscy sojuszncy powinni płacić więcej na obronę narodową. Dawno temu przyjęto w sojuszu zasadę 2% PKB na obronę, jako sprawiedliwe rozwiązanie dla wszystkich. Niestety nie bylo ono przez większość krajów respektowane. Politycy USA mocno to podnosili długo przed Trumpem, bo z roku na rok udział USA w sojuszniczym wspólnym potencjale rósł. A Europa – zwłaszcza w kryzysie finansowym – wydatki obronne cięła.

Niemniej jednak najgorszym scenariuszem jest konflikt wewnątrz NATO, niezależnie od tego kto ma rację. Słabsze i podzielone NATO to mniej bezpieczeństwa dla Polski. Nie łudźmy się, że na gruzach NATO zbudujemy sobie eksluzywne relacje wojskowe z USA. Żeby to nie był ostatni szczyt NATO jakie znamy, potrzeba nadzwyczajnej odpowiedzialności przywódców Zachodu, na miarę perspektywistycznego spojrzenia twórców NATO i UE. Uznania, że sprawy bezpieczeństwa nie mogą być kartami przetargowymi w wojnach handlowych. Że NATO to także sojusz wartości. Ochrony demokracji, praworządności i praw człowieka. Oby taki duch towarzyszył obradom i konkluzjom.

Polska delegacja pojechała do Brukseli z najsłabszymi kartami od wejścia do NATO w 1999 roku. Zrujnowana przez PiS reputacja państwa prawa i polityka zagraniczna. Destrukcja armii za sprawą prezydenta Dudy i Macierewicza. Zahamowana modernizacja i czystki kadrowe. Nawet 2% PKB nie jest wykonywane, a rok 2018 pokazuje premedytację w oszukiwaniu przez rząd PiS NATO i opinii publicznej,ponieważ setki milionów złotych zostały po prostu przeniesione z budżetu MON do MSWiA. NIK ma gotowy temat do kontroli.

Sama polska delegacja jest też tak słaba jak nigdy dotąd. Prezydent, co do którego wszyscy wiedzą, że nie ma żadnej władzy. Jako jedyny polski prezydent przez 3 lata nie był przyjęty w Białym Domu. Minister obrony, który w ogóle nie zajmuje się resortem, a jego jedynym zadaniem jest zacieranie śladów po poprzedniku, fatalnym oszuście i mitomanie, który kompromitował Polskę w NATO i na arenie międzynarodowej. Minister spraw zagranicznych – eksperyment bez pozycji w rządzie i PiS (vide negocjacje izraelskie za jego plecami) oraz powołany tydzień temu nowy (trzeci już za PiS) szef Sztabu Generalnego. Strach pomyśleć, że taka ekipa reprezentuje Polskę w tak krytycznym momencie.

Wyniki szczytu trzeba będzie oczywiście odczytywać razem z efektami spotkania Trump-Putin w najbliższy poniedziałek. To też bardzo niedogodna sytuacja dla Polski. Uważnie śledźmy doniesienia z Brukseli i Helsinek.
I trzymajmy kciuki za NATO!

PiS bez skrupułów grabi Polskę

Brak skrupułów rządu PiS i powściągliwość u Tuska

Duchowny Stanisław Walczak na temat ustawy mającej zaostrzyć prawo aborcyjne w Polsce w kontekście postawy Kościoła.

Poseł Marcin Kierwiński i inni o wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego na temat przejmowania nielegalnie majątków.

Stanisław Lem był wielkim pisarzem i wizjonerem.Udało mu się nawet przewidzieć, że coś takiego jak PiS powstanie, a członkowie tej sekty będą dość charakterystyczni.😂

Bożena Chlabicz-Polak na koduj24.pl pisze o Godek.

Według PiS – nie ma takiego urzędu, resortu czy instytucji, którymi nie potrafiłby kierować absolwent podstawówki, a co dopiero anglistka Godek!

Na biedną Kaję Godek posypały się medialne gromy. Pismaki-lewaki wyszperały, że aktywistka firmująca kolejne ustawy „za życiem” dorabia w radzie nadzorczej spółki skarbu państwa, w firmie mającej do czynienia z „układami wtryskowymi” czy jakoś podobnie. Posada w sam raz dla dyplomowanej filolog angielskiej.

No, ale czy to wina pani Kai, że w edukacji człowiek jest skazany na klepanie biedy? A przecież już pod reżimem PO niektórzy humaniści dorobili się majątku, dostając za zasługi w walce z komunizmem intratne posady tam, gdzie płaci się realne pieniądze. Był, na przykład, taki jeden historyk, co został dyrektorem banku. I to od razu komercyjnego. I proszę – dał radę, śpiewająco!

Więc fala hejtu na Bogu ducha, a kobietom nakaz rodzenia zdeformowanych płodów winną panią Kaję to nic, tylko zawiść, że już nie wspomnę o porażającym chamstwie. Oj, nieładnie, zazdrośnicy, oj nieładnie… Przecież to wszystko legalnie wypłacone z budżetu!

Czyż nie po to była zresztą dokonująca się od dwóch lat „kontrrewolucja moralna”, żeby rewolucjoniści, dotąd tyrający za średnią krajową, teraz mogli żyć co najmniej tak godnie, jak liberały-aferały i ujadające lewactwo, co się nakradło wcześniej? Sam pan prezes był łaskaw wyjaśnić wreszcie tę kwestię, popierając stanowisko premier Szydło w kwestii nagród, a konkluzja tej wypowiedzi brzmiała: Się Należy!

To po prostu twórcze, na skalę wyborczego zwycięstwa, rozwinięcie znanej koncepcji autorstwa partii aktualnie rządzącej – znane bardziej w formie akronimu TKM. Nagroda za postawę, po prostu. Za skromność. Za pracowitość wreszcie, w dziele umacniania „zmiany”, która z definicji miała być dobra, ale wyłącznie – i to już było drobnym drukiem – dla jej (zmiany, znaczy) zwolenników.

Wobec powyższego kwalifikacje na wszelkie urzędy, stanowiska, rady i temu podobne też trzeba teraz mieć głównie moralne. A co do reszty, to w każdej spółce, urzędzie, ministerstwie i czego tam jeszcze nie poobsadzano zwolennikami partii władzy, zawsze znajdzie się jakiś niedobitek ze słusznie minionej epoki, fachowiec z dyplomem odpowiedniej uczelni, który to wszystko ogarnie. W czasach słusznie minionych mówiło się o takich „dobry fachowiec, ale bezpartyjny”, co znaczyło, że trudno, niech pracuje, bo ktoś musi, ale kariery finansowej to taki na pewno nie zrobi.

Dzięki temu w radach nadzorczych czego bądź mogą zasiadać – i zasiadają – całe zastępy takich państwa z państwa PiS. I to już reguła. Symbolem tego typu polityki kadrowej jest słynny pomocnik aptekarza z Łomianek. Pani Kaja i tak wyróżnia się na tle tego egzotycznego grona, bo się legitymuje dość przyzwoitym wykształceniem. Tymczasem w radach nadzorczych potrafią sobie doskonale radzić (zwłaszcza finansowo) także panie i panowie ledwie po maturze. A nawet i bez.

Partia aktualnie rządząca realizuje w ten sposób swoje obietnice wyborcze. Po pierwsze – następuje oto zapowiadana „wymiana elit”. Po drugie – uciera się nosa wykształciuchom i pokazuje im, gdzie ich miejsce. Bo – okazuje się – nie ma takiej dziedziny gospodarki, takiego urzędu, resortu czy instytucji – którymi nie potrafiłby kierować absolwent podstawówki! W końcu frakcja władzy dała suwerenowi słowo, że odtąd już państwo będzie świetnie zorganizowane. A – dla przypomnienia – dobrze zorganizowane państwo jest wtedy i tylko wtedy, kiedy – by zacytować klasyka – może nim sprawnie zarządzać nawet… kucharka.

No i jest jeszcze coś. Jak powiedział pan prezes w komentarzu do sprawy nagród w rządzie premier Szydło – zanim do Polski wróciła wolność, „nie takie majątki były przejmowane”. Teraz nastąpił więc czas wyrównywania tych rachunków. Z tym, że nie ma już mowy o żadnym uwłaszczaniu się pod stołem. Teraz pierwszego miliona już nie trzeba kraść. Wystarczy go sobie „uczciwie wypłacić z budżetu”!

„Najpierw pod pretekstem religijnym szczuje się i zniesławia ludzi. Później pod pretekstem kłamstwa, że plac ma służyć obronności, przejmuje się go i stawia pomniki, w tym brata. To budzi najwyższy niesmak” – powiedział Radosław Sikorski w TVN 24.

Sikorski dodał, że stawiając w całym kraju pomniki Lecha Kaczyńskiego, prezes PiS „nie zmusi Polaków do szacunku” wobec brata. – „Prezes Kaczyński używa brata do dzielenia Polaków i robi mu krzywdę. Były rzeczy, które Lech Kaczyński robił dobrze, jak stosunki z Izraelem czy Ukrainą” – podkreślił były minister spraw zagranicznych.

Odniósł się także do wysokich nagród dla ministrów rządu Beaty Szydło i jej samej. – „Myślę, że wszyscy jesteśmy zniesmaczeni kontrastem między tym, co mówili: „skromność”, „służba Polsce”, a tym, co robią, czyli czerpaniem szeroką garścią. To nie były de facto nagrody. Nagroda to jest coś, co ma uzasadnienie, a to był system drugich pensji. Sądzę, że tam puściły hamulce” – skonstatował Sikorski.

Przyznał, że w rządzie Donalda Tuska przyznano nagrody wiceministrom. – „Za wynegocjowanie pakietu energetyczno-klimatycznego i za sukces w sprawie największego w historii budżetu Unii Europejskiej dla Polski. To rzeczywiście wymagało nagród, bo to były wieloletnie negocjacje. Wyliczyłem, że gdyby koledzy z PiS-u byli tak długo w rządzie jak ja – 14 lat – to według tych stawek, które sobie płacą, wyszłoby milion złotych na osobę” – podsumował Radosław Sikorski.

„Projekt PiS w sprawie nieopublikowanych wyroków Trybunału Konstytucyjnego z 2016 r. jest zbędny, zaś zmiany zaproponowane w projekcie Prawa i Sprawiedliwości odnoszące się do procedury odwoływania prezesów sądów mają charakter iluzoryczny” – czytamy w opublikowanych dziś opiniach Sądu Najwyższego na temat tych projektów.

Zdaniem sędziów z SN, PiS-owski projekt ustawy o TK ma „wywołać przekonanie, że rozstrzygnięcia w powyższych sprawach nie były orzeczeniami TK w rozumieniu Konstytucji”. W opinii napisano, że „jest to założenie wewnętrznie sprzeczne”.

SN zwrócił też uwagę, że Komisja Europejska uznaje orzeczenia jako wyroki TK i zaleca ich opublikowanie. Niepotrzebna jest więc ustawa przygotowana przez PiS. Szydło, a potem Morawiecki na podstawie Konstytucji powinni opublikować orzeczenia Trybunału z 9 marca, 11 sierpnia i 7 listopada 2016 r.

W drugiej opinii Sąd Najwyższy odniósł się do projektu zmian ustaw o sądach. – „W większości mają one charakter iluzoryczny. Zakładane w projekcie zmiany nie eliminują zasadniczych zastrzeżeń konstytucyjnych wobec obecnego kształtu ustaw o Sądzie Najwyższym i sądach powszechnych” – czytamy w opinii.

SN zaznaczył też, że zaproponowane przez PiS zmiany nie realizują zaleceń Komisji Europejskiej, która wskazała m.in. na potrzebę wyeliminowania swobody decyzyjnej ministra sprawiedliwości w zakresie powoływania i odwoływania prezesów sądów oraz zmiany podjętych już decyzji. – „Omawiane zmiany w ogóle nie dotyczą zaś procedury powoływania prezesów i decyzji już podjętych” – podkreślono.

Ze stopnia starszego posterunkowego na sierżanta awansował jeden z policjantów, który podczas czerwcowej kontrmiesięcznicy wynosił, a później legitymował Władysława Frasyniuka. Podwyższono też pensję funkcjonariusza – z ok. 2,5 tys. zł do 3,1 tys. zł miesięcznie – twierdzi wp.pl.

– „To była nagroda za interwencję wobec Frasyniuka. Mógł sobie wybrać jednostkę, w której chce służyć i awansował na stanowisko dowódcy drużyny” – stwierdził informator wp.pl. Kolejny też mówi, że to nagroda i dodaje, że nie każdy funkcjonariusz miałby szanse na taki awans. – „Rzecz jasna w dokumentach nie będzie śladu, jaki był faktyczny powód awansu. Zawsze to można uzasadnić inaczej” – powiedział wp.pl. funkcjonariusz. No i „jak na zamówienie” – rzecznik Komendy Stołecznej Policji Sylwester Marczak zaprzeczył, że awans był nagrodą za interwencję wobec Frasyniuka.

– „Trzeba karmić dłoń, którą się podnosi na obywatela. Mam postawiony zarzut o naruszenie nietykalności funkcjonariuszy. Dwóch policjantów zeznawało. Być może to jeden z nich” – skomentował w rozmowie z wp. pl. Władysław Frasyniuk.

Waldemar Mystkowski pisze o pieniądzach PiS.

Nieprofesjonaliści, niedołędzy zawsze więcej kosztują. Wszak nie płacimy im za potrzebną pracę, ale za to, że szkodzą. PiS dzisiaj nas ogromnie wiele kosztuje, ale gdy zostaną odsunięci od władzy, koszty wzrosną jeszcze bardziej. Szkodnika zawsze trzeba poprawiać, mimo że zawyżone koszty za jego obecność już ponieśliśmy. To tylko sfera materialna, a gdzie duchowa, psychologiczna?

Wypadek Beaty Szydło może posłużyć za przykład, jak to wygląda i będzie wyglądało. Skasowany został samochód z kolumny konwojującej byłą premier na odpoczynek, przez rok grupa śledczych do niczego nie doszła, pobierała pensje i za nią, i wszelakie ekspertyzy zapłacono 154 tys. zł.
To jednak nie koniec, bo młody kierowca seicento nie godzi się być kozłem ofiarnym, aby za nim ciągnął się smród polityków, którym wystaje słoma z pantofli. Koszty procesowe znowu spadną na państwo.

Pod tym względem Szydło ma rację: – „Ministrowie i wiceministrowie otrzymywali nagrody za ciężką, uczciwą pracę i te pieniądze im się po prostu należały”. Może nie jest tak ciężko coś zepsuć – limuzynę rządową bądź prawo konstytucyjne i sądownictwo – ale ciężko jest prowadzić felerne śledztwo i ustanawiać felerne ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, sądownictwie, KRS i Sądzie Najwyższym.

Napracowali się. To jednak nie wszystko, bo rzeczywiste koszty przed nami. Nadszarpnięta została reputacja Polski, szkodnicy nie uzyskają adekwatnych pieniędzy z budżetu unijnego. Więc zasadne jest dzisiaj pytanie: Czy PiS zapłaci Polsce reperacje za swoje szkodliwe nieudacznictwo?

Jeden z funkcjonariuszy PiS Marek Suski przynajmniej potrafił się zachować. Gdy dowiedział się o nagrodzie, że została przelana z automatu, oddał ją: – „Poszedłem do banku i odesłałem – 31 tys. zł”. Dobrze wiedzieć, że w PiS działa automat, który przelewa szmal o takiej wysokości. Suski jest szefem gabinetu politycznego Morawieckiego ledwie trzy miesiące, a już automat mu przelewa. A przecież nie jest jakimś Stańczykiem, lecz zwykłą „kupą śmiechu”. Ile zatem automat przelewa bardziej zasłużonym szkodnikom, hę?

Po PiS zostaną do zapłacenia ogromne rachunki i ten startup: automat przelewający szmal na konto.

Kościół wspomaga PiS

Duchowny Stanisław Walczak o hierarchach Kościoła legitymizujących kłamstwa polityków PiS.

W październiku 2016 r. odbył się pierwszy „czarny protest”, w którym kobiety wyraziły swój sprzeciw wobec zaostrzenia ustawy aborcyjnej. W Poznaniu część uczestników przeszła pod biuro poselskie PiS, gdzie kilka zamaskowanych osób rzuciła race w stronę policjantów. Doszło do przepychanek, a funkcjonariusze wykazali się wielką nadgorliwością, okładając na chybił trafił obecnych w tym miejscu protestujących.

Prokuratura postawiła zarzuty nie tylko tym trzem osobom, ale i kolejnym, które brały udział w manifestacji, ale nie zostały ani zatrzymane, ani nawet wylegitymowane. Ciekawe, jakimi kryteriami kierowała się policja, wskazując właśnie na tych kilku uczestników? W jaki sposób wyłuskali z ponad półtoratysięcznego tłumu „winnych nadmiernej agresji” wobec funkcjonariuszy?

W akcie oskarżenia znajduje się tylko lakoniczna informacja, że „brały udział w zbiegowisku”, ale dziennikarzom Gazety Wyborczej udało się dowiedzieć coś więcej. Okazuje się, że dwie z tych osób same zgłosiły się na policję, by złożyć doniesienie na agresywne zachowanie funkcjonariuszy prawa, a trzecia miała być świadkiem, potwierdzającym wniesione zarzuty. Oczywiście prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa, a po interwencji sądu i tak sprawę umorzyła. Uznała bowiem, że policja działała legalnie i w pełni słusznie. Natomiast ci, którzy odważyli się złożyć skargę, zostali oskarżeni o napaść na policjantów. Zarzuca się im udział w nielegalnym zgromadzeniu, którego członkowie „wspólnymi siłami dopuszczali się gwałtownego zamachu na funkcjonariuszy policji wykonujących obowiązki służbowe”.

Oskarżeni nie przyznają się do winy, a Agnieszka Rybak–Starczak, adwokatka zatrzymanych, jest przekonana, że „Policjanci bez powodu zaczęli okładać pałkami osoby spokojnie demonstrujące na ul. Święty Marcin. Świece dymne były rzucane wcześniej przez niezidentyfikowane osoby z tłumu, ale moi klienci nie mieli z tym nic wspólnego (…) Policja zareagowała gwałtownie. Moim zdaniem dlatego, że wszystko działo się obok siedziby PiS. Zresztą w aktach sprawy znalazłam potem podziękowania za interwencję od posła PiS Tadeusza Dziuby”.

Prokurator Katarzyna Guźniczak, autorka aktu oskarżenia, niewiele ma do powiedzenia. Choć twierdzi, że akt oskarżenia powstał w oparciu o solidny materiał dowodowy, to jednak nie podaje żadnych szczegółów. Nie potrafi też powiedzieć, dlaczego tym właśnie tym trzem osobom postawiono zarzuty.

Małgorzata, uczestniczka protestu, oskarżona za wybicie kciuka jednemu z interweniujących policjantów zastanawia się, w jaki sposób można się bronić, gdy „osoby składające zawiadomienia same zostały oskarżone. Doszło do absurdalnej sytuacji, bo istnieje ryzyko, że osoby, które chcielibyśmy powołać w sądzie na świadków, też będą stawiane potem w stan oskarżenia”.

Pierwsza rozprawa w tej sprawie odbędzie się dzisiaj, na Starym Mieście.

Andrzej Karmiński na koduj24.pl pisze o lekcji polsko-polskiej.

Lekcja godności 

Kiedy na poprzednich zajęciach („Patrioci z certyfikatem PiS”) zajmowaliśmy się wyjaśnianiem praktycznego znaczenia pojęcia PATRIOTYZM, doszliśmy do zaskakujących wniosków. Okazało się, że wbrew aktualnie obowiązującej doktrynie, polski patriota wcale nie musi być członkiem partii sprawującej kierownicza rolę, nie musi nawet wspierać grupy oburącz trzymającej władzę! Po wnikliwej analizie dostępnych definicji udało się obalić tezę, że patriotyzm polega na głoszeniu bogoojczyźnianych frazesów przez samozwańczych Prawdziwych Patriotów.  W sumie wyszło nam, że patriotyzm, to z grubsza biorąc działanie korzystne dla ojczyzny, wynikające z przyjaznego i ciepłego uczucia obywatela do swojego kraju. Polski patriota po prostu kocha Polskę, a jeśli tak, to i Polaków stara się lubić.  Wie, że tych, których lubi, nie powinien oszukiwać, ani dzielić ich na sorty, na podkategorie czy nienawistne plemiona. Poza tym patriota w miarę możliwości nie demoluje swojej ojczyzny, nie psuje jej mechanizmów, nie kompromituje kraju, nie naraża go na zagrożenia, nie szuka Polsce wrogów i nie zraża do niej przyjaciół.

Dzięki tym ustaleniom każdy może teraz sprawdzić czy sam spełnia wymogi patrioty oraz ocenić kto ich nie spełnia – zatem kwestię uznać już można za zamkniętą.  A teraz proszę otworzyć zeszyt lub umysł, kto tam co ma, i zanotować temat dzisiejszego spotkania: GODNOŚĆ I JEJ OKOLICE

Słowo „godność” zrobiło ostatnio niebywałą karierę, jednak coraz częściej staje się źródłem nieporozumień. Słowniki zgodnie opisują GODNOŚĆ jako «poczucie własnej wartości i szacunek dla samego siebie» oraz «zaszczytne stanowisko, tytuł, zaszczytna funkcja».  Pomijam trzecie znaczenie: «w zwrotach grzecznościowych godność oznacza nazwisko», bo w Polsce żywa jest tradycja radosnego nabijania się z nazwisk, wyglądu i niepełnosprawności.

Godność człowieka wyraża się więc w dążeniu, by zarówno on sam, jak i wszyscy inni, mieli poczucie jego wartości i okazywali mu szacunek. Cóż jednak, gdy komuś brak walorów duchowych, moralnych czy też zasług społecznych? Przyzwoity człowiek w takim wypadku odwołuje się do preambuły i art. 30 Konstytucji, gdzie mowa jest o przyrodzonej godności człowieka , a równocześnie stara się jakoś zasłużyć krajowi, czym potrafi. Nieprzyzwoity człowiek natomiast kontestuje Konstytucję (która o dziwo – nie wyłącza kobiet z prawa do przyrodzonej godności) i twierdzi, że na świecie istnieje ograniczony zasób godności, którą można zdobyć tylko odbierając ją innym.

W polskiej praktyce GODNOŚĆ ma wiele imion. Wspomniana już Osobista przynależy tylko tym, którzy wyzbywają się pokusy samodzielnego myślenia. Wraz z nominacją na Osoby Godne nabywają automatycznie uprawnienie do odbierania godności innym ludziom. I tak jedni Polacy stają się godni zaszczytów, a inni godni pożałowania, krytyki lub w ogóle niegodni.  Ponieważ godność osób uznanych za Godne nie jest poparta żadnymi dowodami, ludzie ci lgną do podobnych sobie i gromadzą się w lokalnych grupach, tworząc nie zdefiniowaną jeszcze w słownikach Godność Grupową.  Jej cechą wyróżniającą jest przekonanie o należnym grupie szacunku, który wynika z samego faktu przynależności do wybranych beneficjentów nowego ustroju –. księży, członków PiS, usłużnych dziennikarzy itp. Każda taka grupa tworzy własny mit władzy. Ksiądz na przykład rządzi duszami swych owieczek bez względu na to, czy jest mądrym pasterzem, czy prymitywnym pastuchem, który nie dostrzega, że jego niedbałe „Bóg zapłać” za przekazywane mu kolejne dobra, brzmi coraz częściej jak „Bóg zapłacz”.

Godność Grupowa przejawia się żądaniem szacunku za cokolwiek, co zdaniem grupy na szacunek zasługuje. Rządzącym należy się więc szacunek wynikający z samego faktu sprawowania przez nich rządów, ponieważ nie sfałszowali wyborów. PiS domaga się szacunku, bo nie kradnie, w odróżnieniu.  Politrukom należy się podziw za utrzymanie niezmiennych słupków poparcia dla PiS mimo coraz bardziej idiotycznych pomysłów władzy. Cynglom Kaczyńskiego dziękuję za to, że moja ulubiona drużyna Lech Poznań nie zmieniła jeszcze nazwy na Jarosław Poznań.

Inną, jakże polską odmianą godności, jest Godność Narodowa.  Autorzy tego pojęcia za nic mają opinię prof. Adama Strzembosza, że naród to bardziej stan psychiczny niż fakt prawny. Dla teoretyków obecnego ustroju Naród, podobnie jak Suweren, jest paramilitarnym fanklubem zdziecinniałego piromana. W rękach nieodpowiedzialnego za nic prezesa Godność Narodowa stała się bronią masowej zagłady demokratycznych reguł funkcjonowania cywilizowanych społeczeństw i wolnościowych idei. W imię tej specyficznej godności funkcjonariusze podłej zmiany gotowi są rozwalać sojusze, atakować przyjaciół i lżyć sąsiadów, równocześnie żądając szacunku od  tych, których obrażają. Utożsamiając Unię z okupantem przemocą domagają się od Europy uznania polskiej godności.   Nie zauważają, że budząc nienawistne upiory starają się budować własną godność kosztem swojego człowieczeństwa.

Coraz częściej Godność staje sie przymiotnikiem, określającym m.in. historię lub politykę. Polityki zwyczajnej już nie ma. Jest albo godnościowa, albo służalcza. Dla partii sprawującej kierowniczą rolę godność jest właściwością panujących i czymś w rodzaju legitymacji uprawniającej do zaszczytów, pieniędzy oraz wyboru dowolnych metod rządzenia.  Przedstawiciel totalnej władzy wyjaśniłby to tak: – Polacy bywają rozmaici. Weźmy przykładowo takiego mnie. Jestem tu, gdzie jestem, bom godny stanowiska, dobrej pensji, dodatków, służbowej karty kredytowej i premii, które mi się zwyczajnie należą. Wyjaśniła to już pani premier w sejmie.  Natomiast ten, co był przedtem na moim miejscu jest oczywiście niegodny i dlatego w demokratycznych wyborach suweren oderwał go od koryta. W ostatniej chwili, bo tamci o mało co całą Polskę by rozkradli. My obiecaliśmy nie kraść i dotrzymujemy słowa. Nie kradniemy, bo i po co, skoro wszystko jest teraz nasze i zawsze możemy sobie wziąć co nam potrzebne…

***

Codziennie przybywa faktów i zdarzeń – wykwitów polskiej polityki godnościowej. Dla mnie symbolem tej choroby jest pomnik na skraju lasu, poświęcony pamięci okolicznych powstańców wielkopolskich, zamordowanych przez hitlerowców. Do niedawna był tradycyjnym obeliskiem z klasyczną tablicą pamiątkową. Dzisiaj pomnik ma kształt piramidy z tandetnych kostek brukowych na postumencie z wmurowanymi uchwytami na dwie flagi. Jedna flaga przybrudziła się i spłowiała, a drugą od razu ukradli.

Dla crowdmedia.pl Cezary Michalski rozmawia z Januszem Lewandowskim.

W Polsce na temat Unii Europejskiej i pozycji naszego kraju w UE mamy dziś dwie kompletnie sprzeczne diagnozy. Pierwsza, powtarzana przez PO, proeuropejskich ekspertów, krytyków polityki PiS-u: „Unia nam ucieka, integracja w strefie euro wypchnie nas ponownie na peryferie Zachodu, w chaos i w ramiona Putina”. Na co antyunijna prawica, nie tylko PiS-owska, odpowiada: „nic nam nie ucieknie, bo Unia się rozpada, Zachód się rozpada, w tym chaosie możemy budować albo przynajmniej udawać suwerenną potęgę, jak Rosja Putina”. Która z tych diagnoz jest prawdziwa?

Mamy za sobą fatalne lata 2015-2016, kiedy dominowały tendencje odśrodkowe, a populizm, głównie prawicowy, dyktował zbiorowe emocje w Unii. Jeszcze nie zagoiły się rany po kryzysie gospodarczym, gdy Europę zalała fala uchodźców, a islamski terroryzm zaatakował Paryż, Brukselę, Niceę i Berlin. Skojarzenie terroryzmu z migracją, a migracji z Europą bez granic było śmiertelnie groźne nie tylko dla UE, ale dla całego liberalnego Zachodu. To był czas Brexitu i zwycięstwa Trumpa. Natomiast już rok 2017 przyniósł otrzeźwienie. Szok Brexitu stał się dla kontynentalnej Europy terapią szokową. Wzrosło zaufanie do wspólnotowych instytucji, czego potwierdzeniem był cykl wyborczy w Holandii, Francji, nawet Austrii. Także w Niemczech mamy ostatecznie proeuropejski rząd. Chorują Włochy, ale Unia jako całość ma się lepiej.

W Austrii do koalicji rządzącej weszła skrajna prawica.

Ale dominujący w tej koalicji konserwatyści są proeuropejscy, a odpowiedzialność za kraj stępiła antyunijny język ich prawicowego koalicjanta. W następstwie Brexitu zaczęło do ludzi docierać coś, co nie jest wcale łatwe do wytłumaczenia, gdy wspólną Europę widzi się jako rzecz oczywistą, zastaną, daną raz na zawsze. Zrozumienie wartości zachodnich instytucji jako zapewniających nam wszystkim na co dzień pokój, wolności obywatelskie, swobodę podróżowania i pozyskiwania pracy, dobrobyt – trochę na zasadzie Mickiewiczowskiego „zdrowia”, które zaczynamy doceniać dopiero wtedy, gdy się je traci. W dzień po referendum Anglicy obudzili się z kacem, a młodzież brytyjska uniemożliwiała prowadzenie lekcji skandując: „my chcemy być w Unii Europejskiej”.

Anglii to już nie pomogło, a na kontynencie ta energia uratowała Holandię i Francję, ale już nie Włochy.

Kryzys we Włoszech jest kryzysem domowym, chociaż doprawionym przez migrantów z Afryki, którym najbliżej do Lampeduzy czy Sycylii. Nie wynika z błędów popełnionych przez Unię, ale z niskiej jakości włoskiej polityki wewnętrznej. Bruksela, lokując nadzieję w premierze Renzim, robiła dla Włochów ustępstwa, rozmiękczając rygory finansowe, ale to nie pomogło. Tamtejsza klasa polityczna całkowicie zawiodła zaufanie obywateli – oddając pole populistom.

Na ile może to zablokować integracyjne projekty Macrona? Czy kryzys polityczny we Włoszech, w połączeniu z koniecznością negocjowania warunków Brexitu, nie wyczerpie politycznej energii Paryża, Berlina, Brukseli?

Macronowi jesteśmy wdzięczni, bo zatrzymał anty-europejski Front Narodowy i wiemy jak trudna jest misja reformowania Francji. Dlatego ze zrozumieniem przyjmujemy jego górnolotne projekty wielkiej reformy strefy euro, tożsamej z wizją „Europą dwóch prędkości”. Europejska „ucieczka do przodu” Macrona, która mu się opłaciła w wyborach francuskich, była ożywczym dla całego kontynentu przypomnieniem wartości europejskiej integracji. Zarazem, szczególnie Polacy nie mogą przymykać oczu na protekcyjny wymiar jego wizji, osłaniany hasłem „dumpingu socjalnego”. Kiedyś pod tym hasłem wylansowano sztucznie problem „polskiego hydraulika”, teraz służy w kampanii przeciw pracownikom delegowanym i generalnie konkurencji z Europy Wschodniej. A ponieważ rząd PiS-u dostarcza dzisiaj alibi dla każdego uderzenia w polskie interesy w UE, oberwaliśmy na wielu frontach, istotnych dla polskiej ofensywy na wspólnym rynku.

Jeśli Włochy przekreśliły nadmierny optymizm w integrowaniu strefy euro, to jaki Unii pozostał scenariusz, poza obroną status quo i łagodzeniem bieżących kryzysów?

W strefie euro nie będzie rewolucji, ale to nie znaczy, że pozostanie bez zmian. Ostrożne reformy wymusi konieczność ubezpieczenia wspólnej waluty na wypadek złej pogody w światowej gospodarce. Lepiej to robić dziś, w czasach koniunktury, niż czekać na kolejny kryzys. Zatem będzie pogłębiana unia bankowa, być może z wspólnymi gwarancjami depozytów. Europejski Mechanizm Stabilizacji (ESM) przekształci się zapewne w pełnokrwisty Europejski Fundusz Walutowy. Przez co ta właściwa UE, wokół strefy euro, będzie nam odjeżdżała.

Czy Polska – tak jak zapewniają Kaczyński i Morawiecki – może zablokować proces tworzenia się „Unii dwóch prędkości”, na przykład znajdując jakichś sojuszników przeciwko Paryżowi, Berlinowi i ostatecznie Brukseli?

Nasza strategia „trzymania nogi w drzwiach”, by mieć wpływ na strefę euro, to już przeszłość. Na ostatnim szczycie Unii Polska po raz pierwszy straciła miejsce przy euro-stole, gdyż premier Morawiecki zechciał opuścić Brukselę, gdy sprawa się rozstrzygała. Nasza zdolność koalicyjna to też przeszłość. W czasie, kiedy byłem komisarzem odpowiedzialnym za tworzenie obecnej perspektywy budżetowej, Polska spinała koalicję Wschodu i Południa, nazywaną „friends of cohesion”, a także różne inne sojusze. Ale to nie były koalicje „przeciwko Brukseli”. Strategiczne interesy Polski – budżetowe, energetyczne, w polityce wschodniej – realizowaliśmy pod sztandarem Unii. Czyli była to sztuka budowania koalicji dośrodkowych, wykorzystujących siłę całej Wspólnoty. Dziś wszyscy wiedzą, że z Polską PiS łatwiej coś stracić, niż wygrać.

Dlaczego, przecież Włosi czy Grecy mogliby w Kaczyńskim szukać sojusznika do wyciskania dodatkowych pieniędzy od Niemiec?

Polskę od krajów Południa Europy całkowicie odcięło nieprzejednane stanowisko rządu PiS w sprawie uchodźców. Włochów, Greków, Hiszpanów szlag trafia, gdy słyszą polskie roszczenia budżetowe. Oczekują solidarności, a słyszą rządowe kłamstwa o setkach tysięcy uchodźców z Ukrainy. Orban zdołał się z tego wywikłać robiąc symboliczne humanitarne gesty, podobnie Czesi. Polski rząd nawet do takiego symbolicznego minimum nie jest zdolny.

Kiedy Grzegorz Schetyna wraz z panem zaproponował w Brukseli podobne humanitarne minimum, jakie później wprowadził Orban – przyjęcie 80 matek z dziećmi z Aleppo, z obozów we Włoszech i Grecji, sprawdzonych już przez europejskie służby – PiS zaatakowało was za „próbę islamizacji Polski”.

Zatem z krajami Południa rząd PiS ma dziś „na pieńku”. Grupa wyszehradzka od święta pozoruje jedność, ale w istocie jest wewnętrznie skłócona i osłabiona. Każdy gra osobno. Rząd PiS tak bardzo skonfliktował się z Brukselą, że inne kraje nie chcą być z tym kojarzone. W dodatku Węgry ostentacyjnie łamią europejską solidarność układając się z Rosją Putina.

Jest pan jednym z czterech sprawozdawców Parlamentu Europejskiego uczestniczących bezpośrednio w pracach nad nowym budżetem Unii. Jak ta polityka rządu PiS wpływa na waszą zdolność obrony finansowych interesów Polski?

To, że wśród czterech sprawozdawców PE w sprawie przyszłego budżetu UE jest dwóch Polaków – Jan Olbrycht i ja – to jest świadectwo naszej skuteczności. Z drugiej strony mamy Czarneckiego i Korwin-Mikkego na krótkiej liście euro-parlamentarnego obciachu. Z jednej strony twarze „dobrej zmiany”, z drugiej, jak to nazywam, reduty dawnego wpływu.

Pozostałości po czasach, kiedy Polska stabilizowała politycznie cały wschodni region UE i budowała dzięki temu pozycję w instytucjach unijnych?

Delegacja PO-PSL w europarlamencie nadal stanowi drugą siłę, po Niemcach, w największej frakcji, chadecko-konserwatywnej. Z naszej frakcji wywodzi się z szef parlamentu – Tajani, szef Komisji Europejskiej – Juncker i szef Rady – Tusk. Najpierw zadbaliśmy z Olbrychtem, by stanowisko budżetowe naszej rodziny politycznej było korzystne dla Polski. Żeby uwzględniało nowe potrzeby, zrozumiałe dla Europejczyków, kontrolę migracji, szczelność zewnętrznych granic, walka z terroryzmem, ale nie kosztem polityki spójności i dopłat rolnych. Potem nadaliśmy idącą w tym kierunku treść rezolucjom całego Parlamentu Europejskiego, przegłosowanym w marcu 2018. Robimy więc wszystko, żeby Polska nie płaciła ceny za politykę Kaczyńskiego, albo żeby ta cena była jak najniższa. Koniunktura w Europie jest dzisiaj dobra, przez co klimat wokół tworzenia budżetu UE jest lepszy, niż w okresie głębokiego kryzysu i zaciskania pasa, kiedy projektowałem budżet 2014-20. Dziś są sygnały z Berlina i Paryża – a to są główni płatnicy netto – że składka do budżetu UE może wzrosnąć. Nie ma premiera Camerona, którego PiS uważał za swojego najlepszego sojusznika, a który cały czas domagał się drastycznych cięć europejskich wydatków.

Miało mu to pomóc wygrać referendum w sprawie Brexitu.

Chciał przekonać Brytyjczyków do pozostania w Unii pokazując Wspólnotę jako instytucję rozrzutną i niewydolną, którą tylko on zdoła zdyscyplinować. Samobójcza strategia! Wiemy jak to się skończyło dla samego Camerona i dla Wielkiej Brytanii. Dziś, bez Camerona, jest zdecydowanie łatwiej bronić dużego budżetu UE.

Tylko że polityka imigracyjna, bezpieczeństwo, w tym także wspólna polityka obronna, na co będą dodatkowe pieniądze w nowym budżecie UE – to akurat obszary, z których rząd PiS Polskę skutecznie wycofał. Macierewicz zniszczył naszą współpracę z europejskimi partnerami w obszarze polityki obronnej. Naszą polityką imigracyjną rządzi Chruszczowowskie „niet!” powtarzane przez Kaczyńskiego i Morawieckiego.

Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, by Polska nie płaciła za grzechy Kaczyńskiego, Szydło i Morawieckiego. Mniej groźna, niż się to wydawało, okazała się perspektywa oddzielnego budżetu dla strefy euro, czyli dwóch unijnych budżetów, a nawet dwóch parlamentów. Tego nie będzie. Wspólny budżet ma zawierać specjalną linię adresowaną do krajów strefy euro, ale szacowaną dziś na 25 miliardów euro. To nie jest rozmiar, który uszkodzi całą konstrukcję budżetu dla 27 państw.

Zatem Polska zyskała trochę czasu, żeby nie musieć później po raz drugi „wchodzić do Unii” – tym razem zdefiniowanej jako strefa euro. Czy jednak Kaczyński i Morawiecki nie dojdą do wniosku, że w kraju mogą już sobie pozwolić na wszystko, bo „Unia i tak da nam kasę”?

Trwają prace, bardzo zaawansowane, jeśli chodzi o powiązanie funduszy europejskich ze stanem praworządności w krajach członkowskich. Południe chciałoby wiązać wypłaty z solidarnością w kwestii uchodźców. W obu wypadkach dzieje się tak za sprawą Polski. Klimat wokół Polski jest fatalny i jest odwrotnością szacunku i zaufania, jakim cieszyliśmy się do roku 2015. Efekty ujawnią się 2 maja, kiedy Komisja Europejska przedstawi propozycję budżetu po roku 2020. Ludzie pracujący w instytucjach unijnych wiedzą jednak, że za grzechy na górze zapłacą ludzie na dole. Zakładnikami polityki Kaczyńskiego są Polacy, którzy w większości na PiS nie głosowali. Stąd zresztą bierze się także nasz dylemat – jak mają głosować europosłowie Platformy w kwestiach zawinionych przez Kaczyńskiego, ale gdzie ofiarą sankcji może paść Polska, czyli wszyscy Polacy.

Można by zrozumieć każdą waszą decyzję – głosowanie za, wstrzymanie się od głosu, nieuczestniczenie w głosowaniu. Kłopot pojawia się wówczas, kiedy jedni wasi europosłowie głosują tak, drudzy inaczej. To osłabia wizerunek przywództwa Platformy, jako największej partii opozycyjnej, która musi się przeciwstawić Kaczyńskiemu w kraju.

Żadna delegacja narodowa nie stanęła wcześniej wobec tak dramatycznego wyboru. Jesteśmy pierwsi, bo Polska PiS to jest poligon doświadczalny, na którym UE wypróbuje art, 7. Stąd próba przeniesienia reguły obowiązującej w Radzie Europejskiej, gdzie delegacja narodowa nie głosuje w kwestii, która dotyczy jej własnego państwa.

Zatem jak ktoś kopie w europejską konstrukcję – jak dzisiaj Kaczyński czy Orban – to kłopot mają jej obrońcy, a nie ci, którzy niszczą.

To jest problem, który prześladuje UE od czasu, gdy w Austrii objawił się nacjonalista Haider. Skoro jednak wspólnota demokratycznych narodów znalazła receptę na kryzys gospodarczy, znajdzie prędzej, czy później metodę radzenia sobie z eurosceptycznymi rządami w krajach, które wypełniły kryteria wstępu do europejskiego klubu, a potem łamią fundamentalne zasady, na których wspiera się Unia. Sankcje idące przez budżet nie dotkną rządu, który „sam się wyżywi”. Restrykcje, które precyzyjnie uderzają w sprawców zła, a nie w ich ofiary, znajdują się w repertuarze UE, ale dotyczą krajów trzecich – Rosji czy Białorusi. Wszystkie warunkowości budżetowe, o których rozmawiamy, nie szkodzą rządowi PiS, stąd dylematy opozycji. Można oczywiście utrudniać wykorzystanie funduszy w zatwierdzonej kopercie narodowej, ale w tej części, która zależy od marszałków województw (ponad 30 mld euro), wystarczającym utrudnieniem jest już atak CBA na urzędy marszałkowskie.

Ale to znowu uderza bezpośrednio w Polskę, a w Kaczyńskiego pośrednio, tylko jeśli Polacy zaczną go politycznie rozliczać.

Niestety, wyborcy PiS nie kojarzą głównego sprawcy zła z porażkami na arenie międzynarodowej. Pranie mózgów przez TVP robi swoje. Kaczyński, Szydło i Morawiecki przegrywają wszystko, co kiedyś wygrywała Polska – ważne funkcje w UE, pracownicy delegowani, ETS, potencjalnie budżet. Jeśli zdarza się sukces, choćby w postaci dyrektywy gazowej, przegłosowanej w komisji ITRE pod przewodnictwem Buzka, która utrudnia budowę Nord Stream II, to żadna w tym zasługa rządu. Nigdy od czasu wstąpienia do UE w roku 2004 nasz kraj nie miał tak słabej pozycji w rozgrywaniu naszych realnych interesów. My w PO odrzucamy zasadę „im gorzej, tym lepiej”. Walczymy o jak najwięcej pieniędzy dla Polski z kolejnego budżetu UE i stoimy na polskie bramce, gdy rząd strzela samobóje. Ale coraz więcej jest do zrobienia. Świadom problemu polskich i węgierskich NGO-sów, zgłosiłem projekt specjalnej linii budżetowej dla organizacji, które stoją na straży unijnych wartości – zarządzanej przez Komisję Europejską, bez pośrednictwa rządów. Teraz jest to oficjalne stanowisko Parlamentu Europejskiego. Mam nadzieję, że komisarz Oettinger uwzględni mój postulat w projekcie Wieloletnich Ram Finansowych 2021-27.

Żeby jedynym NGO-sem w Polsce nie było Radio Maryja – finansowane przez Narodowy Instytut Wolności obsadzony przez ludzi PiS?

Ksiądz Rydzyk zniechęcał Polaków do NATO i UE, ale chętnie sięga po fundusze unijne, a zasilanie rządowe traktuje jako naturalne zadośćuczynienie za polityczne wsparcie PiS. Instrument budżetowy UE jest o tyle istotny, że ubezpiecza społeczeństwo cywilne lepiej, niż wszelkie fundusze spoza UE, w tym fundusze Sorosa. Ani Orban, ani Kaczyński nie są w stanie zakazać finansowania polskich organizacji pozarządowych z budżetu Unii.

Ocalenie NGO-sów jest ważne, jednak państwo postrzega się głównie poprzez politykę jego rządu.

Dlatego ryzyko geopolityczne spowodowane przez politykę Kaczyńskiego będzie rosło. Ten poziom zaufania do Polski i do całej Europy Wschodniej, jaki był jeszcze w roku 2015, nie wróci. Kaczyński, Orban, a ostatnio kryzys na Słowacji – to wszystko sprawia, że w całej Europie Wschodniej trudno dziś znaleźć modelowo działającą demokrację. Może jedynym wyjątkiem jest tu Estonia. Wracamy przez to do sytuacji jeszcze z początku lat 90., kiedy Zachód miał olbrzymie wątpliwości, co do tego, czy w naszym regionie potrafimy zbudować stabilną demokrację.

Od tego zależała decyzja, czy zostawić nas w rosyjskiej strefie wpływów, czy pomóc nam się z niej wydostać – ryzykując konflikt z Rosją, angażując znaczne środki pomocowe, ale w zamian mając perspektywę politycznego ustabilizowania całej Europy.

Walczyliśmy z tymi uprzedzeniami Zachodu długo i skutecznie. Teraz ten dorobek III RP jest w ruinie. Morawiecki nosi lepsze garnitury i mówi po angielsku – co zresztą nieraz, tak jak w Monachium, rodzi kłopoty. Jednocześnie on i Kaczyński codziennie dostarczają argumentów tym wszystkim, którzy chcieliby Polskę i całą Europę Wschodnią wypchnąć ze zjednoczonej Europy. Słyszę od moich kolegów z Europy Zachodniej pytanie: „a może Polska prawdziwa to jest Polska Kaczyńskiego?”. Dlatego Platforma pokazuje inną Polskę – w Brukseli i w kraju. Dlatego proponujemy rozpoczęcie debaty o przyjęciu euro, dlatego szukamy humanitarnego rozwiązania problemu uchodźców, dlatego Platforma złożyła projekt nowelizacji ustawy o IPN, by wybrnąć z katastrofy wizerunkowej, którą spowodował PiS. Musimy uprawiać własną politykę zagraniczną, trochę tak, jak opozycja w latach 80. Żeby pokazać inną twarz Polski, jako kraju i społeczeństwa, które dobrze czuje się kręgu cywilizacji zachodniej.

Rozmawiał Cezary Michalski

Janusz Lewandowski – ekonomista, polityk. W latach 80. doradca podziemnej „Solidarności”. W 1988 współzałożyciel, a potem jeden z liderów Kongresu Liberalno-Demokratycznego. Były minister przekształceń własnościowych odpowiedzialny za przygotowanie Programu Powszechnej Prywatyzacji. Działacz Unii Wolności, a od 2001 roku Platformy Obywatelskiej. Od 2004 roku poseł Parlamentu Europejskiego z PO. W latach 2010-2014 członek Komisji Europejskiej odpowiedzialny za tworzenie i realizację budżetu UE.

Waldemar Mystkowski pisze o Kaczyńskim.

Przynajmniej w jednej kwestii wyprzedziliśmy USA i demokracje zachodnie. Otóż Paweł Śpiewak na początku roku akademickiego był zapowiedzieć, iż na Uniwersytecie Warszawskim studenci mogą wziąć udział w fakultatywnych zajęciach, w seminarium „Socjologia Jarosława Kaczyńskiego”. Co prawda w zajęciach bierze udział tylko 10 studentów, ale od czegoś trzeba zacząć.

Dopiero teraz nauka Jankesów podąża za „dobrą zmianą”. Na amerykańskich uniwersytetach można posiąść wiedzę o władzy PiS, o której nauczają w ramach nowego przedmiotu „Erozja demokracji”. W Polsce myśl „geniusza z Nowogrodzkiej” rozpowszechnia tylko UW, a za Atlantykiem aż 16 uniwersytetów, w tym na sławny Yale. Lepszej rekomendacji umysłowi prezesa PiS nie trzeba.

Jeszcze Kaczyńskiemu nie będą na świecie wystawiane pomniki, a jego „Porozumienie przeciw monowładzy” nie dostąpi porównań z „Księciem” Macciavellego, a raczej z pijarowskimi sztuczkami Goebbelsa, ale kto by się tym przejmował, bo – powtarzając za Julianem Tuwimem – najważniejsze, aby nazwiska nie pomylili.

Acz nie naucza o prezesie, ale przestrzega przed nim, wybitny konstytucjonalista prof. Wojciech Sadurski (Uniwersytet w Sydney), który Kaczyńskiego zna, uważa, iż ten odkrył w sobie niezgłębione pokłady cynizmu i jest tym bardziej niebezpieczny dla życia w Polsce, niż gdyby był tępym fanatykiem.

Sadurski twierdzi, iż Kaczyński uruchomił demony, które nie będzie łatwo cofnąć. Raczej nie pomogą nam kraje Zachodu – ani USA, ani Unia Europejska – jeżeli sami sobie z tym nie poradzimy. Polacy muszą uporać się ze złem, które za sprawą Kaczyńskiego dotknęło politykę i sferę publiczną.

Kaczyński sam w sobie jest przysłowiowy ze swoimi najgorszymi sortami, kanaliami, mordami zdradzieckimi. Nie trzeba więc na jego temat pisać żadnych oryginalnych teoretycznych prac, został zanalizowany choćby przez austriackiego noblistę Konrada Lorentza w dostępnych w języku polskim pozycjach „Regres człowieczeństwa” i „Tak zwane zło”. Zwłaszcza ta ostatnia publikacja mająca u nas kilka wydań opisuje źródła zła zarówna wśród zwierząt i ludzi. Kaczyński może być przykładem laboratoryjnym uruchomienia antyhumanitaryzmu, które u niego i członków PiS działa na zasadzie odruchu Pawłowa, w retoryce choćby otrzymujące miano w stosunku do przeciwników politycznych: „totalnej opozycji”, czy jeszcze bardziej widoczne w stosunku do uchodźców.

Sami sobie wyhodowaliśmy ten polip zła, który może zabić nasz kraj i odebrać w konsekwencji niepodległość.

Post Navigation