Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Wiktor Zborowski”

PiS to kłamstwa, chamstwo i buta

>>>

Spotkanie z Polonią i odznaczenia dla australijskich polityków – w ten sposób prezydent Andrzej Duda rozpoczął wizytę w Australii. Ale część Polonii nie jest z tej wizyty zadowolona.

Prezydent Andrzej Duda jest teraz w Melbourne, a w najbliższych dniach będzie także w Canberze i w Sydney, odwiedzi również Nową Zelandię. To pierwsza wizyta polskiego prezydenta w tych dwóch krajach.

Jednym z jej najważniejszych celów są spotkania z Polakami w roku 100-lecia odzyskania niepodległości – podaje pałac prezydencki. – Jestem szalenie wzruszony, że w tak ważnym dla nas, wszystkich Polaków, roku stulecia odzyskania niepodległości w 1918 roku mogę stać tu, w Australii, po drugiej stronie świata, patrząc na moich rodaków, którzy tutaj żyją – mówił Andrzej Duda podczas uroczystości wydanej przez gubernator stanu Wiktoria.

Andrzej Duda w Australii. Polonia pisze do premiera kraju

Tymczasem, jak donosi OKO.press, Polacy w Australii wystosowali list do premiera Malcolma Turnbulla i szefowej australijskiego MSZ, Julie Bishop.

Premier Australii oraz Pani Minister Spraw Zagranicznych Australii spotykają się za kilka dni z Prezydentem Andrzejem Dudą. Chcemy, aby mieli pełne zrozumienie sytuacji politycznej w Polsce oraz roli, jaką odgrywa Andrzej Duda w niszczeniu demokracji w Polsce

– czytamy na stronie naszademokracja.pl, na której został umieszczony list. Tam też można go podpisać. W treści znajduje się prośba, by władze Australii na spotkaniu z Dudą wyraziły obawę odnośnie sytuacji w Polsce. Chodzi m.in. o zmiany w sądownictwie. Twórcy dokumentu stwierdzają, że prezydent Duda podpisał 26 lipca „niekonstytucyjną ustawę”, która pozwoli rządzącemu PiS uzyskać wpływ na Sąd Najwyższy.

„Radykalne zmiany w sądownictwie (…) są obliczone na to, by skupić w rękach rządzącej partii kontrolę nad władzą sądowniczą” – czytamy. Jest też wzmianka o „wielotysięcznych protestach w obronie demokracji, sądów i wolności słowa w Polsce” oraz o zastrzeżeniach UE do zmian w naszych sądach.

Prezydent Polski nie tylko nie obronił demokracji, nie wetując niekonstytucyjnego prawa, ale dąży do zmiany konstytucji, by zagwarantować prezydentowi większą władzę, a także nadać większe prawa wybranym grupom, przy jednoczesnej dyskryminacji mniejszości religijnych i innych mniejszości w Polsce

– napisano w liście do władz Australii. Na portalu widnieje informacja, że (do momentu publikacji tego artykułu) zebrano pod nim ponad 1200 podpisów.

>>>

NEWSWEEK: Dlaczego zaangażował się pan w czytanie konstytucji podczas ulicznych protestów?

Jerzy Radziwiłowicz: – Dać głos sprawie to minimum tego, co można robić. Piękny tekst preambuły naszej konstytucji czytam publicznie już dwa i pół roku. Pierwszy raz stało się to, gdy rozpoczęło się niszczenie Trybunału Konstytucyjnego. Było dla mnie jasne, że PiS bierze się za bary z tą instytucją nie po to, aby polepszyć jej prace. Od początku miałem poczucie, że rządzi nami chuligańska formacja, która zmierza w złą stronę. Do partii Kaczyńskiego nie mam za grosz zaufania od czasu pierwszych rządów. Już to, co robili w latach 2005-2007 przerażało mnie, ale wtedy mieli za mało czasu i możliwości, aby dokonać tego, co teraz.

Wyciągnęli z tamtych rządów jakieś wnioski?

– Są bardziej brutalni i skuteczniejsi. Nie muszą układać się z nikim w koalicji. Gdy większość sejmowa spadła im z nieba, zrozumieli, że hulaj dusza, więc robią, co chcą.

Dla Birkuta, postaci PRL-owskiego przodownika pracy, którego zagrał pan w „Człowieku z marmuru” i „Człowieku z żelaza” przełomem w myśleniu była podana mu gorąca cegła, która poparzyła mu ręce.

Ta cegła cały czas jest przez władzę podgrzewana. Kwestią czasu jest to, kiedy zacznie parzyć.

Jeden z bohaterów „Człowieka z żelaza” radzi: „Jak siedzisz w gnoju po szyję, to się nie szarp, bo się całkiem utopisz”.

Każdy – nawet ten, kto manifestuje pod Sejmem, musi pracować, płacić kredyty, zajmować się rodziną, układać się z rzeczywistością, która go otacza. To, że trzeba jakoś żyć nie oznacza jednak, że wszystkim będzie w tej rzeczywistości wygodnie, że wszyscy będą chcieli urządzić się w tym – jak pani cytuje – gnoju.

Co pana najbardziej uwiera? 

Trudno powiedzieć co konkretnie. Uwiera wszystko. To, jak ci ludzie się wypowiadają jest okropnie irytujące. Przecież chyba nawet dziecko już rozumie, że nie jest tak, jak próbują nam wmówić. Kłamstwo, szyderstwo, chamstwo i buta tej władzy są nie do zniesienia.

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o Węgrzech.

Coroczne marcowe pielgrzymki sekty smoleńskiej na Węgry przyprawiły Polakom gębę sojuszników orbánowskiej dyktatury.

Na wielkim placu Kossutha przed majestatycznym neogotyckim budynkiem parlamentu w Budapeszcie przy wielkim maszcie z węgierską flagą narodową honorową wartę trzyma dwóch honwedów. Stoją sztywno i nieruchomo, jakby kij połknęli, z karabinami opartymi kolbami o ziemię. Podziwu godne. Upał grubo powyżej 30 stopni, a na nich nie widać śladów potu. Spojrzenia oczu osłoniętych ciemnymi okularami kierują na wprost, ku szerokim kamiennym schodom prowadzącym do budynku.

Gdyby obrócili się nieco w prawo, ujrzeliby kopułki dwóch niepozornych namiotów rozłożonych na granitowych płytach placu. Tu też wartę trzymają dwie osoby – mężczyzna i kobieta. Siedzą na składanych turystycznych krzesełkach i coś czytają. Widać, że nie mają za wiele do roboty. Wokół żołnierzy krążą roje fotografujących się turystów – cudzoziemców i Węgrów z prowincji, którzy przyjechali zwiedzać stolicę. A przy namiotach nie dzieje się nic. Zwiedzający z oddali spoglądają na placówkę demonstrantów, całą swą postawą okazując dystans. Tak jakby ten protest w ogóle ich nie dotyczył – nie nasza sprawa, niech ci dziwacy sami sobie demonstrują.

Dramat frankowiczów na Węgrzech jest o wiele większy niż w Polsce
Na żółtej płachcie opartej o jeden z namiotów widnieje napis: „Reżim Orbána = bankowy terror”. To hasło kredytobiorców, którzy przed laty kupili mieszkanie za pożyczone franki, a teraz lądują na bruku. Wprawdzie na początku roku 2015 rząd Orbána przewalutował wszystkie kredyty walutowe na forinty, ale nie uratowało to wielu zadłużonych rodzin, które zaciągnęły pożyczki przed kryzysem finansowym 2009 roku.

Problem kredytów walutowych ma na Węgrzech o wiele większą skalę niż w Polsce. W 2011 r. wartość portfela kredytów walutowych na Węgrzech stanowiła 20 proc. PKB, a w Polsce 12,5 proc. Średnie oprocentowanie kredytów frankowych na Węgrzech w latach 2008-2014 wynosiło 6,1 proc., a u nas 2,3 proc. To sprawiło, że w 2014 r. aż 40 proc. zaciągniętych kredytów węgierskie banki musiały uznać za zagrożone. W Polsce tych zagrożonych było tylko 3,5 proc. Polscy frankowicze jęczą i dyszą z wysiłku, ale na ogół spłacają swoje zobowiązania, węgierscy – tracą dorobek całego życia.

W ostatnich miesiącach nasiliła się na Węgrzech fala eksmisji – banki sprzedają niespłacane kredyty firmom windykacyjnym, które przejmują mieszkania i eksmitują zadłużonych lokatorów. Eksmisja na bruk jest na Węgrzech prostsza do przeprowadzenia niż w Polsce.

Po kwietniowych wyborach opozycja poszła w rozsypkę
Jako jedyny wyłamuję się z tłumu obojętnych turystów i podchodzę do demonstrantów. Pytam, czy można ich sfotografować i opublikować ich zdjęcie. Jasne, że można. Wręcz dziękują za to. Są wdzięczni, że chcę rozpowszechnić informację o ich proteście. Wstają, żeby pozować do zdjęcia.

Na wielkiej białej płachcie rozłożonej na bruku przed namiotami każdy może wpisać, co mu serce dyktuje. Większość napisów pochodzi od zagranicznych turystów, wśród wielu innych widzę słowo „Poland”, a nawet deklarację, że Kosowo należy do Serbii („Kosovo je Srbija”). Węgierskich wpisów jak na lekarstwo. Widać, że protesty przeciw rządom Orbána nie wywołują spontanicznych odruchów sympatii i poparcia.

– Sytuacja bardzo się pogorszyła po wiosennych wyborach, w których rządzący Fidesz zdobył większość dwóch trzecich miejsc w parlamencie, pozwalającą zmienić konstytucję – mówi mi Bálint Magyar, autor książki „Węgry. Anatomia państwa mafijnego”. – Opozycja się załamała i poszła w rozsypkę. Lajos Simicska, oligarcha, który stawiał opór Orbánowi i utrzymywał ostatnie opozycyjne media, poddał się i sprzedał władzy swoje gazety i stacje radiowe. Młodzież zamiast się buntować woli emigrować.

Demokratyczna Polska musi się zrehabilitować
– My tutaj nie reprezentujemy żadnej partii politycznej – mówi kobieta z namiotu przed parlamentem. Ma na imię Eszter. Informuje, że namioty na placu stoją od kilku tygodni, a ich obsada rotacyjnie się zmienia – zupełnie jak u nas w miasteczku wolności przed Sejmem czy wcześniej w KOD-owskiej „puczepie” w Alejach Ujazdowskich przed siedzibą rządu. Opowiadam Eszter o tych polskich placówkach opozycyjnych. Jest bardzo zdziwiona. Myślała, że większość Polaków popiera Orbána i Kaczyńskiego. Skąd jej to przyszło do głowy?

– Co roku 15 marca przyjeżdżają tu tłumy Polaków, by uczestniczyć w marszu organizowanym przez orbánowski reżim – mówi. Tłumaczę jej, że te wyjazdy organizuje sekta smoleńska zorganizowana w Klubach „Gazety Polskiej”. W istocie to margines polskiego społeczeństwa.

Na pożegnanie daję jej wizytówkę i obiecuję pomóc nawiązać kontakt z ludźmi, którzy w Warszawie zorganizowali miasteczko namiotowe przed Sejmem. Tłumaczę jednak, że rozwiązanie problemu kredytów frankowych nie jest u nas ważnym postulatem opozycji. Są znacznie pilniejsze i ważniejsze sprawy. Chyba nie wyłożyłem tego dostatecznie jasno, bo jeszcze tego samego dnia wieczorem dostaję maila: „Niech żyje przyjaźń polsko-węgierska. Demonstranci z placu Kossutha proszą o zdjęcia warszawskiej demonstracji w sprawie kredytów frankowych”. Będę musiał jeszcze raz to wytłumaczyć.

Przede wszystkim zaś muszę coś zrobić – i to nie tylko ja, wszyscy musimy się w to zaangażować – żeby przeprosić węgierskich przyjaciół za coroczne pielgrzymki sekty smoleńskiej do Budapesztu. Musimy uświadomić im, że demokratyczna Polska ma zupełnie inne oblicze i nie wspiera dyktatury Orbána.

Waldemar Mystkowski pisze o Morawieckim i Dudzie.

W sile 60 chłopa, nie licząc wszak prezydentowej, poleciała do Australii delegacja prezydencko-rządowa, aby nie nabyć fregat rakietowych Adelaide, a jedynie podpisać list intencyjny, bo już raczej wiadomo, że do zakupu nie dojdzie. Tak zadecydował – jak media relacjonują – premier Mateusz Morawiecki, który nie kiwnie palcem w bucie, gdy mu na to nie pozwoli prezes Jarosław Kaczyński.

Jeszcze wczoraj szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Paweł Soloch zarzekał się, że ten 30-letni pływający złom jest OK: „fregaty obronią nas na Bałtyku”, zaś szef kancelarii Andrzeja Dudy Krzysztof Szczerski wycierając pot z czoła zapewniał: „to „polsko-australijsko-amerykańskie porozumienie wojskowe”. Za to nic na ten temat nie mówił minister obrony Mariusz Błaszczak, bo był zajęty lekturą, co też prasa na świecie pisze o nim jako ekspercie od sodomitów.

Prezes Kaczyński mógł dojść do skądinąd słusznych uczuć patriotycznych, po kiego wyrzucać w błoto miliardy na złom australijski, kiedy za darmo jest rdzewiejąca stępka pod prom w Szczecinie.

Do pisowskiego wariatkowa przyzwyczailiśmy się, a nawet jesteśmy na takie newsy gruboskórni, impregnowani, nie wyzwala się w nas już większe oburzenie. Ot, kolejna głupawka rządzących. Australijczycy też mogą podobnie odczuwać, choć negocjacje były długie i wyczerpujące. Ale ambasadę mają przy Nowogrodzkiej, więc z tym klimatem absurdu są aż nadto zaznajomieni.

Prezydent Duda i tak nie miał w planach spotkania na antypodach z kimś ważnym, bodaj tylko z gubernatorem jednego ze stanów. Przynajmniej Agata Kornhauser-Duda będzie mogła zaprezentować kreację koktajlową. Jest problem, czym Duda ze swymi kompanami wypełnią czas, choć w dzień prezydent może poszusować na nartach wodnych. Mogę mu ponadto podpowiedzieć, by wybrał się na koncert Boba Dylana w Sydney, który jeszcze dziś i jutro koncertuje. Rozumiem, że Dylan to nie Doda i zadkiem nie zakręci.

Inny walor antypodów jest jeszcze taki, że na trasie kawalkady Dudy nie pojawią się protestujący z t-shirtami Konstytucja, ani nie będą w nie ubierać pomniki. Choć kto wie. Przy całej niezłomności Dudy można rzec, iż wybrał dobry kierunek rozwoju osobistego: coraz mniej w nim polityka, a więcej celebryty.

O Targowicę oskarża PiS i jego propagandziści tych co zwracają się ku Europie, w walce o utrzymanie Polski na Zachodzie. To pokaz fałszu typowego dla tej formacji, bo PiS i wszystko co się za nim wlecze mentalnie, narracyjnie i politycznie jest bardzo bliskie targowickiej głowy.

Earl drzewołaz

Wybitna pisarka Maria Nurowska o ostatnich wypowiedziach arcybiskupa krakowskiego Marka Jędraszewskiego.

Z należytą pompą i we właściwej oprawie, metropolita gdański arcybiskup Sławoj Leszek Głódź świętował 73. urodziny. Było sympatycznie i wesoło. Był grill. Była orkiestra i sporo gości, a wśród nich ojciec Tadeusz Rydzyk, dyrektor Radia Maryja oraz szef Solidarności Piotr Duda.

Urodzinowe przyjęcie arcybiskup zorganizował w swojej rezydencji przy Parafii św. Ignacego Loyoli w Gdańsku. Jak donosi „Fakt”, nie obyło się bez śpiewów i toastów, a impreza trwała do zmroku.

Arcybiskup słynie ze skłonności do dobrej zabawy i nie stroni od kieliszka. W 2013 roku tygodnik „Wprost” napisał, że duchowny potrafi w takich sytuacjach lekko przesadzać, a czasem wręcz nie kontroluje się.

Jeden z kapelanów opowiadał wtedy tygodnikowi, że arcybiskup budził go w nocy, pijany, i kazał grać na akordeonie do tańca. Podczas pijackich biesiad wysyłał go do miasta na poszukiwania odpowiedniego gatunku kiełbasy, kazał nalewać alkohol, krzycząc: „Co…

View original post 1 092 słowa więcej

Polski Kościół zdemoralizowany do szpiku kości

Krytyka dziennikarza Konrada Piaseckiego (TVN24) za jego rozmowę w programie „Piaskiem po oczach” z posłanką Joanną Scheuring Wielgus.

Prof. Tadeusz Gadacz i inni o strajku osób niepełnosprawnych w Sejmie oraz Kościele katolickim.

TOK FM

Trudno się dziwić, że w tej sytuacji Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar zwrócił się do ministerstwa z prośbą o wyjaśnienie tego zjawiska, pytając jaka działalność tych podmiotów uzasadniała przyznanie im środków z Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej.

Mimo ubiegłorocznych zmian w zasadach funkcjonowania funduszu nadal jest on „ukierunkowany na pomoc pokrzywdzonym i świadkom, przeciwdziałanie przestępczości oraz pomoc postpenitencjarną”.

Zmiana, na którą wskazuje rzecznik pojawiła się tymczasem w rozdziale „Pozostałe zadania finansowane ze środków Funduszu Sprawiedliwości”. I właśnie zgodnie z nimi, środki mogą być przeznaczone m.in. na finansowanie robót budowlanych, zakup urządzeń i wyposażenia, zakup wartości niematerialnych i prawnych czy zakup środków transportu.

Teoretycznie biorąc jest więc wszystko w porządku i nikt nie może się „przyczepić”, że np. są przeznaczone m.in.  na modernizacja zaplecza sportowo-rekreacyjnego Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Raciborzu, na wsparcie dla fundacji Lux Veritatis i Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, czy na zakup sprzętu dla jednostek Ochotniczej Straży Pożarnej (na co resort zamierza przeznaczyć ponad 100 milionów zł), lub na ustawową działalność Centralnego Biura Antykorupcyjnego, co pochłonąć ma 13 milionów zł.

Nie da się ukryć, że Rzecznik Praw Obywatelskich ma „uzasadnione wątpliwości”, czy środki są przeznaczane na cele, o których mowa w rozporządzeniu. Zwrócił się do ministra o przedstawienie pełnego wykazu podmiotów, które były beneficjentami ubiegłorocznego Funduszu. Ponadto poprosił ministra o przedstawienie wyników konkursów już rozstrzygniętych w 2018 r. – ze wskazaniem działalności wygrywających podmiotów, która uzasadnia przyznanie im środków z Funduszu Sprawiedliwości.

– Istotą chrześcijaństwa jest ekspansja. A mówienie o miłości, jej marketingowym narzędziem – ocenił w Godzinie Filozofów dr hab. Tadeusz Bartoś, filozof i teolog, publicysta, były dominikanin.

Waldemar Mystkowski pisze o ojcu PiS.

Jarosław Kaczyński szukał ojcostwa dla swej partii. Wcale nie od razu padło na redemptorystę Tadeusza Rydzyka, o którym miał w latach 90-tych złe mniemanie. Zaliczał Rydzyka do Targowicy, ale przytulił się do niego, aby sięgnąć po władzę.

Spin doktorzy PiS – Adam Bielan i Michał Kamiński – przekonali prezesa, aby skorzystać z wpływów mediów toruńskich. W połowie pierwszej dekady XXI wieku Rydzyk udzielił PiS błogosawieństwo ojcostwa, acz na swoich zasadach.

Cokolwiek ojciec zarządzi, należy mu się podporządkować. Ojciec ma zdanie decydujące i ma prawo do obrugania, do inwektyw, poniżania swego przychówku. I tak żona prezydenta Lecha Kaczyńskiego Maria została nazwana czarownicą, po Jarosławie Kaczyńskim takie deprecjonujące porównanie bratowej spłynęło jak woda po kaczce.

Ojciec Rydzyk co rusz wysyła podobne nieprzyjemne sygnały, bo mu wolno jako ojcu wyznającemu tradycyjne wartości. Ojciec dał PiS propagandę, poprzez nią władzę, więc żąda w zamian bardzo konkretnego zadośćuczynienia, bo ojciec jest ambitny.

Rydzyk jest twórcą dzieł: radia, telewizji, szkoły, geotermii, które są w różnym stadium powstawania, wszystkie klasyfikują się poza normalnym rynkiem medialnym, ekonomicznym i pozarozumowym.

Dzieła Rydzyka są na garnuszki łaski władzy. Co łaska – wyciąga ręce ojciec PiS Rydzyk – i jego przychówek daje z tego, co nie swoje, co wspólne. Innymi słowy, łaska dla Rydzyka jest darowana ze wspólnej kasy Polaków, z podatków wszystkich rodaków, czyli z budżetu państwa.

Jak na ambitnego ojca przystało, Rydzyk kręci nosem i ciągle mu mało. Lecz te ambicje ojca PiS pozwoliły mu wejść do elitarnego grona 100 najbogatszych Polaków.

Oko.press dokonało skrupulatnych obliczeń co do złotówki, ile też dostało się ojcu, gdy jego przychówek jako „dobra zmiana” objął władzę w kraju. Otóż Rydzyk nachapał się  80.921.021 złotych z publicznych pieniędzy. To są pieniądze udokumentowane, czyli takie, jakby złodziej włamał się do naszego sejfu i zostawił pokwitowanie kradzieży.

Ojciec PiS jest drogi do utrzymania przez wszystkich Polaków, który niczym Budda ze złota świeci nam w oczy niewypracowanym bogactwem.

Irlandia dołącza właśnie do grupy europejskich państw, w których aborcja jest jest legalna – pokazują referendalne wyniki exit polls. Jednak piątkowe referendum tak naprawdę nie jest o tym, czy pozwolić na przerywanie ciąży. Bo już dziś tysiące Irlandek to robi – tyle że za granicą. Zwolennikom liberalizacji chodzi o skończenie z hipokryzją i złamanie dominacji Kościoła.

Janet Ní Shuilleabháin od dziecka marzyła o podróży samolotem. Pech chciał, że gdy pierwszy raz wsiadła na pokład, musiała skupić się na tym, by przezwyciężyć poranne mdłości. Miała 18 lat i była w drodze do Londynu, by przerwać niechcianą ciążę. W jej rodzinnej Irlandii za aborcję groziło wtedy dożywocie. – Pracowałam, oszczędzałam na studia. Antykoncepcja zawiodła. Nie byliśmy gotowi na dziecko – opowiada 40-letnia dziś Ní Shuilleabháin „Independentowi”. Poleciała wraz z partnerem; rodzinie i znajomym skłamali, że to romantyczny wypad do Londynu.

Kiedy siedem lat temu Siobhan Donohue dowiedziała się, że jest w ciąży, najpierw się ucieszyła. Niestety w 20. tygodniu USG pokazało, że płód ma bezmózgowie. Z ciężkim sercem Siobhan z mężem podjęli decyzję o przerwaniu ciąży. Ponieważ irlandzkie prawo nie zezwalało na aborcję z powodu ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu (co wciąż dozwolone jest w Polsce), kobieta poleciała na zabieg do Liverpoolu. Wsiadając do samolotu pełnego weekendowych turystów, czuła się strasznie. Wszyscy lecieli, by się zabawić, zaś ona przeżywała życiowy dramat.

Według badania Ipsos dla „Irish Times” 68 proc. wyborców poparło zmiany, a zaledwie 32 proc. było przeciw.

Od dziś takie kobiety jak Janet czy Siobhan nie będą musiały wybierać między więzieniem a tragedią. W przeprowadzonym w piątek referendum Irlandczycy zdecydowali o uchyleniu tzw. ósmej poprawki do konstytucji, która kilka dekad temu zrównała prawa płodu z prawami matki i uczyniła aborcję legalną tylko w jednym przypadku: gdy zagrożone było życie matki. Według badania Ipsos dla „Irish Times” 68 proc. wyborców poparło zmiany, a zaledwie 32 proc. było przeciw.

Centroprawicowy rząd premiera Leo Varadkara obiecał liberalizację przepisów, uzależniając to od wyniku głosowania. Uzgodniony wstępnie projekt zakłada, że kobiety będą mogły „na życzenie” przerwać ciążę do 12. tygodnia, zaś w bardziej zaawansowanym stadium – po uzyskaniu pozytywnej opinii lekarzy. Przed zabiegiem będą miały 72 godziny na ostateczne przemyślenie decyzji.

rp.pl

Kaczyńskiego widzieć w ciuchach więziennych. Satysfakcja dla Polaków murowana!

„Z niepokojem odnotowuję, że w naszym społeczeństwie – tak ciężko doświadczonym przez zbrodnie nazizmu – coraz częściej faszystowskie czy rasistowskie symbole lub treści obecne są w przestrzeni publicznej” – napisał w listach do premiera oraz ministra sprawiedliwości Rzecznik Praw Obywatelskich. Jednym z przykładów, na który powołuje się Adam Bodnar jest ubiegłoroczny Marsz Niepodległości.

W swoich listach nawiązuje także do reportażu „Superwizjera” TVN o polskich neonazistach. –„Zdarzenia ujawnione przez autorów reportażu nie stanowią zjawiska o charakterze marginalnym, lecz wpisują się w stałą tendencję nasilania się postaw rasistowskich i ksenofobicznych w Polsce. Dane statystyczne publikowane przez Prokuraturę Krajową wskazują, że w ciągu ostatnich lat liczba prowadzonych przez organy ścigania postępowań o przestępstwa popełnione z pobudek rasistowskich, antysemickich lub ksenofobicznych notuje stałą tendencję wzrostową” – zauważa Bodnar.

Także biuro RPO z roku na rok musi coraz częściej interweniować w podobnych sprawach. – „Do ataków na tle dyskryminacyjnym dochodzi w Polsce coraz częściej, a ataki te nie ograniczają się do obelżywych słów pod adresem cudzoziemców czy osób porozumiewających się w obcym języku, lecz często przeradzają się w agresję fizyczną, w skrajnych przypadkach nawet wobec dzieci”. Bodnar przypomina napaść na 14-letnią Turczynkę w centrum Warszawy. Napastnik poturbował nastolatkę i wykrzykiwał „Polska dla Polaków”.

Bodnar w liście do Zbigniewa Ziobry pisze, że „na organach ścigania ciąży szczególna odpowiedzialność”. Chce, aby minister poinformował biuro RPO o „aktualnym stanie wszystkich postępowań toczących się w związku z okolicznościami ujawnionymi przez autorów reportażu „Polscy neonaziści”. Zdaniem Rzecznika, należałoby dokonać analizy przepisów Kodeksu karnego i opracować nową, kompleksową strategię, mającą na celu zwalczanie rasizmu i ksenofobii w Polsce.

Nie zdążył opaść „kurz” po jednej awanturze, a już mamy kolejną. Lider PiS, jest podobno zły na premiera, za jego ostatnie wypowiedzi o Żydach, wygłoszone podczas konferencji bezpieczeństwa w Monachium – podaje „Fakt”. Politycy tej partii za kulisami przyznają, że Mateusz Morawiecki popełnił błąd, bo „ma za długi język” i nie trzyma się w dostatecznym stopniu wytycznych. Zamiast pracować na wyciszenie burzy wywołanej nowelizacją ustawy o IPN, szef rządu doprowadził do eskalacji konfliktu z Tel Awiwem.

Odpowiadając na pytanie dziennikarza „New York Timesa” Ronena Bergmana stwierdził, że „nie będzie karane, jeśli ktoś opisując losy swojej rodziny powie, że byli polscy sprawcy Holocaustu”.Dodał też, że „byli żydowscy sprawcy, tak jak byli rosyjscy sprawcy czy ukraińscy – nie tylko niemieccy”.

„Szydło nigdy nie powiedziałaby czegoś takiego!” – powiedział „Faktowi” z nieskrywaną satysfakcją przeciwnik awansu Morawieckiego.

„Morawiecki jako minister rozwoju czy finansów wypowiadał się głównie o VAT i budżecie. Premier jest pytany o wszystko, a Morawiecki nie ma doświadczenia politycznego” – jak powiedział gazecie inny ważny polityk PiS. I przypominał wpadkę z lipca 2016 roku. W czasie wizyty w Bydgoszczy, ówczesny wicepremier rzucił, że 500+ jest wypłacane na kredyt, a kredyt ten trzeba będzie kiedyś spłacić. „Nie dość, że mógł tym dać paliwo opozycji, która to nieustanie powtarza, to jeszcze nastraszył ludzi. A teraz było Monachium” – zauważył.

W PiS–ie wrze. Na nic się zdają uspokajające tłumaczenia szefa MSZ Jacka Czaputowicza: „Byli zdrajcy wśród Polaków i byli bohaterowie. Były też jednak przypadki, że Żydzi złapani przez Niemców denuncjowali Polaków, którzy ich ukrywali” – wypowiedziane w rozmowie z „Dziennikiem Gazetą Prawną”. Minister, komentując słowa premiera ocenił:

„Odsłuchałem kilkakrotnie wypowiedź premiera. Podkreśla on, że intencją nowelizacji ustawy nie jest karanie tych badaczy, którzy mówią, że wśród współpracowników Niemców byli obywatele polscy, ani tych, którzy mówią, że wśród współpracowników Niemców byli Żydzi czy przedstawiciele innych narodowości”. Czy to jednak cokolwiek wyjaśnia? Nie za wiele.  Znów za to słychać głosy, że to jednak Kaczyński powinien być premierem – donosi „Fakt”.

Po kompromitujących wypowiedziach premiera Mateusza Morawieckiego, krytycznych uwag nie szczędzą mu ludzie świata kultury. „Nie było polskich obozów śmierci. Musimy to tłumaczyć ludziom. W 1968 r. nie było w ogóle Polski. Był reżim komunistyczny, który tak naprawdę paskudnie traktował Żydów. To wszystko to karygodny i błędny atak na dobre imię Polski” – stwierdził szef polskiego rządu.

Na te słowa odpowiedział mu na swoim profilu na Facebooku aktor, Wiktor Zborowski:

„W sierpniu 1968 roku grałem na koszykarskich mistrzostwach Europy juniorów w Vigo. Reprezentowałem państwo, którego nie było. M. in. graliśmy z reprezentacją Izraela, który wtedy był. A nas nie było? To z kim Izrael grał? Ech panie Morawiecki junior, wstydu trochę byśmy poprosili”

W krytycznym tonie o wypowiedziach premiera Morawieckiego wypowiedzieli się także między innymi pisarz Szczepan Twardoch i dziennikarka Karolina Korwin Piotrowska.

Szczepan Twardoch

W piątek

Premier Morawiecki powiedział właśnie w Berlinie, że w 1968 roku nie było Polski, więc za to, co złego wtedy wyrządzono Żydom odpowiadają ogólnie komuniści, a nie Polska. Której nie było. Ponieważ, jak wiemy, kiedy tylko w Polsce dzieje się coś niegodnego, to na czas tych wydarzeń polskość ulega magicznemu zniknięciu. A kiedy dzieje się coś heroicznego, to polskość w równie magiczny sposób się pojawia. Puff!

I w ten sposób , biorąc pierwszy z brzegu przykład: w relacji Perechodnika polscy mieszkańcy Otwocka rabują pożydowskie mienie i cóż tu się dzieje, puff!, po prostu nie mają nic z polskością wspólnego i nikt się w Polsce za ich i im podobnych uczynki nie musi w żaden sposób poczuwać do odpowiedzialności. Dlaczego? A dlatego, że rabując pożydowskie mienie zachowywali się niegodnie, a przecież Polacy w czasie wojny zachowywali się godnie, z wyjątkiem jakichś marginalnych niejasnej proweniencji szmalcowników, więc jeśli już, to ci mieszkańcy Otwocka byli szmalcownikami, nie Polakami. Proste? Proste.
Gdyby zaś w tym czasie nosili ukrywającym się Żydom jedzenie, to znowu, puff!, w ich czynach Polska jaśniałaby w całym swoim tajemnym i wspaniałym blasku.

I tak samo: polscy członkowie PZPR wyganiają z Polski Żydów w 1968 roku i co, puff!, automatycznie z polskości się wyłączają i nic z Polską nie mają wspólnego, ponieważ zachowują się paskudnie, natomiast przedwojenna socjalistka i powojenna członkini tej samej PZPR Irena Sendlerowa, ratująca Żydów w czasie wojny, znowu puff! oczywiście jest polskości wcieleniem i kwintesencją i można sobie z niej zrobić polskości symbol i to polskości takiej, jaką sama zainteresowana raczej, zdaje się, brzydziła się głęboko.

I tak to się pięknie czarodziejsko toczy w tym czarodziejskim kraju, którego premier na serio może powiedzieć, że w 1968 roku Polski nie było. Puff!

Również inni internauci drwią z szefa rządu: „Jak według Morawieckiego za komuny nie było Polski, to dlaczego obchodzimy w tym roku 100 lecie niepodległości Polski? Może mi ktoś tę logikę wyjaśni, bo ja ze tępy!” – pisze jeden z nich. Inny zwraca premierowi uwagę na datę jego urodzenia – 1968 rok i pyta, w jakim kraju Morawiecki się w takim razie urodził.

Waldemar Mystkowski pisze o pannie Krysi.

Nawet Julia Przyłębska musiała ustąpić miejsca Krystynie Pawłowicz na okładce najnowszego numeru tygodnika Karnowskich „Sieci”, a przecież posłanka PiS nie została Człowiekiem Wolności. Wychodzi na to, że jest kimś lepszym, o czym mogą świadczyć gadżety, które na ilustracji Pawłowicz trzyma w rękach – zamiast tradycyjnego dla niej wachlarza japońskiego, dzierży miecz. Czyżby chodziło o to, że nie chce być już wcieleniem pisowskiego ninja płci żeńskiej, lecz jakąś Jedi z „Gwiezdnych wojen”, a może nawet księżniczką Leią?

Jednak miecz w jej rękach nie wygląda na świetlisty. Gdybyśmy założyli patriotycznie, iż Pawłowicz pozuje na Piastównę, bo zdaje się, że na kogoś podobnego jest wystylizowana posłanka w dobie serialu TVP „Korona królów”, to poleglibyśmy w konfrontacji z twardymi faktami. Mianowicie kobiety naszych pierwszych władców były porównywalne do królic – tak były płodne – i potrafiły trzymać miecz w dłoniach, a Pawłowicz trzyma narzędzie walki za ostrze – co jest zbrodnią na samym sobie – i jak prezes nie zostawi po sobie żadnego potomstwa.

Pawłowicz udzieliła Karnowskim wywiadu. O tyle jest on istotny, iż zwykle posłanka PiS jest awangardą „dobrej zmiany”, które swoje źródło mają w głowie prezesa. Pawłowicz nam wieści, co prezesowi się wykreowało pod siwą czupryną. A że zaraz wejdziemy w czas kampanii wyborczej, to prezes musi kombinować bardziej intensywnie niż zwykle, aby wygrać wybory za cenę ich skręcenia, gdyż jako Mojżesz swego ludu nie pozwoli na to, aby przed Trybunałem Stanu stanęły jego marionetki, czy to Andrzej Duda (wielokroć złamał Konstytucję) bądź Beata Szydło. Mateusz Morawiecki musi się trochę napracować, aby dorównać wymienionym.

Pawłowicz zapowiada, iż dojdzie do ostatecznego rozwiązania z niezależnymi mediami albo zostaną tak sparaliżowane, iż nie będą mogły krytykować władzy PiS. Gdyby jednak krytykowały geniusz Kaczyńskiego, to odebrana im winna być koncesja (Pawłowicz: – „Trzeba stosować środki takie jak ograniczenie lub cofnięcie koncesji, gdy łamane jest prawo”).

W głowie prezesa główny zamysł dotyczy tego, aby „by zmiany były nie do odwrócenia„, gdyż „potrzeba nam więcej kadencji”. Przekładając na język wprost: by PiS nie oddał władzy. A więc „nasza” pisowska winna być Państwowa Komisja Wyborcza i podległe partii Kaczyńskiego sądy, gdyby opozycji wpadło do głowy zaskarżyć wynik „ustalony” w PKW.

Nie łudźmy się – PiS nie odda władzy, nawet gdyby przegrało wybory. Kaczyński zabezpiecza się na najgorszą dla niego możliwość. Ba, walczy o swoje miejsce w historii, to jest zresztą jego główny motor działania pod koniec życia. O znaczeniu w historii narodu świadczą pomniki – i o to walczy prezes. Jacek Karnowski we wstępniaku właśnie im poświęca szczególną uwagę: – „A co do zapowiedzi PO, że pomniki zostaną rozebrane, to można z pełnym przekonaniem powiedzieć, iż stanie się odwrotnie”.

W tym kontekście patrzę na okładkę „Sieci” i pisząc o tych abnegatach intelektu, wysnuwam takie oto podejrzenie: Pawłowicz z mieczem w rękach może zastąpić warszawską Syrenkę. Warszawiacy mają czego się bać.

Post Navigation