Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Viktor Orban”

Duda i kobiety. Żałosny don Juan

Adrian kocha wszystkie kobiety… Widząc tę reklamę pomyślałam, że chodzi o nowy sezon Ucha Prezesa. Występujący w nim prezydent Adrian kocha wszystkie kobiety i swoją żonę, wbrew opinii, że jest gejem. Potem, zobaczyłam kawałek spodni, owłosioną pięść. Adrianem jest męski bokser? Reklama sado-maso, bo pobita kobieta ma ponętne czarne pończoszki i maksymalnie zadartą spódnicę. Obok napis: „Walcz o siebie. Ja to zrobiłam!!” – Karolina Piasecka.

Zrozumiałam, reklama walki z przemocą. Mąż Piaseckiej za dekadę znęcania się nad nią dostał 2-letni wyrok. Radny PiS-u tłukł żonę w imię Boga jedynego, patriarchalnego. Bardzo się cieszę, że Karolina Piasecka wygrała, jest bezpieczna i zarobiła na reklamie. Innego odszkodowania nie dostanie ani jej dziecko. Kat w więzieniu, ofiara nagrodzona, ale problemem jest Adrian.

Aktorkom za otwarte mówienie prawdy, np. Maji Ostaszewskiej oskarżającej PiS o łamanie prawa, „zabiera się reklamy”. Piosenkarkom anuluje koncerty – jak Przybysz, po przyznaniu się do zakazanej aborcji. W tym biznesowym konformizmie, Adrian idzie pod prąd promując kobiecą odwagę, inność. Jego reklama z Grodzką – „Każdy ma prawo być sobą”, super. Reklamowanie rajtuz przez Kuszyńską na wózku, świetne. Ale upozowanie pani Karoliny Piaseckiej i podpisanie tego „Adrian kocha wszystkie kobiety” wygląda rzeczywiście na kabaret, nie z ucha, ale z dupy.

Oczywiście ofiary domowej przemocy mogą nosić bluzkę od stylistki, seksowne pończoszki.

Bite są kobiety biedne i bogate. Gwałcone na randce, przez męża w domu, albo obcego w parku. Adrian ubierając panią Karolinę na plakat reklamowy wiedział, że „nie wolno czepiać się stroju kobiet”. To jest jedno z osiągnięć feminizmu. Jasne, jak czarne pończochy i siostry mogą zarządzać swoim ciałem dowolnie, nie krytykuj ich wyborów.

Nie czepiam się Karoliny Piaseckiej, szacun.

Zastanawiam się nad strategią Adriana. Co reklamuje? Towar? Odwagę? Wspieranie odważnych kobiet? Ty dasz twarz i nogi, my sfotografujemy nasze rajtuzy i twoją historię.

Wbrew pozorom nie jest to reklama społeczna: „Bo zupa była za słona”. Pokazana na niej twarz pobitej kobiety nie reklamowała zupki podliszki czy gorącego kubka. Chociaż sprytny handlowiec, mógłby dodać „Gorąco kochamy kobiety”. I dorzucić kto wyprodukował te świetne cienie pod oczy.

Skatowane niemowlę opatrzone na bilbordach hasłem „Wszystkie dzieci są nasze” i ubrane w pieluszkę z wywalonym logo? Nikt nie ogłasza „Prawdziwe piękno nie tonie”, gdy przy szczątkach samolotu rozbitego nad oceanem pływają drogie kosmetyki. To jednak nie powód, żeby pisać „Nawet śmierć może być piękna”.

Nie wiem co naprawdę kocha Adrian, kasę? Rozgłos? Fajnie, jeżeli robi to z pomysłem. Gorzej, jeżeli miesza seks, przemoc i biznes.

Chciałeś Adrianku pomóc ofiarom przemocy? – Ogłoś, za każdą parę kupionych rajtuz parę złotówek idzie na pomoc dla ofiar przemocy domowej. Do tego zdjęcie Karoliny Piaseckiej, autentyczne jeśli ma ochotę, z siniakiem. I nowe, po wygranej sprawie przeciw oprawcy. Z wyrokiem w ręku – walczcie kobiety o swoje.

Chyba że chodzi tylko o rajtuzy. Wtedy trzeba było pokazać scenę, jak duszona czarnymi pończochami kobieta walczy drąc je i…nic. Są tak wytrzymałe, nawet oczko nie poszło, nie puściło się do widzów.

Kmicic z chesterfieldem

Kiedy w 2015 r. Marian Banaś został wiceministrem finansów, złożył oświadczenie, że nie ma mieszkania w Warszawie. Przydzielono mu więc 35-metrowy służbowy lokal, składający się z pokoju, kuchni i łazienki. Banaś nie płacił za wynajęcie tego mieszkania, pokrył jedynie koszty takie jak czynsz czy opłaty za media.

Z lokalu służbowego Banaś korzystał do końca października tego roku, choć – jak ustalił RMF FM – w marcu 2017 roku kupił sobie mieszkanie w Warszawie. W oświadczeniu majątkowym podał, że ma 40-metrowe mieszkanie.  Jak podaje stacja, znajduje się ono „w atrakcyjnej lokalizacji na strzeżonym osiedlu na Pradze”.

Nie wiadomo dlaczego obecny szef NIK nie opuścił służbowego lokalu po zakupie własnego mieszkania. Banaś nie chciał rozmawiać na ten temat.

– „To kolejna gruba rysa na kryształowym wizerunku szefa Najwyższej Izby Kontroli” – skomentowała te doniesienia Grażyna Kopińska z Fundacji Batorego w rozmowie z RMF FM. Zaznacza, że brakuje przepisów regulujących sytuację, gdy podczas…

View original post 1 372 słowa więcej

 

Pisowcy politycy za SKOK-i bekną

Najczęściej powtarzanym argumentem Prawa i Sprawiedliwości przeciwko powoływaniu komisji śledczej w sprawach bulwersujących w ostatnich tygodniach opinię publiczną jest to, że państwo sprawnie działa w kierunku wyjaśniania ujawnionych afer, więc nie ma powodów, by sprawą zajmowali się posłowie. Wczorajsze ustalenia portalu Onet w sprawie tajemniczego kredytu, jaki rzecznik Centralnego Biura Antykorupcyjnego wziął w SKOK Wołomin, którego działanie jest już dziś nazywane największą aferą finansową III RP sprawiają, że obywatele mają prawo nie mieć pewności, że służba podległa Ernestowi Bejdzie oraz ministrowi koordynatorowi służb specjalnych Mariuszowi Kamińskiemu sprawę wyjaśni w sposób należyty i bezstronny.

Przypomnijmy, zespół dziennikarzy Onetu dotarł wczoraj do dokumentów, z których wynika, że Piotr Kaczorek, niegdyś pracownik Komendy Powiatowej w Wołominie oraz starostwa powiatowego w tym mieście (gdzie znalazł zatrudnienie po odejściu z CBA za ery Pawła Wojtunika), a obecnie rzecznik CBA, wziął w 2013 roku kredyt w wysokości 160 tys. złotych z feralnej kasy w Wołominie. Nie byłoby w sprawie zapewne nic bulwersującego, gdyby nie fakt, że Kaczorek praktycznie od samego początku swoich zobowiązań względem blisko 250 tys. oszukanych klientów kasy nie spłacał. Z akt sprawy upadłościowej, w której znajduje się pokaźna lista dłużników (wśród nich znajdują się przecież setki podstawionych “słupów”, dzięki którym wyłudzono ze SKOK Wołomin ponad 3 mld złotych) wynika, że w ciągu kilku lat z pożyczonej kwoty Kaczorek spłacił zaledwie 4 tys. zł. Wraz z odsetkami, także karnymi, wciąż zalegał w lipcu 2017 r. na kwotę ponad 204 tys. zł. Gdy afera wybuchła na dobre, a media trąbiły o olbrzymich wyłudzeniach, spłaty kredytu w ogóle ustały. Dlaczego Kaczorek nie wywiązywał się ze swoich zobowiązań? W rozmowie z Onetem odmówił udzielenia wyjaśnień.

W sprawie najbardziej bulwersujące jest jednak to, że to właśnie CBA bada obecnie sprawę SKOKu Wołomin, co sprawia że mamy do czynienia ze skandalicznym konfliktem interesów. Co więcej, wobec ujawnionego mechanizmu wyłudzeń oraz jego skali, służby zajmujące się tą sprawą powinny bardzo szczegółowo przesłuchać każdego dłużnika kasy, który swojego zobowiązania nie wypełniał z uwagi na narzucający się wniosek, że mógł w jakiś sposób współpracować z organizatorami procederu. Czy możemy dziś wierzyć w to, że Piotr Kaczorek zostanie rzetelnie przesłuchany w tej sprawie przez swoich kolegów z CBA? Wątpliwości narzucają się same.

W Sejmie Robert Kropiwnicki z Platformy Obywatelskiej wezwał ministra Mariusza Kamińskiego do złożenia wyjaśnień w tej sprawie.

Zażądał także, by Centralne Biuro Antykorupcyjne zostało natychmiast odsunięte od dalszego udziału w śledztwie w sprawie SKOK Wołomin, a sprawa trafiła do komisji ds. służb specjalnych. Jeszcze dalej poszedł Krzysztof Brejza, który w rozmowie z portalem Onet.pl stwierdził, że wobec ujawnienia tego skandalu powinno dojść do natychmiastowej dymisji szefa CBA oraz ministra koordynatora. 

Sprawa niewątpliwie jest rozwojowa. Jak poinformował dziś portal Onet, po wczorajszej publikacji w CBA zapadła decyzja o zawieszeniu Piotra Kaczorka oraz o wszczęciu postępowania wyjaśniającego.

– Biuro Kontroli i Spraw Wewnętrznych Centralnego Biura Antykorupcyjnego wszczęło postępowanie wyjaśniające mające na celu szczegółowe i dogłębne wyjaśnienie okoliczności sprawy związanej z kredytem. Na czas trwania postępowania wyjaśniającego pracownik został zawieszony w czynnościach służbowych – napisało biuro w oświadczeniu przekazanym redakcji.

W tym miejscu warto przypomnieć deklarację minister ds. pomocy humanitarnej Beaty Kempy sprzed ponad dwóch lat. Ważna polityk obozu władzy mówiła wówczas, że PiS jest gotowe zgodzić się na komisję śledczą ws. SKOK-ów, jeśli ta będzie dotyczyć SKOK-u Wołomin.

Ciekawe, czy dziś jest tego samego zdania.

Depresja plemnika

Metropolita poznański i przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski arcybiskup Stanisław Gądecki filmu „Kler” nie widział. Nie zawahał się jednak porównać go z propagandowym filmem „Żyd Süss”, nakręconym w czasach III Rzeszy. – „Kler” wyreżyserowano według klasycznego antysemickiego filmu „Żyd Süss”. To już było grane za Goebbelsa” – powiedział abp Gądecki w Radiu Poznań.

„Żyd Süss” powstał na zlecenie i pod osobistym nadzorem ministra propagandy III Rzeszy Josepha Gobbelsa. Przedstawia losy trzech Żydów, których postawa jest synonimem stereotypów, dotyczących tego narodu, takich jak chciwość czy skąpstwo. „Żyd Süss” służył nazistowskiej propagandzie m.in. do usprawiedliwiania zbrodni, których Niemcy dopuszczali się na ludności żydowskiej, łącznie z „ostatecznym rozwiązaniem”.

„Kler” dotychczas obejrzało ponad 5 mln widzów.

To trzeci najchętniej oglądany film w polskich kinach po 1989 r. A dlaczego metropolita poznański go nie zobaczył? Jak to stwierdził w Radiu Poznań, ponieważ nie jest pozbawiony rozumu do końca”. Czyżby?

„Trzy dni przed Sylwestrem posłowie…

View original post 3 067 słów więcej

 

Polska demokracja niedługo zacznie przejawiać brak objawów życia. Orban zdradził Kaczyńskiego

„Polska Krajowa Rada Sądownictwa nie spełnia wymogów, dotyczących niezależności od władzy wykonawczej i ustawodawczej” – uznała Europejska Sieć Rad Sądownictwa (ENCJ). Członkostwo Polski w tej organizacji zostało niniejszym zawieszone.

Wniosek o zawieszenie KRS, wybranej przez posłów PiS i Kukiz’15, złożył przewodniczący Europejskiej Sieci Kees Sterk z Holandii. – „Biorąc pod uwagę odpowiedź KRS oraz inne istotne materiały (np. stanowisko polskich organizacji sędziowskich) zarząd uznał, że KRS nie wypełnia już wymogów członkostwa w ENCJ” – napisał przewodniczący, uzasadniając decyzję o zawieszeniu.

W głosowaniu 100 głosów oddano za zawieszeniem, przy 6 przeciwnych i 9 wstrzymujących się. Węgry oddały głos za wykluczeniem polskiego KRS.

Europejska Sieć Rad Sądownictwa to międzynarodowa organizacja, zrzeszająca rady do spraw sądownictwa 20 państw Unii Europejskiej. ENCJ wcześniej wielokrotnie wyrażała krytyczne stanowisko w związku ze zmianami wprowadzanymi przez PiS w polskim sądownictwie.

To nie koniec.

Węgry nie popierają pisowskiej Polski. Orban zdradza Kaczyńskiego, prezydent Węgier nie doleci na obrady pisowskiej idei Międzymorza… bo zepsuł mu się samolocik.

Biedaczysko.

Szweje Duda, Macierewicz, Błaszczak zrobili kraj bezbronnym. Można ich oskarżać o dywersję?

Znów powiało wyprowadzeniem przez PiS Polski z Unii Europejskiej. Prezydent Andrzej Duda uznał, że w Leżajsku może sobie pofolgować. I prawie otwartym tekstem podważył sensowność dalszego członkostwa naszego kraju we wspólnocie europejskiej.

Bo tak można odczytać ten fragment wzorcowo populistycznej mowy wiecowej Andrzeja Dudy, w którym mówi, że chce, aby ktoś myślał o polskich obywatelach, a nie o „jakiejś wyimaginowanej wspólnocie, z której dla nas niewiele wynika”. Jakąż to „wyimaginowaną” wspólnotę mógł mieć na myśli prezydent, jeśli nie Unię Europejską?

To wypowiedź szokująca, bo te słowa mówi głowa państwa, i złowróżbna, bo Duda jest integralną częścią obozu obecnej władzy. Czytajmy mu z ust: zapowiada ostrożnie, bez użycia nazwy, ale bardzo wyraźnie, że PiS gotów jest wyprowadzić Polskę z Unii. I podaje nawet propagandowe uzasadnienie: bo członkostwo Polsce niewiele daje.

Pomijając kłamliwość tej wypowiedzi – wystarczy rozejrzeć się po samym Leżajsku, by zobaczyć, ile mu dało nasze członkostwo w UE – warto zatrzymać się nad tym retorycznym zagraniem: „niewiele wynika”. Co ma mianowicie wynikać poza tym, o czym wszyscy wiemy?

Czy wielomiliardowe fundusze rozwojowe to „niewiele”? Czy otwarte granice, wolny przepływ osób, dóbr, usług, wymiana studencka i akademicka to niewiele? Czy przynależność do wciąż najbardziej stabilnego systemu międzynarodowej współpracy, 500-milionowego otwartego rynku – to „niewiele” Czy członkostwo w wielonarodowej wspólnocie broniącej zasad demokracji, praw człowieka i praworządności to „niewiele”?

Oj, nie popisał się prezydent znajomością tematu. Albo może inaczej: szczerze wyjawił, co mu w gra w pisowskiej duszy. A gra mu, znów cytat z Leżajska, nie wspólnota „wyimaginowana”, czyli, jak się domyślamy, UE, tylko wspólnota „dla nas”, tak jakby Unia Europejska nie była dla nas. Gra mu wspólnota własna, skupiająca się na naszych sprawach, bo one są dla nas sprawami najważniejszymi. Tak jakby Polska mogła ignorować rzeczywistość, w której sprawy europejskie są dla nas tak samo ważne, i to praktycznie, ekonomicznie, handlowo, materialnie, jak sprawy polskie.

„Wspólnotowe” rojenia przedstawiciela obecnej władzy, dzielącej coraz głębiej społeczeństwo, to w istocie program „nasza chata z kraja”, prowincjonalny autarkizm, spychający nas na peryferia. Program hamujący polskie wysiłki dogonienia czołówki światowej. Rzadko kiedy polityk pisowski tak wyraźnie, bez owijania w bawełnę – jak czyni z reguły w kwestii UE prezes Kaczyński, mącąc w głowach części obywateli – zapowiedział, że opcja polexit wciąż jest na stole na Nowogrodzkiej.

I że coś takiego może Polsce narzucić obecna władza pod hasłem, też cytat z Leżajska, „niech nas zostawią w spokoju i pozwolą naprawiać Polskę” – tak jakby do nieszczęsnego roku 2015 ktoś Polskę tarmosił za uszy, policzkował, skuwał do tyłu kajdankami i jakby niszczenie porządku konstytucyjnego w ciągu ostatnich trzech lat było „naprawianiem”.

Miejmy nadzieję, że w samym Leżajsku – gdzie z udziałem funduszy UE zrealizowano ponad sto projektów, w tym remont kościoła i klasztoru bernardynów (wkład unijny 26 mln zł) – nie brakuje obywateli wkurzonych na prezydenta za to trucie umysłów antyunijnym jadem.

Niech najpierw dadzą listę kościelnych pedofili…?

Hiszpański dziennik El Pais informuje o oficjalnym raporcie niemieckiego episkopatu ws. pedofilii w Kościele Katolickim w Niemczech.

Do Sądu Najwyższego dotarły pisma prezydenta Andrzeja Dudy stwierdzające przejście na emeryturę siedmiorga sędziów Sądu Najwyższego: Anny Owczarek, Marii Szulc, Wojciecha Katnera i Jacka Gudowskiego z Izby Cywilnej, prezesa Izby Karnej Stanisława Zabłockiego, prezesa Izby Pracy Józefa Iwulskiego i sędziego tej Izby Jerzego Kuźniara.

Prezydent zignorował prawomocne orzeczenie Sądu Najwyższego, jakim jest uchwała siedmiorga sędziów SN o zawieszeniu obowiązywania przepisów obniżających wiek emerytalny dla sędziów SN do czasu odpowiedzi Trybunału Sprawiedliwości UE na pytanie prejudycjalne.

Nie tracąc twarzy, prezydent mógł poczekać na decyzję Trybunału w Luksemburgu, który zapewne jeszcze przed końcem miesiąca sam zdecyduje w sprawie zawieszenia przepisów, które ma ocenić. Wolał służyć partii, która wyniosła go do władzy, i realizować jej plan: neutralizacji przyszłych orzeczeń Trybunału w Luksemburgu przez politykę faktów dokonanych. Zanim te rozstrzygnięcia zapadną, w Sądzie Najwyższym ma już być posprzątane.

W wywiadzie dla najnowszej „Kultury Liberalnej” Jarosław Gowin (który wcześniej zapowiadał, że rząd wyrokom TSUE się nie podporządkuje) mówi: „Chyba mają państwo świadomość, że po naszych rządach nie ma już powrotu do tego, co było. (…) Wymiar sprawiedliwości w takim kształcie, jaki istniał przed rządami Zjednoczonej Prawicy, nie zostanie już przywrócony”.

Z kolei prezydent mówił dzisiaj w Leżajsku, że nie jest nam potrzebna żadna „wyimaginowana wspólnota, z której dla nas niewiele wynika”, i „niech nas zostawią w spokoju”. Te dwie wypowiedzi nie pozostawiają złudzeń co do zamiarów pisowskiej władzy: likwidacji dotychczasowego wymiaru sprawiedliwości, choćby za cenę przynależności do Unii Europejskiej.

Czy im się uda? W dużej mierze zależy to od sędziów: Sądu Najwyższego, sądów powszechnych i administracyjnych.

Co zrobią sędziowie SN? To ważne pytanie, bo pismo prezydenta w świetle uchwały sędziów zawieszającej działanie przepisów emerytalnych nie wywołało skutków prawnych. Czy przejdą w stan spoczynku?

Na razie oświadczenie w tej sprawie ogłosił prezes Izby Karnej Stanisław Zabłocki: przechodzi w stan spoczynku. Napisał, że przepisy emerytalne uznaje za sprzeczne z konstytucją, ale podporządkuje się pismu prezydenta. „Będę czuł się do dnia 5 lipca 2020 roku, to jest do dnia ukończenia 70 lat, de iure sędzią w stanie czynnym, a nie sędzią w stanie spoczynku. Od osobistych przekonań prawnych należy jednak odróżnić sferę uwarunkowań faktycznych i prawnych, wynikających z treści dokumentu, który mi dzisiaj doręczono”. Dalej sędzia Zabłocki pisze, że nie czuje się uprawniony do samodzielnego osądzenia powstałej sytuacji prawnej, bo nie jest sądem.

Ale inaczej ocenia skutki uchwały sędziów zawieszającej przepisy emerytalne. Uznaje, że działają one tylko w stosunku do dwóch sędziów SN, którzy byli w składzie zadającym pytanie prawne TSUE i którzy ukończyli 65 lat (sędziowie Józef Iwulski i Jerzy Kuźniar). Zatem on sam nie czuje się objęty tymi przepisami. Na koniec stwierdza, że nie wie jeszcze, czy będzie „poszukiwał ochrony prawnej przed sądami krajowymi lub trybunałami międzynarodowymi. (…) Potrzebuję jeszcze trochę czasu na podjęcie takiej decyzji i znalezienie odpowiedzi na pytanie, czy bardziej będzie mi zależało na dowiedzeniu nieprawidłowości podjętego wobec mojej osoby rozstrzygnięcia, czy nad tę istotną rację przedłożę rację inną, to jest tę sprowadzającą się do pytania: czy ja, sędzia, chcę procesować się z moim Państwem, w imieniu którego przez całe lata sam wymierzałem sprawiedliwość”.

Sędzia Zabłocki zdecydował o sobie i ma do tego pełne prawo. Należy docenić, że wyjaśnił opinii publicznej swoją motywację. W tym Obywatelom RP, którzy od dwóch miesięcy stoją co dzień o ósmej rano pod Sądem Najwyższym, witając sędziów banerem „Zostańcie”. Chociaż można żałować, że i on nie poczekał na decyzję Trybunału Sprawiedliwości w sprawie zawieszenia przepisów emerytalnych. Może zrobią to pozostali sędziowie odesłani dziś przez prezydenta na emeryturę.

Prezes Gersdorf prawdopodobnie zamierza się udać na urlop, bo uczyniła swoim zastępcą na czas nieobecności sędziego Dariusza Zawistowskiego, prezesa Izby Cywilnej SN, którego dzień wcześniej tymczasowo pełniącym obowiązki I Prezesa SN uczynił prezydent.

Czy kiedy Trybunał Sprawiedliwości odpowie na pytanie prawne Sądu Najwyższego, będzie w tym sądzie jeszcze ktoś, do kogo ta odpowiedź mogłaby się odnosić?

– Z całą odpowiedzialnością mówię, że czeka nas kolejna kompromitacja w NATO – powiedział w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” gen. Mirosław Różański, były dowódca generalny Rodzajów Sił Zbrojnych.

  • Powołanie czwartej dywizji Wojska Polskiego to propozycja irracjonalna – uważa generał Różański
  • Nie zwiększa się liczba żołnierzy, nie zwiększa się bezpieczeństwo Polski – podkreśla były dowódca generalny Rodzajów Sił Zbrojnych
  • Nasi sojusznicy tworzą już kosmiczne siły zbrojne. Rosjanie mówią o broni hipersonicznej. My ustawiamy sobie żołnierzy pod granicą – komentuje

Wojskowy wyjaśnia, że podczas „szczytu w Warszawie w 2016 roku zobowiązaliśmy się do budowy dowództwa dywizji, które będzie dowodziło natowskimi batalionami w Polsce, na Litwie, Łotwie i w Estonii”. – Przyznanie zaś takiego dowództwa Polsce było olbrzymim sukcesem także wojskowych. Bataliony natowskie już są, ale dowództwa dywizji nie ma – zauważa.

Rozmówca Pawła Wrońskiego skomentował także decyzję Mariusza Błaszczaka o powołaniu czwartej dywizji Wojska Polskiego. Szef MON zapowiedział w zeszłym tygodniu, że dowództwo nowej dywizji będzie mieściło się w Siedlcach, a w jej skład wejdą trzy brygady – dwie istniejące – 1. Warszawska Brygada Pancerna i 21. Brygada Strzelców Podhalańskich, zostanie też sformowana nowa brygada.

– Uważam to za propozycję irracjonalną. Sam gest utworzenia nowej dywizji nie jest dla mnie działaniem strategicznym, ale populistycznym gestem przedwyborczym. Nie zwiększa się liczba żołnierzy, nie zwiększa się bezpieczeństwo Polski – podkreśla.

Generał Różański zwraca w „GW” uwagę, że dowództwo czwartej dywizji ma być zlokalizowane 70 kilometrów w linii prostej od wschodniej granicy. – Już dwa razy usiłowaliśmy pod Siedlcami powstrzymać ofensywę ze wschodu – raz w czasie powstania kościuszkowskiego, potem podczas powstania listopadowego. Bez rezultatu – mówi wojskowy.

– Nasi sojusznicy tworzą już kosmiczne siły zbrojne. Rosjanie mówią o broni hipersonicznej. Podczas ostatniego konfliktu w Syrii udowodnili, że są w stanie skutecznie razić cele w tym kraju, wystrzeliwując pociski z rejonu Morza Kaspijskiego. Nasi decydenci zaś uważają, że bezpieczeństwo państwa zapewni ustawienie żołnierzy linearnie na granicy. Absurd! – konkluduje wojskowy.

We wtorek odbyła się debata nad rezolucją wzywającą kraje członkowskie do uruchomienia art.7 traktatu unijnego wobec Węgier. Dzisiaj eurodeputowani zagłosowali za rozpoczęciem wobec Budapesztu wspomnianej procedury. Za było 448 europosłów, przeciw 197, 48 wstrzymało się od głosu.

Podczas wtorkowej debaty, sprawozdawczyni projektu Judith Sargentini (Zieloni) przekonywała, że nie ma innego wyjścia, niż sięgnięcie po artykuł 7. Jak mówiła, podpisując traktat unijny, wszystkie kraje członkowskie zobowiązały się szanować ten traktat i bronić unijnych wartości – “Czy wszystkie się z tego wywiązują? Obawiam się, że nie. Rząd Węgier uciszył niezależne media, nałożył kaganiec na świat akademicki, zastąpił sędziów takimi, którzy są bliżsi rządzącej partii, zdecydował, które kościoły mogą działać, a które nie” – mówiła. Dodała, że węgierski rząd utrudnia prace organizacji pozarządowych.

Wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans powiedział z kolei, że KE podziela zawarte w projekcie obawy dotyczące praw podstawowych, korupcji, traktowania Romów i niezależności sądownictwa. – “Społeczeństwo obywatelskie to jest tkanka demokracji  i jest ono niestety ograniczane przez działania rządu Węgier” – podkreślił. Przypomniał, że KE skierowała szereg spraw do Trybunału Sprawiedliwości UE dotyczących decyzji węgierskich władz.Przypomniał również, że KE jest strażniczką traktatów i wcześniej uruchomiła już procedurę art.7 traktatu wobec Polski.

W debacie wziął udział także udział Viktor Orban. W swoim wystąpieniu zarzucał autorom sprawozdania, że zawiera ono ponad 30 błędów faktycznych. – “Państwo chcą wydać wyrok na nasz naród” – zarzucał i dodał “Stoję przed państwem i widzę, że ci, którzy odziedziczyli demokrację, oskarżają nas, a oni nie musieli podejmować ryzyka, żeby walczyć o demokrację. Węgry nie poddadzą się szantażowi, będziemy bronić granic, zatrzymywać nielegalną migrację, bronić naszych praw”Ze słów premiera Węgier wynikało, że jest on już pogodzony z tym, że w europarlamencie nie znajdzie się wystarczająca grupa deputowanych, by uchronić jego kraj przed wszczęciem procedury.

W obronę Orbana wzięli eurosceptycy i konserwatyści. Wypowiadający się europoseł PiS Ryszard Legutko przypomniał, że rząd Fideszu otrzymywał w ciągu ostatnich lat kilkakrotnie wsparcie wyborców. – “Ktoś ten rząd wybrał i tego nie zrobiła wcale Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków. Jeśli państwo się to nie podoba, to proszę zrezygnować z takiego wydarzenia jak wybory” – mówił Legutko. Jego zdaniem rezolucja w sprawie Węgier nie opiera się na faktach i całkowicie pomija argumenty węgierskiego rządu.

Dzisiaj wczesnym popołudniem Parlament Europejski poparł rezolucję wzywającą kraje członkowskie do uruchomienia procedury art.7 wobec Węgier. Jak relacjonował w mediach społecznościowych Dominik Hejj – specjalista od spraw węgierskich, główna telewizja informacyjna zamarła po głosowaniu. Przez 11 minut nadawany był blok reklamowy, po czym w głównym wydaniu wiadomości podano informację o zawodach policjantów wodnych. Dopiero po 50 minutach podano wiadomość o głosowaniu stwierdzając, że jest wyrok skazujący Węgry za odrzucenie nielegalnej migracji. Naturalnie nie jest to do końca prawdą, ale taka wersja wydarzeń zostanie zaaplikowana Węgrom.

Jak wydarzenia z Parlamentu Europejskiego wpływają na sytuację Polski? Otóż PiS właśnie traci swojego jedynego obrońce, którego ewentualne weto może uchronić ich rząd przed wyciągnięciem wobec naszego kraju najdalej idących konsekwencji, wraz z odebraniem prawa głosu w Radzie. Przerażające jest jednak to, jak wiele zarzutów pod adresem Węgier jest bliźniaczych do tych, które stawiane są polskiemu rządowi. Czy o taki Budapeszt, zaprzyjaźniony z Moskwą i jawnie niedemokratyczny chodziło Jarosławowi Kaczyńskiemu? Coraz więcej na to wskazuje.

>>>

Waldemar Mystkowski pisze o „wyczynach” Dudy.

Jak nazwać kogoś i to, czego on się dopuszcza, gdy neguje istnienie Polski we wspólnocie krajów Unii Europejskiej?

Gdy podważa historyczne, wręcz epokowe osiągnięcie pokoleń Polaków, którzy wreszcie stali się członkami najbardziej nowoczesnego przedsięwzięcia społeczno-politycznego w dziejach? Gdy osłabia Polskę na arenie międzynarodowej i przygotowuje PolExit? Czy taki osobnik kwalifikuje się do miana zdrajcy, a jego czyn do zdrady stanu? Prezydent Andrzej Duda we wtorek w Leżajsku Unię Europejską nazwał „wyimaginowaną wspólnotą, z której dla nas niewiele wynika”.

To nie jest żaden lapsus językowy, pypeć retoryczny bądź błąd – to konsekwentne wyprowadzanie Polski z UE, bo do tego zalicza się zniszczenie trójpodziału władzy, demolka Sądu Najwyższego i zapowiedź, iż nie będzie przyjęty do wiadomości wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawie sądownictwa, gdy nie spodoba się władzom PiS.

Nie wchodzę w kwalifikacje intelektualne i kondycję psychiczną Dudy, który nie potrafi ocenić sytuacji politycznej tuż po wojnie, oskarżając Wspólnotę Europejską o pozostawienie Polski w 1945 roku na pastwę Stalina. Czyżby i w tym wypadku odezwał się w Dudzie sentyment do przelewania krwi, bo tylko tak mogła skończyć się interwencja Zachodu, doszłoby do III wojny światowej. Duda już raz wykazał się umiłowaniem do krwi rodaków, gdy ogłosił swoje pretensje ws. kompromisu Okrągłego Stołu w 1989 roku, który pozwolił Polsce uzyskać suwerenność, lecz Duda wolałby, aby kompromis utopiono w polskiej krwi.

Krew u Dudy na razie płynie w sentymentalnej retoryce, która go wzburza podczas przemówień. Widać pewne predylekcje prezydenta do napędzania się własnymi słowami, do wkręcania się w coraz wyższe emocje, ale to także praca pijarowa pracowników Kancelarii Prezydenta. Minister prezydencki Krzysztof Szczerski wręcz jak sufler potwierdził, że Duda dobrze powiedział: „to głos słuszny”.

Nie jest usprawiedliwieniem dla Dudy, iż jest marnej kondycji intelektualnej, psychicznie niestabilny, choć słowa Dudy też można odczytywać w kontekście jego wizyty w Białym Domu, do której dojdzie w przyszłym tygodniu. Donald Trump jest na wojennej ścieżce z Unią Europejską, życzy jej upadku, więc Duda może liczyć na to, że nowa ambasador USA Georgette Mosbacher w poczcie dyplomatycznej zareklamuje Dudę, że to równy gość, także walczy z Brukselą. Duda więc może liczyć na to, iż Trump mianuje go dowódcą V kolumny w Unii Europejskiej, z którą już zimną wojnę hybrydową toczy Władimir Putin.

Pointując trochę lżej. Duda ogłosił listę 25 Polaków, którzy w setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości zostaną odznaczeni Orderem Orła Białego, wśród nich Maria Skłodowska-Curie i pisarze Reymont, Makuszyński oraz Żeromski. A ja pytam, dlaczego nie dostaną Virtuti Militari, wszak walczyli z Ciemnogrodem, z takimi jego reprezentantami jak Duda?

Kaczyński jest ruiną człowieka, prędzej czy później pociągnie to towarzystwo w przepaść

Ks. Wojciech Lemański odniósł się do słów Tadeusza Rydzyka.

Michał Wójcik (sekretarz stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości) informuje o nagrodach za rządu PO-PSL.

Prof. Marcin Matczak odniósł się do słów marszałka seniora Kornela Morawieckiego na temat ustawy degradacyjnej.

Pisarka Maria Nurowska o swoim stosunku do polityków PiS.

Jarosław Kaczyński zdecydował, że ministrowie konstytucyjni, sekretarze stanu, którzy są politykami, muszą oddać nagrody na Caritas. Ale to zapowiedź obniżenia pensji parlamentarzystom o 20 proc. miała wywołać prawdziwą burzę w szeregach PiS – przebija z komentarzy.

Czwartkowa konferencja Jarosława Kaczyńskiego miała zamknąć usta opozycji i ostatecznie zakończyć publiczną debatę nad nagrodami dla ministrów i sekretarzy stanu, które otrzymali w latach 2016-2017.

–  Ministrowie konstytucyjni, sekretarze stanu, którzy są politykami, zdecydowali się oddać nagrody do połowy maja na cele społeczne, do Caritasu – oznajmił prezes PiS. Jak zapewnił Kaczyński na konferencji w siedzibie partii, „ministrowie podjęli te decyzje sami, dzisiaj było takie spotkanie, nikt nie protestował”.

Kaczyński żąda od posłów „skromności”. Sam oprócz uposażenia pobiera emeryturę

Tymczasem, jak napisał dziennikarz Michał Wróblewski, jeden z ministrów miał stwierdzić, że nie stać go na oddanie nagrody, którą wydał w całości. A żeby to zrobić, „musiałby zaciągnąć kredyt”.

Jednak to nie zwrot ministerialnych nagród, a zapowiedź obniżenia pensji parlamentarzystom o 20 proc. miała wywołać burzę wśród szeregowych posłów PiS.

Bardzo zdenerwował JK swoich posłów. Pierwszy raz słyszę aż tak mocne słowa: człowiek, który korzysta z partyjnych pieniędzy, jest wożony, karmiony i nie ma pojęcia o codziennym życiu decyduje o obniżce zarobków tych, którzy nie przyznawali sobie samym żadnych nagród

Wśród komentarzy pojawił się i ten głos wicemarszałka Sejmu, Stanisława Tyszki. Poseł Kukiz’15 napisał, że trochę rozumie zdenerwowanie posłów PiS.

„Niewielu udało się załapać do rządu, oni sobie nagród nie przyznawali, głosują jak trzeba, zawsze karnie, czy się zgadzają, czy nie, a tu w „nagrodę” szef im tnie wynagrodzenia” – skomentował Tyszka.

Wydaje się jednak, że mimo tych głosów oburzenia, oczywiście anonimowych, nikt w PiS nie ośmieli się publicznie skrytykować decyzji kierownictwa PiS i samego prezesa Kaczyńskiego.

„Rozmawiałem właśnie z czołowym politykiem rządu. W PiS jest przekonanie, że sprawa nagród jest zamknięta i opozycja nic już w tym temacie nie ugra. A nt. buntu w PiS po obniżkach pensji: buntu nie będzie, bo nikt nie zaryzykuje przed ułożeniem list. Wywiad w Rzepie już wkrótce.” – napisał na Twitterze z kolej Jacek Nizinkiewicz.

Nikt też zapewne nie zaryzykuje otwartej krytyki na zbliżającej się konwencji Prawa i Sprawiedliwości i partii wchodzących w skład koalicji Zjednoczonej Prawicy. A ta już 14 kwietnia w Warszawie.

Jak zapowiadał w publicznym radiu wiceminister kultury Jarosław Sellin, konwencja ma być nowym otwarciem politycznym przed nadchodzącymi wyborami samorządowymi.

Sam pomnik jest imponujący, choć rozmachem daleko mu do pomnika mającego przypominać replikę samolotu TU-134M z Kałkowa. Budapesztański projekt zawiera w sobie mały kopczyk ze stojącym na nim krzyżem, pokrytą biało-czerwonymi płytkami ścieżkę oraz coś, co w najlepszym wypadku można nazwać „bramą z kulą”.

Autor rzeźby Sandor Gyula Makoldi chciał w projekcie nawiązać zarówno do tragedii smoleńskiej, jak i zbrodni katyńskiej, o pomoście łączącym oba wydarzenia miały przypominać ukośne kolumny podtrzymujące kulę, przypominającą… symbol egipskiej bogini Hathor. To nie żart. Wielbiciele filmów z serii „Mumia” nie powinni mieć wątpliwości, jakie były inspiracje autora pomnika. Hathor była boginią nieba i opiekunką nekropolii tebańskiej. Jej związek z katastrofą smoleńską na razie stanowi zagadkę.

Trudno powiedzieć, czy stojąca na obrzeżach miasta eklektyczna konstrukcja przypadła do gustu Jarosławowi Kaczyńskiemu. W przemówieniu wspomniał o niej wyłącznie w kontekście wdzięczności, którą żywi do przedstawicieli Fideszu, stojącymi za budową monumentu. Znacznie więcej czasu prezes PiS poświęcił Viktorowi Orbánowi, którego porównywał do Lecha Kaczyńskiego, przyjaźni polsko-węgierskiej oraz niedzielnym wyborom.

Kolejne rządy Fideszu

10 kwietnia minie osiem lat od katastrofy smoleńskiej, dwa dni wcześniej odbędą się wybory do węgierskiego parlamentu. Biorąc pod uwagę serdeczne relacje między liderami obu państw, byłoby dziwne, gdyby Viktor Orbán nie próbował tej korelacji wykorzystać. – Termin jest oczywiście nieprzypadkowy. Jest to rządowi na rękę, pokazuje, że największe państwo w regionie utrzymuje z nim bardzo dobre relacje – mówi Veronika Józwiak z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Wsparcie Jarosława Kaczyńskiego jest tym istotniejsze, że Fidesz osnuł kampanię wyborczą wokół tematu migracji z Bliskiego Wschodu i rzekomo wspierającego ją George′a Sorosa. Całą stolicę pokryły plakaty węgierskiego milionera, który w pojedynkę lub z liderami partii opozycyjnych przecina drut kolczasty, oddzielający Węgry od fantomowych hord uchodźców wdzierających się w głąb Kotliny Panońskiej. Do tej sprawy rządy w Budapeszcie i Warszawie mają identyczne podejście. W zeszłym roku Węgry przyjęły 1300 uchodźców, choć nie na podstawie unijnych kwot, a zapisów konwencji genewskiej.

Według sondaży antyimigrancka taktyka przynosi skutki. Fidesz może liczyć na pierwsze miejsce na podium z blisko 50-proc. poparciem. – Wygrana Fideszu wydaje się pewna. Pytanie, czy zdobędzie on większość konstytucyjną lub zdolność do samodzielnych rządów. Na tym polu może się wiele wydarzyć – dodaje Veronika Józwiak.

Ewentualne osłabienie rządu Orbána byłoby ważną informacją dla pozostałych państw regionu. Wiadomością mówiącą, że pójście pod prąd i na przekór panującym w Europie regułom w końcu znudzi się wyborcom. Czy tak się stanie, dowiemy się w niedzielę.

W Budapeszcie spotkali się dzisiaj dwaj bohaterowi z okładki najnowszego magazynu „Politico Europe” Viktor Orban i Jarosław Kaczyński. Ten ostatni przywiózł ze sobą Mateusza Morawieckiego, premiera polskiego rządu. W narracji jednego z najważniejszych magazynów politycznych dwaj bohaterowie nazywani są nowymi komunistami. Brakowało trzeciego podobnego do nich – Władimira Putina, ale to Orban do niego jeździ, jak Kaczyński do Budapesztu. Jeszcze prezes PiS nie jeździ na Kreml, ale gdyby historia miała się toczyć, jak się toczy, to i tego dostąpimy.

Kaczyński pojechał do Budapesztu w celach hołdowniczych, jakbyśmy mieli do czynienia z dawno minionymi Austro-Węgrami. Do takiego dochodzi anachronizmu. Na przedmieściach Budapesztu (8 km od centrum) odsłonięto pomnik smoleński z płaskorzeźbą Lecha Kaczyńskiego. Zacytuję dramatyczne głosy trzech uczestników uroczystości (dramatis personae), które brzmią jak farsa (do tego sprowadza się katastrofa smoleńska).

Nowy komunista I (Jarosław Kaczyński): – „To, co dzieje się na Węgrzech i w Polsce nie jest wymierzone przeciwko Europie, ale wskazuje jej inną drogę. Choć ta droga jest trudna, to idziemy nią i umacniając naszą przyjaźń, choćby przez budowę tego pomnika, idziemy tą drogą”.

Didaskalia: Ależ zaleciało Krakowskim Przedmieściem.

Nowy komunista I (dalej): – „Za dwa dni to wy będziecie decydować o drodze wolności, nie tylko w skali Węgier, ale i Europy, i świata”.

Nowy komunista II (Viktor Orban): – „Kiedy Polska jest atakowana, to atakowana jest Europa Środkowa, atakowane są też wtedy Węgry”.

Didaskalia: Na Węgrzech w niedzielę odbędą się wybory. Wg komunisty Kaczyńskiego będzie się decydować podczas nich historia Europy i świata. Zaś ataki na Polskę i Węgry idą ze strony… Brukseli. Taka retoryka jest godna jakiejś remizy spod Rzeszowa, a nie polityka, który się mieni nieformalnym naczelnikiem dużego i dumnego narodu europejskiego.

Odezwał się też pomagier nowego komunisty I Mateusz Morawiecki, ten odleciał, jak mówi się kolokwialnie „od czapy”: – „Nie można zrozumieć współczesnej historii Polski bez zrozumienia tej straszliwej katastrofy, jaką była katastrofa smoleńska”. Lech Kaczyński został wyżyłowany politycznie przez brata na wszelkie możliwe sposoby i kiedyś w politologii ten niechlubny epizod z naszej historii będzie analizowany pod kątem, jak uprawia się politykę funeralną.

Spointuję powyższe satyryczne wypowiedzi innym politykiem tego samego obozu, szefem Gabinetu Prezydenta Krzysztofem Szczerskim. Zapytano go w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej”, dlaczego Donald Trump nie chce spotkać się z Dudą, Szczerski odpowiedział: – „Trump chce się spotkać z Dudą, ale panowie mają zbyt zajęte kalendarze”. I to jest… zupełnie od czapy.

Jest wyjście – oficjalny spis zajęć Trumpa jest powszechnie znany, codziennie od godziny 8 do 11 tweetuje albo ogląda telewizję. Gdyby Duda się postarał (przesunięcie czasowo na Wschodnim Wybrzeżu USA wynosi – 6-7 godzin – w stosunku do czasu środkowoeuropejskiego), to od godziny 1 do 3 w nocy zamiast tweetować z jakimś Ruchadełkiem leśnym, mógłby poćwierkać z Trumpem.

Tak wygląda polska polityka… od czapy.

Waldemar Mystkowski

„Celem sprawy nie jestem ja, tylko Donald Tusk. Ja jestem środkiem do osiągnięcia celu, a cel uświęca środki” – komentował w TVN 24 swoje zatrzymanie przez CBA Jacek Kapica. Były wiceminister finansów w rządzie PO-PSL powiedział, że jest niewinny i zamierza to udowodnić przed prokuratorem albo przed sądem.

Przed tygodniem Prokuratura Okręgowa w Białymstoku postawiła Kapicy zarzuty „niedopełnienia obowiązków służbowych w latach 2008-2015 w celu osiągnięcia korzyści majątkowej dla innych osób, w łącznej kwocie ponad 21 mld zł”. – „Moja sprawa nie jest rozwojowa. Może być rozwojowa tylko z punktu widzenia politycznego. Bo ktoś kreuje scenariusz na tę okoliczność bez względu na środki, których używa” – stwierdził.

Opowiedział, jak wyglądało wejście funkcjonariuszy CBA do jego domu o 7.00 rano. – „W momencie, kiedy u mnie byli agenci, pół godziny później „Wiadomości” podały tę informację z całą historią. Jak jechałem do Białegostoku, to minister i wiceminister już wystąpili na konferencji, mówiąc, jaki to jest sukces, ile to jest tomów akt, i najważniejsze jest, co Jacek wie na temat Donalda Tuska. Wszystkie czynności miały charakter fasadowy. Nie zatrzymano mojego prywatnego laptopa, tylko zatrzymano mój telefon i laptop służbowy, moje dzieci mają komputery i nikt tam nie zajrzał. Mój syn nawet się nie obudził w tym czasie, bo agent wszedł, zobaczył, że jest dziecko i wyszedł. Nikt nie zajrzał do garderoby i pudełek po butach mojej żony. Co to było za przeszukanie?” – opisywał Kapica.

Odniósł się także do postawionego mu przez prokuraturę zarzutu. – „Nikt nigdy nie dostał takiego wyssanego z palca zarzutu na taką sumę. Równie dobrze można by powiedzieć, że to są 22 biliardy zł. Bo to jest tak naprawdę wyssana z palca suma po to, żeby uzasadnić zarzut” – ocenił w TVN24.

Jacek Kapica w rządzie Donalda Tuska odpowiadał za wdrażanie ustawy hazardowej, która miała wyczyścić Polskę z tzw. jednorękich bandytów. – „Razem ze swoimi współpracownikami w 2008 r. zaczęliśmy rozmontowywać eldorado gier hazardowych, które funkcjonowało w Polsce od 2002 do 2007 r. Trzeba mieć na uwadze, że efekt każdych działań jest odłożony w czasie. Za rządów PO-PSL zapoczątkowano wiele działań, które tak naprawdę przyniosły efekt w roku 2015 – 2016 czy 2017” – tłumaczył Kapica. – „Bez względu na to, jakie intencje ma prokurator, panowie z branży hazardowej zacierają ręce. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości, że tak jest. Bo byłem ich wrogiem i jestem ich wrogiem – podsumował.

JUSTYNA KOĆ: Jak ocenia pani ruch Jarosława Kaczyńskiego, który nakazał zwrócić nagrody i zapowiedział obniżki zarobków dla polityków?

JADWIGA STANISZKIS: To na pewno reakcja na sondaż, bo polskie społeczeństwo jest w większości ubogie i jest wrażliwe na wynagrodzenia, które ich zdaniem są zbyt wysokie. Jednak ja bym zaczęła od oceny kompetencji tych ludzi, którzy obecnie włączyli się do polityki. Myślę, że najbardziej porażający jest z jednej strony ten ich oportunizm, kiedy przyczyniają się do niszczenia demokracji, a z drugiej strony fatalny sposób wyrażania się czy uzasadniania, beznadziejny styl. No i najważniejsze, to ich niskie kompetencje. Myślę, że w kraju, który jest w tak złożonej i trudnej sytuacji międzynarodowej, która wymaga długofalowej strategii rozwoju, tego typu ludzie nie powinni iść do polityki.

Mój dziadek był przed wojną politykiem, endeckim zresztą, był posłem w Sejmie i jednocześnie pracował. Był profesorem Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, zginął w Oświęcimiu. Pamiętam, jak byłam małą dziewczynką, to babcia często się skarżyła, że dopłacali z pensji do polityki.

Myślę, że gdyby ci ludzie pracowali, a nie całe życie byli w polityce, to lepiej by się orientowali, jakie są wyzwania, co się dzieje w społeczeństwie i przede wszystkim, jak wygląda normalne życie. Niestety, większość z nich nie ma kompetencji czy zawodów, aby mieć szanse na dobre zarobki. Ja zaczęłabym w ogóle od oceny tych posłów, ministrów, czy w ogóle powinni być w polityce.

Rozumiem decyzję Kaczyńskiego i on wie, że ten poziom, ten typ ludzi nie zasługuje na większe pieniądze. Ja pracowałam 50 lat i mam emeryturę większą niż niejeden emeryt, ale jest mniejszą niż te nagrody. Nie skarżę się, ale nie dziwie się też, że nawet twardy elektorat PiS-u już tego nie wytrzymał.

A czy ten ruch Kaczyńskiego spowoduje, że słupki poparcia wzrosną?

Być może trochę tak. W biednym społeczeństwie takie populistyczne działania, jak oddawanie tych nagród na Caritas, plus zapowiedź obniżenia pensji posłom o 20 procent, mogą się spodobać. Niestety, ludzie są bardziej wrażliwi na punkcie dochodów niż demokracji.

A obniżanie pensji samorządowcom?

Dla mnie

obniżanie dochodów samorządowców to błąd, bo praca w samorządach jest konkretna, wymierna. Samorządowcy są dokładnie oceniani, bo widać efekty ich pracy. Tutaj ludzie kompetentni są na wagę złota, dlatego nie powinno się obniżać zarobków.

Czy obniżenie pensji posłom nie jest jednocześnie sprytnym uderzeniem w opozycję? Poseł zarabia 2 średnie krajowe.

Ludzie o wysokich kompetencjach zawodowych i z doświadczeniem politycznym, także międzynarodowym, którzy się wykazują, powinni zarabiać dobrze. Dwie średnie krajowe to nie są ogromne zarobki. Jednak według mnie lepszym sposobem byłoby zachęcenie ich do równoległej pracy i dopełnianie swojego budżetu normalną płacą. Wtedy byliby też lepiej poinformowani o tym, jakie są dziś wyzwania społeczne. W tej chwili zachowują się często poniżej poziomu, a nawet absurdalnie.

Zapomnieli, jak wygląda normalne życie?

Tak, bo praca posła nie jest zbyt wymagająca.

Większość z nich naciska tylko guziczek do głosowania i podnosi rękę, i to nawet nie codziennie. Dlatego mogliby spokojnie pracować. Praca poselska jest zaszczytem, wiąże się z prestiżem i można by ją traktować bardziej jak pracę społeczną.

Czy pani wicepremier Szydło powinna podać się do dymisji, albo należałoby ją zdymisjonować? Jeszcze niedawno krzyczała z mównicy, że nagrody były za ciężką pracę, że się należały, za co zresztą dostała owację na stojąco od polityków PiS.

Ona broniła tych nagród, mówiła, że ministrowie pracowali po 20 godzin na dobę, ale dla mnie ważniejsze są efekty tej pracy. Tymczasem Polska jest w fatalnej sytuacji międzynarodowej, nie reagowali, a wręcz przeciwnie, podnosili rękę i przyciskali guziczek, gdy niszczono demokrację, łącznie z prezydentem Dudą, który wszystko podpisywał, a więc myślę, że nie są na poziomie, który jest na miarę wyzwań, przed którymi stoi Polska, nie są też na miarę tak wysokich nagród.

A pieniądze z nagród powinny wrócić do budżetu, czy pójść na Caritasu?

Myślę, że

ruch z Caritasem jest sposobem na polepszenie relacji z Kościołem, o co zabiega Kaczyński.

On jest człowiekiem zdolnym, kompetentnym, choć przez tragedię smoleńską całkowicie „odjazdowym”, niemniej ja na jego miejscu zaczęłabym od sprawdzenia kompetencji tych ludzi przed najbliższymi wyborami.

Tylko że Kaczyński nie ma za bardzo na kogo ich wymienić. Wszyscy, którzy mieli własne zdanie, odeszli, zostali wyrzuceni lub zginęli w Smoleńsku.

Nie wiem, jak wygląda drugi szereg w PiS-ie, być może tak, natomiast znając wyzwania, jakie stoją przed Polską, powinno się szukać takich osób, które będą miały kompetencje, aby skutecznie działać i popchnąć politykę do przodu. Niestety,

niekompetentni dobierają sobie niekompetentnych.

Kazimierz Michał Ujazdowski, kiedyś w PiS, teraz kandydat na prezydenta Wrocławia PO. To dobry ruch Grzegorza Schetyny?

Z przykrością patrzę na te ataki na Ujazdowskiego, który studiował we Wrocławiu, zna wyzwania, jest przywiązany emocjonalnie do tego miasta. Myślę, że on jest świetnym kandydatem. Tak przyzwoity i świetny prawnik, jak Ujazdowski, znakomicie się do tej roli nadaje.

W sondażu IBRiS przeprowadzonym 4 kwietnia dla „Rzeczpospolitej” przewaga Prawa i Sprawiedliwości nad pozostałymi ugrupowaniami zmalała o 7,6 punktów procentowych w porównaniu z miesiącem poprzednim. Poparcie dla PiS jest obecnie niższe niż w wyborach parlamentarnych w 2015 roku. Pozostałe partie zanotowały niewielkie wzrosty, z czego najwięcej zyskało SLD.

Podział mandatów w Sejmie

Gdyby wybory parlamentarne odbyły się dziś, PiS mógłby liczyć na 194 mandatów w Sejmie, Platforma – 135, SLD – 58, Kukiz’15 – 42, PSL – 20, a Nowoczesna – 10. By rządzić, PiS musiałby więc szukać koalicjantów. Jeśli zaś opozycja chciałaby sprawować władzę, musiałaby dążyć do stworzenia szerokiej koalicji.

Marcin Horała, poseł PiS z Gdyni, będzie ścigał Platformę Obywatelską. Zostanie przewodniczącym komisji śledczej ds. podatku VAT

„Projekt uchwały o powołaniu komisji śledczej ds. wyłudzeń VAT został złożony w Sejmie” – poinformował Horała w piątek na Twitterze. Komisja ma liczyć dziewięciu członków i zająć się tylko okresem od grudnia 2007 r. do listopada 2015 r., kiedy rządziła koalicja PO-PSL. To ma być polityczny lejtmotyw PiS na najbliższe miesiące.

Marcin Horała zaczynał od UPR

Horała ma 36 lat, jest politologiem z Gdyni. Wcześniej zdobył pewne doświadczenie w dziedzinie finansów. Karierę zawodową zaczynał w Eurobanku jako sprzedawca, opiekun klienta. Przeniósł się do Bałtyckiego Terminalu Kontenerowego w Gdyni, gdzie przeszedł drogę od ekspedytora do specjalisty zajmującego się projektami unijnymi i kierownika administracji.

Od kilku miesięcy regularnie pojawia się w mediach narodowych, gdzie prezentuje stanowisko swojej partii. Dostrzegł go prezes Kaczyński, dlatego został na Pomorzu pełnomocnikiem ds. wyborów samorządowych. Sam Horała ma kandydować na prezydenta Gdyni.

Wychowała go matka, radca prawny. Żyli skromnie, z ojcem kontaktów nie utrzymują. – Pasjami oglądałem bloki spotów wyborczych z lat 90. z jasnowidzami i bioenergoterapeutami. Gdy rozpoczynałem liceum w 1995 r., miałem już zdecydowane poglądy polityczne. Analizowałem programy partii i wyszło mi, że rację ma Korwin. Jego ogólna prawicowość, rozważania gospodarcze i zbiór poglądów były kuszące dla młodego człowieka. Z czasem się okazało, że to nie jest takie proste. W dniu moich 18. urodzin zapisałem się do Unii Polityki Realnej, tam szybko zrobiłem karierę. W wieku 21 lat byłem członkiem rady głównej partii, choć nie byłem osobistym zwolennikiem Korwina – mówił „Wyborczej”.

Z UPR odszedł w 2004 r. do PiS. Miejskim liderem partii w Gdyni był wtedy Zbigniew Kozak. Gdy wszedł do Sejmu, Horała został jednym z jego asystentów, a rok później radnym.

Poseł Horała dba o swoich ludzi

Był wiceprezesem założonego przez Dorotę Arciszewską-Mielewczyk (PiS) stowarzyszenia Powiernictwo Polskie. O Powiernictwie było głośno za sprawą spalenia kukły Eriki Steinbach przed gdańskim sądem i plakatu, w którym zestawiono ją z żołnierzem SS. Niemiecki sąd przyznał Steinbach 50 tys. euro za zniesławienie. Powiernictwo nie miało pieniędzy, by zapłacić karę, i zaprzestało działalności w 2013 r.

Horała posłem jest od 2015 r. i pokazał, że dba o politycznych podopiecznych. Jego asystenci Patryk Felmet i Michał Bełbot dostali posady w Enerdze i spółce zależnej od Zarządu Morskiego Portu Gdańsk. Ujawniliśmy, że działacze PiS z Gdyni opanowali rady nadzorcze spółek portowych. Szybko zostali jednak odwołani, gdy okazało się, że nie mają uprawnień do zasiadania w nich.

Wtedy Horała zaczął zabiegać o usunięcie zapisów, które od członków rad spółek portowych wymagały m.in. zdania egzaminu na członków rad nadzorczych. Wicemarszałek Senatu Bogdan Borusewicz (PO) nazwał to „lex Horała”. Poseł PiS zarzekał się, że nie chodziło mu o przywileje dla znajomych, lecz o uporządkowanie przepisów i złagodzenie wymogów dla członków rad małych spółek.

Co to jest luka w VAT?

To różnica pomiędzy realnymi wpływami z podatku VAT a wpływami możliwymi do osiągnięcia. Wbrew narracji PiS luka to nie tylko oszustwa podatkowe, ale przede wszystkim szara strefa: remonty mieszkań na lewo czy zakupy bez paragonu. A także upadłości podatników czy ich błędy oraz niewydajność aparatu skarbowego.

Wszelkie szacunki luki w VAT są więc obarczone gigantycznym błędem. Według ekspertów firmy doradczej PwC w Polsce w 2016 r. wyniosła ona 2,9 proc. PKB, czyli ok. 52 mld zł. W ubiegłym roku było ponoć dużo lepiej – tylko 2 proc. PKB, czyli ok. 39 mld zł.

I tu pojawia się koronny argument PiS. Kiedy koalicja PO-PSL przejmowała władzę w 2007 r., luka wynosiła tylko 0,6 proc., a potem rosła, przebijając w 2012 r. 2 proc. PKB i osiągając 2,3 proc. Czy PO faktycznie zaniedbało sprawę VAT? I tak, i nie.

Rząd PO-PSL dostrzegł problem tak naprawdę dopiero po rezygnacji ministra finansów Jacka Rostowskiego (PO). Za jego czasów w resorcie niewiele w tym temacie się działo. Po części dlatego, że rząd zmagał się ze światowym kryzysem gospodarczym i walką z deficytem budżetowym.

Bo jeśli gospodarka jest w dobrej kondycji, szara strefa się kurczy, gdy w złej – rośnie. Naszej gospodarce sprzyja teraz koniunktura na świecie, ale kilka lat temu tak nie było. Na dodatek PiS sam za rządów PO-PSL nawoływał do poluzowania działalności skarbówki względem przedsiębiorców.

Luka ma również silny związek z dochodami na głowę – im wyższe, tym luka jest mniejsza. W kryzysie nasze dochody nie rosły, raczej pełzały.

PiS chwała za to, że rzeczywiście przeprowadził jedną z największych operacji uszczelniania systemu podatkowego po 1989 r. Zaczął ją jednak rząd PO-PSL, walcząc z przestępcami z branży stalowej czy elektronicznej, oraz firmując Jednolity Plik Kontrolny, który później uchwalił PiS. Minister finansów Mateusz Szczurek zostawił następcy z PiS Pawłowi Szałamasze pakiet ośmiu metod eliminowania wyłudzeń VAT. Opracowała je Rada Konsultacyjna Prawa Podatkowego złożona z 23 profesorów i doktorów prawa. Wśród pomysłów było składanie deklaracji VAT co miesiąc (zamiast kwartalnie) i walka z mafią paliwową – oba PiS wprowadził. A także centralny rejestr faktur i split payment (VAT przelewa się na rachunek pod kontrolą skarbówki, wejdzie w życie od lipca br.).

Obniżanie wynagrodzeń parlamentarzystom i samorządowcom jest według prezesa PiS wsłuchaniem się w głos ludu. „Vox populi, vox Dei” – powiedział, ogłaszając urbi et orbi swoją decyzję. Można by pomyśleć, że jak obniżać to wszystkim i wszystko. „Czy w imię „skromności” prezes PiS skoryguje swoje apanaże?”.

W związku z tym pojawił się temat wydatków na ochronę prezesa PiS. Pieniądze na ten cel pochodzą z subwencji z budżetu państwa, czyli od podatników, którzy się na ten budżet składają. Wieloosobowa ochrona Jarosława Kaczyńskiego kosztuje ponad 1,6 mln zł rocznie, czyli 135 tys. zł miesięcznie.

Jeśli komuś przez głowę przeszła myśl, że może prezes zrezygnuje z prywatnej ochrony, musi ją porzucić. Wszelkie wątpliwości rozwiała na Twitterze Beata Mazurek. – „Chronimy i będziemy chronić PJK.Potencjalny zamachowiec nie wybiera dni tygodnia.Tak jak nie wybierał Cyba, b. członek sojuszniczej dla .nowoczesnej PO, który „w zastępstwie” J. Kaczyńskiego zabił działacza PiS. Ile trzeba nikczemności żeby tego nie rozumieć?” [pisownia oryg.] – napisała rzeczniczka PiS. Mazurek chodziło o sytuację z października 2010 roku.

Pod wpisem rzeczniczki pojawiły się kąśliwe i ironiczne komentarze: – „Szkoda, że nie chronicie obywateli i doprowadzacie ich do aktów samospalenia. A JK możecie sobie chronić, ale fair byłoby ze składek członków PiS, a nie z subwencji z budżetu”; – „Chcecie prezesa bronić przed suwerenem? Why? Lud kocha swojego Naczelnika!”.

Wcześniej dziennikarz Tomasz Sekielski proponował: –„Jeśli Prezes czuje się zagrożony, niech skorzysta z ochrony rządowej SOP, a nie będzie wywalał nie swoich pieniędzy na prywatną ochronę. Skoro ma być skromniej, to niech będzie”. Owszem, będzie, ale nie dotyczy to – jak sam siebie ostatnio określił Kaczyński – „skromnego posła”.

Orban ograł Kaczyńskiego

Rafał Trzaskowski, zapytany w Radiu ZET o słowa premiera Węgier, który zapowiedział w „Die Welt”, że jego rząd może przyjąć część uchodźców:

„Viktor Orban ograł PiS i widać u nich panikę. Pokazał im kolejny raz, że można zabiegać o interes narodowy, czasami łamiąc zasady UE, ale można przy tym być politykiem racjonalnym. Jest pragmatykiem a nie dogmatykiem i zostawia PiS na spalonym”.

I dalej komentował:

„To pokazuje gotowość do kompromisów i rozumienie solidarności a rząd PiS idzie w zaparte, zbudował politykę opartą na strachu i znajdzie się na spalonym – dodaje poseł PO. Różnica jest taka, że Viktor Orban sam podejmuje decyzje – jedzie, widzi i kalkuluje. A Beata Szydło i Mateusz Morawiecki muszą się zastanawiać co na końcu powie prezes i to ich paraliżuje”.

Orżnięty Kaczyński przez Orbana

Viktor Orban orżnął Jarosława Kaczyńskiego po raz drugi.

Kaczyński natomiast najwyraźniej nie zorientował się, że jego ostatni sojusznik w UE, od którego zależy los polskiego głosu w Radzie UE jest tak perfidnym łgarzem. W wyścigu po unijne środki Węgry są bowiem dla Polski konkurencją, którą wciągając do anty-uchodźczej koalicji Orban zdecydowanie osłabił przed ostatecznymi negocjacjami budżetowymi. Co więcej, przekonując rząd w Warszawie by trwał w swoim postanowieniu o kategorycznym trzymaniu się sprzeciwu wobec przyjęcia choćby jednego uchodźcy spośród zadeklarowanych przez poprzedni rząd 7 tys. pozostawił Polskę na straconej pozycji, z której dziś nie za bardzo jest dobre wyjście.

A skoro okazuje się, że Orban nie ma żadnych oporów, by kłamać prosto w oczy w sprawie uchodźców i zmieniać o nich zdanie o 180 stopni w ciągu zaledwie jednego tygodnia, to skąd w PiS tak duże przekonanie, że jego (niebezpośrednie warto zaznaczyć) deklaracje w sprawie weta do unijnych sankcji na Polskę również nie są objazdowym teatrem? Gdy cena wycofania jego sprzeciwu w sprawie art. 7 będzie wystarczająco wysoka, z pewnością nie zawaha się wybrać rozwiązanie korzystniejsze dla Budapesztu. Bo on w nim Warszawy nie zamierza urządzać.

Rafał Grupiński w wywiadzie dla crowdmedia.pl.

Cezary Michalski: Najczęstszy zarzut pod waszym adresem jest taki, że wobec PiS-u jesteście bezsilni. Nawet wasi wyborcy czy niepisowskie media mówią: „to przez was Kaczyński nami rządzi, przegraliście z nim w 2015 roku, minęły dwa lata i On ciągle rządzi”.

Rafał Grupiński: Kiedy wracam myślą do 2015 roku, wydaje mi się mało prawdopodobne, by Platforma mogła rządzić przez trzecią kadencję, a potem przez czwartą i dłużej, a to – jak rozumiem – oddalałoby od nas zarzut „słabości”. Za rządzenie się płaci, szczególnie w czasach odbudowy społeczeństwa i państwa, a do tego w czasach globalnych kryzysów – finansowego czy uchodźczego. To, że PO straciło władzę po dwóch pełnych kadencjach nie było dla mnie zaskoczeniem. Niebezpieczne dla polskiej demokracji okazało się to, że najsilniejszą partią opozycyjną, a więc naszym zmiennikiem, było akurat PiS, i to pod wodzą Jarosława Kaczyńskiego.

Może dałoby się tego uniknąć, gdybyście przez 8 lat rozliczyli Kaczyńskiego, Kamińskiego i Ziobrę za łamanie prawa w latach 2006-2007?

Akurat Grzegorz Schetyna i ja – będąc szefem klubu PO – o to zabiegaliśmy, ale nie mieliśmy do ich ukarania samodzielnej większości.

Donald Tusk osłabiał ten zapał, bo miał nadzieję, że w ten sposób będzie kontrolował konflikt i pozyskiwał umiarkowanych z prawicy. Przez jakiś czas pozyskiwał.

To prawda, jednak niepostawienie Kaczyńskiego, Kamińskiego czy Ziobro przed Trybunałem Stanu dało zarówno liderom, jak też partyjnym żołnierzom PiS-u poczucie bezkarności, co zaowocowało ich pełnym arogancji zachowaniem dzisiaj, kiedy zdobyli władzę. Proponowany przez nas Akt Odnowy Demokracji, przywracający obowiązywanie Konstytucji RP i znoszący ustawy, które Konstytucję łamią, zakłada też pociągnięcie do odpowiedzialności ludzi, którzy złamali zapisy Konstytucji.

Jeśli dożyjecie zwycięstwa.

Dożyjemy.

Jerzy Surdykowski w felietonie dla „Rzeczpospolitej” pisze:

Jeśli państwo narzuci prawo religijne, staje się despocją, nawet jeśli nadal pielęgnuje demokratyczną fasadę. Despocja nie potrzebuje bowiem obywateli, tylko poddanych.

Despocja mniema, że poddany jest z natury skłonny do złego, a okiełznać go może tylko policjant i prokurator pod okiem kościelnej albo ideologicznej hierarchii. Tak rosną despocje, tyranie i teokracje.

Niedawno wybuchła awantura, bo minister Błaszczak splagiatował pamiętne słowa Joanny Szczepkowskiej: „właśnie skończył się komunizm”. Ale gdy w przyszłości będziemy wspominać, „kiedy w Polsce skończyła się demokracja”, to niedawne styczniowe dni 2018 roku okażą się bardzo poważną kandydaturą.

Co z Macierewiczem? Monika Olejnik wygrała, opozycja w opałach

Opozycja znalazła się w sytuacji, iż jedynie Donald Tusk gwarantuje skuteczną walkę z PiS. Tweetuje o tym Waldemar Kuczyński.

Monika Olejnik: Wygrałam z „wSieci” w sądzie w sprawie „Brunatnych Piór”.

„I co z tym Antonim Macierewiczem?”

– zastanawia się Tamata Olszewska na koduj24.pl.

Antoni Macierewicz został odwołany z funkcji ministra MON i jak widać, PiS ma duży problem ze znalezieniem dla niego miejsca. Mówiło się o funkcji marszałka Sejmu, potem wicemarszałka, a wczoraj podano informację, że będzie on przewodniczył podkomisji smoleńskiej. Okazuje się jednak, że i to nie jest do końca pewne.

Informację o jego nominacji na to stanowisko podał jako pierwszy serwis internetowy „Gazety Polskiej” – Niezalezna.pl. Później znalazła się ona również na stronie MON, gdzie uzasadniono tę decyzję pisząc, że „Antoni Macierewicz gwarantuje, że okoliczności największej tragedii w dziejach powojennej Polski zostaną wyjaśnione”. Po chwili jednak komunikat zniknął.

Przebieg wydarzeń obserwował dziennikarz Tomasz Skory. O godzinie 11.36 zamieścił wpis na Twitterze „Nie, synu, na stronie podkomisji smoleńskiej nie ma wzmianki o powołaniu przewodniczącego Macierewicza. Na stronie MON był komunikat godzinę temu, przez chwilę, ale się nie otwierał. Teraz znowu go nie ma”, potem kolejny „Nic się nie zmieniło – na stronach MON i podkomisji nadal nic, poodkładali słuchawki. Doszło tylko dementi rzeczniczki PiS.

Pytanie – kto z MON wysłał komunikat do PAP i próbował k. 10:30 umieścić taki komunikat na stronie MON. I czy na sali jest jakiś lekarz”, później „Komunikat o powołaniu Antoniego Macierewicza na funkcję przewodniczącego podkomisji był na stronie MON ok. 10:30, ale się nie otwierał. Po chwili zniknął. Pełną treść podała PAP. Po południu Beata Mazurek mówiła, że min. Błaszczak dementuje. A potem komunikat pojawił się znowu”.

Rzeczywiście rzecznik PiS Beata Mazurek zdementowała tę informację w TOK FM mówiąc „To nie jest do końca jest tak jak państwo przedstawiacie, czy jaki był komunikat, i jeżeli ten komunikat zostanie powtórzony, to ustami ministra Błaszczaka i jego rzecznika”. Ależ zawiła wypowiedź… Nie minęło kilkadziesiąt minut i komunikat pojawił się ponownie na stronie MON. Rzeczniczka znowu więc zabrała głos, pisząc na Twitterze „teraz z piwnością już wiem” i podając linka.

Chyba sami politycy PiS już się gubią w tym temacie. Tym bardziej, że podkomisja smoleńska stała się częścią Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego (zgodnie ze zmianami, jakie wprowadził PiS), co powoduje, że jej członkowie są urzędnikami państwowymi, więc nie mogą jednocześnie pełnić funkcji posła. Idąc tym tropem, warto zaznaczyć, że zgodnie z prawem lotniczym Antoni Macierewicz nie spełnia żadnych kryteriów, by podjąć pracę w KBWLLP, podobnie jak i pozostali członkowie podkomisji. Na pytanie, czy pan Macierewicz złoży w tej sytuacji mandat poselski, pani rzeczniczka nie odpowiedziała, jednak wieczorem pojawił się kolejny komunikat. Antoni Macierewicz będzie pełnił swoją funkcję w podkomisji społecznie, czyli… problem rozwiązany.

Warto może poczekać na ostateczne ustalenia, bo informacja goni informację, dementi biegnie za kolejnym dementi, ale jedno jest pewne. Jakoś byłego pana ministra trzeba zagospodarować, bo tego oczekują jego wielbiciele i zła decyzja może nieco uszczuplić elektorat PiS-u. A może skierować go na placówkę dyplomatyczną do Moskwy?

Opozycjo, chyba masz Macierewicza na widelcu 🙂

Dwa miesiące wystarczyły funkcjonariuszom bydgoskiego CBA na stwierdzenie, że przekazanie Tadeuszowi Rydzykowi działki Skarbu Państwa za 15 proc. wartości odbyło się zgodnie z prawem. Grunt bez przetargu redemptorysta dostał od pisowskiego wojewody kujawsko-pomorskiego.

CBA doszło do takiego wniosku tylko na podstawie lektury dokumentów od wojewody i prezydenta Torunia. – „W tym przypadku nie było mowy o konieczności przesłuchiwania czy wszczynania śledztwa. Po analizie dokumentów nasi bydgoscy funkcjonariusze nie mieli żadnych wątpliwości, że nie doszło do jakiegokolwiek złamania prawa. Ta sprawa dla nas jest zakończona i nie będziemy już nic więcej w niej robić” – powiedział Onetowi rzecznik CBA Temistokles Brodowski.

W państwie PiS nie powinno dziwić to, że urzędnicy tego państwa udzielają pewnemu zakonnikowi 85-proc. bonifikaty na zakup działki, którą wyceniono na prawie 470 tys. zł. Dostał ziemię w użytkowanie wieczyste, „w drodze wyjątku” bez przetargu, a procedura przekazania przez wojewodę trwała zaledwie 11 dni.

W państwie PiS nie ma też znaczenia, że grunty te należały do Skarbu Państwa, czyli były własnością wszystkich obywateli. Nieważne też, że – co zauważył poseł PO Michał Stasiński – zgodnie z przepisami „grunty Skarbu Państwa nie mogą być zbywane podmiotom, które chcą prowadzić na nich działalność zarobkową”. Niedaleko działki przekazanej Rydzykowi wybudowano kawiarnię i księgarnię redemptorystów. – „W obiektach tych prowadzona jest zarobkowa działalność gastronomiczna oraz handlowa. W rezultacie publiczny majątek należący do Skarbu Państwa został de facto bez żadnego ekonomicznego uzasadnienia oddany za bezcen organizacji związanej z Ojcem Tadeuszem Rydzykiem, aby wspierać okoliczne przedsięwzięcia biznesowe Redemptorystów”– napisał parlamentarzysta w zawiadomieniu do CBA.

W państwie PiS Centralne Biuro Antykorupcyjne nie dostrzegło w tym wszystkich żadnych nieprawidłowości.

Coraz częściej słyszymy o atakach na biura poselskie naszych polityków. Od października 2017 celem stały się m. in biura posłanki PiS, Anny Sobeckiej, Beaty Kempy, Andrzeja Melaka, Jarosława Krajewskiego i Ewy Tomaszewskiej czy biuro krajowe PO. Politycy podkreślają, że takie zachowania są skutkiem mowy nienawiści, jaka ostatnio dominuje w przestrzeni publicznej, chociaż sami jej u siebie nie widzą.

We wtorek, przed godziną 14, biuro Zarządu Okręgowego PiS, które mieści się w Chrzanowie, przy ul. 3. Maja, to kolejne miejsce, gdzie doszło do podobnego zdarzenia. Pojawił się w nim mężczyzna, który uderzył w twarz pracownika biura, a jego wypowiedź naszpikowana była wulgaryzmami i groźbami.

Andrzej S. sam zgłosił się w czwartek na policję. 58- latek jest sympatykiem PiS- u i, jak twierdzi, nie chciał nikogo skrzywdzić. Był zły, bo PiS nie zrealizowało głoszonego przez siebie programu politycznego. Po prostu puściły mu nerwy.

Prokuratura Rejonowa wszczęła śledztwo w tej sprawie. Andrzejowi S. zarzuca stosowanie przemocy „w postaci wielokrotnego uderzenia pięścią w twarz, tułów, plecy, odepchnięcia powodującego upadek pracownika biura, a nadto kierowania gróźb pozbawienia życia wobec niego oraz grupy osób z uwagi na ich przynależność polityczną”. Za ten czyn grozi mu kara pozbawienia wolności od 3 miesięcy do 5 lat”.  

Po przesłuchaniu oskarżony został zwolniony do domu, ale ma nadzór policyjny, zakaz zbliżania się do pokrzywdzonego i biura poselskiego oraz zakaz opuszczania kraju.

Niestety, radykalizacja życia za przyzwoleniem obecnej władzy, przynosi negatywne skutki. Co będzie dalej? Wolę nie myśleć.

Waldemar Mystkowski pisze o sojuszniku Kaczyńskiego (fragment).

Jankesi uznali, iż Orban to największy przyjaciel Putina, więc PiS zakasuje rękawy i bierze się do roboty. Przyczółek ten będzie się nazywał Instytut Współpracy Polsko-Węgierskiej im. Wacława Felczaka (IWPW), który ma na celu pilnowanie Węgrów, aby głosowali w strukturach unijnych za Polską.

Chcą nałożyć sankcje na Polskę – Węgry zgłaszają weto. Chcą wybrać Donalda Tuska – Węgry zgłaszają weto! O, przepraszam – Orban głosowal za Tuskiem. Mogło dojść do tej omyłki z powodu, że nie było jeszcze Instytutu i Orban nie był wystarczająco przekonany do Jacka Saryusz-Wolskiego.

IWPW ma mieć na początek budżet – 6 mln złotych, a dyrektora będzie powoływać premier. Więc już mamy owoce pierwszej podróży zagranicznej Mateusza Morawieckiego do Orbana.

Jak PiS się napnie, to nie tylko Władimir Putin będzie nazywał Orbana swym przyjacielem, ale także Morawieckiego. Komisja Senatu USA przed premierem Węgier za największego sojusznika Moskwy w UE i NATO uzna premiera rządu polskiego. PiS takie cuda potrafi.

O taktyce PiS pisze Witold Głowacki w „Polska The Times” (fragment).

Po pierwsze, wśród zachwytów nad menedżerskimi talentami promodernizacyjnych technokratów, którym Morawiecki oddał część resortów, umyka nam momentami fakt, że to jednak ten typ technokratów, których życiorysy mógłyby otrzymać imprimatur od samego Opus Dei. Nowy minister zdrowia jako siódmy lekarz w Polsce podpisał Deklarację Wiary. Jadwiga Emilewicz jeszcze chwilę temu miała być kandydatką ultrakonserwatysty Gowina na prezydenta Krakowa. Samego Gowina przedstawiać pod tym względem nie trzeba, nie mówiąc już o szefie nowego rządu, który marzy o „rechrystianizacji Europy”. Ciekawe, czy ten zespół nowoczesnych krzyżowców wytrzyma ciśnienie – i będzie pamiętał o tym, że 69 proc. Polaków (a więc i część elektoratu PiS) opowiada się zdecydowanie za świeckim państwem. Bez tej świadomości wyprawa do centrum może się nie udać.

Po drugie, nowa ekipa została zasilona także przez creme de la creme Nowogrodzkiej – w tym Brudzińskiego, Suskiego czy Jacka Sasina. Każdy z tych polityków ma odpowiedni potencjał, by spychać nowy rząd w stronę, która podobać się będzie mogła tylko najtwardszemu elektoratowi PiS.

Po trzecie jednak – o najtwardszym elektoracie też trzeba pamiętać. Na razie otrzymał serię policzków – dymisja Szydło a później Macierewicza nadal boli część „żelaźniaków”. Jak ich z powrotem dowartościować, nie zrażając jednocześnie centrum?

Po czwarte wreszcie, miejscami mocno zagadkowa jest nowa struktura resortów. Powstało nowe ministerstwo przedsiębiorczości i technologii, choć nadal istnieją również resorty rozwoju i cyfryzacji. Na pewno zobaczymy dzięki temu więcej slajdów o Luxtorpedzie 2.0, ale do samej Luxtorpedy 2.0 jednak się w ten sposób nie przybliżamy. W nowym Ministerstwie Infrastruktury nie ma zaś już budownictwa – ma zostać przekazane „do innej struktury”. Co będzie więc z Mieszkaniem Plus? I czy wreszcie sama obecność w nowym rządzie byłej premier wystarczy do podtrzymania przekonania o socjalnym wymiarze polityki PiS?

TO JEST PRAWDZIWIE OBYWATELSKA POSTAWA. Prokuratura chciała wręczyć akt oskarżenia Frasyniukowi, który w proteście przeciw bezprawiu nie stawi się na ich wezwanie. WSZYSCY BĘDZIEMY BRONIC FRASYNIUKA !!! Szacunek za postawę i za odwagę!

Morawiecki potrzebny do stworzenia ładu oligarchiczno-klientystycznego

Do Ludwika Dorna mam stosunek intelektualny od dawna unormowany, nie powoduje u mnie jakichś głębszych refleksji, bądź nagłych olśnień, że tego czy owego nie zauważyłem, a onże mi niejasności rozświetlił. Zauważam jednak bezsiłę dziennikarzy w stosunku jasnego wytłumaczenia, dlaczego desygnowany został Mateusz Morawiecki do pełnienia funkcji premiera rządu polskiego.

Desygnowany – rzecz jasna – przez Jarosława Kaczyńskiego, a nie przez czerstwe intelektualnie i emocjonalnie ciało PiS o nazwie Komitet Polityczny, czy nawet prezydenta Andrzeja Dudę. Beata Szydło zostałaby wykopana wcześniej, gdyby nie nagłe protesty społeczeństwa obywatelskiego w lipcu, a wraz z nimi zaplecze Andrzeja Dudy dojrzało dla siebie możliwości emancypacyjne. A że to towarzystwo gorszej kategorii intelektualnej nawet w PiS, zostało szybko sprowadzone do swego poziomu przez prezesa Kaczyńskiego. Duda zaś z marnymi możliwościami utemperowany, więc Kaczyński mógł przystąpić do realizacji swego scenariusza budowania trwałych zrębów władzy.

Jak one mają wyglądać, pisze o tym Dorn dla „Magazynu TVN 24”. Pomijam kwestię, dlaczego „żałosna, śmieszna i groteskowa” Szydło musiała odejść, a Kaczyński nie sięgnął po premiera dla siebie. Otóż prezes PiS nie ma żadnego fachowego zaplecza gospodarczego (innego też, ale te inności go nie za bardzo obchodzą), zawsze korzystał z kadr III RP, w latach 2005-07 była to Zyta Gilowska, teraz członek Rady Gospodarczej przy premierze Donaldzie Tusku – Morawiecki.

Ponadto III RP szczęśliwie uniknęła zbudowania ładu klienstyczno-oligarchiczego – owego układu – jaki nie ominął krajów naszego regionu, tj. te, które wchodziły do Unii Europejskiej w XXI wieku.

Oligarchia więc funkcjonuje wszędzie w Mitteleuropie, tylko nie w Polsce. Oligarchia zaś zapewnia władzę, bo to ona tworzy rzeczywiste struktury władzy, zaś struktury partyjne są wobec niej służebne, wtórne, politycy są „figurantami politycznymi”.

Oligarchowie tworzą „adopcyjną rodzinę polityczną”, kreując dla aparatu partyjnego synekury, asymilując ich z rozbudzonymi potrzebami finansowymi. Taką operację przeprowadził na Węgrzech Viktor Orban, a Kaczyński falsyfikuje tylko drogę węgierską do dyktatury.

Orban skupił w swoich rękach pełnię władzy. To jeszcze przed Kaczyńskim, wszak sądy nie zostały całkowicie podporządkowane jego woli, a media są w większości nie „zrepolonizowane”. Zadanie przerastało „żałosną, śmieszną i groteskową” Szydło. Jedyny człowiek, który do tej operacji adopcyjnej do tworzenia ładu oligarchiczno-klientystycznego się nadaje to Morawiecki, najbogatszy premier po 1989 roku

Kaczyński procedury adopcyjne przećwiczył poprzez przyswojenie aparatu represji PRL-u, przysposabiał je prokurator stanu wojennego Stanisław Piotrowicz. Przyszedł czas na coś zdecydowanie głębszego – gospodarkę – i zarządzanie nią trwale przez oligarchów. Tak stało się na falsyfikowanych przez Kaczyńskiego Węgrzech, tak jest na Słowacji i w Czechach, gdzie po władzę sięgnął najbogatszy Czech.

Morawiecki będzie tworzył układ, który zapewni PiS władzę na trwałe. Ten rodzaj ustroju i ładu kapitalistycznego jest tworzony w Polsce. Trudny do przewrócenia przez opozycję polityczną i obywatelską, gdyż te będą minimalizowane przez państwo PiS. Ów ład został w skrajnej postaci przećwiczony na Ukrainie Janukowycza, a obecnie odradza się w innej modyfikacji personalnej za sprawą Poroszenki.

Kaczyński jest zadowolony, jego podwładni się cieszą, nie będzie prezes pluł na nich kanaliami

Jarosław Kaczyński jest zadowolony, może liczyć na Węgry w rozwalaniu Polski.

– Polska może liczyć na Węgry – tak prezes PiS odniósł się do swojego piątkowego spotkania z Viktorem Orbanem.

Jak to świetnie określił Tomasz Siemoniak mamy nowy trójkąt: Putin – Orban – Kaczyński.

Instytucje Unii Europejskiej będą nakładać na Polskę pisowską sankcje, a Kaczyński…

– Mmożemy na Węgry liczyć – oświadczył.

Jak prezes jest zadowolny to jego podwładni niewolnicy są zadowolenia.

Stanisław Karczewski cieszy się z zadowolonej miny prezesa. Niestety, ten człeczyna to ludzki przedmiot, a nie podmiot. Polityczny szajs.

Post Navigation