Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “TOK FM”

Komediant Duda

>>>

Wystarczy pierwsza z brzegu wypowiedź prezydenta państwa, żeby wyszedł kabaret…

…tak trafnie podsumował internauta najnowszą akcję promocyjną radia TOK FM która ma zachęcić do słuchania audycji na różnych urządzeniach. Głównym jej elementem – pod hasłem „Kimkolwiek jesteś” – jest właśnie spot parodiujący wystąpienie prezydenta Andrzeja Dudy.

Oto widzimy aktora, przypominającego wyglądem i gestykulacją głowę państwa, który zapewnia, że w różnych sposób i różnych codziennych sytuacjach słucha Radia TOK FM.

„Ja państwu powiem, że ja słucham cały czas. Naprawdę. Ja cały czas słucham. Bez przerwy. Ja słucham w mieszkaniu, ja słucham w samochodzie, kiedy jadę, ja słucham w samolocie, kiedy lecę. Jak nie słucham tego, co nadają na żywo, to słucham tego, co już było. Słucham podcastów, ja cały czas słucham. Nowe odcinki… Ja powiem państwu, że cały czas słucham radia TOK FM” – tłumaczy, zachęcając do odbioru nie tylko za pośrednictwem tradycyjnych odbiorników, ale także przez komputery oraz aplikację mobilną na telefony komórkowe.

W ten sposób aktor nawiązuje do słynnej wypowiedzi Andrzeja Dudy w listopadzie ubiegłego roku w czasie wystąpienia na Uniwersytecie Rzeszowskim. Prezydent opowiadał wtedy, że „cały czas się czegoś uczy”.

Spot spotkał się z aplauzem internautów: „To jest mega! Niezła parodia!”, „Ot, czasy…Wystarczy wziąć pierwszą z brzegu wypowiedź prezydenta państwa, żeby wyszedł kabaret” – komentują.

Pisowskie zasrańce otwierają ośrodek rehabilitowanych bohaterów – Tworki

bober

Jak słusznie zauważył Andrzej Bober w TOK FM, rząd Beaty Szydło ma plan:

„plan załatwienia dziesiątek czy setek tysięcy posad dla znajomych”.

Pisizm, który „da radę”.

Bober nie może zrozumieć, jak ministrem może zostać pacjent Macierewicz:

Jeżeli w moim kraju ministrem obrony narodowej jest facet o kondycji psychicznej pana Antoniego Macierewicza, a premierem mojego rządu jest pani Beata Szydło, to ja się zaczynam zastanawiać, czy ja nie żyję w wymyślonym kraju.

Ale Bober sobie niejako odpowiada:

Czy po prostu te sprawy, o których my tu rozmawiamy, kiedy tworzymy wielkie teorie, konstrukcje myślowe, nie są znacznie prostsze…

Tak, słusznie! Polskę przerabiają na Tworki. Kraj o gumowych ścianach, ze wszystkimi sąsiadami skłócony.

– Marszałek Piłsudski też czasem mianował niepierwszoligowych polityków na stanowisko premiera – zauważył prowadzący program w TOK FM Jan Wróbel. – Felicjan Sławoj Składkowski na przykład – przypomniał. – Ja rozumiem, ale Piłsudski stworzył Legiony i przedtem dokonał czegoś dla dobra kraju, by móc później oferować te posady – odparł Bober.

A co zrobił dla kraju Kaczyński?

Za to „nic” nawet Wojciech Jaruzelski nie chciał posadzić go jako internowanego. Glut Kaczyński i pacjent Macierewicz – zasrańce rozwalają Polskę.

Więcej >>>

Biedni ciągle wierzą w swoją szansę na sukces. A to jest dziś fikcja

Prof. Kazimierz Frieske dla TOK FM:

Bogaci są zbyt bogaci, a biedni zbyt biedni? – Najubożsi w Polsce dali sobie wtłoczyć w głowę stereotyp szansy na sukces, ideę self-made mana. To jest bzdurą, ale oni ciągle mają nadzieję, że im się uda. Może jednemu, drugiemu się uda… Ale większość wyląduje w call center jako menedżer średniego szczebla.

z14409297Q,Kariera-od-pucybuta-do-milionera-to-tylko-piekny-m

„Czy biedni są zbyt biedni, a bogaci zbyt bogaci?” Wywiad Grzegorza Sroczyńskiego w „Dużym Formacie” „Milioner ma wyglądać na milionera” stawia to pytanie bardzo wyraźnie.

Pensje „za duże”? To byłby koniec cywilizacji

Janusz Filipiak, prezes firmy Comarch, to najlepiej zarabiający prezes w Polsce. Jego roczna pensja to ponad 12 milionów rocznie. – Proszę to wyraźnie napisać (…) każdy człowiek ma prawo do godziwego życia, ale te osoby, które chcą pracować i mają talent, muszą mieć prawo do wysokich zarobków. Nie naruszajmy podstawowych elementów konstrukcji społecznej! Jak pan mówi, że ludzie nie powinni dużo zarabiać, no to jest koniec cywilizacji! (…) Cały mój sukces życiowy zawdzięczam temu, że mi się udało w 1982 roku wyrwać z Polski. A wie pan, dlaczego wyjechałem? Bo tu było szaro. Obojętnie, co pan robił, to nie miał pan z tego najmniejszej satysfakcji. I to była największa krzywda, jaką narodowi polskiemu wyrządzono. W 1982 roku ja i moi koledzy mieliśmy po 30 lat. Wtedy człowiek powinien zrobić w życiu największy skok. A gdzie skakać? Czy się pan narobił, czy nie, to nie mógł pan zostać milionerem, nie mógł wyjechać na wakacje na Karaiby, nie mógł sobie pobyć w drogim hotelu, kupić drogich ciuchów, ekskluzywnego jedzenia. I wie pan co? To ludzi wyjałowiło. Moje pokolenie jest nieaktywne zawodowo, to są przetrącone życiorysy. Ludzie muszą mieć szansę wzięcia dużej nagrody, bo tylko wtedy aktywnie pracują. I tylko wtedy społeczeństwo będzie funkcjonować – mówi Filipiak w rozmowie z reporterem.

„Mnie to nie oburza, ale..”

Prof. Kazimierz Frieske z Zakładu Socjologii Problemów Społecznych i Planowania Społecznego UW i dyrektor Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych w Warszawie bada kwestie biedy i bogactwa. – W Polsce jest niewielu, ale bardzo zamożnych ludzi. To mnie nie boli, że oni zarabiają niewyobrażalnie – z mojego punktu widzenia – duże pieniądze. Oni się dzielą tymi pieniędzmi – np. płacąc podatki w Polsce. Rad byłbym wiedzieć, jak ten sukces przekłada się na szanse drugiego pokolenia – jego syna i córki.

 Bogaty rodzic to bogate dziecko, które ma łatwiej– Interesujące jest to, jak w społeczeństwie utrwala się segment ludzi zamożnych. Jak to się ma do idei równości szans, która jest fikcją. Szanse ludzi bardzo zamożnych (i ich dzieci) są w sposób oczywisty większe. Zasada jest prosta: dziedziczy się zarówno bogactwo, jak i biedę – powiedział prof. Kazimierz Frieske.Socjolog podkreślał, że społeczeństwa trwale się dzielą: nie tylko ze względu na styl życia. – Ale i odrębne gatunki biologiczne – to są różni ludzie – powiedział profesor. Jako przykład podał różnicę w wyglądzie między Amerykanami – otyłych jedzących tanie jedzenie w fast foodach i szczupłych bogatych.

Średnia pensja? To bzdura

Dane ze Stanów Zjednoczonych są wstrząsające: 1 proc. najbogatszych ma 40 proc. majątku kraju, a 80 proc. ma 7 proc. Szeregowy pracownik musi pracować dłużej niż miesiąc niż szef korporacji w ciągu godziny. – W USA ta przepaść podkreślana jest przy okazji kryzysu finansowego. A jak jest w Polsce? – pytała Agnieszka Lichnerowicz. – Prof. Czapiński zauważył, że w ostatnim czasie różnice majątkowe nie rosną tak szybko – dodała.

– Jeżeli patrzeć na rozkład dochodów, to w Polsce on jest silnie „prawoskośny”, czyli mamy dużo dochodów niskich i malutko tych bardzo wysokich. Co oznacza, że wynagrodzenie przeciętne – jako wskaźnik – jest fikcją, bzdurą. W Polsce dochody zaczynają się bardzo nisko. Nie da się utrzymać równowagi między życiem a pracą i mieć zadowolonych ze swoich sytuacji pielęgniarek, wykwalifikowanych robotników, nauczycieli z podstawówek – mówił gość Połączenia w Radiu TOK FM.

Biedni źli na bogatych?

Zdaniem prof. Frieske w Polsce napięć między bogatymi a biednymi nie ma. – W tym stuleciu już nikt nie będzie robił rewolucji. Nie widzę potencjału buntu. Rewolucji nie robili najbiedniejsi, a warstwa średnia, a ona się wymywa. Ludzie majętni mają możliwości kształtowania formy społecznych debat i podtrzymują tezę self made mana. Idea równości szans poszła się gwizdać. Dziecko bogatych ma wielokrotnie więcej szans. Dziecko z prowincji z zasady ma przepaprane. I nawet po studiach kończą jako średniego szczebla menedżerowie w call center – komentował profesor.

Zdaniem socjologa najbiedniejsi w Polsce dali sobie wtłoczyć w głowę stereotyp szans na sukces. – Co jest bzdurą, ale oni ciągle mają nadzieję, że im się uda. Może jednemu, drugiemu się uda… – mówił Frieske w TOK FM.

Społeczeństwo, które traci Janka Muzykanta

Prof. Marek Garbicz z SGH w Warszawie: W tym wywiadzie są wszystkie główne argumenty, które mają uzasadnić wysoki poziom nierówności. Z nierównościami jest jak z tarciem. Tarcie jest potrzebne, żeby był ruch, ale jak jest nadmierne, to się pojawia problem z hamowaniem gospodarki. Nie rozmawiamy o awansie indywidualnym jednostek, tylko o problemie społecznym. Odpowiedź na pytanie, czy prezes Filipiak ma rację, sprowadza się do pytania, czy istnieje wystarczająco duża mobilność społeczna – chodzi o słynną karierę „od pucybuta do milionera”. Biedni są sami sobie winni, bo im się nie chce? Z równością szans jest problem. Jeśli wysoko utalentowani ludzie nie mogą się rozwijać, to traci całe społeczeństwo. Tracimy Janka Muzykanta – ubolewał w TOK FM prof. Garbicz.

Orłowski: Praca to za mało, potrzeba pomysłów

Prof. Witold Orłowski ze Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej: My, jako społeczeństwo, nie potrafimy jak to tej pory wykorzystać tych 20 lat. Nie umiemy stworzyć mechanizmów, które promują edukację, myślenie i innowacje. Mam wrażenie, że mamy wyobrażenie, że bogatym społeczeństwem się staje przez to, że wchodzimy do Unii i przyjedzie bogaty inwestor. Bogactwo narodów tkwi w nich samych – to już nie tylko ich praca, ale to, co mają w głowie. Trzeba skłonić ludzi, żeby ujawniali swoje talenty. Janko Muzykant powinien być zauważony – mówił w programie Połączenie. – Nie trzeba zabierać, ale walczyć o równość szans i na tym polu powinno aktywne powinno być państwo. Nie trzeba karać bogatych, ale dbać o biednych, którzy muszą mieć poczucie, że kreatywnością i pracą, można osiągnąć sukces. Potrzebny jest słynny amerykański sen – dodał.

Celiński: Byłem optymistą. Ale zobaczyłem, jaka to potworna naiwność wobec ”hofmanów” i ”nowaków”. Nie zasługują na miano polityków

z13465358Q,Andrzej-Celinski

Andrzej Celiński udzielił interesującego wywiadu dla TOK FM, kilka akapitów warto zakarbować w rozumie, bo są uniwersalne.

Krzysztof Lepczyński: Krzysztof Kwiatkowski prezentuje raczej niecodzienne wśród polskich polityków podejście do swojej pracy.

Andrzej Celiński: Jeżeli to nie jest kurtuazja, jeżeli mówi to szczerze, a nie mam powodów sądzić inaczej, to bardzo cenna wypowiedź, bo rzeczywiście w polskiej polityce coraz rzadziej mamy do czynienia z sytuacją, w której ludziom chodzi o zrobienie czegoś. Z sytuacją, w której mają jakiś plan, szerszy czy węższy, narodowy czy europejski i szukają narzędzi niezbędnych, aby ten plan wykonać. W tej chwili to szalenie rzadkie. To było właściwe dla środowiska korowskiego czy Unii Wolności. Dla mnie to niezwykle bliskie podejście. Od pewnego czasu obserwuję młodszych ode mnie ludzi, którzy mnie w polskiej polityce interesują. W każdym pokoleniu patrzę na ludzi, którzy nadawaliby się do prawdziwych wyzwań, do funkcji, gdzie naprawdę trzeba coś zrobić, a nie wyłącznie kłapać dziobem. Dla mnie w tym pokoleniu Kwiatkowski jest numerem jeden.

Wybór drogi życiowej dokonany przez Kwiatkowskiego spotyka się z moim szacunkiem. On uzyskuje pewnego rodzaju autonomię, osobne miejsce wraz z potężną instytucją, instytucją wielkich możliwości, zależnych jednak od człowieka, który nią kieruje. Z jego ambicjami, energią, młodzieńczą żywotnością, całkowicie rozumiem ten wybór.

To jest coś zupełnie innego niż w najmłodszym pokoleniu. Odrobina pokory, pewna umiejętność oczekiwania na własny czas.

– Nie o to chodzi. On ma wystarczające doświadczenie do najwyższych funkcji państwowych. Jemu niczego nie brak. On mi wygląda na człowieka, który podchodzi z entuzjazmem do fantastycznego czasu, w którym jest Polska, o którym wielu Polaków, przede wszystkim polityków, zapomniało. On może być członkiem bardzo nielicznej grupy polityków, którzy podchodzą do funkcji państwowych jako narzędzi budowania kraju.

Jak liczna jest ta grupa?

– Mówiąc żartem: Kwiatkowski i ja. A dodałbym do tego Janusza Lewandowskiego, pewnie Ryszarda Kalisza. Dalej miałbym ogromny kłopot. Ale to jest inne pokolenie. Najwięcej takich ludzi widziałbym w pokoleniu dzisiejszych siedemdziesięciolatków. W Polsce stało się coś zadziwiającego i bardzo niedobrego. W ogóle nie mamy w polityce pokolenia dzisiejszych 40-50-latków, którzy zasługują na miano polityka. Mamy ludzi, którzy przez swoje partie polityczne łatwo uzyskują dostęp do narzędzi państwa, których nie potrafią wykorzystać dla dobra publicznego.

To błąd systemowy, bo nie dopuszcza się właściwych ludzi, czy tych ludzi po prostu nie ma?

– To problem kulturowy. Polska kultura stoi w rozkroku, jedną nogą na twardym gruncie centrum Europy, a drugą w poleskich bagnach. Polskie społeczeństwo jest, jak mówią niektórzy socjologowie, społeczeństwem folwarcznym, w którym nie ma właściwej dbałości o dziedzictwo, przyszłość, poczucia wspólnoty. Polityka nie pomaga w budowaniu relacji między obywatelami a państwem. Bo to polityka ciągłego wyborczego oszustwa, która wzoruje się na gorszych, a nie lepszych wzorach zachodnioeuropejskiej demokracji. To, co u nas jest niedobre i drażniące, znajdzie się we Francji, Włoszech czy Niemczech. Ale to kwestia proporcji. U nas mainstreamem jest to, co w krajach zachodnich jest ubarwieniem polityki, marginesem.

We wcześniejszych pokoleniach widać było etos…

– Etos było widać w gronie kilku, kilkunastu tysięcy.

Nie wystarczy, żeby pokierować krajem?

– Wystarczy do momentu, w którym naród się zorientuje, że rządzą nim ludzie, którzy mają niewiele wspólnego z jego podstawowymi wartościami kulturowymi. W 1999 roku Aleksander Kwaśniewski, podczas rozmowy ze mną, wbił mi palec w klatkę piersiową i powiedział: „czy nie zdaje ci się, że te wszystkie wielkie polskie sukcesy, a musisz wiedzieć, że Polska jest krajem cudownego sukcesu, czy aby nie zawdzięczamy ich jednemu wielkiemu kłamstwu? Czy takim ludziom jak wy, jak Kuroń, Mazowiecki, Geremek, udało się przekonać Polskę, Europę i świat, że Solidarność jest taka jak wy. To nieprawda”. Polityka demokratyczna daje takie efekty, na jakie stać naród.

Co więc musi się zmienić?

– Edukacja i kultura. Na początku transformacji największy błąd mojego pokolenia, pokolenia polityków pokorowskich, polegał na tym, że wierzyliśmy, że nasze problemy, zadania, nasze środowiska mogą poczekać, bo to ludzie odpowiedzialni i patriotyczni. Zaniedbaliśmy wielką zmianę edukacyjną i kulturową, a potem już nikt nie był nią zainteresowany. Trzeba ją było robić na szczycie naszych możliwości. A my zajęliśmy się wtedy reformami gospodarczymi. Bardzo istotnymi, bo one dały później szansę. Natomiast zaniedbaliśmy kulturę i edukację.

Jest szansa, byśmy się doczekali klasy politycznej z prawdziwego zdarzenia?

– Jestem między wiarą a wiedzą. Wiara jest taka, że w pokoleniu dzisiejszych 40-latków, nazwijmy je korporacyjnym, w dużych ośrodkach akademickich, pojawi się grupa, która będzie miała dość pracy, wysiłku, bo się dorobili, mają pieniądze. Obserwują świat, bo są w Londynie, we Frankfurcie, w Paryżu, widzą pewne różnice, przede wszystkim w relacjach międzyludzkich. Oni zobaczą, że pewne rzeczy można zmieniać tylko wtedy, gdy posiada się odpowiednie instrumenty państwa. To jest moja wiara, że oni się skrzykną.

Moja wiedza jest taka, że musi dojść do gwałtownego wstrząsu, kolejnego polskiego kryzysu. Będzie jak w PRL, co 15-20 lat kryzys i rok, półtora na zmiany. Mam nadzieję, że moja wiedza jest wiedzą człowieka małej wiary, a moja wiara jest rzeczywistą wiedzą, która się spełni. Ale ja mówię o nadziei.

Zawsze byłem optymistycznie nastawiony do życia. W najgorszych warunkach potrafiłem zobaczyć coś pozytywnego. Półtora roku temu swojej żonie powiedziałem: „słuchaj, nie jestem już optymistą”. Nagle zobaczyłem, że mój optymizm jest potworną naiwnością wobec Hofmanów, Nowaków, ludzi SLD, nawet Gronkiewicz-Waltz. Że te wszystkie nadzieje są utkane na innych wzorach osobowych, na innym podejściu człowieka.

Moja matka ma 94 lata, wychowała się, jak tamto pokolenie, w miłości do odzyskanej niepodległości. Ciągle widzę, że więcej zrobiłaby dla tego kraju niż szefowie partii politycznych, którzy rządzą dzisiaj w Polsce.

Norman Davies o rzezi wołyńskiej: Ludobójstwo to kwestia polityczna. Selekcja: my jesteśmy ofiarami ludobójstwa, inni nie

z13977200Q,Norman-Davies

Prof. Norman Davies w TOK FM był przepytywany w kwestii rzezi wołyńskiej. Temacie do bólu bolesnym. Dla nas, ale – właśnie – nie tylko tak można patrzeć na to, co stało się w czasie II wojny światowej. Poniżej publikuję tę rozmowę:

Agnieszka Lichnerowicz: W polskim Sejmie wybuchła kolejna awantura o rocznicową uchwałę mającą uczcić ofiary rzezi wołyńskiej. Część posłów domaga się, aby jasno nazwać masakry Polaków ludobójstwem, i chce uchwalenia specjalnego dnia pamięci męczeństwa Kresowian.

Norman Davies, historyk, Uniwersytet Londyński: Cała ta awantura jest oczywiście niepotrzebna. Moim zdaniem należy patrzeć na tę sprawę z wielu perspektyw. Te masakry wołyńskie i galicyjskie, bo to nie obejmowało jedynie Wołynia, to część większego problemu. To nie jest prawda, że tylko Polacy byli ofiarami ataków i masakr. Na przykład kilka lat temu odbyła się wielka dyskusja dotycząca zbrodni w Jedwabnem. Dlaczego wtedy nie mówiło się o Wołyniu? Przecież to jest podobne zjawisko. Sąsiedzi, ludzie, którzy mieszkali obok siebie przez wiele lat, nagle napadają i okrutnie mordują.
Miałem w Londynie przyjaciela Ukraińca. On był ofiarą odwrotnej masakry, czyli Ukraińców przez grupę Polaków. Natomiast został uratowany przez Polaków, przez Armię Krajową, która wypędziła tę bandę. To jest bardzo skomplikowana historia. Nie wolno pozwolić na to, aby jedna strona miała pretensje, że jest jedyną ofiarą, i iść dalej w kierunku określenia „ludobójstwo”. Oczywiście Polacy byli ofiarami. To więcej niż masakra – to były czystki etniczne, których celem było przejęcie ziem zachodniej Ukrainy przez Ukraińców. Na początku II wojny światowej te ziemie były wielonarodowe: byli Polacy, byli Ukraińcy, byli Żydzi. Każda z tych grup przeżyła straszne rzeczy. Nie wolno wyjmować jednej z nich i mówić jedynie o jej krzywdach. Trzeba też połączyć to, co się działo na Wołyniu i Galicji Wschodniej, z tym, co się działo po wojnie, czyli operacją „Wisła” – czystkami etnicznymi prowadzonymi przez polski rząd przeciwko niewinnym Ukraińcom. W dużej mierze dotknęło to ludzi (np. Łemków), którzy nie bardzo czuli się Ukraińcami. To jest wszystko jeden problem.

Szef polskiego Instytutu Pamięci Narodowej uważa, że to nie usprawiedliwia ludobójstwa.

Jako historyk widzę, że każda grupa etniczna ma pewnych ludzi, którzy chcą, aby to oni zostali uznani za ofiary ludobójstwa. To zaczęło się prawie 100 lat temu. Ormianie wciąż walczą, aby uznano, że byli ofiarami ludobójstwa w trakcie I wojny. Co znaczy ludobójstwo? Kto je definiuje? To są kwestie polityczne. To jest selekcja ofiar: my jesteśmy ofiarami ludobójstwa, inni nie są. Tu jednak nie ma niewinnych grup. To był okres okropności, wypędzania, oczywiście przez mocarstwa, Trzecią Rzeszę i ZSRR. Każda grupa była ofiarą różnych okropności. Jednak mówienie wyłącznie o sobie jako ofiarach ludobójstwa jest polityczne.

Wielu Polaków boli, że Ukraińcy wznoszą pomniki takim ludziom jak Bandera. Politycy polscy podnoszą, że nie możemy patrzeć biernie, jak bohaterami stają się mordercy.

– Mój dobry przyjaciel z Polski pochodzi z tamtych stron. Jego ojciec był Polakiem, a matka Ukrainką. Część rodziny matki, czyli ta ukraińska, została wymordowana przez UPA. Czy polscy politycy mówią o tym, że UPA mordowała Ukraińców? Nie, to selekcja. Sztuczna selekcja dla celów politycznych, żeby móc powiedzieć „Naród polski był ofiarą”. UPA jako UPA miała swoje wspaniałe karty. Nie uznawała ani Hitlera, ani Stalina i próbowała walczyć na każdym froncie. Wojna rozpętała przemoc z różnych stron. Tak jak nie wszyscy Ukraińcy, tak jak nie wszyscy żołnierze UPA odpowiadali za zbrodnie. I nie tylko Polacy byli ofiarami.

Mamy spory z Litwinami o polską mniejszość. Z Ukrainą o przeszłość. Z Białorusią nie mamy, bo trudno mieć z nią spory, bo to autorytarnie rządzony kraj.

Stosunki polsko-ukraińskie były zamrożone przez cały okres sowiecki. Wówczas oficjalnie obowiązywało braterstwo, harmonia i przyjaźń między narodami słowiańskimi. Dopiero więc musimy się mierzyć z tymi sporami. Ja byłbym jednak za tym, żeby nie mówić selektywnie i próbować zrozumieć całościowo tamte wydarzenia: dlaczego tak było? Dlaczego tak się stało?

I nie tylko los Polaków, ale również Ukraińców i Żydów. Kresy Południowo-Wschodnie były przed wojną trójnarodowe: polsko-żydowsko-ukraińskie.

To jest pytanie z zakresu historii alternatywnej. Jednak to bardzo ciekawe pytanie. Spójrzmy na to, co się stało w Jugosławii w latach 90. Bardzo podobna historia: mordowali się sąsiedzi, Serbowie, Chorwaci i Bośniacy. Pytanie brzmi: czy gdyby nie było II wojny światowej, to czy na Kresach i tak doszłoby do takich okropności? To niewykluczone. Nie wolno szukać jednego winnego. Trzeba z pokorą przyjąć, że tak było, i starać się zrozumieć wszystkie czynniki.

*   *   *

W 2013 r. mija 70. rocznica masowych zbrodni popełnionych przez Ukraińską Powstańczą Armię (UPA) na ludności polskiej na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Kulminacja zbrodni nastąpiła 11 lipca 1943 r., gdy oddziały UPA zaatakowały ok. 100 polskich miejscowości.

Dla polskich historyków tzw. rzeź wołyńska z lat 1943-44, która swoim zasięgiem objęła także tereny południowo-wschodnich województw II Rzeczypospolitej, była ludobójczą czystką etniczną, w której zginęło ponad 100 tys. ofiar (są też szacunki liczące ok. 120-130 tys. ofiar). Dla badaczy z Ukrainy zbrodnia ta była konsekwencją wojny Armii Krajowej z UPA, w której wzięła udział ludność cywilna. Ukraińcy podkreślają, że w czasie II wojny światowej obie strony popełniały zbrodnie wojenne, ponieważ polska partyzantka podejmowała akcje odwetowe. Strona ukraińska ocenia swoje straty na 10-12, a nawet 20 tys. ofiar, przy czym część ofiar zginęła z rąk UPA za pomoc udzielaną Polakom lub odmowę przyłączenia się do sprawców rzezi.

Post Navigation