Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Wojsko Polskie”

Pisowscy politycy upokarzają wojsko

Depresja plemnika

Ostatnio przedstawiciele kościoła dość aktywnie włączają się do oceny strajku nauczycieli i niemal zawsze są krytyczni wobec strajkujących. Wyraźnie pokazują, czyją stronę w tym sporze trzymają.

O oburzonym wikariuszu z Ustrzyk Dolnych, który uważa, że nauczycielowi, podobnie jak księdzu, strajkować nie wypada, bo podstawą zawodu jest powołanie, jakże więc „gorsząca jest postawa strajkujących, którzy zdradzili swoją misję dla trzydziestu srebrników”.

O wikariuszu i katechecie z Wrocławia, który nazwał nauczycieli lewakami.

Jak również o proboszczu jednej z lubelskich parafii, który do wiernych w kościele powiedział: „strajkujący nauczyciel to nie nauczyciel” i „kiedyś nauczyciel uczył za darmo i oddawał życie za ucznia”.

Właśnie na tę wypowiedź proboszcza zareagował na Facebooku ksiądz Łukasz Kachnowicz, duszpasterz akademicki i publicysta z Lublina: „Księża gorszący się, że nauczycielom nie chodzi o dzieci, tylko o pieniądze, to już jest przegięcie. Sorry, ale my też mamy powołanie, przede wszystkim powołanie, ale też dbamy o…

View original post 1 516 słów więcej

 

Dlaczego PiS osłabia Polskę? Państwo jest w ruinie

>>>

Wymuszona dymisja Marka Chrzanowskiego, nagłe poprawki PiS do ustawy o KNF oraz kryminalne okoliczności afery każą podejrzewać, że powstał patologiczny układ urzędniczo-partyjno-biznesowy na szczytach państwa. Demokracja pozbawiona kontroli mediów, sądów, opozycji wyradza się w autorytarne państwo mafijne – jak na Węgrzech Viktora Orbána.

Z ujawnionego przez „Wyborczą” nagrania wynika, że szef KNF wykorzystał swoją funkcję, by szantażować właściciela Getin Noble Banku Leszka Czarneckiego. Proponował mu „ochronę” w zamian za zatrudnienie w banku swojego człowieka za grube miliony. To czysty rekiet, tyle że w białym kołnierzyku i pod krawatem, a nie w dresie i z kijem bejsbolowym. Zamiast petenta obijać, można nasłać na niego kontrolę, wpisać go na czarną listę lub tak zmienić prawo, by decyzją administracyjną KNF mniejszy bank mógł przejąć większy. Kto się nie podporządkuje, straci biznes.

 

Taki wniosek nasuwa się po lekturze odpowiedzi opublikowanej przez ministerstwo w reakcji na interpelację Tomasza Siemoniaka, byłego ministra obrony narodowej, który jako poseł i członek komisji obrony pytał resort: co z tą modernizacją? Pytał dawno – w czerwcu – i szczegółowo, bo na liście jest 15 zagadnień. Odpowiedziano tylko na niektóre. A część tych odpowiedzi jest na tyle zadziwiająca, że zasługuje na opisanie. Zwłaszcza ta o śmigłowcach.

Czy PiS kasuje śmigłowce?

Trailer ze śmigłowcami w roli głównej

Serial trwa od samego początku rządów PiS, a tak naprawdę zaczął się w końcówce poprzedniej kadencji. Sam Siemoniak ma niemały udział w tym, jak wyglądał – trzymając się filmowych metafor – trailer. W kwietniu 2015 r. – w szczycie ostatecznie przegranej kampanii – prezydent Bronisław Komorowski ogłosił w porozumieniu z rządem dwie kluczowe decyzje zbrojeniowe: że w sprawie obrony powietrznej mamy zacząć rozmowy z rządem USA w celu zakupu systemu Patriot, i że w sprawie śmigłowców budowanych na wspólnej platformie najlepsza okazała się oferta francuskiej firmy Airbus. Caracal przeszedł z powodzeniem wojskowe testy, a dostawca zaczął rozmowy finalizujące umowę główną i tzw. offset.

Po drodze były podwójne wybory, w których zarówno ówczesny kandydat na prezydenta Andrzej Duda, jak i politycy PiS ostro zwalczali wybór śmigłowców. Trzeba przypomnieć, że i na patrioty część kręciła nosem, dopóki tematu nie przejął Antoni Macierewicz i nie przekuł sprawy we własny, niepodważalny sukces. Krytyka caracali była o wiele silniejsza, na tyle silna, że w niespełna rok po przejęciu władzy rozmowy z Airbusem przerwano, formalnie z powodu nieosiągnięcia porozumienia offsetowego. Wynegocjowana wartość kontraktu – 13,4 mld zł – kłuła w oczy nowych decydentów i była prezentowana jako marnowanie publicznego grosza na „najdroższe śmigłowce świata”. Bo „za sztukę” wychodziło około 267 mln zł. Warto będzie o tym pamiętać za chwilę.

Miało być dobre, bo „polskie”

Od października 2016 r., po przerwaniu rozmów z Francuzami, posypała się pamiętna seria deklaracji, zapowiedzi, obietnic – często składanych w czasie gospodarskich wizyt ministra i szefowej rządu w zakładach śmigłowcowych i lotniczych – niegdyś polskich, ale obecnie znajdujących się w rękach bezpośrednich konkurentów Airbusa z anulowanego przetargu. Tak więc miały być dwa, osiem, 21 black hawków z „polskiej” fabryki w Mielcu. Równocześnie remonty i budowa nowego śmigłowca miały wspierać „polską” wytwórnię w Świdniku. Żeby było jasne, oba zakłady oczywiście były i są polskie bez cudzysłowu, tyle że wchodzą w skład międzynarodowych konglomeratów lotniczo-zbrojeniowych i o ich losie decydują globalni gracze. Słowo „polskie” było jednak z emfazą podkreślane przez polityków w tej kampanii – dlatego tu też musi paść. Zresztą pomysłów było co niemiara – z budową śmigłowca polsko-ukraińskiego i czysto polskiego włącznie.

Na szybko trzeba było to ubrać w jakąś procedurę. Wymyślono pilną potrzebę operacyjną, ścieżkę tylko trochę na skróty wobec normalnej procedury. By stało się zadość słowom ministra Macierewicza, priorytetowe stały się śmigłowce bojowego poszukiwania i ratownictwa dla wojsk specjalnych (CSAR/SOF). W domyśle takie, które byłby w stanie dostarczyć Mielec – fabryka lotnicza Lockheed Martin, amerykańskiego potentata zbrojeniowego, który nie tak dawno przejął wyspecjalizowaną firmę śmigłowcową Sikorsky. W drugiej kolejności, też uzasadnianej pilną potrzebą, zamierzano kupić śmigłowce zwalczania okrętów podwodnych z funkcją morskiego poszukiwania i ratownictwa (CSAR/ZOP). Każdego typu miało być po osiem sztuk, choć w przypadku z założenia droższych maszyn morskich myślano o opcji cztery plus cztery.

Fiasko zbrojeniowych obietnic MON

Śmigłowce spadły z listy

Rozwiązanie to od początku wywoływało krytykę. Głównie dlatego, że wbrew narracji rządu zakup małych partii wysoko wyspecjalizowanego sprzętu zawsze okazuje się droższy niż partii dużych – a rozbicie zamówień przy utrzymaniu dużych wymagań offsetowych dodatkowo zwiększa koszty. Jednak minister Macierewicz parł ku swemu, po drodze strącając m.in. szefa Inspektoratu Uzbrojenia gen. bryg. Adama Dudę. Procedury udało się uruchomić po jego odejściu, w lutym. Wbrew formalnej pilności przygotowywanie dokumentów trwało cały 2017 r. Potem nastąpiło tąpnięcie polityczne – odejście z rządu Antoniego Macierewicza i kolejna rewizja planów. Minister Błaszczak co prawda powtarzał, że z niczego nie rezygnuje, ale w maju jego zastępca z sejmowej mównicy przyznał, że śmigłowce dla wojsk specjalnych nie tylko utraciły priorytet, ale spadły z listy zamówień. Za to nowym pilnym zakupem stały się śmigłowce ZOP – choć tylko cztery. Planowano je kupić do 2022 r., i to miał być jedyny zakup nowych wiropłatów dla wojska w perspektywie pięciu lat.

W postępowaniu bierze udział tylko dwóch dostawców – Sikorsky z Mielca nie zgłosił zainteresowania, więc o cztery maszyny biją się Airbus z Caracalem i PZL-Świdnik z AW101. Na ostateczne oferty MON wciąż czeka. Pierwotny termin pod koniec października został przesunięty na wniosek – to wiadomo nieoficjalnie – zakładu Leonardo spod Lublina. Oferta ma zawierać i cenę, i propozycje offsetowe dostawcy, czyli podstawę do zawarcia kontraktu. Dzisiaj okazuje się, że chodzi nie o zakup i dostarczenie maszyn, czego wszyscy oczekiwali, a jedynie o podpisanie umowy.

„Na chwilę obecną Inspektorat Uzbrojenia prowadzi postępowanie dotyczące pozyskania nowych śmigłowców, w ramach którego przewiduje się podpisanie umowy do 2022 r. Jest to postępowanie dotyczące śmigłowców zwalczania okrętów podwodnych (ZOP) wyposażonych dodatkowo w sprzęt medyczny pozwalający na prowadzenie akcji poszukiwawczo-ratowniczych CSAR – bojowego poszukiwania i ratownictwa” – odpisał posłowi Siemoniakowi wiceminister obrony Wojciech Skurkiewicz, ten sam, który w maju mówił tak: „Obecnie najpilniejszym zadaniem jest pozyskanie nowych śmigłowców ZOP w wersji podkładowej celem zastąpienia nimi planowanych do wycofania już w najbliższych latach śmigłowców SH-2G”.

Owe SH-2G to maszyny Kaman bazujące na fregatach Kościuszko i Pułaski. Skurkiewicz zapewniał, że w trwającym od zeszłego roku postępowaniu chodzi właśnie o śmigłowce pokładowe, podczas gdy uczestnicy mieli wrażenie – znając dokumenty – że MON chce kupić maszyny lądowego bazowania. Wiceminister mówił jednak: „Jeżeli chodzi o śmigłowce pokładowe SH-2G w wersji ZOP, w związku z zakończeniem wsparcia technicznego przez producenta planowane jest zastąpienie tych śmigłowców przez cztery nowe, pozyskane w ramach obecnie trwającej procedury mającej na celu pozyskanie właśnie tych śmigłowców z funkcją SAR”. Kwestia tego, czy wszyscy wiedzą, o co chodzi, staje się kluczowa.

Zakup nie taki pilny?

Bo jeśli minister Skurkiewicz tym razem się nie pomylił i rzeczywiście „przewiduje się podpisanie umowy do 2022 r.”, to trzeba zapytać, co się stało z pilnością zakupu nowych śmigłowców CSAR/ZOP – niezależnie od tego, gdzie mają bazować. Czy właśnie nie mamy do czynienia z kolejną rewolucją w zakupowych planach, a ściślej – z kompletnym fiaskiem programu śmigłowcowego PiS? Taka ocena nasuwa się nie po raz pierwszy, bo już przy okrojeniu programu do czterech maszyn trudno było o inną. Teraz, gdy rząd najwyraźniej nie pali się do zakupu nawet czterech śmigłowców, można mówić o katastrofie. I to gdy cały czas brzmią w uszach słowa minister finansów Teresy Czerwińskiej: „Jeśli chodzi o plan modernizacji technicznej w latach 2018–22, to mamy zabezpieczone łącznie 7,2 mld zł na program śmigłowcowy” (Sejm, styczeń 2018 r.). Jeśli wtedy jeszcze tliła się nadzieja, w maju bardzo przygasła, teraz został po niej tylko dym.

Nadal czekamy na pełne wyjaśnienie, jak to się stało i dlaczego do tego doszło. Cofnijmy się o kilka akapitów: cena i offset mogły odegrać kluczową rolę w decyzji o odłożeniu zamówienia, które z miesiąca na miesiąc stawało się coraz bardziej niewygodne. Dlaczego? Przy 50 śmigłowcach różnych typów, w tym tych najbardziej wyspecjalizowanych ZOP i CSAR, udało się średnią cenę za sztukę zbić do „zaledwie” 267 mln zł. Więc ile musi kosztować śmigłowiec wysoce wyspecjalizowany, z dwiema funkcjami zapakowanymi na jednym pokładzie, dostarczany w liczbie czterech sztuk? Przy zachowaniu bardzo wysokich, praktycznie niezmienionych w porównaniu z poprzednim przetargiem wymagań offsetowych? Ano nie wiadomo ile, ale wiadomo, że wielokrotnie więcej – gdy chodzi o niby tego samego caracala. To samo musi się odnosić do śmigłowca opartego na większej i droższej, choćby dlatego, że trzysilnikowej, platformie AW101.

Gdy zostaną złożone oferty z ceną, okazać się może, że „najdroższy śmigłowiec świata” – jakim w narracji PiS był caracal z przetargu na 50 sztuk – to okazja i taniocha w porównaniu do nowych ofert. Czy rząd potrzebuje kolejnej historii, w której „nie dał rady”? Absolutnie nie, dlatego lepiej sprawę odłożyć na później, na kolejną kadencję.

Śmigłowiec dla policji wyszukany w internecie

Afera KNF to nie najprawdopodobniej, ale na pewno największy przekręt po 1989 roku. Sięga samych szczytów.

Depresja plemnika

Wygląda na to, że w kręgach najwyższych funkcjonariuszy państwa, pod okiem niewidzącego prezesa, powstała grupa przestępcza mająca bardzo śmiały i intratny plan. Korzystając z nacjonalistycznej i etatystycznej ideologii partii rządzącej, w myśl której wszystko, co się da, powinno być polskie i państwowe, a wszystko, co obce bądź prywatne, zagraża naszej suwerenności, przekonano Jarosława Kaczyńskiegokonieczności nacjonalizacji, czyli wykupywania zagranicznych banków przez banki polskie. W tym celu usiłowano (a nawet wciąż się usiłuje) doprowadzić do przyjęcia przez Sejm – w formie poprawki do ustawy o finansowaniu Komisji Nadzoru Finansowego – przepisu umożliwiającego przejmowanie w trybie administracyjnym banków mających trudności finansowe przez inne banki. Przyjęcie tej poprawki, forsowanej przez dotychczasowego przewodniczącego KNF Marka Chrzanowskiego, stwarzałoby możliwość szantażowania właścicieli polskich i zagranicznych banków, to znaczy wyłudzania od nich pieniędzy w zamian za powstrzymanie się od przejęcia, czyli de factozaboru ich banków przez państwo.

Śledztwo pod nadzorem Zbigniewa Ziobry

Genialny pomysł został wypróbowany na szefie Getin Noble Banku Leszku Czarneckim, od którego Marek…

View original post 2 640 słów więcej

Morawiecki! Czas na dymisję!

Schetyna o taśmie PMM: To zdemaskowanie gotowego na korupcyjne propozycje hipokryty, który raz jest z Tuskiem, a raz z Kaczyńskim. Czas na dymisję

„Trzeba słuchać ludu, obiecać mu czego oczekują, a potem wygaszać ich oczekiwania. Mają zapie…ć za miskę ryżu” – te słowa Morawieckiego ze słynnych taśm nagranych w restauracji „Sowa i Przyjaciele” – do żywego poruszyły Romana Giertycha. W trosce o równowagę psychiczną premiera napisał do niego uspokajający list otwarty, który następnie opublikował na Facebooku.

Przede wszystkim radzi w tej sytuacji zachować Morawieckiemu spokój i pisze: „Fakt. Jest gorzej niż źle, ale to nie oznacza, że nie może być jeszcze gorzej. Wiem, że świadomość, że już do końca życia będzie się Pan kojarzył z miską ryżu nie jest najprzyjemniejsza, ale musimy z tym żyć. Po pierwsze spokój.”

Nawiązując do wizyty za oceanem radzi nie denerwować się, gdy „piszą o Panu Mr Morawiecki. To jeszcze nie oznacza skrótu od „Miska ryżu”. Giertych życzliwie perswaduje, że nie można wszystkiego nadinterpretować, raczej należy szukać drogi wyjścia z kryzysu. „Ja, jako niezawodny przyjaciel dobrej zmiany znalazłem sposób” – pisze mecenas. „Musi Pan powiedzieć prawdę i ogłosić się Wallenrodem Pis-u. Przygotowałem dla Pana orędzie, w którym powie Pan prawdę, a wówczas może Rodacy Panu wybaczą.”

Treść orędzia mecenas publikuje w całości:

„Polki i Polacy!

Wiem, że wszyscy domagają się wyjaśnień w sprawie taśm prawdy./…/Prawda jest bowiem prostsza niż się wydaje.

Otóż całe to zadęcie patriotyczne, którym jako PiS Was obdarzaliśmy przez tyle lat to jedna wielka ściema. Tak naprawdę to Jarosław Kaczyński połączył różne grupy, których celem jest dorwanie się do władzy i do pieniędzy. Ich mottem jak pięknie powiedział Prezydent było: Ojczyznę dojną racz nam wrócić Panie! I spełniło się! Nie wiedzieć dlaczego Naród postanowił obdarzyć ich pełnią władzy. Jeśli spojrzy się z perspektywy premiera, to wszędzie na niższych kręgach władzy, w spółkach Skarbu Państwa, w ministerstwach, agencjach, instytutach słychać jedno wielkie żarcie. (Tutaj zawiesi Pan głos, wyjmie chusteczkę i uroni Pan łzę) – radzi konfidencjonalnie miecenas.
Dlatego Ja przewidując wszystkie skutki tego nieopanowanego szabrownictwa postanowiłem już kilka lat temu przewidzieć los obywatela, który za miskę ryżu będzie harował dzień i noc. I postanowiłem wejść do tego obozu władzy, aby go od środka rozwalić. Zostałem premierem, gdyż wiedziałem, że doprowadzę ich do klęski.

Następnie zawiesi Pan głos i zadeklamuje poetę:

„Ja to zrobiłem jakem wielki dumny,
Tyle głów hydry jednym ściąć zamachem,
Jak Samson pod jednym wstrząśnieniem kolumny,
Zburzyć gmach cały i runąć pod gmachem”

Na koniec z życzliwością radzi Morawieckiemu: „I powie Pan, że marzy o tym, aby być doradcą premiera Schetyny lub prezydenta Tuska.
Tak Panie Mateuszu. To Pana jedyna szansa”.

Zawsze Panu życzliwy,
Roman Giertych

W przypadku premiera Morawieckiego mamy do czynienia z czymś więcej. To zdemaskowanie gotowego na korupcyjne propozycje hipokryty, który raz jest z Tuskiem, a raz z Kaczyńskim. Czas na dymisję.

Holtei

„J. Kaczyński twierdzi, że Morawiecki to „był człowiek naszej strony”. I jak mu proponowano stanowisko wicepremiera i ministra finansów to „przyszedł do mnie”. A musiał się stosownie zachowywać w środowisku, jakim przebywał. Czyli Wallenrod. Ps. JK znów „włancza” – podsumował wywiad prezesa PiS w TVP Paweł Wroński. To nie jedyny błąd językowy popełniony przez Kaczyńskiego. Według niego w USA istnieje miasto, którego nazwę wymawia się: „Czikago”…

Wątek wallenrodyzmu w wykonaniu Morawieckiego przewijał się także w komentarzach innych dziennikarzy. – „Był w tym bardzo niedobrym środowisku” – mówi Kaczyński o Morawieckim w czasach, gdy był doradcą Tuska. Ale się nawrócił. Jako i Piotrowicz, Kryże etc.

Taśmy Onetu chyba zabolały, skoro sam prezes pofatygował się do studia TVP-is. Russia Today ogląda i czerpie wzorce” – napisała…

View original post 3 700 słów więcej

Katastrofa w Wojsku Polskim. Duda, Błaszczak, Macierewicz osłabiają obronność Polski

„Kler” Wojciecha Smarzowskiego rozpalił emocje zanim wszedł na ekrany polskich kin. O tym, że nie zobaczą go mieszkańcy Ostrołęki i jak reżysera potraktowała telewizja kierowana przez Jacka Kurskiego w artykule „Cenzura w TVP zaszalała. Smarzowskiego wycięto z gali Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych”.

Na temat filmu postanowił wypowiedzieć się na Facebooku jezuita Dariusza Kowalczyk. – „Mamy nowy etap. Do niedawna rodzime lewactwo ubolewało, że KK ma twarz Rydzyka, a powinien mieć twarz JPII. Ale teraz wraz z wejściem „Kleru” do kin lewactwo ogłosiło, że winnym pedofilii w KK jest JPII. Czyją w tej sytuacji twarz powinien mieć KK? Pieronka? Lemańskiego? Wiem! Michnika!”.

Kowalczykowi odpowiedział wymieniony przez niego ksiądz Wojciech Lemański. – „Ulało się jezuicie, co to się uważa za bardziej katolickiego od papieża Franciszka, co ślepy jest na bezduszność Polaków wobec uchodźców, co głuchy jest na bluzgi prezesa, kłamstwa premiera i nocne tweety prezydenta. Mam nadzieje, że twarz tego przedstawiciela polskiego kleru nikomu się dobrze nie kojarzy. Szukam jego zdrowej chrześcijańskiej reakcji po Tylawie, po Tarchominie, po Dominikanie, po Poznaniu, po Bochni, po Gdańsku… nie znajduję. On broni KK przed lewactwem. Dla niego duchowni z „Kleru” to koledzy po fachu, takich się nie rusza. A od bp. Pieronka i red. Michnika odwal się klecho, bo im do pięt nie dorastasz” – napisał ks. Lemański na Facebooku.

Internauci też komentowali wpis Kowalczyka. – „Chyba zapomniał, że Kościół przede wszystkim powinien mieć twarz Chrystusa. Przez takich jak on Chrystusa już dawno tam nie ma”;

„Coś się księdzu popiórkowało. To nie z nadejściem filmu. To księżowska pedofilia, zbrodnie przeciwko małym dzieciom otworzyły temat. Nie trzeba się chować za okrzykami: lewactwo. Trzeba umieć pokornie przyjąć na klatę fakt upadku moralnego wielu polskich duchownych. Doradzam brać miotłę i robić porządki u siebie. A imienia JPII nie tykać”.

Były dowódca generalny rodzajów sił zbrojnych gen. broni Mirosław Różański dosadnie podsumował na Twitterze informacje podane przez Tomasza Dmitruka. Dziennikarz pracuje dla portalu DziennikZbrojny.pl i „Nowej Techniki Wojskowej”. – „Do tej pory o tym nie pisałem, ale również w 2017 roku z budżetu MON na zadania MSWiA wydano 300 mln PLN. Łącznie w latach 2017-2019 na program modernizacji służb MSWiA i LPR z budżetu na obronność zostanie wydana kwota niemal 1,23 mld PLN. Tak patrząc można z budżetu na obronność budować np. autostrady. Zapewniają szybkie wsparcie NATO. Też w interesie obronności. Chodzi o nierobienie fikcji. To takie oszukiwanie samego siebie, aby tylko politycznie pokazać, że wydajemy na obronność 2% PKB….” – napisał Dmitruk na Twitterze.

Wpis dziennikarza tak skomentował gen. Różański: – „To jest systematyczne rozbrajanie polskiej armii, wiele jest takich informacji, których nie możemy publikować”.

„Dziwne pomysły. Pieniądze z MON do MSWiA, a potem otwieramy Fundusz Obrony Narodowej i zbieramy na MON. To jakieś rosyjskie podejście” – napisał gen. Jarosław Stróżyk, gen. bryg. w stanie spoczynku. O tym Funduszu w artykule „Coraz bardziej groteskowe pomysły PiS”.

Na miejsce słabego i zmęczonego resortem Mariusza Błaszczaka ostrzy sobie zęby ambitny Michał Dworczyk. Przygotowanie gruntu do zmiany na szycie w MON już się zaczęło. Dlaczego? Błaszczak coraz gorzej radzi sobie w resorcie, co potwierdzają źródła zbliżone do ministerstwa obrony.

– Jego i jego ekipę traktuje się jako „coś przejściowego”. Widać, że Błaszczak nie polubił wojska. Nie ma w nim żadnego zapału – twierdzą informatorzy.

Urzędnik w Pałacu Prezydenckim: – , ale prezydent i BBN namawiali go, by się nie śpieszył. Dla nas to dobry, niekonfliktowy minister.

Polityk PiS: – Michał Dworczyk jest niezwykle ambitny. Mierzy wyżej niż stanowisko szefa Kancelarii Premiera, które dziś zajmuje. Na pewno nie odmówiłby fotela szefa MON.

Mariusz Błaszczak, na początku tego roku, poszedł do MON i to bardzo niechętnie. Nie mógł jednak odmówić nominacji. Na „obronę” rzucił go sam prezes PiS.

Spokój w MON

To była potrzeba chwili – przejąć po resort, uspokoić sytuację, załagodzić konflikt z prezydentem i zapewnić sojuszników z NATO, że wszystko jest pod kontrolą.

Tomasz Siemoniak (PO, były szef MON): – To tak jakby po epoce szalonego Chruszczowa, który wszystkim groził wojną i walił butem w pulpit mównicy w ONZ, nastała epoka Breżniewa. Spokój i stagnacja.

Błaszczak z prezydentem dogadał się bardzo szybko. Urzędnik w Pałacu Prezydenckim: – Prezydent i minister mają chemię. Są z tego samego pokolenia, dogadują się.

„Swoi” dowódcy

Nie chciał poprzestać na obsadzeniu stanowisk cywilnymi urzędnikami. . Gdy zmieniano szefa Sztabu Generalnego Błaszczak opowiadał, że kandydat powinien mieć dwie cechy: oficerem został po 89 roku i nigdy nie powie ‘nie’ ministrowi.

To przekreślało ówczesnego szefa generała Leszka Surawskiego.

Źródło zbliżone do MON: – Dziwne, bo generał Surawski „mentalnie” pasował do PiS.

Surawski – oficer z długoletnim doświadczeniem liniowym – ostro ścinał się z urzędnikami od Błaszczaka, wytkał im brak znajomości wojska, nie chciał godzić się na kompromisy. Minister postanowił się go pozbyć.

Z ręki Błaszczaka „padł” też pułkownik Arkadiusz Mikołajczyk. Stracił stanowisko dowódcy 3. Podkarpackiej Brygady Obrony Terytorialnej, po tym jak na przysięgę żołnierzy zaprosił Antoniego Macierewicza, którego traktował jak ministra. Dla Błaszczaka było to zbyt wiele. Zareagował błyskawicznie.

Wojsko się sypie

Tuż przed świętem marynarki wojennej minister w trybie natychmiastowym odwołał Kontradmirała Mirosława Mordela, który publicznie wyraził żal, że „oddala się perspektywa pozyskania okrętu podwodnego nowego typu”.

Zresztą święto marynarki było dość smutne. Jedna z naszych jednostek pływających zepsuła się w trakcie parady, tak samo jak śmigłowiec, jeden z trzech radzieckich Mi 14, które uświetniały uroczystości.

Źródło w MON: – Pięknie było widać, że Marynarka Wojenna jest trupem.

Oko premiera

Wyjściem z impasu miał być zakup przechodzonych (niektóre mają ponad 30 lat) fregat Adelaide w Australii. Błaszczak zapalił się do idei. Jego zapał zgasił skutecznie premier.

Akcja była brutalna – minister chwalił się porozumieniem w TV Trwam. W przerwie programu dostał telefon od premiera, że nie będzie żadnych zakupów.

Polityk PiS: – Po akcji Adelaida oko Morawieckiego spoczęło na MON. Uznał, że Błaszczak chyba sobie nie radzi. Zaczął rozważać dymisję. Do fotela w MON przebiera nogami Michał Dworczyk.

Dla Dworczyka to byłby awans i to w idealnym momencie. Bo PiS planuje w przyszłym roku dać żołnierzom spore podwyżki. A to znaczy, że już na starcie będzie miał armię za sobą.

Pozostaje pytanie o lojalność.

Dworczyk był przecież wiceministrem u Macierewicza. Uchodził za jego człowieka. Czyim jest „człowiekiem”? Premiera? Macierewicza?

Polityk PiS: – Macierewicza opuścił. Relacje między nimi są chłodne. Otoczeni byłego ministra uważa Dworczyka za zdrajcę.

Morawiecki na razie ma na głowie wybory samorządowe w które zaangażował się osobiście. Ich wynik determinuje kolejne wydarzenie. Jeśli wyjdzie z nich zwycięski i wzmocniony będzie miał czas i moc na rządowe rekonstrukcje. A wiadomo, że ma ochotę na jakieś zmiany jeszcze przed wyborami do Parlamentu Europejskiego.

Andrzej Karmiński na koduj24.pl pisze o cudzie, które zbliża się wraz z PiS.

W państwie PiS władza musi mieć nadzór nad każdym i każdemu powiedzieć może: – Dzięki nam masz teraz trochę lepiej niż miałeś, ale spróbuj fiknąć, to dopadniemy cię bez żadnego trybu!

W alternatywnej Polsce, którą szczegółowo opisują partyjno-rządowe media, każda inicjatywa PiS jest genialna, wszystkie działania władzy kończą się sukcesem, a Jarosław Kaczyński coraz bardziej przypomina króla Midasa – wszystko czego dotknie, obraca się w szczere złoto. O magicznych umiejętnościach partii obecnej władzy głośno było już podczas ostatnich wyborów. Uwierzył w nie jedynie co piąty wyborca, ale to wystarczyło. A potem rozwiązał się worek z sukcesami.

Sromotna porażka 27: 1 okazała się wielkim zwycięstwem, a przylot z Brukseli skompromitowanej Beaty Szydło fetowany był jak powrót Sobieskiego spod Wiednia. Sukces gonił sukces.  Słupki poparcia poszły w górę i Dobra Zmiana runęła na nas z pełnym impetem. Okrzyki „my damy radę!” skutecznie zagłuszyły trzeźwe głosy opisujące skutki polityki wrzącej wody i wskazujące na koszty obietnic – straty w poparzonych ludziach i w utopionym majątku. Kolejni Polacy uwierzyli w geniusz wodza, którego świetlane wizje przesłoniły, jak mgłą smoleńską, skomplikowane relacje między obietnicą a możliwością jej realizacji. Wizja Wielkiej Polski z wielką kasą zatarła różnice między sukcesem, klęską i zdrowym rozsądkiem. Ruszyła masowa produkcja zwycięstw, osiągnięć i wyczynów.

Gdy premier ogłosił, że jego poprzednicy nie zbudowali ani jednej drogi, ani nawet połowy mostu, obecne żałosne wyniki budownictwa drogowego stały się fantastycznym dokonaniem. Reforma oświatowa, która bez najmniejszego powodu wywróciła do góry nogami system organizacyjny szkół, programy nauczania i stabilny porządek życia milionów małych Polaków, okazała się wielkim sukcesem minister Zalewskiej. Minister Macierewicz odszedł w chwale po zakończeniu reformy armii, która była tak znakomita, że uzbrojenie okazało się już niepotrzebne, a nowy minister do dzisiaj reformuje tę reformę. Dzięki wycince zbędnych drzew ministrowi Szyszce, według premiera „jednemu z najlepszych w tym rządzie”, udało się pozyskać tysiące hektarów na budownictwo mieszkaniowe oraz mnóstwo drewna przydatnego do budowy domów.

Każdy z ministrów obecnego rządu pochwalić się może jakimś niebywałym sukcesem. Owszem, niektórzy przestali być ministrami, ale wymieniano ich tylko dlatego, ze znaleziono jeszcze świetniejszych. To element polityki kadrowej PiS, objawiającej się również średnio trzykrotną w ciągu roku wymianą prezesów największych spółek skarbu państwa. Nowi prezesi są tak fantastyczni, że konkursy stają się niepotrzebne. Ale i ustępujący muszą być znakomitymi fachowcami, bo nawet gdy przepracowali ledwie 2-3 miesiące, to zasługują na sowite premie i na odprawy, zapewniające im łagodny transfer na nowe stanowiska państwowe, gdzie osiągać będą kolejne wspaniałe sukcesy.

„Sukcesów” PiS nie weryfikują zagorzali wyborcy tej partii. Przyjmują je na wiarę, bo tak jest łatwiej, a i w konfrontacji z odmienną wersją prawdy wygodniej jest trzymać się swojej opinii niż testować nową. Kłamstwo, szczególnie w postaci ekscytującej sensacji, samo wkrada się do umysłów, natomiast prawdę wbija się do głów długo i z trudem. Zresztą w świecie fałszywek, podrabianych dokumentów, fake newsów i fotoszopu dowody niczego nie dowodzą. Chyba, żeby takie fałszywe sukcesy wrzucić na billboardy, zapakować na lawety i ruszyć w lud, głosząc niesławę polityków, których legalnie nazwać można oszustami. Chyba że opozycja znajdzie skuteczniejsze sposoby demaskowania fałszywych piewców wiekopomnych dokonań w niszczeniu demokracji. Chyba że dotrze do nich, że kłamstwo i oszustwo nie są bezimienne. Jeśli to się nie uda, to przygniecie nas fala sukcesów PiS.

Żadna zmiana nie okazała się tak dobra jak przebudowa sądownictwa, która budzi nieustające zachwyty rządzących i ich funkcjonariuszy. Prawniczy świat obserwuje ich zabiegi z osłupieniem, a pozostali mieszkańcy cywilizowanego świata zachodzą w głowę, w jaki sposób jednemu niezrównoważonemu człowiekowi, otoczonemu grupą słabo rozgarniętych kombinatorów, udało się wmówić Polakom, że oczywista demolka państwa prawa jest naturalną metodą budowy systemu bardziej demokratycznego niż dotąd. Jak przekonano Polaków, że praworządność wymaga kontroli partyjno-rządowych nadzorców? Cywilizowane społeczeństwa Europy pytają jak to możliwe, że naród, który dawał sobie radę z kłamliwą propagandą bardziej jeszcze opresyjnego reżimu, okazał się tak bezwolny wobec oczywistej grabieży wolności i demokratycznych praw. Trudno zrozumieć, dlaczego tylko nieliczni wychodzą na ulicę gdy tsunami Kaczyńskiego i Ziobry zatopiło już demokratyczny systemem stanowienia i egzekwowania prawa i właśnie przechodzi w fazę niszczenia wybranych prawników, ośmielających się podważać sukces reformy sądownictwa. Wyjaśnienie tego fenomenu jest dla Polaków albo kompromitujące (kupili ich za 5 stów), albo dramatycznie przygnębiające (w Grecji wysokie notowania rządu socjalistów, który zdobywał poparcie rozdając pieniądze i powiększając deficyt budżetu, utrzymywały się do chwili, gdy runęła gospodarka).  Z punktu widzenia interesów PiS można więc mówić o niedocenianym sukcesie grupy trzymającej władzę.

Sukces rodzi sukces. Bezkonkurencyjnym akuszerem jest premier Morawiecki objeżdżający Polskę z dobrą nowiną. Snuje wizję Polski do niedawna drewnianej, którą Jarosław Wielki pozostawi zamurowaną na amen, a także głosi chwałę swojego dziecka – Konstytucji Biznesu. – To najważniejsza reforma polskiego prawa gospodarczego od 30 lat! – zachwyca się pan premier, przekonany, że zanęci tysiące nowych inwestorów. Ale póki co nie zanęca.  Forum Obywatelskiego Rozwoju uważnie przeanalizowało ów dokument i nie dostrzegło w nim nic oprócz propagandy sukcesu. Konstytucja dla Biznesu zdaje się konkurować z Konstytucją prawdziwą, przeciwstawiając jej charakterystyczną dla PiS metodę stanowienia prawa. Charakterystycznym przykładem jest tu realizacja sztandarowego przepisu ograniczającego liczbę i czas kontroli w firmach. Owszem, uciążliwych kontroli jest mniej, ale tak naprawdę urzędnik może powołać się na przepisy szczególne lub uznać daną sytuacje za wyjątek i zrobić z niepokornym przedsiębiorcą niemal co zechce. Bo w państwie PiS władza musi mieć nadzór nad każdym i każdemu powiedzieć może: – Dzięki nam masz teraz trochę lepiej niż miałeś, ale spróbuj fiknąć, to dopadniemy cię bez żadnego trybu!

Waldemar Mystkowski pisze o kłamstwach delfina prezesa PiS.

W PiS role są podzielone. Jarosław Kaczyński szczuje, Mateusz Morawiecki kłamie z namiętnością. Prezes poszczuł patriotów na sędziów, zarzucając tym ostatnim brak patriotyzmu i niechęć do własnego narodu, nazywając nawet to zjawisko ojkofobią. Obawiam się, że określenie prezes nie wziął z greki – ojkos i fobos (strach przed domem) – lecz od zachowania Tadeusza Rydzyka, który widząc nadmiar prezentów od wiernych zwykł machać rękami i mówić: oj tam, oj tam.

W ten sposób podzielone zostały role na dobrego i złego policjanta, jeden szczuje, drugi dobrodusznie kłamie. I za to ciepłe podejście do narodu Morawiecki został nagrodzony licznikiem, który tyka tylko dla niego, nosi miano Mateuszek Kłamczuszek.

Wyliczono mu już 87 kłamstw w kampanii samorządowej, licznik został zainstalowany w Kielcach. Szkoda, że nie w Warszawie naprzeciw Kancelarii Premiera, ale to nic straconego.

Nieformalny koalicjant PiS Kościół katolicki został trafiony w splot słoneczny przez Wojciecha Smarzowskiego filmem „Kler”, do tego stopnia cios był celny, że TVP zarządzane przez Jacka Kurskiego ocenzurowała wypowiedź reżysera z gali nagród na Festiwalu Polskich filmów Fabularnych w Gdyni.

Morawiecki za to włazi klerowi w łaski bez mydła, ogłosił w Wąwolnicy, iż „dzięki wstawiennictwu Matki Boskiej Kąbelskiej, Matki Boskiej Wąwolnickiej i oczywiście dzięki walce naszego narodu z najeźdźcą odparte zostały najazdy tatarskie, hordy mongolskie”. Do tego cudu wg Morawieckiego doszło przed 740 laty.

W kler i jego moralność jednak nie wierzy naród tak, jak premier. W sondażu na temat pedofilii w tej instytucji 73 proc. badanych nie wierzy, aby hierarchowie Kościoła katolickiego radzili sobie z problemem pedofilii wśród duchownych. Wiarę daje tylko 11 proc.

Gdyby nasz naród składał się z jednej płci – tej piękniejszej – PiS nie rządziłby. W sondażu dla „Wysokich Obcasów” PiS może pochwalić się poparciem 28 proc. kobiet, a Koalicja Obywatelska 27, lecz uwzględniając poparcie dla innych partii, znaczyłoby to utratę władzy przez ugrupowanie Kaczyńskiego. Mężczyźni zawodzą, bo odpowiedni stosunek wygląda jak 40 do 17.

Grzegorz Schetyna, jak kobiety, ma złe wieści dla PiS, o czym powiedział w Gorzowie Wielkopolskim: „Ich koniec jest bliski, bo za rok są wybory parlamentarne i zrobimy wszystko, żeby ich odsunąć od władzy”.

>>>

Kleru pedofilia i sojusz z PiS. Bezkarność i amoralność

Właściwe określenie Mateusza Morawieckiego – nijaki, brak osobowości, składający się z samych frazesów.

Polski Kościół – duchowni i wierni – zamiast powiedzieć wprost: „tak, dzieci doznawały i doznają krzywd ze strony księży”, a następnie wziąć się na poważnie za żmudne wyjaśnianie każdej sprawy, woli krzyczeć „to nie my, to homoseksualiści”. To podłość, już nie tylko względem ofiar, ale również niesprawiedliwie oskarżanych.

Wizyta papieża Franciszka w Irlandii przebiegała w cieniu skandali pedofilskich w Kościele Katolickim. Krótko przed nią światło dzienne ujrzał raport komisji, która badała przypadki molestowania w Pensylwanii, przypominano też Boston, czyli historię dziennikarskiego śledztwa, które ujawniło liczne przypadki molestowania i tuszowania pedofilii. A przecież sama Irlandia to najlepszy przykład tego, jak przez lata zamiatano pod dywan piekło, które swoim ofiarom zgotowali księża. To już nie było „tylko” molestowanie. W katolickich szkołach dzieci były niewolnikami – bite, gwałcone i głodzone. Raporty, które rządowe komisje publikowały w latach 2005-2011 nadal bardzo silnie rezonują w społeczeństwie irlandzkim. I było to widoczne podczas wizyty papieża. Z nieprzebranych tłumów, gdy Irlandię wizytował Jan Paweł II, został raptem tłumek, a w nim liczne protesty. Symbolem wizyty papieskiej stanie się zdjęcie Franciszka w papamobile, przed którym stoi kobieta z transparentem „papież jest głową największej siatki pedofilskiej w historii rodzaju ludzkiego”.

I kiedy hierarchowie kościelni posypują głowę popiołem, papież mówi o „odrażających przestępstwach”, „zgorszeniu” i „zdradzie”, w Polsce postępuje syndrom oblężonej twierdzy. Księża w akompaniamencie świeckich aktywistów przekonują, że pedofilia nie jest problemem Kościoła. Obowiązującą narracją jest zrzucanie winy na mityczne „lobby homoseksualne”. Skrajnym przypadkiem wydaje się być rozmowa Kai Godek, jedną z twarzy ruchu anti-choice (czy też pro-life) z naTemat.pl. Redakcja opublikowała tekst bez najmniejszego komentarza, a ja mam silne przekonanie, że tak się zwyczajnie nie godzi. Dlatego wybrane tezy Godek chcę wyjaśnić.

“Pedofilia łączy się z homoseksualizmem”

Aktywistka na wstępie mówi: „Pedofilia łączy się z homoseksualizmem, a lobby homoseksualne usiłuje wchodzić się w różne obszary działalności Kościoła, stopniowo wymuszając tolerancję dla praktykujących homoseksualistów”.

Tu posłużę się autorytetem Polskiego Towarzystwo Seksuologicznego, które w ubiegłym roku wydało bardzo klarowne stanowisko na temat rzekomego związku pedofilii z jakąkolwiek orientacją seksualną.

W odpowiedzi na szerzącą się w debacie publicznej dezinformację, Polskie Towarzystwo Seksuologiczne pragnie dokonać rozróżnienia dwóch odrębnych, lecz nagminnie mylonych pojęć: homoseksualizm i pedofilia. Homoseksualność jest to pociąg erotyczny i uczuciowy wobec osób tej samej płci, analogicznie jak heteroseksualność stanowi pociąg erotyczny i uczuciowy wobec osób płci odmiennej. Pedofilia jest to pociąg erotyczny wobec cech niedojrzałości płciowej, a więc do cielesnych cech dziecięcości. Czyn pedofilny rozumiany jest jako zabronione prawem seksualne wykorzystanie dziecka poniżej lat 15 przez osobę pełnoletnią. Należy podkreślić, że – identycznie jak sama w sobie heteroseksualność – również homoseksualność per se nie implikuje żadnej szczególnej predyspozycji do zakazanego prawem wykorzystywania seksualnego dzieci.

I właściwie na tym można byłoby skończyć, bo stanowisko PTS – a jest to instytucja, w odróżnieniu od Godek, księży czy prezesa Młodzieży Wszechpolskiej (wszyscy niezwykle aktywni w tej debacie) kompetentna w zakresie seksuologii – powinno zamykać dyskusję.

Rzekoma pedofilia Cohn-Bendita

Ale pójdźmy dalej. Godek twierdzi, że środowiska lewicowe nie oczyszczają swoich szeregów, a jednym z przykładów ma być Daniel Cohn-Bendit, który – twierdzi Godek – „potrafił opowiadać, że kiedy rozbiera go 5-latka, jest to fascynujące doświadczenie”.

Posłużę się tu analizą Wojciecha Orlińskiego, który już kilka lat temu rozpracowywał teorię o rzekomej pedofilii Cohn-Bendita. Chodzi o telewizyjne talk show z 1982 roku, kiedy upalony haszyszem polityk podpuszczał mocno już starszego dziennikarza opowieściami o swoich orgiach seksualno-narkotycznych. „Nie jest tak, że Cohn-Bendit przyznał się do jakichś konkretnych czynów, tylko snuł fantazje (…). To jest oczywiście obrzydliwe, ale tu nie ma wyznania, jest fantazja” – pisze Orliński.

Przytacza też oskarżenia Tomasza Terlikowskiego wobec dziennikarzy, którzy nie pytają Cohn-Bendita o „podobnie idiotyczne fragmenty jego książki z lat 70.”. „Ależ pytają, a on odpowiada, że książka była pomyślana jako antymieszczańska prowokacja i dziś uważa, że była nieakceptowalna i nie powinna była być tak napisana” – wyjaśnia dalej.

Na marginesie dodam – Godek twierdzi, że nie słyszy krytyki w kierunki Cohn-Bendita i trudno nie dodać złośliwie, że może słyszałaby, gdyby posiadła umiejętność cofania się w czasie, albo w latach 80. nie była małym dzieckiem. Trudno, żeby dziś na każdym kroku potępiać słowa (podkreślam – tylko słowa) sprzed grubo ponad 30 lat.

WHO z “dokumentem pedofilskim”

Godek stwierdza dalej, że standard edukacji WHO to „dokument pedofilski”. Nie jest to dokument tajny, ma zaledwie 60 stron i każdy może wyrobić sobie własne zdanie na jego temat, ale zastanówmy się, skąd biorą się zarzuty Godek. – Tam jest wprost napisane, że dzieci trzeba uczyć seksu – twierdzi aktywistka. Otóż nie. Nikt nie chce dzieci uczyć kamasutry. Cytat z dokumentu:

Podejście holistyczne opiera się na rozumieniu seksualności jako wymiaru człowieczeństwa i potencjalnie może pomóc dzieciom i młodym osobom w rozwinięciu podstawowych umiejętności umożliwiających im samookreślenie ich seksualności i ich związków na różnych etapach rozwoju. Takie podejście pomaga im w przeżywaniu swojej seksualności oraz partnerstwa w sposób satysfakcjonujący i odpowiedzialny. Te umiejętności są też niezbędne w celu ochrony przed potencjalnymi czynnikami ryzyka.
Ostatnie zdanie jest kluczowe. Dziecko, które będzie wiedziało, że jest jedynym dysponentem swojego ciała, że ma prawo stawiać granice, będzie zwyczajnie trudniejszym celem dla kogoś, kto chce je skrzywdzić. I tak wracamy do punktu wyjścia.

Godek zdaje się nie przyjmować tego do wiadomości i przekonuje, że WHO wpisało do standardów wymóg edukowania w zakresie skutecznej antykoncepcji dla dziewięciolatków, gdyż „zakłada się, że będą w sytuacji, gdy powinny jej użyć”.

Znów – nieprawda. Dla dzieci w przedziale wiekowym 9-12, WHO proponuje cały zakres zagadnień – od zmian związanych z dojrzewaniem, przez zakochiwanie się i wyrażanie uczuć, szacunek dla różnych stylów życia, wartości i norm, informacje o wpływie mediów, kultury czy religii, aż po pierwsze doświadczenia seksualne i “skuteczne stosowanie prezerwatyw i środków antykoncepcyjnych w przyszłości”. Podkreślam – w przyszłości.

I oczywiście możemy zaklinać rzeczywistość i zakładać, że seks dopiero po ślubie, ale, jak wynika z badań, inicjacja seksualna pewnej grupy polskich nastolatków następuje około 13. roku życia. Czy nie lepiej więc, żeby ze szkoły wyniosły rzetelną wiedzę na temat zabezpieczenia się przed niechcianą ciążą, a przede wszystkim – co zakłada dokument WHO również dla dzieci 9-12 – czy nie lepiej, by dowiedziały się, jak „wyznaczać granice” i „unikać niechcianych doświadczeń seksualnych”?

Ten opór przed edukacją seksualną jest spowodowany lękiem i błędnymi wyobrażeniami na jej temat. Niestety im mniej wiedzy, tym więcej szkodliwych bzdur, na których cierpią głównie młode dziewczyny – przekonania, że muszą zgadzać się na seks, a skuteczną metodą antykoncepcji jest przepłukiwanie pochwy wodą po ogórkach (rzeczywisty przykład z zajęć edukacji seksualnej!).

Co za różnica kto gwałci?

Godek pyta dalej: „A czy ofiarę obchodzi, czy gwałci ją ksiądz, czy aktor?”. To absurdalne postawienie sprawy. Aktor, czy jakikolwiek inny celebryta, nie jest osobą, która ma stały “dostęp” do dzieci. Ksiądz, o czym mówią niemal wszystkie ofiary, jest dodatkowo osobą darzoną zaufaniem. Szczególnie w przypadku rodzin wielodzietnych czy ubogich, duchowny, który oferuje, że zabierze dziecko na wakacje, zaoferuje korepetycje, czy pomoże finansowo, jawi się jako ogromne wsparcie. W ten sposób z pełnym błogosławieństwem rodziców, ksiądz dostaje dziecko pod opiekę. Co może dziać się później opisywała m.in. Justyna Kopińska, w której reportażu 13-letnia Kasia została wywieziona do obcego miasta, więziona i gwałcona przez księdza.

Ostatecznie aktor nie jest też osobą, za którą stoi wielka instytucja, która – i nie jest to moje zdanie, a doświadczenie tysięcy ofiar – zawsze staje po stronie oprawcy i tuszuje sprawę. Również oprawca Kasi, dziewczyny, której zniszczył życie, dalej odprawiał msze, a nawet korespondował z dziećmi przez internet.

“Niemcy wspierają pedofilię”

Na koniec słowa Godek, które są, zdaje się, wytworem jej wyobraźni. – Są kraje, np. Niemcy, gdzie obowiązkowa edukacja seksualna polega na tym, że dzieci od wczesnych lat zachęcane są do aktywności seksualnej, a rodziców, którzy się na to nie zgadzają, podaje się do sądu. Państwo wspiera pedofilię – twierdzi.

Trudno dyskutować z takim stekiem bzdur, więc niech przemówią liczby. Według danych Eurostatu, to Polska, a nie Niemcy, znajduje się w pierwszej dziesiątce europejskich krajów z największym odsetkiem nastolatek w ciąży.

W przypadku Niemiec to 2,13 procent wszystkich ciąż, w Polsce – 3,26 procent. W „top 10” znajdujemy się razem z Rumunią, Bułgarią, Węgrami czy Słowacją. W zestawieniu jest też Wielka Brytania, ale w tym przypadku należy dodać, że przez dekadę odsetek ciąż młodych Brytyjek spadł dwukrotnie. I nie dlatego, że – czego chyba chciałaby Godek – zakazano nastolatkom uprawiać seks, ale właśnie dzięki wprowadzeniu rzetelnej edukacji seksualnej i darmowej antykoncepcji.

Bal na Titanicu polskiego Kościoła

Polski Kościół – duchowni i wierni – zamiast powiedzieć wprost: „tak, dzieci doznawały i doznają krzywd ze strony księży”, a następnie wziąć się na poważnie za żmudne wyjaśnianie każdej sprawy, woli krzyczeć „to nie my, to homoseksualiści”. To podłość, już nie tylko względem ofiar, ale również niesprawiedliwie oskarżanych.

Obrona przez atak to złudne przekonanie, że uda się uniknąć tego, co obserwujemy w tak podobnej do Polski Irlandii – zdziesiątkowania liczby wiernych i utraty realnej władzy. Bo Kościół zawsze miał w Polsce ogromną władzę, począwszy od nieustannego wywierania presji na rządzących, przez układ Leszka Millera z biskupami, według którego za poparcie Kościoła dla integracji z Unią Europejską, rząd nie ruszał restrykcyjnej ustawy aborcyjnej, aż po jedno z podejść do ustawy o związkach partnerskich, które wstrzymano w związku ze śmiercią Jana Pawła II.

Ale dziś postawa Kościoła to już bal na Titanicu. Przykłady innych krajów pokazują, że im dłużej hierarchowie będą zwlekali z przyznaniem się do winy, tym większe szkody poniosą i więcej wiernych stracą. A mimo to episkopat udaje – czy jak mówi Marek Lisiński z fundacji Nie Lękajcie Się w książce „Żeby nie było zgorszenia” – „ma swoje autorskie podejście do problemu” – że, choć stoi po kolana w wodzie, okręt wcale nie tonie.

Na zakończenie Forum Ekonomicznego w Krynicy mocno dał o sobie znać antyeuropejski sojusz ołtarza z tronem. Wiceprzewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, metropolita krakowski arcybiskup Marek Jędraszewski straszył „miękkim totalitaryzmem na zachodzie Europy”.

– Europa dała się wpleść w maszynę pracującą przeciw chrześcijaństwu w Europie – wtórował mu redaktor naczelny propisowskiego tygodnika „Sieci” Jacek Karnowski. A marszałek Sejmu Marek Kuchciński wyrokował, że ci, „którzy zapominają o chrześcijańskich korzeniach Europy, stawiają ją nad przepaścią”.

Tej wymiany zdań wysłuchali uczestnicy dyskusji „Europa w poszukiwaniu wartości” 6 września. Oprócz wymienionych osób udział w niej wzięli marszałek Izby Reprezentantów Malty Angelo Farrugia, wicemarszałek Zgromadzenia Narodowego Węgier János Latorcai oraz metropolita ryski abp Zbigniew Stankiewicz. Rozmowę poprowadził prezes Telewizji Polskiej Jacek Kurski. Można do niej wrócić na YouTubie, o jej przebiegu dowiemy się też z relacji na stronie Archidiecezji Krakowskiej.

Kurski pyta, arcybiskup odpowiada

Kurski pytał między innymi o to, co decyduje o wartościach europejskich, kto je wprowadza i kto interpretuje. Zdaniem abp. Jędraszewskiego pytanie to świadczy o przekonaniu, że to ludzie mogą decydować o tym, co jest wartością, a co nią nie jest, co można uznać za dobre, a czego nie. – Za tym kryje się bardzo niebezpieczny subiektywizm, który jest chorobą kultury zachodnioeuropejskiej już od XVII-XVIII wieku, od czasów kartezjanizmu i oświecenia, bo wtedy zakwestionowano chrześcijańskiego Boga, a wraz z Nim (chrześcijańską) koncepcję osoby ludzkiej – mówił.

Wtedy – tłumaczył abp Jędraszewski – zamiast osoby wprowadzono pojęcie podmiotu, który wszystko może i o wszystkim sam decyduje. Zdaniem arcybiskupa doprowadziło to do drugiej wojny światowej, Holokaustu i powstania dwóch systemów totalitarnych, ponieważ „człowiek poczuł, że może decydować, kogo uznaje za człowieka, a kogo nie”. Doprowadziło to także według hierarchy do powstania stale krytykowanej przez niego „ideologii gender”. Ta z kolei stała się powodem „domagania się, że skoro człowiek jest wolny, a zatem o wszystkim może decydować, także o tym, czy ma być kobietą, czy mężczyzną”.

„Nie ma różnic co do istoty między tym, co się dzieje dzisiaj na zachodzie Europy, co się promuje, a systemami totalitarnymi w połowie XX wieku”.

Czy zatem prawdą jest twierdzenie, że albo Europa będzie chrześcijańska, albo nie przetrwa? – dopytywał Kurski. – Jeżeli Europa odrzuci chrześcijaństwo, straci dawną atrakcyjność – odpowiadał abp Jędraszewski i twierdził, że na zachodzie Europy już mamy do czynienia z „miękkim totalitaryzmem”: – Uznaje się jednych za godnych przeżycia, a innym tego prawa się odmawia i w gruncie rzeczy nie ma różnic co do istoty między tym, co się dzieje dzisiaj na zachodzie Europy, co się promuje, a systemami totalitarnymi w połowie XX wieku – mówił.

W czyim imieniu mówi arcybiskup Jędraszewski?

Można powiedzieć: powszechnie znane są poglądy polityków PiS na Europę i Unię. Podobnie jest z prorządowymi mediami. W czyim imieniu jednak wypowiada się abp Marek Jędraszewski? W imieniu Kościoła? Episkopatu, którego jest wiceprzewodniczącym?

Warto wiedzieć, że jesienią ubiegłego roku zgromadzenie plenarne Rady Konferencji Episkopatów Europy (CCEE) wydało przesłanie, którego pierwsze słowa brzmiały: „Kościół kocha Europę i wierzy w jej przyszłość: Europa jest nie tylko pewną ziemią, ale też pewnym zadaniem duchowym”.

Przewodniczący episkopatów podkreślali, że stale trwający proces pojednania prowadzi Europejczyków do wzajemnego poszanowania, głębokiej tolerancji i otwartości religijnej płynącej z Ewangelii. Biskupi zachęcili do podejmowania wspólnych wysiłków wobec budzącego obawy zjawiska migracji. Wezwali do silnej reakcji i sprzeciwu wobec sekularyzmu, „umacniającego zalążki indywidualizmu i rodzącego samotność”. Wobec otaczających zagrożeń i niepokojów biskupi pisali o swojej bliskości i chęci towarzyszenia współczesnym Europejczykom. Język ich przesłania nie ma nic wspólnego ze straszeniem rzekomym totalitaryzmem na zachodzie ani „ideologią gender”…

„Wiceprzewodniczący polskiego episkopatu wypowiada się we własnym jedynie imieniu, w sposób najwyraźniej skrajny i sprzeczny z dokumentem episkopatów Europy, a także ze słowami papieża”.

Sam papież Franciszek mówił, że „Europa ma wyjątkowe w świecie bogactwo ideowe i duchowe, które zasługuje, by zaproponować je na nowo z entuzjazmem i odnowioną świeżością i które jest najlepszym lekarstwem na etyczną próżnię naszych czasów, będącą pożywką dla wszelkich form ekstremizmu”. Tym bogactwem Europy zdaniem papieża „zawsze była jej duchowa otwartość i umiejętność stawiania sobie fundamentalnych pytań o sens istnienia”. Franciszek mówił te słowa 6 maja 2016 roku w Watykanie w obecności przywódców Unii – Donalda Tuska, Martina Schulza i Jeana-Claude’a Junckera – podczas ceremonii wręczenia mu Nagrody Karola Wielkiego, przyznawanej wybitnym osobistościom i instytucjom za zasługi w promowaniu pokoju i jedności w Europie.

Można dziś zapytać: dlaczego podczas tak doniosłego międzynarodowego wydarzenia jakim jest Forum Ekonomiczne w Krynicy wiceprzewodniczący polskiego episkopatu wypowiada się we własnym jedynie imieniu, w sposób najwyraźniej skrajny i sprzeczny z dokumentem episkopatów Europy, a także ze słowami papieża? Czy ktoś upomni arcybiskupa?

>>>

W Łodzi na Kongresie Obywatelskich Ruchów Demokratycznych spotkali się uczestnicy demonstracji przeciw PiS, działacze opozycji z czasów PRL, sędziowie, ludzie kultury i politycy opozycji. – „Nie możemy dalej tak funkcjonować i budować współczesnego kombatanctwa, które wspomina poprzednie sukcesy. To moment, w którym trzeba zmienić sposób myślenia. Nie do pomyślenia jest dla mnie, żebym wrócił do Wrocławia i przeczytał, że demonstracja w sprawie sądów jest o godz. 17, 18 i 19. To na którą mam się wybrać?” – mówił do zebranych Władysław Frasyniuk.

Przekonywał więc, że konieczne jest zjednoczenie opozycji. – „Czy Rosji zależało na tym, żeby wygrał Trump? Nie! Zależało jej, żeby społeczeństwo było podzielone. Bo podzielonym społeczeństwem łatwo się manipuluje. Kaczyński dzieli. Ale do k***y nędzy my też jesteśmy podzieleni. Jesteśmy na kongresie ulicznym, więc trzeba używać stosownych słów. A z tego kongresu musimy wyjść z absolutnym postanowieniem, żeby wymusić wspólne kierownictwo opozycji i koordynację działań” – apelował Frasyniuk.

Głos zabrał też aktor Olgierd Łukaszewicz. – „PiS kpi z naszej godności, której podstawą jest trzeźwy rozum. Wygrana w wyborach nie równa się przekazaniu partii rządzącej władzy totalitarnej” – mówił. Apelował, by Polacy organizowali się nie tylko w obronie sądów i Konstytucji, ale i „dla szerzenia świadomości obywatelstwa europejskiego wśród nas”.

Zdaniem Henryka Wujca, już teraz powinno myśleć się o tym, jaka ma być Polska po rządach PiS. –„Obowiązkiem jest przygotowanie jakiejś koncepcji. Bo to musi być Polska inna niż była. To nie może być tylko powrót – stwierdził.

Były rzecznik Krajowej Rady Sądownictwa sędzia Waldemar Żurek podczas panelu poświęconemu Konstytucji powiedział, że w konieczne będą prawne rozliczenia. – „Musimy każdemu sędziemu, który splamił przysięgę sędziowską, zagwarantować demokratyczny proces i prawo do obrony, ale musimy go osądzić. Musimy osądzić te osoby, które łamiąc wszelkie procedury sejmowe, przyjmują prawo będące antyprawem. A jednocześnie musimy reformować, bo nie jest tak, że sądownictwo nie wymaga reform” – podsumował sędzia Żurek.

„W sytuacji utraty zdolności przez Marynarkę Wojenną, tracenia zdolności przez lotnictwo oraz dewastacji kadrowej i sprzętowej już istniejących dywizji przedstawiona przez MON propozycja jest wysoce nieodpowiedzialna i zakrawa na polityczną hipokryzję, obliczoną na efekt wyborczy” – tak na Twitterze najnowszy pomysł szefa MON skomentował były dowódca generalny rodzajów sił zbrojnych gen. Mirosław Różański. Mariusz Błaszczak ogłosił bowiem powołanie nowej dywizji.

Jej dowództwo mieścić się będzie w Siedlcach. – „Ta dywizja z założenia musi być zlokalizowana na wschód od Wisły” – powiedział Błaszczak.

Nowa dywizja ma się składać z trzech brygad. Na dowódcę został wyznaczony gen. bryg. Jarosław Gromadziński. – „Formalnie w Wojsku Polskim nie przybyło ani jednego żołnierza, ale Siedlcom przybył nowy obywatel. To dowódca nowej dywizji, który oświadczył, że zamieszka w mieście” – napisał Paweł Wroński z „Gazety Wyborczej”.

Pomysł skrytykował także były minister obrony narodowej w rządzie PO-PSL Tomasz Siemoniak.

„Czwarta dywizja” to projekt propagandowy ministra Błaszczaka. W obecnym kształcie (przepisanie 2 istniejących brygad do „nowej” dywizji) nie przyniesie żadnych nowych zdolności obronnych. Będą etaty w biurach, ceremonie i sztandary. Mieszanie herbaty bez cukru. #PusteObietnicePiS” – skomentował na Twitterze.

Andrzej Karmiński na koduj24.pl pisze o wyborcach – PiS.

Po raz kolejny PiS stawia nas przed wyborem, czy być patriotą, czy przyzwoitym obywatelem

W miarę jak słabną zarzuty stawiane Krzysztofowi Kwiatkowskiemu, a sąd traci przekonanie o wiarygodności dowodów przedstawianych przez CBA, powraca temat zamiany prezesa Najwyższej Izby Kontroli – przedostatniego niezdobytego jeszcze bastionu w strukturze państwa – na funkcjonariusza PiS.  Równocześnie prokuratura i pozostałe służby partii rządzącej rozpoczęły wielką kwerendę umorzonych spraw z udziałem przeciwników politycznych, szukając takich, które dałoby się jeszcze reanimować.  W stan pogotowia postawiono policyjnych szpicli, prowokatorów i kapusiów, którzy inwigilują ludzi z opozycji w poszukiwaniu haków i haczyków, niezbędnych do wmontowania ich w jakieś wiarygodne przekręty. Równocześnie szeregowym prokuratorom nakazano sporządzić listę tych sędziów, których najłatwiej będzie skłonić do decyzji o aresztowaniu wytypowanych przeciwników politycznych na podstawie naprędce skleconych zarzutów. Czyli kampania wyborcza wyraźnie się rozkręca.

To dopiero samorządowe preludium prawdziwych wyborów, ale politycy już wróżą z sondaży skład nowego parlamentu. Media wałkują personalia kandydatów i grymaszą nad produktami ich komitetów. Kandydaci licytują się, ile czego dadzą wyborcom w razie, gdyby zostali wybrani. Dożywotni zwolennicy swoich ugrupowań do końca kampanii biorą sobie wolne od myślenia, myślący Polacy domagają się szczegółowych programów, a pozostali interesują się wyborami o tyle, o ile i czego obiecano im w zamian za głos. Tak więc kampania przebiega normalnie. Jedyna różnica jest taka, że ci, którzy kiedyś krzyczeli o fałszowaniu wyborów, sami stworzyli prawo ułatwiające wyborcze przekręty.

Nie spodziewam się, że wzorem PRL w zamkniętych pomieszczeniach obok lokali wyborczych oczekiwać będą gotowe urny pełne głosów na wytypowanych kandydatów. Bez trudu jednak wyobrazić sobie mogę np. żonglerkę kartami zasmarowanymi dowolnymi bazgrołami, których ważność i wskazania na konkretnych kandydatów interpretować będą nowi komisarze i dodatkowe komisje. A jeśli minister Ziobro zdąży obsadzić swoimi ludźmi izbę Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych SN, to można się domyślić, jak to gremium zareaguje, kiedy kandydat PiS pożali się, że przegrał w nieuczciwej konkurencji.

Funkcjonariusze państwowi demonstracyjnie wspierają kandydatów PiS, ostentacyjnie lekceważąc przestrogi szefa PKW Wojciecha Hermelińskiego i kpiąc z groźby odebrania dotacji partiom zastępującym komitet wyborczy.  Ludzie władzy są pewni swego, bo nie takie prawa zmieniali z poniedziałku na wtorek i nie takich ważniaków już usuwali z urzędów, nie bacząc na ich konstytucyjną kadencję. Dlatego bez żenady angażują się w kampanie swoich kandydatów, towarzyszą im w spotkaniach wyborczych i głośno obiecują lokalnym społecznościom wsparcie rządowe pod warunkiem, że wybrany zostanie ich protegowany.  Nie ma znaczenia, że prawie zawsze jest to obiecywanie gruszek na wierzbie. Nieważne, że rządowy wpływ na unijne dotacje dla samorządów jest głównie taki, że jeśli PiS nie zatrzyma procederu demolowania państwa prawa, to fundusze z UE mogą być zawieszone, ograniczone, a może i cofnięte. Nieistotne, że gdyby nawet władza się uparła, to niewiele może zabrać lub dodać konkretnym gminom czy powiatom, bo łatwiej jej wspomóc lub skrzywdzić wszystkie samorządy naraz.

Od niepamiętnych czasów wybory wygrywa się obiecankami. Od bardzo dawna rządzący szukają poparcia, oferując lokalnym społecznościom profity, o jakich „warczący na władzę” mogą tylko pomarzyć. Tak umacniała się pozycja Edwarda Gierka, który rządząc na Śląsku potrafił zdobyć dla swojego księstwa atrakcyjne dobra, kosztem regionów, których władcy mieli mniejszą siłę przebicia w KC PZPR i w rządzie. I wtedy i dzisiaj zdumiewająco niewielu ludzi zwracało i zwraca uwagę, że polityczna korupcja jest moralnie obrzydliwa. Jeszcze mniej rodaków zauważa, że rządzący nie rozdają bynajmniej swoich pieniędzy, tylko wspólne, także z podatków tych, którzy nie dali się namówić na wyborczą łapówkę. I nikt nie pyta, komu rząd zabierze te pieniądze, które obiecał klaszczącym wójtom. Bo przecież komuś zabrać musi.

PiS krzywdzi Polaków nie tylko odbierając im demokratyczne prawa i zawłaszczając ich ojczyznę. Jarosław Kaczyński i jego lokaje demoralizują społeczeństwo. Świadomie utożsamiają patriotyzm z nacjonalizmem. Skutecznie wskazują wrogów w myślących samodzielnie. Systematycznie legitymizują bezprawie. Nagminnie zachwaszczają język nienawistnymi słowami i fałszują słownik, podmieniając znaczenie słów takich jak konstytucja, praworządność czy trójpodział władzy.  Wygrali wybory obiecując wszystkim wszystko i kupując poparcie wyborców za pieniądze wyborców, a teraz bezczelną korupcję polityczną nobilitują do miana „zgodnej współpracy władzy państwowej z samorządową, z korzyścią dla lokalnej społeczności i wszystkich Polaków”.

Po raz kolejny PiS stawia nas przed wyborem, czy być patriotą, czy przyzwoitym obywatelem.  A przecież w pierwszej kolejności jest się człowiekiem, a Polakiem dopiero potem.

Waldemar Mystkowski pisze o Kaczyński, Morawieckim i niedojdzie Jakim.

Politycy PiS znajdują się na finiszu walki o stołek prezesa, który jeszcze może pokwęka na wiecach w kampanii wyborczej, ale będą to 5-10 minutowe wystąpienia, bez większej wartości merytorycznej, raczej z komunikatem „szef ma się dobrze”, co wiadomo, iż odczytuje się – ma się źle. Widać to aż nadto.

Finiszuje dwóch delfinów, którzy wyrwali się całemu peletonowi PiS, w tym Andrzejowi Dudzie, ten ciągle łapie gumy i jest doprowadzany do peletonu przez zawodników z własnej kancelarii, a nawet ci odmawiają współpracy, jak Krzysztof Łapiński, aby na ich plecach wiózł się ten maruder.

Może dojść do sytuacji, iż nie będzie chciał współpracować z Dudą żaden zawodowiec i zostanie skazany na amatorów, a tym samym na niewystawienie do reelekcji.

Finiszują po funkcję prezesa Mateusz Morawiecki i Joachim Brudziński, którzy zawarli tymczasowy sojusz antydudowy – o czym w „Newsweeku” pisze Renata Grochal. Intryga z australijskimi fregatami Adelaide się powiodła. Duda został ograny jak zwykły cienias.

Prezydent już nie dojdzie uciekinierów, nie ma na to szans. Oni zaś są skazani na konflikt, bowiem stołek prezesa jest jeden. I raczej Morawiecki w tym starciu jest przegrany. Prowadzi – to prawda. Lecz na przodzie bierze się wiatr na siebie, a rywal wiezie się na kole, do tego potrzeba tylko 90 procent wysiłku prowadzącego. A zatem Brudziński ma przewagę 10 proc., z której skorzysta, gdy zobaczy kreskę mety i będzie musiał wyminąć Morawieckiego.

Brudziński oprócz tego ma aparat partyjny pod sobą, on go kształtował i zna pisowski beton na wylot, zna ich słabe punkty, staną za nim, a nie za transferowanym Morawieckim. Oczywiście, o wszystkim może zadecydować prezes i zdyskwalifikować, jednak jest uwięziony w sidłach. Sam je zastawił na Nowogrodzkiej, gdzie otoczył się kordonami ochroniarzy.

Brudziński więc zawsze może zachować się jak Beria w stosunku do Stalina. Znajdujemy się w podobnej logice tragedii. Może dojść do innych rozwiązań, ale byłyby one wbrew gatunkowi samospełniającej się tragedii.

Mógłby do gry wejść – na zasadzie bonifikaty – Patryk Jaki, gdyby wygrał wybory samorządowe w Warszawie. Mamy do czynienia z jego desperackimi próbami przekonywania warszawiaków do siebie. Niczym Filip z konopi rzucił na agendę projekt 19. dzielnicy Warszawy, który szybko okazał się humbugiem, fantomem, kitem.

Przecież nie startuje na dewelopera Warszawy, a przy tym ową 19. dzielnicę usadowił na terenach zalewowych, chronionych projektem ekologicznym Natura 2000. Uwagę zwrócił mu Rafał Trzaskowski, że ta 19. dzielnica już jest, gdyż teren zalewowy jest integralny dla działu wodnego Wisły. Oprócz tego wyszła impotencja twórcza Jakiego i jego sztabu, gdyż ów pomysł zastosował Lech Kaczyński, gdy startował z prezydenta Warszawy na prezydenta Polski i obiecywał warszawiakom park technologiczny na Siekierkach. Jaki więc zaserwował ogrzewane kotlety.

Oprócz tego, że 19. dzielnica jest w budowie, ma stronę w internecie, buduje ją hiszpański deweloper Pro Urba. Może zajść podejrzenie, iż to zamierzona wpadka, darmowa reklama, bo mieszkania w tej ekskluzywnej dzielnicy są do kupienia. Jakim zatem powinny zająć się służby, policja, a nawet jego szef Ziobro.

A przy tym zaprezentowany projekt to pół godziny pracy w programie Adobe. Amatorszczyzna, humbug, jak cała partia PiS z delfinami włącznie, z którymi wyborcom tej partii tak czy siak wyjdzie na łyso.

PiS unieważnił komunizm, bo sami stali się jego spadkobiercami

Sylwetka Alicji Cichoń dziś w Gazecie Wyborczej.

.: Nie wiem nawet jak to wszystko skomentować. Nie da się. Nie ma takich słów.

Media sympatyzujące z opozycją obiegła hiobowa wieść, że „Biedroń idzie!” – będzie tworzył jakąś partię/formację. Komentarze jednoznaczne – rozbije nam jedność opozycji, będzie działał na korzyść PiS, olaboga, olaboga!

Ten falstart – bo wygląda to na falstart z racji braku udziału czy nawet komentarza głównego bohatera w tych doniesieniach – kończy długi miesiąc miodowy prezydenta Słupska w mediach krajowych. Był fajny, dokąd nie zaburzał ulubionego krajobrazu.

Zjawiska tego doświadczył już wcześniej kandydat na prezydenta Warszawy Rafał Trzaskowski. Dopóki nie był oficjalnie w grze wyborczej, media opisywały go jako nadzieję PO i Warszawy – młody, sympatyczny, wykształcony. Jak tylko został kandydatem, okazuje się w tych samych, teoretycznie przychylnych mu mediach leniwy, zarozumiały i arogancki.

Biedroń będzie miał jeszcze gorzej – bo zamiast grzecznie zaproponować PO, że do niej dołączy, to przebąkuje o własnym pomyśle i lubi zdystansować się od parlamentarnej opozycji.

Tak jak nie bardzo rozumiem, dlaczego Trzaskowski z nadziei stał się z dnia na dzień beznadzieją, tak nie wiem, dlaczego Biedroń z dobrego gospodarza Słupska stał się nagle fatalnym. Wydaje się, że w obu przypadkach mamy do czynienia ze zbiorowym tworzeniem publicystycznych mitów, różnych na różnych etapach, słabo korespondujących z rzeczywistością.

Mitem jest także mantra zjednoczonej opozycji, którą Biedroń ma rozbijać. Ten mit jest obalany każdym sondażem i każdą demonstracją spod znaku „no logo”, z zasady liczniejszą od tych partyjnych – ludzie nie chcą słuchać (z małymi wyjątkami) polityków parlamentarnych. Opozycja nie jest zjednoczona – zjednoczone jest jej konserwatywno-liberalne skrzydło, nawet jeśli na jej listach pojawi się kilku–kilkunastu kandydatów kojarzonych z lewicą czy liberałami, oblicza tej koalicji i jej nieatrakcyjności dla dużej części aktywnych wyborców to nie zmieni. Twór nazywany Koalicją Obywatelską idzie twardo po ok. 150 mandatów w przyszłym Sejmie – to stanowczo za mało, by przestać być opozycją.

Jeśli chcemy myśleć realnie o rządzie innym niż PiS w przyszłej kadencji, to trzeba znaleźć dodatkowe 100 mandatów – nie da ich z całym szacunkiem dla Barbary Nowackiej jej start z list PO. Potrzebny jest pomysł taki jak Biedronia – zagospodarowania wyborców (co nie oznacza partii i partyjek) o prowieniencji liberalnej i lewicowej, „czarnych parasolek”, zwolenników modernizacji i europeizacji Polski. Czy odbierze to głosy PO – w jakimś niewielkim stopniu pewnie tak, ale przede wszystkim zmobilizuje tych, którzy na PO nie zagłosują, a tych głosów właśnie brakuje do pokonania PiS.

Nie znam planów Roberta Biedronia, ale niewątpliwie poznamy je lada chwila – nie sądzę, by kandydował na prezydenta Słupska, jeśli miałby ten mandat zwolnić w trakcie kadencji i pozwolić np. na pisowskiego komisarza w tym mieście. Jeśli zdecyduje się na krok w stronę polityki krajowej – będzie to dużo gorsza wiadomość dla PiS niż dla PO. Wyborcy, którzy są poza zasięgiem partii opozycji parlamentarnej, czekają na propozycję – prędzej czy później taka powstanie, zaklinanie rzeczywistości „że tylko Platforma”, skończy się „tylko PiS-em”.

Warto więc zdobyć się na szerszą refleksję, poza interesem PO i tworzonego przez tę partię bloku politycznego jest jeszcze interes Polski, któremu druga kadencja rządów PiS nie służy. Nie bójcie się Biedronia, on może opozycji dodać, a nie ująć.

PiS chce zmienić reguły wyborów do Sejmu. Prezydent zapowiada sprzeciw.

W wyborach parlamentarnych w roku 2019 posłów możemy wybierać w większej niż dotychczas liczbie okręgów. PiS planuje bowiem zmianę ich granic. Mają być mniejsze, a wybrany w nich poseł ma mieć lepszy kontakt z wyborcami – dowiedziała się „Rzeczpospolita”.

Ale to nie wszystko. Jak tłumaczy jeden z polityków partii rządzącej, projektowane zmiany będą bardzo niekorzystne dla mniejszych ugrupowań. – Nowe projekty, głównie na prawicy, będą miały bardzo ciężko – twierdzi nasz rozmówca i przypomina, że już w roku 2017 pojawiły się pomysły zmiany ordynacji wyborczej. Zakładano wtedy, że Polska zostanie podzielona na 100 sejmowych okręgów.

– Ten pomysł wciąż jest rozważany, ale to niejedyny wariant, nad którym toczą się prace – podkreśla polityk.

Jednak los przygotowywanych zmian stanął pod bardzo dużym znakiem zapytania. Jak twierdzą uczestnicy poniedziałkowego spotkania z Andrzejem Dudą dotyczącego nowej ordynacji do Parlamentu Europejskiego, prezydent zapowiedział sprzeciw wobec zmian w ordynacji do Sejmu, które będą prowadzić do powstania systemu dwupartyjnego. – W rozmowie prezydent sam podniósł tę kwestię – mówi „Rzeczpospolitej” lider PSL Władysław Kosiniak-Kamysz, jeden z uczestników spotkania.

– Jeśli kierunek zmian będzie taki sam, to prezydent będzie konsekwentny – mówi nam jeden z jego doradców.

Nowa ordynacja wyborcza do Sejmu, dzieląc Polskę na 100 okręgów, premiowałaby duże partie. W wyborach do Sejmu w 2015 r. PiS zdobyło 235 mandatów. Z analizy, którą w 2017 r. dla Instytutu Wolności zrobił prof. Jarosław Flis (politolog z UJ), wynika, że gdyby przeprowadzono je w 100 okręgach, partia rządząca zdobyłaby ich o 34 więcej (w sumie miałaby 269 posłów).

– Dziś nieznane są skutki uboczne takiej zmiany. Inaczej będą wyglądać napięcia wewnątrz partii, inaczej może wyglądać motywacja polityków. W grę wchodzi też spory czynnik losowy. Zyski nie są wcale pewne. Pytanie też, czy przeciwnicy PiS się zintegrują – tłumaczy prof. Flis.

W czwartek spodziewane jest weto prezydenta do ordynacji do Parlamentu Europejskiego. Jednym z argumentów Andrzeja Dudy jest właśnie fakt, że przyjęte w lipcu przez PiS zmiany będą prowadzić do sztucznego powstania systemu dwupartyjnego.

W 2005 roku wydawało się, że podział postkomunistyczny, definiujący krajowy system partyjny od 1989 roku ostatecznie się wyczerpał. Dominujące z krótkimi przerwami w polskiej polityce od 1993 roku SLD poniosło w wyborach 2005 roku druzgocącą klęskę, scenę polityczną zorganizował spór dwóch partii post-solidarnościowych – PiS i PO. Na „wyborczy rynek” weszło także pokolenie wyżu demograficznego początku lat 80, które „komunę” pamiętać mogło wyłącznie z jakiejś akademii w przedszkolu, lub we wczesnych klasach szkoły podstawowej. Dziś pokolenie to zbliża się do czterdziestki, a głosują ludzie, którzy nie mogą pamiętać afery Rywina.

Jednak dziesięć lat później język antykomunizmu wraca do polskiej polityki, po drugim zwycięstwie PiS w 2015 roku. Partia nie tylko usiłuje dokończyć „dekomunizację przestrzeni publicznej”, oraz uchwala zawetowaną ostatecznie przez prezydenta ustawę pozwalającą na degradację wojskowej elity PRL, ale także swój spór z przeciwnikami przedstawia jako ostatni bój z „komuną”, który Polska musi wygrać, by naprawdę wyzwolić się z narzuconego jej po wojnie systemu.

To, jak PiS posługuje się antykomunizmem może mieć jeden, niepożądany przez partię efekt – ostatecznie zrobi z antykomunizmu martwy język. Wśród wszystkich manipulacji nowomowy „dobrej zmiany”, nie ma bowiem pojęć bardziej zakłamanych i przeinaczonych niż „komuna”, „antykomunizm” i wszystkie ich pochodne. PiS i bliskie mu media, używa ich w taki sposób, że tracą jakikolwiek związek z rzeczywistością.

Wśród wszystkich manipulacji nowomowy „dobrej zmiany”, nie ma bowiem pojęć bardziej zakłamanych i przeinaczonych niż „komuna”, „antykomunizm” i wszystkie ich pochodne

Kto jest żołnierzem wyklętym

To zakłamanie antykomunistycznego dyskursu PiS przebiega na kilku poziomach. Pierwszym są personalia. Nowogrodzka i jej media malują manichejski obraz sporu politycznego we współczesnej Polsce. Z jednej strony mamy „obóz patriotyczny”, „trzecie pokolenie AK” i „Żołnierzy Wyklętych” XXI wieku, reprezentujący to wszystko, co w tradycji polskiej od zawsze najlepsze, najbardziej szlachetne i wzniosłe. Z drugiej strony obóz „totalnej opozycji”, broniący „postkomunistycznego układu”, „trzecie pokolenie UB”, reprezentujące tradycje narodowego zaprzaństwa i zdrady.

Gdy jednak przyjrzymy się polityce PiS, widzimy, że o tym, kto jest współczesnym „wyklętym” decyduje wyłącznie bieżący polityczny konflikt. To, czy popiera się obecną władzę i atakuje jej przeciwników, czy nie. Twarzą rzekomo kończącej z „postkomunistycznym układem” w sądach reformy trzeciej władzy może być członek PZPR i prokurator z lat 80., Stanisław Piotrowicz.

Od „trzeciego pokolenia UB” przeciwników władzy wyzywa na łamach bliskiego jej tygodnika Wojciech Reszczyński – w latach 80. prowadzący „Teleexpress” i ocieplający tam wizerunek generała Jaruzelskiego. Na czele powołanej przez PiS Rady Mediów Narodowych stoi były członek PZPR, Krzysztof Czabański. Swój staż w partii ma też mianowany przez Nowogrodzką szef TVP2, Marcin Wolski – choć podobnie jak Czabański związał się w latach 80. z demokratyczną opozycją. W KC PZPR do końca zasiadał za to Marek Król, bliski PiS publicysta, przekonujący niedawno na antenie radia PR24, że „dla zdrowia przyszłych pokoleń, trzeba przeprowadzić redukcję osób, profitujących w PRL”.

Od „trzeciego pokolenia UB” przeciwników władzy wyzywa na łamach bliskiego jej tygodnika Wojciech Reszczyński – w latach 80. prowadzący „Teleexpress” i ocieplający tam wizerunek generała Jaruzelskiego.

Od „komunistów i złodziei”, czy „ubeckich wdów” politycy rządzącej partii wyzywają obywateli walczących o niezależność Trybunału Konstytucyjnego i innych sądów. Albo siedzącego w czasach PRL w więzieniu za opozycyjną działalność Piotra Ikonowicza – brutalnie atakowanego niedawno w TVP przez jak posła Tarczyńskiego. Także postrzegany na świecie jako ikona pokojowego oporu przeciw komunistycznej dyktaturze Lech Wałęsa nie jest przedstawiany przez PiS-owskie media inaczej niż, jako TW Bolek.

Komuną w III RP

Zakłamaniu w języku PiS ulegają nie tylko pojedyncze biografie, ale także cała polska historia po roku 1989. Antykomunistyczny język używany jest jako uzasadnienie do niszczenia instytucji i rozwiązań konstytucyjnych III RP.

Nagle okazuje się, że reliktami komuny są polska forma autonomii sądownictwa, Sąd Najwyższy i jego skład, czy konstytucja z 1997 roku.

Nagle okazuje się, że reliktami komuny są polska forma autonomii sądownictwa, Sąd Najwyższy i jego skład, czy konstytucja z 1997 roku. Tymczasem żądania autonomii korporacyjnej sędziów były częścią postulatów solidarnościowej strony przy okrągłym stole. Elity opozycji widziały w nich gwarancję ochrony praw obywateli, przed władzą, która mogłaby mieć pokusę ręcznego sterowania wyrokami. Z Sądu Najwyższego na początku lat 90. usunięto najbardziej skompromitowanych w poprzednim ustroju sędziów. Konstytucję przyjął w pełni demokratycznie wybrany Sejm II kadencji, a naród zaakceptował w referendum.

Atakując III RP za rzekomy „postkomunizm” rządzący obóz prowadzi przy tym politykę, która przypomina raczej standardy bloku wschodniego przed ’89 roku (czy innych autorytarnych państw), nie liberalnych demokracji. Sejm został zredukowany do zupełnie fasadowej funkcji, a rząd podporządkowany kierownictwu partyjnemu. Partia dąży do tego, by obsadzić sądy posłusznymi sobie ludźmi – co już udało się w Trybunale Konstytucyjnym.

Tarcza i pałka skrajnej prawicy

Zarzut „komunizmu” staje się też wygodną pałką, którą związani z PiS liderzy opinii, atakują wszystko to, co drażni panujący w Polsce prawicowy światopogląd. „Komunistyczne” stają się więc nagle wielkokulturowe społeczeństwa zachodu, „ideologia gender”, prawa kobiet, czy wszelka lewica. Łącznie z socjaldemokratyczną i w swoim stosunku do PRL wręcz antykomunistyczną Partią Razem, której delegalizacji domagała się młodzieżówka Gowina, co za absurd uznała nawet podporządkowana Ziobrze prokuratura.

„Komunistyczne” stają się więc nagle wielkokulturowe społeczeństwa zachodu, „ideologia gender”, prawa kobiet, czy wszelka lewica

Ostatnio antykomunistyczną krucjatę bliskie PiS ośrodki rozpętały przeciw Ewie Gawor ze stołecznego ratusza, która w PRL była w szkole milicyjnej. Media i prawicowy Twitter cisnęły sensacyjną narrację: „SB zatrzymało marsz powstania warszawskiego”. Ratusz podpadł bowiem prawicy tym, że rozwiązał marsz ONR i Młodzieży Wszechpolskiej. Skrajnie zinstrumentalizowany antykomunizm staje się tarczą chroniącą skrajną, faszyzującą prawicę.

Sama skrajna prawica chętnie wszędzie tam, gdzie dochodziła do władzy sięgała po antykomunistyczną pałkę, okładając nią każdego, kto stał na drodze jej władzy: działaczy chłopskich, demokratycznych socjalistów, liberałów, feministki. Do tej pory w Polsce antykomunizm nie kojarzył się z podobnymi praktykami reżimów Pinocheta, czy Videli, ale z wolnościową, demokratyczną i anty-autorytarną tradycją.

Skrajnie zinstrumentalizowany antykomunizm staje się tarczą chroniącą skrajną, faszyzującą prawicę.

Choć PiS za mniej, lub bardziej urojony „komunizm” na razie nikogo do więzienia nie wsadza, ani nie torturuje, jest na najlepszej drodze do tego, by także w Polsce antykomunizm zaczął kojarzyć się głównie z paranoiczny polowaniem na czarownice.

Tworzenie wspólnego frontu przeciwko łamaniu praworządności i zabieraniu wolności obywatelskich jest ogromnie istotne nie tylko dla nas, ale i dla następnych pokoleń. PiS realizuję swój plan – to czarny scenariusz dla Polski. Nie czas na spory – czas na współpracę ✌️

Earl drzewołaz

Według I Prezes SN, Komisja Europejska sprawia wrażenie, jakby wierzyła w otwartość polskiego rządu. – „KE uwierzyła, że są prowadzone realne, prawdziwe negocjacje i jakieś ustępstwa naszego rządu, a to było tylko przeciąganie na czas. Aktualna władza nauczyła nas nierespektowania wykładni i reguł, do których byliśmy przyzwyczajeni. Stało się to normalne i dopuszczalne” – powiedziała prof. Małgorzata Gersdorf w wywiadzie dla agencji Reuters.

Wezwała Unię Europejską do szybszego podjęcia działań w sprawie pisowskich zmian w polskim wymiarze sprawiedliwości. W przeciwnym razie nastąpią nieodwracalne zmiany. – „UE podjęła działania zbyt późno. Sędziowie zostaną zwolnieni i wtedy rząd się cofnie, ale nie będzie już jak się cofać, bo sędziów nie będzie” – powiedziała prof. Gersdorf.

W Sądzie Najwyższym pojawią się nowi sędziowie i zdaniem I Prezes przez lata będą tam występować istotne trudności w rozstrzyganiu spraw, ze względu na ich brak doświadczenia i brak ciągłości postępowania sądowego. – „Upolitycznienie polskich sądów, przed…

View original post 1 190 słów więcej

Morawiecki, Duda – politycy godni furmanek, na których winno ich się wywieźć na śmietnik historii

Gen. Mieczysław Gocuł w obszernym wywiadzie dla „Polityki” wspomina okoliczności swojego odejścia z armii. Były szef Sztabu Generalnego mówi o wielkim wstydzie, jakiego doświadczył za czasów poprzedniego kierownictwa MON. „Mnie już brakowało twarzy” – opowiada.

Generał Mieczysław Gocuł w latach 2013-17 był najważniejszym żołnierzem w Polsce, szefem Sztabu Generalnego. Był w grupie blisko 30 generałów i ponad 250 pułkowników, którzy po objęciu kierownictwa nad MON przez Antoniego Macierewicza odeszło ze służby.

„Wypowiedzenie złożyłem 4 lipca 2016 roku, symbolicznie w Dniu Niepodległości Stanów Zjednoczonych. Szczyt NATO w Warszawie był 8-9 lipca. Nie widziałem już jednak możliwości dotrzymywania słów złożonej przysięgi wojskowej” – mówi w wywiadzie dla tygodnika „Polityka” gen. Gocuł.

Mnie już brakowało twarzy, żeby wytrzymać wstyd, jaki przynosili moi przełożeni za granicą, niwecząc wysiłek długich lat

– wyznaje generał.

Na pytanie Marka Świerczyńskiego z „Polityki” o największy ze wstydów, gen. Mieczysław Gocuł mówi o dwóch takich przypadkach.

„Fakt, że wyrzucono nas z przedszczytowego spotkania z amerykańskim sekretarzem obrony w Brukseli. Po uścisku dłoni na korytarzu, na tle flag polskiej i amerykańskiej, który później był eksponowany we wszystkich spotach telewizyjnych MON związanych ze szczytem NATO, sekretarz obrony Ashton Carter wszedł do pomieszczenia amerykańskiego, za nim szedł minister i ja – i nam nie pozwolono wejść. Na korytarzu jakiś asystent ministra powiedział: nie ma spotkania, proszę wyjść. Ludzi tam było dość dużo, może setka, cały korytarz. Poczułem się jak zbity pies” – relacjonuje.

A drugi?

To spotkanie z minister obrony Niemiec Ursulą von der Leyen, gdzie minister postawił warunek dalszej współpracy obronnej z Niemcami – rozstrzygnięcie kwestii mniejszości polskiej w Niemczech, która według jego słów nie została załatwiona od drugiej wojny światowej. Wspominał o Goebbelsie i 1945 roku. Zażenowanie pani minister i jej delegacji było nie do opisania. Po tym spotkaniu podszedłem do pani minister, próbowałem łagodzić i zapewniłem, że moim zdaniem to nie jest powszechne odczucie społeczne w Polsce

– mówi wojskowy.

Generał zdradza, że tuż przed swoim odejściem spotkał się prezydentem Andrzejem Dudą, który poprosił go o ocenę stosunków międzynarodowych.

„Odparłem, że nie jestem w stanie powtórzyć mu pewnych rzeczy, bo nie przystoi ich cytowanie przy prezydencie. Spytał, czy chodzi o Goebbelsa i panią von der Leyen. Czyli to doszło do prezydenta innymi kanałami” – wspomina były szef Sztabu Generalnego.

PMM: Chciałem podziękować ministrowi Macierewiczowi, który w piękny i konsekwentny sposób prowadził działania dot. bezpieczeństwa naszych granic

Bezpieczeństwo naszych granic – tutaj szczególnie chciałem podziękować panu ministrowi Macierewiczowi, który w bardzo piękny sposób, w bardzo konsekwentny sposób prowadził działania. Teraz jego następca, pan minister Błaszczak, również prowadzi działania w kierunku modernizacji polskiej armii. Symbolem jest podpisana umowa z Amerykanami, ale również na obszarze finansowania, to dlaczego jesteśmy dzisiaj tak chwaleni przez dowództwo NATO, przez prezydenta, który rzeczywiście jest głównym, jedynym zasadniczo gwarantem, jako prezydent Stanów Zjednoczonych, bezpieczeństwa. Oczywiście, najlepiej uzbrojmy się sami, ale póki co musimy liczyć na wszystkie sojusze” – mówił w Łodzi premier Mateusz Morawiecki.

Schetyna o wywiadzie z Kaczyńskim: Obok tego, że mogę się czuć bezpiecznie, jest napisane, że nie będzie zmiany ordynacji do parlamentu. To chyba jest tak samo prawdziwe

– Chcę powiedzieć, że obok tego, że mogę się czuć bezpiecznie, jest napisane, że nie będzie zmiany ordynacji do parlamentu. To chyba jest tak samo prawdziwe. Ani ja się nie powinienem czuć bezpieczny, a na pewno nie jest bezpieczna ordynacja, bo zrobią wszystko, żeby ją po prostu ustawić pod własne oczekiwania – mówił Grzegorz Schetyna w rozmowie z Grzegorzem Kajdanowiczem w „Faktach po faktach” TVN24.

Schetyna: Trzeba zrobić wszystko, żeby nie dopuścić do przegłosowania tego prawa. Trzeba zrobić wszystko, żeby obudzić emocje. Wierzę także we wsparcie Europy

– Trzeba absolutnie zrobić wszystko, żeby nie dopuścić do przegłosowania tego prawa [dot. SN]. Będziemy robić wszystko w parlamencie. Trzeba zrobić wszystko, żeby obudzić emocje. Wierzę także we wsparcie Europy – mówił Grzegorz Schetyna w rozmowie z Grzegorzem Kajdanowiczem w „Faktach po faktach” TVN24.

To brzmi nieprawdopodobnie, ale premier rządu wyznał miłość… furmankom i uważa, że należy się nimi szczycić. Na spotkaniu z mieszkańcami Łodzi złożył następującą deklarację: – „Ja bardzo kocham furmanki. Teoretycznie moglibyśmy się nimi szczycić. Ale przez te lata III RP wszystko to pokazywano tak, by trzeba się było tego wstydzić” – perorował. Fragment nagrania umieścił na Twitterze internauta o nicku Tynx.

Można by się zastanawiać, czy Morawiecki idzie w zawody z samym sobą na najdziwniejszą wypowiedź, że użyjemy eufemizmu na określenie jego słów. Internauci zastanawiali się z kolei nad stanem zdrowia premiera. – „On musiał chyba spaść kiedyś z takiej furmanki wprost pod końskie kopyta”; – „Któraś chyba po główce przejechała, albo koń kopnął…”.

Reszta kpiła i pytała o sławetne elektryczne auta, które Polakom obiecywał Morawiecki. – „Czyli zamiast milionów elektrycznych samochodów, furmanki napędzane ekologicznym paliwem”; – „Nie będzie miliona samochodów elektrycznych tylko milion furmanek? Widać przejrzał na oczy i zrozumiał, na ile obecny rząd i jego poplecznicy mają kompetencji”; – „Czas na patriotyczne gumiaki marki PGR. Z orłem wyrytym w podeszwie”. – „No właśnie, a co ze studniami? Też były piękne. Komu to przeszkadzało? Trzeba wdrożyć program Studnia+”.

Celnie podsumował kolejną żenująca wypowiedź Morawieckiego jeden z internautów: – „Co jest z nami nie tak, że zasłużyliśmy sobie na to wszystko?”.

„Wydałem wyrok w sprawie Czumy, ale nie ja pisałem uzasadnienie. Miałem rodzinę i musiałem pracować” – sędzia Kryże w Telewizji Republika. „Mój Tata, którego skazał, miał też rodzinę i troje dzieci” – podsumowała na Twitterze Beata Czuma wywiad, którego prorządowej telewizji udzielił Andrzej Kryże, wiceminister sprawiedliwości w rządzie PiS w latach 2005-2007. To on w czasach PRL wysłał do więzienia działaczy opozycji, m.in. Andrzeja Czumę i Bronisława Komorowskiego.

Kryże dzisiaj mówi, że padł ofiara nagonki medialnej i politycznej. – „Media takie jak TVN czy „Gazeta Wyborcza” oraz posłowie PO i Nowoczesnej powtarzają, że byłem twarzą sądu warszawskiego w stanie wojennym. Stałem się symbolem zła. Podkreślam – nie orzekałem wtedy w żadnej sprawie związanej z polityką czy działalnością opozycyjną” – stwierdził. Po chwili zaprzeczył sam sobie, bo powiedział, że była jednak sprawa polityczna, którą zajmował się w PRL. Było to odwołanie od orzeczenia ws. aresztu dla Andrzeja Czumy i Bronisława Komorowskiego w 1980 roku. Sędzia Kryże nie ma sobie jednak nic do zarzucenia. – „Biorąc pod uwagę ówczesny ład prawny, inny wyrok nie mógł zapaść. Nie było żadnych wątpliwości dowodowych. Wydałem wyrok, ale nie ja pisałem uzasadnienie” – powiedział.

Jeden z internautów tak to podsumował: – „Ale je podpisałem. To, co podpisuje sędzia, gdy nie jest sprawozdawcą, to jest jego współautorstwem. To sąd wydaje wyrok, jest członkiem składu i akceptuje poglądy tam wyrażone. Koniec. Kropka. Dyskusji nie ma! A czemu nie zgłosił zdania odrębnego?”. A reszta dodawała: – „Jakbym słyszała Clintona – „paliłem, ale się nie zaciągałem”. Co to ma za znaczenie?!!! Swoją drogą, ciekawe, czy Duda na procesie też przyjmie tę samą linię obrony czy będzie udawał niepoczytalnego, hmm?”; – „Oczywiście w PiS-ie są sami bohaterowie i męczennicy. Kaczyński męczennik, bo go nie internowali, a Kryże i Piotrowicz bohaterowie, bo przecież mogli skazać na śmierć, a nie skazali”; – „To podświadome dążenie do komfortu psychicznego. Ci ludzie w tamtych czasach czuli się dobrze, dlatego je przywracają. Dla nich demokracja jest stanem nienaturalnym”.

„Co za zbieg okoliczności. Jak czasy socjalizmu, to PZPR rozdaje karty, jak czasy PiS-u, to m.in. afera FOZZ, przy której Amber-Gold, to pikuś. Ci, którzy walczyli o wolną Polskę – B.Komorowski, A.Czuma czy S.Niesiołowski to dziś 2-gi sort, wrogowie. Zaś do tego, który nie zrobił nic, poza tym, że nawet przespał wprowadzenie stanu wojennego, woła się „Polskę zbaw”. Tak, Polacy to nieprzeciętnie inteligentni ludzi. Nieprzeciętnie” – gorzko spuentował jeden z internautów.

Waldemar Mystkowski pisze o „spotkaniach” Dudy z Trumpem.

Tak „skromnie” siebie samego określa Donald Trump.

Dwudniowy szczyt NATO w Brukseli zakończył się, choć będzie miał „dogrywkę” w Helsinkach, gdzie za cztery dni prezydent USA Donald Trump spotka się z prezydentem Rosji Władimirem Putinem.

Jakie są wyniki tego szczytu? Właściwą oceną wydaje się być stwierdzenie, iż kraje Unii Europejskiej nie poniosły porażki, na którą zapowiadało się przed szczytem. Trump to specyficzny polityk, który uprawia politykę twitterową. Coś tam opublikuje na portalu społecznościowym, wszyscy zastanawiają się, co też miał na myśli. A myśli chodzą mu po karkołomnych ścieżkach, aby po pewnym czasie usunąć je wraz z tweetem.

Przekonałem się o tym, gdy Trumpa sobie zretweeetowałem, chciałem do wpisu powrócić, ale prezydent USA go usunął, a najpewniej administracja waszyngtońska. Właśnie ze względu na osobowość Trumpa musimy brać poprawkę, iż jest on przedstawicielem konserwatywnego Waszyngtonu i w istocie nie on rządzi, ale ta formacja. Coraz bardziej można się przekonać, iż Trump jest ubezwłasnowolniony. I dobrze, bo to typ osobowości groźny nie tylko dla USA, ale i dla świata.

Po szczycie Trump powiedział o sobie, że jest „bardzo stabilnym geniuszem”. Nie wiadomo, na co zwrócić uwagę, czy na „bardzo stabilnego”, czy „bardzo geniusza”, acz stosując proste narzędzie psychoanalityczne należy stwierdzić, że Trump czuje, iż z jego stabilnością jest coś na bakier.

Inny wątek wypowiedzi Trumpa świadczy, że wcale nie przyjechał do Brukseli ze zbożnymi zamiarami w stosunku do UE. Na pytanie, czy groził państwom NATO opuszczeniem sojuszu odpowiedział, że jest „bardzo niezadowolony” z tego, że nie wywiązują się ze zobowiązań dotyczących wydatków na obronność, ale… szczyt zakończył się sukcesem. – „Udało się osiągnąć niezwykły postęp” – zakończył Trump. Stabilność wahadłowa – bim-bam.

Trump prowadzi swoją grę medialną w roli „stabilnego geniusza”. A jak wypadł nasz gracz Andrzej Duda? Otóż przeniósł się z przaśnej poczekalni na Nowogrodzkiej na korytarze siedziby NATO w Brukseli. Na Nowogrodzkiej dopada czasami poły Jarosława Kaczyńskiego i odbywa z nim „bardzo ważne rozmowy”. Do takich bardzo, ale do bardzo ważnych dwóch spotkań doszło z Trumpem, w tym jedno odbył na korytarzu tylko po to, aby dać się sfotografować, bo „bardzo ważnie rozmawiał”, tj. uśmiechał się.

Prezydenci Polski przed Dudą spotykali się z głowami innych państw w konkretnych celach i podpisywali umowy. Duda ze swoimi służbami medialnymi poluje na spotkania, aby ktoś zechciał z nim porozmawiać i zrobił zdjęcie. To jest gros działalności politycznej naszego Adriana – antyszambrować, czyli wyczekiwać w przedpokojach, poczekalniach, korytarzach usiłując dotrzeć do wpływowych osób.

Wreszcie, uff… udało się – podobno dopinane jest spotkanie Dudy w Waszyngtonie z „bardzo stabilnym geniuszem”, zaś na miejscu w Warszawie „stabilny geniusz” ma chore kolano i nie wiadomo, czy zechce spotkać się z Adrianem, chyba że ten dotrze na Nowogrodzką, Żoliborz bądź na Szaserów.

Morawiecki w sztosie chciejstwa. Mieć pokrakę za premiera – tylko w Polsce

Mieszkanka Wadowic zawiadomiła policję, bo… pokrojono tort z wizerunkiem Jana Pawła II. Tego „niesłychanego” czynu dopuściła się wiceburmistrz Wadowic Ewa Całus podczas uroczystości z okazji 98. rocznicy urodzin papieża.

Tort ważył 120 kilogramów, a jego dekoracja powstała z masy truskawkowej, przełożonej białym biszkoptem. Urzędnicy częstowali tym „papieskim” tortem mieszkańców Wadowic.

Nie da się jednak podzielić takiego ciasta bez użycia noża i to właśnie oburzyło niezmiernie jedną z mieszkanek. Uznała, że to niedopuszczalne – użycie noża do krojenia tortu z wizerunkiem świętego obraża jej uczucia religijne. Zawiadomiła więc policję.

Wiceburmistrz Wadowic w rozmowie z „GW” nie kryła zdziwienia. – „Od trzech lat organizujemy w rocznicę urodzin Jana Pawła II szereg atrakcji dla mieszkańców Wadowic i częstujemy ich urodzinowym tortem. Ta nowa tradycja cieszy się ogromną popularnością. Tuż po zakończeniu imprezy dostajemy od mieszkańców zapytania, co będzie w przyszłym roku, jaki smak będzie miał kolejny tort. Jeśli zaś chodzi o samą obrazę uczuć religijnych, aby stwierdzić że zostały wypełnione znamiona czynu karalnego, trzeba by uznać, że tort z wizerunkiem papieża jest przedmiotem czci religijnej, nie zaś zwykłym deserem” – powiedziała Ewa Całus.

Policja w Wadowicach, chcąc nie chcąc, musiała jednak zająć się sprawą. – „Prowadziliśmy czynności sprawdzające. Materiały w tej sprawie zostały już wysłane prokuraturze w Wadowicach z postanowieniem o odmowie wszczęcia dochodzenia” – poinformował Dariusz Stelmaszuk z komendy powiatowej policji w Wadowicach.

>>>

„Zapoznałem się z dowodami zebranymi w sprawie oraz zeznaniami świadków i w mojej ocenie nie ma tam ani jednego dowodu na to, że nie wypełniałem swoich obowiązków. Zawsze reagowałem na wpływające do mnie informacje o nieprawidłowościach, bez względu na ich źródło i podejmowałem adekwatne działania przeciwdziałające nieprawidłowościom” – napisał na Facebooku Jacek Kapica, wiceminister finansów i były szef Służby Celnej.

W związku ze skierowaniem przez prokuraturę do sądu aktu oskarżenia oświadczam, że przez cały czas pełnienia przeze mnie funkcji wiceministra i Szefa Służby Celnej wypełniałem swoje obowiązki z pełnym zaangażowaniem i z oddaniem realizowałem zadania nałożone na mnie przez ustawy, jak i Ministra Finansów. Nie odniosłem z tego żadnej korzyści majątkowej, ani też nie działałem w celu przysporzenia komukolwiek korzyści majątkowej kosztem interesu publicznego.

Zapoznałem się a aktami postępowania, dowodami zebranymi w sprawie oraz zeznaniami świadków i w mojej ocenie nie ma tam ani jednego dowodu na to, że nie wypełniałem swoich obowiązków. Za to wiele osob wskazuje na moje zaangażowanie i przeciwdziałanie nieprawidłowościom na rynku automatów o niskich wygranych. Zawsze reagowałem na wpływające do mnie informacje o nieprawidłowościach, bez względu na ich źródło i podejmowałem adekwatne działania przeciwdziałające nieprawidłowościom. Na podstawie swojej wiedzy wyniesionej z Izby Celnej zapoczątkowałem proces uporządkowania kompetencji organów i egzekucji prawa przez możliwość stosowania eksperymentalej gry prowadzonej przez celników, a w zakresie prawa poprzez zmianę rozporządzenia o rejestracji automatów i ustawy o grach i zakładach wzajemnych. To z tego powodu lobbyści z branży automatów chcieli mnie odwołać ze stanowiska i zatrzymać rozpoczęty proces. W moim działaniu nic się nie zmieniło od 2008 roku do końca pełnienia funkcji.

Oskarżenie oparte jest na ocenie stanu i działań z 2008 i 2009 roku w oparciu wiedzę, która dla wszystkich stała się oczywista 2010 roku. Czuję się w tej sprawie niewinny, a wręcz poszkodowany przez system organów państwa , ktore obrały sobie mnie za cel, podobnie jak wcześniej przestępcy, którzy chcieli mnie odwołać ze stanowiska.

Oświadczenie Kapicy ma związek ze skierowaniem w jego sprawie przez prokuraturę aktu oskarżenia do sądu. Prokuratura Krajowa zarzuca mu „popełnienie dwóch przestępstw umyślnego niedopełnienia obowiązków w celu osiągnięcia korzyści majątkowej”.

„Czuję się w tej sprawie niewinny, a wręcz poszkodowany przez system organów państwa, które obrały sobie mnie za cel, podobnie jak wcześniej przestępcy, którzy chcieli mnie odwołać ze stanowiska. W moim działaniu nic się nie zmieniło od 2008 roku do końca pracy w MF. Nie odniosłem z tego żadnej korzyści majątkowej, ani też nie działałem w celu przysporzenia komukolwiek korzyści majątkowej kosztem interesu publicznego” – dodał Jacek Kapica.

Były wiceminister finansów został na zlecenie prokuratury zatrzymany pod koniec marca przez CBA („Jacek Kapica: „Nikt nigdy nie dostał takiego wyssanego z palca zarzutu”). W maju sąd uznał jego zatrzymanie za bezzasadne. W obronie ministra swojego rządu Donald Tusk pisał na Twitterze: – „Kiedy Jacek Kapica bezkompromisowo walczył jako minister w moim rządzie z przestępcami, też był atakowany podłymi metodami. Nie poddał się wtedy, nie podda się dzisiaj”.

O ponad 100 tys. ton rocznie rosła liczba przywożonych do Polski śmieci w latach 2015-2017. Wynika tak z odpowiedzi Ministerstwa Środowiska na zapytanie posła PO Krzysztofa Brejzy.

Poseł PO Krzysztof Brejza zwrócił się do Ministerstwa Środowiska z zapytaniem o ilość odpadów przywiezionych do Polski w latach 2015-2017. Z odpowiedzi resortu wynika, że łącznie w tych latach do Polski trafiło 787 tys. ton odpadów.

Do Polski trafiła rekordowa ilość śmieci

Rocznie ta liczba rosła o ponad 100 tys. ton. W 2015 roku do Polski trafiło 154 tys. odpadów, w 2016 – 256 tys. ton, w 2017 – 377,7 tys. ton.

Do Polski trafiły śmieci m.in. z Niemiec, Szwecji, Wielkiej Brytanii, Włoch, Austrii, Litwy, Słowenii, a także z Nigerii, Australii i Szwajcarii.

Szok. Ministerstwo Środowisko przyznaje – w 2017 do Polski wwieziono ponad dwukrotnie (!) więcej śmieci niż w 2015. Nie tylko odpady z Niemiec, ale nawet z … Nigerii i Australii

– napisał Krzysztof Brejza na Twitterze.

Nie ma strategii, nie ma doktryny obronnej, czyli osobnych dokumentów, z których powinno wynikać, co powinno być przedmiotem rozwoju modernizacji zbrojeń. Nie ma również polskiej zbrojeniówki. Czy deklaracje polityków obronią nas przed rosyjską agresją? Niestety nie, oni będą pierwsi, którzy w razie zagrożenia dadzą drapaka z Polski, jak w 1939 roku  – mówi nam gen. Waldemar Skrzypczak, b. dowódca Wojsk Lądowych i b. wiceszef MON. Pytamy też o trwający szczyt NATO i działania Donalda Trumpa: – Główny gracz NATO, jakim są Stany Zjednoczone, tracą swoją wiarygodność przez stanowisko Trumpa – mówi gen. Skrzypczak.

JUSTYNA KOĆ: Zanim na dobre rozpoczął się szczyt NATO w Brukseli Donald Trump zaszokował wypowiedzią, że trudniejsze dla niego będzie spotkanie z sojusznikami na szczycie NATO niż późniejsze spotkanie z Władimirem Putinem. Takie wypowiedzi prezydenta USA powinny martwić?

GEN. WALDEMAR SKRZYPCZAK: Takie wypowiedzi powinny martwić. Wydaje się, że Trump nadal nie ma strategii, a jego pomysły z 2016 roku nadal nie zostały zrealizowane. To, co w tej chwili mówi i robi, godzi we wszystko, co do tej pory było ważne i miało sens. Szczerze powiem, że nie rozumiem, o co Trumpowi chodzi, szczególnie jeśli chodzi o NATO.

Jeżeli on za kilka dni spotyka się z Putinem i już dziś mówi, że NATO jest słabe, a spotkania z partnerami będą dla niego dużo trudniejsze niż spotkanie z prezydentem Rosji, to można zastanawiać się, co Trump chce osiągnąć. Takie wypowiedzi na pewno nie służą wiarygodności i spójności NATO.

Mało tego, moim zdaniem to podważa jego wiarygodność. Główny gracz NATO, jakim są Stany Zjednoczone, tracą swoją wiarygodność przez stanowisko Trumpa.

To o co chodzi Trumpowi?

Nie sądzę, żeby chodziło tylko o nakłady na sojusz, te słynne 2 proc., bo Trump idzie na wojnę ze wszystkimi, głównie na wojnę handlową z Chinami, co moim zdaniem jest po prostu podżeganiem do wojny. Nie rozumiem zachowania czy strategii Trumpa, ale chyba podobnie czują jego doradcy, którzy zamilkli i zaczynają tracić cierpliwość.

Pewne jest jedno: to, co robi Trump, nie służy pokojowi na świecie.

Spotkanie z Putinem nic nowego nie wniesie, bo panowie spotykają się kurtuazyjnie. Trump pokazał spotkaniem z przywódcą Korei Północnej, Kim Dzong Unem, że prowadzi błędną politykę. Kim jest regionalnym kacykiem-terrorystą, a tymczasem podpisał porozumienie z największym światowym graczem, jakim są USA, kiedy przy stole nie było ani Chińczyków, ani Rosjan. Ciekawe, jak to się dalej rozwinie, bo według mnie Kim Dzong Un gra dalej Trumpem i będzie to robił tak długo, jak się da.

Trump krytykuje też mocno Niemców, nazywając ich zakładnikami Rosji. Pozbyli się elektrowni węglowych, elektrowni atomowych, biorą ogromne ilości ropy i gazu z Rosji. To coś, czemu trzeba się przyjrzeć – mówił Trump. To atak na głównego gracza UE?

Polityka gospodarcza Trumpa niewątpliwie współgra z chęcią osłabienia Unii Europejskiej, przecież zapowiedział cła także na towary z UE.

Widać, że ta gospodarcza wojna nie dotyczy tylko Chińczyków. Trump ma świadomość, że głównym graczem Unii są właśnie Niemcy, dlatego w nie uderza. Ja bym się z tego nie cieszył.

Ale krytykuje budowę Nord Stream 2, więc tu ma podobne stanowisko jak Polska.

Tylko to dzieje się zdecydowanie za późno. Teraz, gdy zainwestowane zostały już ogromne pieniądze, jest zaangażowanie zarówno polityczne, jak i finansowe, trudno oczekiwać, że ktokolwiek się z tego wycofa. To tak samo, jakby zatrzymać budowę pomnika na Pl. Piłsudskiego w połowie – wiadomo, że tego zatrzymać nie można było.

Dla Trumpa najważniejsze jest to, że jego skroplony gaz nie jest na razie konkurencją dla gazu z Rosji w Europie. Dlatego też szuka możliwości dla pozyskania rynku dla amerykańskiego gazu, którego ma bardzo dużo.

Panie generale, jak ocenia pan kondycję polskiego wojska? Z szumnie zapowiadanych obietnic zakupów dla wojska nic nie zostało. Nie ma okrętów, śmigłowców, rząd zdecydował się na modernizację starych czołgów.

Polskie wojsko ma pecha, bo często mamy ministrów obrony, którzy na wojsku się nie znają. Modernizacja armii na przestrzeni ostatnich lat to pasmo porażek. Mam wrażenie, że wojsko już się z tym pogodziło, że nie będzie miało dobrego sprzętu, ale to wina polityków, którzy obiecują i nic z tego nie wynika, ale też polskiego społeczeństwa, które to akceptuje. Mamienie Polaków, jaką to będziemy mieć już niedługo silną armię, jest zwykłym wprowadzaniem w błąd, także podatnika.

Politycy manipulują opinią publiczną w tym temacie, zapominając o najważniejszej kwestii, że tu chodzi o zapewnienie Polsce bezpieczeństwa militarnego. To, co widzimy, to jest demodernizacja armii, a nawet demolka armii.

Politycy powinni ponieść odpowiedzialność za to, czego nie zrobili, a co deklarowali. Ktoś musi w końcu odpowiedzieć za to, że nic nie jest robione, bo Polska mocno słabnie militarnie.

Poprzedni szef MON Antoni Macierewicz zerwał jednostronnie podpisany przez poprzedników kontrakt z Francuzami na dostawę śmigłowców Caracal. Fiaskiem zakończyły się również negocjacje w sprawie zakupu rakiet Homar. W ciągu dwóch lat rządu PiS MON pod kierownictwem Macierewicza nie realizował żadnego kluczowego przetargu zbrojeniowego.

Nie ma strategii, nie ma doktryny obronnej, czyli osobnych dokumentów, z których powinno wynikać to, co powinno być przedmiotem rozwoju modernizacji zbrojeń. Nie ma również polskiej zbrojeniówki. Czy deklaracje polityków obronią nas przed rosyjską agresją? Niestety nie, oni będą pierwsi, którzy w razie zagrożenia dadzą drapaka z Polski, jak w 1939 roku. Tak samo będzie teraz.

My nie mamy kompetentnych i merytorycznie przygotowanych ludzi i to jest główny problem naszego bezpieczeństwa.

Jeszcze 3 lata temu w wojsku byli kompetentni wojskowi, których minister Macierewicz zwolnił lub zmusił do odejścia.

Na szczęście nie wszyscy kompetentni odeszli z armii. Jest jeszcze kilku dobrych oficerów w armii. Ten ruch z generałem Rajmundem Andrzejczakiem jest moim zdaniem dobry. Znam generała Andrzejczaka, to oficer wysokich lotów, młody, to prawda, bo ma 50 lat, ale gdy ja zostawałem generałem, miałem 49 lat.

Tu jest jeszcze inny problem.

O sile armii nie stanowią tylko generałowie, ale wojsko. Oni wyczyścili jednostki operacyjne z dobrych dowódców. Wyrzucili ze sztabu generalnego dobrych oficerów, którzy znali się na planowaniu modernizacji sił zbrojnych. W tej chwili nie mamy nawet potencjału, aby zaplanować rozsądnie modernizację sił zbrojnych. Kompetentnych wyrzucono, a młodzi muszą się dopiero uczyć, a to jest proces.

Szanuję generała Andrzejczaka, znam go jako wybitnie zdolnego oficera, ale on sam „wiosny nie uczyni”, sam nie zmodernizuje armii, bo nie ma ludzi na średnim poziomie odpowiedzialności wojskowej. Moim zdaniem to jest świadome działanie rządzących i szkoda, że Trump o tym nie mówi, tylko skupia się na 2 proc. PKB. To pokazuje, że Trump jest biznesmenem, a nie politykiem. Gdyby posłuchał amerykańskich doradców, którzy mówią o osłabieniu polskiej armii, to mógłby to zrozumieć, ale niestety tego nie widzę.

W najnowszej „Polityce” generał Mieczysław Gocuł mówi m.in., że brak opisanej strategii modernizacji to świadome działanie, bo wówczas można by z niej rozliczyć rządzących.

Wie pani, jeszcze rok temu gen. Gocuł był szefem Sztabu Generalnego, zatem w jego ustach to brzmi jak hipokryzja.

Gdy byłem jeszcze wiceministrem, przypominałem generałowi, że warto by to zrobić. Gdy on teraz mówi, że nie ma doktryny obronnej, to dla mnie to nie jest wiarygodne.

Mówi też, że jesteśmy nie tylko na marginesie UE, ale i NATO.

To, że nasza pozycja w NATO słabnie, widać gołym okiem i jest efektem działania polityków, a nie wojskowych. Wie pani, naszych sojuszników musi niezmiernie bawić, mówiąc delikatnie, fakt, że Polska chce modernizować czołgi T-72. Na początku traktowali to jako żart. Gdy okazało się, że to polityczna decyzja i fakt, to pojawiło się przerażenie i pytanie, kto mógł wpaść na taki pomysł. To jest morderstwo i zbrodnia na polskich żołnierzach.

Gdyby wysłać ten czołg przeciwko rosyjskim czołgom, to w pierwszym pojedynku ogniowym z naszych czołgów nic by nie zostało. Taka decyzja polityczna to bandytyzm. Jestem czołgistą, więc mam prawo tak mówić, dla mnie ważne jest życie żołnierza, a ono znaczy bardzo wiele. Czołg T-72 jest co najmniej o 30 lat za stary. Za takie działania ktoś powinien stanąć przed sądem.

To pokazuje, że rządzący w ogóle nie wiedzą, co robią, a ci, którzy doradzają, aby te stare czołgi modernizować, powinni stanąć przed sądem i to natychmiast. Dziwię się politykom w rządzie, że nie reagują i trzymają takich doradców.

Nowy minister MON czyści ministerstwo z ludzi Macierewicza, więc może będzie lepiej?

Kiedy ministrem został Macierewicz, muszę przyznać, że wiele sobie obiecywałem. Mówiono o nim, że jest zdecydowany i decyzyjny, że jest człowiekiem czynu, a nie gadania. Okazało się inaczej. Teraz wszyscy czekamy, jak sprawny w tym, co mówi, będzie minister Błaszczak.

Pan także musiał odejść za ministra Macierewicza.

Co zrobić, żołnierz zna swoje miejsce w szyku i wie, kiedy powinien odejść i kiedy kończy się jego czas. Mój czas nadszedł właśnie wtedy, chociaż ja czuję się żołnierzem i będę nim do końca życia.

Waldemar Mystkowski pisze o Morawiekcim.

Premier nie potrafi rozwiązywać żadnych politycznych problemów, tylko snuć grubo ciosane wizje z PowerPointa.

W jakiej rzeczywistości żyje Mateusz Morawiecki? Wiele wskazuje, że jest nie z naszego świata, z jakiejś alternatywy, fałszu, konfabulacji. Czy ta cecha jest dobra dla premiera rządu? A może właściwa dla bankiera, którym Morawiecki powinien pozostać?

Podczas dyskusji w Europarlamencie nad przyszłością Unii Europejskiej hiszpańska europosłanka Tania González Penas recenzowała wystąpienie Morawieckiego: – „Panie Morawiecki, pana wystąpienie wskazuje, że żyje Pan w pewnej rzeczywistości, a pana kraj żyje w zupełnie innej”. Czyli zauważyła, że Morawiecki żyje w alternatywie, a ta w naszej kulturze popularnej zyskała wykładnię w „Alternatywy 4” Stanisława Barei.

Z tego samego wystąpienia Morawieckiego w PE dziennikarz Piotr Kraśko wyłuskał inne nadużycie premiera, który się bronił, iż „„Jesteśmy dumnym państwem, proszę nas nie pouczać”. Kraśko zwrócił uwagę na brak podstawowej wiedzy logicznej u Morawieckiego: – „Panie premierze, pan nie jest państwem, pan nie jest Polską! Polski tam nikt nie pouczał. To pan odpowiada za rząd i te wszystkie uwagi były do Pana, nie do Polski”.

No, właśnie! Co szwankuje u Morawieckiego? Zwracają się do niego ad personam, a on zasłania się państwem. Tym samym sprowadza nas do swojego poziomu zakłamania, intelektualnej małości. Możliwe, że Morawiecki nie potrafi rozwiązywać żadnych politycznych problemów, tylko snuć grubo ciosane wizje z PowerPointa.

Nieumiejętność, lewizna polityczna wyszła z Morawieckiego podczas obchodów rocznicy rzezi wołyńskiej, na których potępił nacjonalizm, ale pod warunkiem, że to nacjonalizm ukraiński. Polski nacjonalizm jest przez niego hołubiony, a wręcz adorowany, bo tak należy traktować złożenie kwiatów na pomniku Brygady Świętokrzyskiej, notabene kolaborującej z III Rzeszą. Rzeź wołyńska 1943 roku dzisiaj wymaga od polityków ogromnej subtelności, a nie takiej tromtadracji, jaką zaprezentował Morawiecki. Literatura faktu i piękna o Wołyniu jest ogromna, sięgnąć do niej, a nie do swoich fatalnych emocji i braku wiedzy.

Morawiecki intelektualnie nie wygląda na takiego, który potrafiłby rozwiązać trudniejsze polskie problemy, jest źle psychicznie i mentalnie spozycjonowany. Nie tylko żyje w rzeczywistości alternatywnej, ale twarde dane ulegają w jego głowie konfabulacji.

W wywiadzie dla „Sieci” był łaskaw pochwalić się, że w 2017 roku „2/ 3 miejsc pracy, które powstały w europejskim przemyśle w 2017, powstały w Polsce”. Żadne statystyki tego nie potwierdzają, ani polskie, ani europejskie, które są dostępne. Portal oko.press zwrócił się o pomoc do Eurostatu, bo może istnieją gdzieś tajemne dane, które dostępne są tylko Morawieckiemu.

Wszak dwie trzecie europejskiego wzrostu zatrudnienia z grobu podniosłoby jakiegoś lokalnego Łazarza, który z miejsca wziąłby się do lepienia garnców na wino mszalne. Portalowi dostarczono dane, które nie potwierdzają chciejstwa Morawieckiego.

W Polsce wzrost miejsc pracy w przemyśle wytwórczym wyniósł 3,3 proc, co na tle innych krajów UE pozycjonowało nas na 9. miejscu. W liczbach bezwzględnych wynosi to 111 tys. miejsc pracy na europejski wzrost zatrudnienia – 591 tys. Jakby to nie dzielił i liczył, nie jest to 2/3.

Może takie rachunki są dobre w bankach. Acz gdyby Morawiecki zastosował podobne przeliczenia w instytucjach finansowych, to szybko by upadły, jako piramida finansowa, jak to miało miejsce z Amber Gold czy też GetBack.

Morawiecki zapowiada więc taki sukces swojej piramidalnej polityki, w wyniku której Polskę puści z torbami. Rodzi się tylko pytanie: kiedy to będzie?

PiS rozbraja Polskę. Patryk Jaki obsługuje szambo

„Stwierdzono, że nie było podstaw, by uznać, że poseł był w jakikolwiek sposób uwikłany w proceder. Wykluczono też, by miał świadomość tego, co działo się w mieszkaniu” – powiedział „GW” rzecznik krakowskiej Prokuratury Regionalnej Włodzimierz Krzywicki. Umorzono więc śledztwo w sprawie rzekomego czerpania korzyści z prostytucji w mieszkaniu wynajmowanym przez posła PO Roberta Kropiwnickiego.

Takie zarzuty podczas debaty sejmowej postawił posłowi PO wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki. – „Sytuacja jest trudna, bo poseł Kropiwnicki wychodzi na mównicę i mówi wielokrotnie o standardach. Problem polega na tym, że mieszkańcy okręgu pana posła Kropiwnickiego skarżą się, że pan poseł Kropiwnicki w swoim mieszkaniu prowadzi agencję towarzyską” – stwierdził Jaki. Kropiwnicki wypowiedział umowę, a Jakiemu wytoczył proces za pomówienie (Jaki jednak odpowie przed sądem za zniesławienie posła PO)”.

Sprawą zajęła się też Prokuratura Regionalna w Krakowie. Kobieta, która wynajmowała mieszkanie przyznała, że świadczyła w nim „usługi „towarzyskie”. Stwierdziła jednak, że nikt poza nią nie czerpał z tego korzyści. Postanowienie prokuratury o umorzeniu jest prawomocne.

Niewiarygodny komunikat MON, w którego wynika, że cieszą się, że rozwalił się tylko jeden MiG-29.

To jest szczęście.

>>>

Po katastrofie MIG-a 29, który rozbił się w piątek pod Pasłękiem wróciły pytania o stan techniczny uzbrojenia polskich sił zbrojnych. Niestety odpowiedzi niepokoją. Bo od przejęcia władzy przez PiS modernizacja utknęła w martwym punkcie. Sprawdziliśmy co się stało z najważniejszymi przetargami. Wnioski są niepokojące.

ŚMIGŁOWCE

Tak miało być:

(decyzją rządu PO mieliśmy ich kupić 50) politycy PiS – głownie Antoni Macierewicz, ale także Mateusz Morawiecki zapowiadali, że wkrótce Polska stanie się lotniczą potęgą. Śmigłowce mieliśmy wedle tych zapowiedzi zbudować sami. W kooperacji z Ukrainą. W międzyczasie była też nowa o zakupie kilku maszyn poszukiwawczo-ratowniczych oraz zwalczania okrętów podwodnych dla Marynarki Wojennej i kilku dla sił specjalnych.

Jest:

Teraz i te skromne plany są ograniczone. W ocenie wiceministra obrony Skurkiewicza, najważniejsze są dziś śmigłowce bazujące na dwóch starych poamerykańskich fregatach – mniejsze i bez podwójnego zastosowania.

Tyle, że o zmianie planów resortu do dziś formalnie nie poinformowano producentów śmigłowców. A przy zmianie założeń ich realizacja do końca kadencji nie jest realna. Z helikopterów dla wojsk specjalnych zapowiadanych przez Macierewicza też zrezygnowano.

Ostateczny Pogrzeb polskich ambicji śmigłowcowych nastąpił 10 maja. Wtedy, podczas posiedzenia Sejmu wiceszef resortu obrony Wojciech Skurkiewicz poinformował, że do 2022 r. Polska kupi zaledwie cztery nowe śmigłowce, choć kilka lat temu mówiono o kilkudziesięciu. Że będzie się wydłużać czas użytkowania najstarszych maszyn, by mogły latać kolejną dekadę. Zamiast kupować nowe, Polska będzie więc remontować przestarzałe śmigłowce – między innymi stare Mi-14 oraz Mi-24, które służyły jeszcze w XX w. w Afganistanie.

W zamian:

Zamiast tego, 4 mld złotych z obronnego budżetu poszło na zakup pięciu samolotów dla VIP. Trzy są już w kraju..

PROGRAM OBRONY PRZECIWRAKIETOWEJ WISŁA

Tak miało być:

– deklarowali Antoni Macierewicz i jego zastępca Bartosz Kownacki. Tyle, że decyzje o zakupie podjęte jeszcze przez Bronislawa Komorowskiego i Tomasza Siemoniaka (szefa MON w rządzie PO) przeciągali bardzo długo. W efekcie cena za baterie rakiet znacznie wzrosła.

Tak jest:

W ramach programu obrony powietrznej średniego zasięgu Wisła pod koniec marca podpisano umowę na pierwszą fazę projektu, w której Polska ma otrzymać 16 wyrzutni Patriot i ponad 200 pocisków. Zestawy mają być zintegrowane z nowym systemem zarządzania polem walki IBCS, testowanym obecnie w USA (podpisanie umowy w II fazie programu ma nastąpić w przyszłym roku).

Wartość kontraktu w pierwszej fazie wynosi 4, 75 mld dolarów (ok. 20 mld zł), z czego 700 mln zł ma trafić do polskich zakładów w ramach offsetu. W drugiej fazie rząd zamierza kupić kolejne baterie z tańszymi pociskami i nowym, dookólnym, a nie sektorowym radarem, który jest używany obecnie.

Jak podaje tygodnik „Polityka” z niejasnych przyczyn MON chce sfinansować ten zakup całkowicie do 2022 r. Oznacza to, że po doliczeniu podatku VAT, Wisła pochłonie niemal połowę, a później jedną trzecią budżetu modernizacyjnego. Oznacza to odwleczenie w czasie niemal wszystkich innych projektow modernizacyjnych.

W zamian:

Liczymy na amerykańskie gwarancje i obecność sił zbrojnych USA w Polsce. Nawet za cenę wybudowania bazy za miliardy dolarów.

OKRĘTY

Tak miało być:

Gdyby wierzyć szumnym zapowiedziom Antoniego Macierewicza, budowa w polskich stoczniach okrętów podwodnych przenoszących pociski samosterujące czy dostarczenie przez Polską Grupę Zbrojeniową miała ruszyć lada chwila. Potem zaczęto rozważać kooperację ze Szwedami. Ostatni raz Macierewicz zapowiadał zakup okrętów na dwa tygodnie przed swoją dymisją. Dostawca miał być wskazany do końca roku, potem w styczniu.

Tak jest:

W maju tego roku minister Wojciech Skurkiewicz odłożył „Orkę” (czyli program budowy okrętów podwodnych) na półkę. W odpowiedzi na poselską interpelację zakomunikował, że okręty podwodne mają być zakupione po 2022 r. a nie jak do tej pory planowano – w trybie natychmiastowym.

W zamian:

Marynarka Wojenna RP okrętów podwodnych ma w służbie są tylko trzy. Dwa 50-letnie okręty klasy Kobben będą ze starości wycofane za dwa lata. Z kolei trzeci – ORP „Orzeł” jest uszkodzony i nie wiadomo kiedy wróci do służby.

CZOŁGI

Tak miało być

Polska miała dokupić kolejne czołgi typu Leopard 2 lub budować własne Andersy

Tak jest:

Kilkadziesiąt starych czołgów T-72 pamiętających jeszcze czasu Układu Warszawskiego, które miała kupić Jordania, zostanie w kraju. Do służby wrócą tuż po modernizacji. – To jest skazywanie żołnierzy na pewną śmierć. Takie maszyny nie mają szansy na nowoczesnym polu walki. W Iraku załogi T-72 pierzchały z czołgów na wyścigi, żeby przeżyć. Ludzie, którzy nigdy nie powinni znaleźć się w MON, marnują pieniądze bez żadnej konsekwencji.

W zamian

Decyzją Antoniego Macierewicza z 2017 r. 11 lubuska dywizja kawalerii pancernej, najsilniejsza polska formacja wojskowa jako jedyna w całości wyposażona w czołgi Leopard została rozbrojona. Część nowoczesnych czołgów została przekazana do jednostki w Wesołej. W zamian połowa dywizji została wyposażona w poradzieckie T-72.

ARTYLERIA RAKIETOWA

Tak miało być:

Program Homar, czyli kontrakt na system wyrzutni rakietowych ziemia-ziemia o zasięgu 300 km był zapowiadany przez Macierewicza jako prawie dopięty. Do Polski miał trafić sprzęt z USA

Tak jest:

Pod koniec roku, goszcząca w Warszawie, gotowa do podpisania umowy delegacja amerykańskiego dostawcy została odprawiona z kwitkiem przez MON i PGZ – głównego zleceniobiorcę i przyszłego wykonawcę systemu Homar.Przetarg cofnął się do etapu ponownego zapytania dostawców o oferty. W dodatku po odejściu Macierewicza z resortu na stanowisku dyrektora Biura Artylerii Lufowej i Rakietowej jest wakat. I nikt nie wie, jak długo potrwa stan zawieszenia, bo MON przestało komunikować się z rynkiem.

Polskie siły lądowe nie mają takiej możliwości. Ostatnie poradzieckie rakiety dalekiego zasięgu wycofano ze służby ponad dekadę temu.

Poważny dylemat działaczy PiS. Prezes Kaczyński zapowiedział, że na listach wyborczych zabraknie miejsc dla tych, którzy „funkcjonują w spółkach” Skarbu Państwa. A są radni, którzy zarabiają tam setki tysięcy złotych.

Deklaracja Jarosława Kaczyńskiego, złożona w miniony piątek, dotyczy wyborów samorządowych, które odbędą się jesienią.

– Zapadła decyzja, zgodnie z naszymi deklaracjami, które składaliśmy już niejednokrotnie i które ja składałem. Do polityki nie idzie się dla pieniędzy, ci którzy funkcjonują w spółkach, są przez nas szanowani, jeżeli dobrze wykonują swoje obowiązki, ale nie będziemy łączyć tych dwóch funkcji. To znaczy, że te osoby nie będą kandydowały na żadnym szczeblu samorządu – mówił prezes PiS.

Jak szybko wyliczyła posłanka PO Agnieszka Pomaska, „tylko w Gdańsku zakaz dotyczyć miałby 12 z 14 radnych” Prawa i Sprawiedliwości. Wśród nich jest m.in. Piotr Walentynowicz, wnuk legendarnej Anny Walentynowicz.

Macierewicz z Rydzykiem mogą zbudować nową partię. LPR bis

Wojciech Maziarski pisze o podejściu PiS do klubów futbolowych.

– „Polska wstaje z kolan, wszyscy dokładamy starań, żeby to uświadomić naszym obywatelom, a kolega – co?” – Mateusz Morawiecki popatrzył na Jacka Kurskiego z wyrzutem. Zapytany pobladł i zapadł się w sobie.

Morawiecki przejął wychowawstwo w zastępstwie chwilowo nieobecnego pana Prezesa. Demonstrował to, stając – tak jak mu doradził konsultant od wizerunku – blisko okadzonej i umajonej drabinki, czasem nawet opierając dłoń na jej najwyższym szczeblu. Czynił to oczywiście z umiarem, taktem i należnym szacunkiem, skutecznie przy tym blokując innym dostęp do tego świętego miejsca.

Niektórzy byli wyraźnie niezadowoleni, zwłaszcza Zbigniew Ziobro, który zawsze starał się stanąć w pobliżu, wypatrując okazji, by wcisnąć się między premiera a drabinkę. Nic z tego! Morawiecki z reguły był szybszy. W nienagannie skrojonym garniturze, pewnym krokiem światowca, z wielką swobodą i nonszalancją, promieniując aurą sukcesu zmierzał wprost od drzwi i zajmował miejsce przy stopniach. Zbigniew Ziobro mógł tylko z oddali demonstrować wierność naukom pana Prezesa, czerpiąc garściami płatki róż z koszyka trzymanego przez Barbarę Bubulę i sypiąc je nad głową premiera na szczebelki.

– „Co mi pan tu sypie?!” – złościł się wtedy Morawiecki, strzepując z włosów i ramion płatki przypominające duży, pachnący łupież.

Teraz jednak w sali panowała atmosfera nerwowego napięcia i nawet Ziobro stał pobladły i nieruchomy. Widząc objawy paniki w oczach Jacka Kurskiego, głos zabrał szef Rady Mediów Narodowych Krzysztof Czabański:

– „Kolega Kurski chyba nie do końca rozumie, jak wielką odpowiedzialność Partia złożyła w jego ręce”.

– „Ale… ale… ale właściwie, co ja takiego zrobiłem?” – wydukał szef TVP.

Morawiecki przez chwilę wyglądał tak, jakby zamierzał wybuchnąć i walnąć pięścią w najwyższy szczebel drabinki. Jednak ten gest miał jeszcze nieprzećwiczony, więc tylko powiedział lodowatym tonem:

 „Wczoraj zadzwonił do mnie pan Prezes, mówiąc, że oglądał w programie pańskiej stacji mecz naszej reprezentacji. Czy może pan wytłumaczyć, dlaczego Senegal wygrał?”

– „Bo… bo taki był wynik. Nie mieliśmy na to wpływu”.

– „Taaak?” – w oczach premiera zamigotały groźne błyski. – „To bardzo ciekawe tłumaczenie! TVP profesjonalnie zrelacjonowała marsze KOD-u i rozgrywkę z wrogim Trybunałem Konstytucyjnym, a nie była w stanie przygotować się do Mundialu? Jestem tym naprawdę zdziwiony”.

 „Właśnie!” – niemal wykrzyknął Krzysztof Czabański, który zawsze bardzo się cieszył, gdy Kurskiemu coś nie wychodziło. Nachylał się wtedy do pana Prezesa i triumfalnie szeptał mu do ucha: „A nie mówiłem, że on się nie nadaje?!”. Teraz jednak pana Prezesa tu nie było, więc okrzyk Czabańskiego się zmarnował.

– „Rzeczywiście, trochę nie dopilnowaliśmy sprawy” – przyznał Jacek Kurski i spuścił głowę ze skruchą. – „Obiecuję, że w następnych meczach już się poprawimy i pokażemy zwycięstwo biało-czerwonych. Z Kolumbią 7:0, a z Japonią 5:0. Może być?”

Premier Morawiecki skinął głową. – „Swoją drogą zastanawiam się, czyja to sprawka, że Polska przegrała” – powiedział. – „Ktoś ma jakiś pomysł?” – rozejrzał się po twarzach zebranych.

Odpowiedziało mu kilkadziesiąt bystrych spojrzeń, w których kryła się głęboka wiedza i błyskotliwa inteligencja. Te atuty były największym skarbem i politycznym kapitałem, dzięki któremu Partia pod kierownictwem pana Prezesa potrafiła bezbłędnie odnaleźć właściwą ścieżkę w labiryncie współczesności. By odpowiednio chronić nietuzinkowe umysły Krystyny Pawłowicz, Dominika Tarczyńskiego, Anny Sobeckiej, Marka Suskiego i wielu innych, komisja ustawodawcza przygotowała nawet projekt specustawy o Narodowych Zasobach Intelektualnych, zakazujący przeciążania i dekoncentrowania szczególnie cennych mózgów.

 „No więc?” – Premier był zniecierpliwiony przeciągającym się milczeniem.

– „Proszę zwrócić uwagę, w jakich drużynach grają na co dzień członkowie naszej kadry narodowej” – powiedział wreszcie Arkadiusz Mularczyk. – „To nie jest normalne, że 80 proc. z nich jest w rękach obcego kapitału. We Francji czy Niemczech nikt by się na coś takiego nie zgodził. To jest możliwe tylko w Polsce, którą rządy PO przekształciły w kolonię Berlina. Ta odwieczna germańska strategia przechodzi z pokolenia na pokolenie: dziadek w Wehrmachcie, a wnuk w Bayernie. Dlatego przyjmiemy ustawę o repolonizacji polskiego futbolu”.

– „Ale Niemcy mogą się nie zgodzić” – sceptycznie powiedział Jarosław Gowin. Zawsze dzielił włos na czworo i zgłaszał mnóstwo inteligenckich wątpliwości. – „W ramach opłat transferowych zapłacili wielkie sumy za tych zawodników i nie będą chcieli ich oddać”.

– „To nie były opłaty transferowe, lecz reparacje wojenne” – odparł Mularczyk.

Wojciech Maziarski

Ćwiczenia

1. Scharakteryzuj poniższe antypolskie formacje niemieckie:

a. Wehrmacht
b. Luftwaffe
c. Borussia Dortmund
d. Bayern Monachium
e. Hakata
f. VfB Stuttgart

2. Pan Prezes był oburzony transmisją meczu Polska-Senegal, bo:

a. Wynik był niewłaściwy.
b. Widzów nie poinformowano, że Senegalczycy to uchodźcy.
c. Komentator nie wytłumaczył, co to jest spalony.

>>>

Jest rok 2028. Polska, Czechy, Dania i Szwecja to ostatnie wysepki monetarnej niezależności w Europie. Z dawnego unijnego budżetu zostały skrawki funduszy, które wspomagają tworzenie tanich montowni i rynków zbytu dla silnego eurolandu. To na razie political fiction, ale jeśli

Taką decyzję podjął główny tandem napędzający strefę euro, czyli Niemcy i Francja. Kanclerz Angela Merkel zgodziła się na propozycję forsowaną przez prezydenta Emmanuela Macrona.

Czy to oznacza koniec obecnego unijnego budżetu? Na razie nikt tego głośno nie mówi. Nowy eurobudżet ma być tworem niezależnym od budżetu całej Unii. Ma być zasilany z podatków i ma likwidować różnice rozwojowe między krajami eurolandu. Konkretów na razie brak, ale mówi się, że eurobudżet sięgałby ok. 1 proc. PKB uczestniczących krajów. Podobny odsetek stanowi obecny budżet UE.

Europrymusi, euromaruderzy

, ale to może się wkrótce zmienić. Bułgaria jest zdeterminowana, by do końca czerwca złożyć wniosek o wejście do „poczekalni” eurolandu, czyli mechanizmu walutowego ERM-2 (przez dwa lata jej waluta musi poruszać się w określonych widełkach kursowych do euro, by udowodnić swoją stabilność). I choć w swoich raportach Komisja Europejska i Europejski Bank Centralny widzą u Bułgarii pewne braki formalne, to bałkański kraj dostał już mocne polityczne wsparcie od kanclerz Merkel i prezydenta Macrona.

A na tym nie koniec poszerzania eurolandu: wniosek o wejście do ERM-2 do 2020 r. chce złożyć Chorwacja, a partia rządząca w Rumunii przyjęła niedawno uchwałę, by do strefy euro wejść do 2024 r. Widząc ten pęd do euro także premier Węgier Victor Orban może w końcu odgrzać pomysł sprzed kilku lat, kiedy to planował wejście do eurolandu już w 2020 r.

Wszystko to przy niezwykle korzystnych dla euro sondażach: w niedawnym Eurobarometrze euro chwali sobie ponad 60 proc. badanych; źle myśli o wspólnej walucie nieco ponad 10 proc. Tak dobrej opinii euro nie miało jeszcze w swojej niespełna 20-letniej historii.

W tej sytuacji za 5-6 lat poza eurolandem może się znaleźć garstka krajów:

* Dania wynegocjowała sobie traktatowe zwolnienie od euro;

* Szwecja niby powinna euro przyjąć, ale po referendum w 2003 r. odłożyła to na później;

* Czechy jeszcze rok temu przebąkiwały o przyjęciu euro, ale nowy rząd Andreja Babiša już się do tego nie pali;

* No i Polska, gdzie dla władzy rezygnacja ze złotego oznaczałaby wyrzeczenie się narodowych wartości. Członek Rady Polityki Pieniężnej Eryk Łon stwierdził w czwartek, że „jesteśmy winni naszym przodkom”, by utrzymać złotego.

Po co nam dwa budżety?

„Prognozowanie jest trudne, zwłaszcza wtedy gdy dotyczy przyszłości” – stwierdził kiedyś fizyk Niels Bohr. Ale spróbujmy się zabawić we wróżkę, która ma przewidzieć przyszłość Unii po wprowadzeniu eurobudżetu.

, już wie, że unia walutowa bez stopniowego wyrównywania poziomów między krajami członkowskimi będzie tworem niestabilnym. Stąd pomysł wspólnego eurobudżetu oraz większego wsparcia dla krajów południa w nowym ogólnym budżecie Unii. Nawet Włochy, gdzie władzę przejęli populiści z Ruchu Pięciu Gwiazd i Ligi, po kilku dramatycznych jak zwykle szczytach UE, dało się udobruchać większym wsparciem i zachęcić do stopniowych reform.

I tak dotarliśmy do roku 2028. Strefa euro składa się już z 23 krajów i stabilnie się rozwija. Po burzliwych negocjacjach Unia Europejska drastycznie zmieniła swój mechanizm finansowy. Budżet euro sprawdził się tak dobrze, że stał się głównym źródłem wsparcia dla krajów Unii. To znaczy tych zrzeszonych w unii walutowej. Co z pozostałymi? Owszem, tu też istnieje wspólny budżet, ale dużo bardziej okrojony niż to, co istniało do tej pory. To już nie ponad bilion euro do podziału na siedem lat, a raptem 100 mld. Kraje eurolandu wyszły z założenia: po co brać sobie na głowę ewentualne protesty i fochy krajów z „tego drugiego klubu”, skoro w swoim gronie świetnie się dogadujemy? W rozmowach w Brukseli „budżet” już od dawna oznacza budżet strefy euro, a ogólnounijny „ogryzek” nazywany jest „funduszem sąsiedzkim”. 23 kraje eurolandu zgodziły się bowiem, by dostępny był tylko dla czwórki spoza unii walutowej. Dania i Szwecja to w końcu wciąż dobrzy i przewidywalni sąsiedzi. A Czechy i Polska to strefa tańszej siły roboczej oraz montowni. No i rynek zbytu.

Dzieci i kraje spoza euro głosu nie mają

Na pozór nie zmieniło się wiele: wciąż obowiązuje strefa Schengen i bez paszportu z Czech i Polski da się pojechać do Portugalii, Francji czy nad Adriatyk. Ale od kilku lat goście spoza euro czują się tam coraz bardziej ubogimi krewnymi. Bo euro stale się wzmacnia wobec ich walut i każde wakacje są coraz droższe.

Wciąż z Brukseli będą też płynąć fundusze pomocowe, ale strużka robi się coraz cieńsza. Na dodatek to fundatorzy z euroland decydują jak owe pieniądze mają być wydawane. Bo część pieniędzy np. obowiązkowo ma trafić na pomoc uchodźcom. Nie chcecie? Nie dostaniecie. Można też dostać fundusze na przygotowanie się do wejścia do euro. Ale trzeba tego chcieć. Są i pieniądze na projekty innowacyjne, ale wymagają koordynacji w ramach projektów ogólnoeuropejskich; nie można ich przepuścić na mrzonki o narodowych autach elektrycznych, bo plany rozwoju e-motoryzacji są już dawno przygotowane i rozdzielone między poszczególne kraje eurolandu: Niemcy i Francuzi pracują nad autami, Hiszpanie nad asfaltem z wtopionymi fotoogniwami, a Estończycy nad bezpieczeństwem infrastruktury informatycznej dla sieci europejskich autostrad. Na dodatek Bruksela pilnie patrzy na kwestie praworządności. Wystarczy jakikolwiek podejrzany ruch rządu i część kasy przepada.

Sprzeciw nie na wiele się zda: Duńczycy i Szwedzi ze względu na wspólne interesy zawsze głosują razem z eurolandem, w efekcie Polska i Czechy nie mają nic do powiedzenia. Tym bardziej nie mają wpływu na podział ponad bilionowego budżetu strefy euro.

Pewnie dlatego pragmatyczni Czesi od pewnego czasu na poważnie rozważają przyjęcie euro. Polskie władze natomiast są zbyt zajęte, by się tym przejmować. W końcu trwają przygotowania do 110. rocznicy odzyskania niepodległości.

>>>

Nie ma się co oburzać. Tu raczej wypada ludziom współczuć. Owszem, partia aktualnie rządząca znowu majstruje przy prawie wyborczym, ale tym razem ze względu na politykę kadrową we własnym obozie. Bo o co chodzi w zapowiadanej nowelizacji? O banicję. Inaczej – zesłanie. A dla kogo? Dla swoich, tyle tylko, że zamiast jak za caratu – w kibitkach na Sybir, mają zostać wygnani charterami do Brukseli. I to wszyscy prawie. Cały poprzedni gabinet z przyległościami.

Jeśli sprawdzą się pogłoski na temat dalszych losów byłych ministrów i otoczenia politycznego Beaty Szydło, to wszyscy nasi najlepsi fachowcy od „dobrej zmiany”, włącznie z nią samą, po wyborach zostaną wypędzeni z kraju i zmuszeni do życia na – o zgrozo – Zachodzie. No dramat, po prostu. Tego się zwyczajnie nie robi politykom znanym z głębokiej awersji do Unii Europejskiej. Przecież przez ponad dwa lata jak potrafili, tak umacniali „dobrą zmianę” i nawet dostawali za to sowite nagrody. Podobno „się należały”, więc teraz co? Awans przez zesłanie? Tak właśnie Polska traci najlepszych fachowców.

I to gdzie ich wysyła pan prezes? Do świata – jak to ostatnio ujął w Telewizji Trwam Antoni Macierewicz – „zachodnich antywartości”? A już wygnanie Beaty Szydło tam, gdzie poniosła spektakularne zwycięstwo jest – zwyczajnie – niehumanitarne. Tym bardziej, że jej żakiety kiepsko wypadają na tle flagi europejskiej.

Za co – pytam – własna partia chce teraz spławić Beatę Dunajcem, znaczy – Dunajem? Co zresztą na jedno wychodzi jak dowiódł Patryk Jaki, a poza tym, gdzie by nie leżała ta cała Bruksela, to w przeciwieństwie do Budapesztu, na pewno nie ma jej i jeszcze długo nie będzie w Warszawie?

To sadyzm polityczny jest i okrucieństwo nieludzkie skazywać najlepszych polityków PiS na życie wśród hord islamistów, gdzie ulice śmierdzą kebabem, ludzie jeżdżą rowerami, palą trawę i broszek w ogóle nie noszą. A ponadto nie szanuje się rodziny, wiary, tradycji i obyczaju, tylko morduje się masowo dzieci poczęte, maluje krzyże na tęczowo i uprawia gender po kątach. Co w konsekwencji – by znów zacytować ministra Macierewicza – „godzi w demografię”. A to się nie godzi!

W tym strasznym miejscu trzeba też płacić w euro, a do tego nikt nie zna polskiego i trzeba pracować w Tusk Tower, co dla prawdziwego patrioty jest jak policzek lub splunięcie w twarz. Czyli, że nieszczęśni „pisowscy” banici przez całą brukselską kadencję będą chodzili opuchnięci i zapluci.

Ale pewnie nie wiemy wszystkiego. Bo może ta inwazja polityków PiS na Brukselę to w ramach zapowiadanej przez premiera Morawieckiego rechrystianizacji Europy i nasi posłowie, jak onegdaj święty Wojciech, co Prusów nawracał, też będą nieść po Europie Dobrą Nowinę, głosząc tam ewangelię według Ojca Rydzyka?

Albo – jak niegdyś załoga Konia Trojańskiego – rzucą się z pazurkami na fundamenty brukselskiego Nowego Babilonu. I wtedy te – jak Mury Jerycha – rozpadną się po kolejnym, stanowczym wystąpieniu naszej pani premier? Może mają za zadanie odkryć, tym razem dla Europy, jakiś kolejny San Escobar, zasypać Kanał La Manche, wydać budżet obronny na muzeum Wojny Stuletniej i wybudować mur na granicach Unii, taki sam, jak ten obiecany przez prezydent Trumpa nad Rio Grande?

Bo przecież nie można podejrzewać, że politycy PiS chcą do Brukseli dla kasy. Przecież akurat oni nie poszli do polityki dla pieniędzy. Sam pan prezes dał na to publicznie swoje słowo, więc chyba wypada mu wierzyć.

Więc teraz to już tylko od wyborców zależy los „naszej Beatki” i wielu innych polityków „dobrej zmiany”. Jedynie oni mogą odwrócić ich smutny los, chroniąc – przez odmowę oddania im swojego głosu – od brukselskiego wygnania. Żeby zamiast pracować za brukselskie srebrniki na pomyślność Zachodu, zostali z nami i dalej umacniali „dobrą zmianę”.

Waldemar Mystkowski pisze o Macierewiczu.

Zanadto Antoniemu Macierewiczowi się nie dziwię. 8 lat tyrania, urabiania członków swoich zespołów, podkomisji smoleńskich, elektoratu, robienie z siebie wała, nurzania się w szambie, a tu prokuratura chce, aby dostarczył dowody na wybuchy w Smoleńsku w prezydenckim Tupolewie 10 kwietnia 2010 roku.

Czy prokuratorzy powariowali, czy zwariował prowadzący śledztwo w Zespole Śledczym nr 1 Marek Pasionek? Naprawdę sądzi, że były minister obrony narodowej odpali limuzynę i w kartonach dostarczy wyniki badań i ekspertyz, na podstawie których napisano raport techniczny, że to wybuchy zniszczyły samolot, a Lech Kaczyński w oczywisty sposób poległ bohatersko?

Ludziska! Trzymajcie z dala Pasionka od Macierewicza. Gołym okiem było widać, że Tupolew został rozerwany na strzępy i wykopyrtnął w nienawistną „ruską” glebę. Czyż dowodem nie są rozliczne pomniki smoleńskie, pomniki brata samego prezesa PiS, a ten ostatni, ileż zdarł obuwia w łażeniu za prawdą po Krakowskim Przedmieściu?

To są dowody chwały, dowody emocji patriotycznych. Macierewicz urobił się przez 8 lat, a prokurator chciałby przywłaszczyć jego robotę i bez trudu przepisać dowody na dojście do prawdy i swoją chwałę.

Co z tego, że podkomisja smoleńska nie była na miejscu katastrofy? Przecież mogła narazić swoje życie i pchnąć Władimira Putina do drugiego zamachu. Polski nie stać na drugą katastrofę smoleńską, a Macierewicza na utratę życia.

Macierewicz więc nie dostarczy wyników badań i ekspertyz, które odbiegają nie tylko od badań i ekspertyz fachowców polskich i rosyjskich, ale też odbiegają od rozumu. Nie może być tak, że przez 8 lat Macierewicz robił z siebie idiotę, stawał w tym czasie przed kamerami i zarzekał się, że wybuchy i zamach były – i basta.

Macierewicz zasługuje nie tyle na Nobla, co na Oskara amerykańskiej Akademii Filmowej. Niech Pasionek spróbuje tej roli, niech się wcieli w Roberta De Niro, Toma Hanksa, Leonardo di Caprio – wówczas poczuje, jak się napracował nad rolą, jakiej zaznał żenady.

I najważniejsze: Macierewicz robił to dla Lecha Kaczyńskiego, który w innym wypadku – gdyby wybuchów i zamachu nie było – byłby odpowiedzialny za śmierć 95 ludzi, bo to on był dysponentem lotu.

Czy tego chce Pasionek? Czy chce uznać, że brat Jarosława – ciągle aktualnego prezesa PiS – nie był bohaterem? Chce dowodów na małostkowość? O! Nie – Macierewicz nie ujawni takich dowodów, które są wbrew interesom PiS.

>>>

Tamara Olszewska na koduj24.pl pisze o niszczeniu polskiej szkoły.

Trzeba zakładać prywatne szkoły świeckie.

Jest sobie na Podkarpaciu taka gmina, gdzie panuje wszechwładnie wójt Andrzej Głaz, oczywiście z PiS-u. To Tuszów Narodowy. I tenże wójt stał się sławny w całej Polsce, kiedy to w ramach obrony katolicyzmu przed zgniłym Zachodem, nakazał wmontować na budynkach szkół, przy samym wejściu, marmurowe tablice z Dekalogiem.

Panu wójtowi jakoś nie wpadło do głowy, że wciąż obowiązuje ustawa o oświacie, w której jest mowa o szkole wolnej od ideologii i światopoglądu. Może się z nią nie zapoznał, bo ostro walcząc „w słusznej sprawie” nie znalazł czasu, a może ma to po prostu w nosie. W końcu to jego partia wygrała wybory i on wie lepiej, co dobre dla jego obywateli. Konstytucja do kosza, jakieś tam ustawy do kosza… teraz czas na rozkwit miłości Polskiej Instytucji Kościelnej z wierną im rządzącą partią. Czas na „pisowską” samowolkę i tyle.

Tak więc marmurowe tablice sobie wiszą, oczywiście poświęcone przez tamtejszego proboszcza. Wójt szczęśliwy i głos katolicki coraz mocniej zakorzenia się w jego szkołach. „Jego”, bo trudno je uznać za państwowe, wolne od wszelkiej indoktrynacji. Pan wójt twierdzi, że dyrektorzy przyjęli jego pomysł z wielką życzliwością i nie widzą w tym nic, co by naruszało świecki charakter szkół. Rzeczywiście?

Pani dyrektor jednej ze szkół z tablicami mówi: – „Naszym celem nie jest ewangelizacja czy chrystianizacja, bo pracujemy w szkole świeckiej. Nikogo nie chcemy zmuszać do takiego czy innego wyznania. Ale uważam, że jeśli człowiek, któremu w głowie kotłuje się mnóstwo myśli, ma problemy i rzuci okiem na Dekalog, to może jakieś światełko zabłyśnie, jak problem rozwiązać? A jeśli ktoś miałby chętkę zrobienia krzywdy może koledze, może z jakimś pomysłem nieszczęśliwym się dzisiaj obudził i rzuci okiem na Dekalog, to a nuż przeczyta piąte bądź lub inne przykazanie?”.

Ciekawe, bo zaraz przypomina mi się pewien eksperyment, który miał sprawdzić, jaki wpływ wywiera religia na postawę altruistyczną dzieci. Okazało się, że te, wychowane w domach ateistycznych i o niskim poziomie religijności są o wiele bardziej hojne od dzieci z rodzin bardzo religijnych. Czy więc naprawdę marmurowe tablice i ciężka praca nad „uduchowieniem w wersji katolickiej” uczniów wystarczy, by narodził nam się pełnowartościowy człowiek z zakodowanym systemem etycznym? Bardzo w to wątpię.

Nie ma co zaklinać rzeczywistości. Szkoła wolna od indoktrynacji przechodzi do lamusa. W każdej sali krzyże, msze i rekolekcje ważniejsze od lekcji. Religia górą nad innymi przedmiotami. Katecheci niebawem będą mogli być wychowawcami klas. Pielgrzymki, inscenizacje z życia Chrystusa, Adam i Ewa w kontrze do teorii ewolucji. Toż to już szkoły wyznaniowe, wbijające dzieciom do głów jedynie słuszną ideologię.

Zastanawia mnie bardzo zmowa milczenia wśród nauczycieli. Artykuł 6 Karty Nauczyciela mówi, że „nauczyciel obowiązany jest […] kształcić i wychowywać młodzież w umiłowaniu Ojczyzny, w poszanowaniu Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, w atmosferze wolności sumienia i szacunku dla każdego człowieka oraz dbać o kształtowanie u uczniów postaw moralnych i obywatelskich zgodnie z ideą demokracji, pokoju i przyjaźni między ludźmi różnych narodów, ras i światopoglądów”. Jak ma się ten zapis do przyzwolenia na panoszenie się katolicyzmu w państwowej szkole? Dlaczego tak łatwo pedagogom przyszło zapomnieć o etyce zawodowej, jej przesłaniu i podstawowych zasadach wychowania? Nie potrafią stanąć w obronie uczniów, którzy nie należą do wielkiej rodziny katolickiej. Nie chcą stanąć w swej pracy edukacyjnej ponad kościół i politykę. Aż tak się trzęsą o swoje godziny i miejsca pracy, że wolą siedzieć cicho? Taka postawa sprzyja wykluczeniom, które są coraz większą naszą bolączką. Wstyd, drodzy nauczyciele. Nie zbudujecie sobie szacunku i autorytetu taką uległością i podporządkowaniem trendom dzisiejszej Polski.

A rodzice? Owszem, wylewają swoje żale na forach społecznościowych, ale są zupełnie osamotnieni w walce o prawo swoich dzieci do apolitycznej i awyznaniowej szkoły. Nie mogą liczyć na wsparcie nauczycieli, dyrektorów z nowego, pisowskiego nadania, kuratorów oświaty z tej samej puli.

Co za szczęście, że sporo jest jeszcze tych dzieci, które miały możliwość edukować się przez jakiś czas w szkołach sprzed PiS-u. Uczniowie z dwóch warszawskich liceów walczyli o usunięcie sprzed ich szkół ciężarówki obklejonej zdjęciami martwych, zakrwawionych płodów. Ręce umyła Straż Miejska i policja, więc młodzież postanowiła sama rozwiązać problem. Antyaborcyjne billboardy zostały przesłonięte folią. Pojawił się też dwumetrowy karton z napisem „szkoła jest apolityczna”, a samorząd uczniowski wydał oświadczenie, w którym pisze: – „Szkoła jest miejscem wolnym od dyskusji politycznych, agitacji i angażowania w debaty na tematy kontrowersyjne dla społeczeństwa. Uczniowie mają prawo do edukacji w miejscu pozbawionym infiltracji ideologicznej, które zapewni im wolność – szczególnie w zakresie ich wierzeń czy przekonań”.

Jak myślicie, czy dzieci wychowywane od najmłodszych lat na marmurowych tablicach i nauce Kościoła, będą chciały przeciwstawić się podobnym akcjom środowisk tak mocno z Kościołem związanych? Nie ma szans..

Trzeba przyznać, że źle się dzieje z polską szkołą i widzę tylko jedno wyjście. Trzeba zakładać prywatne szkoły świeckie. To jedyna szansa, by nasze dzieci nie stały się wydmuszkami, niemyślącymi i całkowicie zamkniętymi w kręgu zabobonów, pseudonauki i wstecznictwa. Co Wy na to?

Post Navigation