Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “TSUE”

Schetyna chce wygrać z PiS

Więcej >>>

Kmicic z chesterfieldem

„Widzę, że zachowano protokół dyplomatyczny i zasady precedencji. Szeregowy poseł między szefami rządów, ministrami i kierownikami najważniejszych instytucji państwa. Niby w jakiej roli?” – zapytał na Twitterze Patryk Wachowiec z FOR.

Jarosław Kaczyński podczas obchodów 80 rocznicy wybuchu II wojny światowej siedział bowiem w pierwszym rzędzie trybuny honorowej. Obok niego ulokowano jego „odkrycie towarzyskie”, czyli Julię Przyłebską, a po drugiej stronie – wicepremiera Piotra Glińskiego.

„Precedencja w Polsce nie przewiduje specjalnego traktowania szefa partii rządzącej. Protokół dyplomatyczny jest trochę jak z plasteliny, ale tutaj jednak ktoś przesadził. Nie ma to żadnego uzasadnienia protokolarnego. Kogo reprezentował Kaczyński?” – dziwił się w natemat.pl dr Janusz Sibora, specjalista ds. protokołu dyplomatycznego i ceremoniału państwowego. Wspomniana precedencja reguluje porządek pierwszeństwa zajmowania miejsc podczas oficjalnych spotkań władz państwowych.

Na dodatek prezes PiS…

View original post 3 226 słów więcej

 

Grożenie śmiercią jest dopuszczalne dla prawaków. Tak kombinuje Paweł Lisicki, naczelny Do Rzeczy

Sprawa zwolnionego dyscyplinarnie pracownika Ikei, który podpierając się cytatami z Biblii groził śmiercią homoseksualistom, zelektryzowała polską prawicę. Politycy i publicyści zaczęli się prześcigać w wyrazach poparcia dla pracownika, a pogardę dla drugiego człowieka nazywać „wartościami chrześcijańskimi”. Jednak w pogoni za absurdem na czoło wysunął się redaktor naczelny tygodnika „DoRzeczy”. Publicyście przeszkadza udział przedstawicieli różnych firm i globalnych marek w paradach równości. Jakby tego było mało, obiekcje wzbudziło ogólne zaangażowanie firm w ważne problemy społeczne, które niekoniecznie stoją w zgodzie z konserwatywną wizją świata:

„Okazuje się bowiem, że kupując lody, oglądając telewizję albo otwierając konto w banku, klient, za sprawą szefów tych firm, zostaje poniekąd zmuszony do udziału w prowadzonej przez nie kampanii ideologicznej.”

Co więcej okazało się, że wydawałoby się święte prawo własności dla prawicy działa tylko tak długo, jak chodzi o prawicowego drukarza. W przeciwnym wypadku korporacje nie mają prawa wydawać uczciwie zarobionych pieniędzy na cele niezgodne z przekazami obozu rządzącego:

Jakim prawem pieniądze i zyski – a cokolwiek opowiadaliby PR-owcy tych firm, z pewnością znacząca część zysków wygenerowana przez nich w Polsce pochodzi od klientów niechętnie patrzących na rewolucję LGBT – przeznaczane są na walkę ze świadomością i z przekonaniami tych klientów? Jakim prawem ludzie, którzy przedstawiają się najpierw jako sprzedawcy usług – bankowych, żywnościowych, komunikacyjnych, meblarskich – nagle zaczynają występować za pieniądze zdobyte ze sprzedaży tychże usług w roli nauczycieli moralności? Do diabła, co to ma wspólnego z „tolerancją i różnorodnością”?

W kontekście powyższego ciekawi, kiedy prawica zacznie kreować panikę wokół prześladowania palaczy czy alkoholików, terrorze zwolenników zdrowego stylu życia…wszystkie powyższe także były tematami szerokich kampanii społecznych, które były realizowane właśnie dlatego, że percepcja społeczna tych spraw przez większość obywateli prowadziła do społecznych szkód. Opinia większości odwołując się do samej Biblii nigdy nie była wyznacznikiem słuszności, pamiętajmy drodzy konserwatyści, że Jezus został na śmierć skazany, ponieważ także prowadził „terror kulturowy”, a o opinii społecznej najdobitniej świadczyło to, że tłumy wolały uwolnić Barabasza. Tutaj jednak pismo nie jest na rękę prawicy, więc pamiętać o nim już nie trzeba.

Zdaniem Pawła Lisickiego, sprzeciw  wobec dyskryminacji osób LGBT jest świadectwem pogardy i poczucia wyższości Zachodu nad Polską, której gościnności zagraniczne korporacje nie doceniają.

„Globalne marki powstały poza Polską i korzystają z prawa gościnności. Jak to zatem możliwe, żeby w kraju, który je życzliwie przyjmuje, postanowiły traktować nagle gospodarza, jakby był niedouczony i nieświadomy? Obrzydliwy to przejaw imperializmu kulturowego, poczucia wyższości i pogardy dla polskich „tubylców”, którym menedżerowie tego i owego niosą teraz kaganek oświaty. Nie da się ukryć, że wszystkie te piękne słówka skrywają lekceważenie nie dość „skolonizowanych” polskich tubylców i pogardę dla nich”.

Innymi słowy, jeśli krytykujemy Rosję za zabijanie dziennikarzy, aresztowania opozycji czy szeroko pojęte łamanie praw człowieka, to mamy rozumieć, że siejemy pogardę wobec rosyjskich tradycji mając poczucie wyższości od tej ostatniej? Rotmistrz Witold Pilecki, który ryzykował życie, aby świat dowiedział się i zareagował na holocaust, byłby zapewne zszokowany, do jakiej ignorancji doszły kolejne pokolenia Polaków.

W wyobraźni redaktora społeczna odpowiedzialność biznesu to forma represji rodem z komunizmu:

„Publicznie angażując się po stronie LGBT, szefowie tych firm dają też jasny sygnał swoim pracownikom: chcecie u nas robić karierę, musicie śpiewać w jednym chórze z LGBT. Chcecie awansować, chcecie dostawać podwyżki, musicie popierać rewolucję. Okazuje się, że pod tym względem wielkie korporacje niewiele różnią się od komunistycznej PZPR: kto chciał robić karierę, ten musiał się dostosować. Musiał, przynajmniej oficjalnie, być po linii i na bazie”.

Odpowiedzią na powyższy „terror”, „kulturalny imperializm”, pogardę, ma być zmiana prawa, która jak na obrońców wolności słowa przystało… zabroni wypowiadania poglądów sprzecznych z konserwatywną narracją. Prawnie usankcjonowanym powinno być uznanie „prawa naturalnego” jako ideologi panującej, za sprzeciw wobec której wymierzane byłyby surowe kary: 

„Potrzebne jest prawo, które w przypadku tak drastycznego naruszenia reguł – kiedy to firma zaczyna prowadzić działalność sprzeczną z zasadami współżycia społecznego, a tym jest opowiedzenie się przeciw zasadom prawa naturalnego – pozwoliłoby mi – czy to klientowi, czy to pracownikowi – domagać się odszkodowania za naruszone zaufanie. Oszustów, a nimi są sprzedawcy ideologicznych bajek, trzeba karać. To jedyny sposób, by otrzeźwieli”.

Tym samym opadła maska z twarzy polskiej prawicy, która okazuje się wcale nie walczyć z „terrorem poprawności politycznej”, ale zwyczajnie możliwości stosowania terroru ideologicznego reżimom autorytarnym najwyraźniej zazdrości.

Kmicic z chesterfieldem

„Mam nadzieję, że za takie okładki Karnowscy doczekają się wreszcie kary. To już przechodzi ludzkie pojęcie, do jakiego stopnia można się upodlić, żeby przypodobać się PiSowi. Prezydent Gdańska wybrało 84% mieszkańców. Zestawiać nas ze swastyką?” – tak jedna z internautek podsumowała okładkę najnowszego wydania prawicowego tygodnia „Sieci”. Redaktorem naczelnym pisma jest Jacek Karnowski, a jego brat Michał (poza publikowaniem w nim tekstów) zasiada we władzach spółki Fratria, która pismo wydaje.

Na okładce najnowszego numeru tygodnika widnieją fotografie prezydent Gdańska Aleksandry Dulkiewicz, jej poprzednika, zamordowanego w styczniu tego roku Pawła Adamowicza oraz Donalda Tuska. Otoczeni są m.in. flagami ze swastykami, a tytuł głosi: „Czy Gdańsk chce do Niemiec?”.

„To z bezsilności. Gdańsk ich uwiera! To wolne Miasto wolnych Ludzi i nie mogą nic z tym zrobić. Wiedzą, że jak spróbują na siłę – będzie jak z poprzednią komuną. Potkną się, połamią sobie te spróchniałe kły i skończą na śmietniku. Prawdziwi Polacy…

View original post 2 566 słów więcej

 

Bełkot Morawieckiego, Suskiego i pozostałych ancymonków z PiS

Mało zrozumiałego tweeta „wyprodukowała” na swojej oficjalnej stronie Kancelaria Premiera, z dumą informując o wizycie Morawieckiego na Dolnym Śląsku, dokąd udał się by m.in. podpisać dokument powołujący tzw. „Wrocławski Węzeł Kolejowy”. Co na tę okoliczność „wysmażyła” kancelaria?

Poczytajmy:

„Premier Morawiecki uczestniczy w uroczystym podpisaniu listu intencyjnego w sprawie wyrażenia woli współpracy na rzecz podjęcia działań w zakresie opracowania Wstępnego Studium Wykonalności dla Wrocławskiego Węzła Kolejowego”. Jak się „to, to” pojawiło, tak i zniknęło, a internauci zachodzą w głowę co dokładnie oznaczało to dla samej inwestycji?

Całość tej nowomowy, przypominającej czasy słusznie minione, w najlepszym ze swoich stylów zinterpretował mecenas Roman Giertych:

Dzisiaj w kancelarii mieliśmy małą uroczystość w związku z zaakceptowaniem szkicu wstępnego do założeń koncepcji rozważenia możliwości przymierzenia się do zakupu drugiego ekspresu do kawy. Radości, podziękowaniom i dumie nie było końca” – zakpił polityk.

Szybko dołączyli do niego internauci:

Istnieją realne warunki dla powstania poważnych szans na wystąpienie możliwości pojawiania się okazji do opracowywania wstępnych planów w zakresie wstępnych studiów dotyczących aktywności na rzecz zdecydowanego działania…” – drwili co poniektórzy; „Suski się zgubił już po drugim wyrazie”– zauważyli.

A dziennikarz „Wyborczej” tłumacząc komunikat z „nowomowy” na język polski napisał uszczypliwie, że w dosłownym przekładzie może to oznaczać, iż „węzeł nigdy nie powstanie”.

Onet potraktował jednak temat poważnie i po pierwszych drwinach oznajmił, że jednak na szczęście premier Morawiecki zapowiedział podczas wizyty na Dolnym Śląsku także kilka istotnych konkretów, ale tego jego kancelaria nie dostrzegła… A może uznała za niepewne i stąd niezrozumiały komunikat.

Kmicic z chesterfieldem

Po kilka tysięcy złotych wpłacili pracownicy państwowych spółek, ulokowanych w Bydgoszczy, na kampanię PiS przed ubiegłorocznymi wyborami samorządowymi. Złośliwcy twierdzą, że to swoisty „dowód wdzięczności” za zatrudnienie w kontrolowanych przez partię spółkach Skarbu Państwa.

Według „Gazety Wyborczej”, „rekordzistą” w Bydgoszczy jest Błażej Najdowski – przekazał ponad 21 tys. zł. To dyrektor techniczny Zespołu Elektrociepłowni Bydgoszcz, którego właścicielem jest państwowy gigant Polska Grupa Energetyczna. Zapytany o powód, dla którego wpłacił taką kwotę, Najdowski stwierdził, że musi się zastanowić nad odpowiedzią. Dodał, że powód… jest banalny. Nie wytłumaczył jednak reporterowi „GW, co miał na myśli.

Kolejny z listy Michał Krzemkowski wpłacił 14 tys. zł. Jako radca prawny obsługuje Wody Polskie, czyli spółkę powołaną przez PiS. Krzemkowski  jest też członkiem rady nadzorczej Polskiego Radia. 11,2 tys. zł wpłacił były bydgoski radny, Mirosław Jamroży, wiceprezes Enea Pomiary. Inny działacz PiS, który znalazł zatrudnienie w spółce skarbu państwa, Tomasz Rega, dyrektor oddziału Totalizatora Sportowego, wpłacił…

View original post 2 504 słowa więcej

 

Je…ć …PiS! Pomnik Polskiego Jabola

Krzysztof Skiba, słynny frontman zespołu Big Cyc, opublikował na swoim profilu na Facebooku informację o tym, co spotkało go w ostatnim czasie.

Do Skiby zapukali bowiem policjanci. Okazało się, że służby w naszym kraju badają temat m.in. antypisowskich okrzyków z koncertu KSU – innego legendarnego zespołu rockowego – który miał miejsce w sierpniu minionego roku w Ustrzykach Dolnych.

Kontrowersyjny koncert?

Na koncercie było – jak wspomina Skiba, który był prowadzącym imprezy – blisko dziesięć tysięcy osób. W jego trakcie cześć widowni wznosiła okrzyki “Je…ć …PiS!”. Ponoć nikt na scenie – ani muzycy ani sam lider Big Cyc – nie krzyczeli w ten sposób.

„W nawiązaniu do słynnej piosenki KSU “Jabol punk” zaproponowałem ze sceny zbudowanie w Ustrzykach Pomnika Polskiego Jabola. Pomnik taki (podobnie jak pomnik “glana” w Jarocinie) z pewnością byłby wspaniałą atrakcją turystyczną miasta. Propozycja miała charakter humorystyczny i tak też przyjął ją burmistrz miasta Bartosz Romowicz, który zespołowi KSU na urodziny podarował butelkę kultowego wina.”

– wspomina Skiba i kontynuuje:

„Okrzykami “Je…ć… PiS” oraz propozycją budowy Pomnika Polskiego Jabola poczuł się obrażony zacny obywatel miasta pan Adam Łukaszyk, który na koncercie co prawda nie był, ale kilka miesięcy później zobaczył jego fragmenty na YouTube. Obrażony obywatel (którego żona mocno udziela się w lokalnym PiS) zgłosił sprawę na policję, a ta wszczęła dochodzenie. Policja przesłuchała już na tę okoliczność organizatorów koncertu, burmistrza oraz także mnie. Sprawa toczy się zgodnie z procedurami. Trwają przesłuchania, sporządza się raporty i dokumenty, trwa analiza materiałów filmowych, dokonuje się oględzin miejsca, w którym krzyczano nieprawomyślne hasła. Policja jak wiadomo nie ma co robić, więc pewnie z radością zajmuje się takimi rozkosznymi sprawami.”

Niepotrzebna sprawa

Badanie takich tematów przez policję jest z pewnością zbyteczne. Pokazuje jednak do jakich napięć społecznych zaczyna dochodzić naszym kraju i jak skonfliktowani są dziś Polacy. Skiba nie jest bowiem ani odpowiedzialny za okrzyki publiki, zaś jego propozycja pomnika – może i infantylna – powinna zostać uznana tylko za głupi żart.

Cały wpis Skiby tutaj >>>

Kmicic z chesterfieldem

Jednym z największych wyzwań XXI wieku przed którymi stoi Polska jest transformacja energetyczna. Odejście od węgla i włączenie się w walkę z globalnym ociepleniem jest obowiązkiem stojącym przed całym obecnym pokoleniem. Jest to także duża bitwa gospodarcza, ponieważ tania i dostępna energia stanowi atut w rywalizacji z innymi graczami światowej gospodarki. Nie bez znaczenia jest także cena energii dla samych konsumentów, co szczególnie pokazało desperackie dążenie rządu do refundacji podwyżek cen prądu. Do realizacji wszystkich powyższych celów potrzeba zatem wydajnego źródła energii. Tymczasem strategia rządu staje się na tle świata coraz bardziej zacofana. Głównym problemem polskich władz jest bowiem opóźnienie w czasie odchodzenia od węgla w celu zadowolenia licznego grona wyborców lobby węglowego, oraz zwalczanie z przyczyn ideologicznych energetyki wiatrowej na lądzie. Absurd obu założeń widać  szczególnie mocno na tle raportu Międzynarodowej Agencji Odnawialnych Źródeł Energii (IRENA) o kosztach produkcji odnawialnych źródeł energii.

Okazuje się bowiem, że te dynamicznie maleją…

View original post 3 701 słów więcej

 

Młodzież myśli o przyszłości, o klimacie na Ziemi, wbrew PiS. Inga Zasowska – bohaterka

Kmicic z chesterfieldem

„Powinien powstrzymać swój antysądowy temperament, bo to może odwrócić się przeciwko niemu. Od polityka wymagamy wyważenia, a jak on już nie ma co do powiedzenia na temat łamania Konstytucji przez ustawy przez niego firmowane, to nie może stale mówić o tym, że to są zbrodnie komunistyczne i to jest powód tej zmiany. To nie godzi się politykowi” – skomentowała wypowiedź Zbigniewa Ziobry Pierwsza Prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzata Gersdorf w RMF FM. Minister sprawiedliwości stwierdził bowiem, że dzisiejsza opinia rzecznika generalnego TSUE jest „obroną patologii w polskim sądownictwie”.

Przypomnijmy – rzecznik generalny Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w swojej opinii uznał, że Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego – nie spełnia wymogów niezawisłości sędziowskiej. Poza tym według rzecznika TSUE „sposób powoływania członków KRS ujawnia nieprawidłowości, które mogą zagrozić jej niezależności od organów ustawodawczych i wykonawczych”. Wyrok unijnego Trybunału spodziewany jest jesienią – najczęściej opinia wydana przez rzecznika jest zbieżna z werdyktem TSUE.

View original post 2 532 słowa więcej

 

Inflacja i drożyzna. Żyć za czasów PiS jak za PRL

Rosnące w tym roku ceny stają się z miesiąca na miesiąc coraz ważniejszym elementem debaty publicznej. Inflacja na poziomie 2,3%  oraz wzrost cen samej żywności o 5% już stały się paliwem dla przeciwników rządu. Choćby dziś PO zorganizowała konferencję prasową poświęconą rosnącym cenom, na co odpowiedzią opozycji miałoby być przyjęcie po wyborach pakietu ustaw zwiększających dochody emerytów i rencistów, których budżety domowe najmocniej dotyka sklepowa drożyzna. Choć PiS tego typu obietnicami nie musi się przejmować, ponieważ ma niepodważalną wiarygodność we wdrażaniu programów socjalnych, to jednak same podwyżki będą groźnym dla władzy źródłem niezadowolenia społecznego. Jest to szczególnie ważne, ponieważ obecne podwyżki mogą być ledwie wstępem do poważniejszego kryzysu.

Obecne rosnące ceny żywności są pokłosiem tak zeszłorocznego, jak i tegorocznego nieurodzaju. Jednak żniwa dopiero przed nami, a panująca fala upałów sieje spustoszenie w uprawach. Jak donosi RMF FM, tegoroczne zbiory z powodu niekorzystnej pogody mogą być mniejsze nawet o połowę. Takie obawy wysnuwają względem choćby zbiorów kukurydzy zapytani o zdanie rolnicy. Bez zmiany pogody jeszcze gorzej rysuje się sytuacja z pszenicą. Jak relacjonuje rozmówca RMF FM:

Kukurydza powinna mieć już półtora metra, do dwóch. Teraz ma może 60 centymetrów. Jeśli deszcz spadnie, to jeszcze może ją uratować. W gorszej sytuacji jest pszenica i wszelkie zboża siane na wiosnę. Mają katastrofę bez wody, bez rosy. 50 procent strat to minimum. Jestem skłonny powiedzieć o 70 procentach, zbiór będzie znikomy”,

Prognozą tego, co nadchodzi, mogą być ceny tegorocznych warzyw, które są droższe nie jak ogół żywności o 5%, ale o ponad jedną piątą.

Na tym problemy się nie kończą, ponieważ tegoroczne anomalie klimatyczne miały osiągnąć takie rozmiary, że u wielu rolników nawet przez upał spadła produkcja mleka.

Wspomniane ceny zbóż mają znaczenie jednak nie tylko w kontekście cen np. pieczywa. Nieurodzaj oznacza bowiem drastyczny wzrost cen pasz, a one przełożą się długoterminowo na podbicie cen mięsa.

Chciałoby się powiedzieć, że jest to efekt zdarzeń losowych, które są poza naszą kontrolą. Niestety obecne kłopoty rolników wynikają wprost z globalnego ocieplenia. To jednak nie zwolni także dzięki postawie naszego rządu, który choćby na dniach zawetował założenia nowej unijnej polityki klimatycznej, stając ponownie po stronie lobby węglowego.

Jeśli czarny scenariusz się spełni i dojdzie do tak dużego nieurodzaju, to rządzący będą mogli się jednak przekonać, że tak jak zyskiwali punkty dzięki międzynarodowej koniunkturze, tak teraz będą mogli zacząć płacić za kaprysy klimatu. Uderzenie w portfele obywateli szczególnie z grup przychylnych dobrej zmianie będzie wyzwaniem, z którym Nowogrodzka musi się zmierzyć. Nie bez znaczenia pozostaje też fakt, że dotknięci suszą rolnicy będą oczekiwali pomocy państwa. Jeśli to zawiedzie, to jesienne wybory na wsi mogą rozegrać się zupełnie nieprzewidywalnie.

Rząd szykuje rekordowo wysokie składki ZUS. W przyszłym roku osoby prowadzące działalność gospodarczą zapłacą składki o prawie 10 proc. większe, niż w roku bieżącym, a to oznacza, że co miesiąc do ZUS-u będą musieli przelać pawie 1500 zł, niezależnie od dochodów. Eksperci alarmują – to hodowanie szarej strefy. – W przypadku małych czy mikroprzedsiębiorców ta waloryzacja może rzeczywiście stać się czynnikiem wypychającym do szarej strefy. To boli, trzeba temu przeciwdziałać – mówi dr Wojciech Nagel, ekspert BCC do spraw ubezpieczeń społecznych i pracy, członek rady nadzorczej ZUS

Jest drogo, będzie drożej

Składki na ZUS w 2020 r. wyniosą 1430 zł.

Rada Ministrów przyjęła niedawno założenia do projektu budżetu na rok 2020. Wynika z niego, że średnie wynagrodzenie wyniesie w przyszłym roku 5227 zł, a to od tej kwoty wyliczana jest podstawa składek oprócz składki zdrowotnej.

W przyszłym roku suma składek na ubezpieczenie społeczne wyniesie 1069,14 zł (o 94,5 zł więcej niż obecnie). Do tego dojdzie wyższa składka zdrowotna, która obecnie wynosi 342,32 zł. Składka zdrowotna co roku wzrasta o ok. 30 zł.

1430 zł zapłaci każdy przedsiębiorca niezależnie od tego, ile zarabia. Oznacza to, że mała firma czy osoby na jednoosobowej działalności zarabiające nawet 3-4 tys. będą musiały odliczyć prawie 1500 zł.

Premier szumnie zapowiadał wprowadzenie mniejszego ZUS-u dla małych firm, co w końcu z początkiem roku zostało wprowadzone. Niestety, ku rozczarowaniu drobnych przedsiębiorców „mniejszy ZUS” okazał się iluzją. Przy zarobku rzędu 4400 zł ZUS w 2019 roku zmniejszył się o 90 zł.

Morawiecki: My obniżamy podatki

Jeszcze w listopadzie 2017 roku premier Morawiecki w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej” zapewniał: – Nie planujemy podwyżki podatków, my je obniżamy.

Tymczasem od początku rządów PiS w 2015 roku składka do ZUS z 1095,4 zł wzrosła do 1316,97 w 2019 roku. W przyszłym, 2020 roku to będzie już 1500 zł.

Eksperci alarmują, że takie działanie może spowodować powiększenie szarej strefy, a sama podwyżka składki nic nie da, bo ZUS ciągle więcej wydaje, niż dostaje wpłat ze składek. – Mam stały nadzór nad funduszami jako delegat przedsiębiorców z BCC i widzę, że mimo rekordowych wpłat stopień wydolności nie podwyższa się, bo są bardzo duże wydatki. W przypadku małych czy mikroprzedsiębiorców ta waloryzacja może rzeczywiście stać się czynnikiem wypychającym do szarej strefy. To boli, trzeba temu przeciwdziałać – mówi w rozmowie z nami dr Wojciech Nagel, ekspert BCC do spraw ubezpieczeń społecznych i pracy, członek rady nadzorczej ZUS.

JUSTYNA KOĆ: Rząd tłumaczy wzrost składki efektem wzrostu gospodarczego, opozycja uważa, że konsekwencją będzie wypchnięcie części przedsiębiorców do szarej strefy. Kto ma rację?

DR WOJCIECH NAGEL: Problem jest bardziej złożony. Musimy pamiętać, że system ubezpieczeń społecznych jest deficytowy właściwie od początków transformacji. Wydolność funduszu sięga 70 proc., czyli, upraszczając, fundusz ubezpieczeń społecznych, jak i wypadkowy, chorobowy, rentowy, bo te udziały także będą podwyższane, są funduszami, które nie osiągnęły większej wydolności, pomimo rekordowych wpłat. To oznacza, że

na 100 zł wydawanych z FUS 70 zł wpływa od obywateli, przedsiębiorców, pracowników itd., a 30 zł trzeba pokryć z budżetu. W związku z tym trzeba dokonywać waloryzacji tych wpłat, co jest rzeczą przykrą, bo tworzy napięcia, jeśli chodzi o funkcjonowanie przedsiębiorców, ludzi, którzy prowadzą działalność gospodarczą.

Ja reprezentuję przedsiębiorców, ale trzeba patrzeć na też na ich racje jako przyszłych emerytów. Mam stały nadzór na funduszami jako delegat przedsiębiorców z BCC i widzę, że mimo rekordowych wpłat stopień wydolności nie podwyższa się, bo są bardzo duże wydatki. W przypadku małych czy mikroprzedsiębiorców ta waloryzacja może rzeczywiście stać się czynnikiem wypychającym do szarej strefy. To boli, trzeba temu przeciwdziałać.

To może warto ograniczyć wypłaty? Jeżeli cześć przedsiębiorców ucieknie do szarej strefy, to wpłaty będą znowu mniejsze.
Czasem jest tak, że jest się ofiarą własnego sukcesu. W założeniach do budżetu rząd przyjął, że przeciętne wynagrodzenie wzrośnie o 500 zł, z 4700 zł do 5200 zł, a to przeciętne wynagrodzenie jest podstawą do wyliczania składki ZUS dla przedsiębiorców. Zatem skoro płaca rośnie, to rosną też składki, tu działa mnożnik.

Problem widzę gdzie indziej.

Mamy bardzo rozpędzoną gospodarkę i parametry ekonomiczne rosną, a te, co powinny spadać, jak bezrobocie, to spadają. Pytanie, co się stanie, kiedy ta dobra koniunktura się spowolni. To nie będzie jeszcze przyszły rok, ale prawdopodobnie 2021. Gdy wejdziemy w osłabienie koniunktury i te wskaźniki zaczną się zachowywać odwrotnie, czyli bezrobocie będzie rosnąć, a wzrost płac będzie spadać, to wtedy może się okazać, że mamy problem.

To może rząd powinien ograniczyć wydatki?
Absolutnie tak i o tym mówią też inni ekonomiści. Jeżeli mamy dobrą koniunkturę, to powinniśmy zbierać nadwyżki na czas gorszej koniunktury. To, co może niepokoić, to fakt, że w okresie najlepszej koniunktury od czasu transformacji mamy cały czas deficyt budżetowy na poziomie około 3 proc. Ten deficyt w ogóle nie powinien w takiej formule wystąpić, tylko powinniśmy mieć nadwyżkę. W dobrych czasach trzeba zbierać, a nie mnożyć wydatki. Proszę sobie wyobrazić, co się może stać, gdy na te wydatki zabraknie pieniędzy.

Mówi pan o 500 Plus?
Mam na myśli głównie skutki finansowe obniżenia wieku emerytalnego. Pojawiło się 500 tys. nowych emerytów, to osłabiło rynek pracy. Wydatki związane z trzynastą emeryturą, która moim zdaniem, jeżeli miałaby być kontynuowana, to wyłącznie dla osób o najniższych dochodach. Nie widzę żadnego powodu, żeby ktoś, kto ma 1900 zł emerytury, był tak samo traktowany, jak ktoś, kto ma 10 000 zł i więcej świadczenia.

Ogólnoeuropejskie zasady polityki społecznej mówią, że zasada solidarności powinna przede wszystkim obejmować tych, którzy są najbiedniejsi i wymagają wsparcia.

Czy gdyby rząd nie zdecydował się na obniżenie wieku emerytalnego, to ta sytuacja byłaby lepsza?
Przede wszystkim na rynku pracy mielibyśmy kilkaset tysięcy więcej pracowników. Warto utrzymać zasadę tzw. kotwicy budżetowej, bo ona naprawdę ma sens.

Czy zatem zaczyna nam grozić scenariusz grecki?
Nie. Grecja była państwem, które systemowo okłamywało instytucje europejskie, a Grecy jako obywatele systemowo okradali państwo. Z tej spirali wieloletnich dwóch kłamstw powstało to 300 mld euro zadłużenia. Pamiętajmy też jednak, że Grecja była w strefie euro, więc na ratowanie jej zrzucili się ci, którzy tworzą tę strefę. Można zatem powiedzieć, że Grecja w tym sensie była w lepszej sytuacji, bo my mamy walutę krajową.

Nie spodziewam się do 2021 roku włącznie trudności, natomiast bardziej niepokoi mnie to, co będzie się działo potem. Efektem obniżenia wieku emerytalnego będzie wyprowadzanie z rynku pracy kolejnych roczników i to jest dla gospodarki niekorzystne. Nie mamy wiedzy, jaka część z nich pracuje i będzie pracować, bo można na razie łączyć świadczenie z pracą, ale podejrzewam, że niestety niewielka.

Trzeba pobudzać aktywizację zawodową i zachęcać do oszczędzania na przykład w PPK, rekomenduję zachowania obliczone na dobrą przyszłość.

Obecna władza w pewien sposób pogodziła się z tym, że centralnie jest niezdolna do realizowania bardziej złożonych, skomplikowanych projektów i reform. Przyjęła założenie, że jedyne, co jest w stanie robić, to prosta redystrybucja pieniędzy z kieszeni do kieszeni. Notabene władza centralna robi to, bazując na sile samorządu – mówi dr hab. Dawid Sześciło, prawnik, autor raportu „Polska samorządów. Silna demokracja, skuteczne państwo” Fundacji Batorego. – Pamiętajmy, że program 500 Plus jest realizowany przez samorządy i to, że udało się ten program wprowadzić bez żadnych technicznych i administracyjnych potknięć, to w dużej mierze ich zasługa – podkreśla

JUSTYNA KOĆ: Pana analiza jest na absolutnej kontrze do tego, co chce obecna władza. Dlaczego?

DAWID SZEŚCIŁO: Prace nad raportem zaczęliśmy w 2015 roku, jeszcze przed wyborami. Odbywały się wówczas uroczyste obchody 25-lecia reaktywacji samorządu w Polsce; naszym zdaniem oprócz tej celebry zabrakło dyskusji, co dalej. Samorząd można uznać za największy sukces reformowania państwa przez ostanie 30 lat. To nie tylko moja opinia, jest także potwierdzana międzynarodowymi badaniami i opiniami samych obywateli i obywatelek.

Wskaźniki zaufania do władz samorządowych i samorządów biją rekordy i są dużo lepsze, niż do władzy centralnej.

Potem w nowej kadencji parlamentu okazało się, że doszła nam jeszcze jedna cegiełka w naszej pracy – zaczęliśmy się zastanawiać, jak jeszcze wzmocnić samorząd, który mógłby odciążyć państwo, które sobie nie radzi z różnymi zadaniami, jak chociażby ochrona zdrowia, edukacja czy transport publiczny, mieszkania.

Ostatnie 4 lata dodały jeszcze jeden wątek: jak zabezpieczyć samorząd przed władzą, która ma wyraźnie zakusy do tego, aby samorządom zabierać kompetencje, zasoby, pieniądze, i by spychać na samorząd zadania bez narzędzi ich realizacji.

Przyznać muszę, że generalnie samorządom żadna władza centralna nie była zbytnio przychylna. Zazwyczaj samorządy były traktowane jako sposób na decentralizację problemu bez decentralizacji pieniędzy. Najlepszym tego przykładem jest ochrona zdrowia, gdzie samorząd musi utrzymywać na powierzchni większość szpitali publicznych, podczas gdy 95 proc. pieniędzy w systemie pozostaje pod kontrolą władzy centralnej i Ministerstwa Zdrowia. Samorządy mogą jedynie prosić o pieniądze.

Od kilku lat obserwujemy, jak władza rozbija samorząd, jego kompetencje i przeprowadza pełzającą centralizację. Samorządu warto bronić, bo to jeden z głównych czynników sukcesu naszego państwa w ostatnich 30 latach. Niezauważany i niedoceniany.

Pewnie ta debata toczyłaby się dalej na uniwersytetach, gdyby nie 4 czerwca i samorządowcy, którzy sami organizowali obchody pierwszych częściowych wolnych wyborów. To wydarzenie uświadomiło, jak ważne są samorządy?
Zawsze marzyłem, żeby dyskusja o samorządzie toczyła się na pierwszych stronach gazet, ale mam wrażenie, że zamiast dyskusji mamy chaos informacyjny. W jednym momencie pojawiły się aż 3 zupełnie odrębne koncepcje: to jest nasza inicjatywa, 21 tez samorządowców i inicjatywa tzw. Inkubatora Umowy Społecznej, czyli „zdecentralizowana RP”. W normalnej rzeczowej debacie publicznej mielibyśmy dyskusję o tym, co je różni, co nadaje się do użytku. Tymczasem jest inaczej.

Słyszymy o rozbiciu dzielnicowym i wywłaszczeniu Polaków poprzez podatek katastralny czy o demontażu państwa. Rozumiem, że nie o to wam chodzi?

Skala absurdalnych zarzutów w tej debacie jest rzeczywiście czymś, co jest dla mnie absolutnie wstrząsające. Nie spodziewałem się, że można tak przeinaczać treść projektów.

Obserwujemy też łączenie tych projektów w jedną całość, jakoby miały powstawać razem, co jest absolutną nieprawdą. Nasza propozycja charakteryzuje się detalicznym, kompleksowym podejściem, z kolei propozycja samorządowców to 21 dość ogólnych haseł.

Obie propozycje zakładają większą decentralizację, na którą dziś rządzący nie mają najmniejszej ochoty. Zatem po co?
Przypomnę może historię, jak samorząd powstał. W latach 80. PRL-owskiej beznadziei była grupa ekspertów, naukowców związanych z opozycją demokratyczną, która nie bacząc na to, że ich propozycje nie mają szans natychmiastowej realizacji, podjęła pracę, licząc na to, że w którymś momencie to okno historycznej możliwości się otworzy i będą mogli idee przekuć w rzeczywistość. Będę się zatem sprzeciwiał twierdzeniom, że taka praca dziś nie ma sensu. Trzeba ją wykonywać, bo nigdy nie wiemy, kiedy otworzy się możliwość realizacji takich pomysłów. Gdy to nastąpi, dobrze mieć pakiet przemyślanych i opracowanych rozwiązań, a zadbać o dobro samorządu.

Dobro samorządu, czyli dobro kraju? Bo dobro samorządu może się kojarzyć z utrzymaniem ciepłych posadek.
Mnie nie interesuje, kto, gdzie i jak długo jest na fotelu wójta, burmistrza czy prezydenta. Postulujemy natomiast zwiększenie bezpośredniej obywatelskiej kontroli nad poczynaniami lokalnych władz np. poprzez przyznanie grupom obywateli możliwości zaskarżania wszystkich decyzji, uchwał samorządowych do sądu czy stworzenie instytucji lokalnego rzecznika praw mieszkańców, który byłby odpowiedzialny za wykonywanie kontroli nad władzami lokalnymi.

Dla nas samorząd to samorząd mieszkańców

i nie zależy nam, aby w jakikolwiek sposób zabezpieczyć tych samorządowców, których mamy. Proponujemy wręcz rozwiązania, które obecnym samorządowcom podobać się nie muszą. Zwiększenie obywatelskiej kontroli czy jawności samorządów poprzez wprowadzenie obowiązku publikacji informacji o wynagrodzeniach w spółkach komunalnych czy publikowania rejestrów umów, które zawiera samorząd. Wiadomo, że te propozycje z entuzjazmem władz się nie spotkają, ale naszym zdaniem są potrzebne jako idee samorządzenia się swoimi sprawami.

Wśród państwa propozycji znalazłam „1 proc. dla samorządu”. Wzorem 1 proc. dla organizacji pozarządowych można będzie odpisać z PIT-u 1 proc. dla samorządu. Skąd taki pomysł?
Pamiętajmy, że dziś samorządy na każdym poziomie mają zagwarantowany udział w podatku PIT, gromadzonego od mieszkańców danego samorządu. Gmina dostaje 38 proc. PIT. Chcemy dać mieszkańcom możliwość wypowiedzenia się również w ten sposób, czy ufają władzy lokalnej – może bardziej niż centralnej, bo może skuteczniej rozwiązuje ich problemy – i dania sygnału, że chcemy, aby więcej pieniędzy zostało w gminie zamiast wędrować do centralnego worka. Ten

1 proc. to dobry początek, ale może z czasem warto by umożliwić mieszkańcom, aby zostawiali więcej w lokalnym budżecie.

Samorządowcy dziś często finansują „pomysły” rządu. To trzeba zmienić w pierwszej kolejności?
Samorząd powinien być miejscem, gdzie rozwiązujemy problemy, na które głucha jest władza centralna i to nie tylko obecna. Obawiam się, że jeśli chodzi o ochronę zdrowia czy politykę mieszkaniową, to żadna z wiodących sił politycznych nie ma i nie miała do zaoferowania wiarygodnej i spinającej się ze sobą propozycji. Zróbmy więc to w swojej gminie i wszystkim wyjdzie nam to na dobre. Wtedy państwo będzie mogło zająć się sprawami, z którymi nie jest w stanie poradzić sobie samorząd, a tych spraw jest także dużo. Obecna władza w pewien sposób pogodziła się z tym, że centralnie jest niezdolna do realizowania bardziej złożonych, skomplikowanych projektów i reform. Przyjęła założenie, że jedyne, co jest w stanie robić, to prosta redystrybucja pieniędzy z kieszeni do kieszeni. Notabene to też władza centralna robi, bazując na sile samorządu. Pamiętajmy, że program 500 Plus jest realizowany przez samorządy i to, że udało się ten program wprowadzić bez żadnych technicznych i administracyjnych potknięć, to w dużej mierze zasługa samorządów. Przecież ten program mogła realizować administracja centralna i w wielu państwach odbywa się to za pomocą np. ZUS-u.

W Polsce rząd wynajął niejako samorządy, wyraźnie ufając im bardziej niż sobie.

Podobnie reforma edukacji…
To też bardzo dobry przykład pokazujący, że nieważne, jak trudne warunki stworzy i jak bardzo uprzykrzy życie i zepsuje szkołę, to i tak samorządy sobie poradzą. Szkoda tylko, że to nie miało sensu.

Cały raport Fundacji Batorego do przeczytania TUTAJ.

Rządzący przedstawili spot poświęcony nowemu projektowi Zjednoczonej Prawicy, a więc zerowej stawce PIT dla młodych dorosłych. Internauci nie zostawili na pomyśle PiS suchej nitki.

„BezPIT” nie przypadł do gustów Polakom, którzy uznali projekt za zwykłą demagogię i populizm. Jeszcze większą klapą okazał się klip mający wypromować ustawę.

Użytkownicy social mediów zarzucają twórcom video nadmierną sztywność i bijącą po oczach sztuczność. Propagandowy materiał budzi skojarzenia z toporną manipulacją w stylu Korei Północnej i klipami z lat 90. XX wieku.

Jeszcze inni internauci wskazują na to, że stawki składek dla przedsiębiorców rosną. Krytycy PiS uważają, że nowe reformy jeszcze bardziej dobiją właścicieli małych i średnich przedsiębiorstw.

PiS sięgnie po wszelkie środki, aby utrzymać się u władzy – włącznie z przelewem krwi. Ta ekipa podobna do Janukowycza.

Kmicic z chesterfieldem

Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego nie spełnia wymogów niezawisłości sędziowskiej ustanowionych prawem Unii – głosi opinia rzecznika generalnego unijnego Trybunału Sprawiedliwości.

Opinia rzecznika generalnego unijnego Trybunału Sprawiedliwości jest odpowiedzią na pytania Sądu Najwyższego, który wyrażał wątpliwości co do niezależności KRS i wyłonionej przez nią Izby Dyscyplinarnej.

Analiza prawna rzecznika generalnego to tylko sugestia dla Wielkiej Izby Trybunału. Może ona wziąć ją pod uwagę, ale nie musi. W większości przypadków sędziowie posiłkują się opiniami przygotowując werdykty. Orzeczenia w tej konkretnej sprawie należy się spodziewać za kilka, kilkanaście tygodni.

Izba nie spełnia wymogów niezawisłości sędziowskiej

„Istnieją uzasadnione podstawy do tego, by obiektywnie wątpić w niezależność Izby Dyscyplinarnej” – napisał rzecznik generalny unijnego Trybunału Sprawiedliwości. W jego opinii czytamy, że Izba nie spełnia wymogów niezawisłości sędziowskiej, ponieważ organ ją powołujący, czyli Krajowa Rada Sądownicza, jest w całości uzależniony od władzy wykonawczej i ustawodawczej. Takie argumenty podnosiła podczas dwóch rozpraw w Trybunale także Komisja Europejska…

View original post 1 042 słowa więcej

 

Kaczyński pójdzie do pierdla i przekona się o wartości nowego Kodeksu karnego

Bezprecedensowy pośpiech w procedowaniu nowelizacji Kodeksu Karnego, złamanie przy okazji regulaminu Sejmu i mnóstwo błędów oraz nieścisłości – to nie wszystkie zarzuty stawiane przez naukowców dokumentowi, który zawędrował już nawet na biurko prezydenta RP.

Znana karnistka prof. Monika Płatek z Instytutu Prawa Karnego na Uniwersytecie Warszawskim, w porannej rozmowie z Konradem Piaseckim w TVN24 zwraca uwagę, że „ta ustawa uderzy przede wszystkim w wyborców PiS”, którzy – jak zauważył dziennikarz – po osadzeniu, w większości zdecydowanie głosują na opozycję. „Tam widocznie zmieniają kierunek” – oceniła pani profesor.

Następnie podkreśliła, że głosujący za przyjęciem nowelizacji posłowie „godzą się na to, aby wyborcy PiS – bo to oni głównie zapełniają więzienia – zostali pozbawieni ochrony i możliwości bezpiecznego stawania przed wymiarem sprawiedliwości„.(…) „godzą się, żeby odebrać Polkom i Polakom bezpieczeństwo, zaprzeczyć podstawowym zasadom, które mówią, że nie można surowiej karać niż to było wcześniej przewidziane, jeżeli czyn został popełniony wcześniej„.

Karnistka podkreśliła jednocześnie, że nowelizacja „oddaje wymiar sprawiedliwości w ręce prokuratorów„, a nowe przepisy „pod pozorem dbania o nasze bezpieczeństwo, to bezpieczeństwo nam odbierają„.

Kmicic z chesterfieldem

 „Musimy się obronić przed wielkim złem, przed anihilacją naszego państwa, anihilacją naszej kultury, doprowadzeniem do kompletnej demoralizacji. Pamiętajcie słowa Dmowskiego, on przestrzegał „To, co na Zachodzie grypą, to tutaj gruźlicą” – grzmiał Jarosław Kaczyński podczas niedawnego zjazdu klubów „Gazety Polskiej” w Spale. Okazuje się jednak, że Roman Dmowski, w międzywojniu przywódca endeków, nigdy takich słów nie wypowiedział!

Prof. Piotr Osęka, historyk, badacz propagandy w PRL, napisał w „Newsweeku”, że wspomniana przez Jarosława Kaczyńskiego wypowiedź to cytat z… I sekretarza PZPR Władysława Gomułki. – „Grypy nawet w najcięższych objawach nie leczy się gruźlicą. Dogmatyzmu nie leczy się rewizjonizmem. Rewizjonistyczna gruźlica może tylko potęgować dogmatyczną grypę” – stwierdził Gomułka. Osęka tłumaczy, że w PRL „rewizjonistyczną gruźlicą” określano wszelkie płynące z Zachodu prądy intelektualne, przede wszystkim liberalne koncepcje praw człowieka i wolności słowa.

Naukowiec zauważył, że Kaczyński już wcześniej używał tego cytatu, np. w wywiadzie dla prawicowego tygodnika „Do Rzeczy” w 2013 r…

View original post 789 słów więcej

 

Na takie osoby jak Beata Mazurek można reagować tylko zatykaniem nosa

Beata Mazurek o wtorkowej aktywności szefa Platformy Obywatelskiej Grzegorza Schetyny na Pomorzu.

Kmicic z chesterfieldem

Zapewne zdecydowana większość wyborców Prawa i Sprawiedliwości nie ma zielonego pojęcia o tym, że partia Jarosława Kaczyńskiego to prawdopodobnie najbogatsze ugrupowanie w polskiej polityce. Osoby z otoczenia prezesa PiS ponoć od lat zarządzają gigantycznymi środkami, pochodzącymi w dużej mierze z uwłaszczenia się na majątku komunistycznym. Wygrana w 2015 roku, dająca Zjednoczonej Prawicy samodzielną większość w parlamencie i możliwość samodzielnego przejęcia kontroli nad kasą państwowych spółek, agencji i instytucji tylko tę hegemonię finansową miała wzmocnić. Opisywany dziś przez “Gazetę Wyborczą” systemowy mechanizm drenowania ich z publicznych pieniędzy ma być tej ogromnej przewagi najlepszym przykładem. Wystarczy odnotować, że choć PiS dysponuje ogromnym majątkiem własnym i otrzymuje subwencję z budżetu państwa, olbrzymią i bardzo drogą kampanię wyborczą przed wyborami samorządowymi jesienią 2018 roku sfinansowało bez udziału żadnej złotówki z partyjnej kasy.

Kto zatem za nią zapłacił? Otóż, wykorzystując nieco kulawe przepisy oraz wdzięczność za możliwość wzbogacania się przez „miernych, biernych, ale wiernych” w…

View original post 2 615 słów więcej

 

III wojna właśnie się rozpoczęła

Jedno jest dziś pewne: bezpieczna, przyjazna i przewidywalna rzeczywistość lat dziewięćdziesiątych, a może i pierwszego dziesięciolecia naszego wieku, należy do bezpowrotnej przeszłości. Przemija postać świata. Niebo się chmurzy – pisze Jerzy Surdykowski w miesięczniku „Odra”, gdzie pierwotnie się ukazał (3/19). „Nasz wiek zaczął się może w 2005 roku, kiedy narody Zachodu odrzuciły projekt dalszej integracji Unii Europejskiej, może w 2016, z chwilą zwycięstwa Trumpa w USA, a może trochę wcześniej, gdy na Węgrzech zwyciężył Orbán, w Grecji „Syriza”, a wkrótce potem w Polsce rządząca dziś partia” – podkreśla autor

Powiada się, że miniony wiek XX wcale nie zaczął się w 1900 roku, lecz czternaście lat później, z chwilą wybuchu pierwszej wielkiej wojny. Wtedy dopiero zaczął odsłaniać swe prawdziwe, ludobójcze i totalitarne oblicze. Nie inaczej z obecnym stuleciem, które bynajmniej nie rozpoczęło się w roku 2000, ani nawet 11 września 2001, kiedy tak tragicznie i spektakularnie ujawnił się światowy terroryzm. Nie on jednak zadecyduje o nadchodzącej przyszłości. Nasz wiek zaczął się może w 2005 roku, kiedy narody Zachodu odrzuciły projekt dalszej integracji Unii Europejskiej, może w 2016, z chwilą zwycięstwa Trumpa w USA, a może trochę wcześniej, gdy na Węgrzech zwyciężył Orbán, w Grecji „Syriza”, a wkrótce potem w Polsce rządząca dziś partia.

Albo inaczej: zapomnieliśmy, że istnienie ZSRR miało dla świata pożytki, które skończyły się wraz z upadkiem komunizmu. Sowieckie zagrożenie wymuszało bowiem jedność demokratycznego Zachodu, integrowało Europę i USA, było spoiwem tak dla NATO, jak Unii Europejskiej. Co więcej, cywilizowało kapitalizm, przymuszało, by pokazywał „ludzką twarz”, by sprostał wyzwaniu rzuconemu z Moskwy nie tylko na polu technologii i dochodu narodowego, ale codziennego życia obywateli. To wszystko przestało działać wkrótce po euforycznym i pełnym fałszywych prognoz roku 1989.

Ale może to wszystko jest drugoplanowe. Bo na pierwszym planie jest wyrośnięcie w niebywale krótkim czasie nowego supermocarstwa, które właśnie dościga – dotąd tak pewną swojej przewagi – Amerykę. W tamtym historycznym dla nas roku 1989 Chiny były jeszcze rezerwatem biedy i zacofania, borykającym się nie tylko z dziedzictwem nieszczęsnej „rewolucji kulturalnej” przewodniczącego Mao, ale z krwawo stłumionym buntem na placu Tian’anmen. Czym Chiny są dziś – wiadomo. Nikt w tamtych czasach nie był w stanie wyobrazić sobie postępu, jaki dokonał się w tym olbrzymim kraju. To obrazuje bezsilność i fałsz przewidywań przyszłości. Ale jedno jest dziś pewne: bezpieczna, przyjazna i przewidywalna rzeczywistość lat dziewięćdziesiątych, a może i pierwszego dziesięciolecia naszego wieku, należy do bezpowrotnej przeszłości. Przemija postać świata. Niebo się chmurzy.

Słońce zachodzi na zachodzie

Historyczny rok 1989 otworzył zniewolonym dotąd narodom drzwi na Zachód. W czasach komunizmu marzeniem Polaków była ucieczka do „wolnego świata”, co udawało się nielicznym, teraz w tej bajkowej krainie swobody i dobrobytu mogliśmy znaleźć się wszyscy. Ale naszą drogę do NATO i Unii Europejskiej zwiastowały już wtedy złe omeny, których woleliśmy nie dostrzegać. Ledwie prezydent Clinton ogłosił w Warszawie zaproszenie nas do Sojuszu, już trzeba było poprzeć bombardowanie Belgradu, choć sympatyczni „Jugole” nie budzili wrogich uczuć.

Wkrótce potem musieliśmy wziąć udział w dwu zamorskich, niepotrzebnych i źle przygotowanych amerykańskich wojnach w Iraku i Afganistanie, pieczętując to krwią polskich żołnierzy. Ledwie w 2004 roku zostaliśmy po długotrwałych negocjacjach przyjęci do Unii Europejskiej, a już referenda we Francji i Holandii odrzuciły projekt europejskiej konstytucji, stanowiący podstawę dalszej integracji. Rządzący Polską po 2005 roku przyjęli to z ulgą, a wielu z nas też obawiało się europejskiego „superpaństwa”. Ale właśnie wtedy Unia straciła swój dalekosiężny cel i rozpoczęło się dreptanie w miejscu, a niezbyt wydarzone pomysły brukselskiej biurokracji pogłębiały rozczarowanie. Wkrótce potem wybuchł kryzys finansowy lat 2008‒2009 i okazało się, że Grecja – ale nie tylko ona – oszukuje Brukselę, zaciągając kredyty na cudzy (zwykle niemiecki) koszt. Unia pozbawiona celów dalekosiężnych i akceptowanych przez większość Europejczyków stała się dla nas tylko bankomatem do pobierania dotacji, a dla czołówki Zachodu – jak Niemcy, Francja czy opuszczająca właśnie Unię Wielka Brytania – tylko ciężarem, a w najlepszym razie rynkiem zbytu.

Sojusz Północnoatlantycki miał kiedyś cel oczywisty: był tarczą i mieczem Zachodu wobec możliwej w każdej chwili sowieckiej agresji. Teraz sam nie wie, czym chce być: obrońcą demokracji w świecie czy zbrojnym ramieniem przeciw watażkom i dyktatorom? Dotkliwie sparzył się na tym nie tylko w Afganistanie. Może powinien być tylko obwarowanym obozem bogaczy przerażonych zalewem głodnych rzesz z Południa? A może tylko amerykańską grupą sojuszniczą, w której pomniejsi partnerzy uczestniczą w zamian za doraźne korzyści?

Ale wtedy obrona Europy zejdzie na dalszy plan, bo Ameryka ma dziś interesy gdzie indziej. Nie inaczej z Unią: jeśli ma być tylko strefą wolnego handlu i współpracy gospodarczej, jak niegdyś jej poprzedniczka EWG, to nadal politycznie będzie zerem. Będzie niezdolna przeciwstawić się Rosji, Chinom czy Ameryce, będzie bezsilna nawet wobec wielkich ponadnarodowych koncernów i banków. Jest jedyną w dziejach i bardzo zaawansowaną próbą stworzenia politycznego organizmu ponadnarodowego, w sytuacji gdy zglobalizowana gospodarka już dawno stała się ponadnarodowa i nie napotyka w tej sferze żadnych granic. Jeśli nie uda się Unii, nie uda się już nikomu.

Nie ma już dziś „wolnego świata”

Ale kogo właściwie należy dziś bronić, w czyim interesie występować? W drugiej połowie minionego wieku słowa „Zachód” czy „wolny świat” były czymś oczywistym, „żelazna kurtyna” oddzielała wolność od zniewolenia. Dziś Zachód utracił nie tylko przewagę technologiczną, bo depcą mu po piętach Chiny, a za nimi nawet Indie, ale także ideał wolności uległ rozmyciu. Nie ma już prostej antynomii: tu dobro, a tam totalitarna dyktatura. Żadna licząca się siła polityczna w jakimkolwiek kraju nie proponuje już ideologicznej utopii jako recepty na zbawienie świata. Za to demokracji mamy różnobarwną obfitość, choć coraz częściej to kamuflaże. Dawniej wiadomo było, że demokracja ma być liberalna, dziś ten ideał zbrzydł, bo okazał się trudny i wymagający, więc ludzie garną się do łatwiejszych podróbek. Byle watażka reklamuje się jako demokrata i otula owczą skórą, głosząc, że uszczęśliwi wszystkich, byle tylko oddali nań głos w najbliższych wyborach. Oczywiście nie mówi, że następne sfałszuje. Więc wolność – choć nadal mamy ją za wzniosłą i piękną – straciła siłę przyciągającą.

Zresztą dzisiejszy „wolny świat” – jeśli jeszcze sięga po te zużyte miano – nie przypomina tego sprzed półwiecza. Na czele londyńskiej metropolii stoi dziś Pakistańczyk, islamscy ministrowie nie są już szokiem, ale oczywistością w Wielkiej Brytanii, Francji, a nawet w Szwecji. Ameryka poszła w tę stronę jeszcze szybciej, anglosascy WASP-owie to dziś mniejszość; przewagę osiągnęli łącznie traktowani Latynosi i Afroamerykanie. Europa nie jest dziś na czele tamtejszych zainteresowań nie tylko ze względu na interesy gospodarcze i militarne, także z powodu korzeni i sentymentów ludności. Nie inaczej w Europie: brak sowieckiej presji – wymuszającej jedność i rozmycie integrujących całość dalekosiężnych celów Unii – sprawił, że na wierzch wychodzą interesy poszczególnych państw. Rozgrywane w Brukseli w jak najbardziej XIX-wiecznym stylu, choć pod kamuflażem europejskich frazesów.

Nie ma już „wolnego świata”, nie ma już „Zachodu” w starym rozumieniu. „Biała Europa braterskich narodów” istnieje tylko na transparentach niesionych w marszach lokalnych nacjonalistów. Oni także nie przyjmują do wiadomości przemijania znanego im świata.

Upadek amerykańskiego przodownictwa

Jak powiadają historycy gospodarki, „epoka stali i stalówek skończyła się wraz ze śmiercią Stalina”. Dziś to oczywistość: konsekwencją kresu tamtej epoki dymiących kominów i ciężkiego przemysłu był kres Sowietów odwleczony o kilkadziesiąt lat. Nadeszła trwająca do dziś epoka elektroniki i mikrotechnologii zaklętej w kryształkach krzemu albo galu. Jej symbolem była amerykańska „dolina krzemowa” w Kalifornii, gdzie miały siedzibę najcenniejsze firmy komputerowe i technologiczne. Tak jak dwa odmienne światy rozdzielała niegdyś „żelazna kurtyna”, tak dziś w jej miejsce powstała „kurtyna krzemowa”, choć podziały okazują się inne i nie tak drastyczne. Ale to już przeszłość: w raczkującym obecnie systemie superszybkiego Internetu zwanego „5G”, dające się zastosować urządzenia oferują przede wszystkim Chińczycy, potem Koreańczycy (oczywiście z Południa) i na okrasę drepce za nimi parę firm europejskich; nie ma tam jednak nikogo z „doliny krzemowej”. Oto zwiastujący globalną zmianę obraz jednej tylko dziedziny.

W tatach dziewięćdziesiątych, kiedy pracowałem w USA, mogłem odwiedzać wiele amerykańskich instytucji naukowych. Czy to w największym wtedy na świecie akceleratorze cząstek elementarnych Fermilab, zbudowanym na prerii na zachód od Chicago, czy w laboratoriach Seattle albo „doliny krzemowej” dominowały twarze żółte i skośnookie, czasem oliwkowe, hinduskie i arabskie, zdarzali się nawet Polacy, ale najmniej było Jankesów. Tak niepostrzeżenie wykluwał się niedaleki już upadek amerykańskiego przodownictwa. Dzisiaj Chiny rzucają Ameryce wyzwanie nie tylko w elektronice, czego symbolem jest budząca tyle kontrowersji firma Huawei, ale w kosmosie i motoryzacji. Pierwsze osiągnęły ciemną stronę Księżyca i wybierają się na Marsa, mają swoje samochody elektryczne nie gorsze od Tesli, a w uboższych państwach Afryki i Azji już dawno wyparły Europę i Amerykę z roli inwestora, dawcy pożyczek, a tym samym beneficjenta wpływów. Nie było w historii świata przykładu równie szybkiego i skutecznego awansu.

Europa po pekińsku?

Ale Chiny to nie wyłącznie technologia, także styl życia i sposób organizacji społeczeństwa. Pozornie tylko Chińczycy – bogacąc się, zapełniając miasta imponującymi wieżowcami, a przestrzenie pomiędzy nimi nitkami autostrad i szybkiej kolei – coraz bardziej upodabniają się do ludzi Zachodu. Przecież ubierają się według zachodniej, a nie mandaryńskiej mody, korzystają z tych samych udogodnień technicznych, podróżują do tych samych kurortów i podziwiają te same zabytki, a nawet oglądają amerykańskie filmy. Lecz Internet w ich smartfonach jest cenzurowany, a każdy obywatel „państwa środka” podlega stałej ocenie, nad czym pracuje system komputerów, kamer monitorujących i jakie tylko można sobie wyobrazić nowinek technicznych. Każdy jego ruch, każde użycie karty kredytowej, każda wypowiedź na chińskich odpowiednikach Facebooka i Twittera są odnotowywane; za poprawne zachowanie i polityczną lojalność otrzymuje punkty dodatnie, za warcholstwo – ujemne. Potem albo może łatwiej otrzymać kredyt i lepsze mieszkanie, albo uniemożliwią mu zagraniczną wycieczkę bądź nawet przejazd pociągiem. Przysłowiowy „wielki brat” ma zawsze oczy i uszy nie tylko otwarte, ale wspomożone osiągnięciami chińskiej technologii. W takim państwie żyje się całkiem wygodnie, o ile nie bajdurzy się o wolności i o innych zakazanych owocach, klaszcze, kiedy należy, milczy przy innych, stosownych okazjach. Takie państwo nie używa na prawo i lewo brutalnej przemocy dla samego postrachu, jak to czyniły dyktatury w starym stylu. Przemoc jest tu selektywna, skryta, dobrze przygotowana technicznie, a więc słabo dostrzegalna.

Człowiek w takim społeczeństwie może być nawet szczęśliwszy niż w niegdysiejszym „wolnym świecie”, bo nie musi o niczym trudnym decydować, niczego wybierać, popadać w moralne dylematy i rozterki. Każdy wie, co mu wolno, czego ma unikać i jak będzie nagrodzony. Co sobie myśli we własnej łepetynie, o czym pogaduje z kumplami, jak spędza wolny czas i nawet co czyta, na to „wielki brat” nie traci czasu, jego zajmują tyko sprawy ważne dla stabilności ludzkiego mrowiska. Człowiek w takim społeczeństwie ma swój kawałeczek swobody i zagwarantowany jaki taki dobrobyt. Dla wielu Europejczyków zmęczonych rozhukaną wolnością i nieznającym granic liberalizmem może się to okazać atrakcyjne. Także dla Polaków, których tak wielu głosowało i głosuje nadal na daleki od liberalizmu PiS.

Chiny mają więc zapewnioną przyszłość, nie tylko technologiczną i nie tylko w Chinach. Dotąd przez kilka stuleci Europa i potem Stany Zjednoczone jako jej nieodrodna córka, były centrum świata. Teraz staje się nim Azja, a Europa powoli przyzwyczaja się do statusu peryferii. Czy pogodzi się także z chińskim stylem życia?

Ostatnie gwiazdy lepszej przyszłości

Kiedy Polska świętowała 100-lecie niepodległości, przywódcy europejscy zgromadzili się nie na Placu Zamkowym w Warszawie, lecz pod Łukiem Triumfalnym w Paryżu. W Warszawie rządząca partia jak zwykle straszyła uchodźcami, antypolską „ulicą i zagranicą”, wszeteczną laicyzacją, na którą jedynie słuszną receptę ma mieć polski Kościół. W Paryżu Emmanuel Macron usiłował porwać ich wizją zintegrowanej, silnej Europy. Pod Łukiem Triumfalnym odwoływano się do nadziei, na Placu Zamkowym – do strachu. No i co z tego zostało na dłużej? Strach oczywiście! Porywające wizje Macrona zdruzgotała z jednej strony chłodna obojętność Angeli Merkel, która woli stosunki dwustronne, z drugiej bunt „żółtych kamizelek”. Tylko strach okazał się trwałą opoką. Chociaż w naszej świadomości fundamenty dla nadziei jeszcze istnieją i wciąż się bronią. Jeszcze 56 proc. Europejczyków (wedle fundacji Bertelsmanna) uważa globalizację za szansę. Wciąż 65 proc. wierzy, że niekorzystne zmiany klimatyczne można powstrzymać, jeśli tylko rządy porozumieją się w tej sprawie i zaczną skutecznie współpracować. Jeszcze świecą nam ostatnie gwiazdy lepszej przyszłości.

Już 350 lat temu Baruch Spinoza powiadał, że ludźmi można rządzić, dawkując im umiejętnie strach i nadzieję. Współcześni politycy wiedzą o tym doskonale, ale nie wszyscy pojmują, że coraz mniej miejsca jest dla nadziei, a na opuszczone tereny niepowstrzymanie wpełza strach. Mieć nadzieję to znaczy być gotowym na to, co się jeszcze nie narodziło, ale przy tym nie ulegać rozpaczy, gdy nie możemy doczekać się tych narodzin – napisał Erich Fromm. Albo inaczej: Trzeba zawsze zaprząc swój pług do jakiejś gwiazdy. Ale w połowie XIX wieku, gdy Ralph Waldo Emerson, pierwszy wielki filozof, jakiego wydała Ameryka, pisał te słowa, gwiazdy świeciły jeszcze mocno. Od tamtej pory wiele z nich przygasło, ale gwiazda postępu najbardziej.

Ambrozja populistów

Warunkiem wiary w postęp jest przekonanie, że jutro będzie choć trochę lepsze od dnia dzisiejszego. W świecie skłóconych państw, rosnących nierówności, niezrozumiałej polityki, coraz niższych emerytur to, co dopiero ma się narodzić, jawi się jako zagrożenie. Ale nie wypływa stąd tradycyjny konserwatyzm, czyli rozumna troska o zachowanie dorobku przeszłości, lecz podszyta strachem nostalgia. Niech wrócą stare, dobre czasy! Niech politycy zaczną wreszcie słuchać nas, ciężko pracujących obywateli! Dotąd rządziły elity i patrzcie, co z tego wynikło; teraz k… my!

Strach jest ambrozją populistów, nigdy nie mieli tak łatwo jak dzisiaj. Leszek Kołakowski napisał już dawno: Kłopot z demokracją jest taki, że nie wydziela żadnych ideologicznych czadów zniewalających umysły młode i naiwne. Był optymistą, jeszcze wierzył w dorastanie umysłów. Demokracja wymaga dojrzałości i nadziei; populizm tylko złości i nostalgii. Dlatego rozrasta się jak rakowy guz.

Może miałoby tu coś do zaproponowania chrześcijaństwo, ta ostoja i kolebka europejskich i amerykańskich wartości? Niektórzy widzą ratunek w powtórnej ewangelizacji Europy, z rolą Polski jako nowego Mesjasza. Tymczasem język wiary – obojętnie jakiego wyznania – jest wciąż językiem przedkopernikańskim. „Bóg z wysokości spogląda na ziemię” – śpiewany w popularnym psalmie. Kościół już dawno stracił okazję do opowiedzenia językiem nowoczesnym najbardziej poruszającej, przejmującej i pełnej miłości historii, jaką kiedykolwiek usłyszał człowiek: ewangelii Chrystusa. Wciąż opowiadamy ją tak, jak trafiała do umysłów palestyńskich pasterzy i greckich handlarzy oliwą przed dwoma tysiącami lat. Trzeba byłoby tu pójść o wiele dalej niż sformułowanie Jana Pawła II: „człowiek jest drogą Kościoła”, albo dzisiejsze wezwanie jego następcy Franciszka, aby Kościół stał się „szpitalem polowym dla poranionych dusz”. Jedyne nawrócenie, któremu uległa Europa, to z heroizmu na konsumeryzm.

III wojna światowa właśnie się rozpoczęła

Jest taka niepocieszająca teoria, że zło i agresja tkwiące w człowieku musi się okresowo wyładować, byśmy potem czas jakiś mogli żyć w pokoju i znowu odbudowywać zgliszcza. Jeśli jest w tym choć ziarno prawdy, to wyjaśnia przyczynę wzbierającej jak świat długi i szeroki złości, pogardy i żądzy niszczenia. Po kolejnym całopalnym paroksyzmie będzie znowu lepiej. Rozum budzi się na pogorzelisku. Przyjaźń odrasta jak ziele na kraterze po erupcji złowrogiego wulkanu.

Ale może III wojna światowa już się rozpoczęła, tylko my – jak zawsze otumanieni przez wielomówne media – jeszcze tego nie pojmujemy. Stratedzy i generałowie wykazują na dziesiątkach historycznych przykładów, że żadna nowa wojna nie jest rozgrywana przy pomocy środków wojny poprzedniej, że jej planowanie i przebieg będą zupełnie inne, zwłaszcza w dzisiejszym świecie szybko rozwijającej się techniki. Ale zwykle życie ich zaskakuje, tak jak tych, którzy u początków II wojny światowej wysyłali na front kawalerię, i jak zaskoczy tych, którzy dziś przechwalają się liczbą czołgów i rakiet. Ponieważ rozpętanie wojny na pełną skalę doprowadzi do nuklearnej zagłady, a więc jest przeciwskuteczne, trzeba próbować innych, bardziej skrytych, metod walki. Przede wszystkim cybernetycznych: przez Internet można dziś szpiegować skuteczniej niż przez nasłanych agentów, uszkadzać elektrownie i fabryki, paraliżować służby państwowe, siać dezinformację, a nawet panikę.

Bezpieczne i tanie jest nasycenie mediów społecznościowych w Afryce pogłoskami o tym, jak dobrze jest uchodźcom w Europie. Dobrze jest wciągnąć potencjalnego przeciwnika w wyniszczający konflikt w jakimś odległym i niezrozumiałym kraju. Przecież smartfon z dostępem do Internetu ma dziś każdy łatwowierny biedak marzący o lepszym życiu i zaczynający pojmować własną godność. Nie jest też tak odległą możliwość wywoływania klęsk żywiołowych w odległych nawet stronach, tak aby przyczyny wyglądały na naturalne. Najcenniejsze w takiej wojnie są dywizje nie czołgów, ale szeregowych internetowych trolli siejących zamęt i pomieszanie pojęć, sprawnych w posługiwaniu się kłamstwem. Genialni hakerzy włamujący się do banków i ministerstw to nieliczna elita, tu potrzebna jest armia; nie wystarczą – w kółko powtarzające tę samą głupotę – zautomatyzowane „boty”. Chodzi o to, żeby złamać wolę oporu i trwania przy bliskich nam wartościach, otumanić przysłowiowego „pana Biedermanna” z proroczej sztuki Maxa Frischa, który dla zachowania świętego spokoju ufa, że jego to nie dotyczy, że podpalacze ominą jego własne gniazdko.

Dobry humor pana Biedermanna

Tak w dzisiejszym świecie trwa wielka wojna toczona przy pomocy skromnych środków. Nie wiadomo, kiedy się rozpoczęła i jak się zakończy. Może trwa już od czasów Korei i Wietnamu z krótką przerwą na złudzenia pięknych lat dziewięćdziesiątych… Może ruszyła dopiero w bieżącym stuleciu wraz z rozwojem Internetu, który dostarczył jej środków. Nie jest potrzebny w tej wojnie zabór terytorium, wystarczy jego obezwładnienie. Nawet osamotnionego i pozbawionego sojuszy państwa nie trzeba okupować, wystarczy wysłać tam „zielonych ludzików” lub zmanipulować terrorystów. Dowodzą tego przykłady Gruzji, Ukrainy czy Syrii albo Libii. Bombardowania z powietrza nie pomogą, tak jak nie pomogły w Wietnamie. Jest to wojna asymetryczna, w której zwycięzcą nie musi być państwo silniejsze i lepiej uzbrojone.

Tego wszystkiego nie chcemy dostrzegać. Nie chcemy o tym wiedzieć. Karmieni internetowym i politycznym strachem, czepiamy się resztek słabnącej nadziei. Pan Biedermann już wie, że świata nie zmieni, ale nie przyjmuje do wiadomości jego obecnej postaci, bo chce dożyć swoich lat w jako tako dobrym humorze i konsumpcyjnej wygodzie, dlatego zaciska na własnej szyi pętlę gazociągu Nord Stream 2. Ale świat dryfuje w swoim kierunku niezależnie od nadziei jego mieszkańców, tak jak dryfował w starożytności, w średniowieczu i będzie dryfował zawsze. Przemija postać świata, tylko my tego nie przyjmujemy do wiadomości.

Kto zrozumie ducha zrozpaczonych mas?

Czy któryś z dzisiejszych przywódców, albo któryś z kandydatów na nich, wie, jak nas wyprowadzić na spokojniejsze wody? Wątpię. Nostalgiczne obietnice powrotu do czasów, kiedy „Polska była wielka” albo chwackie pokrzykiwanie, że „uczynię Amerykę znowu potężną”, to tylko znieczulające plasterki nakładane na ranę, która może okazać się śmiertelną. Prawdziwe oblicze właśnie rozpoczętego wieku XXI – pełne strachu, złości, buntu przeciw elitom, władzy i wszystkiemu dookoła – nie jest „przelotnym epizodem”, jak niedawno powiedział pewien nasz sympatyczny, ale do szpiku kości XX-wieczny polityk. Rozchwianie struktur, do jakich przywykliśmy, utrudnia poród nowych. Tylko ten przywódca utrzyma się jak surfer na szczycie wzbierającej fali, który zrozumie ducha zrozpaczonych mas. Zanim – tak jak niejednemu surferowi – fala pogruchocze mu kości.

Depresja plemnika

Europoseł Jacek Saryusz-Wolski (dawniej PO, obecnie pupilek prezesa) przyznał niedawno, że to bracia Kaczyńscy wprowadzili Polskę do Unii Europejskiej. Teraz twierdzi, że jego słowa zostały zmanipulowane przez „Rzeczpospolitą”.

(…) również bracia Kaczyńscy, jako architekci naszej drogi do niepodległości, wprowadzali Polskę do UE, będąc aktywnymi uczestnikami tego długiego procesu, od NSZZ Solidarność poczynając. Już w 1991 roku ówczesne PC (Porozumienie Centrum) poprzednie wcielenie dzisiejszego PiS, jako pierwsza partia deklarowało wejście Polski do struktur NATO i EWG, jako priorytet w swoich postulatach politycznych, w przeciwieństwie do wielu polityków dzisiejszej Koalicji Europejskiej, optujących wówczas za zakonserwowaniem starego porządku geopolitycznego w postaci NATO-bis i EWG-bis” – mówił w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Saryusz-Wolski.

Teraz europoseł twierdzi, że jego słowa zostały zmanipulowane. W rzeczywistości – jak twierdzi Saryusz-Wolski – treść niektórych pytań została zmieniona.

Było 12 pisemnych pytań i odpowiedzi. Zamiast: 1/3 wywiadu, dot.4 oryg pytań > teraz 7 pytań 1,2,4,5 zmienione, 6,7…

View original post 1 565 słów więcej

 

Butny Kaczyński nienawidzi niepełnosprawnych, którzy mu przeszkadzają

 

Depresja plemnika

Ze zdumieniem i niedowierzaniem obserwuję informacje, które pojawiają się w mediach na temat afery pedofilskiej w domu publicznym na Podkarpaciu. Na szczęście nie jestem pełnomocnikiem ani byłego agenta CBA, ani pokrzywdzonych ani nikogo innego w tej sprawie, więc mogę się wypowiadać jako obywatel, a nie adwokat.

Czy myśmy wszyscy przez te ostatnie cztery lata tak zdziczeli, że gwałty na dzieciach organizowane przez służby specjalne (albo za ich przyzwoleniem) nas nie ruszają? Moja wiedza pochodzi wyłącznie ze źródeł medialnych, ale ponieważ nikt nikomu jeszcze procesu nie wytoczył, to mam podstawę sądzić, że prawdą jest iż od lat funkcjonował dom publiczny, który sprowadzał nieletnie dziewczynki z Ukrainy, które były gwałcone przez tysiące „Vipów”, w tym osoby z najwyższych kręgów władzy. Dodam że dla mnie jako obywatela współżycie seksualne nawet za zgodą osoby poniżej 15 roku życia, to zawsze gwałt, mimo że kategoria prawna jest nieco inna. Tak czy inaczej pedofile z najwyższych…

View original post 2 350 słów więcej

 

Post Navigation