Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Szczecin”

Sejm śmierdzi jak zgniła głowa Kaczyńskiego. Klaudia Jachira wietrzy ten burdel

Posłanka Klaudia Jachira poskarżyła się na administrację Sejmu/polityków rządzących odpowiedzialną/nych za poinformowanie polityków na temat programu dnia, który zainauguruje nowy parlament – 12 listopada.

Kilka dnia temu Jachira opublikowała post w mediach społecznościowych:

Dostałam SMS-a: Marszałek Senior Sejmu IX kadencji informuje, że Prezydent RP zwołał pierwsze posiedzenie Sejmu RP IX kadencji na dzień 12 listopada 2019 r.

W sumie to tyle wiedziałam z mediów od jakichś 3 tyg… Do tej pory nie otrzymałam żadnego porządku ani harmonogramu obrad. Nawet jak wysłałam mail z prośbą o informację, to zero odpowiedzi… Szczerze mówiąc, szybciej znałam nowy plan lekcji w szkole i to przed erą powszechnego Internetu. To zwykły brak organizacji czy celowe działanie? Bo nie wiem, na co się szykować: mam brać śpiwór, zapas kanapek… Może paszport? Jakie plany ma Marszałek Senior? Bo wyobraźni to mu chyba przez ostatnie 10 lat nie brakowało – ukłony dla ekspertów z Podkomisji Smoleńskiej. Ciemno wszędzie, głucho wszędzie… Jakoś to będzie”.

Nie minęły dwa dni jak posłanka Koalicji Obywatelskiej poinformowała o kolejnej wiadomości, jaką otrzymała od administracji sejmowej.

Kochani, jaka ja byłam głupia! Już wiem co jest dużo ważniejsze od jakiegoś tam harmonogramu czy porządku obrad pierwszego posiedzenia Sejmu! Tak, nadal nie dostałam takowego, ale otrzymałam za to dużo ważniejsza wiadomość:

W dniu pierwszego posiedzenia Sejmu i Senatu nowej kadencji (wtorek, 12 listopada br.) serdecznie zapraszam Państwa Posłów i Senatorów na Msze Świętą, która zostanie odprawiona o godz. 8.30 w kaplicy sejmowej (Nowy Dom Poselski). ks. Piotr Burgoński. Duszpasterz Parlamentarzystów RP

To ja już wiem, czym się ta większość sejmowa tak naprawdę zajmuje! Nic to, że psują prawo, ograniczają demokrację, niszczą sądy, ważne, by się pomodlić! Jak to możliwe, że nie potrafią ustalić planu posiedzenia, a potrafią zaplanować mszę? I dlaczego w świeckim parlamencie jest coś takiego? Jeżeli ktoś czuje potrzebę przed posiedzeniem pójść na mszę, to naprawdę kościołów w Warszawie nie brakuje. I uprzejmie informuję, że ja nie wyrażałam zgody na to, by otrzymywać wiadomości od Piotra Burgońskiego”.

Reakcje internautów:

Ogłoszenie planu prac sejmu ogłosi ksiądz. To takie nowum w nowo wybranym sejmie”.

Proszę się nigdy nie zmieniać, proszę tępić kuriozalne zwyczaje, proszę im utrudniać życie i nie dać się złamać. Tacy jak Pani są tam potrzebni! Będzie trudno i czeka Panią niejedna nieprzyjemność … życzę dużo siły”.

Jak się tak rozpędzą, to Rydzyk będzie otwierał posiedzenia sejmu !!!”.

Wiara na pokaz, nie jest wiarą”.

Szczecinianie protestują przeciwko decyzji szczecińskich radnych o przekazaniu Kościołowi gruntów pod budowę kościoła, w cenie – ZALEDWIE 0,3 proc. ICH WARTOŚCI.

– Przedstawiciel mieszkańców protestujących przeciwko bezprzetargowemu przekazaniu Kościołowi za ułamek wartości świetnie położonej działki na os. Nad Rudzianką w Szczecinie złożył w urzędzie miasta wniosek o niewydanie pozwolenia na budowę – poinformowała redakcja Gazety Wyborczej Szczecin.

Mieszańcy nie chcą, aby Kościół wybudował na przekazanych gruntach kolejny kościół w okolicy, ponieważ widzieliby tam bardziej przydany obiekt tj. żłobek, park czy przedszkole.

Komentarz Przemysława Słowika (radny Szczecina)

Pięć kościołów w promieniu 3 km. Wygląda na to, że w Szczecinie idziemy na rekord Polski w ilości kościołów na kilometr kwadratowy. Na komisji ds. Budownictwa i Mieszkalnictwa został pozytywnie zaopiniowany wykaz dotyczący nieruchomości na osiedlu Bukowe-Klęskowo, zgodnie z którym działka o powierzchni 6 tys. metrów kwadratowych może zostać przekazana na 30 lat w dzierżawę dla kościoła. Działka mieści się u zbiegu ul. Gwarnej i Romantycznej (czerwony kwadrat na mapce).

Oczywiście wszystko na preferencyjnych warunkach, gdzie wysokość dzierżawy to będzie 0,3% wartości rynkowej prawa własności. Przeczytajcie jeszcze raz – 0,3% wartości! Czyli praktycznie za symboliczną złotówkę, kościół dostanie teren miasta.

Na osiedlu Bukowe-Klęskowo są już dwa kościoły. Kolejny jest na sąsiednim Majowym i jeszcze jeden na osiedlu Kijewo. Jak widać, cztery kościoły to za mało. Trzeba postawić piąty?

Chciałbym poznać przede wszystkim wartość rynkową tej działki i nie przekonuje mnie tłumaczenie, że w planie zagospodarowania zapisano cele sakralne, więc działka nie podlega wycenie rynkowej. Plan można zmienić, a wartość działki idzie zapewne w miliony złotych. Kolejne miliony, które mamy przekazać dla kościoła.

Nie zgadzam się na takie dysponowanie publicznym majątkiem. Szczególnie, że mamy inicjatywę mieszkańców, która chce ten teren zagospodarować pod cele rekreacyjno-sportowe. Zebrali ponad 1000 podpisów sprzeciwiających się stawianiu kościoła w tym miejscu.

Na komisji była nas czwórka. Czwórka, która sprzeciwiła się przekazywaniu ziemi pod cele sakralne. Marcin Biskupski – Radny Miasta z Prawobrzeża, Dominika Jackowski, Łukasz Kadłubowski.

Poniżej informacja pokazująca jak głosowali szczecińscy radni.

Reakcje internautów:

Od wielu lat bywam w Szwecji. Często. Zwykle w wielkim Sztokholmie, Uppsali, ale też w Skåne. Nie spotkałem się z obiektem sakralnym Kościoła Szwedzkiego, który miałby mniej niż sto lat. Te nieliczne nowe to kościoły katolickie, zielonoświątkowców czy meczety – budowane na potrzeby imigrantów. Znamy przypadki, z Holandii, Niemiec, nadawania opustoszałym kościołom nowych, świeckich funkcji”.

Seminaria duchowne stoją puste- brak chętnych. A księża budują i budują. Chyba z rozpędu”.

Kościoły to prywatne instytucje. Kościół katolicki jest bardzo bogatą organizacją w Polsce. Z logicznego punktu widzenia nic nie oferuje obywatelom. Dlaczego ma dostawać jakieś zniżki?”.

Wara wam od tej ziemi. Podpisuję się dwoma rękoma pod inicjatywą mieszkańców. Kościół NIE!!! Tereny zielone i rekreacyjne TAK !!!”.

PISowcy kupując głosy za 500+, za naszą kasę, „myślą” że da się kupić do Senatu kogoś z opozycji na lepszy „stołek” by mieli większość. Już dziady nawet z tym się nie kryją, czysta korupcja i qre…two w postaci tych przestępców przy korycie! Jak wam nie wstyd @pisorgpl?

Kmicic z chesterfieldem

„Kryzys polityczny wywołany rządami PiS jest tak wielki, że należy wszystko zrobić, by nie pozwolić tej partii niszczyć przez kolejne cztery lata ładu ustrojowego i praworządności. Kandydatem powinien być więc ktoś, kto w sposób wiarygodny, autentyczny, z przekonaniem, będzie budował poparcie ponad połowy Polaków” – powiedział Donald Tusk w rozmowie z Jurkiem Kuczkiewiczem z „Le Soir”. Wywiad publikuje „Gazeta Wyborcza”.

Tusk podkreślił, że jego bardzo wyraziste poglądy „nie są poglądami większościowymi w Polsce”. – „Poczynając od nieodpowiedzialnej polityki finansowej. Pomijam 500 plus, nikt już tego nie odbierze. Ale jak wiadomo, rząd PiS na tym nie poprzestał. I widać wyraźnie, że – na sposób południowoamerykański – on połączył to, co jest przyjemne, łatwe i atrakcyjne w lewicowej i prawicowej polityce. Wiadomo, że to się musi skończyć dramatem” – powiedział.

 „Dzisiaj mój pogląd nie jest dominujący” – przyznał Tusk, ale dodał: – „Przy czym jestem przekonany do swoich racji, będę ich bronił…

View original post 1 848 słów więcej

 

Kler będzie słono płacił ofiarom za gwałty pedofilskie. Pisowcom lasują się mózgi z powodu Konstytucji

Zaufanie księdza

„Czasem rodzice tak się upijali, że zapominali otworzyć mi drzwi. Musiałam spać na zewnątrz – opisuje swoje dzieciństwo Katarzyna w reportażu w „Dużym Formacie”. – W szóstej klasie podstawówki ksiądz uczący nas religii zauważył, że płakałam”.

Ksiądz Roman B. z zakonu Towarzystwo Chrystusowe przekonał rodziców, że lepiej Katarzynie będzie w szkole z internatem w innym województwie. Rodzice się zgodzili. Później przed sądem ojciec zeznał: „Zwiodło mnie, że to ksiądz”.

„To nie była szkoła z internatem, tylko puste mieszkanie jego matki – opowiadała dziewczyna. – (…) Był silny, ważył sto kilogramów. Krzyczałam, błagałam, by przestał. (…) Zaczął zmuszać mnie do brania leków. (…) Byłam otępiała, senna. (…) W kolejnych dniach zaczął mnie bić, poniżać, groził, że mnie zabije. (…) Często zabierał mnie na plebanię w Stargardzie. Jedliśmy obiad z księżmi, a potem brał mnie do swojego pokoju. (…) Księża się nie dziwili, że śpię u niego”.

Po kilkunastu miesiącach niewolenia Katarzyna odważyła się opowiedzieć wszystko pedagogowi ze świetlicy. Księdza Romana aresztowano w czerwcu 2008 roku.

Zostaje skazany w marcu 2010 roku przez Sąd Rejonowy w Stargardzie: „Działając w wykonaniu z góry powziętego zamiaru, w krótkich odstępach czasu, wielokrotnie, co najmniej kilkadziesiąt razy, nadużywając zaufania wynikającego z pełnionej funkcji kapłana katolickiego, obcował płciowo z małoletnią, wówczas w wieku 13-14 lat, w ten sposób, że rozbierał ją i odbywał stosunek seksualny, wprowadzając członka do pochwy małoletniej, oraz wielokrotnie doprowadzał do poddania się innym czynnościom seksualnym i do wykonywania takich czynności w ten sposób, że dotykał wyżej wymienioną po piersiach i po kroczu, całował ją po piersiach i po kroczu, kazał małoletniej dotykać swojego członka, przy czym tego dopuścił się, mając ograniczoną w stopniu znacznym zdolność kierowania swym postępowaniem”.

Zawieszenie koszulki z napisem „Konstytucja” na figurze króla Zygmunta III Wazy było kulminacyjnym punktem demonstracji Komitetu Obrony Demokracji w Warszawie. Udało się tego dokonać za pomocą wysięgnika. Uczestnicy manifestacji skandowali m.in. „Zygmunt z nami” czy „Obronimy Konstytucję”. Na przyniesionych transparentach można było przeczytać: „Idę na wybory w koszulce „Konstytucja”.
Figura króla na kolumnie Zygmunta to kolejny pomnik, który ubrano w koszulkę z napisem „Konstytucja”. – „Kodowa akcja Konstytucja obiegła nie tylko Polskę, ale i Europę. Polki i Polacy ubrali setki pomników na całym świecie w koszulki z napisem Konstytucja. To pokazało również, jak napis Konstytucja razi i uwiera tych, którzy od prawie trzech lat ją łamią” – napisali organizatorzy demonstracji. Pierwsza koszulka z tym napisem zawisła na pomniku Lecha Kaczyńskiego w Szczecinie.
Magda Filiks, wiceprzewodnicząca KOD, powiedziała, że na koszulkę, w którą ubrano króla Zygmunta zużyto 6 m materiału. – „Szyło się ją szybko, najwięcej czasu zajęło nam malowanie napisu „Konstytucja” – ok. 12 godz. Chcemy skonfrontować z problemem tych, którzy łamią Konstytucję. Zawstydzić ich. I to się udaje, bo widzimy po stronie rządzących wiele nerwowych reakcji. Dla PiS takie akcje stały się niewygodne i to świadczy o naszej skuteczności” – powiedziała wp.pl Filiks.
Z placu Zamkowego uczestnicy manifestacji przeszli przed Sąd Najwyższy. Na placu przed gmachem sądu ustawili drabinę, na którą nałożyli koszulkę z napisem „Konstytucja”. Demonstracja zakończyła się odśpiewaniem hymnu.
W ramach kampanii samorządowej Jarosław Kaczyński przybył do Szczecina, gdzie wygłosił płomienne przemówienie. Trzeba przyznać, że słowa, które padły, mogą wzbudzić spory niepokój.
Najpierw wskazał, że to właśnie tutaj, na Pomorzu, trzeba postawić „na szybki rozwój gospodarczy tej ziemi, który musi być zintegrowany z innymi częściami Polski”, co mogłoby sugerować, że ten region nadal pozostaje nieco poza Polską, że może ktoś ma jakieś wątpliwości co do jego polskości.
Kiedy prezes mówił o konieczności integracji społeczeństwa tej ziemi „wokół patriotyzmu”, gdy uzupełnił swoją wypowiedź słowami – „trzeba stawiać wymóg patriotyzmu, który jest zrębem motywacji i podstawą zaangażowania w życie publiczne”, niepokój wzrasta.

Integracja społeczeństwa wokół patriotyzmu, odrzucenie „zagranicznego lobby, które często naciska”, to może sugerować, że samorządowcy Pomorza mają duże powiązania z zagranicą, a ich patriotyzm jest bardzo wątpliwy. To wyraźne wskazanie na wewnętrznego wroga, którego trzeba zniszczyć.

Pytanie tylko, kto ma patent na patriotyzm? Kto ma prawo wskazywać kryteria, które pozwolą określić czym jest patriotyzm i kto się w nim mieści? Prezes nie ma wątpliwości, że tylko on. Nikt bowiem lepiej od niego nie wie, co to polskość i jak ma ten polski patriotyzm wyglądać.

To bardzo niebezpieczna postawa, która służy dalszemu pogłębianiu podziału społecznego i wskazywaniu wroga publicznego. To również potwierdzenie autorytarnych zapędów prezesa PiS.

Obywatel, zajęty szukaniem wroga wewnętrznego, dążący do tego, by zasłużyć na bycie patriotą w rozumieniu PiS, nie będzie zwracał uwagi na „dokonania” partii rządzącej i o to właśnie chodzi. Lud dostaje zabawki, by siedział cicho i nie zawracał PiS-owi głowy, gdy ten będzie coraz mocniej sięgał po pełnię władzy.

Jarosław Kaczyński coraz bardziej odkrywa karty…

Andrzej Karmiński na koduj24.pl pisze o Dudzie.

Okazuje się, że za łamanie konstytucji przez Prezydenta Rzeczpospolitej odpowiedzialny jest Pan Bóg. Tak przynajmniej wynika z wypowiedzi Andrzeja Dudy na zebraniu Episkopatów Europy, gdzie wyjaśniał, że inspiracją wszelkich jego działań jest wiara.

PAD nie pozwala zapomnieć o sobie. Od kilku dni politycy i komentatorzy głowią się, o co mu chodziło, gdy w Leżajsku nazwał Unię Europejską „wyimaginowaną wspólnotą, z której dla nas niewiele wynika”.  Szczególne zainteresowanie wzbudziła teza, że skoro w 1945 r. nieistniejąca wówczas Unia Europejska „zostawiła nas na pastwę Rosjan”, to w 2018 roku powinna się odczepić i pozwolić Kaczyńskiemu na dokończenie reform, choćby nie wiedzieć, jak były chore i nielegalne. Równocześnie Andrzej Duda zagroził, że on i jego obóz polityczny zrobią wszystko, żeby zrealizować obietnice wyborcze PiS – te, które spowodowały demolowanie państwa prawa dla zapewnienia zorganizowanej grupie Kaczyńskiego utrzymania i utrwalenie władzy po wsze czasy.

Mnożą się teorie, które próbują wyjaśniać, o co chodzi prezydentowi Dudzie. Strategia to, czy taktyka? – głowią się w mediach politycy i rozmaici eksperci. Jedni mówią, że tak naprawdę PAD chce nas wyprowadzić z Unii i w Leżajsku oficjalnie zainaugurował Polexit. Inni twierdzą, że przeciwnie, prezydent nie tyle chce wyprowadzić nas z Unii, co raczej ją postraszyć, wziąć „na huki”, wypróbować w Europie sprawdzoną w kraju metodę zakrzyczenia rzeczywistości. Jeszcze inni powiadają, że Duda przemawiając w Leżajsku wcale nie myślał o polskiej obecności w UE i chodziło mu tylko o to, by „błysnąć” przed spotkaniem z prezydentem Trumpem i zyskać uznanie tego populistycznego przywódcy wolnego świata, który od dawna nie kryje, że byłby szczęśliwy, gdyby UE – organizacja konkurencyjna dla USA – rozsypała się na elementy, które dałoby się rozgrywać z pozycji ekonomicznej siły.

Moim zdaniem żadna z powyższych teorii nie zbliża nas do zrozumienia rzeczywistych intencji prezydenta, a to dlatego, że wszystkie odpowiadają na źle postawione pytanie: o co chodzi prezydentowi? Tymczasem chodzi o to, że Andrzejowi Dudzie o nic nie chodzi! Błąd komentatorów polega na tym, że analizując występy PAD koncentrują się tylko na jego słowach. A przecież łatwo dostrzec, że teksty głoszone podczas występów prezydenta nie mają najmniejszego znaczenia.  Raz optuje za Unią, raz ją atakuje. Tu prezentuje nabożny stosunek do państwa prawa, a tam bredzi o przegniłym systemie sądownictwa.  Polska przed chwilą w ruinie – za moment płynie mlekiem i miodem. PAD raz nawołuje do jedności, a innym razem pogłębia podział na sorty i kasty. W jednym przemówieniu jawi się jako obiektywny rozjemca, a w innym nie kryje przywiązania do partyjnego projektu PiS. Znienacka wiesza okoliczne psy na przypadkowo zawetowanej ustawie, po czym podpisuje ją w kształcie praktycznie niezmienionym. Dowodów swej politycznej niezborności Andrzej Duda dostarcza niemal codziennie.

Mam wrażenie, że w głowie głowy państwa bezkonfliktowo zalegają zupełnie przeciwstawne koncepcje i sprzeczne formułki, używane przez rozmaite opcje w rozmaitych epokach i w najrozmaitszych parafiach. Prezydent korzysta z nich za pośrednictwem podręcznego magazynku w hipokampie, gdzie przechowuje zestaw komunałów i frazesów, odbezpieczonych i gotowych do strzału.  Nie zauważam tam większego związku ani z rzeczywistością, ani z prawdą. Często w przemowach PAD prawda nie leży tam, gdzie się akurat położyła, tylko tam, gdzie okazuje się przydatna, by dowieść konieczności ratowania rozgrabionej ojczyzny przez dwóch mężów opatrznościowych: Prezesa i Prezydenta.  Tym bardziej więc nie ma najmniejszego sensu dokonywanie egzegezy słów w deklamacjach Andrzeja Dudy. Warto natomiast wsłuchać się w ich melodię.

Podczas występów pana prezydenta usłyszeć można rozczulające nuty ludowych przyśpiewek, gdy opowiada o nędzy Polaków, oszukanych i wykorzystanych przez ekipę Tuska. Rzewne tony legionowych pieśni towarzyszyły wzruszonemu do łez prezydentowi, który starał się ścisnąć słuchaczy za gardło wspominkami o Józefie Piłsudzkim. Zapomniana pieśń „Myśmy przyszłością narodu” ożyła w tle oburzonych okrzyków pana prezydenta, kiedy na inauguracji roku szkolnego ujawniał licealistom całą niegodziwość klanu sędziowskiego i nikczemność ich obrońców, bezczelnie skandujących: „KONSTYTUCJA!”.  Podczas historycznych pogadanek o cierpieniach opozycji w PRL usłyszeć można tony harcerskich piosenek z krakowskiej drużyny „Piorun”, które zawodził drużynowy Andrzej Duda, dając tym samym wyraz swojego bezkompromisowego oporu wobec komunistycznych gnębicieli.  Melodie z zeszłowiecznego „Śpiewniczka Patrioty” towarzyszą licznym odniesieniom prezydenta do życiorysów żołnierzy wyklętych, które prezydent zna tylko połowicznie, z opracowań IPN pomijających bandyckie epizody.  Etiuda rewolucyjna Szopena akompaniuje łgarstwom o obecnych sędziach Sądu Najwyższego, masowo skazujących opozycję w stanie wojennym. Bojowe surmy Bogurodzicy grzmią, gdy PAD bredzi o atakach opozycji na Bogu ducha winnych przedstawicieli władzy. A kiedy plecie o zmowie unijnej przeciw Polsce, w odwecie za odmowę przyjęcia muzułmańskich terrorystów, to nie wiem jak Państwo, ale ja wyraźnie słyszę groźne tony „Pierścienia Nibelunga”. Groźne, bo przypomnę, że Woody Allen, gdy tylko usłyszy Wagnera, natychmiast ma ochotę napaść na Polskę…

Moim zdaniem niezłomny Andrzej Duda nie jest prezydentem na normalne czasy. Nie jest też prezydentem na czasy nienormalne, ani na żadne inne. Jarosław Kaczyński szukał na to stanowisko kogoś przypadkowego, który będzie mu wdzięczny i posłuszny. Udało mu się połowicznie. Nie przewidział, że jego nominat zakocha się w sobie z aż taką wzajemnością. Andrzej Duda dostał szansę by zaistnieć, trochę jak prymus – lizus, którego nauczyciel demokratycznie wybrał na przewodniczącego klasy, ale okazało się, że smarkacz nie chce zaistnieć, tylko błyszczeć. Myślę, że pan prezydent za wszelką ceną poszukuje uznania i łaknie oklasków. Dlatego mówi to, co wydaje mu się, że słuchacze chcą usłyszeć .  Raz to, raz owo, ale szczególnie owo, bo kocha zaskakiwać odbiorców i za nic w świecie nie życzy sobie być politykiem szablonowym.

Kocha przemawiać i kocha aplauz, więc plecie co mu w duszy gra – tyle, że najczęściej gra mu tam w tonacji kurde mol.  Uparcie stara się sprostać oczekiwaniom słuchaczy i udaje mu się o tyle, że nie jest nudny. Zaskakuje akcentowaniem przypadkowych słów. Bawi gestami podkreślającymi banalne formułki.  Natężeniem głosu nobilituje truizmy. Zachwyca się tembrem swego głosu, gdy tonem kaznodziei obwieszcza trywialne prawdy albo odkrywcze kłamstwa. Mnie imponuje szczególnie zasobem min, towarzyszących jego występom. To miny wytrenowane, uporządkowane we właściwych szufladkach pamięci, gotowe do natychmiastowego użytku. Jest ich zatrzęsienie: od zadufanego grymasu Mussoliniego, przez błazeński uśmiech Leppera rechoczącego z własnego dowcipu, aż do min przeciwczołgowych, przyoblekanych w sytuacjach, gdy sięgać trzeba do arsenału słów wagi ciężkiej, takich jak Honor, Godność, Patriotyzm, Wiara, Ojczyzna i Prezes.

Kiedy widzę Pana Prezydenta na otwarciu czegoś, z okazji jubileuszu kogoś albo podczas mszy w jakiejś intencji, gdy obserwuję jego zasępioną twarz emanującą powagą i dostojeństwem, to nie mam dylematu czy głowa państwa trudzi się rozważaniem skomplikowanych spraw państwowych – czy po prostu nudzi się koszmarnie i wkurza, że nie zabrał z domu choćby kawałka folii bąbelkowej.

Waldemar Mystkowski pisze o Morawieckim.

Jeden szczegół z biografii Mateusza Morawieckiego może wyjaśnić wiele, w tym: dlaczego tak szybko został największym kłamcą w polskiej polityce, a także rzuca światło na jego charakter.

Już w 1999 roku ukazała się publikacja „Prawo Europejskie” w szacownym wydawnictwie PWN, a została podpisane dwoma nazwiskami Frank Emmert i Mateusz Morawiecki. Tak jest na okładce, ale nie na karcie tytułowej, bo na niej umieszczono tylko nazwisko wykładowcy Uniwersytetu w Bazylei Emmerta, gdzie Morawiecki studiował. Ten nawet nie jest tłumaczem dzieła, tylko redaktorem weryfikującym przekład i aktualizującym treści.

W świetle własności intelektualnej Morawiecki przypisał sobie to, co nie jest produktem jego intelektu, jest to zwykłe przywłaszczenie, złodziejstwo, acz mogło dojść do niego za zgodą Emmerta.

I to jest sposób na życie Mateusza Morawieckiego. Podpisać się pod cudzą własnością i w ten sposób spijać miód. Podobną rolę pełnił w hiszpańskim banku z grupy Santander Bank Zachodni WBK, gdzie był prezesem z tytułu, iż na polski rynku bankowym łatwiej było się poruszać komuś z nazwiskiem opozycjonisty z PRL-u.

Morawiecki więc jakby miał kulturową wszywkę, gen: podłączę się pod coś, co nie moje, czego nie wypracowałem. To jest najwyższy poziom pisowskiego idiomu Koryta plus, a nawet jest to Koryto podniesione do potęgi koryta.

W dziele Emmerta czytamy (Morawiecki musiał się zgadzać, bo sygnuje je swoim nazwiskiem) treści o bardzo aktualnym znaczeniu dla polskiego sądownictwa, iż „jeżeli w pojedynczym przypadku norma prawa krajowego koliduje z normą prawa wspólnotowego, to właściwy sąd krajowy może (…) dojść do wniosku, iż prawo krajowe nie może być stosowane”.

Krótko pisząc: Morawiecki podpisuje się nazwiskiem, że Sad Najwyższy może zawiesić stosowanie niezgodnych z prawem UE krajowych przepisów. A właśnie z tym mamy do czynienia w wypadku pytania prejudycjalnego zadanego Trybunałowi Sprawiedliwości UE.

Emmert dla „Kultury Liberalnej” określa cechy charakterologiczne Morawieckiego: „Obserwuję to, co mówi publicznie, i widzę sprzeczność w zależności od tego, do kogo się zwraca. Jego celem jest powiedzenie wszystkim tego, co chcą usłyszeć, nawet jeśli to wzajemnie sobie przeczy”.

Morawiecki zawsze skłamie, aby podlizać się prezesowi i elektoratowi. Jego nie interesuje prawda materialna, ale kłamstwo dla władzy.

Pamiętajmy, iż tą drogą chciał dorwać się do władzy poprzez doradzanie Donaldowi Tuskowi, ale ten nie dał się nabrać na tego notorycznego kłamcę, więc Morawiecki reflektor swojego pędu do koryta skierował na Jarosława Kaczyńskiego – może powiedzieć „udało się” i powie każdą brednię.

Bartosz Arłukowicz jako lekarz dopatruje się w podobnej cesze zespołu Delbrücka, tj. patologicznej skłonności do kłamania, zatajania prawdy i opowiadania zmyślonych historii, przedstawiających najczęściej opowiadającego w korzystnym świetle. Osoba opowiadająca sama nie jest w stanie oddzielić prawdy od własnej fantazji, czyli jest to najzwyczajniejsza na świecie mitomania. Tak jest z owym podręcznikiem, którego Morawiecki chciał być współautorem i niedawnym chwaleniem się, że wprowadzał Polskę do UE.

Wklepuję w google hasło „zespół Delbrücka” i wyskakuje mi nazwisko słynnego swego czasu Krzysztofa Kononowicza i Morawieckiego. I myślę sobie tak: gdyby posłać Kononowicza na nauki do Bazylei to też mówiłby jak Morawiecki.

A zresztą, czym się różnią kłamstwa i zapewnienia Morawieckiego od „żeby nie było bandyctwa, żeby nie było złodziejstwa, żeby nie było niczego”. Do niczego wszak zdąża pisowskie rozdawnictwo, przekupstwo populistyczne, aby ciemny lud na nich głosował.

PiS odtwarza PRL, taka ich bolszewia. Odsunąć toto od władzy

„Czy pracownik MS, udający w Sejmie dziennikarza, na pełny etat na kilkunastu kontach prowadzi kampanię samorządową wiceministra MS, a na kilkunastu innych bawi się w hejtera PO?” – pytają internauci. Nic dziwnego. Dariusz Matecki oficjalnie jest tylko społecznym asystentem Patryka Jakiego, ale sprawa ma drugie dno – czytamy w portalu NaTemat. Administruje kilkudziesięcioma stronami, na których wychwala kandydata PiS na prezydenta Warszawy, Partyka Jakiego. Jednocześnie trolluje Rafała Trzaskowskiego. Choć nie brakuje dowodów na jego związki z Ministerstwem Sprawiedliwości, nie wiadomo, czy pobiera z resortu pieniądze. Na pewno za to wiadomo, że kandydatowi PiS towarzyszy w trakcie spotkań z wyborcami.

Kilka dni temu Matecki zamieścił w sieci filmik uderzający w innego kandydata na prezydenta Warszawy Jana Śpiewaka, aktywisty znanego z nagłaśniania afery reprywatyzacyjnej. Zarzucił mu, że działał w sztabie Hanny-Gronkiewicz Waltz. Ale to nie wszystko. Matecki nie stroni od typowych antysemickich zagrań: „ujawnił”, że Śpiewak jest współzałożycielem Żydowskiej Ogólnopolskiej Organizacji Młodzieżowej i synem prof. Pawła Śpiewaka, czyli dyrektora Żydowskiego Instytutu Historycznego oraz byłego posła PO, oraz wnukiem redaktora miesięcznika literackiego z czasów stalinizmu.

Śpiewak nie pozostał mu dłużny i zlustrował przeszłość Mateckiego. Otóż – jak udowodnił w sieci –  poza skrajnymi, nacjonalistycznymi poglądami ciągną się za Mateckim podejrzenia o znęcanie się w szkole nad znaną blogerką, Tamarą Gonzalez-Pereą, znaną jako Macadamian Girl. Blogerka sama ujawniła wcześniej, że była prześladowana z pobudek rasistowskich przez rówieśników i że „jeden z prowodyrów jest dziś działaczem skrajnie prawicowej partii”. Sam Matecki zaprzecza, choć przyznaje, że faktycznie chodził z nią do jednej klasy – czytamy w portalu.

Współpracownik Jakiego pisze o sobie, że jest „vlogerem, katolikiem i prawnikiem„, a kandydatowi PiS pomaga społecznie. Co nie oznacza oczywiście, że nie otrzymuje za to wynagrodzenia. Z wykształcenia jest prawnikiem po Uniwersytecie Szczecińskim. Przyznał, że należał do Ruchu Młodych PiS i Solidarnej Polski (partii Ziobry i Jakiego, która wchodzi w skład Zjednoczonej Prawicy), a obecnie jest członkiem konserwatywno-liberalnego Stowarzyszenia KoLiber. Sympatyzuje też m.in. z Ruchem Narodowym.

„Kilka lat temu rozpocząłem prowadzenie bloga i vloga o nazwie: Prawicowy Internet. Mój główny FanPage obserwuje prawie 135 tysięcy osób, zaś konto na YouTube subskrybuje prawie 80 tys. osób. Występowałem gościnnie w programie Wrealu24 (program Marcina Roli znanego z szowinistycznych poglądów – przyp.red) oraz pisałem do czasopisma Magna Polonia” – pisze o sobie się w mediach społecznościowych. Jak sam przyznaje, za swoich idoli oprócz Jakiego uważa m.in. Antoniego Macierewicza, Zbigniewa Ziobro, Rafała Ziemkiewicza, „całą Gazetę Polskę”, Żołnierzy Wyklętych, środowisko Radia Maryja i „generalnie zależy mu na łączeniu prawicy”.

W galerii na najwyższej kondygnacji Filharmonii w Szczecinie planował pokazać 35 plakatów, ale na siedem z nich nie zgodziła się dyrektor placówki. – Pierwszy raz spotkałem się z ocenzurowaniem mi wystawy – mówi plastyk Andrzej Błażejczyk. – Myślę, że to wynikło z lęku dyrektorki o posadę. Link w bio.

Wernisaż wystawy Andrzeja Bałżejczyka. Fot. Krzysztof Hadrian. #wyborcza#agencjagazeta #wystawa #plakaty #sztuka#cenzura #polityka #Szczecin #Polska

W galerii Poziom 4. na najwyższej kondygnacji Filharmonii w Szczecinie Andrzej Błażejczyk na indywidualnej wystawie „Plakaty – nieoczywiste – nieobojętne” chciał pokazać prace, które zrobił w ostatnich sześciu latach. To jego graficzne reakcje na wydarzenia i zjawiska polityczne i społeczne, pisze „Gazeta Wyborcza”. Ale dyrektorce Filharmonii Dorocie Serwie nie spodobał się m.in. plakat, na którym są dwa paragrafy spięte kajdankami – komentarz artysty do batalii o niezawisłość sądów. Odpadł też plakat z polską flagą, na której na białym i czerwonym tle są lustrzane napisy „Teraz… kurwa MY” oraz ten, ze znakiem drogowym „obszar zabudowany” na którym wszystkie budynki mają na dachach krzyże, a pod spodem jest podpis „Welcome to Poland” (ten plakat Błażejczyk zaprojektował dla dziewczyn z czarnego protestu).

Podobny los spotkał cykl trzech plakatów, na których niebiesko-biały krzyż skandynawski na norweskiej fladze zmienia się w swastykę (to była reakcja artysty na terrorystyczne zamachy Andersa Breivika z 2011 r., w których zginęło 77 osób). – „Dyrektor Serwa tłumaczyła, że nie chce obrazić nimi dyrektora artystycznego filharmonii, dyrygenta orkiestry, który jest Norwegiem. Chociaż jestem przekonany, że gdyby je zobaczył, te plakaty, uznałby je za dobre” – uważa Błażejczyk. W odpowiedzi na cenzurę artysta, aranżując wystawową przestrzeń, pozostawił symbolicznie jedną pustą ścianę. Kolaż z odrzuconymi plakatami wydrukował na kartkach, pisze portal „Wyborczej”.

W centralnym miejscu wystawy Błażejczyk powiesił plakat z gwiazdkami unijnymi układającymi się w serce w grafice „I love.eu”. – „Jestem euroentuzjastą i cieszę się, że dożyłem takiego momentu, że przez granicę polsko-niemiecką mogę jechać z prędkością 120 km na godz. Dobrze pamiętam czasy komuny, kiedy nie mogłem swobodnie wyjeżdżać za granicę. Dziś mam dowód czy paszport i lecę, gdzie chcę i gdzie mnie stać” – opowiada w kontekście swojego plakatu. Na kolejnym – złote gwiazdy Unii Europejskiej obejmuje złoty półksiężyc. – „To wyraz lęku przed rzeczywistym, a może irracjonalnym zagrożeniem dla naszej kultury ze strony cywilizacji islamskiej” – tłumaczy. Na kolejnym plakacie charakterystyczna literka „F” staje się pistoletem, który wystrzeliwuje czerwoną kulę. – „Kula jest czerwona ze złości, rozgrzania. Bo słowem można zranić. Warto pamiętać, że Facebook może być formą broni” – wyjaśnia artysta. Te plakaty zostały dopuszczone na wystawę.

Dorota Serwa, w oświadczeniu przekazanym „Wyborczej” podkreśla, że jej galeria kieruje się podstawowymi zasadami, które zgodne są z wizją Filharmonii. A zatem promocją wolnej twórczości, po drugie – wolnością naszych odbiorców, tolerancją, co przejawia się w szacunku do nich, do ich światopoglądu, wolności wyznań czy postaw życiowych. Dysosnansu założeń i poczynać chyba nie dostrzega. Dla odmiany swoje cenzorskie decyzje tłumaczy koniecznością podejmowania „trudnych decyzji ze względu na ograniczoną przestrzeń” oraz tym, że wystawy stanowią atrakcyjne uzupełnienie oferty koncertowej, i są odwiedzane przez grupy zorganizowane, wśród których znaczny odsetek stanowią dzieci i młodzież. Zatem dokonana przez nią selekcja prac to „niezbędny kompromis, aby wypowiedź artystyczna nie była naruszona, ale przede wszystkim, aby wpisywało się to w szerszą działalność Filharmonii”. A zwłaszcza, aby prace „stanowiły pozytywny przekaz, czytelny i akceptowalny przez wszystkie grupy odbiorców”.

Andrzej Błażejczyk kończył szczecińskie Liceum Plastyczne, a w 1988 r. obronił dyplom w ówczesnej Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Poznaniu. Swoje prace wystawiał m.in. w: Brukseli, Kilonii, Strasburgu, Stuttgarcie, Pradze, Kopenhadze, Mons, Oświęcimiu, Krakowie, Katowicach, Poznaniu, Wałbrzychu, Szczecinie. 

>>>

Czyli PRL ale w wersji stalinowskiej, bo za Jaruzelskiego to już by takich jaj nie było.

Earl drzewołaz

Były prezes Trybunału Konstytucyjnego prof. Andrzej Zoll wyraził nadzieję, że „polska władza uszanuje stanowisko” unijnego Trybunału Sprawiedliwości, który będzie zajmował się postanowieniem Sądu Najwyższego o zawieszeniu niektórych przepisów pisowskiej ustawy o przeniesieniu sędziów SN w stan spoczynku. – „Jeżeli polski rząd nie zaakceptuje postanowienia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, to wkroczy na bardzo niebezpieczną dla Polski drogę. Konsekwencją tego będzie w najbliższym czasie wykluczenie Polski z Unii Europejskiej. A myślę, że to jest klęska” – stwierdził prof. Zoll w TVN 24.

Zdaniem prof. Zolla, nie ma najmniejszych wątpliwości, że prof. Małgorzata Gersdorf jest I Prezes Sądu Najwyższego do końca kadencji, czyli do 2020 r. Były prezes TK bardzo krytycznie podsumował trzy lata prezydentury Andrzeja Dudy. – „Ani razu nie stanął w obronie Konstytucji, a wręcz odwrotnie – wielokrotnie ją naruszał. A ślubował być jej strażnikiem. Jego ubiegłoroczne weta były fikcją” – powiedział prof. Zoll.

„W Polsce działa V kolumna Putina. A…

View original post 1 642 słowa więcej

Pisowcy wracają do kartofli. Prezes kazał

Dziennikarz „Rzeczpospolitej” Jacek Nizinkiewicz i inni o słowach Jarosława Kaczyńskiego odczytanych w czasie odsłonięcia pomnika Lecha Kaczyńskiego w Szczecinie.

Nie ma już chyba choćby jednego spotkania polityków PiS z mieszkańcami poszczególnych miejscowości, na których nie wybuchałyby awantury. Co ciekawe, awantury wywołują najczęściej zwolennicy PiS-u, którzy wyjątkowo źle znoszą najdrobniejszą krytykę skierowaną pod adresem uwielbianej przez nich partii. W weekend na spotkanie z mieszkańcami Podkarpacia wybrał się poseł Stanisław Piotrowicz.

Podczas spotkania poseł poruszył kilka kwestii. Mówił o mediach: „Nie dajmy się ogłupić. Te gazety, których nazw nie chcę wymieniać, by ich nie popularyzować, są niemieckie. Po co są one tutaj? Po to by bełtać nam w głowie. A my musimy być mądrzy. I po to się spotykam z Polkami i Polakami. By mówić, że mamy taki rząd, który zmierza do tego, aby Polska była suwerenna i silna. (…) Nie czynimy niczego, co naruszałoby konstytucję”, jak również poruszył temat sądów: „W Polsce panuje naród – suweren. I sądy muszą wiedzieć, że nie są nad innymi władzami. Sędziowie muszą wiedzieć, że nie panują nad społeczeństwem. Sędziowie muszą zrozumieć, że pełnią służebną rolę wobec państwa i narodu. I my reformą idziemy właśnie w tę stronę.” Zwolennicy „dobrej zmiany” nagrodzili Piotrowicza gromkimi brawami, które on doniośle skwitował słowami: „Jedną mamy Polskę, jesteśmy Polakami. Różnijmy się szlachetnie.”

Jakby w odpowiedzi na te słowa z sali w stronę Piotrowicza zaczęły padać niewygodne dla niego pytania zadawane przez przedstawicieli grupy Rebelianty Podkarpackie. Pytania dotyczyły m.in. reformy edukacji, o którą dopytywała jedna z nauczycielek: „Chciałam zapytać o 2019 rok, kiedy dojdzie w szkołach do kumulacji roczników. Trzeba będzie gdzieś te podwójne roczniki wprowadzić. Co PiS i ministerstwo zamierzają zrobić, by dać dzieciom równe szanse?”  Odpowiedź posła „damy radę” została ponownie nagrodzona brawami i okrzykami skierowanymi w stronę nauczycielki: „Nikt tu cię nie chce słuchać! Czego tu szukasz? Wszyscy biją brawo, a wy co?” Na ataki ze strony zebranych naraził się również emerytowany mundurowy, którego objęła ustawa represyjna, czym czuje się poszkodowany i tym samym zarzucił PiS-owi łamanie konstytucji. Poseł Piotrowicz na ten zarzut odpowiedział jak zwykle wymijająco:

Na spotkaniach nie rozstrzygam indywidualnych spraw. Żeby to zrobić trzeba mieć uprawnienia. Jak takich uprawnień nie mam. Do tego uprawnienie ma sąd. Po drugie trzeba mieć wiedzę, trzeba znać dowody.” Oczywiście w odpowiedzi od zwolenników otrzymał ponownie gorące brawa. Wydaje się, że zarówno politycy PiS, jak i ich zwolennicy najchętniej zaryglowaliby wejścia na tego typu spotkania przed wszystkimi myślącymi samodzielnie i inaczej. Normą są już ataki i wyzwiska na każdego kto ośmieli się zadać niewygodne dla nich pytanie. Nie ma to nic wspólnego z demokracją, ale jak się okazuje wyznawcy PiS pojmują to pojęcie zupełnie inaczej. „Prawdziwa demokracja polega na dobrej dyktaturze” –  tak podsumował spotkanie z posłem Piotrowiczem jeden z mieszkańców Podkarpacia.

Słowa o zdradzieckich mordach były „rzadki publicznym wybuchem ze strony człowieka, który Polską woli rządzić zza kulis”. Obszerny artykuł o Jarosławie Kaczyńskim i Polsce ukaże się na najbliższym wydaniu „New York Timesa”.

„W dzień pojawiał się na wiecach politycznych, prowadząc kampanię w żałobie jako zastępca swojego brata bliźniaka… W nocy zdejmował czarny krawat, szedł do łóżka chorej matki i mówił jej kłamstwa… Wydawał nawet fałszywe artykuły z gazet dokumentujące fałszywą podróż” – przypomina wydarzenia sprzed ośmiu lat publicysta „New York Times” Marc Santora. Tekst zatytułowany „Po szokującej śmierci prezydenta podejrzliwy bliźniak przekształcił naród” to próba przybliżenia amerykańskim czytelnikom metamorfozy, którą przeszedł prezes PiS w czasie kilku lat od katastrofy smoleńskiej.

Osiem lat po katastrofie Kaczyński jest dominującą postacią polityczną w Polsce, „enigmatycznym człowiekiem działającym głównie w cieniu” – pisze Santora. Jego partia podkopała demokratyczne swobody i osłabiła rządy prawa w Polsce, jednocześnie wpychając kraj w coraz ostrzejsze spory z Unią Europejską – podkreśla.

„Konfrontacja Warszawy z Brukselą jest kolejnym poważnym wyzwaniem dla Unii oblężonej już przez antypartyjne, populistyczne partie na kontynencie” – zwraca uwagę autor artykułu. Podkreślając, że „Kaczyński zawarł sojusz z Węgrami i jego populistycznym przywódcą, Victorem Orbanem”, a „ich nacjonalistyczną retoryką interesują się sąsiednie kraje”.

” Kiedy w tym miesiącu europejscy przywódcy spotkają się w Brukseli, aby przedyskutować, czy Polska powinna zostać ukarana za zmiany w systemie sądowym, które zdaniem wielu ekspertów podważają praworządność, inne kraje będą uważnie obserwować

– pisze Santora wskazując na Słowację i Rumunię, które flirtują z własnymi wersjami „nieliberalnej demokracji”.

Sytuacje komplikuje fakt, że Kaczyński w wyjątkowy sposób połączył to, co osobiste z tym, co polityczne.

„Od chwili śmierci brata pielęgnował on mitologię męczeństwa i nacjonalizmu wokół katastrofy smoleńskiej, wykorzystując tragedię jako narrację, próbując przekształcić polską tożsamość, nawet gdy dwa niezależne śledztwa jako przyczyny tragedii wskazały złą pogodę i ludzki błąd”

– czytamy w artykule. w którym dość dokładnie streszczono wszystkie „dowody” na przeprowadzenie zamachu smoleńskiego.

A wszystko po to, by, jak przypomina opinie krytyków autor tekstu, użyć Smoleńska jako „pretekstu do aresztowania politycznych wrogów przed wyborami w 2020 roku”. Choć według innych opinii Kaczyńskiego „po prostu chwyta udręka, zemsta i paranoja, która ciągnie kraj wraz z nimi”.

„Dla Kaczyńskiego debata publiczna nie jest już polityczna – między ludźmi o różnych wartościach; to eschatologiczna wojna między dobrem a złem”

– mówi cytowany w tekście Marek Migalski były polityk związany z PiS.

Santora przypomina słynną wypowiedź Kaczyńskiego z Sejmu, w której padły słowa o zdradzieckich mordach.

„Był to rzadki publiczny wybuch ze strony człowieka, który najwyraźniej woli rządzić zza kulis. Zajmuje miejsce w parlamencie, ale nie jest ani premierem, ani prezydentem. Nie używa maila ani nie ma własnego telefonu komórkowego czy portfela. Rzadko uczestniczy w czymś co przypomina konferencję prasową a większość wiadomości jest filtrowana przez doradców”

– stwierdza autor.

Ostatni przykład to miesięczny pobyt prezesa PiS w szpitalu. „Większość naglących interesów narodu była załatwiana jego łóżku” – przypomina Santora. Dlatego niezwykle ważna staje się odpowiedź na pytanie w jakim kierunku podąży partia i kraj, kiedy Kaczyńskiego w polityce już nie będzie.

Kancelaria Sejmu wycofuje się z części zamówienia zakładającego zaopatrzenie sejmowych restauracji w owoce morza. Decyzję w tej sprawie podjął szef Kancelarii Sejmu Agnieszka Kaczmarska. Zapotrzebowanie określone w zamówieniu to także kilkaset kilogramów m.in. kaszy, cukru, soli, bułki tartej czy makaronu, więc zostanie ono zmodyfikowane.

– Od samego początku, kiedy Kancelaria przejęła obsługę sejmowych restauracji, staramy się aby posiłki były smaczne, urozmaicone, a także w przystępnych cenach. Sądząc po bardzo wysokiej frekwencji jak dotąd dobrze udaje nam się wywiązywać z – nazwijmy je – obowiązków cateringowych. To ważne tym bardziej, że z sejmowej kuchni korzystają nie tylko politycy i urzędnicy, ale także (a może przede wszystkim) wycieczki, dziennikarze i inni goście parlamentu. Jednocześnie nowe, roczne zamówienie na dostawę artykułów spożywczych wywołało sporo komentarzy, a nawet dezaprobaty dla pewnej grupy produktów, która – co warto zaznaczyć – była uwzględniona w przetargu w ilościach marginalnych w porównaniu do skali zamówienia. Wsłuchujemy się w tego typu oceny, zawsze bierzemy pod uwagę różne opinie, dlatego reagujemy i w tej części – rezygnujemy z zakupów – potwierdza dyrektor Centrum Informacyjnego Sejmu Andrzej Grzegrzółka w rozmowie z 300POLITYKĄ.

Kilka dni temu „Super Express” poinformował o przetargu, dzięki któremu do restauracji sejmowych miały trafić m.in. owoce morza. „Marszałek Kuchciński zamówił 15 kilogramów kalmarów, po 25 kg muli i małży świętego Jakuba, 220 kg krewetek, a także 50 kg mieszanki owoców morza, w której zapewne znajdą się też sławetne ośmiorniczki. Wisienką na torcie będzie zaś kawior, którego zamówiono aż 5 kilogramów” – napisał tabloid.

>>>

Post Navigation