Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Węgry”

Duda i kobiety. Żałosny don Juan

Adrian kocha wszystkie kobiety… Widząc tę reklamę pomyślałam, że chodzi o nowy sezon Ucha Prezesa. Występujący w nim prezydent Adrian kocha wszystkie kobiety i swoją żonę, wbrew opinii, że jest gejem. Potem, zobaczyłam kawałek spodni, owłosioną pięść. Adrianem jest męski bokser? Reklama sado-maso, bo pobita kobieta ma ponętne czarne pończoszki i maksymalnie zadartą spódnicę. Obok napis: „Walcz o siebie. Ja to zrobiłam!!” – Karolina Piasecka.

Zrozumiałam, reklama walki z przemocą. Mąż Piaseckiej za dekadę znęcania się nad nią dostał 2-letni wyrok. Radny PiS-u tłukł żonę w imię Boga jedynego, patriarchalnego. Bardzo się cieszę, że Karolina Piasecka wygrała, jest bezpieczna i zarobiła na reklamie. Innego odszkodowania nie dostanie ani jej dziecko. Kat w więzieniu, ofiara nagrodzona, ale problemem jest Adrian.

Aktorkom za otwarte mówienie prawdy, np. Maji Ostaszewskiej oskarżającej PiS o łamanie prawa, „zabiera się reklamy”. Piosenkarkom anuluje koncerty – jak Przybysz, po przyznaniu się do zakazanej aborcji. W tym biznesowym konformizmie, Adrian idzie pod prąd promując kobiecą odwagę, inność. Jego reklama z Grodzką – „Każdy ma prawo być sobą”, super. Reklamowanie rajtuz przez Kuszyńską na wózku, świetne. Ale upozowanie pani Karoliny Piaseckiej i podpisanie tego „Adrian kocha wszystkie kobiety” wygląda rzeczywiście na kabaret, nie z ucha, ale z dupy.

Oczywiście ofiary domowej przemocy mogą nosić bluzkę od stylistki, seksowne pończoszki.

Bite są kobiety biedne i bogate. Gwałcone na randce, przez męża w domu, albo obcego w parku. Adrian ubierając panią Karolinę na plakat reklamowy wiedział, że „nie wolno czepiać się stroju kobiet”. To jest jedno z osiągnięć feminizmu. Jasne, jak czarne pończochy i siostry mogą zarządzać swoim ciałem dowolnie, nie krytykuj ich wyborów.

Nie czepiam się Karoliny Piaseckiej, szacun.

Zastanawiam się nad strategią Adriana. Co reklamuje? Towar? Odwagę? Wspieranie odważnych kobiet? Ty dasz twarz i nogi, my sfotografujemy nasze rajtuzy i twoją historię.

Wbrew pozorom nie jest to reklama społeczna: „Bo zupa była za słona”. Pokazana na niej twarz pobitej kobiety nie reklamowała zupki podliszki czy gorącego kubka. Chociaż sprytny handlowiec, mógłby dodać „Gorąco kochamy kobiety”. I dorzucić kto wyprodukował te świetne cienie pod oczy.

Skatowane niemowlę opatrzone na bilbordach hasłem „Wszystkie dzieci są nasze” i ubrane w pieluszkę z wywalonym logo? Nikt nie ogłasza „Prawdziwe piękno nie tonie”, gdy przy szczątkach samolotu rozbitego nad oceanem pływają drogie kosmetyki. To jednak nie powód, żeby pisać „Nawet śmierć może być piękna”.

Nie wiem co naprawdę kocha Adrian, kasę? Rozgłos? Fajnie, jeżeli robi to z pomysłem. Gorzej, jeżeli miesza seks, przemoc i biznes.

Chciałeś Adrianku pomóc ofiarom przemocy? – Ogłoś, za każdą parę kupionych rajtuz parę złotówek idzie na pomoc dla ofiar przemocy domowej. Do tego zdjęcie Karoliny Piaseckiej, autentyczne jeśli ma ochotę, z siniakiem. I nowe, po wygranej sprawie przeciw oprawcy. Z wyrokiem w ręku – walczcie kobiety o swoje.

Chyba że chodzi tylko o rajtuzy. Wtedy trzeba było pokazać scenę, jak duszona czarnymi pończochami kobieta walczy drąc je i…nic. Są tak wytrzymałe, nawet oczko nie poszło, nie puściło się do widzów.

Kmicic z chesterfieldem

Kiedy w 2015 r. Marian Banaś został wiceministrem finansów, złożył oświadczenie, że nie ma mieszkania w Warszawie. Przydzielono mu więc 35-metrowy służbowy lokal, składający się z pokoju, kuchni i łazienki. Banaś nie płacił za wynajęcie tego mieszkania, pokrył jedynie koszty takie jak czynsz czy opłaty za media.

Z lokalu służbowego Banaś korzystał do końca października tego roku, choć – jak ustalił RMF FM – w marcu 2017 roku kupił sobie mieszkanie w Warszawie. W oświadczeniu majątkowym podał, że ma 40-metrowe mieszkanie.  Jak podaje stacja, znajduje się ono „w atrakcyjnej lokalizacji na strzeżonym osiedlu na Pradze”.

Nie wiadomo dlaczego obecny szef NIK nie opuścił służbowego lokalu po zakupie własnego mieszkania. Banaś nie chciał rozmawiać na ten temat.

– „To kolejna gruba rysa na kryształowym wizerunku szefa Najwyższej Izby Kontroli” – skomentowała te doniesienia Grażyna Kopińska z Fundacji Batorego w rozmowie z RMF FM. Zaznacza, że brakuje przepisów regulujących sytuację, gdy podczas…

View original post 1 372 słowa więcej

 

Pisowcy politycy za SKOK-i bekną

Najczęściej powtarzanym argumentem Prawa i Sprawiedliwości przeciwko powoływaniu komisji śledczej w sprawach bulwersujących w ostatnich tygodniach opinię publiczną jest to, że państwo sprawnie działa w kierunku wyjaśniania ujawnionych afer, więc nie ma powodów, by sprawą zajmowali się posłowie. Wczorajsze ustalenia portalu Onet w sprawie tajemniczego kredytu, jaki rzecznik Centralnego Biura Antykorupcyjnego wziął w SKOK Wołomin, którego działanie jest już dziś nazywane największą aferą finansową III RP sprawiają, że obywatele mają prawo nie mieć pewności, że służba podległa Ernestowi Bejdzie oraz ministrowi koordynatorowi służb specjalnych Mariuszowi Kamińskiemu sprawę wyjaśni w sposób należyty i bezstronny.

Przypomnijmy, zespół dziennikarzy Onetu dotarł wczoraj do dokumentów, z których wynika, że Piotr Kaczorek, niegdyś pracownik Komendy Powiatowej w Wołominie oraz starostwa powiatowego w tym mieście (gdzie znalazł zatrudnienie po odejściu z CBA za ery Pawła Wojtunika), a obecnie rzecznik CBA, wziął w 2013 roku kredyt w wysokości 160 tys. złotych z feralnej kasy w Wołominie. Nie byłoby w sprawie zapewne nic bulwersującego, gdyby nie fakt, że Kaczorek praktycznie od samego początku swoich zobowiązań względem blisko 250 tys. oszukanych klientów kasy nie spłacał. Z akt sprawy upadłościowej, w której znajduje się pokaźna lista dłużników (wśród nich znajdują się przecież setki podstawionych “słupów”, dzięki którym wyłudzono ze SKOK Wołomin ponad 3 mld złotych) wynika, że w ciągu kilku lat z pożyczonej kwoty Kaczorek spłacił zaledwie 4 tys. zł. Wraz z odsetkami, także karnymi, wciąż zalegał w lipcu 2017 r. na kwotę ponad 204 tys. zł. Gdy afera wybuchła na dobre, a media trąbiły o olbrzymich wyłudzeniach, spłaty kredytu w ogóle ustały. Dlaczego Kaczorek nie wywiązywał się ze swoich zobowiązań? W rozmowie z Onetem odmówił udzielenia wyjaśnień.

W sprawie najbardziej bulwersujące jest jednak to, że to właśnie CBA bada obecnie sprawę SKOKu Wołomin, co sprawia że mamy do czynienia ze skandalicznym konfliktem interesów. Co więcej, wobec ujawnionego mechanizmu wyłudzeń oraz jego skali, służby zajmujące się tą sprawą powinny bardzo szczegółowo przesłuchać każdego dłużnika kasy, który swojego zobowiązania nie wypełniał z uwagi na narzucający się wniosek, że mógł w jakiś sposób współpracować z organizatorami procederu. Czy możemy dziś wierzyć w to, że Piotr Kaczorek zostanie rzetelnie przesłuchany w tej sprawie przez swoich kolegów z CBA? Wątpliwości narzucają się same.

W Sejmie Robert Kropiwnicki z Platformy Obywatelskiej wezwał ministra Mariusza Kamińskiego do złożenia wyjaśnień w tej sprawie.

Zażądał także, by Centralne Biuro Antykorupcyjne zostało natychmiast odsunięte od dalszego udziału w śledztwie w sprawie SKOK Wołomin, a sprawa trafiła do komisji ds. służb specjalnych. Jeszcze dalej poszedł Krzysztof Brejza, który w rozmowie z portalem Onet.pl stwierdził, że wobec ujawnienia tego skandalu powinno dojść do natychmiastowej dymisji szefa CBA oraz ministra koordynatora. 

Sprawa niewątpliwie jest rozwojowa. Jak poinformował dziś portal Onet, po wczorajszej publikacji w CBA zapadła decyzja o zawieszeniu Piotra Kaczorka oraz o wszczęciu postępowania wyjaśniającego.

– Biuro Kontroli i Spraw Wewnętrznych Centralnego Biura Antykorupcyjnego wszczęło postępowanie wyjaśniające mające na celu szczegółowe i dogłębne wyjaśnienie okoliczności sprawy związanej z kredytem. Na czas trwania postępowania wyjaśniającego pracownik został zawieszony w czynnościach służbowych – napisało biuro w oświadczeniu przekazanym redakcji.

W tym miejscu warto przypomnieć deklarację minister ds. pomocy humanitarnej Beaty Kempy sprzed ponad dwóch lat. Ważna polityk obozu władzy mówiła wówczas, że PiS jest gotowe zgodzić się na komisję śledczą ws. SKOK-ów, jeśli ta będzie dotyczyć SKOK-u Wołomin.

Ciekawe, czy dziś jest tego samego zdania.

Depresja plemnika

Metropolita poznański i przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski arcybiskup Stanisław Gądecki filmu „Kler” nie widział. Nie zawahał się jednak porównać go z propagandowym filmem „Żyd Süss”, nakręconym w czasach III Rzeszy. – „Kler” wyreżyserowano według klasycznego antysemickiego filmu „Żyd Süss”. To już było grane za Goebbelsa” – powiedział abp Gądecki w Radiu Poznań.

„Żyd Süss” powstał na zlecenie i pod osobistym nadzorem ministra propagandy III Rzeszy Josepha Gobbelsa. Przedstawia losy trzech Żydów, których postawa jest synonimem stereotypów, dotyczących tego narodu, takich jak chciwość czy skąpstwo. „Żyd Süss” służył nazistowskiej propagandzie m.in. do usprawiedliwiania zbrodni, których Niemcy dopuszczali się na ludności żydowskiej, łącznie z „ostatecznym rozwiązaniem”.

„Kler” dotychczas obejrzało ponad 5 mln widzów.

To trzeci najchętniej oglądany film w polskich kinach po 1989 r. A dlaczego metropolita poznański go nie zobaczył? Jak to stwierdził w Radiu Poznań, ponieważ nie jest pozbawiony rozumu do końca”. Czyżby?

„Trzy dni przed Sylwestrem posłowie…

View original post 3 067 słów więcej

 

Polska demokracja niedługo zacznie przejawiać brak objawów życia. Orban zdradził Kaczyńskiego

„Polska Krajowa Rada Sądownictwa nie spełnia wymogów, dotyczących niezależności od władzy wykonawczej i ustawodawczej” – uznała Europejska Sieć Rad Sądownictwa (ENCJ). Członkostwo Polski w tej organizacji zostało niniejszym zawieszone.

Wniosek o zawieszenie KRS, wybranej przez posłów PiS i Kukiz’15, złożył przewodniczący Europejskiej Sieci Kees Sterk z Holandii. – „Biorąc pod uwagę odpowiedź KRS oraz inne istotne materiały (np. stanowisko polskich organizacji sędziowskich) zarząd uznał, że KRS nie wypełnia już wymogów członkostwa w ENCJ” – napisał przewodniczący, uzasadniając decyzję o zawieszeniu.

W głosowaniu 100 głosów oddano za zawieszeniem, przy 6 przeciwnych i 9 wstrzymujących się. Węgry oddały głos za wykluczeniem polskiego KRS.

Europejska Sieć Rad Sądownictwa to międzynarodowa organizacja, zrzeszająca rady do spraw sądownictwa 20 państw Unii Europejskiej. ENCJ wcześniej wielokrotnie wyrażała krytyczne stanowisko w związku ze zmianami wprowadzanymi przez PiS w polskim sądownictwie.

To nie koniec.

Węgry nie popierają pisowskiej Polski. Orban zdradza Kaczyńskiego, prezydent Węgier nie doleci na obrady pisowskiej idei Międzymorza… bo zepsuł mu się samolocik.

Biedaczysko.

Szweje Duda, Macierewicz, Błaszczak zrobili kraj bezbronnym. Można ich oskarżać o dywersję?

Znów powiało wyprowadzeniem przez PiS Polski z Unii Europejskiej. Prezydent Andrzej Duda uznał, że w Leżajsku może sobie pofolgować. I prawie otwartym tekstem podważył sensowność dalszego członkostwa naszego kraju we wspólnocie europejskiej.

Bo tak można odczytać ten fragment wzorcowo populistycznej mowy wiecowej Andrzeja Dudy, w którym mówi, że chce, aby ktoś myślał o polskich obywatelach, a nie o „jakiejś wyimaginowanej wspólnocie, z której dla nas niewiele wynika”. Jakąż to „wyimaginowaną” wspólnotę mógł mieć na myśli prezydent, jeśli nie Unię Europejską?

To wypowiedź szokująca, bo te słowa mówi głowa państwa, i złowróżbna, bo Duda jest integralną częścią obozu obecnej władzy. Czytajmy mu z ust: zapowiada ostrożnie, bez użycia nazwy, ale bardzo wyraźnie, że PiS gotów jest wyprowadzić Polskę z Unii. I podaje nawet propagandowe uzasadnienie: bo członkostwo Polsce niewiele daje.

Pomijając kłamliwość tej wypowiedzi – wystarczy rozejrzeć się po samym Leżajsku, by zobaczyć, ile mu dało nasze członkostwo w UE – warto zatrzymać się nad tym retorycznym zagraniem: „niewiele wynika”. Co ma mianowicie wynikać poza tym, o czym wszyscy wiemy?

Czy wielomiliardowe fundusze rozwojowe to „niewiele”? Czy otwarte granice, wolny przepływ osób, dóbr, usług, wymiana studencka i akademicka to niewiele? Czy przynależność do wciąż najbardziej stabilnego systemu międzynarodowej współpracy, 500-milionowego otwartego rynku – to „niewiele” Czy członkostwo w wielonarodowej wspólnocie broniącej zasad demokracji, praw człowieka i praworządności to „niewiele”?

Oj, nie popisał się prezydent znajomością tematu. Albo może inaczej: szczerze wyjawił, co mu w gra w pisowskiej duszy. A gra mu, znów cytat z Leżajska, nie wspólnota „wyimaginowana”, czyli, jak się domyślamy, UE, tylko wspólnota „dla nas”, tak jakby Unia Europejska nie była dla nas. Gra mu wspólnota własna, skupiająca się na naszych sprawach, bo one są dla nas sprawami najważniejszymi. Tak jakby Polska mogła ignorować rzeczywistość, w której sprawy europejskie są dla nas tak samo ważne, i to praktycznie, ekonomicznie, handlowo, materialnie, jak sprawy polskie.

„Wspólnotowe” rojenia przedstawiciela obecnej władzy, dzielącej coraz głębiej społeczeństwo, to w istocie program „nasza chata z kraja”, prowincjonalny autarkizm, spychający nas na peryferia. Program hamujący polskie wysiłki dogonienia czołówki światowej. Rzadko kiedy polityk pisowski tak wyraźnie, bez owijania w bawełnę – jak czyni z reguły w kwestii UE prezes Kaczyński, mącąc w głowach części obywateli – zapowiedział, że opcja polexit wciąż jest na stole na Nowogrodzkiej.

I że coś takiego może Polsce narzucić obecna władza pod hasłem, też cytat z Leżajska, „niech nas zostawią w spokoju i pozwolą naprawiać Polskę” – tak jakby do nieszczęsnego roku 2015 ktoś Polskę tarmosił za uszy, policzkował, skuwał do tyłu kajdankami i jakby niszczenie porządku konstytucyjnego w ciągu ostatnich trzech lat było „naprawianiem”.

Miejmy nadzieję, że w samym Leżajsku – gdzie z udziałem funduszy UE zrealizowano ponad sto projektów, w tym remont kościoła i klasztoru bernardynów (wkład unijny 26 mln zł) – nie brakuje obywateli wkurzonych na prezydenta za to trucie umysłów antyunijnym jadem.

Niech najpierw dadzą listę kościelnych pedofili…?

Hiszpański dziennik El Pais informuje o oficjalnym raporcie niemieckiego episkopatu ws. pedofilii w Kościele Katolickim w Niemczech.

Do Sądu Najwyższego dotarły pisma prezydenta Andrzeja Dudy stwierdzające przejście na emeryturę siedmiorga sędziów Sądu Najwyższego: Anny Owczarek, Marii Szulc, Wojciecha Katnera i Jacka Gudowskiego z Izby Cywilnej, prezesa Izby Karnej Stanisława Zabłockiego, prezesa Izby Pracy Józefa Iwulskiego i sędziego tej Izby Jerzego Kuźniara.

Prezydent zignorował prawomocne orzeczenie Sądu Najwyższego, jakim jest uchwała siedmiorga sędziów SN o zawieszeniu obowiązywania przepisów obniżających wiek emerytalny dla sędziów SN do czasu odpowiedzi Trybunału Sprawiedliwości UE na pytanie prejudycjalne.

Nie tracąc twarzy, prezydent mógł poczekać na decyzję Trybunału w Luksemburgu, który zapewne jeszcze przed końcem miesiąca sam zdecyduje w sprawie zawieszenia przepisów, które ma ocenić. Wolał służyć partii, która wyniosła go do władzy, i realizować jej plan: neutralizacji przyszłych orzeczeń Trybunału w Luksemburgu przez politykę faktów dokonanych. Zanim te rozstrzygnięcia zapadną, w Sądzie Najwyższym ma już być posprzątane.

W wywiadzie dla najnowszej „Kultury Liberalnej” Jarosław Gowin (który wcześniej zapowiadał, że rząd wyrokom TSUE się nie podporządkuje) mówi: „Chyba mają państwo świadomość, że po naszych rządach nie ma już powrotu do tego, co było. (…) Wymiar sprawiedliwości w takim kształcie, jaki istniał przed rządami Zjednoczonej Prawicy, nie zostanie już przywrócony”.

Z kolei prezydent mówił dzisiaj w Leżajsku, że nie jest nam potrzebna żadna „wyimaginowana wspólnota, z której dla nas niewiele wynika”, i „niech nas zostawią w spokoju”. Te dwie wypowiedzi nie pozostawiają złudzeń co do zamiarów pisowskiej władzy: likwidacji dotychczasowego wymiaru sprawiedliwości, choćby za cenę przynależności do Unii Europejskiej.

Czy im się uda? W dużej mierze zależy to od sędziów: Sądu Najwyższego, sądów powszechnych i administracyjnych.

Co zrobią sędziowie SN? To ważne pytanie, bo pismo prezydenta w świetle uchwały sędziów zawieszającej działanie przepisów emerytalnych nie wywołało skutków prawnych. Czy przejdą w stan spoczynku?

Na razie oświadczenie w tej sprawie ogłosił prezes Izby Karnej Stanisław Zabłocki: przechodzi w stan spoczynku. Napisał, że przepisy emerytalne uznaje za sprzeczne z konstytucją, ale podporządkuje się pismu prezydenta. „Będę czuł się do dnia 5 lipca 2020 roku, to jest do dnia ukończenia 70 lat, de iure sędzią w stanie czynnym, a nie sędzią w stanie spoczynku. Od osobistych przekonań prawnych należy jednak odróżnić sferę uwarunkowań faktycznych i prawnych, wynikających z treści dokumentu, który mi dzisiaj doręczono”. Dalej sędzia Zabłocki pisze, że nie czuje się uprawniony do samodzielnego osądzenia powstałej sytuacji prawnej, bo nie jest sądem.

Ale inaczej ocenia skutki uchwały sędziów zawieszającej przepisy emerytalne. Uznaje, że działają one tylko w stosunku do dwóch sędziów SN, którzy byli w składzie zadającym pytanie prawne TSUE i którzy ukończyli 65 lat (sędziowie Józef Iwulski i Jerzy Kuźniar). Zatem on sam nie czuje się objęty tymi przepisami. Na koniec stwierdza, że nie wie jeszcze, czy będzie „poszukiwał ochrony prawnej przed sądami krajowymi lub trybunałami międzynarodowymi. (…) Potrzebuję jeszcze trochę czasu na podjęcie takiej decyzji i znalezienie odpowiedzi na pytanie, czy bardziej będzie mi zależało na dowiedzeniu nieprawidłowości podjętego wobec mojej osoby rozstrzygnięcia, czy nad tę istotną rację przedłożę rację inną, to jest tę sprowadzającą się do pytania: czy ja, sędzia, chcę procesować się z moim Państwem, w imieniu którego przez całe lata sam wymierzałem sprawiedliwość”.

Sędzia Zabłocki zdecydował o sobie i ma do tego pełne prawo. Należy docenić, że wyjaśnił opinii publicznej swoją motywację. W tym Obywatelom RP, którzy od dwóch miesięcy stoją co dzień o ósmej rano pod Sądem Najwyższym, witając sędziów banerem „Zostańcie”. Chociaż można żałować, że i on nie poczekał na decyzję Trybunału Sprawiedliwości w sprawie zawieszenia przepisów emerytalnych. Może zrobią to pozostali sędziowie odesłani dziś przez prezydenta na emeryturę.

Prezes Gersdorf prawdopodobnie zamierza się udać na urlop, bo uczyniła swoim zastępcą na czas nieobecności sędziego Dariusza Zawistowskiego, prezesa Izby Cywilnej SN, którego dzień wcześniej tymczasowo pełniącym obowiązki I Prezesa SN uczynił prezydent.

Czy kiedy Trybunał Sprawiedliwości odpowie na pytanie prawne Sądu Najwyższego, będzie w tym sądzie jeszcze ktoś, do kogo ta odpowiedź mogłaby się odnosić?

– Z całą odpowiedzialnością mówię, że czeka nas kolejna kompromitacja w NATO – powiedział w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” gen. Mirosław Różański, były dowódca generalny Rodzajów Sił Zbrojnych.

  • Powołanie czwartej dywizji Wojska Polskiego to propozycja irracjonalna – uważa generał Różański
  • Nie zwiększa się liczba żołnierzy, nie zwiększa się bezpieczeństwo Polski – podkreśla były dowódca generalny Rodzajów Sił Zbrojnych
  • Nasi sojusznicy tworzą już kosmiczne siły zbrojne. Rosjanie mówią o broni hipersonicznej. My ustawiamy sobie żołnierzy pod granicą – komentuje

Wojskowy wyjaśnia, że podczas „szczytu w Warszawie w 2016 roku zobowiązaliśmy się do budowy dowództwa dywizji, które będzie dowodziło natowskimi batalionami w Polsce, na Litwie, Łotwie i w Estonii”. – Przyznanie zaś takiego dowództwa Polsce było olbrzymim sukcesem także wojskowych. Bataliony natowskie już są, ale dowództwa dywizji nie ma – zauważa.

Rozmówca Pawła Wrońskiego skomentował także decyzję Mariusza Błaszczaka o powołaniu czwartej dywizji Wojska Polskiego. Szef MON zapowiedział w zeszłym tygodniu, że dowództwo nowej dywizji będzie mieściło się w Siedlcach, a w jej skład wejdą trzy brygady – dwie istniejące – 1. Warszawska Brygada Pancerna i 21. Brygada Strzelców Podhalańskich, zostanie też sformowana nowa brygada.

– Uważam to za propozycję irracjonalną. Sam gest utworzenia nowej dywizji nie jest dla mnie działaniem strategicznym, ale populistycznym gestem przedwyborczym. Nie zwiększa się liczba żołnierzy, nie zwiększa się bezpieczeństwo Polski – podkreśla.

Generał Różański zwraca w „GW” uwagę, że dowództwo czwartej dywizji ma być zlokalizowane 70 kilometrów w linii prostej od wschodniej granicy. – Już dwa razy usiłowaliśmy pod Siedlcami powstrzymać ofensywę ze wschodu – raz w czasie powstania kościuszkowskiego, potem podczas powstania listopadowego. Bez rezultatu – mówi wojskowy.

– Nasi sojusznicy tworzą już kosmiczne siły zbrojne. Rosjanie mówią o broni hipersonicznej. Podczas ostatniego konfliktu w Syrii udowodnili, że są w stanie skutecznie razić cele w tym kraju, wystrzeliwując pociski z rejonu Morza Kaspijskiego. Nasi decydenci zaś uważają, że bezpieczeństwo państwa zapewni ustawienie żołnierzy linearnie na granicy. Absurd! – konkluduje wojskowy.

We wtorek odbyła się debata nad rezolucją wzywającą kraje członkowskie do uruchomienia art.7 traktatu unijnego wobec Węgier. Dzisiaj eurodeputowani zagłosowali za rozpoczęciem wobec Budapesztu wspomnianej procedury. Za było 448 europosłów, przeciw 197, 48 wstrzymało się od głosu.

Podczas wtorkowej debaty, sprawozdawczyni projektu Judith Sargentini (Zieloni) przekonywała, że nie ma innego wyjścia, niż sięgnięcie po artykuł 7. Jak mówiła, podpisując traktat unijny, wszystkie kraje członkowskie zobowiązały się szanować ten traktat i bronić unijnych wartości – “Czy wszystkie się z tego wywiązują? Obawiam się, że nie. Rząd Węgier uciszył niezależne media, nałożył kaganiec na świat akademicki, zastąpił sędziów takimi, którzy są bliżsi rządzącej partii, zdecydował, które kościoły mogą działać, a które nie” – mówiła. Dodała, że węgierski rząd utrudnia prace organizacji pozarządowych.

Wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans powiedział z kolei, że KE podziela zawarte w projekcie obawy dotyczące praw podstawowych, korupcji, traktowania Romów i niezależności sądownictwa. – “Społeczeństwo obywatelskie to jest tkanka demokracji  i jest ono niestety ograniczane przez działania rządu Węgier” – podkreślił. Przypomniał, że KE skierowała szereg spraw do Trybunału Sprawiedliwości UE dotyczących decyzji węgierskich władz.Przypomniał również, że KE jest strażniczką traktatów i wcześniej uruchomiła już procedurę art.7 traktatu wobec Polski.

W debacie wziął udział także udział Viktor Orban. W swoim wystąpieniu zarzucał autorom sprawozdania, że zawiera ono ponad 30 błędów faktycznych. – “Państwo chcą wydać wyrok na nasz naród” – zarzucał i dodał “Stoję przed państwem i widzę, że ci, którzy odziedziczyli demokrację, oskarżają nas, a oni nie musieli podejmować ryzyka, żeby walczyć o demokrację. Węgry nie poddadzą się szantażowi, będziemy bronić granic, zatrzymywać nielegalną migrację, bronić naszych praw”Ze słów premiera Węgier wynikało, że jest on już pogodzony z tym, że w europarlamencie nie znajdzie się wystarczająca grupa deputowanych, by uchronić jego kraj przed wszczęciem procedury.

W obronę Orbana wzięli eurosceptycy i konserwatyści. Wypowiadający się europoseł PiS Ryszard Legutko przypomniał, że rząd Fideszu otrzymywał w ciągu ostatnich lat kilkakrotnie wsparcie wyborców. – “Ktoś ten rząd wybrał i tego nie zrobiła wcale Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków. Jeśli państwo się to nie podoba, to proszę zrezygnować z takiego wydarzenia jak wybory” – mówił Legutko. Jego zdaniem rezolucja w sprawie Węgier nie opiera się na faktach i całkowicie pomija argumenty węgierskiego rządu.

Dzisiaj wczesnym popołudniem Parlament Europejski poparł rezolucję wzywającą kraje członkowskie do uruchomienia procedury art.7 wobec Węgier. Jak relacjonował w mediach społecznościowych Dominik Hejj – specjalista od spraw węgierskich, główna telewizja informacyjna zamarła po głosowaniu. Przez 11 minut nadawany był blok reklamowy, po czym w głównym wydaniu wiadomości podano informację o zawodach policjantów wodnych. Dopiero po 50 minutach podano wiadomość o głosowaniu stwierdzając, że jest wyrok skazujący Węgry za odrzucenie nielegalnej migracji. Naturalnie nie jest to do końca prawdą, ale taka wersja wydarzeń zostanie zaaplikowana Węgrom.

Jak wydarzenia z Parlamentu Europejskiego wpływają na sytuację Polski? Otóż PiS właśnie traci swojego jedynego obrońce, którego ewentualne weto może uchronić ich rząd przed wyciągnięciem wobec naszego kraju najdalej idących konsekwencji, wraz z odebraniem prawa głosu w Radzie. Przerażające jest jednak to, jak wiele zarzutów pod adresem Węgier jest bliźniaczych do tych, które stawiane są polskiemu rządowi. Czy o taki Budapeszt, zaprzyjaźniony z Moskwą i jawnie niedemokratyczny chodziło Jarosławowi Kaczyńskiemu? Coraz więcej na to wskazuje.

>>>

Waldemar Mystkowski pisze o „wyczynach” Dudy.

Jak nazwać kogoś i to, czego on się dopuszcza, gdy neguje istnienie Polski we wspólnocie krajów Unii Europejskiej?

Gdy podważa historyczne, wręcz epokowe osiągnięcie pokoleń Polaków, którzy wreszcie stali się członkami najbardziej nowoczesnego przedsięwzięcia społeczno-politycznego w dziejach? Gdy osłabia Polskę na arenie międzynarodowej i przygotowuje PolExit? Czy taki osobnik kwalifikuje się do miana zdrajcy, a jego czyn do zdrady stanu? Prezydent Andrzej Duda we wtorek w Leżajsku Unię Europejską nazwał „wyimaginowaną wspólnotą, z której dla nas niewiele wynika”.

To nie jest żaden lapsus językowy, pypeć retoryczny bądź błąd – to konsekwentne wyprowadzanie Polski z UE, bo do tego zalicza się zniszczenie trójpodziału władzy, demolka Sądu Najwyższego i zapowiedź, iż nie będzie przyjęty do wiadomości wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawie sądownictwa, gdy nie spodoba się władzom PiS.

Nie wchodzę w kwalifikacje intelektualne i kondycję psychiczną Dudy, który nie potrafi ocenić sytuacji politycznej tuż po wojnie, oskarżając Wspólnotę Europejską o pozostawienie Polski w 1945 roku na pastwę Stalina. Czyżby i w tym wypadku odezwał się w Dudzie sentyment do przelewania krwi, bo tylko tak mogła skończyć się interwencja Zachodu, doszłoby do III wojny światowej. Duda już raz wykazał się umiłowaniem do krwi rodaków, gdy ogłosił swoje pretensje ws. kompromisu Okrągłego Stołu w 1989 roku, który pozwolił Polsce uzyskać suwerenność, lecz Duda wolałby, aby kompromis utopiono w polskiej krwi.

Krew u Dudy na razie płynie w sentymentalnej retoryce, która go wzburza podczas przemówień. Widać pewne predylekcje prezydenta do napędzania się własnymi słowami, do wkręcania się w coraz wyższe emocje, ale to także praca pijarowa pracowników Kancelarii Prezydenta. Minister prezydencki Krzysztof Szczerski wręcz jak sufler potwierdził, że Duda dobrze powiedział: „to głos słuszny”.

Nie jest usprawiedliwieniem dla Dudy, iż jest marnej kondycji intelektualnej, psychicznie niestabilny, choć słowa Dudy też można odczytywać w kontekście jego wizyty w Białym Domu, do której dojdzie w przyszłym tygodniu. Donald Trump jest na wojennej ścieżce z Unią Europejską, życzy jej upadku, więc Duda może liczyć na to, że nowa ambasador USA Georgette Mosbacher w poczcie dyplomatycznej zareklamuje Dudę, że to równy gość, także walczy z Brukselą. Duda więc może liczyć na to, iż Trump mianuje go dowódcą V kolumny w Unii Europejskiej, z którą już zimną wojnę hybrydową toczy Władimir Putin.

Pointując trochę lżej. Duda ogłosił listę 25 Polaków, którzy w setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości zostaną odznaczeni Orderem Orła Białego, wśród nich Maria Skłodowska-Curie i pisarze Reymont, Makuszyński oraz Żeromski. A ja pytam, dlaczego nie dostaną Virtuti Militari, wszak walczyli z Ciemnogrodem, z takimi jego reprezentantami jak Duda?

PiS to kłamstwa, chamstwo i buta

>>>

Spotkanie z Polonią i odznaczenia dla australijskich polityków – w ten sposób prezydent Andrzej Duda rozpoczął wizytę w Australii. Ale część Polonii nie jest z tej wizyty zadowolona.

Prezydent Andrzej Duda jest teraz w Melbourne, a w najbliższych dniach będzie także w Canberze i w Sydney, odwiedzi również Nową Zelandię. To pierwsza wizyta polskiego prezydenta w tych dwóch krajach.

Jednym z jej najważniejszych celów są spotkania z Polakami w roku 100-lecia odzyskania niepodległości – podaje pałac prezydencki. – Jestem szalenie wzruszony, że w tak ważnym dla nas, wszystkich Polaków, roku stulecia odzyskania niepodległości w 1918 roku mogę stać tu, w Australii, po drugiej stronie świata, patrząc na moich rodaków, którzy tutaj żyją – mówił Andrzej Duda podczas uroczystości wydanej przez gubernator stanu Wiktoria.

Andrzej Duda w Australii. Polonia pisze do premiera kraju

Tymczasem, jak donosi OKO.press, Polacy w Australii wystosowali list do premiera Malcolma Turnbulla i szefowej australijskiego MSZ, Julie Bishop.

Premier Australii oraz Pani Minister Spraw Zagranicznych Australii spotykają się za kilka dni z Prezydentem Andrzejem Dudą. Chcemy, aby mieli pełne zrozumienie sytuacji politycznej w Polsce oraz roli, jaką odgrywa Andrzej Duda w niszczeniu demokracji w Polsce

– czytamy na stronie naszademokracja.pl, na której został umieszczony list. Tam też można go podpisać. W treści znajduje się prośba, by władze Australii na spotkaniu z Dudą wyraziły obawę odnośnie sytuacji w Polsce. Chodzi m.in. o zmiany w sądownictwie. Twórcy dokumentu stwierdzają, że prezydent Duda podpisał 26 lipca „niekonstytucyjną ustawę”, która pozwoli rządzącemu PiS uzyskać wpływ na Sąd Najwyższy.

„Radykalne zmiany w sądownictwie (…) są obliczone na to, by skupić w rękach rządzącej partii kontrolę nad władzą sądowniczą” – czytamy. Jest też wzmianka o „wielotysięcznych protestach w obronie demokracji, sądów i wolności słowa w Polsce” oraz o zastrzeżeniach UE do zmian w naszych sądach.

Prezydent Polski nie tylko nie obronił demokracji, nie wetując niekonstytucyjnego prawa, ale dąży do zmiany konstytucji, by zagwarantować prezydentowi większą władzę, a także nadać większe prawa wybranym grupom, przy jednoczesnej dyskryminacji mniejszości religijnych i innych mniejszości w Polsce

– napisano w liście do władz Australii. Na portalu widnieje informacja, że (do momentu publikacji tego artykułu) zebrano pod nim ponad 1200 podpisów.

>>>

NEWSWEEK: Dlaczego zaangażował się pan w czytanie konstytucji podczas ulicznych protestów?

Jerzy Radziwiłowicz: – Dać głos sprawie to minimum tego, co można robić. Piękny tekst preambuły naszej konstytucji czytam publicznie już dwa i pół roku. Pierwszy raz stało się to, gdy rozpoczęło się niszczenie Trybunału Konstytucyjnego. Było dla mnie jasne, że PiS bierze się za bary z tą instytucją nie po to, aby polepszyć jej prace. Od początku miałem poczucie, że rządzi nami chuligańska formacja, która zmierza w złą stronę. Do partii Kaczyńskiego nie mam za grosz zaufania od czasu pierwszych rządów. Już to, co robili w latach 2005-2007 przerażało mnie, ale wtedy mieli za mało czasu i możliwości, aby dokonać tego, co teraz.

Wyciągnęli z tamtych rządów jakieś wnioski?

– Są bardziej brutalni i skuteczniejsi. Nie muszą układać się z nikim w koalicji. Gdy większość sejmowa spadła im z nieba, zrozumieli, że hulaj dusza, więc robią, co chcą.

Dla Birkuta, postaci PRL-owskiego przodownika pracy, którego zagrał pan w „Człowieku z marmuru” i „Człowieku z żelaza” przełomem w myśleniu była podana mu gorąca cegła, która poparzyła mu ręce.

Ta cegła cały czas jest przez władzę podgrzewana. Kwestią czasu jest to, kiedy zacznie parzyć.

Jeden z bohaterów „Człowieka z żelaza” radzi: „Jak siedzisz w gnoju po szyję, to się nie szarp, bo się całkiem utopisz”.

Każdy – nawet ten, kto manifestuje pod Sejmem, musi pracować, płacić kredyty, zajmować się rodziną, układać się z rzeczywistością, która go otacza. To, że trzeba jakoś żyć nie oznacza jednak, że wszystkim będzie w tej rzeczywistości wygodnie, że wszyscy będą chcieli urządzić się w tym – jak pani cytuje – gnoju.

Co pana najbardziej uwiera? 

Trudno powiedzieć co konkretnie. Uwiera wszystko. To, jak ci ludzie się wypowiadają jest okropnie irytujące. Przecież chyba nawet dziecko już rozumie, że nie jest tak, jak próbują nam wmówić. Kłamstwo, szyderstwo, chamstwo i buta tej władzy są nie do zniesienia.

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o Węgrzech.

Coroczne marcowe pielgrzymki sekty smoleńskiej na Węgry przyprawiły Polakom gębę sojuszników orbánowskiej dyktatury.

Na wielkim placu Kossutha przed majestatycznym neogotyckim budynkiem parlamentu w Budapeszcie przy wielkim maszcie z węgierską flagą narodową honorową wartę trzyma dwóch honwedów. Stoją sztywno i nieruchomo, jakby kij połknęli, z karabinami opartymi kolbami o ziemię. Podziwu godne. Upał grubo powyżej 30 stopni, a na nich nie widać śladów potu. Spojrzenia oczu osłoniętych ciemnymi okularami kierują na wprost, ku szerokim kamiennym schodom prowadzącym do budynku.

Gdyby obrócili się nieco w prawo, ujrzeliby kopułki dwóch niepozornych namiotów rozłożonych na granitowych płytach placu. Tu też wartę trzymają dwie osoby – mężczyzna i kobieta. Siedzą na składanych turystycznych krzesełkach i coś czytają. Widać, że nie mają za wiele do roboty. Wokół żołnierzy krążą roje fotografujących się turystów – cudzoziemców i Węgrów z prowincji, którzy przyjechali zwiedzać stolicę. A przy namiotach nie dzieje się nic. Zwiedzający z oddali spoglądają na placówkę demonstrantów, całą swą postawą okazując dystans. Tak jakby ten protest w ogóle ich nie dotyczył – nie nasza sprawa, niech ci dziwacy sami sobie demonstrują.

Dramat frankowiczów na Węgrzech jest o wiele większy niż w Polsce
Na żółtej płachcie opartej o jeden z namiotów widnieje napis: „Reżim Orbána = bankowy terror”. To hasło kredytobiorców, którzy przed laty kupili mieszkanie za pożyczone franki, a teraz lądują na bruku. Wprawdzie na początku roku 2015 rząd Orbána przewalutował wszystkie kredyty walutowe na forinty, ale nie uratowało to wielu zadłużonych rodzin, które zaciągnęły pożyczki przed kryzysem finansowym 2009 roku.

Problem kredytów walutowych ma na Węgrzech o wiele większą skalę niż w Polsce. W 2011 r. wartość portfela kredytów walutowych na Węgrzech stanowiła 20 proc. PKB, a w Polsce 12,5 proc. Średnie oprocentowanie kredytów frankowych na Węgrzech w latach 2008-2014 wynosiło 6,1 proc., a u nas 2,3 proc. To sprawiło, że w 2014 r. aż 40 proc. zaciągniętych kredytów węgierskie banki musiały uznać za zagrożone. W Polsce tych zagrożonych było tylko 3,5 proc. Polscy frankowicze jęczą i dyszą z wysiłku, ale na ogół spłacają swoje zobowiązania, węgierscy – tracą dorobek całego życia.

W ostatnich miesiącach nasiliła się na Węgrzech fala eksmisji – banki sprzedają niespłacane kredyty firmom windykacyjnym, które przejmują mieszkania i eksmitują zadłużonych lokatorów. Eksmisja na bruk jest na Węgrzech prostsza do przeprowadzenia niż w Polsce.

Po kwietniowych wyborach opozycja poszła w rozsypkę
Jako jedyny wyłamuję się z tłumu obojętnych turystów i podchodzę do demonstrantów. Pytam, czy można ich sfotografować i opublikować ich zdjęcie. Jasne, że można. Wręcz dziękują za to. Są wdzięczni, że chcę rozpowszechnić informację o ich proteście. Wstają, żeby pozować do zdjęcia.

Na wielkiej białej płachcie rozłożonej na bruku przed namiotami każdy może wpisać, co mu serce dyktuje. Większość napisów pochodzi od zagranicznych turystów, wśród wielu innych widzę słowo „Poland”, a nawet deklarację, że Kosowo należy do Serbii („Kosovo je Srbija”). Węgierskich wpisów jak na lekarstwo. Widać, że protesty przeciw rządom Orbána nie wywołują spontanicznych odruchów sympatii i poparcia.

– Sytuacja bardzo się pogorszyła po wiosennych wyborach, w których rządzący Fidesz zdobył większość dwóch trzecich miejsc w parlamencie, pozwalającą zmienić konstytucję – mówi mi Bálint Magyar, autor książki „Węgry. Anatomia państwa mafijnego”. – Opozycja się załamała i poszła w rozsypkę. Lajos Simicska, oligarcha, który stawiał opór Orbánowi i utrzymywał ostatnie opozycyjne media, poddał się i sprzedał władzy swoje gazety i stacje radiowe. Młodzież zamiast się buntować woli emigrować.

Demokratyczna Polska musi się zrehabilitować
– My tutaj nie reprezentujemy żadnej partii politycznej – mówi kobieta z namiotu przed parlamentem. Ma na imię Eszter. Informuje, że namioty na placu stoją od kilku tygodni, a ich obsada rotacyjnie się zmienia – zupełnie jak u nas w miasteczku wolności przed Sejmem czy wcześniej w KOD-owskiej „puczepie” w Alejach Ujazdowskich przed siedzibą rządu. Opowiadam Eszter o tych polskich placówkach opozycyjnych. Jest bardzo zdziwiona. Myślała, że większość Polaków popiera Orbána i Kaczyńskiego. Skąd jej to przyszło do głowy?

– Co roku 15 marca przyjeżdżają tu tłumy Polaków, by uczestniczyć w marszu organizowanym przez orbánowski reżim – mówi. Tłumaczę jej, że te wyjazdy organizuje sekta smoleńska zorganizowana w Klubach „Gazety Polskiej”. W istocie to margines polskiego społeczeństwa.

Na pożegnanie daję jej wizytówkę i obiecuję pomóc nawiązać kontakt z ludźmi, którzy w Warszawie zorganizowali miasteczko namiotowe przed Sejmem. Tłumaczę jednak, że rozwiązanie problemu kredytów frankowych nie jest u nas ważnym postulatem opozycji. Są znacznie pilniejsze i ważniejsze sprawy. Chyba nie wyłożyłem tego dostatecznie jasno, bo jeszcze tego samego dnia wieczorem dostaję maila: „Niech żyje przyjaźń polsko-węgierska. Demonstranci z placu Kossutha proszą o zdjęcia warszawskiej demonstracji w sprawie kredytów frankowych”. Będę musiał jeszcze raz to wytłumaczyć.

Przede wszystkim zaś muszę coś zrobić – i to nie tylko ja, wszyscy musimy się w to zaangażować – żeby przeprosić węgierskich przyjaciół za coroczne pielgrzymki sekty smoleńskiej do Budapesztu. Musimy uświadomić im, że demokratyczna Polska ma zupełnie inne oblicze i nie wspiera dyktatury Orbána.

Waldemar Mystkowski pisze o Morawieckim i Dudzie.

W sile 60 chłopa, nie licząc wszak prezydentowej, poleciała do Australii delegacja prezydencko-rządowa, aby nie nabyć fregat rakietowych Adelaide, a jedynie podpisać list intencyjny, bo już raczej wiadomo, że do zakupu nie dojdzie. Tak zadecydował – jak media relacjonują – premier Mateusz Morawiecki, który nie kiwnie palcem w bucie, gdy mu na to nie pozwoli prezes Jarosław Kaczyński.

Jeszcze wczoraj szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Paweł Soloch zarzekał się, że ten 30-letni pływający złom jest OK: „fregaty obronią nas na Bałtyku”, zaś szef kancelarii Andrzeja Dudy Krzysztof Szczerski wycierając pot z czoła zapewniał: „to „polsko-australijsko-amerykańskie porozumienie wojskowe”. Za to nic na ten temat nie mówił minister obrony Mariusz Błaszczak, bo był zajęty lekturą, co też prasa na świecie pisze o nim jako ekspercie od sodomitów.

Prezes Kaczyński mógł dojść do skądinąd słusznych uczuć patriotycznych, po kiego wyrzucać w błoto miliardy na złom australijski, kiedy za darmo jest rdzewiejąca stępka pod prom w Szczecinie.

Do pisowskiego wariatkowa przyzwyczailiśmy się, a nawet jesteśmy na takie newsy gruboskórni, impregnowani, nie wyzwala się w nas już większe oburzenie. Ot, kolejna głupawka rządzących. Australijczycy też mogą podobnie odczuwać, choć negocjacje były długie i wyczerpujące. Ale ambasadę mają przy Nowogrodzkiej, więc z tym klimatem absurdu są aż nadto zaznajomieni.

Prezydent Duda i tak nie miał w planach spotkania na antypodach z kimś ważnym, bodaj tylko z gubernatorem jednego ze stanów. Przynajmniej Agata Kornhauser-Duda będzie mogła zaprezentować kreację koktajlową. Jest problem, czym Duda ze swymi kompanami wypełnią czas, choć w dzień prezydent może poszusować na nartach wodnych. Mogę mu ponadto podpowiedzieć, by wybrał się na koncert Boba Dylana w Sydney, który jeszcze dziś i jutro koncertuje. Rozumiem, że Dylan to nie Doda i zadkiem nie zakręci.

Inny walor antypodów jest jeszcze taki, że na trasie kawalkady Dudy nie pojawią się protestujący z t-shirtami Konstytucja, ani nie będą w nie ubierać pomniki. Choć kto wie. Przy całej niezłomności Dudy można rzec, iż wybrał dobry kierunek rozwoju osobistego: coraz mniej w nim polityka, a więcej celebryty.

O Targowicę oskarża PiS i jego propagandziści tych co zwracają się ku Europie, w walce o utrzymanie Polski na Zachodzie. To pokaz fałszu typowego dla tej formacji, bo PiS i wszystko co się za nim wlecze mentalnie, narracyjnie i politycznie jest bardzo bliskie targowickiej głowy.

Earl drzewołaz

Wybitna pisarka Maria Nurowska o ostatnich wypowiedziach arcybiskupa krakowskiego Marka Jędraszewskiego.

Z należytą pompą i we właściwej oprawie, metropolita gdański arcybiskup Sławoj Leszek Głódź świętował 73. urodziny. Było sympatycznie i wesoło. Był grill. Była orkiestra i sporo gości, a wśród nich ojciec Tadeusz Rydzyk, dyrektor Radia Maryja oraz szef Solidarności Piotr Duda.

Urodzinowe przyjęcie arcybiskup zorganizował w swojej rezydencji przy Parafii św. Ignacego Loyoli w Gdańsku. Jak donosi „Fakt”, nie obyło się bez śpiewów i toastów, a impreza trwała do zmroku.

Arcybiskup słynie ze skłonności do dobrej zabawy i nie stroni od kieliszka. W 2013 roku tygodnik „Wprost” napisał, że duchowny potrafi w takich sytuacjach lekko przesadzać, a czasem wręcz nie kontroluje się.

Jeden z kapelanów opowiadał wtedy tygodnikowi, że arcybiskup budził go w nocy, pijany, i kazał grać na akordeonie do tańca. Podczas pijackich biesiad wysyłał go do miasta na poszukiwania odpowiedniego gatunku kiełbasy, kazał nalewać alkohol, krzycząc: „Co…

View original post 1 092 słowa więcej

Pisowscy dziennikarze będą kilka razy lepsi od orbanowych

polskiDziennikarz

Jakie będą media pisowskie (dawniej, czyli jeszcze wczoraj: publiczne)? Takie jak na Węgrzech. A mając na uwadze, iż Jarosławowi Kaczyńskiemu demolka idzie zdecydowanie szybciej niż Viktorowi Orbanowi, to można z dużym prawdopodobieństwem przemnożyć kilka razy.

Media pisowskie bęą kilka razy „lepściejsze” (język Krystyny Pawłowicz) niż orbanowskie.

Na ten temat pisze na FB dziennikarz („Newsweek” i „Wprost”) Jarosław Giziński, który spędził Sylwestra na Węgrzech i przez 4 dni poddał wiwisekcji tamtejsze media orbanowskie.

Media węgierskie da się sprowadzić do metafory ody do radości i wielkości Orbana i Fideszu, a opozycja nie jest warta, aby jej poświęcać uwagę, no najwyżej, że to najgorszy sort i gestapo.

U nas też tak będzie – przemnożone kilka razy przez lepiej. Witajcie w Wariatkowie.

wróciłemWłaśnie

Więcej >>>

Orbanowi zmiękła rura, zmienił część kontrowersyjnych zapisów w konstytucji

Viktor-Orban

Bożyszcze polskiej prawicy Viktor Orban, premier Węgier, wymiękł pod naciskiem Brukseli, zmienił część kontrowersyjnych zapisów w konstytucji, które władze UE uznały za niezgodne z prawem unijnym.

Orbán wcześniej twierdził, że poprawki jakich dokonał w Konstytucji Węgier nie łamią ani prawa unijnego, ani nie ograniczają demokracji w jego kraju. Według niego Bruksela bezpardonowo atakowała Węgry tylko za to, że te prowadzą konserwatywną, a nie liberalną politykę.

Zmiany, jakie podjął parlament węgierski dotyczą zaostrzenia prawa i jego arbitralnego stosowania (takie pomysły też ma Jarosław Kaczyński). Usunięto z ustawy zasadniczej zapis pozwalający urzędnikom na kierowanie spraw do dowolnych sądów. Rząd nie będzie już też mieć możliwości obciążenia dodatkowym podatkiem swoich obywateli (kłania się domiar Kaczyńskiego, o którym mówił w Krynicy) w przypadku nałożenia przez UE kary finansowej na Węgry (np. za przepisy będące sprzeczne ze standardami europejskimi). Trzeci zmieniony zapis w konstytucji dotyczy zakazu reklamowania się przez partie podczas kampanii w telewizjach prywatnych (Kaczyńskiego stosunek do np. TVN także jest podobny); również on został zniesiony, choć z zastrzeżeniem, że te stacje, które zdecydują się na emisję partyjnych spotów, będą to musiały robić za darmo.

Pozostało do zmienienia przez Orbana jeszcze kilka punktów w konstytucji. Przede wszystkim zapisy nakazujące absolwentom państwowych uczelni odpracowanie nauki w kraju pod rygorem kar finansowych oraz zapis zakazujący koczowania bezdomnym w miejscach publicznych.

To dobra nauczka dla Kaczyńskiego, który bredzi o państwie zamordystycznym i podporządkowanym konserwatywnym wartościom. Bruksela przydepnie trochę, to prawicy mięknie rura.

Post Navigation