Hairwald

W ciętej ranie obecności

Archive for the tag “Zygmunt Bauman”

Solidarni 2010 – faszystowskie tałatajstwo

z14150107Q,Narodowcy-zaklocili-wyklad-prof--Zygmunta-Baumana-

Tałatajstwo faszystowskie – kibolstwo – za pośrednictwem internetu skrzykuje się we Wrocławiu, aby pod wodzą „Solidarnych 2010” zorganizować pikietę. Zamierzają wesprzeć wesprzeć NOP-owców „odważnie broniących honoru Wrocławia”.

Demonstrować będą w czwartek pod hasłem „Dość promowania stalinowskich zbrodniarzy we Wrocławiu”. „Informację podesłał Tomasz Małek. Jeśli twierdzicie, że Roman Zieliński jest radykalny, to znaczy, że nie znacie Małka, działacza organizacji „Solidarni 2010” – w ten sposób głosiciele neonazistowskich poglądów nawołują się w internecie do udziału w proteście.

Małek w marcu ubiegłego roku na wrocławskim Rynku krzyczał, że wszystko wskazuje na to, że Rosja Putina zamordowała prezydenta Kaczyńskiego i towarzyszące mu osobistości przy współudziale rządu Donalda Tuska.

Za pośrednictwem strony internetowej „Solidarni 2010” na czwartkową pikietę zaprasza też Ewa Stankiewicz, dziennikarka i publicystka m.in. „Rzeczpospolitej” i „Gazety Polskiej”:

„Wyrazimy solidarność z grupą młodzieży, kibiców Śląska Wrocław oraz Narodowców, którzy w odważny sposób bronili honoru Wrocławia, wyrażając sprzeciw dla promowania stalinowskiego funkcjonariusza Baumana na Uniwersytecie Wrocławskim. Haniebne słowa prezydenta Dutkiewicza, który nazwał ich »nacjonalistyczną hołotą «, są przejawem lewackiej pogardy dla Polskich Patriotów” – piszą w zaproszeniu na pikietę.

Faszystowskie tałatajstwo coraz bezczelniej uczestniczy w życiu społecznym. Organa ścigania winni dobrać się im do tyłka pod wszelką postacią, aby nie zgnoili Polski.

Bauman: dałem się uwieść

Zyg-Bauman

Najsłynniejszy żyjący polski socjolog. Wnikliwy filozof. Najlepszy analityk świata ponowoczesnego: świata internetu, rozpadających się więzi międzyludzkich, niepewności. Świata, w którym wszystko płynie. To 88-letni Zygmunt Bauman, na którego sobotni wykład we Wrocławiu wtargnęli ogoleni na łyso narodowcy i kibole Śląska Wrocław. Krzyczeli: ”Wypier…!” i ”Norymberga dla komuchów!”.

***

Urodził się w 1925 r. w rodzinie kupca w Poznaniu. Ojciec średnio radził sobie w interesach i w domu się nie przelewało. W 1939 r. razem z rodzicami ucieka przed armią niemiecką na wschód. W ZSRR dochodzi do przekonania, że komunizm zmieni niesprawiedliwy świat i wstępuje do Komsomołu. W 1944 r. zostaje żołnierzem 4. Dywizji Piechoty w Wojsku Polskim w ZSRR. Walczy m.in. pod Kołobrzegiem. Tam zostaje ranny.

Współpracuje także z Informacją Wojskową – wojskowym kontrwywiadem, który był jednym z narzędzi do przeprowadzania czystek w wojsku w okresie stalinowskim. Po zakończeniu wojny razem z całą dywizją zostaje przeniesiony do Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego – wojskowej formacji służącej do walki z antykomunistycznym podziemiem. Jest tam oficerem politycznym, zajmuje się głównie – jak mówił po latach – pisaniem ulotek dla żołnierzy. Cały czas w ankietach personalnych przeszkadza mu ”ciężar jego pochodzenia klasowego”. W 1953 r. zostaje usunięty z wojska.

Zaczyna karierę naukową na uniwersytecie. Najpierw jest ortodoksyjnym marksistą, ale stopniowo staje się coraz bardziej krytyczny wobec obowiązującej doktryny. Po 1956 r. bierze udział w odbudowie polskiej socjologii, uznanej za ”naukę burżuazyjną” i w praktyce zlikwidowanej przez komunistów w 1948-49 r. Uczeń wybitnego polskiego socjologa Juliana Hochfelda. Habilituje się w 1960 r. na podstawie rozprawy o angielskim ruchu robotniczym. Zostaje redaktorem ”Studiów Socjologicznych”, jednego z dwóch najważniejszych polskich pism socjologicznych.

W 1968 r., po antysemickiej kampanii i protestach marcowych, zostaje usunięty z uniwersytetu i emigruje z Polski. Jedzie do Izraela, potem do Wielkiej Brytanii, gdzie wiąże się z uniwersytetem w Leeds. Kieruje tam katedrą socjologii aż do emerytury w 1990 r.

O swojej młodości opowiedział trzy lata temu reporterowi ”Gazety Wyborczej”. Dziś publikujemy zapis tej rozmowy.

Tomasz Kwaśniewski: Kiedy w pana głowie pojawiła się myśl, że socjologia to jest właśnie to, co chciałby pan robić?

Zygmunt Bauman: Moja młodość nie była łatwa. Miałem bardzo kochających rodziców, to prawda, ale byliśmy ubodzy. Tata nawet z tego powodu próbował popełnić samobójstwo. To, że byłem Żydem, też nie dodawało uroku.

Musiałem się więc zastanawiać nad tymi relacjami społecznymi. Nad tym, czy świat, który jest – z tym, że ojcowie skaczą do Warty, a koledzy kopią i duszą – musi być właśnie taki.

Nie wiem, kiedy pomyślałem o tym, że można by społeczeństwo zmienić na lepsze i trzeba w tym celu wymyślić jakiś plan. Nie potrafię tego odtworzyć. Prawda natomiast jest taka, że jak poszedłem do wojska, to zacząłem mieć poważne rozmowy na ten temat. I to nie z mojej inicjatywy.

A z czyjej?

– Ludzi mądrzejszych, bardziej doświadczonych, którzy już przed wojną byli zaangażowani.

Nie, nie tylko w komunizm.

1. Armia [chodzi o 1. Armię Wojska Polskiego utworzoną przez komunistów w ZSRR w lipcu 1944 roku] w pewnym sensie była budowana bardziej na bazie nacjonalistycznej niż partyjnej. Nasłuchałem się więc i z prawa, i z lewa. Oni mnie uświadomili o mapie politycznej i społecznej Polski. Tego w szkole nie uczyli, nie miałem więc pojęcia, że była jakaś lewica, prawica, nacjonalizm, szowinizm, sanacja, endecja. Albo że przed wojną było w Polsce osiem milionów utajonych bezrobotnych na wsi. (…)

Nagle więc, z takiej zupełnej pustki, samotności, znalazłem się w tyglu. Bo wcześniej myśmy z rodziną trafili na bardzo daleką północ i tam nie było żadnego towarzystwa do rozmowy. Żadnych Polaków. Byliśmy jedyni. Wszędzie byliśmy jedyni.

W towarzystwie, w grupie, znalazłem się właściwie dopiero w tym miasteczku pod Charkowem, gdzie formowała się 4. Dywizja Piechoty.

No i proszę sobie teraz wyobrazić, że ma pan znowu 18 lat. Oczywiście myśli pan o dziewczynach, to niewątpliwe, ale w chwilach wolnych to o czym pan myśli? No właśnie: o tym, jaki jest świat. Co można by tu zrobić, żeby on był inny.

Nasłuchałem się więc tego wszystkiego i skojarzywszy z tym moje własne dziecinne doświadczenia, doszedłem do wniosku, jak bardzo wielu młodych ludzi w tamtym czasie, że jak się tak zestawi wszystkie programy dla Polski, to komuniści mają najlepszy.

<podzial_strony>

No proszę, proszę się w to wszystko wczuć. Przychodzą do pana i mówią: damy ziemię chłopom. A ja wiedziałem, że chłopi cierpieli, bo nie mieli. Fabryki damy robotnikom. Cudownie, mój ojciec nie będzie musiał czapkować. W ogóle wszyscy będą równi.Wykształcenie będzie bezpłatne. Wspaniale! (…)

A oni mówili, że jak to załatwią?

– Oni mówili po prostu: skończymy z upokorzeniem.

Jakby pan przeczytał jeszcze raz ”Manifest lipcowy”, to nie można się do jednego zdania przyczepić. Wszystko jest takie piękne, cudowne.

A do tego pamiętało się przecież tę przedwojenną sytuację i to, że właściwie ten świat, który istniał, zawiódł kompletnie. Właściwie wszystko się zawaliło. Cała ta aparatura, która miała zabezpieczać ludzkie życie, się skompromitowała i trzeba było coś nowego wymyślić.

Związek Radziecki był jedynym krajem, który się oparł Hitlerowi naprawdę zwycięsko. Anglia się oparła, bo Hitler się wycofał, ale ja nie wiem, co by było, gdyby tego nie zrobił i wszedł do Anglii. Czy nie zachowałaby się tak samo potulnie jak wszystkie inne kraje podbite w Europie?

Tak mówili czy tak pan myślał?

– Wtedy przede wszystkim wojna nie była jeszcze skończona, więc tak nie mogłem myśleć, ale jak się skończyła i nagle znalazłem się w czasach pokoju, to perspektywa, co ze sobą zrobić, pokrywała się z perspektywą wydobycia Polski z dna upodlenia i zniszczenia. Rekonstrukcji, ale w nowy sposób. To znaczy taki, by nie wrócić już do tamtego czasu.

Stanisław Ossowski [słynny polski socjolog], gdy już mu powiedzieli, że jest śmiertelnie chory i długo nie pożyje, zaczął mieć wtedy taką skłonność do zwierzania się, mnie też się zwierzył, że jak w 1939 roku zmobilizowano go do twierdzy Modlin i gruchnęła tam plotka, że się Beck z Ribbentropem dogadali: wojny nie będzie, to wpadł w straszliwą rozpacz. To dalej ma być tak samo? Dalej tak okropnie? Miałem nadzieję, że ta wojna coś zmieni, rozbije, strzaska, wyzwoli.

Pan też tak myślał?

– Ja byłem smarkacz. Gdzie mi się było równać z tak dojrzałym, bardzo politycznie świadomym człowiekiem, jakim był Ossowski. Ale ja się na niego powołuję, żeby powiedzieć, że to nie było jakieś dziwactwo z mojej strony, że takie stanowisko zająłem. Były tysiące i setki tysięcy takich jak ja. Różnica między nimi polegała tylko na tym, jak szybko dojrzewali do tego, by zrozumieć, że się pomylili. Ja byłem powolny w tym dojrzewaniu.

Jak pan o tym mówi, to wyczuwam taki ton, jakby się pan tłumaczył.

– Po prostu dlatego, że w Polsce w tej chwili panuje opinia, że to było jakieś zwyrodnienie. Że potwory tam szły. I po co? Tylko po to, by ujarzmić Polskę i pozbawić ją niepodległości. Na miłość boską, dla kogo ja zdobywałem Kołobrzeg?! Dla kogo zdobywałem Wał Pomorski?! Chwili wątpliwości nie miałem. Ale nic. Prawda jest taka, że Leszek Kołakowski znacznie szybciej niż ja zrozumiał, że nie ma co rozmawiać, negocjować, naprawiać, bo ten system to jest maszyna, której się naprawić nie da.

A co pan miał przed oczami?

– Cały naród uwierzył, że można go naprawić, kiedy w 1956 roku Gomułka wyszedł na plac Defilad i zaczął mówić.

Ale ja chciałem zapytać o to, co pan miał przed oczami, póki pan nie zrozumiał, że ten system jest do niczego.

– Przepraszam, ale to się sprowadza do trzech takich słów, jak: wolność, równość, braterstwo. To był ten mój ideał dobrego społeczeństwa. A jak to się będzie realizowało? Wszyscy pójdą do szkoły, będą mieli mieszkania i nikt nie będzie mieszkał w rozwalających się lepiankach. Będzie rósł poziom życia, ludzkie wzajemne sympatie, a animozje będą się kruszyły. Co tu opowiadać? Niech pan nie żąda, bym po raz wtóry wymyślał socjalistyczną ideologię. Ona została wymyślona przede mną, ona mi się podobała i nadal mi się podoba. (…)

Utopiści, jak budują swoją utopię, to wyobrażają sobie wszystko, włącznie z takimi detalami jak ulice, domy, rozkład dnia. Czy pamięta pan takie szczegóły, na których panu szczególnie zależało?

– Nie pojmowałem tego, co robiłem, jako utopii. To była rzeczywistość.

Pamiętam, jak zbudowano i otwarto Trasę W-Z. Jaka to była radość, jak myśmy tańczyli. A potem był ten dom, w którym jest teraz Empik. Wie pan, na rogu Jerozolimskich i Nowego Światu. Wisiał tam taki wielki napis: ”Ten dom zbudowaliśmy w czternaście dni”. Znów się bardzo cieszyliśmy z Jasią.

Że można?

– Że działa. (…)

Niech pan przyzna, że okres PRL-u niesłychanie podniósł poziom wykształcenia. To był taki poziom, o którym przed wojną nawet nie było co marzyć.

To było pierwsze pokolenie, które całkowicie, bez reszty poszło do szkoły. Pierwsze pokolenie, w którym zdecydowana większość miała maturę.

No i przede wszystkim dostęp do uczelni wyższych. Ilu ludzi młodych z rodzin robotniczych i chłopskich mogło dotrzeć na uczelnię w przedwojennej Polsce?

Bauman-Wyborcza

Źródło: Wyborcza.pl

Prawica chce dawać w mordę i tarzać w smole

arodowcy-zaklocili-wyklad-prof--Zygmunta-Baumana-

Faszyści z NOP, którzy zakłócili wykład prof. Zygmunta Baumana na Uniwersytecie Wrocławskim, dostają wsparcie od tzw. intelektualistów prawicowych.

– Danie w mordę, wytarzanie w smole i w pierzu będzie ostatnim aktem sprawiedliwości ludowej – mówił o Baumanie Marcin Wolski podczas poniedziałkowego spotkania Klubu Ronina, gdzie publicyści prawicowi co tydzień komentują wydarzenia polityczne.

Przypomnę: ten satyryk pisze scenariusz do filmu „Smoleńsk” Antoniego Krauze.

Kielce--Spotkanie-Janusza-Palikota-z-mieszkancami-

Na „danie w mordę” nie trzeba było długo czekać.

Kilkudziesięciu młodych mężczyzn zakłóciło środowe spotkanie Janusza Palikota z mieszkańcami Kielc. Na pl. Artystów było słychać krzyki: „Tylko idiota głosuje na Palikota” oraz „Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę”.
Faszyzujący narodowcy byli coraz bardziej agresywni. Podchodzili do Palikota krzycząc, by się wynosił z Kielc. Ich hasła stawały się coraz głośniejsze: „Pedofile, lesby, geje, cała Polska się z was śmieje”, „Nie chcemy gejów w Kielcach” oraz „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”. Na ul. Sienkiewicza w stronę Palikota poleciało też jajko.
Prawica już się nie przejmuje. Tak zwany salon prawicowy dostarcza kijów bejsbolowych ulicznym faszyzującym narodowcom.

Faszyści z NOP podnoszą łeb, stają się coraz groźniejsi

Narodowcy-protestuja-przeciwko-wizycie-we-Wroclawi

Narodowcy panoszą się w kraju. Na Uniwersytecie Wrocławskim doszło do kolejnego incydentu, tym razem w trakcie wykładu wybitności, prof. Zygmunta Baumana. W kierunku Baumana młodzieńcy z NOP-u (Narodowe Odrodzenie Polski) krzyczeli „wypier…” i „Norymberga dla komuny”. Narodowcy opuścili gmach uczelni dopiero po interwencji brygady antyterrorystycznej. Prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz orzekł: – Nie będę tolerował nacjonalistycznej hołoty w moim mieście.

legutko_2-1

Za hołota stawił się eurodeputowany PiS, prof. Ryszard Legutko. Kim są agresywni, młodzi ludzie zakłócający debaty na uniwersytetach? To radykalni zwolennicy skrajnej prawicy, po prostu są neofaszystami. Środowisko, z którego się wywodzą nie stroni bowiem od powoływania się na symbolikę i tradycje zbrodniarzy początku XX wieku. Innego zdania jest jednak były minister edukacji prof. Legutko. Twierdzi, że na przerwanym w sobotę wykładzie prof. Zygmunta Baumana byli po prostu… kibice.

Oto artykuł Legutki z dziadowskiego portalu wPolityce.pl napisany pokrętną pisowszczyzną:

Kilka lat temu wziąłem udział w dyskusji na Uniwersytecie Warszawskim razem z ówczesnym politykiem Prawa i Sprawiedliwości niejakim Radosławem Sikorskim oraz amerykańskim gościem Normanem Podhoretzem. Tematem, jeśli dobrze pamiętam, była amerykańska polityka zagraniczna. Na sali pojawiła się grupa lewaków. Zachowywali się hałaśliwie, krzyczeli, tupali, przerywali, a wyjątkowo pajacującego Piotra Ikonowicza wynieśli pracownicy ochrony Uniwersytetu. Pisano później o tym wydarzeniu jako o godnym odnotowania proteście lewicowców przeciw reprezentującemu imperializm amerykański Podhoretzowi. Sam protest i jego forma nie wzbudziły jednak żadnych szerszych komentarzy.

Od razu powiem, że nie byłem całym incydentem zachwycony, bo jako człowiek starej daty uważam, że na uniwersytecie można rozmawiać bez tupania i obraźliwych okrzyków. I pewnie bym do tej sprawy nie wrócił, gdybym nie przeczytał, że grupa kibiców Śląska Wrocław zakłóciła występ Zygmunta Baumana we Wrocławiu i że reakcja była zgoła inna, niż przed laty w Warszawie. Wkroczyła policja, prezydent Wrocławia zwymyślał protestujących od faszystowskiej hołoty, zapowiedziano wzmocnienie czujności policyjnej, a głosom oburzenia nie było końca.

Zygmunt Bauman jest dzisiaj intelektualną gwiazdą, ale przeszłość ma wyjątkowo paskudną, bo był unurzany w komunistyczny aparat bezpieczeństwa w czasach stalinowskich. Z tej przeszłości wcale się nie rozliczył, nie okazał skruchy i nie ma zamiaru tego uczynić. W wypowiedziach dla mediów obcojęzycznych nawet dumnie stwierdził, że walczył z siłami ciemności i że ogólnie miał rację. Trudno się więc dziwić, że znajdują się ludzie w Polsce, których to mierzi. Jest coś głęboko niestosownego w fakcie, że gwiazda intelektualna zbywa najpoważniejsze oskarżenia, a rzesza akolitów gdaka wokół niego w świętym oburzeniu wobec krytyków lub w równie świętym uwielbieniu wobec każdego słowa mistrza. Normana Podhoretza można krytykować za jego poglądy, ale w przypadku Baumana nie chodzi o poglądy, lecz o działania w zbrodniczym reżymie.

Jak to jest więc? Jeśli lewactwo tupie, gwiżdże i wyzywa prelegentów na uniwersytecie, to jest to słuszny protest, a jeśli pojawiają się kibice i krzyczą „precz z komuną”, to jest to faszystowska hołota. Ale nie tylko chodzi tu o hipokryzję i podwójne standardy. Problem jest poważniejszy, niż nasyłanie policji na protestujących przeciw Baumanowi kibiców. Ta akcja policji stanowi niejako zwieńczenie polityki ogólnej nietykalności dla Baumana i jemu podobnych oraz budowania wokół nich szczelnej ochrony przed piętnowaniem ich komunistycznej przeszłości. W dzisiejszej Polsce takich ludzi jak Bauman nie wolno o tę przeszłość pytać, nie wolno domagać się wyjaśnień, a atmosfera jest taka, że nawet mało kto waży się o niej napisać.

I tym różni się demonstracja podczas dyskusji z Podhoretzem i demonstracja na wykładzie Baumana. Demonstracja na dyskusji z Podhoretzem była typową zadymą, ponieważ wrzaski wobec gościa nie były wcale potrzebne. Krytyka stanowiska, które reprezentował jest w dzisiejszym świecie szeroko rozpowszechniona. Nie trzeba jej wyrażać tupaniem i wyzwiskami, zwłaszcza na uniwersytecie, bo można ją przeczytać w setkach artykułów i dziesiątki książek, a także usłyszeć w niezliczonej ilości materiałów medialnych.

Kibice Śląska Wrocław okazali się faszystowską hołotą nie dlatego, że są narodowcami, bo nie są; nie dlatego, że zakłócili wykład, bo w przypadku innego prelegenta uszłoby to im na sucho; nie dlatego, że użyli niedopuszczalnej formy protestu, bo w tym wypadku żadna forma nie jest dopuszczalna. Są faszystowską hołotą dlatego, że ośmielili się wyrazić swój dyzgust wobec człowieka, wobec którego dyzgustu wyrażać nie wolno w żadnej formie – cichej, głośnej, pisanej, mówionej. Kto to czyni, ten nie może liczyć na wyrozumiałość i zasługuje na najsroższą retorsję – od inwektywy faszysty, po policję i sądy.

Użycie słowa faszyzm wobec protestujących jest symptomatyczne. Nie chodzi przecież o żaden faszyzm. W Polsce problemem nie są faszyści. Problemem jest coraz częstsze używanie słowa faszyzm jako pałki. Nie bójmy się faszystów, bo ich nie ma. Bójmy się antyfaszystów, bo mnożą się oni dzisiaj jak króliki i coraz drastyczniej zawężają nasze pole działania i pole myślenia.

Wojciech-Sadurski

Bardzo dobrej Legutce odpowiedzi udzielił wybitny konstytucjonalista i filozof prawa prof. Wojciech Sadurski:

Gdy tylko polscy naziole urządzą jakąś nową burdę, a po stronie liberalnej podnoszą się głosy protestu, prawica natychmiast wkracza, nie po to by chuliganów potępić, ale by zaprotestować przeciwko protestowi.

O kolejnym wyczynie polskich narodowców, tym razem na wykładzie profesora Baumana, napisano w tym miejscu już wiele i mądrze. Nie chcę nic do tego dodawać, natomiast zwracam uwagę na interesujące Postscriptum, a mianowicie reakcję polskiej prawicy, a już zwłaszcza ulubionego filozofa PiSu, Ryszarda Legutko.

W takich sytuacjach, utrwalił się już pewien schemat: gdy tylko polscy naziole, albo po prostu totalniacy, urządzą jakąś nową burdę, a po stronie nazwijmy to liberalnej podnoszą się głosy protestu, prawica natychmiast wkracza, nie po to by chuliganów potępić, ale by zaprotestować przeciwko protestowi. Jest to, mocą podwójnego przeczenia, afirmacja a w każdym razie usprawiedliwianie dziarskich chłopaków, nawiązujących do ONR, Falangi lub innych quasi-faszystowskich ugrupowań przedwojennych, a którzy na naszych oczach właśnie „idą w Polskę zrobić porządek”.

Intelektualista jakiejkolwiek orientacji światopoglądowej czy politycznej, wyrażając pośrednie choćby usprawiedliwienie dla ekstremistycznej chuliganerii, podcina gałąź na której wszyscy siedzimy, tak lewica jak i prawica, tyle że intelektualiści-propagandyści przedkładają wierność partii i jej kokietowanie brunatnych nad uczciwość intelektualną.

A czasem działa zwykła zazdrość.

Oto w komentarzu, będącym pokłosiem awantury wrocławskiej, profesor Legutko pisze m.in., że Bauman ze swej przeszłości „wcale się nie rozliczył, nie okazał skruchy i nie ma zamiaru tego uczynić. W wypowiedziach dla mediów obcojęzycznych nawet dumnie stwierdził, że walczył z siłami ciemności i że ogólnie miał rację. Trudno się więc dziwić, że znajdują się ludzie w Polsce, których to mierzi. Jest coś głęboko niestosownego w fakcie, że gwiazda intelektualna zbywa najpoważniejsze oskarżenia, a rzesza akolitów gdaka wokół niego w świętym oburzeniu wobec krytyków lub w równie świętym uwielbieniu wobec każdego słowa mistrza”.

Sugestia, że podgolonych kiboli z WKS Śląsk „mierzi” brak skruchy ze strony profesora Baumana za swoją przeszłość sprzed mniej więcej 60 lat (na dodatek wyrażony w mediach obcojęzycznych, skrupulatnie czytanych jak wiadomo w środowisku WKS Śląsk) jest już chyba zbyt niemądra, nawet jak na ideologów PiS. Natomiast zawiść pod adresem jednego z najwybitniejszych intelektualistów ze strony prof. Legutki – przyznajmy to, filozoficznego średniaka, całkowicie niezauważalnego poza Polską – jest aż nadto widoczna.

Intensywnie starając się znaleźć uzasadnienie dla tego, co mierzi kiboli i nazioli z NOP tak bardzo, że aż przyszli ryczeć na wykładzie, prof. Legutko znajduje tylko słowa potępienia dla działań policji:

„Ta akcja policji stanowi niejako zwieńczenie polityki ogólnej nietykalności dla Baumana i jemu podobnych oraz budowania wokół nich szczelnej ochrony przed piętnowaniem ich komunistycznej przeszłości. W dzisiejszej Polsce takich ludzi jak Bauman nie wolno o tę przeszłość pytać, nie wolno domagać się wyjaśnień, a atmosfera jest taka, że nawet mało kto waży się o niej napisać”.

„Pytanie o przeszłość” lub „domaganie się wyjaśnień” w formie wrzasków uniemożliwiających przeprowadzenie wykładu jest osobliwą formą dyskursu, na jaki liczy prof. Legutko. Gdy pisze zaś, że o przeszłość „ludzi takich jak Bauman” nie wolno pytać, to chyba trochę się pogubił, bo jego partia i sprzyjający jej publicyści nie robią niczego innego od wielu lat.

Wystąpienie profesora Legutki – a jestem pewny że w ślad za nim przyjdą dalsze z tamtej strony – jest uwieńczeniem stoczenia się intelektualisty – nie jakiegoś geniusza, ale w końcu profesora uniwersyteckiego – w rewiry, w których króluje tłuszcza i motłoch. Nie jest to naturalne środowisko dla profesora filozofii, chociaż, jak wiemy z niedawnej historii, istnieje rodzaj perwersyjnej fascynacji ze strony intelektualistów filozofią „mocy” i „czynu”. Na szczęście Ryszard Legutko to nie Martin Heidegger ani Carl Schmitt, a NOP to nie NSDAP, ani nawet Jobbik. Na razie.

ojciec-chrzestny

W temacie mieści się notatka Grzegorza Jakubowskiego (Czy Kaczyński boi się Polaków?) o finansowaniu PiS, które wykorzystuje Jarosław Kaczyński. Ujawnia to świeży „Newsweek”.  Tygodnik przeanalizował wydatki PiS z ostatnich trzech lat. Ochrona Kaczyńskiego miała kosztować 3,4 mln złotych. Kancelaria reprezentująca prezesa podczas procesów – 900 tysięcy. Fotograf – 700 tysięcy.

Prezes Prawa i Sprawiedliwości jest dla swojej partii i wspierającego ją układu polityczno-finansowo-medialnego tym kim dla sycylijskiej mafii jest Ojciec Chrzestny. Czy milionowe koszty ochrony są wynikiem realnego zagrożenia a nie tylko zabiegami PR ?

Współtworzący (między innymi z Rafałem Ziemkiewiczem) wspierane pieniędzmi Prawa i Sprawiedliwości Stowarzyszenie Twórców dla Rzeczpospolitej, Jarosław Marek Rymkiewicz stwierdził niedawno, że jeśli Jarosław Kaczyński wygra wybory z dużą przewagą to może zostać zabity. Wspierający partię dziennikarze również sugerują, że życiu prezesa może grozić niebezpieczeństwo. Czy aby na pewno?

Jeszcze do niedawna prezes PiS sam nosił przy sobie broń. Anegdot o jej wykorzystaniu było wiele. Najbardziej znana jest ta według, której miał rzucić w kierunku obecnego premiera słowa „Dla mnie Ciebie zabić, to jak splunąć”. Kaczyński najpierw zaprzeczył, że taka sytuacja miała miejsce by później dość zawile się z niej tłumaczyć. Wspierający dziś układ prawej strony Piotr Zaremba przypomniał kiedyś inne zdarzenie według, którego Kaczyński miał celować z broni w Tuska po jego żarcie.

Czy Kaczyński, który doskonale wie jak posługiwać się bronią rzeczywiście potrzebuje całodobowej ochrony ? Stworzenie wrażenia, iż stojący na czele partii prezes jest osobą tak ważną, że od jego decyzji i życia zależy niepodległość i przyszłość państwa jest niezmiernie opłacalne dla sieci oplatającego PiS układu. Prowadzi bowiem do legitymizacji wszystkich operacji, które wspierają polityczne działania Kaczyńskiego.

Tak długo jak tworzone na potęgę przez „niepokornych” redakcje, instytuty, stowarzyszenia etc., są zasilane pieniędzmi z partii lub zaprzyjaźnionych i podległych jej firmom, tak długo polityczno-medialny układ dokładać będzie wszelkich starań by spiskową teorię o planowanym zamachu na życie prezesa uwiarygadniać.

Pozostaje pytanie na ile prezes sam wierzy w teorię zamachu na własne życie. Może ma świadomość, że jest to tylko zabieg jego PRowców. W przeciwnym wypadku powinien jasno powiedzieć kto mu zagraża i czyha na jego życie. Wykorzystywana przy każdej okazji historia szaleńca z Łodzi doprowadzić mogła do tego, że Kaczyński zaczął bać się kontaktu z ludźmi. Jednak gdy polityk zaczyna bać się swoich wyborców staje się dla nich niewiarygodny i wzbudza podejrzenia.

Post Navigation