Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Włodzimierz Cimoszewicz”

Bezlitośnie zakłamany Duda w kwestii Konstytucji

Prezydent Duda w ostatnich 5 latach nie raz naruszał Konstytucję, ale teraz udaje, że kurczowo się jej trzyma. Zapomina, że Konstytucja w sytuacji pandemii wymaga wprowadzenia stanu klęski żywiołowej i fałszywie używa art. 131, twierdząc, że opóźnienie wyborów oznaczałoby zerwanie ciągłości władzy. Przy okazji robi sobie kampanię. Publiczne radio pomaga.

Więcej o konstytucyjnym zakłamaniu Dudy >>>

Więcej o psychopacie K. >>>

Kmicic z chesterfieldem

Rząd Morawieckiego świadomie dąży do konfliktu z Unią Europejską.

PiS jest nastawiony przeciw UE, bo ta nie zgadza się na bezprawie i wartości niedemokratyczne. Liczy też na to, że Unia się wywróci choćby przy pomocy koronawirusa.

Mamy rząd autorytarny, wykorzystujący zamieszanie z zarazą, bo wie, że protestów społecznych nie będzie.

Wyrok TSUE może być tylko jeden, Izba Dyscyplinarna SN nie mieści się w standardach zachodnich, a tym samym Polska rządzona przez PiS nie nadaje się do tej cywilizacji.

To od nas zależy, czy zgodzimy się na zamordyzm, czy zgodzimy się na degradację naszego życia i ojczyzny.

Partia Kaczyńskiego i rząd tej formacji, rząd Morawieckiego, jest w istocie antypolski, to wróg naszego państwa i naszego życia, który zainstalował się u koryta.

Czy musimy czekać na upadek Polski, aby dać kopa Morawieckiemu i Kaczyńskiemu, przegnać ich z kraju, jako banitów?

Pytanie retoryczne.

Andrzej Duda zaś winien ciągle być na walizkach. Jest nie…

View original post 684 słowa więcej

 

TV Republika upada. Tak kończą gadzinówki

Pracownikom Republiki wciąż nie przelano pensji za listopad. Jeszcze kilka dni temu niektórzy nie dostali wynagrodzenia za październik. Miesięczne opóźnienia z wypłatą to norma – twierdzą dwie pracownice telewizji Republika, z którymi rozmawiali dziennikarze „Gazety Wyborczej”. Aż 30 pracowników wysłało list w sprawie sytuacji w stacji. – „W Republice panuje stan oblężenia. Kierownictwo poszukuje w szeregach niemieckich i rosyjskich szpiegów oraz zakamuflowanych działaczy Platformy Obywatelskiej. Oglądalność nieustannie spada. W listopadzie wyniosła 0,03 proc. Jest o 40 proc. mniej niż przed rokiem. To wina kierownictwa stacji. Produkujemy długie i nudne audycje, których nikt nie chce oglądać” – piszą w nim.

„Dzień pracy zwykle zaczynam od pytania koleżanek i kolegów, czy już coś im przelali. Bo jak dostali to może i ja dostanę zaraz po nich” – mówi „Gazecie Wyborczej” jedna z dziennikarek telewizji Republika, zastrzegając anonimowość. Gdy pod koniec listopada GW po raz pierwszy rozmawiała z dwiema pracownicami Republiki, nie dostawały pensji od kilku miesięcy. Jak twierdzą, załoga stacji dzieli się na „rodzinę”, czyli grupę prawicowych celebrytów, m.in. Tomasza Sakiewicza, Tomasza Terlikowskiego (naczelny stacji), Dorotę Kanię (zastępczyni naczelnego), dziennikarkę Katarzynę Gójską-Hejke, i na „wyrobników”. – „Wyrobnicy pracują na kredyt. Rodzina pieniądze dostaje na czas. Najgorzej mają techniczni, którzy w hierarchii ważności są ostatni” – opowiada sfrustrowana pracowniczka. Przypomnijmy: telewizja zaczęła nadawać w 2013 r., jako wspólna inicjatywa grupy dziennikarzy ze środowisk konserwatywnych i wspierających PiS. Puszczana w telewizjach kablowych rozwijała się nieźle do wyborów 2015 r., lecz po wygranej PiS paradoksalnie jej najzdolniejsi dziennikarze i pracownicy techniczni przeszli do telewizji publicznej. Dziś jest opanowana przez środowisko „Polskiej” oraz jej klubów. Stałe programy mają w niej Antoni Macierewicz, Jerzy Targalski, Ewa Stankiewicz, czyli prawicowy beton – wyznawcy teorii spisku smoleńskiego i tropiciele agentów – czytamy w portalu.

Pod koniec listopada 30 szeregowych pracowników zdecydowało się napisać list do zarządu telewizji. „W ten wyjątkowy czas, gdy zasiadają państwo przy wigilijnym stole, prosimy na chwilę wspomnieć o nas, pracownikach telewizji Republika, którzy od kilku miesięcy nie dostali wynagrodzenia za swoją pracę. Dla nas to nie będzie wesoły czas. Z podobnymi sytuacjami mamy do czynienia co miesiąc, ale w okresie świątecznym są one szczególnie przykre” – przytacza treść pisma ”Wyborcza”. „Z szacunku dla naszych widzów nie chcielibyśmy blokować procesu produkcji i nadawania programu, więc prosimy o niezmuszanie nas do drastycznej formy protestu. Ufamy, że dyrekcja telewizji Republika zaprzestanie zastraszania i szykanowania pracowników” – apelują jego twórcy. Kopia listu trafiła do premiera, prezydenta, marszałków Sejmu i Senatu.

Tymczasem  Tomasz Sakiewicz zaprzecza informacjom, podawanym przez jego pracowników. Poproszony przez „GW” o komentarz, wysyła smsa. „Ktoś was wprowadza w błąd. Obecnie nasza sytuacja jest dobra. To [że nie płacę] to jakaś bzdura. W tej chwili regulujemy swoje płatności wobec pracowników” – przytacza jego treść dziennik. Listu pracowników Sakiewicz komentować nie chce, bo „pierwszy raz o nim słyszy”. Zapewnia też, że w Republice nie ma zastraszania. Na koniec przysyła kolejnego SMS-a: „Proszę wskazać, komu pana zdaniem nie zapłaciliśmy” – czytamy w portalu GW.

Depresja plemnika

Dziennikarz Tomasz Sekielski od kilku miesięcy pracuje nad filmem dokumentalnym poruszającym tematykę pedofilii w Kościele. Choć wsparcia finansowego odmówiły mu największe polskie stacje telewizyjne, udało mu się zebrać potrzebną sumę dzięki zbiórce na platformie Patronite. Praca nad filmem nie jest jednak łatwa – bohaterowie filmu są zastraszani, nagrania utrudnia także policja.

– Kolejny dowód na to, że Kościół wiele mówi o sprawie pedofilii, a niewiele w tej sprawie robi. Wyobraźcie sobie księdza, który został prawomocnie skazany, który dostał zakaz zbliżania się do dzieci, któremu sąd zakazał nauczania religii. I ten oto ksiądz odprawia rekolekcje z naukami dla dzieci. Mamy to nagrane i zobaczycie to w naszym filmie – opowiadał Sekielski w dopiero co opublikowanym na Facebooku klipie.

O projekcie Sekielskiego głośno jest niemal od roku, kiedy dziennikarz poinformował, również na swoim Facebooku, że planuje nagranie filmu dokumentalnego o pedofilii w polskim Kościele. – To nie będzie film antykościelny ani…

View original post 5 567 słów więcej

 

Program PiS: Polacy mają zapierdalać za miskę ryżu

– Jarosław Kaczyński zapewne uznał, że w części partii i wśród części sympatyków partii odżywa pogląd, że premier to skryty platformers, bo jest spoza świata PiS. Prezes wyczuwa, że jest kłopot, więc zabiera głos osobiście i autorytatywnie orzeka, że problemu wcale nie ma – mówi Ludwik Dorn, były marszałek Sejmu.

Czy taśmy z „afery podsłuchowej”, na których jest nagrany premier Mateusz Morawiecki, mogą go obalić?

Ludwik Dorn: – W sprawie afery taśmowej są dwie nowe rzeczy. Pierwsza jest niesłychanie poważna i ją niestety zepchnięto na margines – to zeznania kelnerów.

Pan mówi o zeznaniach Łukasza N. i Konrada Lasoty, że premier Mateusz Morawiecki miał dyskutować o kupowaniu nieruchomości lub braniu kredytów na tzw. słupy, czyli odstawione osoby.

Takie zeznania nie są dowodem, ale są poszlaką.

Jednak na ujawnionych przez Onet taśmach póki co nic o tym nie ma.

Większość dziennikarzy przyjęła punkt widzenia PiS, że jak nie ma nagrania, które można odsłuchać, to nie ma sprawy. Natomiast z punktu widzenia prawno-karnego zeznania kelnerów o rozmowie to poszlaka obciążająca Mateusza Morawieckiego, więc służby powinny badać ten wątek. Poważną sprawą jest również to, że te poszlaki pojawiły się na początku 2015 r., a więc jeszcze za rządów PO-PSL. Nie wiadomo, czy wtedy prokuratura oraz służby (policja, Centralne Biuro Antykorupcyjne i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego) poszły tym tropem, czy nie. Nie wiadomo też, czy podążano tym tropem po wyborach 2015 r., a więc po przejęciu władzy przez PiS.

Dziś wygląda na to, że i za rządów PO, i za władzy PiS nad Mateuszem Morawieckim był trzymany parasol ochronny, mimo że poszlaka – zeznania dwóch kelnerów – jest przecież poważna i dotyczy możliwości udziału Mateusza Morawieckiego w przestępczym procederze. Na 100 proc. jednak nie wiemy, czy i jak organy ścigania zareagowały na te zeznania.

A po drugie: nikt do tej pory nie udzielił jasnej odpowiedzi na pytania, czy prokuratura i służby są w posiadaniu taśmy z rozmową o kupowaniu nieruchomości na „słupy”, o czym mówią kelnerzy. Wypowiedzi na ten temat są pokrętne. Analizowałem słowa Macieja Wąsika (posła PiS, zastępcy koordynatora służb specjalnych), który mówi tylko o materiałach CBA, ale przecież w posiadanie takiej taśmy mogła wejść inna służba: ABW, policja albo prokuratura. Chciałbym wiedzieć, czy służby choć wszczęły działania operacyjno-rozpoznawcze na podstawie przesłanek wynikających z zeznań kelnerów.

Narracja PiS jest taka: premier nic sensacyjnego nie mówi, a fragmenty stenogramów były już znane od paru lat.

To właśnie jest sprawa mniej poważna. Taśma, której fragmenty były upublicznione już wcześniej, jest dla PiS i premiera problemem, ale wizerunkowym. Z nagrania wynika, że w owym czasie Mateusz Morawiecki mentalnie i pod względem języka, którym się posługuje, jest podobny do innych bohaterów nagrań.

Prezes PiS Jarosław Kaczyński tłumaczy to tak: „Ja jestem przekonany, że to jest człowiek (Morawiecki) uczciwy, który przez jakiś czas swojego życia pracował w pewnym środowisku i w jakiejś mierze musiał przyjmować jego reguły. Ale wiem, że także w tym czasie robił bardzo wiele dobrego i być może mówię to publicznie po raz pierwszy – współpracował z nami – zaznaczył prezes PiS”. Jak to odczytywać?

Jarosław Kaczyński zapewne uznał, że w części partii i wśród części sympatyków partii odżywa pogląd, że premier to skryty platformers, bo jest spoza świata PiS. Prezes wyczuwa, że jest kłopot, więc zabiera głos osobiście i autorytatywnie orzeka, że problemu wcale nie ma. A nawet więcej, bo prezes PiS daje do zrozumienia, że – odwołam się tu do wieszcza – Morawiecki „pełzając milczkiem jak wąż łudził despotę”, był Konradem Wallenrodem albo J-23, więc nie czepiajcie się człowieka, bo choć był oficerem Abwery, to pracował dla nas.

Powrót afery taśmowej tym razem z Morawieckim jako głównym bohaterem, zachwieje pozycję premiera w PiS?

Jeżeli wszystko ograniczy się do kwestii wizerunku, to Mateusz Morawiecki wielkich start nie poniesie. Jeśli zaś opozycja i nie obsługujące propagandowo PiS środki masowego przekazu postawią na ostrzu noża sprawę domniemanego handlu nieruchomościami na „słupy”, choćby podejmując dziennikarskie śledztwa dotyczące udziału BZ WBK w handlu nieruchomościami w województwie wielkopolskim, to nie tylko Morawiecki, ale i cały PiS może wylecieć w powietrze. Oczywiście wtedy, kiedy jest tam coś niedobrego. Ale jeśli nie ma, to dlaczego PiS i rząd milczą lub kręcą?

W „Panu Wołodyjowskim” występuje ksiądz Kamiński, „za młodu żołnierz fantazji wielkiej”, który wspominając podczas żołnierskich gawęd w Chreptiowie swoje walki ze zbuntowanymi Kozakami, nie uznaje za grzech, że ich w walce zabijał, ale kaja się, „bo ich jako zarazy nienawidził” i „nad powinność czynił”.

Obywatele RP opublikowali kolejny raport o represjach, które ich spotykają za to, że stosując metodę obywatelskiego nieposłuszeństwa, przeciwstawiają się różnym działaniom pisowskiej władzy czy skrajnej prawicy. Skoro odwołują się do obywatelskiego nieposłuszeństwa, to nie ma nic dziwnego w tym, że są ścigani i karani – przede wszystkim z kodeksu wykroczeń. Obywatelskie nieposłuszeństwo na tym polega, że jest czynem „publicznym, dokonanym bez użycia przemocy, dyktowanym sumieniem, aczkolwiek politycznym, sprzecznym z prawem, zwykle mającym na celu doprowadzenie do zmiany prawa bądź kierunków polityki rządu. (…)  Prawo zostaje złamane, lecz przywiązanie do prawa wyraża się w publicznym charakterze tego aktu i w wyrzeczeniu się przemocy, w gotowości do poniesienia prawnych konsekwencji własnego postępowania” (John Rawls, „Teoria sprawiedliwości”, rozdział VI.55).

Rzecz jednak w tym, że gdy Obywatele RP odwołują się do sądów, to okazuje się, że większość działań policji podjętych przeciw nim nie miała podstawy prawnej – postępowania kończą się w większości umorzeniem lub uniewinnieniem, a jeśli chodzi o znaczną grupę zatrzymań, to sądy zasądzają na rzecz poszkodowanych Obywateli RP parotysięczne odszkodowania.

Problem polega na tym, że wyroki sądów wcale policji nie zniechęcają – dalej kieruje ona wnioski o ukaranie lub akty oskarżenia, także w przypadkach analogicznych do tych, które skończyły się uniewinnieniem lub umorzeniem.

Ponadto policja formułuje ciągle zarzuty groteskowe i absurdalne. Wycofała  się z zarzutu, że namalowanie zmywalnym sprayem na biurze posła PiS napisu „PZPR” było „propagowaniem ustroju totalitarnego” i że odziewanie w koszulkę z napisem „Konstytucja” pomników jest ich znieważaniem, ale na policyjnej grządce wyrósł nowy kwiatuszek. Policja skierowała rozpatrywany przez sąd wniosek o ukaranie obywatela RP, który podczas przesłuchania swojego kolegi w związku z udziałem w demonstracji ścieralną farbą napisał przed komisariatem na chodniku „Policja czy PiS-licja”. Sam obwiniony podnosi, że do  namalowania napisu na chodniku użył ekologicznej farby z kredy, nie uszkodził trwale chodnika. „Taki napis wystarczy przetrzeć ściereczką i od razu znika” – mówił w sądzie. Jednak policja obwiniła go o zniszczenie chodnika. Poszkodowanym miała być według niej wrocławska Spółdzielnia Metalowiec, chociaż ta odpowiedziała, że chodnik do niej nie należy. Również miasto Wrocław nie wniosło roszczeń za chodnik. Od niepamiętnych czasów dzieci „niszczą chodniki” przy pomocy kredy, grając „w klasy”, i jakoś nikt ich nie ścigał.

Otóż temu postępującemu antyopozycyjnemu rozbuchaniu policji można się przeciwstawić. Najmniej winni są tu szeregowi funkcjonariusze i ich należy zostawić w spokoju. Ale policjantom z prewencji jakiś zwierzchnik wydawał polecenia zatrzymań na dużą skalę – jak się okazało bezprawnych. Wnioski do sądu i akty oskarżenia wnoszą funkcjonariusze z pionu dochodzeniowo-śledczego, także na polecenie swoich przełożonych. Nazwiska zarówno wyższych oficerów  wchodzących w skład kierownictw komend wojewódzkich i powiatowych, jak i ich niższych rangą kolegów z dochodzeniówki, którzy kompromitują siebie i policję, sporządzając groteskowe wnioski i akty oskarżenia, są jawne i należy je podawać do publicznej wiadomości w internecie, tworząc listę pisowskich nadgorliwców z policji i prokuratury. Chodzi o zastosowanie prewencji ogólnej. Nadgorliwców trzeba stygmatyzować jako takich, ale ich lista będzie działać zniechęcająco na naśladowców, którzy mogą się zacząć od wykonywania poleceń nękania opozycji migać. Policjanci chcą robić karierę w policji przy każdej władzy i warto im uświadamiać, że prędzej czy później zmieni się władza, zmienią się zwierzchnicy i wtedy zacznie padać pytanie: a co pisowscy nadgorliwcy robią dalej w policji? Postępowań dyscyplinarnych zapewne nie będzie, ale i bez postępowania dyscyplinarnego karierę policyjną można zastopować, a nawet zwichnąć. I dlatego taka lista, o ile powstanie, będzie dawać do myślenia i zniechęcać do czynienia nad powinność.

Sąd orzekł, że NSZZ „Solidarność” ma przeprosić Komitet Obrony Demokracji za stwierdzenie, że w szeregach tego opozycyjnego ruchu społecznego są m.in. byli funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa i Wojskowych Służb Informacyjnych. Padło ono podczas sporu wokół organizacji ubiegłorocznych obchodów rocznicy Porozumień Sierpniowych w Gdańsku.

„S” oskarżyła działaczy KOD o służbę w SB i WSI

Organizujący własne uroczystości KOD zaprosił do udziału w nich także „Solidarność”. Zareagowało samo szefostwo związku, czyli prezydium Komisji Krajowej: w specjalnym oświadczeniu określiło zaproszenie KOD jako „bezczelną prowokację”. Towarzyszył temu wywód: „Będziemy przypominać ofiary tych ludzi, którzy tak chętnie zasilają dzisiaj szeregi KOD-u. Mamy tu na myśli tak widocznych i aktywnych prominentnych działaczy KOD, jak byli esbecy, funkcjonariusze WSI, TW i liczni przedstawiciele resortowej PRL-owskiej nomenklatury. Słowem: nie potrafimy sobie wyobrazić wspólnego świętowania z ludźmi, dla których refleksją nie jest słowo przepraszam, a jedynie rozpacz, że nie da się wyżyć za 2 tys. po zmniejszeniu esbeckiej emerytury”.

Z prawniczego punktu widzenia wyrok można uznać za oczywisty. Oświadczenie władz „Solidarności” zawierało bowiem sformułowania oczywiście nieprawdziwe, naruszające dobre imię Komitetu.

„S” winna eskalacji agresji wobec KOD

Ważniejsze jest co innego: że sąd zauważył, iż skutkiem oświadczenia władz „Solidarności” była „eskalacja agresji wobec KOD i piętnowanie jego działalności”. Użyte tezy były „w bezrefleksyjny sposób powtarzane i kierowane nawet do tych członków stowarzyszenia, którzy z racji wieku nie mają nic wspólnego z PRL”. W efekcie pojawiły się nawet akty przemocy fizycznej i pogardy słownej wobec członków Komitetu.

Między wierszami uzasadnienia sąd zwrócił również uwagę na rzecz nader charakterystyczną: że NSZZ „Solidarność”, odwołujące się przecież wciąż do tradycji wielkiego ruchu społecznego, walczącego przed laty o wolność, demokrację i przestrzeganie praw człowieka, zaatakowało, i to nadzwyczaj brudnymi metodami, ruch społeczny walczący dziś o – jak to sformułowano w statucie KOD – „ochronę praw człowieka i obywatela oraz umacnianie zasad praworządności oraz demokratycznych zasad państwa prawa”.

Przebywali w hali, czyli komedia omyłek

„S” idzie w zaparte

Więcej: zarówno obecny na ogłoszeniu wyroku wiceprzewodniczący związku Bogdan Biś, jak i członkowie prezydium Komisji Krajowej (znowu w specjalnym oświadczeniu) brną w zaparte. Nie tylko zapowiedzieli odwołanie, ale powtórzyli kłamliwe słowa wobec KOD. Przy okazji obrazili sąd. To kolejny dowód stanu obecnego szefostwa NSZZ „Solidarności” – oraz jego uległości wobec obecnej władzy.

Sierpień 80. Jak ruszyła rewolucja

6 pażdziernika swoje urodziny obchodzi Manuela Gretkowska

„Trzeba słuchać ludu, obiecać im czego oczekują a potem wygaszać ich oczekiwania. Mają zapierdalać za miskę ryżu”. – ten tekst Morawieckiego to manifest programowy PiS. Opozycji pozostaje tylko zapoznać z nim suwerena. Chyba trudno byłoby ujawnić większą pogardę dla społeczeństwa.

Holtei

Prezes przekonał mnie, że autor poniższych cytatów, to nie jest ten , który jest teraz premierem. Naprawdę. Ten, który to mówił, to był Morawiecki Tuska. A ten dzisiejszy, to Morawiecki Jarka. Zupełnie inny. Podobny, to fakt. Ale inny.

Na archiwalnym nagraniu sprzed 17 lat, opublikowanym przez posłankę Joannę Scheuring-Wielgus słyszymy, jak obecny polityk PiS-u tłumaczy, że siadanie dzieci na kolanach księdza, całowanie i głaskanie ich przed duchownego ‚nie miały podtekstu seksualnego’. ‚Oglądając tę wypowiedź, mam wrażenie, jakbym nie wyszedł z filmu Kler’ – komentuje Jarosław Kurski i dodaje: ‚Piotrowicz zrobił u boku Kaczyńskiego polityczną karierę. I słusznie. Dowiódł bowiem, że można mu powierzyć każdą brudną robotę’.

Po co nam przekop Mierzei Wiślanej? Kontenerowce nie przypłyną, bo się nie opłaci. Okręty wojenne nie przypłyną, bo za płytko. Rybacy nie przypłyną, bo już nie będzie ryb. Co przypłynie? Głosy dla PiS.

– Jestem przekonany, że pierwsza łopata pod…

View original post 2 738 słów więcej

Kaczyński wyprowadza PL z Unii, towarzyszy mu wiernie Rydzyk

Cień unijnej flagi przeszkadza dziś Kaczyńskiemu cieszyć się słońcem wymarzonej dyktatury. Dlatego wyprowadzi nas z Unii Europejskiej.

Na samym końcu tego szaleństwa coś przecież musi być. Odrzucając na moment tezę, że Jarosław Kaczyński sięga po dyktatorską władzę wyłącznie dla chorych emocji, z tumanów psychologicznej wojny domowej, coś się powinno wyłaniać. Tylko co?

Pojęcia zarządzania przez kryzys, chaos i konflikt są stare jak świat. W najnowszej historii Polski po raz pierwszy sięgnął po nie Lech Wałęsa. Słynna „wojna na górze” wydawała się być napędzana wyłącznie osobistą niechęcią byłego prezydenta do byłego premiera, czyli Wałęsy do Mazowieckiego. W istocie stał za nią twardy, polityczny plan.  Latająca zaś po ekranach telewizorów rysunkowa siekierka, miała wyłącznie wymiar symboliczny. To, co łączy tamte obrazki z dzisiejszą, rozrąbaną na dwa obozy Polską, to on – Jarosław Kaczyński. I wtedy (jako najbliższy współpracownik Wałęsy, w co dziś trudno uwierzyć) i dziś, robił i robi to, co w życiu wychodzi mu najlepiej – skłócał, poróżniał i jątrzył. Wtedy celem była prezydentura Wałęsy. A dziś?

Załóżmy, że starzejącemu się w samotności destruktorowi i niszczycielowi nie chodzi wyłącznie o podpalenie kraju. Co zatem może stać za, realizowanym z piekielną konsekwencją, planem podzielenia Polaków na nienawidzące się i zwalczające plemienia?

Odpowiedzi nasuwają się dwie. Obydwie przerażające. Nazwijmy je planem A i scenariuszem B. Plan A jest wprowadzany świadomie. O jego słuszności przekonany jest Prezes, a za nim grupka dworzan, ślepo wykonujących rozkazy króla. Scenariusz B może, choć wcale nie musi, być realizowany mimochodem. Prezes dopuszcza jego prawdopodobieństwo, ale uważa, że potrafi się przed nim obronić. A i B mają wspólny mianownik, całkiem jak w czasach „wojny na górze”. Znowu jest nim osoba Kaczyńskiego.  Bez niego pierwszy nie ma prawa się udać, a przed drugim nie wiadomo jak się bronić.

Plan A to wyjście Polski z Unii Europejskiej. 

Szef PiS jest już wyraźnie  przekonany, że struktury unijne są bardziej obciążeniem, niż wsparciem czy szansą. Cień unijnej flagi przeszkadza Kaczyńskiemu cieszyć się słońcem własnego, wymarzonego modelu dyktatury. Oznacza dla jego marionetek konieczność upokarzających tłumaczeń przed pogardzaną przezeń brukselską elitą. Oznacza, nieakceptowalne w jego rozumieniu pojęcia władzy, kary finansowe. I to za działania, które on sam uważa za właściwe i słuszne. Kaczyński nie może pojąć, że zdobyta władza napotyka jakieś przeszkody, i to – o ironio – nie w kraju, ale za granicą. Despota nie znosi sprzeciwu. A jeśli nie może go zdławić, zrobi wszystko, by się go inaczej pozbyć. Czyli ominąć.

Mówiąc wprost, Bruksela uniemożliwia mu rządzenie we własnym kraju.

Wreszcie, unijne instytucje są najpoważniejszą przeszkodą w brutalnym gwałcie na niezależnym sądownictwie. Ostatnim bastionie demokracji, zdolnym powstrzymać Kaczyńskiego przed pełnią władzy. Czyli przed dyktaturą.

Plan A nie będzie zrealizowany natychmiast. Jego przeprowadzenie musi potrwać. Nie tylko dlatego, że to trudne, skomplikowane czy wymagające referendum (choć na myśl o tym, że Prezes mógłby się przejąć jego niekorzystnym wynikiem, ogarnia raczej pusty śmiech, niż nadzieja na zatrzymanie tego szaleństwa). W perwersyjny sposób Bruksela jest dziś Kaczyńskiemu potrzebna. I jako straszak dla konserwatywnej części wyborców (wyobrażam sobie komentarze proboszczów i wiernych po ostatniej paradzie równości w Amsterdamie) i jako alibi. PiS potrzebuje wygodnego tłumaczenia, dlaczego sprawy nie idą tak gładko jak obiecano. Sformalizowany (i często skostniały) aparat brukselskiej biurokracji to powód znakomity. Jak niewiele innych.

Prezes w dziele wyprowadzania Polski z Unii ma wiernych sojuszników. Na ich czele stoi Tadeusz Rydzyk. To on dyktuje tempo, melodię i tekst antyunijnego oratorium. Dawkuje, wspiera, wyciąga groteskowe, kłamliwe ale chwytliwe pseudo-argumenty, szykując niepewny swego i bezkrytyczny elektorat antyunijny na powrót „prawdziwej, niepodległej Najjaśniejszej”. Kiedy będzie gotów, ogłosi hasło pełnego wyzwolenia spod jarzma brukselskiego dyktatu. Rozpoznanie nastrojów bojem zapewniają jednoosobowe komanda w rodzaju posłanki Pawłowicz czy „obatela” Czarneckiego. Czyli rodzaj użytecznych, ślepo wpatrzonych w wodza i bezmyślnie posłusznych żołnierzy. Takich, co są gotowi powiedzieć i zrobić każde świństwo, byle tylko zasłużyć na łaskę życzliwego spojrzenia prezesa. Albo podziękowania Ojca Dyrektora.

 „Brukselskich szmat” i „tłustych rączek Timmermannsa” będzie zatem coraz więcej. Bo nic nie kosztują, a są wdzięcznym barometrem podatności społecznej na antyunijną retorykę.

Jarosław Kaczyński trafnie przewiduje, że przeciętny wyborca podświadomie czuje, iż największe profity z Unii już za nami. A nawet jak nie czuje, to mu to premier z ministrami wyliczą. Pojawią się księżycowe symulacje oraz z sufitu wzięte analizy. Grono usłużnych „ekspertów”, z ogniem w oczach, wygłosi każdy idiotyzm. Potem już tylko propagandowa gadzinówka ogłosi o 19.30, że Polexit to teraz racja stanu. Gdyby wszystkiego było mało, Ziobro z Kamińskim zamkną kilku polityków Platformy, a Elżbieta Bieńkowska „okaże się” nagle gwiazdą mrocznego układu, dzielącego unijną kasę między swoich.

Unijne korzyści: gospodarka, konkurencyjność, jednolity rynek czy swobodne przepływy – to dla większości abstrakcja. Nikt za nią ginął nie będzie, podobnie jak nikt nie ginął za Trybunał Konstytucyjny czy sądy powszechne. Jedyna dostrzegana przez wszystkich, bez wyjątku, korzyść – swoboda podróżowania – też jest do podważenia. Skoro bowiem ulubionym kierunkiem Polaków przez lata była Wielka Brytania, z witającym na lotnisku oficerem imigracyjnym, to znaczy, że ani te granice nie tak całkiem zniesione, ani trudności z tym związane jakoś szczególnie dotkliwe.

Kaczyński chce być w forpoczcie krajów wybijających się na antyunijną niezależność. W całej swojej niechęci do zagranicy, napędzanej strachem przed obcym, niezrozumiałym światem, nie dostrzega, że jego polityczni idole (z Orbanem na czele) są skrajnie cyniczni nie tylko na krajowych podwórkach. Zdumienie Prezesa „węgierską zdradą” przy głosowaniu w sprawie Tuska, w ogóle nie dało mu do myślenia. Nadal uważa, że bratanki mają nie tylko identyczną wizję wewnętrznego zamordyzmu, ale też wspólną z nami rolę do odegrania w Europie. To wróży tylko gorzej scenariuszom, jakie każdy przytomnie myślący Polak rysuje sobie teraz w głowie.

Ze scenariuszem B sprawa jest nieco bardziej zawiła. To trudna dziś do precyzyjnego opisania groźba powrotu w sferę wpływów Kremla. Jej (na razie) mglistość nie bierze się tylko z nieprzewidywalności głównych rozgrywających globalnej polityki – Trumpa i Putina. To, że nie da się jej jasno opisać, jest wynikiem swoistej, indyferentnej akceptowalności procesów geopolitycznych. To tragifarsa, bo powrzaskująca o wstawaniu z kolan ekipa rządząca, na własne życzenie pozbawiła się niemal wszystkich narzędzi skutecznego rozgrywania naszych interesów na arenie pozakrajowej. Nic nie znaczy, nie ma nic do gadania i nic do zaoferowania.

To, w połączeniu z nieświadomą grą na mało rzewną, rosyjską nutę, sprawia, że większość kwestii rozgrywa się obok nas i bez naszego udziału.

W tej rozgrywce biorą udział dwa rodzaje graczy. Pierwsi to gracze bierni. Wsród nich jest przede wszystkim grupa skrajnych amatorów kierujących dziś czymś, co się nazywa polityką zagraniczną (choć dalibóg, wcale nią nie jest). Przez zaniechanie, skrajną nieudolność, wreszcie śmieszność i groteskowość, tańczą tak, jak Władimir Putin chwilami nawet by sobie nie wymarzył.

Drugi rodzaj to grupka postaci aktywnych.

Kuriozalny, dający się wytłumaczyć tylko upałami, wywiad Morawieckiego – seniora dla Rzeczpospolitej, pokazuje, że dziś można jawnie nawoływać do zaprzedania Polski Moskwie i żadnej kary za to nie ma. Warto w tym miejscu przypomnieć, że za „propagowanie interesów rosyjskich” Mateusz Piskorski, były działacz Samoobrony, został zatrzymany i przesiedział w areszcie 2 lata. W maju tego roku, grupa robocza ONZ ds. arbitralnych zatrzymań, zaapelowała do polskich władz o jego uwolnienie i zakończenie śledztwa.

To niebywałe, że w tej sytuacji marszałek senior zupełnie jawnie broni agresorskiej, łamiącej wszelkie standardy putinowskiej Rosji. I nie ma na to żadnego oficjalnego odzewu. MSZ milczy, a od premiera trudno oczekiwać, by skarcił publicznie tatę. Kornel Morawiecki każe mediom budować pozytywny wizerunek Kremla. A owe media, zamiast ogłosić bojkot Pana M., cmokają i kręcą z niesmakiem głową, czasem puszczając oko, że to już starszy pan, za to z piękną, opozycyjną kartą. Doszliśmy do miejsca, w którym będąc członkiem obozu władzy, wolno absolutnie wszystko.

Wśród realizatorów planu B trzeba oczywiście wymienić także Antoniego Macierewicza. Nie wdając się w analizy, czy były minister obrony robi to całkowicie świadomie, mimochodem czy nieświadomie, trzeba ślepego idioty, by nie widzieć , jak bardzo na rosyjską rękę jest bałagan i osłabienie armii, metodycznie demolowanej  przez Macierewicza przez dwa lata swoich rządów.

Ktoś powie: gdzie tam, jesteśmy przecież członkiem NATO. Tak, to prawda. Ale NATO ma dziś twarz Trumpa. A tę widzieliśmy wszyscy, kiedy zdjęta strachem, czapkowała Putinowi w Helsinkach.

W 1981, po ponad rocznym „festiwalu Solidarności”, Polacy dostali w twarz pięścią Jaruzelskiego. Skończyły się marzenia o wolności. Stalowa pięść wojskowego puczu była pchana siłą rosyjskiego niedźwiedzia. Dziś, po 3 dekadach niepodległości trudno nie widzieć pięści, którą wygraża nam Kaczyński. Nawet jeśli nie stoi za nią Putin, łatwo zgadnąć, z jaką radością będą patrzeć na Kremlu na nokaut polskiej demokracji.

Piotr Osęka, historyk, profesor w Instytucie Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk, przyjrzał się uważnie, w jaki sposób funkcjonują „Wiadomości” TVP, które jeszcze trzy lata temu były jednym z najważniejszych programów informacyjnych. Były jednym z najciekawszych źródeł wiedzy o wydarzeniach politycznych, ekonomicznych, kulturalnych i społecznych. No cóż…trzeba zastosować czas przeszły, bo dzisiaj to już zupełnie inna bajka.

W czasach stalinizmu zasada przekazu była proste. Z jednej strony pokazywano „sukces”, z drugiej zaś porównywano go z wcześniejszą niesprawiedliwością społeczną oraz podkreślano, dla kogo tenże sukces jest solą w oku. Kiedy mówiono o górnikach to natychmiast pokazywał się informacja, że „każda tona węgla to cios w podżegaczy wojennych”. Gdy potępiano publicznie jakiegoś sabotażystę, to wiadomo, że musiał pochodzić z rodziny, w której dziadek miał 30 ha, a kolejny krewny służył w armii Andersa. Podkreślano ciężką pracę robotników, którzy wykonywali nawet 300% normy, budowali MDM, a w tym czasie „kuria krakowska zdradza Polskę za dolary”.

 Przyszła nowa władza (PiS), dziennikarzy wymieniła na całkowicie sobie podległych i teraz „Wiadomości” są tubą propagandową PiS-u, a w oczy rzuca się niezwykła dbałość o światopoglądową spójność przekazu, co ma się nijak z rzetelnym dziennikarstwem.

I teraz ta nowa władza bierze przykład z tej, z czasów PRL i ochoczo wprowadzą zastosowane wtedy mechanizmy w życie. Jak pisze profesor Osęka „Bieżąca polityka staje się pretekstem do codziennego recytowania PiS-owskiego katechizmu. Czy oglądamy materiał o reformie sądów, kampanii samorządowej czy o wynikach makroekonomicznych, dostajemy wciąż te same obrazy i te same zdania. Zamiast pogrupowanego wyboru informacji – jednolity słowotok, złożonych z peanów na część władzy i złorzeczeń pod adresem jej przeciwników”.

Mówiąc o programach prospołecznych, na które żaden z poprzednich rządów nie wydawał tylu milionów, od razu idzie przekaz o kiepskiej opozycji, która nie ma nic konstruktywnego do oferowania. „Uczniowie Leszka Balcerowicza robią, co mogą żeby zdyskredytować reformy wprowadzane przez rząd Zjednoczonej Prawicy” i wspierają ich sędziowie Sądu Najwyższego, którzy „uszczuplają polską suwerenność”. PiS wprowadził w życie program Mieszkanie Plus, za co bardzo wdzięczni są mu niezamożni Polacy, ale taki Rafał Trzaskowski ma te wysiłki za nic i krytykuje, bo ma w nosie rozwój Polski. Liczy się tylko walka z rządem.

Premier i rząd składają hołd mieszkańcom Warszawy, pomordowanym przez Niemców, a w tym czasie profesor Gersdorf u tychże Niemców szuka wsparcia. Gospodarka rozwija się jak szalona, ale nie wolno zapominać o biedzie w czasach, gdy rządziło PO z PSL. Przykładów można by mnożyć.

Zasada jest idealnie prosta. Dobro – zło. „Dokonania” partii rządzącej i jednocześnie „knucie totalnej opozycji; sukcesy – knucie, knucie – sukcesy”.

Profesor Osęka słusznie zauważa, że „narracja „Wiadomości” jest monolitem. Ani jedno słowo, ani jeden komentarz nie mogą wyłamać się z szeregu i naruszyć spójności przekazu. W gruncie rzeczy walka toczy się to, by widzowie zrozumieli, że w Polsce przyszłości dla przeciwników PiS nie będzie miejsca”.

Internauci piszą, „Cóż, stary jestem, pamiętam Gierka, późnego Gierka, Solidarność, stan wojenny, pamiętam ówczesne przekazy z telewizora. Na studiach miałem konwersatorium z „nowomowy naszych czasów”, gdzie wszystkie algorytmy propagandowe rozkładaliśmy na czynniki pierwsze. Mimo to Ku…zji nie jestem w stanie oglądać dłużej, niż parę minut. Już nie te nerwy…”, „Komentator mistrzostw świata wspomniał o 500 +, na antenie w trakcie trwania meczu i to wcale nie naszej reprezentacji. I że inne narody nam zazdroszczą i będą brać przykład, a dowiedział o tym od kolegów z branży. Na własne uszy to słyszałam. Tak, że metody propagandy sukcesu te same od dziesiątek lat. Będzie miejsce w Polsce dla wszystkich. Oczadzenie kiedyś się skończy”, a mnie przeraża, że tak wielu ludzi kupuje ten przekaz i na jego podstawie buduje swoją wiedzę. Trudno z tym walczyć…

>>>

„Cień unijnej flagi przeszkadza dziś Kaczyńskiemu cieszyć się słońcem wymarzonej dyktatury. Dlatego wyprowadzi nas z UE. Prezes w wyprowadzaniu Polski z Unii ma wiernych sojuszników. Na ich czele stoi Tadeusz Rydzyk”.

Earl drzewołaz

>>>

Wiele mówi się ostatnio o zachowaniu Kościoła w naszych pisowskich czasach. Dziwne rzeczy się mówi. A że to jedni biskupi zadowoleni, a inni nie bardzo. I że PiS traktuje Kościół instrumentalnie, a takoż i Rydzyk et consortes traktują PiS. I może prawdę mówią. Ale nie to przecież jest ważne. Tak naprawdę ważne jest to, co się stanie, gdy pewnej pięknej wiosny reżim PiS upadnie i skończy się „reakcyjna rewolucja”.

View original post 4 399 słów więcej

Macierewicz, Morawiecki – panowie Zero Zero, którzy mienią się Polakami. Tacy zdegradowali nam ojczyznę

Dr Maciej Lasek skomentował wypowiedź Bartosza Kownackiego (PiS) na temat katastrofy smoleńskiej.

Politycy PiS wydają się bardzo zaskoczeni zawetowaniem przez prezydenta Dudę ustawy degradacyjnej. Miała ona umożliwić odebranie stopni wojskowych tym, którzy w latach 1943 – 1990 zaprzeczyli swoją postawą „polskiej racji stanu”. Prezydent uzasadniając swoją decyzję, powiedział, że „długo się nad tą ustawą zastanawiałem. Moje poglądy, jeśli chodzi o czasy słusznie minione i ludzi, którzy brali czynny udział zwłaszcza w budowaniu aparatu represji, są jednoznaczne (…) Ta ustawa jest niesprawiedliwa. Nie możemy przywracać sprawiedliwości niesprawiedliwą ustawą. Nie tędy droga”.

Do tej decyzji odniósł się Antoni Macierewicz w swoim programie „Pilnujemy Polski” emitowanym na antenie Telewizji Republika. Były minister obrony nie pozostawia na prezydencie suchej nitki. Zarzuca mu pomoc ludziom z dawnego aparatu komunistycznego i zastanawia się czy „Andrzej Duda powrócił do formuły grubej kreski i Okrągłego Stołu”. Jednocześnie podważa sens jego prezydentury, bo ma wrażenie, że „mało kto ze środowiska obozu patriotycznego zdawał sobie sprawę, że głosując na Andrzeja Dudę, wybiera taki, a nie inny sposób wyjścia spod okupacji sowieckiej (…) Wyjście, które poprzez weto potrwa latami”.

No cóż, jak widać „wojenka” na linii Antoni Macierewicz – prezydent Duda ma się dobrze. Były szef resortu obrony nie odpuści, bo w końcu prawda jest tylko jedna, oczywiście jego, Antoniego Macierewicza.

W swoim programie nie ominął też tematu katastrofy smoleńskiej. Wszystkim wiadomo, że 10 kwietnia, w rocznicę tej tragedii, miał ukazać się już pełen raport, potwierdzający teorię zamachu. Zgodnie jednak z przewidywaniami, termin przekazania Polakom tego raportu znowu przeciąga się w czasie. Pan Macierewicz stwierdził, że „nie ma jeszcze wyniku badań związanych z sekcją zwłok. Opis, analiza i podsumowanie to czynności, które potrwają kilka miesięcy”.

Zapewne też nikt nie jest zaskoczony tym przedłużającym się śledztwem. Już mówi się, że podkomisja smoleńska potrzebuje jeszcze kilku dobrych lat na udowodnienie swoich tez więc bądźmy cierpliwi i czekajmy w spokoju. Może nowi eksperci, o których nikt nic nie wie, poza panem Macierewiczem, wspomogą jego teorie spiskowe i wreszcie legenda zyska dobrą oprawę „faktograficzną”?

„Człowiek, który w pierwszym wywiadzie po objęciu tego stanowiska mówi, że marzy mu się rechrystianizacja Europy, który następnie mówi o żydowskich sprawcach Holokaustu – a następnie składa wieniec przy pomniku, przy jakimś symbolicznym kamieniu upamiętniającym jedyną wojskową polską formację kolaborującą z nazistami, z hitlerowcami w czasie II wojny światowej – przekreśla się w tym momencie kompletnie. Dla zagranicy to jest „pan zero” – tak skomentował w TVN24 dotychczasowe dokonania Mateusza Morawieckiego na arenie międzynarodowej były premier Włodzimierz Cimoszewicz. Jego zdaniem, Beata Szydło nie była lepsza na tym stanowisku. – „Nie była ani mądrzejsza, ani lepsza. Ale nie próbowała mówić po angielsku” – dodał.

Cimoszewicz odniósł się do zbliżającej się 8 rocznicy katastrofy smoleńskiej i faktu, że – wbrew zapowiedziom Macierewicza i reszty PiS – nie zostanie opublikowany raport końcowy, a tylko częściowy. – „To są żałosne próby ratowania się przed kompromitacją, która będzie konsekwencją przyznania, że nigdy żadnego zamachu nie było. Pan Kaczyński ze swoją grupą polityczną w sposób krańcowo cyniczny, dosyć obrzydliwy – biorąc pod uwagę, że zginął jego brat – wykorzystali do celów politycznych katastrofę lotniczą” – powiedział były premier.

Z pozycji doktora nauk prawnych Cimoszewicz skomentował wejście w życie znowelizowanej ustawy o Sądzie Najwyższym, w której zapisano m.in., że sędziowie mają przechodzić w stan spoczynku w wieku 65 lat. – „To dowodzi samobójczej skłonności do trwonienia zasobów, jakimi jako społeczeństwo dysponujemy”. Jego zdaniem, Komisja Europejska nie się „nabrać” na pozorne ustępstwa PiS w ustawach o sądach. – „Rośnie irytacja takimi próbami oszukania. Ci ludzie nie chcą, by robić z nich głupków” – stwierdził.

Ziobro skomentował uchylenie decyzji przez sąd w Gdańsku.

Polaku… minister przepierdala na delegacje 611 tys. zł a Tobie wzrośnie średnia emerytura o CZTERNAŚCIE zł… brutto? 😁👍

Kaczyński i PiS: tyrania kłamców i głupców

Duda strachem podszyty.

Przeraża mnie myśl, że liderzy największych krajów Unii, na czele z Angelą Merkel pielgrzymującą na Nowogrodzką, robili od 18 miesięcy wszystko, żeby tylko artykuł 7. nie został uruchomiony przeciw Polsce. Nikt w obozie władzy nie przyjął wyciągniętej ręki ani koła ratunkowego.

Kaczyński położył lagę na znaczeniu Polski, dla niwego liczy się tylko rządzenie.

Nagie rządzenia.

Dobrze to ujął prof. Marcin Król – wybitny intelektualista – to jest tyrania kłamców i glupców.

– Moim zdaniem to, co uprawia PiS w tej chwili, to jest granie na poczuciu bezpieczeństwa i jednocześnie na tym, że w każdym z nas jest skłonność do dobra i zła, czyli granie na skłonności do zła. To jest zło. PiS dla mnie uosabia w całości i niektórzy z przedstawicieli PiS-u zło, diabła.

Liczę, że polski rząd pójdzie po rozum do głowy i nie będzie szukać za wszelką ceną konfliktu w sprawie, w której najzwyczajniej w świecie nie ma racji – mówi Donald Tusk.

Komisja Europejska rozpoczyna procedurę wobec Polski z artykułu 7 unijnego traktatu. Komisarze na posiedzeniu w Brukseli zdecydowali o wysłaniu wniosku do krajów członkowskich o stwierdzenie zagrożenia dla praworządności w Polsce. Zaakceptowali tym samym propozycję wiceszefa Komisji Europejskiej.

Ruch Komisji Europejskiej skomentował  Tusk. – Ta decyzja wynika z głębokiej zmiany, jaką zaproponowała większość parlamentarna, więc PiS. Zmiany polegającej na tym, że to władza będzie ponad prawem, a nie prawo ponad władzą. Tak to oceniają instytucje europejskie – mówi były polski premier, który przebywa w Krakowie.

Potem szef Rady Europejskiej mówi jeszcze mocniej:

– Głęboko liczę na to, że polski rząd pójdzie po rozum do głowy i nie będzie szukać za wszelką ceną konfliktu w sprawie, w której najzwyczajniej w świecie nie ma racji.

Jeszcze raz zapewnił, że „zrobi wszystko, żeby żadne kary nie spotkały Polski”. – Ale konsekwencje już są. Z dużym zdziwieniem patrzy się w Brukseli na to, co dzieje się w Warszawie – stwierdził były premier.

Włodzimierz Cimoszewicz bardzo dosadnie o rzadzącym PiS:

„Wszedł cham w zabłoconych gumofilcach do salonu, wypróżnił się i rechocząc, mówi „nic mi nie zrobicie””.

Maciej Stuhr odniósł się do decyzji prezydenta Dudy w sprawie podpisania ustaw o SN i KRS. Wyśmiał głowę państwa na Facebooku.

Strażnik Konstytucji, hahaha! Bardzo śmieszne! Lodów bym mu nie dał potrzymać, bo by na pewno liznął!

 – napisał.

Lewica potrzebna od zaraz

Cimoszewicz

 

Publikuję fragment wywiadu „GW” z Włodzimierzem Cimoszewiczem, bo jest charakterystyczny dla języka lewicowego. Widać i słychać w nim niemoc pojęciową czynnych polityków. Jest to język liberalny, czyli zgody, niekoniecznie dialogu, acz nie jest to język zamknięcia, wykluczenia.

 

Do tych tematów należy powracać, drążyć je, aby nie skołtunieć, aby nie wpaść w skamielinę samozadowolenia.

 

Agnieszka Kublik: Po co dziś lewica? Niektórzy uważają, że po nic, bo świat zwraca się ku fundamentalizmowi.

Włodzimierz Cimoszewicz: Teza o powszechnym powrocie do religii i fundamentalizmu nie jest oczywiście prawdziwa, ale gdyby była, byłby to najlepszy argument przemawiający za lewicą. Lewica jest potrzebna, bo są ludzie o takich poglądach. Bo równowaga jest lepsza od przechyłu. Bo na świecie nadal jest wiele wyzysku, niesprawiedliwości i nierówności, które grożą eksplozją.

Prawdą jest jednak, że lewicy brak nowych wielkich idei. Konserwatyści mają łatwiej, programowo są za tym, żeby było tak, jak było.

Walczą z liberalizmem.

– No tak, ale gdy rozmawiałem z wieloma przywódcami lewicy w Europie, żaden nie przedstawił mi jakiejkolwiek nowej idei. Moim zdaniem jest taka i aż się prosi o podjęcie – to kwestia przyszłości Europy w zmieniającym się świecie.

 

Młodych chyba dziś bardziej kręci prawica, co widać np. w sieci. Prawicowcy potrafią interesująco mówić o swoim patriotyzmie, lewicowcy – nie.

– To chyba za daleko idąca teza. W necie można znaleźć, co się chce, a zwracają uwagę bardziej wrzaskliwi i agresywni. Często jestem zaskoczony, że przy okazji różnych sporów ludzie rozsądni, o umiarkowanych liberalnych poglądach milczą. Odzywają się znani dyżurni, ale Kowalski rzadko broni takich opinii i wartości. Nie wiem, jak to wytłumaczyć, ale na pewno przyczyną nie jest brak ludzi o takich poglądach. Miliony młodych Polaków pracują i studiują w Europie. Tam na pewno w jakimś stopniu przyjmują różne idee. Także liberalne. To kwestia czasu, gdy wyrażą je w kraju.

Czy lewica może odzyskać pole?: ”Lewicowość nie jest chorobą””Strategia lewicy”

 

A może podział na lewicę i prawicę już nie ma sensu? Wyborcy wyznają prawicowe wartości, ale ekonomicznie są lewicą.

– I tak, i nie. Zmieniają się tradycyjne zestawy głównych haseł i rzeczywiście część prawicy przejęła socjalne zawołania starej lewicy. Partie tego samego nurtu w różnych krajach mają przynajmniej częściowo różny stosunek np. do roli państwa w gospodarce. Jest jednak wiele kwestii unaoczniających linie podziału. Prawa, wolności i swobody, stopień kontroli rynku, nacjonalizm versus otwartość wobec innych, rola państwa i wspólnot ponadnarodowych itd. Odpowiedzi pozwalają dość precyzyjnie rozpoznać, z kim mamy do czynienia.

badań prof. Jacka Raciborskiego wynika, że ponad 80 proc. Polaków oczekuje silnego państwa, które zapewni im bezpieczeństwo, pracę, opiekę zdrowotną, edukację. Jak zatem powinny wyglądać relacje obywatel – państwo? Co w XXI wieku państwo musi dać obywatelowi?

– Nie znam tych badań. Ale gdyby ludzie rzeczywiście oczekiwali, że państwo zapewni im pracę, byłbym zdumiony, że po 23 latach nie zauważono, że mamy już inną gospodarkę. Jeśli ludzie oczekują zapewnienia bezpieczeństwa, to mają rację, bo m.in. w tym celu jesteśmy zorganizowani w państwo. Jeśli oczekują dobrej opieki zdrowotnej, to słusznie adresują to do regulatora, ale niesłusznie zapominają, że mamy na to tyle pieniędzy, na ile nas stać. To samo z edukacją, choć ogromne powodzenie szkół prywatnych do czasu niżu demograficznego dowodzi, że miliony postanowiły zająć się tym, nie czekając na państwo.

Oderwana od życia? Orliński punktuje młodą lewicę, aktywiści się bronią: ”Smutek walkoweru, czyli Kasia Tusk jak ojciec Rydzyk””Prekariuszki wszystkich zawodów łączcie się”

 

Mnie się wydaje, że wiele się zmieniło. 20 lat temu ludzie przychodzili do mnie jako posła, żebym im załatwił mieszkanie. Dzisiaj na ogół wiedzą, że mieszkanie trzeba kupić. Państwo powinno ułatwiać ludziom życie, pracę, biznes. Trzeba bardzo uważnie pilnować się np. przy stanowieniu prawa, żeby nie włazić ludziom z butami w ich życie i ich sprawy. Z tym jest kiepsko. I nie chodzi wyłącznie o sprawy pod kołdrą. Ileż to razy w ostatnich latach dochodziło do wtrącania się tam, gdzie nie trzeba. Państwo powinno pomagać w przygotowywaniu się do przyszłości przez politykę edukacyjną, naukową, stymulowanie zmian w strukturze gospodarczej, ułatwianie unowocześniania gospodarki itd.

Instytucje muszą być służebne wobec nas. Niestety, sytuacja się pogarsza. Policja, słynne straże miejskie miękną wobec chuliganów, a tropią i trapią zwykłych ludzi, zupełnie zapominając o sensie swojej służby. Wielokrotnie protestowałem przeciw szokująco powszechnej inwigilacji obywateli przez służby specjalne. Jest ich zbyt wiele i są zbyt słabo kontrolowane.

To jest pan jeszcze lewicowcem?

– Raczej liberałem. Moje rozumienie praw i wolności jest nawet ultraliberalne, bo uważam, że powinno być jak najmniej odstępstw od fundamentalnej zasady wolności słowa. Jej granicę wyznacza poszanowanie godności drugiego człowieka. Dość liberalne jest moje podejście do gospodarki: wierzę w wolność gospodarczą korygowaną. Ale – teraz powiem coś brutalnego, co pewnie świadczy o tym, że nie jestem lewicowcem – korygowaną nie z powodu tak zwanej sprawiedliwości społecznej.

Źródło: Wyborcza.pl

Świąteczna

Post Navigation