Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Zbigniew Hołdys”

Kaczyńskiemu niepotrzebne szpitale. Polak może zdychać

Należy sobie zadać pytanie, czy w budżecie 38-milionowego narodu nakłady na służbę zdrowia powinny wynosić 4,6 czy 4,7 proc. PKB, podczas gdy można przekazać chociażby pieniądze z akcyzy na wyroby tytoniowe, używki i alkohol i dorzucić to do służby zdrowia. Może warto się zastanowić, czy potrzebujemy strzelnicy w każdym powiecie za 2 mld 600 mln zł. Czy potrzebujemy dofinansowywać ponad miliardem zł telewizję tzw. publiczną, skoro zdrowie jest w takim kryzysie i musimy je ratować? – mówi prof. Tomasz Grodzki, kandydat na ministra zdrowia Koalicji Obywatelskiej. Pytamy o program KO na naprawę służby zdrowia, pytamy też, dlaczego 500 Plus nie naprawi sytuacji. – Prywatnie wyleczyć można zęby, żylaki czy grypę, ale ciężkiej resekcji jelita grubego, trzustki, żołądka czy płuc nie da się zrobić – uważa prof. Grodzki

JUSTYNA KOĆ: Jaki jest największy problem służby zdrowia?

TOMASZ GRODZKI: Cała służba zdrowia jest wielkim problemem i jeżeli jak najszybciej nie zwiększymy bazy finansowej, przede wszystkim skierowanej w kierunku onkologii, bo choroby onkologiczne nie czekają, tylko postępują każdego dnia, to sytuacja będzie jeszcze gorsza.

Zatem jak uzdrowić służbę zdrowia? Pojawiają się obawy, że KO chce zwiększyć składki.
Nie zwiększymy składek. Mamy kompleksowy plan podzielony na segmenty, które można zrobić natychmiast, np. ograniczenie biurokracji, i to bezkosztowo, poprzez te, które należy zrobić szybko, po takie, które wymagają nakładów inwestycyjnych. My już ponad rok temu w “Pakcie dla zdrowia” wskazywaliśmy, skąd można wziąć pieniądze. Należy sobie zadać pytanie, czy w budżecie 38-milionowego narodu ciągle musi to być 4,6 czy 4,7 proc. PKB, podczas gdy można przekazać chociażby pieniądze z akcyzy na wyroby tytoniowe, używki i alkohol i dorzucić to do służby zdrowia. Może warto się zastanowić, czy potrzebujemy strzelnicy w każdym powiecie za 2 mld 600 mln zł. Czy potrzebujemy dofinansowywać ponad miliardem zł telewizję tzw. publiczną?

CZY SKORO ZDROWIE JEST W TAKIM KRYZYSIE I MUSIMY JE RATOWAĆ, CZY SENSOWNE JEST BUDOWANIE CENTRALNEGO PORTU KOMUNIKACYJNEGO, KTÓRY BĘDZIE KOSZTOWAŁ KILKADZIESIĄT MLD Z BUDŻETU?

Wygląda na to, że wreszcie widać zaczyn wspólnej polityki zdrowotnej UE, bo tego do tej pory nie było. Polska ma tam wspaniałych przedstawicieli – premier Ewę Kopacz, ministra zdrowia Arłukowicza. Oni mają o to walczyć i myślę, że Koalicja potrafi o te pieniądze zawalczyć, które będą prawdopodobnie przeznaczone na profilaktykę i wykrywanie wczesne chorób, wreszcie inwestycje infrastrukturalne.

Chciałbym jeszcze zwrócić uwagę, że w obecnej sytuacji w zdrowiu nie ma się czym chwalić, jak premier Morawiecki to robi, że budżet jest zbilansowany i bez deficytu, bo patrząc na to z drugiej strony, to znaczy, że oszczędzamy m.in. na zdrowiu, a tego dłużej się nie da tego robić.

Powiedział pan, że można bezkosztowo ograniczyć biurokrację. Jak to zrobić?
To można zrobić niemal jednym rozporządzeniem. Kiedyś dokumentem podstawowym była historia choroby, gdzie wpisywałem, że chory jest wyniszczony, waga ok. 40 kg. Teraz muszę wypełnić całą kartę żywienia, która w torakochirurgii nie jest mi w żaden istotny sposób potrzebna. Jak liczę, to

ABY PRZEPROWADZAĆ CHOREGO PRZEZ HOSPITALIZACJĘ CZY AMBULATORYJNĄ OPIEKĘ SPECJALISTYCZNĄ, TRZEBA WYPEŁNIĆ KILKADZIESIĄT DRUKÓW. TO JEST KOPIOWANIE WZORCÓW Z ZACHODU, TYLKO ŻE TAM LEKARZ MA POMOCNIKÓW.

Ma pielęgniarkę do pomocy, dyktafon, sprawny komputer. Tak krok po kroku można doprowadzić do tego, że lekarz będzie 80 proc. swojego czasu poświęcał na pacjenta, a tylko 20 na tzw. papiery. Teraz jest odwrotnie, a to oznacza, że z 20-minutowej wizyty w poradni specjalistycznej dla pacjenta jest 20 proc., czyli 4 minuty. Mój kolega w Ameryce, który ma te wszystkie pomoce, poświęca na pacjenta 10 minut, ale z tego 80 proc. czasu jest dla chorego, czyli 8 minut. Zatem dwa razy więcej niż w Polsce.

Generalnie my nie wymyślamy jakiejś oryginalnej trzeciej drogi, tylko korzystamy z doświadczeń tych, którzy to robią lepiej, którzy wiedzą, jak to powinno działać bardziej efektywnie…

Można by długo opowiadać np., że należy zwiększyć nakłady na AOS, żeby opłacało się chorego załatwić ambulatoryjnie, a nie hospitalizować go niepotrzebnie 3 dni, bo wtedy szpital zarabia więcej pieniędzy. Mógłbym pani długo opowiadać, co należy zrobić i jak, bo mamy to naprawdę dobrze przepracowane i opisane.

Jaki macie pomysł, żeby zatrzymać lekarzy i pielęgniarki w kraju? To ogromny problem, są zamykane z tego powodu całe szpitale, oddziały, a lekarze, żeby to jakoś związać, pracują na wielu etatach w kilku placówkach.
To prawda. Młodzi lekarze i pielęgniarki zgłaszają dwa postulaty – żeby siła nabywcza ich pensji była porównywalna z siłą nabywczą ich kolegów w średnio zamożnych krajach, jak Portugalia czy Hiszpania, po drugie nie chcą tyle pracować, co poprzednie pokolenie. Chcą mieć czas na dzieci, rodzinę, hobby. Przypomnę, że Polak pracuje około 168 godzin w miesiącu przeciętnie. Lekarze rzadko schodzą poniżej 250 godzin, a czasem nawet 300. Zatem cały plan nie będzie wiele wart, jak nie zwiększymy bazy finansowej. Dlatego

PROPONUJEMY WRÓCIĆ DO STYPENDIÓW FUNDOWANYCH, KTÓRE BĘDĄ WYPŁACANE PRZEZ SAMORZĄDY JUŻ OD II ROKU STUDIÓW, A STUDENCI VI ROKU, NA TZW. ROKU PRAKTYCZNYM, BĘDĄ BARDZIEJ WSPIERAĆ LEKARZA JAKO UCZĄCY SIĘ ASYSTENCI (TO TEŻ POMYSŁ Z USA), ALE OTRZYMAJĄ ZA TO OK. 1000 ZŁ MIESIĘCZNIE.

Minister zdrowia Szumowski i były min. Radziwiłł twierdzą, że sieć szpitali świetnie działa. Jak pan to skomentuje?
Za PRL też mieliśmy taki totalny rozdźwięk między propagandą w telewizji, w której byliśmy 10. potęgą gospodarczą świata, a w rzeczywistości na półkach w sklepie były ocet i musztarda.

Pierwotny grzech sieci szpitali i jej wynaturzenie polega na tym, że źle jest obliczany ryczałt i to na bazie roku 2015. Zresztą wiele pokazuje fakt, że twórca tej reformy, wiceminister Gryza, ledwo ją wprowadził, to natychmiast odszedł. Opowieści pana ministra Radziwiłła, że kolejki znikną wręcz na drugi dzień po wprowadzeniu sieci, były jakimiś kompletnymi bajkami.

Pomijam już, że wszystkie zmiany w zdrowiu powinno się robić w porozumieniu ze środowiskami medycznymi, pamiętając, że to jest system, w którym pacjent jest najważniejszy.

TEN MODEL SIECI TO PORONIONY POMYSŁ.

Problem służby zdrowia istnieje od zawsze. Nikt już chyba nie wierzy, że może działać dobrze i sprawnie, a za 500 Plus można przynajmniej wykupić wizytę w prywatnej przychodni. Jak pan to skomentuje?
Prywatna opieka to niewielki odsetek, prywatnie wyleczyć można zęby, żylaki czy grypę, ale ciężkiej resekcji jelita grubego, czy trzustki, żołądka czy płuc nie da się zrobić.

Doszliśmy do momentu, że nikt nie jest zadowolony: pacjenci, młodzi lekarze, starsi lekarze, dyrektorzy szpitali. Przypomnę, że w połowie tego roku długi szpitali urosły tyle, co za cały zeszły rok i nikt na to nie reaguje. Brakuje też leków. Przypomnę też, że jak za czasów Arłukowicza brakowało kilku leków, to zaprosił on ministrów zdrowia z połowy Europy na rozmowy i za parę dni leki były.

Teraz od lata nie można zażegnać kryzysu lekowego. Kryzysy w służbie zdrowia zawsze były, ale takiego głębokiego ja nie pamiętam, a pracuję już 36 lat.

Kmicic z chesterfieldem

Mieszkanka Sosnowca poprosiła przebywającego w tym mieście ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę „na słowo”.

Wymianę zdań zarejestrowała kamera TVN24 i pokazało „Szkło kontaktowe”. Chwilę wcześniej kilka osób dziękowało mu za przybycie, tymczasem kobieta spokojnym głosem powiedziała: – Przykro mi, że ta Polska przez was wygląda tak jak wygląda. Nie liczycie się z nikim. Proszę mi wybaczyć, ale pan szczególnie jest zero, tak jak powiedział pan (Leszek) Miller. 

Minister najpierw odpowiedział krótkim „rozumiem”, lecz po chwili zaczął się bronić (do czego ma wszak prawo).

Po jakie argumenty sięgnął? – Wie Pani, że mafiom odebraliśmy 500 plus? Czy pani wie, że mafiom odebraliśmy 500 plus? – argumentował minister. – Czy pani wie o tym, że trzynasta emerytura? Cieszę się, że mafiom odebraliśmy – uparcie powtarzał, ignorując pytanie, czy „chodzi po sklepach”.

Trudno o bardziej czytelny sygnał, co władza sama o sobie myśli.

View original post 2 217 słów więcej

 

Pawłowicz, postać z Lenina

Krystyna Pawłowicz miała wycofać się na dobre z polityki. Chyba jej „ambitne” plany skończą się na tym, że nie zobaczymy jej już w sejmowych ławach. Nadal jednak pozostanie internetową komentatorką życia publicznego. Tym razem jednak napisała chyba za dużo…

W nowym tweecie jeszcze-posłanka podkreśliła, jak ważne są kolejne wybory dla Polski. Te z 1989 r. to chyba nic, jeśli porówna się je z tymi, które czekają nas za niecały miesiąc.

Historia dzieje się na naszych oczach?

„13 X -JEDYNA i OSTATNIA HISTORYCZNA okazja” – podkreśla Pawłowicz. Wszystko dlatego, „by w końcu wyrwać Polskę z niemocy, by zerwać z jej postkolonialnym traktowaniem, by to Polacy stali się wreszcie jej rzeczywistymi gospodarzami”.

Dalej ulubienica prezesa Kaczyńskiego nawołuje do pełnej mobilizacji elektoratu PiS:

„Na 13 X MUSI być więc historyczna MOBILIZACJA, też dla zmiany konstytucji. Albo Polska, albo…”

Wszystko – jak zawsze! – okraszone masą błędów interpunkcyjnych. Pomijając ułańskie podejście do języka w wersji pisanej, warto zwrócić uwagę na to, co sugeruje posłanka. Podkreśliła, że partii rządzącej zależy na zmianie konstytucji.

Jak zmienić fundamenty ustroju?

Czy PiS uzyska większość konstytucyjną? Chyba jednak jest to wątpliwe, ale jest jeszcze jedno zagrożenie dla obecnej ustawy zasadniczej. Jeśli do Sejmu wejdzie Konfederacja, siła polityczna o zdecydowanie antysystemowym nastawieniu, jej posłowie chętnie przyłożą ręce do zmian ustrojowych w Polsce.

Z Krystyną Pawłowicz trzeba zgodzić się w jednej kwestii – najbliższe wybory będą decydujące dla przyszłości naszego kraju. Pomijając nawet sprawy ustrojowe, partia rządząca kontynuuje swoją politykę socjalną, która zaczyna stanowić coraz to większe zagrożenie dla polskiej gospodarki, ale ugruntowuje jej władzę.

„13 X -JEDYNA i OSTATNIA HISTORYCZNA okazja” – tak to prawda, za niecały miesiąc czekają nas najważniejsze wolne wybory od tych z końca lat 80. Ich wynik zadecyduje o przyszłości Polski pod kątem politycznym, ekonomicznym i ustrojowym.

Na dzień dzisiejszy wszystko wskazuje, że wygra je PiS. Pytaniem bez jasnej odpowiedzi jest to o skalę jego sukcesu.

Ściągnięcie z powrotem do kraju polskich emigrantów od lat było tematem, który był bliski sercu prawicowego elektoratu. To wraz ze sprowadzeniem po latach przymusowej rozłąki Polaków ze wschodu, jest przez wielu widziane jako słuszny postulat polityki zagranicznej, z czym ciężko się z resztą nie zgodzić.

Stąd rządzący od pewnego czasu zaczęli prowadzić narrację, że dobra zmiana doprowadziła do powrotów Polaków do kraju, w czym politycy i przychylne media podpierają się rożnej maści mniej lub bardziej wybiórczymi danymi. Kulminacją tych działań była ofensywa trolli internetowych zaczęta od ogłoszenia przez jednego z powiązanych z rządzącymi internautów, że wraca do Polski po latach z Wielkiej Brytanii. Ów emigrant kupił już podobno bilet na prom powrotny, a wszystko jest zasługą poprawy sytuacji w kraju dzięki PiS. Szybko okazało się jednak, że powielany na dziesiątkach profili przekaz był fałszywy do tego stopnia, że na trasie Wielka Brytania Polska nie kursuje jakikolwiek prom. Jednak taka jest natura propagandy, że jej prawdziwość jest drugorzędna.

Podobna zatem jak z feralnymi promami jest jednak sama sytuacja migracyjna w Polsce. Nasz kraj pod rządami niechętnego imigracji rządu stał się największym importerem taniej siły roboczej na kontynencie. Równocześnie jednak wbrew swoim deklaracjom rządzący nie osiągnęli żadnych sukcesów w ściąganiu imigrantów z powrotem do kraju. Zgodnie bowiem z danymi GUS na koniec 2017 poza granicami Polski przebywało czasowo 2 mln 540 tys. mieszkańców naszego kraju, czyli o 25 tys. więcej niż w 2016 i 143 tys. więcej niż w 2015 roku. Wielu Polaków rzeczywiście wróciło, jednak jeszcze więcej młodych ludzi wyjechało. Trendu nie zmienił nawet Brexit.

Taki brak rezultatów nie dziwi jednak, ponieważ rządzący nie podjęli żadnych realnych kroków w celu zahamowania emigracji. Nawet więcej, stagnacja choćby w reformowaniu ochrony zdrowia wypycha kolejnych wykształconych i potrzebnych specjalistów za granicę. Ważną nadzieją ku zmianę trendów migracyjnych jest oczywiście wzrost wynagrodzeń, który jednak zawdzięczamy koniunkturze, a nie jakiejś konkretnej politycy ekonomicznej. Takie rozwiązania jak likwidacja PIT dla osób poniżej 26 roku życia niewiele tutaj zmienia, ponieważ nie bez powodu koszt tego rozwiązania to zaledwie 2,5 mld zł rocznie. To dla budżetu żaden wydatek, a dla pracowników warta pochwały, ale jednak z perspektywy polskiej gospodarki czysto kosmetyczna zmiana.

Wiele wskazują zatem na to, ze drenaż mózgów, o których mówił tak wiele Mateusz Morawiecki w CNN, mimo pustych deklaracji rządzących będzie dalej trwał.

Kmicic z chesterfieldem

„Chodzi o to, żeby chwycić kraj za mordę. To jest plan, który przedstawia PiS”

Do takiego komentarza Romana Giertycha skłonił m.in. jeden z punktów programu PiS. Jeśli partia Kaczyńskiego wygra wybory, zamierza złożyć w Sejmie „wniosek o zmianę treści art. 105 ust. 2-3 a także ust. 5 Konstytucji RP w ten sposób, iż poseł lub senator będzie mógł być pociągnięty do odpowiedzialności karnej, a także zatrzymany lub aresztowany, decyzją podjętą na wniosek Prokuratora Generalnego, skierowany do Sądu Najwyższego”.

Zdaniem Giertycha, chodzi tu o „zastraszanie”. – „Jasnym jest, że jeżeli parlamentarzysta będzie wiedział, że od decyzji politycznej zależy jego wolność, to zawsze będzie się wycofywał, będzie się bał. Taka jest cecha immunitetu, że ma zagwarantować pewną niezależność i brak strachu po stronie parlamentarzystów” – stwierdził w TVN24.

Zwrócił uwagę na zapis, że wniosek od Prokuratora Generalnego miałby trafiać do Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, która utworzona została na mocy pisowskiej ustawy. – „Jeżeli mamy…

View original post 1 796 słów więcej

 

Amoralność Kaczyńskiego. Adam Hofman o parówkach

Partia rządząca nie ma łatwego okresu. Kampania wyborcza, póki co nie jest dla nich łaskawa, a oponenci polityczni okazali się nie być tak łatwym przeciwnikiem, jak wcześniej zakładali. Optymizm z lipcowej konwencji programowej w Katowicach okazał się być dla nich mocno usypiającym, przez co wyraźnie opuścili polityczną gardę.

Taka sytuacja oraz ciągłe medialne informacje dotyczące coraz to nowych afer związanych z obozem władzy, w końcu doprowadziły do spadku ich poparcia w sondażach. Po raz pierwszy zbliżyli się do poziomu 40% poparcia, przy wyraźnym wzroście partii opozycyjnych, co jest niepokojącym sygnałem. Oznacza to bowiem, że na jesień mogą stracić władzę.

Były rzecznik dolewa oliwy do ognia

Przy aktualnej aferze partii władzy, czyli tej w ministerstwie sprawiedliwości, PiS przyjęło taktykę przeczekania, z założeniem, że w końcu coś przykryje tę informacje, a media zajmą się innymi tematami. Niestety znowu nie będzie im tak łatwo, jak to sobie obmyślili.

Były bliski współpracownik PiS i Jarosława Kaczyńskiego, bo tak należy nazwać osobę, która była rzecznikiem zarówno partii, jak i klubu poselskiego, dolewa oliwy do – już coraz wyraźniej – płonącego ognia. Adam Hofman, bo o nim mowa, postanowił na Twitterze skomentować obecną sytuacją w sposób, który na pewno nie spodoba się Kaczyńskiemu, a wręcz może go mocno rozwścieczyć.

Hofman bez ogródek, na podstawie swojego doświadczenia ze współpracy z partią oraz aktualną wiedzą, napisał: „Patrząc z boku i z doswiadczenia: @ZiobroPL i całą jego ekipa pokazał że wie, jak wygląda współczesne pole walki. Dla JK tylko tacy zawodnicy się liczą. Oczywiście ktoś popełnił błąd, że tego nie outsorcował w całości i się wydało. Ludzie nie powinni widzieć jak się robi parówki”. Jasno wskazuję tutaj na to, co jest ważne dla Kaczyńskiego, a są to po prostu bezwzględność w realizacji celów oraz troska – ale o to, by wszystko zostało w zaciszu gabinetów ich władzy.

Dlatego też trzyma przy sobie takich ludzi pokroju Mariusz Kamińskiego, Zbigniewa Ziobry, a nawet Andrzeja Dudę, o których ma pewność, że będą gotowi zrobić wszystko co potrzeba. Natomiast jeżeli media dowiedzą się o jakichś nieprawidłowościach, to należy to uznać jako wypadek przy pracy, a nie rysę na wizerunku konkretnych osób. Stąd na swoim stanowisku wciąż jest Ziobro, a Kamiński dostał kolejny awans i tekę ministra.

„Cały PiS w jednym wpisie”

Do całej sprawy postanowił odnieść się także był minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz, który dosadnie ocenił moralne zachowanie obecnej władzy: „Niezwykły tekst. Czyli problemem nie są jakieś granice etyczności w życiu publicznym, ale to, że zrobiono błąd i się wydało. To wyznanie nihilistów, dla których zło nie istnieje. Cały PiS w jednym wpisie.”

Jeżeli takie zachowanie obecnie rządzącej partii jest prawdziwe, nie wróży to dobrze dla naszego kraju. Takie standardy etyczne cechują obozy władzy autorytarnej, czy systemu władzy na Białorusi, Rosji czy Turcji, gdzie powszechnie wiadomo z demokracją i wolnością nie jest tak jak być powinno w nowoczesnym i wolnym kraju.

Aż strach dziś myśleć, do czego władza tak postępująca może być jeszcze zdolna.

Kmicic z chesterfieldem

Pogram Koalicji Obywatelskiej czytaj tutaj >>>

Program PiS tutaj czytaj >>>

Podczas kolejnej konwencji PiS w Łodzi Jarosław Kaczyński ponownie nawiązał do tematu rodziny. Zebrani usłyszeli, że „normalną” rodzinę tworzą tylko mężczyzna, kobieta i ich potomstwo. – „Prawo i Sprawiedliwość stoi na straży polskiej rodziny. Stoi też na straży normalności i czegoś, co by można było określić jako zgodność z naturą” – grzmiał w Łodzi Kaczyński.

Oczywiście, w przemówieniu nie mogło zabraknąć nawiązania do chrześcijaństwa. Według prezesa PiS, „rodzina, czy to się komuś podoba czy nie, wyrasta z chrześcijaństwa.”

Na szczególną uwagę zasługuje jednak inne zdanie z wypowiedzi Kaczyńskiego. Otóż stwierdził on ni mniej, ni więcej, że kierowana przez niego partia charakteryzuje się dużą dozą tolerancji. – „My jesteśmy tolerancyjni, to jest cecha naszego narodu. I to jest cecha także naszej formacji, ale mówiłem już: tolerancja tak, ale afirmacja wszystkiego, co każdemu do głowy przyjdzie, nie”…

View original post 783 słowa więcej

 

PSL, Kukiz i Międlar – nowa prawicowa Trójca św.

***

Na zdarzenie zareagował rzecznik PSL Jakub Stefaniak: Dementuję! Nie spotkał się z Międlarem, tylko Międlar dostał się na spotkanie z wyborcami, wykorzystał moment konferencji prasowej i nagrał rozmowę podając się za dziennikarza. Władysław Kosiniak Kamysz po całym dniu spotkań go nie rozpoznał. Odcinamy się od działalności tego człowieka!

– Nie wyobrażam sobie, że rozmawiałbym z dziennikarzem i nie zapytał o nazwisko i redakcję, którą reprezentuje. Prezes powinien być ostrożniejszy – wypowiada się senator Marek Borowski. 

Prof. Przemysław Żukiewicz (Uniwersytet Wrocławski): Rzecznik PSL tłumaczy, że Kosiniak Kamysz rozmawiał z Międlarem, bo… go nigdy na oczy nie widział. Jeśli lider PSL jest zatem tak zorientowany w polskiej polityce, to może faktycznie lepiej, by ta partia nie przekroczyła progu.

– Panie Władysławie – NIE. Nawet jeśli to było tylko przypadkowe spotkanie, to należało natychmiast i mocno zareagować. Kolejny strzał w stopę? Chyba się Pan mocno pogubił – komentuje ks. Wojciech Lemański.

Rozmowę z Międlarem odbył także obecny koalicjant PSL – Paweł Kukiz.

Kmicic z chesterfieldem

>>>

Więcej >>>

„Tak działa kombajn nienawiści i hejtu. A w tajnej grupie atakującej mnie i moją rodzinę DWÓCH DYREKTORÓW SĄDÓW nominatów Z. Ziobry – dyr. Sądu Rejonowego w Inowrocławiu i dyr. Sądu Okręgowego w Bydgoszczy” – podsumował Krzysztof Brejza doniesienia gazeta.pl. Portal zamieścił fragmenty rozmów z 2018 r., które prowadzili działacze Solidarnej Polski i PiS z Inowrocławia na komunikatorze WhatsApp.

Administratorem tej grupy był Ireneusz Stachowiak, polityk Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry. Należeli do niej m.in. dwaj dzisiejsi dyrektorzy sądów: Karol Adamski (dyrektor Sądu Rejonowego w Inowrocławiu) oraz Szymon Kosmalski (zastępca dyrektora Sądu Okręgowego w Bydgoszczy). A także pracująca obecnie w Urzędzie Wojewódzkim w Bydgoszczy była redaktor naczelna wydawanego przez ratusz miesięcznika „Nasze Miasto Inowrocław” – Beata Zarzycka.

Według gazeta.pl, członkowie grupy publikowali komentarze i produkowali memy atakujące posła Brejzę. Jeden z nich napisał: – „Zrobię z niego [Krzysztofa Brejzy – przyp.] Misiewicza lepszego niż z Bartka Misiewicza zrobili”. Uczestników…

View original post 1 173 słowa więcej

 

Ancymonek Mateusz Morawiecki zapomniał, kto stał na czele strajku Sierpień ’80

>>>

Dzisiejszy zakup

Kmicic z chesterfieldem

Prezydent Andrzej Duda rozmawiał z niemieckim dziennikiem “Bild”. Stwierdził, że Polska i Niemcy są “wzorem pojednania”. Mimo tego, prezydent wciąż przywołuje kwestie reparacji, czy w zasadzie przeczy wcześniejszemu twierdzeniu.

– “Reparacje to kwestia odpowiedzialności i moralności. Wojna, o której dziś mówimy, spowodowała w Polsce ogromne straty” – powiedział prezydent RP w rozmowie z dziennikarzem najpoczytniejszego niemieckiego dziennika. Duda dodał, że już Lech Kaczyński zlecił “opracowanie raportu, z którego jasno wynika, że straty te nie zostały nigdy wyrównane”.

Skutki wojny

Prezydent Duda uważa, że na pewno uda się znaleźć rozwiązanie problemu reparacji. Jego zdaniem skutki II wojny światowej skończyły się dla Polski tak naprawdę dopiero w 1989 roku. – “Dziś mogę całym sercem powiedzieć: Polska jest wolna. Nigdy nie zapomnieliśmy historii. Ale Polska i Niemcy całkowicie się pojednały. Jesteśmy przykładem dla innych narodów. Powstało partnerstwo i przyjaźń, która nie ma sobie równych” – uważa.

Podkreślił, że powyższe jest zasługą Kościoła…

View original post 1 497 słów więcej

 

Ziobro na czele resortu sprawiedliwości to jak gangster, który ma bronić bezpieczeństwa w dzielnicy

Politycy PiS wspomagani przez media publiczne (m.in. przez gadzinówkę TVP) atakują posła Platformy Obywatelskiej Krzysztofa Brejzę. Wszystko po ujawnieniu afery w Ministerstwie Sprawiedliwości.

– Panika w Ministerstwie Sprawiedliwości, więc TVP Info atakuje mnie i moją rodzinę. Wykorzystuje „wyjaśnienia” podejrzanej o złodziejstwo. Najbardziej wiarygodna osoba dla PiS, to osoba z największą ilością zarzutów. W swojej beznadziejnej sytuacji może bezkarnie kłamać – mówi poseł Krzysztof Brejza.

– Nigdy nie pozwolę skrzywdzić Krzysztofa. Pan tego jeszcze nie wie. Nie pozwolę na to, żeby Pan bezkarnie prezentował kłamstwa osoby oskarżonej w procesie, osoby która może powiedzieć wszystko, bo takie są jej procesowe uprawnienia. Chce Pan ratować płonące MS naszym kosztem. Wypuścił Pan do TVP kłamliwe pomówienia osoby oskarżonej w procesie. Osoby, która ma pełne prawo kłamać, byle siebie oczyścić, jeśli taką ma linię obrony. Jest pan podłym, niegodnym i złym człowiekiem. Nie jest Pan w stanie nas skrzywdzić – kieruje słowa do Ziobry adwokat Dorota Brejza (żona Krzysztofa). 

– Czy Państwo widzą, co robi TVPiS wobec Krzysztofa Brejzy i jego rodziny? Jaka fala kłamstw, nienawiści i pomyj wylewa się przez ostatnie dni? PiS doszedł do dna, szambo zalewa nas wszystkich. Solidaryzuję się całym sercem z Krzysztofem Brejzą i jego żoną Dorotą. Wszyscy oni z PiS,TVPiS, muszą stanąć przed sądem za zło wyrządzone. Ktokolwiek przejmie władzę nie może odpuścić! – komentuje Magdalena Dobrzańska Frasyniuk (żona Władysława Frasyniuka).

Zbigniew Hołdys (muzyk): Nie ma tak wielkiej sali w żadnym polskim sądzie, która by ich pomieściła. Póki co ludzie ruchu oporu mogliby wpinać w klapy jakiś charakterystyczny znaczek, broniący Brejzów, albo w ogóle generalnie mówiący, że ta telewizja – TVP – kłamie.

Prof. Leszek Balcerowicz: Moim zdaniem Ziobro należy do absolutnej czołówki najbardziej niemoralnych ludzi w obozie PIS: notoryczne klamstwa,skrajna bezczelność, brak empatii,totalna partyjność-przeciwieństwo bezstronności.I taki człowiek oglasza kodeks etyki dla sędziów! To obraza inteligencji Polaków!

– Tak ważne instytucje, jak broniące porządku prawnego państwa, są zgniłe. Przestrzegaliśmy, że Zbigniew Ziobro na czele resortu sprawiedliwości to jak gangster, który ma bronić bezpieczeństwa w dzielnicy! – wypowiada się poseł Andrzej Halicki.

Kmicic z chesterfieldem

Chyba nikt nie spodziewał się, że na mniej niż dwa miesiące przed wyborami parlamentarnymi, mającymi się przecież według planów zakończyć widowiskowym zwycięstwem Zjednoczonej Prawicy nad “totalną opozycją”, partia Jarosława Kaczyńskiego znajdzie się w tak dużym kryzysie.

Niestety dla kierownictwa PiS, fatalne są pierwsze reakcje opinii publicznej na ujawnione przez portal Onet.pl, a później rozszerzane przez “Gazetę Wyborczą” kulisy funkcjonowania specjalnej grupy, złożonej z czołowych postaci “dobrozmianowego” wymiaru sprawiedliwości, która zajmowała się obrzydliwym szkalowaniem osób ze swojego środowiska, w oczywiście politycznym celu.

Wbrew oczekiwaniom premiera Morawieckiego, dymisja wiceministra Piebiaka i jego współpracownika, sędziego Iwańca sprawy zdecydowanie nie zamyka. Wręcz przeciwnie, im więcej dowiadujemy się o prawdziwym charakterze tego procederu i im więcej nazwisk w niego zaangażowanych się pojawia, tym gorzej wygląda cały obóz dobrej zmiany, który za nich przecież ręczył, powierzając im odpowiedzialne funkcje w strukturach rzekomo oczyszczonej trzeciej władzy.

Pojawiają się pogłoski, że prezes Kaczyński tylko dlatego jeszcze nie…

View original post 1 313 słów więcej

 

Jeżeli PiS nadal będzie rządził, to dopiero pokaże, co potrafi!

Nie chcę w to wierzyć, ale każdego dnia wiadomości są coraz bardziej ponure – wielka koalicja wszystkich partii opozycyjnych nie powstanie! PiS nadal będzie rządził i dopiero pokaże, co potrafi!

Oddanie władzy w ręce Kaczyńskiego bądź jego następcy na kolejne cztery lata jest świadomym i dobrowolnym działaniem konkretnych polityków, którzy taką decyzję podjęli. Pośród winowajców, których win nie odważę się szczegółowo wymierzać i porównywać, z pewnością znajduje się Władysław Kosiniak-Kamysz, który ogłosił właśnie, że PSL idzie do wyborów odrębnie czy też w jakiejś „Koalicji Polskiej”.

To nie do wiary! Kto by pomyślał, że w godzinie próby, gdy waży się los kraju napadniętego przez partyjną klikę, niestroniącą od psychopatów i półgangsterów, bezczelnie i z szyderstwem na ustach depczącą konstytucję i rozgrabiającą państwo, odrąbującą je siekierą od Zachodu i rzucającą w ramiona Rosji, politycy mogą zdradzić!

Czyżby naprawdę byli takimi idiotami, żeby wierzyć, iż cokolwiek poza pełną mobilizacją wszystkich sił opozycji w sytuacji fundamentalnego zagrożenia dla demokracji daje szansę odsunięcia PiS od władzy? Jakim cudem niby mają to zrobić jakieś dwa bloki (jakie?), jeśli nawet PiS nie zdobędzie większości?

Dobre sobie, nie damy się na to nabrać. Zarówno Kosiniak-Kamysz, jak i Schetyna są przekonani, że PiS wygra tak czy inaczej. Najwyraźniej są z tym pogodzeni albo nawet im to tak bardzo nie przeszkadza. Pewnie, kierowanie państwem zniszczonym przez wulgarne populistyczne rządy i zamulonym przez tysiące partyjnych i „rodzinnych” cwaniaczków i kolesiów na wszystkich możliwych stanowiskach to żadna przyjemność. Niech się ta rudera sama zawali do końca. Dla partyjnych szefów i partyjnych „struktur” najważniejsze są w takich okolicznościach poselskie mandaty, stanowiska w biurach, a przede wszystkim dotacje. Trzeba zgromadzić zapasy na czteroletnią zimę, a potem się zobaczy.

Z całego serca życzę PSL, aby ze swoim komitetem, jak zwał, tak zwał, dostało 4,99 proc. głosów! Ciekawe, że najbardziej odpowiedzialnie i racjonalnie zachowuje się w całym tym jarmarcznym korowodzie Czarzasty i SLD, którzy mówią jasno, że idą z PO. Dlaczego zwykła uczciwość i zdrowy rozsądek są tak rzadkimi dobrami, nawet w najtrudniejszych chwilach? Cóż, nie święci garnki lepią.

Kaczyński raz zdobytej władzy nie odda nigdy, jeśli choćby jednym głosem wygra wybory. Kto tego nie rozumie, ten nie powinien zajmować się w Polsce polityką. Zdobycie 8-10 proc. przez „Koalicję Polską” (PSL z Kukizem?), a choćby i 35 proc. przez PO i jej koalicjantów nic nie da. Schetyna i Kosiniak-Kamysz zostaną przez wyborców ukarani za niezdolność do stworzenia wielkiej koalicji i odebranie ludziom nadziei na odsunięcie PiS od władzy. Wynik PO i reszty opozycji będzie przez to dodatkowo obniżony – po prostu wielu rozsądnych ludzi nie pójdzie głosować.

W domu zostaną też wyborcy Biedronia, którzy dostali w twarz. Zadziała efekt defetyzmu – za to Polska pisowska pójdzie tłumnie do urn; już się o to postarają pani z telewizji i pan za ołtarzem. PiS będzie triumfował i utworzy rząd – kto wie, czy w końcu nie z PSL, bo jak widać, ta partia jest zdolna do wszystkiego.

Mogę powiedzieć gorzkie „a nie mówiłem”. W 2016 r. pod auspicjami KOD i patronatem legendy opozycji i Solidarności Janusza Onyszkiewicza działał Komitet Wolność Równość Demokracja, powołany jako platforma dialogu między partiami opozycji. Brałem w tych rozmowach udział i pamiętam doskonale, jak lekceważąco podchodziły do nich duże partie. Tłumaczyliśmy wtedy politykom: przed wyborami stworzenie koalicji będzie trudne, trzeba już teraz rozmawiać, budować zaufanie, pracować nad programem, przyzwyczaić ludzi, że opozycja umie współpracować i jest gotowa połączyć siły, gdy trzeba będzie ratować kraj przed niszczycielami.

Na nic to, oni wiedzieli lepiej. A właściwie nie tyle wiedzieli lepiej, ile ani im się wtedy śniło, żeby porzucić partyjniacki egoizm i zacząć myśleć kategoriami dobra państwa. Dziś płacą za to cenę. Oddawszy władzę w ręce Kaczyńskiego, zaprzepaszczą swój życiowy dorobek, przechodząc do historii politycznej Polski pierwszych dekad XXI w. jako nieudolni biurokraci, niezdolni do podejmowania historycznych wyzwań. A przecież tak nie musiało być!

Jeszcze niedawno wszyscy liczyliśmy na dojrzałość polityków w chwili próby. Zawiedli. Zostawili nas na pastwę Kaczyńskiego i jego sitwy, która nie będzie już miała żadnych zahamowań – zniszczy wolne media, rozprawi się z uniwersytetami i intelektualistami, ocenzuruje kulturę, przejmie pełną polityczną kontrolę nad gospodarką i bez reszty zideologizuje na modłę endecką i klerykalną całą przestrzeń publiczną i szkolnictwo, odetnie nas od Unii Europejskiej i uzależni od łaski Putina.

A gdy skończy się koniunktura na Zachodzie, zacznie się kryzys gospodarczy, w który wejdziemy zadłużeni na miliardy dolarów łapówek, brutalnie wpychanych przez PiS do kieszeni dotychczasowych i potencjalnych wyborców. Taka przyszłość czeka nasz kraj i nas wszystkich.

I nikt nas nawet nie pożałuje, bo sami sobie zgotowaliśmy taki los. Sami się ośmieszyliśmy w oczach świata, dla którego jesteśmy już tylko jednym z wielu mało ważnych chorych krajów, dotkniętych chorobą wulgarnego populizmu i religijnego fanatyzmu. I nie przyjedzie już do nas na białym koniu piękny rycerz z Brukseli. Wie, że nie może i nie pomoże, skoro my nie chcemy pomóc ani sobie, ani jemu.

Żegnaj, demokracjo, żegnaj, Tusku. Witaj, Polsko taka jak zawsze – zacofana, zadufana w sobie, zakompleksiona, autorytarna, kołtuńska i biedna. Witaj wschodnia Europo, nasze przeznaczenie! Sen się skończył, czas powrócić do rzeczywistości.

Kmicic z chesterfieldem

Lech Wałęsa skomentował kolejną porażkę Beaty Szydło w Parlamencie Europejskim. Europosłanka PiS kolejny raz została odrzucona przez polityków unijnych i nie zajmie stanowiska szefowej komisji ds. zatrudnienia.

„W świetle (nie ukrywajmy tego) totalnej klęski (19:34) ostatni wynik (21:27) był niewiarygodnym sukcesem. Podsuwam Pani jednak pomysł jak uzasadnić tę katastrofę” – napisał na Facebooku Roman Giertych w kolejnym liście do Beaty Szydło. Po poprzednim głosowaniu też się do niej odezwał („Wałęsa i Giertych podsumowali kolejny „sukces” PiS 21:27 w PE”).

Jak więc – zdaniem Giertycha – była premier powinna uzasadnić tę katastrofę? – „Otóż odpowiedź jest prosta: to była germańska zemsta. Na zimno i z premedytacją zaplanowana i wykonana właśnie w rocznicę Grunwaldu. 609 lat czekali, aby odpowiedzieć na cios zadany przez Jagiełłę. Czekali, czekali i się doczekali. I tak jak my wycięliśmy wówczas kwiat teutońskiego rycerstwa, tak oni Panią-kwiat obozu rządzącego wycięli z tej ważnej i należnej Pani funkcji i…

View original post 593 słowa więcej

 

Polowała na Tuska Zerówna Wassermann

– „Nie zbliżyliście się do żadnej prawdy” – podsumował Krzysztof Brejza z PO raport komisji śledczej ds. Amber Gold autorstwa posłów PiS. Brejza stwierdził, że celem prac komisji, której przewodniczącą jest Małgorzata Wassermann, było „upolowanie Donalda Tuska, Michała Tuska, Pawła Adamowicza”. – „Ale każdego dnia pracy komisji odkrywaliście fakty niewygodne dla was i niestety nie ma to odzwierciedlenia w tym raporcie. Polowanie jest nieudane, ja pod tą powieścią nie mogę się podpisać. Raport może mieć 700 stron, ale i tak jest jednym wielkim zerem – powiedział poseł PO. Zapowiedział w związku z tym złożenie zdania odrębnego.

Brejza zarzucił Wassermann niewłaściwe prowadzenie obrad oraz niedopuszczenie niektórych wniosków dowodowych. Dodał, że w raporcie nie ma np. informacji, że jedną z przyczyn afery były niewystarczające kompetencje KNF w wyniku kształtu ustawy przyjętej z inicjatywy PiS w 2006 roku. – „Nie ma nic o karierach prokuratorów, którzy tą sprawą się zajmowali, karierach za rządów PiS” – powiedział Brejza.

Zdanie odrębne złoży także Witold Zembaczyński. Poseł Nowoczesnej powiedział, że zrezygnował ze zgłaszania poprawek do projektu raportu, by nie dawać Wassermann okazji do powielania „mistycznej opowieści”. – „Powstało to autorskie dzieło pani przewodniczącej, taki kryminał archeologiczny, z którego założenia miało wynikać, że super-złoczyńcą był Marcin P., a we wnioskach końcowych okazuje się, według pani przewodniczącej, że super-złoczyńcą jest Donald Tusk. Wnioski końcowe komisji są polityczne i wykraczają poza zadania komisji” – podkreślił Zembaczyński.

Poseł Nowoczesnej stwierdził, że w raporcie pominięto odpowiedzialność ówczesnego ministra sprawiedliwości Jarosława Gowina, dziś wicepremiera w rządzie PiS. Dodał, że sprawozdanie zawiera „medialne tezy”, które nie mają podstaw w materiale dowodowym: – „W raporcie znalazło się np. stwierdzenie, że nad szefem Amber Gold Marcinem P. był parasol ochronny, na co nie ma dowodów.To jest wszystko w zakresie wyobrażeń, konfabulacji, jakichś opowieści. Szczególnie bulwersujące jest to, że takie zaangażowanie aparatu biurokratycznego państwa do pracy w tej komisji, posłów, mediów, doradców i wszystkich waszych urzędników, właściwie nie doprowadziło do niczego” – powiedział Zembaczyński.

Zbigniew Hołdys skomentował wystąpienie prezydent Andrzeja Dudy w Waszyngtonie. Prezydent zaatakował w obecności prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa sędziów Sądu Najwyższego.

Prof. Jadwiga Staniszkis o Dudzie:

Więcej >>>

O Dudzie jako Dupie tutaj >>>

ALARM! Dobry Znajomy premiera, miliarder Tomasz Misiak chce zakazać sprzedaży książki „Morawiecki i jego tajemnice”. Misiak twierdzi, że obrażają go informacje o jego powiązaniach z Mateuszem Morawieckim, Markiem Falentą i Rosją” – napisał na Facebooku Tomasz Piątek autor książki „Morawiecki i jego tajemnice”.

Okazało się bowiem, że – choć trafiła już ona na półki księgarskie – do sądu wpłynął właśnie wniosek o zakazanie jej sprzedaży. Nie złożył go jednak ani sam premier, ani nikt…

View original post 433 słowa więcej

 

III wojna właśnie się rozpoczęła

Jedno jest dziś pewne: bezpieczna, przyjazna i przewidywalna rzeczywistość lat dziewięćdziesiątych, a może i pierwszego dziesięciolecia naszego wieku, należy do bezpowrotnej przeszłości. Przemija postać świata. Niebo się chmurzy – pisze Jerzy Surdykowski w miesięczniku „Odra”, gdzie pierwotnie się ukazał (3/19). „Nasz wiek zaczął się może w 2005 roku, kiedy narody Zachodu odrzuciły projekt dalszej integracji Unii Europejskiej, może w 2016, z chwilą zwycięstwa Trumpa w USA, a może trochę wcześniej, gdy na Węgrzech zwyciężył Orbán, w Grecji „Syriza”, a wkrótce potem w Polsce rządząca dziś partia” – podkreśla autor

Powiada się, że miniony wiek XX wcale nie zaczął się w 1900 roku, lecz czternaście lat później, z chwilą wybuchu pierwszej wielkiej wojny. Wtedy dopiero zaczął odsłaniać swe prawdziwe, ludobójcze i totalitarne oblicze. Nie inaczej z obecnym stuleciem, które bynajmniej nie rozpoczęło się w roku 2000, ani nawet 11 września 2001, kiedy tak tragicznie i spektakularnie ujawnił się światowy terroryzm. Nie on jednak zadecyduje o nadchodzącej przyszłości. Nasz wiek zaczął się może w 2005 roku, kiedy narody Zachodu odrzuciły projekt dalszej integracji Unii Europejskiej, może w 2016, z chwilą zwycięstwa Trumpa w USA, a może trochę wcześniej, gdy na Węgrzech zwyciężył Orbán, w Grecji „Syriza”, a wkrótce potem w Polsce rządząca dziś partia.

Albo inaczej: zapomnieliśmy, że istnienie ZSRR miało dla świata pożytki, które skończyły się wraz z upadkiem komunizmu. Sowieckie zagrożenie wymuszało bowiem jedność demokratycznego Zachodu, integrowało Europę i USA, było spoiwem tak dla NATO, jak Unii Europejskiej. Co więcej, cywilizowało kapitalizm, przymuszało, by pokazywał „ludzką twarz”, by sprostał wyzwaniu rzuconemu z Moskwy nie tylko na polu technologii i dochodu narodowego, ale codziennego życia obywateli. To wszystko przestało działać wkrótce po euforycznym i pełnym fałszywych prognoz roku 1989.

Ale może to wszystko jest drugoplanowe. Bo na pierwszym planie jest wyrośnięcie w niebywale krótkim czasie nowego supermocarstwa, które właśnie dościga – dotąd tak pewną swojej przewagi – Amerykę. W tamtym historycznym dla nas roku 1989 Chiny były jeszcze rezerwatem biedy i zacofania, borykającym się nie tylko z dziedzictwem nieszczęsnej „rewolucji kulturalnej” przewodniczącego Mao, ale z krwawo stłumionym buntem na placu Tian’anmen. Czym Chiny są dziś – wiadomo. Nikt w tamtych czasach nie był w stanie wyobrazić sobie postępu, jaki dokonał się w tym olbrzymim kraju. To obrazuje bezsilność i fałsz przewidywań przyszłości. Ale jedno jest dziś pewne: bezpieczna, przyjazna i przewidywalna rzeczywistość lat dziewięćdziesiątych, a może i pierwszego dziesięciolecia naszego wieku, należy do bezpowrotnej przeszłości. Przemija postać świata. Niebo się chmurzy.

Słońce zachodzi na zachodzie

Historyczny rok 1989 otworzył zniewolonym dotąd narodom drzwi na Zachód. W czasach komunizmu marzeniem Polaków była ucieczka do „wolnego świata”, co udawało się nielicznym, teraz w tej bajkowej krainie swobody i dobrobytu mogliśmy znaleźć się wszyscy. Ale naszą drogę do NATO i Unii Europejskiej zwiastowały już wtedy złe omeny, których woleliśmy nie dostrzegać. Ledwie prezydent Clinton ogłosił w Warszawie zaproszenie nas do Sojuszu, już trzeba było poprzeć bombardowanie Belgradu, choć sympatyczni „Jugole” nie budzili wrogich uczuć.

Wkrótce potem musieliśmy wziąć udział w dwu zamorskich, niepotrzebnych i źle przygotowanych amerykańskich wojnach w Iraku i Afganistanie, pieczętując to krwią polskich żołnierzy. Ledwie w 2004 roku zostaliśmy po długotrwałych negocjacjach przyjęci do Unii Europejskiej, a już referenda we Francji i Holandii odrzuciły projekt europejskiej konstytucji, stanowiący podstawę dalszej integracji. Rządzący Polską po 2005 roku przyjęli to z ulgą, a wielu z nas też obawiało się europejskiego „superpaństwa”. Ale właśnie wtedy Unia straciła swój dalekosiężny cel i rozpoczęło się dreptanie w miejscu, a niezbyt wydarzone pomysły brukselskiej biurokracji pogłębiały rozczarowanie. Wkrótce potem wybuchł kryzys finansowy lat 2008‒2009 i okazało się, że Grecja – ale nie tylko ona – oszukuje Brukselę, zaciągając kredyty na cudzy (zwykle niemiecki) koszt. Unia pozbawiona celów dalekosiężnych i akceptowanych przez większość Europejczyków stała się dla nas tylko bankomatem do pobierania dotacji, a dla czołówki Zachodu – jak Niemcy, Francja czy opuszczająca właśnie Unię Wielka Brytania – tylko ciężarem, a w najlepszym razie rynkiem zbytu.

Sojusz Północnoatlantycki miał kiedyś cel oczywisty: był tarczą i mieczem Zachodu wobec możliwej w każdej chwili sowieckiej agresji. Teraz sam nie wie, czym chce być: obrońcą demokracji w świecie czy zbrojnym ramieniem przeciw watażkom i dyktatorom? Dotkliwie sparzył się na tym nie tylko w Afganistanie. Może powinien być tylko obwarowanym obozem bogaczy przerażonych zalewem głodnych rzesz z Południa? A może tylko amerykańską grupą sojuszniczą, w której pomniejsi partnerzy uczestniczą w zamian za doraźne korzyści?

Ale wtedy obrona Europy zejdzie na dalszy plan, bo Ameryka ma dziś interesy gdzie indziej. Nie inaczej z Unią: jeśli ma być tylko strefą wolnego handlu i współpracy gospodarczej, jak niegdyś jej poprzedniczka EWG, to nadal politycznie będzie zerem. Będzie niezdolna przeciwstawić się Rosji, Chinom czy Ameryce, będzie bezsilna nawet wobec wielkich ponadnarodowych koncernów i banków. Jest jedyną w dziejach i bardzo zaawansowaną próbą stworzenia politycznego organizmu ponadnarodowego, w sytuacji gdy zglobalizowana gospodarka już dawno stała się ponadnarodowa i nie napotyka w tej sferze żadnych granic. Jeśli nie uda się Unii, nie uda się już nikomu.

Nie ma już dziś „wolnego świata”

Ale kogo właściwie należy dziś bronić, w czyim interesie występować? W drugiej połowie minionego wieku słowa „Zachód” czy „wolny świat” były czymś oczywistym, „żelazna kurtyna” oddzielała wolność od zniewolenia. Dziś Zachód utracił nie tylko przewagę technologiczną, bo depcą mu po piętach Chiny, a za nimi nawet Indie, ale także ideał wolności uległ rozmyciu. Nie ma już prostej antynomii: tu dobro, a tam totalitarna dyktatura. Żadna licząca się siła polityczna w jakimkolwiek kraju nie proponuje już ideologicznej utopii jako recepty na zbawienie świata. Za to demokracji mamy różnobarwną obfitość, choć coraz częściej to kamuflaże. Dawniej wiadomo było, że demokracja ma być liberalna, dziś ten ideał zbrzydł, bo okazał się trudny i wymagający, więc ludzie garną się do łatwiejszych podróbek. Byle watażka reklamuje się jako demokrata i otula owczą skórą, głosząc, że uszczęśliwi wszystkich, byle tylko oddali nań głos w najbliższych wyborach. Oczywiście nie mówi, że następne sfałszuje. Więc wolność – choć nadal mamy ją za wzniosłą i piękną – straciła siłę przyciągającą.

Zresztą dzisiejszy „wolny świat” – jeśli jeszcze sięga po te zużyte miano – nie przypomina tego sprzed półwiecza. Na czele londyńskiej metropolii stoi dziś Pakistańczyk, islamscy ministrowie nie są już szokiem, ale oczywistością w Wielkiej Brytanii, Francji, a nawet w Szwecji. Ameryka poszła w tę stronę jeszcze szybciej, anglosascy WASP-owie to dziś mniejszość; przewagę osiągnęli łącznie traktowani Latynosi i Afroamerykanie. Europa nie jest dziś na czele tamtejszych zainteresowań nie tylko ze względu na interesy gospodarcze i militarne, także z powodu korzeni i sentymentów ludności. Nie inaczej w Europie: brak sowieckiej presji – wymuszającej jedność i rozmycie integrujących całość dalekosiężnych celów Unii – sprawił, że na wierzch wychodzą interesy poszczególnych państw. Rozgrywane w Brukseli w jak najbardziej XIX-wiecznym stylu, choć pod kamuflażem europejskich frazesów.

Nie ma już „wolnego świata”, nie ma już „Zachodu” w starym rozumieniu. „Biała Europa braterskich narodów” istnieje tylko na transparentach niesionych w marszach lokalnych nacjonalistów. Oni także nie przyjmują do wiadomości przemijania znanego im świata.

Upadek amerykańskiego przodownictwa

Jak powiadają historycy gospodarki, „epoka stali i stalówek skończyła się wraz ze śmiercią Stalina”. Dziś to oczywistość: konsekwencją kresu tamtej epoki dymiących kominów i ciężkiego przemysłu był kres Sowietów odwleczony o kilkadziesiąt lat. Nadeszła trwająca do dziś epoka elektroniki i mikrotechnologii zaklętej w kryształkach krzemu albo galu. Jej symbolem była amerykańska „dolina krzemowa” w Kalifornii, gdzie miały siedzibę najcenniejsze firmy komputerowe i technologiczne. Tak jak dwa odmienne światy rozdzielała niegdyś „żelazna kurtyna”, tak dziś w jej miejsce powstała „kurtyna krzemowa”, choć podziały okazują się inne i nie tak drastyczne. Ale to już przeszłość: w raczkującym obecnie systemie superszybkiego Internetu zwanego „5G”, dające się zastosować urządzenia oferują przede wszystkim Chińczycy, potem Koreańczycy (oczywiście z Południa) i na okrasę drepce za nimi parę firm europejskich; nie ma tam jednak nikogo z „doliny krzemowej”. Oto zwiastujący globalną zmianę obraz jednej tylko dziedziny.

W tatach dziewięćdziesiątych, kiedy pracowałem w USA, mogłem odwiedzać wiele amerykańskich instytucji naukowych. Czy to w największym wtedy na świecie akceleratorze cząstek elementarnych Fermilab, zbudowanym na prerii na zachód od Chicago, czy w laboratoriach Seattle albo „doliny krzemowej” dominowały twarze żółte i skośnookie, czasem oliwkowe, hinduskie i arabskie, zdarzali się nawet Polacy, ale najmniej było Jankesów. Tak niepostrzeżenie wykluwał się niedaleki już upadek amerykańskiego przodownictwa. Dzisiaj Chiny rzucają Ameryce wyzwanie nie tylko w elektronice, czego symbolem jest budząca tyle kontrowersji firma Huawei, ale w kosmosie i motoryzacji. Pierwsze osiągnęły ciemną stronę Księżyca i wybierają się na Marsa, mają swoje samochody elektryczne nie gorsze od Tesli, a w uboższych państwach Afryki i Azji już dawno wyparły Europę i Amerykę z roli inwestora, dawcy pożyczek, a tym samym beneficjenta wpływów. Nie było w historii świata przykładu równie szybkiego i skutecznego awansu.

Europa po pekińsku?

Ale Chiny to nie wyłącznie technologia, także styl życia i sposób organizacji społeczeństwa. Pozornie tylko Chińczycy – bogacąc się, zapełniając miasta imponującymi wieżowcami, a przestrzenie pomiędzy nimi nitkami autostrad i szybkiej kolei – coraz bardziej upodabniają się do ludzi Zachodu. Przecież ubierają się według zachodniej, a nie mandaryńskiej mody, korzystają z tych samych udogodnień technicznych, podróżują do tych samych kurortów i podziwiają te same zabytki, a nawet oglądają amerykańskie filmy. Lecz Internet w ich smartfonach jest cenzurowany, a każdy obywatel „państwa środka” podlega stałej ocenie, nad czym pracuje system komputerów, kamer monitorujących i jakie tylko można sobie wyobrazić nowinek technicznych. Każdy jego ruch, każde użycie karty kredytowej, każda wypowiedź na chińskich odpowiednikach Facebooka i Twittera są odnotowywane; za poprawne zachowanie i polityczną lojalność otrzymuje punkty dodatnie, za warcholstwo – ujemne. Potem albo może łatwiej otrzymać kredyt i lepsze mieszkanie, albo uniemożliwią mu zagraniczną wycieczkę bądź nawet przejazd pociągiem. Przysłowiowy „wielki brat” ma zawsze oczy i uszy nie tylko otwarte, ale wspomożone osiągnięciami chińskiej technologii. W takim państwie żyje się całkiem wygodnie, o ile nie bajdurzy się o wolności i o innych zakazanych owocach, klaszcze, kiedy należy, milczy przy innych, stosownych okazjach. Takie państwo nie używa na prawo i lewo brutalnej przemocy dla samego postrachu, jak to czyniły dyktatury w starym stylu. Przemoc jest tu selektywna, skryta, dobrze przygotowana technicznie, a więc słabo dostrzegalna.

Człowiek w takim społeczeństwie może być nawet szczęśliwszy niż w niegdysiejszym „wolnym świecie”, bo nie musi o niczym trudnym decydować, niczego wybierać, popadać w moralne dylematy i rozterki. Każdy wie, co mu wolno, czego ma unikać i jak będzie nagrodzony. Co sobie myśli we własnej łepetynie, o czym pogaduje z kumplami, jak spędza wolny czas i nawet co czyta, na to „wielki brat” nie traci czasu, jego zajmują tyko sprawy ważne dla stabilności ludzkiego mrowiska. Człowiek w takim społeczeństwie ma swój kawałeczek swobody i zagwarantowany jaki taki dobrobyt. Dla wielu Europejczyków zmęczonych rozhukaną wolnością i nieznającym granic liberalizmem może się to okazać atrakcyjne. Także dla Polaków, których tak wielu głosowało i głosuje nadal na daleki od liberalizmu PiS.

Chiny mają więc zapewnioną przyszłość, nie tylko technologiczną i nie tylko w Chinach. Dotąd przez kilka stuleci Europa i potem Stany Zjednoczone jako jej nieodrodna córka, były centrum świata. Teraz staje się nim Azja, a Europa powoli przyzwyczaja się do statusu peryferii. Czy pogodzi się także z chińskim stylem życia?

Ostatnie gwiazdy lepszej przyszłości

Kiedy Polska świętowała 100-lecie niepodległości, przywódcy europejscy zgromadzili się nie na Placu Zamkowym w Warszawie, lecz pod Łukiem Triumfalnym w Paryżu. W Warszawie rządząca partia jak zwykle straszyła uchodźcami, antypolską „ulicą i zagranicą”, wszeteczną laicyzacją, na którą jedynie słuszną receptę ma mieć polski Kościół. W Paryżu Emmanuel Macron usiłował porwać ich wizją zintegrowanej, silnej Europy. Pod Łukiem Triumfalnym odwoływano się do nadziei, na Placu Zamkowym – do strachu. No i co z tego zostało na dłużej? Strach oczywiście! Porywające wizje Macrona zdruzgotała z jednej strony chłodna obojętność Angeli Merkel, która woli stosunki dwustronne, z drugiej bunt „żółtych kamizelek”. Tylko strach okazał się trwałą opoką. Chociaż w naszej świadomości fundamenty dla nadziei jeszcze istnieją i wciąż się bronią. Jeszcze 56 proc. Europejczyków (wedle fundacji Bertelsmanna) uważa globalizację za szansę. Wciąż 65 proc. wierzy, że niekorzystne zmiany klimatyczne można powstrzymać, jeśli tylko rządy porozumieją się w tej sprawie i zaczną skutecznie współpracować. Jeszcze świecą nam ostatnie gwiazdy lepszej przyszłości.

Już 350 lat temu Baruch Spinoza powiadał, że ludźmi można rządzić, dawkując im umiejętnie strach i nadzieję. Współcześni politycy wiedzą o tym doskonale, ale nie wszyscy pojmują, że coraz mniej miejsca jest dla nadziei, a na opuszczone tereny niepowstrzymanie wpełza strach. Mieć nadzieję to znaczy być gotowym na to, co się jeszcze nie narodziło, ale przy tym nie ulegać rozpaczy, gdy nie możemy doczekać się tych narodzin – napisał Erich Fromm. Albo inaczej: Trzeba zawsze zaprząc swój pług do jakiejś gwiazdy. Ale w połowie XIX wieku, gdy Ralph Waldo Emerson, pierwszy wielki filozof, jakiego wydała Ameryka, pisał te słowa, gwiazdy świeciły jeszcze mocno. Od tamtej pory wiele z nich przygasło, ale gwiazda postępu najbardziej.

Ambrozja populistów

Warunkiem wiary w postęp jest przekonanie, że jutro będzie choć trochę lepsze od dnia dzisiejszego. W świecie skłóconych państw, rosnących nierówności, niezrozumiałej polityki, coraz niższych emerytur to, co dopiero ma się narodzić, jawi się jako zagrożenie. Ale nie wypływa stąd tradycyjny konserwatyzm, czyli rozumna troska o zachowanie dorobku przeszłości, lecz podszyta strachem nostalgia. Niech wrócą stare, dobre czasy! Niech politycy zaczną wreszcie słuchać nas, ciężko pracujących obywateli! Dotąd rządziły elity i patrzcie, co z tego wynikło; teraz k… my!

Strach jest ambrozją populistów, nigdy nie mieli tak łatwo jak dzisiaj. Leszek Kołakowski napisał już dawno: Kłopot z demokracją jest taki, że nie wydziela żadnych ideologicznych czadów zniewalających umysły młode i naiwne. Był optymistą, jeszcze wierzył w dorastanie umysłów. Demokracja wymaga dojrzałości i nadziei; populizm tylko złości i nostalgii. Dlatego rozrasta się jak rakowy guz.

Może miałoby tu coś do zaproponowania chrześcijaństwo, ta ostoja i kolebka europejskich i amerykańskich wartości? Niektórzy widzą ratunek w powtórnej ewangelizacji Europy, z rolą Polski jako nowego Mesjasza. Tymczasem język wiary – obojętnie jakiego wyznania – jest wciąż językiem przedkopernikańskim. „Bóg z wysokości spogląda na ziemię” – śpiewany w popularnym psalmie. Kościół już dawno stracił okazję do opowiedzenia językiem nowoczesnym najbardziej poruszającej, przejmującej i pełnej miłości historii, jaką kiedykolwiek usłyszał człowiek: ewangelii Chrystusa. Wciąż opowiadamy ją tak, jak trafiała do umysłów palestyńskich pasterzy i greckich handlarzy oliwą przed dwoma tysiącami lat. Trzeba byłoby tu pójść o wiele dalej niż sformułowanie Jana Pawła II: „człowiek jest drogą Kościoła”, albo dzisiejsze wezwanie jego następcy Franciszka, aby Kościół stał się „szpitalem polowym dla poranionych dusz”. Jedyne nawrócenie, któremu uległa Europa, to z heroizmu na konsumeryzm.

III wojna światowa właśnie się rozpoczęła

Jest taka niepocieszająca teoria, że zło i agresja tkwiące w człowieku musi się okresowo wyładować, byśmy potem czas jakiś mogli żyć w pokoju i znowu odbudowywać zgliszcza. Jeśli jest w tym choć ziarno prawdy, to wyjaśnia przyczynę wzbierającej jak świat długi i szeroki złości, pogardy i żądzy niszczenia. Po kolejnym całopalnym paroksyzmie będzie znowu lepiej. Rozum budzi się na pogorzelisku. Przyjaźń odrasta jak ziele na kraterze po erupcji złowrogiego wulkanu.

Ale może III wojna światowa już się rozpoczęła, tylko my – jak zawsze otumanieni przez wielomówne media – jeszcze tego nie pojmujemy. Stratedzy i generałowie wykazują na dziesiątkach historycznych przykładów, że żadna nowa wojna nie jest rozgrywana przy pomocy środków wojny poprzedniej, że jej planowanie i przebieg będą zupełnie inne, zwłaszcza w dzisiejszym świecie szybko rozwijającej się techniki. Ale zwykle życie ich zaskakuje, tak jak tych, którzy u początków II wojny światowej wysyłali na front kawalerię, i jak zaskoczy tych, którzy dziś przechwalają się liczbą czołgów i rakiet. Ponieważ rozpętanie wojny na pełną skalę doprowadzi do nuklearnej zagłady, a więc jest przeciwskuteczne, trzeba próbować innych, bardziej skrytych, metod walki. Przede wszystkim cybernetycznych: przez Internet można dziś szpiegować skuteczniej niż przez nasłanych agentów, uszkadzać elektrownie i fabryki, paraliżować służby państwowe, siać dezinformację, a nawet panikę.

Bezpieczne i tanie jest nasycenie mediów społecznościowych w Afryce pogłoskami o tym, jak dobrze jest uchodźcom w Europie. Dobrze jest wciągnąć potencjalnego przeciwnika w wyniszczający konflikt w jakimś odległym i niezrozumiałym kraju. Przecież smartfon z dostępem do Internetu ma dziś każdy łatwowierny biedak marzący o lepszym życiu i zaczynający pojmować własną godność. Nie jest też tak odległą możliwość wywoływania klęsk żywiołowych w odległych nawet stronach, tak aby przyczyny wyglądały na naturalne. Najcenniejsze w takiej wojnie są dywizje nie czołgów, ale szeregowych internetowych trolli siejących zamęt i pomieszanie pojęć, sprawnych w posługiwaniu się kłamstwem. Genialni hakerzy włamujący się do banków i ministerstw to nieliczna elita, tu potrzebna jest armia; nie wystarczą – w kółko powtarzające tę samą głupotę – zautomatyzowane „boty”. Chodzi o to, żeby złamać wolę oporu i trwania przy bliskich nam wartościach, otumanić przysłowiowego „pana Biedermanna” z proroczej sztuki Maxa Frischa, który dla zachowania świętego spokoju ufa, że jego to nie dotyczy, że podpalacze ominą jego własne gniazdko.

Dobry humor pana Biedermanna

Tak w dzisiejszym świecie trwa wielka wojna toczona przy pomocy skromnych środków. Nie wiadomo, kiedy się rozpoczęła i jak się zakończy. Może trwa już od czasów Korei i Wietnamu z krótką przerwą na złudzenia pięknych lat dziewięćdziesiątych… Może ruszyła dopiero w bieżącym stuleciu wraz z rozwojem Internetu, który dostarczył jej środków. Nie jest potrzebny w tej wojnie zabór terytorium, wystarczy jego obezwładnienie. Nawet osamotnionego i pozbawionego sojuszy państwa nie trzeba okupować, wystarczy wysłać tam „zielonych ludzików” lub zmanipulować terrorystów. Dowodzą tego przykłady Gruzji, Ukrainy czy Syrii albo Libii. Bombardowania z powietrza nie pomogą, tak jak nie pomogły w Wietnamie. Jest to wojna asymetryczna, w której zwycięzcą nie musi być państwo silniejsze i lepiej uzbrojone.

Tego wszystkiego nie chcemy dostrzegać. Nie chcemy o tym wiedzieć. Karmieni internetowym i politycznym strachem, czepiamy się resztek słabnącej nadziei. Pan Biedermann już wie, że świata nie zmieni, ale nie przyjmuje do wiadomości jego obecnej postaci, bo chce dożyć swoich lat w jako tako dobrym humorze i konsumpcyjnej wygodzie, dlatego zaciska na własnej szyi pętlę gazociągu Nord Stream 2. Ale świat dryfuje w swoim kierunku niezależnie od nadziei jego mieszkańców, tak jak dryfował w starożytności, w średniowieczu i będzie dryfował zawsze. Przemija postać świata, tylko my tego nie przyjmujemy do wiadomości.

Kto zrozumie ducha zrozpaczonych mas?

Czy któryś z dzisiejszych przywódców, albo któryś z kandydatów na nich, wie, jak nas wyprowadzić na spokojniejsze wody? Wątpię. Nostalgiczne obietnice powrotu do czasów, kiedy „Polska była wielka” albo chwackie pokrzykiwanie, że „uczynię Amerykę znowu potężną”, to tylko znieczulające plasterki nakładane na ranę, która może okazać się śmiertelną. Prawdziwe oblicze właśnie rozpoczętego wieku XXI – pełne strachu, złości, buntu przeciw elitom, władzy i wszystkiemu dookoła – nie jest „przelotnym epizodem”, jak niedawno powiedział pewien nasz sympatyczny, ale do szpiku kości XX-wieczny polityk. Rozchwianie struktur, do jakich przywykliśmy, utrudnia poród nowych. Tylko ten przywódca utrzyma się jak surfer na szczycie wzbierającej fali, który zrozumie ducha zrozpaczonych mas. Zanim – tak jak niejednemu surferowi – fala pogruchocze mu kości.

Depresja plemnika

Europoseł Jacek Saryusz-Wolski (dawniej PO, obecnie pupilek prezesa) przyznał niedawno, że to bracia Kaczyńscy wprowadzili Polskę do Unii Europejskiej. Teraz twierdzi, że jego słowa zostały zmanipulowane przez „Rzeczpospolitą”.

(…) również bracia Kaczyńscy, jako architekci naszej drogi do niepodległości, wprowadzali Polskę do UE, będąc aktywnymi uczestnikami tego długiego procesu, od NSZZ Solidarność poczynając. Już w 1991 roku ówczesne PC (Porozumienie Centrum) poprzednie wcielenie dzisiejszego PiS, jako pierwsza partia deklarowało wejście Polski do struktur NATO i EWG, jako priorytet w swoich postulatach politycznych, w przeciwieństwie do wielu polityków dzisiejszej Koalicji Europejskiej, optujących wówczas za zakonserwowaniem starego porządku geopolitycznego w postaci NATO-bis i EWG-bis” – mówił w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Saryusz-Wolski.

Teraz europoseł twierdzi, że jego słowa zostały zmanipulowane. W rzeczywistości – jak twierdzi Saryusz-Wolski – treść niektórych pytań została zmieniona.

Było 12 pisemnych pytań i odpowiedzi. Zamiast: 1/3 wywiadu, dot.4 oryg pytań > teraz 7 pytań 1,2,4,5 zmienione, 6,7…

View original post 1 565 słów więcej

 

PiS jest skazane na przegraną

Barbara Labuda była wczoraj gościem w programie „Tomasz Lis”. Wypowiedziała się m.in. na temat obecnej sytuacji kraju i polityki Jarosława Kaczyńskiego. W rozmowie z prowadzącym przywołała wypowiedziane ponad miesiąc temu przez Donalda Tuska zdanie, że „PiS wróci do złodziejstwa” – po tym, jak całkowicie podporządkuje sobie instytucje demokratyczne i liczne obszary życia polityczno-społecznego w Polsce. Jego słowa Barbara Labuda uznała za prorocze.

>>>

„Lubiłam obu braci Kaczyńskich, zwłaszcza Leszka, ale także Jarka” – podkreśliła Labuda, nawiązując do okresu współpracy z obu politykami w okresie podziemnej działalności. – „Miałam z nimi świetne kontakty, współpracowałam z Leszkiem już w latach przed Solidarnością, także w czasie stanu wojennego” – opowiadała Lisowi. Jej zdaniem obaj przygotowywali „wspaniałe sprawozdania z obrad Okrągłego Stołu, które przekazywali mi codziennie wieczorem przez telefon” – wspominała Labuda. Dzięki temu mogła na bieżąco informować o tym przełomowym wydarzeniu czytelników podziemnego pisma „Region”, wydawanego przez nią i jej współpracowników we Wrocławiu. – „Byli szalenie kompetentni, rzetelni i precyzyjni” – podkreśliła.

Niestety, zdaniem Barbary Labudy, wkrótce wyszły na jaw cechy charakteru braci, szczególnie Jarosława Kaczyńskiego. „Ujawniły się [one – dop.] zwłaszcza w czasie ich współpracy z Wałęsą. […] Ta wojna krzyżowa z Wałęsa bardzo już wtedy niszczyła scenę polityczną” – ubolewała rozmówczyni Tomasza Lisa. Podkreśliła, że chociaż wtedy – podczas wyborów prezydenckich – nie głosowała na Wałęsę, to uważała go i nadal uważa za naszego „hero”. Dlatego, jak przyznała, z dużym niesmakiem i smutkiem oglądała sceny w sądzie [podczas ostatniego przesłuchania Lecha Wałęsy, w związku z pozwem Kaczyńskiego – dop.]. – „To było dla mnie bardzo smutne” – przyznała, wyjaśniając, że nie była w stanie obejrzeć tej relacji do końca. Źle odebrała kordon policji wokół Wałęsy, a także zachowanie jego oponenta politycznego. „Ironicznie uśmiechnięty Kaczyński, dokuczający Wałęsie…” – ten obrazek był ponad jej siły, przyznała dziennikarzowi.

W opinii Labudy Jarosław Kaczyński ekipie rządzącej „pozwala stosować psychologiczne mechanizmy manipulowania. Budzi w społeczeństwie „najniższe instynkty”, i takie metody są niestety stosowane w instytucjach publicznych, tworząc fatalne wzory dla całego społeczeństwa – podkreśliła dawna opozycjonistka. Jednak na pytanie Tomasza Lisa, czy mamy obecnie do czynienia z dyktaturą, zaprzeczyła. Jej zdaniem „obecny system można nazwać bananowa republiką”, czyli quasi-dyktaturą. Labuda podkreśliła, że widzi jeszcze jedna ważną cechę rządów Kaczyńskiego i jego zwolenników, związaną z praktykowanym w Polsce modelem pobożności. – „W PiS-ie, tak silnie związanym z Kościołem katolickim jest bardzo duże zakłamanie. To są osoby nawykłe do zakłamania i czerpiące ze sposobu uprawiania religii, który praktykuje się w Polsce, czyli z braku szczerości i udawania. Oni przenieśli to wszystko do polityki” – podkreśliła.  W jaki sposób? Wprowadza „ustrój fasad” – tworzy z instytucji państwa wyłącznie fasady instytucji. Poproszona przez Lisa o „nakreślenie krzywej obecnej władzy”, polityczka stanowczo stwierdziła, że PiS zmierza ku klęsce i nie wygra nadchodzących wyborów europejskich i krajowych.

* * *

PiS nie wygra nadchodzących wyborów. Tak twierdzi zasłużona opozycjonistka, Barbara Labuda

Depresja plemnika

Zniesienie kadencyjności sprawowania funkcji kierowniczych powoduje, że ich utrzymanie wymaga posłuszeństwa i uległości wobec przełożonych. To jeden z wniosków płynących z raportu „Prokuratura pod specjalnym nadzorem” pokazującego szczegółowo mechanizmy i skutki całkowitego podporządkowania prokuratury partyjnemu dyktatowi na przestrzeni trzech ostatnich lat, od listopada 2015 r. do października 2018 r.

Magdalena Kołodziej – wzorowa prokurator PiS

Kto został wymieniony

To pierwsza publikacja startującego dziś serwisu internetowego panstwo-pis.pl poświęconego monitorowaniu działań prokuratury. Redaktorem serwisu jest Krzysztof Król, reprezentujący Stowarzyszenie „Paragraf Państwo”, wydawcy serwisu http://www.panstwo-pis.pl. Szefem rady programowej stowarzyszenia został prof. Leszek Balcerowicz, poza nim w Radzie są m.in. prof. Monika Płatek i prof. Marcin Matczak.

Raport, jak precyzują autorzy, powstał na podstawie publikacji medialnych, powszechnie dostępnych raportów, oficjalnych danych oraz informacji własnych. Większość faktów jest znana, ale zestawione razem w postaci skondensowanej piguły informacyjnej robią piorunujące wrażenie.

Choćby zmiany kadrowe. I tak od samej góry: wymiana sześciu na siedmiu zastępców prokuratora generalnego, niemal wszystkich prokuratorów kierujących biurami lub departamentami, a także…

View original post 4 048 słów więcej

Post Navigation