Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Władysław Frasyniuk”

Schetyna musi odejść? Raczej nie, bo pomagamy Kaczyńskiemu

Wybory parlamentarne 2019. W kampanii patologię władzy, korupcję, jej afery ujawniały jedynie media. Nie słyszałem wyraźnych, mocno krytycznych słów ze strony polityków opozycji. Dlatego uważam, że w Platformie potrzebne są odważne zmiany i nowe przywództwo – wyniki wyborów komentuje Władysław Frasyniuk, legendarny opozycjonista z czasów PRL.

– Wstępne wyniki wyborów pokazały, że z naszej, czyli opozycyjnej strony nie było tak mocnej oferty, która zapewniłaby wygraną. Ale jak mogło być inaczej, jeśli to Olga Tokarczuk, laureatka Literackiej Nagrody Nobla, wygłosiła najbardziej porywające przemówienie w czasie tej kampanii wyborczej – mówi Władysław Frasyniuk.

Wybory parlamentarne 2019. Nobel dla Tokarczuk a wynik

Jak podkreśla Frasyniuk, nikt z opozycyjnych polityków nie mówił tak wyraźnie jak Tokarczuk o zagrożeniu demokracji w Polsce.

Dlatego głęboko wierzył, że słowa naszej wybitnej pisarki mogły wpłynąć na niższe poparcie niedemokratycznych partii.

– W kampanii patologię obecnej władzy, korupcję, jej afery ujawniały i pokazywały jedynie media. Nie słyszałem wyraźnych, mocno krytycznych słów ze strony najważniejszych polityków opozycji. Dlatego uważam, że w Platformie potrzebne są odważne zmiany i nowe przywództwo. W kontekście przyszłości widzę przestrzeń dla dwóch silnych formacji – liberalnej oraz lewicowej, które wspólnie będą w stanie odsunąć PiS od władzy – podkreśla.

I dodaje: – Źle wróży Polsce fakt, że do Sejmu mogą wejść posłowie Konfederacji. W tym przypadku nie mam cienia wątpliwości, że to Jarosław Kaczyński ze swoim nacjonalizmem uruchomił nacjonalizm, jak nową formę patriotyzmu, i stworzył przestrzeń dla tak nacjonalistycznych, podważających demokrację ugrupowań. Paradoksalnie kilka dni przed wyborami słyszałem głosy, że Konfederacja razem z partiami opozycyjnymi miałaby w koalicji odsunąć obecną władzę. Takie podejście źle świadczy o opozycji. Wstępne wyniki komentuję na gorąco, chwilę po ich ogłoszeniu, dlatego ciągle mam nadzieję, że one jeszcze się zmienią, że PiS będzie miał poparcie niższe niż 40 procent, a Konfederacja nie wejdzie do Sejmu.

Xerofas

Zakończyła się cisza wyborcza. Oto pierwsze, sondażowe wyników wyborów:

PiS – 43,6 proc.

Koalicja Obywatelska – 27,4 proc.

Lewica – 11,9 proc.

PSL – 9,6 proc.

Konfederacja – 6,4 proc.

Inne – 1,1 proc.

Wyniki exit poll Ipsos, źródło: TVN24.

Pracownia IPSOS, która przeprowadza badanie exit poll dla wszystkich stacji telewizyjnych, przedstawia następujący możliwy rozkład głosów w Sejmie.

Prawo i Sprawiedliwość – 239 mandatów

Koalicja Obywatelska – 130 mandatów

Lewica – 43 mandaty

PSL – 34 mandaty

Konfederacja – 13 mandatów

Większość zwykła w Sejmie wynosi 231 mandatów.

Jeśli potwierdzą się wyniki sondażowe, PiS utrzyma większość w Sejmie, choć patrząc na przemawiającego Jarosława Kaczyńskiego w sztabie PiS, dostrzec można było rozczarowanie, że jego partia nie będzie miała większości konstytucyjnej. – „Jeśli wynik sondażowy się utrzyma, przed nami kolejne cztery lata rządzenia, czeka nas refleksja nad tym, co się udało i nad tym, co spowodowało, że pewna część społeczeństwa uznała…

View original post 2 279 słów więcej

 

Tadeusz Cymański, Cymbalski

Tadeusz Cymański był gościem programu „Rzecz o polityce”. Reakcje na jego słowa.

Cymański o Kaczyńskim od 8 min

Depresja plemnika

Dwie sceny mogą być symbolem trzeciego roku rządów „zjednoczonej prawicy”. Konkretne do bólu. Policzek wymierzony przez funkcjonariuszkę obecnej władzy kobiecie domagającej się od prezydenta Dudy respektowania naszej konstytucji. I wyprowadzenie przez policję Władysława Frasyniuka w kajdankach z jego własnego domu.

View original post 4 890 słów więcej

 

Rydzyk z narodowcami wymodzą jakiś neofaszyzm

Wiele wskazuje na to, że skrajna prawica zamierza zwierać szyki. Zaufany człowiek ojca Tadeusza Rydzyka i główny rozgrywający partii Ruch Prawdziwa Europa – Mirosław Piotrowski, apeluje do Ruchu Narodowego, by wspólnie wystartować do nadchodzących wyborów.

Szef narodowców Robert Winnicki co prawda zastrzegł się w rozmowie z Wirtualną Polską, że zgodnie z ogłoszoną już deklaracją, do wyborów idzie razem z partią Wolność Janusza Korwin-Mikkego, ale…

„ … niezależnie od tego, mieliśmy z profesorem Piotrowskim spotkanie dotyczące startu ze wspólnej listy. Takie rozmowy się odbyły i jesteśmy w dobrym, życzliwym kontakcie. Wybory są w maju. To z jednej strony dużo, a z drugiej mało czasu” – powiedział w rozmowie z portalem. Obie strony wydają się w zasadzie skazane na współpracę. W przeciwieństwie do narodowców, Piotrowski  nie ma prawie żadnych terenowych struktur, narodowcy natomiast cieszą się wsparciem ojca dyrektora.

Zanosi się na poważny problem dla Prawa i Sprawiedliwości. Piotrowski bez ogródek krytykuje partię rządzącą. Ostatnio, w głośnym felietonie opublikowanym w Telewizji Trwam i Radiu Maryja, sugerował że kluczowe dla Polski decyzje są podejmowane poza granicami naszego kraju.

Depresja plemnika

Żeby uniknąć głosowania nad wotum nieufności, premier Morawiecki poprosił Sejm o głosowanie nad wotum zaufania. Opozycja, zgłaszając wniosek o wotum nieufności, nie miała oczywiście szans, by obalić premiera popieranego przez prezesa.

View original post 1 873 słowa więcej

PiS to spadkobiercy endeków. W Polsce odżywa haniebny projekt nacjonalistyczny

Gdyby transport polskich endeków wysadzić na bezludnej wyspie, zaczęliby kopać palmy w przekonaniu, że to przebrani Żydzi. Albo tropić Semitów we własnym gronie. Bez negatywu z garbatym nosem Polacy spod znaku Dmowskiego są jak pijane dzieci we mgle. Fragment nowej książki Macieja Zaremby Bielawskiego „Dom z dwiema wieżami”.

Ledwie zdążyli sami się policzyć, polscy aryjscy doktorzy, kiedy z zachodu wjechali jeszcze lepsi Aryjczycy i rozpędzili ich związek. Było ich wtedy 4 161, jedna trzecia ogółu lekarzy, członków ZLPP. W programie: rugowanie Żydów ze wszystkich fachów mających cokolwiek wspólnego z medycyną. Nie będzie im wolno pracować w aptekach, produkować stetoskopów, drukować podręczników ani recept.

W związkowym piśmie „Życie Lekarskie” doktor Ludwik Dydyński naucza, jak wytropić Żydów. Rejestr lekarzy, ku jego ubolewaniu, nie wyszczególnia rasy ani religii. Ale jeżeli ktoś nazywa się Weinberg, Rotberg, Rabinowicz albo Zelman, to sprawa jest oczywista. Także imiona mogą być wskazówką: Szymon, Bernard, Dawid. I, oczywiście, Aron albo Chana. Doktor Dydyński policzył ich wszystkich, od Poznania na zachodzie po Wilno na wschodzie. 4839. Cztery tysiące osiemset trzydzieści dziewięć osób, jedna trzecia ogółu lekarzy. Lecz przypuszczalnie jest ich więcej, wielu nosi dziś polskie nazwiska.

Na dwa tygodnie przed napadem hitlerowskich Niemiec na Polskę związek lekarzy wysyła dramatyczny apel do rządu: trzeba koniecznie zabronić żydowskim lekarzom przybierania chrześcijańskich imion! Jeżeli ktoś urodził się jako Alter, to nie ma prawa nazywać się Artur. Polscy pacjenci nie mogą być oszukiwani i szukać porad lekarskich u wroga. Związek lekarzy rozkleja plakaty: Oto prawdziwi polscy lekarze! Unikajcie innych! Zdarza się, że afisze są zrywane. Związek domaga się, aby policja położyła kres temu niszczeniu. Niestety są chrześcijańscy lekarze, którym brakuje patriotyzmu i którzy protestują przeciw nowym zasadom. Tych trzeba publicznie napiętnować. Ludzie muszą poznać nazwiska tych zdrajców.

Doktorzy zamieszczają w swoim piśmie ogłoszenia: „Doktór Alkiewicz poszukuje kolegi współpracownika, nieżonatego, Aryjczyka”.

Poświęcam temu trochę miejsca, bo opowiadam nowość. Gdy rozpytuję polskich historyków, żaden o tym nie wie. „Związek lekarzy? Paragraf aryjski? Jest pan pewien? Czemu nikt wcześniej o tym nie napisał?”

Ktoś spytał, czy widziałem to czarno na białym. Tak, lecz nie było to łatwe. Na stronach Biblioteki Narodowej są wszystkie kolejne statuty związku lekarzy, z wyjątkiem akurat tego, z 1937 roku. Aby przeczytać to czarno na białym, trzeba pojechać do Warszawy, wypełnić formularz i zaczekać, aż sprowadzą rarytas z piwnicy. We własnym rysie historycznym związku nie wspomina się o sprawie ani słowem. Nikogo jednak nie można oskarżyć o fałszowanie historii. Dziejopis pomija wszystko, co zaszło w latach 1937–1939.

Żaden prawdziwy antysemita nie mógł być zadowolony ze związkowej definicji „żyda”. Najpierw pisano niedbale: Członkiem ZLPP nie może być lekarz żyd. Oczywiście zaczęły się dyskusje, jak to należy rozumieć. Skończyło się na: Członkiem związku może być tylko lekarz chrześcijanin z urodzenia, być może najoryginalniejszej definicji w historii antysemityzmu, nie do przyjęcia ani dla mistyków krwi, ani dla chrześcijan. Dla tych pierwszych zbyt lekko traktuje rasę, dla drugich podważa sens chrztu. Jezus nie miałby wstępu do związku polskich lekarzy, bo nie urodził się niestety katolikiem. Niezależnie od tych logicznych usterek, czy może właśnie dzięki nim, definicja była strzałem w dziesiątkę: dotknęła co trzeciego polskiego lekarza.

*
Czytam z rosnącym poczuciem absurdu. Odrodzona Polska stoi u progu lat dwudziestych zeszłego wieku przed gigantycznym problemem. Trzy zabory, które przez przeszło sto lat były od siebie oddzielone, każdy z własnym systemem szkolnictwa, językiem urzędowym, walutą, gospodarką i systemem prawnym, należy scalić w jeden kraj. Nowo wytyczone granice amputują dawne rynki – a na nowych drogi biegną w złą stronę. Są kopalnie i są stalownie, ale nie łączy ich kolej. Prawo cywilne jest w chaosie, pięć różnych systemów działa równolegle. Mieszkańców Kalisza obowiązuje ślub kościelny i zakaz rozwodów, trzydzieści kilometrów dalej na zachód ważny jest tylko ślub cywilny. Co trzeci obywatel w nowym kraju nie umie czytać ani pisać, co piąte dziecko umiera w kołysce. Co nie powinno dziwić, bo kraj cierpi na dramatyczny brak lekarzy. Ale co druga gazeta utrzymuje, że głównym obowiązkiem Polaka jest tak obrzydzić życie co trzeciemu doktorowi, żeby z Polski uciekł.

*
„HAMAS, HAMAS, JUDEN AUF DEN GAS!”, skandują kibice piłki nożnej podczas meczu w Warszawie w kwietniu 2011 roku. Siedemnastu z nich rozpoznano na zdjęciach i zostali skazani. Z przesłuchań:

Magazynier: Nie znam historii Żydów. Nie zastanawiałem się, po co to się krzyczy na meczu. Śmiałem się z tego.

Student uczelni technicznej: Z hasła „Hamas…” nie rozumiem dwóch pierwszych słów. Jak krzyczałem, domyślałem się, co znaczy „gas”. „Juden” nie było mi znane. Nie robiłem hitlerowskiego pozdrowienia, tylko coś pokazywałem.

Uczeń technikum informatycznego: Wiem, że Żydzi byli mordowani w komorach gazowych. Skandowałem przeciwko kibicom Widzewa. Kojarzą się oni w środowisku kibiców jako klub żydowski, nie wiem dlaczego. Nie wiedziałem, że to przestępstwo.

Fryzjer: Wiem, co znaczy to hasło, ale krzyczała cała trybuna. Krzyczałem: „Humus”. Nie chciałem, żeby ktoś zauważył, że nie dopinguję drużyny.

Student politologii:  Nie rozumiałem, bo to było po niemiecku.

Bezrobotny elektryk: Wiem, co znaczy „Hamas, Hamas…”, to „Żydzi do gazu”. Nie jestem rasistą. Nie wiem, dlaczego krzyczałem. Wszyscy to krzyczeli.

Fizjoterapeuta: Dałem się ponieść emocjom. Zrobiłem to nieświadomie.

Zawodowy żołnierz: Łódź była traktowana jako żydowskie miasto. Jak ktoś zapowiada doping, to krzyczę.

Wśród skazanych są także magister historii, pracownik sądu i dwaj prywatni przedsiębiorcy. Odmówili składania zeznań. Prokurator nie spytał, czy którykolwiek z nich widział kiedyś Żyda. Chyba dlatego, że z góry znał odpowiedź.

*
Śni mi się, że popełniam fatalną pomyłkę. Zapałałem sympatią do chłopca, chociaż wiem, że nie powinienem. Jest uroczy, ale jego uśmiech powinien był mnie ostrzec. Wraz z nim wdzierają się potwory. Mrówki, wielkie jak szczury, przysysają się do mego ciała. On stoi i przygląda się, nieporuszony. Tak jakby chciał powiedzieć: Dziwisz się? Udaje mi się pozrywać mrówki, ale pozostawiają otwory w skórze. Z niektórych wystają jakieś nici. Z innych coś, co wygląda na robaki. To obrzydliwe, wyciągam je, w bólu jest nuta zmysłowej rozkoszy, tak jak przy wyciąganiu szwów. Największy ma sześć metrów długości. Gdy już się od nich uwolniłem, moje ciało jest pełne wydrążonych kawern i korytarzy, jak gniazdo termitów.

*
„Polski antysemityzm”, tak należy mówić. Nie „antysemityzm w Polsce”. Zupełnie własna paranoja, uszyta na miarę dla Polski. Ekstremalnie odporna na zużycie. Przeżywa, jak się okazuje, w każdych warunkach, nawet bez Żydów. Tak dopasowana, że musiała powstawać w laboratorium.

Nazywał się Roman Dmowski, nasz polski Frankenstein. W grudniu 1919 roku odrodzona Polska ma rok. W Londynie John Maynard Keynes pisze książkę o Europie po wielkiej wojnie. Nie wierzy, że nowej Polsce uda się przetrwać zbyt długo. „Polska to gospodarcza niemożliwość, w której jedyny przemysł to judzenie przeciw Żydom”.

John Maynard Keynes jest niesprawiedliwy, a oprócz tego nie ma racji: istniało wiele innych gałęzi gospodarki. Jednak Keynes spotkał Romana Dmowskiego i mógł odnieść wrażenie, że sensem wolnej Polski było, aby Polacy mogli poniewierać swoje mniejszości bez wtrącania się obcych. Keynes nie był w tym odosobniony. Brytyjski minister Robert Cecil uznał ataki Dmowskiego na Żydów za „odrażające” (repugnant). Pisarz Gilbert Keith Chesterton zapamiętał tylko jedną replikę z rozmów z polskim politykiem. „Żydzi zabili naszego Jezusa”. Brzmiało to, jakby Jezus był Polakiem. Czechosłowacki Edvard Beneš dziwił się, że reprezentant Polski nieomal chełpi się swoimi przesądami.

Mawia się, że historia to suma zdarzeń, z których każdego można było uniknąć. Czemu los musiał wysłać do Wersalu najzdolniejszego z polskich antysemitów, choć tylu było głupich, a jeszcze więcej ani takich, ani takich?

W mojej fantazji Dmowski nie dojeżdża do Paryża. Podobno często chorował w dzieciństwie, choroba mu się odnawia. Sanatoryjne łóżko, exitDmowski. Ktoś inny w naszym imieniu podpisuje traktat wersalski, zabezpiecza granice, zostaje bohaterem narodowym i dożywotnim mężem opatrzności. Dmowski zostaje w cieniu, polski antysemityzm niczym się nie wyróżnia, my zostajemy w Polsce i ta książka nie zostaje napisana.

„Antysemita to osoba nienawidząca Żydów bardziej niż to konieczne”, mówi żydowskie porzekadło. Gdy Roman Dmowski wkracza na scenę około 1890 roku, ludzie z terenów, które kiedyś były Polską, mogą mieć wiele powodów, aby krzywo patrzeć na Żydów. Księża – z troski o swoje zbawienie. Szewc – bo buty Abrama lepiej się sprzedają. Chłop – gdy wyliczył, ile mógłby dostać za żyto, gdyby pośrednik Szymon nie wziął swego. W mieście pan hrabia Kociubiński jest zblamowany w towarzystwie, ponieważ wpuścił Singera do salonu, ale od kogo miałby pożyczać? Nie zapomnijmy też o cierpieniach duchowych: poety wyśmianego przez krytyka z haczykowatym nosem i kuracjusza w uzdrowisku, którego spokój zakłóciła banda hałasujących parweniuszy. „Widać, jak rozmawiają i słychać, jak jedzą!”

Taka jest socjologia w kraju, który przez pięć wieków przyjmował Żydów, ale odmawiał im dostępu do własności ziemskiej, urzędów i cechów. Ale właśnie dlatego, że ludzie nie lubią Żydów z tak różnych powodów, da się żyć. Zawsze się znajdzie ktoś przyjazny czy potrzebujący żydowskich usług. Najprzyzwoitsi są, Bogu dzięki, ci najmożniejsi. To ziemianie, potrzebujący Żydów, aby brali w pacht ich majątki i sprzedawali ich pszenicę.

Stawianie kwestyi żydowskiej, jako całości, ma ten skutek, że się o niej tak traktuje, jakby chodziło o to, czy żydów zasymilować, czy wypędzić lub wymordować. Tymczasem o to chodzić nie może, bo żadne z tych rozwiązań nie leżałoby w naszej mocy, chociażby było najbardziej pożądane. Traktując rzecz realniej, trzeba przyjąć istnienie pewnego odsetku ludności żydowskiej w naszym kraju jako fakt, a wszelkie zagadnienia społeczne i polityczne ztąd wynikające rozpatrywać możliwie przedmiotowo, wyprowadzając z ich oceny wskazania praktyczne, niezależnie od sympatyi lub wstrętu do zakrzywionych nosów i odstających uszów.

Czytam człowieka, którego nauki zrobiły ze mnie uchodźcę, i jestem zdumiony. W jego myśli nie ma porządku. Czasami Żydzi są obcą rasą, czasami tylko kulturą albo religią. Jest w jego antysemityzmie coś wymuszonego. Nie brzmi jak prorok nienawiści, raczej jak księgowy z zatwardzeniem. Bez polotu, bez werwy. Kiedy dochodzę do połowy jego dzieła, nie jestem przekonany o przebrzydłości Żydów, za to pojmuję, że powinienem być, by móc nazywać się Polakiem. I zaczynam rozumieć, że to nie Żydzi są największym problemem Dmowskiego. To Polacy. Jest nas o wiele za mało.

To szczególny gatunek, szukanie najgłębszych motywów antysemity. Czarna pedagogika? Może jakaś trauma z dzieciństwa? Szkodliwa młodzieńcza lektura? Albo coś, co wyłącznie uczniowie Freuda mogliby wyjaśnić? W przypadku Dmowskiego to zbędne pytania. Cechą szczególną jego żydowskiej paranoi jest to, że da się ją zrozumieć także bez namiętności. To nie obsesja jak u Hitlera, nie kategoryczny wniosek jak u Gobineau, nawet nie chrześcijański obowiązek. Dmowski wprawdzie oskarża Żydów o ukrzyżowanie Jezusa, ale sam nie jest chrześcijaninem. To Karol Darwin jest jego prorokiem.

Mamy rok 1901. W Paryżu grają groteskę Alfreda Jarry’ego o królu Ubu, który rządzi „w Polsce, czyli nigdzie”. Minęło sto lat, odkąd królestwo polskie znikło z mapy. Dziadek Izaak rodzi się jako poddany austriacki, tata jako rosyjski, a miasto, w którym ja mam się urodzić, należy do Prus i sprawia wrażenie przedmieścia Berlina: ciężka architektura, solidni rzemieślnicy i wysprzątane ulice.

Ale teraz władza cesarska wszędzie drży w posadach i zaczyna kiełkować nadzieja. Wśród Serbów i Polaków, Litwinów i Estończyków, Słoweńców i Słowaków, Rusinów i Czechów, Chorwatów i Węgrów, i wszystkich innych, którzy albo stracili, albo nigdy nie mieli własnego państwa, z flagą, orderami, teatrem narodowym, znaczkami pocztowymi, uniwersytetem, walutą i własnym królem, albo przynajmniej prezydentem.

Tak pisać nie wypada. Przepraszam wymienione narody. Chodziło wszak o samostanowienie, o język ojczysty i nazbyt długo negowaną odrębność. O demokrację nawet. Ale jak wielu jest w granicach dawnej Polski takich, co marzą o własnym państwie? Którzy potrafią napisać Szczebrzeszyn, noszą żałobę w rocznice przegranych powstań i mówią „pobiliśmy Turka” o bitwie pod murami Wiednia w 1683?

Mniej więcej co dziesiąty, odpowiadają historycy. Gdy sto lat temu spytało się chłopa o przynależność, to mówił „tutejszy” i wymieniał nazwę swojej wsi, w najlepszym razie parafii. A Polacy? „Nie ma ich w domu, panie. Państwo pojechali do miasta”.

„Polacy” to prawie wyłącznie potomkowie ziemiaństwa, jedynej klasy uprawnionych w rzeczypospolitej szlacheckiej. Dziadek Władysław należy do tego małego narodu. Jest wprawdzie tylko konduktorem kolei transsyberyjskiej, lecz jego polskość jest solidnie zakotwiczona w późnym średniowieczu. Nad kominkiem wiszą na pewno pordzewiałe szable. Nie jest jasne, kiedy i jak rodzina straciła majątki. Złośliwcy twierdzą, że przegrano je w karty. W najlepszym razie zostały skonfiskowane za polskie rebelie. Lecz trudno sobie wyobrazić, aby ludzie z Bielewa ronili łzy, kiedy dziedzica Bielawskiego wieziono na Syberię. Polska nie była ich sprawą i być nią nie mogła. Niewolnicy nie mają ojczyzny, a to niewolnicy, dopiero co wyzwoleni, byli ludem w tej części świata. Pańszczyznę zniesiono, gdy dziadek był nastolatkiem, w roku 1864.

Do czego zmierzam? Do tego, że w roku 1901 Roman Dmowski jest narodowcem bez narodu. Lub, dokładnie rzecz biorąc, z malutkim, rozpuszczonym w morzu analfabetów mówiących pięcioma językami. Z tych dwudziestu milionów, które żyją w obrębie dawnych granic Polski, może ze dwa miliony to Polacy, w tym sensie, w jakim od ponad dwustu lat każdy smolandzki parobek czuł się Szwedem.

Jak sprawić, aby na poły zruszczeni warszawscy urzędnicy, śląscy lokalni partrioci z Beuthen, krakowscy kupcy wierni cesarzowi czy muzułmańscy Tatarzy (jak Buczyńscy, antenaci Charlesa Bronsona), przyjęli do wiadomości, że są w pierwszym rzędzie Polakami, dumnymi spadkobiercami królestwa, które ich przodkom odmawiało wszelkich praw? Jak sprawić, aby parobek poczuł, że dzieli los z dziedzicem, lecz nie ze szwagrem, który gada po białorusku i żegna się na opak?

Tako rzecze Roman Dmowski:

Nie wiesz sam, kim jesteś, magistrze Dobrowolski, służąca Jadwigo, szewcze Gontarzu… Ale masz pewnie problem z jakimś Żydem? No, zdarza się – kto nie ma… Więc jesteś Polakiem! Czy te przybłędy nie panoszą się od wieków w kraju, który jest nasz? Kiedyś zwali się Szmul i pasożytowali na tym, co zebrałeś z pola, dziś nazywają się Słonimski i wyśmiewają twoje wiersze w swoim plugawym piśmie. I jest gorzej, niż sądzisz: trzymają sztamę i knują przeciw nam, Żydzi stoją za Stalinem i Żydzi stoją za Hitlerem. I za Haroldem Wilsonem, który zmusił Polskę, by zapisała w konstytucji poszanowanie dla mniejszości. Żeby osłabić nas, rzecz jasna. Dlaczego nas nienawidzą? Czy to nie oczywiste? Bo jesteśmy szlachetni, wielkoduszni i uczciwi, jesteśmy ich przeciwieństwem. Oni nie są Polakami i nigdy nie będą, nawet jeżeli niektórzy udają. Nie, oni mają inny plan. Najpierw wezmą Warszawę, potem wezmą Berlin. A do tych z was, którzy jesteście katolikami: Oni zabili naszego Jezusa!

Tak rozumiem antysemityzm Romana Dmowskiego. Jako projekt integracyjny. John Maynard Keynes może nie całkiem błądził, określając to jako przemysł. Mógł dodać: do produkcji „prawdziwych Polaków”.

Nie jest prawdopodobne, aby Hitler czytał Dmowskiego, chociaż tak mogłoby się zdawać. Podstawową tezę w Mein Kampf, że prawo dżungli jest w stosunkach między narodami prawem najwyższym, nasz narodowy bohater głosi, kiedy mały Adolf jeszcze chodzi do szkoły. W roku 1903 Dmowski ustala to, co po dziś dzień stanowi credo polskich narodowców: że Polak może sobie jeść nożem i widelcem, używać czystej bielizny i słuchać Chopina. Jesteśmy wszak Europejczykami. Lecz gdy natkniemy się na inny sort, to mamy postępować tak jak pawian, gdy spotka szympansa. Bo między plemionami (tak, Polacy są plemieniem) obowiązuje prawo Darwina. „Jesteśmy Polakami i chcemy Polski przede wszystkim dla siebie, chcemy wtedy nawet, gdybyśmy tą Polskę mieli mieć tylko ze szkodą dla wolności ludów i dla postępu, dla cywilizacji i sprawiedliwości społecznej”, głoszą jego uczniowie w „Przeglądzie Wszechpolskim”.

Nieszczęściem Polaka jest, według Dmowskiego, jego kobieca natura. Miękkie serce i słabość do pięknych słówek. Wiara w cywilizację. Wspaniałomyślność i szlachetne gesty. Ogłada i liberalizm. Lecz czym jest humanitaryzm? Oznaką słabości. Tolerancja? Dobra dla pięknoduchów, ale zabójcza dla nacji. Jeśli ma powstać Polska, musimy wpierw nauczyć się deptać inne narody. Rozejrzyjcie się wokół po świecie, czy to nie o to chodzi? Drodzy rodacy, wstyd wam, że życzycie sobie, aby spłonął tartak Abrama i żeby sędzia Izaak Wilhelm skręcił kark. Zawiść, myślicie, to nie po chrześcijańsku. Ale mylicie się! To nie są niskie uczucia. Czujecie patriotyzm, troskę o własny naród!

Jeśli ją obrać z wszelkich dekoracji, myśl Dmowskiego można sprowadzić do następującej tezy: ponieważ jeszcze jesteśmy za słabi, by wierzgać w górę, przeciwko imperiom, wierzgajmy w dół, przeciw mniejszościom, to nabierzemy przynajmniej pewnej wprawy w walce o byt, a przy okazji staniemy się trochę bardziej polscy.

Najoryginalniejsze w antysemicie Dmowskim jest jego uznanie dla żydowskiej kultury. W porównaniu z nią kultura polska jest taka krucha i niepewna siebie samej, że nie znosi bliskości żadnej innej, a już na pewno takiej starej i zahartowanej jak żydowska. Jeżeli Polak ma mieć szansę, by urosnąć, musi zamarynować się we własnym sosie. Bez Żydów, ale też w bezpiecznej odległości od tych, co mówią językiem Tołstoja czy Goethego. Lepiej, by polskie wiejskie dzieci w ogóle nie umiały czytać, niż gdyby miały czytać po rosyjsku, głoszą wyznawcy Dmowskiego.

W uszach wielu brzmiało to oczywiście skandalicznie. Narodowy egoizm, to takie niepolskie, obskuranckie, zupełnie obce naszym tradycjom… I takie niechrześcijańskie! Lecz co, jeżeli właśnie to pogańskość jest najbardziej nęcąca, i wtedy, i teraz?

Jest coś z onanizmu w studiowaniu filozofii nienawiści. Człowiek odnotowuje absurdy, obśmiewa fantazmaty i delektuje się pogardą dla klienteli autora. Żydzi za Stalinem – to może jeszcze ludzie kupią. Ale ile głupoty trzeba, by uwierzyć, że to Żydzi manipulują Hitlerem?

Co za nieporozumienie. Dmowski nie dostarcza ideologii. Dmowski udziela rozgrzeszenia. Sumienie, które potrzebuje ukojenia, nie wymaga logiki ani konsekwencji. Partia Dmowskiego obiecuje wypędzić trzy miliony Żydów, co trzeciego mieszkańca miast. Ile sklepów, młynów, biur adwokackich, gospód, gabinetów lekarskich, gorzelni, mieszkań, warsztatów, kredensów i straganów muszą po sobie pozostawić? Każdy to sobie może wyobrazić, także ci, którzy nie umieją napisać „mojżeszowy”.

Istnieje jakiś inny naród, który ma podobnie? Którego niemal całe narodowe skrzydło, by móc się samookreślić, musi odbić się od „żydowskości”? Po dziś dzień „prawdziwy Polak” nie może chwycić za pióro, nie myśląc zaraz o Semitach, ponieważ polskość jego tekstu wynika z tego, że jest nieżydowski. Wolny od paradoksów, przyziemny, stateczny, pełen szacunku dla przodków. Lecz przede wszystkim platoniczny. „W poezji poznaje się żydów po tym, że wszystkie ich metafory są mięsiste, wilgotne, lepkie, soczyste, woniejące, smakowite”, ustalił już w latach trzydziestych ubiegłego wieku Zygmunt Wasilewski, wyrocznia narodowców w sprawach poetyki.

Niewiele tego na tożsamość, być negatywem fantazmatu. Szczególnie trudno być anty-czymś, czego już nie ma. I trochę niewygodnie, kiedy się pomyśli, jak i dlaczego to zniknęło. Ale nic na to nie poradzisz. Gdyby transport polskich endeków wysadzić na bezludnej wyspie, zaczęliby kopać palmy w przekonaniu, że to przebrani Żydzi. Albo tropić Semitów we własnym gronie. Bez negatywu z garbatym nosem Polacy spod znaku Dmowskiego są jak pijane dzieci we mgle.

Fe, ależ jestem niesympatyczny.

*
Fragment książki Macieja Zaremby Bielawskiego „Dom z dwiema wieżami”

Tusk: „Grzechy, głupota obecnie rządzących mogą nas naprawdę wiele kosztować”

Depresja plemnika

W piątek przed północą poinformowano o tym, że rząd i narodowcy doszli do porozumienia w sprawie organizacji wspólnego marszu w setną rocznicę odzyskania niepodległości. Do działań obu stron w tej sprawie krytycznie odniósł się Władysław Frasyniuk.

To już pewne. W niedzielę 11 listopada we wspólnym marszu pójdą rządzący oraz narodowcy. Inicjatywa to efekt rozmów obu stron, która kończy kilkudniowe zamieszanie związane z organizacją obchodów. Zachowanie rządu i Stowarzyszenia Marsz Niepodległości skrytykował w rozmowie z TVN24 Władysław Frasyniuk, który stwierdził, że „profesjonalizmu w tych uroczystościach w ogóle nie ma”. – Ze zdumieniem dowiedziałem się, że narodowcy rozmawiali siedem razy z marszałkiem Senatu i ministrem Brudzińskim w sprawie wspólnej organizacji marszu – dodał.

„Znika nam z oczu to wielkie święto”

Były opozycjonista odniósł się także do udziału w marszu głowy państwa. – Wierzę w to, że Andrzej Duda zrobi sobie zarąbiste selfie z jakimś faszystą w kominiarce. Czekam bardzo na takie selfie –…

View original post 4 642 słowa więcej

Rydzyk już się nie nauczy języka polskiego. Za późno dla niego

– Kiedy usłyszałem informację o tym, że prezydent Warszawy zakazała Marszu Niepodległości, poczułem się tak, jakby naród dostał nóż w plecy – powiedział o. Tadeusz Rydzyk, komentując decyzję Hanny Gronkiewicz-Waltz. – To jest jakaś pogarda dla patriotów, pogarda też dla tych młodych ludzi, którzy są nadzieją, są patriotyczni, którzy kochają Polskę – ocenił.

Hanna Gronkiewicz-Waltz w środę po 14.00 na konferencji prasowej poinformowała, że wydała zakaz organizacji Marszu Niepodległości w Warszawie.

Decyzję prezydent Warszawy z aprobatą przyjęli politycy Platformy Obywatelskiej, jednak nawet w szeregach opozycji znalazły się głosy krytyczne.

Krytycznie o zakazie organizacji Marszu Niepodległości wypowiedział się o. Tadeusz Rydzyk, założyciel i dyrektor Radia Maryja. Decyzję Hanny Gronkiewicz-Waltz nazwał „zaskakująco” i „delikatnie mówiąc brzydką”.

– Poczułem się tak, jakby naród dostał nóż w plecy. W takie święto, 100 lat od odzyskania niepodległości i nóż w plecy. To jest jakaś pogarda dla patriotów, pogarda też dla tych młodych ludzi, którzy są nadzieją, są patriotyczni, którzy kochają Polskę – stwierdził o. Rydzyk, cytowany przez stronę internetową Radia Maryja.

– Zamiast pomóc tej młodzieży, nawet jeżeli ktoś się z nimi nie zgadza, to rozmawiać na argumenty – argument prawdy, poszanowania drugiego człowieka, naszej historii, miłości, a nie w ten sposób. Dla mnie to jest niewyobrażalne – powiedział.

– Zaraz mi się skojarzyły zabory. Kto tu chce zawładnąć nami? Zaborcy tak postępowali – dodał redemptorysta.

– Bądźmy mądrzy, odważni, ale rozważni i dalekomyślni – zaapelował. – Nie dajmy się też sprowokować, bo widać, że są przeróżne prowokacje. Cały czas chcą nas zniszczyć. W tej chwili kojarzy mi się czas komunizmu. Jak coś się budziło w Polsce, to zaraz było to niszczone. Ile było takich oddolnych rewolucji w czasie komunizmu? Zawsze to niszczyli. Teraz nie należy wykluczać działań z zewnątrz, z różnych stron globu, ale i wewnątrz. Jest to brak sumienia, patrzenie na koniec własnego nosa, na własne ego i pycha, a to jest w sumie głupota. To jest nóż w plecy i pogarda – przekonywał o. Tadeusz Rydzyk.

Nitras do Mazurek: Wróciłem wczoraj wieczorem z USA. Nie uczestniczyłem w posiedzeniu Sejmu, ale to nie przeszkadza wam mnie karać. Lekarz by się przydał

 

Depresja plemnika

„Wolność zgromadzeń pełni doniosłą rolę w demokratycznym państwie prawa, prawo do zgromadzeń jest chronione konstytucją” – powiedział w uzasadnieniu orzeczenia sędzia Michał Jakubowski. Dodał, że decyzja o zakazie „jest możliwa po starannym zbadaniu sprawy i musi zawierać przekonujące uzasadnienie”. Jak podkreślił sędzia, Gronkiewicz-Waltz nie uprawdopodobniła, że w związku z marszem może dojść do zagrożenia życia, zdrowia i mienia w znacznych rozmiarach, a to była główna przesłanka wydanego zakazu. Stronom przysługuje zażalenie do sądu apelacyjnego w ciągu 24 godzin. Sąd apelacyjny rozpoznaje zażalenie w ciągu 24 godzin od złożenia pisma.

Marsz narodowców czy państwowy?

Prezydent stolicy Hanna Gronkiewicz-Waltz wydała decyzję o zakazie organizacji Marszu Niepodległości w środę. Demonstracja organizowana jest przez Stowarzyszenie Marsz Niepodległości, współtworzone przez m.in. przez Młodzież Wszechpolską, Obóz Narodowo-Radykalny i Ruch Narodowy.

„Warszawa dość już wycierpiała przez agresywny nacjonalizm” – tłumaczyła prezydent Warszawy. Dodała, że w czerwcu skierowała pismo do szefa MSWiA Joachima Brudzińskiego w sprawie wspólnego zabezpieczenia uroczystości organizowanych w Warszawie 11 listopada. Pismo to zostało zignorowane.

Orzeczenie sądu o uchyleniu zakazu jeszcze bardziej komplikuje…

View original post 1 547 słów więcej

Komediant Duda

>>>

Wystarczy pierwsza z brzegu wypowiedź prezydenta państwa, żeby wyszedł kabaret…

…tak trafnie podsumował internauta najnowszą akcję promocyjną radia TOK FM która ma zachęcić do słuchania audycji na różnych urządzeniach. Głównym jej elementem – pod hasłem „Kimkolwiek jesteś” – jest właśnie spot parodiujący wystąpienie prezydenta Andrzeja Dudy.

Oto widzimy aktora, przypominającego wyglądem i gestykulacją głowę państwa, który zapewnia, że w różnych sposób i różnych codziennych sytuacjach słucha Radia TOK FM.

„Ja państwu powiem, że ja słucham cały czas. Naprawdę. Ja cały czas słucham. Bez przerwy. Ja słucham w mieszkaniu, ja słucham w samochodzie, kiedy jadę, ja słucham w samolocie, kiedy lecę. Jak nie słucham tego, co nadają na żywo, to słucham tego, co już było. Słucham podcastów, ja cały czas słucham. Nowe odcinki… Ja powiem państwu, że cały czas słucham radia TOK FM” – tłumaczy, zachęcając do odbioru nie tylko za pośrednictwem tradycyjnych odbiorników, ale także przez komputery oraz aplikację mobilną na telefony komórkowe.

W ten sposób aktor nawiązuje do słynnej wypowiedzi Andrzeja Dudy w listopadzie ubiegłego roku w czasie wystąpienia na Uniwersytecie Rzeszowskim. Prezydent opowiadał wtedy, że „cały czas się czegoś uczy”.

Spot spotkał się z aplauzem internautów: „To jest mega! Niezła parodia!”, „Ot, czasy…Wystarczy wziąć pierwszą z brzegu wypowiedź prezydenta państwa, żeby wyszedł kabaret” – komentują.

O kurduplach PiS, którzy zmniejszają Polaków

>>>

>>>

„Represje się zaczynają, wywalają na zbity pysk wszystkich tych, którzy mają odwagę pielęgnować w sobie wolność i z tej wolności nie tylko korzystać, ale publicznie ją głosić” – to komentarz Władysława Frasyniuka o postępowaniu dyscyplinarnym wobec sędziów Bartłomieja Przymusińskiego i Igora Tuleyi za krytykę nowej KRS i „reform” obecnej władzy. – „To kolejny sygnał dla liderów partii. Przecież nikt z was, panie i panowie, będący w polityce, nie ma wątpliwości, że KRS nie jest KRS-em, tylko jest egzekutywą Ministerstwa Sprawiedliwości. Bój toczy się o to, żeby biuro polityczne Ministerstwa Sprawiedliwości osadzić w Sądzie Najwyższym” – dodał w TVN24.

Frasyniuk uważa, że bez państwa prawa nie ma wolności. Jego zdaniem, PiS prowadzi Polskę w stronę rozwiązań węgierskich. – „Parlamentarzyści powinni głośno krzyczeć, że Polska z lidera liberalnej demokracji staje się krajem totalitarnym” – apelował.

Były opozycjonista jako dobry ruch określił przystąpienie ugrupowania Barbary Nowackiej do Koalicji Obywatelskiej. – „Podjęła racjonalną decyzję. Wszystkim tym, którzy to krytykują, przypominam, że od trzech lat przegrywamy. Z roku na rok tracimy wszystko i należy się zreflektować, zresetować i zastanowić się, w jaki sposób zastopować to zawłaszczanie państwa”. W tym kontekście zaapelował do Roberta Biedronia, który od pewnego czasu atakuje KO: – „Twój pomysł na to, żeby nabrać głęboko powietrze w płuca i doczekać do lutego, pachnie śmiercią. Drogi Robercie, nie przeszkadzaj!”.

„Jestem przekonany, że jako przewodniczący Rady, mieszkaniec Czarnego, nie mogę dopuścić do tego, żeby bezkarnie tego typu epitety były formułowane do mieszkańców. Pozew został napisany, zostanie złożony” – powiedział Adam Breska, przewodniczący Rady Miejskiej w Czarnem w Pomorskiem. Samorząd Czarnego w sądzie domagać się będzie przeprosin w lokalnej telewizji i w prasie oraz przekazania określonej kwoty na cele społeczne.

W kwietniu podczas spotkania z mieszkańcami miasta Piotr Szubarczyk z Biura Edukacji Publicznej gdańskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej w skandaliczny sposób „przekonywał” ich do poparcia budowy pomnika Żołnierzy Wyklętych. Jego zachowanie w artykule „Pracownik PiS-owskiego IPN do uczestników spotkania: „Swołocz, kanalie, je**ł was pies”.

Wcześniej skargę na jego zachowanie do IPN złożył Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych. – „Oto niewiarygodny pokaz arogancji urzędnika państwowego, któremu wszystko się pomieszało. Przyjeżdżając do niewielkiej miejscowości, uznał siebie za kogoś lepszego, „władzę” na wzór szlachetki spoglądającego z wyższością na niepiśmiennych chłopów. Tymczasem to mieszkańcy Czarnego są de facto jego pracodawcami. Jego pensja pochodzi m.in. z ich podatków” – napisano na Facebooku Ośrodka. Piotr Szubarczyk został ukarany pisemną naganą.

Waldemar Mystkowski pisze o zmniejszaniu Polaków przez PiS.

Za sprawą partii Kaczyńskiego Polak już nie brzmi dumnie.

Polacy w czasie komuny nie cieszyli się najlepszą sławą w Europie, a przede wszystkim w USA – mówiono na nas Polaczek. W Polsce są dowcipy o blondynkach, w Stanach były o Polaczkach. Polacy byli blondynkami w kawałach, co autentycznie nas wkurzało, jak niejedną inteligentną blondynkę. Udało nam się wyzwolić z tego stereotypu, awansowaliśmy najpierw na hydraulików, a wreszcie na pełnoprawnych Europejczyków, zwłaszcza że jeden z pośród nas został szefem Rady Europejskiej.

I od tego chyba zaczęło się nieszczęście, polskie qui pro quo, polskie piekiełko, bo dorwała się do władzy partia takiej blondynki i nas zglajchszaltowała, wyrównała do małych, niedojrzałych, kłótliwych. Za sprawą partii Kaczyńskiego Polak już nie brzmi dumnie, ale podejrzanie. Polak to coraz mniej wartościowy obywatel Unii Europejskiej. Kaczyński i jego podwładni wykluczają nas z europejskiej wspólnoty, pracują nad tym, aby nas umniejszyć, sprowadzić do swego wzorca ksenofoba, do zaścianka, do zabitej dechami krainy rechrystianizacji.

Oto Europejczyk pełną gębą Bronisław Geremek – wg dyrektora Biura Upamiętniania Walk i Męczeństwa z IPN -nie zasługuje, aby na tablicy jemu poświęconej widniał właściwy mu rzeczownik „Europejczyk” i określenie „współtwórca demokratycznej Polski”. To ostatnie ma być zastąpione „aktywny uczestnik przemian”. Tak mali ludzie wyrównują rachunki swojego braku talentu, równają najlepszych do swojej małości. Przeciw tej małości protestuje 32 byłych ambasadorów RP. Ingerencję dyrektora z IPN Adama Siwka w oświadczeniu nazywają podobnie jak ja tutaj: „Próbę ingerencji w treść tekstu uważamy za małostkową manipulację i za działanie haniebne”.

Ten zjazd w dół wielkości Polaka mamy od 3 lat. Czy damy się dalej zmniejszać, marginalizować? Ten, od którego awansu zaczął się proces umniejszania Polski Donald Tusk kilka dni temu opublikował na Twitterze minutowy filmik. Pokazuje Tuska jako polityka, który gra w I lidze światowej – i wszak tak jest. Czy to zapowiedź jego dalszej kariery w polityce globalnej, czy podsumowanie pracy w Brukseli? Mniejsza. Ale i nad Tuskiem trwają prace miejscowych Liliputów, jak mu w awansach przeszkodzić. Najsłynniejsza jest „wygrana” Beaty Szydło 1:27.

Tusk byłby wartością dodaną opozycji, gdyby wrócił do Polski, ale jeszcze większą wartością dla Polski i naszej historii byłby, gdyby udało mu się wyżej awansować. Z pomocą, czy bez pomocy Tuska, musimy się wyzwolić z krainy Liliputów PiS.

Opozycja protestująca zmiecie PiS, tak jak komuchów

Sędzia Igor Tuleya zadał w zeszłym tygodniu Trybunałowi Sprawiedliwości UE pytanie prejudycjalne o to, czy w świetle nowych przepisów dyscyplinarnych i gróźb polityków pod adresem sędziów polscy sędziowie mają gwarancję niezawisłości odpowiadające standardom unijnym nakładającym na państwa obowiązek zapewnienia rzetelnej procedury sądowej. Nożyce, czyli prokuratura, odezwały się natychmiast, strasząc sędziego.

Szef prowadzącej sprawę Prokuratury Okręgowej w Płocku wydał „oświadczenie”, w którym stwierdza, że sędzia Tuleya działa na szkodę osób pokrzywdzonych przez groźnych przestępców, bo postępowanie do czasu odpowiedzi TSUE będzie zawieszone, co „naraża ofiary porwań na dodatkową traumę związaną m.in. z odkładaniem w czasie przesłuchań koniecznych przed sądem, a dotyczących najbardziej dramatycznych wydarzeń w ich życiu”.

Sędziego potępił w TVP Info minister-prokurator generalny Zbigniew Ziobro, grożąc mu postępowaniem dyscyplinarnym (które sam może zainicjować): „To jest prezent dla bandytów – taka postawa sędziego. To pokazuje, jak nasze reformy i ta izba dyscyplinarna jest potrzebna. Nie można godzić się na to, żeby wymiar sprawiedliwości był traktowany instrumentalnie przez ludzi zacietrzewionych politycznie, którzy zmierzają do tego, aby swoje własne interesy i obsesje polityczne rozgrywać kosztem sprawiedliwości, bezpieczeństwa Polaków, praworządności”.

Prokurator okręgowy, minister-prokurator Ziobro, a wcześniej telewizyjne „Wiadomości” manipulują opinią publiczną, przedstawiając sędziego Tuleyę jako osobę udaremniającą skazanie groźnych bandytów, którym „zarzuca się szereg brutalnych czynów, jak uprowadzenia i wymuszenia popełnione ze szczególnym udręczeniem pokrzywdzonych, w tym ich brutalne bicie”. Owi groźni bandyci, w liczbie 13, mają bowiem oddzielny proces. Trójka, którą sądzi Tuleya, odpowiada z wolnej stopy i poszła na współpracę z prokuraturą. A co do szybkości osądzenia, to szybka nie była tu sama prokuratura: przestępstwa obejmują lata 2002-03, a akt oskarżenia wpłynął do sądu dopiero w tym roku.

Czyli manipulacja faktami, by szczuć opinię publiczną na sędziego.

Szczucie służy – jak zwykle – dowodzeniu, że sędziowie są „nadzwyczajna kastą” w dodatku „antyludzką”, więc trzeba z nimi zrobić porządek. Ale służy też wywarciu nacisku: na sędziego Tuleyę, na prezesa sądu, w którym sądzi, i na wszystkich sędziów, którym świta w głowie zadawanie pytań prejudycjalnych.

W dalszej części „oświadczenia” Prokurator Okręgowy w Płocku zapowiada, że „wystąpi do Sądu Okręgowego w Warszawie z wnioskiem o cofnięcie pytania prejudycjalnego skierowanego do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej”. Nie istnieje żadna podstawa prawna do takiego żądania. Zatem przesłanie takiego pisma do sądu można potraktować jako bezprawny nacisk na sąd, co kwalifikuje się do odpowiedzialności karnej (art. 232 kk). Prokurator zapowiada też wniosek o cofnięcie decyzji o zawieszeniu sprawy do czasu odpowiedzi na pytanie przez TSUE. I to mu wolno. Decyzję o cofnięciu zawieszenia może podjąć tylko sędzia Tuleya. Chyba że…

I tu dochodzimy do mechanizmu, jaki PiS wmontował w wymiar sprawiedliwości po to, by nim politycznie sterować. Otóż prezesem Sądu Okręgowego w Warszawie jest Joanna Bitner, mianowana przez ministra-prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobrę. A wiceprezesem, któremu podlega sędzia Igor Tuleya, jest Dariusz Drajewicz, awansowany na tę funkcję przez PiS z sądu rejonowego. A teraz, dodatkowo, delegowany do Sądu Apelacyjnego, dzięki czemu zarabia lepsze pieniądze (pensja sędziego apelacyjnego i dodatek za prezesowanie w sądzie okręgowym). Do tego spotkał go honor zasiadania w Krajowej Radzie Sądownictwa.

Przed tymi osobami – sędzią Bitner i sędzim Drajewiczem – stanie zadanie zareagowania na żądania prokuratury. Mogą (bezprawnie) naciskać na sędziego, ale nie mogą mu nic nakazać. Ale w gestii prezesa sądu, od lipca tego roku (pisowska nowelizacja), jest „zmiana zakresu obowiązków sędziego”. Prezes może więc np. przenieść sędziego Tuleyę do innego wydziału, przez co straci tę sprawę. Tak właśnie zrobiła prezeska Sądu Okręgowego w Krakowie z sędzią Waldemarem Żurkiem. Albo np. odebrać mu pewną kategorię spraw, a przydzielić inną. To oczywiście stałoby w sprzeczności z konstytucją i wszelkimi standardami prawa do bezstronnego sądu, ale przepis ustawy wprost tego nie zakazuje. A PiS nie obchodzą konstytucja czy standardy.

Tak wygląda układ stworzony przez PiS: „swoi” ludzie na newralgicznych stanowiskach, przepisy pozwalające manipulować składami sędziowskimi i odpowiedzialność dyscyplinarna dla nieposłusznych. PiS używa posłusznych sędziów funkcyjnych i politycznie sterowanej prokuratury, więc politycy nie muszą osobiście brudzić sobie rąk.

To już trzecie takie zdarzenie w ciągu miesiąca. Na początku sierpnia Prokuratura Krajowa zagroziła sędziom SN odpowiedzialnością za pytanie prejudycjalne. Potem Naczelnik rzeszowskiego Oddziału Zamiejscowego Prokuratury Krajowej zażądał od prezesa Sądu Apelacyjnego dyscyplinarnego ukarania sędzi za zwrot akt prokuraturze.

Pytanie prejudycjalne sędziego Igora Tuleyi, a wcześniej sędzi Sądu Okręgowego w Łodzi Ewy Maciejewskiej o to, czy sędziowie w Polsce mają instytucjonalne warunki, by orzekać niezawiśle, staje się coraz bardziej oczywiste i palące. Za chwilę rozpocznie działalność złożona w połowie z prokuratorów Izba Dyscyplinarna w Sądzie Najwyższym.

Poważni prawnicy dyskutują o poprawności pytań prejudycjalnych zadanych TSUE przez polskich sędziów. Mówi się, że ich związek z prawem Unii jest dyskusyjny. I że Trybunał, jeśli zechce na nie merytorycznie odpowiedzieć, będzie musiał zmodyfikować swój dotychczasowy paradygmat sądzenia. Reakcja władzy PiS, w tym podległej jej prokuratury, na te pytania prejudycjalne może przekonać Trybunał do takiej zmiany.

Jarosław Kaczyński dzieli społeczeństwo, ale my, do k…y nędzy, też jesteśmy podzieleni. Trzeba to zmienić i wyjść z tego kongresu z absolutnym postanowieniem, że nasi przywódcy muszą zorganizować wspólne kierownictwo, wspólną koordynację” – mówił Władysław Frasyniuk na Kongresie Obywatelskich Ruchów Demokratycznych w Łodzi

Kongres Obywatelskich Ruchów Demokratycznych (KORD) zgromadził w Łodzi ok. 400 osób. To grupy protestujące przeciwko zagrożeniom demokracji, obrońcy Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego, organizatorzy happeningów, Literiad i wiele innych. Większość wyłoniła się z KOD-u. W foyer łódzkiej hali Expo wystawili swoje stoiska.

„Zależy nam, żeby opozycja chodnikowa zaczęła ze sobą rozmawiać i wymieniać się pomysłami. Teraz różne grupy organizują konkurencyjne wydarzenia. Grupy są skonfliktowane i niedogadane. Chcieliśmy, żeby to był rodzaj targów. Nie tworzymy wspólnej organizacji. Chcemy działać lepiej i bliżej, ale nie jako jedno ciało” – podkreślała Katarzyna Knapik, organizatorka.

Niektórzy mówili w kuluarach, że ta atmosfera podziału i konkurencji ich uwiera, że liderzy małych grupek, które odłączyły się od większych, krytykują w mediach społecznościowych swoich dotychczasowych liderów, zarzucając im złe pomysły, lenistwo itd. Padają epitety.

Zwracano uwagę, że na kongresie wprawdzie jest KOD, ale nie ma liderów m.in. Krzysztofa Łozińskiego, przewodniczącego Komitetu Obrony Demokracji. „To nie on zorganizował ten kongres, więc go zbojkotował” – mówił jeden z działaczy KOD.

Larum grają! Idźcie na wybory!

Na sali trwały panele. Atmosfera była miła, jak na pokojowych protestach. Zastanawiano się, jak bronić Konstytucję, czy warto wychodzić na ulicę, mobilizowano przed nadchodzącymi wyborami samorządowymi  i omawiano sposoby zabezpieczenia przed ewentualnymi fałszerstwami.

„Obywatele, mości panowie, larum grają, my musimy wygrać te wybory, ten maraton wyborczy. To będzie nasze opowiedzenie się za pewną opcją cywilizacyjną” – nawoływał Bogusław Stanisławski, współtwórca polskiego Amnesty International.

„My już  wypowiedzieliśmy się w 1989 roku oraz w referendum unijnym, ale sytuacja zmusza nas, byśmy się wypowiedzieli po raz kolejny. Musimy wygrać, żeby w Polsce nie polała się krew. Mówię, to z perspektywy pokolenia, które widziało krew na ulicach. Musimy wygrać w warunkach absolutnie nam nie sprzyjających, w których odebrano nam media publiczne, funkcjonuje propaganda, która nie uznaje cywilizowanych standardów, nie cofa się przed kłamstwem, szkalowaniem. Musimy tak wygrać, jak Solidarność w 1989 roku” – mówił Stanisławski.

Aktorka Dorota Stalińska, która jest radną sejmiku województwa mazowieckiego, namawiała, by przekonywać tych, którzy nie głosują, a zawłaszcza niezagospodarowanych przez ojca Rydzyka emerytów. „Każdy niech przyprowadzi na wybory 10 osób, ale nie te, które znacie i wiecie, że zagłosują. Przekonajcie tych, którzy mówią „A po co mam iść na wybory? Mój głos się nie liczy”. Ruszcie tyłki i idźcie w lud, bo sytuacja jest dramatyczna. Jeśli stracimy samorządy, stracimy Polskę” – apelowała Stalińska.

Konstytucja weszła na koszulki

Dużo mówiono na tematy, które ostatnio gromadziły największe protesty, czyli o Konstytucji, Trybunale Konstytucyjnym, Sądzie Najwyższym, sytuacji sędziów. Sędzia Waldemar Żurek, b. rzecznik byłej KRS, wystąpił w koszulce „Konstytucja”. „Jedną z zalet Konstytucji jest to, że weszła na koszulki, że zaczęliśmy o niej mówić, że dzieci w szkołach ją czytają. Tego się nie spodziewaliśmy” – podkreślał sędzia Żurek.

Od napisu na koszulce zaczyna zwykle prelekcje z młodzieżą sędzia Jerzy Stępień, były prezes Trybunału Konstytucyjnego. „Ja” i „Ty” – rzucają się w oczy, „On” – jest jeszcze niewidoczny, ale nie można go nie dostrzegać. „Kon” – ten przedrostek mówi o wspólnotowości. Wszystko w tym słowie się znajduje” – podkreślał Jerzy Stępień.

Czy warto jeszcze być na ulicach w obronie Konstytucji? I co zrobić, żeby były szanse na skuteczność? – pytał prowadzący panel „Konstytucja prawem demokracji”.

Mecenas Sylwia Grzegorczyk-Abram z inicjatywy Wolne Sądy: „Nie ma możliwości, żebyśmy ustali w walce o najwyższe wartości, praworządności, trójpodziału władzy. Musicie państwo być twardym punktem odniesienia w tych bardzo grząskich czasach. Jeśli zrezygnujemy, to propaganda rządowa, prowadzona przez media publiczne, zwycięży. Musimy się zjednoczyć, schować ambicje i wspólnie wystartować do bitwy wyborczej”.

Waldemar Żurek podkreślał, że sędziowie też ryzykują, znoszą szykany. Sam miał m.in. kontrolę CBA, był przesłuchiwany w prokuraturze, przesłuchano jego starszych rodziców. „Ludzie różnie reagują na takie traktowanie. Jedni się załamuję, inni trwają przy przysiędze sędziowskiej między innymi dzięki waszemu wsparciu” – zwrócił się do zebranych i zapowiedział, że w przyszłości trzeba będzie dokonać rozliczeń, osądzić każdego, który splami przysięgę sędziowską.

Sędzia Żurek powiedział, że dojrzewa myśl o zorganizowaniu w Warszawie demonstracji sędziów. Mieliby iść z togami, a wspierać ich chcą adwokaci i radcowie prawni.

Choć dyskusja na sali plenarnej była ciekawa, nie wnosiła jednak zbyt wiele nowego. Niektórzy byli zawiedzeni.  „Oczekiwałem, że będziemy się spierać, nawet kłócić. Każdy powtarza, że wygramy. Nas nie trzeba przekonywać, żeby pójść na wybory. Ustalmy, którą drogą pójść, żeby wygrać. Tu tego nie ma. Przypomina mi to spotkanie Amwaya” – krytykował po pierwszej części spotkania Romuald Durlik z Obywateli RP w Łodzi.

„Nic się samo nie wydarzy, nie będzie cudu”

W drugiej części zaproszono do udziału w panelu legendy pierwszej „Solidarności” z lat 80.: Zbigniewa Bujaka, Henryka Wujca, Grażynę Staniszewską, Zbigniewa Janasa i Władysława Frasyniuka.

Padło konkretne pytanie „Co robić dalej?”

Grażyna Staniszewska mówiła, żeby już zastanawiać się, jak będziemy przywracać praworządność. Henryk Wujec, że powinno się działać jak „Solidarność”, czyli jawnie, bez przemocy, cierpliwie, pomagać sobie nawzajem i myśleć, jaka będzie w przyszłości Polska, bo musi być inna, niż przed dojściem PiS do władzy.

Zbigniew Janas wspominał , że powstanie „Solidarności” i obrady Okrągłego Stołu to były cuda. „Ale na te cuda trzeba było ciężko pracować” – zaznaczył.

Frasyniuk: Za co sobie gratulujecie? Za trzeci rok porażki?

„Najważniejsze są wartości. To, że w polityce jest do dupy, to właśnie z tego powodu,  że w życiu publicznym zabrakło wartości” – mówił Władysław Frasyniuk i podkreślał, że jak nie ma wartości, nie ma organizacji, nie ma pieniędzy, to nie ma szans na zwycięstwo.

„Czy to jest sala ludzi sukcesu?” – zapytał. Zebrani przytaknęli. – „Tak?! Ta garstka?! Brak tu przywódców, którzy są tak skonfliktowani, że nawet w mediach o tym mówią (nawiązał do nieobecności liderów KOD-u – przyp. red.). A to poczucie sukcesu? Wszyscy tu sobie za wszystko dziękowali. Za co?! Za trzeci rok porażki?!

Nic się samo nie wydarzy, nie będzie cudu. Przyjechałem na ten kongres, żeby państwu powiedzieć, że jeśli tak będziemy funkcjonowali, jeśli będziemy budować współczesne kombatanctwo, wspominać sukcesy sprzed roku, to dramat!

Nie do pomyślenia, że we Wrocławiu są demonstracje w obronie sądu o godz. 17, 18 i 19. Na której mam być? Z tego kongresu trzeba wyjść z absolutnym przekonaniem: budujemy wspólne kierownictwo, jedność” – mówił Frasyniuk.

Wypomniał zebranym, że liderzy organizacji krytykują się na Facebooku, a KOD zamiast rosnąć w siłę, stopniał o połowę.

„Czy Rosjanom zależało, żeby wygrał Trump? Nie. Żeby podzielić społeczeństwo. Jarosław Kaczyński dzieli społeczeństwo, ale my, do kurwy nędzy, też jesteśmy podzieleni. Z tego trzeba wyciągnąć wnioski. Trzeba to zmienić i wyjść stąd z absolutnym postanowieniem, że nasi przywódcy muszą zorganizować wspólne kierownictwo” – przekonywał Frasyniuk.

Do sceny podeszła działaczka, starsza działaczka KOD. „Jak jest taki mądry, to niech stanie na czele!” – krzyknęła.

Na co Władysław Frasyniuk odpowiedział: „Trzeba liczyć albo na cud, albo, że przyjdzie Frasyniuk i załatwi? Oba tropy fałszywe” – odparł.

Były lider dolnośląskiej „Solidarności” chwalił wczorajsze wystąpienie Barbary Nowackiej na Konwencji Koalicji Obywatelskiej.

„Barbara Nowacka pokazała, że nie jest odklejona od polityki. Wszystko co powiedziała, to był początek myślenia o nowej opozycji” – powiedział i przyznał, że od wczoraj zaczyna być dobrej myśli. – „Mam wrażenie, że opozycja wróciła do politycznego myślenia”.

— OPOZYCJA KONTRATAKUJE, ANTY-PIS NABIERA ENERGII, CHOĆ OPOZYCJA IDZIE PODZIELONA – Paweł Wroński na jedynce GW: “Ugrupowania demokratyczne idą na jesienne wybory podzielone. Ale wspólnie atakują wizję samorządności prezentowaną przez PiS i premiera Morawieckiego, który jeździ po kraju, obiecując rządowe inwestycje za poparcie jego partii”.
wyborcza.pl >>>

— BARBARA NOWACKA WYCHWALA KOALICJĘ OBYWATELSKĄ – w rozmowie z Agnieszką Kublik w GW: “Nie on mnie zapisywał gdziekolwiek i nie on mnie będzie wypisywał. Inni też mnie wyrzucają z lewicy, bo nie noszę ich szyldu, nie wpisuję się w schemat i idę wbrew utartej ścieżce – zamknąć się na swojej kanapie i mocno okopać. Jestem człowiekiem dialogu. Ego i logo nie stanowią o tym, kto jest lewicą i kto jakie wyznaje wartości. Nie zmieniam swoich poglądów, staram się skutecznie je realizować. Wybieram „no ego, no logo”. I dzięki temu mamy wielką Koalicję Obywatelską”.
wyborcza.pl >>>

Wierzę, że Warszawa zasługuje na prezydenta energetycznego, wiedzącego jak funkcjonuje miasto, jak to miasto żyje, ale też chcącego słuchać warszawianek i warszawiaków, pracującego dla tego miasta tak ciężko. To jest Rafał Trzaskowski, który takim prezydentem będzie. Będzie prezydentem nie dość, że uczciwym i zdeterminowanym, to do tego prezydentem faktycznie rozumiejącym miasto, nie snującym irrealistycznych wizji, tylko wiedzącym, co zrobić, żeby nam wszystkim żyło się lepiej. Warszawa jest miastem różnorodnym. Są miejsca, gdzie żyje się wspaniale, są miejsca, gdzie są ludzie wykluczeni” – mówiła na konferencji prasowej Barbara Nowacka.

Bardzo dziękuję za wsparcie. Bardzo się cieszę, że Koalicja Obywatelska jest coraz silniejsza, że udaje się nam wspólnie przekonywać nowe osoby, żeby do nas dołączyły i bardzo się cieszę z tego poparcia. Myśmy wielokrotnie rozmawiali na temat programu, bo od tego to się wszystko zaczęło, od rozmowy o programie dla kobiet. Rozpocząłem swoją rozmowę z warszawiakami pół roku temu, proponując właśnie program dla kobiet, mówiąc o równouprawnieniu, o darmowych żłobkach dla wszystkich warszawiaków” – mówił Rafał Trzaskowski

>>>

Kleru pedofilia i sojusz z PiS. Bezkarność i amoralność

Właściwe określenie Mateusza Morawieckiego – nijaki, brak osobowości, składający się z samych frazesów.

Polski Kościół – duchowni i wierni – zamiast powiedzieć wprost: „tak, dzieci doznawały i doznają krzywd ze strony księży”, a następnie wziąć się na poważnie za żmudne wyjaśnianie każdej sprawy, woli krzyczeć „to nie my, to homoseksualiści”. To podłość, już nie tylko względem ofiar, ale również niesprawiedliwie oskarżanych.

Wizyta papieża Franciszka w Irlandii przebiegała w cieniu skandali pedofilskich w Kościele Katolickim. Krótko przed nią światło dzienne ujrzał raport komisji, która badała przypadki molestowania w Pensylwanii, przypominano też Boston, czyli historię dziennikarskiego śledztwa, które ujawniło liczne przypadki molestowania i tuszowania pedofilii. A przecież sama Irlandia to najlepszy przykład tego, jak przez lata zamiatano pod dywan piekło, które swoim ofiarom zgotowali księża. To już nie było „tylko” molestowanie. W katolickich szkołach dzieci były niewolnikami – bite, gwałcone i głodzone. Raporty, które rządowe komisje publikowały w latach 2005-2011 nadal bardzo silnie rezonują w społeczeństwie irlandzkim. I było to widoczne podczas wizyty papieża. Z nieprzebranych tłumów, gdy Irlandię wizytował Jan Paweł II, został raptem tłumek, a w nim liczne protesty. Symbolem wizyty papieskiej stanie się zdjęcie Franciszka w papamobile, przed którym stoi kobieta z transparentem „papież jest głową największej siatki pedofilskiej w historii rodzaju ludzkiego”.

I kiedy hierarchowie kościelni posypują głowę popiołem, papież mówi o „odrażających przestępstwach”, „zgorszeniu” i „zdradzie”, w Polsce postępuje syndrom oblężonej twierdzy. Księża w akompaniamencie świeckich aktywistów przekonują, że pedofilia nie jest problemem Kościoła. Obowiązującą narracją jest zrzucanie winy na mityczne „lobby homoseksualne”. Skrajnym przypadkiem wydaje się być rozmowa Kai Godek, jedną z twarzy ruchu anti-choice (czy też pro-life) z naTemat.pl. Redakcja opublikowała tekst bez najmniejszego komentarza, a ja mam silne przekonanie, że tak się zwyczajnie nie godzi. Dlatego wybrane tezy Godek chcę wyjaśnić.

“Pedofilia łączy się z homoseksualizmem”

Aktywistka na wstępie mówi: „Pedofilia łączy się z homoseksualizmem, a lobby homoseksualne usiłuje wchodzić się w różne obszary działalności Kościoła, stopniowo wymuszając tolerancję dla praktykujących homoseksualistów”.

Tu posłużę się autorytetem Polskiego Towarzystwo Seksuologicznego, które w ubiegłym roku wydało bardzo klarowne stanowisko na temat rzekomego związku pedofilii z jakąkolwiek orientacją seksualną.

W odpowiedzi na szerzącą się w debacie publicznej dezinformację, Polskie Towarzystwo Seksuologiczne pragnie dokonać rozróżnienia dwóch odrębnych, lecz nagminnie mylonych pojęć: homoseksualizm i pedofilia. Homoseksualność jest to pociąg erotyczny i uczuciowy wobec osób tej samej płci, analogicznie jak heteroseksualność stanowi pociąg erotyczny i uczuciowy wobec osób płci odmiennej. Pedofilia jest to pociąg erotyczny wobec cech niedojrzałości płciowej, a więc do cielesnych cech dziecięcości. Czyn pedofilny rozumiany jest jako zabronione prawem seksualne wykorzystanie dziecka poniżej lat 15 przez osobę pełnoletnią. Należy podkreślić, że – identycznie jak sama w sobie heteroseksualność – również homoseksualność per se nie implikuje żadnej szczególnej predyspozycji do zakazanego prawem wykorzystywania seksualnego dzieci.

I właściwie na tym można byłoby skończyć, bo stanowisko PTS – a jest to instytucja, w odróżnieniu od Godek, księży czy prezesa Młodzieży Wszechpolskiej (wszyscy niezwykle aktywni w tej debacie) kompetentna w zakresie seksuologii – powinno zamykać dyskusję.

Rzekoma pedofilia Cohn-Bendita

Ale pójdźmy dalej. Godek twierdzi, że środowiska lewicowe nie oczyszczają swoich szeregów, a jednym z przykładów ma być Daniel Cohn-Bendit, który – twierdzi Godek – „potrafił opowiadać, że kiedy rozbiera go 5-latka, jest to fascynujące doświadczenie”.

Posłużę się tu analizą Wojciecha Orlińskiego, który już kilka lat temu rozpracowywał teorię o rzekomej pedofilii Cohn-Bendita. Chodzi o telewizyjne talk show z 1982 roku, kiedy upalony haszyszem polityk podpuszczał mocno już starszego dziennikarza opowieściami o swoich orgiach seksualno-narkotycznych. „Nie jest tak, że Cohn-Bendit przyznał się do jakichś konkretnych czynów, tylko snuł fantazje (…). To jest oczywiście obrzydliwe, ale tu nie ma wyznania, jest fantazja” – pisze Orliński.

Przytacza też oskarżenia Tomasza Terlikowskiego wobec dziennikarzy, którzy nie pytają Cohn-Bendita o „podobnie idiotyczne fragmenty jego książki z lat 70.”. „Ależ pytają, a on odpowiada, że książka była pomyślana jako antymieszczańska prowokacja i dziś uważa, że była nieakceptowalna i nie powinna była być tak napisana” – wyjaśnia dalej.

Na marginesie dodam – Godek twierdzi, że nie słyszy krytyki w kierunki Cohn-Bendita i trudno nie dodać złośliwie, że może słyszałaby, gdyby posiadła umiejętność cofania się w czasie, albo w latach 80. nie była małym dzieckiem. Trudno, żeby dziś na każdym kroku potępiać słowa (podkreślam – tylko słowa) sprzed grubo ponad 30 lat.

WHO z “dokumentem pedofilskim”

Godek stwierdza dalej, że standard edukacji WHO to „dokument pedofilski”. Nie jest to dokument tajny, ma zaledwie 60 stron i każdy może wyrobić sobie własne zdanie na jego temat, ale zastanówmy się, skąd biorą się zarzuty Godek. – Tam jest wprost napisane, że dzieci trzeba uczyć seksu – twierdzi aktywistka. Otóż nie. Nikt nie chce dzieci uczyć kamasutry. Cytat z dokumentu:

Podejście holistyczne opiera się na rozumieniu seksualności jako wymiaru człowieczeństwa i potencjalnie może pomóc dzieciom i młodym osobom w rozwinięciu podstawowych umiejętności umożliwiających im samookreślenie ich seksualności i ich związków na różnych etapach rozwoju. Takie podejście pomaga im w przeżywaniu swojej seksualności oraz partnerstwa w sposób satysfakcjonujący i odpowiedzialny. Te umiejętności są też niezbędne w celu ochrony przed potencjalnymi czynnikami ryzyka.
Ostatnie zdanie jest kluczowe. Dziecko, które będzie wiedziało, że jest jedynym dysponentem swojego ciała, że ma prawo stawiać granice, będzie zwyczajnie trudniejszym celem dla kogoś, kto chce je skrzywdzić. I tak wracamy do punktu wyjścia.

Godek zdaje się nie przyjmować tego do wiadomości i przekonuje, że WHO wpisało do standardów wymóg edukowania w zakresie skutecznej antykoncepcji dla dziewięciolatków, gdyż „zakłada się, że będą w sytuacji, gdy powinny jej użyć”.

Znów – nieprawda. Dla dzieci w przedziale wiekowym 9-12, WHO proponuje cały zakres zagadnień – od zmian związanych z dojrzewaniem, przez zakochiwanie się i wyrażanie uczuć, szacunek dla różnych stylów życia, wartości i norm, informacje o wpływie mediów, kultury czy religii, aż po pierwsze doświadczenia seksualne i “skuteczne stosowanie prezerwatyw i środków antykoncepcyjnych w przyszłości”. Podkreślam – w przyszłości.

I oczywiście możemy zaklinać rzeczywistość i zakładać, że seks dopiero po ślubie, ale, jak wynika z badań, inicjacja seksualna pewnej grupy polskich nastolatków następuje około 13. roku życia. Czy nie lepiej więc, żeby ze szkoły wyniosły rzetelną wiedzę na temat zabezpieczenia się przed niechcianą ciążą, a przede wszystkim – co zakłada dokument WHO również dla dzieci 9-12 – czy nie lepiej, by dowiedziały się, jak „wyznaczać granice” i „unikać niechcianych doświadczeń seksualnych”?

Ten opór przed edukacją seksualną jest spowodowany lękiem i błędnymi wyobrażeniami na jej temat. Niestety im mniej wiedzy, tym więcej szkodliwych bzdur, na których cierpią głównie młode dziewczyny – przekonania, że muszą zgadzać się na seks, a skuteczną metodą antykoncepcji jest przepłukiwanie pochwy wodą po ogórkach (rzeczywisty przykład z zajęć edukacji seksualnej!).

Co za różnica kto gwałci?

Godek pyta dalej: „A czy ofiarę obchodzi, czy gwałci ją ksiądz, czy aktor?”. To absurdalne postawienie sprawy. Aktor, czy jakikolwiek inny celebryta, nie jest osobą, która ma stały “dostęp” do dzieci. Ksiądz, o czym mówią niemal wszystkie ofiary, jest dodatkowo osobą darzoną zaufaniem. Szczególnie w przypadku rodzin wielodzietnych czy ubogich, duchowny, który oferuje, że zabierze dziecko na wakacje, zaoferuje korepetycje, czy pomoże finansowo, jawi się jako ogromne wsparcie. W ten sposób z pełnym błogosławieństwem rodziców, ksiądz dostaje dziecko pod opiekę. Co może dziać się później opisywała m.in. Justyna Kopińska, w której reportażu 13-letnia Kasia została wywieziona do obcego miasta, więziona i gwałcona przez księdza.

Ostatecznie aktor nie jest też osobą, za którą stoi wielka instytucja, która – i nie jest to moje zdanie, a doświadczenie tysięcy ofiar – zawsze staje po stronie oprawcy i tuszuje sprawę. Również oprawca Kasi, dziewczyny, której zniszczył życie, dalej odprawiał msze, a nawet korespondował z dziećmi przez internet.

“Niemcy wspierają pedofilię”

Na koniec słowa Godek, które są, zdaje się, wytworem jej wyobraźni. – Są kraje, np. Niemcy, gdzie obowiązkowa edukacja seksualna polega na tym, że dzieci od wczesnych lat zachęcane są do aktywności seksualnej, a rodziców, którzy się na to nie zgadzają, podaje się do sądu. Państwo wspiera pedofilię – twierdzi.

Trudno dyskutować z takim stekiem bzdur, więc niech przemówią liczby. Według danych Eurostatu, to Polska, a nie Niemcy, znajduje się w pierwszej dziesiątce europejskich krajów z największym odsetkiem nastolatek w ciąży.

W przypadku Niemiec to 2,13 procent wszystkich ciąż, w Polsce – 3,26 procent. W „top 10” znajdujemy się razem z Rumunią, Bułgarią, Węgrami czy Słowacją. W zestawieniu jest też Wielka Brytania, ale w tym przypadku należy dodać, że przez dekadę odsetek ciąż młodych Brytyjek spadł dwukrotnie. I nie dlatego, że – czego chyba chciałaby Godek – zakazano nastolatkom uprawiać seks, ale właśnie dzięki wprowadzeniu rzetelnej edukacji seksualnej i darmowej antykoncepcji.

Bal na Titanicu polskiego Kościoła

Polski Kościół – duchowni i wierni – zamiast powiedzieć wprost: „tak, dzieci doznawały i doznają krzywd ze strony księży”, a następnie wziąć się na poważnie za żmudne wyjaśnianie każdej sprawy, woli krzyczeć „to nie my, to homoseksualiści”. To podłość, już nie tylko względem ofiar, ale również niesprawiedliwie oskarżanych.

Obrona przez atak to złudne przekonanie, że uda się uniknąć tego, co obserwujemy w tak podobnej do Polski Irlandii – zdziesiątkowania liczby wiernych i utraty realnej władzy. Bo Kościół zawsze miał w Polsce ogromną władzę, począwszy od nieustannego wywierania presji na rządzących, przez układ Leszka Millera z biskupami, według którego za poparcie Kościoła dla integracji z Unią Europejską, rząd nie ruszał restrykcyjnej ustawy aborcyjnej, aż po jedno z podejść do ustawy o związkach partnerskich, które wstrzymano w związku ze śmiercią Jana Pawła II.

Ale dziś postawa Kościoła to już bal na Titanicu. Przykłady innych krajów pokazują, że im dłużej hierarchowie będą zwlekali z przyznaniem się do winy, tym większe szkody poniosą i więcej wiernych stracą. A mimo to episkopat udaje – czy jak mówi Marek Lisiński z fundacji Nie Lękajcie Się w książce „Żeby nie było zgorszenia” – „ma swoje autorskie podejście do problemu” – że, choć stoi po kolana w wodzie, okręt wcale nie tonie.

Na zakończenie Forum Ekonomicznego w Krynicy mocno dał o sobie znać antyeuropejski sojusz ołtarza z tronem. Wiceprzewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, metropolita krakowski arcybiskup Marek Jędraszewski straszył „miękkim totalitaryzmem na zachodzie Europy”.

– Europa dała się wpleść w maszynę pracującą przeciw chrześcijaństwu w Europie – wtórował mu redaktor naczelny propisowskiego tygodnika „Sieci” Jacek Karnowski. A marszałek Sejmu Marek Kuchciński wyrokował, że ci, „którzy zapominają o chrześcijańskich korzeniach Europy, stawiają ją nad przepaścią”.

Tej wymiany zdań wysłuchali uczestnicy dyskusji „Europa w poszukiwaniu wartości” 6 września. Oprócz wymienionych osób udział w niej wzięli marszałek Izby Reprezentantów Malty Angelo Farrugia, wicemarszałek Zgromadzenia Narodowego Węgier János Latorcai oraz metropolita ryski abp Zbigniew Stankiewicz. Rozmowę poprowadził prezes Telewizji Polskiej Jacek Kurski. Można do niej wrócić na YouTubie, o jej przebiegu dowiemy się też z relacji na stronie Archidiecezji Krakowskiej.

Kurski pyta, arcybiskup odpowiada

Kurski pytał między innymi o to, co decyduje o wartościach europejskich, kto je wprowadza i kto interpretuje. Zdaniem abp. Jędraszewskiego pytanie to świadczy o przekonaniu, że to ludzie mogą decydować o tym, co jest wartością, a co nią nie jest, co można uznać za dobre, a czego nie. – Za tym kryje się bardzo niebezpieczny subiektywizm, który jest chorobą kultury zachodnioeuropejskiej już od XVII-XVIII wieku, od czasów kartezjanizmu i oświecenia, bo wtedy zakwestionowano chrześcijańskiego Boga, a wraz z Nim (chrześcijańską) koncepcję osoby ludzkiej – mówił.

Wtedy – tłumaczył abp Jędraszewski – zamiast osoby wprowadzono pojęcie podmiotu, który wszystko może i o wszystkim sam decyduje. Zdaniem arcybiskupa doprowadziło to do drugiej wojny światowej, Holokaustu i powstania dwóch systemów totalitarnych, ponieważ „człowiek poczuł, że może decydować, kogo uznaje za człowieka, a kogo nie”. Doprowadziło to także według hierarchy do powstania stale krytykowanej przez niego „ideologii gender”. Ta z kolei stała się powodem „domagania się, że skoro człowiek jest wolny, a zatem o wszystkim może decydować, także o tym, czy ma być kobietą, czy mężczyzną”.

„Nie ma różnic co do istoty między tym, co się dzieje dzisiaj na zachodzie Europy, co się promuje, a systemami totalitarnymi w połowie XX wieku”.

Czy zatem prawdą jest twierdzenie, że albo Europa będzie chrześcijańska, albo nie przetrwa? – dopytywał Kurski. – Jeżeli Europa odrzuci chrześcijaństwo, straci dawną atrakcyjność – odpowiadał abp Jędraszewski i twierdził, że na zachodzie Europy już mamy do czynienia z „miękkim totalitaryzmem”: – Uznaje się jednych za godnych przeżycia, a innym tego prawa się odmawia i w gruncie rzeczy nie ma różnic co do istoty między tym, co się dzieje dzisiaj na zachodzie Europy, co się promuje, a systemami totalitarnymi w połowie XX wieku – mówił.

W czyim imieniu mówi arcybiskup Jędraszewski?

Można powiedzieć: powszechnie znane są poglądy polityków PiS na Europę i Unię. Podobnie jest z prorządowymi mediami. W czyim imieniu jednak wypowiada się abp Marek Jędraszewski? W imieniu Kościoła? Episkopatu, którego jest wiceprzewodniczącym?

Warto wiedzieć, że jesienią ubiegłego roku zgromadzenie plenarne Rady Konferencji Episkopatów Europy (CCEE) wydało przesłanie, którego pierwsze słowa brzmiały: „Kościół kocha Europę i wierzy w jej przyszłość: Europa jest nie tylko pewną ziemią, ale też pewnym zadaniem duchowym”.

Przewodniczący episkopatów podkreślali, że stale trwający proces pojednania prowadzi Europejczyków do wzajemnego poszanowania, głębokiej tolerancji i otwartości religijnej płynącej z Ewangelii. Biskupi zachęcili do podejmowania wspólnych wysiłków wobec budzącego obawy zjawiska migracji. Wezwali do silnej reakcji i sprzeciwu wobec sekularyzmu, „umacniającego zalążki indywidualizmu i rodzącego samotność”. Wobec otaczających zagrożeń i niepokojów biskupi pisali o swojej bliskości i chęci towarzyszenia współczesnym Europejczykom. Język ich przesłania nie ma nic wspólnego ze straszeniem rzekomym totalitaryzmem na zachodzie ani „ideologią gender”…

„Wiceprzewodniczący polskiego episkopatu wypowiada się we własnym jedynie imieniu, w sposób najwyraźniej skrajny i sprzeczny z dokumentem episkopatów Europy, a także ze słowami papieża”.

Sam papież Franciszek mówił, że „Europa ma wyjątkowe w świecie bogactwo ideowe i duchowe, które zasługuje, by zaproponować je na nowo z entuzjazmem i odnowioną świeżością i które jest najlepszym lekarstwem na etyczną próżnię naszych czasów, będącą pożywką dla wszelkich form ekstremizmu”. Tym bogactwem Europy zdaniem papieża „zawsze była jej duchowa otwartość i umiejętność stawiania sobie fundamentalnych pytań o sens istnienia”. Franciszek mówił te słowa 6 maja 2016 roku w Watykanie w obecności przywódców Unii – Donalda Tuska, Martina Schulza i Jeana-Claude’a Junckera – podczas ceremonii wręczenia mu Nagrody Karola Wielkiego, przyznawanej wybitnym osobistościom i instytucjom za zasługi w promowaniu pokoju i jedności w Europie.

Można dziś zapytać: dlaczego podczas tak doniosłego międzynarodowego wydarzenia jakim jest Forum Ekonomiczne w Krynicy wiceprzewodniczący polskiego episkopatu wypowiada się we własnym jedynie imieniu, w sposób najwyraźniej skrajny i sprzeczny z dokumentem episkopatów Europy, a także ze słowami papieża? Czy ktoś upomni arcybiskupa?

>>>

W Łodzi na Kongresie Obywatelskich Ruchów Demokratycznych spotkali się uczestnicy demonstracji przeciw PiS, działacze opozycji z czasów PRL, sędziowie, ludzie kultury i politycy opozycji. – „Nie możemy dalej tak funkcjonować i budować współczesnego kombatanctwa, które wspomina poprzednie sukcesy. To moment, w którym trzeba zmienić sposób myślenia. Nie do pomyślenia jest dla mnie, żebym wrócił do Wrocławia i przeczytał, że demonstracja w sprawie sądów jest o godz. 17, 18 i 19. To na którą mam się wybrać?” – mówił do zebranych Władysław Frasyniuk.

Przekonywał więc, że konieczne jest zjednoczenie opozycji. – „Czy Rosji zależało na tym, żeby wygrał Trump? Nie! Zależało jej, żeby społeczeństwo było podzielone. Bo podzielonym społeczeństwem łatwo się manipuluje. Kaczyński dzieli. Ale do k***y nędzy my też jesteśmy podzieleni. Jesteśmy na kongresie ulicznym, więc trzeba używać stosownych słów. A z tego kongresu musimy wyjść z absolutnym postanowieniem, żeby wymusić wspólne kierownictwo opozycji i koordynację działań” – apelował Frasyniuk.

Głos zabrał też aktor Olgierd Łukaszewicz. – „PiS kpi z naszej godności, której podstawą jest trzeźwy rozum. Wygrana w wyborach nie równa się przekazaniu partii rządzącej władzy totalitarnej” – mówił. Apelował, by Polacy organizowali się nie tylko w obronie sądów i Konstytucji, ale i „dla szerzenia świadomości obywatelstwa europejskiego wśród nas”.

Zdaniem Henryka Wujca, już teraz powinno myśleć się o tym, jaka ma być Polska po rządach PiS. –„Obowiązkiem jest przygotowanie jakiejś koncepcji. Bo to musi być Polska inna niż była. To nie może być tylko powrót – stwierdził.

Były rzecznik Krajowej Rady Sądownictwa sędzia Waldemar Żurek podczas panelu poświęconemu Konstytucji powiedział, że w konieczne będą prawne rozliczenia. – „Musimy każdemu sędziemu, który splamił przysięgę sędziowską, zagwarantować demokratyczny proces i prawo do obrony, ale musimy go osądzić. Musimy osądzić te osoby, które łamiąc wszelkie procedury sejmowe, przyjmują prawo będące antyprawem. A jednocześnie musimy reformować, bo nie jest tak, że sądownictwo nie wymaga reform” – podsumował sędzia Żurek.

„W sytuacji utraty zdolności przez Marynarkę Wojenną, tracenia zdolności przez lotnictwo oraz dewastacji kadrowej i sprzętowej już istniejących dywizji przedstawiona przez MON propozycja jest wysoce nieodpowiedzialna i zakrawa na polityczną hipokryzję, obliczoną na efekt wyborczy” – tak na Twitterze najnowszy pomysł szefa MON skomentował były dowódca generalny rodzajów sił zbrojnych gen. Mirosław Różański. Mariusz Błaszczak ogłosił bowiem powołanie nowej dywizji.

Jej dowództwo mieścić się będzie w Siedlcach. – „Ta dywizja z założenia musi być zlokalizowana na wschód od Wisły” – powiedział Błaszczak.

Nowa dywizja ma się składać z trzech brygad. Na dowódcę został wyznaczony gen. bryg. Jarosław Gromadziński. – „Formalnie w Wojsku Polskim nie przybyło ani jednego żołnierza, ale Siedlcom przybył nowy obywatel. To dowódca nowej dywizji, który oświadczył, że zamieszka w mieście” – napisał Paweł Wroński z „Gazety Wyborczej”.

Pomysł skrytykował także były minister obrony narodowej w rządzie PO-PSL Tomasz Siemoniak.

„Czwarta dywizja” to projekt propagandowy ministra Błaszczaka. W obecnym kształcie (przepisanie 2 istniejących brygad do „nowej” dywizji) nie przyniesie żadnych nowych zdolności obronnych. Będą etaty w biurach, ceremonie i sztandary. Mieszanie herbaty bez cukru. #PusteObietnicePiS” – skomentował na Twitterze.

Andrzej Karmiński na koduj24.pl pisze o wyborcach – PiS.

Po raz kolejny PiS stawia nas przed wyborem, czy być patriotą, czy przyzwoitym obywatelem

W miarę jak słabną zarzuty stawiane Krzysztofowi Kwiatkowskiemu, a sąd traci przekonanie o wiarygodności dowodów przedstawianych przez CBA, powraca temat zamiany prezesa Najwyższej Izby Kontroli – przedostatniego niezdobytego jeszcze bastionu w strukturze państwa – na funkcjonariusza PiS.  Równocześnie prokuratura i pozostałe służby partii rządzącej rozpoczęły wielką kwerendę umorzonych spraw z udziałem przeciwników politycznych, szukając takich, które dałoby się jeszcze reanimować.  W stan pogotowia postawiono policyjnych szpicli, prowokatorów i kapusiów, którzy inwigilują ludzi z opozycji w poszukiwaniu haków i haczyków, niezbędnych do wmontowania ich w jakieś wiarygodne przekręty. Równocześnie szeregowym prokuratorom nakazano sporządzić listę tych sędziów, których najłatwiej będzie skłonić do decyzji o aresztowaniu wytypowanych przeciwników politycznych na podstawie naprędce skleconych zarzutów. Czyli kampania wyborcza wyraźnie się rozkręca.

To dopiero samorządowe preludium prawdziwych wyborów, ale politycy już wróżą z sondaży skład nowego parlamentu. Media wałkują personalia kandydatów i grymaszą nad produktami ich komitetów. Kandydaci licytują się, ile czego dadzą wyborcom w razie, gdyby zostali wybrani. Dożywotni zwolennicy swoich ugrupowań do końca kampanii biorą sobie wolne od myślenia, myślący Polacy domagają się szczegółowych programów, a pozostali interesują się wyborami o tyle, o ile i czego obiecano im w zamian za głos. Tak więc kampania przebiega normalnie. Jedyna różnica jest taka, że ci, którzy kiedyś krzyczeli o fałszowaniu wyborów, sami stworzyli prawo ułatwiające wyborcze przekręty.

Nie spodziewam się, że wzorem PRL w zamkniętych pomieszczeniach obok lokali wyborczych oczekiwać będą gotowe urny pełne głosów na wytypowanych kandydatów. Bez trudu jednak wyobrazić sobie mogę np. żonglerkę kartami zasmarowanymi dowolnymi bazgrołami, których ważność i wskazania na konkretnych kandydatów interpretować będą nowi komisarze i dodatkowe komisje. A jeśli minister Ziobro zdąży obsadzić swoimi ludźmi izbę Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych SN, to można się domyślić, jak to gremium zareaguje, kiedy kandydat PiS pożali się, że przegrał w nieuczciwej konkurencji.

Funkcjonariusze państwowi demonstracyjnie wspierają kandydatów PiS, ostentacyjnie lekceważąc przestrogi szefa PKW Wojciecha Hermelińskiego i kpiąc z groźby odebrania dotacji partiom zastępującym komitet wyborczy.  Ludzie władzy są pewni swego, bo nie takie prawa zmieniali z poniedziałku na wtorek i nie takich ważniaków już usuwali z urzędów, nie bacząc na ich konstytucyjną kadencję. Dlatego bez żenady angażują się w kampanie swoich kandydatów, towarzyszą im w spotkaniach wyborczych i głośno obiecują lokalnym społecznościom wsparcie rządowe pod warunkiem, że wybrany zostanie ich protegowany.  Nie ma znaczenia, że prawie zawsze jest to obiecywanie gruszek na wierzbie. Nieważne, że rządowy wpływ na unijne dotacje dla samorządów jest głównie taki, że jeśli PiS nie zatrzyma procederu demolowania państwa prawa, to fundusze z UE mogą być zawieszone, ograniczone, a może i cofnięte. Nieistotne, że gdyby nawet władza się uparła, to niewiele może zabrać lub dodać konkretnym gminom czy powiatom, bo łatwiej jej wspomóc lub skrzywdzić wszystkie samorządy naraz.

Od niepamiętnych czasów wybory wygrywa się obiecankami. Od bardzo dawna rządzący szukają poparcia, oferując lokalnym społecznościom profity, o jakich „warczący na władzę” mogą tylko pomarzyć. Tak umacniała się pozycja Edwarda Gierka, który rządząc na Śląsku potrafił zdobyć dla swojego księstwa atrakcyjne dobra, kosztem regionów, których władcy mieli mniejszą siłę przebicia w KC PZPR i w rządzie. I wtedy i dzisiaj zdumiewająco niewielu ludzi zwracało i zwraca uwagę, że polityczna korupcja jest moralnie obrzydliwa. Jeszcze mniej rodaków zauważa, że rządzący nie rozdają bynajmniej swoich pieniędzy, tylko wspólne, także z podatków tych, którzy nie dali się namówić na wyborczą łapówkę. I nikt nie pyta, komu rząd zabierze te pieniądze, które obiecał klaszczącym wójtom. Bo przecież komuś zabrać musi.

PiS krzywdzi Polaków nie tylko odbierając im demokratyczne prawa i zawłaszczając ich ojczyznę. Jarosław Kaczyński i jego lokaje demoralizują społeczeństwo. Świadomie utożsamiają patriotyzm z nacjonalizmem. Skutecznie wskazują wrogów w myślących samodzielnie. Systematycznie legitymizują bezprawie. Nagminnie zachwaszczają język nienawistnymi słowami i fałszują słownik, podmieniając znaczenie słów takich jak konstytucja, praworządność czy trójpodział władzy.  Wygrali wybory obiecując wszystkim wszystko i kupując poparcie wyborców za pieniądze wyborców, a teraz bezczelną korupcję polityczną nobilitują do miana „zgodnej współpracy władzy państwowej z samorządową, z korzyścią dla lokalnej społeczności i wszystkich Polaków”.

Po raz kolejny PiS stawia nas przed wyborem, czy być patriotą, czy przyzwoitym obywatelem.  A przecież w pierwszej kolejności jest się człowiekiem, a Polakiem dopiero potem.

Waldemar Mystkowski pisze o Kaczyński, Morawieckim i niedojdzie Jakim.

Politycy PiS znajdują się na finiszu walki o stołek prezesa, który jeszcze może pokwęka na wiecach w kampanii wyborczej, ale będą to 5-10 minutowe wystąpienia, bez większej wartości merytorycznej, raczej z komunikatem „szef ma się dobrze”, co wiadomo, iż odczytuje się – ma się źle. Widać to aż nadto.

Finiszuje dwóch delfinów, którzy wyrwali się całemu peletonowi PiS, w tym Andrzejowi Dudzie, ten ciągle łapie gumy i jest doprowadzany do peletonu przez zawodników z własnej kancelarii, a nawet ci odmawiają współpracy, jak Krzysztof Łapiński, aby na ich plecach wiózł się ten maruder.

Może dojść do sytuacji, iż nie będzie chciał współpracować z Dudą żaden zawodowiec i zostanie skazany na amatorów, a tym samym na niewystawienie do reelekcji.

Finiszują po funkcję prezesa Mateusz Morawiecki i Joachim Brudziński, którzy zawarli tymczasowy sojusz antydudowy – o czym w „Newsweeku” pisze Renata Grochal. Intryga z australijskimi fregatami Adelaide się powiodła. Duda został ograny jak zwykły cienias.

Prezydent już nie dojdzie uciekinierów, nie ma na to szans. Oni zaś są skazani na konflikt, bowiem stołek prezesa jest jeden. I raczej Morawiecki w tym starciu jest przegrany. Prowadzi – to prawda. Lecz na przodzie bierze się wiatr na siebie, a rywal wiezie się na kole, do tego potrzeba tylko 90 procent wysiłku prowadzącego. A zatem Brudziński ma przewagę 10 proc., z której skorzysta, gdy zobaczy kreskę mety i będzie musiał wyminąć Morawieckiego.

Brudziński oprócz tego ma aparat partyjny pod sobą, on go kształtował i zna pisowski beton na wylot, zna ich słabe punkty, staną za nim, a nie za transferowanym Morawieckim. Oczywiście, o wszystkim może zadecydować prezes i zdyskwalifikować, jednak jest uwięziony w sidłach. Sam je zastawił na Nowogrodzkiej, gdzie otoczył się kordonami ochroniarzy.

Brudziński więc zawsze może zachować się jak Beria w stosunku do Stalina. Znajdujemy się w podobnej logice tragedii. Może dojść do innych rozwiązań, ale byłyby one wbrew gatunkowi samospełniającej się tragedii.

Mógłby do gry wejść – na zasadzie bonifikaty – Patryk Jaki, gdyby wygrał wybory samorządowe w Warszawie. Mamy do czynienia z jego desperackimi próbami przekonywania warszawiaków do siebie. Niczym Filip z konopi rzucił na agendę projekt 19. dzielnicy Warszawy, który szybko okazał się humbugiem, fantomem, kitem.

Przecież nie startuje na dewelopera Warszawy, a przy tym ową 19. dzielnicę usadowił na terenach zalewowych, chronionych projektem ekologicznym Natura 2000. Uwagę zwrócił mu Rafał Trzaskowski, że ta 19. dzielnica już jest, gdyż teren zalewowy jest integralny dla działu wodnego Wisły. Oprócz tego wyszła impotencja twórcza Jakiego i jego sztabu, gdyż ów pomysł zastosował Lech Kaczyński, gdy startował z prezydenta Warszawy na prezydenta Polski i obiecywał warszawiakom park technologiczny na Siekierkach. Jaki więc zaserwował ogrzewane kotlety.

Oprócz tego, że 19. dzielnica jest w budowie, ma stronę w internecie, buduje ją hiszpański deweloper Pro Urba. Może zajść podejrzenie, iż to zamierzona wpadka, darmowa reklama, bo mieszkania w tej ekskluzywnej dzielnicy są do kupienia. Jakim zatem powinny zająć się służby, policja, a nawet jego szef Ziobro.

A przy tym zaprezentowany projekt to pół godziny pracy w programie Adobe. Amatorszczyzna, humbug, jak cała partia PiS z delfinami włącznie, z którymi wyborcom tej partii tak czy siak wyjdzie na łyso.

Nowy biskup Kuchciński. Po PiS trzeba zdjąć krzyże z miejsc publicznych, szpecą wolność

Proboszcz niewielkiej wsi Tuligłowy na Podkarpaciu jest pomysłodawcą pomnika dla uczczenia 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości. Pomnik, którego budowa została zrealizowana dzięki hojności liczącej 800 mieszkańców parafii i wsparciu finansowemu Fundacji PGE, został w sobotę uroczyście odsłonięty przez Marszałka Sejmu, Marka Kuchcińskiego i oczywiście poświęcony przez metropolitę przemyskiego abp Adama Szala.

Oświetlony pomnik został usytuowany na najwyższym wzniesieniu w okolicy. Na postumencie w kształcie kielicha i chrzcielnicy stoi 25 metrowy krzyż z 32 metrowym masztem flagowym, na którym powiewa polska flaga. Wdzięczność mieszkańcom Tuligłów, za taką formę uczczenia rocznicy niepodległości kraju, wyraził Kuchciński, a także sam prezes Jarosław Kaczyński, który napisał w liście: „Jestem bardzo wzruszony, że Tuligłowy pamiętają, że w tak szczególny chwytający za serce sposób upamiętniają to niezwykłe wydarzenie sprzed wieku, jakim było odrodzenie się niezależnego państwa polskiego. […] Wielkość tego górującego nad okolicą pomnika symbolizuje moc wiary naszych przodków. Niezłomną ufność, że Ten, co Polskę przez tak liczne wieki otaczał blaskiem potęgi i chwały raczy przywrócić nam wolną Ojczyznę.”

Nie wszyscy jak się jednak okazuje podzielają zachwyt prezesa PiS. Część mieszkańców, a także internauci nie kryją swego oburzenia. „Lepiej niech wymieniają słupy energetyczne”, „Ile ludzi to nakarmi?” – można przeczytać w licznych komentarzach.

Przewyższający swymi rozmiarami krzyż na Giewoncie, monument w Tuligłowach stał się kolejnym dowodem, że Polska pod dyktatem partii PiS, pomnikami stoi.

Analitycy z portalu politykawsieci.pl poinformowali, że po raz pierwszy od 2014 r. Prawo i Sprawiedliwość odnotowuje poważne straty w social mediach.

To ważna informacja, bo kampania przed wyborami samorządowymi nabiera tempa i jak się okazuje opozycja chyba odrobiła lekcje z poprzednich wyborów. Kilka lat temu PiS przejęło rząd dusz na portalach społecznościowych. Było to możliwe dzięki całej rzeszy ludzi zatrudnionych wówczas do obsługi social mediów.

Po wygranych wyborach „trutni, których wielką pracą wystukano, wyklikano i wylajkowano dominację PiS w sieci wynagrodzono posadami w administracji rządowej czy propagandowych mediach, a ich nieoficjalnego szefa Pawła Szefernakera zrobiono nawet wiceministrem, co miało dać gwarancję, że kontrola nad prawicowymi trollami internetowymi, wspierana pieniędzmi z KPRM pozwoli trwale wygrywać potyczki w sieci z pozostającą w tej materii w lesie opozycją.”

Ale jak pokazują wspomniane wyżej analizy ciepłe posadki rozleniwiły pisowców, a opozycja zrozumiała znaczenie mediów społecznościowych. Po ubiegłotygodniowej konwencji partii rządzącej, pomimo „świetlanych” haseł wyborczych, to nie one królowały w sieci, a billboardowe hasło opozycji #PiSWziąłMiliony.

Bitwa hasztagowa #PiSwziąlmiliony zasięg w sieci 9,1mln / 6,4K wzmianek #KonwencjaPiS zasięg w sieci 8,5mln / 9,7 wzmianek #DotrzymujemySłowa zasięg w sieci 5,5mln / 3,9 wzmiankę” – czytamy wpis politykawsieci.pl. Różnica ta jeszcze się powiększyła po sobotnim konwencie wyborczym Koalicji Obywatelskiej w Warszawie i zorganizowanym równolegle evencie PiS we Wrocławiu.

Wychwalana „dobra zmiana” ponownie przegrała bitwę w mediach społecznościowych. „Zasięg 19 mln haseł Koalicji Obywatelskiej w porównaniu do ok. 6 mln partii Kaczyńskiego to prawdziwy łomot.” Pocieszający jest również fakt, że kierujących pisowską kampanią cechuje brak mobilizacji i brak pomysłów.

– Te wybory musimy wygrać, żeby w Polsce nie rozlała się krew. Mówię to z perspektywy mojego pokolenia, które widziało krew na polskich ulicach – podkreśla Bogusław Stanisławski, współzałożyciel Amnesty International. To jeden z uczestników Kongresu Obywatelskich Ruchów Demokratycznych, na który przyjechała „opozycja uliczna” z całej Polski.

„Moja ulica murem podzielona” – śpiewał Kazik w utworze „Arahja”. Odegrany po raz pierwszy ponad 30 lat temu protest song dotyczył muru berlińskiego. Dzisiaj można byłoby napisać go ponownie. Takiego rozłamu w Polsce nie było od dawna.

Ale podziały nie przebiegają jedynie na linii PiS – opozycja. Podzieleni są także ci, którzy od dawna protestują przeciw obecnemu rządowi właśnie na ulicach. Choć każdy robi to na swój sposób, cel mają jednak wspólny: walka o przywrócenie demokracji i praworządności. Jak wspólnie osiągnąć ten cel, zachowując jednocześnie swoją autonomię? I jakiej Polski chcemy, gdy rządy PiS dobiegną końca? Właśnie nad tym debatować będzie „opozycja uliczna” z całego kraju, która przyjechała w niedzielę do Łodzi na Kongres Obywatelskich Ruchów Demokratycznych.

Zjednoczeni w celu, nie pod szyldem

– Ten Kongres jest od nas, przez nas i dla nas. Gdyby nie działalność opozycjonistów na ulicy, gdyby nie troska i miłość do naszej ukochanej, domowej, ciepłej i demokratycznej ojczyzny, tobyśmy tutaj nie byli. Korzystajmy więc z tego, że jesteśmy tutaj razem. Myślę, że większość z nas bardzo martwi, kiedy widzi, jak często i z jaką łatwością potrafimy się ranić i dotykać. Ale my idziemy w tym kierunku, żeby w naszej kochanej ojczyźnie panował pokój, żebyśmy z dumą patrzyli w oczy światu i mówili: „tak, jesteśmy z Polski”. Zróbmy, co w naszej mocy, żebyśmy wyjechali z poczuciem dobrze wykonanego obowiązku – rozpoczął kongres Robert Hojda, pomysłodawca KORD i uczestnik wielu akcji protestacyjnych.

>>>

Post Navigation